Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
wtorek, 24 marca 2015
Niespokojni – Alina Kietrys



Niespokojni – Alina Kietrys
Wydawnictwo PWN , 2015 , strony
Literatura polska


Niespokojni?! To zbyt mało powiedziane!

W kontekście tych sześciu powyższych bohaterów reportaży wymienionych na okładce tytułowej, to określenie wypada blado, smętnie i zachowawczo. Użyłabym określenia dynamiczniejszego – aktywni altruiści. Posunęłabym się nawet do użycia pojęcia – hiperaktywni. Działający w różnych dziedzinach i skrajnych warunkach polityczno-historycznych – od polityki począwszy na kulturze skończywszy. I to, co wyróżniało ich na tle innych – działanie z pasją, zaangażowaniem i poczuciem przyzwoitości. Spośród wielu im podobnych autorka wybrała dokładnie te nazwiska z różnych względów. Głównym kryterium była styczność osobista lub pośrednia poprzez kontakty z ich rodzinami. Jak sama napisała we wstępie – Zawodowo kontaktowałam się z bardzo różnymi ludźmi, znaczącymi politycznie, od rewolucjonistów do przegranych. Byłam w miejscach, o których dzisiaj tworzy się legendy, spotykałam ludzi, którzy dla mnie i dla moich rówieśników stanowili wzorzec zachowań i postaw. I właśnie o tych NIESPOKOJNYCH chciałam napisać.
Powtórzę – wzorzec zachowań i postaw...
Ta powyższa myśl jest dla mnie kwintesencją odpowiedzi na pytanie, które zadałam sobie, sięgając po te reportaże – czy warto pisać o ludziach opisywanych w encyklopediach lub opracowaniach biograficznych?
Otóż warto!
Przekonał mnie o tym krótki test. Pytałam moją zaprzyjaźnioną młodzież, ile nazwisk z okładki znają? Ze smutkiem stwierdziłam, że tylko Jacka Kuronia. Nawet nie Jana Karskiego, którego powinni znać z lekcji historii czy Kazimierza Moczarskiego, którego kiedyś znano Rozmów z katem jako lektury z języka polskiego. W tym miejscu mogę tylko powtórzyć za autorką – Lektury szkolne w ostatnim dziesięcioleciu chadzały dziwnymi drogami. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Właśnie zobaczyłam ten efekt na własne oczy.
Ja sama spośród tych nazwisk znałam cztery.
O Lechu Bądkowskim miałam nikłe szanse się dowiedzieć, bo o ile pamięć o nim na Pomorzu jest pielęgnowana, o tyle w skali kraju już nie. Wygląda to trochę jak zmowa milczenia wokół wybitnej osobowości czy nawet „legendy Pomorza i Kaszub” – jak o nim kiedyś pisano – której źródeł próbowała doszukać się autorka, pisząc – Lech Bądkowski często jednak znika gdzieś w rozważaniach historyków, socjologów, publicystów, kronikarzy-przyczynkarzy, którzy zajmują się analizowaniem ruchu społeczno-politycznego sprzed ponad trzydziestu lat. Tę metodę śledczą zastosowała zresztą wobec wszystkich swoich bohaterów. Opierała się nie tylko na własnych doświadczeniach, ale również na wywiadach i rozmowach z ludźmi z najbliższego ich otoczenia – rodziny, przyjaciół, znajomych czy współpracowników. Dzięki temu zabiegowi zbudowała pełny portret nie tyle postaci historycznej, co człowieka z pasją uwikłanego w historię. Czasami w Wielką Historię tak, jak Jan Karski czy Jacek Kuroń. Osoby z krwi i kości. Z jej zaletami, ale i wadami. Nie skupiała się głównie na ich działalności, ale przede wszystkim na ich osobowości, których działalność czy twórczość była tylko wypadkową i skutkiem. Postrzeganej przy tym przez wiele osób z ich otoczenia. Stworzyła w ten sposób sześć obiektywnych portretów o różnym charakterze, ale wspólnym mianowniku ujętym w tytule. Obrazów uzupełniających informacje encyklopedyczne, wypełniających emocjami oficjalne, obiektywne prawdy, nasączających dynamiką suche zdania historyków i biografów. Ukazujących zaplecze ich niezłomności, kulisy walki z samym sobą i przytłaczającą ich rzeczywistością, uleganie słabościom w życiu codziennym. Charakterystyk czasami bardzo intymnych, bo zaglądających nie tyko do duszy, nie tylko od kuchni, ale i do alkowy.
Autorce, wbrew pozorom, nie było łatwo zebrać taki materiał.
Napotykała opór niechęci ze strony swoich rozmówców, którzy uważali, że taki sposób pisania o ich bliskich odciągnie zainteresowanych od istoty ich działalności lub twórczości. Autorka miała odmienne zdanie, które podzielałam. Warto uczłowieczać pomniki. To w takich tekstach można znaleźć metody radzenia sobie z problemami, sposoby odnajdywania się w skrajnych sytuacjach bez wyjścia, wskazówki szukania drogowskazów przez tych, którzy je znaleźli i według nich postępowali, by rozważyć za i przeciw i by wreszcie odpowiedzieć sobie na pytanie – czy bycie przyzwoitym, w tym co się robi, opłaca się? Czy w ogóle warto podążać drogą idei w jakiejkolwiek dziedzinie życia społecznego? I najważniejsze - co tracimy, a co zyskujemy? To tutaj znalazłam odpowiedzi na te pytania. To tutaj dowiedziałam się, na czym polegała trudność drogi, którą wybrali. To jest to, co odnalazłam dla siebie w tej pozycji, spełniając jednocześnie nadzieję autorki zawartą w tym zdaniu – Te osobiste historie oddaję dzisiaj Moim Czytelnikom z nadzieją, że też odnajdą w nich coś ważnego dla siebie.
Autorce udała się jeszcze jedna rzecz.
Każdy z rozdziałów oddawał charakter bohatera. Ten o Jacku Kuroniu, którego znałam jako pełnego miłości do kobiety i ludzi z Listów jak dotyk, był bardzo rozedrgany i pełen energii. O Janie Karskim, dla mnie człowieku o niezwykłym harcie ducha, smutny i przygnębiający tak, jak ciężar przeżyć i doznanych rozczarowań związanych z brakiem poczucia spełnienia podjętej misji. O Lechu Bądkowskim zasadniczy i zdystansowany. A o Stefanie Kisielewskim pełen humoru i życiowego dystansu, o czym świadczy chociażby to „luzackie” zdjęcie z Czesławem Miłoszem:

Nie do zobaczenia w poważnie poprawnych publikacjach. Ta książka to również możliwość zajrzenia do rodzinnych albumów, do których dostęp jest niemożliwy lub bardzo utrudniony.

Ci wybrani Niespokojni autorki zmusili mnie do zastanowienia się nad moją listą Niespokojnych. Powieliłabym tylko jedno nazwisko z listy autorki - Jana Karskiego. Potem byłby jeszcze Witold Pilecki (jako symbol wszystkich Żołnierzy Wyklętych), Janusz Korczak i Władysław Bartoszewski. Zastanawiam się, kto znalazłby się na liście mojej zaprzyjaźnionej młodzieży? Skoro nikt z tej publikacji, to kto? I to jest bardzo dobry temat na następną moją rozmowę z nią!
I uwaga krytyczna na koniec.
Styl przekazu autorki wprawiał mnie w konsternację, kiedy nie potrafiłam odróżnić wypowiedzi lub myśli bohaterów od jej własnych. Czasami zlewały się w jeden tekst, kiedy autorka nawiązywała do osobistych skojarzeń i kontekstów. Musiałam cofać się i czytać całość ponownie, by rozróżnić wypowiadające się osoby. To ważne, gdy chce się zacytować fragment. W tym kontekście niedogodności, o pomyłkę nietrudno.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 21 marca 2015
Atlas: Doppelganger – Dominika Słowik



Atlas: Doppelganger – Dominika Słowik
Wydawnictwo Znak , 2015 , 349 stron
Literatura polska


Brawa dla autorki (nie, nie – jeszcze nie za książkę) za odpowiedź, którą przeczytałam w wywiadzie Pauliny Dudek z nią – Czujesz się drugą Masłowską? Polskim Marquezem? -Czuję się pierwszą Dominiką Słowik, zdecydowanie. Nie bez powodu siedzącej właśnie na mało atrakcyjnej klatce schodowej w bloku.

fot. Wojciech Karliński

Biję brawa za pokorę i brak potrzeby grzania się w blasku gwiazd literackich. Za niechęć do wykorzystywania porównań do znanych i uznanych nazwisk, by sztucznie podnieść własny prestiż. Za przyzwolenie książce na samodzielne życie wśród czytelników, bez parcia na sterowanie jej przesłaniem drogą „poprawną” i jedynie słuszną. I wreszcie, co dla mnie najważniejsze, za gotowość do przyjmowania wszelakiej krytyki ze strony odbiorców – subiektywnej, indywidualnej i różnorodnej w ocenie. Nawet, jeśli będzie to przykre. Nawet, jeśli zaboli.
To nie tylko deklaracje słowne.
Każdemu zaczynającemu czytać, wręcza do ręki klucz, według którego odbiorca może doszukiwać się w tej powieści własnych poziomów odczytywań, translacji, deskrypcji i odkodowywań. Ten klucz miał postać swoistego wstępu, który brzmiał dosyć poważnie, jeśli nawet nie naukowo, bo była w nim przytoczona definicja tytułowego, dla mnie bardzo tajemniczego słowa - Doppelganger, ze Słownika terminów kultury oraz fragment tekstu o zagubieniu w podróży João Pardela. Ale to jedyny moment „poważny” czyli naukowy w tej beletrystyce. Zastanawiało mnie, skąd w autorce tyle zgody na „poniewieranie” swoim „dzieckiem”? Skąd tyle dojrzałości w debiutantce charakterystycznej raczej dla pisarza z uznanym i niepodważalnym autorytetem? Może odpowiedź kryje się w kolejnej wypowiedzi przeczytanej w wywiadzie – Przyjechałam do Polski i stwierdziłam, że to trochę bez sensu pisać magisterkę, zrobię coś sensowniejszego. Ubiorę w słowa wszystkie obrazy, które nagromadziły się we mnie przez te dwadzieścia parę lat i poczuję satysfakcję, uwalniając je – chciałabym dodać za autorkę. Zmaterializować myśli.
Reszta to bonusy.
Może dlatego nie sparaliżowało mnie porównanie do Doroty Masłowskiej czy Gabriela Garcii Márqueza. (Tak na marginesie to bliżej jej do dylogii Joanny Bator – Piaskowa Góra i Chmurdalia.) Nie przejęłam się tym, bo po pierwsze nie lubię tego w stosunku do debiutantów, a po drugie sam fakt używania tych samych środków przekazu przy budowaniu fabuły (język naturalistyczny z dużą dozą wulgaryzmów w przypadku pierwszym i realizm magiczny w przypadku drugim) nie czyni powieści podobnymi w ogóle. Brakowało mi tylko porównania do pisarza, który również ignorował duże litery w tekście tak, jak z upodobaniem czyniła to autorka. Dlatego dla mnie na tyle niepodobnymi, że, zaczynając czytać, całkiem zapomniałam o tym realizmie magicznym, który autorka sprytnie (chociaż sama odcina się od niego w wywiadzie, każąc sobie go nazywać jak kto chce) ukryła w opowieściach dziadka Ani. Chciałam napisać głównego bohatera, ale zawahałam się. Właściwie mógł być nim zarówno dziadek, Ania i jej koleżanka, będąca jednocześnie narratorką, jak i śląskie blokowisko z jego mieszkańcami. Albo Sadowski, którego osobna, wyraźnie oddzielona kursywą, historia pobytu w blokowisku przeplatana była z tą o dziadku. Wszystko zależało ode mnie. Od moich zasad gradacji.
A dla mnie najważniejszy był dziadek!
Czarodziej słowa, zaklinacz rzeczywistości, prestidigitator tworzonych obrazów, który wyczarowywał dziewczynkom świat, nawet z plamy po herbacie, dalekich podróży w czasie i przestrzeni, którego granice wyznaczała wyobraźnia wspominającego swoją przeszłość marynarza. Pozwalał nam, bo z ochotą dołączyłam do słuchaczek, na wyrwanie się z blokowiska, dla którego brakowało po prostu skali w kategoriach zadupia. Prosto w świat egzotycznych, tajemniczych, nieznanych, niebezpiecznych, zapierających dech i otwierających bezwiednie buzię w zadziwieniu, krain odwiedzanych na statkach morskich i śródlądowych. Opowieści uatrakcyjniał pokazami surowo zabranianymi przez dorosłych, do których zachęcał i które inicjował, a przede wszystkim inspirował. Która mała dziewczynka oparłaby się nakazowi skakania z segmentu na wersalkę? Sama to robiłam! O jeszcze bardziej zabronionych czynach nie wspomnę!
Dziadek był mądry!
Widział w dzieciach biegających między blokami oddzielne plemię, półdzikie stado panujące nad osiedlem, aroganckie i pewne siebie watahy. Dziadek miał na to odczłowieczenie metodę – historie. Wierzyłam w nie całą sobą aż do połowy książki. Do momentu odkrycia w nich przeze mnie (bo na pewno były wcześniejsze) pierwszej sceny z realizmem magicznym.
Śmiałam się sama z siebie!
A mimo to, chciałam nadal w nie wierzyć. I nie pomagały brutalne wejścia babci ściągające wierne słuchaczki na twardy grunt realiów, która twierdziła, że mu się na starość wszystko pojebało, i pukała się w głowę, krzycząc: - stary masz sklerozę...!!! W oddaniu i lojalności dla mojego guru opowieści traktowałam ją jak naprzykrzającą się, irytującą brzęczeniem muchę. I przyklaskiwałam z satysfakcją, gdy dziadek kazał na koniec spotkania ”zawołać babkę na chwilę”, żeby ją jeszcze trochę powkurwiać i w ten sposób ukoić skołatane nerwy. Nie pomogła również historia Sadowskiego, która ukazywała brzydotę osiedlowych bloków i spojrzenie na dziadka z punktu widzenia drugiego dorosłego.
Dlaczego?
Bo dla mnie dziadek, sam uwięziony na wózku inwalidzkim między meblościanką a oknem, był kluczową postacią, która otwierała młode umysły na szeroki świat, ukazując przede wszystkim możliwości do wykorzystania, jakie oferował wszystkim ludziom w czasach przemian ustrojowo-społecznych lat 90. ubiegłego wieku.
Budził w człowieku Doppelgangera.
Nieodparte pragnienie aktywności w sferze mentalnej lub fizycznej. Biję brawo autorce za powieść, której labirynty marzeń bohaterów zaczarowywały labirynty obrzydliwych korytarzy blokowych, drążąc jednocześnie labirynty w umyśle odbiorcy w poszukiwaniu znaczeń i przesłań w jej wielowarstwowości i wielowątkowości przekazu. Mam wrażenie, że nie wszystko w niej zobaczyłam, zrozumiałam, zauważyłam, skojarzyłam. Podejrzewam, że czytając ją za dziesięć lat, zwróciłabym uwagę na zupełnie inny wątek, a moim głównym bohaterem stałaby się zupełnie inna postać. Jednego jestem pewna – w jej korytarzach zdań, w przestrzeniach między słowami, na wielu poziomach tekstu, żyje Doppelganger. Niespokojny duch, który budzi w trakcie czytania melancholię za idealizowanym dzieciństwem, poczucie pustki za utraconą przeszłością obrośniętą nutą magii, czerpiącą swoją moc z ówcześnie przeżytych emocji, nieokreślone pragnienie powrotu do minionych lat, ale przede wszystkim potrzebę aktywności.
W jakiejkolwiek postaci.

fragment powieści

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki i z wywiadu.

wtorek, 17 marca 2015
Ostatni bus do Coffeeville – J. Paul Henderson



Ostatni bus do Coffeeville – J. Paul Henderson
Przełożyła Magdalena Rabsztyn
Wydawnictwo PWN , 2015 , 414 stron
Literatura amerykańska


Zabrałam się w podróż z Hershey w stanie Pensylwania do Coffeeville w stanie Missisipi.

Dokładnie tej zaznaczonej czerwoną linią na mapce i umieszczonej dla mojej wygody nawigacyjnej na wewnętrznej stronie okładek. Szmat drogi! Zdradzę, że kradzionym autobusem koncertowym. Nikt dokładnie nie wiedział, skąd się wziął w posiadaniu podróżników, ale jedno było pewne – kiedyś należał do Paula McCartneya. Tego McCartneya!
Było nas pięcioro.
Wszyscy jak z galerii figur woskowych czyli ciekawi, wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju i na swój sposób znani. Szczególnie siłom porządkowo-policyjnym. No może oprócz mnie. Potrafię wtopić się w tło. Ale Nancy nie potrafiła. Trudno być niezauważoną, gdy się jest staruszką chorującą na alzheimera, którą ścigają stróże prawa od momentu ucieczki z domu opieki. Współsprawcy jej nagłego zniknięcia – Gene zwany Doktorkiem z racji swego medycznego zawodu i jego syn chrzestny Jack – również byli poszukiwani. Ten pierwszy dodatkowo za niezapowiedziane i tajemnicze zniknięcie z miejsca zamieszkania. Żeby było jak za dawnych studenckich, przyjacielskich lat, zabrali ze sobą Boba, który umarł, chociaż nadal żył. A ponieważ wiek towarzystwa oscylował wokół średniej wynoszącej 65 lat, dokoptowali sobie trzynastolatka. Chłopaka, który, poza wiekiem, nie odstawał od średniej niekonwencjonalnej osobowości pozostałych podróżników – z pasją czytał Biblię, licząc w niej umarlaków, chodził w maskującym go kasku i gumowych rękawiczkach, ponieważ uciekł z zakładu dla dzieci niesłyszących, mimo że bardzo dobrze słyszał. No i ja, szósta, będąca z nimi duchem, ale nie ciałem. To też pewna dziwność, ale akurat tym przejmowałam się najmniej, bo w książkach już tak mam.
Bardziej interesowało mnie, próbując się w tym nietypowym towarzystwie odnaleźć, kim są, dokąd jadą i po co?
Na wszystkie pytania bardzo obszernie i wyczerpująco odpowiedział mi narrator już w pierwszej części opowieści tej drogi, którą nazwał Podróże w czasie. To tutaj dowiedziałam się o obietnicy złożonej kilkadziesiąt lat temu Nancy przez Gene’a. Obietnicy, której skutkiem była ta pozornie zwariowana trasa przez kilka amerykańskich stanów. Obietnicy, na prośbę ukochanej kobiety, której ostatnie zdanie brzmiało – Jeśli mnie to spotka, Gene, i dostanę alzheimera... chcę, żebyś doprowadził mnie do końca. Obietnicy, której Doktorek nie zignorował po czterdziestu pięciu latach od jej złożenia, kiedy usłyszał w słuchawce głos Nancy – Gene , zaczęło się. Nancy chciała umrzeć w swoim rodzinnym Coffeeville, a Gene musiał jej w tym pomóc. A ja miałam rozstrzygnąć problem moralny – musiał czy nie musiał? To z tego powodu znalazłam się w tym szalonym, ostatnim busie do Coffeeville.
Sprytnie i przemyślnie to narrator rozegrał!
Ta pierwsza część, ukazująca przeszłość bohaterów i ich doświadczenia na tle zmian społecznych, politycznych i kulturowych USA, miała pomóc mi, jeśli nie zaakceptować, to przynajmniej zrozumieć decyzję Nancy i zachowanie Gene’a w ostatniej scenie. Druga część, w której fabuła toczyła się w czasie teraźniejszym zatytułowana Podróże w przestrzeni, miała mnie związać z nimi emocjonalnie poprzez wspólnie spędzony czas i zdobyte w nim doświadczenia w trakcie podróży geograficznej. Chciał, abym się z nimi zżyła i polubiła ich, bez względu na wady i zalety, a potem poglądy i postawy. Podróż miała być przy tym zabawna, mimo świadomości jej celu, jak głosiła informacja na okładce:

Jeśli w grotesce można znaleźć cień zabawy, to nazwałabym ją raczej czarnym humorem. Może dlatego, że mimo wszystko, przez cały czas, miałam świadomość wagi końca podróży i tego, co mi próbował zrobić autor - utrudnić wybór i ocenę postępowania, gdy dotyczą one osób przez nas kochanych. A polubiłam ich. Bardzo!
Ostatecznie otrzymałam bonus, o którym wolałabym nie wiedzieć.
Jeśli autor tej powieści chciał mnie przekonać do zaakceptowania eutanazji, to nie udało mu się, chociaż, przyznaję, bardzo się starał. Jeśli natomiast chciał, abym zrozumiała decyzje innych o jej poddaniu się lub wykonaniu, to osiągnął swój cel.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 14 marca 2015
Kryminalny Olsztyn. Koszary



Kryminalny Olsztyn. Koszary
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 209 stron
Seria ABC
Literatura polska


Po Kryminalnym Wrocławiu czas na Olsztyn!
Ileż przeciekawych rzeczy można dowiedzieć się właśnie z takiej formy oprowadzania po nieznanym mieście. Tym razem w dziesięciu odsłonach.

Różnych autorów i w różnej fabule. Jedno co łączyło tę antologię, to zbrodnia w Olsztynie. Wszystko inne było wariacjami na temat. I myślę, że nie przesadziłam w tej ocenie, bo granicami czasu, wyboru konkretnego miejsca w Olsztynie czy doboru bohaterów, była tylko i wyłącznie wyobraźnia twórców osadzona w znajomości miasta. Miejsca wnikającego w duszę artysty, egoistycznie domagającego się roli pierwszych skrzypiec w ich opowieściach. Tak to już bywa z tymi pisarzami, że gdy raz coś pokochają, to wnikają w tę rzecz i zlewają się z nią w jedną całość. – trafnie napisała Wiktoria Korzeniewska w pierwszym opowiadaniu Kamienica z wieżyczką, które było bardzo dobrym wprowadzeniem do zbiorku, symbolicznie tłumaczącym przymus pisania pod wpływem miejsca i skojarzonych z nim tematów. Wystarczyło uchwycić jeden z dostrzeżonych wątków ( a niewielu to potrafi), których wokół kłębiło się multum i pisać. Nawet jeśli miałoby to być okupione zbrodnią. Nawet jeśli autor nie zauważyłby spisku na jego życie. Nawet jeśli miałby się stać ofiarą własnego miasta.
Bo Olsztyn miał tylko jeden cel – stworzyć książkę o sobie.
I dopiął swego! Nieważne że od tej mrocznej strony, którą posiadał od zawsze, jak każde inne miasto. Przecież do pisania o tych jasnych nikogo zmuszać nie trzeba. Powstają więc przewodniki i informatory, jak grzyby po deszczu. Ale do pisania o tych niejasnych, niejednoznacznych, sekretnych, skrytych za zasłoną milczenia, potrzeba ludzi z wyobraźnią. Ludzi odważnych!
I znalazł takich!
W atmosferze niedopowiedzeń i dużego prawdopodobieństwa, w scenerii autentycznych, zabytkowych budynków i krętych uliczek dopuszczałam myśl, że tak mogło również być. Zarówno w XV wieku, w latach 50. i 70. ubiegłego wieku, jak i w czasach współczesnych. W tajemnicze intrygi, niewyjaśnione zbrodnie mogli być zamieszani zarówno nieznani historii z nazwiska, jak i sam Mikołaj Kopernik. Nie wszystko jest dzisiaj na tyle definitywnie wiadome i udokumentowane, by być pewnym prostoty przeszłości. Zwłaszcza, że ona sama dawała o sobie znać trupami odkopywanymi przez obecnych, przypadkowych mieszkańców Olsztyna.
W różnych zaułkach miasta.
Tę wędrówkę po miejscach zbrodni traktowałam nie tylko jak szlak zagadek do rozwiązania, ale również jak specyficzny przewodnik, zaglądając do niszczejących koszar, zamku Kapituły Warmińskiej,

"KOS północne skrzydło zamku w Olsztynie" autorstwa Mazaki - Praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons.

Zaułku Kuglarzy (podejrzewam, że został wymyślony), do mieszkania w jednej z olsztyńskich kamienic, ale i do villi z panic roomem, na wąskie schody prowadzące do zamkowej wieży, tory kolejowe, nad Jezioro Kortowskie

"Jezioro Kortowskie (2)" autorstwa S.Czachorowski - Praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons.

i w wiele innych, pozornie zwykłych miejsc. Każde z nich mogło, choć nie musiało, być świadkiem czyjejś krwawej tajemnicy. I właśnie ona czyni Olsztyn ciekawym dla mnie, obcej, ale przede wszystkim dla olsztynian. Dla tych ostatnich może być odkryciem miasta na nowo. Od innej, nieznanej strony ujrzanej przez wybranych, posiadających dar wyobraźni i operowania słowem. Olsztyn wiedział kogo wybrać i wiedział, że coś, co ma przetrwać przez pokolenia, nie powstanie bez zapachu śmierci. Pozwoliło swoim dziesięciu pisarzom podążyć tropem śladów krwi, by z dziesięciu spojrzeń na jego oblicze, stworzyć jeden obraz.
Obraz mroczny, niebezpieczny, ale i kuszący.
I o to mu chodziło! W odpowiedzi widzę, jak Olsztyn wyszczerzył się złamanym płotem w jednym z zapomnianych podwórek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 08 marca 2015
Zawadiaka – Jerzy Konrad Maciejewski



Zawadiaka: dzienniki frontowe 1914-1920 – Jerzy Konrad Maciejewski
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2015 , 424 strony
Seria Świadectwa. XX Wiek: Polska
Literatura polska


Mikroświat wyłowiony z wiru I wojny światowej!
Gdybym sięgnęła do treści publikacji Polski wir I wojny, na którą składały się wspomnienia, wypowiedzi oraz dokumenty osób znanych i nieznanych, pochodzących ze wszystkich warstw społecznych polskiego narodu (chociaż nie tylko), a które razem składały się na opis obrazu tuż przed wybuchem wojny, a potem jej przebiegu, to wyłowiony przypadkowo jeden z jej elementów mógłby być historią autora tych wspomnień. Dlatego potraktowałam je jak kontynuację poprzedniej pozycji, jak przejście od ogółu do szczegółu, jak zoom ukazujący detale wcześniejszego, szerszego, ogólniejszego spojrzenia z wielu punktów widzenia.
Miałam przed sobą wspomnienia subiektywne i niezwykle osobiste, a nawet bardzo intymne. O ten ich ostatni charakter autor miał do siebie najwięcej pretensji, pisząc – ...skrupulatnie notuję, gdziem był, com jadł i najważniejsze... do kogom się zalecał. Zdawać się może, że chuć dominowała nad każdym moim krokiem i pomyśleniem, że żarcie i poszukiwanie samicy było jedynym moim celem. Nie przejęłam się tymi wyrzutami, nie raziły mnie też aż tak bezduszne określenia życia seksualnego (po lekturze tej pozycji można do tego przywyknąć),bo też nie przez taki pryzmat (chociaż bardzo ciekawy, przyznaję, bo rzadko z taką szczerością opisywany) patrzyłam na jego życie. O wiele bardziej ciekawiły mnie losy nastolatka wychowywanego przez owdowiałą matkę. Najstarszego syna w rodzinie, na którego młodziutkich barkach spoczął ciężar życia w skrajnych okolicznościach, w którym głód i „kombinowanie”, by go zaspokoić, zmuszały do wstydliwych czynów i takich refleksji – Jestem darmozjadem. (...) Och, bo i ból, i wstyd zarazem.... Ból, kiedy własna matka wygania z domu, odmawia jedzenia, czyni wyrzuty, by móc nakarmić młodsze, niezaradne rodzeństwo. Wir wojny, powszechny głód, zniszczenia i okrucieństwa przetaczających się wojsk przez terytoria, na których przebywał, brak stabilizacji i pracy, którą stale tracił oraz poczucie, że chociaż praca już wre, dla nas, młodych, miejsca nie ma, przyczyniło się do przekonania – Cóż robić! Nie ma dla mnie miejsca w odrodzonej Polsce. Jestem niczym... Więc idźmy bronić Kresów przed zalewem Ukraińców.
I poszedł!

Baranów, wiosna 1919. Szer. Jerzy Konrad Maciejewski, żołnierz 19 Pułku Odsieczy Lwowa
Fot. ze zborów Tomasza Maciejewskiego/Ośrodek KARTA

Był rok 1918 i miał dopiero 17 lat, kiedy zapisał się do I Warszawskiego Baonu Ochotniczego Oddziału Odsieczy Lwowa, trafiając do 19 Pułku Piechoty. Ten rok oficjalnie uznany za cezurę czasową odzyskania przez Polskę niepodległości, tak naprawdę oznaczał dopiero początek walki o stabilizację i ostateczne jej granice. Autor posłowia, prof. dr hab. Janusz Odziemkowski, opisał go tak – Chociaż więc Polska powstała do niepodległego bytu jesienią 1918 roku i co więcej – została uznana przez mocarstwa Ententy – nie było żadnych gwarancji, że przetrwa. Autor wspomnień natomiast oficjalne ustalenia podsumowywał tak – Dnia 23 czerwca witały salwy armatnie podpisanie traktatu w Wersalu, tłumy szalały z entuzjazmem, a my... błądziliśmy po polach i lasach Małopolski, szukając owego odcinka, który w porę niezałatany mógł zachwiać całym naszym frontem... Działania militarne o polskie granice trwały nadal, znacząc swój szlak smrodem rozkładającego się ścierwa końskiego i zostawiając za sobą zgliszcza, płacz, przekleństwa i trupy....
Walka, pomimo ustaleń oficjalnych, trwała nadal.
A autor dzienników opisał między innymi właśnie tę końcową fazę działań wojennych o ostateczne granice wschodnie, zaczynając jako cywilny obserwator pierwszym wpisem 24 marca 1915 roku, a kończąc już jako żołnierz wpisem ostatnim - 8 marca 1920 roku. Notowane częściej lub rzadziej, ale systematycznie, ukazywały wojnę z punktu widzenia podoficera. Czasami nie do końca pojmującego swoją rolę i sytuację, w której się znajdował, zastanawiając się - Po co ta wojna?! Odbieramy Kresy? Ależ na tych „Kresach” 80 procent ludności to Rusini, Żydzi lub Rosjanie, a więc – wrodzy. Często nieświadomego swojego położenia i szerszej perspektywy na przydarzające mu się sytuacje bojowe, jednocześnie pełnego zapału, ale i wahań. Jednak zawsze gotowego do pójścia w bój, do parcia naprzód. Nie nazywał się jednak bohaterem. Przyznawał się wielokrotnie do lęku i strachu, wyznając – Mijają te dnie, tygodnie, miesiące... I żyję tak bez celu, z dnia na dzień, od wyprawy do jakiejś potyczki lub bitwy i nad wszelkimi uczuciami góruje obawa śmierci i chęć życia. Prosił matkę w listach o wystaranie się o zwolnienie z wojska. Nie potępiałam go.
Rozumiałam.
Bo i obrazy, które musiał oglądać w najokrutniejszym wydaniu wojennym, i sytuacje tragiczne, od których odwracał wzrok, on, żołnierz, który niejedno już zobaczył, włącznie z samobójstwem swojego przełożonego, systematyczne ocieranie się o własną śmierć, mogły i miały prawo budzić w nim wyrzuty sumienia i stawiać pytania o sens wojny jako takiej. Bezmyślne znęcanie się nad jeńcami, gwałty na kobietach, bezlitosny rabunek ludności cywilnej i ich mordowanie, wszechobecna śmierć w okopach, ale i w zagrodach chłopskich, skrajnie trudne warunki życia między walkami, rodziły w nim sprzeciw – Czuję, że z dnia na dzień robię się coraz większym przeciwnikiem wojny. Całe moje jestestwo krzyczy: dosyć wojny! Dosyć tych mordów! By na końcu swojego buntu dodać – Gdybym nie był żołnierzem, zostałbym anarchistą.
Można więc potraktować wspomnienia autora jako obraz procesu dojrzewania nastolatka, który w skrajanych warunkach wojennych musiał w przyśpieszonym tempie zostać mężczyzną fizycznie i psychicznie. Można też zobaczyć w dziennikach dokument świadczący o losach jednego Polaka walczącego o wolność swojego kraju lub wąskiego wycinka historii narodu polskiego czy wreszcie swoistą kronikę szlaku bojowego 19 pp Obrońców Lwowa.
Ale ja w nich zauważyłam coś jeszcze.
Położenie narodu żydowskiego w tym wirze wojny. Nie do pozazdroszczenia. Sam autor nie krył swojego negatywnego nastawienia do Żydów, używając pogardliwie brzmiących określeń, podkreślając wyższość chrześcijan nad nimi czy obwiniając o inspirowanie komunizmu, ale jednocześnie i mimowolnie świadczył o ich mordowaniu, przyznając obiektywnie – W Berdyczowie urządzili żołnierze ukraińscy – spod znaku Petlury – rzeź Żydów. Tym to od każdego się obrywa. W tym ostatnim stwierdzeniu widziałam tragizm beznadziejności sytuacji ówczesnego narodu bez państwa.
Kiedy historycy używają frazy – aby ustabilizować front, masom kawalerii bolszewickiej dowództwo polskie postanowiło przeciwstawić masy kawalerii polskiej - wszystko wydaje się takie proste, czyste i jasne. Autor odkrył przede mną jej żywą, pulsującą, mroczną głębię gęstą od skrajnych emocji. Pełną realnych obrazów ze świszczącymi koło głowy kulami, odorem trupów, ludźmi z imionami i nazwiskami i przenikliwym krzykiem cierpienia. To jest prawdziwa historia! Nie szkodzi, że subiektywna i okrojona z szerszej perspektywy, ale za to namacalna, zapadająca w pamięć i trafiająca do serca. Po prostu człowiecza.
To właśnie po takich historiach odechciewa się wojny.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 01 marca 2015
Burdubasta - Stanisław Tekieli



Burdubasta: albo skapcaniały osioł czyli łacina dla snobów – Stanisław Tekieli ; opracowanie graficzne Agnieszka Żelewska
Wydawnictwo Poradnia K , 2015 , 72 strony
Literatura polska


Książka dla snobów!
A dokładniej łacina. Są tacy. Spotkałam nawet kogoś takiego. Sypał sentencjami po łacinie jak z rękawa. Z trudem przeciskałam się między nimi do sensu rozmowy. Gubiłam wątek i nie bardzo wiedziałam, ku jakiemu celowi dąży rozmowa. W efekcie bardziej byłam zirytowana niż pełna podziwu dla erudycji rozmówcy. Po takim doświadczeniu trwoga mnie okrutna ogarnęła, kiedy moja zaprzyjaźniona studentka zaczęła uczyć się łaciny, bo wybrany przez nią kierunek studiów to narzucał. Snobka pod bokiem tobie wyrośnie – gdzieś z tyłu głowy złośliwy chochlik mnie ostrzegał – i skończą się sensowne dialogi. Na szczęście tak się nie stało. Wręcz przeciwnie – mam żywy translator pod telefonem. Ale odezwała się we mnie niezaspokojona ambicja nie tyle jej dorównać, co nie być całkiem tabula rasa czyli niezapisaną, gołą tabliczką, więc zajrzałam do tej publikacji. Wprawdzie snobką nie chciałam zostać, ale pozostać zupełnym laikiem też nie.
I tutaj zaskoczenie!
Aż taką całkiem niezorientowaną w temacie się nie okazałam, a moja pamięć była już trochę zapisana. Okazało się, że wokół mnie jest tyle łaciny w postaci sentencji używanych przez stowarzyszenia, uczelnie, urzędy i inne instytucje podnoszące sobie snobistycznie prestiż, że mimo woli nasiąknęłam nimi. Nawet dzisiaj, będąc w restauracji, natknęłam się na taki widok:

Zapytałam kelnerkę, co ten napis oznacza. Chciałam wiedzieć, jaka maksyma przyświeca temu miejscu. Niestety, nie wiedziała (sic!), ale miałam cichą nadzieję, że właściciel już tak. Szybki SMS do mojej osobistej łacinniczki z prośbą o przetłumaczenie i odpowiedź - Głód nie ma ambicji. Faktycznie – można go zaspokoić. Pięknie pasujące do tego miejsca.
Ale wracając do książki.
Zupełnie niepotrzebnie obawiałam się powagi jej treści. Już na wyklejce zauważyłam kilka dobrze znanych mi maksym:

Cogito ergo sum (myślę więc jestem) czy homo ludens (człowiek bawiący się) znałam z szeroko pojętej literatury. To pierwsze z poezji Zbigniewa Herberta, a to drugie z publikacji Kim jest człowiek? Bogdana Suchodolskiego, bo nie jest to pojęcie antyczne! I to jest dowód na to, że łacina pomimo śmierci językowej, nadal żyje. Jak napisał autor we wstępie – Doprawdy ten martwy język otacza nas dziś zewsząd, nawet jeśli pewne obszary pozostają nadal niewykorzystane. I nolens volens czyli chcąc nie chcąc (oj udziela mi się ta łacina) z powodu snobizmu, przedłużamy jego żywotność. Dlatego nie dramatyzowałabym tak, jak autor, który porównuje stan łaciny do tytułowego burdubasty czyli skapcaniałego, zdychającego osła, stojącego już nad grobem. Optymistycznie twierdzę, że dopóki żyje wśród ludzi snobizm, dopóty będzie żyła łacina. Czyli zawsze będzie jej daleko do tego grobu. Niemniej autor przejęty marną kondycją ukochanego języka (czułam tę jego pasję!), postanowił napisać książkę, która w sposób przystępny zapozna aż z 139 powiedzeniami łacińskimi z pretensjonalnymi cokolwiek przypisami filologiczno-kulturowymi, jak przeczytałam w podtytule podtytułu.
Jakież one były przeciekawe!
Każdy z 30 rozdziałów nosił tytuł polski opatrzony sentencją łacińską.

Zawsze rozpoczynał się od wiersza (chylę czoła przed zdolnościami poetyckimi autora) z wplecioną w jego treść sentencją tytułową. To ona i jej temat były głównymi wątkami przekazu, ale poszerzonymi o jego konteksty. W efekcie czytając o homo homini lupus est (człowiek człowiekowi wilkiem), poznałam pozycję wilka (marna) i wilczycy (jeszcze marniejsza) wśród Rzymian, wiarę w wilkołaki, brak sympatii również dla kotów i gusta człowiecze w ogóle. A wszystko to poparte kolejnymi, skojarzonymi sentencjami, zawierającymi w sobie słowo „wilk” oraz odpowiadającymi im przysłowiami polskimi. Z przyjemnością słuchałam opowieści nawiązujących do historii Polski i historii powszechnej, w których autor, erudyta i gawędziarz w jednym, przemycał łacinę. Przy okazji obnażając nieprawdę (Et tu, Brute, contra me? – powiedział nie Juliusz Cezar, a William Szekspir), uzupełniając wersje okrojone o zagubioną część czy ucząc prawidłowej wymowy, w której akcent ma znaczenie. Uroku całości dopełniała szata graficzna ilustrująca treść

oraz szlachetna forma wydania – półkredowy papier, twarda oprawa trzonu z indeksem cytowanych przysłów i zwrotów łacińskich umieszczony na końcu książki ku mojej wygodzie szybkiego ich odnajdywania.
Śmiem twierdzić, że to publikacja nie tylko dla snobów (tytuł potraktowałam z przymrużeniem oka), ale dla każdego, kto chce zrozumieć, co inni cytują i przytaczają. Chociażby na ścianie w restauracji, bo kelnerka może nie wiedzieć, szefa nie wypada testować, a słownika lub Internetu nie ma pod ręką. Przynajmniej na poziomie podstawowym czyli powszechnym. Z 30 głównych sentencji, ku swojemu zaskoczeniu, znałam aż 12. Jak na laika to sporo! Z czego jedno wyrażenie używałam, nie będąc świadomą jego polskiego, dosłownego znaczeniu – vade mecum czyli chodź ze mną lub podążaj za mną.
Czy już mogę, uważać się za snobkę?
Odpowiedź na to pytanie ułatwił mi sam autor, ponieważ nie mam skrupułów wypomnieć mu błędu ortograficznego. Zwłaszcza że sam mnie do tego sprowokował, pisząc – w łacinie nie ma (formalnie przynajmniej) imiesłowu przysłówkowego, a jedynie przymiotnikowy (porządny snob powinien je odróżniać), zatem teoretycznie powinniśmy ten zwrot tłumaczyć jako „chcący nie chcący”, „chcąca nie chcąca”. Chyba stałam się niechcący jednak porządnym snobem, bo nie tylko odróżniam imiesłów przysłówkowy od przymiotnikowego, a nawet wiem, jak się je łączy z partykułą „nie”. O czym zapomniał (bo nie wierzę, że nie wiedział) autor.
No, ale może autor pomimo znajomości łaciny, jednak snobem nie chce być? I chwała mu za to, bo pomimo sypania łaciną od serca, rozumiałam sens, nie gubiłam wątków, wzbogaciłam swoją wiedzę, dobrze się przy tym bawiąc.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 27 lutego 2015
Dom na jeziorze – Sarah Jio



Dom na jeziorze – Sarah Jio
Przełożyła Lucyna Wierzbowska
Wydawnictwo Znak , 2015 , 317 stron
Seria Między Słowami
Literatura amerykańska


Klimatyczny świat!
Tajemniczy, uwikłany, bolesny, a mimo to chciałam w nim być. Chciałam wysłuchać opowieści bohaterek, których losy poznawałam naprzemiennie. Z zaciekawieniem krążyłam między Adą, kobietą z traumą utraty ukochanych osób opowiadającą swoją przeszłość a Penny, kobietą z przeszłości, opowiadającą swoją teraźniejszość. Dla Ady, która wprowadziła się do domu na wodzie wcześniej należącego do Penny i jej męża, odkrywanie szczegółów z życia poprzedniej właścicielki, zaginionej w niewyjaśnionych okolicznościach, było swoistą terapią na własny ból. Dla mnie możliwością znalezienia się wśród ludzi mieszkających na barkach, na jeziorze w Seattle. Specyficznej społeczności wodniaków żyjącej, jak w rodzinie, ale i posiadającej mroczne sekrety, jak w prawie w każdej rodzinie. Brudne tajemnice, o które lepiej nie pytać, nie drążyć i nie dociekać.
Ale nie dla Ady.
Tropienie dwuznacznych spraw wpisane było w jej zawód. Jako redaktorka, nie potrafiła i nie chciała odpuścić sobie ciekawego tematu. Zwłaszcza że tropy same wsuwały się do ręki i pojawiały się przed oczami. Mieszkała w miejscu nimi przepełnionym. Wrodzony upór i zawziętość dodatkowo podsycały w niej postawy sąsiadów, którzy unikali tematu. Uważali go za definitywnie zamknięty.
Aż stało się!
Ada, odnajdując klucz do kufra Penny, tak naprawdę otworzyła puszkę Pandory. Wpuściła do zastanej, stabilnej rzeczywistości wodniaków mroczną przeszłość, którą próbując rozświetlić, niechcący odsłaniała własną. W efekcie krok po kroku odtworzyła przebieg zdarzeń prowadzących do tragedii, potwierdzany przez równoległy głos Penny.
Niby nic nowego.
Zdrada i rozczarowanie to chleb powszedni historii ludzkich, mogłabym powiedzieć, gdyby nie piękno i siła przekazu. Widoczne w języku, w dialogach, w plecionych wątkach, które wprawiały opowieść w lekkie kołysanie, oddające charakter miejsca akcji. Wystarczyło poddać się sugestii narratorek, by poczuć zapach jeziora, aromat pieczonych bułek cynamonowych, usłyszeć plusk wody odbijającej się od pirsu, ujrzeć delikatność kwiatów rosnących przy barkach, łodzie sunące po tafli wody i odbijające się w niej gwiazdy nocą. Szczegóły i detale tworzyły nastrój gęsty od emocji: od rozczarowania po pragnienie, od bólu po radość, od rozpaczy po szczęście, od śmiechu po łzy, od pewności do wahania, które towarzyszyły rodzącej się i umierającej miłości. Mieszanka słodko-gorzka (lub na odwrót) podana w leniwym rytmie delikatnie kołyszących się fal, a mimo to zachowująca dynamikę rozwoju zdarzeń.
Smutny dramat w słodkiej oprawie, a jednak spełniający rolę plastra na zranione serce, miodu na umęczoną duszę, piasku zasypującego chwilowy dołek czy cukierka osładzającego nieudany dzień. Każde podobne porównanie w tym przypadku będzie adekwatne.

O autorce usłyszałam parę lat temu, kiedy nie było jeszcze wydań polskojęzycznych, a tu proszę - jest już kilka tytułów!
sobota, 21 lutego 2015
Twój umysł na detoksie – Rafael Santandreu



Twój umysł na detoksie: czyli jak nie zatruwać sobie życia – Rafael Santandreu
Przełożyła Joanna Kuhn
Wydawnictwo Muza , 2015 , 303 strony
Literatura hiszpańska


Do poradników psychologicznych podchodzę sceptycznie.
O ile ich rola w uświadamianiu istnienia samego problemu jest duża, o tyle z zastosowaniem zawartej w nim teorii już gorzej. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy trafiłam na warsztaty z aktywacji metod wychowawczych. Pod kierunkiem psychologa i pedagoga wprowadzaliśmy w czyn całą teorię podaną w znanej pozycji amerykańskich ekspertek w dziedzinie komunikacji między rodzicami/nauczycielami a dziećmi – Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły. To bardzo pozytywne doświadczenie ugruntowało we mnie przekonanie, że przeczytać poradnik psychologiczny lub pedagogiczny to za mało. Trzeba jeszcze popracować nad realizacją jego treści poprzez konkretne ćwiczenia sytuacyjne pod kierunkiem profesjonalistów. I tak zapewne bym myślała do końca świata, a nawet dłużej, gdyby w moje ręce nie trafiła, przez zupełny przypadek (a może tak miało być?), właśnie ta pozycja.
Poradnik, który zmodyfikował mój dotychczasowy, kategoryczny pogląd.
Pokazał mi znaczącą różnicę między psychologią behawioralną, na której zasadach bazowały wspomniane przeze mnie wcześniej warsztaty a psychologią poznawczą. I w tej różnicy leży przysłowiowy pies pogrzebany. Bo o ile ta pierwsza wymaga, nazwijmy to, ćwiczeń zewnętrznych czyli sytuacyjnych, o tyle ta druga wyłącznie ćwiczeń wewnętrznych czyli umysłowych polegających na odkrywaniu myśli, schematów myślowych i przekonań irracjonalnych, które nagromadziliśmy podczas życia, a które stanowią przyczynę bólu i frustracji i mogą prowadzić do cierpienia emocjonalnego, a ostatecznie nawet do zaburzeń, takich jak lęk czy depresja. A takie podejście pozwala na pracę samodzielną właśnie z poradnikiem, który dostarcza wiedzę, metody i konkretne ćwiczenia. I tu znacząca uwaga, o której również wspomina autor a zarazem psycholog poznawczy, a raczej podaje jako warunki przystąpienia do odtruwania umysłu – aby osiągnąć zamierzony efekt, potrzebna jest codzienna, systematyczna, długotrwała praca nad sobą (od 6 miesięcy do roku) oraz otwarty umysł i wytrwałość. Z nich, dwa ostatnie warunki są najważniejsze. Od siebie dodam jeszcze – przygotowanie na lekki szok, na takie „rewelacje”:

Po takim dictum, mniej zaawansowani czyli najbardziej „zatruci” mogą odrzucić poradnik już na początku. W czasach narzuconej młodości i pozornej nieśmiertelności nakaz myślenia o śmierci i jej nieuchronności może bardzo zaboleć. I tutaj dochodzę do jeszcze jednego czynnika mającego wpływ na powodzenie pracy z poradnikiem – odbiorcy i jego stopnia „zatrucia” umysłu przez „toksyny” z zewnątrz. Ujmując rzecz prościej, im mamy w głowie większe piekło stworzone przez własne myśli, podsycane przez schematy i algorytmy myślowe, tym trudniejsza będzie praca z poradnikiem. Powiem więcej – może zdarzyć się tak, że w skrajnych przypadkach, zostanie odrzucony ze złością. Całkowicie zanegowany.
A warto spróbować, bo działa!
Spotkanie z psychologiem-przewodnikiem rozpoczyna się od podania minimum niezbędnej teorii, tłumaczącego założenia psychologii poznawczej, wyjaśniającego metody, jakimi się posługuje w pracy z pacjentami i, najważniejsze, podsuwa rozwiązanie problemów, by w pełni korzystać z radości życia.
Proponuje gotową i sprawdzoną na to receptę!
A podobno nie ma takiej, a tu voilà, jest! Brzmi trochę, jak herezja, ale to prawda, poparta przykładami znanych ludzi, którzy ją stosowali, a metody psychologi poznawczej mieli opanowane do perfekcji. Mówi wprost – I to właśnie jest jeden z moich celów: powiedzieć czytelnikowi, że może się zmienić, może stać się osobą zdrową na poziome emocjonalnym. Pokazuje, jak żyć z „neurozami” innych, nie zarażając się nimi. Jak w neurotycznym świecie Zachodu, kultu nieśmiertelności i „choroby wymaganiowej” ochronić swój umysł, równowagę emocjonalną, budując mur dystansu wobec neuroz i neurotyków. Pod tym ostatnim pojęciem mam na myśli nie tylko ludzi, ale i media z przekazem myślowym. Piosenki i literatura też mogą być toksyczne, z których najbardziej szkodliwe są, nomen omen, poradniki psychologiczne, ale oparte na irracjonalizmie. Przy okazji ich krytyki, autor obala lansowane przez nie mity czyniące więcej szkody niż pożytku, jeśli nie w ogóle katastrofę, w świadomości odbiorcy. Między innymi popularne przekonanie – Jeśli czegoś bardzo pragnę, osiągnę to. Według autora - nieprawdziwe i szkodliwe. A ja od siebie dodam – bardzo!
Nie zabrakło oczywiście ćwiczeń w tej pozycji.
Są one przedstawiane i omawiane w rozdziałach opisujących konkretny problem – strach przed samotnością i ośmieszeniem, nieprawidłowe relacje z innymi ludźmi, wybuchy gniewu, niepożądany wpływ otoczenia, stres w pracy, frustracja i wiele, wiele innych, bardzo powszechnych, niepozwalających na cieszenie się życiem. Dla mnie największą trudność sprawiają ćwiczenia dotyczące opanowania stresu w pracy. Trudno jest mi zastosować metody psychologi poznawczej, kiedy mam do wykonania zadanie. Zwłaszcza zespołowe. Świętego potrzeba, aby udawać Buddę, gdy wszystko dookoła się sypie. Trudno pozbyć się natłoku negatywnych myśli, kiedy złe emocje kipią.
Ale, ale! Autor nie obiecywał mi, że będzie łatwo!
Wręcz przeciwnie! Stawiał warunki i uprzedzał, że praca nad schematami myślowymi to ciężka praca w terapii zachowań. Po prostu orka na ugorze! A im bardziej zarośnięty ugór czyli zatruty i uzależniony umysł, tym trudniej. I tutaj autor podawał metafory, opowieści zaczerpnięte z buddyzmu i chrześcijaństwa, historie konkretnych ludzi lub swoich pacjentów, by zilustrować swój przekaz, podając na koniec każdego rozdziału podsumowujące go, najważniejsze wnioski:

Detoks boli.
Jak każde uzależnienie i z tym już się pogodziłam, cierpliwie zastępując irracjonalizm - racjonalizmem, potrzeby – pragnieniami, dramatyzm – realizmem, wymagania – preferencjami, bo, jak powiedział Epiktet: Nie to nas dotyka, co nam się zdarza, ale to, co mówimy sobie o tym, co się nam zdarza. To ja jestem reżyserem swojego umysłu.
I ostatnia konkluzja.
Mam wrażenie, że przeczytałam naukowe opracowanie filozofii życia wielu religii, udowadniające, że praktyka wiary w codziennym życiu jest możliwa, a nauka tylko wyposaża człowieka w odpowiednie do tego narzędzia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To szczęśliwy głucho-niewidomy Francisco Feria, którego autor przedstawia, jako dobry przykład w metodzie odniesienia do wzorców pozytywnych.
niedziela, 15 lutego 2015
Zgroza w Dunwich – Howard Philips Lovecraft



Zgroza w Dunwich: i inne przerażające opowieści – Howard Philips Lovecraft
Wybór, przekład, opracowanie i posłowie Maciej Płaza ; ilustracje John Coulthart
Wydawnictwo Vesper , 2012 , 792 strony
Literatura amerykańska


Oj, zgroza!
Zgroza straszna, przerażająca i bijąca od rzeczy niesłychanie odrażających i groźnych, a przy tym tak potężnych i nieuchwytnych, że dostępnych jedynie dla mglistych domysłów. Ukazująca życie doprawdy ohydne, na domiar złego zaś uchyla niekiedy zasłonę pozorów i odsłania przed nami przebłyski diabolicznej prawdy czyniącej je tysiąckroć ohydniejszym. Jawiła się ona w każdym z 15 opowiadań tej antologii, na każdej niemalże stronie. Również w postaci często występującego wyrazu ją określającego. I to ta groza ukazująca położenie ludzkości w przestrzeni kosmicznej, jako mało znaczące ziarno piasku w pyle Kosmosu, jeden z wielu gatunków istnień bytujących przed nią i mających przyjść po niej, przerażała mnie najbardziej. A dokładniej silnie przebijający przez opowieści światopogląd przesiąknięty na wskroś pesymizmem, lękiem przed fazami Natury i bytu, które obłożone są najcięższym zakazem i obce doświadczeniu rozumnej ludzkości, niewiarą w dobro, a nawet wstrętem do człowieka i jego ukrytych instynktów pod gorsetem norm moralnych. Bezlitośnie, a nawet miałam wrażenie, że z pewną dozą przyjemności czerpanej z tej perwersji, obnażonych przez autora w tym zbiorze. Rozkład, destrukcja, smród i fetor rozkładu moralnego. Według tłumacza i jednocześnie interpretatora twórczości autora w posłowiu, to właśnie ta uwidoczniona, podkreślona i uwypuklona ohydna potworność człowieka (psychiczna i fizyczna) przyciąga czytelnika najbardziej. Jest zaraźliwa i pokuśliwa, bo człowiek sam jest potworem; to, co ohydne, okrutne i straszne, pociąga nas, ponieważ odpowiada na głęboki zew pierwotnej dzikości. To właśnie na tej płaszczyźnie odnajdują nić porozumienia z autorem jego fani.
To właśnie od takiej fascynatki otrzymałam ten egzemplarz.
Chociaż ona sama swoje uwielbienie dla pióra autora tłumaczyła jeszcze inaczej. Według niej niesamowitość twórczości autora kryła się w narracji, używaniu zwrotów wzbudzających ciekawość już na początku opisu, którego wysłowić nie sposób, a co mieszka za górami szaleństwa oraz w mistrzowskim, powolnym budowaniu napięcia aż do rozstrzygającego końca. Czasami sadystycznie dopiero w ostatnim zdaniu. Również w scenerii akcji będącej z natury tajemniczą – w kościele, podziemiach, głębinach ziemi i oceanu, samotnych domach, dzielnicach, a nawet całych miastach. Mimo że sam schemat fabuły był bardzo prosty i powtarzalny w każdej historii. Był więc zawsze dociekliwy bohater (naukowiec lub amator-pasjonat), tajemnice do rozwikłania, których kres był mroczniejszy niźli najczarniejsza otchłań piekieł, było tajemnicze miejsce do spenetrowania i istoty z Kosmosu. Autor posłowia ten typ fabuły nazwał opowieścią o Minotaurze, nawiązującą do mitu dotykającego najistotniejszych doświadczeń ludzkiego istnienia.
Tyle, jeśli chodzi o wielbicieli, do których nie zaliczyłam się po tej czytelniczej przygodzie.
Nie odnalazłam dla siebie tutaj płaszczyzny porozumienia w przesłaniach tych opowiadań z jednego powodu – światopoglądowego. Autor był ateistą, stąd fascynacja kosmicznym pochodzeniem człowieka. Teorie ewentualnych bytów istniejących obok nas, ich drobiazgowe opisy fizyczne podobne poniższej ilustracji, które ubarwiały grozę antologii,

traktowałam jak bajki. I o ile dobrze czytało mi się początek snutych historii ze względu na umiejętne budowanie napięcia, o tyle już dalsza część rozczarowywała mnie. No dobrze, napiszę wprost – nudziła mnie. Nie mogłam przekonać się do galaretowatych odnóży i trąbkowatych macek Wielkich Przedwiecznych, których istnienie uprawdopodobniały lub wręcz udowadniały legendy, podania i mity. No nie mogłam się do tego przekonać i już! Może dlatego pobiłam rekord w czytaniu tej antologii – ponad dwa tygodnie! Do tego dochodził bardzo specyficzny język – egzaltowany, pełen słów już nieużywanych, przestarzałych, zapomnianych, archaicznych typu: oćma, pustać, grążyć, szydliwy, w zadaniach kwiecisto rozbudowanych, nadających tekstowi charakter staroświecki, prawie bez dialogów. To sprawiało, że moje myśli zamiast odtwarzać opisy, umykały mi z książki w inne rejony umysłu. Musiałam przerywać czytanie, cofać się w tekście i podejmować od nowa zgubiony wątek. Dla tłumacza to nie była wada, lecz ciekawe wyzwanie. Wprawdzie najtrudniejsze, ale i najprzyjemniejsze, jak napisał w posłowiu. Muszę przyznać, że sprostał temu zadaniu, skoro tę staroświeckość odczułam. I z tego powodu jestem pełna podziwu dla jego umiejętności translatorskich.
Czytać czy nie czytać opowiadania Lovecrafta?
I nie tylko prozę, ponieważ tworzył również poezję. Na pewno polecam fanom grozy, ponieważ to klasyka gatunku. I dokładnie to wydanie, ponieważ tłumacz lojalnie i z humorem uprzedził – W zasadzie nieładnie jest kpić z dokonań poprzedników, ale dotychczasowych polskich przekładów Lovecrafta nie mogę nie skomentować. Powiem więc krótko i po Lovecraftowsku: jest to bluźniercze plugastwo z najczarniejszej otchłani ignorancji i złego smaku; niechaj winni tej zbrodni skończą w szponach Wielkiego Cthulhu. A pozostali niech zadecydują sami po takim zdaniu tłumacza, które bardzo trafnie oddaje charakter twórczości autora – W prozie Lovecrafta spotykają się osiemnastowieczna rozlewność narracji i opisów, romantyczna egzaltacja i drobiazgowość psychologicznych introspekcji, wiktoriańska fascynacja rekwizytornią i aparaturą pojęciową nauki oraz dwudziestowieczna, pulpowa dosadność makabry.
Ja w tej mieszance się nie odnalazłam, no bo jakżeż odnaleźć się w tak przerażającym, ohydnym, najeżonym złem świecie, w którym króluje fetor rozkładu fizycznego i moralnego oraz totalna beznadzieja nicości człowieka w otchłani kosmicznej?
Zgroza!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 01 lutego 2015
Obietnica – Danielle Steel



Obietnica – Danielle Steel
Przełożyła Ewa Górczyńska
Wydawnictwo Da Capo , 1996 , 253 strony
Literatura amerykańska


Przeczytałam współczesną bajkę o Kopciuszku!
Wprawdzie wyrosłam już z bajek i tych klasycznych, i tych nowoczesnych, ale są czytelniczki, sądząc po ilości fanek tej autorki, które potrzebują ich jak powietrza. I dobrze, niech nimi oddychają. Zwłaszcza gdy ma się naście lat. Właśnie taka nastolatka namówiła mnie na tę opowieść. Zresztą długo nie namawiała, bo chętnie sięgam po wszystko, co czyta młodzież. To jeden ze sposobów cichego wywiadu, który pozawala mi poznać, co czytają, a tym samym czym żyją, co ich pasjonuje, przeraża lub wzrusza. To poprzez książki prowadzi mnie jedna z dróg do skrzętnie skrywanych w tym wieku emocji. Dlatego czytam najbardziej dalekie od moich zainteresowań tytuły, zwłaszcza że, w tym przypadku, zachwytom towarzyszyło ogromne przejęcie i przyznanie się do łez wylanych nad losami bohaterów.
Nie wzruszyłam się, a tym bardziej nie uroniłam łzy.
Ale to nie znaczy, że opowieść była nieciekawa. Wręcz przeciwnie. Napisana z rzemieślniczą poprawnością warsztatu i zgodnie ze scenariuszem dobrze opowiedzianej bajki. Tyle że osadzonej we współczesnych realiach. Bohaterowie żyli w USA, prowadzili rodzinny biznes lub studiowali. Reszta to czarna wersja życia z podziałem na role pozytywne i negatywne oraz z zakazaną miłością na pierwszym planie. Była więc para kochających się młodych ludzi, Michaela i Nancy, którzy właśnie ukończyli studia, zamierzając się pobrać. Wierząc w miłość po grób przenoszącą góry i zasypującą kaniony różnic, nie brali pod uwagę tych ostatnich, wykluczających ich związek. I tu zaczyna się akcja, tragedia i mezalians w jednym. On urodził się w majętnej rodzinie z tradycjami. Ona, wychowana w sierocińcu, pochodziła znikąd. Przepaść między nimi pracowicie i niestrudzenie pogłębiało zachowanie i postawa Marion, matki Michaela. Ta apodyktyczna kobieta, kategorycznie sprzeciwiając się planom młodych, uważała, że jej syn nie może poślubić jakiejś przybłędy bez nazwiska, malarki wychowanej w sierocińcu. Ona chce, żeby się ożenił z bogatą panną z dobrego domu, która coś wniesie do tej rodziny. To ona, jej intrygi i ich skutki były tym czynnikiem, który nadawał fabule dynamikę rozwoju wypadków. Obserwacja walki dobra ze złem zawsze jest ciekawa i mimo woli, wciąga do kibicowania sprawiedliwości, której musi, po prostu musi, stać się zadość. I autorka tę potrzebę zaspokaja z naddatkiem.
Podtrzymuje wiarę w niezwyciężoną potęgę miłości.
I to jest piękno, które wzrusza, gdy ma się naście lat!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71
| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
jeszcze takiej nie znalazłam :)
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (670)
Mój top czytanych w 2014
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi