Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Zamojszczyzna 1918-1959 – Zygmunt Klukowski

Zamojszczyzna  1918-1959 – Zygmunt Klukowski
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 711 stron + 100 stron zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska

   Robię to z głęboko zakorzenionej u mnie „żyłki historyka”, z przekonania, że te rzeczy nie mogą pójść w zapomnienie, że muszą być przekazane przyszłym pokoleniom w całej swej nagiej, brutalnej rzeczywistości.

   Tak uzasadniał swoją dziennikarską pracę Zygmunt Klukowski. Lekarz z zawodu oraz regionalista i bibliofil z zamiłowania. I chociaż miał świadomość, że tragizm czasów, w których przyszło mu żyć,  mogłoby odtworzyć jakieś tęgie pióro literackie, lecz nie krótkie, kronikarskie notatki, to poczucie obowiązku relacjonowania jako świadka ważnych wydarzeń historycznych, przeważało nad tego typu wątpliwościami. Swój dziennik zaczął prowadzić od 1939 roku do 1947, który redaktorzy wydawnictwa zilustrowali licznymi zdjęciami.

Poczucie obowiązku kronikarskiego przeważało też nad lękiem i strachem notowania w strasznych warunkach - jak sam określił okupację niemiecką, pisząc wspomnienia obejmujące lata dwudziestolecia międzywojennego od momentu przyjazdu do Szczebrzeszyna w 1919 roku, które ujął nie w porządku chronologicznym, ale w formie szeroko przekrojowej opowieści o przedwojennej Zamojszczyźnie.

Obejmując stanowisko lekarza i dyrektora w szczebrzeszyńskim szpitalu, miał możliwość poznania, obserwowania i uczestniczenia w życiu lokalnej społeczności. Stworzył monografię Szczebrzeszyna, Zamościa i okolicznych miejscowości, opisując ich wygląd, architekturę, rozkład ulic i najważniejszych miejsc użyteczności publicznej i usługowej, nastroje polityczne i gospodarkę, ale przede wszystkim kulturalne i codzienne życie mieszkańców zróżnicowanych pod względem etnicznym i pochodzenia społecznego. Jego świadectwo wystawione ówczesnej inteligencji nie było chlubne. Ubolewał bardzo nad marazmem kulturalnym prowincji. Nad inteligencją, która pochłonięta jest wyłącznie swoimi sprawami zawodowymi, materialnymi, domowymi oraz beztreściwym życiem towarzyskim. Lata całe spędzone w takich warunkach wyjaławiają nawet nieprzeciętne umysły. A cóż dopiero mówić o ogóle mieszkańców takiego miasteczka, jak Szczebrzeszyn. Jest to kompletny ugór. Na tym tle, jego zamiłowania bibliofilskie i systematycznie powiększany księgozbiór, stanowiły pewnego rodzaju oazę na prowincjonalnym ugorze umysłowym.

 Co ciekawe! Wsławił się wśród znajomych nietypowym ekslibrisem, którego grafika i treść mnie rozbawiły.

Gdybym nie poznała dokładniej sylwetki autora dzienników oraz jego działalności społecznej i patriotycznej opisanej przez redaktorkę serii, Agnieszkę Knyt, umieszczonej na końcu książki, mogłabym poczytać to za nieskromność, a nawet za egoizm bibliofila. Bo w samych dziennikach ograniczał swoją rolę raczej obserwatora, który o sobie pisał skromnie, często pośrednio. Wtedy, gdy było to ważne i konieczne. Dlatego o wielu aspektach jego aktywności pozazawodowej albo domyślałam się, albo dowiadywałam powoli i późno, kiedy w relacjach z przesłuchań przez Niemców w czasie okupacji, a potem przez UB w latach 50. XX wieku, wspominał na przykład o zmianie pseudonimu w strukturach AK. Wynikało to nie tylko z ostrożności notowania wprost, ale również z jego skromności, którą dostrzegali mu współcześni. Prof. Zygmunt Mańkowski opisywał go jako człowieka otwartego na sprawy ludzi, na ojczystą historię, ale szczególnie regionu, w którym zamieszkał.

   Regionalizm to główna cecha dzienników autora.

   Stała troska o zapisanie jak najwięcej z dziejącej się historii pomimo niebezpieczeństwa dekonspiracji jego zapisków poukrywanych w zakamarkach szpitalnych murów. Niezmiennie kontynuowanych pomimo wielokrotnych sytuacji zagrażających życiu jego i jemu najbliższych, negatywnie wpływających na jego pogarszające się zdrowie - napadów, pobić, aresztowań i wieloletnich więzień. Zarówno w czasie wojny, jak i w okresie stalinizmu, kiedy był już starszym, bardzo schorowanym człowiekiem.

Jego dzienniki, wydawane publikacje, gromadzone dokumenty życia społecznego i konspiracyjnego  oraz zbierane wspomnienia ludzi uczestniczących w ważnych wydarzeniach okazały się na tyle ważne i cenne, że został świadkiem w procesie norymberskim w sprawie wysiedlania Zamojszczyzny przez Niemców i zabierania dzieci do zniemczenia.

   To nie jedyny wartościowy aspekt tych dzienników.

   To także przerażające świadectwo eksterminacji Żydów w Zamojskiem do tego stopnia porażające swoim brutalizmem, że momentami trudno było mu pisać o tym, co widział, bo czegoś równie strasznego, koszmarnego, nikt nigdy nie widział i o czymś podobnym nie słyszał, kreśląc wrażenia chaotycznie, niezdarnie, ale ze świadomością, że nawet takie notatki stanowić będą kiedyś swego rodzaju dokument przeżywanej obecnej chwili. Chwili, w której wyć się chciało z bezsilnej złości i rozpaczy.

   To również brutalne świadectwo postawy Polaków wobec „tępienia” Żydów, o której z rozgoryczeniem i rozczarowaniem, ale i obiecywanym obiektywizmem pisał – W ogóle w stosunku do Żydów zapanowało jakieś dziwne zezwierzęcenie. Jakaś psychoza ogarnęła ludzi, którzy za przykładem Niemców często nie widzą w Żydzie człowieka, lecz uważają go za jakieś szkodliwe zwierzę, które należy tępić wszelkimi sposobami, podobnie jak wściekłe psy, szczury... I opisuje czynny udział Polaków w tropieniu i wynajdywaniu ukrytych Żydów w miastach, mordowaniu ich przez chłopów  we wsiach i powszechnym, jawnym rabunku ich mienia. Potwierdzał to, o czym pisał Jan Gross w Sąsiadach, Strachu czy w Złotych żniwach.

   To też niewygodne obecnie świadectwo obrazu ówczesnego podziemia, które w okresie przełomu wojny i pokoju tolerowało bandytyzm i samowolkę wykonywanych wyroków przez żołnierzy AK. Autor widział tę demoralizację w szeregach i bardzo nad tym zjawiskiem ubolewał, pisząc – Mam jednak duży niesmak wiedząc, że nasi oficerowie, działając z pobudek ideowych, dopuszczają do współpracy jawnych bandytów (...). Takie tolerowanie bandytyzmu w szeregach organizacji uważam za objaw bardzo smutny, świadczący o zaniku elementarnych zasad etyki. (...) Ideowość staje się często mocno problematyczna, bandytyzm szerzy się w sposób zastraszający, objawy rozkładu wewnętrznego są coraz głębsze. Czuję, jak maleją moje sympatie do AK. Zaczyna mnie trochę gnębić, że nie mogę tego mówić głośno i otwarcie, bo posądzono by mnie o odszczepieństwo, a nawet zdradę i o to, że idę „z wiatrem”. Szalę goryczy przelał napad na jego osobę i rodzinę połączony z rabunkiem przez żołnierzy dywersji, o którym napisał – Nigdy nie przypuszczałem, że którykolwiek z żołnierzy OP 9 będzie mógł dokonać napadu bandyckiego na mnie, gdyż zanadto byłem znany i za blisko współżyłem z ludźmi „z lasu”. Jednocześnie dostrzegał przyczynę tego zjawiska, tłumacząc - Do berlingowskiego wojska naszym chłopcom iść nie pozwolono, nie zaopiekowano się nimi tak, jak należało, puszczono samopas, żołd wypłacano w wysokości niewystarczającej, by się utrzymać, zwłaszcza dla tych, którzy lubią i wypić, i zabawić się. Przy słabszych więc postawach moralnych, odzwyczajeni od zwykłej pracy, zaprawieni w różnych gwałtach, niektórzy łatwo zaczęli pozbywać się skrupułów i stali się faktycznie bandytami. Dlatego podobne napady rabunkowe, dokonywane przez byłych żołnierzy dywersji, w ostatnich czasach są zjawiskiem niemal codziennym. Dlatego, pomimo rozczarowania, pozostawał w szeregach walczących – na swój sposób – jako lekarz i głównie jako historyk.

   Ta przynależność do AK „zemściła się” dwukrotnym pobytem w więzieniu w początkach lat 50. XX wieku. To im poświęca wspomnienia z okresu stalinizmu, uzupełniając dziennik. Całość dopełniają listy autora z ostatnich dwóch lat życia, zamykające publikację.

   Pozycja ta to nie tylko ważne źródło dokumentalne dla mieszkańców Zamojszczyzny, badaczy tego regionu i historyków zajmujących się dziejami Polski, ale również świat emocji człowieka uwikłanego w podwójne życie – lekarza i konspiratora. Namacalna rzeczywistość, którą przeżywałam razem  z jego uczestnikiem, pełna lęku, strachu, obaw, niepewności, bezradności, braku poczucia bezpieczeństwa i koszmarów nocnych. Tego „nie wyczyta się” i nie odczuje się w żadnych, nawet najbardziej rzetelnych, opracowaniach historycznych. To można przeżyć tylko w tego typu dziennikach pisanych na bieżąco, z dnia na dzień, pod wpływem przeżywanych emocji. Doznań, które z jednej strony nie pozwalają pisać, czyniąc notatki chaotycznymi, a z drugiej, oddając „żywą” chwilę. Moment przelania emocji. Niezakłóconych lukami pamięci, wyciszonych upływającymi latami i zniekształconych poprawnością polityczną. Mam wrażenie, że „przeżyłam” ten czas razem z autorem, funkcjonując przez kilka dni w świecie równoległym w całej swej nagiej, brutalnej rzeczywistości, do których drzwiami była okładka tej książki.

   Nauczyłam się tam dwóch rzeczy.

   Nie da się jednoznacznie ocenić ówczesnych postaw ludzkich. Nawet nie wolno mi tego czynić. Trzeba samemu tego doświadczyć, by tak, jak autor, mieć prawo do wybaczania i wyrozumiałego tłumaczenia zachowania znanych mu kobiet z konspiracji, na podstawie których zeznań skazano go na kilka lat więzienia  - Ale mogę tu powiedzieć całkiem szczerze i oświadczyć kategorycznie, że ani przez chwilę – i wówczas, i potem – nie miałem do Teresy i Niusi najmniejszej pretensji ani odrobiny żalu, bo wiedziałem dobrze, w jakiej atmosferze i jak podstępnie prowadzono dochodzenie, jak łatwo można było podejść więźniów mniej wyrobionych i łatwowiernych.

   Nie da się też jednoznacznie ocenić wydarzeń, o których bezsilny świadek i ich uczestnik pisał – Trudno dziś wydać sprawiedliwy sąd. Lecz i późniejszy historyk niełatwe będzie miał zadanie.

   Był w tej kwestii bardzo przenikliwy i proroczy.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zamojszczyzna 1918–1959 [Zygmunt Klukowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 03 września 2017, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Blogi