Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Historia pewnego małżeństwa – Helena Wayne



Historia pewnego małżeństwa: listy Bronisława Malinowskiego i Elsie Masson – pod redakcją Heleny Wayne
Przełożyła Anna Zielińska- Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2012 , 576 stron
Literatura angielska


Przeczytałam piękną książkę i pożyczę ją tobie!
Uwielbiam takie zdania, które słyszę zamiast „cześć”, „dzień dobry” lub „co u ciebie słychać”. Ale tym razem w powitaniu zabrakło zapytania, czy ja w ogóle chcę ją przeczytać? Koleżanka wyszła z założenia, że ja ją muszę od niej pożyczyć, bo jest o Bronisławie Malinowskim. TYM Malinowskim? – zapytałam. Tego od Życia seksualnego dzikich? – dodałam dla pewności.

Okazało się, że tak, że dobrze się domyśliłam, ale jednocześnie zawahałam się nad wyrażeniem zgody. Właściwie antropologia nie należy do mojej ulubionej dziedziny nauki, żeby zaczytywać się w biografiach jej przedstawicieli, a przeczytanie jednej jego książki, mimo że bardzo ciekawej, też mnie nie zachęcało. Nie byłam ciekawa jego prywatnego i zawodowego życia, ale instynkt czytelniczki chwycił się tego magicznego słowa w rekomendacji – „piękna”. Swoisty haczyk łapiący na szczęście lub nieszczęście czytelnika.
Doświadczenie mnie nie zawiodło!
Chociaż początek wchodzenia w treść nie był obiecujący. Po pierwsze książka okazała się nie biografią czy autobiografią, ale zbiorem korespondencji między Bronisławem Malinowskim a jego żoną Elsie Masson, obejmującym okres od czasów narzeczeństwa w 1916 roku do 1935 roku, kiedy byli już wieloletnim małżeństwem. Charakter pracy badacza terenowego oraz wykładowcy i nieuleczalna choroba Elsie (cierpiała na stwardnienie rozsiane) wymuszała na nich częste, krótsze i dłuższe rozstania. Życie w oddaleniu zaowocowało kilkoma tysiącami listów, które zebrała i opracowała ich najmłodsza córka Helena Wayne. Po drugie podczas czytania cudzych listów zawsze towarzyszą mi wyrzuty sumienia, których nie umniejsza upływ czasu, o czym pisałam przy okazji podobnej publikacji – Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze. I po trzecie nastawiłam się na warstwę emocjonalno-romantyczną tej pisemnej wymiany myśli(okazało się nie być jej za wiele), pozostawiając poznawcze wartości relacji z badań - antropologom, tło czasów, w których żyli (I wojna światowa, odzyskanie niepodległości przez Polskę, narodziny faszyzmu, dochodzenie Hitlera do władzy) – historykom, genderowe relacje w obrębie dyscypliny zainteresowanym badaczom – jak ujęła to ostatnie Grażyna Kubica w rozdziale wprowadzającym.
Brnęłam więc początkowo przez okres poznania, czas narzeczeństwa i początki małżeństwa lekko znudzona, zastanawiając się, co jest pięknego w ich życiu w ciągłej rozłące, stałej tęsknocie za wzajemną obecnością, byciu „wiecznie samej” z dziećmi, skupianiu się na rozwoju zawodowym i karierze męża, męczących przeprowadzkach od Australii począwszy na Europie skończywszy, nieodłącznej obawie o zdradę, o którą tak łatwo w podróżach, opisach choroby, zabierającej Elsie sprawność fizyczną i możliwość bycia w pełni matką dla ich trzech dziewczynek, dotkliwych myślach wyrażanych w zdaniu pełnym bólu – Wczoraj ogarnęła mnie w związku z tym fala rozpaczy, chodzi mi o to, że znowu będziemy rozdzieleni?
Przecież to są czynniki niszczące małżeństwo!
I wtedy ujrzałam to, co moja koleżanka – niezwykłe, nieprzeciętne, rzadko spotykane piękno związku. Tego małżeństwa, kochającego się jednakową temperaturą uczuć pomimo upływu lat, kolejnych rocznic ślubu i pomimo, a nawet wbrew i na przekór tym wszystkim, wymienionym wcześniej i niewymienionym przeze mnie, przeszkodom. Zaczęłam uważniej studiować listy, bo uświadomiłam sobie, że być może czytam nie tylko korespondencję udanego związku partnerskiego, w którym każde było wzajemnie przez siebie doceniane, w trudnych i niesprzyjających warunkach (dla mnie wręcz niemożliwych) do istnienia trwałości uczuć, ale przede wszystkim receptę na szczęśliwe małżeństwo!
Stworzoną przez dwie, silne indywidualności!

Człowieka nauki, żyjącego z pasją i ogarniętego silnym pragnieniem, które jest wyrazem chęci przetłumaczenia skrajnie abstrakcyjnego pojęcia miejsca geograficznego na konkretne doświadczenie. To nieomal jakby dotykało się teoretycznej koncepcji abstrakcji. Tak opisywana potrzeba jest mi bardzo bliska i może dlatego, w przeciwieństwie do mojej koleżanki, nie darzyłam go niechęcią i złością za zostawianie żony samej. Rozumiałam go w pełni. Rósł za to mój podziw dla Elsie.

Kobiety wyjątkowej, mającej poczucie własnej wartości, sufrażystki, emancypantki, walczącej, z pozytywnym skutkiem, o lepsze prawa pracownicze dla pielęgniarek, autorki książki i dramatów oraz korektorki, krytyczki i redaktorki prac męża. Jak sama napisała w jednym z listów – Żaden kochany mężczyzna nie jest w tle, on po prostu stanowi krajobraz, jest całą raison d’être [racją bytu (...)] życia kobiety, tego, gdzie jest, tego, co robi i nawet tego, co myśli. Najpiękniejsze w tym w wszystkim było to, że Bronisław Malinowski stosował dokładnie tę samą zasadę wobec żony, co w przypadku mężczyzny jest bardzo trudne, bo wbrew jego naturze i skłonności dzielenia życia na osobne działy. To obopólne holistyczne podejście do związku można nazwać receptą, ale żeby odkryć jej tajemnicę, trzeba najpierw poznać historię ich małżeństwa. Poznać konteksty, poczuć emocje, wchłonąć myśli budujące misternie mocną konstrukcję wzajemnych relacji, a w konsekwencji bardzo silną więź. Co ciekawe, opartą nie na wartościach religijnych, ale na ateistycznym systemie zasad moralnych. Niestrudzenie, stale, cierpliwie, nawet na odległość właśnie poprzez listy. Formę komunikacji ułatwiającej zdolność do nazywania uczuć i rozwijającą umiejętność ich wyrażania. Niezbędnych wręcz do wzajemnego zrozumienia, partnerskiego traktowania i szczerego dialogu.
Niestety sztuka epistolografii zanika.
Malinowscy mieli ją opanowaną do perfekcji do tego stopnia, że po prawie dwudziestu latach związku, Elsie nadal pisała – Myślę także, że nigdy przedtem nie czuliśmy się bardziej sobie bliscy i ogólnie wraz z upływem czasu na pewno nie oddalamy się od siebie i nie stajemy się zmęczeni swoim towarzystwem. A ona dla niego nadal była „kochaną Elsusiu” otrzymującą listy, niezmiennie tak samo podpisane, aż do jej śmierci – Z wielką miłością kochanie. Twój i tylko Twój Bronio.
Zazdroszczę.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 03 lutego 2014, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2014/02/04 10:51:39
Czytając listy zastanawiam się zawsze ile w nich jest ingerencji redaktora. Czy to uczciwa ręka, czy jednak egzekutora rzeczywistości. Czasami pozbawiają listy smaczków, które powiedziałyby dużo więcej o czasach, współczesności piszącego, niż ich nieudolne próby uporządkowania tego. Skoro piszesz, że znalazłaś w nich i kontekst i oboje Malinowskich to chętnie to przeczytam.
-
2014/02/04 22:20:53
szwecja11 - Czytając te listy, miałam sporo dowodów na to, że nie były cenzurowane. Zostało zachowane słownictwo określające Murzynów jako "czarnuchów" lub "czarnych", postawa niespoufalania się z plebejuszami niższego stanu państwa Malinowskich czy określenie żony Paderewskiego jako "suki". Kontekstu jest bardzo dużo i to oddanego szczerze. :)
Blogi