Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Łzy księżniczki - konkurs!

Zapraszam wszystkich do udziału w konkursie, w którym można wygrać książkę Łzy księżniczki Jean Sasson.

Fundatorem nagrody jest wydawnictwo Znak Literanova. Niezdecydowanych zachęcam do przeczytania moich wrażeń polekturowych na temat tych wspomnień. Zadanie konkursowe jest bardzo proste. Wystarczy w komentarzu odpowiedzieć na jedno pytanie:

Dlaczego chciałabyś/chciałbyś otrzymać "Łzy księżniczki"?

Na odpowiedzi czekam do 15 września, do północy. Spośród odpowiedzi wybiorę jedną motywację, wartą nagrody.
niedziela, 30 sierpnia 2015
Warszawa literacka w PRL – Piotr Łopuszański



Warszawa literacka w PRL – Piotr Łopuszański
Wydawnictwo Bellona , 2015 , 336 stron
Literatura amerykańska


Jakżeż trudno było opanować towarzyszącą mi podczas czytania chęć oceny postaw pisarzy i poetów prezentowanych w tej publikacji. Zwłaszcza że nie robił tego autor. On tylko przedstawiał fakty. Dostarczał twarde argumenty. Wskazywał niezbite dowody, po których zawsze wymieniał konkretne nazwiska.
Co nie zmienia faktu, że kusił okazją do osądzania.
Starałam się tego nie robić, skupiając się na przyczynach, okolicznościach i warunkach kształtowania się losów głównych bohaterów, wchodzących w skład warszawskiego środowiska literackiego. A warunki ich egzystowania i rozwoju zawodowego były wyjątkowe, zwłaszcza dla artysty – czasy PRL. Okres 45 lat między 1945 a 1989 rokiem, którego pojęcie i cezury czasowe autor jasno sprecyzował we wstępie, ze szczególnym ukłonem w stronę najmłodszego pokolenia odbiorców, które może takiej wiedzy nie posiadać. Przy okazji podkreślił wyjątkowość tej publikacji – Niniejsza książka po raz pierwszy pokazuje całe środowisko literackie działające w ciągu 45 lat w stolicy, najważniejszym ośrodku kulturalnym Polski.
Autor w analizie tego zagadnienia przyjął zasadę od ogółu do szczegółu.
Podzielił ogrom materiału historycznego, którego źródła wymienił w dołączonej bibliografii, na siedem rozdziałów – czas tuż po wojnie, epoka socrealizmu i stalinizmu, czas odwilży, epoka Gomułki, epoka Gierka, czas „Solidarności” i lata osiemdziesiąte. Zasadniczą treść każdego z nich poprzedzał opisem sytuacji politycznej, społecznej, gospodarczej, a nawet zachodzących zmian architektoniczno-urbanistycznych w Warszawie, które miały mniejszy, większy lub bardzo znaczący wpływ na postawy, zachowania i deklaracje pisarzy, czy opowiadają się za komunizmem i władzą, czy skrywają się w prywatności, czy też otwarcie występują przeciw ustrojowi, licząc się z konsekwencjami, ale też i mając na każdym etapie historycznym możliwość zmiany swoich poglądów. Co zresztą biernie lub aktywnie czynili. Pozwoliło to na przyjrzenie się bardzo ciekawej dynamice zmian światopoglądowych poszczególnych osób od momentu wyboru między jedynie słuszną, polityczną linią partii a własnym sumieniem do momentu otrzeźwienia i opowiedzenia się po stronie opozycji. Zmienność i płynność poglądów była tak duża, że jeden z pisarzy swoją ewoluującą postawę ujął tak: Zacząłem od syjonizmu. Komunizm doprowadził mnie do polskości. Teraz została mi tylko polskość. Z premedytacją nie będę operowała nazwiskami, pozostawiając przyjemność odkrywania bardzo zaskakujących niespodzianek innym czytelnikom. Zdradzę tylko, że dla mnie największym zaskoczeniem był Jarosław Iwaszkiewicz, o którym niedawno czytałam w Spotkać Iwaszkiewicza, a tutaj zobaczyłam go z zupełnie innej strony. Człowieka rozpieszczanego przez władze, niezwykle pysznego oraz zadufanego w sobie i swój talent, który do końca swoich dni oczekiwał przyznania mu literackiej Nagrody Nobla (za to otrzymał nagrodę Leninowską), a na wieść o wyborze Karola Wojtyły na papieża stwierdził w swym dzienniku:"To ja powinienem zostać papieżem.” Takich zaskoczeń w tej pozycji jest bardzo dużo. Licznie ilustrowanych zdjęciami znaczących miejsc, tablic pamiątkowych i osób:

O takich właśnie wielkich nazwiskach, w bardzo szczery, obiektywny i demaskatorski sposób (cytując ich wypowiedzi), pisze autor. O ich słabościach, nałogach, uzależnieniach, orientacji seksualnej, demonach sumienia, niemocy literackiej, kastracyjnej roli partii w wyrażaniu się w twórczości, chorobach psychicznych, zawiści, egoistycznym współzawodnictwie, tęsknotach, pomówieniach, wzajemnym deprecjonowaniu, podsłuchach, niszczeniu kariery, donosicielstwie, próbach życia w epoce zniewolenia, ucieczkach mentalnych i fizycznych od życia pod dyktando partii włącznie z samobójstwem i niezgody na to, co oferował ustrój socjalistyczny.
Słuchałam autora z przejęciem!
Bo opowieść tętniła prawdziwym życiem obfitującym w tragedie, emocje i skandale. Przecież to byli moi znajomi z lat szkolnych, których poznawałam kiedyś tylko od jednej strony – literackiej. Teraz mogłam przyjrzeć się szczegółom i docenić wielkość mojej licealnej polonistki. Mając przed sobą to syntetyczne opracowanie, mogłam spojrzeć z szerokiej perspektywy na to, czym karmiono mnie i moje pokolenie oraz jak bardzo ryzykowała moja polonistka, przemycając w tej oficjalnej papce informacje zakazane. Pochwała AK, Rozmowy z katem, Zbigniew Herbert – wymienię tylko hasłowo. To jej zawdzięczam, że moja literacka przygoda była pełna i inicjująca nowe drogi poszukiwania. Niekoniecznie dla niej i dla mnie bezpieczne. To jest ta niewymierna, cicha i niedoceniana strona zawodu nauczyciela, którego owoce pracy zbiera się po kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu latach. Dzięki takiemu całościowemu podejściu do tematu to dostrzegłam.
Autorowi udało się coś jeszcze w tej publikacji.
Pomimo ogromu nagromadzonych faktów mocno osadzonych w historycznych realiach epoki socjalizmu, opracowanie ma charakter opowieści dobrego znajomego, spotkanego po latach, który dzieli się informacjami na temat wspólnych znajomych, powołując się na ich wypowiedzi, te oficjalne i te pisane w osobistych dziennikach, polemizując z innymi historykami i przytaczając ciekawe historyjki i anegdoty, czasami ocierające się o plotkę. Dzięki temu ujrzałam w każdym pisarzu człowieka uwikłanego, któremu towarzyszył ból egzystencji i/lub niemoc twórcza, bez względu na sytuację, w której się znalazł i jaką postawę wobec zastanej rzeczywistości przyjął. Każdy wybór przynosił nieprzyjemne konsekwencje. Nieliczni uniknęli rozdarcia, do końca wierząc w komunizm. Autor pokazywał to na konkretnych przykładach, obszerniej rozpisując się nad indywidualnymi losami literatów. I tych , którzy otwarcie sprzeciwiali się reżimowi, pisząc tylko do szuflady i dosłownie głodując. I tych, którzy wybierali drogę wolności na Zachodzie, skazując się na niszczącą tęsknotę. I tych, którzy popierali partię, opływając w przywileje – mieszkania, nagrody, możliwość publikacji, stypendia, zagraniczne wyjazdy i... wyrzuty sumienia. Każda wybrana droga w jakiś sposób skazywała artystę na cierpienie i ponoszenie konsekwencji swojego wyboru – uzależnienie, ostracyzm, choroba, kastracja twórcza czy samobójstwo.
Ale może właśnie to cierpienie wynikające z rozdarcia moralnego, którego efektem jest tak różnorodny dorobek literacki (i ten aprobowany, i ten zakazany) oraz konieczność prowadzenia podwójnego życia, czyni z tej epoki PRL-u niezwykle ciekawy, dynamiczny i intensywny czas dla rozwoju intelektualnego środowiska literackiego. Pomysłowego w omijaniu cenzury, podsłuchów w mieszkaniach i telefonach, grze z cenzurą, walce z reżimem na słowa i w charakterystycznych dla tamtych czasów spotkaniach w warszawskich kawiarniach, urastających później do kultowych, w których potok myśli łączył się ze strumieniem wódki we mgle z gęstego dymu papierosów. Sugestywność opisów zwyczajów i obyczajów środowiska literackiego czyniła ze mnie ich obserwatorkę. Widziałam, jak zmieniają się ich uczestnicy, kto się właśnie objawił literacko, a kto umarł, kto z kim sympatyzuje, a kto się nienawidzi, kto donosi, a kto prawdy się nie boi, kto zmienia poglądy, a kto jest ich żelaznym stróżem do końca, kto jest przyzwoity, a kto hipokrytą. Miałam przed sobą ludzi z krwi i kości, których prawdziwe charaktery ujawniała specyficzna rzeczywistość, w której przyszło im żyć i tworzyć.
Nie mnie ich oceniać.

Ale tym bardziej szanuję tych niezłomnych.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 26 sierpnia 2015
Terapia - Sebastian Fitzek



Terapia - Sebastian Fitzek
Przełożyła Barbara Tarnas
Wydawnictwo Gruner+Jahr Polska , 2007 , 286 stron
Seria Danse Macabre
Literatura niemiecka


Bardzo mroczny i zwodniczy thriller psychologiczny!
Już sam fakt, że psychologiczny powinien wzbudzić moją czujność. Wszak nic nie jest tak zmienne, nieuchwytne i nieprzewidywalne, jak człowiecza psychika. A to, że główny bohater Victor Larenz, w tej bardzo skomplikowanej historii w czasie i przestrzeni, był psychiatrą, powinno mnie wręcz w tej czujności upewnić.
Dałam się jednak ponieść złudnym emocjom!
Jak mogłam nie żałować ojca, wspomnianego psychiatrę, który w tajemniczych okolicznościach traci jedyną, dwunastoletnią, ukochaną córkę Josy. Ten cios był dla niego tak niespodziewany i silny, że nawet on, profesjonalista, nie mógł poradzić sobie z wyjątkowo bolesnymi doświadczeniami, pomimo upływu czterech lat od tragedii. Żeby dojść do równowagi psychicznej i wygrzebać się z depresji, udaje się na wyspę Parkum, położoną na Morzu Północnym. Do swojego rodzinnego domu krytego słomą, w którym przeżył dobre dzieciństwo i szczęśliwe chwile z własną, kiedyś pełną rodziną. Gdzie miał nadzieję nabrać potrzebnego dystansu umożliwiającego mu rozpoczęcie nowego rozdziału życia.
I gdzie zamiast tego wszystko stracił.
Podróż, która miała zakończyć tragiczny rozdział, rozpoczęła łańcuch niespodziewanych, mrocznych, tajemniczych i niezrozumiałych wydarzeń. A zaczęło się od wizyty nieznajomej kobiety Anny, specjalnie przybyłej na Parkum do doktora Larenza i jej prośby o sesję terapeutyczną mającą pomóc jej w leczeniu schizofrenii. Z wizyty na wizytę doktor zaczął zauważać, jak bardzo niewinne opowieści kobiety, utrzymane w formie bajki, przypominają okoliczności zniknięcia córki. Czuł w nich jakiś związek ze zniknięciem Josy i chciał go odkryć. Musiał go odkryć. Tak bardzo się w nie zagłębił, że nawet nie zauważył, jak historie Anny zaczęły ingerować w jego życie. Było za późno, gdy zorientował się, jak bardzo niebezpieczną osobą może być jego pacjentka. I kiedy ostatecznie demaskuje kobietę, prawda okazuje się dużo brutalniejsza niż przypuszczał. Mnie wprawiła w całkowite zaskoczenie.
Wręcz osłupienie!
Ale nie tylko zakończenie tak na mnie podziałało. Drugim był majstersztyk w prowadzeniu intrygi, która do niego doprowadziła, a który mogłam podziwiać po przeczytaniu całości. Autor wykorzystał do tego celu wiedzę psychiatryczną na temat schizofrenii i syndromu Münchhausena w zastępstwie oraz elementów metod ich leczenia – terapii reinkarnacyjnej i regresingu. Dało mu to możliwość przenoszenia w czasie i tworzenia nierzeczywistych światów, których realność trudno było mi podważyć. Poza tym profesja głównego bohatera wzbudzała mój pełny szacunek dla jego wiedzy i zaufanie jako osoby. Okoliczności tragedii, w których się znalazł, automatycznie wymusiły na mnie współczucie. To wystarczyło, bym nawet nie śmiała podejrzewać zastawionej na mnie pułapki w logicznym rozumowaniu rozwiązywania intrygi. Napiszę wprost – nie miałam na to najmniejszych szans!
I tym sposobem znalazłam się w epicentrum gry psychologicznej!
Bez żadnych reguł. Z gorączkową atmosferą pełną niedopowiedzeń, znikających faktów i pojawiających się znikąd nowych. Z chorobliwym nastrojem gęstym od mrocznych, rozedrganych emocji, podejrzeń, dociekań i coraz mniejszej ufności w sens nowo pojawiających się wydarzeń, które pozornie nic nie łączyło. Królowała totalna dezorientacja, którą pogłębiała sztormowa pogoda na wyspie.
Mrok w duszy, mrok w umyśle i mrok na wyspie.
Przypominało to terapię szokową (stąd tytuł powieści), w której z podsuwanych elementów, chociaż niekonieczne pewnych i sprawdzonych, musiałam odtwarzać przeszłe wydarzenia prowadzące do zniknięcia Josy. A i tak odkrycie sprawcy zdarzenia nie było ostateczną, całą prawdą, która okazała się dużo bardziej skomplikowana niż przypuszczałam i w której podejrzany stawał się ofiarą, a ofiara - ofiarą podwójną.
Zostałam w perfekcyjny sposób poprowadzona w głąb najciemniejszych zakamarków chorującego umysłu ludzkiego, bez mojej świadomości. Kiedy się w tym zorientowałam, nie wiedziałam, czy być złą na siebie, że tak dałam się podejść, czy podziwiać literacki talent autora do misternego zwodzenia czytelnika do ostatniej kropki. Ostatecznie zachwyt nad całością i fascynacja pomysłem na fabułę skłoniły mnie do zaopatrzenia się w jego dwa kolejne thrillery.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2015 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Sześć myślowych kapeluszy – Edward de Bono



Sześć myślowych kapeluszy – Edward de Bono
Przełożyła Joanna Krzemień-Rushe
Wydawnictwo Helion , 2008 , 266 stron
Literatura angielska


Zazwyczaj jedynymi ludźmi bardzo zadowolonymi ze swojej umiejętności myślenia są osoby, które myśleć za bardzo nie potrafią, ale wierzą, iż celem myślenia jest udowodnienie słuszności własnych poglądów – dla własnej satysfakcji.
To zdanie autora z przedmowy do tej publikacji przekonało mnie, by przyjrzeć się bliżej koncepcji sześciu myślowych kapeluszy. Chociażby po to, by ułatwić sobie życie, zaoszczędzić zdrowia psychicznego i uniknąć nieprzyjemnych sytuacji w starciu właśnie z takimi ludźmi, o których mowa w cytacie. A spotykam ich nagminnie. Kierujących się własnym ego i emocjami, zawsze na nie i uwielbiających grać w grę psychologiczną: tak, ale... W dyskusji z nimi sugestie, oceny, krytyka, informacje i czyste emocje mieszają się w czymś, co można by nazwać myślową zupą. Autor jednak usprawiedliwia ich, wyjaśniając, że dla większości ludzi pojęcie twórczego myślenia jest trudne, ponieważ jest ono przeciwieństwem naturalnych przyzwyczajeń myślowych, bo podstawowym zadaniem mózgu jest ustalanie wzorów oraz ich wykorzystywanie, odrzucając wszystko, co nie pasuje do ustalonych wzorców.
Jednak tę przypadłość można „leczyć”, a książka ma w tym pomóc.
Autor, doktor nauk medycznych, twórca znanej koncepcji myślenia lateralnego (która również jest wykorzystywana w metodzie sześciu kapeluszy), opisał bardzo prostą metodę znacznie podnoszącą wzrost efektywności myślenia poprzez oddzielenie od siebie jego rodzajów. Każdemu z nich przypisał kapelusz w określonym kolorze, których graficzne wyobrażenie znalazłam na okładce:

Kolejne zakładanie ich (dosłowne na etapie ćwiczeń, a potem mentalne) pozwala na uniknięcie „myślowej zupy” i zajmowanie się jedną rzeczą naraz. Myślący jest w stanie oddzielić emocje od logiki, kreatywność od informacji i tak dalej. Ale zanim przeszedł do omawiania poszczególnych kapeluszy myślowych, przedstawił zalety tej metody, by usunąć w czytelniku niechęć, sceptycyzm i największą przeszkodę w jej zaakceptowaniu oraz stosowaniu – ego człowieka. Bardzo wrażliwy element osobowości na ocenę innych ludzi. „Twarz”, którą boi się utracić. Autorytet, który może być podważony. I tutaj autor proponuje bezpieczne odgrywanie ról i zakładanie masek z różnymi punktami widzenia. Umowne nałożenie kapelusza myślowego o określonym kolorze, który pozwala nam myśleć i mówić rzeczy, o których normalnie byśmy nie myśleli ani nie mówili, nie wystawiając przy tym na szwank naszego ego. To trudny, ale możliwy do wyuczenia nawyk. Drugim czynnikiem utrudniającym jest zachodni zwyczaj uprawiania dyskursu i dialektyki, który autor uważa za błędny, ponieważ zawęża postać myślenia tylko do krytycznego czyli do czarnego kapelusza. To bolączka większości myślicieli – zarówno tych wyszkolonych, jak i domorosłych.
I faktycznie coś w tym jest!
Obserwując swoich rozmówców, widzę bardzo dużo czarnych kapeluszy, które potocznie nazywam krytykanctwem czyli narzekaniem z wytykaniem błędów czy wad, ale bez wskazywania nowych rozwiązań czy innych propozycji naprawczych. Autor ujmuje to dosadniej - zdają się czerpać przyjemność z mieszania z błotem wszelkiego rodzaju pomysłów i propozycji zmian. Dyskusja z takim rozmówcą jest bezsensowna, bezcelowa i nieefektywna, a na dodatek zarażająca negatywnymi emocjami i pesymizmem. Drugim rodzajem częstego rozmówcy w moim otoczeniu to kapelusz czerwony, kierujący się emocjami. Nie ma w rozmowie logiki, tylko odczucia i przeczucia, które prowadzą najczęściej do kłótni. W takich przypadkach zazwyczaj wycofuję się z rozmowy w myśl zasady – z emocjami się nie polemizuje. To dominujące (i najmniej efektywne) rodzaje myślenia według mnie, a autor proponuje ich aż 6!
Ale to nie znaczy, że czarny i czerwony kapelusz jest zły!
Wręcz przeciwnie. Każdy ma swoje zalety, ale trzeba wiedzieć, KIEDY je założyć, w zależności od rodzaju dyskusji, celu zadania do wykonania i samych rozmówców. O tym wszystkim autor opowiada w poszczególnych rozdziałach poświęconych konkretnym kolorom kapeluszy, podając bardzo dużo zdań przykładowych, z których mogłam sobie stworzyć charakterystyczny profil wypowiedzi dla określonego rodzaju myślenia.
Dla mnie metodą, w której można zastosować wszystkie myślowe kapelusze, ukazując różnice w ich roli i podkreślając pożyteczność (również czarnego i czerwonego!), to burza mózgów. Uwielbiam ją stosować z młodzieżą podczas konstruowania scenariusza do otrzymanego zadania. Ja wkładam kapelusz niebieski menadżera spotkania, by czuwać nad jego sprawnym przebiegiem i efektywnością. Narzucam dyscyplinę kolejności zakładania i zdejmowania kapeluszy myślowych w zależności od etapu wspólnej pracy. Zaczynam od koloru białego, przedstawiając fakty, a potem zielonego i żółtego, by na koniec poddać efekty lub wnioski krytyce i odczuciom kapeluszy czarnych i czerwonych.
Wspaniałe rzeczy nam się udają!
Problem w tym, że to spektrum rodzajów myślenia nie jest powszechnie wykorzystywane w szkołach w nauczaniu. W polskich również, według mnie. Autor zwraca uwagę na ten problem pisząc – Uczniów w wieku szkolnym bardziej interesuje myślenie reaktywne w związku z tym, z czym się bezpośrednio stykają: program nauczania w szkole, pytania nauczycieli, seriale telewizyjne itp. Ale kiedy tylko młodzi ludzie wyjdą ze szkoły, życie będzie od nich wymagało czegoś więcej niż tylko reagowania. Będą musieli umieć wyjść z inicjatywą i planować swoje działania, a tego nie da się zrobić za pomocą reaktywnego myślenia. A potem dodaje – Jestem przekonany, że umiejętność działania powinna stanowić podstawowy element edukacji na równi z umiejętnością czytania i pisania oraz liczenia.
Kiedyś, dawno temu, w latach 90. ubiegłego wieku, ktoś miał tego świadomość, ponieważ w ramach przysposobienia czytelniczego bibliotekarze mieli za zadanie między innymi zapoznawać uczniów z elementami metodyki pracy umysłowej czyli nauczyć podstawowych metod, jak się uczyć. Z realizacją bywało różnie, a najczęściej nie bywało. Obecnie nie bywa w ogóle, bo nie ma czegoś takiego, jak przysposobienie czytelnicze. W trakcie reform rozmyło się we mgle. Współczesny uczeń sam musi tę wiedzę zdobyć. Jedni idą na żywioł (zdecydowana większość), stosując metodę prób i błędów, a ci bardziej świadomi i ambitni – zapisują się na odpowiednie kursy. Efekt? – różny, ale nie najbardziej efektywny, skoro jest tyle nieporozumień i nieumiejętności w prowadzeniu dyskusji wśród dorosłych, w których ego rozmówcy jest najważniejsze, a organizatorzy kursów komunikacji interpersonalnych mają mnóstwo pracy zlecanej im przez zakłady pracy i firmy.
Sama wiedza zawarta w tej pozycji nie była dla mnie nowością, ale pozwoliła mi na jej uporządkowanie, sklasyfikowanie i nazwanie ułatwiające świadome jej stosowanie. Chętnie wzięłabym udział w warsztatach, by tę wiedzę ugruntować. Sama też mogę, ale będzie to wymagało ode mnie większego nakładu pracy w samokontroli i czasu, by ten nawyk zmieniania kapeluszy myślowych opanować do poziomu automatycznego.
Ale jestem przekonana, że warto!
Dla nieprzekonanych autor poświecił dodatkowy rozdział Melancholia i inne fluidy, którego przekonani nie muszą czytać.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Sześć myślowych kapeluszy [Edward de Bono]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 22 sierpnia 2015
Welon północy – Lara Adrian



Welon północy – Lara Adrian
Przełożyła Agnieszka Jagodzińska
Wydawnictwo Amber , 2011 , 327 stron
Seria Rasa Środka Nocy ; Tom 5
Literatura amerykańska


Stałam się wampirem czytelniczym!
Po pierwszym tomie cyklu romansów paranormalnych Rasa Środka Nocy z rozpędu zaopatrzyłam się w cztery następne – tak mi się spodobał mroczny świat wampirów. Jednak z tomu na tom coraz bardziej wydłużałam przerwy między nimi. Po ostatni na mojej półce, a piąty w cyklu, sięgnęłam dopiero teraz. Po trzech latach!
Ale to nie znaczy, że cykl znudził mnie!
Wręcz przeciwnie. Każdy wciąga po uszy i czyni ze mnie wampira czytelniczego, który jak się przyssie do kolejnej porcji intrygi miłosnej i towarzyszącej jej sensacyjnym wydarzeniom z efektami paranormalnymi, to nie skończy, póki nie zobaczy ostatniej kropki, w ostatnim zdaniu. Każdy tom czytałam na raz i z dużą przyjemnością. Ale, jak to ze słodyczami jest – w nadmiarze mogą zemdlić. Tym czynnikiem mdlącym czyli spowalniającym moje tempo czytania cyklu jest powtarzalność schematu powielanego w każdej odrębnej historii. A dla mnie oznacza to zawsze czekanie na odpowiedni moment, w którym będę miała ochotę na coś słodkiego, ale niekoniecznie pożywnego. Na przyjemność bez racjonalnego myślenia. Po prostu na czysty relaks. Bo to typowa powieść rozrywkowa jest! Do tego bezpiecznie zaspokajająca potrzebę „przeżycia” czegoś niecodziennego i niebezpiecznego, o czym można tylko pomarzyć. Na przykład o romansie z wampirem!
No wiem, śmiesznie to brzmi, ale my, kobiety, czasami tak mamy.

Po czterech tomach, z których każdy jest przede wszystkim historią miłości jednego ze strażników Zakonu, przyszedł czas na Nikolaia. Wampira, który raczej nie cierpiał z powodu braku stałej partnerki, dopóki nie ujrzał zaskakującej wizji w oczach niezwykłej dziewczynki. Zwłaszcza że bohaterka oglądanego obrazu z przyszłości w rzeczywistości stała właśnie obok małej wizjonerki, a wcześniej obezwładniła go i przyprowadziła do Prastarego. Jednego z dwudziestu najsilniejszych, urodzonych w Pierwszym Pokoleniu. Swojego szefa i pana. Odwiecznego wampira, którego ktoś chciał zabić, a ona miała go chronić. Była jego agentką. Zimną, bezwzględną, bez rodziny, przeszłości i przyszłości. Wychowana w sierocińcu, a potem na ulicy, szybko pozbyła się uczuć wyższych. Ale była również Dawczynią Życia, jedną z nielicznych kobiet o wyjątkowych pozazmysłowych zdolnościach i jeszcze rzadszej umiejętności rodzenia przedstawicieli Rasy.
Nic nie wskazywało na to, że Nikolai i Renata, bo tak miała na imię strażniczka, mogliby się polubić, a co dopiero zakochać w sobie.
Ale właśnie na tym polega ta wyrafinowana gra, żeby było jak najbardziej niemożliwie i nieprawdopodobnie, by było trudniej, a przez to ciekawiej. Autorka jest mistrzynią w piętrzeniu trudności, a potem w ich pokonywaniu. Tak skomplikowała wydarzenia i okoliczności, aby ich splot postawił parę przed wspólnym celem, który wymagał współdziałania, współpracy, lojalności, zaufania i pójścia na kompromis sprzyjający narodzinom uczucia między nimi. Z przyjemnością przyglądałam się temu powolnemu rozwojowi wypadków, dynamicznej akcji, pełniej niebezpiecznych zwrotów prowadzących prosto do intymnych, erotycznych scen.
Do spełnienia się zauroczenia i proroctwa.
To dobrze, że istnieją takie opowieści, bo od czasu do czasu mam ochotę wyłączyć logiczne, praktyczne, sceptyczne myślenie i czerpać przyjemność wyłącznie z emocji, które w tym cyklu pulsują niczym nomen omen słodka krew. Mogłam je z przyjemnością wyssać do ostatniej literki. I w taki właśnie sposób ten cykl czyni ze mnie za każdym razem wampira czytelniczego.
A wolałabym zostać Dawczynią Życia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Welon północy [Lara Adrian]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

A piątej części towarzyszy taki trailer.
czwartek, 20 sierpnia 2015
Postfutbol – Mariusz Czubaj , Jacek Drozda , Jakub Myszkorowski



Postfutbol: antropologia piłki nożnej – Mariusz Czubaj , Jacek Drozda , Jakub Myszkorowski
Wydawnictwo Naukowe Katedra , 2012 , 288 stron
Literatura polska


Świat stoi piłką nożną!
A jej siłę i potęgę oddziaływania celnie oddają słowa kulturoznawcy prof. Piotra Kowalskiego – Jeśliby któregoś dnia zamknięto wszystkie teatry na ziemi, nic by się nie stało, ale gdyby którejś niedzieli nie było transmisji meczu w telewizji, wybuchłaby rewolucja. – zacytowane w artykule bardzo dobrze wpisującym się w tematykę tej pozycji – Co prawdziwy kibic jest w stanie zrobić dla swojej drużyny? Dlatego, jak bardzo nie wzbraniałabym się przed piłką nożną i meczami, za którymi nie przepadam, to i tak mają one wpływ na moje życie! Bo to już nie jest tylko piłka nożna i tylko mecz, ale zjawisko kulturowe obrosłe kontekstami okołomeczowymi i okołopiłkowymi, w którym, czy chcę, czy nie chcę – uczestniczę. Jeśli nie dla rozrywki, to chociażby dla podkreślenia mojej przynależności narodowej i wspólnoty solidarnościowej z Polakami. Zwłaszcza podczas rozgrywek międzynarodowych.
To w skali makro, a w skali mikro – powrót do lat dzieciństwa.
A dokładnie do jego atmosfery tworzonej między innymi przez adrenalinę i podekscytowanie dorosłych wokół spotkań meczowych przed telewizorem. To był pewien stały rytuał, który poprzez powtarzalność dawał mi poczucie ładu, spokoju i bezpieczeństwa. Do dzisiaj włączam transmisję z jakiegokolwiek meczu nie po to, by oglądać, ale by słyszeć przyjemny dla mnie i kojący mnie głos komentatora i doping kibiców. Dla jednych to adrenalina, a dla mnie wyciszacz, uspokajacz i odstresowywacz. Zwłaszcza podczas prasowania!
Z podobnie osobistym skojarzeniem z piłką nożną podzielił się autor wstępu prof. Wojciech Józef Burszta, który, jako były piłkarz, wspominał – Piłka nożna, jedna z hegemonicznych dzisiaj dyscyplin sportu, dla każdego z nas pełna jest takich momentów, które na zawsze zapamiętamy. Dotyczy to także wspomnień i nostalgicznych ewokacji z czasów, kiedy samemu było się uczestnikiem boiskowej communitas. Tak! Stare, dobre czasy odeszły już do lamusa, bo obecna piłka nożna, ta kojarzona ze spontanicznością i z naiwną romantycznością czystej rywalizacji, nie ma nic wspólnego ze współczesnym futbolem. Kulturoznawcy znaleźli na ten jej inny wymiar nową nazwę – postfutbol i spróbowali przyjrzeć się mu, rozkładając na poszczególne, budujące go czynniki.
A muszę przyznać, że zadanie mieli trudne, bo to bardzo skomplikowany, złożony i dynamiczny mechanizm.
Autorzy, a było ich aż trzech (antropolog, kulturoznawca oraz trener i analityk piłkarski) swoją analizę rozpoczęli od rysu historycznego piłki nożnej – genezy, rozwoju, światowej ekspansji, hegemonistycznej i globalizacyjnej roli, tworząc na potrzeby tej publikacji trzy pojęcia – archeofutbol (piłka amatorska), profutbol (piłka profesjonalizująca się) i postfutbol (piłka współczesna). To temu ostatniemu określeniu i koneksjom, które dokonują się między piłką a obszarami ekonomii, marketingu, reklamy i sportowego wizerunku, poświęcają najwięcej uwagi. Mecz piłki nożnej to tylko jeden z produktów finalnych postfutbolu, dlatego większość rozdziałów poświęcona jest jego pozostałym elementom składowym – kibicowi, piłkarzowi, reklamie, rytuałowi celebracji, ekonomizacji, technizacji, globalizacji, glokalizacji i narracji wokół futbolu.
Wbrew tym poważnie brzmiącym „zacjom”, które ja wymieniłam hasłowo, a autorzy omówili szczegółowo, przekaz był bardzo czytelny. Treść zawierała nie tylko przystępnie podaną wiedzę pomimo naukowego języka (ale w wymiarze koniecznym), ale również odwoływała się do mojej wiedzy i doświadczenia, które, ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie były takie małe, jak na laiczkę. Znane mecze, na które powoływali się autorzy, towarzyszące im imprezy, spektakularne lub kontrowersyjne zagrania (między innymi słynna "ręka Boga", za którą kilka dni temu Diego Maradona przepraszał ówczesnego sędziego) czy wielkie nazwiska piłkarzy oraz trenerów, nie były mi obce. Dlatego fan futbolu tych smaczków, skojarzeń i niuansów doceni i odkryje dla siebie dużo więcej niż ja!
A warto przyjrzeć się postfutbolowi.
Po pierwsze dlatego, że piłka nożna to obecnie hegemoniczna dyscyplina sportu, a autorzy udowodnili to w tej publikacji. Po drugie pokazali wielopłaszczyznowość kierunków jej rozwoju. Po trzecie wskazali na jej kulturotwórczą rolę ze sprzężeniem zwrotnym. A czwarty i chyba najważniejszy powód podaje wspomniany już prof. Wojciech Józef Burszta – Każdy pragnący zrozumieć, czym jest naprawdę dzisiejsza piłka nożna i do jakiej wielowarstwowej gry jest zapraszany jako kibic i fan oraz na jakie jej reguły się godzi, winien koniecznie przeczytać Postfutbol.
A skoro ta gra wciąga wszystkich i tych świadomych tego, i tych nieświadomych, to warto zrozumieć, w co gramy i o co tak naprawdę chodzi w tym sporcie, który od romantycznej rywalizacji dżentelmenów w kaszkietach przeszedł do walki futbolowych księgowych, podejmujących kluczowe decyzje w oparciu i przeliczenia swoich komputerów i w którym technologia zastąpiła ideologię, a spontaniczność, romantyzm i trenerska intuicja musiały ustąpić miejsca algebrze.
Nie ma już piłki nożnej, jest postfutbol!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Postfutbol. Antropologia piłki nożnej [Mariusz Czubaj, Jacek Drozda, Jakub Myszkorowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Słynna pieśń Fields of Athenry irlandzkich kibiców z EURO 2012 to twarz archeofutbolu, który na moment przebił się przez postfutbol. Ucichli nawet komentatorzy sportowi (oprócz polskiego!). Przypomina o podstawowych wartościach towarzyszących piłce nożnej i daje wiarę, że dopóki kibic w grze, nie zatracimy się całkiem w komercjalizmie!
wtorek, 18 sierpnia 2015
Łzy księżniczki – Jean Sasson



Łzy księżniczki: moje życie w najbogatszym i najbardziej opresyjnym królestwie świata – Jean Sasson
Przełożył Mateusz Borowski
Wydawnictwo Znak Literanova , 2015 , 428 stron
Literatura amerykańska


We Francji trwa oburzenie i wściekłość na króla Arabii Saudyjskiej, dla którego zamknięto ogólnodostępną plażę i na rząd, który na to pozwolił pomimo zdecydowanych protestów obywateli, a w Polsce właśnie ukazała się na rynku wydawniczym kolejna książka jego krewniaczki, saudyjskiej księżniczki Sułtany, która ten fenomen pośrednio tłumaczy.
Jej pierwszą opowieść o rodzinie królewskiej, do której należy, spisaną w Księżniczce,

czytałam dawno temu (w Polsce jej pierwsze wydanie ukazało się w 1994 roku) kierowana ciekawością egzotyki, odmiennych obyczajów i atmosfery dworu królewskiego. Chciałam ujrzeć „od kuchni” niedostępne dla mnie, codzienne życie współczesnych książąt i księżniczek. Poznałam bardzo osobisty świat małej dziewczynki, nastolatki, a potem mężatki i młodej matki, który nie był tak szczęśliwy, jak mogłoby mi się wydawać. Skrajny system patriarchalny wyraźnie piętnował rolę kobiety i ściśle naznaczał oraz precyzyjnie wyznaczał jej niskie miejsce w rodzinie i społeczeństwie. Potem ukazały się jeszcze dwie książki – Córki księżniczki Sułtany i W kręgu księżniczki Sułtany, których już nie czytałam. Sięgnęłam za to po najnowszą, czwartą pozycję, będąc ciekawą, co zmieniło się w Arabii Saudyjskiej i w życiu księżniczki przez te dwadzieścia minionych lat.
I tu byłam bardzo zaskoczona!
Księżniczka Sułtana okazała się zupełnie inną osobą, która przestała skupiać się tylko na sobie i swoim nieszczęśliwym położeniu. To nie tylko kochająca i kochana żona, spełniona matka trójki dzieci, szczęśliwa babcia kilkorga wnucząt, ale również społecznica i altruistka. Kobieta świadoma problemów społecznych swojego kraju i walcząca o prawa kobiet w nim.
Miałam przed sobą jedno z narzędzi służące jej do walki z rodzimym patriarchatem – siłę międzynarodowego rozgłosu.
Co nie oznaczało, że nie było w tej książce opowieści o rodzinie królewskiej. Były i to w wielu różnych odsłonach – tych radosnych i tych smutnych. Opowiadanych przez narratorkę osobiście, chociaż piórem jej amerykańskiej przyjaciółki i pisarki. Ten pomysłowy zabieg sprawił, że mogłam poznać styl wypowiedzi bohaterki, jej egzaltowany sposób wysławiania się, charakterystyczne zwroty grzecznościowe i sposób rozmowy z innymi ludźmi, w której dominował szacunek wobec rozmówcy. To była dojrzała, świadoma i odważna kobieta, która swój bunt wobec ojca i egoistycznego brata skierowała przeciw opresyjnemu systemowi wobec kobiet. Mogła wybrać inną drogę, skupiając się wyłącznie na celebrowaniu szczęścia rodzinnego, na gromadzeniu pieniędzy, kupowaniu ubrań i biżuterii oraz pielęgnacji urody tak, jak inne księżniczki z jej rodziny. Jednak zdecydowanie odrzuciła ten styl życia, angażując się w działalność charytatywną na rzecz Saudyjek oraz cudzoziemek i wykorzystując do tego swoje ogromne możliwości finansowe oraz przychylność męża. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że jedno z najbogatszych państw świata jest w pierwszej dziesiątce najostrzejszej nierówności płci połączonej z przemocą, sporządzoną przez ONZ, gdzie kobiety traktowane są przez całe życie jak dzieci, gdyż nad każdą z nich czuwa opiekun. Księżniczka znała to z doświadczenia. Żyła w złotej klatce. Miała wszystko oprócz wolności osobistej i społecznej.
By pokazać, jak ważny to problem, przytoczyła dziesięć, tragicznych w swojej wymowie, historii zniewolonych kobiet.
Przypadków drastycznych, sztandarowych i wcale nie tak rzadkich, ukazujących najważniejsze problemy kobiet – utrudniony dostęp do edukacji, obrzezanie, przemoc oraz gwałty w małżeństwie i rodzinie, kara śmierci za „magię” i sadystyczne traktowanie dzieci również na tle seksualnym, także przez własnych ojców, bezkarność mężczyzn-morderców żon i córek. Stąd przejmujące dedykacja w książce:

I stąd też rozpaczliwy tytuł, którego sens wyjaśnia jedno z ostatnich zdań narratorki – Pozostaje jeszcze mnóstwo do zrobienia, a ja, księżniczka, wyleję jeszcze wiele łez. To dlatego krótka i przyśpieszona historia Arabii Saudyjskiej umieszczona na końcu książki, brzmiała, jak kronika kryminalna. Bo właśnie od tych końcowych rozdziałów zaczęłam czytać tę swoistą formę walki księżniczki. Uważałam, że, aby dobrze zrozumieć opisywany kraj, trzeba posiadać podstawowe informacje o nim, by trafnie zrozumieć kontekst przekazu i ułatwić sobie kojarzenie koligacji rodzinnych.
Dzięki księżniczce Sułtanie, ujrzałam współczesną Arabię Saudyjską ukrytą pod kobiecym welonem (zakrywanie twarzy to wymysł mężczyzn, bo Koran mówi tylko o zakrywaniu włosów) i widzianą oczami kobiety. Przez ostatnie dwadzieścia lat wiele się zmieniło, chociaż zmiany zachodzą bardzo powoli i z silnym oporem mężczyzn. Po pierwsze dlatego, że ich inicjatorkami są kobiety (na szczęście silne, mądre i odważne ze wszystkich warstw społecznych), a po drugie dlatego, że porywają się na tysiącletnie zasady ustanowione przez ich ojców i dziadków, próbując, zakwestionować tradycję, która liczy sobie dwa tysiące lat opartą na silnym patriarchacie, w którym nie istnieją żadne ustalone reguły obowiązujące kobiety. Wszystkie decyzje dotyczące ich zachowania wciąż pozostają w gestii mężczyzn stojących na czele rodziny. Jeśli są oni wykształceni i przychylnie nastawieni, kobiety mają okazję, by żyć szczęśliwie. Jeśli zaś są niewykształceni i okrutni , kobiety cierpią z powodu ich ignorancji. Ci ostatni dodatkowo wykorzystują do tego celu religię, wypaczając jej przesłanie, a duchowni pomagają im w tym opacznie interpretując słowa naszej najświętszej księgi, żeby zmusić kobiety do uległości – z goryczą zauważa księżniczka Sułtana. Tę przejściowość zmian najlepiej tłumaczy absurdalny kontrast zdań, jakimi opisuje swój kraj – Mieszkam w kraju, w którym kobiety mogą wspiąć się na szczyty kariery zawodowej i żyć w szczęśliwym związku małżeńskim. i Mieszkam w kraju, w którym wiele kobiet spędza całe życie za murami domu i nie może podjąć najprostszej osobistej decyzji. Mieszka w w kraju, którego król przyjeżdża na Riwierę Francuską, odgradzając się betonem od protestujących Francuzów, a ich rząd odkłada na bok zasady demokracji i jednocześnie krewny króla rozdaje 32 mld dolarów na cele dobroczynne, w tym na Francuzów. Dzięki tej opowieści wiem, że takie absurdy są możliwe.
Podejrzewam, że księżniczka Sułtana za następne kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, u schyłku swojego życia, zda kolejną relację ze swoich poczynań i ich skutków.
Życzę jej siły, wytrwałości i determinacji!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Łzy księżniczki. Opowieść o życiu w najbogatszym i najbardziej opresyjnym królestwie świata [Jean Sasson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

A tutaj obejrzałam film dokumentalny o Arabii Saudyjskiej i rodzinie królewskiej, który, w porównaniu do książki, jest bardzo "poprawny".
niedziela, 16 sierpnia 2015
Kiedy ulegnę – Chang-Rae Lee



Kiedy ulegnę – Chang-Rae Lee
Przełożył Andrzej Leszczyński
Wydawnictwo Świat Książki , 2011 , 492 strony
Literatura amerykańska


Piękna opowieść o brzydocie życia!
Ten antagonizm pojęć i emocji niesionych przez nie, nie kłóci się w tej opowieści. Piękno narracji łagodzi i znieczula cierpkość kolejnych porcji gorzkiego kalectwa losów trzech, głównych bohaterów.
June, która straciła całą swoją rodzinę w wojnie koreańskiej w latach 50. XX wieku. Mając zaledwie jedenaście lat, przeżyła śmierć matki, brata i sióstr.
Hektora, który jako amerykański żołnierz widział ofiary wojny i miał świadomość bezsensu jego udziału w niej.
I Sylvie. Żona pastora, która była bezradnym świadkiem morderstwa jej rodziców dokonanego przez Japończyków.
Całą trójkę wojna doprowadziła do koreańskiego sierocińca Nowa Nadzieja. Wszystkich jego mieszkańców wojna naznaczyła piętnem przeszłości ciążącej niczym kamień, który nie pozwalał lekko i beztrosko żyć dalej. Okaleczyła ich psychikę i obciążyła pamięć, której bolesny wymiar próbowali przynajmniej znieczulić – Sylvie narkotykami, Hektor alkoholem, a June miłością, którą próbowała zdobyć zachłannie i egoistycznie tak, jak każde inne dziecko w sierocińcu. Jednak to antidotum żadnemu z nich nie przynosiło stałego ukojenia, pogrążając ich jeszcze bardziej w bagnie przeszłości i zarażając destrukcją innych. W tej opowieści wszystko było zdegenerowane – miłość, przyjaźń, zdrowie psychiczne i fizyczne, przeszłość i teraźniejszość, a nawet cicha bohaterka drugiego planu opowiadająca o okrucieństwie wojny francusko-austiackiej w 1859 roku – książka.
Wszystkie wydarzenia widziałam jednocześnie dzięki dwutorowej opowieści w czasie przeszłym, wojennym i teraźniejszym kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny. Dodatkowo jeszcze opowiadanej naprzemiennie przez trójkę bohaterów, którzy powoli odkrywali swoje tajemnice, mające traumatyczny i decydujący wpływ na ich kondycję psychiczną, postawy, na ugrzęźnięcie w czarnej dziurze wysysającej wszystkie siły, zwaną przez Sylvie „popielnikiem”.
Ta gęsta proza wymagała ode mnie skupienia i powolnego czytania. Piękna w budowie zdań, precyzyjnej konstrukcji fabuły, w rozwijaniu wątków plątanych przez życie, w sile przekazu emocji przeżywanych przez bohaterów, w opisywaniu przejmujących scen, w budowaniu atmosfery i napięcia, angażując moje uczucia i logiczne myślenie do zbudowania ostatecznie obrazu miłości, która nie miała prawa się rozwinąć, rozkwitnąć i spełnić. I może dlatego tę ohydną, a momentami porażającą, twarz wojny, wszechobecnej śmierci, powolnego umierania, rozkładu, depresyjnego smutku, męczącego życia, mogłam pochłonąć z zachwytem. Z trudem brnęłam przez gąszcz ciężkich emocji i zawsze nieszczęśliwych zdarzeń, towarzysząc wiecznie pijanemu Hektorowi i umierającej June, a mimo to chciałam z nimi być jak najdłużej. Poznać każdy szczegół historii miłości trojga okaleczonych i pogubionych dusz, którym wojna odebrała zdolność do szczęśliwego życia. I chociaż może wydawać się to niemożliwe i nieprawdopodobne, to właśnie przeczytałam literacką rozprawkę udowadniającą tezę umieszczoną na książkowej okładce:

Bo miłość to baza, chroniąca psychikę przed jakąkolwiek destrukcją. Nawet wojenną. Jeśli jej zabraknie, nic nie jest w stanie wyciągnąć okaleczonego człowieka z „popielnika”. Ugrzęźnie w nim do końca życia tak, jak Sylvie, Hektor i June.

Tutaj można posłuchać fragmentu powieści.
piątek, 14 sierpnia 2015
Ucieczka z getta – Halina Zawadzka



Ucieczka z getta – Halina Zawadzka
Wydawnictwo Ośrodek Karta ; Dom Spotkań z Historią , 2011 , 188 stron
Seria Żydzi Polscy
Literatura polska


Czułam się, jak szczur w labiryncie śmiertelnych pułapek.
Tak intensywnie i emocjonalnie nie przeczytałam, ale dosłownie przeżyłam wspomnienia autorki. Spisane po pięćdziesięciu latach od zakończenia II wojny światowej nadal były tak silne, wyraźne, namacalne i bardzo bolesne, że bez problemu przelały się na mnie, czyniąc ze mnie empatycznie towarzyszkę uciekającej przed myśliwymi. To było upadlające, odczłowieczające doświadczenie i dało mi wyobrażenie o sile destrukcyjnego napięcia na psychikę nastoletniej dziewczyny uwiezionej w marcu 1941 roku w koneckim getcie, z którego postanowiła uciec.

Widziała w nim tylko śmierć i podświadomie czuła, że wszystkie te spadające na getto nieszczęścia bladły wobec strasznej groźby jego likwidacji. Udało się jej to w ostatniej chwili – 31 października 1942 roku tuż przed swoimi osiemnastymi urodzinami. 3 listopada zaczęły się rozstrzelania i pierwsze transporty do Treblinki. W ucieczce towarzyszyła jej macocha Sara i pięcioletnia, przyrodnia siostra Helenka, z którymi potem się rozdzieliła.

Jednak znalezienie się po aryjskiej stronie nie oznaczało bezpieczeństwa i łatwiejszych warunków do przeżycia.
Bardzo szybko przekonała się, że miała błędne wyobrażenie o Polakach poza gettem. Boleśnie przekonała się o tym już w początkowych godzinach w polskim świecie. W pierwszym domu organisty, u którego miała przenocować, ludzie mający jej pomóc, usiłowali ją zamordować. Dla pieniędzy. Nie było łańcucha życzliwych ludzi przekazujących sobie uciekinierkę z rąk do rąk. Była samotna nastolatka w obcym, wrogim środowisku, w którym nikogo nie znała, na nikogo nie mogła liczyć i nikt jej nie oczekiwał. Błądząca Żydówka wśród nazistów i Polaków, dla których rozpoznanie w niej semickich rysów było równie łatwe, co niebezpieczne. Nieświadomie poruszająca się po najbardziej niebezpiecznych trasach naszpikowanych strażnikami i sympatykami systemu okupacji – dworcach i pociągach. Bez żadnych dokumentów. Jej okrężna i chaotyczna wędrówka z Końskich przez Warszawę do Starachowic, gdzie ostatecznie znalazła kryjówkę, przypominała wyrąbywanie sobie drogi życia pomiędzy Niemcami a Polakami wrogo nastawionymi do Żydów. Ich nadgorliwość w ich wyłapywaniu, czego była nieraz świadkiem, długo ścigała ją uwidoczniona często i otwarcie w wypowiadanym zdaniu – My, Polacy, powinniśmy postawić tutaj pomnik Hitlerowi za to, że rozwiązał za nas problem żydowski. W tych wspomnieniach, jak w żadnych innych, ujrzałam tak silną skalę nienawiści Polaków do Żydów, że zrozumiałam, dlaczego jej echo (i to wcale nie słabe) słyszę do dzisiaj. Dla mnie to był psychiczny horror, w którym przeżywanie własnej śmierci stawało się codziennością, rutyną i życiem z minuty na minutę, na które nie można było się zobojętnić, znieczulić. Tym bardziej mój szacunek wzbudziły matka i córka, które przygarnęły Halę i doświadczały tego samego, co ona:

Karolina Słowik

Olga Słowik

Ukrywała się u nich dwa lata pod obcą tożsamością. Nie tylko przed Niemcami, ale i przed sąsiadami, mieszkańcami Starachowic, a nawet pozostałymi członkami rodziny Słowików. Autorka złego wizerunku nie oszczędziła nawet oddziałom AK, w którego konspiracyjne działanie została zaangażowana przez rodzinę ukrywających ją kobiet. W oddziale partyzantów ukrywała się przez krótki okres tylko dlatego, że nie znali prawdy o jej pochodzeniu. W przeciwnym razie prawdopodobnie spotkałoby ją to samo, co schwytanego w lesie Żyda – rozstrzelanie na rozkaz dowódcy.
Śledząc dramatyczne losy autorki, stale towarzyszyło mi nieodparte wrażenia o cudowności jej ocalenia. W beznadziejnych sytuacjach, w których nie miała żadnych szans, kiedy widziała wymierzony w nią pistolet lub nie mniej śmiertelny palec dziecka z okrzykiem Żydówa, patrzcie, tam stoi Żydówa!, kiedy zrezygnowana próbowała podciąć sobie żyły, zawsze, ale to zawsze zdarzał się mały cud, ratujący ją z beznadziei, bezsiły, niemożności i niemożliwości. Czasami zdarzenia tak bardzo irracjonalne, trudne do wytłumaczenia i niezrozumiałe, jak skomplikowana jest psychika ludzka i nieprzewidywalne człowiecze zachowanie w skrajnych, traumatycznych momentach. To były nie tylko sploty sprzyjających okoliczności, ale i nietypowe, bo litościwe zachowanie niemieckiego żołnierza, konfidenta, policjantów kolejowych, od których nie miała prawa oczekiwać czegokolwiek poza śmiercią i liczyć na jakąkolwiek pomoc. Ten ciąg małych cudów w epicentrum zagłady, dziwił ją samą. Dlatego zadawała sobie pytanie – jak to możliwe, że przeżyła? Pisząc te wspomnienia, próbowała sobie na nie odpowiedzieć, a przy okazji powstało niezwykłe studium ocalenia. Jednego z kilkunastu istnień, jakie zdołało się uratować z koneckiego getta. Kiedy słyszę takie pytanie padające z ust ocalałych, zawsze przypominam sobie słowa Zbigniewa Herberta – „ocalałeś nie po to aby żyć masz mało czasu trzeba dać świadectwo prawdzie”. I tę prawdę można zobaczyć w serii Żydzi Polscy, która udostępnia klasykę źródłowej literatury żydowskiej XX wieku, bezpośrednie świadectwa życia Żydów na ziemiach polskich – w większości opowiadające o doświadczeniu Holokaustu – jak przeczytałam na okładkowym skrzydełku.
A prawda jest bolesna nie tylko dla Żydów, ale przede wszystkim dla Polaków.
Bo to także studium polskiego społeczeństwa i jego nastawienia do zagłady Żydów dziejącej się na ich oczach, często ich rękoma i przy ich pomocy. Momentami nadgorliwej. To dlatego tę książkę wpisuję w kanon publikacji zapoczątkowany Strachem przez bezkompromisowego Jana Tomasza Grossa. To w takich publikacjach znajduję odpowiedź na wiele nurtujących mnie pytań dotyczących nieprzychylnej postawy współczesnych Polaków wobec Żydów. I dlaczego autorka, tak, jak wielu jej rodaków, nie widziała przyszłości w powojennej Polsce, wyjeżdżając do USA – Straciłam nadzieję, że kiedykolwiek Żyd będzie mógł żyć w Polsce bez piętna swego pochodzenia.
A ja zadałam sobie pytanie, które powstało pod wpływem tych wspomnień – jak my, Polacy, z takim wrośniętym w nas od wieków antysemityzmem i rasizmem, poradzimy sobie z postawami wobec imigrantów z Syrii, których pierwsza fala już do nas dotarła i będą następne?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki.
środa, 12 sierpnia 2015
W plątaninie uczuć – Gabriela Gargaś



W plątaninie uczuć – Gabriela Gargaś
Wydawnictwo Feeria , 2012 , 392 strony
Literatura polska


To nie jest romans, chociaż miłość odmieniana była w tej powieści przez wszystkie przypadki.
To życie ją odmieniało. I nie miało dla niej litości. Obchodziło się z nią bezkompromisowo, boleśnie i bezlitośnie, prowadząc twardą i silną ręką najbardziej krętymi ścieżkami, bo i sama miłość nie jest prosta. Jest taka poplątana jak pnącza winorośli.
Nic dziwnego, że w końcu się zamotała i zgubiła!
Wszyscy jej szukali, mając nadzieję, że nie całkiem zniknęła, że jeszcze żyje, że można ją odnaleźć, odzyskać, wskrzesić, reanimować. Przynajmniej taką nadzieję miały trzy, główne bohaterki powieści – Dorota, Hanna i Kalina. Kobiety tuż po trzydziestce. Przyjaciółki połączone nierozerwalną więzią, dającą im poczucie pełniejszego i piękniejszego życia, dzięki wzajemnemu zrozumieniu. Bo żaden, nawet najbardziej kochający facet nie zrozumie kobiety tak dobrze jak druga kobieta. Poza tym różniło je wszystko – podejście do życia, problemy, charakter i wygląd.
Każda była inna.
Dorota miała męża Roberta i dwoje malutkich dzieci. Nie była szczęśliwa. W jej domu po miłości nie pozostało nawet echo. W małżeństwie samotna, sfrustrowana, zła, cierpiąca na nadmierne poczucie odpowiedzialności za rodzinę. W schemacie codzienności zatraciła siebie.
Hanna była atrakcyjną, bardzo ładną singielką, przeklinającą urodę, która w życiu osobistym bardziej przeszkadzała niż pomagała. Po błędach z przeszłości nie potrafiła zaufać kolejnemu mężczyźnie. Z samotności z wyboru uczyniła pokutę. Pukającą do niej miłość, przeganiała, a powstałą pustkę zapełniała przelotnymi romansami z pracownikami korporacji, w zimnych, bezdusznych hotelowych pokojach.
Kalina miała partnera, ale czuła, że tkwi w martwym punkcie. Może dlatego w miłości z przeszłości upatrywała upragnionych zmian, burząc w sobie równowagę emocjonalną i stabilność dotychczasowego związku.
To one i ich zawiłe losy, pnące się w opowieści niczym pnącza winorośli, budowały historię poszukiwania miłości.
Patrzyłam na kobiety – kłębowiska emocji. Stworzenia, które zakochują się na zabój... Istoty stworzone do miłości, której, jeśli zabrakło, szukały czasami po trupach uczuć innych, odkrywając cały wachlarz jej odmian wśród znajomych i najbliższych – rodziców, sąsiadów, teściów. Ludzi w różnym wieku, w różnych związkach lub bez partnera i na odmiennych etapach życia. Przyglądałam im się z zaciekawieniem, poszukując odpowiedzi razem z dziewczynami na uporczywie pojawiające się pytania – czym jest miłość, jak ją spotkać, jak zatrzymać czy jak nie zgubić? By stwierdzić, że każda, nawet sprzeczna odpowiedź z poprzednią, jest prawdą.
Właściwie cała powieść była swoistym traktatem o miłości ubranej w szare, przeciętne, codzienne szaty egzystencji, w której miłość ma też zwykłe dni. Banalne słowa: dziękuję, przepraszam, podziwiam. Miłość to też obiad zjedzony wspólnie, płacz dziecka, uśmiech, wędrówka plażą, kubek kawy zrobiony o świcie. Miłość to nie tylko oszlifowany diament. Ma swoje kanty i rysy, plamy i zadrapania. Miłość znosi ciężkie słowa i, przyczajona, czeka cichutko na lepsze dni. Ciężko oddycha strudzona i rozkwita z każdym rokiem. Jest taka zwyczajna, że czasami aż przeraża.
Aż staje się niewidoczna i zaczyna odczuwać się jej brak.
I właśnie o tym procesie zanikania opowiada autorka, pokazując, co się dzieje, kiedy blednie, kiedy się o nią nie dba, okaleczy, zdradzi, poniży, wykorzysta, zapomni lub zdepcze. Postawi szaleństwo naprzeciw rozsądkowi. Miłość naprzeciw pożądaniu. Dzikość naprzeciw spokojowi. Rozum naprzeciw sercu. I jak wiele zależy od nas samych.
A tam, gdzie jest miłość, tam są i inne emocje!
W tej opowieści było od nich aż gęsto. Tworzyły dynamiczne, tętniące kłębowisko splątanych wątków wyznaczających nieprzewidywalne kierunki rozwoju fabuły i atmosferę tajemnicy. Odkrywałam sekrety każdego z bohaterów nieśpiesznie, niemalże brnąc pod prąd ciężkich zdań, scen i obrazów. Zwłaszcza w tych miejscach, gdzie narrator zewnętrzny przechodził w filozoficzne monologi. Niektóre tak pięknie ubrane w słowa i celnie ujęte, że właściwie mogłabym zapełnić cytatami z tej powieści, mały notes. A mimo to nie odczułam demagogi i dydaktyzmu, chociaż autorka niczego nowego nie odkrywała. Odebrałam ten przekaz raczej jako zaproszenie do rozmyślań, analizy, może utożsamienia się z którymś z bohaterów i porównania własnych odczuć, zastanowienia się i wysnucia być może odmiennych wniosków i podsumowań niż bohaterowie. Umożliwił mi to obiektywizm w przedstawianiu procesu uwikłania postaci w skomplikowane sytuacje, z których żadna nie była tylko zła lub tylko dobra. Wiek, płeć czy pozycja społeczna nie miały żadnego znaczenia. Tutaj każdy popełniał błędy karygodne i nieodwracalne, a jeśli nie, to znaczy, że nie zostały jeszcze odtajnione. Tutaj zdradzający mąż, nieuczciwa partnerka czy kochanka również mieli swoje racje i wzbudzali współczucie. Tę filozoficzną warstwę przekazu najbardziej odczułam pod koniec historii kobiet. Mniej w nim było samego życia, a więcej myśli.
Zaburzyło to lekko konstrukcję powieści.
Jej początek, naprzemiennie opowiadany losami przyjaciółek i ich najbliższych, ukrywał przekaz w ich scenach z codziennego życia, w dialogach, monologach, by pod koniec stać się bardziej widocznym w narracji wprost, a przez to narzucającym się i przyśpieszającym zakończenie. Tak, jakby autorce zabrakło cierpliwości i chciała już zakończyć swoją opowieść. Takie tempo w końcówce i szybkie zamykanie wątków jest dobre dla sensacji lub kryminałów, ale nie dla powieści obyczajowych. I mimo że nie jest to „lekka proza kobieca”, bo dużo w niej dramatyzmu, wzruszeń, a czasami smutku, to ostatecznie oczyszcza i daje nadzieję czytelnikowi, mówiąc – życie jest trudne, ale jeśli zadbasz o miłość w nim, to da się żyć!
Przy czym kluczowym słowem tej myśli jest wyrażenie „zadbasz o miłość”.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Przyjemność czytania zawdzięczam autorce blogu Co warto czytać?, u której kiedyś tę książkę wygrałam w konkursie. Bardzo dziękuję!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77
| < Sierpień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w sierpniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (729)
Mój top czytanych w 2014
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi