Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 20 maja 2012
A ziemia płonie – Samuel Black



A ziemia płonie – Samuel Black
Przełożył Jarosław Włodarczyk
Wydawnictwo Bukowy Las , 2012 , 422 strony
Literatura angielska


Autor nieświadomie oddał mi wielką przysługę tą powieścią historyczną.
Mam od zawsze problemy z łączeniem osób i wydarzeń współistniejących w jednym okresie czasowym w przestrzeni historycznej. Nie wiem, czy jest to brak blokowego i interdyscyplinarnego nauczania, kiedy zapoznawano z wyodrębnionym z całości tematu, wydarzeniem lub osobą, czy to specyfika mojej percepcji poznawania świata. Jakkolwiek by nie było, tego typu powieści pomagają mi zapełniać lukę mojego ciągłego zadziwienia, że ktoś tam bardzo zasłużony dla świata, znał osobiście jeszcze bardziej znamienitą osobę i mógł poklepać ją po plecach, łącząc przeszłość w jedną, ciągłą panoramę faktów i wydarzeń, w której cezury czasowe są kolejną, uzupełniającą informacją, a nie rozdzielnikami szatkującymi historię na odrębne części.
I dokładnie w taki sposób potraktował autor czas w tej powieści.
Uczynił z niej chronologiczne ramy, rok po roku, a nawet dzień po dniu, które wypełnił, toczącą się we Włoszech w latach 1479-1516, fabułą z pięcioma osobami w rolach głównych, rzeczywiście współistniejących w tym okresie, a które, dla mojej wygody, wymienił na osobnej stronie:

Wyróżnienie trzech pierwszych z podaniem ich dat życia, nie jest przypadkowe, ponieważ to ich naprzemienny trójgłos, jest najsilniejszym w tej opowieści nie tylko o nich samych, ale i o czasach, w których żyli, gdzie rozwój nauki i myśli epoki renesansu przeplatał się z krwawymi wydarzeniami podzielonych Włoch, jak na widać na załączonej do książki mapce,

u podłoża których stały najniższe człowiecze instynkty – nienawiść, pycha, chciwość i zazdrość.
Przedstawicielami i jednocześnie narratorami tej sprzeczności uczynił trzy bardzo znane postacie historyczne.
Władcę, polityka i artystę.
Znający się wzajemnie i na swój odmienny sposób szanujący się i podziwiający, chociaż każdy z innych powodów. Trzy diametralnie różne osobowości, które łączyło jedno – pragnienie nieśmiertelności wśród potomnych i świadomość upływającego czasu, który niczym płonąca ziemia pod stopami, zmuszała do działań, poszukiwań, pośpiechu, często na skróty po trupach wrogów. Czułam to tempo poganiane obawą niezdążenia przed śmiercią nie tylko w motywacji bohaterów, ale i w formie opowieści podzielonej, jak w dramacie, na poszczególne głosy anonsowane imieniem, pierwszoosobową narracją w czasie teraźniejszym, przeplataną dodatkowo ukrytymi myślowymi dygresjami, wyróżnionymi dla odmiany kursywą. Byłam więc w umyśle każdego bohatera, mając jednocześnie możliwość układania z tych pięciu elementów widzenia, jeden tor rozwoju wydarzeń, jedną otaczającą ich rzeczywistość ówczesnych Włoch oraz jeden, spójny obraz Cesare Borgii.

Wikipedia

Bo tak naprawdę to on był głównym i najważniejszym bohaterem tej powieści, mimo że autor właśnie na jego temat posiadał najmniej informacji. To dobrze udokumentowane życie Niccolo i Leonarda w ich listach, notatkach i dokumentach urzędowych, pozwoliło mu na stworzenie prawdopodobnego charakteru postaci, podziwianej jako idealnego władcę przez Niccolo, jako inteligentnego człowieka przez Leonarda, jako znienawidzonego wroga przez Vitellozza i jako pociągającego mężczyznę przez Doroteę.
Miałam przed sobą złożoną, nietuzinkową osobowość człowieka i jako taką podziwiałam ją i jednocześnie czułam niechęć.
Autor z papierowej postaci historycznej, jednoznacznie ocenianej przez potomnych jako krwawego, bezkompromisowego, psychopatycznego człowieka, syna papieża i kochanka własnej siostry Lukrecji Borgii, uczynił żywą, niejednoznaczną postać. Ucieleśnienie ówczesnej epoki we Włoszech, która, w zależności od patrzącej na nią osoby, mogła być czułym kochankiem, patronem sztuki i nauki, inteligentnym władcą, przyjacielem, wrogiem, mordercą, sadystą i wreszcie potworem. To dlatego głos Cesare, którego na początku słuchałam najchętniej, z czasem i dla mnie stał się torturą. Jego bardzo krótkie zdania, często dwuwyrazowe, z licznymi skrótami myślowymi, słowami-hasłami, podszyte emocjami i wypluwane jak gadzi jad, przesiąknięty trucizną nienawiści do wszystkich i do wszystkiego, osiągającej swoje apogeum w okrutnych scenach gwałtu czy sadystycznych torturach swoich ofiar, z czasem było mi coraz trudniej czytać. Coraz trudniej obcować z umysłem, w którym stale brzmiały wulgarne okrzyki – Idźcie się jebać, duchy. Idź się jebać, losie. Idź się jebać, Fortuno. Idź się jebać, trafie. I Ty, Boże, idź się jebać – jeszcze nie umarłem. Nie było dla niego świętości i autorytetu. Była tylko jedna dewiza – Aut Caesar, aut nihil. Albo być Cezarem, albo nikim.
A mimo tego, byłam nim zafascynowana!
Ale to właśnie tej kontrowersyjnej postaci ludzkość pośrednio zawdzięcza powstanie jednych z największych dzieł, dających upragnioną nieśmiertelność ich autorom – Mona Lisa Leonarda da Vinci i Książę Niccolo Machiavellego. Chociaż szukali jej zupełnie gdzie indziej i zupełnie z różnych powodów ją zdobyli.
Ta opowieść to dobry przykład krwawej sensacji pełnej prawdziwych zdrad, faktycznych morderstw, udowodnionych namiętności, od której historia aż kipi. Trzeba tylko umieć wsłuchać się w jej cichy szept i umiejętnie zapisać słowa.
Autorowi udało się to.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

piątek, 18 maja 2012
Ostre cięcie – Max Allan Collins



Ostre cięcie – Max Allan Collins
Przełożyli Olga i Wojciech Kubińscy
Wydawnictwo Oficynka , 2012 , 293 strony
Seria Criminal Minds: Zabójcze Umysły ; Tom 1
Literatura amerykańska


Na telewizyjnych ekranach pojawił się w kwietniu 7. sezon popularnego serialu Zabójcze umysły, a polskie wydawnictwo, ku radości wielu fanów, wydało pierwszą jego część w papierowej wersji.
I bardzo dobrze!
Również dla mnie, bo należę do tych, którzy seriali nie oglądają pasjami i namiętnie, a z duetu książka czy film, zawsze wychodzi zwycięsko ta pierwsza, czasami na tym tracąc. Dlatego nie widziałam ani jednego odcinka serialu, nie miałam pojęcia, jak wyglądają aktorzy odtwarzający głównych bohaterów, czym się zajmują zawodowo w filmowym życiu i pewnie nadal by tak było, gdyby nie ta książka. Moje niezorientowanie w temacie miało jednak swoje dobre strony, bo pozwoliło mi spojrzeć na działalność amerykańskiej grupy agentów FBI należących do elitarnej Jednostki Analiz Behawioralnych, współpracującej z organami ścigania w całym kraju przy sprawach kryminalnych wymagających kompetencji najlepszych profilerów, bez wcześniejszego, gotowego, narzuconego obrazu, jaki został stworzony na potrzeby filmu, a tym samym na obiektywną ocenę efektu przeniesienia serialu do książki przez króla adaptacji książkowych, jak napisano w rozdziale O autorze.
I ten majestat profesjonalizmu czułam.
Fabuła, jak na pierwszy tom serii przystało, miała charakter trojaki.
Pierwszym i najważniejszym był wątek kryminalny. W miasteczku Lawrence w stanie Kansas ginęli bezdomni, na których pozostawione krwawe ślady pchnięć nożem i dowody na miejscu zbrodni wskazywały na odgrywanie ról w reżyserowanym przez mordercę filmie, a wszystkie tropy prowadziły do miejscowego uniwersytetu i jego wydziału filmoznawstwa oraz dramatu.
Dochodzenie prowadzone przez agentów było bardzo dobrym podłożem do zaprezentowania drugiego wątku, który nazwałam zapoznawczym. Przy okazji prowadzonego śledztwa, mogłam bliżej poznać poszczególnych członków sześcioosobowego teamu. Zgranej grupy wyjątkowych ludzi, których wyprzedzała sława wcześniejszych dokonań i którzy w swoich działaniach kierowali się przede wszystkim intelektem, zdobywając w kręgach policyjnych miano nadludzi. Autor dołożył wszelkich starań w charakteryzowaniu bohaterów (łącznie ze szczegółowym ubiorem każdego z nich), bym mogła poznać czterech mężczyzn i dwie kobiety, których różniło prawie wszystko (wiek, charakter, doświadczenie zawodowe i życiowe, przeszłość, a nawet sposób relaksacji), a łączyła tylko zawodowa pasja i ponadprzeciętny poziom inteligencji. Pojawiali się tam, gdzie inni dochodzili do ściany bezsilności. Kiedy wszystko idzie dobrze, nikt nas nie potrzebuje, ale kiedy zaczynają się prawdziwe kłopoty, spuszczają nas ze smyczy – mawiał jeden z nich, Derek Morgan.
Ale nie wszyscy doceniali ich sposób śledztwa.
I to jest ten trzeci wątek, który nazwałam rozpoznawczym. W tym przypadku w dziedzinie profilowania seryjnego mordercy. Autor specjalnie wprowadził postać sceptycznego policjanta Roba Learmana, który wprawdzie poprosił agentów JAB o pomoc w schwytaniu zabójcy bezdomnych, ale wiedział swoje – to psychologiczne brednie, z wierzchu posypane newage’owym nonsensem. To dzięki tej opozycyjnej, nieprzychylnej postawie, pełnej sceptycyzmu i nieufności, agenci mieli możliwość udowadniania na każdym kroku sensu swojej pracy, ukazując jej specyfikę, spektrum metod jakimi się posługiwali i ostatecznie jej skuteczność w schwytaniu przestępcy, jednocześnie przybliżając wiedzę z zakresu psychologii, socjologii i kryminalistyki. W tej części dowiedziałam się czym jest paranoja indukowana i triada Macdonalda wskazująca na potencjalnego psychopatę. To poszerzanie wiedzy z tak fascynujących dziedzin i dopasowywanie jej do danych śledczych podsuwanych przez bohaterów w dążeniu do rozwiązania zagadki, było najmocniejszą stroną tej opowieści kryminalnej. Mam nadzieję, że kolejne części serii tego potencjału, działającego na mnie jak magnes, nie pominą.
Całość można traktować jak skuteczną próbę praktycznego, bo na konkretnej historii kryminalnej, udowodnienia czytelnikowi, że profilerów należy traktować ze śmiertelną powagą, a ich bronią jest logika, prawdopodobieństwo, zdrowy rozsądek, życiowe doświadczenie, konsekwencja i wiedza, z którymi zwykłe natręctwa rządzące mordercami nie mają żadnych szans.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.


A to bohaterowie serialu i książki. Muszę dodać, że do ich grupy nieformalnie należała też Penelope Garcia, będąca analitykiem komputerowym i pomagająca im na odległość, bo przez telefon.
środa, 16 maja 2012
Magiczne lata – Robert McCammon



Magiczne lata – Robert McCammon
Przełożyła Maria Grabska-Ryńska
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2012 , ? stron
Literatura amerykańska


Nikt – szepnęła pani Neville – tak naprawdę nie dorasta.
Nikt.
A jeśli wydawało mi się, że jestem wyjątkiem, to faktycznie - tylko mi się wydawało. Wystarczyło, że wzięłam do ręki tę magiczną opowieść, w której jednak nie ma czarodziejskich sztuczek i mocy nadprzyrodzonych, by w najciemniejszym zakątku mej duszy odnaleźć małą dziewczynkę, drepczącą wytyczonymi ścieżkami przez dorosłe życie i uwolnić z kajdan konwenansów społecznych, a w najgłębszym miejscu serca odkryć na nowo i ożywić skamieniałe emocje, których nie wolno było mi ujawniać, by nie otrzymać etykiety dziwaczki (bo śpiewam pod nosem ulubioną melodię w miejscu publicznym), kłamczuchy (bo wymyślam pajęczyny, tam gdzie nie ma pająków, a mrok tam, gdzie palą się światła) , naiwnej (bo pomagam wrogom) czy stukniętej (bo noszę kolczyk w nosie, nie mając nastu lat). Ale w tej opowieści można było mi wszystko, bo kłamczucha oznaczała dar wyobraźni i umiejętność jej ubrania w słowa, naiwna obdarzała darem współczucia i przebaczania krzywdzącym, stuknięta dawała posiadanie czarodziejskiej, wewnętrznej mocy czynienia świata wokół ciekawszym i piękniejszym w swojej różnorodności, a dziwaczka oznaczało żyjące we mnie dziecko, potrafiące otworzyć drzwi do magicznego świata dzieciństwa, w którym schowane są skarby niepozwalające iść przez życie niemym, ślepym i głuchym na wszechobecne zło.
A wszystko to udowodnił mi autor za sprawą głównego bohatera i jednocześnie narratora tej opowieści. Dwunastoletniego Cory’ego, mieszkającego w małym, amerykańskim miasteczku Zephyr, jakich wiele na całym świecie, gdzieś w Alabamie, na przełomie lat 1964/1965. Cudownych lat sześćdziesiątych, jak powiedziałby dorosły, a o których Cory mówił tak – Na świecie zachodziły wielkie zmiany, o których nie miałem pojęcia. W tamtej chwili wiedziałem tylko, że mam ochotę na jeszcze jedną szklankę soku pomarańczowego i że będę pomagał tacie na trasie, zanim odwiezie mnie do szkoły. Wątek kryminalny rozpoczęty w drodze z tatą stał się przewodnim w tej opowieści, ale jego rozwikłanie, którego podjął się chłopiec, z czasem zeszło na plan dalszy. Toczyło się przy okazji wielu, wielu innych, jakie przyniosło życie. Równie ciekawych, pasjonujących, przerażających, wzruszających, sensacyjnych z elementami horroru, thrillera, humoru, powieści psychologicznej, obyczajowej i społecznej, czasami na pograniczu jawy i snu, których Cory był uczestnikiem, świadkiem lub słuchaczem i które interpretował oraz oceniał na swój dziecięcy sposób. To dzięki temu nieograniczonemu przez dorosłe życie spojrzeniu, Zephyr stało się wyjątkowym miasteczkiem z jeszcze bardziej wyjątkowymi mieszkańcami, w którym problemy społeczne (rasizm, prohibicja, przemyt, przestępczość, przemoc w rodzinie, alkoholizm, komercjalizacja życia) oraz problemy ludzi (choroba, śmierć, utrata pracy, problemy emocjonalne i psychiczne), nabierały innego wymiaru. Świata, w którym można było wszystko wytłumaczyć sobie własną wyobraźnią, prostą logiką, skojarzeniami i wybrać jedną ze ścierających się stron – dobra lub zła. Ten radykalny podział jednak nigdy nie dotyczył bohaterów powieści. Nie było w niej tylko dobrych lub tylko złych ludzi, ale zagubionych w meandrach życia dorosłych, w których ktoś zabił delikatne dziecko, wykorzenił ochronne wspomnienia i wtłoczył w twarde reguły gry życia. I mimo, że bohaterem powieści jest chłopiec, to tak naprawdę skierowana jest przede wszystkim do dorosłych, jak podkreśla to autor we wstępie, bo opowieść rozpoczyna i kończy dorosły Cory, który nie zapomniał w sobie dziecka i który w magiczny sposób ożywił je również we mnie.
Przekornie uważam, że powieść nie ma ograniczeń wiekowych, chociaż muszę przyznać, że jej moc oddziaływania wzrasta wraz z wiekiem czytelnika uderzając tym mocniej w serce, im więcej ma lat i im bardziej obciążony jest ołowiem dorosłości. Spektrum emocji jakie mi towarzyszyły w przygodach Cory’ego od głośnego śmiechu z dialogów, charakterystyki postaci czy humoru sytuacyjnego, półuśmiechu porozumienia w dawno nieodczuwanej emocji, poprzez wzruszenie odkurzonym, nieużywanym od lat, ironicznym spojrzeniem na świat dorosłych, aż do wzruszeń szklących niebezpiecznie oczy wcale niewywołanych pięknymi scenami, a grozą życia, po których długo wybrzmiewała we mnie cisza, zanim byłam w stanie rozpocząć następne zdanie, rozwijało we mnie pełny ich wachlarz. Chłonęłam tę opowieść nie umysłem, a sercem, nie tylko widząc podsuwane mi przez nią obrazy, ale przede wszystkim czując i przeżywając je tak, jak własne.
Bo tak naprawdę one były jak moje własne.
Autor w cudowny sposób pootwierał drzwi do moich emocji z lat dzieciństwa i pozwolił mi na ponowne ich przeżycie. To one były głównymi bohaterami tej powieści, w którym miasteczko, ludzie, wydarzenia i sieć wzajemnych zależności miedzy nimi były tłem dla świata uczuć, które swoją największą, magiczną moc posiadają w latach dzieciństwa. To dlatego łzy nie polały się w trakcie opowieści, ale w ostatnim rozdziale, kiedy Cory, jako dorosły mężczyzna, odwiedza Zephyr po dwudziestu pięciu latach, by pokazać je żonie i dwunastoletniej córeczce, dla której magiczne lata były właśnie jej udziałem. To był ten moment zrozumienia, że tak naprawdę człowiek nie wie dokąd zmierza, dopóki nie uświadomi sobie, gdzie był.
To dobrze, że książka została ponownie wydana (pierwsze polskie wydanie ukazało się pod tytułem Chłopięce lata w 1996 roku), bo potrzeba nam, dorosłym, takiego klucza do odnajdywania w sobie magii, niezbędnej, wręcz koniecznej, do wychowywania własnych dzieci.
Przepiękna, cudowna opowieść w magiczny sposób opowiedziana, która mnie oczarowała i uczyniła ze mnie żebraczkę pragnącą odzyskać choćby szczyptę tej magii, bo magia ma potężne, potężne serce, a w wychowaniu właśnie o nie przede wszystkim chodzi.
Proszę, nie przegapcie jej.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2012 roku, obejmując ją swoim patronatem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


A tutaj sam autor opowiada o swoich książkach, których w swoim dorobku ma ich bardzo dużo. Doczekał się również polskiej strony poświęconej Magicznym latom.
niedziela, 13 maja 2012
Honor Patrycjusza – Anthony Riches



Honor Patrycjusza – Anthony Riches
Przełożyła Urszula Ruzik-Kulińska
Wydawnictwo Bellona , 2012 , 431 stron
Trylogia Cesarstwo ; Tom 1
Literatura angielska


Wpadłam w sam środek zdradzieckiej intrygi, która, zawiązana w 181 roku przez wysoko postawionego w hierarchii wojskowej Rzymianina z Calgusem, panem północnych plemion na terenie Brytanii, będzie miała krwawe konsekwencje nie tylko dla wielu rzymskich legionistów, żołnierzy oddziałów pomocniczych, ale i dla wielu bohaterów tej powieści.
A wszystko po to, by panujący w Rzymie młody cesarz Kommodus, znany z krwawych rządów i nieprzewidywalnego charakteru, mógł wraz ze swoimi poplecznikami zaspokoić rosnącą żądzę na ziemie i dobra należące do majętnych senatorów. Wystarczyło do tego pomówienie o zdradę lub oskarżenie o podejrzenie zamachu na cesarza, by wymordować bez wnikania w dowody całą rodzinę.
Dokładnie taki spisek zwolenników Kommodusa pozbawił całej rodziny głównego bohatera – dziewiętnastoletniego Marcusa Valeriusa Aquilę. Syna rzymskiego patrycjusza, który chcąc ratować syna przed ludźmi Kommodusa, wysłał go na kraniec Imperium Rzymskiego.
Do Brytanii.

Na Wał Hadriana, muru usianego fortami strzeżonymi przez rzymskie legiony i pomocnicze kohorty Retów, Akwitanów, Fryzyjczyków i Tungrów przed barbarzyńskimi plemionami Selgowów, Otadynów, Dumnonów, Meatów, Kaledonów, Karwetów i Brygantów. Wytatuowanymi zwierzakami, jak nazywali ich Rzymianie, gotowymi wepchnąć każdemu z nich sztylet między żebra, choć wyglądają na ucywilizowanych. Marcus, dzięki uruchomionej przez ojca sieci wpływowych przyjaciół i ludzi niesprzyjających rządom niezrównoważonego cesarza, trafił do I kohorty Tungrów w IX centurii, obejmując stanowisko centuriona i ukrywając swoją tożsamość pod nowym imieniem – Marcusa Tribulusa Corvusa. Wbrew zasadom awansów, wbrew przekonaniu dowódców, ale godzących się na to pod naciskiem legata, bez doświadczeń w bitwie z wrogiem i tylko z umiejętnościami byłego dowódcy straży pretoriańskiej. To był bardzo trudny początek nowej i jedynej drogi dla dziewiętnastolatka, który stracił rodzinę i musiał przeżyć jako ostatni z rodu, by móc odzyskać honor. Godnie wziąć na siebie brzemię przeznaczenia i zaakceptować nieuchronność własnej śmierci bądź, co gorsza, śmierci tych, których kocha.
Marcus trafił do surowego świata żołnierzy, w którym liczyło się zaufanie, honor, godność, lojalność i przyjaźń testowana, sprawdzana i zdobywana przede wszystkim na polu walki. A okazji do bezpośrednich starć z plemionami Calgusa nie brakowało. Już nie chłopiec, ale jeszcze nie mężczyzna, mający problemy z zapuszczeniem brody, powoli, twardym stylem dowodzenia z humanitarnym podejściem do każdego podwładnego, zyskiwał sobie coraz większą grupę przyjaciół, szacunek wśród przełożonych, ale i nienawiść wśród wrogów, widzących w trupie Marcusa prostą drogę do awansu i wpływów.
Autorowi udało się przenieść duszną atmosferę intryg z dworu rzymskiego w szeregi wojsk, gdzie życie zależało od koneksji, przekupstwa i protektora, które często, w odróżnieniu od trucizny w pałacach, kończył miecz w bitwie. Na polu walki nigdy nie było wiadomo czyj – wroga czy swój. Zbrodnię zemsty lub zamachu łatwo można było ukryć, a zamordowanego pochować z honorami jako poległego w boju. I taki właśnie mechanizm torowania sobie drogi ku wyższym stanowiskom, ku władzy, również pokazał autor w tej powieści. Obok tematu przewodniego i chyba najważniejszego w opowieści o losach Marcusa – męskiej przyjaźni opartej na honorze, zaufaniu, uczciwości, szacunku i gotowości oddania życia za towarzysza w bezpośredniej walce z wrogiem. A okazji ku temu było w tej powieści bardzo dużo. To przede wszystkim świat skoszarowanych mężczyzn, zawsze gotowych do przegrupowania i walki. Żołnierzy stale ćwiczących swoje ciało i szkolących zdolność bojową, dla których rodziną było wojsko, a celem zwycięstwo.
Po prostu czysty testosteron.
Dlatego większość scen w tej powieści to męska rywalizacja, pogonie, walki zwiadowcze i staczane bitwy. Opisane bardzo realistycznie, z dbałością o szczegóły dotyczące taktyki wojskowej, formacji, sposobów walki wręcz, broni, żołnierskiego ekwipunku, a nawet metod paskudzenia przedpola walki własnym moczem. Czułam zapach krwi, widziałam okrucieństwo walki bezpośredniej, smród potu oraz odór kału i rozprutych jelit, które mieszały się z krzykiem rannych i jękiem oraz rzężeniem konających ludzi i koni. Nic dziwnego, że świadomość rychłego udziału w takich scenach, znaczyła tyły żołnierzy strużkami moczu. Zwieracze pęcherzy przegrywały ze zbliżającym się widmem cierpienia i śmierci.
Może dlatego w tej powieści kobiety potraktowane są bardzo marginalnie, a jedyny wątek miłosny Marcusa z żoną prefekta, ledwie zarysowany. Brak wzmianki również o powszechnym homoseksualizmie wśród starożytnych, czyni z niej opowieść trochę wyidealizowanym peanem na cześć męskiego świata.
Ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało.
Dobrze mi było z tymi chłopakami. Polubiłam ten ich świat, w którym sprawiedliwość mierzono twardymi regułami, a honor przywracano mieczem. Lubiłam ich poczucie humoru, nawet jeśli było grubiańskie. Lubiłam to powoli budowane poczucie bezpieczeństwa wśród nich, jakim ostatecznie obdarzono Marcusa. I wreszcie polubiłam bardziej Dubnusa, przyjaciela i zastępcę Marcusa, niż tego ostatniego. Nie przyznam się, dlaczego akurat on spośród kilkudziesięciu innych. Napiszę tylko, że za takim mężczyzną poszłabym w sam środek bitwy finałowej. Przerażającej w swoim przebiegu i rozstrzygającej o życiu i śmierci wielu bohaterów powieści.
Na koniec napiszę o dwóch rzeczach, które nie dawały mi spokoju podczas czytania.
Pierwsza mnie irytowała.
Autor dołożył ogromnych starań, by wiernie odtworzyć atmosferę przeszłości opisywanego świata rzymskiego w Brytanii między innymi poprzez język. Używał słów łacińskich wyróżnionych w tekście kursywą takich, jak optio, primus pilus, vexillarius, praetorium i wiele innych oraz charakterystycznej nomenklatury tytularnej dla rzymskich wojsk typu legat, centurion, trybun czy prefekt. Efekt tego niszczyły skutecznie słowa współczesne, wplecione w dialogi, jak ziarna piasku wsypane w dobrze naoliwiony mechanizm. Za każdym razem, kiedy napotykałam takie kurioza jak wujaszek Sextus, rozpirzyć, nawalanka i słowo, które rozłożyło mnie kompletnie – zapodawanych, miałam uczucie kłucia w oczy, cierpnącej skóry i bólu wszystkich zębów naraz od bezsilnego nimi zgrzytania. Krecią robotę „zapodała” tłumaczka autorowi.
A druga rzecz mnie zastanowiła.
Dotyczy tytułu.

A dokładnie jego drugiego członu pisanego dużą literą. Nie jest to imię, nie jest to nazwisko, ani nawet nazwa własna tylko określenie członka elitarnej warstwy społeczeństwa rzymskiego (biorąc pod uwagę czas akcji powieści), pisanego tak, jak plebejusz, małą literą. Zwłaszcza, że w autorskich Podziękowaniach tak właśnie jest pisane. Różnicę rozbieżnego potraktowania tego tytułu widać wyraźnie. Nie wiem, jaki jest tego powód – niedopatrzenie czy fantazja, ale cokolwiek by to nie było, ortograficznie nie wygląda to ładnie.
No, chyba że jest to reguła wszechobecnego języka angielskiego, przeniesiona na grunt polski. Wtedy pozostaje przywołać mi myśl Jerzego Bralczyka, który dopuszczał ewolucyjne zmiany w języku, ale nie jego gwałt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


A tutaj mogłam posłuchać samego autora, opowiadającego już o trzeciej części trylogii.
piątek, 11 maja 2012
Anna we Krwi – Kendare Blake



Anna we Krwi – Kendare Blake
Przełożył Grzegorz Komerski
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2012 , 320 stron
Cykl ; Tom 1
Literatura amerykańska


Są wszędzie.
Istnieją wśród nas zafiksowani na odtwarzaniu własnej tragedii, pozbawiając nas życia, a my potrafimy wszystkie te przypadki zracjonalizować, pogłębiając nieumiejętność ich odróżniania od żywych. A martwi dosiadają się na parkowej ławce, opowiadając ostatni zapamiętany obraz, stoją w tłumie kibiców, czekając na swój moment, pojawiają się przy drodze, łapiąc kierowców w pułapkę autostopu, mieszkają piętro wyżej, likwidując każdego nieproszonego gościa, ogarnięci jedną myślą – chęcią zemsty za zło wyrządzone im za życia, za czyn, który ich go pozbawił. Najciekawsze jest w nich to, że za życia byli normalnymi ludźmi, a po śmierci zamienili się w obsesyjnych szaleńców, odtwarzających własną śmierć. Świadczą o tym świeże trupy w lasach, parkach, na drogach, w domach, zamieniając okolicę w nawiedzone miejsce, gdzie woń śmierci można wyczuć co siedem oddechów.
Duchy.
Bo o nich tu mowa, nawiedzają nasze miasta, wsie i bezdroża, a my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy wobec nich bezradni uważając, że nie można zabić kogoś, kto nie żyje. Ślepi na wyróżniające je znaki szczególne – ciepły płaszcz w letni dzień, lśniące od brylantyny włosy, mowa przypominająca filmy z początków ubiegłego wieku, mieszanka woni mchu i kości – wystawiamy się na pewną i okrutną śmierć, po której zasilimy ich szeregi.
Oprócz Casa.
Niepozornego siedemnastolatka, niczym szczególnym się niewyróżniającym, średnio zbudowanym, może bardziej chudym niż muskularnym, prowadzącym z matką wikkanką, podróżniczy tryb życia w poszukiwaniu duchów. A kiedy je znajdują, Cas zamienia się w silnego, pewnego, precyzyjnego, skoncentrowanego, szybkiego i niebezpiecznego zabójcę uwalniającego domy, drogi i cmentarze od snujących się po nich śmiertelnych widm. Robi to od czternastego roku życia, za każdym razem z pozytywnym skutkiem. Gdyby było inaczej, już by nie żył tak, jak jego ojciec, po którym odziedziczył to wyjątkowe zajęcie oraz niezwykły sztylet – athame. Broń ukształtowaną przez krew przodków, potężnych wojowników, mającą zdolność odsyłać niespokojne duchy. Prowadził go tylko jeden cel – duch, którego wyprzedzała miejscowa legenda i rutyna – przeprowadzka, łowy, zabójstwo. Coś jak namydlić, spłukać, powtórzyć. Po czym... jechać dalej.
Był w tym świetny, aż do wizyty w niewielkim miasteczku Thunder Bay i spotkania w nim Anny we Krwi, jak nazywali ją miejscowi.
Ducha zamordowanej nastolatki nawiedzającego rodzinny dom, w którym od dnia swojego morderstwa w 1958 roku zdążył zabić 27 osób, które świadomie lub przypadkowo przekroczyły jego próg. Spotkanie myśliwego z potencjalną ofiarą zmieniło nie tylko bieg dalszych wydarzeń, rutynę życia Casa, ale również charakter powieści.
Chłopak, dotychczas samotnik, indywidualista i outsider, zyskał nie tylko grupę przyjaciół, których nigdy nie posiadał, pomocników w swoim niezwykłym zajęciu, poznając moc współdziałania i zaufania innym, ale również zakochał się w dziewczynie, poznając uczucie, którego nigdy nie doświadczył. Ale to, co spodobało mi się najbardziej, to osobowość Casa, która początkową opowieść zwiastującą horror, zamieniła w historię pełną przygód z odrobiną miłości zawieszonej pomiędzy światem żywych i umarłych. Jego autoironia, sceptycyzm, cięty dowcip, inteligentne riposty, racjonalizacja własnego zajęcia, zabawne dialogi, akceptacja zjaw i okazywane miłosierdzie wobec ich nieszczęścia sprawiły, że duchy stały się równoprawnymi bohaterami tej powieści, tyle że zbudowanymi z eterycznej materii i ciemnych lub jasnych mocy. Mogli być więc przyjaciółmi lub wrogami w zależności od tego, w jaki sposób zostali pozbawieni życia. To dlatego bardzo sugestywne i plastycznie opisane sceny horroru bardziej mnie odrażały, brzydziły, a nawet zachwycały pięknem grozy niż straszyły i przerażały, a wobec zjaw czułam bardziej żal niż lęk.
Przygody Casa i Anny oraz grupy ich przyjaciół pochłonęłam w jeden wieczór, dobrze się z nimi bawiąc i oswajając ze światem pełnym zjaw, duchów, widm i nawiedzonych miejsc, ucząc się odrzucania skłonności do racjonalizacji negującej zjawiska nadprzyrodzone i akceptacji ich istnienia jako bardzo realnych. Otwarte zakończenie tej części dawało mi nadzieję na jej kontynuację. Poszperałam w Internecie w poszukiwaniu kolejnego tytułu i znalazłam go na stronie autorkiGirl of Nightmares.
Zatem czekam na polską wersję walki Casa o miłość do martwej dziewczyny i honor ojca. O wartości, za którymi warto pójść nawet na drugą stronę życia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


A tutaj obejrzałam zwiastun amerykańskiego wydania książki. Najwierniej atmosferę powieści oddaje w nim muzyka.
środa, 09 maja 2012
Smuga krwi – Johan Theorin



Smuga krwi – Johan Theorin
Przełożyła Barbara Matusiak
Wydawnictwo Czarne , 2012 , 456 stron
Seria Ze Strachem ; Cykl z Olandią , tom 3
Literatura szwedzka


Trzeba mieć bezgraniczną wyobraźnię, dar widzenia niewidzialnego i wyjątkową zdolność opisywania tego słowem, by miejsce, które na pozór wygląda jak wielka łąka, ożywić.

Wikipedia

Zapełnić ten alwaret istotami i uczynić go gęstym od wydarzeń i emocji. Stworzyć opowieść na pograniczu magii i realizmu, chociaż tak naprawdę miał być to zwykły, klasyczny kryminał rozegrany na szwedzkiej wyspie Olandia, z której autor uczynił jednak nie tylko miejsce akcji wydarzeń tak, jak w poprzednich odsłonach Zmierzch i Nocna zamieć, ale również królestwo elfów i trolli. Może dlatego wątek kilku zabójstw w rodzinie Pera Mörnera, jednego z głównych bohaterów, w tej części cyklu jest tak samo ważny, jak wątki rodzinnych tajemnic z przeszłości Vendeli i Gerlofa. Mieszkańców niewielkiej osady Stenvik, którzy sprowadzili się do niej z różnych powodów. Per otrzymał dom w spadku po dziadku, Gerlof powrócił do swojej willi z domu opieki, a Vendela wybudowała nowy dom w miejscu swojego dzieciństwa. Każdy z nich przywiózł ze sobą bagaż spraw przeszłych, niewyjaśnionych, wstydliwych i skrywanych od lat, które w tym tajemniczym miejscu miały znaleźć swoje wyjaśnienie i ostateczny finał w świetle palących się ognisk.
W dniu Walpurgii.
Wiosennego święta ciemnych mocy, w którym duchy i demony spotykały się wysoko ponad równiną, by w kolejnym roku zesłać między ludzi jeszcze więcej śmierci i zła. Tak, jakby do tej pory było ich jeszcze za mało.
W przypadku bohaterów demony te nabierały dosłownego znaczenia, ściągając na nich niekończące się nieszczęścia. Per musiał uporać się z tragedią choroby córki oraz z pornograficzną działalnością biznesową ojca i morderstwem jego współpracownika, zamieniając się w detektywa-amatora oraz przejmując nieformalnie, na własne ryzyko, rolę miejscowej policji. Vendela pragnęła zrozumieć siebie teraz, jako kobietę dorosłą i swoje postępowanie, kiedy była małą dziewczynką, a elfy pomagały spełniać jej egoistyczne życzenia. Gerlof chciał rozwikłać tajemnicę małego trolla, odwiedzającego żonę w domu pod jego nieobecność. Z czasem, powoli wyjaśniana przeszłość bohaterów, splatała ze sobą losy wszystkich, wpływając nie tylko na odkrycie tajemnic z przeszłości, ale i ukazując nowe, zaskakujące wątki, zmieniające ich myślenie i postępowanie w teraźniejszości.
Fabuła powieści absorbowała mnie do końca, do punktu kulminacyjnego, otwierającego i jednocześnie zamykającego tę powieść, rozstrzygającego o życiu lub śmierci Pera, w którym autor ujawnił ostatni sekret jego rodziny. Do końca też czarował mnie magią budowaną na miejscowych legendach i opowieściach ustnych mieszkańców o ukrytych istotach, współistniejących z ludźmi. Trollach mieszkających poniżej kamieniołomu w części nadmorskiej i elfach żyjących w głębi wyspy. Istotach cicho i niepostrzeżenie przemykających cieniem w półmroku zmierzchu, zauważanych kątem oka po nieznacznych ruchach, szeleszczących potrącanymi liśćmi i ukazujących się na pograniczu jawy i snu. Wszystkie te zjawiska, mogące być przywidzeniami , ale równie dobrze faktami, budowały w powieści nastrój niepewności, prawdopodobieństwa i uczucia, że właściwie wszystko może się wydarzyć, a myśli i słowa mają realną moc sprawczą. I nieważne, że smugę krwi w kamieniołomie powstałą w wyniku walki trolli i elfów można było wytłumaczyć zjawiskiem fizyko-chemicznym, a znikanie podarunków wotywnych z elfiego kamienia również w podobny, racjonalny sposób. Najważniejsze, że chciałam w to wierzyć. Chciałam być na Olandii, której wygląd, zapach i kolorystyka pejzażu zmieniały się w zależności od pogody, pory roku, a nawet godzin jednego dnia. W miejscu, gdzie nie świeciło słońce tak sobie i po prostu, ale wisiało, jak złota tarcza, zawieszona w wąskiej błękitnej szczelinie między chmurami a horyzontem. A jego zachód przypominał spektakl, zabarwiając rozproszone chmury nad stałym lądem na kolor ciemnoczerwony, kolor naczyń krwionośnych. A sama krew rozmazana przez wycieraczki na samochodowej szybie wyglądała, jak dwie małe tęcze w bladoróżowych i ciemnoczerwonych barwach, które lśniły w promieniach słońca niczym neony. Do tego dochodził wszechobecny zapach wapna i wodorostów, morza i wybrzeża.
Upajająca, zmysłowa mieszanka piękna, śmierci i magii wypełniająca tę opowieść po brzegi stronic.
Na takiej wyspie zwykłe sprawy nabierały innego wymiaru, w którym na życie człowieka czyha troll, a elf spełni każde życzenie w zamian za spokój własnego sumienia.
A wszystko to na tej niepozornej, wielkiej „łące”, gdzie światło słoneczne odbijając się w jeziorkach, tworzyło czerwone arterie.
Jak smugi krwi.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

poniedziałek, 07 maja 2012
Pamiętnik Dawida Rubinowicza



Pamiętnik Dawida Rubinowicza
Wydawnictwo Książka i Wiedza , 2005 , 111 stron
Literatura polska


To zdanie – Moja znajoma mieszka w RPA i powiedziała mi, że tam pamiętnik Rubinowicza jest obowiązkową lekturą szkolną. – przeczytane w artykule Świat ma Annę Frank, my Dawida Rubinowicza Janusza Kędrackiego, sprawiło, że chciałam koniecznie poznać i tę książkę, i jej autora. Nie mogło być tak, że zna ją cały świat, przetłumaczono ją na kilkanaście języków, na jej podstawie powstał spektakl teatralny, niemiecki dokumentalista Konrad Weiß nakręcił w 1980 roku film o Dawidzie, a ja o niej NIC nie wiem, mimo że w Polsce od pierwszego wydania w 1960 roku ukazuje się już kolejne wznowienie ze wstępem Jarosława Iwaszkiewicza i posłowiem Marii Jarochowskiej. To dzięki tej pisarce i dziennikarce oraz ludziom, którzy przechowali pamiętnik zawarty w pięciu szkolnych zeszytach, dowiedział się świat, a dopiero teraz, powoli, po okresie niesprzyjającej tematyce żydowskiej „atmosfery” politycznej, wraz z kolejnym wydaniem, dowiaduje się Polska.
O czym?
O faszystowskiej okupacji widzianej oczami dziecka Dawida Rubinowicza, którego na poniższym zdjęciu, jedynym, jakie się zachowało, zaznaczono białym krzyżykiem:

Żydowskiego chłopca mieszkającego wraz z rodzicami i młodszym bratem oraz siostrą w niewielkiej wsi Krajno na Kielecczyźnie, w tym domu:

Swój pamiętnik rozpoczął wpisem w dniu 21 marca 1940 roku mając dwanaście lat, którego częstotliwość wzrastała aż do wpisu ostatniego z 1 czerwca 1942 roku, zakończonego nagle urwanym zdaniem. Ostatnie wspomnienia pisane były już po przesiedleniu do pobliskiego Bodzentyna. Miał wtedy 15 lat i długą drogę do punktu zbornego Żydów w Suchedniowie, a stamtąd do komory gazowej w Treblince. Dawidek wraz z innymi z transportu suchedniowskiego zginął 22 lub 23 września 1942 r.
Pozostawił po sobie pamiętnik.
Bezcenny dokument. Świadek i powiernik wrażliwego dziecka obserwującego osaczający go świat hitlerowskiego terroru. Początkową uwagę skupianą na ciekawych wydarzeniach dziecięcego dnia codziennego jak wyprawa na jagody, nauka jazdy na rowerze, spotkanie lisa w lesie czy obserwacja wyjątkowo groźnej burzy, z czasem przeniósł na wydarzenia ze świata dorosłych, które zaczynały wdzierać się i dominować w jego życiu. Początkowo były to informacje o kolejnych, coraz mniejszych, przydziałach żywności dla Żydów, zakazach i nakazach władz okupacyjnych, rewizjach żandarmów, aresztach sąsiadów, pojawieniu się antysemickich plakatów, by ostatecznie skupić się na ilości mordowanych, zabijanych i wywożonych Żydach. W tych zapisach czułam silne emocje dziecka, które potrafiło je opisać na swój nieporadny, ale obrazowy sposób, bo tylko tak mógł je uzewnętrznić. Ten mądry chłopiec nie okazywał ich i tak już przerażonym rzeczywistością rodzicom, płacząc, gdy nikt nie widział i zapisując – Gdy sobie pomyślałem, że musimy stąd odjechać to musiałem wyjść na dwór, tak żem się rozpłakał, że stałem więcej jak ½ godziny i szlochałem. Uspokoiwszy się trochę to wszedłem do domu. Dawid bał się stale. Strach przed zagrożeniem z zewnątrz i lęk o bliskich towarzyszyły mu bez przerwy. Bał się samodzielnych wędrówek do lasu czy innych miejscowości, podczas których mógł być złapany i zabity, lękał się o losy ojca zabranego do „jakiegoś” obozu pracy, bał się rewizji w domu, martwił się o jedzenie, a kiedy znalazł w lesie broń odnotowuje – Tak żem się zirytował, że nogi podemną dygotały. I dodaje – ...tak nie przechodzi jeden dzień żeby nie było złej nowiny. (...) W takich okropnych i złych warunkach przechodzą dnie i tygodnie pełne trwogi i grozy.
Taki był świat dziecka wojny.
Żydowskiego dziecka.
Ale w Dawidzie nie było nienawiści i złości. Ta cudowna, dziecięca zdolność przystosowywania się do warunków zastanych sprawiała, że współczuł innym ludziom, martwił się ich głodem, chorobami, śmiercią, nie tracąc przy tym wiary w Boga i nadziei na szybki koniec wojny. W duchu przeżywał poniżającą propagandę antysemicką na plakatach pisząc – Gdy stróż przybijał to akurat ludzie szli od śniegu, tak się śmieli, że aż mię głowa rozbolała z tej hańby, jaką Żydzi w dzisiejszym czasie przeżywają. Żeby Bóg dał żeby ta hańba czemprędzej [się] skończyła. W swojej dziecięcej mądrości wiedział jednak, że teraz jest czas co nie wolno mówić tylko wszystko cierpieć...
I cierpiał.
Nie potrafię i nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co widział i co myślał, kiedy wraz z rodziną wędrował do „jakiegoś”, jak by określił to Dawid, obozu w Treblince.
Co czuł Dawid wchodząc do komory gazowej...
Zestawienie tej dziecięcej (dorosłych również) nieświadomości i dezorientacji w polityce nazistów, brak wiedzy i informacji na temat rzeczywistych planów eksterminacyjnych okupanta z moją wiedzą na temat historii Holokaustu, pozwoliło mi na spojrzenie na sytuację Żydów od wewnątrz. Od strony ludności żydowskiej, która bezradna wobec nieprzewidywalnych zachowań nazistów i kłamliwych obwieszczeń, trzymała się tylko wiary w Boga i nadziei na szybki koniec wojny.
Płonnej nadziei, której byłam świadoma tylko ja.
Przygnębiające uczucie. Obezwładniająca niemoc. Przygniatająca bezsilność.
To dzięki takim bezpośrednim relacjom, spisywanym na bieżąco, kolejna bezimienna twarz z transportu przeznaczonego bezpośrednio na śmierć, otrzymała nazwisko, za którym stoi konkretne życie, rodzina i dziecięce marzenia o... szkole, której Dawidowi bardzo brakowało.
Tym razem dziecka.
Pamiętnik jest ilustrowany zdjęciami jego oryginalnych stron:

Dzięki temu mogłam porównać pismo z początkowych wpisów z tymi ostatnimi i zaobserwować uwidoczniony w nich narastający lęk chłopca. Początkowe duże, starannie pisane litery zastąpiło pismo drobniejsze, o introwertycznym nachyleniu, z większą ilością literówek. Chłopiec nie tylko dorastał fizycznie, zmieniając styl pisma, ale i dojrzewał w przyśpieszonym tempie, coraz bardziej świadomy grozy sytuacji, w jakim znalazła się jego rodzina. Niektóre wpisy Dawida autorzy opatrywali komentarzem historycznym, by nadać im kontekst opisywanych wydarzeń lub uwiarygodnić informację:

Bardzo ciekawa jest również historia odnalezienia pamiętnika Dawida opisana przez Marię Jarochowską w Posłowiu. Niezwykłość i wyjątkowość tego dokumentu, który można badać od strony społecznej, historycznej, a także językowej (Dawid używa języka potocznego, prowincjonalnego z charakterystycznymi zwrotami mowy wiejskiej swojego regionu), przez niektórych porównywany do Dziennika Anny Frank, zaczyna doceniać się również i w Polsce. Świadczy o tym powstanie i działalność Towarzystwa Dawida Rubinowicza i akcje regionalne organizowane również przez władze samorządowe.
Trudno emocjonalnie było mi pisać o tym pamiętniku i mimo, że ostatecznie ten tekst jest jednolity, to pisałam go na raty, partiami. Zbierałam siły i myśli, uciszałam emocje, by ze swojej strony dorzucić od siebie kilka zdań na temat Dawida Rubinowicza i jego pamiętnika, bo tylko tyle mogę dla niego zrobić.
A pośrednio dla wielu jeszcze bezimiennych dzieci, które pochłonęła wojna.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 05 maja 2012
Złocista Dolina – Iwona J. Walczak



Złocista Dolina – Iwona J. Walczak
Wydawnictwo Replika , 2012 , 415 stron
Literatura polska


Tytuł obiecujący miejsce pełne nadziei na lepsze, okładka podkreślająca jego optymistyczną kolorystykę, tak dobrze dobraną do barwy w nazwie i to zdanie umieszczone na tylnej okładce,

mogły sprawić, że moje oczekiwania na optymistyczną opowieść miały uzasadnione podstawy.
I początkowo wszystko na to wskazywało.
Niewielka wieś Mordki położona na Pojezierzu Ełckim w dolinie, która, poza zimą, mieniła się złotym kolorem kwitnącego w czerwcu łubinu i kołysanych letnim wiatrem kłosów dojrzałych zbóż, była idealnym miejscem dla uciekających od dotychczasowego, męczącego życia, trzech przyjaciółek – Majszy, nauczycielki geografii i w wolnych chwilach malarki, Doroty, emigrantki w Niemczech opiekującej się starszymi osobami i Kasi, pracownicy banku. Idealnym pomysłem na odmianę szarego losu, na rozpoczęcie życia od nowa i na uporanie się z narosłymi problemami z przeszłości. Kobiety wspólnie postanowiły przeobrazić stary, rodzinny dom Doroty na pensjonat o pasującej do otoczenia nazwie - Złocista Dolina. Duży budynek z szerokim wejściem z rudobeżowego kamienia i drewnianymi, rzeźbionymi balkonikami na piętrze, świetnie nadawał się na miejsce szkoleniowych pobytów grup zawodowych, chcących odetchnąć od miejskiego zgiełku i pogłębiać wiedzę bliżej natury. Złocista Dolina stała się więc idealnym miejscem na rozegranie tragedii, komedii, romansu i wreszcie czegokolwiek, co ożywiłoby jej mury. Czekałam na to cierpliwie, dając narratorowi szansę na rozwinięcie opowieści, ale przez pierwsze kilkaset stron dziewczyny narzekały na swój los i sprowadzały się do Mordek, a potem, przez kolejne kilkaset, remontowały i urządzały pensjonat, w którym mieszkały i... żyły. Po prostu, najzwyczajniej w świecie żyły, a raczej próbowały żyć z całym dobrodziejstwem jego inwentarza, by pod koniec powieści go opuścić.
Opowieść przypominała mi obietnicę wycieczki dobrze przygotowanym do tego samochodem, w ciekawie zapowiadającym się towarzystwie do jeszcze ciekawszego miejsca, ale po dłuższym postoju i oczekiwaniu na start, po wysłuchaniu narzekań trzech kobiet na niesprawiedliwe życie i podłych mężczyzn, okazało się, że donikąd nie pojadę, bo w całej konstrukcji logistycznej przedsięwzięcia zabrakło... silnika. Tego motoru nadającego tempo i rytm fabule. Motywu lub wątku (tajemnicy, tragedii, romansu, intrygi – czegokolwiek!), który przeciągnąłby moją uwagę przez fabułę od początku do końca. Nie od środka, nie na końcu, ale właśnie od początku. Tymczasem to ja musiałam sama ją popychać, czasami łapiąc ją odpływającą od opowieści narratora. Byłam przytłoczona wszechobecnym smutkiem trzech sfrustrowanych kobiet, które uciekały nie tylko od życia, od siebie wzajemnie, ale i od problemów starych i nowych, stale narastających, nie zdobywając się na ich próbę rozwiązania, konfrontację, wyjaśnienie, przeanalizowanie, by przeżyć katharsis i oczyścić własną duszę, wzajemne kontakty i atmosferę , która z czasem stała się duszna, lepka i ciężka od toksycznych relacji. Złocista Dolina z czasem zaczęła tracić na blasku, przybierając kolor szary. Życie trzech kobiet było mistrzowską kopią rzeczywistości, która mnie otacza bez próby jej interpretacji, a przez to po prostu nużące i przeraźliwie smutne. Ciekawe wątki, które pojawiły się w trakcie (ale szybko znikły, a szkoda!), a zwłaszcza pod koniec (niestety) powieści, nie maskowały tego dominującego odczucia. Nie mogę nawet napisać, że przez to powieść nabrała charakteru psychologicznego, ponieważ bohaterki nie były skore do zwierzeń. Narrator zewnętrzny skupiał się przede wszystkim na zrównoważonej i pragmatycznej Kasi, pomijając ciekawszą osobowość nadpobudliwej Doroty i introwertycznej, a przez to tajemniczej Majszy. Zabrał mi w ten sposób możliwość wniknięcia w ich psychikę, nawiązania więzi z bohaterkami, polubienia ich, a to z kolei skutkowało brakiem zrozumienia ich postępowania i stale towarzyszącą irytacją. Miałam wrażenie, że zamieniam się w czwartą, sfrustrowaną bohaterkę tej opowieści, która przeżywa smutek innych dla „przyjemności” umartwiania się i jego kontemplowania.
Opuściłam Złocistą Dolinę z ulgą tak, jak uczyniły to bohaterki. Skoro one same nie polubiły tego miejsca, skoro nie stało się ono świadkiem rozstrzygających decyzji, zwrotów życiowych, bolesnych analiz, szczęśliwego zakończenia (a niechby nawet tragicznego!), oferując tylko pesymizm i zgryzoty wpisane w ten dom, to tym bardziej nie polubiłam go ja.
Kiedy przeczytałam udany debiut tej autorki Nagie myśli, zastanawiałam się, w którą stronę skieruje swoją twórczość – powieści tragicznych czy raczej lekkich, optymistycznych, rozrywkowych. Nie pomyślałam o trzecim wyborze, o pozostaniu na rozstaju dróg i rzemieślniczym kopiowaniu rzeczywistości. Robi to zresztą bardzo dobrze warsztatowo pod kątem treści, techniki i języka narracji, porządku formy, ale zabrakło mi elementu najważniejszego – siły przekazu, która wszystkie te elementy scaliłaby w zajmującą opowieść.
To jest bardzo dobry przykład powieści, o której się mówi – dobrze napisane, ale czegoś mi w niej zabrakło.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zaproszenie do Złocistej Doliny wraz z autografem otrzymałam od autorki.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
20.05.2012 Przygoda z książką!
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
A w zapowiedziach wydawniczych
Adres e-mail i moje logo
Cykle przeczytane
Czytam cykl
text
Czytam cykl
text
Czytam cykl
text
Czytam cykl
Czytam cykl
Czytam cykl
text
Czytam cykl
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (385)
Mój top czytanych w 2011
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi