Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 15 stycznia 2017
Russendisko: opowiadania – Vladimir Kaminer



Russendisko: opowiadania – Vladimir Kaminer
Przełożyli N. Klimenyuk , I. Kivel
Wydawnictwo Novoe Literaturnoe Obozrenie , 2004 , 178 stron
Literatura niemiecka


Latem 1990 roku po Moskwie rozeszły się plotki: Honecker przyjmuje Żydów!
Tak rozpoczyna swoje wspomnienia autor. Niemcy, w ramach rekompensaty za uczynione krzywdy Izraelowi, postanowili przyjąć do siebie Rosjan żydowskiego pochodzenia. Wszyscy o tym wiedzieli oprócz samego Ericha Honeckera – zauważył z rozbawieniem autor. Niemniej tak zaczęła się piąta fala emigracji Rosjan do Niemiec. Początkowo do NRD, a po upadku Muru Berlińskiego, do Berlina i dalej.
Wśród nich znalazł się autor tych 54 opowiadań.
Wprawdzie w podtytule tak określił ten zbiorek - opowiadania, ale dla mnie to przede wszystkim opowieści i retrospekcje pełne anegdot młodego Rosjanina-emigranta, który przyjechał do Niemiec, nie wiedząc tak naprawdę, dlaczego i po co. Zdał sobie z tego sprawę po jakimś czasie, kiedy wystąpił o przyznanie obywatelstwa i w ankiecie musiał wpisać powód przybycia. Ostatecznie napisał – z ciekawości. Po prostu zobaczyć, jak tu jest. Może dlatego te króciutkie, na dwie góra pięć stron, wspomnienia były pełne humoru i młodzieńczej beztroski dwudziestotrzyletniego ich narratora i jednocześnie autora. Wszystkie zdarzenia i zderzenia w nowym kraju przydarzające się jemu i jego znajomym oraz znajomym znajomych, a także całkiem obcym imigrantom i Niemcom, absurdy wynikające z różnic kulturowych, próby zaaklimatyzowania się w nowych warunkach i dostosowania się do odmiennych wymagań, emanowały energią, optymizmem i radością. Problemy były przejściowe, a trudy życia na obczyźnie nie takie straszne. Zwłaszcza po wódce. Jego dobrą i pozytywną stroną była wielokulturowość społeczeństwa berlińskiego, które autor, niczym w soczewce, skupił w swojej antologii. Przenikanie się narodowości, jej wymieszanie i życie w Berlinie razem z Niemcami ukazał jako jedną, wielką, wesołą dyskotekę o tytułowej nazwie Russendisko. To rzeczywiste miejsce w Berlinie, do którego przychodzili wszyscy mieszkańcy stolicy, a zwłaszcza Rosjanie, by zabawić się i spotkać z rodakami. Russendisko była najweselszą dyskoteką w mieście organizowaną przez autora. Stąd łaciński alfabet tytułu, jako nazwy własnej, zamiast cyrylicy.
Wszyscy chcieli po prostu żyć.
Autor zgromadził bogaty materiał wzięty prosto z życia, by móc swoje spostrzeżenia wykorzystać literacko. Spisał je po niemiecku, a w Rosji musiały być przetłumaczone na język rodzimy. Dziwnie to brzmi, ale tak, jak pogmatwane jest życie pisarza-emigranta (Rosjanin piszący po niemiecku i zaliczany do pisarzy niemieckich), tak skomplikowane są losy jego książek.
Ta pozycja wydana w Niemczech w 2000 roku, a w Rosji w 2004, to właściwie obraz początku ciekawego nurtu multi kulti w Niemczech promowanego przez tamtejszą lewicę. Może dlatego za humorem kryje się poprawność polityczna. Jednak rodacy autora nie docenili tego w pełni, zarzucając jej tu i ówdzie niedopowiedzenia. Jeden z rosyjskich blogerów - igorgag, mimo że niektóre opowiadania podobały mu się, wręcz napisał w ostatnim zdaniu wpisu Wladmir Kaminer Russendisko, że główną jej zaletą jest niewielka objętość.
Ja, nie-Rosjanka, odebrałam ją zupełnie inaczej.
Przede wszystkim jako nostalgiczne wspomnienia emigranta i dobrych czasów nurtu multi-kulti, który kilkanaście lat później, w obecnym 2017 roku, przeżywa kryzys w obliczu emigracji zalewającej Europę i łączonego z nią terroryzmu. Mam wrażenie, że skończył się czas „zabawnych” opowieści o emigrantach takich, jak w My, zdes’ emigranty Manueli Gretkowskiej czy w Życiu seksualnym muzułmanina w Paryżu Leїli Marouane. Nadchodzi czas nowych opowieści migracyjnych, które właśnie są spisywane. Jestem ich bardzo ciekawa, ale i obawiam się ich.
Myślę, że nie będzie się z czego śmiać.

Zdania pisane kursywą są tłumaczonymi przez mnie cytatami pochodzącymi z książki.

Książka on-line

Na podstawie książki powstał film, który nie stracił na humorze.
sobota, 14 stycznia 2017
Kobieta, która ukradła moje życie – Marian Keyes



Kobieta, która ukradła moje życie – Marian Keyes
Przełożyła Ewa Penksyk-Kluczkowska
Wydawnictwo Sonia Draga , 2016 , 554 strony
Literatura irlandzka


Odkryłam dawno odkrytą autorkę dobrych powieści obyczajowych!
Może dlatego, że częściej sięgam po literaturę faktu i popularnonaukową, a tym czasem umyka mi rzeczywistość beletrystyczna. A dzieje się w niej, dzieje! I to, co dawno uznane, do mnie dociera z opóźnieniem. Świadczy o tym chociażby zaskoczenie, które towarzyszyło mi podczas oglądania filmu Zanim się pojawiłeś nakręconego na podstawie powieści kolejnej, znanej pisarki Jojo Moyes. Jego główna bohaterka dramatycznej oczywiście historii miłosnej, czytała powieść właśnie Marian Keyes. Dokładnie Sushi dla początkujących. Troszkę byłam zaskoczona takim zbiegiem okoliczności. Wprawdzie czytałyśmy różne powieści, ale to nie miało znaczenia. Ważne było moje „odkrycie”.
Autorka jest znana i uznana w szerokim świecie!
W Polsce również. Przeze mnie także z małą uwagą, ale o niej na końcu. Na razie porozpływam się w zachwytach nad przyjemnie skomplikowaną fabułą, nad której logicznością czasową musiałam dobrze pomyśleć, by posklejać czas i wątki. To było najprzyjemniejsze! To pogmatwanie królowało również w życiu głównej bohaterki Stelli. Z zagrożeniem zdrowia, a nawet życia włącznie. A samą opowieść, by było jeszcze bardziej skomplikowanie, rozpoczęła w środku nadal dynamicznie rozwijających się wydarzeń.
To również było dobre!
Tworzyło atmosferę niejednoznaczności, niepewności i łamigłówki, której nie rozgryzłam do wyjaśniającego ją końca. Znaczenie tytułu powieści też nie było jednoznaczne. To uśpiło moją czujność, by znienacka zaskoczyć mnie puentą. Autorka łamała schematy złego mężczyzny i nieszczęśliwej kobiety, mówiąc – nie wszyscy mężczyźni to świnie, a kobiety naiwnie zakochane. Wykorzystała przy tym mit o kobiecej solidarności, by go brutalnie obalić, a mnie pozostawić w osłupieniu. A wszystko to podane z humorem, z lekkim przymrużeniem oka i dystansem ironii łagodzącymi niepowodzenia, porażki lub problemy.
Te małe i te duże.
Ta skomplikowana oprawa tworzyła romantyczną ozdobę i formę przekazu najważniejszej myśli, którą wypowiedziała Stella w zabawny dla siebie sposób – ...nie można mówić o miłości, dopóki wszystko jest w porządku. Dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś dramatycznego i twoje uczucie przetrwa. Miłość to nie są kwiatki i serduszka. I dobry seks też nie. W miłości ważna jest lojalność. Cierpliwość. Wspólna walka, ramię w ramię. Gdy śnieg wali ci w oczy. Na nogach masz podarte onuce. Nos ci gnije i zamarza... Spróbuj wtedy kochać takie życiowe zombie – dodam od siebie.
Dobrze znana myśl, ale jak opowiedziana!
Przeszkadzał mi w tej prawie idealnej powieści jeden wątek – świat pisarza. Nie lubię opowieści o mękach twórczych pisarzy, projektach promujących książki, wywiadach, procedurach wydawniczych i spotkaniach autorskich. Zawsze mam wrażenie, gdy na nie napotykam, że autorowi zabrakło tematu, więc pisze o najbardziej znanych mu doświadczeniach czyli o własnym warsztacie pisarskim. To dla mnie horror-temat w powieści. Nudziłam się w tych momentach - to mało powiedziane.
One mnie irytowały!
Chociaż przyznam sprawiedliwie, że były uzasadnione. Autorka wykorzystała tkwiący w nich potencjał, budując ciekawy wątek moralny. Troszkę mi tym zrekompensowała moje niezadowolenie. Ucieszyłam się więc, gdy na mojej półce odkryłam kolejną książkę tej autorki, która czekała na ten moment 16 lat! Tak mam, że kupuję książki, upycham je na półce, zapominam o nich, odkrywam je na nowo po kilku, a nawet kilkunastu latach, a one wszystko to cierpliwie, bez słowa skargi, znoszą.

Mina mi zrzedła, gdy zobaczyłam maszynę do pisania na okładce, ale, jak mawia znany kucharz Michel Moran w reklamie - to dać jej szansę!
Dobrze, dam jej szansę!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kobieta, która ukradła moje życie [Marian Keyes, Ewa Penksyk-Kluczkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 08 stycznia 2017
Monidło – Halszka Opfer



Monidło: życie po Kato-tacie – Halszka Opfer
Wydawnictwo Czarna Owca , 2011 , 224 strony
Seria Samo Życie
Literatura polska


Świadectwo ofiary przemocy domowej.
Świadectwo skrzywdzonego, a nie spowiedź osoby z poczuciem winy, jak zauważyła i podkreśliła autorka wstępu – dr hab. Ewa Jarosz. Jej wyjaśnienia są bardzo potrzebne, ponieważ można mieć wątpliwości, czy to, o czym pisze autorka, może być prawdą. Skala skumulowania zjawiska przemocy w jednej rodzinie jest tak trudna do przyjęcia i zaakceptowania, że można zacząć zadawać sobie pytania: „Czy to prawdziwe?”, „Czy tak to naprawdę wyglądało?”, „Czy ona nie przesadza?”. Dokładnie takie same, jakie zadawałam sobie, czytając jej pierwszą książkę Kato-tata, w której opisywała swoje wykorzystywanie seksualne przez własnego ojca. Wiedziałam przez co przeszła jako dziewczynka. Wiedziałam, że była wieloletnią ofiarą ojca-pedofila, a mimo to, czytając kontynuację pierwszej opowieści, nie mogłam uwierzyć w to, co opisywała.
Przypominało psychiczne piekło.
Ciężko mi się przez nie brnęło, ale chciałam wiedzieć, jak ułożyła sobie życie jako dorosła osoba? Czy uwolniła się od koszmaru dzieciństwa? Czy znalazła wolność i szczęście? Odpowiedź na te pytania znalazłam w tych czterech jej zdaniach – Mama mogła zrobić ze mną wszystko, co chciała. A ja niczym marionetka poddawałam się jej woli. Nie tylko ona pociągała za sznurki. Pozwalała na to każdemu, kto miał ochotę.
A mieli ją wszyscy!
Włącznie z jej własnymi dziećmi. Nie będę opisywać szczegółów, bo przez to cierpienie egoizmu, okrucieństwa, samolubstwa, złośliwości, poniżenia, molestowania, brutalności, egoizmu, uzależnień, bezwzględności, trzeba z autorką po prostu przejść, by zrozumieć jej bezradność i bezsilność.
To one najbardziej przerażały.
To rozpaczliwe pragnienie czułości i miłości z przeświadczeniem, że się one jej nie należą i że zawsze będzie dla innych „brudna”. W ciele dorosłej kobiety nadal chowała się mała dziewczynka. Psychologowie nazwali to syndromem Dorosłego Krzywdzonego Dziecka. To tłumaczyło zachowawczą postawę autorki i długą niemożność szukania fachowej pomocy poza rodziną. Odpowiadało również na stawiane początkowo pytania. W miarę czytania przestawały się w ogóle pojawiać. Ale ich brak burzył we mnie barierę bezpieczeństwa i konieczność przyjęcia brzemienia prawdy opowieści o okrucieństwie człowieka.
To był najtrudniejszy dla mnie moment.
Zanurzenie się w tym przytłaczającym mroku psychicznym drugiej osoby bez możliwości dystansu, jakie dawało zwątpienie i wyparcie. Pozwoliło mi to jednak nie tylko na poznanie faktów, na zrozumienie postępowania autorki, na współczucie jej całej rodzinie, ale również na dostrzeżenie promyka nadziei w tej całej historii. Faktu, że autorka znalazła w sobie odwagę, by napisać o swoim cierpieniu i to upublicznić w dwóch książkach. W dużej mierze dla siebie jako forma autoterapii, ale także dla tych, którzy tej odwagi w sobie nie znajdują z różnych powodów – boją się pamiętać, wolą nie myśleć o tym, co było i o tym, dlaczego teraz jest jak jest, boją się ponownie cierpieć, wolą zapomnieć. – jak zauważa Ewa Jarosz.
Strach!
Strach nie tylko ofiar, ale ludzi, którzy widzą cierpienie dzieci i nie reagują, bo to nie ich sprawa. Może po takim świadectwie zrozumieją, że to jak najbardziej ich sprawa.
Sprawa nas wszystkich.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Warto autorkę również wysłuchać.
sobota, 07 stycznia 2017
Turnus – Tomasz Łubieński



Turnus – Tomasz Łubieński
Wydawnictwo W. A. B. , 2012 , 240 stron
Seria Archipelagi
Literatura polska


Co za jazgot!?
Ale dobrze, myślę sobie, to dopiero początek początku turnusu. Może tak ma być, że w samolotach przewodnicy turystyczni zagłuszają myśli pasażerów, by ci nie skupiali się na turbulencjach lub gorzej - ewentualnej katastrofie lotniczej. Zresztą żadnemu z pasażerów lecących na Kretę to nie przeszkadzało. Myślę sobie – wytrzymam ten słowotok absolwentki Europejskiej Szkoły Turystyki o specjalności psychologii turystycznej z siedzibą w Bielsku-Białej. Nie będziemy przecież lecieć w nieskończoność. Kiedyś to się musi skończyć.
Ale gdzie tam!
Po wylądowaniu słyszałam ją nadal. W drodze do hotelu nadawała jak BBC. W hotelu również. W trakcie wycieczek tym bardziej. Zrozumiałam, że muszę ją wpisać w pejzaż Grecji, Krety i turnusu jako stały element mojego tutaj pobytu. Nie miałam wyjścia.
Musiałam ją nie tylko słyszeć, ale zacząć przede wszystkim słuchać.
Była jedynym źródłem mojej wiedzy o tym, co działo się w powieści. Jedyną narratorką komentującą wszystko i wszystkich. Łącznie z przekazami wypowiedzi pozostałych osób. Czy mi się to podobało, czy nie - jedyną autorką monologu. Początkowo irytującego, trochę głupiutkiego, delikatnie obnażającego niedostatki intelektualne i lekko odkrywającego osobowość stereotypowej blondynki. Roztrzepanej, gadatliwej, głośnej, nadpobudliwej, zdobywającej swoje miejsce w świecie własnym ciałem, ale sympatycznej, komunikatywnej, bezpośredniej i co chwilę wyrażanej w okrzyku - Mam na imię Persefona, ale mówcie mi Persi!
Potrafiła jednak budować dystans.
Poczułam go wtedy, gdy zaczęła więcej rozmawiać z jednym z turystów turnusu - Profesorem. Tak go tytułowała, chociaż nie było dowodów na jego rzeczywistą profesurę. Zresztą nikt tego nie wymagał. Wystarczyło, że był autsajderem i mądrze mówił. Pod jego wpływem Persi z trzpiotki zaczęła zamieniać się w dziewczynę, którą obdarzyłam współczuciem. Radziła sobie w życiu, jak mogła i potrafiła, a jej obecna praca była szczytem jej możliwości. W końcu nie każdy pochodzący z dysfunkcyjnego środowiska rodzinnego, wykorzystywanego w różny sposób przez bliskich i obcych, osiąga tyle, ile ona. Profesor na przykład, pomimo swoich mądrości, nadal ten szczyt zdobywał. Fizycznie, wspinając się na kreteński wierzchołek Psiloritis i duchowo.
Jego osoba stała się zagadką turnusu.
Wyprawa na górę zakończyła się zaginięciem Profesora. Czytając między wierszami w wypowiedziach Profesora, byłam pewna, że zaplanował je. Za dużo mówił o życiu i śmierci.
W tym sensie powinnam odbierać tę powieść alegorycznie.
Turnus może być człowieczym życiem lub tylko jego epizodem. Przewodniczka ideą, którą się kierujemy lub autorytetem, za którym podążamy w drodze na szczyt. Może nam się wydawać, że już go zdobyliśmy i spocząć na laurach, wypoczywając jak turyści. Możemy się zorientować, że za już osiągniętym przez nas szczytem stoi kolejny, wyższy, atrakcyjniejszy do zdobycia tak, jak Persi, która pod wpływem swojego mentora zaczęła dostrzegać więcej i dalej. A może, pomimo długiego życia, nadal go zdobywamy tak, jak Profesor.
Jakbyśmy nie zauważyli, że szczytem naszego życia nie są sukcesy, lecz... śmierć!
Co się zacznie, to się skończy i bardzo dobrze, takie jest życie. Bo przecież na tej ziemi jesteśmy turystami, każdy w danej chwili, w danym punkcie naszej biegowej trasy. Która ma ileś okrążeń... - jak uświadomiła sobie Persi. A ja dodam od siebie – i tylko jeden szczyt do osiągnięcia. Pojawienie się śmierci i tematów egzystencjalnych z nią związanych sprawiło, że monolog Persi w drugiej połowie stał się rozważaniami filozoficznymi, a język przekazu bardziej „uczony”. Nie był już drażniącym mnie jazgotem nowomowy reklam. Dziewczyna w niczym już nie przypominała trzpiotki z samolotu.
Persi stała się Persefoną.
Zdobyła świadomość, że ważne jest nie tylko, w jakim stanie ducha i ciała rozstajemy się z tym światem. Również gdzie się odbędzie ostatnie pożegnanie. To nie los za nas decyduje, lecz my sami. Powieść idealnie wpisuje się w odwieczny dyskurs o wyborze – żyj chwilą czy pamiętaj o śmierci?
Zdecydowanie wybieram to drugie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Turnus [Tomasz Łubieński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 06 stycznia 2017
Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak



Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2016 , 292 strony
Literatura polska


Brutalna powieść!
Rozpoczęła się bezwzględną sceną egzekucji dziennikarza śledczego ubitego jak psa. Przywiezionego na pole w bagażniku, wypuszczonego i zastrzelonego. Jako dziecko byłam świadkiem takiej sceny z psem zamiast człowieka. Stąd to skojarzenie. Autor swoje skojarzenie zaczerpnął z Zarządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych z 1983 roku w sprawie psów służbowych. Fragmentami tej instrukcji rozpoczynał każdą z trzech części, na jakie podzielił ten kryminał z detektywem Joachimem w roli głównej.

Wskazówki postępowania sugerowały nie tylko treść następnych rozdziałów, ale również los tych, którzy węszyli.
A głowni bohaterowie tej powieści węszyli niczym psy.
Najbardziej przygnębiającym faktem było to, że autor fabułę oparł na wydarzeniach rzeczywistych. Wykorzystał głośne zabójstwo dziennikarza śledczego Jarosława Zientary w 1992 roku. W tym też okresie osadził akcję powieści, w którym policja nazywana Firmą nie była powołana do tego, by tropić przestępców i doprowadzać ich przed sąd. Jej zasadniczą rolą było uzyskiwanie o nich informacji i wykorzystywanie ich zgodnie z interesami państwa, które Firma miała chronić. Interesy państwa nie pokrywały się z interesami wszystkich jego obywateli. Służyły tylko wybranym. Autor stworzył wprawdzie wielowątkową i dynamiczną fikcję literacką, ale w dużej mierze udało mu się odtworzyć czas przemiany ustrojowej, w którym manipulacja, zastraszanie i szantaż były podstawowymi metodami postępowania z szukającymi prawdy i grzebiącymi w przeszłości ludziom wykorzystującym stare układy, zależności i znajomości, by z różnych powodów „ustawić się” w nowej Polsce.
To dlatego zachował jej uniwersalny wymiar.
Jego bohaterowie nie posiadają imion i nazwisk. Nadał im pseudonimy pochodzące od cech charakteru lub wykonywanej profesji. Major, Ksiądz, Biznesmen, Dziennikarz, Pismak czy Ona symbolizują wszystkich ludzi o podobnych im tożsamościach, a skala zróżnicowania społecznego, stopień zaangażowania całego społeczeństwa. Ich anonimowość pozwala na dopasowanie kolejnych postaci, które niczym trybiki w maszynie, umożliwiały jej sprawne funkcjonowanie. Wszystkich przeszkadzających w jej ciągłym działaniu traktowano tak, jak psy.
Zgodnie z instrukcją.
Dlatego nie było w niej dobrych i złych bohaterów. Byli ludzie uwikłani w system zależności, ukazujący mechanizm sterowania polityką tworzącego się nowego państwa. To było w tej powieści najbardziej porażające. Ta niby fikcja, która mogła być prawdą, a przynajmniej nosiła znamiona dużego prawdopodobieństwa. Można zapytać – po co to obnażenie? Po to tylko, żeby stworzyć świetny kryminał, który się dobrze czyta?
Nie tylko.
Autor na to pytanie odpowiedział powstańczym wątkiem z historii Polski wplecionym w fabułę, w którym zawarł przesłanie tej na pozór rozrywkowej powieści – losy historii są w naszych rękach. Może nie przywrócą życia tym, których mordowano za szukanie prawdy, ale możemy i powinniśmy o nich pamiętać.
Pamięć to najlepsza broń przeciwko wszelkim systemom.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Krótka instrukcja obsługi psa [Krzysztof M. Kaźmierczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 01 stycznia 2017
Wielki błękit – Jennifer Donnelly



Wielki błękit – Jennifer Donnelly
Przełożył Patryk Dobrowolski
Wydawnictwo Zielona Sowa , 2015 , 388 stron
Cykl Saga Ognia i Wody ; tom 1
Literatura amerykańska


Tę proroczą pieśń niosły prądy wodne poprzez morza i oceany do królestwa Miromary. Podwodnej krainy rządzonej przez syrenę Izabelę. Jednak to nie ona była adresatką tajemniczego wezwania, tylko jej córka – syrenka Serafina. Szesnastoletnia następczyni tronu, która w dniu ważnego dla niej święta Diokimi, podczas którego miała przejść rytuał inicjacji, nie mogła rozpraszać się żadnymi informacjami. Zwłaszcza tak niezrozumiałymi, jak ta.
I to był jej błąd!
To nie była zwykła pieśń, ale zwiastun śmierci i początek zagłady jej królestwa. Zlekceważenie wezwania doprowadziło do tragedii w trakcie ceremonii, która zmusiła przerażoną dziewczynę do ucieczki z rodzinnych wód i mimowolne wypełnienie przepowiedni. To w jej przesłaniu kryła się cała fabuła opowieści. To Serafina była córką Moruadh, która w drodze do miejsca jej źródła, poznała pięć podobnych do niej syren. Połączyły ich wspólny cel, przyjaźń i hasło – Jeden umysł, jedno serce, jedna więź. Tylko razem, łącząc siły, mogły dokonać niemożliwego – odnaleźć talizmany mające moc pokonania zła niszczącego królestwo syren.
Początkowo myślałam, że mam przed sobą bajkę. Idealnie nakładała mi się na znany disnejowski film animowany Mała syrenka. Baśniowi bohaterowie mówiący ludzkim językiem, zwierzaki morskie pełniące rolę pupilów syren, feeria intensywnych barw prosto ze szmaragdowych lagun, migoczące w blasku promieni słonecznych drogocenne kamienie, łuski ryb, złoto, perły i śpiew syren sprawiały, że znalazłam się w baśniowym świecie położonym gdzieś w niedostępnych głębinach wodnych. Jednocześnie przekładałam sobie jego funkcjonowanie na świat ludzki tak odmienny, a jednocześnie podobny w ubiorach, zwyczajach, a przede wszystkim w emocjach.
Ten czar animacji szybko prysł!
Rzeczywistość Serafiny zaczęła dla mnie nabierać realiów wraz z pierwszą śmiercią i ucieczką dziewczyny. Nadal jednak tkwiłam w świecie fantazji świata nieistniejącego, gdzieś kilkaset metrów pod powierzchnią wody mojej wyobraźni. W towarzystwie pięciu przyjaciółek przeżywających niebezpieczne przygody, by ocalić utracone królestwo.
Nawet nie wiem, kiedy ta fantastyka stała się moją rzeczywistością.
Może to był ten moment, w którym syrena po raz pierwszy zobaczyła człowieka nazywanym przez istoty morskie terragogiem? A może wtedy, kiedy ujrzałam na szyi jednej z syren naszyjnik z tak dobrze znanych mi przedmiotów – kapsli od butelek, głowy lalki, smoczka, zapalniczki, piłeczki golfowej czy latarki. A może wtedy, gdy zdałam sobie sprawę, że zło uosabiane przez mitycznego potwora, którego chciały pokonać syreny, to tak naprawdę chciwość ludzka.
Chciwość wszystkiego!
Moim błędem tak późnego „przejrzenia na oczy” było zignorowanie mapki umieszczonej na wewnętrznej stronie okładki. Nie zaglądałam tam z dwóch powodów. Nastolatka, która namówiła mnie na przeczytanie tej ulubionej przez nią fantasy, szczelnie okleiła ją folią. Nie chciałam niszczyć tej okleiny. Ciekawość i potrzeba odpowiedzi na coraz bardziej nurtujące mnie pytanie – Gdzie ja tak naprawdę jestem i dokąd płynę z syrenami? – zmusiła mnie do zajrzenia pod okładkowe skrzydełko. Za pozwoleniem właścicielki zajrzałam do mapy i oto, co zobaczyłam.

Mój świat!
Tyle że to nie kontynenty były najważniejsze, a wody. Te słone i te słodkie. Autorka pod postacią dynamicznej przygody pełnej magii i bohaterów tak ludzkich w swoim fantastycznym wymiarze, mitologii, legend i przekazów, ukryła przesłanie ekologiczne. Wiem, że w tym momencie odzieram z powieści baśniowość, ale jej edukacyjna warstwa została pięknie ukryta w fabule, która swój racjonalizm i realizm obnaża dopiero po przeczytaniu całości. Dokładnie tak, jak powinno być w przypadku dobrze opowiedzianej baśni zakończonej mądrym morałem.
Autorce udała się ta sztuka.
Przede mną kolejna część cyklu.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Saga Ognia i Wody. Wielki błękit [Jennifer Donnelly]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 30 grudnia 2016
Naznaczona – Anne Bishop



Naznaczona – Anne Bishop
Przełożyła Emilia Skowrońska
Wydawnictwo Initium , 2016 , 523 strony
Cykl Inni , tom 4
Literatura amerykańska


Niczego się te mądre małpy nie nauczyły!
Taki przydomek zyskali w końcu ludzie w czwartej części cyklu Inni. Wręcz nie chcieli się uczyć. Zaślepieni rządzą władzy absolutnej, nie wyciągnęli wniosków z krwawych wydarzeń rozegranych w poprzedniej części. Nadal zrzeszali się w Ludzie Przede i Nade Wszystko, wierząc w słowa swojego przywódcy, że ludzie są potężni. Ludzie mają rację. Zasługują na wszystkie bogactwa tego świata. Nie powinni musieć okazywać wdzięczności za jałmużnę przyznawaną zgodnie z kaprysami zwierząt.
Nadal nie dostrzegali swojej arogancji.
Swoim egoizmem obudzili starych - pazury i kły Namid. Najstarsze i najpotężniejsze istoty, których bali się nawet terra indigena. W swojej wściekłości na głupotę ludzi zaczęli rozważać anulowanie wszelkich umów między nimi a Innymi. Nadciągające, niemalże apokaliptyczne, wydarzenia zaczęły przepowiadać wieszczki krwi – Nadzieja i Meg. To ich wizje zdominowały większą część wydarzeń w Thaisii i Lakeside.
Nadciągała zagłada.
Nikt nie wiedział, nawet wieszczki, ilu mieszkańców Namid zginie, która ludzka osada zostanie ocalona, kto przeżyje i czy przeżyje? Nawet w kartach widzących przyszłość los Lakeside stał pod znakiem zapytania. Ta nowa forma przepowiedni, którą opracowywała Meg, miała zastąpić jej nacinanie skóry podczas wieszczenia. Pozostał jeden problem – karty nie dawały jej euforii towarzyszącej krwawemu rytuałowi. Próby poszukiwania jej zamiennika w kontaktach z Simonem przewijały się przez całą opowieść. Brak doświadczenia oraz niezrozumienie zwyczajów ludzkich i wilczych utrudniało wprawdzie jej odnalezienie, ale świadome przeciąganie w czasie tego wątku przez autorkę, miało swoje uzasadnienie. Szukanie wspólnego języka, budowanie porozumienia i więzi międzygatunkowych, poznawanie zwyczajów i obyczajów, a w efekcie wzajemne zrozumienie i możliwość współistnienia wszystkich istot Namid, to najważniejszy wątek w tej części cyklu. Społeczność Lakeside była wzorcem koegzystencji, przyjaźni, a nawet miłości oraz alternatywą, a jednocześnie nadzieją, że świat może pomieścić w sobie wszystkich pod warunkiem respektowania praw każdej istoty. To w tej niewielkiej grupie była nadzieja na dalsze istnienie ludzi.
Pozostawało tylko pytanie – czy przeżyją gniew starych?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Naznaczona Inni – tom 4 [Anne Bishop]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Potęga miłości – Francine Rivers



Potęga miłości – Francine Rivers
Przełożyli Jan Kabat i Elwira Niewęgłowska
Wydawnictwo W Wyłomie , 2005 , 467 strony
Literatura amerykańska


Chciałabym tę książkę przeczytać. Może ją masz? - usłyszałam od koleżanki.
Nie miałam, ale, gdy czytelnik spragniony, wydobywam spod ziemi i dostarczam. Tak było i tym razem. Po przeczytaniu, była nią zachwycona. Podrzuciłam ją więc kolejnej koleżance. I tu zaskoczenie – nie podobała się jej, bo za dużo było w niej Boga. Zaintrygowały mnie te dwie tak skrajne postawy wobec jednej powieści. Pierwsza akceptująca ją w całości i druga podkreślająca element, który ją przekreślał.
Na pewno niepozostawiająca w obojętności.
Można albo zgodzić się z jej przesłaniem, albo odrzucić. Nie ma innej opcji. Postawy te nie mają nic wspólnego z samą powieścią jako taką, ale ze stosunkiem czytelnika do Boga i jego nakazów.
W tym sensie ta książka to swoisty test wiary.
Autorka fabułę oparła na dwóch fragmentach z Biblii. Z Nowego Testamentu wykorzystała słowa z pierwszego listu do Koryntian (1 Kor 13:13) – „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.” Natomiast ze Starego Testamentu wykorzystała los proroka Ozeasza, któremu Bóg nakazał poślubić nierządnicę. Jego przypadek ma kilka wątków, ale autorka skupiła się na jednym – pokora mężczyzny poślubiającego grzesznicę, bo tak każe mu Bóg. Z obu fragmentów wyłuskała myśl o potędze miłości, która nakazuje kochać każdego. Nawet prostytutkę.
I stworzyła przepiękną w swoim dramatyzmie opowieść.
Głównym bohaterem uczyniła Michała nomen omen Ozeasza. Mężczyznę wierzącego, rozmawiającego z Bogiem, całkowicie mu posłusznego i oddanego. Michał widział Boga we wszystkim. Widział Go w wietrze, deszczu i ziemi. Widział Go w zbożu, które rosło. Widział Boga w naturze zwierząt zamieszkujących ich dolinę. Widział go w płomieniach wieczornego ognia. Żył i pracował na swojej farmie w czasach dziewiętnastowiecznej gorączki złota w Ameryce, dostarczając do najbliższego sklepu w mieście to, co wyhodował. Podczas jednej z takich wizyt ujrzał na ulicy jedną z najdroższych prostytutek miejscowego domu publicznego i... zakochał się. Jednocześnie „usłyszał” nakaz Boga, by ją poślubił. Wbrew ówczesnym obyczajom i normom społecznym oraz wbrew sobie.
Od tego momentu zaczęła się dramatyczna historia Michała i Angel.
Burzliwa, niepewna, pełna rozmów z Bogiem i upadków, raniąca, bolesna, irytująca, niszcząca, poniżająca, rozdzierająca, ale i niezłomna, trwała, potężna, konsekwentna, budująca i podnosząca z kolan. Michał miał bardzo trudne zadanie – przekonać Angel, że miłość, którą znała i która ją niszczyła, to karykatura miłości, którą on jej ofiarowywał. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę okaleczenia psychiczne i emocjonalne dziecka odrzuconego przez ojca, ośmiolatki sprzedanej pedofilowi, nastolatki pracującej w domu publicznym i popełnione przez kobietę kazirodztwo, to w pełni można zrozumieć, przed jakim niemożliwym do pokonania stanęli oboje. Jaką walkę z wewnętrznymi demonami musieli stoczyć. Nic dziwnego, że Michał stracił wiarę i nadzieję, ale nie utracił miłości. To jej potęga sprawiła, że prostytutka ostatecznie otrzymała łaskę wiary, nadziei i miłości. Nie dominują one jednak w powieści, chociaż są w niej stale obecne. Autorce udało się uniknąć patetyczności, ckliwości i melodramatyczności. Mistrzowsko cały dydaktyzm i moralizatorstwo przesłania zatopiła w warstwie psychologicznej, w którą wyposażyła każdą z postaci. Zrównoważyła to również brutalnymi realiami ówczesnych czasów, w którym przyszło żyć kobietom amerykańskich osadników. Na tym tle tym bardziej widoczne było „szaleństwo” Michała, które można było sprowadzić do jednego kontrastu.
Święty i grzesznica.
Można się zgadzać lub nie, czy taka miłość naprawdę istnieje. Potężna, niezłomna i przebaczająca nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy, jak nakazuje Bóg. Wierzyć w nią lub jej zaprzeczać. Widzieć ją lub być na nią ślepym. Być nią obdarzonym i odrzucać ją wbrew sobie, bo Bóg tak nakazuje. Chyba na tym polega tajemnica wiary w Boga oraz zasadność jego nakazów i tylko od człowieka zależy, czy będzie żyć po bożemu, czy po swojemu – jak usłyszałam w wigilijnej homilii wygłoszonej do wiernych przez księdza. To bardzo dobry temat do rozważań w ten świąteczny czas.
Na co dzień również.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Oglądając ten amerykański trailer książki (jaka obsada aktorska i jaka muzyka!), można mieć wrażenie, że to opowieść tylko o miłości, a nie aż o miłości.
sobota, 24 grudnia 2016
Wilki – Adam Wajrak



Wilki – Adam Wajrak
Wydawnictwo Agora , 2015 , 272 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Przepadłam w puszczy!
Po raz pierwszy autor sprawił to komiksem dla... dzieci. Umarły Las zawierał między obrazkami wstawki rzeczywistych zdjęć z Puszczy Białowieskiej i garść przeciekawych faktów. Nie było mocnych na moje pragnienie, by znowu w niej przepaść. Musiałam sięgnąć po kolejną książkę tego dziennikarza, przyrodnika i pasjonata, by znaleźć się ponownie w jej magicznym centrum. W miejscach niedostępnych przeciętnemu człowiekowi. Poddać się opowieściom płynącym z serca, by ujrzeć niewidoczne i niedostrzegalne dla zwykłego mieszczucha. Poczuć to, co czuje autor, gdy ukazuje puszczę przez swój pryzmat patrzenia na nią z miłością. Przepaść w niej ponownie i zrozumieć niezbędną rolę wilka w niej.
Może przestać się go bać?
Autor bał się go. Przynajmniej na początku swojej przygody, bo tak nazwał ten epizod życia z wilkami w puszczy. I od tego strachu zaczął swoją opowieść. Swoje oswajanie się z wilkami. Pięknie wytłumaczył źródło tej bojaźni. Nie tylko strachu osobistego pojawiającego się w wilczej obecności, ale i tego lęku żywionego przez człowieka i ludzkość. Niemalże dziedziczonego w genach oraz przekazywanego w bajkach, podaniach, legendach i opowieściach mrożących krew w żyłach. Przy okazji tłumacząc okrutną i smutną historię losów wilka w Europie i w Polsce oraz prawdopodobną przyszłość zwierzęcia, jeśli nic nie zmieni się w traktowaniu i podejściu do niego. Dla ułatwienia poruszania się po puszczy umieścił na wyklejce mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami opisanymi w tej książce.

Oprócz fascynacji towarzyszącej opowieściom o ich stylu życia, systemie władzy w watasze, kierunkach wędrówek, sposobie polowania, rozmnażania się i wychowywania szczeniąt, licznie ilustrowanej pięknymi zdjęciami zwierząt i puszczy, musiałam też poznać jej mroczną część.

Kłusownictwo.
To zamierzone i to bezmyślne. To ta smutna rzeczywistość współczesnego wilka, ale istniejąca i składająca się na pełny obraz problemu, jakim jest dla nich człowiek i lęk przed nim. To ten moment, w którym autor przestał bać się wilków, a zaczął się nimi fascynować. Ja nie przestałam się ich bać, ale zaczęłam im współczuć i czuć się winną, że człowiek wilkowi zgotował ten los.
Zaczęłam je szanować.
O ten szacunek i pokorę wobec natury zapewne autorowi chodziło. Wzbudził je we mnie, mimo że nie poczułam z jego strony nawet cienia dydaktyzmu, chociaż uczył, przekonywał, poszerzał wiedzę, uświadamiał i zmieniał uczucia oraz nastawienie. Może dlatego, że opowiadał o wilkach poprzez własną przygodę i emocje. Poprzez historię niezwykłej trójki: siebie samego - pasjonata, Nurii – hiszpańskiej badaczki, dla której stracił głowę i serce oraz Antonii – wyjątkowego psa pomagającego im w puszczańskiej pracy.

To opowieść również o miłości.
A może przede wszystkim o miłości. Do wyjątkowej kobiety, do prastarej puszczy i do ludzi oraz zwierząt w niej żyjących. Do unikatowego miejsca na ziemi, w którym świat jeszcze ma swój pierwotny rytm i tętno życia. Bardzo osobista, a jednocześnie dostępna każdemu o otwartym sercu, czułym na wszystko, co takiemu, i jemu podobnym, miejscu, szkodzi, a nawet unicestwia.
Niezwykle ciepła!
Pozostawiła we mnie wdzięczność za zaufanie, jakim mnie obdarzył autor, wpuszczając do swojego świata, jeszcze większą tęsknotę za puszczą, podziw dla ludzi chroniących jej nienaruszalność, pokorę wobec natury i przeogromny żal do człowieka oraz poczucie winy za wszystko cośmy wilkowi uczynili i nadal czynimy.
W tym przypadku człowiek nie brzmi dumnie.

Fragment książki

Tutaj obejrzałam równie ciekawy film o wilkach.
środa, 21 grudnia 2016
Uciekinier – Łukasz Czeszumski



Uciekinier – Łukasz Czeszumski
Wydawnictwo CL Media , 2016 , 422 strony
Cykl Krew Wojowników ; Tom 1
Literatura polska


Na okładce tej książki widnieje taka oto informacja:

To zapowiedź i przedsmak tego, co wydarzy się w późniejszych tomach tego cyklu historycznego. Na razie tom go otwierający to dopiero początek opowieści.
Historii podwójnej.
Pierwszą tworzą losy Jarosława Burzyńskiego, poddanego Korony Polskiej szlacheckiego rodu o niewielkiej ilości posiadanej ziemi, ale za to o wojennej sławie, zdobywającej wprawdzie poparcie wśród wielkich hetmanów, ale i zbierającej kpiny ze strony książąt i biskupów mazowieckich, że Burzyńscy mają zamek i sławę, ale nie mają bogactwa. Mieli za to zupełnie coś innego. Coś co na przełomie wieków XV i XVI, a potem w dobie renesansu, nie było wartością powszechną i nadrzędną – honor własny i dobro Polski. Cele osobiste mazowieckiej szlachty oraz rozgrywki polityczne, w których Burzyńscy nie chcieli brać udziału, doprowadziły do rodzinnej tragedii. Jarosław, jako wyjęty spod prawa,chcąc ratować życie, musiał wyruszyć w świat, szukając zatrudnienia jako najemny wojownik. W tej części cyklu krąży po Europie, której dwie mapki autor umieścił dla mojej wygody śledzenia wędrówki głównego bohatera.

Jego losy to pasmo niekończących się przygód, niebezpiecznych wydarzeń i zaskakujących zbiegów okoliczności. Niekoniecznie dobrych dla Jarosława, ale bardzo dobrych dla mnie. Koniec jednego zdarzenia był początkiem kolejnego. Między nimi, w chwili oddechu od tempa akcji, Jarosław zamieniał się w uważnego obserwatora ówczesnej Europy, której dzieje i zachodzące zmiany społeczne determinowały jego perypetie, kierunek dalszej wyprawy, a nawet szczęście do uchodzenia z życiem i duszą na ramieniu.
Przez pryzmat jego indywidualnego losu i losów osób wszystkich stanów spotykanych na swojej drodze autor opowiedział drugą historię – opowieść o Europie u schyłku średniowiecza i na początku renesansu.
Całość mocno osadził w realiach historycznych.
Wędrując z Jarosławem mogłam prześledzić zmieniającą się sytuację polityczną i gospodarczą, ich wpływ na wszystkie stany społeczne, trudy przemian rycerstwa w arystokrację i wynikające z tego procesu skutki, zwłaszcza dla chłopstwa, w poszczególnych krajach europejskich. Czasami byłam jednak zaskakiwana elementami fantastycznymi opartymi na wierzeniach, podaniach i legendach, które z faktami historycznymi nie miały nic wspólnego, za to pokazały Europę zabobonną, wierzącą w siły nadprzyrodzone, a przez to bojaźliwą i inkwizycyjną. Autorowi udało się odtworzyć realia tamtych czasów we wszystkich aspektach społecznych. Również militarnych. Dużo w tej opowieści scen walk i bitew, w których mogłam uczyć się rodzajów ówczesnego oręża. Autor ułatwiał mi to poprzez przypisy tłumaczące „tajemnicze” nazwy. Zadbał o każdy szczegół – ubiór postaci, jedzenie, system władzy, zależności społeczne, obyczaje, zwyczaje czy wygląd wnętrz. I najważniejsze – pozostawiał mi przestrzeń, którą mogłam zapełniać obrazami.
Potrafiłam to sobie wyobrazić ze szczegółami.
Nie potrzebowałam dodatkowych wyjaśnień o wyraźnie dydaktycznym charakterze, które tu i ówdzie wtrącał autor. Dla mnie zbędne i zupełnie niepotrzebne. Rozumiałabym ten zabieg, gdyby autor nie umiał słowami oddać swoich zamierzeń. Ale on to wszystko potrafił, więc zdania stawiane niczym kropka nad „i”, irytowały mnie. Nie lubię, kiedy traktuje się mnie, dorosłego czytelnika, jak dziecko. Chyba że autor myślał również o czytelniku młodszym, bo faktycznie powieść ta nie ma ograniczeń wiekowych. Zabrakło mi również skomplikowania akcji, przeplatających się, zapętlających i otwartych wątków, które skutecznie trzymałyby moją uwagę na wodzy tylko po to, by odkryć ich wyjaśnienie chociażby na końcu opowieści. Przygody Jarosława były linearne i same w sobie rozpoczęte oraz zakończone niczym supełki na sznurze. Chociaż początek powieści, z intro wyjętym z przeszłości i prowadzącym do teraźniejszości, by poprowadzić w nieznaną przyszłość, takie zagmatwanie zapowiadało. Być może taki był zamysł autora. Nie komplikować, by lepiej ukazać ówczesną Europę. By pokazać, jak napisał w posłowiu, że koniec średniowiecza i rozwój renesansu był epoką wielkiego chaosu i kryzysu wartości. Obfitowały w konflikty, wojny domowe i religijne, a degeneracja i tyrania władców sięgała zenitu. Zdrada, ucisk i zbrodnia były ponurą codziennością.
Ten zamysł w pełni zrealizował.
Na tyle dobrze, że jestem ciekawa dalszych losów i wędrówki Jarosława w drugim tomie, tym razem we Włoszech.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 93
| < Styczeń 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w styczniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (882)
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi