Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 14 września 2014
Piękni dwudziestoletni – Marek Hłasko



Piękni dwudziestoletni – Marek Hłasko
Wydawca Agora , 2014 , 172 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Pierwsza dotarła do mnie legenda o autorze.
Cała ta aura wyprzedzająca twórczość – nietuzinkowa osobowość, kontrowersyjne zachowania, nałogi, niebagatelna sława urody, no i to, czym zawsze legenda musi się zakończyć, by mogła nią być – śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Jawił mi się we wspomnieniach wielu znających go osób. Nie wiem dlaczego, utkwiła mi w pamięci akurat maszyna do pisania, którą przed wyjazdem z Polski zostawił u Agnieszki Osieckiej. Ale to właśnie z takich okruchów powstawał w mojej świadomości jego obraz. Natykałam się też na jego nazwisko w krytycznych opracowaniach literackich. Często był porównywany do Jamesa Deana. Młodzi gniewni. Może podobni, ale na pewno różni w źródle tego gniewu. Autor stawał się dla mnie powoli wielkim nieobecnym fizycznie, ale obecnym mentalnie, a nawet duchowo. Dla wielu, w czasach PRL-u, nadal obecnym literacko, a z czasem kulturowo, bo publikowanym w naszym kraju w drugim obiegu. Wydań bez cenzury czytelnicy doczekali się dopiero w latach 90. ubiegłego wieku. Była więc legenda i była dostępność do jego twórczości. Nic tylko czytać! Niestety mam tę niedobrą tendencję do odkładania klasyki na niesprecyzowane później. A przecież, by zrozumieć nowe, trzeba mieć pojęcie o przeszłym. I właśnie takie wznowienia są dla mnie pogodzeniem zachłanności na nowości, a jednocześnie poznaniem klasyki. Chwała więc wydawcy za przypomnienie twórczość Marka Hłaski w nowym cyklu, który zapowiedział kolejnymi tytułami na odwrocie książki:

To pierwsze spotkanie z twórczością autora było dla mnie kubłem zimnej wody z lodem wylanej na głowę pełną pochłoniętych obrazów o PRL-u ukazywanym albo przez pryzmat humoru, albo poprzez szczęśliwe lata dzieciństwa. Po drugiej stronie szczęśliwości stały książki grozy czyli popularnonaukowe, opisujące rzeczywistość od strony historycznej i faktograficznej na bardzo poważnie. Ta pozycja wypełnia przestrzeń między nimi. Nie pozwala zgubić pewnej istotnej rzeczy w zalewie skrajności – tragedię młodego człowieka ze złamanym życiorysem. Człowieka, który nie oddał wprawdzie życia za ojczyznę, więc nie znajdzie zasłużonego miejsca dla bohaterów, ale też nie był dzieckiem i nie było mu do śmiechu żyć w kraju, którego nie postrzegał przez pryzmat absurdu.
Przestrzeń "pięknych dwudziestoletnich".
Młodzieży żyjącej w centrum absurdalnej rzeczywistości, która nie wzbudzała śmiechu, ale doprowadzała do rozpaczy, do depresji i w końcu do wyjazdu. Wcale niekończącego mękę duszy. To był początek tragedii życia bez kraju, w którym autor mógł pisać, ale go nie wydawano i tragedii życia na emigracji, na której go wydawano, ale nie potrafił pisać. Uważał, że realia kraju były marnowanym i niewykorzystywanym tematem przez polskich pisarzy i to one były mu niezbędną weną do tworzenia. Ten autoportret autora wkraczającego w dorosłe życie nie ma nic z rzeczywistości, z której można się pośmiać. Wyłapać absurdy i pokiwać ze zrozumieniem głową. To tragedia młodego człowieka opisującego niszczącą go rzeczywistość prosto z epicentrum apokalipsy, w której musiał codziennie odnajdywać się literacko i egzystencjalnie. W obu dziedzinach bez powodzenia. Nie zastosował żadnych środków literackich, by tę rzeczywistość skarykaturować. Ona sama w sobie taka była. Wystarczyło, że dokładnie ją odzwierciedlił, wiernie opisał z zachowaniem języka tamtych czasów: ową dziwną mieszaninę slangu, komunikatów urzędowych, języka używanego na wiecach partyjnych i na ulicy. A kiedy było się uczestnikiem takiego życia ze świadomością sytuacji bez wyjścia, głodnym niedostępnej literatury, o której opowiadanie prosił czytających w oryginale, niczym żebrak o chleb dla duszy, bez poczucia bezpieczeństwa, możliwości samostanowienia i samorozwoju oraz poczucia osaczenia przez ludzi stwarzających piekło istnienia i niemocy publikowania, kiedy mistrzem młodości nie był Hemingway ani Jerzy Andrzejewski. Był nim Tadeusz Barwiński, oficer Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, wtedy nie jest do śmiechu ani do patriotyzmu. Wtedy jest do płaczu, do smutku, zniechęcenia, apatii, depresji, nałogu i w końcu samobójstwa. Prosta droga wielu pięknych dwudziestoletnich podobnych Markowi Hłasce, o których cicho i o których nigdy się nie dowiemy, bo niczym nie wyróżniali się tak, jak autor. Ale to dzięki niemu mogę się domyślać ich istnienia i mieć świadomość zmarnowanego pokolenia. To dlatego ta swoista spowiedź bez wyrzutów sumienia za czyny popełnione, za swoje postępowanie, ocieka goryczą człowieka, który napisał – Miałem wtedy osiemnaście lat, pisząc o tym dzisiaj, nie wstydzę się tego. Niech się wstydzą ci, którzy mnie do tego zmusili. A ostatecznie do wyjazdu z kraju z piętnem człowieka literacko skończonego w wieku 24 lat! Te wspomnienia to również odpowiedź na pytanie, dlaczego opuścił kraj? Dlaczego twierdził, że nigdy go nie opuścił, chociaż mieszkał w innym kraju? To również próba oczyszczenia się z zarzutu pracy z obcymi wywiadami, pisząc – Wiedziałem rzeczywiście, że nikt nie wierzy w to, że pracuję dla wrogich Polsce wywiadów, ale jeśli wśród moich czytelników znalazł się choć jeden, który w to uwierzył – ta książka napisana jest dla niego.
Dla mnie też.
Ku przestrodze, by nie dać wciągnąć się bezkrytycznie w wir nostalgii wspomnień za absurdami PRL-u, by nie widzieć w jego rzeczywistości tylko bohaterów lub szczęśliwego dzieciństwa, by spojrzeć na niego oczami zwykłych, pięknych dwudziestoletnich, którzy chcieli góry przenosić i latać nad nimi, podziwiając swoje dzieło z wysoka, ale z podciętymi skrzydłami musieli żyć na dnie piekła ograniczeń, niemożności, uwikłania i bezsilności. Cieszę się, że w tym komunistycznym nieszczęściu dane mi było szczęście być tylko niczego nieświadomym dzieckiem. Że mój czas pięknych dwudziestoletnich przypadł na okres wolnej Polski, w której jedynym ograniczeniem moich możliwości jestem ja sama. Piękne uczucie!
Podwójnie piękne po spotkaniu z autorem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj obejrzałam bardzo ciekawy dokument, jako uzupełnienie wspomnień.
niedziela, 07 września 2014
Nigdy nie gasną – Alexandra Bracken



Nigdy nie gasną – Alexandra Bracken
Przełożyła Magdalena Krzysik
Wydawnictwo Otwarte , 2014 , 480 stron
Seria Moon Drive ; Trylogia , tom 2
Literatura amerykańska


Zakończenie części pierwszej Mroczne umysły zaskoczyło mnie i jednocześnie wprawiło w podziw dla dojrzałości emocjonalnej głównej bohaterki, szesnastoletniej Ruby, która w akcie desperacji, by ratować życie kochanego przez nią Liama i ułatwić mu dalsze funkcjonowanie na wolności bez niej (przypomnę, że oddała się w niewolę Lidze Dzieci za życie i wolność Liama), wymazała siebie z jego pamięci. Odebrała mu świadomość uczucia, jakim obdarował Ruby. Uwolniła od cierpienia, jakie niesie paląca tęsknota i życie z dala od ukochanej osoby. Zabrała mu całą miłość, jaką darzył dziewczynę. Dla mnie to był akt najwyższego poświecenia się dla dobra ukochanego i udowodnienia znaczenia wyznanych słów „kocham cię”, jednocześnie zachowując przy tym całą pamięć o Liamie i miłość do chłopaka. Może by to zrobiła, gdyby jej moc psioniczna (tak określano zdolności mentalne dzieciaków) działała również na nią. Niestety. Działała tylko na innych. Tym samym skazała się na cierpienie miłości niespełnionej. Na wieczną pamięć o chwilach szczęścia, które nigdy nie wrócą.
Była dla mnie bohaterką!
Szybko jednak zmieniłam zdanie, czytając część drugą trylogii, której poszczególne tytuły stworzą jedno, pełne zdanie. Autorka tak poprowadziła ten intymny wątek, bym jeszcze raz zastanowiła się nad nim i zaczęła wątpić w słuszność podjętej przez Ruby decyzji, ukazując jej skutki – zagubionego we własnych odczuciach Liama. Postawiła w ten sposób mnóstwo pytań, z których najważniejszym było – Czy mamy prawo podejmować decyzje za innych, bez ich wiedzy, nawet jeśli podyktowane są szlachetnymi pobudkami?
Ale to nie jedyne pytania, jakie pojawiły się w tej części.
Autorka wręcz mnie nimi zasypała, nie dając wytchnienia sumieniu i umysłowi. Zmuszając do ciągłego myślenia i rozstrzygania trudnych moralnie sytuacji. Chociażby pytaniami stawianym sobie przez cały czas przez Ruby – Czy mam prawo manipulować umysłami innych? Gdzie leży granica konieczności, a gdzie nadużywania władzy nadanej przez wyjątkowe zdolności? Czy ponadprzeciętne zdolności mentalne czynią ze mnie potwora? To z nimi borykała się i próbowała na nie odpowiedzieć nastolatka, szukając podpowiedzi wśród najbliższych czy potwierdzenia słuszności podjętych wyborów lub zaprzeczenia jej wynaturzenia, gdy zmuszona była wykorzystywać swoją moc. Ta przyjaźń i jej nieoceniona rola wśród nastolatków nawiązana i kontynuowana w części pierwszej oraz nowa, która pojawiła się w części drugiej, była bardzo podkreślana przez autorkę, jako czynnik wspierający Ruby w dążeniu do celu – zlikwidować wszystkie obozy dla dzieci. Ale nie tylko i wyłącznie. Jako drugi czynnik wprowadziła i odkryła przed nastolatkami przychylność dorosłych. Przekonała, że wśród nieprzyjaznego świata stworzonego im przez opiekunów, byli tacy, którzy ich rozumieli, stawali po ich stronie i chcieli pomóc, że ci ludzie byli czymś więcej niż tylko samotnymi płomieniami świec w morzu nieskończonej ciemności.
Próżno by szukać jednak tych pytań w tekście wyrażonych wprost. Autorka zmusiła mnie do ich samodzielnego postawienia i odpowiedzenia sobie na nie. Wręcz do polemiki z bohaterami, do oceny ich postępowania, do porównania naszych miar określania siebie, innych i otaczającego świata z wypaczonymi wartościami. I nie dawała czasu na dłuższe analizowanie. Musiałam myśleć szybko, natychmiast podejmować decyzje, bym mogła nadążyć za dynamiczną, trzymającą w napięciu akcją, której kierunek wyznaczały zachowania, postawy i wybory bohaterów. Czasami musiałam podążać za nimi wbrew sobie, czasami całkowicie się z nimi zgadzając, a czasami z ulgą, że to nie ja musiałam wybierać i decydować o zdrowiu, życiu i śmierci innych. A to one, czy tego chciałam, czy nie, decydowały o rozwoju dalszych wydarzeń. Powiedzieć przygoda o akcji powieści byłoby mocnym niedopowiedzeniem. To sensacja, w której giną ludzie, a momentami thriller, ale i powieść grozy, kojarzące mi się z mentalnością społeczną dzieci z Władcy much Williama Goldinga. Potęgowane przez plastyczne opisy rozgrywających się scen, w których ciemność, duszący pył lub dym, macki strachu przebiegające po linii kręgosłupa, żar ognia czy ból odnoszonych ran były i moim udziałem.
Były też tajemnice.
Nie tylko sekret ukrywany przed Liamem o jego przeszłości z Ruby, ale i skrywane przez innych bohaterów. Odkrywane powoli wyjaśniały motywy postępowania postaci, ale i wzbudzały podejrzenia dotyczące przyczyn zaistnienia choroby OMNI, które stawiały kolejne pytania. Tym razem wprost przez Ruby – ...jeśli to wirus albo choroba, to jakim cudem występuje niemal wyłącznie w Stanach? Albo co odróżnia ciebie i mnie od dzieci, które zmarły?
Celne pytania. Celne i burzące spokój.

I to jeszcze jak! Tym bardziej, że ten wątek nie został rozwinięty i tak sobie podejrzewam, że pojawi się w ostatniej części. Nie zdziwię się, jeśli to znowu nas, dorosłych autorka obarczy za wszystkie nieszczęścia. Ale też przypuszczam, po co to zrobi (jeśli to zrobi!) - by pokazać młodzieży, do czego doprowadza wypaczanie wartości, za które warto walczyć. Niekoniecznie w powieściach. Również na co dzień. Co czasami jest trudniejsze niż w świecie fikcji. Ale jeśli dobrze się przyjrzeć fabule i odrzucić jej fikcyjne elementy, to zostanie w niej rzeczywistość wcale tak bardzo nieróżniąca się od tej realnej.
I to jest siła historii Ruby, z której nastolatkowie mogą czerpać siły do życia tu i teraz.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zapraszam do zabawy, w której można wygrać powyższą książkę ufundowaną przez Wydawnictwo Otwarte. Pytanie konkursowe jest bardzo proste:

Jakim kolorem chciałbyś/chciałabyś być?

Na odpowiedzi umieszczone w komentarzach czekam do 19 września 2014 roku, do północy.
wtorek, 02 września 2014
Walizki hipochondryka – Mariusz Sieniewicz



Walizki hipochondryka – Mariusz Sieniewicz
Wydawnictwo Znak , 2014 , 269 stron
Literatura polska


Stylem przekazu autora zachwyciłam się jakiś czas temu, czytając zbiór opowiadań Żydówek nie obsługujemy. To było to, czego szukałam - krytyczny głos młodego pokolenia, z którym mogłam się utożsamić. Natychmiast dodałam go do listy "młodych gniewnych”, jak ją nazywałam nieformalnie. A potem, i tutaj biję się w piersi, zapomniałam o autorze, a może w zalewie nowości nie natknęłam się na jego nazwisko? A zdążył wydać w tym czasie ho, ho, a może więcej tytułów. Dlatego po ten najnowszy sięgnęłam z ogromną chęcią, ale i niepewnością, czy odnajdę go takim, jakim zapamiętałam? Czy czas nie stępił jego zmysłu obserwacji i pazura sarkazmu?
Już pierwsze zdania przekonały mnie, że będzie dobrze!
Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam i na co się nastawiłam. A nawet więcej! Ale o tej niespodziance napiszę na końcu, bo nie ona jest najważniejsza w tej opowieści, chociaż odgrywa rolę ją inicjującą. Historię Emila Śledziennika, około czterdziestoletniego pisarza, permanentnego hipochondryka odkąd sięgał pamięcią, którego przy życiu trzymały choroby leczone na własną rękę do momentu pojawienia się konieczności leczenia operacyjnego. Tego sam sobie zrobić nie mógł. Emil musiał pójść do szpitala. A nie ma nic piękniejszego niż hipochondryk w miejscu przeznaczonym tylko dla chorych. Przytargał do niego cały swój bagaż życiowy zapakowany, poukładany i posegregowany w walizki tworzące Mont Everest jego osobistego, indywidualnego losu. Ale tkwiło w nich coś jeszcze, coś, co razem z obietnicami kolejnych podróży, stanowi „walizkową duszę przemieszczeń”. Leżąc w sali chorych z nadmiaru czasu idealnego do rozmyślań, dawaj wyciągać, wykładać, wywlekać po kolei ich zawartość. Historie, wydarzenia, losy i wspomnienia w nich ukryte z okresu dzieciństwa, dorastania i dorosłości. Swój monolog konfesyjny, swoisty rachunek sumienia rozliczający z dotychczasowym życiem, kierował do kobiety swojego życia. Cudownej kapłanki, galaktycznego piecyka, jaśniejącej latarenki, kocicy iskrowłosej, napoleonki heroinowej, której nadawane nazwy brzmiały niczym litania odmawiana na kolanach w głębokim pokłonie. Był dla niej wszystkim i niczym. Ale jednocześnie do tej przeszłości skrupulatnie dodawał wydarzenia szpitalne, pakując je do walizki teraźniejszości, bo choroba – chorobą, stolec – stolcem, nieważne, rzadki czy zwarty, ale w gruncie rzeczy chodzi o życie, które samo w sobie boli najbardziej. Ono jest największym wyzwaniem... Te swoje obserwacje wyszeptywał, wybłagiwał i wykrzykiwał do kobiety w poddańczo-proszalno-pokornym uwielbieniu, bawiąc mnie i rozśmieszając inteligentnym humorem, celnym absurdem, smutnym sarkazmem, bolesną ironią, przerażającą groteską i wprawiając w dobry nastrój, aż do sceny przypominającej chocholi taniec z Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Chciało mi się zakrzyknąć do tego upiornego korowodu pacjentów, personelu medycznego i pracowników obsługi parafrazą znanego cytatu – Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno dren!
I w tym momencie powiało grozą!
Bo w tym momencie zauważyłam, że przeglądam walizkę przypominającą puszkę Pandory z wadami polskiego społeczeństwa. Autor nie zostawił suchej nitki na narodzie. Dostało się wszystkim w ogóle i w pojedynkę, z odwołaniami do znanych wydarzeń politycznych (Smoleńsk), społecznych (samotność), kulturalnych i religijnych. Brał pod lupę każdą przywarę i bez znieczulenia dyplomatycznego oraz łagodzących eufemizmów, w ostrych słowach skalpela stawiał diagnozę – Nie ma nic bardziej groteskowego niż najebany naród, bełkocący coś o abstynencji. Przypominamy pijaka, który zapomniał, że dał sobie wszyć esperal, i teraz gorzko tego żałuje. I w ten dosłowny i metaforyczny sposób, po kolei, przebierał boleśnie po narodowym kręgosłupie wypaczonych wartości, dźgając krytyką w te najbardziej wystające kręgi. A ponieważ czynił to z humorem noir wywoływał uśmiech przez łzy, ukazując dwie Polski. Jej starą odmianę, boleściwą, męczeńską, kaleką o wampirycznych skłonnościach na wózku inwalidzkim, o której się mówi – A fuj Polska!, be Polska, be!, niedobra, zacofana, kłótliwa. I ta druga Polska Polaków dookreślonych kresowością i katolicyzmem, których świat należy nadal do XX wieku i którzy sami przybrali formę istnienia archaiczną, migotliwą i przetrwalnikową, po to, by tylko użalać się i zrzędzić. To ich typowym przedstawicielem był Emil Śledziennik mówiący – O nie! Ja nie użalam się, ja zrzędzę. Zrzędzę bezczelnie, zrzędzę rozpustnie i jest mi z tym dobrze! W zrzędzeniu znajduje siły, by trwać.
Po takich spostrzeżeniach wniosek nasuwał się sam – przyszły obraz Polski należy do najmłodszego pokolenia, wolnego od męczeństwa jednej i marazmu drugiej. I tutaj narrator nie jest optymistą, bo jaka ona będzie, skoro młodzi upodobali sobie rzeczywistość wirtualną, która jest bardziej rzeczywista niż świat zewnętrzny, a logowanie się w Internecie po dzienną porcję żeru niczym wrona na wysypisku globalnej wioski, wydziobująca kąski skarlałych słów, cybernetyczne plewy nieistotności, by zaśmiecać umysł megabajtami fotek, krótkich anonsów, memów i leadów, masochistycznie łykając placebo pustych znaczeń?
Wieje grozą ponownie i jeszcze bardziej!
Czuję, że w dużej mierze powieść została zainicjowana własną biografią. Wiele w niej wątków biograficznych wspólnych dla pokolenia autora, w tym i moich, które wydarzyły się naprawdę – czas komuny i przemian ustrojowych, które ukształtowały pokolenie autora na podobieństwo Emila Śledziennika. Przejrzałam się w krzywym zwierciadle powieści i nie spodobał mi się odbity w nim wizerunek. A najsmutniejsze w nim było to, że przyznaję rację autorowi, że dokładnie tak jest i wreszcie, że jest moim głosem. Wtóruję mu ile sił w strunach, chociaż z bólem w sercu – jesteśmy pokoleniem życiowych hipochondryków! To ostatnie powinnam napisać dużymi litrami, ale krzyczeć nie będę, chociaż... dlaczego nie?
JESTEŚMY POKOLENIEM ŻYCIOWYCH HIPOCHONDRYKÓW!
Mieli Polacy epoki Młodej Polski swojego Wyspiańskiego, mamy i my, współcześni, swojego Sieniewicza.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Mimo że autor dramatów nie pisze, jak Stanisław Wyspiański, to jego proza jest przenoszona na deski teatru nagminnie. Tej najnowszej jego powieści wróżę podobny los, widząc w roli głównego bohatera, Artura Barcisia.
sobota, 30 sierpnia 2014
Mroczne umysły – Alexandra Bracken



Mroczne umysły – Alexandra Bracken
Przełożyła Maria Borzobohata-Sawicka
Wydawnictwo Otwarte , 2014 , 450 stron
Seria Moon Drive ; Trylogia , tom 1
Literatura amerykańska


Ale się cieszę!
Mam super powieść dla mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. Dokładnie taką, jaką lubi i o jaką najczęściej pyta się. Z doświadczenia wiem, że musi zawierać kilka niezbędnych elementów, których wymaga, by spodobała się.
Po pierwsze musi być romantyczna miłość – to w przypadku dziewczyn. Chłopcy, jeśli pytają o taki wątek, to od razu sięgają po książki z mocnej półki Greya i jemu podobne. W przypadku nastolatek, zazwyczaj, ale nie zawsze, wybór powieści jest uzależniony od wątku miłosnego rozbudowanego w części rozpoznawczo-zapoznawczej czyli emocjonalnej gry wstępnej. I on tutaj jest w całej swojej rozciągłości. Dobre słowo rozciągłość, bo napięcie między główną bohaterką, szesnastoletnią Ruby a Liamem, faktycznie rozciąga się niemiłosiernie przyjemnie od momentu burzliwego spotkania aż do zaskakującego i rozdzierającego serce punktu kulminacyjnego kończącego opowieść. A po drodze było narastające napięcie, rodząca się miłość, pociągająca konkurencja o względy Ruby i wszystko to, co dziewczyny lubią najbardziej.
Po drugie musi być dynamiczna akcja. Ale nie jakaś tam sobie akcja, tylko wciągająca po uszy i każąca zapomnieć o świecie zewnętrznym – jak określają ją nastolatkowie i w tym wymaganym punkcie obopólnie zgodni. I tutaj najbardziej będą zadowoleni chłopcy, bo powiedzieć akcja to za mało. To totalna loteria życia i śmierci w ciągłej ucieczce przed pościgiem dorosłych tropiących uciekinierów, jak myśliwi. I tak też nastoletni bohaterowie są tutaj traktowani - jak zwierzyna łowna.

Po takich pomarańczowych ulotkach rozdawanych rodzicom można się przestraszyć i oddać własne dziecko do obozu, wierząc propagandowym przekazom władzy i nie mając pojęcia, jakim eksperymentom aż po eksterminację są poddawane ich dzieci.
Po trzecie miejsce akcji musi być kontrastowe w stosunku do tego za najbliższym oknem. Najlepiej ekstremalne, zupełnie nieznane i budzące ciekawość od pierwszego zdania. A w tej powieści dostarcza tego świat dystopii, którego historię powstania i zasady po prostu się chłonie. A najciekawiej jest wtedy, gdy bohaterowie są w centrum uwagi. Tutaj czynnikiem ich wyróżniającym jest choroba, którą dorośli nazwali ostrą młodzieńczą neurodegeneracją idiopatyczną, w skrócie OMNI. Stawkę atrakcyjności podbijała jej śmiertelność i gradacja zdolności mentalnych oznaczonych kolorami – zielonym, niebieskim, żółtym, czerwonym i pomarańczowym. Ci ostatni byli najbardziej niebezpieczni, a zarazem najbardziej pożądani przez dorosłych, którzy nie tyle lękali się o dzieci, które mogły umrzeć. Nie martwili się pustką, którą miały po sobie pozostawić. Oni bali się nas - tych którzy przeżyli – odkrywała z czasem główna bohaterka. Pomarańczową była Ruby, która, aby przeżyć, udawała zieloną. Ale, jak to bywa w dynamicznych powieściach, do czasu.
Po czwarte bohaterowie muszą być na tyle bliscy i podobni do młodego czytelnika, by mógł się z nimi utożsamiać lub identyfikować. I to realne podobieństwo emocjonalne występuje tutaj pomimo fikcyjnej fabuły, bo wprawdzie współczesny nastolatek nie posiądzie ponadprzeciętnych zdolności mentalnych, ale w całe psychiczne zaplecze osobowości, jakie rozgrywa się w sercach, duszach i umysłach bohaterów, jak najbardziej jest wyposażony - bunt przeciw kontrolowaniu przez dorosłych, przeciw narzucaniu norm i zasad, tęsknota za normalnością w świecie chaosu, poczucie zagubienia w budzących lęk realiach, nieufność wobec dorosłych skupionych na własnych egoistycznych celach, niezgoda na zabijanie marzeń, „dżungla” przetrwania w świecie rówieśników, niezrozumienie siebie, zmian i reakcji zachodzących w okresie dojrzewania, poczucie winy z powodu nieświadomego ranienia innych i odmienność (różnie pojmowaną i bardzo pojemną znaczeniowo), którą potrafi zrozumieć tylko drugi nastolatek, przechodzący przez to samo.
Po piąte musi być warstwa „mądrości”, która tłumaczy życie, a którą wprost uwielbiam, bo czyni z powieści historię z przesłaniem. Ale, uwaga! Mądry pisarz sprytnie ukryje ją „między wierszami”. I tutaj jest ona zakamuflowana wzorcowo. Są więc rozmyślania o śmierci, pociągającej władzy, wartościach, o które warto walczyć, sensie życia, pragnieniu poczucia bezpieczeństwa, umiejętności dokonywania trudnych wyborów włącznie z postawą samopoświęcenia się dla dobra innych i wiele, wiele innych zagadnień trapiących nastolatków.
Po szóste i ostatnie opowieść musi się skończyć w najmniej oczekiwanym momencie, zmuszającym do sięgnięcia po część następną. I to tutaj również jest, a nawet więcej, bo cała trylogia.
I dlatego się cieszę, bo wiem, że mam kolejny przebój czytelniczy, do którego ustawią się kolejki.

A przede mną druga część przygód Ruby w nieprzyjaznym świecie dorosłych, o której niebawem napiszę. Ale nie tylko. Będę miała do oddania jeden egzemplarz powyższej książki.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj obejrzałam trailer książki.
środa, 27 sierpnia 2014
Moja wojna – Waldemar Skrzypczak, Michał Majewski, Paweł Reszka



Moja wojna – Waldemar Skrzypczak, Michał Majewski, Paweł Reszka
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 302 strony
Literatura polska


Zaniepokojona sytuacją na Ukrainie, zapytałam znajomego żołnierza, co sądzi na ten temat i gdzie w tym wszystkim jest Polska? W odpowiedzi podsunął mi tę pozycję. Dla niego wyjątkową, bo jej bohater jest dla niego ogromnym autorytetem, a także dlatego, że imiennie jest mu zadedykowana osobistym wpisem.
Miałam nadzieję, że generał mnie uspokoi. Niestety. Po lekturze byłam jeszcze bardziej zaniepokojona, ale wolę gorzką prawdę niż słodkie kłamstwa. I może dlatego nie ma lepszej pozycji w swojej szczerości i krytyce w obecnie niespokojnym czasie niż ta. Sam tytuł, pomimo że jest biografią i autobiografią jednocześnie, sugeruje dominującą tematykę. To ona determinowała życie, los i karierę zawodową generała, które były pretekstem do opisania zmieniającej się sytuacji panującej w polskim wojsku od lat 70. po czasy współczesne. Ale to też wojna personalna, wewnętrzna z mechanizmem systemu promowania ludzi nieodpowiednich na kluczowe, strategiczne stanowiska w hierarchii wojskowej, skutkującemu poważnymi konsekwencjami w obronności kraju i bezpieczeństwie żołnierzy na misjach. I podaje, wręcz mnoży, przykłady wraz z nazwiskami defiladowych generałów. Wnioski były nie tyle smutne, co porażające. Kolejna wojna generała to niezgoda na wszechobecny, silny wpływ polityków na zarządzanie armią, dla których liczyło się nie jej dobro, ale własne, osobiste cele – władza i wpływy. Słuchając jego wypowiedzi na ten temat miałam wrażenie déjà vu. Powielał dokładnie te same uwagi i spostrzeżenia co rotmistrz Witold Pilecki. Wniosek nasuwał mi się sam – od przedwojnia, wojny i powojnia w tym zakresie nic się nie zmieniło. Co gorsza, gorzka i bardzo bolesna przeszłość niczego nas nie nauczyła. W razie „godziny W” czeka nas powtórka z września 1939 roku. Trudne do pojęcia, ale prawdziwe!
Na tle tych wojen wewnętrznych i osobistych generała najbardziej zaciekawiła mnie ta dosłowna – w Iraku i Afganistanie. Działanie wojska polskiego na misji widziane z najwyższego szczebla, strategia działań bojowych i specyfika stresu odpowiedzialności za podwładnych.
To na wskroś wojskowa książka. Jej charakter wyraża się nawet w grafice. Dominująca zieleń z militarnymi zdjeciami

i orzełek na każdej stronie.

A sama treść przesycona pasją żołnierza z rodzinną tradycją wojskową i z powołania, który, mam wrażenie, wygrywał bitwy, ale przegrał wojnę o stan wojska polskiego, jego niezależność od osób z zewnątrz, a w konsekwencji jego gotowość bojową. Poddał się, wręcz został do tego zmuszony, przechodząc w stan cywilny na znak protestu wobec biurokratycznych procedur, urzędników wojskowych, którzy front widzieli w filmie "9 kompania" (polecam, świetny!), przełożonych, którzy słuchają doradców mających mgliste pojęcie o szkoleniu i tkwią w schematach z lat 70. i 80., przedkładania celów mniej istotnych nad cele operacyjne w czasie wojennym oraz uzależnienia wojska od polityków i ich decyzji. Dowiadując się o tej dymisji, czułam bezsilny żal, bo to jeden z najinteligentniejszych, najzdolniejszych, perspektywicznie i kontekstowo patrzący w przyszłość, odporny na blichtr generał jakiego mieliśmy. Do dzisiaj (obok gen. Romana Polko) jest nieformalnym ekspertem dla mediów, które bardzo często proszą go o wypowiedzi na tematy wojskowe. Nie zdziwiła mnie jego wypowiedź dla Wprost, która właściwie jest kwintesencją myśli zawartej w tej książce. Ona sama nie powstałaby, gdyby nie dziennikarze Rzeczpospolitej, którzy tuż po dymisji poprosili go o wywiad. Rozmowa była tak ciekawa, a rozmówca komunikatywny, rzeczowy, szczery i jednocześnie pełen ironicznego dystansu, że padła propozycja utrwalenia jego barwnych, ciekawych, zawierających sporą dawkę najnowszej historii Polski, wspomnień. To dlatego teksty dziennikarzy przeplatają się w niej i uzupełniają wzajemnie z tekstami bohatera wywiadu wyróżnionych kursywą i wyraźnie zaakcentowanym tytułem:

Między nimi autorzy wprowadzili dodatkowe informacje, w postaci krótkich, oddzielonych notek, wyjaśniających zagadnienia polityczne, historyczne lub techniczne, o których mogłabym ewentualnie nie wiedzieć. Dzięki temu zabiegowi całość przekazu była dla mnie bardzo czytelna i logiczna. Przy okazji powtórzyłam sobie najnowszą historię Polski, ale widzianą oczami młodego żołnierza i jego ojca (też żołnierza) stojących naprzeciwko strajkujących cywilów. Zobaczyłam wydarzenia z lat 70. i 80. z pozycji władzy i siły wykorzystywanej do tłumienia strajków. To one, opowiadane z ogromną dawka emocji, nadawały sensacyjny ton z mało znanymi szerszemu ogółowi wątkami – ciekawe spojrzenie na postawę Ryszarda Kuklińskiego, plan i przygotowania do III wojny światowej w czasach PRL-u, procedury awansów i podejmowania kluczowych decyzji na wysokich szczeblach hierarchii wojskowej czy kulisy misji pokojowych. I gdyby nie poczucie humoru, mnóstwo żartów, anegdot, sytuacji dwuznacznych sypanych jak z rękawa przez generała, wiałoby grozą z tej książki. Bo co można pomyśleć po takiej serii pytań – Czy ludzie, którzy boją się polityków, będą w stanie nie bać się przeciwnika na polu walki? Czy będą w stanie dowodzić odpowiedzialnie w warunkach bojowych? Odpowiedź brzmi – nie będą! A potem dodaje – Na szczęście na razie to widać tylko na ćwiczeniach. A ja się pytam, jak długo jeszcze będziemy, w tak ważnych sprawach, zawierzać szczęściu, które na pstrym koniu jeździ?
I jak tu być spokojnym?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 22 sierpnia 2014
W garnku kultury – red. Aleksandra Drzał-Sierocka



W garnku kultury: rozważania nad jedzeniem w przestrzeni społeczno-kulturowej – red. Aleksandra Drzał-Sierocka
Wydawnictwo Naukowe Katedra , 2014 , 253 strony
Seria Kontinuum
Literatura polska


Jesteś tym, co jesz!
Ten slogan związany z jedzeniem, nigdy nie był dla mnie sloganem, ale wyrocznią, określającą człowieka i jego nawyki żywieniowe. Nie zastanawiałam się i nie uświadamiałam sobie jego wąskiego zakresu spojrzenia ograniczającego się przede wszystkim do sfery organicznej, fizycznej.
A przecież nie tylko z ciała składa się człowiek!
Są jeszcze aspekty psychologiczne, filozoficzne, etyczne, społeczne czy kulturowe. I właśnie rozważania o jedzeniu w kontekście tych płaszczyzn zawiera ta pozycja, której publikację zawdzięczam dyskusji, jaka towarzyszyła konferencji (Po)wolne jedzenie. Slow food, weganizm i inne ruchy żywieniowe w przestrzeni kulturowej XXI wieku. To na niej okazało się, że rozmowy o jedzeniu mogą być burzliwe, bo mówiąc o tym, co jemy (lub czego nie jemy) , wyrażamy jednocześnie nasz światopogląd, zainteresowania, przyzwyczajenia, czyli szeroko rozumianą tożsamość. A przy okazji dyskusji przeżyłam horror, ale o tym napiszę na zakończenie moich rozmyślań. Pomysłodawczyni publikacji traktująca jedzenie holistycznie, biorąc na siebie rolę redaktorki, zebrała rozważania, eseje i wyniki prac badawczych antropologów, kulturoznawców, filmoznawców, socjologów, filozofów, a także studentów (razem 13 autorów) tychże kierunków i utworzyła szerokie spektrum spojrzenia na jedzenie, jego rolę w życiu człowieka i implikacje z tego wynikające w przestrzeni społeczno-kulturowej.
Tematykę podzieliła na trzy rozdziały.
W pierwszym umieściła teksty ukazujące ogromny wpływ jedzenia na interakcje międzyludzkie, jego kluczową rolę jako narzędzia manipulacji i wywierania wpływu na innych (zwłaszcza w rodzinie), na odnajdywaniu tożsamości (filozofia codzienności), a także na budowaniu światopoglądu (kooperatywa spożywcza) oraz na marnotrawstwo i jego względność pojmowania uwarunkowanego kulturowo. W tym ostatnim aspekcie nie mamy się czym chwalić.
W drugim rozdziale zebrała teksty opisujące zjawiska społeczne (nawet o podłożu polityczno-gospodarczym), do powstania których przyczyniło się jedzenie – imperialistyczna coca-cola w okresie PRL-u, blogi kulinarne (od strony czytelnika i od strony „kuchni” ich twórców) w kontekście gender obalające mit kury domowej, telewizyjne programy kulinarne oraz sztuka transgeniczna. To ostatnie wprawiło mnie w lekkie osłupienie. Upraszczając (czynię to świadomie), sprowadza się ona na przykład do stworzenia na bazie biotechnologii fluorescencyjnych rybek, bardzo ładnych zresztą,

Wikipedia

po to, by zjeść świecące sushi, które przyrządza się w taki sposób:

Autor tego podrozdziału poruszył tak wiele wątków bioetycznych, że długo będę się zastanawiała nad kondycją moralną ludzkości i środka ciężkości, który dawno zgubiła według Doroty Masłowskiej.
W przeciwieństwie do rozdziału trzeciego i ostatniego. O jego niektórych treściach chciałabym zapomnieć natychmiast, bo zawierał teksty odkrywające najmroczniejszą stronę człowieczej osobowości, najciemniejszą część psychiki ludzkiej – głód i kanibalizm oraz antyestetyczny (napiszę wprost – obrzydliwy!) wymiar jedzenia – fizjologia żarcia, pod hasłem zaczerpniętym z filmu Wielkie żarcie (reż. Marco Ferreri) – Musisz jeść. Jeśli nie będziesz jadł, nie umrzesz. – i wydalania. To część książki, która wywołała we mnie nie tylko skrajne emocje (od wstrętu po zachwyt odkrywania nowych myśli, idei, pryzmatu patrzenia), ale przede wszystkim wywołała zamieszenie w moich ugruntowanych (i to solidnie!) poglądach. Najchętniej polemizowałabym z myślą rozwiniętą przez Mateusza Skrzeczkowskiego, w której ukazywał niemoralność heroicznej etyki w obozie koncentracyjnym, kończąc mocnym zdaniem – Heroizm jest ludzki, nieludzkie jest rozliczanie z braku heroizmu. Jednak największe wrażenie i zaskoczenie moim brakiem świadomości bogactwa tematyki wywarł na mnie podrozdział Filozofia kanibalizmu. Przede wszystkim historia ludożerstwa zmieniająca totalnie moje spojrzenie na jego przyczyny i prawdziwych sprawców. Tak, tak! Autor jednoznacznie wskazał na białych kolonizatorów, odtwarzając drogi powstawania fałszywych teorii o „strasznych dzikich” zjadających ludzi.
A potem było jeszcze ciekawiej i groźniej!
Ujrzałam zupełnie, diametralnie nowe spojrzenie na kanibalizm jako inną formę pożądania seksualnego, w której od przyjemności jedzenia do rozkoszy seksualnej jeden krok. A może nawet mniej. Od tej pory uwagę – wyglądasz apetycznie – nie będę traktowała jako komplement, ale jako podejrzaną sugestię wypływającą z mrocznej części ludzkiego umysłu. Kanibale są wśród nas! Dobry żart, ale nie po tej pozycji, w której autor przedstawia teorie wyjaśniające antropofagię i opisuje współczesne, bardzo głośne przypadki kanibalizmu. Ale nie to zmroziło mnie najbardziej, tylko wzrastające przyzwolenie społeczne na istnienie tej formy patologii wynoszące kanibali na pozycję celebryty. Skojarzyło mi się to z podobnym kierunkiem idącym w stronę „dobrej pedofilii”.
I chociażby z tego ostatniego powodu ludzkość musi mieć jakiś miecz nad sobą, bat, wymogi, kierunek, w którym ma podążać. Dla jednego będzie to system moralny, dla innego dekalog. I to jest ta płaszczyzna, której zabrakło mi w tej publikacji. Na szczęście mam za sobą pozycję jej poświęconą, która jest dobrym uzupełnieniem tematyki o jedzeniu – Łakomstwo Florenta Quelliera.
Miałam wrażenie, że uczestniczyłam w przeciekawej dyskusji, która zarysowała temat, pozostawiając we mnie lekki niedosyt w zgłębianiu tematu oraz jedno powiedzenie – Pokaż mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książka zainspirowała mnie do obejrzenia thrillera psychologicznego Kanibal z Rotenburga opartego na przerażających faktach, które przedstawiono w książce.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Ochotnik – Marco Patricelli



Ochotnik: o rotmistrzu Witoldzie Pileckim – Marco Patricelli
Przełożył Krzysztof Żaboklicki
Wydawnictwo Literackie , 2013 , 396 strony
Literatura włoska


Ale czy można, kiedy się chce, przyjeżdżać i wyjeżdżać z Oświęcimia? – Można. – odpowiedział Witold Pilecki współwięźniowi w obozie koncentracyjnym.
I udowodnił to.
Dobrowolnie dał się złapać w ulicznej łapance przeprowadzonej przez Wermacht i SS 19 września 1940 roku po to, by trafić do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu na dwa lata i siedem miesięcy. Kiedy się o tym pierwszy raz dowiedziałam, pomyślałam – szalony! A dopiero potem przyszła refleksja i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie – dlaczego i po co? Dzisiaj można jego raporty czytać on-line.

Opracował bardzo ryzykowny plan, na który początkowo nie chciało się zgodzić kierownictwo polskiego podziemia. Chciał potwierdzić niepokojące i przerażające informacje o obozie, wysyłać stamtąd raporty dla aliantów o zbiorowych egzekucjach jeńców wojennych i Żydów oraz o metodach masowej zagłady, zorganizować wewnętrzny ruch oporu, a w przyszłości bunt więźniów oraz udzielać doraźną pomoc więźniom najsłabszym. Po zrealizowaniu prawie wszystkich podjętych zadań (oprócz buntu, na który nie zgodzili się zwierzchnicy) – uciekł z lagru.
O tym aspekcie życiorysu, skutecznie wymazywanym przez władze komunistyczne, dowiedziałam się dużo później, bodajże w programie publicystycznym podczas omawiania spektakularnych ucieczek z obozów koncentracyjnych. Wiedziałam natomiast o jego niezłomnej walce z okupantem niemieckim i rosyjskim dzięki telewizyjnemu spektaklowi teatralnemu Śmierć rotmistrza Pileckiego w reżyserii Ryszarda Bugajskiego. O jego wierności ideałom wolnej i niepodległej Polski, żołnierzu AK, któremu SB w PRL-u zgotowało piekło i o którym osobiście powiedział żonie – Oświęcim to była igraszka.

I o tym trudnym życiu pod prąd, ale zgodnym z kierunkiem obranych wartości wcielanych bezkompromisowo, powiedział – Bo choćby mi przyszło postradać me życie – tak wolę – niż żyć, a mieć w sercu ranę. – była ta opowieść. Nie opracowanie popularnonaukowe, nie sucha biografia czy czytana przeze mnie encyklopedyczna informacja w zbiorowym wydaniu o żołnierzach AK Żołnierze Wyklęci, ale właśnie opowieść o człowieku, który nie tylko był, ale i jest bohaterem naszych czasów, jak określił go autor tej publikacji, ale również wrażliwym człowiekiem z krwi, kości, emocji, pragnień i marzeń. Ten efekt realistycznego i całościowego podejścia do bohatera opowieści, dającego w efekcie ciekawą i dynamiczną historię niezwykłego i tragicznego losu, autor uzyskał dzięki swoim dwóm profesjom. Będąc akademickim profesorem historii i jednocześnie dziennikarzem, potrafił zagwarantować mi to, czego próżno szukać w polskich opracowaniach tego typu, których autorzy pod presją powagi tematu i obawy przed krytyką zbyt lekkiego traktowania tematów „śmiertelnie” poważnych, jeszcze nie do końca pozbawionych emocji, przedstawiają bardzo faktograficznie. Autorzy zagraniczni, nieobciążeni tymi naciskami, potrafią nadać opracowaniu cechy historycznej opowieści, którą czyta się jak dobrą sensację. Przeżywa wydarzenia razem z bohaterem, w napięciu czekając na rozwój sytuacji i jej finał. A to wszystko mimo znajomości życiorysu i z góry znanych historycznych faktów.
I dokładnie tak było w przypadku tej publikacji!
Autor odtworzył z badawczą pasją historyka los wyjątkowego Polaka na tle ówczesnej sytuacji politycznej Polski i Europy. Pokazał najpierw jego rodzinną przeszłość i pielęgnowane tradycje niepodległościowe mające wpływ na kształtowanie się osobowości, światopoglądu i postaw młodziutkiego Witolda.

Bym mogła zrozumieć, dlaczego walka o wolną ojczyznę była dla niego najwyższym dobrem, dla którego poświecił nie tylko ukochaną rodzinę, ale i życie. Bym mogła sobie odpowiedzieć na dylemat jednego ze współwięźniów Witolda Pileckiego, który na wieść z kim ma do czynienia powiedział – Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, to ty jesteś albo niezwykłym bohaterem, albo wielkim głupcem.
Ta trzymająca w napięciu treść została wyposażona w obszerny aparat informacyjny – przypisy, bibliografię, indeks, terminy obozowe i wyjaśnienia używanych skrótów oraz bogatą ikonografię. Mnóstwo w niej zdjęć rodzinnych, obozowych czy dokumentów.

Polecam tę opowieść wszystkim, którzy chcą wiedzieć więcej, nie nudząc się przy tym. Ale przede wszystkim młodzieży, która ma uczulenie na przekazy podręcznikowe. Z trzech powodów. Po pierwsze losy rotmistrza opowiedziane są sensacyjnie, ale jednocześnie z dbałością o fakty i poprawność historyczną. Po drugie przemyca odkłamaną historię Polski z bezpardonową krytyką ówczesnej polityki nie tylko Niemców i Rosjan, ale i aliantów na tle skłóconych politycznie środowisk polskich i indywidualnie Polaków walczących o wpływy, stanowiska, pozycję, władzę i osobiste interesy. Po trzecie, i chyba najważniejsze, zdecydowaną część książki to opis pobytu rotmistrza w lagrze, a to tematyka, która wzbudza wśród młodzieży duże zainteresowanie. Po obowiązkowym czytaniu Medalionów Zofii Nałkowskiej i opowiadań Tadeusza Borowskiego, zawsze otrzymuję prośby o polecenie jej pozycji podobnych. Mam ich pod ręką mnóstwo, ale wszystkie z pozycji ofiary. Publikacja włoskiego historyka to wyjątkowa okazja do pokazania postawy aktywnie walczącej, możliwej do zaistnienia w obozie (bo przecież odwagi w walce ze złem chcemy uczuć młodych), który jak się potem okazało dla Witolda Pileckiego, był dopiero przedsionkiem piekła zakończonym strzałem w tył głowy, zgotowanym mu przez rodaków. Warto o takich ludziach czytać, pisać i mówić, bo to jedyny sposób, by zapalić symboliczną świeczkę pamięci na symbolicznym grobie w przestrzeni wirtualnej Żołnierzy Wyklętych.
Miejsca pochówku i szczątków Witolda Pileckiego, pomimo usilnych poszukiwań, nie odnaleziono do dzisiaj, ale jak powiedziała jego córka Zofia – Ojciec był tak wielkim patriotą, tak Polskę ukochał i poniósł dla niej najwyższą ofiarę, że grobem jego stała się cała Polska.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


O tym, że pamiętamy o naszych bohaterach, świadczą nie tylko książki, ale i ballady.
sobota, 16 sierpnia 2014
Donikąd – Konrad Czerski



Donikąd – Konrad Czerski
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 239 strony
Literatura polska


...szkatułkowa powieść egzystencjalna. – przeczytałam na okładce książki.
I wszystko jasne. Miałam dwie drogi podejścia. Mogłam się przestraszyć, bo to określenie kojarzy mi się z dużą dawką filozofii, na którą trzeba mieć ochotę, czas i moment w życiu. Mogłam też sięgnąć po nią chętnie (i tak zrobiłam), ciekawa pióra i głosu młodego pokolenia, będąc gotową na roztrząsanie, analizowanie, zastanawianie się, a może nawet na polemizowanie z bohaterami. A było ich tutaj dużo, wśród których troje najważniejszych. W trzech osobno snutych historiach.
Pierwszy Bruno, przyznający się do przypadłości mającej wiele wspólnego ze schizofrenią oraz rozdwojeniem jaźni i z tego powodu walczący ze swoim drugim ja, Kadukiem. Młody mężczyzna mieszkający we Wrocławiu, zapatrzony w siebie, walczący z niemocą weny twórczej debiutującego pisarza, próbujący odnaleźć autora książki nabytej na targu staroci.
Drugi Utaguri, główna postać kupionej powieści. Człowiek znikąd, który zmierza donikąd, niestrudzenie wędrujący w retroświecie przyszłości krainy Gen’ei.
Trzeci bohater to kobieta, Sophie, żyjąca jak współczesna eremitka w sercu nowojorskiego Manhattanu, próbująca przepaść w Bogu, by w intymnej relacji z nim nosić na sobie grzechy innych. Być nikim, a jednak obecną w świecie bardziej niż inni.
Wszyscy troje tworzyli osobne (na pozór!), osobiste, indywidualne historie o poszukiwaniu sensu życia odpowiednio na płaszczyźnie psychicznej, filozoficznej i religijnej, które wraz z rozwojem fabuły zaczynały się łączyć w niespodziewanie kojarzonych punktach stycznych. Poszukiwania przez Brunona autora-widma kupionej książki prowadziły go donikąd, a jednocześnie do początku historii Sophie.
Fikcja mieszała się z rzeczywistością, świadomość z podświadomością, bohaterowie wymyśleni, z postaciami urojonymi i osobą rzeczywistą (autor wprowadził siebie do powieści), a tytuł książki czytanej przeze mnie był zarazem tytułem powieści czytanej przez Brunona. Ale nie ustalenie prawdy stanowiło istotę tej powieści, tylko ukazanie stwierdzenia, że idziemy znikąd i zmierzamy donikąd, próbując w tej wędrówce znaleźć cel, sens albo przynajmniej algorytm przypadkowości. Temat banalny i, co ciekawe, ale i niebezpieczne, bez podanych i narzuconych treści filozoficznych, rozważań, analiz i tekstów do roztrząsania, za to ukazanych odmienną, kontrastową, zróżnicowaną treścią życia bohaterów. Tak odtwórczo poprowadzony temat stwarzał ryzyko pojawienia się nudy. Autor uchronił przed nią opowieść po pierwsze szkatułkową formą powieści z elementami detektywistycznymi, sekretami, tajemnicami i nieprzewidywalnością rozwoju wątków, które ostatecznie umiejętnie ze sobą połączył. Po drugie językiem narracji przekazu bogatym w skojarzenia, innością spojrzenia na te same obrazy, alternatywnością doboru słów i odwagą w łamaniu schematów znaczeniowych pojęć. Autor nie widział zniszczonej okładki, ale książkę ogołoconą z okładki przez lubieżny czas, a banknot o wysokim nominale był... soczysty. To dla tego pryzmatu patrzenia, płynnego przechodzenia od stylu wypowiedzi w liście poprzez opis do monologu, dobierania określeń do rzeczowników, do których ja nigdy bym ich nie przypisała, dla tego bawienia się słowami budującymi nowe jakości dla powszechnych rzeczy, idei, zjawisk, a jednocześnie z zachowaniem umiaru w prostych, często krótkich, nierozbudowanych zdaniach, czytałam tę opowieść urzeczona.
Pisać odtwórczo na temat mocno wyeksploatowany, będąc kreatywnym w formie powieści i języku przekazu – oto przepis na ciekawy debiut.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

czwartek, 14 sierpnia 2014
Geneza – Jessica Khoury



Geneza – Jessica Khoury
Przełożyła Małgorzata Kafel
Wydawnictwo Wilga , 2012 , 509 stron
Literatura amerykańska


W tajnym laboratorium, ukrytym w amazońskiej dżungli... – to te słowa umieszczone z tyłu książki i zapowiadające tajemnicę, skłoniły mnie do wyboru tej powieści spośród kilku innych polecanych mi przez moją zaprzyjaźnioną młodzież. Obiecałam jej, że w czas letni, sięgnę po nie.
I od razu strzał w dziesiątkę!
Pochłonęła mnie dżungla tak sugestywnie, zjawiskowo, ciekawie i tajemniczo opisana (a mówią, że młodzież nie lubi opisów przyrody!), że w trwających upałach miałam wrażenie przebywania w niej wraz z główną bohaterką – siedemnastoletnią Pią. Zanim jednak dziewczyna trafiła do tej dżungli, jej świat ograniczał się do drutów pod napięciem elektrycznym okalających tajne laboratorium Little Cam. Była jego najważniejszym i największym osiągnięciem naukowym, ale i najcenniejszym obiektem badawczym – człowiekiem nieśmiertelnym. Miała świadomość swojej doskonałości mówiąc – Potrafię przebiec pięćdziesiąt kilometrów bez odpoczynku. Potrafię podskoczyć na wysokość dwóch metrów. Żaden przedmiot na świecie nie jest wystarczająco ostry, żeby przebić moją skórę. Nie mogę utonąć ani się udusić. Jestem odporna na wszystkie znane człowiekowi choroby. Mam fotograficzną pamięć. Żaden człowiek nie ma tak wrażliwych zmysłów jak ja. Moje reakcje są szybkie jak u kota. Nigdy się nie zestarzeję (...) i nigdy nie umrę.
Czekała na nią wieczność.
I przyszłość tworzona dla niej przez jej opiekunów – biologicznych rodziców i zespół naukowców. Razem tworzyli rodzinę, a laboratorium dom. Mimo że posiadała ponadprzeciętną wiedzę naukową, jej mikroświat ograniczał się do szklanych ścian jej pokoju, z którego mogła codziennie patrzeć na dżunglę, ale tak naprawdę nie widziała jej, nie znała i nie rozumiała. Nie miała pojęcia, jak się nazywa i w jakim miejscu Ziemi się znajduje. Globusy i mapy świata (jedne z wielu innych) były dla niej przedmiotami zakazanymi, a wszystkie dostarczane publikacje cenzurowane. Przekazywana jej wiedza ograniczała się do umożliwienia osiągnięcia jednego celu a zarazem jej marzenia – stworzenie ludzi jej podobnych. Nowej rasy nieśmiertelnych. Musiała więc nie tylko zdobywać wiedzę, ale również zdawać okresowe egzaminy na przyszłego naukowca. Nie wiedziała, że za testami zadającymi ból i cierpienie zwierzętom doświadczalnym kryła się straszna tajemnica. Groza projektu Immortis, w wyniku którego przyszła na świat.
Do czasu!
W książkach kierowanych do młodzieży wskazanym jest pojawienie się wątku miłosnego. To haczyk, by przyciągnąć czytelników, a przy okazji przemycić trochę mądrych prawd o świecie i człowieku próbującym się w nim odnaleźć. I one tutaj są. Całe mnóstwo. Dylematy wyborów moralnych, poszukiwanie własnej tożsamości, burzenie starego światopoglądu i budowanie nowego na bazie zupełnie nowych wartości, poznawanie nieznanych emocji – wszystko to Pia zawdzięcza chłopcu z dżungli, który wywołał burzę w jej umyśle i sercu. Miłość zakazana ze śmiertelnym, osłabiająca widzenie wytyczonego celu naukowego, wywołująca utratę kontroli nad emocjami, poczucie niekontrolowanej i nieograniczonej wolności doznawanej w dżungli, poznawanie alternatywnych kontaktów międzyludzkich opartych na uczuciach sprawiły, że dotychczasowe zadanie, które stawiało ją w centrum uwagi i przekonanie o doskonałości, zaczęło nabierać innego wymiaru i znaczenia. Zaczęło do niej docierać pojęcie słów ostrożnie powtarzanych jej przez jednego z naukowców, które słyszała, ale do tej chwili nie rozumiała – O doskonałości świadczą czyny.
Śledziłam urzeczona drogą metamorfozy psychicznej Pii od dziewczyny-naukowca o chłodnym umyśle do nastolatki potrafiącej kochać i oddać życie za drugiego człowieka. Kibicowałam zaciętej walce o prawo do uczucia i do samostanowienia za prętami klatek laboratoryjnych, w gąszczu dżungli, wśród jej mieszkańców i mitów z ziarenkiem prawdy o nas samych. Trzymałam kciuki za udane połączenie Potulnej Pii i Dzikiej Pii w jedną osobowość zdolną przezwyciężyć lęk przed nieznanym, ale słusznym. Z tej opowieści, którą pochłonęłam w jeden dzień wyniosłam jedną zazdrosną myśl Pii skierowaną do dziewczynki z plemienia, ale pośrednio również do mnie, człowieka współczesnego ogarniętego kultem młodości i marzeniami o nieśmiertelności – Jesteście śmiertelni, ale zamiast trzymać się kurczowo nadziei na nieśmiertelność, cieszycie się każdym dniem.
Jest nam czego zazdrościć, ale ilu z nas, patrząc na tę codzienność, widzi i rozumie to?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Patrząc na ten trailer, można dać się zwieść zapowiedzi prostej fabuły, pod którą jednak kryje się mądre, bardzo przemyślanie podane przesłanie.
niedziela, 10 sierpnia 2014
Górka wolności – opr. red. Sławomir Rusin



Górka wolności: zaślubować od alkoholu – opracowanie redaktorskie Sławomir Rusin
Wydawnictwo M , 2014 , 80 stron
Literatura polska


Spośród wielu dróg prowadzących do trzeźwości, ta jest wyjątkowa!
Górale nazywają ją – zaślubować od alkoholu. To uroczyste przyrzeczenie wstrzemięźliwości od alkoholu złożone Bogu, zapoczątkował młody góral w 1971 roku. Spontaniczne, desperackie wydarzenie dało początek niezwykłemu, bo oddolnemu ruchowi trzeźwościowemu opartemu na motywacji religijnej i niemającemu obecnie sobie równego w Polsce, a nad którym opiekę duszpasterską (ćwiczenia w duchowości ignacjńskiej) objęli jezuici z Domu Rekolekcyjnego Górka w Zakopanem. Obecnie do wstrzemięźliwości zobowiązuje się ok. 5000 osób rocznie! Z czego około 90% dotrzymuje danego słowa.
O tej niezwykłej formie walki z uzależnieniami, bo ślubować można również od hazardu, nikotynizmu czy narkotyków, usłyszałam dawno temu w programie telewizyjnym. Zaciekawiła mnie, wywołując mnóstwo pytań. Dokładnie takich, jakie przeczytałam na odwrocie tej niewielkiej książeczki – Dlaczego Górka cieszy się wśród górali taką popularnością? Czy złożone na niej śluby są naprawdę skuteczne? Czy są dobrym sposobem na walkę z nałogiem? i najważniejsze – Czy bardziej skuteczne niż kluby AA i program 12 kroków? Na te pytania i wiele innych odpowiedział mi wyczerpująco w bardzo ciekawym wywiadzie przełożony domu rekolekcyjnego o. Andrzej Gągotek. Niektóre historie drogi do trzeźwości wzruszyły mnie. Inne przeraziły zmieniającym się przekrojem społecznym uzależnionych (coraz więcej kobiet i narkotyzującej się młodzieży) oraz skalą narastającego zjawiska depresji i samobójstw na Podhalu, „leczonych” alkoholem. To temu ostatniemu problemowi poświecono kilka rozdziałów mówiących o przyczynach, o specyficznym środowisku i kulturze górali z jego poczuciem honoru i pojmowaniem męskości (bez których nie byłoby sukcesu Górki według o. Andrzeja Gągotka), o nieradzeniu sobie lub sposobach rozwiązywania problemów, wpływie na rodzinę, wsparciu społecznym ślubujących, a także o samej procedurze i przebiegu uroczystego ślubowania wstrzemięźliwości od alkoholu lub innego nałogu. W takiej publikacji nie mogło więc zabraknąć również krótkiej historii kościoła pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w którym odbywają się ślubowania oraz słów w postaci homilii najważniejszego przewodnika duchowego dla każdego wierzącego górala – Jana Pawła II. Nie zapomniano również o modlitwach oraz podstawowych informacjach kontaktowych.
Całość czyni z tej książeczki koło ratunkowe dla tych, którzy tak, jak górale, potrafią Boga kochać bardziej niż alkohol i trzeźwieć dla niego, w nim i poprzez niego. Jak napisał autor opracowania – Dróg do zerwania z alkoholizmem jest wiele. Warto z którejś skorzystać.
Dlaczego więc nie wybrać się po wolność od nałogu na Górkę?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A we wrześniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (628)
Mój top czytanych w 2013
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi