Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
wtorek, 25 lipca 2017
Sankofa – Tomasz Gaj OP , Magdalena Pajkowska

Sankofa: nie zmarnuj życia – Tomasz Gaj OP , Magdalena Pajkowska
Wydawnictwo W drodze , 2017 , 288 stron

Literatura polska

   Sankofa to dla mnie nowe pojęcie i idea.

   Nie wystarczyło mi wytłumaczenie w książce, że to myśl zawarta w afrykańskim aforyzmie i oznacza, że świadomie patrzę w tył, by mądrze przeżyć i pójść ku przyszłości ze świadomością, skąd wyszedłem, kogo na mojej drodze spotkam. Poszperałam w Internecie i dowiedziałam się, że sankofa to ptak, którego w rzeczywistości nie ma. Jest mitem symbolizującym ideę afrykańskiego ludu Akan, która, cytując za Wikipedią, brzmi – Musimy powrócić i odzyskać swoją przeszłość, abyśmy mogli zrozumieć, po co i w jaki sposób staliśmy się tym, kim jesteśmy dziś. Natomiast na stronie Carter G. Woodson Center znalazłam dosłowne wyjaśnienie wyrazu, które okazało się być połączeniem trzech innych znaczeń: san – powracać, ko – iść, fa – patrzeć, szukać, brać. Graficznie przedstawiana jest jako ptak, którego stylizacji wyglądu jest ogrom, co widać na niewielkim tylko wycinku poniższego zrzutu ekranu otrzymanego po wpisaniu pojęcia w wyszukiwarkę:

To dlatego symbolicznym przewodnikiem po książce, poprzedzającym każdy rozdział, jest ptak. Nie jest to wprawdzie sankofa, tylko nasz wróbel.

Ale nie o takie niuanse chodzi.

   Chodzi o samo przesłanie.

   Autorzy - dominikanin, zakonnik, ksiądz, psycholog i psychoterapeuta oraz mężatka, matka, polonistka, dziennikarka, lektorka i tłumaczka - wykorzystali afrykańską myśl, która dyskretnie, jak delikatna nić, przewija się przez kolejne rozdziały. Towarzyszy im w dwunastu rozmowach podejmujących różnorodną tematykę. Od czysto psychologicznych zagadnień sięgających głęboko  do wewnętrznego „ja”, samooceny, uczuć i emocji, poprzez rolę rozmów, konfliktów i odpoczynku, na powołaniu skończywszy. Każdą z rozmów poprzedza wstęp opisujący zdarzenie wzięte z życia jednego z autorów, sygnalizujący tematykę spotkania. Pada w nich mnóstwo pytań, ale i wiele odpowiedzi lub wspólnych ich poszukiwań. Niosą ze sobą bardzo dużo podstawowej wiedzy psychologicznej, tyleż samo zagadnień religijnych oraz płaszczyzn, na których jedno z drugim pięknie łączą. To w tych momentach rozmówcy konfrontowali teorię z praktyką czyli z własnymi, osobistymi zdarzeniami i przeżyciami. Czynili charakteryzujące ich różnice – atutami. Te nieśpieszne rozmowy, pełne wzajemnego słuchania, wymiany myśli, wnikliwych obserwacji, poszukiwań, zestawień perspektyw, odmiennych lub identycznych wniosków mają, według autorów, inspirować czytelnika do dalszych, własnych poszukiwań.

   Do znalezienia lub odnalezienia własnej drogi.

   Ich pełne psychologicznej i teologicznej wiedzy rozmowy mają w tym pomóc. Mają być drogowskazem, jak nie zmarnować życia. Jak czerpać, zgodnie z ideą sankofy, z przeszłości, z własnego „ja”, by w pełni przeżywać teraźniejszość i z nadzieją odkrywać przyszłość.

   Ale przede wszystkim poznać, zrozumieć i pokochać siebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Sankofa [Magdalena Pajkowska, Tomasz Gaj]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 23 lipca 2017
Co zdarzyło się w Lake Falls – Artur K. Dormann

Co zdarzyło się w Lake Falls – Artur K. Dormann
Wydawnictwo Lemoniada.pl , 2017 , 400 stron

Seria Dark Lemon
Literatura amerykańska

   Lake Falls to było dobre miejsce do rozpoczęcia nowego życia.

   Tak wydawało się Vic, którą zauroczyło niewielkie miasteczko położone nad jeziorem, którego głęboki granat odbijał w swoim lustrze strome północne stoki Appalachów, zdawałoby się, wyrastające prosto z wody. Niesamowity widok ze starego, drewnianego domu górującego nad okolicą nasuwał jedną myśl – warto było zestarzeć się tutaj. Rozpocząć życie od nowa. Zapomnieć o koszmarach z przeszłości w jednej z tych niezwykłych dolin głęboko ukrytych przed zewnętrznym bałaganem świata. Urok miejsca dobrze maskował równie głęboko ukryte demony tej okolicy, dodatkowo okryte zmową milczenia miejscowych. W tym momencie byłam mocno zaintrygowana.

   Zanosiło się na dobry thriller!

   I dramat, bo nagle to nowe życie Vic zaczęło się sypać. Najpierw rozchorowała się jej córeczka, u której wykryto glejaka mózgu. Potem dowiedziała się, że wymarzona kotlina wraz z miasteczkiem ma być zalana wodą. Pośrednik w zakupie nieruchomości „zapomniał” dodać, że w okolicy zaplanowano budowę elektrowni wodnej.

   A potem pojawił się Obcy.

   Długo zastanawiałam się, czy użyć słowa wampir, wiedząc, że mogę w tym momencie zniechęcić wiele osób. Ale po pierwsze, to nie jest nowa powieść na polskim rynku wydawniczym, ale jej wznowienie tym razem przez młodziutkie  wydawnictwo Lemoniada.pl. Jej pierwsze wydanie ukazało się w 2012 roku z taką okładką.

Od tego czasu powieść została dobrze opisana przez czytelników, którzy wampirzej strony historii nie ukrywali, odmieniając to pojęcie przez wszystkie przypadki. Po drugie, powieść łamie dotychczasowe schematy dobrze utrwalone przez tego typu literaturę. Główną bohaterką nie jest nastolatka lub naiwna kobieta, ale twardo trzymająca się faktów lekarka, matka śmiertelnie chorej dziewczynki i kobieta skrzywdzona przez mężczyznę i zawiedziona małżeństwem, która powiedziała sobie stanowczo – Żadnych miłostek, romansów, przygód ani stałych związków. I jeśli nawet romans nawiązał się, to jego przebieg i finał wynikał z wyboru między zdrowiem i życiem córki a konsekwencjami zawartej umowy z mrocznymi siłami. Cena, którą musiała zapłacić za wyrwanie córki ze szponów śmierci była bardzo wysoka. Stałe pozostawanie w jej cieniu zmieniało ją i jej coraz bardziej bezwzględne i egoistyczne decyzje . Manipulowana przez dwie przeciwstawne siły, wplątana w beznadziejnie zawikłaną sytuację nie umiała znaleźć rozwiązania. Szarpała się wewnętrznie, stając się złą, samolubną kobietą pozbawioną sumienia i zasad. A decyzje musiała podejmować w każdym momencie stale zmieniających się kierunków wydarzeń w bardzo dynamicznej akcji fabuły.

   To czyniło z tej powieści nie romans, a przede wszystkim thriller.

   Jego przesłaniem było ukazanie roli wolnej woli w życiu człowieka, która nie dawała wolności. Autor wkładając w usta Vic słowa – Branie odpowiedzialności za każdą decyzję i ponoszenie jej konsekwencji jest ciężarem, któremu człowiek rzadko jest w stanie podołać. – czyni z niej przekleństwo. Najbardziej uwidocznił to w zaskakującym i przerażającym zakończeniu opowieści.

   Pozostałam z myślą, że decyzja podjęta w dobrej wierze i dla dobra drugiego człowieka, może uśmiercać innych i stać się przekleństwem decydującego. Dał mi też szansę powrotu do momentu wyboru i odpowiedzenia sobie na pytanie – czy postąpiłabym tak samo, jak Vic? Bohaterka nie miała problemu z odpowiedzią.

   Ja, tak!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Co zdarzyło się w Lake Falls [Artur K. Dorman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 21 lipca 2017
Między walizkami – Paulina Wilk

 

Między walizkami – Paulina Wilk
Wydawnictwo W drodze , 2017 , 176 stron
Literatura polska
  

   Im dalej mam jechać, tym bardziej chcę zostać w domu.

   Tym wyznaniem rozpoczyna swój wybór 39 felietonów, które ukazywały się w miesięczniku W drodze w latach 2014-2017, nie kto inny, tylko podróżniczka. Tego określenia nie znalazłam w krótkim biogramie autorki umieszczonym na tylnej okładce. Są wymienione pisarka, publicystka, współorganizatorka jako główne role pełnione w życiu, a o podróżach ani słowa.

   A podróżuje!

   Czytając wprost i między wierszami jej refleksyjnych tekstów, śmiało mogę wysnuć wniosek, że była prawie wszędzie. Nie bez powodu też pierwszą z trzech części zbiorku nazwała Walizki.

Czas przygotowań do podróży i one same. Geograficzne. Namacalne. W wielu kierunkach. Również w czasie. Do tych walizek pakuje cuda i cuda do niej zbiera. Rozpakowuje je w drugiej części pod taką właśnie nazwą Cuda.

Wyjmowałam te delikatne „pamiątki” z dalekich krajów zaskoczona ich postacią, formą i treścią. To nie były opisy miejsc, krajobrazów, dzieł sztuki poparte mnóstwem fotografii. To były relacje z podróży w głąb ludzkich myśli i serc oraz własnej pamięci. Efekt przypadkowych lub metodycznych obserwacji człowieka w jego miejscu życia. To w tym rozdziale najwyraźniej uwidocznił się drugi charakter podróży autorki – psychologiczno-filozoficzny.

   Efekt wypraw w głąb człowieka.

   Z fascynacją przyglądała się napotkanym osobom z precyzją i wnikliwością empatycznego badacza, studiując wygląd, ruchy, ich dynamikę i piękno w kontekście miejsca, by sięgnąć głębiej, pod ich powierzchnię i odkryć to, co niewidoczne, ukryte. Objawiające się tylko w chwilach intymnych, miejscach odosobnionych, w momentach uniesień religijnych. Bez względu na świątynie, w których akurat przebywała – kościołach, meczetach czy tybetańskich gompach. Z lekkością przeskakując przez  bariery różnic, doszukiwała się w nich tego, co wspólne, podobne, nawet identyczne, by dostrzec tę samą tajemnicę uniesień mających swoje źródło w wierze. Ale nie tylko. Odkrywała z zachwytem dziecka przede wszystkim zdolność do emocjonalnych gestów, które - okazane umiejętnie – czynią między ludźmi cuda.

   Cuda, które zaczynają zanikać.

   Kruchość uczuć i związków, według autorki, pokonuje technologia komunikacji, czyniąc ludzi zawieszonymi  dokładnie w połowie drogi pomiędzy samotnością i współistnieniem z innymi, a treść naszego życia coraz bardziej zawłaszcza brzydota, od której próbujemy uciec dokądkolwiek, gdzie jest piękniej, lżej, bezpieczniej, ciekawiej, pełniej, żeby się ratować albo żeby zapewnić sobie lepsze życie.

   Autorka zostaje!

   I taki jest też tytuł ostatniej części felietonów, w których tłumaczy, dlaczego warto, a dokładniej – pomimo czego, warto zostać. Dlaczego, im więcej podróżowała, tym silniej odczuwała potrzebę powrotu.

   Całość składa się na jedno przesłanie.

   Felietony rozproszone w miesięczniku gubią w pojedynce to, co widać w zwartej formie - diagnozę świata współczesnego, która nie wypada optymistycznie. Powolną utratę wartości, które posiada każdy bez względu na dzielące nas różnice. I wreszcie remedium, które należy poszukać w sobie, by pozytywnie zmieniać i tworzyć miejsce, w którym urodziliśmy się, wychowaliśmy, dorastaliśmy i żyjemy. By to świat kręcił się wokół nas tak, jak wokół staruszki z bałkańskiej wioski, która podróżowała, nie ruszając się z miejsca, bo przez jej podwórko przechodziły granice geograficzne i polityczne zmieniającego się w szalonym tempie świata. Tkwiła w środku tornada historycznego, jak skała mająca swoje stałe miejsce, punkt ciężkości i zakotwiczenie w przynależnym jej miejscu.

   Niezmienna w swoim indywidualnym przeżywaniu życia.     

   Refleksyjny charakter felietonów wymusza nieśpieszność czytania, przyswajania, analizowania, rozważań i wewnętrznej polemiki. Delektowałam się nimi. Nie tylko ze względu na zawarte w nich myśli ściśle przylegające do mojego widzenia świata, ale również ze względu na język przekazu. Delikatny, plastyczny i zmysłowy w obserwacji i pokojowo-przekorny w opisach trudnych i bolesnych problemów naszego świata. A wszystko to po to, bym wymiotła z siebie zarazę brzydoty i zrobiła miejsce na „małe cuda”. Bym ujrzała, że podróże w głąb drugiego człowieka są równie fascynujące, ważne i potrzebne, jak w przestrzeni geograficznej.

   Może również po to, bym stała się niczym staruszka z bałkańskiej wioski.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Podcast - wywiad z autorką.

Między walizkami [Paulina Wilk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 19 lipca 2017
Wstaje świt - wyb. i oprac. Aleksandra Janiszewska

Wstaje świt: dzienniki młodych z pierwszych lat powojennych – wybór i opacowanie Aleksandra Janiszewska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 320 stron
Literatura polska
 

   Kolejna, odmienna perspektywa spojrzenia na przełom wojny i pokoju.

   Wiem, jak wyglądał ten niebezpieczny, niestabilny i chaotyczny czas po II wojnie światowej z punktu widzenia świata opisany przez Nicholasa Besta w Pięciu dniach, które wstrząsnęły światem i Iana Buruma w Roku zerowym. Wiem, jak przebiegał według Polaków zrelacjonowany w publikacji Rok 1945. Między wojną a podległością. To opracowanie opowiada o nieprzewidywalnym czasie przełomu z perspektywy młodych i bardzo młodych Polek i Polaków. Jest ono pokłosiem konkursu ogłoszonego przez Ośrodek Karta pod nazwą Czas Peerelu. Jak przeczytałam w nocie od wydawcy – Wśród nich znalazły się również cenne dzienniki. Pięć z siedmiu tekstów, będących podstawą zamieszczonych w książce wyborów, zostało przysłanych właśnie na ten konkurs. Każdy z nich obejmuje czas tuż przed oficjalnym końcem wojny i zaraz po nim czyli lata 1945-1948. Najmłodszy autor miał w tym czasie 15 lat, a najstarszy 25. Pochodzili z różnych rodzin (inteligenckich i chłopskich), środowisk (miasto i wieś), o różnych tradycjach (akowskich i socjalistycznych), o odmiennych światopoglądach (wierzący i ateiści) oraz o różnorodnym bagażu doświadczeń wojennych (aktywnych w walczącym podziemiu i biernych). Ciekawym było przyglądać się ich widzeniu odbudowywania Polski, oczekiwaniom wobec ustroju i przyszłości państwa i chęci udziału w tworzeniu nowej rzeczywistości do życia.

   Przede wszystkim ich życia.

   Wiele różniło młodych w tym podejściu tak, jak różniły ich warunki  rodzinne, w których zostali wychowani. Przede wszystkim światopogląd wyniesiony z domu, który nie pokrywał się z powoli krystalizującą się sytuacją polityczną odbudowywanego kraju. Ich zmagania z ułożeniem go sobie we własnym sumieniu z tym, co chcieliby robić, z tym co mogli zrobić, było bardzo ciekawe i jednocześnie smutne dla mnie – człowieka współczesnego, świadomego nadchodzącej epoki stalinizmu. Ich pozytywne nastawienie, próby protestu lub dopasowania się do sytuacji, znalezienia stron dodatnich w nadchodzącym rozczarowaniu, szukanie racjonalnego wytłumaczenia absurdalnej polityki władz, mogłam przypisać jedynie optymizmowi przynależnemu młodości. Ich wybory, decyzje i zachowania podejmowane pod wpływem impulsu i zwyczajnej chęci zaszalenia weryfikowało z czasem samo życie.

    Ale póki co, mieli młodość!

   Co ciekawe, bardzo dobrze zdawali sobie sprawę z tego atutu. Piętnastoletnia Krystyna Kisielewska pisała entuzjastycznie – Jestem młoda i chcę się cieszyć, że świeci słońce i pada deszcz, że gołębie siadają na moim balkonie. Chcę chodzić ze swoim chłopakiem na spacer pod rękę i wierzyć, że jutro będzie jeszcze piękniejsze. Chcę być zwykłą dziewczyną jak wszystkie dziewczyny w Polsce, jak wszystkie dziewczyny na świecie... Dwudziestojednoletnia Maria Świercz w sierpniu 1946 roku zanotowała – Czuję, że wstępuje we mnie nowa energia i moc, że z całą siłą młodości i potęgą uczucia, z wiarą w słoneczną przyszłość, z siłą i pogodą na twarzy będę kroczyła przez życie i znosiła jego trudy i bóle. A dwudziestopięcioletnia Felicja Szuster-Blicharska odnotowała – Piszę z entuzjazmem człowieka pragnącego pracy twórczej , obdarzonego ambicją, niewyładowaną energią. Będę mogła bez zahamowań wewnętrznych oddać się jakiejkolwiek aktywności, parta do tego naturalnym dążeniem młodości i życia. Podkreślanie młodości było charakterystyczne dla tych osób. Świadomość zakończenia koszmaru niemocy i odzyskanie wolności dających możliwość nauki była bardzo silna. We wszystkich dziennikach stałym elementem był ogromny głód wiedzy i nieodparta chęć nauki, by móc budować, stwarzać, dawać z siebie innym.

   Być pożytecznym.

   I byli. Wiem to z krótkich biogramów umieszczonych na początku i końcu każdego zapisu.

Ten pierwszy informował o przeszłości autora do czasu zapisków, a drugi pozwalał zajrzeć w przyszłość weryfikującą plany. Czasami uzupełnione o fotografię autora z tamtego okresu.

   Nie mogłam oprzeć się porównaniu z moim nastoletnim czasem.

   Byli bardziej dojrzali w poglądach. Bardziej świadomi swojego wyjątkowego położenia i czasu, który stał się ich udziałem, ale i zmarnowanych lat. Wyraźniej wiedzieli, co chcą robić w życiu i po co. Na pewno sprawiły to lata wojny, po których Felicja Szuster-Blicharska obiecywała sobie – Zapomnę o kłamstwie, o masce nieszczerej uprzejmości i nakładanej sobie przez tyle lat, o stałej, zaciętej walce o zachowanie swego wnętrza, swojej indywidualności narodowej, swego spokoju sumienia. Będę mogła oceniać fakty i ludzi bez stałego lęku, iż kryje się pod tym wszystkim  jedno zgniłe oblicze nazi propagandy. Ku mojemu zaskoczeniu okrucieństwa przeszłości nie stępiły w nich empatii, która uwidoczniała się w sytuacjach rozliczeń, zemsty i sadystycznych zachowań innych ludzi wobec Niemców i kolaborantów.

   Wiem, że nie mogę generalizować, opierając się na tych siedmiu świadectwach, bo nie każdy z młodego pokolenia powojennego spełnił swoje marzenia, ukończył szkołę, pełnił ważne funkcje na odpowiedzialnych stanowiskach tak, jak autorzy dzienników. Wspomnę chociażby o zupełnie odmiennych, smutnych losach Ludwiki Zachariasiewicz opisanych w Randce z wrogiem. Jednak te systematyczne zapiski na pewno oddały nastrój tamtych niespokojnych czasów i to, co jest niezmienne bez względu na czas i położenie geograficzne – miłość.

   Jest ona również w tych dziennikach!

   Pierwsze zauroczenia, zaloty, flirty, narzeczeństwa, wahania miedzy sercem a rozumem, rozczarowania, potrzeby emocjonalne i seksualne oraz miłość prowadząca do małżeństwa - są niezmienne. To miłość w chaosie zmienności i niepewności każe Felicji  po udanym wieczorze odnotować – Plwam na cały chaos obecnego świata, na jego więzy i ciasne ramy, na jego bezkrwiste słowa, współspłodzone czyny, jego kłamstwa i komplikacje. To miłość i młodość ich niosła do „wielkich czynów”, pomagając w trudnych wyborach.

   Otrzeźwienie miało przyjść z czasem i z wiekiem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wstaje świt [Opracowanie zbiorowe]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 15 lipca 2017
Tajemnice wichrowych wzgórz - Eryk Ostrowski

Tajemnice wichrowych wzgórz: prawdziwa historia Branwella i Charlotte Brontë – Eryk Ostrowski ; przekłady Dorota Tukaj
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 800 stron
Literatura polska



Link

   Takim obrazem umieszczonym we wstępie zaciekawił mnie autor. Jakby w środku był niedokończony albo... wymazany. I dokładnie tak jest. To obraz niezwykły, ponieważ namacalnie dowodzący wyroku skazującego na całkowite zapomnienie osoby Patricka Branwella Brontë wydanego przez jego siostry. Po rekonstrukcji przywracającej mu pierwotny wygląd w miejscu smugi nieokreślonego cienia stoi jego postać. Tę swoistą karę skazywania na zapomnienie, często stosowaną w starożytności pod nazwą duminatio memoriae, historia literatury, według autora, zna tylko jeden przypadek osoby, wobec której zastosowano duminatio memoriae. To Patrick Branwell Brontë, brat trzech słynnych sióstr pisarek. Decyzję podjęła najstarsza, Charlotte, świat ją zaaprobował, a nielicznych, którzy przedstawili dowody w obronie jego dobrego imienia i geniuszu, konsekwentnie zbywano milczeniem.

   Autor postanowił to zmienić!

   Wprawdzie we wstępie dokładnie określił cel swojej publikacji – ukazanie logiki ich wzajemnych wpływów, zjawiska zaistnienia wspólnego geniuszu połączonych intelektów – to dla mnie ta opowieść (tak, opowieść, a nie opracowanie!) była kompilacją biografii i analizy literackiej oraz twórczości pozaliterackiej toczona przez nietypowego badacza – krytyka literackiego i poety, który przyjął rolę nieustępliwego, dociekliwego detektywa z wrażliwością artysty zauroczonego historią niezwykłego rodzeństwa.

   Powstał miód na moje czytelnicze serce!

   Autor odkrył przede mną wiele tajemnic plebanii położonej wśród wichrowych wzgórz. Sekrety ujawniał powoli, stopniując napięcie do ostatniej kropki tekstu. Zdradzę tylko dwa. Pierwszym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że Charlotte i Emily miały brata równego, a może nawet przewyższającego ich talenty. Drugim była teza autora, że to ich brat napisał znane prawie wszystkim Wichrowe wzgórza.  Początkowo odnosiłam się do tej „rewelacji” sceptycznie, ale w miarę czytania, które pochłonęło mnie totalnie, zaczęłam zmieniać zdanie, by po zamknięciu książki być o tym przekonaną. Pod biografią ukryty jest rzeczowy, logiczny jej dowód potwierdzający przyjętą tezę. Autor pomny zasady trzymania się faktów i dostępnych dokumentów, powołał się na biografie gloryfikujące Charlotte oraz te nieliczne, oddające sprawiedliwość jej bratu. Wykorzystał fragmenty utworów literackich, w tym nigdy nietłumaczonych na język polski, na świecie znanych jedynie wąskiej grupie badaczy, licznie i obszernie cytowanych (niektóre nawet w całości), by ukazać styl narracji rodzeństwa. Ich podobieństwo, ale przede wszystkim różnice. Przywoływał wypowiedzi, wspomnienia, listy osób znających rodzeństwo, a także samych Brontë, by podkreślić przeinaczenia i ustalić nowe fakty. Poszerzał wiedzę literacką o informacje psychologiczne, medyczne i społeczne. Poświęcił obszerną część publikacji na analizę obrazów namalowanych przez Branwella, z których część umieścił na końcu książki, a niektóre mogłam obejrzeć w jednej z galerii, do których linki podsunął mi w obszernej bibliografii.

A wszystko po to, by wypunktować sprzeczności, wskazać rozbieżności i błędy we wnioskowaniu, zarzucić zafałszowanie informacji i nadinterpretację faktów, wręcz intencjonalne dążenie do utrwalenia negatywnego wizerunku Branwella przez większość biografów i badaczy. Autor nie potępia tego zjawiska,  przyjmując je raczej jako wyzwanie i problem do rozwiązania, by ustalić genezę Wichrowych wzgórz i ich autorstwa. Znaleźć przyczynę ostracyzmu najpierw rodzinnego, a potem społecznego i literackiego, którego inicjatorka, Charlotte, była mu przecież najbliższą duszą i umysłem z trójki żyjącego rodzeństwa.

   Po prostu poznać prawdę!

   Przy okazji stworzył obraz człowieka niezwykłego. Bohatera romantycznego, który, przy bliższym poznaniu, nie miał w sobie nic z romantyzmu. Młodego mężczyzny o wielu talentach, których nie rozwinął z kilku powodów, w tym przedwczesnej śmierci. Geniuszu, który nie powinien pozostać w ukryciu, ponieważ zasłużył sobie na miejsce w literaturze pod własnym imieniem. Z tego powodu to bardzo ważna, bo odkrywcza i odważna w poglądach pozycja. Wręcz rewolucyjna w odniesieniu do zmowy milczenia brontëanistów stojących po stronie oficjalnej wiedzy.

   Stworzył również nietypową biografię.

   Autor nie podążał śladami jego losów, ale tropami jego twórczości, dla której życie było tłem, uzupełnieniem, bazą, genezą albo odniesieniem. Powiązana z dorobkiem artystycznym jego sióstr budowała obraz rodziny na plebanii, zmagającej się z „ciasnotą” miejsca dla ich ponadprzeciętnych umysłów. Niezwykłego uporu w dążeniu do zaistnienia w literaturze. Nieustannych prób przebicia się przez mur zasad tworzenia literatury ówcześnie pożądanej przez krytyków, którzy nie widzieli w niej miejsca na dzikość obyczajów, gwarę prostych ludzi i kolokwializm językowy. Którzy odmawiali prawa bytu emanującym w powieści nieujarzmionym emocjom, wypełniającym po brzegi również tę publikację. Totalnie mnie pochłonęły, podnosząc temperaturę  opowieści biograficznej do stanu podgorączkowego powieści sensacyjnej z wątkami tragicznego mezaliansu i dramatu egzystencjalnego. Tkwiłam po uszy w atmosferze rozległych, wietrznych wrzosowisk, plebanii i kościółków z cmentarnymi nagrobkami!

   Nierozerwalność ukazanego życia Branwella i powieści Wichrowych wzgórz uderzała!

   To również zasługa autora i jego wrażliwości poetyckiej. Wypełniał moją wyobraźnię, podsuwając mi swoje wyobrażenia doniosłych, ważnych lub niezwykłych chwil w życiu poety, prozaika i malarza. Poparte licznymi szkicami sytuacji, fotografiami bohaterów, zdjęciami miejsc wydarzeń, tworzyły niezwykłą bliskość chwil intymnych w spotkaniach z umysłem autora.

Narracja, którą się posługiwał, chwilami przypominała język bohaterów, zarówno w szyku zdań, jak i w doborze pojęć lub wyrażeń współcześnie już nieużywanych. Nadawało to przekazowi charakterystyczną melodyjność, w którą wsłuchiwałam się z ogromną przyjemnością. Miałam nieodpartą ochotę jeszcze raz zajrzeć do Wichrowych wzgórz! Wiem, że odbiorę ją już zupełnie inaczej – pełniej. Ze świadomością męskiego pióra, wątków autobiograficznych, doświadczonych przeżyć oraz kontekstów zawartej w niej symboliki. Autor otworzył mi dodatkowe, ale najważniejsze drzwi do pełnego, prawdziwego odbioru powieści. Ujrzeć jej dotychczasową płytkość i ograniczoność w kontekście tego opracowania to kolejne zaskoczenie.

   Jestem zauroczona tą, nie napiszę biografią, ale opowieścią o tajemnicach mieszkańców angielskich wrzosowisk w początkach XIX wieku.

   Książkę wpisuję na mój top książek czytanych w 2017 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Tajemnice wichrowych wzgórz [Eryk Ostrowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

W grudniu 2016 roku powstał film o rodzeństwie Brontë. Ciekawa jestem, jak przedstawiono w nim Branwella?

środa, 12 lipca 2017
Singapur Noir – red. Cheryl Lu-Lien Tan

Singapur Noir – pod redakcją Cheryl Lu-Lien Tan
Przełożył Marcin Wróbel
Wydawnictwo Claroscuro , 2017 , 262 stron
Seria Noir
Literatura singapurska

   Moja wędrówka noir po mrocznych zaułkach miast świata trwa!

   Tym razem czternastu pisarzy zaprosiło mnie do Singapuru. Ich nazwiska mogłam poznać już na okładkowym skrzydełku, a krótkie biogramy na końcu książki.

Wiedziona ciekawością chętnie weszłam w miasto-państwo położone w pobliżu Półwyspu Malajskiego. Niewiele wiedziałam o tej części świata. Nazwę kojarzyłam tylko z piosenką Singapur zespołu 2 plus 1. Dlatego ucieszyłam się ze wstępu redaktorki antologii opowiadań, która przybliżyła mi krótką historię miasta oraz jego specyfikę – położenie, demografię i zasady życia w nim. Ponieważ nie posiadałam żadnych innych skojarzeń poza piosenką, pozostały mi po tym wstępie same zaskoczenia.


By Photo: Marcin Konsek / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0, Link

Pierwsze to trochę bajkowy, a trochę futurystyczny wygląd i czystość miasta z zakazem żucia gumy, co redaktorka podsumowała – mam czasem poczucie, że można tu jeść z chodnika. Drugie to miano „azjatyckiego tygrysa”, w którym spośród wszystkich gospodarstw domowych co szóste (...) dysponowało majątkiem w wysokości przynajmniej miliona dolarów. Po trzecie raj podatkowy dla bogaczy.

   Raj dla wszystkich!

   Tę wizję może nie burzy, ale uzupełnia o to, czego nie widać w pełnym słońcu, jej ciemna strona. Ma je każde miasto. Dualizm charakteru w przypadku tej metropolii zapowiada już jej sama nazwa. Singapur to z sanskrytu Lwie Miasto, ale już w języku angielskim zawiera w sobie grzech – sin. Jakie grzechy można popełnić w mieście tak idealnym do szczęśliwego życia, gdzie woda nadawała się do picia, a przestępczość właściwie nie istniała. (...) Każde drzewo było równo przycięte, chodniki wręcz lśniły czystością, a ruch uliczny odbywał się bez żadnych zakłóceń?

  Oj, można!

   O tym uprzedza redaktorka tomiku, pisząc – Pod tą lśniącą powierzchnią kryje się jednak mroczne rojowisko. Dżungla z przyczajonym niebezpieczeństwem  napotkania tygrysa, w której śmierć nie jest widoczna, ale zawsze obecna. Ta wymierzana przez wymiar sprawiedliwości i ta popełniana w ciemnych zaułkach, niepozornych mieszkaniach, przez pozornie spokojnych mieszkańców. We wszystkich jej, bez wyjątku, dzielnicach, jak pokazała tradycyjnie dołączona mapka prowadząca mnie tropem opisanych zbrodni.

   Mam wrażenie, że na śmiertelnym szlaku wiodły prym przede wszystkim kobiety. To ich destrukcyjnej mocy, seksapilowi, płatnej lub złudnej miłości, a nawet mrocznemu wpływowi, poświęcono pierwszą część opowieści o jakże wiele mówiącym tytule – Syreny. Uważaj na długowłose kobiety, czyhające wśród cieni – ostrzegała matka swojego syna w opowiadaniu Figowiec. Rozwiązłość to jeden z najpowszechniejszych z singapurskich grzechów popełnianych przez wszystkich mieszkańców, bez względu na pochodzenie, stan cywilny czy status materialny,  przekonuje autor opowiadania Detektyw z miasta bez zbrodni. Jej motyw przewija się właściwie przez prawie wszystkie opowiedziane historie, ukazując miejsca miłości sprzedajnej i cudzołożnej zarówno w domach publicznych, jak i w zaciszu prywatnych posesji. Ale to przede wszystkim ludzkie losy wypełniają treść opowiadań stworzonych zarówno przez najlepszych, współczesnych, singapurskich pisarzy, jak i tych, którzy są w jakiś sposób z Singapurem związani. W efekcie powstał obraz miasta mrocznego, ukrytego pod fasadą lśniącego szkła, wielokulturowego, rozbrzmiewającego kilkoma językami, a przez to widzianego zarówno oczami jego mieszkańców, jak i cudzoziemców. Ten uzupełniający się i przenikający się widok emanuje jednak przede wszystkim ludzkimi namiętnościami, obsesjami, emocjami ludzi ze wszystkich warstw społecznych – bogatych elit, bezdomnych, służących czy ludzi wykształconych. Dorosłych i dzieci, zdrowych i opanowanych przez demony. Tych pochodzących z wierzeń i tych tkwiących w psychice ludzkiej.

   Mogłabym powiedzieć – nic nowego!

   Tak było w każdym mieście, które odwiedziłam literacko w serii Noir. Poszukałam więc wyróżników tego miejsca i znalazłam jeden, ale za to przerażający swoją perfidną zwodniczością. Nic w tym mieście nie jest tym, czym się wydaje w pierwszym, miłym, przyjaznym kontakcie. Każde z tych opowiadań buduje urokliwą, fascynującą fasadę opartą na powszechnych, pozytywnych skojarzeniach i przekonaniach, by w bolesny, gwałtowny, a nawet śmiertelny sposób,  nagle zakończyć opowieść, nie pozostawiając możliwości ucieczki. Przypomina to egzotyczne, wesołe miasteczko oferujące wiele atrakcji i dobrą zabawę. Zwiedzającym wydaje się, że znają zasady jego funkcjonowania, by w tracie finału „gry” dowiedzieć się, że Singapur to Disneyland, w którym można dostać karę śmierci.

   W tym kryje się jego koszmar.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


Tak sobie kiedyś śpiewałam, nie wiedząc właściwie o czym!

niedziela, 09 lipca 2017
Małe życie – Hanya Yanagihara

 

Małe życie – Hanya Yanagihara
Przełożyła Jolanta Kozak
Wydawnictwo W.A.B , 2016 , 816 stron
Literatura amerykańska


   Ranliwa jest ta opowieść!

   To nowe dla mnie słowo, które napotkałam w tej powieści, ale jakże adekwatne! Ujmuje cały bagaż emocji, jaki ze sobą niesie opowieść, zalewając mnie nimi do granic tolerancji i wytrzymałości psychicznej. Mogłabym użyć bliskoznacznego „tkliwa”, a ból napłynąłby natychmiast, ale „ranliwa” wskazuje dodatkowo na jego źródło - rany. Którejkolwiek kartki nie dotknęłabym, czułam go,bo każda była ziejącą raną posypaną solą, wciąż od nowa otwierająca się lub autodestrukcyjnie otwieraną. Bo historia Jude’a, który jest głównym bohaterem, sadystycznie tnie, szarpie, rozrywa i rozdrapuje głęboko. Do żył, do mięsa i kości. Sięga ostrymi szponami do najgłębszych warstw emocji, wyciągając je na zewnątrz. Ekshibicjonistyczne rozwlekając je, babrząc się w nich i niemiłosiernie przedłużając cierpienie, żebym dobrze poznała jego życie i zrozumiała jego postępowanie. Żebym adekwatnie, do dna, do korzeni nerwów, poczuła (a i tak nie do końca!) to, co Jude. Tak skutecznie, że przestawałam czytać, nie mogąc brnąć dalej.

   Dwa razy dotknął mnie kryzys czytelniczy!

   Dwa razy zastanawiałam się, czy czytać dalej? Czy to jest opowieść dla mnie? Czy dam radę przejść przez życie Jude’a obnażone i rozwleczone, niczym psychiczne bebechy, przez 800 stron?

   Przez małe życie, owszem, ale w kosmosie cierpienia.

   I chociaż kosztowało mnie to sporo obrzydzenia, lęku, bólu, złości i najbardziej nielubianej przeze mnie bezsilności, to warto było ponieść ten koszt, bo przeczytałam opowieść, która zdetronizowała wszystkie znane mi powieści (Szczygieł, Tajemna historia, Mały przyjaciel) Donny Tartt. Właśnie tymi wyśrubowanymi emocjami przelanymi na mnie, bo pod względem warsztatu pisarskiego są sobie równe, a nawet podobne w drobiazgowości, w upodobaniu do szczegółów, w przywiązaniu do detali w tworzonych opisach.

   A początkowo nie zanosiło się na taki zachwyt z mojej strony!

   Autorka nie uległa trendowi na przykucie mojej uwagi poprzez stosowanie zasady „trzęsienia ziemi” Alfreda Hitchcocka. Wybrała tradycyjny sposób przekazu zimnego wprowadzania w świat czterech przyjaciół – JB, Malcolma, Willema i Jude’a. Sielankowy, przeciętny, prozaiczny moment w życiu – przeprowadzkę dwudziestokilkuletnich chłopców do wspólnie wynajmowanego mieszkania w Nowym Jorku. Powszechny epizod wchodzenia młodych ludzi w dorosłe życie tuż po ukończeniu studiów, który wykorzystała na retrospekcję ich przeszłości, by naszkicować psychofizyczny portret każdego z nich, z których najbardziej skryty, pełen sekretów, niedopowiedzeń i tajemnic okazał się Jude. Chłopak znikąd, którego bolesne losy będzie mi dane poznawać przez następne kilka dekad. Ich delikatne sygnalizowanie wystarczało mi, by mieć nadzieję na więcej, mimo, co tu dużo mówić, dosyć nudnego, aż dwustronicowego, początku. Pozornie zapowiadającego zaledwie letnią obyczajówkę. Tak może go odebrać czytelnik przyzwyczajony do opowieści, które mniej więcej w tym momencie przeważnie się kończą, a tutaj okazał się zaledwie preludium. Ale to właśnie temu mylącemu początkowi, który zniechęcił moją koleżankę, książka trafiła do mnie.

   A ja się nią delektowałam, cierpiąc!

   Z jednej strony, pod względem warsztatu pisarskiego, to majstersztyk. Opowieść dopracowana w każdym jej elemencie. Narracji zewnętrznej pozwalającej krążyć mi w czasie, zarówno w przyszłości, ale najczęściej w przeszłości, by budować zrozumiałą teraźniejszość. Sylwetek bohaterów nawzajem  budujących i uzupełniających swoją historię i profil poprzez opowieść o sobie i o innych. Bogactwa wątków subtelnie poprowadzonych i splecionych ze sobą w zakończeniu. Tematyki do przemyśleń poruszającej zagadnienia uniwersalne, jak miłość (w tym homoseksualna), przyjaźń czy zło, poparte zwyczajnym życiem bohaterów. Środków stylistycznych, wśród których metafory były najskuteczniejszymi w obrazowaniu zarówno opisów rzeczywistych, jak i stanów psychicznych oraz pojęć materialnych i abstrakcyjnych.  By z drugiej strony boleśnie poznać granice własnej wytrzymałości emocjonalnej oraz granice tolerancji pojmowania okrucieństwa, by ostatecznie poczuć ból istnienia w morzu nienawiści i miłości! Który wprawdzie nie jest moim udziałem, ale może być udziałem osób z mojego otoczenia. Każdego życia, które nie wiem, jak bardzo, wydawałoby mi się małe. Nawet tego zwierzęcego.

   I chociażby z tego powodu, nie pozwolę, by moja koleżanka nie doczytała tej powieści.

   Książkę wpisuję na mój top książek czytanych w 2017 roku. 

Małe życie [Hanya Yanagihara]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Zwiastun książki.

środa, 05 lipca 2017
Projekt zdrowie – Anders Hansen , Carl Johan Sundberg

Projekt zdrowie: szwedzki poradnik inteligenta – Anders Hansen , Carl Johan Sundberg
Przełożył Tomasz Oczkowski
Wydawnictwo Smak Słowa , 2017 , 248 stron
Literatura szwedzka

   Kolejna ważna, książkowa cegiełka w budowaniu mojego holistycznego podejścia do zdrowia!

   Czytając poradniki dotyczące szeroko pojętego zdrowia, doszłam do wniosku, że nie ma jednego, uniwersalnego poradnika na temat – jak żyć długo, zdrowo i szczęśliwie. Niewiele jest takich, które prawie sięgają tego ideału. Zaliczam do nich Ikigai Héctora Garcii i Francesca Mirallesa, którzy spojrzeli na ten problem całościowo, zawierając w nim wszystkie niezbędne elementy. Jednak niewyczerpująco omówili je. Między innymi czynnik zdrowia został tylko zasygnalizowany.

   Stąd moje sięgnięcie po tę pozycję.

   Jej tematyka zawęża się tylko do ruchu i kondycji fizycznej, ale za to rzetelnie, dokładnie, wyczerpująco, a przede wszystkim nowatorsko. Czyż nie brzmi rewolucyjnie taka myśl – lepiej być dobrze wyćwiczonym, lecz z nadwagą, niż nieaktywnym, choć szczupłym?! Nic dziwnego! Jej autorami są dwaj lekarze szwedzcy – profesor fizjologii i psychiatra. Przewrotnie, przedstawiając całą wiedzę, jaką zebrali, poznali i poparli najnowszymi badaniami nauk medycznych, zaczęli od truizmu:

Większość z nas wie, że ruch to zdrowie. Może nawet wszyscy. Ale nie do końca wiemy, dlaczego i jak bardzo? Wielu zdziwi się, że wpływ ruchu sięga nawet do tak dalekich obszarów, jak geny! Okazuje się, że niechęć do ruchu przekazujemy następnym pokoleniom w postaci  „genów leni kanapowych”! Autorzy w tym poradniku wskazują na niewiarygodne efekty, jakie przynosi aktywność fizyczna – znacznie bardziej kompleksowe niż utrzymywanie wagi i poprawa kondycji. To, czy zażywasz ruchu, wpływa na cały organizm, na twój mózg i twoje geny. Przewrotnie, przypuszczając, że sporo czytających to „lenie kanapowe”, proponują pigułkę na lenistwo, które traktują na równi z epidemią nadwagi i zarazą palenia nikotyny.

   Któż w tym momencie nie zrobiłby się czujny?!

   Skoro przekonują – jest taka pigułka, by zaraz dodać – nazywa się aktywność fizyczna! Jeśli z ich strony zabrzmiało to sarkastycznie, a ja poczułam zawód, że jednak ruszać się trzeba, to zaraz łagodzą to rozczarowanie kolejnym, rewelacyjnym dla mnie zdaniem – Mówiąc dokładnie, jest to tak proste, jak trzydzieści minut szybkiego spaceru dziennie. I uwaga na pocieszenie – Nie trzeba wcale uczestniczyć w maratonie lub Biegu Wazów. Nie trzeba nawet spacerować. Ważne jest, byś każdego dnia przez pół godziny wykonywał czynność, która pod względem aktywności będzie podobna do spaceru. To wspaniała wiadomość dla osób, które są przekonane, że ruch to trening, ćwiczenia i bieganie wymagające potu, krwi i łez czyli zadyszki, bólu mięśni i spocenia się.

   Brzmi rewelacyjnie!

   Bo ta pozycja jest rewolucyjna właśnie w takich odkryciach. Obala mity, powołując się na rezultaty najlepszych i najnowszych badań w dziedzinie medycyny poświęconych oddziaływaniu aktywności fizycznej i treningu na ciało człowieka. Żeby nie być gołosłownym, wszystkie źródła wiedzy, na które powołują się, umieścili w obszernej bibliografii. Dzięki temu mogą wskazywać na dotychczasowe błędne myślenie dotyczące ćwiczeń fizycznych. I tu niespodzianka dla tych, którzy lubią jednak trenować i kochają ruch!

   Ten poradnik jest również dla trenujących!

   Zawiera obszerne rozdziały na temat treningów przygotowujących do sportu wyczynowego czy maratonów. Proponują własny trening interwałowy, wywodzący się z tradycji trenerskich sportów wyczynowych. Ważnym elementem tej części treści jest uwaga dotycząca uzależnienia od ruchu! Po raz pierwszy spotkałam się z ostrzeżeniem przed takim skrajnym podejściem do sportu przez amatorów.

   Ale ta wiedza została umieszczona na końcu książki.

   W 2/3 objętości treści autorzy skupiają swoją uwagę na tych czytelnikach, którym ruszać się nie chce. Czyli na mnie! Nie lubię czynnego sportu, nie lubię się ruszać, posiadam „gen lenia kanapowego” i mam z tego powodu wyrzuty sumienia, że inni biegają, ćwiczą na siłowni lub „tańczą” zumbę. Nieśmiało tłumaczę się zawsze, że dużo chodzę, w duchu myśląc, że to argument wyjęty z kosza.

   Otóż okazało się, że nie!

   Moje wielokilometrowe codzienne chodzenie, bo nie jestem zmechanizowana, uzyskało w tym poradniku taką samą rangę ważności, jak treningi innych. Ważna jest suma ruchu, w którym liczy się każdy krok wykonany w danym dniu. I niekoniecznie trzeba się przy tym spocić! Żeby mnie jeszcze bardziej zmotywować do jakiegokolwiek ruszania się, najpierw mnie „postraszyli”, co mi grozi, jeśli nie będę się ruszać (można się przestraszyć!), a potem doszli do wniosku, że wskazywanie, jaki odsetek osób umrze przedwcześnie i jaki będzie poziom zgonów, nie motywuje bezpośrednio do zmiany stylu życia. Zaproponowali więc motywację dodatnią, ukazując cuda kuracji ruchowej.

   Zrobili to porywająco!

   Oczywiście do działania, do ruchu, do ruszania się! Ważne myśli wyodrębnili pogrubionym drukiem lub umieszczając je na szarym tle:

Pokazali również pośrednie efekty ruchu – zdrowie psychiczne i kondycja umysłowa. Okazuje się, że ćwiczenia umysłowe to za mało dla kondycji mózgu, bo:

Stąd podtytuł poradnika – poradnik inteligenta. Autorzy zwrócili uwagę niby na znaną prawdę, ale w jak motywujący sposób! Po lekturze tego poradnika mam ochotę się ruszać, nie dlatego, że muszę gdzieś coś sobie „załatwić” lub komuś oddać przysługę, ale dlatego, że miałam świadomość, co przy okazji zyskuje mój organizm. I właśnie o taki efekt motywacyjny u odbiorcy zabiegali autorzy – Jesteśmy przekonani, że im lepiej poznasz zalety aktywności fizycznej, tym chętniej będziesz się ruszać.

   I coś w tym jest!

   Skoro chętniej i więcej się ruszam, a na pytanie – „Chce ci się znowu pójść, zawrócić, odnieść, wstawać, przenieść, skoczyć po coś?” – zaczęłam odpowiadać – „Ruch to zdrowie!” ze świadomością tego, co kryje się za tym sloganem i jednocześnie żalem, że mój rozmówca tej świadomości nie posiada, chociaż niby wie.

   Polecam wszystkim „genetycznym leniom kanapowym”!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Projekt zdrowie [Anders Hansen, Carl Johan Sundberg]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 02 lipca 2017
Narratologia – Paweł Tkaczyk

Narratologia – Paweł Tkaczyk
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 160 stron
Literatura polska

   Znaczy się – Polacy piszą!

   Nie dlatego, że na rynku wydawniczym pokazują się tego typu publikacje, ale dlatego, że na trudnym sprzedażowo polskim rynku książki, ta pozycja rozeszła się jak ciepłe bułeczki w przedsprzedaży. Mój egzemplarz jest dodrukiem do pierwszego wydania.

   To cieszy!

   To trochę też smuci, że bardziej chcemy pisać i opowiadać (zwłaszcza w marketingu) niż czytać. Wprawdzie nie ma badań statystycznych potwierdzających moje przypuszczenia, ale są badania czytelnictwa. Ostatni raport Biblioteki Narodowej donosi, że czyta 37% Polaków. To niski próg do wyrównania przez piszących, a nawet możliwy do przekroczenia. Wygląda na to, że piszemy dla około 1/3 narodu. A może nawet dla samych siebie (sic!).

   I tu robi się trochę strasznie!

   Bo żeby pisanie  miało sens, ktoś te teksty musi czytać. Jeszcze fajniej byłoby, gdyby o tym dyskutować i... znowu pisać. To też należy potrafić. Wiedzieć – jak?! Po to jest ten poradnik. Dla wszystkich, bo:


Chociaż z wywiadu z autorem wynika, że jest skierowany przede wszystkim do ludzi marketingu. To pozorny wniosek. Gdyby tak było, nie sięgnęłabym po niego i nie byłabym zadowolona. A jestem! Chociaż pisarzem w konwencjonalnym znaczeniu nie jestem. Za to jestem skromną czytelniczką o ambicjach czytelniczki wytrawnej, która chce o książkach opowiadać i pisać.

   To pierwszy powód sięgnięcia po tę publikację.

   Chciałam rozebrać powieść na czynniki pierwsze, by wiedzieć, dlaczego coś mi się podoba lub nie. Znaleźć przyczynę niezadowolenia lub zachwytu. Odróżnić mistrza od rzemieślnika. Umieć nazwać element, który mnie porwał lub zniechęcił. Dostrzec plusy nawet w kiepskiej powieści, by nie skrzywdzić piszącego. Trochę się tej wiwisekcji tekstu obawiałam, mając w pamięci podobne doświadczenie z poznaniem budowy kurzego jaja na biologii. Przez długi czas nie mogłam ich jeść. Na szczęście, w przypadku powieści, moje obawy były nieuzasadnione. Nadal czytam z przyjemnością.

   Drugim powodem jest moja pisząca do szuflady lub blogująca młodzież.

   Dobrze jest podeprzeć się w pracy z nią profesjonalnym poradnikiem. Podsunąć go, wykorzystać i pomóc zrozumieć, bo na tym etapie rozwoju może być troszeczkę za trudny. Może i są łatwiejsze pozycje, ale ta posiada coś, czego nie zawierają inne, a co według mnie i autora jest bardzo ważne. Z zachwytem przeczytałam o tym we wstępie, w tym zdaniu – Musisz zrozumieć ludzki mózg, sposób funkcjonowania języka, zagłębić się w emocje, a w końcu poznać schematy opowieści.

   Emocje!

   Ważne tak samo (a  może nawet bardziej!), jak technika. Autor zrobił wszystko, aby połączyć te dwa elementy razem. Z doświadczenia wiem, że to bardzo trudne, bo wymaga empatii, zrozumienia procesów psychologicznych i umiejętności nazwania tego, co się z własnego wnętrza wyciągnęło. Moja młodzież, kiedy zorganizowałam im warsztaty pisarskie, miała z tym duży problem. Nauczana w pisaniu rozprawek włączających przede wszystkim rozumowanie logiczne, nie bardzo radziła sobie z albo odczytywaniem emocji w scenkach sytuacyjnych na prezentowanych slajdach, albo nazywaniem wrażeń i odczuć oraz ich opisywaniem.

   Ten poradnik jest dla uczniów przeciwwagą nauczania szkolnego.

   Chociaż, jak już podkreślałam,  niełatwą pozycją dla początkujących. Autor  jednak bardzo starał się, by tekst był jak najbardziej przystępny i przyjazny dla każdego. Podzielił go na siedem kroków głównych składających się na proces tworzenia opowieści. Każdy pełen „klocków”, narzędzi i schematów, by móc budować według podszeptów własnej wyobraźni. Pojęcia ważne wytłuszczał.


Czasami dołączał wizualizację w postaci schematów.


Analizował zastosowanie rad na przykładzie znanych bajek (świetnie przedstawione!), filmów i głośnych historii, w których plotka również miała miejsce jako nieocenione źródło i praprzyczyna zaistnienia i rozwoju opowieści. Punktował wady i zalety tworzonej historii. Ukazywał zagadnienia z różnych punktów widzenia - opowiadającego i odbiorcy. Tworzył opowieść, która, pomimo swojego charakteru popularnonaukowego bazującego na wiedzy z literaturoznawstwa, językoznawstwa, psychologii i kulturoznawstwa, była historią angażującą mnie emocjonalnie i intelektualnie, bo sam stosował schematy i reguły, o których pisał. Jednak samo przeczytanie tekstu, pomimo gęstości wiedzy na każdy milimetr papieru, na każdej stronie, nie nauczy tworzenia opowieści. To nie wada. To wskazówka, że należy rozdziały czytać powoli i z przerwami na przemyślenia lub ćwiczenia, do których autor zachęcał pytaniami.

   Ćwiczenia to podstawa!

   Autor podpowiadał od czego zacząć i na jakie platformy internetowe warto wejść, by móc swoje teksty weryfikować. Idealnie byłoby jednak tę pozycję połączyć z warsztatami pisarskimi. Dotyczy to zwłaszcza osób zaczynających przygodę ze słowem. Dla podkreślenia ważności tej uwagi posłużę się przykładem autora, który pokazał różnicę między  tworzeniem instrukcji budowania karmnika dla ptaków a budowania elektrowni wodnej. Taką „instrukcję” budowania karmnika napisał Vargas Llosa w Listach do młodego pisarza, którą polecam przede wszystkim czytającym. Autor natomiast napisał „instrukcję” zbudowania elektrowni wodnej. To obrazowe zestawienie pokazuje, jak trudną sztuką jest narratologia i czego dokonał autor, próbując tę sztukę ująć w słowa i przedstawić ją w postaci książki. Poradnika dla wszystkich! Sceptycy mogą powiedzieć - jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego.

    A ja odpowiadam - oto wyjątek potwierdzający regułę!

    Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Podcast - rozmowa z autorem.

Narratologia [Paweł Tkaczyk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 01 lipca 2017
Unorthodox – Deborah Feldman

Unorthodox: jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów – Deborah Feldman
Przełożyła Kamila Slawinski
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 376 stron
Literatura amerykańska

   Dokładnie rok temu na dobre odeszłam ze społeczności chasydzkiej.

   Tak rozpoczyna swoją opowieść o życiu wśród chasydów satmarskich i procesie odchodzenia ze społeczności ultraortodoksyjnej jej była członkini. Autorka wspomnień nie odnajdywała się we wspólnocie zamkniętej, hermetycznej i archaicznej. Do tego stopnia, że wolność ceniła bardziej niż przynależność do rodziny i narodu. Jak sama napisała – Chcę być wolna – nie tylko fizycznie, ale w każdy inny sposób. Chcę mieć wolność, która pozwoli zdefiniować, kim naprawdę jestem... W nowojorskim Williamsburgu, gdzie chasydzi satmarscy znaleźli miejsce na stworzenie kahału (wspólnoty), by powrócić do cudem uratowanej spuścizny z Holokaustu, odkupić winy za asymilację i syjonizm (tak uważali!) oraz zrekompensować śmierć licznych ofiar zagłady i na nowo pomnożyć swoje szeregi, nie było miejsca dla kobiety, która bardziej kochała niezależność. Wśród chasydów nie było miejsca na indywidualizm. Każde osobne życie było podporządkowane dobru społecznemu, a jednostka – społeczeństwu, które z kolei kierowało się prawami zawartymi w Torze.

   Opowieść autorki odebrałam na dwóch poziomach.

   Pierwszym - osobistym, w którym uzasadniała swoje odejście. Od czasów dzieciństwa do zerwania kontaktów z rodziną i wspólnotą podkreślała to, co jej nie odpowiadało. Co było powodem wyboru odcięcia się. Przeszkodą w samorozwoju, w dążeniu do niezależności, w hamowaniu chęci do brania losu w swoje ręce, do samostanowienia, samodzielnych wyborów i decyzji. Do bycia kobietą, która dokonuje cudów własnymi rękami, nie czekając, aż Bóg się tym zajmie. Jak przekonywała – Pożądam władzy, ale nie po to, by dyrygować innymi: chce być panią samej siebie. Jej uśmiech widoczny na zdjęciach, które otwierały w książce kolejny rozdział jej życia, krył to, czego nie było, do wydania wspomnień, widać.

   Przyznawałam jej rację.

   Chociaż tylko częściowo. To prawda, że jej życie z taką osobowością i postawą było traumatyczne i okupione zestawem chorób psychosomatycznych. W tym pochwicą jako skutek odkrycia u siebie pochwy i macicy wieku siedemnastu lat tuż przed zamążpójściem! Jednak autorka nie zmusiła mnie do negatywnej oceny chasydów. Trafiłam po prostu na jedną z tych opowieści rozliczających się z przeszłością, w której bohaterki nie odnajdywały się. Podobną historię poznałam w Córce Rabina Revy Mann. Pojawiają się jednak wśród nich również i takie, w których kobiety dobrowolnie wchodzą w świat chasydów, odnajdując wśród nich swoje miejsce i tożsamość tak, jak Rama Burshtein. Reżyserka, która nakręciła o tym film Wypełnić pustkę. Dlatego ważniejszą informacją tych wspomnień był dla mnie przekaz drugi – kulturowy.

   Fascynujący, niezwykły i wyjątkowy świat chasydów!

   Tak odmienne tło społeczne, obyczajowe i religijne wspólnoty, do której trudno wejść, a tym samym poznać z różnych stron. W tym od strony bardzo intymnej, jakim jest wychowanie seksualne i pożycie małżeńskie. Autorka zaprosiła mnie nawet do sypialni i do ginekologa! Pozwoliła mi na bezpieczne przekroczenie nieprzekraczalnego progu dla gojki. Pokazała, wbrew pozorom, zalety życia we wspólnocie. Kiedy ona widziała wady, ja dostrzegałam zalety. Cechy, których tak brakuje zindywidualizowanym społeczeństwom. To przede wszystkim zwyczaje, zachowania, obyczaje i tradycja budujące solidarność i więź międzyludzką silnie powiązane z wiarą w każdej dziedzinie życia. Bóg u chasydów jest najważniejszy i jest wszędzie! Nie w słowie, ale w czynach. Nawet w tańcu, który szczegółowo opisywała autorka, a ja zobaczyłam jego porywającą radość na stronie Forumemjot dla Polski. To także troska o siebie nawzajem od narodzin do śmierci. To również życie z dala od cywilizacji bez książek i czasopism w innym języku niż hebrajski lub jidysz, telewizji, radia i filmów w samym jej sercu – Nowym Jorku. A przede wszystkim spełnianie się w bogobojności, by sprostać przyjętej nazwie – chasyd czyli pobożny, bogobojny, czysty. To świat unikalny, odmienny, niemalże jak relikt z przeszłości, który żyje na przekór diametralnie odmiennemu otoczeniu!

   Świat, który wzbudza we mnie przede wszystkim szacunek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Polecam!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 948 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi