Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Metro 2033 – Dimitry Glukhovsky

Metro 2033 – Dimitry Glukhovsky
Przełożył Paweł Podmiotko
Wydawnictwo Insignis , 2010 , 591 strony
Cykl Metro ; Tom 1
Literatura rosyjska


Metro mami, tumani, przestrasza. Metro zabija!
A mimo to dałam się w nie wciągnąć. Sprawiły to najpierw słowa Dominika – czytałem tę książkę tyle razy, że znam każde słowo na pamięć. A potem swędząca ciekawość, której jeśli nie podrapiesz, zamęczy, żyć nie da. No bo, co tam właściwie jest? - zapytałam, gdy w prologu na stacji metra, podeszłam do krawędzi światła i mroku? W tej ciemności przede mną, która napawała strachem, ale i kusiła, by tylko zerknąć i dowiedzieć się, co tętni, szura, pulsuje za tym progiem strefy szarości, a tak naprawdę (i tu był podstęp autora) zajrzeć w głąb siebie. Poznać własne możliwości i granice wytrzymałości psychiki. Potem zrozumiałam, że to było rzucone mi wyzwanie, bo penetracja metra to nie tylko rozrywka. To również drobiazgowa analiza samego siebie i poznawanie kondycji współczesnego człowieka.
W aż tylu (a udowodnię, że nie tylko) wymiarach można odebrać tę postapokaliptyczną powieść fantastyczną.
Świat po czwartej wojnie światowej, a właściwie jego resztki ludzkości, przeniósł się do moskiewskiego metra, którego mapka została zapobiegliwie dołączona do książki.

 

Bez niej pogubiłabym się tak, jak zagubieni byli ci, którzy, ocalawszy z pożogi wojny, próbowali w nim żyć. Jedni z nadzieją na przynajmniej przeżycie lub dożycie kresu dni, inni z silnym przekonaniem, że kiedyś uda się odbudować na powierzchni utracony bezmyślnie świat. Błądząc w mroku, rzadko rozświetlanym czerwonym światłem lamp awaryjnych lub sporadycznych ognisk, zwiedzałam metro z zapartym tchem (momentami zapominałam oddychać!) razem z głównym bohaterem. Nastoletnim Artemem. Interior przed nami był dla nas jak terra incognita i ziemia obiecana razem wzięte. Groził niebezpieczeństwem i kusił słodką zagadką. W jego tunelach działy się dziwne rzeczy, nieprzewidywalne zdarzenia, śmiertelne przypadki, tajemnicze przypadłości psychiczne i niewyjaśnione zniknięcia. Czaiło się zło stworzone przez innych, a może tylko przez nasze umysły? Za każdym razem ogarniał nas strach, gdy słyszeliśmy dudniące buczenie, tak jakby moskiewskie metro było gigantycznym jelitem nieznanego monstrum albo obrzydzenie wywoływane przez charakterystyczne popiskiwanie i stukot pazurków o beton. Chociaż byli i tacy, którzy uważali je za przysmak. Artem kojarzył je tylko ze śmiercią matki. Jednak wszystkich łączyło jedno uczucie, które znał każdy podróżny – kiedy idzie się tunelem, szczególnie ze słabą latarką, cały czas wydaje się, że niebezpieczeństwo jest tuż za plecami. Czasem wrażenie to tak się nasila, że czuje się na potylicy czyjś wzrok, a nawet wcale nie wzrok...
To „strach tunelu”!
A czasami nie strach. Czasami konkretne, realne zagrożenie – ludzi i czegoś, co w nowej rzeczywistości zmutowany świat roślin, zwierząt i ludzi szukał dla siebie nowych nazw. Zło czyhało na nas wszędzie. Również na stacjach, do których docieraliśmy jeszcze żywi, chociaż kilka razy żegnaliśmy się z doczesnością i planami na przyszłość. Niebezpieczeństwo niekoniecznie pochodziło tylko z przodu i z tyłu tunelu. Mogło się czaić w górze, w szybach wentylacyjnych, z lewej lub prawej strony, w licznych rozgałęzieniach, za zamkniętymi na głucho drzwiami pomieszczeń gospodarczych czy tajemnych przejść. Czekało w dole, w zagadkowych włazach... Dojście na stację też nie gwarantowało przeżycia. Społeczności je zamieszkujące, niby te same, a jednak różne, nie zawsze przychylnie odnosiły się do obcych. A i nadmierna sympatia wzbudzała naszą czujność. Poznając metro uczyliśmy się nie tylko jak przeżyć, ale również struktury i jakości nowego świata.
Jednak w miarę zdobywania wiedzy, zaczęłam z przerażeniem zauważać, że to, co z założenia miało być nowe, wyrosłe na bazie okrutnych doświadczeń niedawnej wojny, za bardzo przypominało stary porządek. Właściwie było jego odzwierciedleniem. Zmieniły się warunki, ale nie zmieniła się mentalność ludzka. Wydawałoby się, ze nadszedł już koniec świata, na dworze bez skafandra nie dasz rady żyć, i namnożyło się takich stworów, że wcześniej tylko w kinie można było zobaczyć... A tu nic! Nic ich nie rusza. Ciągle tacy sami. Nie było wprawdzie podziałów na państwa, bo ocaleni byli w zdecydowanej większości Rosjanami, ale tę pustkę zapełniono podziałami ideologicznymi. Bardzo dobrze uwidocznionymi w legendzie mapki.

 

Byli więc przedstawiciele wielu idei z przeszłości. Od satanistów poprzez sekciarzy na komunistach skończywszy. Panoptikum. Po prostu panoptikum.
W tej warstwie powieści autor wystawił bolesną ocenę człowiekowi, który nie potrafi żyć bez nienawiści, podziałów, walki o władzę, nawet jeśli jego postawa prowadziłaby do samozagłady. Tę człowieczą skłonność do samozniszczenia i do niewyciągania wniosków z gorzkich lekcji ubiera w ironię i absurdy, abym mogła pośmiać się z samej siebie. Zastanowić się, dlaczego ten śmiech bawi, ale jednocześnie ma w sobie tyle goryczy i żalu?
Odnalazłam w tej powieści również konwencje baśni.
Autor nie bez powodu uczynił głównym bohaterem starszego nastolatka. Młodość i ciekawość przynależne temu wiekowi gwarantowały chęć przygody podyktowane silnym pragnieniem zmian. Tak dobrze znanym młodzieńczym buntem przeciwko zasadom ustanowionym przez dorosłych. To właśnie pociąg do przygód, chęć, by dać się porwać, ot tak, przeciągom tuneli, i dać się im nieść w nieznane, na spotkanie losu, odgadł w nim Hunter. Stalker. Mężczyzna wychodzący na zewnątrz. Jeden z niewielu, który nie tylko potrafił wyjść, ale i wrócić cało. Wzór dla chłopców i marzenie zostania kimś takim. Ale nie tylko. Dojrzewanie to także kłopoty, których Artem narobił w chwili lekkomyślności, a których konsekwencje musiał ponieść. I niczym w baśni musiał wyruszyć w drogę do centrum metra, w którym położone było legendarne miasto Polis. Do ostatniego miejsca na Ziemi, gdzie ludzie żyją jak ludzie. Gdzie nie zapomnieli jeszcze co to znaczy „człowiek” i jak właściwie to słowo powinno brzmieć. I tak jak w baśniach istnieje bohater, cel do którego podąża i zadanie, które ma wypełnić, by odkupić siebie lub świat, tak Artem, jako wybraniec z przepowiedni, wyruszył w głąb labiryntu, by dotrzeć do Polis i odkupić swoje czyny, ratując świat podziemny przed czarnymi. Przed zmutowanymi istotami zdolnymi żyć na napromieniowanej powierzchni. Kolejnym stopniem w ewolucji antropologicznej, dużo lepiej dostosowanym do nowych realiów niż człowiek. W tej warstwie z przyjemnością odnajdywałam mnóstwo odniesień do podań, legend, klasyki literatury fantastycznej, mitów i historii biblijnych. I tak jak kończy się każda baśń o inicjacji wchodzenia w świat dorosłych, tak i tutaj Artem ostatecznie z nastolatka staje się mężczyzną. Z niedojrzałego chłopca przemienia się w mądrego, odważnego, dojrzałego człowieka. Spełnia marzenia, ale i odnajduje cel życia. Uświadamia sobie swoje przeznaczenie. Jego sens.
Ale przygody w metrze to nie tylko pasjonująca historia indywidualnego losu Artema. Metro to również symbol skomplikowanego, nieprzewidywalnego, zaskakującego labiryntu losu człowieka w ogóle. Wystarczy spojrzeć na mapę, by tę symbolikę natychmiast skojarzyć.

 

Dostrzec momenty wyborów światopoglądowych (stacje), kolejnych kroków (rozstaje tuneli) i ich konsekwencji (droga marszu) w poszukiwaniu celu i sensu życia (kierunek podróży). Chwile odnajdywania się w skomplikowanym świecie lub zagubienia na rozstajach. Poszukiwania jedynej ścieżki prawdy lub jej zgubienia. Aktywności lub bierności w tych poszukiwaniach. I ostatecznie przeznaczenia, które człowiek często dostrzega dopiero w chwili śmierci, by przekonać się z ulgą o słuszności domysłów lub usłyszeć chichot ironii losu. Posiąść tajemnicę czynienia z bezsensownych, przypadkowych zdarzeń logicznej linii fabuły życia – pragnienie wielu poszukujących sensu życia. Podpowiem tylko, że autor uchyla rąbek tej tajemnicy.
A wszystko to napisane językiem oddziaływającym na wszystkie zmysły wyobraźni. Jest tak sensytywny, a jednocześnie dotkliwie bolesny, że brnąc w ciemnościach tunelu czułam za sobą psychiczny dotyk nienazwanego. Plastyczność opisów z detalami oddawała każdy szczegół sceny od kolorów poprzez taniec pełgającego światła, zapach szaszłyków ze szczura, smród ekskrementów i trupiego rozkładu po wygląd miejsca akcji oraz bohaterów opowieści, na ich ubraniach i wyposażeniu skończywszy.
I najważniejsza dla mnie zaleta.
Wszystko to zanurzone było nie tylko w mroku fizycznym i emocjonalnym gęstym jak wata, ale również w atmosferze rosyjskości, na którą składała się mentalność Rosjanina ukazana w szerokim przekroju społecznym od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, rosyjskie i radzieckie konteksty historyczne, miłość do książek i literatury oraz do wiedzy w ogóle, specyfika rozumowania przysłowiowego Wanieczki i styl wypowiedzi w dialogach.
Na wskroś rosyjska!
Ale, ale! To zupełnie nie będzie przeszkadzało odbiorcy niezorientowanemu w tej specyfice. Autor zadbał również, a może przede wszystkim, o młodego czytelnika współczesnego świata. Tak, świata. Nieważne z jakiego kraju będzie pochodził, bo autor, czyniąc bohaterem powieści nastolatka wychowanego w metrze, którego wiedza ograniczała się tylko do teraźniejszości życia na jednej stacji, stawia na równi z nim potencjalnego czytelnika i proponuje wspólną podróż w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Proponuje zdobywanie wiedzy o świecie, ludzkości, człowieku i samym sobie, bez względu na światopogląd, pochodzenie, narodowość i inne podziały, jakie tam sobie jeszcze wymyślono. Ponadczasową opowieść fascynującą przygodami, wyjątkowością w formie, wielowątkowością w snutej fabule (jedyny nieobecny to romantyczny, którego brakowało mi), wielowarstwowością w przesłaniach, przemawiającą plastycznym, obrazowym językiem, chwytającą żelazną ręką strachu za gardło, a przede wszystkim boleśnie penetrującą umysł czytającego.
Oooooooooo, tak! Takiej rozkoszy czytelniczej było mi potrzeba! Chcę więcej!
I będę miała! Przede mną kontynuacja powieści, na której widok przymykam oczy w przypływie emocji oczekiwania na niemalże perwersyjną przyjemność. No dobrze, przyznam się - bez tego „niemalże”.

 

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Uniwersum Metro 2033: Metro 2033 [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 27 kwietnia 2014, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2014/05/12 01:08:10
Świetna recenzja! Aż mam ochotę sięgnąć po Metro 2033 i przeczytać je raz jeszcze. :-) Dołączenie schematu Metra do książki to był genialny pomysł. Śledziłem na planie drogę jaką przebywał Artem niemal tak samo jak wiele lat temu śledziłem Drużynę Pierścienia na załączonym szkicu Śródziemia. ;-) W każdym bądź razie wpadłem bardzo i książkę przeczytałem niemal jednym tchem, a po jej przeczytaniu sięgnąłem po kolejne - "W mrok", "Do światła", "Metro 2034" i niestety zawiodłem się na całej linii. Moim zdaniem reszta znacząco odbiega poziomem od Metra 2033 (nawet Metro 2034 Glukhovskiego, bo zdaje się, że dwie pozostałe są innego autora). Z tego co mi wiadomo powstały kolejne (nawet jakieś z polskim akcentem), ale nie planuję już po nie sięgać. :(
-
2014/05/12 19:13:37
Sebastianie, trochę mnie zmartwiłeś! To że części napisane przez innych pisarzy mogą trochę odstawać, przypuszczałam, ale że "Metro 2034" jest rozczarowujące? Przeczytam i ocenię. Jestem ciekawa, czy podzielę twoją opinię. :)
-
Gość: iza, *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl
2014/05/18 23:29:16
na wielu stronach spotkalam sie z recenzjami tej ksiązki ale nie mialam okazji jej przeczytać. chyba czas najwyzszy :)
-
2014/05/19 22:26:54
iza - Nawet się nie zastanawiaj, bierz natychmiast, jeśli tylko dostrzeżesz gdzieś ten tytuł.:)
Blogi