Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Bellevue – Ivana Dobrakovová

Bellevue – Ivana Dobrakovová
Przełożyła Izabela Zając
Wydawnictwo Słowackie Klimaty , 2013 , 287 stron
Literatura słowacka


Nauczyłam się, że insekty na książkowych okładkach zawsze zwiastują niepokojące treści. Muchy na książce Oczyszczenie Sofi Oksanen czy Problemski Hotel Dimitriego Verhulsta zapowiadały rozkład i trupy, ale mrówki? A było ich pełno! Wszędzie! Z przodu

 

i z tyłu,

 

a w środku maszerowały całymi kawalkadami:

 

To mnie bardzo intrygowało, bo mrówki raczej wędrują do słodkiego. I słodko... albo inaczej – altruistycznie zaczyna się ta powieść. Chociaż to ostatnie określenie trochę nie pasuje, bo to jest raczej spowiedź dziewiętnastolatki, która boi się dorosnąć. Ale nie będę wybiegała przed fabułę. Zacznę od początku. Tego słodkiego, altruistycznego.
Od wolontariatu.
Nie ma nic piękniejszego niż ideały, kiedy ma się naście lat i bezgraniczną, niewytłumaczalną chęć pomocy potrzebującemu światu. Główna bohaterka Blanka ze Słowacji postanowiła pojechać na obóz do ośrodka Bellevue dla niepełnosprawnych we francuskiej Marsylii. Oddawać czas i serce przez sześć godzin dziennie, opiekując się rezydentami, a przy okazji poćwiczyć praktycznie język francuski, który studiowała.
Plany zapowiadały się pięknie!
Rzeczywistość okazała się jednak już dużo mniej. Dyplomatycznie rzecz określając nawet brzydko, żeby nie powiedzieć wprost, wręcz obrzydliwie i wstrętnie! Coraz trudniej było jej zachowywać się naturalnie, udając, że nie ma w tym nic dziwnego, że komuś brakuje obydwu nóg, że głowę ma dwa razy większą niż normalny człowiek, że ręce ma niby patyczki, cienkie i poskręcane, że ślina cieknie mu po brodzie, że śmierdzi moczem i zaschniętymi fekaliami, że czyjaś twarz skamieniała w grymasie. Coraz trudniej było odkrywać Blance, że słodycz posiada domieszkę coraz bardziej cierpkiej goryczy. Słuchałam jej zwierzeń z ogromną uwagą, niepokojąc się coraz bardziej jej pesymistycznym podejściem do swoich zajęć, obowiązków, rezydentów i innych wolontariuszy, którzy przyjechali w to miejsce z różnych stron świata. Mój niepokój wzrósł, kiedy jej tok rozumowania i zachowania zaczął nabierać cech paranoidalnych, a w tekście przestała używać kropek, zastępując je przecinkami, zamieniając opowieść w urywany akapitami monolog. Powoli zaczęłam podejrzewać, że dziewczyna poddała się przytłaczającej atmosferze beznadziei i wszechobecnemu nieszczęściu tego szczególnego miejsca.
Prawda okazała się jeszcze boleśniejsza.
Dziewczyna chorowała na depresję, a środowisko, w którym przebywała, przyczyniło się do jej nawrotu. To stąd obserwowany przeze mnie u niej niepokój, pesymistyczne myśli, wahania nastroju, problemy z koncentracją, napady płaczu bez powodu i ambiwalentne postawy. A zapowiadało się jeszcze gorzej.
I było.
Autorka ukazała studium psychologiczne dziewczyny zmagającej się z depresją z dala od domu, bliskich jej osób i bez dostępnych na tę chorobę leków. Aby wniknąć w jej umysł i ekshibicjonistycznie go przede mną obnażyć, wykorzystała dwa typy naprzemiennej narracji – pierwszoosobowy, stwarzający kameralny, niemal konfesyjny nastrój i drugoosobowy, sugestywnie zmuszający mnie do wejścia w rolę Blanki i do przyjęcia jej odczuć za swoje.
Do postawienia się na jej miejscu i namacalnego odczucia paraliżującego strachu i lęku przed dorosłością.
Bo tak naprawdę ta przejmująca, analityczna opowieść o depresji jest historią nastolatki, panicznie bojącej się dorosnąć. Młodej osoby, dla której depresja jest formą ucieczki przed nienawiścią, kalectwem, brzydotą, niepewnością czy brakiem poczucia bezpieczeństwa. Przed goryczą życia. Jego mroczną stroną. Kołem ratunkowym, dzięki któremu odda się w opiekę innym na podobieństwo rezydentów ośrodka Bellevue. Ale najbardziej przerażające jest to, że zjawisko przynależne nastolatkom, jako jedno z cech dojrzewania (tutaj ukazane w swojej skrajnej, klinicznej postaci), które opisuje autorka, coraz liczniej dotyka osoby dorosłe, które ta gorycz życia zatruwa. Coraz częściej myślących tak, jak bohaterka – chciałabym się rozpuścić i spłynąć, zatrzymać całą tę maszynerię, wyjść z siebie jak z pociągu, zachowywać się, jakby mnie to nie dotyczyło, jakby to wszystko działo się obok mnie, chciałabym się przyglądać z boku, tylko się przypatrywać, stać się postronnym obserwatorem.
Autorka przedstawia tylko fakty, a ja w odpowiedzi na nie, zadaję sobie pytanie – jak ukazać obiektywnie dorosłe życie zawsze balansujące między słodyczą a goryczą młodym ludziom, by potrafili przełamywać przed nim lęki, obawy, niepewność czy strach, i ufni we własne możliwości, odważnie brali je za rogi i dusili jak cytrynę?
Jak, widząc to, co się dokoła mnie dzieje?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
środa, 19 lutego 2014, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2014/02/20 12:51:43
Historię znam ze słyszenia, a że książki nie pamiętam aż tak drobiazgowo, więc mogę się mylić co do tytułu. Na krakowskiej germanistyce był wykładowca, który uwielbiał pytania w stylu, w której scenie w Blaszanym bębenku pojawiają się mrówki na stole ;-)
-
2014/02/20 13:37:22
szwecja11 - Uwielbiam takie pytania, ale z drugiej strony jestem bardzo sfrustrowana, jeśli czegoś nie kojarzę. Trochę to przypomina grę na spostrzegawczość albo pamięć do szczegółów. Niestety mrówek w "Blaszanym bębenku" nie pamiętam, za to pamiętam najsłynniejsze mrówki z "Pana Tadeusza". :)
-
2014/02/21 11:33:29
To w temacie mrówek, pies Terakowskiej wabił się Mrówka :-)
Blogi