Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Wszystko jak chcesz – opracowała Anna Król

Wszystko jak chcesz: o miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego – opracowała Anna Król
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza , 2017 , 528 strony
Literatura polska

Kochanie. Oczywiście ludzie widzą w tym obrzydlistwo, same obrzydlistwa, ale Ty wiesz, my widzimy – głęboką przyjaźń, głęboką miłość dwóch mężczyzn, która ma olbrzymią wartość, już przez to samo, że istnieje.
Zaczynając lekturę listów miłosnych Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego, obiecałam sobie, że spojrzę na nie jego oczami. Bez uprzedzeń, homofobii i seksizmu. Będę ponad to i zapomnę o dwóch mężczyznach, starając się ujrzeć przede wszystkim miłość dwojga ludzi. Miłość człowieczą. Zdziwiłam się, jak łatwo mi to przyszło. To nie moja zasługa. To zasługa Jarosława Iwaszkiewicza. Dotarł nie do mojego rozumu, ale emocji. Tego uniwersalnego języka międzyludzkiego, który mówi wspólnym, jednym głosem. Jednako w sprawach sercowych i bez podziału na płeć.
Był tylko człowiek i jego uczucia.
Zanim jednak dotarłam do listów, zapoznałam się z bogatym aparatem informacyjnym książki. To bardzo ważna część, bo wyjaśniająca i uzupełniająca podstawową wiedzę czytelnika o Jarosławie Iwaszkiewiczu. Dla mnie wręcz niezbędna. W ten sposób autorka opracowania zadbała o moje świadome czytanie, bądź co bądź, bardzo intymnej korespondencji, opisującej rzeczywistość zupełnie obcych mi ludzi i miejsc, a mających ogromne znaczenie do pełnego zrozumienia opisywanej znajomości. Jej okoliczności, wątków i zachowań. Dlatego na początku umieściła wykazy miejsc i postaci opowieści z krótkimi biogramami, kalendarium znajomości adresata i nadawcy oraz tekst wprowadzający, opisujący nie tylko znajomość bohaterów listów, ale również przyczyny i proces powstawania książki. Na końcu umieściła notę wydawniczą. Autorka opracowania nie do końca była pewna, czy powinna opublikować te listy. Pełna wahań i licznych konsultacji ostatecznie zdecydowała się na ten krok. Przytoczyła wiele argumentów przemawiających za upublicznieniem ich. W tym momencie wahałam się, czy przyznać jej rację. Miałam takie same wątpliwości, jak ona i mnóstwo pytań, z których najważniejszym było – Czy Iwaszkiewicz życzył sobie, by korespondencja z Jerzym została upubliczniona? Po lekturze listów jestem przekonana, że uczyniła słusznie.
Z wielu powodów!
Nasuwały mi się one w trakcie czytania. Po lekturze było ich całkiem sporo – kulturowe, biograficzne, literackie czy historyczne. Nie będę ich analizowała, pozostawiając przyjemność ich odkrywania następnym czytelnikom. Dodam, że jednym z najważniejszych było to zdanie pisarza, które świadczyło o tym, że liczył się z taką możliwością w przyszłości – Jerzy, nie rób mi jakich świństw, bo to już wszystko należy do historii, nie okaż się świnią wobec potomności, o to jedno Cię błagam, abyś na stronicach mojej biografii zjawiał się zawsze piękny i szlachetny, „mój Jurek”, a nie bestia, z której będą drwili (a raczej ze mnie). Dostrzegał nawet możliwość zarobienia na nich przez dzieci Jerzego, troszcząc się o losy listów – Czy je chowasz? Pamiętaj, że za parę [skreślone i poprawione] kilkadziesiąt lat Piotruś będzie mógł je sprzedać po dobrej cenie. Wszystkie listy autorka opracowania podzieliła na trzy rozdziały – listy pisane za życia do Jerzego Błeszyńskiego, listy pośmiertne do niego oraz listy niedatowane. Łącznie 252. Niektóre z nich nie były listami w pełnym znaczeniu tego pojęcia, ale dedykacją w książce lub telegramem przytaczanym w formie fotografii.

Autorka opracowania w wykazach miejsc i postaci świadomie użyła określenia „opowieść”. Ten zbiór listów miłosnych dokładnie tak odczytywałam – jak dramatyczną opowieść miłosną zmierzającą ku śmierci ukochanego. Talent pisarza, jego zdolność przelewania myśli i uczuć na papier, erudycja, oczytanie i wreszcie mądrość życiowa człowieka u schyłku życia, przepojone wyjątkowo dojrzałą miłością do Jerzego, uczyniły z listów nie tylko zbiór epistolograficzny, a właśnie opowieść o narodzinach wyjątkowego uczucia i jego rozwoju od zauroczenia i pożądania do wymiaru duchowego, w którym erotyzm pod koniec znajomości liczył się najmniej, a o którym nadawca napisał – Nie jest to ani miłość, ani przyjaźń, a tym bardziej nie perwersja, jest to największe osiągnięcie, na jakie się może zdobyć ludzka natura. Dla uproszczenia tego, co piszę, będę to nazywał „miłością”. Taką miłość chciałem Ci dać, taką miłość chciałem Ci pokazać, w takie przestrzenie chciałem Cię porwać. Wyznania szczere do bólu, obnażające człowieczeństwo w ikonie ówczesnych lat, a i teraz, współcześnie, stojącą w panteonie uznanych pisarzy, nie poniżyły go w moich oczach. Patrzę na okładkowe zdjęcie pisarza z ogromnym, nie wiem, czy nie głębszym niż wcześniej, szacunkiem. Tak szalonej miłości, ale i bardzo dojrzałej w tym „upupieniu”, jak zwykł mawiać pisarz, życzyłabym każdemu. Miłości, która nie miała prawa zaistnieć, bo dzieliło ich wszystko – wiek (czterdzieści lat różnicy!), podejście do życia, priorytety, pozycja społeczna, status majątkowy, rozwój intelektualny, charakter, pochodzenie i cele w życiu.
A jednak wydarzyła się!
Trwała do końca dwudziestosiedmioletniego życia Jerzego, który zmarł w dawnym szpitalu gruźliczym w Turczynku, a którego współczesne zdjęcia otwierały kolejne rozdziały książki.

To tutaj, w drewnianej, nieistniejącej już kostnicy pożegnał miłość swojego życia. To właśnie tą sceną, przejmującą intymnością i nieodwracalnością, autorka opracowania rozpoczęła moje wprowadzenie w emocjonalny świat obu mężczyzn, którego tajemnicę próbowałam odkryć. A i tak pozostała dla mnie nieodgadnioną, bez możliwości zdefiniowania jej i ujęcia jej istoty w paru zdaniach. Nadal tkwi we mnie poczucie jej skrytości, nieokreśloności i nieuchwytności. Może dlatego, że obserwowałam ją subiektywnie i jednostronnie umysłem i emocjami Jarosława Iwaszkiewicza? Mimo że listy były do Jerzego, o Jerzym i całe nim przepełnione, nie ja jedna tak ją postrzegałam. Dla pisarza też stanowiła zagadkę, tak samo, jak sam Jerzy. Próbował wszystko wyjaśnić i dopowiedzieć w listach pośmiertnych, kontynuując nie tylko rozmowę z ukochanym, ale i „śledztwo” wyjaśniające wszystko to, co mu się przydarzyło. Ostatecznie poddał się.
Dla mnie też taką pozostała.
Nadal niezrozumiała, mimo że obnażona, przeanalizowana, poniżana i poniżająca, wyzwalająca cały wachlarz skrajnych emocji od złości do uwielbienia, od rozpaczy do wybaczenia, zmuszająca do żebrania o chociaż jeden wyraz w liście, o jedno słowo przez telefon, jedno spojrzenie podczas spotkania, łyk powietrza niesionego widokiem twarzy i stale błagalna w tonie – Zmiłuj się, zatelefonuj jutro. To wszystko minie, zbyt szybko minie, ale na razie ja nie mogę oddychać bez Twojego głosu. Potrzebny mi jest jak powietrze. Błagam Cię o jedno słowo – więcej nic. Przynosząca tyleż szczęścia, co i bólu. Tego ostatniego chyba nawet więcej.
Błogosławiona i przeklęta!
A mimo tego koszmaru, w którym tkwił, nie żałował jej zaistnienia. Jej przydarzenia się właśnie jemu, starzejącemu się mężczyźnie. Bez niej twórczość pisarza byłaby mocno okrojona i uboższa. Miał tego świadomość, pisząc – Jesteś mi wszystkim: kochankiem i bratem, śmiercią, życiem, istnieniem, słabością i siłą... a przede wszystkim siłą, czymś, co podtrzymuje we mnie resztki życia i daje złudzenie młodości, co mi pomaga patrzeć na liście, tęczę, kwiaty i piękne kobiety – co tworzy zasadniczą plecionkę mojego życia, a na czym dopiero wyrosła moja twórczość, cały mój byt. Jednak dla mnie nie to było najistotniejsze w tych listach. Wyniosłam z nich dla siebie coś dużo cenniejszego – lekcję mądrego kochania. Siły rozumu ujarzmiającego głupie i kapryśne emocje. Miłości altruistycznej, bezinteresownej biorącej górę nad tą egoistyczną. Ale też i rozpaczliwej, bolesnej, rozdzierającej, raniącej walki o dokładnie taki jej wymiar.
Najcenniejsze było to, że każdy czytelnik może wynieść z tych listów coś innego.
Wszystko zależy od tego, czego będzie w nich szukał. Ja szukałam człowieczeństwa ponad podziałami i znalazłam je. Iwaszkiewicz – bohater tej książki – nie staje się po zakończonej lekturze gorszą wersją Iwaszkiewicza wielkiego pisarza. Staje się natomiast jego wersją prawdziwą – człowiekiem tak słabym i tak silnym jednocześnie, że nie można przestać go podziwiać. Zwłaszcza w kontekście rzeszy ludzi popadającej w depresję lub odbierającej sobie życie z miłości niespełnionej lub nieakceptowanej społecznie. W tym również osób homoseksualnych.
Mam jednak żal do autorki opracowania, że tak szybko poddała się w swoim dochodzeniu do osób jeszcze żyjących, będących świadkami znajomości bohaterów listów. Ostatecznie uznała ten rozdział za zakończony i zamknięty. To sygnał dla badaczy twórczości pisarza, że wiele wątków w tym temacie jest jeszcze do odnalezienia, odkrycia i wyjaśnienia.
Na koniec uwaga techniczna.
Spodobał mi się pomysł wyróżnienia aparatu informacyjnego kolorem pomarańczowym. Niestety, wieczorową porą, przy sztucznym oświetleniu, okazał się zabójczy dla oczu.

Wielką ulgą dla czytelnika byłby jego jaśniejszy, bardziej pastelowy odcień.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 22 kwietnia 2017, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Blogi