Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Skucha – Jacek Hugo-Bader

Skucha – Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo Agora , Wydawnictwo Czarne , 2017 , 320 stron
Trylogia , część 2
Literatura polska

   Totalne zaskoczenie!

   Nie tematyką, bo wiem, że autor jest specjalistą od reportaży podróżnych, ale w ogóle, w szczególe i we wszystkim, bo to moja pierwsza przygoda z tym reportażystą. Obfitująca w skrajne w emocje i stawiająca w opozycji moje serce i rozum. Czytając ten reportaż historyczno-polityczno-społeczny, próbowałam je stale godzić.

   Bo z jednej strony temat bardzo poważny - Kolumbowie rocznik 50.

   Temat, według autora, niepodejmowany tak, jak dotyczący rocznika 20, któremu pokłoniła się i literatura, i film. Szybko przejrzałam w pamięci tytuły książek poświęconych tej tematyce i doszukałam się tylko jednej pozycji – W twoim kraju wojna! Małgorzaty Niezabitowskiej. Na pewno jest ich więcej, ale to i tak mało, jak na etos tego pokolenia. Autor postanowił to zmienić. Uznał, że ludziom opozycji z czasów socjalistycznego ustroju  należy się taka sama pamięć, jak tym walczącym w Powstaniu Warszawskim czy w strukturach AK. Podchodził do tego tematu kilkakrotnie. Pierwszy raz dwadzieścia jeden lat temu. Nie zmarnowała się ta przeszła praca, bo włączył poprzednio zgromadzone materiały do tej pozycji. Nazwał to żartobliwie reportażem z recyklingu. Poza tym mógł dołączyć informacje nowe, narosłe od pierwszej próby zmierzenia się z tematem, a nawet przypomnieć fakty swoim bohaterom, którzy o nich już zdążyli zapomnieć. Wykaz „osób dramatu”, jak nazwał listę swoich bohaterów, umieścił na początku książki, dołączając do każdego nazwiska krótki biogram. To ludzie, których znał osobiście. Rewolucjonistów, jak ich nazwał, znanych mu z imienia, nazwiska, wieku, zawodu i ksywy. Jak sam napisał – Chciałbym się zmierzyć z tym paradoksem, opowiedzieć, jak się żyje działaczom, bojownikom podziemia demokratycznego w Polsce, którą sobie wywalczyli. Co dzisiaj robią Kolumbowie rocznik 50, dzieci tamtych Kolumbów, jak się urządzili, jak się wiedzie moim kolegom z partyzantki w wolnym wreszcie kraju? Oddać sprawiedliwość tym, którzy nie walczyli z karabinem w dłoniach, nie przelewali krwi, ale kręcili korbami od powielaczy, roznosili bibułę, przechowywali nielegalne materiały, użyczali mieszkań do celów konspiracyjnych czy drukowali gazetę „Wola”.

   Było ich 15.

  Plus „chór konspiratorów” i „chór rodziny” - ważne osoby z kręgu bohaterów głównych. Nie wszyscy zgodzili się rozmawiać. Dwóch odmówiło, ale autor znalazł ciekawy sposób napisania o nich – przedrukował teksty umieszczone przez nich na stronach blogu, jasno i precyzyjnie opisujące ich postawy i losy współczesne. Żeby było ciekawiej, poszatkował te rozmowy i umieścił naprzemiennie w trzech rozdziałach. Pierwszy mówił skąd pochodzą, z jakich rodzin i środowisk i jakie wartości oraz postawy wynieśli z domów rodzinnych. Drugi akt dramatu – „Siedem lat w trumnie”, bo tak nazwał rozdział, opowiadał o siedmiu latach konspiracji, świadomie nawiązując do powieści Romana Bratnego „Rok w trumnie”. Akt trzeci dramatu – „Początek świata szwoleżerów” to kolejne nawiązanie literackie do „Końca świata szwoleżerów” Mariana Brandysa. Oba odniesienia inteligentnie przewrotne. W tych trzech aktach mogłam przyjrzeć się temu, co w człowieku szlachetne i przyzwoite i temu, co w nim ułomne i podłe. Ich dalsze losy, z których byli dumni lub żałowali, twierdząc, że nie o taką Polskę walczyli.

   Z drugiej strony sposób podania tematu – lekko niepoważny.

   Momentami frapujący, deprymujący, podszyty nutą kpiny, sarkazmu, a zwłaszcza czarnego humoru. Obnażający duszę i najbardziej intymne sprawy rozmówców. Wyciągające z ukrycia ich bardzo osobiste tajemnice i głęboko skrywane sekrety – homoseksualizm, transwestytyzm, zmiana płci, choroby psychiczne, alkoholizm, narkomania, uzależnienia emocjonalne, tragedie rodzinne i dramaty małżeńskie, trudne relacje z rodzicami, poważne problemy z dziećmi czy wreszcie współpraca z SB. I te ciągłe porównania bohaterów do psów z pełnym opisem ich cech idealnie przystających do postaci ludzkich. By docenić kunszt autora, przytoczę odniesienie do Michała Boniego jako najbardziej rozpoznawalnego polityka w tym reportażu – Wszędobylski typ. W wiecznym biegu jak pies rasy beagle. Mały, słodki, nadaktywny prymus, którego wszędzie pełno, więc paniuńcie go uwielbiają, a z każdym facetem ma raczej pod górkę, bo właściwie nie sposób nauczyć nygusa posłuszeństwa, ale który jest jednak cholernie przydatny, pomocny, pożyteczny, jak to pies gończy. Niewyrośnięty pointer jeden, mądraliński. No wypisz, wymaluj! Autor tak się zagalopował w tym psim podejściu, że poświęcił nawet cały rozdział... psim kupom. Scena z „Dnia świra” Marka Koterskiego na bis! Wprawił mnie tym w osłupienie. Sam autor miał wątpliwości, czy zasadnym było umieszczenie go w tej pozycji. Było!

   Wszystko w tym reportażu było zasadnym!

   Wprawdzie autor poprosił mnie – nie kombinuj, nie szukaj klucza do tej opowieści, nie baw się w archeologa, nie odsłaniaj tego, co ukryte, bo dowiem się, że jedna z bohaterek jest kompilacją trzech kobiet, które nie miały odwagi opowiedzieć o sobie zupełnie otwarcie, pod własnym nazwiskiem, które nie chcą się ujawnić, dać się rozpoznać, zdradzić wszystkich tajemnic. I jeśli w tym momencie nie ma nawet co gadać o obiektywnym reportażu, to nie miałam mu tego za złe, bo w zamian obiecał mi, że jeśli przez ten zabieg przestaje być reportażem, literaturą faktu, to nie jest fikcją, jest literaturą opartą na faktach, bo wszystkie opowieści, a nawet słowa bohaterki są prawdziwe.

   I bardzo dobrze, bo daje mi to jednak prawo do własnej interpretacji!

   Pokombinuję wbrew napomnieniom autora. Jemu wolno, jako autorowi, a mnie jako czytelniczce! I tak sobie wykombinowałam, że skoro o tych psach mowa, o ich cechach przypisywanych bohaterom i porównaniach, to piękna, ale i smutna, metafora powstaje z tych reportaży. Co tam szwoleżerowie, co tam więźniowie w trumnach! To zwykła, psia miłość, wierność i lojalność do swojej Pani Ojczyzny, która zapomniała o kochających ją obrońcach. Przywiązała te hasky, teriery, dobermany, jamniki i kundle włóczęgi do drzewa i zostawiła na upokorzenie, zapomnienie, chorobę i śmierć w odosobnieniu lub litość przechodniów. Dobrze oddaje tę myśl okładkowa grafika o poszerzonej przestrzeni rysunku o czarną wstążkę.

Sama książka wyróżnia się swoją pozłoconą siermiężnością idealnie oddającą jej zawartość.

Jasnobrązowy, pakowy papier ze szlachetnym złotem grzbietu, twardymi okładkami i wstążeczką, którą dodaje się raczej do ksiąg nobliwych to próba pogodzenia godności z ułomnością, ideałów z upadkiem moralnym, wiary z realizmem, sacrum z profanum. Optymizm pełen skuch!

   A dlaczego pozwoliłam sobie na taki bunt wobec autora?

   Dał mi do tego prawo pośrednio. „Język ciała” zaprzeczał temu, co mówił. Jego bezpośredniość, kierowanie słów wprost do mnie, brak zahamowań w przekazywaniu własnych obserwacji i faktów w zbliżeniu mikroskopowym, przedkładanie prawdy nad ból przez nią sprawiany, wszechobecna brzydota ciała i duszy bez zakłamań, łamały i usuwały barierę między reportażystą a czytelnikiem. Siedziałam bardzo blisko koło człowieka, który tłumaczył mi wnikliwie obserwowany świat. Rozmowa rwana, szatkowana, przeskakiwała z tematu na temat, z dygresjami bardzo ważnymi, a czasami mniej, jak to w rozmowie... o wszystkim i czasami o niczym. W ostateczności okazującą się pełną i ważną. Najprzyjemniejsze było wrażenie, że ten reportaż nie powstawał w trudzie tworzenia przez dwie dekady, ale spłynął z pióra w ciągu jednego spotkania ze mną.

   Mix majstersztyku powagi z nonszalancją niepowagi dający nominację do Literackiej Nagrody Nike 2017.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.



Skucha [Jacek Hugo-Bader]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Z ciekawością wysłuchałam autora o kontynuacji tematu.

sobota, 06 stycznia 2018, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Blogi