Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Dzienniki: tom I 1953-1982 – Wiktor Woroszylski

Dzienniki: tom I  1953-1982 – Wiktor Woroszylski
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 752 strony + 40 stron zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska

   Autora dzienników znałam z jednej książki dla młodzieży.

Dokładnie taką otrzymałam w szkole podstawowej w nagrodę za nie pamiętam co. Na tym moja znajomość z pisarzem, poetą i publicystą zakończyła się. W dorosłości nie sięgnęłam po jego poezję, z której był najbardziej znany, ani po inne jego publikacje. Gdybym to zrobiła, wiedziałabym, że autor nie tworzył tylko dla dzieci i młodzieży. Miał wiele innych twarzy. Przyjaciele powiedzieliby – opozycyjną. Nieprzychylni jemu dodaliby zaraz – komunistyczną. Byli tacy. Niepotrafiący zapomnieć jego przeszłości stalinowca i wypominający mu to właściwie do śmierci. Nawet wtedy, gdy w stanie wojennym został internowany razem z Bronisławem Komorowskim, Andrzejem Drawiczem, Władysławem Bartoszewskim (w jednej celi), Tadeuszem Mazowieckim i wielu, wielu innymi działaczami ówczesnej opozycji.

Fot. Andrzej Zieliński/OK

   Byłam ciekawa wersji samego autora.

   Liczyłam na ujrzenie w dzienniku procesu radykalnej przemiany światopoglądu politycznego (a w konsekwencji, jak się okazało, również religijnego) i przemiany postawy wobec komunizmu i komunistów. W przeciwieństwie do Stanisławy Sowińskiej wiernej komunizmowi do końca, o czym przekonałam się, czytając jej wspomnienia „Gorzkie lata”, autor przeszedł na drugą stronę muru. Ale to bycie tam, „gdzie stało ZOMO” (używając współczesnej nomenklatury), razem z komunistami, budowanie kraju w duchu socrealizmu poprzez swoją twórczość, pozostawiło piętno na jego życiorysie ciążące mu chociażby w stale przewijającym się pytaniu na spotkaniach autorskich o zmianę przekonań. Sam rzadko o tym wspominał, ale raz uczynił obszerny wyjątek, wywołany przez współosadzonych w ośrodku internowania. Nie wytrzymał określenia „gnidy”, a swój żal przelał na papier – Miałem niespełna 18 lat, kiedy wstąpiłem do PPR. Nie przez strach, nie przekupstwo, nie zaangażowanie przez tajną służbę radziecką, także nie skłonność do ugody. Pewna wizja z punktami odniesienia niechybnie błędnymi, jakoś tam uwarunkowanymi przez historię, doświadczenie osobiste i różne rzeczy, o których nie teraz. Dawno od tego odszedłem i myślę, że ostatnie ponad ćwierć wieku życia zwalnia mnie od ponawiania wyznań ekspiacyjnych, o jakie do byłych komunistów apeluje Stefan Niesiołowski. Ale chcę powiedzieć, że do siebie dawnego, tamtego, nie odczuwam nienawiści ani pogardy, najwyżej pewien ironiczny dystans, pewną potrzebę dyskusji, niezgody. Niechęć do przynależności do czegokolwiek, a zwłaszcza do partii, pozostała mu na zawsze. To dlatego, mimo że był w opozycji, nie wstąpił formalnie do „Solidarności”, tłumacząc przyjętą postawę – Mam dość przynależności partyjnej na całe życie, nawet na zebraniu koła „Solidarności” przeszkadzały mi skojarzenia z POP. Ale jestem im oczywiście życzliwy.

   Jednak takich osobistych wątków w tym pierwszym tomie (docelowo ma być jeszcze drugi) było niewiele.

   Częściowo wynikało to z zagrożeń konsekwencji pisania tego typu dziennika i w ogóle wspomnień. Zwłaszcza w okresie internowania, kiedy zresztą skonfiskowano mu ich część. Częściowo również z charakteru autora – raczej zamkniętego w sobie, uprzedzonego do nowości, doświadczonego przeszłością, a przez to wyjątkowo ostrożnego. Zdawał sobie z tego ograniczenia sprawę, pisząc – ja się chyba rzeczywiście nie otworzyłem, od samego dzieciństwa (poza wierszami i taką prozą jak Literatura). O tym traumatycznym dzieciństwie również nie wspomina. Poznałam je dzięki obszernemu i bardzo  potrzebnemu (chociażby dlatego) opracowaniu wprowadzającemu Agnieszki Dębskiej, umieszczonemu przed wpisami autora. Być może wszystko to miało wpływ na nieregularność prowadzonych zapisków i ich syntetyczny styl narracji. Notowane krótkimi zdaniami, momentami wręcz hasłowo, przypominały raczej sprawozdania i relację z wyraźnie przekazanymi tempem i dynamiką wydarzeń niż opowieść z dnia codziennego. Z wieloma krótszymi lub dłuższymi przerwami, a nawet brakami całych roczników (1960-65 czy 1969-78), były dla mnie przede wszystkim materiałami źródłowymi świadka burzliwych przemian politycznych i funkcjonowania środowiska  przede wszystkim artystycznego w czasach socjalizmu i powstającej „Solidarności”. Jego roli w opozycji i sposobów funkcjonowania w zmieniających się warunkach politycznych, społecznych i gospodarczych oraz prób wpłynięcia na nie, na swój, jednostkowy sposób. Na kartach tego dziennika przewijały się osoby o znanych, obecnie historycznych już nazwiskach, które mogłam poznać od ludzkiej strony nie tylko w opinii autora, ale i innych osób z jego otoczenia. Mogłam prześledzić przeszłość tych, których obecnie znam z dzisiejszej sceny politycznej i poszukać źródeł obserwowanych wzajemnej sympatii i współpracy czy wrogości i niechęci. A wszystko to na tle codziennego życia ludzi w tamtych trudnych i niespokojnych czasach – pustych półek sklepowych, kolejek po cokolwiek, trudności w wyjazdach zagranicznych, represji rządzących wobec niepokornych i przywilejów wobec osób „prawomyślnych”.

   Syntetyczny styl przekazu zmienił się w momencie internowania.

   Zapiski z lat 1981-1982 były bardziej systematyczne, obszerne, osobiste i częstsze w subiektywnym ocenianiu osób i obserwowanych wydarzeń. Na pewno duży wpływ na to miało odosobnienie oraz ograniczenie zajęć absorbujących autora na wolności. Chociażby zawodowych. Ta rutyna wypisywania z siebie była mu też potrzebna do zachowania zdrowia psychicznego, do czego szczerze przyznawał się.

   Z ogromnym zainteresowaniem przyglądałam  się rzeczywistości internowanych widzianej oczami autora-artysty, mając w pamięci obrazy bardziej polityczne przekazane mi przez Władysława Bartoszewskiego w Dzienniku z internowania oraz Jacka i Gaję Kuroniów w Listach jak dotyk. Poszerzało i uzupełniało to moją wiedzę o informacje, których nie uzyskał wcześniej. Chociażby o swoistą, ale znaczącą rolę Marka Edelmana w opozycji i czy, niczym epilog do listów małżeństwa Kuroniów, opis pogrzebu Grażyny Kuroń, na którym, nie kto inny, a właśnie autor dzienników pożegnał zmarłą na prośbę jej męża.

   Z uwagą przyglądałam się również temu przede wszystkim poecie, który tworzył wiersze ze snów i jego próbom odnajdywania się w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, współczując mu. Rozumiejąc go. Nadal jednak pozostaje we mnie osad żalu, że to właśnie tacy ludzie, stojący po stronie komunistów, pomogli wprowadzić ustrój socjalistyczny, pozbawiając Polskę wolności na kilkadziesiąt kolejnych lat, kiedy ich rówieśnicy, stojący po drugiej stronie, byli mordowani tak, jak siedemnastoletnia Danuta Siedzikówna (Inka).

   Czy można odkupić takie winy?

   To chyba najważniejsze pytanie, jakie stawiałam sobie, czytając dziennik autora.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Dzienniki. 1953–1982. Tom 1 [Wiktor Woroszylski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 18 sierpnia 2017, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Blogi