Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Problemski Hotel – Dimitri Verhulst

Problemski Hotel – Dimitri Verhulst
Przełożył Sławomir Paszkiet
Wydawnictwo Claroscuro , 2013 , 152 strony
Seria Ścieżki Życia
Literatura belgijska


Niedobrze!
Tak pomyślałam, gdy zobaczyłam muchę na tylnej okładce.

 

Bardzo niedobrze, gdy ujrzałam drugą na stronie tytułowej.

 

Bo muchy to zwiastuny padliny, rozkładu i śmierci. A ja już czytałam taką książkę pełną much na okładce i w treści. Oczyszczenie, bo o nim myślę, poraziło mnie, ale i zachwyciło. Pamiętając tamto doświadczenie, bałam się czekających mnie emocji, ale i oczekiwałam ich, jak bolesnej, ale koniecznej inicjacji świadomości, by poznać śmietnik ludzkich odpadów wyrzuconych przez poprawnie politycznie społeczeństwo i hipokryzję polityki ich krajów. Poznać drugą stronę demokracji (innych form rządów również), na którą nie ma lekarstwa, nie ma sposobu, bo to jedna z jej cech, o której się nie mówi i stosuje wobec niej środki zastępcze, doraźne.
Ośrodki dla uchodźców.
Już pierwsza scena uderzyła mnie intensywnością ambiwalentnych emocji do tego stopnia, że musiałam przerwać na moment czytanie, bo straciłam ostrość widzenia przez wzbierające łzy. Miałam przed sobą swoiste, prawdopodobne, myślowe uzupełnienie chwili towarzyszącej powstaniu znanej fotografii Kevina Cartera, należącej do topu 10 najsłynniejszych i najbardziej szokujących, której autor popełnił potem samobójstwo. Dopisany tekst, ciąg myśli, wewnętrzny monolog profesjonalisty, fotoreportera, który fotografując umierające z głodu dziecko, objaśniał mi fachowym językiem, jak uwiecznić tę chwilę od strony technicznej, by swoją wizją uderzyła w splot słoneczny każdego patrzącego na nią odbiorcy, przemówiła do największej ilości człowieczych sumień , otworzyła najwięcej ludzkich serc i... portfeli właścicieli mediów, torując drogę nie tylko informacji do ludzkości, ale i drogę na szczyty sławy autorowi. Starał się bardzo mnie przekonać, że to, co robi, jest konieczne. Tyle że główny bohater powieści, Bipul Masli, nie miał wyrzutów sumienia, a autora jednego z najsłynniejszych zdjęć dopadły później. Potem dowiedziałam się, dlaczego Bipul Musli był wolny od emocji i skoncentrowany tylko na czasie, bo chciał dziecko sfotografować umierające. Nie umarłe, bo to może zrobić przecież każdy.
Ten niezwykle skondensowany w przekazie, pierwszy, zaledwie ośmiostronicowy, rozdzialik, będący sam w sobie perełką literacką, która może funkcjonować, jako tekst szkoleniowy dla studentów dziennikarstwa, ilustrujący meandry etyki zawodu fotoreportera, był wstępem otwierającym klamrę, którą z kolei zamykała tuż po nim druga scena. Rozegrana dziesięć lat wcześniej w 1974 roku, w Złutopii, z udziałem wtedy jeszcze Bipula-chłopca, który w dwunaste urodziny otrzymał pierwszy w swoim życiu aparat fotograficzny, pierwszą szansę zrobienia wyjątkowego zdjęcia własnej siostrze, w tym ułamku sekundy, kiedy kula trafiła ją w środek głowy i pierwsze za nie pieniądze. Te dwie uzupełniające się sceny to teraźniejszość i początek życia fotografa prasowego Bipula Masliego, narratora opowieści.
Ale między nimi istniał czas Bipula-azylanta, opowiedziany w dalszej części książki, który trafił do belgijskiego ośrodka dla imigrantów. Czas, który wykorzystał do wnikliwego przyjrzenia się swoim współmieszkańcom i towarzyszom w niedoli. Takim samym uchodźcom, jak on, z różnych części świata, w których nie dało się normalnie żyć z powodów ekonomicznych, politycznych, społecznych czy wojennych. Ludzi szukających na Starym Kontynencie lepszej lub przynajmniej spokojnej, bezpiecznej egzystencji. Gotowych ryzykować zdrowiem, a nawet życiem, płynąc do niej w kontenerach. Tak jak Asia, której pochwa została pocięta na strzępy, a ona przypuściła szturm na Fort Europa w nadziei, że podobny los nie spotka jej córeczek, bo wycinanie narządów płciowych to kultura. Niewycinanie narządów płciowych to cywilizacja. A przecież człowiek jest ssakiem miłującym kulturę. Tak jak małomówny Igor, Ukrainiec, który chciał się zaciągnąć do Legii Cudzoziemskiej, ale ona go odrzuciła. Małoletnia Lidia, która na każdej granicy uiszczała cło ustami na wysokości rozpiętego rozporka. Maqsood, afgański więzień polityczny o czerwonych oczach, bo w ciemnej celi wielkości windy rozpyla się tam bez przerwy gaz pieprzowy. I wielu, wielu innych poranionych fizycznie lub psychicznie z Albanii, Kosowa, Czeczenii, Serbii, Korei, Chorwacji czy Somalii, którzy zdani na łaskę podejrzanych przemytników ludzi. Ukrywali się w szambach, chowali w ciężarówkach przewożących świnie, w zdartych butach przemierzali góry, czołgali się pod drutem kolczastym pod napięciem elektrycznym, aż na końcu tej odysei znaleźli się wreszcie na parkingu przy autostradzie w kraju marzeń, skąd w większości zostają odsyłani z powrotem.
Bipul, uważny obserwator, zrobił każdemu z nich zdjęcie ze słów. A potem jeszcze grupowe ukazujące codzienne życie w Problemskim Hotelu, jak nazwał ośrodek dla uchodźców jeden z jego mieszkańców – Pius, za którego głowę w jego kraju wyznaczono nagrodę. Hotelu, w którym różnorodność kultur, ale i światopoglądów (filozoficznych i religijnych) czy osobowości, stwarzała również problemy jego mieszkańcom. Bipul, uczestnik, ale i stojący z boku obserwator ze zmysłem fotoreportera, wychwytywał migawki niczym sceny z prób w miarę zgodnej koegzystencji lokatorów, używając do tego wszystkiego, co oferuje warsztat literacki. Nie tylko budował fabułę, splatając losy azylantów w hotelu, w teraźniejszości, ale i nawiązywał do ich przeszłości, która przywiodła ich do tu i teraz. Tym samym powodów i przyczyn szukania innego życia. Wprowadził dynamikę wydarzeń poprzez różnorodność dramatyzmu opowieści o ich tragicznych losach, czasami zakończonych informacją prasową o śmierci uchodźców w kontenerach, odczytywanych jak swoiste nekrologii przez pozostałych mieszkańców. Przenosił w różne rejony świata, ukazując nie ich piękno, ale koszmar, którego turyści nie oglądają. I żeby ta opowieść nie przytłoczyła mnie ciężarem negatywnych odczuć, smutkiem budowanych scen, depresyjnością obrazów, niepewnością oczekiwania na azyl, wprowadza absurd, sarkazm, ironię, paradoks, drwinę i groteskę.
To dzięki tym środkom stylistycznym i kategoriom estetycznym, przebrnęłam przez ten śmietnik ludzkich odpadów.
To dlatego śmiałam się głośno, pomimo początkowych łez. Autor wiele zrobił, żeby zabolało, ale też i sporo, żeby dało się ją doczytać do końca. Przełknąć niczym gorzką pigułkę prawdy o współczesnym świecie, w którym demokracja ma również twarz uchodźcy. Ale nie to było dla mnie w tym najgorsze. Najbardziej przytłaczająca myśl pojawiła się potem. W momencie zamyślenia nad zamkniętą książką tuż po jej przeczytaniu.
NIC mnie nie chroni przed trafieniem na ten śmietnik.
Nie daje tej gwarancji, że nie dołączę do uchodźców w wyniku klęski żywiołowej, zapaści gospodarczej, rebelii politycznej czy rewolucji społecznej. Nikt nie zapewni mnie, że nie zamienię się rolą czytelnika na rolę nikomu niepotrzebnego człowieka. Ludzkiego śmiecia.
Wstrząsnął mną ten zbeletryzowany dokument, powstały na bazie doświadczeń autora, który spędził kilka dni w ośrodku recepcyjno-pobytowym dla cudzoziemców ubiegających się o status uchodźcy w Arendork, w Belgii. Ale jego położenie nie ma znaczenia, bo Problemskie Hotele istnieją w całej Europie. Również u nas. I jeśli autor pisze – Aby uniknąć nieporozumień, winien jestem zaznaczyć, że prawie połowa tych historii jest zmyślona to tylko po to, by zaraz dodać – żadna z nich nie zawiera kłamstwa.
Jest problem i to z gatunku tych, których nikt nie potrafi rozwiązać.
Jak to ze śmieciami bywa, z których cieszą się tylko muchy – chciałoby się dodać, naśladując czarny humor autora.

 

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2013 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
wtorek, 25 czerwca 2013, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Blogi