Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński

Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński
Wydawnictwo Czarne , 2016 , 208 stron

Seria Menażeria
Literatura polska

   Bardzo przewrotny, ale adekwatny tytuł!

   Bo cóż ja w tej opowieści nie miałam! Różnorodność ogromną! Od malarstwa, literatury, filmu, muzyki poprzez wątki polityczne na ekologii skończywszy! Spojrzenie szerokie, które ogarniałam niczym sowa, skoro już jesteśmy w ptasim świecie, wykręcając umysł i wyobraźnię dookoła tej przebogatej panoramy. Właściwie nie powinnam się temu dziwić, skoro autorem jest kulturoznawca ogarnięty ptasią pasją, a już z pewnością dotknięty syndromem Birding Compulsive Disorder w pozytywnym jego znaczeniu. Jednostki chorobowej wymyślonej z przymrożeniem oka przez językoznawcę Petera Cashwella, odpowiadającej za skupianie całej uwagi na ptakach w codziennym życiu „chorego”. To on odpowiada za gwałtowne hamowanie bez oglądania się w lusterku na ruchliwej drodze, kiedy na poboczu mignie coś ciekawego. To on sprawia, ze ptasiarz w środku dyskusji ucisza wszystkich syknięciem i unosi palec w kierunku, z którego dobiega interesujący dźwięk. To on zmusza do wielogodzinnego czuwania nawet w zimny, mroźny lub deszczowy dzień albo noc, by zobaczyć na przykład rzadką już kraskę. To on dawał siłę, by przetrwać i przeżyć koszmar obozu koncentracyjnego,bo i nawet takich wątków w niej nie zabrakło.

   Taki jest właśnie autor i jego opowieści!

   A może reportaże, które przybierały momentami formę dziennika z obserwacji albo esejów? W pierwszym zderzeniu ze słowem sprawiały wrażenie chaotycznych. Poszatkowanych nawet wewnątrz dwunastu rozdziałów. Sięgających do różnych źródeł  nauki i czerpiących z własnego doświadczenia. Ale to pozory wynikające z rozległej wiedzy autora, z którą dzielił się, przepuszczając ją przez fokus uwagi skupionej na jednym temacie – ptaków. A zaczął od swoistego listu polecającego, w którym powołał się na przyczynę swojej „choroby” rozwijającej się powoli od dzieciństwa. Nie boję się jej nazwać wprost – miłością do ptaków, chociaż autor w żadnym miejscu do tego się nie przyznał i nie nazwał. Nie musiał. Ja ją widziałam, słyszałam i czułam w każdym zdaniu. Tę miłość najpierw pozwolił mi usłyszeć poprzez dźwięki, które w moim życiu słyszę wyraźnie tylko, gdy jestem w lesie lub jakaś wrona niespodzianie zakracze nade mną, idącą chodnikiem, w miejskim zgiełku. A to przecież trele, świergot, ćwierkanie czyli śpiew, tak trudny do przełożenia na ludzką mowę i jeszcze trudniejszy do zapisania. By potem ukazać ich ptasich autorów w opisach, które mnie urzekły. Nie tylko własnym postrzeganiem, ale również interpretacją obrazów Józefa Chełmońskiego. Autor zachwycał się jego widzeniem ptasiego świata, a ja zachwycałam się jego zachwytem. Jego podążaniem śladami artysty, by skonfrontować obraz z rzeczywistością.

   Ale i bez tego typu wycieczek dużo podróżował.

   Zaglądał do obozu naukowców obrączkujących ptaki (podobnego do tego, jak  Akcja Carpatica), by im nie tylko pomagać, ale by przede wszystkim być bliżej ptaków, bo – jak sam napisał – Nigdzie nie będę bliżej ptaków. Nigdzie nie będzie miał takiej możliwości, by przekonać się, czy sosnówka rzeczywiście pachnie żywicą. Prezentował klasyfikację ludzi zajmujących się ptakami, podkreślając jej ogromne zróżnicowanie, gdzie obok naukowców ornitologów funkcjonują ptasiarze, obserwatorzy ptaków on-line i mniej szlachetni tłiterzy. Osobny rozdział poświęcił ptasim fotografom, których „bezkrwawe łowy” w dzisiejszych czasach nie są już takie bezkrwawe, bo z konsekwencjami zdziczałych obyczajów „polujących”. Na tle urokliwego życia ptaków na wsi, w lasach i bezludnych krainach i w ludnym mieście, w których ptaki przystosowały się do życia w nim, można uwierzyć, że ptasia rzeczywistość to sielanka. Z czasem jednak zrozumiałam, że tak pięknie rozpoczęta romantycznymi pejzażami malarskimi i nie mniej romantycznymi opisami natury widzianymi oczami autora, idylla, gdzie skowronek uderza skrzydłami płytko, praktycznie stoi w powietrzu i wyśpiewuje w wieczornej ciszy swoją przyśpieszającą melodię, była po to, by tu i ówdzie wrzucić zakłócające ją zdanie  – Kładę się na krótko skoszonej, śmierdzącej chemikaliami trawie.

   I tyle zostaje z opisu – smutek.

   Uczucie, które im bliżej ku końcowi, tym częściej się pojawiało. Jego silny akord szczególnie odczułam w rozdziale o bocianach. Wymieranie populacji mojego ulubionego ptaka, według autora, powodują środki owadobójcze, monokultury, melioracja i zalesianie nieużytków. Jeszcze trochę, a już nie zrobię zdjęcia takiego, jak to z ostatniej wiosny.

Pozostanie mi mój bociek w bibliotece

i wspomnienia z dzieciństwa, w których klekot budził mnie rano w babcinym gospodarstwie pałuckiej wsi, gdzie spędzałam w czasie wakacji najszczęśliwsze, beztroskie lata.

   Dwa ostatnie rozdziały to już bicie na alarm.

   Brutalnie ściągające mnie z podniebnych lotów migracyjnych tak pięknie pokazanych w filmie Makrokosmos, do którego obejrzenia zachęcił mnie autor, a który w zachwycie przeżywałam dwa razy i mam ochotę jeszcze raz. Na twardy grunt realiów, w których bezmyślność ludzi (na przykład strzelanie do ptaków jako sport, by pokazać siebie i swoje „trofea” na portalach społecznościowych) i brak ujednoliceń lub uregulowań prawnych na całym świecie, prowadzą do wymierania ptasich gatunków.

   Czułam się jak balonik, z którego powoli uchodziło powietrze...

   To jedna z tych pozycji, którą stawiam obok Sekretnego życia drzew i Duchowego życia zwierząt Petera Wohllebena. Książek, które wzbudzają zachwyt nad światem przyrody, by czynić wrażliwym na nią i uczyć, że przyroda jest wszędzie i potrzebuje naszej opieki.

   Książka była nominowana do Literackiej Nagrody Nike. Została finalistką i wybraną przez czytelników, ale nie przez kapitułę nagrody Nike. Ta tytuł laureata przyznała reportażowi Żeby nie było śladów Cezarego Łazarewicza. Według mnie obie zasługują na to miano. Trudność wyboru między nimi polega na ich diametralnym zróżnicowaniu tematyki, przy jednakowej jej ważności. Pierwsza mówi o przyszłości ludzkości poprzez pryzmat dramatu ptaków, a druga o przeszłości ludzkości poprzez pryzmat tragedii jednostki. Pierwsza odwołuje się przede wszystkim do emocji czytelnika, a druga do faktów pojmowanych rozumowo. Obie świetnie napisane, stylem narracji adekwatnym  do treści i do celu przekazu.

   Jak wybrać?

   Na szczęście uczyniła to za mnie kapituła nagrody, chociaż dla mnie każdy dokonany przez nią wybór byłby dobry.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2017 roku.

Dwanaście srok za ogon [Stanisław Łubieński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zachęcam do obejrzenia Le peuple migrateur, który w Polsce znany jest jako Makrokosmos. Przepiękny i wzruszający!

sobota, 14 października 2017, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Blogi