Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
Blog > Komentarze do wpisu
Prymityw - Marcin Kołodziejczyk

Prymityw: epopeja narodowaMarcin Kołodziejczyk
Wydawnictwo Wielka Litera , 2018 , 493 strony
Literatura polska
   

   Nie ma nic lepszego dla mnie na zachęcenie do czytania niż tego typu „zniechęcacze”. Zachciało mi się i przeczytałam, a potem westchnęłam z ulgą, zachwytem i zgrozą – Absurdystan! To jedyne podsumowujące określenie rzeczywistości, jakie przyszło mi na myśl po wyjściu ze świata... No właśnie – jakiego? Pięknego, trafnie i inteligentnie odmalowanego słowem czy brzydkiego, patologicznego, bo autor umieścił w nim skrajnie negatywne osobowości i zdegenerowaną rzeczywistość? Antybohaterów reprezentujących wszystkie środowiska społeczne polskiego narodu.

   Był przedstawiciel mniejszości, Cygan vel Bombaj, który po alkoholu do Powstania Warszawskiego poszedłby z miejsca, jak stoi, a na trzeźwo sprzedałby karabin i zdezerterował do Niemiec. Byli przedstawiciele imigracji w osobach ukraińskich pracujących na czarno, więc stwarzających pozory nieobecności. Był przedstawiciel duchowieństwa, ksiądz Tomasz, wykładający interpretację obowiązującego hasła – Każdy Inny Wszyscy Biali. Był prosty chłopak ze wsi, Jan Kwas, którego w sumie lubiało się go za jakąś taką, jakby to powiedzieć, łagodność na pograniczniczu z dobrym sercem, uczynną dłonią i chujowatością w sensie pozytywnym i chociażby dlatego, aż prosił się o łomot. Była przedstawicielka młodych, ambitnych - Ilona spod małego miasteczka podbijająca warszawski rynek pracy własnym ciałem jako i niczym Wiktoria Wiedeńska, oficjalnie pracująca w kryptofirmie błyskawicznych pożyczek Mimowola. Był przedstawiciel lokalnych przedsiębiorców, Tatulo Gruco, właściciel firmy pogrzebowej Sułtan, całodobowo-godnie-bezzwłocznie, który miał jakiś taki, biorący się z dłuższego życia z alkoholem w tle, dar do innych, że czuł mordęgę i mortus. Był też pracownik funeralny tej firmy, Robert Poczęty, który podobno przy porodzie zdobył mocne osiem apgarów, to potem począwszy od domu dziecka wszystko roztrwonił. Był przedstawiciel inteligencji mgr historii Zabraniecki o wiele mówiącej ksywie Żelbet, który uzmysłowił sobie, że jest zarazem i wierzący, i polityczny, a przez to uświęconym barankiem. Był przedstawiciel służb dawnych komunistycznych, Teść, który był zdecydowanie przeciwny spadającym bez powodu samolotom, niepolskiej kuchni, międzymęskiemu uczuciu, ruskim, chinolom, niemiaszkom, targowicy, warchołom, kobietom niegotującym, unii jewriejopejskiej i joggingowi. To nie wszyscy!

   To dopiero początek polskiego korowodu!

   Pełnego ludzkich pragnień, szczerych, metamorfozujących z gorszego na lepsze. Rachityczny, paralityczny, powyginany, zdeformowany, uszkodzony, zniekształcony i zawsze w jakimś sensie prymitywny. To ostatnie pojęcie autor wyjaśnił na początku książki, przytaczając definicję z Wikipedii – rodzaj figur geometrycznych w grafice komputerowej, z których buduje się inne, bardziej skomplikowane. Jeśli tymi podstawowymi figurami w powieści byli tacy bohaterowie, to zbudował z nich skomplikowany obraz polskiego społeczeństwa, na czele którego stoi rząd kierowany przez kilku starszawych gości , którzy chcą się przed śmiercią zaznaczyć u nas i na całym świecie. Takich nawiązań do polityki i polityków napotykałam mnóstwo poprzez celnie sugerujące nazwiska, przytaczane powiedzenia czy charakterystyczne działania.

   Oglądałam Polskę w krzywym zwierciadle!

   Karykaturalnie wypaczony jej obraz wywołujący nieustanny uśmiech podczas czytania, czasami przechodzący w głośny śmiech. Ostatecznie zmuszający do zadumy i smutnego kiwania głową nad tą „epopeją narodową”, jak sugeruje podtytuł. Dla mnie raczej przypominający chocholi taniec z Wesela Stanisława Wyspiańskiego, w trakcie którego od stu lat Polska starała się stracić niepodległość.

   Taniec zombi ludzkich półtrupów!

   To automatyczne życie na sznurku jedynie słusznej ideologii partii rządzącej z aktywistami narkatu (nietrudno rozszyfrować ten skrót) przypominało ludzkie, bezwolne planety krążące po orbitach, które na siebie wpadały, a ich trajektorie od czasu do czasu przecinały się. Tę człowieczą samotność realną i metafizyczną potęgował sposób prowadzenia fabuły przez narratora, która składała się ze scen i aktów niczym w dramacie albo z filmowych stop-klatek. Od jednej sceny do następnej. Z jednego kadru w drugi. Z przyszłości w przeszłość z chwilą spojrzenia na teraźniejszość. Ten pozorny chaos miał nie tylko umożliwić narratorowi swobodę prowadzenia mnie po ulicach, zaułkach i mieszkaniach warszawskiej Pragi i jej prowincji, ale również pozwolić mi na połączenie wątkami wszystkich bohaterów w jeden naród. Pełny, spójny, cały obraz Polski i Polaków. Było w tej powieści również coś, co mnie urzekło, oczarowało i sprawiło czytelniczą rozkosz.

   Język przekazu!

   Obawiam się, że nie jestem w stanie w pełni oddać jego oryginalności. To trzeba pokazać!

Utonęłam w tych słowach-neologizmach, kolokwializmch-zbitkach wyrazów, języku-slangu, pojęciach ujmowanych odmiennie i celowo opacznie, składni – mezaliansu prymitywizmu z górnolotnością. Wplatający w wypowiedzi znane powiedzenia „złotoustych” idealnie pasujących do opisywanych scen. Melodyjny, piękny w wypowiedziach ścieg językowy, który wiódł mnie po subkulturze Prymitywu, wypowiadającej się prosto i dyrdymalnie, a czasami wulgarnie i wykwintnie. Autor perfekcyjnie wykorzystał zawodowe doświadczenie dziennikarza dużo jeżdżącego po kraju i zbierającego materiały do swoich reportaży. Widział, słyszał i słuchał tej Polski B, dzięki czemu stworzył bohaterów fikcyjnych, a jednocześnie boleśnie  i przeraźliwie realnych nas – Polaków. Też tam się odnalazłam w krzyczącej kobiecie domagającej się czystości w polszczyźnie.

   Piękny, zimny prezent otrzeźwienia dla Polaków z okazji nieutracenia niepodległości, mimo że bardzo staraliśmy się o to przez ostatnie 100 lat!

   A tak na marginesie – stoisko wydawnictwa na tegorocznych Warszawskich Targach Książki przyciągało uwagę wielkim banerem, na którym wypatrzyłam również i tę pozycję. Już wtedy wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Tak wygląda chwila, kiedy rodzi się w czytelniku chęć na konkretny tytuł.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Prymityw. Epopeja narodowa [Marcin Kołodziejczyk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autor o swoich inspiracjach literackich.

czwartek, 05 lipca 2018, clevera

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2018/07/06 01:02:30
Czyli mamy tutaj - jak mniemam - taki trochę czysty postmodernizm. Ale recenzja bardzo zachęcająca, w ogóle wszystkie Twoje recenzje zachęcają do czytania. Pozdrawiam clevero nocną porą !
-
2018/07/06 08:47:17
jardian - Cieszę się, że zachęcają, bo warto czytać. Rzadko zdarza mi się przeczytać coś, na co żałowałabym czasu. Generalnie jednak myślę, że nie ma złych książek, chociaż mogą być lepiej lub gorzej napisane, ale zawsze coś czytelnikowi przekazują. Od nas zależy, co dla siebie z nich weźmiemy. Czasami wszystko, czasami nic, ale to nie znaczy, że książka jest niedobra, bo dla innego będzie bardzo dobra. Pozdrawiam o poranku tymi kilkoma myślami! :)
Blogi