Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Siedem minut po północy – Patrick Ness

Siedem minut po północy – Patrick Ness , na podstawie pomysłu Siobhan Dowd
Przełożył Marcin Kiszela , ilustracje Jim Kay
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2013 , 216 stron
Literatura angielska


Tę powieść poprzedza aura książki.
Są takie. Po czym ją poznać? Po ciszy, jaka zapada po wzięciu książki do rąk i uważnym wzroku sczytującym wszystkie umieszczone na okładce informacje. Po, dłuższej niż zwykle, chwili zamyślenia nad tytułem i zewnętrzną grafiką tuż przed zajrzeniem do środka. Po wrażeniach mimowolnie uchylających usta, by nabrać powietrza na widok jej wnętrza. Po słowach zachwytu nad jej estetyką wydania, które w tym przypadku brzmiały – niepokojąco mroczno-piękna.

 

Ale przede wszystkim po efekcie końcowym – nieodpartemu pragnieniu przeczytania jej już, natychmiast, teraz! A! I jeszcze po wstępie autora. Wyjątkowym! Skierowanym bezpośrednio do mnie, czytelniczki, słowami potęgującymi to pragnienie – Dalej. Weź tę historię i pędź przed siebie. Narozrabiaj.
Bardzo chciałam narozrabiać. Z książkami – zawsze! Zwłaszcza z taką książką, zapraszającą do środka niepokojącą czernią

 

i takim mottem:

 

Dlatego odpowiedziałam mu cicho, szeptem pasującym do jej mroku – Wydawca z ilustratorem dali mi piękną formę. Ty wypełnij ją dobrą opowieścią, a narozrabiam na 100%.
I, w lekkim napięciu oczekiwania na spełnienie wzbudzonej nadziei, przekroczyłam próg domu głównego bohatera, trzynastoletniego Conora, mieszkającego z mamą. Jakąś bardzo nietypową, jak wydawało mi się na początku, bo niewyprawiającą rano syna do szkoły, nieszykującą śniadania i kanapek do torby, nieśpieszącą się do pracy, tylko... drzemiącą. Conor jednak zdążył już przywyknąć do porannej ciszy, do samodzielnego szykowania posiłku, zmywania po sobie naczyń, a jeśli zdążył, do nastawiania prania i wyrzucania śmieci po drodze. Ale jego rutynowe czynności nie oznaczały, że mama nie troszczyła się o syna. Zrozumiałam to, gdy zobaczyłam jej łysą czaszkę, bo nie zdążyła zawiązać sobie na głowie apaszki.
Mama Conora była bardzo ciężko chora.
To dlatego chłopak miał koszmary nocne, z których jeden otwiera tę opowieść i to z tego powodu pojawił się u niego cisowy potwór. Potężne drzewo rosnące na środku cmentarza, wyglądające jakby wyrzeźbiono je z tych samych kamieni, z których zbudowano kościół, dobrze widoczne z kuchennego okna, nagle ożyło. Dokładnie siedem minut po północy. Urosło do gigantycznych, człekopodobnych rozmiarów

 

i domagało się rozmowy z Conorem.
Domagało się PRAWDY.
Tej ukrytej głęboko na dnie chłopięcej duszy, do której sam przed sobą się nie przyznawał, wypierał się jej, zaprzeczał, a do której potwór miał pomóc chłopcu, początkowo wbrew jego woli, odnaleźć drogę. Miał zamiar towarzyszyć bolesnemu procesowi samozrozumienia siebie, swoich emocji i zachowania w trudnym, dla jego rodziny, czasie.
Tak jak ja otrzymałam tę mądrą opowieść od autora, tak on otrzymał pomysł na jej fabułę od Siobhan Dowd, która nie zdążyła jej napisać, przegrywając walkę o życie z chorobą nowotworową. Autor uczynił to za nią, wykorzystując jej doświadczenie choroby i odchodzenia, by pomóc przede wszystkim dzieciom dotkniętym chorobą, śmiercią i stratą w rodzinie. Stworzył powieść psychologiczną dla młodzieży, której fabuła odpowiada procesom psychicznym dziecka niegodzącego się na odejście bliskiej mu osoby, a jednocześnie dziecka zmęczonego przewlekłością choroby i życzeniem śmierci przyśpieszającej to odejście. Dziecka rozdartego między pragnieniem położenia kresu cierpieniom umierającego i swoim a poczuciem winy ciążącym mu na sumieniu, ukazując wewnętrzny rozłam budzący koszmary senne i jak najbardziej realne demony wewnętrzne, tak pomysłowo spersonifikowane pod postacią cisowego drzewa, które objawiały się agresywnym zachowaniem wobec otoczenia. Zarówno w środowisku rówieśników, jak i dorosłych, niepotrafiących odpowiednio zachować się wobec dziecka z takim problemem, a przez to przyjmujących postawę popełniającą błąd zaniechania poprzez pobłażanie, pomijanie i niedostrzeganie. To dlatego cisowy potwór w sytuacjach krytycznych stapia się z Conorem, jak do tej pory spokojnym chłopcem, w jeden organizm demolujący pokój babci i bijący bezlitośnie kolegę, a które to czyny są niemą formą wołania o pomoc. To dlatego niekarnie go za złe zachowanie rozczarowuje go. To dlatego chce być widzialnym, zauważalnym dla innych.
Domaga się na swój sposób wytłumaczenia siebie, swoich emocji, swego stanu i sytuacji, do funkcjonowania w której zmusiły go niezależne od niego okoliczności, wobec których jest bezsilny i na które nie ma żadnego wpływu. Conor nie jest wyjątkiem. Jest jednym z wielu dzieci, które tego domagają się, nawet jeśli tego nie werbalizują.
Autor tym dzieciom udzielił odpowiedzi i zrobił to po mistrzowsku.
Zawarł w symbolice bohaterów tych realnych i nierealnych najważniejsze postawy i emocje pojawiające się w sytuacji traumatycznej, zbudował fabułę wnikającą głęboko w zakamarki psychiki dziecięcej, poprowadził tyle wątków, by dobrze ukazać problem zarówno od strony dziecka, od strony dorosłych rozumiejących i nierozumiejących sytuacji chłopca, jak i od strony jego rówieśników, tych przychylnych mu jak Lillian i szkolnych wrogów, jak znęcający się nad nim Harry. Wydobył ukryte emocje, odwołując się do mojej empatii, bym jako czytelniczka zrozumiała, jak ważne są rozmowy z dziećmi, zauważanie ich i traktowanie jak partnerów godnych tych rozmów. A na koniec zaprosił ilustratora, który swoimi mrocznymi rysunkami oddał stan psychiczny towarzyszący Conorowi, wypełniając, przetykając i otulając tekst postaciami oraz nasączając barwą atmosfery z jego rzeczywistości.

 

A kiedy skończyłam ją czytać, kiedy empatycznie stałam się Conorem, przytuliłam książkę do siebie. To nic, że ona tego nie czuła, bo to kawałek papieru. Ważne, że ja czułam ją całą sobą – sercem i umysłem. I w tym sensie, ta książka jest żywa. Ponadczasowo i wiecznie.
Siedem minut po północy czasu Conora obiecałam autorowi – Będę tą książką rozrabiać wśród mojej zaprzyjaźnionej młodzieży i wśród moich znajomych. Będę podsuwać ją wszystkim tym, którzy będą jej potrzebować. Zwłaszcza tym dorosłym, którym zabraknie słów lub umiejętności rozmowy o trudnych sprawach z dziećmi. Bo ta opowieść, mimo że jest skierowana do młodzieży, tak naprawdę nie ma wieku. Może służyć jednakowo wszystkim w obliczu wyrównującej wiek śmierci.
Proszę, weźcie i wy tę historię i pędźcie przed siebie.
Narozrabiajcie!

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2013 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
poniedziałek, 01 lipca 2013, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/07/02 15:55:41
Widzę, że ostatnio książki po prostu połykasz, a ta naprawdę Cię wzięła :) Świetnie napisane i choć nie planuję dać się skusić, to z przyjemnością przeczytałem recenzję i popieram Twój zamiar popularyzowania tej tematyki. Śmierć i choroba są wypierane, tak jak cała przeszłość i przyszłość z naszego widzenia świata zdominowanego przez teraźniejszość, co prowadzi do wielu patologii. Umacnia to wiara, która temat choroby i śmierci próbuje zamknąć w teologicznych nawiązaniach do próby, kary i przyszłego życia. Wspiera marketing i polityka, które promują młodość i zdrowie, oczywiście pod pod domyślnym warunkiem posiadania odpowiedniego konta w banku. Dopuszcza się jeszcze śmierć gwałtowną, najlepiej bohaterską i/lub męczeńską. Tymczasem coraz częściej jest ona długa, męcząca i często odarta z człowieczeństwa. Wielu już nawet nie potrafi na ten temat rozmawiać, a przecież jeszcze nie tak dawno (w sensie historycznym) temu śmierć i choroba były tak normalną czynnością jak jedzenie i wydalanie.
Dzięki za prezent :)
Ps. Czy nie lepiej przyłączyć się do mody, by na wszelkie zbieranie danych przez odczytywanie informacji mówić "zczytywanie", "sczytywanie" pozostawiając dla pozostałych znaczeń, choć na razie słowniki konsekwentnie stoją przy jedynie słusznej formie sczytywanie?
-
2013/07/02 21:02:19
Słowniki zawsze były dla mnie autorytetem wyznaczającym i trudno jest mi poddać się modzie, bo zawsze znajdzie się jakiś "służbista" przywiązany do oficjalnych zasad, wiec niech już tak zostanie. :). Ale ta sytuacja przypomina mi często mylone i zatarte w znaczeniu pojęcia "śpieszyć się" i "spieszyć się". Oba dopuszczalne w użyciu w pojęciu "pośpiechu", chociaż tak naprawdę tylko to pierwsze mu znaczeniowo odpowiada. Drugie to określenie jeźdźca, który został pozbawiony konia czyli spieszony, zmuszony do pójścia na pieszo. I jeszcze podobna sytuacja ze słowami "znajdywać" i "znajdować". Kiedy widzi się różnice to trochę może irytować, ale odpuszczam. Wiem, że ty nie i wytykasz te błędy w książkach. Może i dobrze, trzeba dbać o czystość, ale z drugiej strony dawno nie czytałam książki, która byłaby wolna od błędów. Ostatnia to chyba "Łąka umarłych" M.Pilisa.
A książka warta przeczytania, bo pełni zastępczą rolę tego, czego zabrakło w naszym współczesnym życiu, a co ja jeszcze miałam przywilej celebrować w dzieciństwie - trumna w domu do pogrzebu i stypa z nieboszczykiem obok. Dzisiaj brzmi jak makabra, ale kiedyś to było coś zwyczajnego w obyczajach, zwłaszcza na wsiach i w małych miejscowościach, tak jak napisałeś, jak jedzenie i oddychanie. Ale to dobrze, że są takie książki rekompensujące to.
A książki połykam, bo przede mną przymusowa przerwa w umieszczaniu postów, która nie wiem jak długo potrwa... Mam nadzieję, że jak najkrócej, bo mnie myśli i słowa uduszą, jeśli ich szybko z siebie nie wypiszę. :D
Blogi