Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 22 maja 2016
Seksolatki – Izabela Jąderek



Seksolatki: jak rozmawiać z młodzieżą o seksie? – Izabela Jąderek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 184 strony
Literatura polska


Wymarzona książka dla mnie!
Spędzam z nastolatkami mnóstwo czasu, wykorzystując go na konkretne działania, ale również na konieczne rozmowy. Nastolatkowie chcą dyskutować, chcą wiedzieć, chcą się radzić. Również często w sprawach emocjonalnych, a także seksualnych. Dziewczęta skupiają się na interakcjach w związku i antykoncepcji. Chłopcy szukają porady w konkretnych, zaistniałych sytuacjach problemowych. Najczęściej zdrowotnych. Oprócz własnej wiedzy, dodatkowo mam pod ręką kilka pozycji, które im podsuwam.
Żadnej publikacji pod ręką dla mnie!
Mimo pięcioletniego przygotowania z metodyki wychowania nie wiem, czy robię to prawidłowo, a wychowanie seksualne w całym toku studiów ograniczyło się do rozwoju płciowego dziecka w ramach psychologii rozwojowej. Zostałam wprawdzie wyposażona w minimum wiedzy teoretycznej i odwagę dyskusji , ale resztę musiałam wypracować sobie sama. Zdobywać szerszą wiedzę teoretyczną z licznych publikacji popularnonaukowych na ten temat i łączyć ją, bazując na uniwersalnych metodach wychowawczych i dydaktycznych, bo młodzież tego ode mnie wymagała i oczekiwała. Żadna jednak pozycja nie odpowiadała na pytanie – JAK tę wiedzę umiejętnie przekazać? JAK rozmawiać z młodzieżą o seksie? – jak głosi podtytuł tej pozycji. Okazało się, że moje zdanie na ten temat nie jest odosobnione. Autorka w trakcie wywiadu z dziennikarzami usłyszała – Szkoda, że nikt nie napisał jeszcze podręcznika dla rodziców i opiekunów. Taka książka powinna powstać, aby wyjaśnić dorosłym krok po kroku, jak rozmawiać z młodzieżą o seksie.
I oto jest!
Dokładnie taka! Łącząca w sobie wiedzę teoretyczną, znajomość narzędzi przekazu oraz kształcenie umiejętności rozmowy z nastolatkami. Autorka całą wiedzę i doświadczenie psychologa, seksuologa, edukatora seksualnego, trenera umiejętności psycho-społecznych i szkoleniowca, jako owoc dziesiątków godzin spędzonych z rodzicami , nauczycielami i młodzieżą, podzieliła na osiem rozdziałów.

Każdy rozpoczyna częścią teoretyczną, która stanowi obowiązkową i niezbędną bazę wiedzy do dalszej pracy. To materiał informacyjny, z którym odbiorca musi bardzo dobrze zapoznać się. Nie może go pominąć lub tylko przekartkować. Wręcz przeciwnie. Solidnie przeanalizować, zapamiętać wszystkie pojęcia, którymi operuje autorka oraz zrewolucjonizować i przetasować swoją dotychczasową wiedzę. Najlepiej każdy rozdział przeczytać dwa, a nawet trzykrotnie i nie ma w tym przekonaniu żadnej przesady. Szczególnie po konfrontacji z myślami, które podkreśla w tekście szarym tłem.

Nie czyni tego bez powodu. Często są one odkrywcze i nowe w podejściu do seksuologii młodzieży i jej szerokich kontekstów. Obala stereotypy (np. błędnego utożsamiania seksualności z seksualizacją), burzy uprzedzenia (np. orientacja seksualna) , rozwiewa mity (np. przenikanie przez pory w prezerwatywie wirusów HIV) i odsłania kulisy prawdziwego (smutnego i przerażającego, jak gwałty w szkołach!) życia seksualnego nastolatków, podając przykłady, z którymi spotkała się w pracy zawodowej. Tych rewolucyjnych treści jest tutaj mnóstwo. Wszystkie zagadnienia tematyczne poukładane są w logiczny ciąg. Od ogólnego czyli seksualności jako takiej do jej współczesnych kontekstów przybierających rozmiary powszechnego zjawiska społecznego (np. cyberprzemoc), w których Internet odgrywa destrukcyjną rolę.
Dopiero tak wyposażony odbiorca może przejść do drugiej części rozdziału.
Ma on charakter warsztatowy, ponieważ składa się ze scenariusza do praktycznego wykorzystania, bazującego na wcześniej zdobytej wiedzy. Można go dowolnie modyfikować w zależności od tego, gdzie i z kim odbywa się spotkanie lub rozmowa. Wprawdzie jego realizacja inaczej będzie przebiegała w rozmowie rodzica z dzieckiem, opiekuna z wychowankiem czy podczas spotkania nauczyciela z klasą, ale główna konstrukcja i jego treść pozostaje bez zmian. Mogą się zmieniać narzędzia i metody z grupowych na indywidualne, ale zawsze będzie zawierać główne kroki, które są szczegółowo omówione i odpowiadają na pytania – kiedy, co mają zawierać, jakie metody przekazu stosować, jakimi pojęciami operować czy jakimi najefektywniejszymi metodami dydaktycznymi posłużyć się? Dla nauczycieli i wychowawców to gotowe, profesjonalne scenariusze zajęć do przeprowadzenia na godzinach wychowawczych, z edukacji seksualnej, wychowania do życia w rodzinie, religii (piękny rozdział o normach uczący tolerancji!) czy spotkań profilaktycznych.
Pozostaje pytanie, czy my, dorośli, jesteśmy na to gotowi?
Autorka często wspomina, powołując się na doświadczenia z rodzicami i nauczycielami (niektórzy odmawiają prowadzenia takich zajęć lub rozmów!), że nie wygląda to różowo, by ostatecznie stwierdzić – Edukacja seksualna w Polsce nie istnieje, rodzice nie chcą bądź nie umieją rozmawiać ze swoimi dziećmi o seksualności, nie ma też zbyt wielu rzetelnych źródeł , z których młodzież może dowiedzieć się więcej o sobie, więc treści pornograficzne są dla rozwijającego się człowieka jedynym źródłem odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Nic nowego!
W historii polskiej edukacji (śmiem twierdzić, że od epoki brązu) wychowanie seksualne zawsze było nieuregulowaną lub nieumiejętnie regulowaną, ale zawsze wrząca rzeką, do której lepiej było nie wchodzić, bo boleśnie parzyła. Efekt jest taki, że współcześni rodzice nie wiedzą, jakim językiem rozmawiać ze swoimi dziećmi o seksualności, że czują się zakłopotani i zawstydzeni. Często z trudem dyskutują na ten temat z dorosłymi, jak zatem mają przekazać wiedzę jeszcze młodszym? Od siebie dodam – wiedzę pełną mitów, uprzedzeń i stereotypów, bez znajomości prawidłowego języka medycznego, posługując się słownictwem albo wulgarnym, albo infantylnym. Nic dziwnego, że cedują to na szkołę. A w szkole zagubieni nauczyciele nie wiedzą jednak, jakie mogą poczynić kroki, aby nie naruszyć systemu wartości funkcjonującego w domu. Pomijając aspekty prawne, w których nauczyciele mają związane ręce, ponieważ bez zgody opiekuna prawnego wiedza z zakresu szeroko rozumianej edukacji seksualnej ne może być przekazywana, śmiem twierdzić, ze poziom ich wiedzy nie odbiega od wiedzy rodziców. Na szczęście są szkolenia! Sama niedawno otrzymałam zaproszenie na warsztaty z „Wychowania seksualnego dzieci i młodzieży”. Przyznam, że byłam zaskoczona, bo to chyba, o ile mnie pamięć nie myli, pierwsze takie szkolenie (nie dla edukatorów seksualnych) w mojej dwudziestosześcioletniej pracy z młodzieżą. Jest więc nadzieja, że posuniemy się w tym zakresie trochę do przodu.
Tylko że młodzież nie będzie na nas czekać!
Edukuje się samodzielnie – szuka wzorców, sięga po wiedzę, której nie ma możliwości zweryfikować, sprawdza autorytety, buduje relacje niekoniecznie zgodne z zasadami rozwoju psychoseksualnego. Jej świat, w którym próbuje sobie radzić z różnym skutkiem, to postępująca seksualizacja, kreowana przez media, powszechny, nieograniczony dostęp do pornografii oraz narzędzi elektronicznych umożliwiających niekontrolowany kontakt, osłabienie kontroli rodzicielskiej, liberalizacja postaw względem związków, bliskich relacji i seksu. Autorka podkreśla, że zamiast negować tę rzeczywistość i reagować zaskoczeniem, przypisując radykalizację (dosadniej ujmując – patologię) postaw młodzieży „naturalnym” zmianom społecznym, należy podkreślać rolę edukacji seksualnej na rzecz pożądanych zmian, by młody człowiek, wyposażony w wiedzę i narzędzia intelektualne, świadomie i prawidłowo sobie z nią radził, a w dalszej konsekwencji zmieniał na lepsze. Nikt inny, tylko my, dorośli, jesteśmy za to odpowiedzialni.
To MUST HAVE! pozycja dla wszystkich wychowujących dzieci i młodzież.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Seksolatki. Jak rozmawiać z młodzieżą o seksie? [Izabela Jąderek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 21 maja 2016
Jesteś moim snem – Celina Skiba



Jesteś moim snem – Celina Skiba
Wydawnictwo Biblioteka Telgte , 2016 , 164 stron
Literatura polska


Otrzymałam zaproszenie na spotkanie z bardzo płodną poetką.

Ponad 2.200 wierszy! Tyle autorka ich napisała przez całe swoje życie, a przelewała swoje myśli na papier odkąd pamięta.

Ten tomik poezji mieści w sobie znikomą ich część. Wszystkie łączy tematyka.
Miłość!
Monotematyczność nie czyni lektury monotonną. Wręcz przeciwnie. Ukazana w niej miłość ma różne oblicza, różne stany rozwoju i etapy zaistnienia.
Jest stan oczekiwania. Wielkiej tęsknoty podszytej smutkiem podmiotu lirycznego - kobiety. Marzenia o jej nadejściu i snów o niej. Stąd tytuł zbiorku. Również zazdrości, że przychodzi do innych, a ją omija, zapomina, odkłada. Ale i nadziei, że warto czekać na szczęście spełnienia i radość z chwili nadejścia.
Jest stan zaistnienia. Wielkiej radości z jej pojawienia się. Jedynej, wiecznej, niezniszczalnej, prawdziwej, nieprzemijającej i wyśnionej. Euforii wyrażonej apoteozą w dwóch wierszach – Miłość jest wieczna i Miłość zwycięża wszystko, przypominających w swojej konstrukcji biblijną Pieśń nad Pieśniami. Uskrzydlającej, której to cechę autorka ujęła metaforycznie w wierszu Wchodzę na wieżę.

Wchodzę na wieżę, bardzo wysoko,
Ma kilkaset krętych schodów,
Jest mi bardzo ciężko iść,
Lecz się nie poddam i zwyciężę,
Specjalnie wybrałam tę drogę,
Przynajmniej będę wiedzieć,
Co znaczy pokonywać przeszkody,
Nie żałuję, cieszę się,
Gdy stanę na jej szczycie,
Rzucę się w dół na skrzydłach Miłości,
Którą mnie obdarzyłeś, Przyjacielu,
Ona będzie mnie unosić nad ziemią.
Wchodzę na wieżę, bardzo wysoko,
Stamtąd pofrunę prosto do Ciebie,
Jesteś moim celem w życiu,
Bez ciebie moje życie było bardzo smutne.
Skoczę, by wszyscy widzieli,
Że można latać na skrzydłach Miłości,
Rzucę się w dół, bo chcę poczuć wolność,
Cała przestrzeń będzie moja.
Pofrunę po Ciebie, porwę Cię ze sobą,
Będziemy szybować jak ptaki,
Kocham Cię, Przyjacielu,
Już nic i nikt tego nie zmieni.

Czas szczęścia budowania wspólnego sacrum dostępnego tylko zakochanym. Dosłownie, w domu, przed kominkiem i w przenośni, w przestrzeni mentalnej, do której wstęp ma tylko wyśniony partner. Mężczyzna, którego nie nazywa - wybrankiem, miłym, ukochanym, ale Przyjacielem, który obdarza kobietę nie tylko miłością, ale również drugą, najważniejszą po niej wartością – przyjaźnią. To jedyna osoba, która łącząc w sobie te dwie wartości, staje się dla niej drogowskazem, wskazówką, ostoją, azylem, gwarantem bezpieczeństwa i światłem rozpraszającym mrok. Tylko we dwoje, w łączącej ich miłości i przyjaźni, życie nabiera sensu i otrzymuje cel, gwarantując przetrwanie. Nie są w tych uczuciach egoistyczni. Deklarują w wierszu Nastrój miłości:

...Nastrój miłości panuje wokół nas,
Chcemy się dzielić nim z tymi,
Którzy nie wiedzą, co to miłość...

Zakochanie daje im energię do dzielenia się emocjami ze wszystkimi wokół. Stąd jedyny wiersz skierowany do przyjaciół List do Przyjaciół i jedyny wiersz obdarzający miłością tym razem nie Przyjaciela, a dziecko w Oczach dziecka.
Jest też stan rozpadu. Wielkiego rozstania, bólu odejścia, rozczarowania zawodem i wzajemnym niezrozumieniem. Życia w osobnych światach, ale i prośby kobiety o danie sobie szansy na pracowitą odbudowę sprofanowanego sacrum dwojga, na nadzieję na wspólną przyszłość, ujętą w wierszu Przybądź mi z pomocą:

...Trzymaj mnie mocno za rękę,
Przejdź ze mną te trudne chwile,
Obiecuję, odwdzięczę Ci się,
Tylko wyciągnij mnie spod kosy.

Te skrajne stany emocjonalne osobno zawarte w wierszach, ale naprzemiennie umieszczane w tomiku, prowadziły mnie od jednej krawędzi do drugiej, od bólu poprzez tęsknotę do euforii. Prosty język przekazu ze skromnym zasobem środków stylistycznych pozwolił na ukazanie siły języka emocji. To on, uniwersalny, rozumiany przez każdego odbiorcę (bo któż nie kochał!?) przemawiał do mnie najmocniej.
Co ciekawe!
Autorka twierdziła, że nie pisała tych wierszy pod wpływem emocji. Wszystkie, oprócz dwóch, stworzyła, dopisując treść do wymyślonego tytułu. Empatia gromadząca uczucia w pamięci i zdolność ich przywoływania w chwili pisania to tajemnica warsztatu literackiego poetki.

Ten zbiorek jest nie tylko brzemienny miłością, to również symbol miłości najbliższych do autorki,którzy sprawili jej prezent, finansując jego wydanie. I bardzo dobrze się stało! Czasami potrzeba takich spotkań przypominających w biegu życia, że miłość wprawdzie odchodzi, ale i przychodzi, że jest, że na pewno istnieje.
I potrzeba takich poetów, którzy pamiętają o tym za nas.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 15 maja 2016
Żywe trupy: prawdziwa historia zombie – Adam Węgłowski



Żywe trupy: prawdziwa historia zombie – Adam Węgłowski
Wydawnictwo Znak , 2016 , 268 stron
Seria Ciekawostki Historyczne.pl
Literatura polska


Nawet nie zauważyłam, kiedy niewinnie brzmiące „ciekawostki historyczne” zamieniły się w trzymającą mnie w napięciu do ostatniej strony kryminalną sensację z mroczną historią czarnej magii w tle!
A zaczęło się od opowieści o tytułowych żywych trupach czyli znanych i popularnych zombie powszechnie obecnych w naszej popkulturze. Bajki dla dorosłych mającej swoje korzenie w legendach, podaniach i opowieściach pełnych polskich strzygoni, angielskich rewenantów, skandynawskich draugrerów, chińskich Jiang Shi, arabskich ghuli czy kirgiskich mankurtów. Historii nie do końca sprawdzonych i nie wiadomo, w jakim stopniu prawdziwych.

Wyolbrzymione w literaturze i komiksach, wyeksploatowane w kinematografii i grach komputerowych, zdążyły rozsiać po świecie demona strachu (uzasadnionego!) wśród ludzi przed wampirami, nieumarłymi trupami i, zwłaszcza w XIX wieku, przed obudzeniem się po śmierci w trumnie. Przed pogrzebaniem żywcem, co tak pięknie w swojej grozie i makabryczności ukazywał niedawno czytany przeze mnie Edgar Allan Poe w Opowieściach miłosnych, groteskach i makabreskach i Opowieściach kryminalnych i tajemniczych, na którego nazwisko i twórczość powoływał się autor. I nie tylko na niego. Wspomniał o wielu znanych ogarniętych tą niemalże psychozą strachu. Przytoczył między innymi desperackie słowa Fryderyka Chopina – Kiedy ten kaszel mnie zadusi, zaklinam Was, karzcie otworzyć me ciało, by mnie nie pochowano żywcem. Zresztą, któż z nas się tego nie boi lub o tym nie myślał z lękiem? Z drugiej strony zjawiska fascynującego współczesne pokolenia do tego stopnia, że przebieranie się za zombie stanowi formę dobrej rozrywki, a nawet pasji, często manifestowanej na ulicach miast.

Autor postanowił zbadać ten dychotomiczny w swoim charakterze fenomen!
Doszedł do wniosku, że, owszem, zombie zdobyły kultowy status, ale dotąd niemal nikt nie traktował ich „na poważnie” i „naukowo”. O zombie siłą rzeczy opowiada się z przymrużeniem oka. To przecież rozrywka dla mas albo zjadliwa parodia naszych lęków. Lecz prawda o żywych trupach wcale nie jest taka zabawna.
Oj, nie jest!
Chociaż na początku takową mnie się wydawała, kiedy autor sięgnął do źródeł historycznych w poszukiwaniu etymologii słowa „zombie” i korzeni jego pojęcia. Nie przejęłam się za bardzo czarną magią i zabobonami Europejczyków sprzed wieków i wierzeniami niewolników przywożonych na plantacje kolonizatorów. Groźniej zrobiło się wtedy, kiedy do tej mieszanki wierzeń i wiary dołączyła ludzka żądza władzy i pieniędzy. Efektem tego były potwory straszące do dzisiaj, a prawda okazuje się dziwniejsza niż filmowa czy książkowa fikcja. Co więcej, zombifikacja naprawdę może dotknąć każdego z nas!
To ostatnie zdanie bardzo mnie zaintrygowało!
Jeszcze nie przestraszyło, ale na pewno zaciekawiło. Chciałam dowiedzieć się, jak ja, człowiek żyjący w Europie w XXI wieku, mogę zostać zzombifikowana? Absurd? Niekoniecznie, ale żeby się o tym przekonać, musiałam poznać przede wszystkim okrutną, makabryczną, bolesną i krwią spłyniętą (opresyjne opisy tortur stosowanych przez kolonizatorów pochodziły prosto z izby wymyślnych tortur!) przeszłość Haiti. To tam wszystko się zaczęło. To tam pojawił się strach przed zombie. To tam, my Polacy, mieliśmy swój udział w dziedzictwie historycznego bagażu, będącego niechlubną, swoistą społeczną pamiątką po tragedii niewolnictwa, kiedy Napoleon wysłał polskie legiony do tłumienia buntu niewolników. Autor swoją wiedzę do tego obszernego opracowania czerpał nie tylko ze źródeł drukowanych, których bogatą bibliografię dołączył do książki, ale udał się również w drogę tropem żywych trupów na Haiti i wszędzie tam, dokąd jego ślady go zaprowadziły. Również do USA. Chciał osobiście zobaczyć, zbadać, sprawdzić, dociec, zaobserwować, porozmawiać ze świadkami, uporządkować wiedzę obejmującą zjawisko wierzeń i wiary mocno wymieszanej w miejscowym folklorze oraz terminologię z nim związaną, a nawet spróbować mikstur stosowanych przez miejscowych wtajemniczonych, tworzących elitę ni to czarowników, ni to legalnych kapłanów katolickiej wiary. Przy okazji znajdując wśród śmieci ludzkie kości na miejscowym cmentarzu!

Takich szokujących efektów śledztwa i zdjęć lub zaskakujących momentów spotkało mnie podczas tej wędrówki kilka razy. Jednym z nich był rozdział o celowym transformowaniu jednych zwierząt w zombie przez inne zwierzęta oraz część ukazująca zombifikację jako humanitarne prawo wykluczania ze społeczeństwa destrukcyjnych jednostek w zastępstwie kary śmierci. Przypominało mi to kastrację woli z jednoczesnym zachowaniem życia. Nie podjęłam się moralnego osądzania tego nielegalnego systemu sądowniczego na Haiti, bo wydał mi się... uzasadniony. Największym jednak zaskoczeniem był finał poszukiwań prawdy o zombie. Okazała się z jednej strony bardzo prozaiczna, wywołująca we mnie wściekłość, a z drugiej strony okrutna i przerażająca w swoim procederze. Nie zdradzę clou tego przeciekawego dochodzenia, bogatego w niezwykłe i makabryczne historie ludzi uśmierconych i ożywionych po śmierci. Nie chcę odbierać przyjemności jego odkrywania innym czytelnikom.
Napiszę tylko o jeszcze jednej stronie tego zjawiska.
Jeśli spojrzeć na nie filozoficznie, to można dojść do trzeciego odkrycia, które autor przedstawił w ten sposób – Trudno oprzeć się wrażeniu, że marsz zombie to w istocie obraz świata, w którym już żyjemy. Jego tyleż zakamuflowana, co bolesna diagnoza.I zwróćmy uwagę, kto właściwie jest w tej sytuacji bezmyślną i pozbawioną refleksji ludzką maszyną o obumarłej duszy – uczestnicy zombie walks czy pędzący wokół nich przechodnie, przygnieceni społeczno-ekonomicznym nakazem zarabiania i konsumowania, zarabiania i konsumowania?
I w tym sensie jesteśmy już od dawna zzombifikowani!

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Fragment książki

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 14 maja 2016
1945: między wojną a podległością – opracowanie Marta Markowska



1945: między wojną a podległością – opracowanie Marta Markowska
Wydawca Ośrodek Karta , 2016 , 224 strony
Seria XX Wiek. Zbliżenia
Literatura polska


Tymi słowami można by podsumować cały rok 1945, a którego charakter tak dobrze oddaje podtytuł tego opracowania – między wojną a podległością. Pisząc niedawno o Pięciu dniach które wstrząsnęły światem Nicholasa Besta, podsumowałam je takim wnioskiem - Przekonałam się, że był to czas przede wszystkim niepewności przyszłości, przerażenia przeszłością, lęku przed brakiem poczucia bezpieczeństwa i strachu przed utratą życia w ostatnich dniach walk.
Najsilniej dotyczyło to Polaków.
Ta pozycja jest niezależną kontynuacją myśli Nicholasa Besta , ale ograniczoną do Polski i polskiego narodu. Jedni nie mieli siły się cieszyć, bo nawet koniec wojny nie rokuje spokoju, odwrotnie, dopiero pokój pokaże, co zostało na dnie dusz ludzkich i do czego jeszcze ci ludzie będą zdolni. Inni nie mieli powodów do radości, widząc w perspektywie kraj zniewolony przez komunistów, zadając sobie pytanie – NKWD czy Gestapo? – czyż nie na jedno wychodzi? Jeszcze inni chcieli zapomnieć o traumie wojny, skupiając się na własnym życiu i pytając – Bo czyż to koniec? I czy jest tak, jakbyśmy tego pragnęli? Wędrujących przesiedleńców zza Buga na „ziemie odzyskane” i jeńców oraz robotników przymusowych z zachodu na wschód, dręczyła niepewność jutra i brak poczucia bezpieczeństwa. Przygnębieni żołnierze AK, w drodze do łagrów, wyznawali – Koniec wojny! Czekaliśmy na ten dzień pięć długich, krwawych lat, a przeżywamy w transporcie na wschód z wyrokiem piętnastu lat katorgi... Niewiele w tym wirze wydarzeń, przemian i zaciętej, brutalnej walki politycznej o ustrój przyszłej Polski było miejsca na radość, świętowanie końca wojny i dla zapału do odbudowy Polski z gruzów.
Jak było naprawdę?
Ukazuje to ta pozycja, która przypomina układem treści kalendarium podzielone na sześć rozdziałów odpowiadających kolejnym, znaczącym zmianom zachodzącym w ówczesnej Polsce na płaszczyźnie politycznej, militarnej i geograficznej. Każdy rozdział poprzedza cytat-motto oddający ich treść (podobny do rozpoczynającego mój wpis), duża fotografia z utrwaloną, ówczesną chwilą

Warszawa, 19 stycznia 1945. Defilada żołnierzy I Armii Wojska Polskiego na placu Trzech Krzyży. Fot. Polska Agencja Prasowa (PAP)

oraz krótki wstęp objaśniający aktualną do daty sytuację w kraju. Te informacje były dla mnie nie tylko przypomnieniem o ówczesnej sytuacji politycznej, ale również koniecznym naświetleniem przyczyn i skutków działań oraz wyborów ścierających się sił politycznych, koniecznymi do obiektywnego zrozumienia przytoczonych w rozdziałach źródeł dokumentalnych. To one pełniły rolę historyka-narratora, opowiadając o wydarzeniach w formie przemówień, dzienników, meldunków specjalnych, sprawozdań, depesz, artykułów prasowych, oświadczeń, odezw, raportów i anonimowych listów. Każde opatrzone datą powstania. To one dyktowały chronologię zawartości dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, odtwarzając po kolei chwile składające się na rok 1945. Jego informacyjną wersję w postaci historycznego kalendarium umieszczono na końcu publikacji, a także w wersji elektronicznej na stronie Ośrodka Karty - Rok 1945. W każdym miesiącu dokumenty opisywały i przedstawiały nie tylko znaczące wydarzenia polityczne danego okresu dla kraju, jak kulisy powołania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, przeprowadzenie reformy rolnej, pokazowy proces polityczny przywódców Polskiego Państwa Podziemnego znany jako proces szesnastu, prześladowania żołnierzy AK, mordowanie członków PSL przez UB, ale i wydarzenia społeczne mające destrukcyjny lub traumatyczny wpływ na kondycję psychiczną społeczeństwa polskiego – przesiedlenia, szaber, agresywny rabunek polskiego mienia przez Rosjan i ich gwałty na kobietach. Widziałam to wszystko oczami świadków i uczestników tamtych wydarzeń ze wszystkich opcji politycznych – doradcy NKWD, kierownika Wojewódzkiego UB, działacza PPR, urzędnika ministerialnego, polityka rosyjskiego, członka ZWM, żołnierza AK i WP czy premiera rządu. Te same wydarzenia oglądałam jeszcze raz, ale opisywane przez znanych lub nieznanych Polaków począwszy od pisarzy, piosenkarzy, dziennikarzy, lekarzy, ziemian, uczniów, studentów, osadników, księdza Józefa Mroczkowskiego (którego osobno wydane wspomnienia czytałam w Obserwatorze), więźniów obozów koncentracyjnych na anonimowych mieszkańcach miast i wsi skończywszy. Dzięki temu indywidualnemu, bezpośredniemu, często bardzo emocjonalnemu ukazywaniu ówczesnych wydarzeń mogłam ujrzeć racje wszystkich grup społecznych i opcji politycznych. Zobaczyć skutki decyzji ich przedstawicieli nie tylko dla Polski, ale i dla przeciętnego Polaka. Zaobserwować, w miarę czytania, jak traciliśmy niepodległość na rzecz zniewolenia przez kolejnego agresora i okupanta. Ujrzeć bezsilność Polaków świadomych czekającej ich zniewolonej przyszłości w walce z Polakami zindoktrynowanymi przez komunistów, mimo że tych o lewicowym nastawieniu było tylko 30%, jak zauważył autor posłowia Marcin Zaremba.
I wreszcie najcenniejsza refleksja.
Samej prześledzić i ocenić ówczesny czas, przez niektórych słusznie nazywanych dramatycznym, by móc poczuć wszystkie emocje, którymi kierowali się ówcześni Polacy i napiętą atmosferę tamtych czasów. By wreszcie zobaczyć nagą prawdę odartą z socjalistycznej propagandy o wspaniałych początkach i pięknym czasie powstawania PRL, wykreowaną przez komunistów. Wcale nie była radosna, jednomyślna i pełna zapału do budowania nowej Polski.
Był chaos i niepewność jutra, rozwydrzenie zwycięzców, niska wartość ludzkiego życia, dramat przesiedlanych i wypędzanych.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 08 maja 2016
Stojąc pod tęczą – Dorota Schrammek



Stojąc pod tęczą – Dorota Schrammek
Wydawnictwo Świat Książki , 2015 , 200 stron
Seria Leniwa Niedziela
Literatura polska


Otrzymałam zaproszenie!

Tym razem na spotkanie z autorką książek dla kobiet czyli literatury kobiecej.

Tak myślałam przed spotkaniem. W jego trakcie zapytałam autorkę o trafność tego określenia – czy jest adekwatne do jej opowieści? Nie zgodziła się z nim. Woli używać określenia - literatura obyczajowa. Dla mnie to zbyt obszerne pojęcie, ale przynajmniej rozwiązała mój odwieczny problem segregacji literatury na męską i kobiecą. Broniłam się przed tym seksizmem i starałam się nie używać tego podziału. I chociażby dla takich drobiazgów, ale istotnych, warto chodzić na spotkania autorskie. Nawet jeśli nie jest się sympatykiem tego rodzaju literatury.
Bo ja nią nie jestem.
Po literaturę, w której współczesne kobiety i ich światy przeniesione są na karty książek, sięgam rzadko. Ostatnio dwa lata temu, kiedy przeżyłam przygodę z powieściami Katarzyny Michalak – Bezdomna , Ogród Kamili, Zacisze Gosi i Przystań Julii. Może dlatego, że takich kobiet mam mnóstwo wokół siebie i czytam je jak książki. Dlatego znana pisarka trzech powieści i czwartej w drodze, uznane za najlepsze w rankingach portali Granice i Książka zamiast kwiatka, była mi zupełnie nieznana. Mimo że mieszka w Pobierowie, niedaleko mojego miasta. Wypożyczyłam więc w mojej bibliotece jej debiut, bo lubię być przygotowana na autorskie spotkania i rozmowy.
Chcąc nie chcąc poznałam losy czterech kobiet pracujących w szczecińskiej agencji nieruchomości. Przyjaciółek tworzących czworokąt wzajemnego wsparcia w życiu, które je nie rozpieszczało.
Magdę, długowłosą blondynkę o urodzie modelki. Księżniczkę czekającą na swojego księcia. Patrycję, rudowłosą singielkę surowo wychowywaną przez ojca, który powtarzał jej, że księżniczką nigdy nie będzie i za mąż za prawdziwego mężczyznę nie wyjdzie. Miała za to psa. Jagodę, która od zawsze żyła w świecie fantazji. Mężatkę romansującą z Francuzem, niespełnioną w żadnym związku. I Anetę, matkę trójki dzieci i żonę niedocenianą przez egoistycznego męża.
Każda na swój sposób wartościowa, interesująca i osiągająca w życiu to, o czym inne kobiety mogą pomarzyć, a mimo to samotne wśród bliskich, z poczuciem niespełnienia i braku najważniejszego – miłości. To jej szukały albo w dzieciństwie, albo w życiu dorosłym. Z różnym skutkiem. Najczęściej rozczarowującym. Nie wiedziały, a może nie miały świadomości, że trzeba sobie na nią ciężko zapracować albo po prostu ją zauważyć, albo stracić, by docenić. Były w tych poszukiwaniach i chwile radosne, ale i smutne. A nawet tragiczne.
Samo życie!
I to dosłownie, ponieważ pierwowzory bohaterek istnieją naprawdę. Autorka podpatrywała swoje przyszłe bohaterki w firmie swojego męża. Cała opowieść to efekt uważnej, empatycznej obserwacji z odrobiną fantazji. To, co mnie wydawało się nierealnością, było jak najbardziej rzeczywiste. Chociażby tak rzadko spotykane imiona jak Jeremi i Dorian. A autorka pożyczyła je od osób, które poznała w swoim otoczeniu. To czerpanie opisów z realiów wymagało od autorki odwagi, ponieważ mieszkańcy Pobierowa również czytają jej książki i pilnie porównują, odnajdując siebie lub znajomych na kartach książek. Nie zawsze zadowoleni z efektu. I to jest ten minus pisania realistycznego. Ale i czytelnicy spoza miejsca zamieszkania potrafią wprawić autorkę w stan konsternacji. Dokładnie to ją spotkało po telefonie, w którym rozmówca, nawiązując do tytułowej tęczy, sprawdzał orientację seksualną autorki. Z takimi to ciekawymi anegdotami, historiami okołoksiążkowymi i zaskakującymi inspiracjami, autorka dzieliła się z nami, czytelnikami. Posiada dar pięknego wypowiadania się, dlatego z przyjemnością słuchałam o początkach przygody ze słowem, o odwadze zaistnienia, o drogach do spełniania marzeń, zamierzeń i planów, o dawaniu sobie szansy, by zacząć się spełniać i realizować cele. By ostatecznie móc spotkać się z innymi ludźmi, podpisywać im swoje książki, które są tylko pretekstem do rozmów o wszystkim.

Bo i nasze rozmowy zeszły na tak dalekie tory, jak lokalny patriotyzm i duma z pochodzenia z tak maleńkiej miejscowości, jak Pobierowo.
Zarówno powieść, jak i spotkanie, mogę podsumować bardzo pozytywną myślą, którą słusznie umieszczono na tylnej okładce książki.

Może dlatego, tak wiele kobiet sięga po tego typu gorzko-słodkie, ale optymistyczne opowieści, by uwierzyć w siebie i w dobry los.
Czasami książka okazuje się do tego celu najlepszym przyjacielem.

Stojąc pod tęczą [Dorota Schrammek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 07 maja 2016
Jak wydobyć się z depresji? – Sue Atkinson



Jak wydobyć się z depresji? – Sue Atkinson
Przełożył Józef Radzicki
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 265 stron , wydanie 6
Literatura angielska


Należę do grupy ostatniej.
Wokół mnie funkcjonuje wiele osób z depresją. Jedni z niej wychodzą, inni się w niej pogrążają, jeszcze inni zmagają się z nią w formie przewlekłej, a wielu już nie ma. Wybrali śmierć. To choroba cicha, niestety, nadal wstydliwa. Sięgnęłam po tę książkę dla moich dwóch, chorujących od dawna koleżanek, które sobie bardzo cenię. Chciałam je zrozumieć. Poznać ich postrzeganie rzeczywistości, ich wrażliwość. „Zobaczyć” przez co przechodzą, gdy wycofują się z życia do swoich „jaskiń” na kilka dni, tygodni, a nawet miesięcy, kiedy urywa mi się na ten czas kontaktu z nimi i tak bardzo mi ich brakuje. I najważniejsze! Znaleźć odpowiedź na pytanie – co robić, by nie należeć do znienawidzonej i destrukcyjnej Brygady Weź-się-w-Garść?
Już pierwsze zdanie, próbujące zdefiniować, opisać i porównać depresję, uzmysłowiło mi, jak mało o niej wiem, pomimo przeczytanej do tej pory sporej ilości literatury. Zostało ono podane w formie cytatu. Zresztą autorka przytacza ich bardzo dużo, licznie ilustrując treść.

Nie ma to, jak zrywanie co dzień paznokci. – żartuje autorka w odpowiedzi. A tak na serio dodaje – chętnie zamienilibyśmy naszą depresję na każdy inny rodzaj męczarni. Nic dziwnego, że śmierć wydaje się dla cierpiących wybawieniem.
Ale nie jedyną drogą wyjścia z depresji!
Nie bez powodu tytuł tej książki podano w formie pytania. Sugeruje on wielość odpowiedzi i różnorodność dróg wychodzenia z choroby, a jedną z nich jest treść tego poradnika. Jego wyjątkowość tkwi w osobie autorki. Jak przyznała sama, napisała go jako osoba cierpiąca, nie jako wyszkolony profesjonalista, chociaż prowadzi warsztaty dla osób chorych, ich opiekunów i doradców.

To dlatego pisała ją powoli, przez dwa lata, zmagając się z głęboką depresją i mając świadomość, że będzie czuła się w pewnej mierze odsłonięta, narażona na zranienia. To dlatego też wiele w niej cierpienia, bólu, zmagań, intymnych i trudnych doświadczeń porównywanych do piekła. Ale to właśnie ta osobista warstwa nadaje poradnikowi wiarygodności, wzbudzając zaufanie.
Jest przy tym pokorna.
Nie uzurpuje sobie prawa do jedynej prawdy, do nieomylnych wyborów, niepodważalnych decyzji i działań. Lojalnie uprzedza – Nie zawiera ona recepty na cudowną kurację, natychmiastowe ozdrowienie czy zdrowie, bogactwo i szczęście. Ona sama książek o krzykliwych tytułach – Dziesięć łatwych kroków pozwalających wyjść z depresji – nie cierpi i przed nimi ostrzega, bo wychodzenie z depresji jest podobne do wspinaczki górskiej. A ponieważ sama ją uprawia, stąd pomysł, aby wychodzenie z depresji porównać do charakteru tego sportu – mozolnego wspinania się i spadania, ze zrywami i chwilami przestoju, mobilizacji i zwątpienia, wysiłku i odpoczynku.
Całość walki z depresją podzieliła na rozdziały odpowiadające etapom wspinaczki, nadając im metaforyczne tytuły. Każdy został poprzedzony tematycznym rysunkiem, którego bohaterem uczyniła leminga.

Zwierzątko, które w Polsce nabrało ostatnio pejoratywnego znaczenia na arenie politycznej. Autorka swoimi uzasadnieniami, dlaczego akurat leming, zawstydziłaby skalą ignorancji wiedzy nazywających i podniosłaby na duchu nazywanych. Wbrew pozorom ten zwierzęcy symbol samobójców, to mit, który skutecznie obala, nadając mu nowe, pozytywne znaczenie w walce o zdrowie i życie.
Nie narzuca przy tym czytelnikowi sposobu przyswajania treści.
Pozostawia mu dowolny wybór kolejności czytania rozdziałów lub fragmentów tekstu, pozwalając na nieuporządkowane czytanie, podyktowane i uzależnione od samopoczucia oraz stanu psychicznego w danej chwili. Zachęca wręcz do poszukiwania własnych odpowiedzi, indywidualnego tempa i selektywnego czerpania przydatnej wiedzy, a odrzucania nieprzydatnej. Do powrotów do pominiętych akapitów w innym, bardziej sprzyjającym momencie. Jest przy tym delikatna, pełna zrozumienia i empatii, ale jednocześnie zdecydowanie i konsekwentnie mobilizująca do działania, do walki, do wspinania się małymi, drobnymi kroczkami. Kiedy trzeba, nie boi się użyć ostrej rady podobnej do tej – Jeśli terapeuta jest najwyraźniej niewrażliwym idiotą, to szybko zrezygnuj.
Czy jest w tym skuteczna?
Nie jestem w stanie tego ocenić. Na to pytanie może odpowiedzieć tylko osoba, której poradnik pomógł. Ale jest jeden wskaźnik, który poszlakowo wskazuje na to – ilość wydań. Obecne jest szóstym na polskim rynku. Duży popyt na niego jest wystarczającym i wiarygodnym wskaźnikiem jego przydatności i sporym osiągnięciem wydawniczym, biorąc pod uwagę zalew innych tytułów o podobnej tematyce. Mogę go za to ocenić ten poradnik jako człowiek zdrowy, który, jak każdy, ma gorsze i lepsze dni w życiu. Według autorki, od tych kłopotów i smutków, które od czasu do czasu dokuczają wszystkim, dzieli nas cienka linia, za którą jest depresja. Wystarczy grypa, zaburzony chemizm organizmu czy zespół napięcia przedmiesiączkowego, by poczuć zaledwie jej przedsmak.
I w tym sensie poradnik może pomóc każdemu.
Jego uniwersalność odnalazłam przede wszystkim w rozdziale Trzymaj się mocno, analizującym stres, lęki, emocje i samoocenę, po którym łatwiej przyjąć dewizę autorki – Życie jest trudne! Ale nie po to, by się załamać, ale po to, żeby nie udawać, że życie jest jest wolne od problemów, lecz żeby znaleźć metodę twórczego ich rozwiązywania. Autorka te sprawdzone, wypraktykowane przez siebie osobiście, metody podsuwa. Już samo wzięcie tej książki do rąk jest, w przypadku osoby chorej na depresję, krokiem milowym ku wyjściu z niej. Natomiast wzięcie do rąk i przeczytanie jej przeze mnie, osobę zdrową, ogromną pomocą choremu w zrobieniu tego kroku. Na dwa sposoby – wejście w rolę liny asekuracyjnej dla osoby chorej lub podsunięcie jej tej książki.
Wybrałam ten drugi sposób pomocy.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

czwartek, 05 maja 2016
Historia Bez Cenzury – Wojciech Drewniak



Historia Bez Cenzury – Wojciech Drewniak
Wydawca HBC , 2016 , 302 strony
Literatura polska


To ostrzeżenie już wystarczyło, żebym jednak zajrzała do środka, bo jeśli rzeczywiście będę żałować? Zwłaszcza że niedawno mój zaprzyjaźniony nastolatek z fascynacją malująca się na twarzy opowiadał mi o „zajebistych” (to jego określenie) filmach na YouTube opowiadających polską historię w niewybredny i dosadny, ale przede wszystkim humorystyczny, sposób. Obiecałam mu, że zajrzę na profil kanału Historia Bez Cenzury.
I trochę się przestraszyłam!
Ale i pośmiałam, bo humor ma coś z Monty Pythona, a także bardzo zaciekawiłam, czy tak samo będzie w wersji drukowanej? Czyli szybko, zabawnie, skondensowanie i wulgarnie? Tak, tak – autor nie cenzuruje również doboru słów, chociaż te większego kalibru maskuje efektami specjalnymi. Na pewno nieocenzurowana jest historia podana w luzackiej formie, chociaż opisywane fakty już takie nie są. Jak autor podsumowuje we wstępie – ...cała ta Historia Bez Cenzury to supersprawa, bo pokazujemy historię inaczej, tak, że nasz program uczy jak szlag i bawi jak cholera. Ma ogromną oglądalność i skutecznie przekonuje dotychczas zrażonych i nieprzekonanych przez szkołę, że poznawanie historii może być najwspanialszą rozrywką, ale i powodem do dumy, bo gdzieś pod tą warstwą nudnych, podręcznikowych bredni, umyka chyba najważniejsze – mamy z czego być dumni! Ma też solidne, bo merytoryczne i formalne podstawy, by o niej opowiadać – jest absolwentem historii na UMCS w Lublinie, o czym przeczytałam w wywiadzie Naga Prawda.
W takim razie, w obliczu takiego sukcesu, po co ta książka?
Podobne pytanie zadał sobie autor, odpowiadając na nie – bo internauci chcą więcej na dany temat, a filmy są za krótkie. Potwierdzenie tego znalazłam w komentarzach umieszczonych pod filmikami, w których internauci wytykali „maliznę”. Chcieli obszerniej. Ku żalowi autora czas nie jest z gumy. Nie potrafi nasycić kilkunastu minut absolutnie wszystkimi faktami bez zrobienia dwugodzinnego filmu. Pyta – kto by to oglądał?!
A w książce może!
Otrzymał możliwość pisania tyle i tak długo, aż poczuł – OK, Wojtas, to chyba wszystko. W ten sposób upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze mógł dać żądnym wiedzy więcej w wersji full wypas. Po drugie „oglądaczy” zachęcić do czytania. I tym drugim autor bardzo zaplusował u mnie. A że czytelnik przyzwyczajony do cierpliwego czytania, które czasu wymaga, w przeciwieństwie do odbiorcy szybkich przekazów obrazkowych, który czasu na czytanie nie ma, to stworzył dziesięć pełnych biogramów (biografia to za obszerne słowo) znanych przywódców narodu polskiego – Władcy Z jajami, Na Krzywy Ryj, Bigamisty Wielkiego, Władka-Niedźwiadka, Jagielońskiego Twardziela, Ruskiego Koszmara, Rycerza, Który Został Królem, Jebakinga, Cioty Na Tronie i JP Na 102%. Każdy poprzedzony satyrycznym portretem bohatera z użyczoną twarzą autora.

Z przekory nie zdradzę, kto z dobrze znanych postaci historycznych kryje się pod tymi autorskimi określeniami i bardzo trafnymi pseudonimami. Ich losy, działalność i osobowość autor wykorzystał do napisania historii może nie na nowo, ale na pewno z innego punktu widzenia, uzupełniając ją faktami niewykorzystywanymi przez Historię Wielką i Poważną. No bo po co komu wiedzieć, który z władców Polski gwałcił, kastrował mężczyzn i wycinał cudzołożnicom wargi sromowe, przybijając je nad drzwiami domostwa? Autor stwierdził, że jest komuś na coś jednak to wiedzieć i jak widać po fanach, nie mylił się. Naród polski wiedzieć chce. A ponieważ w filmach im tego mało, więc dostali jeszcze książkę. Chociaż muszę przyznać, że ciężko było mi przełknąć, kto dostał wpierdol, po czyjej śmierci wszystko się spieprzyło, kto posunął się do skurwysyństwa, który z nich dymał czyją córkę, a kto rozwiązał parlament w przysłowiowy piździec. Ale te „ubarwienia” narracyjne, w książce jednak ocenzurowane i podane w dawce lajtowej (nie ma w niej „kur” i kogutów), trafiają do młodzieży, bo to ich język potoczny. Ale autor uprzedzał, książkę oznaczył i w tekście przypomniał – Trochę dystansu, drogie panie, kierując to zdanie przede wszystkim do feministek.
Nabrałam więc dystansu i...
Świetnie bawiłam się! Z uśmiechem na ustach poznawałam grzechy, grzeszki i cnoty wielkich znanych, a jakoby mi jednak nieznanych. Filmową wersję mogłam obejrzeć od razu, dzięki kodowi dostępu umieszczonemu na końcu każdego rozdziału.

Odkrywałam na nowo przede wszystkim człowieka, który pił, uprawiał seks, kochał, mordował, cudzołożył i gubił się, jak każdy w życiu, próbując ugrać coś dla Polski. Dla mnie takim odkryciem był Stefan Batory, który się nie pierdzielił! (Mam ubaw z naśladowania autora!) Nabrałam do niego ogromnego szacunku, mimo że Polakiem nie był. A ja myślałam, że był!!! Najcenniejsze w tej książce jest to, że nie ma w niej narzekania, męczeństwa i martyrologii.
Wręcz przeciwnie!
Fajni byliśmy i niejednemu z dupy jesień średniowiecza zrobiliśmy! O proszę, jak się zdystansowałam! Obala przy tym mity o cudach w historii, na które uwielbiamy się powoływać. Nie było żadnych cudów! – grzmi autor. Zwłaszcza nie było tego najsłynniejszego „cudu nad Wisłą”! Bo to nie był żaden „cud”, wszystko było idealnie przygotowane, a to określenie było wymyślone przez ludzi, którzy chcieli umniejszyć rolę Polaków w uratowaniu Europy przed komunistyczna szarańczą. – no proszę, jakie zabobony nam wmówiono, a Poważni Historycy powtarzają je do dzisiaj w szkolnych podręcznikach. Zapracowaliśmy sobie na efekt bitew, wojen i traktatów pokojowych ciężkim trudem i inteligencją! W miarę czytania rosła we mnie duma z mojego narodu i w tym sensie przypomina mi inną publikację Polskie Imperium. Nie ma w niej dat i wielkiej polityki, jest za to seks, przemoc, chciwość na władzę i pieniądze jako przyczyny wszelkich działań, których te pierwsze są tylko skutkiem ubocznym. A właśnie tylko o tych skutkach ubocznych mówi się w szkołach, bo mówienie o seksie jest wstydliwe, ryzykowne i zamiast tego lepiej zasypać biednych uczniów wiadrem dat i postanowień pokojowych. A najlepiej szklanka wody zamiast!
Robi się więc nudno...
Pytanie czy to rewolucyjne podejście autora i sugestie bardziej efektywnego nauczania historii przyjęłoby się w szkołach? Myślę, że wymagałoby to reformy systemu edukacji nauczycieli historii. W hardkorowej wersji autora sprawdza się. W lajtowej wersji szkolnej – nie wiem, bo nie znam takiego historyka. A jeśli nawet jest, to pewnie siedzi cicho, żeby larum w Polsce nie podniesiono i od braku patriotyzmu nie wyzwano, a może nawet z pracy wyrzucono. Ale jeśli nie siedzi cicho, to zazdroszczę jego uczniom. Bo o historii można mówić ciekawie i zajmująco, a autor, pasjonat i samorodny talent, udowadnia to.
I jeszcze jedno słowo do nauczycieli-historyków.
Warto zajrzeć do internetowej i drukowanej wersji Historii Bez Cenzury, aby być przygotowanym na „dziwne” pytania uczniów oraz zaskakujące określenia i oceny wydarzeń, faktów czy postaci historycznych, nie tylko po to, by być na propsie z młodzieżą, ale i po to, by móc wejść w dyskusję z uczniem bez poczucia zamachu na dotychczasową wiedzę i własny autorytet. Aby Stanisław August „Ciota” Poniatowski był świetnym punktem wyjścia do dyskusji i opowieści o historii, a nie źródłem konfliktu i niepowodzenia szkolnego.
Dla mnie było wprawdzie hardkorowo, ale nie żałuję! Powiem więcej – kilka wieczorów spędzę z kanałem Historia Bez Cenzury, bo mam trochę do nadrobienia i parę tematów do rozwinięcia z moim nastolatkiem-fanem tego kanału.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Historia bez cenzury [Wojciech Drewniak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

A wszystko zaczęło się od tego pierwszego odcinka.
wtorek, 03 maja 2016
Zbrodnia prawie doskonała – Monika Całkiewicz , Iwona Schymalla



Zbrodnia prawie doskonała – Monika Całkiewicz , Iwona Schymalla
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 217 stron
Literatura polska


Zbrodnia doskonała istnieje!
Bohaterka obszernego wywiadu zamieszczonego w tej książce, profesor Monika Całkiewicz, specjalistka z zakresu kryminalistyki i postępowania karnego, wykładowczyni i wieloletnia prokurator, podaje w nim nawet jej definicję. Jednak rozczarowani mogą być ci, którzy szukaliby w tej publikacji recepty na nią. Przecież po książkę mogą sięgnąć wszyscy, chociaż każdy z osobna z innego powodu. Sama profesor rozwiewa więc nadzieję potencjalnego przestępcy, mówiąc – Myślę, że nawet mając tę całą wiedzę po wielu latach zajmowania się w praktyce wykrywaniem, dowodzeniem przestępstw, nie umiałabym popełnić zabójstwa bez pozostawienia żadnych śladów. Dlatego nawet potencjalnie rozmyślających o zbrodni uprzedzam o przewrotności mojego pierwszego zdania. Natomiast pozostałych czytelników, którzy chcą więcej wiedzieć o ciemnej stronie naszej rzeczywistości, czytać kryminały ze zrozumieniem, pisać kryminały bez błędów merytorycznych czy chociażby uchylić rąbka tajemnicy niedostępnej przeciętnemu człowiekowi (nie każdy ma prokuratora w rodzinie lub znajomego), zapewniam, że dostaną to, czego będą oczekiwać od tej rozmowy.
Oprócz chcących popełnić zbrodnię doskonałą oczywiście!
W dużej mierze wywiad ma charakter przede wszystkim edukacyjny. Zawiera szeroką wiedzę z zakresu prawa karnego materialnego, procesowego, kryminalistyki, kryminologii, medycyny, psychologii sądowej i historii zbrodni. Brzmi poważnie i bardzo naukowo, ale bez obaw!

Prowadząca wywiad, dziennikarka, którą uwielbiałam za spokojny, łagodny i kojący głos przechodzący w szept (tak ją zapamiętałam z programów telewizyjnych), zadawała między innymi takie pytania, jakie widnieją na powyższym zdjęciu tylnej okładki. Proste, jasne, zrozumiałe, ale dociekliwe, by rozmowa była nie tylko rzeczowa, profesjonalna, wyczerpująca podstawowy zakres tematu, ale i zrozumiała dla laika. Każdy rozdział, odpowiadający kolejnemu spotkaniu, które miały miejsce w listopadzie 2015 roku, omawiał najważniejsze elementy składające się ostatecznie na zjawisko zbrodni czy przestępstwa. A ponieważ dwa ostatnie pojęcia nie są tożsame, dlatego dużą część wywiadu rozmówczynie poświęciły na porządkowanie nomenklatury i pojęć z nią związanych. Obalała mity krążące w społeczeństwie. Chociażby dotyczące powiedzenia – nie ma ciała, nie ma zbrodni. Opowiadała o samej zbrodni, motywach jej popełniania, czynnikach wpływających na jej wykrywalność (a jest duża w Polsce!), procedurach od momentu zgłoszenia do momentu oskarżenia, o szansach na stanie się ofiarą i jej prawach, ale i prawach mordercy. Wzbudzała nieufność do czerpania wiedzy z filmów kryminalnych, które odbiegają od realiów.
Całą teorię ilustrowała przykładami z własnej, bogatej praktyki zawodowej!
Dla mnie to były te najciekawsze momenty. Głośne sprawy Rity Gorgonowej, Edyty Wieczorek, Oscara Pistoriusa, O.J. Simpsona czy Bogdana Arnolda, były mi znane z wcześniejszych lektur. Jak ładnie podsumował to Mariusz Czubaj, którego słowa widnieją na okładce tytułowej – Jakkolwiek w samej zbrodni nie ma nic krzepiącego, opowiadanie o jej prawnych, medycznych i kryminalnych aspektach może być fascynujące. Zło jest atrakcyjne, przyciąga, wabi, fascynuje i właśnie to ogromne zainteresowanie we współczesnym świecie zbrodnią i przestępstwami podsunęło dziennikarce pomysł na ten wywiad. Na rozmowę z profesjonalistką o niedostępnym i niebezpiecznym świecie w bezpiecznym fotelu z książką o krzykliwym źle.
Dla mnie nie tylko dlatego!
Lubię uczyć się na błędach innych i wyciągać wnioski z ich brutalnych lekcji dla siebie, dlatego najcenniejsze informacje dla siebie znalazłam w rozdziale o wiktymologii – Jak nie stać się ofiarą. Niestety profesor nie miała dla mnie zbyt dobrych informacji. Ofiarą może stać się każdy. Nie ma takich zasad, których przestrzeganie gwarantowałoby, że nie staniemy się ofiarą. Czasami splot niekorzystnych okoliczności, na które nie mamy wpływu, spowoduje, że ktoś nas skrzywdzi. Możemy jednak ryzyko pokrzywdzenia zminimalizować. – pociesza profesor. Czyli być czujnym, nie ryzykować, nie być zachłannym, podnosić inteligencję i ograniczać zaufanie.
Tej ostatniej rady prosto od profesjonalistki będę się trzymać, chociaż może być trudno u mnie z tą ufnością!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 02 maja 2016
Pięć dni które wstrząsnęły światem – Nicholas Best



Pięć dni które wstrząsnęły światem – Nicholas Best
Przełożył Grzegorz Siwek
Wydawnictwo Znak Horyzont , 2016 , 445 stron
Literatura angielska


Czy potrzebna jest dziś kolejna książka o tym dobrze udokumentowanym tygodniu, choćby i skrajnie szokującym?
Odpowiedź autora na zadane sobie pytanie brzmiała twierdząco – pod warunkiem, że znajdzie się w niej materiał nowy lub prawie nieznany. Tego warunku autor dotrzymał. Było w niej mnóstwo informacji dla mnie nieznanych, mimo że wiele opisanych w niej wydarzeń czy zjawisk społecznych znałam z osobnych, tematycznych lub monograficznych publikacji popularnonaukowych lub wspomnieniowych. Chociaż przeczytałam ich sporo, w żadnej, omawiającej między innymi tematykę obozów koncentracyjnych, nie spotkałam tak bogatego, dla mnie nowego i zarazem przerażającego opisu samosądów na strażnikach obozowych i nazistach wykonywanych przez wojska alianckie, jak w tej. Opis zdarzenia, kiedy kolejnych trzystu czterdziestu sześciu żołnierzy Waffen-SS ustawiono pod tym samym murem i rozstrzelano z broni maszynowej na rozkaz szefa kompanii I, porucznika Jacka Bushyheada, nie był wyjątkiem.
To był dla mnie szok!
W takim duchu odczytywałam po kolei przebieg każdego dnia począwszy od 28 kwietnia do 2 maja 1945 roku, które były jednocześnie kolejnymi rozdziałami, poprzedzonymi adekwatną kartką z kalendarza.

Współcześnie ówczesne doniesienia jak: śmierć Benita Mussoliniego, samobójstwo Adolfa Hitlera, masowe gwałty Rosjan na Niemkach w Berlinie czy prawda o obozach koncentracyjnych są dobrze znane, ale ta pozycja pokazuje je od strony reakcji ówczesnych społeczeństw Europy w tamtych kilku dniach, które czekały na śmierć dyktatorów i koniec wojny (włącznie z Niemcami i Włochami!), przy okazji poznając popełnione zbrodnie przez Niemców i popełniane aktualnie przez Rosjan. A wszystko to ukazane poprzez wspomnienia uczestników i świadków tamtego krótkiego okresu. Zwykłych ludzi i osoby, które znane stały się dopiero po wojnie, a którzy pamiętali dokładnie, gdzie byli i co robili, kiedy wokół nich rozgrywały się wypadki w czasie tych niezwykłych pięciu dni. Nie od razu autor podawał pełne lub rodowe nazwiska bohaterów. Czasami czytałam historię zagubionego dziecka w czasie działań wojennych, by z zaskoczeniem zorientować się na końcu, że właśnie poznałam dramatyczne dzieciństwo Sophii Loren. Z tym większą ciekawością obserwowałam losy innych: jedenastoletniego Romana Polańskiego wymykającego się z krakowskiego getta, Szymona Wiesenthala leżącego w bloku VI obozu Mauthausen, Aleksandra Sołżenicyna przebywającego w celi na Łubiance, osiemnastoletniego Josepha Ratzingera dezerterującego z jednostki Wehrmachtu, siedemnastoletniego Günthera Grassa leżącego w szpitalnym łóżku i próbującego ukryć swoją przynależność do Waffen-SS, Marleny Dietrich bez wahania zamieniającej status gwiazdy na amerykański mundur, głodującą Audrey Hepburn, zapomnianą Paulę Hitler, siostrę Adolfa i wielu, wielu innych, głośnych obecnie nazwisk.Widziałam też dyplomatyczną gorączkę wśród polityków zarówno po stronie aliantów, jaki i po stronie Niemców, na których pokładzie tonącego „niemieckiego Tytanica” trwało przestawianie leżaków.
A jakież szczegółowe były te opisy!
Niemalże minuta po minucie,godzina po godzinie relacjonowane naprzemiennie, bazujące na opowieściach świadków. Często z przytaczanymi dialogami, czynnościami towarzyszącymi działaniom i cytatami wklejonymi mniejszą czcionka w tekst główny.

Z zafascynowaniem śledziłam ostatnie chwile życia Führera – szybki ślub, samobójstwo, spalenie zwłok, jego zachowanie czy wygląd. Obraz posunięty do absurdu w kontekście libacji i orgii seksualnej jego podwładnych, toczących się w kantynie powyżej pomieszczeń Adolfa Hitlera, do których dzwonił jego wartownik, żeby się uciszyli, kiedy Führer próbuje odebrać sobie życie. Wszystko poparte nie tylko zapewnieniami autora, że to, co stanowi treść niniejszej książki – albo coś bardzo podobnego – naprawdę się wydarzyło, ale i przypisami oraz bogatą bibliografią umieszczonymi na końcu książki.
Ta szczegółowość opisów momentami przerażała!
Bliskie zbliżenia śmierci i jej makabrycznych skutków, która była cichą bohaterką na każdej stronie tej publikacji, przygnębiały. Jej powszechność, masowość, brutalność, bezwzględność i powszedniość czy to przy rozstrzeliwaniu, wieszaniu, masakrowaniu, bezczeszczeniu zwłok, czy gwałconych kobiet i dziewczynek, czy trupów i ledwo żywych więźniów obozów koncentracyjnych, nasuwała jeden wniosek - nigdy więcej wojny! Absurdalnie, dokładnie tego samego życzył nam, stojąc na klapie zapadni przed egzekucją, Joachim von Ribbentrop, wypowiadając ostatnie zdanie przed wykonaniem wyroku przez powieszenie – Życzę światu, aby zapanował pokój.
Narrację o tych pięciu intensywnych dniach można porównać do opowieści sensacyjnej z luźnymi wątkami, które gęsto przewijały się przez kilka lub przez wszystkie rozdziały. Nie tylko osób znanych, ale i nieznanych, pokazujących wojnę od strony zwykłej dziewczyny z Volkssturmu czy siedemnastoletniego żołnierza Wehrmachtu uczestniczącego w zaciekłych walkach o Berlin, karmionego kłamstwem zwycięstwa nawet po śmierci wodza. Nie mniej dynamiczna akcja toczyła się w sztabach dowodzenia obu stron pod presją konieczności zwycięstwa. Stalin zdobycie Berlina chciał ogłosić, pozdrawiając z kremlowskiego muru uczestników pierwszomajowego pochodu w Moskwie. Wszyscy bohaterowie pokazani byli w niecodziennych sytuacjach, momentach, nastrojach, z kochanką, w piżamie, w chwili załamania lub totalnego szoku, podejmujących ważne decyzje dotyczące losów świata i dokonujących trudnych wyborów w życiu osobistym.
Czym było te pięć dni i jak je przeżywano zależało od bohatera.
Stąd różne obrazy widziane z różnych stron. Nakładające się na siebie, dopełniające, zazębiające lub uzupełniające się wzajemnie. Zarówno w sensie psychologicznym, społecznym, politycznym , a także geograficznym. Miejsce akcji wędrowało po całej Europie, zahaczając również o USA, w których rządy właśnie objął nowy prezydent Harry Truman. Dzięki takiemu podejściu autora, który wydarzenia z pięciu dni opisał wspomnieniami ich świadków, mogłam sama budować wnioski, a co najważniejsze, poczuć emocje budujące nastawienie społeczeństw, atmosferę czasu i nastroje indywidualne. Mało było w nich radości z końca wojny, która kipi w innych opracowaniach historycznych. Przekonałam się, że był to czas przede wszystkim niepewności przyszłości, przerażenie przeszłością, lęku przed brakiem poczucia bezpieczeństwa i strachu przed utratą życia w ostatnich dniach walk.
Trauma wojny dotknęła wszystkich!
Nawet tych, którzy ze względu na wiek nie brali w niej udziału i tych, którzy poznali tylko jej skutki. Dla niektórych wstrząs informacyjny był tak duży, że trudny dla nich do przyjęcia, a tym bardziej do zrozumienia. Jedni kończyli w zakładach psychiatrycznych, inni popełniali samobójstwa, niektórzy popadali w uzależnienia, a dzieci nazistów żyły z niezawinionym brzemieniem win ich ojców. O tym dowiedziałam się z ostatniego rozdziału poświęconemu dalszym losom bohaterów wydarzeń pięciu dni.
Po lekturze tej publikacji zupełnie inaczej świętuje się rocznicę zakończenia II wojny światowej.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 01 maja 2016
A w konopiach strach – Jerzy Vetulani , Maria Mazurek



A w konopiach strach – Jerzy Vetulani , Maria Mazurek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 188 stron
Literatura polska


Maria Konopnicka współczesnej młodzieży jest bardzo dobrze znana!
Niekoniecznie dlatego, że wielką pisarką była, ale dlatego, że dawno temu napisała wierszyk, który w obecnej chwili nabrał rumieńców w oczach naszej młodzieży, świetnie go kojarząc. Niechcący pięknie wpasowuje się w obecną rzeczywistość, a brzmi tak:

Umieszczony, niczym motto tematu, przed wywiadem z profesorem Jerzym Vetulanim prowadzonym przez dziennikarkę Marię Mazurek, w połączeniu z okładkową grafiką, rozbawił mnie.

A przed czym tak uciekają siostrzyczka i brat? – widać na tylnej okładce.

To taka przewrotna i inteligentna metafora nawiązująca do stanu świadomości naszego społeczeństwa na temat marihuany. Profesor nazywa go „marihuanofobią”.
Boimy się wszystkiego, co przypomina, a nawet leży koło narkotyków!
Profilaktycy od narkomanii mogą sobie pogratulować profesjonalizmu i skuteczności kampanii antynarkotykowej, która trwa odkąd sięgam pamięcią czyli mniej więcej do lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to widywałam na ulicach Szczecina plakaty zapewniające, że w Polsce narkomanii nie ma. To dobrze! To nawet bardzo dobrze, że boimy się narkotyków i dmuchamy na zimne, ile natura w płucach dała. Tyle że przy okazji generalizujemy, negując wszystko i w całości, nawet te dobre, lecznicze właściwości, które marihuana ma nam do zaoferowania. To tak, jakbyśmy całkowicie zanegowali alkohol i zabronili go używać w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Nawet w celach medycznych. Strach pomyśleć, co działoby się!
Strach myśleć, co tracimy, negując całkowicie marihuanę!
Ten strach pojawia się po przeczytaniu tego wywiadu, ale również bezsilność wobec nieświadomości społecznej w połączeniu z paragrafami prawa stojącymi na jej straży. Zwłaszcza w kontekście cierpiących i umierających dzieci.
Ale od czego są książki!
To właśnie jedna z nich, którą autorzy wywiadu postanowili z „marihuanofobią” powalczyć. Dziennikarka do tej trudnej walki wybrała nie byle kogo. Wybitnego psychofarmakologa, który niejedną marihuanę zażył, odważnego w swoich poglądach i niebojącego się do tego przyznać, o przepięknym, lotnym, błyskotliwym umyśle (zamarzyła mi się rozmowa przy kawie z profesoremmm...), bogatym w wiedzę nie tylko specjalistyczną, ale i z innych dziedzin nauki, potrafiący nawiązać do obrazowych, czasami z humorem podanych przykładów z życia i... młodym! Pomimo szacownego wieku metrykalnego profesora, który w przeciekawy, barwny i żywy sposób przede wszystkimi poukładał mi nomenklaturę narkotykową. Haszysz, olej z haszyszu, olej konopny, hemp, cannabis czy THC to bardzo różne pojęcia, różne składowe i różnie oddziaływające na organizm ludzki. I to działanie również omawia w kontekście biochemii (proces), psychologii (uzależnienia), kultury (historia używek), filozofii i religii. Przy okazji uzasadniając swoją obronę postawy piosenkarki Dody, która stwierdziła, że Biblię napisali ludzie „napruci winem i palący jakieś zioła”. Po czym „napisał” w wielkim skrócie Biblię od nowa, wskazując palcem te fragmenty i momenty, które ewidentnie na to wskazywały. Szczególnie w Starym Testamencie jest wiele opowieści, w których – jak można podejrzewać – występują substancje psychotropowe. – dowodził, podając rozdziały.
Ta część wywiadu była przeciekawa, ale chyba nie do przejścia dla chrześcijan.
Miał tego świadomość, zauważając – Jeśli natomiast publicznie zasugeruje się, że przywódcy i prorocy z czasów biblijnych mogli palić zioła, to już się w naszych polskich narkofobicznych głowach nie mieści! I kończy tak, jak Doda – z oskarżeniem o obrażanie uczuć religijnych. Jeśli ten odkłamujący Biblię fragment wzbudzi w czytelniku chęć oskarżenia o herezję, to profesor wytacza kolejne działo dobijające obrażonego, mówiąc – Ludzkość zawsze szukała substancji zmieniających stan świadomości, ponieważ chciała przeniknąć w głąb nieznanego, odkrywać to, czego na co dzień nie widzimy. Ta potrzeba wydaje się wpisana w ludzkie geny. A jeśli współczesny świat i współczesny Kościół o tej potrzebie zapominają, a narkotyki traktują jako wroga numer jeden, to może przypomnijmy na koniec, że papież Leon XIII, twórca przełomowej encykliki Rerum novarum, był wielkim fanem wina Marianiego, mieszaniny wina i kokainy. Twórcę tego XIX-wiecznego red bulla papież odznaczył nawet orderem Pro Ecclesia et Pontifice. Po takim dictum refleksja na temat podłoża powstania encykliki nasuwa się sama. Ale cicho sza!
W takim to rewolucyjnym duchu jest cały wywiad!
Co rozdział, to ostre światło reflektora rozpraszającego mrok i inny kąt patrzenia na marihuanę, jej historię i rolę kulturową oraz gospodarczą w społeczeństwie. Bo konopie to nie tylko leki używane w medycynie odkąd ludzkość pamięta, ale i papier, materiały budowlane, produkty spożywcze i przemysłowe, tkanina oraz kosmetyki na bazie oleju konopnego dla wymagającej i suchej skóry, które można kupić chociażby tutaj - Biokonopia.

Ich reklamę znalazłam na końcu książki.
Czy nie wylewamy od dziesięcioleci dziecka z kąpielą?
Takie pytanie nasuwa się automatycznie po tym wywiadzie. A jeszcze bardziej domaga się ono odpowiedzi po dołączeniu do dotychczasowych rozmówców znanego z mediów doktora Marka Bocheńskiego zwolnionego z Centrum Zdrowia Dziecka za leczenie małych pacjentów marihuaną. To on przedstawił mi argumenty z największą siłę przebicia w uzasadnianiu wykorzystywania marihuany do celów medycznych. Opowiedział, wykorzystując do tego własne doświadczenia z praktyki lekarskiej, czym jest marihuana medyczna i w jaki sposób pomaga chorym. W takiej marihuanie składnik psychotropowy jest zminimalizowany do śladowej ilości (1%!), na rzecz wzrostu składnika leczącego. Na szczęście ustawa legalizująca marihuanę medyczną jest już w drodze, jak zapowiedział poseł na Sejm RP, Liroy.
Czy przekonał mnie natomiast profesor Jerzy Vetulani?
Nie do końca, chociaż na pewno „oświecił”. Mieszkam w mieście, w którym problem uzależnienia od narkotyków jest bardzo duży. Zresztą gdzie nie ma takiego miasta na świecie? Widzę młodzież wyluzowaną i „rozbawioną” marihuaną na co dzień, która swoją miłość do jej psychotropowego składnika wyraziła na ścianie budynku, w centrum miasta.

Odkąd pamiętam, jest tam i jakoś nikt nic z tym nie robi. Może to nieświadomość i brak wiedzy decydentów, a może inercja gospodarzy miasta, a może nie jesteśmy „marihuanofobami”? Nie wiem. Cały czas pamiętam tylko, na co uczulił mnie autorytet i praktyk w uzależnieniach, Marek Kotański, który twierdził, że marihuana to pierwszy krok do narkomanii. Ilu odpuści sobie na tym etapie, a ilu będzie chciało więcej, mocniej, intensywniej? Odpowiedź znajdziemy w statystykach zgonów, przestępstw drogowych i kryminalnych oraz szpitalnych.
Książkę polecam wszystkim szukającym własnego zdania na ten nomen omen palący problem społeczny, bo, cytując profesora, robienie z ludzi, którzy zażywają marihuanę w celach medycznych, kryminalistów i odmawianie jej osobom cierpiącym to po prostu podłość, okrucieństwo.
Dlatego moje TAK dla legalizacji marihuany medycznej i moje NIE dla każdej innej.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A w konopiach strach [Jerzy  Vetulani, Maria  Mazurek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (807)
Mój top czytanych w 2015
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi