Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 14 grudnia 2014
Przystań Julii – Katarzyna Michalak



Przystań Julii – Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 298 stron
Literatura polska


Dokończyłam bajkę!
Tak odebrałam tę „trylogię kwiatową” rozpoczętą przez Ogród Kamili i Zacisze Gosi. Bo ona taka trochę życzeniowa była. Pisana wyraźnie pod dyktando pragnień serc i emocji czytelniczek. To świat stworzony przez kobietę świadomą, czego pragną inne kobiety i dającą im to. Nie tylko kwiatów, których było mnóstwo i w trzeciej części. Może trochę mniej w treści, ale za to na pewno w konwencji rozpoczynania każdego rozdziału krótką informacją o konkretnym kwiecie, zapowiadającym swoim „charakterem” czekające mnie treści w kolejnej odsłonie. Na uprawianie kwiatów w ogródku tak, jak Kamila, Julia nie miała czasu. Postanowiła zmienić miejsce zamieszkania, porzucić dom, który kojarzył jej się z upokorzeniem i nieudanym małżeństwem. Też miałam dosyć ulicy Leśnych Dzwonków i ku mojej radości Julia przeniosła się w Bieszczady. Do zakątka w leśnej głuszy, w którym mogła poukładać sobie życie od nowa. Traf chciał (to akurat w powieściach autorki jest już normą), że odziedziczyła chatkę po ciotce. To w niej znalazła tytułową przystań. Miejsce należące tylko do niej i niekojarzące się z upokarzającą przeszłością. Nowe miejsce i nowi ludzie, którzy pojawili się i w jej nowym domu, i w jej sercu, sprawili, że Julia powoli zaczęła wierzyć w siebie. Tak, tak! Pojawił się nowy mężczyzna. To znaczy dla mnie nowy bohater, a dla Julii ktoś bardzo bliski z przeszłości. Jeszcze tej przedmałżeńskiej. Przy okazji wydało się, że Julia tylko wyglądała na niewinną istotę i ofiarę niewiernego męża. Potrafiła również krzywdzić. Innych i siebie.
Próba naprawienia błędu zaczęła być treścią jej nowego życia.
Ale nie tylko Julia była bohaterką trzeciej części, mimo że wiodącą. Dużo dzieje się również dzięki Kamili i Gosi. Dziewczyny przeżywają swoje tragedie, ale i radości, wprowadzając w sercowe rozterki Julii, wątki sensacyjne. Sinusoida emocji od nieszczęść po szczęścia szalała i tutaj, by na koniec...
Nie, nie! Nie powiem, jak to wszystko zakończyło się.
Chociaż samo zakończenie trochę mnie rozkojarzyło. Gdybym nie wiedziała, że to koniec trylogii, podejrzewałabym autorkę o zapoczątkowanie wątku sygnalizującego jej kontynuację. Wprowadzenie nowych bohaterów ze swoimi historiami w kocówce fabuły, których wystarczyłoby na osobną powieść, to trochę ryzykowne posunięcie. Na dodatek mało prawdopodobnych. Ale właściwie w dużej części cała ta historia trzech przyjaciółek była nieprawdopodobną. Miejscami bardzo! Takie rzeczy przeciętnym kobietom, w nagminnej ilości, po prostu nie zdarzają się. Kobiety współczesne Kopciuszki. Mężczyźni skrojeni na miarę kobiecych marzeń – zawsze przystojni i albo szlachetni, albo bandyci. Zawsze zachowujący się i postępujący tak, jak kobiety chciałyby. Miłości szczęśliwe kończące się źle lub nieszczęśliwe kończące się dobrze. A sam finał silnie zadośćuczyniający wszystkim – i bohaterom, i czytelniczkom.
Czy to złe?
Absolutnie nie! Są czytelniczki, które właśnie takich powieści pragną. Wykreowanych światów równoległych, w których wszystko układa się tak, jak one dokładnie chciałyby. Nawet problemy. I autorka dokładnie takich im dostarcza. Takie lekarstwo na chandrę dla potrzebujących. Nieważne, że trochę za słodkie.
Ważne, że skuteczne!
środa, 10 grudnia 2014
Wasserpolacken – Joachim Ceraficki



Wasserpolacken: relacja Polaka w służbie Wehrmachtu – Joachim Ceraficki
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2014 , 231 stron
Literatura polska


Wasserpolacken!
To pogardliwa nazwa. Dla mnie określenie zupełnie nowe, które powinnam znać kilka lat temu, kiedy Jarosław Kaczyński czynił zarzut Donaldowi Tuskowi, że jego dziadek służył w Wehrmachcie. Teraz wiem, że żaden to zarzut, żaden argument w wojnie politycznej, a z premedytacją wykorzystywanie nieświadomości Polaków do rozgrywek o władzę. Takich „tuskowych dziadków” w przeszłości naszego kraju było, jak podaje autor posłowia prof. dr hab. Ryszard Kaczmarek, około 450 tysięcy. Polaków z dziada pradziada pochodzących z terenów wcielonych przez niemieckiego okupanta. Ten dziedziczony „grzech”, który waży na losach i karierze zawodowej kolejnych pokoleń moich rodaków do dzisiaj, ta książka zamienia na dramat Polaków przymusowo powołanych do armii niemieckiej. Polskich autochtonów urodzonych na terenach zaboru pruskiego, a potem ich dzieci z Pomorza i Prus Zachodnich. Dla Niemców Wasserpolacken czyli rozwodnionych Polaków należących do trzeciej niemieckiej grupy narodowościowej, którzy byli zmuszani do podpisywania tak zwanej volks listy – pisze autor wspomnień spisanych po 64 latach – pod karą śmierci lub zesłania do obozu koncentracyjnego. Zarówno powołanego do wojska mężczyzny, jak i jego najbliższych, w razie odmowy lub ucieczki. Po lekturze Wrota piekieł. Ravensbrück wiem, jak to przebiegało i że to twierdzenie nie jest usprawiedliwieniem na wyrost.

Fot. ze zbiorów rodzinnych.

Takim Wasserpolacken był autor tych wspomnień, którego w wieku 20 lat przymusowo wcielono do bardzo specyficznego oddziału wojsk lądowych – jednostki specjalnego Batalionu 560. Jednostki karnej, do którego trafiali żołnierze skazani wyrokiem sądu wojskowego. Autor pełnił w niej rolę radiotelegrafisty. Swoje wspomnienia podzielił na lata, które jednocześnie, wraz ze zdjęciami, otwierały kolejny rozdział opisywanego życia.

Drogę autora jako cywila, a potem żołnierza, umiejscawiała geograficznie, umieszczona na dole strony, mapka.

Wojna, jaką zobaczyłam, była dla mnie daleko odbiegająca od obrazu tej, którą znałam do tej pory z relacji świadków ze strony polskiej ludności cywilnej, jak i żołnierzy polskich czy rosyjskich. I nie mam tu na myśli walk frontowych, bo one zawsze są takie same, niosąc śmierć, cierpienie i strach. Bez względu na to, po której stronie jest toczona. Zresztą autor nie rozpisywał się na ten temat szczodrze. Bardziej skupił się na frontowych realiach bytowych, szkoleniach i samym funkcjonowaniu w oddziale, które wprawiły mnie w lekkie osłupienie. Ale Wydawca lojalnie mnie uprzedził w rozdziale Od wydawcy, pisząc – książka pokazuje sytuacje zaskakujące lub takie, które nie powinny dziwić, ale tak dalece odbiegają od stereotypowego wyobrażenia losu Polaka w czasie II wojny światowej, że wywołują konsternację. Być może sprawił to surowy, odtwórczy, faktograficzny, nieoceniający sposób narracji autora, który napisał - W mojej opowieści niczego nie zmyśliłem. Fakty, które mogłyby wydawać się niewiarygodne – pominąłem. Ale także specyfika funkcjonowania armii niemieckiej opartej na ściśle przestrzeganym regulaminie przewidującym dla każdego żołnierza – używając współczesnej nomenklatury – pakiet socjalny. A i tak, pomimo tych pominięć, wiele faktów wydawało mi się absurdalnych i nieprawdopodobnych. Urlopy otrzymywane w trakcie działań wojennych, sanatoria dla poratowania zdrowia, przepustki do miast spędzanych na zabawie i podrywie dziewcząt, przepustki, by odwiedzić rodzinę w Grudziądzu czy wypady krajoznawcze. Dużo było tych obrazów przypominających sielankę wśród dobrych kolegów niż wojnę.
Dziwiłam się.
Sam autor, mając świadomość takiej mojej reakcji, pisał – Czytelnicy mogą dziwić się, że ja, przymusowy żołnierz armii niemieckiej, wspominam członków naszego oddziału jako kolegów, a nawet przyjaciół. Łączyła nas jednak obawa przed śmiercią. Wiedzieliśmy, że szansą wyjścia z opresji była koleżeńska solidarność. Do tego dochodziło zupełnie inne wychowanie patriotyczne, jakie stosowano w byłym zaborze pruskim. Całkiem odmienne niż u Kresowian, u których liczyło się pochodzenie szlacheckie i honorowe zachowania obyczajowe. Patriotyzm Polaków z Pomorza opierał się na statusie majątkowym i zajmowanym stanowisku. Praca i rodzina były najważniejsze. To zupełnie inny obraz Polaka, którego nie znamy, a który został zdominowany przez Polaka „szlachcica” z sygnetem herbowym na palcu. Uświadomienie sobie tych odmienności pomocne jest przy odpowiedzi na pytanie: „jak polscy chłopcy z Pomorza czy ze Śląska mogli sobie psychicznie poradzić z sytuacją przymusowego wcielenia do nieprzyjacielskiego wojska?” – zauważa Aleksandra Janiszewska, autorka noty Od wydawcy.
Autor radził sobie jak mógł wśród Szwabów, jak ich nazwał, by przeżyć i nie narazić swojej rodziny na niebezpieczeństwo. Świadomie wybrał funkcję radiotelegrafisty, by być z dala od walk bezpośrednich. W dogodnym momencie zdezerterował. Potem został żołnierzem wojska polskiego, ale piętno służby w Wehrmachcie pozostało. To dobrze, że autor zdecydował się na opublikowanie tych wspomnień, ponieważ to bardzo ważne świadectwo naszej historii. Konsekwentnie od powojnia przemilczanej aż do dzisiaj, a która miała miejsce i której nie wyprzemy się.
Było i tak z naszymi rodakami, jak opisuje autor.
Chciałabym, aby ta cząstka naszej dramatycznej przeszłości dotarła do jak największej liczby Polaków nie tylko dlatego, by poznali prawdę, ale również dlatego, by nie byli bezwolnymi marionetkami wykorzystywanymi w rozgrywkach politycznych.
Ja już do nich nie należę, a Wasserpolacken będzie mi się od tej pory kojarzyło z upodleniem i upokorzeniem tysięcy moich rodaków.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 06 grudnia 2014
Powróz – Tomasz Białkowski



Powróz – Tomasz Białkowski
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 304 strony
Seria ABC
Literatura polska


Z premedytacją, ale i z przyjemnością, po dawce literatury wyczerpującej emocjonalnie, sięgnęłam po dobrą rozrywkę. Mogłam przynajmniej tak przypuszczać po lekturze Drzewa morwowego tegoż autora, rozpoczynającego cykl z dziennikarzem Pawłem Werensem.
Nie zawiodłam się.
W tej pozycji odnalazłam akcent z tego cyklu, ale tym razem to nie Paweł Werens był głównym bohaterem. To zupełnie osobna historia, z nowymi bohaterami i treścią fabuły.
A jednak w swojej ogólności, podobna.
To nie zarzut. Wręcz przeciwnie. Raz sprawdzoną formułę powinno się powielać, a nawet musi. Otrzymałam więc mroczną przeszłość sięgającą lat tuż po wojnie, kiedy rozliczano zbrodniarzy wojennych, wieszając ich publicznie, a która ukrywana, stale wypływa w czasach współczesnych, zbierając mordercze żniwo. Poznałam główną bohaterkę Igę, która, zmagając się z osobistą traumą, zostaje przypadkowo świadkiem wydarzenia wikłającego ją wbrew jej woli w niebezpieczną sytuację. Przy okazji wymuszając na niej rolę nieformalnego detektywa. Zobaczyłam też powszechną zmowę milczenia grupy osób, które nie chciały dopuścić do ukazania niewygodnej prawdy z przeszłości. Oczywiście za wszelką cenę. Również cenę życia ludzkiego. Ale pojawił się też nowy element w tej historii. Bardzo dobrze ukazany mechanizm zależności, kontaktów i uwikłań ludzkich małomiasteczkowego środowiska, do którego trafiła Iga. Szukając kobiety-wisielca, którą przypadkowo zobaczyła w ogrodzie siostry, a która zniknęła, zanim zjawiła się policja, docierała do poszczególnych mieszkańców miasteczka, w którym nikt nic nie wie. Do zwykłej kelnerki, Ukraińców pracujących „na czarno” i elity mającej decydujący wpływ na życie pozostałych ludzi. Zarówno osobiste, ekonomiczne, jak i polityczne.
W ten sposób autor ukazał problem i jego przyczyny, z jakim borykamy się my Polacy w kolejnym pokoleniu od czasów wojny – brak rozliczeń ze wstydliwą przeszłością, w której najbardziej pokrzywdzonymi były dzieci. Win, uczynków, zdarzeń, a czasami zbrodni, które, jak liszaje, wychodzą spod tynku współczesnej elewacji. Autor, niczym dobry konserwator, odsłania w formule kryminału, kolejne warstwy chorej materii, docierając do sedna problemu.
Do nas samych.

W tym króciutkim wywiadzie autor podkreślił najważniejszą cechę swoich powieści - Mówię w swoich książkach o ludzkim losie. Dotyczy to również kryminałów.
czwartek, 04 grudnia 2014
Listy jak dotyk – Gaja i Jacek Kuroniowie



Listy jak dotyk – Gaja i Jacek Kuroniowie
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2014 , 328 stron
Literatura polska


Wielka Miłość jest możliwa!
Dokładnie taka, pisana dużymi literami. Leży przede mną fizyczny, realny, namacalny dowód potwierdzający moją tezę. To zbiór listów między Jackiem Kuroniem a jego żoną Grażyną, którą nazywał po swojemu Gają, Gajką, Gaszką. A potem jeszcze piękniej. Tak pięknie, jak tylko można tę niezwykłość oddać w apoteozie istoty ludzkiej.
Znając przeszłość polityczną Jacka Kuronia, jego wieloletnie i wielokrotne odsiadywanie wyroków w więzieniu i czasy internowania (to ostatnie dotyczy również jego żony i syna) nie dziwił mnie fakt, że jedyną formą systematycznego kontaktu w czasach PRL-u, były listy i grypsy. Uzbierało się ich kilkaset z lat 1965-1982. Ku mojemu zaskoczeniu, mało w nich polityki, trochę realiów więziennych oraz wzmianek o warunkach życia w socjalistycznej Polsce i wreszcie rozmyślań psychologiczno-historiozoficznych, których cenzura zabroniła umieszczać, grożąc wstrzymaniem korespondencji. Bo trzeba wiedzieć, że listy czytali cenzorzy, a one same podlegały ściśle określonym nakazom i zakazom – ograniczona liczba słów, rozmiar kartki i liter, określone odstępy miedzy linijkami i narzucona treść. Te zastawione przez władzę zasieki musieli tak umiejętnie omijać, by poczuć w zdaniach siebie. Swój zapach i dotyk.
Nie było to łatwe!
Zarówno Jacek, jak i Gaja, buntowali się przeciwko temu, dając wyraz swojej frustracji. Świadomość istnienia osób trzecich podczas dialogów toczonych na papierze, intymnych rozmów miedzy sercami, irytowała ich. Czasami doprowadzała do konfliktu wartości między miłością do siebie a nienawiścią do tych nieoficjalnych czy raczej nieprzewidzianych w oficjalnej procedurze czytelników. Eufemistycznie rzecz ujmując – chciałoby się tutaj dodać. Odrzucając wstyd i poczucie upodlenia, pisali nadal, systematycznie. Bez tego nie mogli oddychać. Stworzyli obraz miłości, na podstawie którego można nie tylko udowodnić jej istnienie, ale i podać receptę na jej ciągłość, wysoką temperaturę i rozkwit. Czytana w wyznaniach, ale i między wierszami podczas śledzenia historii ich związku, wzajemnych relacji, postaw czy zachowań. Jednak Jacek nie miał ochoty dzielić się nią, pisząc – jestem w tej dziedzinie cholernym egoistą, nie potrafię się martwić, że tak niewielu ludzi znajduje tę receptę, a tylko bardzo się cieszę, że myśmy ją znaleźli. Bo ich miłość, ta z pierwszych lat poznania się, wbrew logice i procesom psychologicznym, nie gasła. Wręcz przeciwnie. Stale rosła, rozwijała się, rozpłomieniała i wybuchała na nowo, wciąż od nowa rozkochując ich w sobie. Permanentnie tkwili na etapach oczarowania i zakochania. Oboje mieli świadomość jej wyjątkowości, niemalże daru, który otrzymali, a który sprawiał, że żal im było tych wszystkich nieobdarowanych.
Jacek i Gaja poznali się na obozie harcerskim w 1955 roku w Wolinie. Ona miała lat 15, a on 21. Cztery lata później pobrali się. Od tego momentu ich uczucie było z roku na rok silniejsze. Po ośmiu latach małżeństwa Jacek pisał – mijają lata, już osiem, a to, co było między nami, jest coraz większe, silniejsze, piękniejsze. Chyba możemy powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi. Po dziesięciu latach napisał – Minęło już dziesięć lat, a przez cały czas, co rok, co dzień kocham Ciebie coraz to więcej i więcej. Brzmi to trochę szlagierowato, ale Ty przecież wiesz, że to prawda... By po latach piętnastu zauważyć – A my przeżywamy miłość piętnastego roku i wciąż jesteśmy zdziwieni i opętani tym, co jest w nas. Coraz większe, coraz bardziej kolorowe...
Gajka dla Jacka była wszystkim!
Dosłownie. Wszystko, co robił, włącznie z polityką, robił dla niej, z myślą o niej, poprzez nią i dzięki niej. Postawił ją na najwyższym szczeblu swoich priorytetów, wyżej niż politykę, i o zgrozo!, wyżej niż samego Boga, zwracając się do niej - ty moje wszystko, Boże ty mój, Przenajświętsza Panienko i Madonno Boleściwa. Pisał do niej – Mam w życiu wiele wartości, dla których warto żyć, ale wszystkie te wartości są tylko Twoim odbiciem. Nawet ja – taki, jaki jestem dziś – to też Twój innobyt. Cały mój świat jest tylko Twoim innobytem. Jak widzisz, wyznaję taką jakąś religię, monizm idealistyczny. Istniejesz tylko Ty, a reszta jest Twoja ideą. I w tym sensie mieli wszystko prócz jednego – czasu, by tę miłość przeżyć do końca. Gaja zmarła w szpitalu, gdy Jacek był internowany. Pozwolili mu na jeden dzień pobyć z żoną. Na drugi dzień Gaja odeszła. Nie doczekali się spełnienia jedynego marzenia – Kiedyś, kiedyś, kiedy będziemy już zupełnie staruteńcy, będziemy z dobrotliwą wyrozumiałością patrzeć na ten czas, który dziś nam się wydaje apokalipsą.
Czasem dziesięciu lat rozłąki, po którym pozostały listy i grypsy.
Intymne, tęskne, wzruszające, emocjonalne, jak dotyk... Listy, które uchylają rąbka tajemnicy bycia szczęśliwym razem, a którą Jacek nazywa ogólną teorią miłości powstałą na bazie tęsknoty. Pomimo, a może wbrew codzienności, która potrafi spłycić wszystko, poszarzeć świat, doprowadzić do uczucia spowszednienia, uczynić banalnym, nieatrakcyjnym i nudnym. Jednym słowem - jakiego użył Jacek – zezwyczajnieć.
We wszystkim, więc również w miłości.
Nie zdradzę odkrytej w tych listach recepty na Wielką Miłość. Wspomnę tylko o jednym – szansę na nią ma każdy kto kochał, kocha lub będzie kochał. Reszta zależy od obdarowanych nią. Od świadomości, że miłość nie jest świętem. Jest pracą. Jest też bólem, strachem, gniewem, żalem, zgryzotą... Ciężarami, których nie wolno unikać, lecz je dźwigać.
Jacek i Gaja pokazali, jak tego dokonać.
Razem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jacek Kuroń był tak znaczącym politykiem w tworzeniu polskiej demokracji po 1989 roku, że po kilkudziesięciu latach nadal jest autorytetem dla współczesnych polityków. Tutaj wspomina o nim w swoim przemówieniu obecny prezydent Bronisław Komorowski. Ale akurat takiego Jacka Polacy znają, mało kto zna go od strony ukazanej w listach.
sobota, 29 listopada 2014
Jestem kibolem – Krzysztof Korsak



Jestem kibolem – Krzysztof Korsak
Wydawnictwo Poligraf , 2012 , 304 stron
Literatura polska


Kibol brzmi dumnie!
Wiem, co napisałam. Nie pomyliłam się. Dokładnie to miałam na myśli. Ale zanim to zrozumiałam, zanim zobaczyłam, co kryje się za tym pojęciem, zanim pozbyłam się uprzedzeń i przetasowałam swoją marną i ubogą, bo opartą na doniesieniach medialnych, wiedzę, popełniłam ogromną gafę.
A było to tak.
Rozmawiałam z chłopakiem, który dowiedział się, że kiedyś kibicowałam Pogoni Szczecin jeszcze za czasów Dariusza Dziekanowskiego. Kibic ze mnie był dorywczy, przygodny i z namowy, ale to wystarczyło, żeby pojawił się temat. Bo chłopak był kibicem tego właśnie klubu. Tak mi się na początku zdawało, że kibic, dopóki nie padło z mojej strony określenie – kibol. Pełne pogardy degradującej jego pozycję i zachowania. W odpowiedzi usłyszałam – ja jestem kibolem. Zaniemówiłam. Pojawiła się ta niezręczna cisza, którą tak dobrze podkreślał i uwypuklał główny bohater powieści Kamil znany jako Belfer – cisza, nadal cisza, długa cisza, cisza. Cisza. Ale w tej ciszy jeszcze raz, dokładniej przyjrzałam się rozmówcy. Miałam przed sobą sympatycznego, komunikatywnego, inteligentnego, kulturalnego, zadbanego i dobrze ubranego chłopaka. Nijak nie pasował mi do popularnego wizerunku „karka”. To znaczy? – przerwałam pytaniem niezręczną ciszę. I potoczyła się dyskusja, której efektem było pożyczenie mi tej książki.
Nie sięgnęłabym po nią z własnej woli i byłby to poważny błąd.
Żyłabym w niewiedzy o zjawisku, które jest coraz powszechniejsze w życiu społecznym, kierując się ignorancją wszystkowiedzącej osoby, której wystarczyła jednostronna wiedza podawana przez media. Ta wiedza nie ma nic wspólnego z tą, którą poznałam w tej publikacji. Wprawdzie to powieść wymyślona przez autora, ale oparta – jak sam zaznaczył autor – na prawdziwym życiu kiboli. I wiernie pokazuje współczesne życie kibicowskie w Polsce.
Ale początki poznawania tego środowiska nie były łatwe!
Wręcz obrzydliwe! Pomijam fakt, że musiałam przyzwyczaić się do nagminnych wulgaryzmów. Ten świat tak ma i już, dlatego nie to było dla mnie najtrudniejsze. Większą przeszkodą było towarzyszenie mężczyźnie w jego codzienności, który nie bawił się w konwenanse, a życie przyjmował i opisywał takim, jakim go widział, z dużą dawką sarkazmu i ironii. Bez ubarwień, z podkreślaniem lub dostrzeganiem raczej jego brzydoty niż urody. A ponieważ Kamil był narratorem, z którym przebywałam bez przerwy, również wtedy, gdy był sam lub w sytuacjach intymnych, musiałam przyzwyczaić się do jego fizjologii i potrzeb ciała. Szczególnie wtedy, gdy na jego horyzoncie pojawiała się kobieta lub wszystko to, co mu się z nią kojarzyło. A ponieważ kojarzyło mu się prawie wszystko, to miałam niepowtarzalną okazję pobyć w skórze mężczyzny myślącego o seksie co 5 minut. A może nawet częściej.
Sam początek powieści też nie zachęcał.
Najpierw to, co kibole lubią najbardziej czyli ustawka. Rozdział pełen adrenaliny, agresji i przemocy. A potem scena w toalecie pociągu bardzo przypominająca mi tę ze Ślepych torów Irvine’a Welsha znanej też jako Trainspotting. Pełna ekskrementów ludzkich, które stały się tematem rozmów, a nawet przedmiotem flirtu!, między Kamilem a przypadkowo poznaną dziewczyną. Brnęłam więc przez tę „kupę” kartek, która była przede mną. Wchodziłam w świat, o którym mężczyźni raczej niechętnie opowiadają kobietom, bo on nie dla nich. To samo twierdził Kamil. Bo to nie jest świat dla kobiet. – usłyszała jego dziewczyna, gdy domagała się rozmów na temat walk. Chociaż trudno mi tak nazywać kobietę, z którą uprawia się tylko seks. Czasami przez skype’a. Bardziej pasuje – sekspartnerka. Może tym bardziej chciałam go poznać? Trudno dostępne, zakazane kusi, a tutaj nadarzyła się wyjątkowa okazja. Więc chodziłam i jeździłam za Kamilem wszędzie. Po rzeczywistości pełnej kupy (delikatniej rzecz ujmując), fizjologii ciała, detalicznego seksu pornograficznego, podniecenia seksualnego, adrenaliny w żyłach, niewybrednych żartów, agresji i „łaciny podwórkowej”, mając świadomość, że to tylko tło, naturalistycznie oddane, ale tło dla bardzo ważnych informacji, jakie chciał przekazać mi autor.
Wiedzę o świecie kiboli.
Innej niż w mediach. Niedostępnej dla przeciętnego człowieka z różnych względów. Według Kamila nawet ze względów społecznych i politycznych, które uzasadnia tak: Dlaczego kibole są tak niewygodni dla rządu? No, dlaczego? Bo są jak związki zawodowe. Jak katolicy. Jak stowarzyszenia i organizacje. Są grupą! Grupą! (...) A grupą trudniej manipulować niż jednostką. Tę całą wiedzę o świecie kibicowskim autor ujął w bardzo przemyślaną formę. Opowieść Kamila miała służyć jednemu celowi – pokazać bogaty świat kiboli jako pasję. Nie hobby, ale właśnie pasję, zaspakajającą potrzebę przynależności, samorealizacji, adrenaliny, poczucia wspólnoty, dumy, siły, mocy, solidarności, męskości, przyjaźni, zrozumienia i wreszcie wyładowania się. To dlatego każdy rozdział rozpoczynała taka krótka notka:

To mecze były albo głównym tematem, albo przyczyną opisywanych wydarzeń, albo sensem lub odniesieniem w dyskusji. Bez nich nie miało prawa być niczego, łącznie z bohaterami. A tym samym kolejnego rozdziału. W każdym wątek był inny – ustawka, wyjazd na mecz, seks, rodzina, koledzy, praca, rozprawy sądowe, forum kibicowskie, szpital. Jednak tak poprowadzony, by z tego punktu widzenia ukazać sens i istotę pasji Kamila, historię i genezę ustawek, żargon, nastawienie społeczeństwa, problemy w pracy, w rodzinie i z prawem. A wszystko po to, bym na końcu mogła zobaczyć, że kibole to nie bandyci (chociaż nazywają siebie chuliganami), a bardzo złożone zjawisko społecznej subkultury. Nieformalnej grupy społecznej wybierającej między systemem a buntem. Posiadającej swoją wewnętrzną hierarchię, historię, kodeks postępowania, zasady walki, które w skrócie podał jeden z bohaterów – Nie kopać leżących, nie skakać po głowach i nie bić po słowie: basta. A poza tym możecie ich zajebać. Bo jak dodał inny bohater – Dla mnie chuligaństwo to nie jest walka na śmierć i życie (...). Ja to traktuję jako hobby, ale na zdrowych zasadach. Dla mnie nie ma problemu, żeby po walce iść z przeciwnikiem na piwo. Wręcz przeciwnie, bardzo chętnie pójdę i porozmawiam o klimatach. Dlatego nie chciałbym być kibicem Wisły czy Cracovii. Dla mnie to nie jest już życie kibicowskie. To jakaś patologia. Nie jara mnie pocięcie kogoś. Już nie mówiąc o zabijaniu. To właśnie na tej patologii (obecnie bojówka Cracovii jako jedyna używa w walce narzędzi) media lansują i generalizują obraz kiboli.
Można tę powieść potraktować jako swoisty przewodnik po subkulturze kiboli. Dla mnie, kobiety, społeczności brutalnej, opartej na pierwotnych potrzebach człowieka, w której walka, siła, moc i agresja stanowi o męskości jej członków. Tylko i wyłącznie w ten sposób potrafiących się odnaleźć w świecie, zbudować tożsamość i zaspokoić potrzeby. Autor przewidział każdy ewentualny kontrargument przeciwko takiej pasji, każdą odpowiedź na pytanie, które nasuwało mi się podczas czytania, a które wkładał w usta bohaterów podobnych do mnie – zwykłych, przeciętnych ludzi, nastawionych negatywnie. Posunął się nawet do skrytykowania tak myślących, ukazując ich ignorancję, bezkrytyczność, hipokryzję, a nawet głupotę. Wykorzystał do tego celu rodzinę Kamila, by przy wspólnym stole wigilijnym pokazać różnorodność postaw społecznych wobec pasji Kamila – rodziców, kuzyna, cioci, a nawet pracodawcy. I tutaj niespodzianka. Kamil nie był człowiekiem z marginesu. Był inteligentnym, oczytanym, wykształconym historykiem i nauczycielem. Stąd ksywa Belfer.
I kibolem.
Może przede wszystkim kibolem, a potem całą resztą. Autor w swoim przedstawianiu rzeczywistości ruchu kibicowskiego poszedł dalej. Wskazał wyjście z sytuacji, które zadowoliłoby i kiboli, i społeczeństwo – legalne ustawki. Może być MMA? Mogą być i legalne ustawki! Zresztą już są. Czy zastąpią te nielegalne? Nie wiadomo. To, jak pokazuje autor, dynamiczny, stale zmieniający się ruch. Inny kiedyś, inny teraz i na pewno inny będzie w przyszłości. Jaki? – czas pokaże.
I jeszcze słowo do tych bardziej wrażliwych czytelniczek, które nie daj licho, skuszą się na tę pozycję.
Jeśli sięgniecie po tę książkę, to na własne ryzyko. Ja po jej przeczytaniu miałam dość długo problemy z „odczarowaniem” świata mężczyzny. Jednak trwanie w nieświadomości jest zdrowsze.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To tylko takie obrazy widzimy w telewizji, więc może warto zobaczyć więcej, sięgając po tę książkę?
sobota, 22 listopada 2014
Wrota piekieł. Ravensbrück - Anja Lundholm



Wrota piekieł. Ravensbrück - Anja Lundholm
Przełożyła Ewa Czerwiakowska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2014 , 307 stron
Seria Świadectwa. Niemcy XX Wiek
Literatura niemiecka


Wątpiłam.
Każdej emocji i każdej reakcji mogłam spodziewać się w trakcie czytania tych wspomnień. Przecież przepłynęłam przez morze, jeśli nie ocean, literatury obozowej. Żadne uczucie nie było mi obce. Ale, że będę wątpić w obrazy, które oglądałam? A przecież wiedziałam, że na pewno wydarzyły się, że były prawdziwe i potwierdzone, bo wspomnienia autorki ukazały się po raz pierwszy w 1988 roku w RFN, a w Polsce dopiero teraz. Był czas na weryfikację, zwłaszcza że ich ukazanie się nie było wygodne dla ówczesnych władz niemieckich w NRD. Wręcz niepożądane. Nie tylko dlatego, że tematem był niemiecki obóz koncentracyjny w Ravensbrück znany przede wszystkim z pseudomedycznych doświadczeń na więźniarkach, ale również dlatego, że autorką była Niemka pochodzenia żydowskiego. Uczestniczka ruchu oporu, znienawidzona przez własnego ojca Niemca, zdeklarowanego nazistę, a osierocona przez matkę, Żydówkę, samobójczynię. Osoba, która – jak napisała tłumaczka Ewa Czerwiakowska we wprowadzeniu – sporządziła literacki zapis doświadczenia obozu, świadectwo wyjątkowe, dotykające sedna systemu zniewalania i deprawowania jednostki. Nie ferując wyroków, pokazała, co obóz robił z ludźmi – niezależnie, do jakiej kategorii przypisali ich sprawcy.
Długo zastanawiałam się, skąd u mnie pojawiła się postawa niedowierzania?
Myślę, że pierwszym czynnikiem był punkt widzenia autorki–Niemki doświadczającej upokorzeń i cierpienia ze strony rodaków i traktowanej dokładnie tak samo, jak więźniarki innych narodowości oraz groza świadomości mechanizmu, że nie chce się wierzyć własnym oczom. Albo że nie można uwierzyć w to, co się dzieje dookoła. Jak przyjąć do wiadomości, że urodziło i wychowało się wśród tych ludzi i że spędziło się dzieciństwo wśród masowych morderców?

Fot. ze zbiorów rodzinnych.

Miała dopiero 21 lat i kilkumiesięczną córeczkę, którą musiała zostawić bez opieki, kiedy zgarniali ją gestapowcy. Trafiła do obozu Ravensbrück wiosną 1944 roku w jego schyłkowej fazie funkcjonowania prosto do tak zwanych slumsów jako „dyspozycyjna”. Tak nazywano miejsce położone najniżej w hierarchii obozowej. Została nikim do wszystkiego z szansą przeżycia jak w rosyjskiej ruletce. Udało jej się, ale obóz pozostał w niej na zawsze.

Tego obrazu piekła, na który składały się baraki, alejki i krematoryjny komin, nie pozbyła się nigdy. O swym okresie po wyzwoleniu mówiła: "Nie mogłam oswoić się z normalnym życiem. Ciągle jeszcze byłam więźniarką – zresztą do dzisiaj się z tego nie wyzwoliłam".
Drugim czynnikiem mojego zwątpienia był kontekst ideologiczny, którego nie znali więźniowie innych narodowości. Autorka, świadek przemian politycznych i ideologicznych w Niemczech, potrafiła wytłumaczyć obrazowo, na konkretnych i drastycznych przykładach, postawę nadzorczyń. Obnażyć ich automatyzm, bezrefleksyjność, bezwarunkową wiarę w ideologię państwa i przekonanie w spełnianie dobrych uczynków dla swego narodu, chcąc wyrżnąć w pień to diabelskie nasienie. Najlepiej i najcelniej tę postawę oddaje ten opis nadzorczyni chłoszczącej leżącą na ziemi dziewczynkę, którą w końcu zatłukła: „Dlaczego zabija pani to dziecko?” – Nigdy nie zapomnę jej oczu. Spojrzenia jakim mnie obrzuciła. Tam nie było nienawiści czy gniewu, nawet nie było pogardy, nic poza odruchem zdziwienia. Naiwne, niebieskie, okrągłe oczy z małymi źrenicami, które wyglądały jak plamka zrobiona pędzelkiem. „To przecież nie jest dziecko”. Brzmiało w tym zdumienie, mniej z powodu tego zdania, bardziej dlatego, że więźniarka, najwidoczniej też Niemka, powiedziała coś tak niedorzecznego. To dlatego nie zadawałam sobie pytania – jak one mogły, tak postępować? Bo wiedziałam, dlaczego tak postępowały, dlaczego działały, jak dobrze zaprogramowany automat.
Trzecim czynnikiem był sposób narracji – relacja pierwszoosobowa w czasie teraźniejszym. Nie było przeszłości i nie było przyszłości. Istniało tylko tu i teraz oraz ciągłe wahanie między wolą życia a beznadzieją. Stawiało mnie to w sytuacji logiki myślenia dokładnie takiej, jak więźniarki, czyniło ich towarzyszkami, doświadczało w danej chwili, nie pozwalało myśleć, ograniczało sięganie do wiedzy posiadanej. Do informacji, które podsuwały bezpieczną perspektywę patrzenia na wydarzenia, stwarzając tym samym dystans wobec emocji. Bez tego reagowałam podobnie, jak inne uwięzione kobiety. Obraz dziecka roztrzaskiwanego główką o mur w obecności matki u jednych wywoływał psychiczny stupor, u innych nerwowy chichot, inna po prostu zwariowała, jeszcze inna odwracała wzrok, a ja nie dowierzałam. Widziałam i nie wierzyłam w to, co widzę. W to, co opowiadała mi Anja, która zadawała pytanie współrodaczkom – Tylko dlaczego my, urodzone w Niemczech, z takim trudem jesteśmy w stanie uwierzyć w to, co widzimy? Cudzoziemki, które pochodzą z 23 krajów, są bardziej trzeźwe. Dlaczego ja, nie byłam trzeźwa? Uświadomiłam sobie, że autorka stylem przekazu pokazała mi obóz oczami Niemki więzionej przez rodaków, która abstrakcyjne doniesienia sprzed aresztowania musiała przełożyć sobie na rzeczywistość, walcząc z mechanizmem wypierania, w którym nie chce się wierzyć własnym oczom. To stąd tyle niedowierzań było we mnie.
Jestem jej wdzięczna za to nowe spojrzenie.
Widziałam obóz ten sam, jaki poznawałam od strony Polaków i Żydów, a jednocześnie zupełnie inny, odmienny, jeszcze mi nieznany, w którym nawet napis Arbeit macht frei zmieniał swoją wymowę z cynicznej, znanej mi z Auschwitz, na sentencję nagrobną w przypadku Ravensbrück. Bo jak napisała wspomniana wcześniej autorka wprowadzenia – nigdy nie będziemy mieli pełnego dostępu do tamtego świata, każde zaś świadectwo jest zaledwie kamykiem w nieskończonej mozaice. Układam te kamyki niestrudzenie od kilkudziesięciu lat i zaczynam dostrzegać jej złożoność. Dzięki takim pozycjom, niepublikowanym w Polsce w czasach komunizmu, w których Niemcy byli tylko źli, układana mozaika przestaje być prosta, a zaczyna być skomplikowana. Nawet bardzo. Bo oto okazuje się, że w każdym obozie istniało tysiące różnych obozów – jak napisała francuska więźniarka z Ravensbrück. Autorka miała swój obraz obozu i ja mam swój obraz, w którym obóz Anji jest jednym z elementów mojego. Zaledwie wycinkiem.
Czytając te wspomnienia pamiętałam, że gdzieś tam niedaleko leży Krysia, Wanda i wiele innych Polek w roli królików doświadczalnych, których nocny krzyk niósł się przez nieszczelne okna i ściany baraku. Anja wiedziała, że to krzyczą ludzie, kobiety okaleczone pseudomedycznymi eksperymentami na rewirze, pokrojone, wielokrotnie sztucznie infekowane bakteriami gangreny. Podobno umierają w straszliwych mękach bez środków uśmierzających. Podobno... Mówią, że... Chyba... Same domysły. Ja wiedziałam, że na pewno. Znałam ich imiona i nazwiska, znałam skalę cierpienia, z którymi podzieliły się ze mną w książkach: Ponad ludzką miarę oraz I boję się snów. Wiedziałam też, a to przynosiło mi pewną ulgę, co stanie się z oprawcami dzięki opracowaniom popularnonaukowym Sprawczynie oraz Piękna bestia.
Ta pozycja ma jeszcze jedną, ważną i nieocenioną wartość.
Pokazuje nie tylko, że w Niemczech istniał ruch oporu, że byli Niemcy inaczej myślący i niebojący się tego okazywać oraz o tym mówić, ale ukazuje również relatywizm i podobieństwa totalitaryzmu faszystowskiego i komunistycznego. Autorka wywołując z pamięci swoje współtowarzyszki obozowe, zawsze podawała przyczynę ich osadzenia. Wyrok można było dostać za wszystko – ukrywanie Żydów, defetyzm, krytykę faszyzmu, brak porteru führera, pomstowanie na nazistowskiego funkcjonariusza, nieoddanie honoru fladze, nieusprawiedliwioną nieobecność w zmilitaryzowanym zakładzie, kradzież puszki lub w wyniku donosu. Nawet własnego ojca na córkę czego Anja jest idealnym przykładem. Zupełnie jakbym czytała rozdział o powodach aresztowania w Archipelagu GUŁag Aleksandra Sołżenicyna.
I z tym ostatnim skojarzeniem wiąże się moja jeszcze jedna refleksja.
Ze smutkiem przyglądałam się więźniarkom politycznym z czerwonym trójkątem na pasiaku zapatrzonym w komunizm. Stalinistkom, które walczyły przeciwko brunatnemu złu, chcąc służyć złu czerwonemu. Nie miały świadomości, że zamieniają lager na łagier. Ta ich nieświadomość bezcelowego cierpienia, pełnego nadziei i hartu ducha, przygnębiała mnie.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj zwiedziłam obóz-muzeum dokładnie tak, jak sama bym chciała. W ciszy, w skupieniu, bez "upiększającej" muzyki w tle, skupiona na każdej cegle, murze, oknie, ścianie, nakładając na nie przeszłość, jak przezroczysty slajd.
niedziela, 16 listopada 2014
Rykoszet - Sandra Brown



Rykoszet - Sandra Brown
Przełożyła Joanna Grabarek
Wydawnictwo Świat Książki , 2014 , 430 stron
Literatura amerykańska


Dobry romans przeczytałam!
Zaraz, zaraz – może powiedzieć ktoś, kto tę powieść czytał – nie zgadzam się z takim jej zaszufladkowaniem. To zdecydowanie thriller - powie.
I kto z nas będzie miał rację?
I ja, i protestujący. Bo ta powieść określa siebie tak, jak chce czytelnik. A to dzięki dwóm dominującym i rozbudowanym wątkom - kryminalnemu i erotycznemu.
Jeśli ktoś będzie szukał kryminalnej zagadki do rozwiązania w dusznej atmosferze thrillera z nieboszczykiem, detektywem i podejrzanymi, to ją tutaj znajdzie. Dostrzeże małżeństwo wplątane w przypadkowe zabójstwo w obronie własnej. Będzie z napiętą uwagą śledził dynamiczny rozwój wydarzeń składających się na wyjaśniające dochodzenie, prowadzące do finału. A po drodze nie będzie mu łatwo wytypować zabójcę, zwłaszcza że pojawią się nowe ofiary śmiertelne, a niejednoznaczność zachowań bohaterów wprowadzi zamęt w logice myślenia.
Jeśli jednak ktoś będzie chciał przeczytać powieść erotyczną, w której wątek kryminalny będzie dla niego tylko tłem i ciekawym dodatkiem podnoszącym napięcie w już i tak gorącej atmosferze, to ją również otrzyma.
Do tych ostatnich poszukujących zaliczam się ja.
Zaczęłam czytać tę powieść z przekonaniem, że sięgnęłam po kryminał. Jednoznaczny tytuł i informacje na okładce dawały mi taką pewność. Ale z czasem, powoli, w miarę rozwoju akcji, coraz mniej obchodził mnie trup i zabójca, a coraz bardziej to, co zaczęło się budzić między detektywem Duncanem a podejrzaną o zabójstwo Elise. Co tam dochodzenie, skoro prawy mężczyzna, mocno trzymający się zasad zawodowych i moralnych, zaczął gubić zdrowy rozsądek dla kobiety. I to jakiej! Istoty o wyjątkowej urodzie, na widok której rozum u mężczyzn powoli lub błyskawicznie przesuwa się w dolne partie ciała. Policjantka Deedee a zarazem partnerka Duncana, twardo stąpająca po ziemi, ujęła to bardziej dosadnie. Ja pozostanę przy wersji dyplomatycznej, chociaż dialogi z Deedee uwielbiałam. Zwłaszcza, gdy próbowała swojego partnera otrzeźwić, ukazując mu racjonalne spojrzenie na sprawy damsko-męskie. I nie tylko! Niestety (dla mnie stety!), u Duncana degradacja rozumu nastąpiła błyskawicznie, wprowadzając napięcie erotyczne z rodzaju tych „między ustami a brzegiem pucharu”. Było piekielne pożądanie i silne zauroczenie (które najlepiej zapić lub „uleczyć” z inną kobietą – ech ci mężczyźni!) oraz ewentualny związek bez perspektyw. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, bez wyjścia, a przez to sadomasomartyrologiczna. Dla fanów romansów – wymarzona! Etyka zawodowa detektywa wykluczała bliższe znajomości z podejrzanymi w prowadzonym śledztwie. Na dodatek Duncan, syn pastora, wyznawał przewrotną zasadę – cudzołóstwo owszem, ale nie z mężatkami. A Elise była żoną sędziego, z którym toczył wojnę na płaszczyźnie zawodowej. Przynajmniej na początku.
Dzieliło ich wszystko – status społeczny, stan cywilny, przeszłość, a łączyło jedno – pożądanie.
Również przynajmniej na początku. Bardzo silne, skłaniające do nieprzemyślanych kroków i decyzji, dyktowanych emocjami i mających poważne konsekwencje w pracy zawodowej i w sferze osobistej obojga. Sceny erotyczne, których nie ma za wiele, bo wszystko rozgrywa się w sferze psychiki i w przestrzeni kontaktów między nimi, doprowadzały do irytujących mnie emocji – no zrób to i przestań męczyć siebie i mnie lub ( w wersji z zasadami) zwariuj, ale stój na straży wartości moralnych! Huśtawka emocjonalna jak na karuzeli. Oczywiście nie zdradzę finału.
Powiem tylko, że te emocje, których w tej powieści było bardzo dużo, mocno wpłynęły na rozwiązanie wątków kryminalnych. Mam wrażenie, że zostały poprowadzone trochę życzeniowo, pod czytelnika romansu, czyniąc je trochę naiwnymi. I to może nie spodobać się fanom kryminałów. No, ale tak to jest, gdy łączy się dwa rodzaje powieści, tworząc hybrydę, którą określiłabym romansem kryminalnym. To nie jest niekorzystne, wręcz przeciwnie. Poszerza grono odbiorów. Problem polega tylko na tym, żeby ewentualny czytelnik wiedział o tym. To moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, dlatego ciekawa jestem, czy to charakterystyczna cecha pisanych przez nią powieści. A napisała ich bardzo dużo – ponad 70 romansów, kryminałów, thrillerów i powieści historycznych – przeczytałam na okładce książki. Z czego w Polsce ukazało się około dziesięciu.
Który tytuł polecacie, jako następny?

A tutaj podany jest ranking najlepszych powieści autorki, spośród wszystkich napisanych przez nią.
wtorek, 11 listopada 2014
Szum – Magdalena Tulli



Szum – Magdalena Tulli
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 189 stron
Seria Proza Pl
Literatura polska


Spośród polskich pisarzy twórczość tej autorki jest dla mnie jedyną w swoim rodzaju. Gatunkiem endemicznym w jednym egzemplarzu. Stoi na szczycie literatury wysokiej. Potem jest już tylko liberatura, do której jeszcze nie dotarłam, ale planuję. Czytając jej poprzednie powieści (chociaż do Trybów to określenie nie pasuje), musiałam brnąć przez jej świat, słowa, abstrakcje, by nie zgubić ścieżki, którą mnie prowadziła. Docierałam do końca, ale i tak miałam wrażenie, że nie pojęłam wszystkiego, że coś mi umknęło, że nie wyłapałam całości wątków i myśli w treści. Jej proza jest wybredna, bo nie przed każdym czytelnikiem się otwiera. Jej hermetyzm wynika z ogromnej dawki filozofii wynoszącej umysł czytelnika prosto do dziewiczego świata abstrakcji, którego z niczym porównać, nijak dopasować do już znanych, bo bez precedensu niemożliwym jest porównać go i posłużyć się wypróbowaną miarą. W tej twórczości trzeba być pionierem i badaczem w sytuacjach dalekich od typowych. Język przekazu opisywanych światów nie ułatwia tego zadania. Gęsty od treści, niedomówień i skojarzeń niekoniecznie doświadczanych przez odbiorcę. Brak wspólnej autopsji lub emocji oraz rozdźwięk między używanym językiem i kryjącym się za nim zasobem pojęciowym nie zachęca do zaczytywania się w prozie autorki. Brak takich kluczy zniechęca. To proza do której trzeba sięgać na palcach, bo stoi na najwyższej półce. Urosnąć w rozwoju czytelniczym, by ją przyjąć.
A mimo to, sięgam po nią z uporem maniaka.
Dlaczego?
Bo mnie zmusza do gimnastyki umysłu, do pracy nad tworzeniem nowych ścieżek rozumowania, sięgania do poprzeczki, umieszczonej gdzieś tam w górze, poznawania odmiennego pryzmatu patrzenia i wreszcie do odkrywania nietypowych światów funkcjonujących w umysłach nietuzinkowych ludzi. To mnie ciekawi i fascynuje. Mam wrażenie, że stąpam po terenach dziewiczych, odkrywam nowe lądy, poszukując bogactw dla siebie. Gdybym miała porównać świat literacki do muzyki, to twórczość autorki jest jazzem. A jak wiadomo ze znanej reklamy propagującej czytelnictwo – co czwarty Polak słucha jazzu. Magdalenę Tulli czyta, chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że co dziesiąty czytający Polak. Spośród moich znajomych jedna osoba, a i to nie przebrnęła przez Tryby. Na dziesięciu próbujących czytać, ośmiu nie dociera do końca - taki wniosek nasunął mi się po przejrzeniu portalu Lubimy Czytać. Ale za to reszta jest nią zachwycona! Niszowa literatura może ma mało fanów, ale za to, jak pięknie przekładają swoje wrażenia na słowa!
To dlatego z zaciekawieniem (co tym razem będę odkrywać i czego się nauczę?), ale i lekkim niepokojem sięgnęłam po najnowszy tytuł autorki. Od ostatniej przeczytanej przeze mnie jej książki minęło osiem lat. Byłam ciekawa, czy mój rozwój czytelniczy choć odrobinę rozwinął się? Jak będzie mi się czytało? Trochę przypominało to przygotowania do swoistego testu z pytaniem – zdam go czy nie?
Pierwszy rozdział nastawił mnie optymistycznie. Załapałam wątek, rozeznawałam się w sytuacji (bohaterowie, miejsce i czas), a i dawka filozofii mnie nie przytrzasnęła w drzwiach. Będzie dobrze! Dam radę! – pomyślałam. Toż to przecież sam egzystencjalizm z jego bólem istnienia, chociaż to też nurt filozoficzny, ale taki bardziej swojski, bardziej zrozumiały, ukorzeniony w życiu i doświadczany przez każdego. A jeśli przez każdego, to rysowała się płaszczyzna do zrozumienia, pojawił się punkt styczny i szansa na kanał łączności z autorem. To swoiste intro było grubą kreską szkicującą zarys całej powieści. Wstęp ukazujący bardzo złożony problem przede wszystkim (choć nie tylko!) relacji między córką a matką, mający swoje pierwotne źródło w przeszłości starszej z nich. Jeśli pojawił się hermetyzm w tej powieści, wynikał on z rozbieżności emocji. Jest ich tutaj dużo – trudnych, przytłaczających, mrocznych, cierpiętniczych, bolesnych, otwierających stare rany, obciążających smutkiem, apatią, prowadzących do wycofania się, do zamknięcia się w sobie. Może nawet do depresji? Na pewno do ukształtowania się postawy ofiary w bohaterce. Katami (pod maskami esesmanów) byli najbliżsi. Krzywda wyrządzona przez najbliższych, w tym własną matkę, bolała najbardziej i najbardziej pustoszyła, wypaczając psychikę dziecka. Dla czytelnika o podobnych doświadczeniach, z którymi się nie uporał, powieść może być nie do przejścia albo, w przeciwnym razie, wywołać przykry i bolesny powrót do traumatycznego dzieciństwa. Ale jeśli jednak, mimo wszystko, ktoś taki dobrnie do końca, otrzyma w nagrodę sposób poradzenia sobie z podobnym problemem. Bo autorka po pierwszym rozdziale wstępnym rozwinęła i przeanalizowała problem, by w ostatnim zrobić „rachunek sumienia”. Nie swojego, ale tych wszystkich, którzy kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób wchodzili w skład trybunału orzekającego w jej sprawie lub oceniającego ją i jej rodzinę. Przez te gęste emocje i mrok przeszłości, które ciągnęły się za bohaterką niczym smuga sczerniałej krwi, przeszłam chroniona własnym, szczęśliwym dzieciństwem, dlatego mogłam z dystansem (chociaż mimo to, cień smutku i tak się we mnie zalągł) spojrzeć na fabułę opowieści.
Historię opowiadaną przez narratorkę-kobietę dojrzałą, której wspomnienia o trudnych relacjach rodzinnych od czasów dzieciństwa aż do rozwodu, wywołała śmierć ciotki i w konsekwencji list otrzymany od kuzynki. To jego treść była iskrą zapalną emocji, które przelewały się coraz większą falą przez kartki tej książki. Coraz szerszą, ciemniejszą, niszcząc osobowość narratorki, mającą ostatecznie wpływ na jakość jej życia. Przywołane obrazy z lat dzieciństwa, dorastania i czasu dorosłego, miały nie tylko zapoznać mnie z przeszłością, ale ukazać przyczyny postaw wszystkich bohaterów z punktu widzenia narratora wewnętrznego. Niestety tylko jego. To dlatego wielu rzeczy mogłam się tylko domyślać. Wpływ traumatycznej przeszłości rodziców na dzieci, jej przerzucanie na kolejne pokolenie nie jest nowy. Tutaj zaciekawiły mnie doświadczenia niemieckich obozów koncentracyjnych matki i ciotki narratorki, które przełożyły na życie w myśl zasady – by przetrwać obóz, trzeba być twardym. By przetrwać życie pełne szumu – również. Tragedia zaczyna się wtedy, gdy w życiu takich osób pojawiają się dzieci. Zwłaszcza te łaknące miłości, bliskości, niedyskretne i „wścibskie”, bo gotowe są odsłaniać słabe punkty niepodważalnych prawd i podważać je po kolei, nawet o tym nie wiedząc.
O niezwykłości, wyjątkowości, bogactwie wyobraźni i nieprzeciętnej inteligencji głównej bohaterki, której najbliżsi zawiązali na czubku głowy symboliczną kokardę kaczki Dziwaczki, świadczył język, którym opisuje przeszłość. Pełen metafor, skojarzeń, przenośni i plastycznych opisów przekładających emocje na obrazy. Tak jak w tym fragmencie – Moje tematy, te, od których nie mogłam się odłączyć, po drugiej stronie stołu uruchamiały milczący sprzeciw i nakręcały zębate kółko ironii, a ono przez specjalną przekładnię otwierało we mnie zapadkę żalu. Oto perfekcyjny obraz stosunków w rodzinie i ich skutków w jednym zdaniu. Na dodatek twarda, ostra, ciemna proza życia mieszała się z wytworami psychiki bohaterki – postaciami zmyślonymi. Pełniącymi różną funkcję - od przyjaciela i przewodnika po procesy wyparcia, kompensacji czy negacji.
Na koniec pozwolę sobie na uwagę krytyczną.
Dotyczy ona kompozycji treści, a dokładniej rozdziału pierwszego. Pełni on tutaj rolę wstępu wprowadzającego w tematykę całości. Dla mnie zbyt wiele ukazał. Więcej faktów w nim ukryłabym lub pominęła, zwłaszcza obozową przeszłość matki, by potem z przyjemnością je odkrywać lub w ogóle wyrzuciłabym go z książki, pozwalając na powolne odsłanianie się bohaterki i toczenie się historii bez uprzedzeń. To bardzo popularny chwyt w literaturze kryminalnej i sensacyjnej, ale tutaj? No, ale... ja tu tylko czytam.
Czytać czy nie czytać? - oto jest pytanie!
Odpowiedź ujmę tak – jeśli ktoś chce ładnie wyglądać, stosuje dietę i ćwiczy ciało, a jeśli chce mieć piękny umysł (co nie jest tożsame tylko z inteligencją i wiedzą), powinien ćwiczyć, czytając literaturę wysoką. Dlatego namawiam do stanięcia na palcach i sięgnięcia po tę książkę. Jeśli się nie uda, spróbować za jakiś czas ponownie. W moim przypadku to się sprawdziło.
Czytam prozę Magdaleny Tulli z zachwytem, co wcale nie znaczy, że rozumiem w pełni wszystko to, co chciała mi powiedzieć. Mam poczucie, że jeszcze trochę mi brakuje, że nie do wszystkich drzwi zdobyłam klucze. Ale wiecie co? Właśnie to jest w tej twórczości najpiękniejsze – permanentne poszukiwanie kluczy i otwieranie kolejnych drzwi do światów istniejących w jednym, jedynym egzemplarzu. Daje mi to ogromną satysfakcję, ale i osamotnienie w niemożności dzielenia się wrażeniami i przeżyciami z innymi.
Dołączcie do mnie do tej gimnastyki, a przynajmniej spróbujcie. Proszę.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Z Magdaleną Tulii również trudno się rozmawia. Namęczyli się prowadzący z nią wywiad, a przecież to wytrawni czytelnicy - krytyk literacki i tłumacz literatury!
sobota, 08 listopada 2014
Czerwony Tybet – Robert Stefanicki



Czerwony Tybet – Robert Stefanicki
Wydawca Agora , 2014 , 472 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej ; podseria Reporterzy Dużego Formatu
Literatura polska


Tybet.
Słowo, po którym szybko przywołuję z pamięci metodą skojarzeniową wszystko to, co wiem na jego temat. Okazuje się, że właściwie niewiele. Zasób wiedzy zbudowany na bazie filmu Siedem lat w Tybecie z Bratem Pittem, doniesień medialnych o pokojowej walce Dalajlamy o wolność i samospaleń mnichów niegodzących się na restrykcje religijne. Obraz niemalże romantyczny narodu zniewolonego, który walczy o niepodległość. Bardzo przypominający ten mojej Polski walczącej. Przed stereotypami uprzedzał mnie sam autor, pisząc – Nie należy jednak wierzyć fotoreportażom z Tybetu ukazującym mrowie chińskich żołnierzy na ulicach miast, obserwowane przez tybetańską biedotę z przerażeniem i smutkiem wypisanym na twarzach (...) Podobne zdjęcia dobrze się sprzedają, bo odpowiadają stereotypom, ale Tybet tak nie wygląda. Mogę go wyrzucić do kosza. Łącznie z moim pojmowaniem walki o wolność. Dzisiejsza walka Tybetańczyków nie jest walką o wolność, bardziej o spokój sumienia. – prostuje autor.
Wyrzucam wszystko, poza jednym elementem.
Ale o nim napiszę na końcu. Nie zmienia to faktu, że ten przekaz dziennikarza należy najlepiej zacząć czytać z czystą kartą , z całkowitą niewiedzą i nieznajomością tematu, zapisując ją zupełnie od nowa. Ja tak nie zaczęłam. Nieuprzedzona, z bagażem stereotypów, próbowałam dopasować, włączyć, połączyć, wcisnąć na siłę podawane informacje w wiedzę dotychczasową. Nijak mi to się nie udawało. Nic nie pasowało, nic nie współgrało, żadne elementy się nie zazębiały nawet. Wręcz przeciwnie! Burzyły dotychczasowe wyobrażenia. Przez mój umysł przeszedł tajfun wiadomości, wprawiając mnie w zakłopotanie, zdumienie, zaskoczenie, rozczarowanie i wreszcie żal oraz smutek przechodzące ostatecznie w zadumanie.
Bo Tybet to pojecie bardzo skomplikowane.
Kraj dysonansów i absurdów. Tych ostatnich tak dobrze znanych mi z rodzimego procesu komunizacji Polski. O bardzo skomplikowanych zawiłościach historycznych, ekonomicznych, kulturowych, demograficznych, społecznych i wreszcie tych najbardziej zapalnych – religijnych i politycznych. Jakąkolwiek dziedzinę życia Tybetańczyków bym nie wzięła pod lupę, trzymaną w ręku przez autora, w żadnej z nich nie znajdywałam prostej ścieżki rozumowania. Nawet słowo „patriota” nie było jednoznaczne. Jeśli przyjąć definicję jednego z rozmówców autora, że patriota to ktoś, kto ma odwagę mówić o krzywdzie, jaką robią nam Chińczycy to zgodnie z tą definicją w Tybecie nie ma wielu patriotów – ripostuje ten ostatni. A rozmówca zgadza się z tym! Ten narastający chaos pomogła mi opanować analogia do historii walki o niepodległość przez moją ojczyznę.
Co nie znaczy, że nie smuciło mnie odzieranie z romantyzmu. Nawet bolało. Zwłaszcza, gdy zrozumiałam porażający zasięg sinizacji wśród najmłodszych pokoleń Tybetańczyków. Są wśród nich tacy, którzy nigdy nie słyszeli o Dalajlamie! A przecież rekomendacja profesora Bogdana Góralczyka umieszczona na książkowej okładce, wyraźnie uprzedzała mnie, że autor zawiesza swoją opowieść między beznadzieją a nadzieją. Od czytelnika zależy, którą wersję wybierze. Obawiam się, że ja wybrałam tę drugą.
A to boli najbardziej - brak nadziei.
I nie jest to wpływ subiektywnego przekazu. Wręcz przeciwnie. Autor dołożył wszelkich starań, by ukazać Tybet z perspektywy historii, teraźniejszości i rysującej się przyszłości. Często powoływał się na opisy, obserwacje, wspomnienia, przekazy innych dziennikarzy ( w tym na Tiziano Terzaniego), podróżników, tybetologów, historyków czy badaczy. Swoją wiedzę opierał na własnych obserwacjach, wywiadach i rozmowach poczynionych podczas trzech wypraw – pierwszej w 2001 roku, drugiej w 2006 roku i ostatniej w 2013 roku. Miał możliwość porównania zmian. I tych pozytywnych, i tych negatywnych w każdej dziedzinie życia Tybetańczyków. Zwiedził nie tylko Tybetański Region Autonomiczny, ale również tereny tak zwanego Tybetu zewnętrznego włączonego administracyjnie do chińskich prowincji. Korzystał z każdego nadążającego się środka transportu, docierając do miast, klasztorów i pod jurty na dalekiej prowincji. Narażał się na niebezpieczeństwo, wypytując ludzi, co samo w sobie było odwagą, ale jak sam napisał – Nieraz wolałem nie zapytać. Ale jeśli nie zapytam, niczego się nie dowiem, bo tu nikt nie zwierza się obcemu sam z siebie. Mnóstwo kamer, szpicli i konfidentów. Rozglądanie się na boki, lustrowanie twarzy, ważenie słów – powszechna nieufność to cecha charakterystyczna współczesnego Tybetu. Sam wpadam w paranoję. – konkluduje autor. Mimo to – rozmawiał. Z mnichami, którzy mogli nimi nie być, przedstawicielami władz chińskich, którzy mogli wszystko, Tybetańczykami współpracującymi z Chińczykami, których konformistyczną postawę trudno było jednoznacznie ocenić i ze zwykłymi ludźmi, którzy mogli okazać się konfidentami. Bo postaw wśród społeczeństwa było wiele. Cały wachlarz odmian i hybryd. Od heroicznych więźniów politycznych (wśród nich dzieci) i samospalających się (nie tylko mnichów, teraz wiem, że osób świeckich również) poprzez idących na kompromis z Chińczykami, by ocalić cokolwiek z kultury rodzimej, na najpośledniejszej części społeczeństwa tybetańskiego: karierowiczach, szumowinach i sadystach skończywszy. Autor zajrzał również poza granice Tybetu i Chin. Do środowiska emigracji tybetańskiej. I to ten obraz najbardziej mnie rozczarował. Rozwiał mit o ekologii, pacyfizmie i równouprawnieniu jako głównych cechach tybetańskiego buddyzmu. Jako drugi rozpłynął się mit o naturalności, pierwotności i prawdziwości kultury tybetańskiej oglądanej przez turystów, w której nawet religia ulega komercjalizacji. Głównie dzięki wpływom ludzi z Zachodu. To zawiłe zagadnienie o obosiecznym ostrzu, autor wyjaśnia bardzo jasno i logicznie, kończąc kasandrycznym proroctwem – Być może za kolejne pół wieku jedyną wersją tybetańskiej religii będzie opracowana na Zachodzie wersja „light”.
Czytałam rozdział po rozdziale z coraz większym smutkiem, mimo że autor zadbał o przytoczenie wielu punktów widzenia i różnych opcji, nie stroniąc jednocześnie od wyrażenia własnego zdania. Uwielbiałam te ostatnie, kończące rozdział i brzmiące jak mocne akordy po skończonej grze. Pełne treści w metaforze lub przenośni idealnie podsumowujące temat, jak chociażby to określające korzystne działania Chińczyków wobec Tybetańczyków – Wilk założył kapelusz i udaje pasterza. Ale to nie oznaczało, że musiałam przyjmować je za swoje. Autor zawsze wybór pozostawiał mnie. Czasami w formie zawieszonego pytania.
Tylko jeden element pozostał z mojej poprzedniej wiedzy niezmieniony. Wyszedł nienaruszony z tego swoistego testu na wiedzę o współczesnym Tybecie. Cokolwiek by o nim nie powiedzieć, wskazać przyczyny, wytłumaczyć procesy społeczne, polityczne i gospodarcze, jedno jest niezmienne - Tybet jest krajem zniewolonym.
Dlatego z pełną świadomością, na znak solidarności z Tybetem dążącym różnymi drogami do niepodległości, zatykam w tym miejscu flagę.

Wikipedia

Flagę tego Tybetu, do określania którego nawet Chińczycy posługują się nomenklaturą tradycji tybetańskiej.
Bo, czy ktoś wie, jak nazywa się Tybet po chińsku?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 05 listopada 2014
Dom tęsknot – Piotr Adamczyk



Dom tęsknot – Piotr Adamczyk
Wydawca Agora , 2014 , 511 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Tęsknię...
Mogę tylko powtórzyć za głównym bohaterem Piotrem – Ściany naszej kamienicy zbudowane były z tęsknot. (...) Zrozumiałem, że teraz po prostu przyszła kolej na mnie. Przyszedł czas i na mnie, zatęsknić za światem ukrytym między okładkami tej książki. Za dozorcą Smokiem z parteru zionącym ogniem, Wiecznie Potępioną żyjącą ze słabości mężczyzn do jej ponętnych kształtów, panną Julianną wyczekującą powrotu narzeczonego z wojny, siostrą Immakulatą zbiegłą z zakonu, ale nadal noszącą habit, doktorem Szorstkim przeprowadzającym podejrzane eksperymenty w piwnicy, panem Henryczkiem żyjącym z przemian światopoglądowych państwa, panią Emanuelą haftującą i prującą napisy na sztandarach w zależności od słuszności polityki państwa, panem Teofilem podkochującym się w pannie Juliannie, Rozalką przywożącą z każdej pielgrzymki święty obraz, a nawet za Money Lizą odpłatnie pokazującą swoje wdzięki chętnym chłopcom.
Jak to możliwe, zatęsknić za cudzymi wspomnieniami?
Jaki wyjątkowy dar opowieści i przekazu emocji trzeba mieć, by tę tęsknotę wzbudzić we mnie? Pozostawić na tyle głęboko i tak silną, by zacząć sobie przypominać własną przeszłość z czasów dorastania i dojrzewania. Doszukiwać się wspólnych lub podobnych doświadczeń, i najciekawsze, spojrzeć za siebie oczami głównego bohatera. Ale zanim ten woal nostalgii otulił moje serce, zanim pożegnałam się ze światem minionym i z jego bohaterami, musiałam przeżyć historię mieszkańców wrocławskiej kamienicy opowiedziany przez kilkuletniego chłopca, potem nastolatka, następnie studenta i w końcu dojrzałego mężczyzny. Na każdym etapie opowieść niby była ta sama, bo miejsce akcji i jej bohaterowie byli niezmienni, a jednak inna. Wynikała ona ze zmienności Piotra – dorastającego i dojrzewającego. A tym samym ze stopnia rozumienia przez niego trudnych, niebezpiecznych i bolesnych problemów świata dorosłych.
Najpierw przez chłopca w wieku szkolnym, który, opisując codzienne życie mieszkańców kamienicy, do której wprowadzili się tuż po wojnie, ich wzajemne, formalne i nieformalne stosunki i układy, sposób życia i przeszłość determinującą ich zachowania, postawy i reakcje, widzi to wszystko poprzez pryzmat przygody i wielkiej tajemnicy do wytropienia. Każdy coś ukrywa, knuje, kolaboruje, kręci, a sam dom jest pełen skarbów do odkrycia w ścianach, oknach, a nawet w przedmiotach pozostawionych przez poprzednich lokatorów i właścicieli – niemiecką rodzinę Freytagów. Tłumaczenie świata dorosłych i jego trudnych spraw z polityką w tle, w których potrzeba denazyfikacji ze strony ojca Polaka mocno ścierała się z jej brakiem ze strony matki Niemki, swoim dziecięcym rozumem, budowało obraz uproszczony lub nadinterpretowany, a przez to pełen humoru, komicznych sytuacji i genialnych dialogów, które kończyłam czytać z głośnym śmiechem. To najpogodniejsza, najbardziej humorystyczna część opowieści, przy której po prostu dobrze się bawiłam razem z Piotrusiem. Chłopcem, który jednak dorastał i zaczynał powoli rozumieć więcej, niż dorosłym wydawałoby się, a przez to dostrzegać sytuacje i wydarzenia bardziej krytycznie. Świat polityki, który do tej pory istniał w tle, i o którym główny bohater myślał, że to bardzo szkodliwa rzecz godna zakazania, zaczął wysuwać się na plan pierwszy.
Bo tak naprawdę to opowieść o nas.
O Polakach zaplątanych w wir wojny i wyrzuconych przed bramę jednej kamienicy, zmuszonych do egzystencji pod wspólnym dachem, utrudnionej dziedzictwem przeszłości materialnej i niematerialnej swoich poprzedników. Tych ze wschodu, tych z zachodu, autochtonów, Żydów, Polaków, Niemców, komunistów, żołnierzy AK, inteligencji i chłopów. To również próba innego spojrzenia na tych, którzy nie wyjechali do Niemiec. Autochtonów zostających w miejscu ich urodzenia. Walczących z piętnem Niemca-nazisty i z uporem powtarzających, że są stąd, z Wrocławia. To również próba opowiedzenia fenomenu bezkrytycznej wiary i jej bolesnej utraty w Hitlera od strony jednostki, konkretnego człowieka. To tutaj mogłam zrozumieć, dlaczego Holocaust był możliwy.
Ale to także opowieść o miłości.
Takiej na całe życie. Tej jedynej, która podobno zdarza się raz w życiu, bo reszta to zauroczenia. Takiej trwającej od dzieciństwa do śmierci, bez względu na stopień jej skomplikowania. Pięknej nie tylko dlatego, że byłam świadkiem jej narodzin, delikatnego rozwoju, pierwszych doświadczeń erotycznych, porażek i zawodu, ale i powolnego zakorzeniania się w sferze psychicznej. Takiej przebaczającej wszystko. Wyznaczającej miejsce na Ziemi, której istotę tak pięknie ujął Piotr – Moje miejsce na ziemi nie ma stałych współrzędnych geograficznych, przesuwa się wraz z tobą i leży dokładnie między twoim lewym ramieniem i uchem. O miłości, która jako jedyna posiada cudowną moc burzenia murów między ludźmi. Tych rzeczywistych, dosłownych, budowanych z cegły i tych abstrakcyjnych, na fundamencie uprzedzeń i podziałów światopoglądowych czy narodowościowych.
Bo ostatecznie to powieść o budowaniu nowej kultury współistnienia na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych na bazie tych wyniesionych z domu rodzinnego. Sukces zależy od tego, czego użyjemy do budowy. Tego, co w nas najlepsze, czy tego, co w nas najgorsze.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tak rekomenduje swoją książkę autor. Nie dajcie się zwieść tej miłości. Tak naprawdę to wielowątkowa i wielopłaszczyznowa powieść, w której miłość, choć ważna, jest jedną z wielu historii. Do 14 listopada można jej posłuchać na antenie Polskiego Radia Jedynka
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69
| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (649)
Mój top czytanych w 2013
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi