Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 18 października 2014
Oczyszczenie – Andrew Miller



Oczyszczenie – Andrew Miller
Przełożył Michał Kłobukowski
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 361 stron
Literatura angielska


Zniszczyć. Kościół i cmentarz. A opróżnionemu miejscu przywrócić dawny urok. Użyj ognia, użyj siarki. Wszystkiego, co będzie potrzebne, żeby oczyścić plac. – usłyszał inżynier Jean-Baptiste Baratte. Dwudziestoparoletni mężczyzna specjalnie sprowadzony z prowincji i zatrudniony to tego delikatnego, a zarazem ohydnego zadania, przez ministra w służbie króla Francji.

Wikipedia

Za uprzątnięcie zawartości paryskiego Cmentarza Niewiniątek do ostatniego paliczka obiecano mu szybką karierę i wzrost znaczenia jego nazwiska. Nie jawiło mu się ono trudne. Wystarczyło zachować odpowiednią dyskrecję, odporność na ataki kleru, opanować wstręt fizyczny i nie dawać wiary w przesądy szerzone przez miejscowych.
Z dwoma ostatnimi postanowieniami było najtrudniej.
Cmentarz był przepełniony trupami składanymi jeden na drugim w zbiorowych dołach głębokich nawet na ponad trzydzieści metrów. Całe legiony upchnięto na spłachetku nie większym niż pole ziemniaków. Ziemia przesiąknięta zgnilizną rozkładu zaczęła cuchnąć, zatruwając wszystko wokół – powietrze, a nawet jedzenie. Podczas bardziej obfitych opadów cmentarz wylewał swoją upiorną zawartość poza mury, do piwnic pobliskich domów. Mieszkańcy sąsiadujący z przerażającą nekropolią zaczęli skarżyć się na smród, gnijące jedzenie, zawroty głowy, nieobyczajność kochanków czy gasnące nagle świece, jakby knot ścisnęły niewidzialne palce. Mówiło się nawet, że w kostnicach mieszka jakiś stwór, spłodzony przez wilka, podobny do wilkopsa. Jane-Baptiste, który zamieszkał w takim domu, by widzieć z okna miejsce swojej pracy, zauważył coś jeszcze – oddech domowników był przesiąknięty odorem cmentarza. Mężczyzna, aby rozrzedzić gęstniejącą atmosferę wokół siebie jako likwidatora dziedzictwa Paryżan, nie poddać się naciskom przeciwników przedsięwzięcia, nie zgubić się w meandrach ludzkich intryg, wieczorem, przed snem, odmawiał katechizm własnego jestestwa. – Kto ty jesteś? Jean_Baptiste Baratte. Skąd pochodzisz? Z Belléme w Normandii. Kim jesteś z zawodu? Inżynierem wykształconym w Ecole des Ponts. W co wierzysz? W potęgę rozumu...
Rozum – to klucz do przesłania tej powieści.
Wchodząc w nią, w tę mroczną, niezwykle sugestywnie odmalowaną słowami rzeczywistość osiemnastowiecznego Paryża zawężonego, jak w soczewce, głównie do cmentarza, jego atmosfery lęku, otaczającej go aury niedomówień i sugestii przyprawiających o gęsią skórkę, strachu przed śmiercią, odoru z rozkopywanych metodycznie grobów, gazów ulatniających się z dołów doprowadzających do utraty przytomności, jadu wnikającego w ciało wywołującego gorączkę, widoków kości i nie do końca rozłożonych ciał, błota zmieszanego z odchodami, smrodu nasilającego się w upalne dni i tego czegoś nieuchwytnego, wiszącego w powietrzu cmentarnym niczym skażona chmura podsycana przez przesady i zabobony dyktowane przez emocje usypiające rozum. Obawiałam się nieznanego tak samo, jak zatrudnieni do prac ekshumacyjnych specjalnie sprowadzeni do nich górnicy.
W tym pierwszym nastawieniu, nie różniłam się od nich niczym, mimo że dzieliły nas wieki.
Ja, człowiek współczesny, doinformowany, z pełniejszą wiedzą, zostałam tym prostym zabiegiem sprowadzona przez autora do mentalności i pryzmatu patrzenia osiemnastowiecznych bohaterów powieści. A kiedy już osiągnęłam szczyty gorączkowej ciekawości zawartości grobów, lęku oczekiwania na ujawnienie się kolejnych niewytłumaczalnych zjawisk, a przede wszystkim pojawienie się wilkopsa, autor powolutku zaczął oswajać mnie z cmentarną grozą. Zamieniać go w zwykły teren wykopalisk i badań antropologicznych, na którym sterty kości nie paraliżowały już zmysłów i emocji, zmumifikowane trupy pięknych dziewcząt pociągały seksualnie żywych mężczyzn, namawiając do nekrofilii, tajemniczy ksiądz, chowający się w przycmentarnym kościele, okazywał się szalonym staruszkiem, a sam cmentarz miejscem schadzek pracowników i paryskich prostytutek zwanych potocznie murwami od przeskakiwania przez mur. Dotychczasowa groza cmentarza zamieniała się w grozę obrazu człowieka zdolnego do najbardziej niskich, grzesznych i podłych czynów, w którym namiętności i emocje wzięły górę nad rozsądkiem.
W tej nowej, odmiennej rzeczywistości stworzonej nie przez umarłych, lecz żywych, Jeane-Baptiste zaczął się gubić, tracić rozum i logiczny grunt, a odmawiany wieczorny katechizm jego jestestwa okazywał się coraz krótszy. Wydźwięk tego, co działo się na cmentarzu, autor przeniósł na sytuację polityczno-społeczną ówczesnej Francji. Przypominała ona właśnie taki cuchnący, przepełniony cmentarz, który należało oczyścić. I nie ma na świecie takiej rzeczy, której nie dałoby się rozebrać na części. Mając wystarczająco dużo ludzi, można by przez tydzień obrócić pałac wersalski w kupę gruzu – mówił jeden z bohaterów. Rewolucja zbliżała się wielkimi krokami, czego wyraz dał autor, wplatając delikatnie tu i ówdzie w fabułę powieści wyraźne wątki polityczne o rewolucyjnej treści.
Jest w tej opowieści jeszcze trzeci rodzaj oczyszczenia - człowieczy.
Poddaje się mu główny bohater. Rok spędzony w Paryżu to dla niego zabłądzenie i odnalezienie się, upadek i podniesienie się, przegranych i wygranych, słabości i siły i wreszcie zbrukanie i oczyszczenie się. To on jest postacią spinającą klamrą kompozycyjną powieść, która rozpoczyna historię oczyszczenia w wielorakim znaczeniu pierwszą, a potem ostatnią jego wizytą w Wersalu. Opuszcza go oczyszczony, ale i odmieniony.
Nie zmieniają się tylko martwi, bo żywy człowiek może być jakiś, potem całkiem się zmienić, jeśli zabraknie rozumu. To tych ostatnich należy się bać.
I jeszcze jedna, ważna informacja.
Cmentarz Niewiniątek istniał naprawdę i naprawdę go zlikwidowano, a o jego fascynującej historii, nie mniej ciekawie niż książka, uzupełniającej moją wiedzę o fakty historyczne, ryciny i zdjęcia aktualne, przeczytałam w forumowym poście portalu iFrancja - Cmentarz Niewiniatek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 15 października 2014
Testament Marii – Colm Tóibin



Testament Marii – Colm Tóibin
Przełożył Jerzy Kozłowski
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 150 stron
Literatura irlandzka


Maria, matka Jezusa, nie musiała być taka, jak opisują ją Ewangelie kanoniczne – pokorna, oddana, wyrozumiała, heroiczna, cicha, akceptująca, a boleściwa i cierpiąca z zupełnie innych powodów. Jej wizerunek może być zupełnie inny od obecnie powszechnie przyjętego, bo przeciwstawny.
Dla niektórych – obrazoburczy.
Naruszający wyobrażenie wzoru matki, a pośrednio syna. Bo matka Jezusa mogła widzieć wydarzenia, w których uczestniczył jej syn, zupełnie inaczej. Przede wszystkim mogła postrzegać syna, jako człowieka, którego poglądów, zachowania i postępowania nie rozumiała. W którym Syna Bożego nie dostrzegała. Widziała za to jego inteligencję, wdzięczność, umiejętność milczenia, spędzania samotnie czasu i patrzenia na kobiety, jakby były równe jemu, wokół którego zgromadzili się mężczyźni niepotrafiący spojrzeć kobiecie w oczy, dorosłe dzieci wychowane bez ojców, szaleńców, malkontentów, jąkałów, nerwusów. Grupa nieudaczników kierująca się brawurą i ambicją doprowadzającymi do lekkomyślności i okrucieństwa. Mogła podważać zasadność cudów dokonywanych przez Jezusa, jako tych, które zawracały lub wywracały odwieczny porządek rzeczy nieuniknionych, uznając wskrzeszenie Łazarza za szyderstwo z niebios i samej śmierci, wesele w Kanie za nadarzającą się sposobność odwiedzenia syna od jego planów prowadzących do zguby, a światło i łaskę poczęcia za szczęście kobiety brzemiennej. W swoim krytycyzmie mogła nie pomijać samej siebie, ganiąc się za ucieczkę spod krzyża w obawie o własne życie. Ten odmienny obraz malowany konfesyjną opowieścią kobiety owdowiałej, która straciła również syna, mógłby być właśnie taki - pełen goryczy, poczucia niespełnienia, żalu, pretensji oraz niechęci do otaczającego świata i ludzi. Pretensji również do Boga, w którego traci wiarę, zwracając się z modlitwami do bogini Artemidy.
Jej osoba, żyjąca w starożytnym Efezie już po ukrzyżowaniu Jezusa, stanowi klamrę narracyjną kreślonej historii z przeszłości, której wysłuchują spisujący Ewangelie wchodzące w skład Nowego Testamentu. Dwaj mężczyźni, którzy przychodząc do niej do domu, czekają na jej słowa zbyt zaślepieni swymi wielkimi, nienasyconymi potrzebami i zbyt otumanieni resztkami strachu, który wtedy czuliśmy wszyscy, żeby zauważyć, że pamiętam wszystko. Ale by nie zauważyć, że pamięta inaczej. Czekający na potwierdzenie tego, co według ich wyobrażenia powinna pamiętać. Słuchający lecz niesłyszący ewangelii według Marii.
Autor, aby zbudować tak odmienną postawę i poglądy Marii, wykorzystał wspólną dla wszystkich matek płaszczyznę jedności i porozumienia – emocje.
Bezinteresowna miłość do własnych dzieci, które są nimi nadal, nawet, gdy dorosną, troska o bezpieczeństwo i przyszłość opartą na tradycji, chęć ochrony przez złem świata – tego chce każda matka. Nie inaczej mogło być z Marią – sugeruje autor. Przyszło jej żyć w gorącym czasie pełnym pogłosek i opowieści, w których zmarłych wskrzeszano, woda zamieniała się w wino, a fale morskie uspokajał człowiek kroczący po wodzie, mogąc tylko marzyć, by syn, jak inni młodzi mężczyźni, wyemigrował do Jerozolimy za lepszym bytem. By stając się mężczyzną, miał w niej nadal oparcie, słuchając przede wszystkim jej rad. By kochać go jeszcze bardziej, kimkolwiek by się stał, by go chronić. By wreszcie mieć opiekę na starość i kogoś, kto się nią zaopiekuje. Kto zajmie się jej ciałem i pogrzebem po śmierci. Tego wszystkiego chce każda, kochająca matka.
To dlatego w całym monologu bohaterki nie pada ani razu imię Jezusa. W dialogach z Ewangelistami używa zamienników – ”on”, „mój syn”, „nasz syn”, „ten, który tu był”, „wasz przyjaciel”, „ten, który was interesuje". Tym celowym zabiegiem autor stwarza idealne warunki każdej matce do empatii i utożsamiania się z Marią zbuntowaną, która chce, skoro cuda się wydarzają, cudu dla siebie – wrócić do lat sprzed śmierci jej syna zanim opuścił dom, kiedy był dzieckiem i żył jego ojciec, a na świecie panował spokój. Ta płaszczyzna to najprostsza droga do zrozumienia Marii. Nie poprzez argumenty, logikę i rozum, ale poprzez uczucia. Poprzez wspólne doświadczenie emocji macierzyństwa i bólu po stracie dziecka.
Czy tak mogło być? – to pytanie autor pozostawia otwarte.
Jedno jest pewne - można zastanawiać się, gdybać, można polemizować, czyniąc z Biblii księgę żywą tak, jak czyni to Bella Szwarcman-Czarnota z Torą w Księdze Kobiet i Kobietach Księgi. Mną jednak ta historia nie zachwiała w poglądach. Wierzę w miłość Marii do Boga większą niż w miłość do syna. Maria nie była w tym jedyną. Przypomnę, że podobną, bezwarunkową miłość do Boga udowodnił Abraham, gotowy złożyć własnego syna w ofierze.
Dla mnie ta opowieść stawia zupełnie inne pytanie - ile z nas matek jest Marią zbuntowaną, a ile poddaną Bogu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 11 października 2014
Sport w polskim kinie 1944-1989 – Dominik Wierski



Sport w polskim kinie 1944-1989 – Dominik Wierski
Wydawnictwo Naukowe Katedra , 2014 , 504 strony
Literatura polska


Zaczynam rozsmakowywać się w pracach naukowych i doceniać ich potencjał, z których bardzo dużo wynoszę bezcennej wiedzy i propozycji, mimo że absolutnie nie mają charakteru poradnikowego. Ale o tym napiszę na końcu.
Po pracy doktorskiej Biały z zazdrości Omara Sangarego z dziedziny literatury utwierdziła mnie w tym przekonaniu ta, kolejna pozycja. Obie dowodzą tego, że można profesjonalnie analizować wycinek rzeczywistości, nie gubiąc przy tym (przy odrobinie chęci do nieznacznej modyfikacji, jak uczynił to autor) umiejętności przystępnego jej tłumaczenia. Zwłaszcza płaszczyzny społeczno-kulturowej. Na pracę doktorską z dziedziny mas bitumicznych nie śmiem się porwać, chociaż gdyby odniosła się do kontekstów kulturowych to, kto wie?
Troszkę jest właśnie tak w przypadku tej pozycji. Sport nie jest dziedziną, za którą przepadam. Nie mieści się nawet na obrzeżu moich zainteresowań. Powiem wprost – na dźwięk słowa „sport” zapala mi się neon wielki jak nawet nie góra, a cały łańcuch górski – NUDA! Co nie znaczy, że nie jestem zagorzałym kibicem. Bo jestem i to bardzo rzadkiej dyscypliny, jaką jest unihokej, ale robię to dla zawodniczek, które znam osobiście. Cieszę się ich pasją, śledzę ranking meczów, przeżywam na trybunie porażki oraz wygrane i na tym kończą się moje emocje i adrenalina.
Podobnie było z tą pozycją.
Przeczytawszy „sport” trochę się skrzywiłam, ale za nim stało wyrażenie „w polskim kinie”! Od razu tytuł zyskał na atrakcyjności. A kiedy zadałam sobie pytanie – co ty wiesz o sporcie w polskim kinie? – odpowiedziałam sobie natychmiast – Piłkarski poker z Januszem Gajosem! Reżysera, niestety, już nie pamiętałam. I to chyba byłoby wszystko, a przecież przede mną leżała grubaśna książka na ten temat, więc nasunęło mi się kolejne, autokrytyczne pytanie – czyżbym aż tak mało wiedziała na ten temat? Okazało się, że mieszczę się w przeciętnej krzywej Gaussa, bo to najczęstsze skojarzenie, po którym jest długo, długo nic i może kilka epizodów sportowych z Jarząbkiem w roli głównej z filmu Stanisława Barei. Jak bogata jest kinematografia polska w motywy sportowe, jak bardzo przesiąknięta klimatami sportowymi, jak wiele występuje w niej kontekstów i nawiązań do sportu, przedstawia autor tej pozycji. Swoje dociekania zawęża do lat 1944-1989. Nie oznacza to jednak zamkniętego charakteru pracy. Wręcz przeciwnie. Jak sam podkreśla we wstępie – ...fakt, iż temat pozostaje wciąż do pewnego stopnia otwarty i podatny na nowe strategie badawcze oraz interpretacje, sprawił, że zrezygnowałem z klasycznego zakończenia pracy, poprzestając na zwięzłych podsumowaniach poszczególnych rozdziałów.
Pomimo szerokiego i z pozoru chaotycznego charakteru tematyki, praca ma bardzo poukładany i logiczny ciąg przedstawiania zagadnienia na dwóch płaszczyznach – chronologii czasowej oraz zjawisk społeczno-politycznych zachodzących w polskim społeczeństwie badanego okresu. Efekt ten autor osiągnął dzięki bardzo słusznej uwadze, którą ujmę tutaj w ogromnym uproszczeniu – żeby zrozumieć opisywane zjawisko zachodzące w społeczeństwie, należy zapoznać się z jego uwarunkowaniami historycznymi. To dlatego merytoryczną część pracy rozpoczyna od przybliżenia sportu jako takiego w PRL, a dopiero później przechodzi do clou tematu. Materiałem badawczym czyni filmy fabularne i dokumentalne wraz z materiałami Polskiej Kroniki Filmowej. Pomimo tej selekcji (świadomie pomija film animowany), wspomina bardzo króciutko, ale jednak, o sportowych kontekstach literackich – recenzjach, omówieniach, opracowaniach czy wywiadach, a to dlatego, że w dalszej części pracy powołuje się na nie, odwołuje do nich lub polemizuje z nimi. Ich bibliografię umieszcza w aparacie informacyjnym książki obok filmografii oraz wykazu dokumentów, artykułów i materiałów ze stron internetowych.
Głównym celem pracy czyni ukazanie sportu jako części kultury. Stąd przyjęcie metody badawczej opartej na założeniach płynących z dokonań poetyki kulturowej. To ostanie wyrażenie jest dla mnie zupełnie nowe. Mogę je zastąpić pojęciem historycyzmu czyli znowu upraszczając i najogólniej rzecz ujmując słowami autora – Równorzędnym źródłem wiedzy o historii, ale i kulturze są zatem również teksty niekanoniczne i nieliterackie.
Jak pięknie wpisuje się w ten nurt badane zjawisko! – uznał autor i wykorzystał to do wyłonienia i zbadania następujących funkcji sportu – ideologicznej, propagandowej, dydaktycznej, metaforycznej i informacyjnej. Nazwę tej ostatniej przypisałam samowolnie ja do rozdziałów 4,5 i 7 mających właśnie taki dla mnie charakter, a których nie określił wprost w tytułach sam autor. Z kolei analizę i interpretację tematu w poszczególnych rozdziałach oparł na dwóch rodzajach oglądu – panoramie i zbliżeniu. Oba tworzą jeden schemat, którego sposób zastosowania autor wyjaśnia następująco – najpierw przybliżam kulturowy, sportowy bądź filmowy kontekst zagadnienia ustanawiającego daną funkcję, następnie wskazuję i krótko charakteryzuję filmy, w których dana funkcja w istotny sposób zaistniała, a następnie przeprowadzam dokładniejsze (aczkolwiek, w zależności od tytułu, różne objętościowo) analizy utworów realizujących obecność funkcji w sposób najbardziej reprezentatywny, znaczący czy też, po prostu, najlepszy. Brzmi bardzo poważnie, ale w praktyce płynie opowieść erudyty posługującym się piękną polszczyzną (pomimo terminologii języka naukowego, który „nie zgrzyta”) o czasach PRL i ludziach, którzy żyli ze sportem, dla sportu, a czasami wyłącznie sportem.
W efekcie otrzymałam bardzo jasny, klarowny, uporządkowany i usystematyzowany obraz Polski i Polaków, dla których sport pełnił w czasach komunizmu wielorakie funkcje. Autor nie rości sobie prawa do tego, iż wymienił wszystkie.
Otrzymałam coś jeszcze, pomimo całej naukowej otoczki!
Wspomnienia z lat dzieciństwa. Nie miałam świadomości, jak bardzo sport był obecny w moim życiu, jak wiele wydarzeń sportowych miało pośredni wpływ na moje życie, jak duże piętno emocjonalne pozostawiły we mnie głośne wydarzenia sportowe począwszy od Wyścigu Pokoju poprzez olimpiady, słynnym geście Kozakiewicza, na piłce nożnej i wielkich nazwiskach sportu skończywszy. To moja historia zapisana we mnie mimo mojej woli. Oprócz tego zostałam obdarowana kopalnią propozycji filmowych wartych obejrzenia. Ale najcenniejszą rzeczą, jaką wyniosłam z tej pozycji, to nie tylko podpowiedź, jak te filmy odbierać, jak je odczytywać, ale przede wszystkim, jak je interpretować. Z ogromną przyjemnością czytałam recenzje poszczególnych filmów, uświadamiając sobie jedno – aby móc rzeczowo pisać o filmie, płycie czy książce, należy posiąść wiedzę na temat interpretowanego zagadnienia w nich zawartego. Dopiero wtedy wiem nie tylko, czy warto lub nie warto słuchać, oglądać, czytać, ale i dlaczego?
Trochę się załamałam.
Nigdy nie osiągnę w tej dziedzinie wyżyn interpretacyjnych, jak autor. Może poza dwiema, o których tutaj piszę prawie nic. Ale, ale! Pocieszam się, że moja rola tutaj ma polegać na selekcji książek w kategorii warto – nie warto, jeśli potencjalny czytelnik chce ją odebrać przede wszystkim na poziomie emocjonalnym. Dla mojej zaprzyjaźnionej młodzieży opowieść ma być przede wszystkim fajna – cokolwiek miałoby to w ich pojęciu oznaczać. Poszukujących czegoś więcej, w tym merytorycznej interpretacji, zawsze można odesłać do opracowań profesjonalistów. Chociażby do takich pozycji, jak ta. Dlatego sięgam po nie, bo zawsze (oprócz kompleksów – żartuję!) wynoszę z nich coś cennego dla siebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To pierwszy film, który obejrzałam pod wpływem tej pozycji. Przeniósł moją uwagę z tematyki obozowej na sportową, ukazując jego przesłanie zupełnie z innej perspektywy.
środa, 08 października 2014
Gorączka 1 – Dee Shulman



Gorączka – Dee Shulman
Przełożyła Dorota Konowrocka
Wydawnictwo Egmont , 2012 , 430 stron
Cykl Gorączka, tom 1
Literatura angielska


Ewa była wybitnie uzdolniona.
Szesnastolatka głodna wiedzy, otwarta na nowości ze świata nauki, kreatywna w myśleniu, dla której wyrażenia: reakcja adiabatyczna czy epigenetyka DNA, były kluczem do wejścia w upragniony świat kwantowych bramek logicznych. To wśród tego typu fascynujących dla niej teorii czuła się najlepiej i to w takich światach abstrakcji spełniała swoje marzenia badacza. Wymarzony uczeń dla nauczyciela!
Ale nie w przypadku Ewy.
Nieprzystająca zainteresowaniami i stylem bycia do rówieśników, poddana z ich strony bezwzględnemu ostracyzmowi, nie znalazła również wsparcia ze strony nauczycieli, którzy nie dostrzegali w dziewczynie wyjątkowego umysłu lub nie potrafili go ukierunkować. W efekcie miała za sobą zamiast osiągnięć, bolesny katalog porażek w kartotece policyjnej. Jak sama podsumowała – Udało mi się zawalić w moim życiu wszystko. Byłam notowana. Dwukrotnie poniosłam klęskę w szkole. Nigdy z nikim się nie zaprzyjaźniłam. Nie kochała mnie nawet moja matka...
Nikomu na niej nie zależało.
I w tym dramatycznym momencie, na zakręcie beznadziei, przeczytała jedno zdanie opisujące szkołę St Magdalene’s położoną w śródmieściu Londynu – Wyjątkowo uzdolnione dzieci mogą mieć kłopoty w systemie edukacji masowej, a tutaj rozumiane i zapoznawane są z pełnym zakresem... Dziewczyna zrobiła wszystko, by zostać jej uczennicą. Jeśli myślałam, że od tego momentu Ewa będzie szczęśliwą realizatorką swoich marzeń, bo trafiła pod opiekę wyjątkowych nauczycieli, którzy dostrzegli w niej ogromny potencjał, to myliłam się. Problemy z grupą rówieśniczą nie zniknęły. Wręcz jeszcze bardziej się skomplikowały, bo w szkole pojawił się wyjątkowy chłopak – Sethos, który rozpoznał w Ewie swoją dziewczynę. Tyle że zamordowaną... dwa tysiące lat temu! A jeśli dodam, że szkołę zbudowano na miejscu pochówku starożytnych Rzymian, a chłopak był gladiatorem przeniesionym do współczesności z czasów Imperium Rzymskiego, to wtedy robi się jeszcze ciekawiej, jeśli nie, nawiązując do tytułu, gorączkowo. Tytułowa gorączka była bowiem tajemniczą chorobą spinającą wszystkie wątki i elementy fabuły. To ona była tajemnicą, która nadawała zdolność zarażonym ludziom życia po śmierci i przenoszenia w czasie.
Była w tej opowieści o nastolatkach i ich odnajdywaniu się w życiu miłość ponadczasowa, ale zakazana. Te pociągające cechy budowały umiejętnie napięcie erotyczne między bohaterami. Akcja rozgrywana naprzemiennie w Londynie pod panowaniem Rzymian i w jego współczesnej wersji, pozwalała mi na porównania jednego miejsca w różnych czasach i na obserwację zaskakujących skutków ich przenikania się. Te bardzo ciekawe spojrzenia podkreślały nieciekawość przestrzeni, w której dusze (a może świadomości?) były zawieszone między światami. Oczekiwałam więcej dynamiki i wydarzeń. Wprowadzone elementy science fiction na granicy prawdopodobieństwa możliwości faktycznego zaistnienia, nadały jej nutę realności, a tym samym wiarygodności. W efekcie młody czytelnik nie tylko może utożsamiać się z bohaterami, szczególnie z Ewą, przeżywać ich ponadczasowe rozterki i problemy, ale i uwierzyć, jak im się wydaje, w niemożliwe – w siebie.
Bycie innym nie oznacza bycie gorszym! – to najważniejsze przesłanie tej historii.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jest już dostępna druga część.
sobota, 04 października 2014
Księga Kobiet – Kobiety Księgi – Bella Szwarcman-Czarnota



Księga Kobiet – Kobiety Księgi: komentarze do Tory – Bella Szwarcman-Czarnota
Wydawnictwo M , 2014 , 245 stron
Literatura polska


Byłam przekonana, że tytuł odnosił się do Biblii katolickiej. Dopiero podtytuł, umieszczony na stronie tytułowej, doprecyzował, o jaką księgę chodziło – Komentarze do Tory.
Moje zaciekawienie urosło jeszcze bardziej. Rzadko przydarza mi się okazja, posłuchać braci starszych w wierze rozważających nad słowem Boga.
Ale to nie koniec niespodzianek!
Znając pozycję kobiety w społeczeństwie żydowskim, o czym czytałam między innymi w Tajemnicy Marii Magdaleny Pawła Lisickiego, jej miejsce i rolę, jaką przypisywała jej Tora i Stary Testament w Biblii katolickiej, troszkę byłam zaskoczona. No bo, jak to tak? Kobieta, a nie rabin, ośmieliła się komentować, i to publicznie!, słowo Boga? Otóż nie tylko ośmieliła się, ale namawiała również do tego innych, powołując się na jedno z przykazań, jakim jest również studiowanie Tory – Obowiązkiem każdego Żyda jest przeczytać dwukrotnie czytanie przypadające na dany tydzień – powiada traktat Brachot, a ten, kto nie jest Żydem i studiuje Torę, jest równy arcykapłanowi. W praktyce dotyczyłoby to również Talmudu, dzieł etycznych judaizmu i midraszy czyli komentarzy rabinicznych.
Autorka w pełni wykorzystała ten przywilej, z którego kobiety, jak podaje w krótkim rysie historycznym o komentatorach, mogły korzystać i wypełniać przykazanie dopiero od XVI wieku. Obecnie Tora jest studiowana i komentowana jako część dziedzictwa, jako istotny element tradycji żydowskiej. Swoje komentarze, również o charakterze polemicznym z innymi tekstami komentatorskimi, do poszczególnych czytań Pięcioksięgu umieszczała na stronach swojego blogu, poddając je z kolei komentarzom czytających jej teksty. Ich najciekawsze uwagi, pytania, spostrzeżenia, rozważania a nawet dialogi, dołączyła do książki.
Jednak w swoich komentarzach autorka odrzuciła literalność tekstu, nie odnosząc się do jego całości i wszystkich zawartych przesłań. Jak sama napisała we wstępie – Nie trzymałam się więc rygorystycznie jednego wątku, jednego klucza. Przedmiotem swoich rozważań czyniłam to, co dla mnie w danym momencie było najciekawsze, najistotniejsze. A jak sam tytuł główny wskazuje, najistotniejszą kwestią w czytaniach była kobieta – jej sytuacja, rola, zadanie, pozycja oraz zakres i wymiar udziału w opisywanych dziejach narodu żydowskiego.
To w tym momencie ujawniła się dla mnie rewolucyjna treść tej publikacji.
W swoich interpretacjach nie tylko wysuwała na plan pierwszy w przedstawianych zdarzeniach kobietę, dotychczas w nich pomijaną, odsuwaną na dalszy plan, deprecjonowaną, ale nadała jej zupełnie inną rolę, znaczenie czynów i kontekst. Tym samym zmieniając sens dobrze znanych mi zdarzeń ze Starego Testamentu Biblii katolickiej i Koranu. I to od samego początku czyli stworzenia Adama i Ewy i pierwszego grzechu, bo komentarze autorki zachowują, zgodnie z zasadami czytania, chronologię Tory - Bereszit - Księga Rodzaju, Szemot – Księga Wyjścia, Wajikra – Księga Kapłańska, Bamidbar – Księga Liczb i Dewarim Księga Powtórzonego Prawa.
Nie będę opisywała przeciekawie interpretowanych znanych historii biblijnych odpowiadających kolejno jednemu rozdziałowi, bo większość była na tyle rewolucyjna dla mnie, że powstałby tekst komentujący komentarze autorki. A nie oto mi tutaj chodzi. Chcę spisać tylko swoje wrażenia, które ujęłabym w ten sposób – niebezpiecznie skręcały w nurt ruchu feministycznego. Z jednej strony odkrywałam nowe spojrzenie, kobiece, jako odpowiedź na wiele dominujących interpretacji męskich wynikających ze społecznego patriarchatu. A z drugiej strony obawiałam się przekroczenia cienkiej linii nadinterpretacji. Uspokajało mnie jedno – otwartość autorki na dyskusję, która pozwalała nie zgubić w tej delikatnej materii rozważań, zdrowego rozsądku, czyniąc tym samym z Tory księgę żywą, a samych komentatorów odkrywcami nowych, innych znaczeń, wątków i przesłań tekstów. Z którymi niekoniecznie muszę się zgadzać, ale podyskutować zawsze warto.
Księgę również dla chrześcijan!
Jej zawartość nie jest hermetyczna i przeznaczona tylko dla wiernych wyznania mojżeszowego. Ta publikacja, jak napisał wydawca na okładce książki, przytaczając słowa papieża Franciszka, jest odpowiedzią na zachętę Kościoła, abyśmy – chrześcijanie i Żydzi – "czytali razem teksty Biblii hebrajskiej i pomagali sobie w studiowaniu bogactwa Słowa".
W moim odczuciu to konieczna lekcja do odrobienia dla katolików.
Na koniec dwie uwagi praktyczne dla potencjalnego czytelnika tej pozycji. Po pierwsze – dobrze mieć przy sobie Torę. Chociaż nie jest to bezwzględną koniecznością. Wprawdzie autorka przytaczała sens komentowanego czytania z podaniem licznych cytatów, ale ja jestem przyzwyczajona na płaszczyźnie religijnej do bezpośredniego sięgania do źródeł, do których się odnoszę lub o nich czytam. Po drugie – wypowiedzi internautów umieściłabym bezpośrednio pod rozdziałem, do którego się odnosiły. Książkę czytałam linearnie, więc komentarze przeczytałam tak, jak umieszczono je w książce, na końcu, w rozdziale Głosy, tym samym robiąc nieodżałowany błąd.
A teraz idę przemyśleć jeszcze raz zdanie autorki – Nieposłuszeństwo Adama i Ewy nie jest w tekście biblijnym określone jako grzech (zdolność odróżniania dobra od zła zdobyli dopiero po spożyciu owocu). Słowo „grzech” pojawia się po raz pierwszy w Torze w kontekście zbrodni Kainowej...
A potem jest jeszcze ciekawiej!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj mogłam uczestniczyć w wykładzie, którego wątki autorka poruszała również w książce.
środa, 01 października 2014
Bezdomna – Katarzyna Michalak



Bezdomna – Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak Literanova , 2013 , 252 strony
Literatura polska


Bardzo dramatyczną historię przeczytałam!
Wpisała się ona w nurt książek społecznie użytecznych. I to mnie trochę zaskoczyło, bo moja przygoda z twórczością autorki zaczęła się od zaszufladkowania jej powieści do literatury rozrywkowej, w której przede wszystkim zaczytują się kobiety. Znam kilka jej fanek, które ją wręcz uwielbiają za tę „kobiecość”. I to taka właśnie czytelniczka namówiła mnie na kolejny tytuł z komentarzem, że ta powieść jest ciut inna. Udało jej się udowodnić mi, że moja pierwsza ocena po tylko dwóch powieściach Ogród Kamili i Zacisze Gosi była przedwczesna i zbyt pośpieszna.
I to stąd wzięło się moje zaskoczenie.
Historia Bezdomnej, która była główną bohaterką, zaczęła się próbą samobójczą na osiedlowym śmietniku. Sceną pełną dramatyzmu, beznadziei i determinacji. Wiedziałam jednak, znając styl autorki, że zaraz zjawi się cudowne wybawienie, a finał dążyć będzie ku szczęśliwemu zakończeniu. Oczywiście drogą pełną zakrętów, zwrotów akcji i licznych niespodzianek w postaci odkrywanych tajemnic bohaterów, bo autorka lubi plątać, nie dopowiadać, zaskakiwać i gmatwać. A wszystko po to, by zaciekawić. Wzbudzenie nieodpartej potrzeby, by tę ciekawość zaspokoić, to największa zdolność autorki.
I dokładnie tak było!
Bezdomną, próbującą się zabić, uratowała dawna znajoma, która zaprosiła niedoszłą samobójczynię do swojego mieszkania. Obie spędziły wigilijny wieczór (żeby było bardziej dramatycznie!) na opowiadaniu wydarzeń ze swojego życia, które doprowadziły je do obecnego stanu – Bezdomną do życia na ulicy, a Aśkę do bezrobocia i zaniedbania. W miarę czytania poznawałam ich głęboko skrywane sekrety. Jedne bardziej traumatyczne od następnych. Tajemnice mające wpływ na wybory życiowe i postępowanie obu kobiet.
Ale ich dramatyczne losy to tylko nośnik bardzo ważnego przesłania.
Głosu autorki przeciwko bezmyślnemu ostracyzmowi społecznemu, jako reakcji na falę doniesień medialnych o dzieciobójczyniach, która przetoczyła się w Polsce w ostatnich latach. Pokazując historię Bezdomnej, jej przebieg, przyczyny i skutki, zaprotestowała przeciwko pochopnej ocenie matek, które zabiły własne dziecko, namawiając do wysłuchania historii takich kobiet do końca, a jeśli to nie jest możliwe, do krytycznego spojrzenia na doniesienia medialne. Mass media, w pogoni za poczytnością, nie zawsze postępują wobec odbiorcy uczciwie. Często manipulują faktami, by utrzymać się na rynku wydawniczym. Autorka dokładnie pokazała ten mechanizm przeinaczeń i nadinterpretacji.
To dlatego na okładce wydrukowano najważniejszą myśl, którą wyniosłam z tej powieści - za każdą dzieciobójczynią z pierwszych stron gazet kryje się zawsze konkretna historia. Nikt nie rodzi się mordercą. Ktoś pomaga nim się stać. Nie tylko czynnie. Również biernie.
Może nawet my sami?
sobota, 27 września 2014
Świat według Dziada – Henryk Niewiadomski



Świat według Dziada: sensacje XXI wieku – Henryk Niewiadomski
Wydanie autorskie , 2002 , 222 stron
Literatura polska


Postać Dziada czyli Henryka Niewiadomskiego stale przewijała się swego czasu w mediach. To był czas walki z mafią w pojęciu przeciętnego Polaka, bo w pojęciu Dziada – czas osobistej nagonki na człowieka, który z mafią nie miał nic wspólnego. To media okrzyknęły go bossem wołomińskiej mafii. To dziennikarze z kagańcami na twarzy wykreowały bandytę numer jeden w Polsce. Jak sam pisał – Powołaliście do życia dziennikarski mit dla ubogich. Krótko mówiąc, kit. Czuł się w roli medialnego parawanu na użytek nieudolnej policji i cynicznych polityków (...), za którym ci pierwsi pozorują działania, w sytuacji kiedy nie mogą ścigać prawdziwych przestępców, a drudzy – przestępcy właśnie – rozkradają państwo. Przeciw takiemu wizerunkowi i jawnej niesprawiedliwości (o jej groteskowym pojmowaniu napiszę później) zaprotestował autor tą książką. Jak sam napisał – To nie bieda popchnęła mnie do napisania. Zmusiły mnie do tego środki masowego przekazu, według mojej oceny inspirowane przez organy ścigania i rozpowszechniające na mój temat bzdury. Miał na jej napisanie dużo czasu. Więzienie, w którym go osadzono, sprzyjało systematycznemu notowaniu swoich przemyśleń.
Czytałam te wspomnienia z... przyjemnością.
Sprawiała wrażenie opowieści starszego, ciepłego!, inteligentnego mądrością życiową człowieka, głęboko skrzywdzonego, kochającego gołębie, szanowanego w swoim środowisku, uważanego za charyzmatycznego mężczyznę, głowę rodziny, mającą przede wszystkim smykałkę do interesów oraz talent do inicjatywy oraz oceny ryzyka w interesach, pozwalających osiągać nieprzeciętne zyski. I gdybym swój obraz Dziada zbudowała tylko na podstawie jego wspomnień i zażaleń (bo tym książka również dla mnie była), to mogłabym wyciągnąć wniosek, że faktycznie, autora spotkał spisek dziejowy ze strony kierujących państwem, a nawet restrykcje polityczne pozwalające nazwać go więźniem politycznym.
Bzdury! – pewnie niejedna osoba tak by zareagowała na te rewelacje.
Ja również, gdyby nie wcześniejsza lektura Nowego alfabetu mafii autorstwa dziennikarzy piszących o przestępczym świecie w Polsce przełomu lat 80. i 90. Obie, uzupełniając się, pozwoliły mi ogarnąć całość zjawiska od zewnątrz i od wewnątrz. Dopasować do siebie obrazy subiektywne i obiektywne. Zbudować ostatecznie świat ludzi nastawionych na szybki zysk, którzy, wykorzystując czas przemian ustrojowych w Polsce w latach dziewięćdziesiątych, znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie. Zarówno tych sprawujących legalną władzę, jak i tych posiadających władzę nielegalną. W obu przypadkach po to, by pierwszy milion ukraść w białych rękawiczkach lub dorobić się na spekulacjach. Do tego ostatniego przyznaje się autor wprost, pisząc, że posiadane dolary i majątek pozyskał w wyniku spekulacji towarem i ciężkiej pracy. Problem pojawił się w momencie, kiedy drogi złodziei skrzyżowały się. Dziad wszedł na teren polityków. Ukradł im papier do drukowania rubli.
Od tego momentu rozpętała się wojna między tymi u władzy a Dziadem.
Jej przebieg można było śledzić w mediach i na sali sądowej. I o tym jest właśnie ta książka. Pokazana bardzo subiektywnie, ale zawierająca również prawdę o skorumpowaniu środowiska policyjnego, politycznego i prawniczego. Autor nie był gołosłownym. Swój tekst ilustrował zdjęciami dokumentów z akt sądowniczych.
Przyznaję, było w tych logicznych wywodach dużo racji – medialna nagonka, nadużywanie władzy czy manipulowanie prawem. A wszystko po to, by pozbyć się rywala w „interesach”, człowieka, który kompromitował polityków w oczach społeczeństwa, ale przede wszystkim osoby, która za dużo wiedziała. Dziad sugerował polityczne tło zabójstwa gen. Marka Papały. Po tej książce świat decydentów, dla mnie zwykłych przestępców drenujących system finansowy państwa w białych rękawiczkach, przeraził nie mniej niż świat mafii wołomińskiej czy prószkowskiej. Bo ten ostatni też istniał. Nie dałam się tak do końca oczarować inteligentnym wywodom autora, który przypominał mi mentalność cwaniaka-warszawiaka, żyjącego według dwóch zasad. Pierwszej - „człowieka honoru” czyli gangstera w odróżnieniu od frajerów, którzy uczciwą pracą nie ma prawa dorobić się niczego oprócz garbu, ewentualnie więzienia i drugiej – sprawiedliwość była wtedy, gdy leżała po jego stronie. Bolało go jedno – kradli „na górze”, a „dół” nie mógł. To w tym obszarze umoczonej policji, kupionych prokuratorów oraz skorumpowanych sędziów i polityków, domagał się równego prawa do zysku.
Absurd logiki pojmowania pojęcia sprawiedliwości!
I kiedy w ten sposób spojrzy się na wspomnienia autora, to pośrednio, wybielając siebie, ukazywał ówczesną skorumpowaną Polskę, tłumacząc tym możliwość zaistnienia na ogromną skalę ówczesnych, bardzo licznych, skandali i afer finansowych.
Druga część gangsterskiej sagi, zapowiadana na okładce, niestety nie ukaże się już. Autor nie doczekał wolności. Zmarł w więzieniu w przeświadczeniu, że w obecnych czasach z całą pewnością opłaca się być dobrym gangsterem. Nawet przy założeniu, że pożyje się nie dłużej niż 40 lat – ale za to w luksusie i poważaniu. Zapewni się lepszy start i godne życie rodzinie. To jest moim zdaniem jedyne wyjście, aby wybić się z bagna, jakie panuje dzisiaj w Polsce.
Po kilkunastu latach od wydania tej publikacji, śledząc programy publicystyczne, mam wrażenie, że dla wielu te słowa nic nie straciły ze swojej aktualności. I dla tych „na górze”, i dla tych „na dole”. Zmieniły się tylko metody. Na bardziej wyrafinowane w przypadku polityków i bardziej agresywne w przypadku gangsterów.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Próbka wywiadu z dziadem podsunęła mi myśl, że za książką musi kryć się ghostwriter.
poniedziałek, 22 września 2014
Sceny z życia rosyjskich milionerów – Marie Freyssac



Sceny z życia rosyjskich milionerów: zapiski francuskiej guwernantki – Marie Freyssac
Przełożyła Natalia Stochalska
Wydawnictwo Poradnia K , 2014 , 195 stron
Seria Z Bliska
Literatura francuska


Świat rosyjskich miliarderów żyjących w moskiewskiej dzielnicy Rublowka poznałam dzięki rosyjskiemu dziennikarzowi – Walerijowi Paniuszkinowi. Jego spojrzenie na życie oligarchów porównywał do gry, w której fortunę szybko się buduje, ale i jeszcze szybciej traci. Przy okazji poznałam wyznawany system wartości, na którego szczycie stał pieniądz.
Obraz prawie pełny.
Prawie, bo tak naprawdę jego rozmówcy pokazywali swój dobrobyt, opowiadali o codzienności człowieka bardzo bogatego, udostępniali zakamarki swoich posiadłości i pozwalali zobaczyć tyle ze swojej codzienności, ile sami zechcieli. Nie bez znaczenia była też narodowość zbierającego materiał. Dziennikarz był Rosjaninem. Osobą z wewnątrz, swoją, niczemu się niedziwiącą, skupioną raczej na problemach społecznych i politycznych Rosjan.
Ta pozycja, napisana przez Francuzkę, jest o tyle ciekawa, że nie tylko uzupełnia moją dotychczasową wiedzę o nowe informację, ale również ukazuje je z perspektywy osoby z zewnątrz, obcej kulturowo. To inne spojrzenie, pełne zaskoczeń i zadziwień, musiało zaowocować humorem i lekką ironią. To słowo „lekką” nie zostało przeze mnie użyte przypadkowo. Autorka zatrudniona przez małżeństwo Artioma i Nastię Sokołowów, jako guwernantka ich dwójki dzieci, nie chciała urazić swoich pracodawców. Zwłaszcza że, jak napisała – Ja miałam szczęście. (...) Trafiłam na kulturalne małżeństwo i urocze dzieci, a jednocześnie weszłam w świat wielkiego bogactwa, który często wydawał mi się surrealistyczny i trudny do wyobrażenia dla zwykłego śmiertelnika. To dlatego nie było w jej wspomnieniach krytyki samej rodziny, wypaczeń, patologii czy nieprawidłowości wynikających z utraty kontaktu ze światem spoza Rublowki, a raczej nietypowości i skrajności powstałych z nieograniczonych możliwości finansowych. A ponieważ była osobą stale towarzyszącą rodzinie z racji swojej roli, w wielu rodzinnych sytuacjach, również w tych najbardziej osobistych, miała okazję podpatrzeć intymne relacje między jej członkami. „Zwykłą” codzienność głowy domu czyli mężczyzny, jego żony oraz dzieci.
Parafrazując – gdzie dziennikarz nie mógł, tam dotarła baba!
I to „zwykłe” życie autorka opisała, z góry wyjaśniając we wstępie – Nie staram się być obiektywna ani dokładnie przedstawiać życia rosyjskich oligarchów. Opisuję po prostu sytuacje, jakie przeżyłam w niesamowitym świecie miliarderów oraz codzienne życie zwykłych mieszkańców Moskwy. Dlatego nie zachowała chronologii dziennika, ale luźnych, skojarzeniowych wspomnień, skupionych raczej albo wokół jednego tematu przewodniego (wiara, pozycja kobiety, homoseksualizm czy wakacje), albo rejestrowanych spostrzeżeń obserwatora otaczającej ją rzeczywistości. To ostatnie dotyczyło przede wszystkim życia zwykłych obywateli, poznawanych na przykład podczas podróży. Podkreślała przy tym to, co ją zachwyciło, wprawiło w osłupienie, zirytowało, zdziwiło, zaskoczyło lub było diametralnie różne od jej wyobrażeń lub przyzwyczajeń kulturowych.
I mnie coś zaskoczyło!
Nie bogactwo i wynikające z niego możliwości w realizowaniu kaprysów za miliony dolarów, ale proces wychowania w takim luksusie dzieci, którego celem jedynym i ostatecznym było ich poczucie szczęścia. Jedynymi zasadami, które tę pełnię szczęśliwości zakłócały, a które przez rodziców były stosowane bezwzględnie i konsekwentnie, to – heteroseksualizm, seksizm oraz maczyzm. Wszystkie wynikające z silnej homofobii rosyjskiego społeczeństwa. Dotyczyło to przede wszystkim chłopców, którzy tak, jak czteroletni Alosza, codziennie dostają lekcję męskości – W łazience ojciec poucza go: „Ochlap twarz wodą. Tak jak to robią prawdziwi mężczyźni”. Gdy szlocha, siostra przywołuje go do porządku: „Przestań płakać, jesteś mężczyzną!”. Gdy nie chce jeść owsianki, matka grzmi: „No jedz, przecież jesteś mężczyzną!”. Gdy jest ubrany w koszulkę polo, wujek zwraca mu uwagę: „Postaw kołnierzyk, jak prawdziwy mężczyzna!”. Gdy wierci się na krześle, rosyjska guwernantka beszta go: „Siedź prosto, jesteś mężczyzną!” Gdy przyjaciółka domu opuszcza ich progi, na odchodnym rzuca: „Powinieneś otwierać drzwi damom, przecież jesteś mężczyzną! A wszystko to przy jednoczesnym, nieugiętym zakazie dotykania (tym bardziej zabawy!) wszystkiego, co dziewczęce – ubrania, biżuteria czy lalki.
To ja się nie dziwię, że w Rosji płeć brzydka, by sprostać byciu prawdziwym mężczyzną, musi wzmacniać się alkoholem. Udźwignąć tę rolę, o której wszyscy dokoła przypominają i do której wychowują od pieluch, nie jest łatwo. Mam wrażenie, że w Rosji to drugi czynnik, który tak, jak śmierć, ma moc równania wszystkich w szeregu, bez względu na wysokość stanu konta bankowego.
Nawet na Rublowce!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 14 września 2014
Piękni dwudziestoletni – Marek Hłasko



Piękni dwudziestoletni – Marek Hłasko
Wydawca Agora , 2014 , 172 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Pierwsza dotarła do mnie legenda o autorze.
Cała ta aura wyprzedzająca twórczość – nietuzinkowa osobowość, kontrowersyjne zachowania, nałogi, niebagatelna sława urody, no i to, czym zawsze legenda musi się zakończyć, by mogła nią być – śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Jawił mi się we wspomnieniach wielu znających go osób. Nie wiem dlaczego, utkwiła mi w pamięci akurat maszyna do pisania, którą przed wyjazdem z Polski zostawił u Agnieszki Osieckiej. Ale to właśnie z takich okruchów powstawał w mojej świadomości jego obraz. Natykałam się też na jego nazwisko w krytycznych opracowaniach literackich. Często był porównywany do Jamesa Deana. Młodzi gniewni. Może podobni, ale na pewno różni w źródle tego gniewu. Autor stawał się dla mnie powoli wielkim nieobecnym fizycznie, ale obecnym mentalnie, a nawet duchowo. Dla wielu, w czasach PRL-u, nadal obecnym literacko, a z czasem kulturowo, bo publikowanym w naszym kraju w drugim obiegu. Wydań bez cenzury czytelnicy doczekali się dopiero w latach 90. ubiegłego wieku. Była więc legenda i była dostępność do jego twórczości. Nic tylko czytać! Niestety mam tę niedobrą tendencję do odkładania klasyki na niesprecyzowane później. A przecież, by zrozumieć nowe, trzeba mieć pojęcie o przeszłym. I właśnie takie wznowienia są dla mnie pogodzeniem zachłanności na nowości, a jednocześnie poznaniem klasyki. Chwała więc wydawcy za przypomnienie twórczość Marka Hłaski w nowym cyklu, który zapowiedział kolejnymi tytułami na odwrocie książki:

To pierwsze spotkanie z twórczością autora było dla mnie kubłem zimnej wody z lodem wylanej na głowę pełną pochłoniętych obrazów o PRL-u ukazywanym albo przez pryzmat humoru, albo poprzez szczęśliwe lata dzieciństwa. Po drugiej stronie szczęśliwości stały książki grozy czyli popularnonaukowe, opisujące rzeczywistość od strony historycznej i faktograficznej na bardzo poważnie. Ta pozycja wypełnia przestrzeń między nimi. Nie pozwala zgubić pewnej istotnej rzeczy w zalewie skrajności – tragedię młodego człowieka ze złamanym życiorysem. Człowieka, który nie oddał wprawdzie życia za ojczyznę, więc nie znajdzie zasłużonego miejsca dla bohaterów, ale też nie był dzieckiem i nie było mu do śmiechu żyć w kraju, którego nie postrzegał przez pryzmat absurdu.
Przestrzeń "pięknych dwudziestoletnich".
Młodzieży żyjącej w centrum absurdalnej rzeczywistości, która nie wzbudzała śmiechu, ale doprowadzała do rozpaczy, do depresji i w końcu do wyjazdu. Wcale niekończącego mękę duszy. To był początek tragedii życia bez kraju, w którym autor mógł pisać, ale go nie wydawano i tragedii życia na emigracji, na której go wydawano, ale nie potrafił pisać. Uważał, że realia kraju były marnowanym i niewykorzystywanym tematem przez polskich pisarzy i to one były mu niezbędną weną do tworzenia. Ten autoportret autora wkraczającego w dorosłe życie nie ma nic z rzeczywistości, z której można się pośmiać. Wyłapać absurdy i pokiwać ze zrozumieniem głową. To tragedia młodego człowieka opisującego niszczącą go rzeczywistość prosto z epicentrum apokalipsy, w której musiał codziennie odnajdywać się literacko i egzystencjalnie. W obu dziedzinach bez powodzenia. Nie zastosował żadnych środków literackich, by tę rzeczywistość skarykaturować. Ona sama w sobie taka była. Wystarczyło, że dokładnie ją odzwierciedlił, wiernie opisał z zachowaniem języka tamtych czasów: ową dziwną mieszaninę slangu, komunikatów urzędowych, języka używanego na wiecach partyjnych i na ulicy. A kiedy było się uczestnikiem takiego życia ze świadomością sytuacji bez wyjścia, głodnym niedostępnej literatury, o której opowiadanie prosił czytających w oryginale, niczym żebrak o chleb dla duszy, bez poczucia bezpieczeństwa, możliwości samostanowienia i samorozwoju oraz poczucia osaczenia przez ludzi stwarzających piekło istnienia i niemocy publikowania, kiedy mistrzem młodości nie był Hemingway ani Jerzy Andrzejewski. Był nim Tadeusz Barwiński, oficer Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, wtedy nie jest do śmiechu ani do patriotyzmu. Wtedy jest do płaczu, do smutku, zniechęcenia, apatii, depresji, nałogu i w końcu samobójstwa. Prosta droga wielu pięknych dwudziestoletnich podobnych Markowi Hłasce, o których cicho i o których nigdy się nie dowiemy, bo niczym nie wyróżniali się tak, jak autor. Ale to dzięki niemu mogę się domyślać ich istnienia i mieć świadomość zmarnowanego pokolenia. To dlatego ta swoista spowiedź bez wyrzutów sumienia za czyny popełnione, za swoje postępowanie, ocieka goryczą człowieka, który napisał – Miałem wtedy osiemnaście lat, pisząc o tym dzisiaj, nie wstydzę się tego. Niech się wstydzą ci, którzy mnie do tego zmusili. A ostatecznie do wyjazdu z kraju z piętnem człowieka literacko skończonego w wieku 24 lat! Te wspomnienia to również odpowiedź na pytanie, dlaczego opuścił kraj? Dlaczego twierdził, że nigdy go nie opuścił, chociaż mieszkał w innym kraju? To również próba oczyszczenia się z zarzutu pracy z obcymi wywiadami, pisząc – Wiedziałem rzeczywiście, że nikt nie wierzy w to, że pracuję dla wrogich Polsce wywiadów, ale jeśli wśród moich czytelników znalazł się choć jeden, który w to uwierzył – ta książka napisana jest dla niego.
Dla mnie też.
Ku przestrodze, by nie dać wciągnąć się bezkrytycznie w wir nostalgii wspomnień za absurdami PRL-u, by nie widzieć w jego rzeczywistości tylko bohaterów lub szczęśliwego dzieciństwa, by spojrzeć na niego oczami zwykłych, pięknych dwudziestoletnich, którzy chcieli góry przenosić i latać nad nimi, podziwiając swoje dzieło z wysoka, ale z podciętymi skrzydłami musieli żyć na dnie piekła ograniczeń, niemożności, uwikłania i bezsilności. Cieszę się, że w tym komunistycznym nieszczęściu dane mi było szczęście być tylko niczego nieświadomym dzieckiem. Że mój czas pięknych dwudziestoletnich przypadł na okres wolnej Polski, w której jedynym ograniczeniem moich możliwości jestem ja sama. Piękne uczucie!
Podwójnie piękne po spotkaniu z autorem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj obejrzałam bardzo ciekawy dokument, jako uzupełnienie wspomnień.
niedziela, 07 września 2014
Nigdy nie gasną – Alexandra Bracken



Nigdy nie gasną – Alexandra Bracken
Przełożyła Magdalena Krzysik
Wydawnictwo Otwarte , 2014 , 480 stron
Seria Moon Drive ; Trylogia , tom 2
Literatura amerykańska


Zakończenie części pierwszej Mroczne umysły zaskoczyło mnie i jednocześnie wprawiło w podziw dla dojrzałości emocjonalnej głównej bohaterki, szesnastoletniej Ruby, która w akcie desperacji, by ratować życie kochanego przez nią Liama i ułatwić mu dalsze funkcjonowanie na wolności bez niej (przypomnę, że oddała się w niewolę Lidze Dzieci za życie i wolność Liama), wymazała siebie z jego pamięci. Odebrała mu świadomość uczucia, jakim obdarował Ruby. Uwolniła od cierpienia, jakie niesie paląca tęsknota i życie z dala od ukochanej osoby. Zabrała mu całą miłość, jaką darzył dziewczynę. Dla mnie to był akt najwyższego poświecenia się dla dobra ukochanego i udowodnienia znaczenia wyznanych słów „kocham cię”, jednocześnie zachowując przy tym całą pamięć o Liamie i miłość do chłopaka. Może by to zrobiła, gdyby jej moc psioniczna (tak określano zdolności mentalne dzieciaków) działała również na nią. Niestety. Działała tylko na innych. Tym samym skazała się na cierpienie miłości niespełnionej. Na wieczną pamięć o chwilach szczęścia, które nigdy nie wrócą.
Była dla mnie bohaterką!
Szybko jednak zmieniłam zdanie, czytając część drugą trylogii, której poszczególne tytuły stworzą jedno, pełne zdanie. Autorka tak poprowadziła ten intymny wątek, bym jeszcze raz zastanowiła się nad nim i zaczęła wątpić w słuszność podjętej przez Ruby decyzji, ukazując jej skutki – zagubionego we własnych odczuciach Liama. Postawiła w ten sposób mnóstwo pytań, z których najważniejszym było – Czy mamy prawo podejmować decyzje za innych, bez ich wiedzy, nawet jeśli podyktowane są szlachetnymi pobudkami?
Ale to nie jedyne pytania, jakie pojawiły się w tej części.
Autorka wręcz mnie nimi zasypała, nie dając wytchnienia sumieniu i umysłowi. Zmuszając do ciągłego myślenia i rozstrzygania trudnych moralnie sytuacji. Chociażby pytaniami stawianym sobie przez cały czas przez Ruby – Czy mam prawo manipulować umysłami innych? Gdzie leży granica konieczności, a gdzie nadużywania władzy nadanej przez wyjątkowe zdolności? Czy ponadprzeciętne zdolności mentalne czynią ze mnie potwora? To z nimi borykała się i próbowała na nie odpowiedzieć nastolatka, szukając podpowiedzi wśród najbliższych czy potwierdzenia słuszności podjętych wyborów lub zaprzeczenia jej wynaturzenia, gdy zmuszona była wykorzystywać swoją moc. Ta przyjaźń i jej nieoceniona rola wśród nastolatków nawiązana i kontynuowana w części pierwszej oraz nowa, która pojawiła się w części drugiej, była bardzo podkreślana przez autorkę, jako czynnik wspierający Ruby w dążeniu do celu – zlikwidować wszystkie obozy dla dzieci. Ale nie tylko i wyłącznie. Jako drugi czynnik wprowadziła i odkryła przed nastolatkami przychylność dorosłych. Przekonała, że wśród nieprzyjaznego świata stworzonego im przez opiekunów, byli tacy, którzy ich rozumieli, stawali po ich stronie i chcieli pomóc, że ci ludzie byli czymś więcej niż tylko samotnymi płomieniami świec w morzu nieskończonej ciemności.
Próżno by szukać jednak tych pytań w tekście wyrażonych wprost. Autorka zmusiła mnie do ich samodzielnego postawienia i odpowiedzenia sobie na nie. Wręcz do polemiki z bohaterami, do oceny ich postępowania, do porównania naszych miar określania siebie, innych i otaczającego świata z wypaczonymi wartościami. I nie dawała czasu na dłuższe analizowanie. Musiałam myśleć szybko, natychmiast podejmować decyzje, bym mogła nadążyć za dynamiczną, trzymającą w napięciu akcją, której kierunek wyznaczały zachowania, postawy i wybory bohaterów. Czasami musiałam podążać za nimi wbrew sobie, czasami całkowicie się z nimi zgadzając, a czasami z ulgą, że to nie ja musiałam wybierać i decydować o zdrowiu, życiu i śmierci innych. A to one, czy tego chciałam, czy nie, decydowały o rozwoju dalszych wydarzeń. Powiedzieć przygoda o akcji powieści byłoby mocnym niedopowiedzeniem. To sensacja, w której giną ludzie, a momentami thriller, ale i powieść grozy, kojarzące mi się z mentalnością społeczną dzieci z Władcy much Williama Goldinga. Potęgowane przez plastyczne opisy rozgrywających się scen, w których ciemność, duszący pył lub dym, macki strachu przebiegające po linii kręgosłupa, żar ognia czy ból odnoszonych ran były i moim udziałem.
Były też tajemnice.
Nie tylko sekret ukrywany przed Liamem o jego przeszłości z Ruby, ale i skrywane przez innych bohaterów. Odkrywane powoli wyjaśniały motywy postępowania postaci, ale i wzbudzały podejrzenia dotyczące przyczyn zaistnienia choroby OMNI, które stawiały kolejne pytania. Tym razem wprost przez Ruby – ...jeśli to wirus albo choroba, to jakim cudem występuje niemal wyłącznie w Stanach? Albo co odróżnia ciebie i mnie od dzieci, które zmarły?
Celne pytania. Celne i burzące spokój.

I to jeszcze jak! Tym bardziej, że ten wątek nie został rozwinięty i tak sobie podejrzewam, że pojawi się w ostatniej części. Nie zdziwię się, jeśli to znowu nas, dorosłych autorka obarczy za wszystkie nieszczęścia. Ale też przypuszczam, po co to zrobi (jeśli to zrobi!) - by pokazać młodzieży, do czego doprowadza wypaczanie wartości, za które warto walczyć. Niekoniecznie w powieściach. Również na co dzień. Co czasami jest trudniejsze niż w świecie fikcji. Ale jeśli dobrze się przyjrzeć fabule i odrzucić jej fikcyjne elementy, to zostanie w niej rzeczywistość wcale tak bardzo nieróżniąca się od tej realnej.
I to jest siła historii Ruby, z której nastolatkowie mogą czerpać siły do życia tu i teraz.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zapraszam do zabawy, w której można wygrać powyższą książkę ufundowaną przez Wydawnictwo Otwarte. Pytanie konkursowe jest bardzo proste:

Jakim kolorem chciałbyś/chciałabyś być?

Na odpowiedzi umieszczone w komentarzach czekam do 19 września 2014 roku, do północy.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 68
| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w październiku w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (636)
Mój top czytanych w 2013
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi