Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Elegia dla bidoków – J. D. Vance

Elegia dla bidoków – J[ames] D[avid] Vance
Przełożył Tomasz S. Gałązka
Wydawnictwo Marginesy , 2018 ,  320 stron
Literatura amerykańska

   Mąż Mandy, Terry, został aresztowany za naruszenie warunków zwolnienia i wrócił do więzienia. Więc u nich wszystko w porządku.

   To zdanie, według mnie, najbardziej odzwierciedlało wymowę tej książki, którą otrzymałam od bidoka z USA w takim opakowaniu:

Nic nie mogłam poradzić, że obraz rodziny, miast Jackson w stanie Kentucky i Middletown w stanie Ohio, w których dorastał autor, odebrałam jak dobrą komedię noir. Może dlatego, że swoje refleksje, wspomnienia, rozważania nie miały odcienia skargi, biadolenia i obwiniania o wszystko cokolwiek i kogokolwiek. Za to pełne były absurdów, cynizmu w dialogach lub wypowiedziach cytowanych bohaterów, ocierających się często o groteskę przedstawianych sytuacji. Wnikliwie opisywał to, co widział wokół i co przeżył wśród bidoków, jak określał robociarzy bez wyższego wykształcenia wywodzących się od Szkoto-Irlandczyków, zamieszkujących tak zwany Pas Rdzy w okolicach Appalachów. Specyficznej podgrupy społecznej o białym kolorze skóry, ale mentalności Murzynów z Południa. Życie wśród nich było niestabilne, traumatyczne i niebezpieczne.  Przypominające życie z dzikim niedźwiedziem pod jednym dachem, skutkujące syndromem ACE – niekorzystnych doświadczeń dziecięcych. Jak sam napisał – Nasze domy rodzinne to piekielny chaos. Wrzeszczymy, wydawałoby się na siebie niczym kibice na meczu. Co najmniej jeden członek rodziny używa narkotyków, czasem ojciec, czasem matka, bywa, że oboje. W skrajnie stresujących chwilach bijemy się i kopiemy, oczywiście na oczach pozostałych członków rodziny, w tym małych dzieci – w większości przypadków sąsiedzi też słyszą, co się dzieje. Zły dzień jest wtedy, gdy sąsiedzi wezwą policję na interwencję w naszym dramacie. Nasze dzieci trafiają do rodzin zastępczych, ale nigdy na długo. Prosimy dzieci o przebaczenie. One wierzą, że to szczere prośby, bo też takie są. Ale mija parę dni i znów zachowujemy się dokładnie tak samo jak wcześniej. W sporach małżeńskich obowiązywały żelazne zasady: nigdy nie mów normalnym tonem, jeśli możesz wrzeszczeć; jeśli kłótnia nabierze ciut przydużo kolorków, dozwolone są policzkowanie i ciosy z pięści, pod warunkiem, że mąż nie uderzy pierwszy; uczucia zawsze należy wyrażać w sposób obelżywy i przykry dla małżonka, a jeśli wszystko inne zawiedzie, można zwinąć się z dzieciakami i psem do motelu nieopodal. Dokładnie taka była również rodzina autora. Ojca właściwie nie znał, a matkę uzależnioną od narkotyków i leków wolałby nie znać. Tak ciasny, hermetyczny, wykluczony, nieufny, gniewny, odizolowany i dumny, w swoiście pojmowanym honorze, świat, skupiający się przede wszystkim na konsumpcji, niepotrafiący odróżnić miłości od wojny, z góry skazywał swoje dzieci na porażkę. Wyposażał tylko w przegraną przyszłość.

   A mimo to autor spełnił amerykański sen!

   Osiągnął, według oceny wielu, coś nadzwyczajnego – wyrwał się z „duliny bidoków”, awansując do „białych kołnierzyków”. Został prawnikiem. Według autora ta nadzwyczajność jego sukcesu kryła się w zwyczajności efektu ciężkiej pracy, który rzadko przydarza się dzieciom bidoków. O tym, jak tego dokonał, jaką drogę wybrał, co musiał poświęcić, jakim kosztem i nad czym musiał ciężko popracować, była ta konfesyjna opowieść. Ale też o świecie alternatywnym swoich dziadków – Mamaw i Papaw, równoważącym niestabilność domu rodzinnego matki i jej kolejnych mężów, wprowadzających w świat dziecka totalnie odmienne, przeciwstawne zasady – brać się do nauki, brać się do szukania pracy i „brać się, kurwa, do galopu i pomagać babci”. Uwielbiałam tę silną, bezkompromisową kobietę! To oni wpoili mu wiarę w szansę lepszego życia. Byli trampoliną w ziszczeniu amerykańskiego snu.

   Ale ta opowieść to nie tylko osobiste wspomnienia autora o silnym zabarwieniu psychologicznym.

   To również elegia o podłożu socjologicznym, społecznym, kulturowym, religijnym i politycznym. Każdy aspekt osobisty analizował zawsze na tle swojego kraju w kontekście naukowym, powołując się na opracowania badaczy, filmy dokumentalne i statystyki. Budował obraz Ameryki jako państwa opiekuńczego, stwarzającego możliwości rozwoju każdemu, a mimo to ponoszącego w tym zakresie porażki. Jego elegia to efekt zainteresowań przyczynami położenia społecznego i statusu ekonomicznego bidoków jeszcze z czasów nastoletnich. Miał szesnaście lat, kiedy przeczytał pracę naukową socjologa o zjawisku wykluczenia społecznego. Jego próba analizy i interpretacji stanu współczesnej Ameryki poprzez własne, indywidualne losy, stała się jedną z najważniejszych książek o USA ostatnich lat. Myślę, że pomimo jej hermetyczności, może stać się ważną pozycją dla wszystkich. Społeczeństwa jako narodu, jego decydentów, rządzących i polityków i każdego, kto chce kształtować swoje życie poprzez podejmowanie własnych, odważnych wyborów, łamiących negatywne dziedzictwo kulturowe rodziny i środowiska. Autor przedstawiając swoją drogę do sukcesu, nie chciał opisywać już opisanego problemu, ale pokazać jak to jest, kiedy człowiek rodzi się z tym problemem wiszącym mu u szyi. To główny powód napisania tej książki. Wyraźnie to podkreślił we wstępie, pisząc – Chcę, żeby inni dowiedzieli się , jakie to uczucie, kiedy człowiek już prawie jest gotów sam siebie skreślić i co może go do tego skłonić. Chcę, żeby pojęli to, co dzieje się w życiach ludzi biednych, i psychologiczne konsekwencje ubóstwa materialnego oraz duchowego dla ich dzieci. Chcę, żeby ludzie zrozumieli amerykański sen – taki, jakiego doświadczyłem ja i moja rodzina. Chcę, żeby pojęli, co naprawdę oznacza awans społeczny. Chcę też, żeby uświadomili sobie to, czego sam nauczyłem się dopiero niedawno: że nawet ci z nas, którym poszczęściło się żyć w amerykańskim śnie, wciąż są ścigani przez upiory życia, które za sobą zostawili.

   Wbrew pozorom to bardzo budująca i optymistyczna elegia w sensie psychologicznym, rzeczowością zmuszająca do myślenia wszystkich śniących o sukcesie indywidualnym i zbiorowym jako narodu.

   Niekoniecznie amerykańskim.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Elegia dla bidoków [J.D. Vance]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 25 lutego 2018, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2018/02/27 22:03:53
Ja zaczęłam Elegię właśnie i widzę wiele podobieństw z małymi miejscowościami w Polsce. Całe życie w jednej wsi. W tygodniu praca dom i piwko z kumplami. W niedziele do kościoła i na obiadek do rodziców. Raz w roku wakacje nad morzem. Nuda nuda i jeszcze raz nuda! I człowiek się tak kisi i rośnie w nim bunt. Tak bardzo chce zmiany, że czasem szuka jej nie tam gdzie trzeba.
-
2018/02/28 20:18:33
luima - Miałam dokładnie te same skojarzenia. Różnica polega na tym, że "bidoki" w Polsce nie stanowią etnicznej grupy, lecz są rozproszeni w społeczeństwie. "Barwne" komentarze babci autora pasują idealnie do nich. Są też podobni do środowisk "popegeerowskich" w czasach pokomunistycznych.
Blogi