Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
wtorek, 17 listopada 2009
Grzech miłosierdzia – David Adams Richards
Grzech miłosierdzia



Grzech miłosierdzia – David Adams Richards
Przełożyła Jolanta Kozak
Wydawnictwo W.A.B. , 2005 , 453 strony
Seria Don Kichot i Sancho Pansa
Literatura kanadyjska



Często w chwilach trudnych, traumatycznych, ponad człowiecze siły, w czasach niepewnych, godzinach przełomowych ludzkiego życia, a czasami w bezmyślnych, błahych momentach jestem świadkiem targowania się z Bogiem. Zawierania transakcji wymiennej: łaskę za posłuszeństwo, odsunięcie konsekwencji własnego postępowania za wyrzeczenia czy życie umierającej, bliskiej osoby za wypełnianie dziesięciu przykazań.
Książka jest opowieścią-przypowieścią o człowieku, który zawiera właśnie taki pakt z Bogiem i przyrzeka, że nigdy nie uczyni krzywdy (i to szeroko pojętej: w mowie, myśli i uczynku), żadnemu człowiekowi do końca swojego życia. Jego drogowskazem staje się jedno, niezłomne przekonanie: nikt nie może wyrządzić człowiekowi krzywdy tak, żeby nie wyrządzić jednocześnie krzywdy samemu sobie.
Czasami zastanawiałam się co by było, gdyby współczesny człowiek żył zgodnie ze wszystkimi normami ustanowionymi przez Boga, bez ustępstw, bez wyjątków, bezgranicznie? Nie kradł, nie kłamał, nie oceniał postępowania innych (próbowałam nie oceniać przez 1 dzień i okazało się to bardzo trudne), nadstawiał drugi policzek, wybaczał krzywdzącym go, a nawet ich kochał. Każdorazowo taka analiza kończyła się jednym wnioskiem: byłby ofiarą, bo regułą społeczną jest, że ludzie, którzy się nie bronią, nie wyznaczają barier czyjejś agresji (tak ładnie zwanej brakiem asertywności), przyciągają katów jak magnes, wręcz są „zadziobywani” przez otoczenie. Najwyraźniej to widać wśród dzieci. Dorośli wypracowali sobie techniki jak robić to w sposób wyrafinowany, a przez to mniej widoczny.
Taką ofiarą, współczesnym Hiobem, gdzieś w małym, kanadyjskim miasteczku, stał się Sydney Henderson. Nie jest to jednak łzawa historia skupiająca się tylko na mnożących się licznie nieszczęściach zgodnie z reakcją łańcuchową. Opowiadana przez jego syna, Lyle’a, miotającego się między sztywnymi zasadami narzuconymi przez ojca, a buntem wieku dorastania który nie ma litości sam dla siebie, szczególnie u młodych i poniżonych, ukazuje przede wszystkim piekło jego dzieci i żony z takim bezgranicznie oddanym Bogu człowiekiem.
W tej historii jest mnóstwo pytań i żadnej odpowiedzi. Autor nie wyprostował mi żadnej krętej i zawiłej myśli, nie rozdzielił dwuznaczności pojęć jak tytułowy „grzech miłosierdzia”, nie wskazał jednej, słusznej drogi postępowania, nie ułatwił wyborów moralnych. Pogroził tylko palcem i ostrzegł: Uwaga! Zapamiętaj: jakikolwiek pakt człowiek zawrze z Bogiem, Bóg będzie go honorować. Człowiekowi może się wydawać, że jest inaczej – ale czy człowiek zna w istocie sens paktu, który zawarł z Bogiem? Zrozum pakt, który z Nim zawarłeś, a zrozumiesz, w jaki sposób Bóg dotrzymuje słowa. Zastanów się dobrze zanim, pod wpływem emocji, zaczniesz się targować, bo historia Hioba nadal jest aktualna, również w XXI wieku.


Historia Hioba jest często wykorzystywana nie tylko w literaturze. Można ją spotkać również w malarstwie czy w piosenkach. Tutaj znany utwór "Hiob" w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego.

piątek, 13 listopada 2009
Kochankowie mojej matki – Christopher Hope



Kochankowie mojej matki – Christopher Hope
Przełożyła Ewa Pankiewicz
Wydawnictwo W.A.B. , 2008 , 492 strony
Seria Don Kichot i Sancho Pansa
Literatura południowoafrykańska (RPA)



Alexander Ignatius Healey miał dwie wielkie namiętności w swoim życiu, które niestety nie przynosiły mu szczęścia. Wręcz przeciwnie. Dostarczały mu boleśnie ambiwalentnych uczuć. Kochał i nienawidził swoją matkę tak samo jak kochał i nienawidził Afrykę, RPA, a zwłaszcza Johannesburg, w którym się urodził.
Trudno jest kochać matkę, która nie dała mu ojca, ba!, nawet nie wiedziała kim on jest. Matkę, która dom traktowała jak hotel, macierzyństwo nie było jej powołaniem, a sensem jej życia było nie zatrzymywać się, lecz wstawać i iść dalej.
Jednocześnie była kobietą żyjącą o jeden wiek za wcześnie, chociaż i współcześnie jej styl życia wzbudzałby zdziwienie i podziw. Kobieta-pilot od 18. roku życia, która lot nad kontynentem afrykańskim traktowała jak obchód własnych włości. Kobieta-myśliwy, dla której polowanie na zwierzęta w jakiejkolwiek afrykańskiej dżungli czy na sawannie, było stałym elementem rozkładu zajęć. Kobieta-przedsiębiorca, której biznesowe pomysły na ówczesne czasy plajtowały, a w 20. wieku przynoszą krociowe zyski biznesmenom. Kobieta-człowiek, dla której nie istniały podziały rasowe, wyznaniowe czy polityczne, a czego konsekwencję ponosiła w więzieniu. Kobieta-przyjaciel sprawiająca, że inni w jej towarzystwie czuli się dobrze, zarówno dorośli jak i dzieci. No i oczywiście kobieta. Po prostu kobieta, dookoła której mężczyźni krążyli jak ćmy wokół światła, bez względu na różnicę wieku.
Trudno jest też kochać miasto, kraj, kontynent w permanentnym stanie wojny rasowej, plemiennej, ideologicznej i gospodarczej. Miejsce, w którym ciężko o poczucie bezpieczeństwa i o pewność, jej białych mieszkańców, że jest się stąd. Miejsce, w którym wszystko można sobie kupić za pieniądze, niwelując wszelkie bariery, granice i zagrożenia. Miejsce nienawiści, podziałów i kontrastów. Kraina sawanny, gdzie morderstwo było równie powszechne jak brud i gdzie szerzył się gwałt, gdzie biedni ludzie umierali z głodu, a kobiety były bite, często ze śmiertelnym skutkiem, przez swoich partnerów, gdzie wszystko działo się znacznie częściej niż gdziekolwiek indziej. Gdzie głodna większość pyta: „Jak się wyżywić?”, a szczęśliwa mniejszość: „Jak nie zostać zastrzelonym?”
Ale jednocześnie kraj tworzący swoisty tygiel człowieczej różnorodności, dający fascynującą mieszankę kultury. Kraj o przebogatej przyrodzie i bogactwach naturalnych. I wreszcie ojczyznę, w której się urodziło, gdzie tkwią głęboko korzenie życia głównego bohatera.
Obie te miłości w jego życiu przeplatają się i stanowią tło dla szkicowanej przez autora burzliwej i krwawej historii Afryki, RPA i samego Johannesburga.
To książka, którą przeczytałabym przed podróżą do Afryki dającą zalążek zrozumienia w sposób bardzo przystępny tego kontynentu, jego skomplikowanych dziejów i ludzi mieszkających na nim. Niestety, wtedy tej książki jeszcze nie było, a rolę wprowadzającego mnie w ten świat pełnił Heban Ryszarda Kapuścińskiego.

Będąc w Tanzanii w Afryce Wschodniej, spróbowałam doświadczyć wielkiej namiętności matki głównego bohatera - safari. Do pięt jej nie dorastam, bo okazałam się tchórzliwym "myśliwym", bez broni palnej, a mój aparat fotograficzny, z ręcznie przewijaną kliszą, nie miał nawet zoomu.

Droga do Mikumi
Chcąc "zapolować" szybko, bez zbędnych formalności i kosztownych pośredników, sama sobie zorganizowałam safari. Wynajęłam wygodny wóz jak na grzyby do lasu, który koło terenowego nawet nie stał, a że mu koło po drodze odpadło? Nie zraziło mnie to, ważne, że po jego założeniu mogłam pędzić dalej.

Mikumi
Przed wjazdem do Narodowego Parku Mikumi zobaczyłam czaszki bawołów. Miałam nadzieję, że to dla ozdoby, a nie na postrach. Pewność siebie troszkę mnie zaczynała opuszczać. Zwłaszcza, że wynajęty przewodnik okazał się kobietą. Miałam nadzieję, że w sytuacji kryzysowej okaże się również Larą Croft.

Żyrafy i zebry
Żyrafy i zebry to pierwsze zwierzęta jakie wypatrzyłam. Bałam się jednak wyjść z samochodu, mając wrażenie, że zaraz któreś z nich wsadzi mi łeb do środka. Dopiero na zdjęciu zobaczyłam, że stoją tak daleko, a mój strach miał wielkie oczy.

Antylopy
Antylopy gnu i impala, jedne z najbardziej płochliwych zwierząt, nie dały się podejść blisko. Nie mając zoomu mogłam przyglądać się im tylko z daleka. Przy okazji przekonałam się, że niekoniecznie żyją w stadach, tak jak często widziałam to w filmach przyrodniczych.

Zebry
Zebry spłoszyłam, więc zdążyłam tylko uwiecznić ich szlachetne tyły.

Guziec
Guziec jedyne zwierzę, które było mną zaciekawione. Nabrałam jednak podejrzeń, że nie bezinteresowanie i bojąc się szarży w moja stronę, najzwyczajniej uciekłam.

Słoń
Szosa, którą wracałam z Mikumi posiada co kilkaset metrów ograniczniki prędkości, ponieważ przecina naturalne drogi wędrowne zwierząt. Przy poboczu stoją znaki, które informują jakie zwierzę przechodzi w danym miejscu. Mnie udało się wypatrzyć przyczajone stado słoni. Zza wysokich traw widać tylko głowę przywódcy stada. Czekał, aż przejadę. Po czym powoli przeszło całe stado. To była tak magiczna chwila, że zapomniałam ją uwiecznić.

Pawiany
Na pożegnanie minęła mnie rodzina pawianów.

Pawian
Głowa rodziny próbowała uskutecznić bliskie spotkanie trzeciego stopnia, ale nie odważyłam się podać ręki. Zdjęcie zrobiłam przez szybę.

Po tym doświadczeniu przestałam chodzić do ZOO i do cyrku. Nie mogę patrzeć na ból zwierząt pogrążonych w apatii. Nie dostrzegałam tego wcześniej, bo nie miałam porównania ze zwierzętami żyjącymi na wolności w ich naturalnym środowisku.
poniedziałek, 09 listopada 2009
Sól i Szafran – Kamila Shamsie



Sól i Szafran – Kamila Shamsie
Przełożyła Katarzyna Maciejczuk
Wydawnictwo Red Horse , 2008 , 294 strony
Literatura pakistańska



Lubię opowieści oparte na faktach, a najbardziej historie rodzinne, snute przez ludzi mających do tego dar. Aliya, główna bohaterka, taki właśnie posiada. Potrafi niezwykle ciekawie opisywać losy swoich krewnych i przytaczać anegdoty, które urastają do rangi legend rodzinnych. W każdym miejscu i o każdej nadarzającej się do tego porze, gromadzi wokół siebie słuchaczy. Może to być pokład samolotu, taksówka albo książka. Za każdym razem swoje opowieści przyprawia metaforami jak szafranem, który dodając im barwy podkreśla ich wyjątkowość, akcentuje puentę, wikła meandry losów ludzkich, rozświetla humorem. Ta bardzo podkolorowana i lekka wersja przeznaczona jest dla gości, przypadkowych odbiorców, ludzi spoza rodziny.
Dla najbliższych, dla krewnych opowieści doprawiane są solą, która jest niewidoczna jak cisza między słowami. Wyczuwalna jedynie w bezpośrednim kontakcie z bohaterem opowieści, bo zawarta w jego spojrzeniu, w języku ciała, w reakcjach na pytania, w niedopowiedzeniach, a która oddaje to czego słowa nie są w stanie określić. Sól, która zmienia oficjalną wersję w zupełnie inną historię.
A prawd i wersji historii jest tyle ile szafranu i soli w każdej z nich. Od ich proporcji dobieranych przez opowiadającego zależy siła słowa przyciągająca słuchaczy lub moc ciszy scalającej więzi rodzinne. Aliya to potrafi.

szafran

Obrazek pozyskiwania szafranu pochodzi z Galerii Interii i tam też można zobaczyć więcej zdjęć tej przyprawy droższej od złota.
czwartek, 05 listopada 2009
Siewca Wiatru – Maja Lidia Kossakowska
Siewca Wiatru



Siewca Wiatru – Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo Fabryka Słów , 2004 , 650 strony
Literatura polska



Od dawna miałam na tę książkę apetyt, rosnący w miarę upływu czasu i licznych zachęt. Pani w bibliotece była zadowolona, że udało jej się ten tytuł dla mnie przechwycić, zachęcający mnie, że przeczytałam, tylko mój apetyt nie został w pełni zaspokojony. Może tak już jest ze zbyt narosłymi oczekiwaniami w zderzeniu z faktami. A fakty są takie, że pomysł na fabułę mi się spodobał. Nawet bardzo mi się spodobał. Któż nie chciałby być w raju z aniołami? Całymi zastępami aniołów!? Różnego autoramentu, maści i charakterów. Taaaak, tych Świetlistych i tych Mrocznych, bo to byli na wskroś ludzcy aniołowie pomimo swoich mocy, darów i innych zdolności nadprzyrodzonych. Mający swoje zalety, ale i wady, które rządziły ich namiętnościami, wyborami, zachowaniami, kreującymi z kolei historie światów, w których żyli. Była więc walka o władzę w Królestwie opuszczonym przez Pana, była walka z tytułowym Siewcą Wiatru, przeciwko któremu jednoczyły się wszystkie istoty z wszystkich krain, była pięknie i dynamicznie opisana ostateczna bitwa dobra ze złem, no i była również tragiczna miłość.
Czegóż chcieć więcej?
Ano, czegoś mi zabrakło. Zabrakło mi w tej opowieści zachowania proporcji między jej składnikami.
Za dużo bohaterów. Jestem pod wrażeniem wiedzy zdobytej na temat aniołów i demonów, ale nadmiar postaci przy kolejnym pojawiającym się bohaterze implikował pytanie: who is who? Efekt ten potęgowało nadawanie wielości imion, funkcji, tytułów jednemu bohaterowi. Sama główna postać Daimona Freya nazywana była również Rycerzem Miecza, Aniołem Miecza, Abbaddonem, Aniołem Zagłady, Niszczycielem, Tańczącym na zgliszczach. Brakowało tylko Tańczącego z Wilkami.
Za dużo bocznych i ślepych wątków przygodowych, osłabiających siłę głównego nurtu powieści.
Za dużo zdrobnień typu Misiu czy Gabrysiu infantylizujących i odbierających męskość aniołom i demoniczność demonom. Tego nie robi się dorosłym facetom ratującym świat!
Za dużo komizmu w grozie jak w tym zdaniu, opisującym krew zamordowanego skrzydlatego: Kapa na łóżku i ściana poweselały od czerwonych bryzgów. Ja nie poweselałam, ja osłupiałam.
Za mało z kolei, pomimo zapewnień autorki w przedmowie, że się o to starała, wyrazistości wąskiej grupy głównych bohaterów, niestety lekko rozmytych w plejadzie pozostałych istot.
No i za mało, mnie kobiecie, rozbudowanej historii miłości łączącej Daimona z Hiją. Nawiązana zbyt późno i potraktowana zbyt płytko, zbyt powierzchownie i zbyt szybko. W takich sprawach nie wolno, pod karą śmierci, się spieszyć!
Na dodatek ta niespójność między nazwami używanymi w powieści, w przedmowie autorki i na okładce książki jak: Siewca Wiatru – Siewca wiatru albo Daimon-Diamon.
Ale pierwsze koty za płoty, bo to pierwsza powieść tej autorki. „Następna będzie lepsza”, jak mówi Krzysztof Hołowczyc w samochodowym nawigatorze.
Przynajmniej mam taka nadzieję. Bo potencjał jest. Oj, jest.


Jak można do takiego KOGOŚ mówić Gabrysiu!?

niedziela, 01 listopada 2009
Kruchość porcelany – Monika Sawicka
Kruchość porcelany



Kruchość porcelany – Monika Sawicka
Wydawnictwo Magia słów , 2005 , 263 strony
Literatura polska



To moje drugie spotkanie z tą pisarką. Pierwsze nie należało do udanych. Po mojej recenzji odezwało się do mnie Wydawnictwo Magia Słów, które nie próbowało zmieniać moich wrażeń, wpływać na zmianę oceny tej powieści czy jałowo polemizować ze mną powołując się na opinię zawodowych krytyków literackich, czego byłam obserwatorem w dyskusji pisarza z robertlotse, autorem bloga "Ślepiec patrzący z dystansem".
Nie.
Wydawnictwo zastosowało inną metodę (i tutaj chylę czoła) przekonania mnie do twórczości autorki. Zaproponowało przeczytanie debiutanckiej powieści Moniki Sawickiej. Pomyślałam: czemu nie? Jedna powieść nie przekreśla całego dorobku pisarki. Zgodziłam się i nie żałuję. Bez tej propozycji nigdy więcej nie sięgnęłabym po jej inne tytuły, a tak otrzymałam książkę-przesłanie o trudnych treściach pod warstwą dobrego humoru. Dwoistą w każdym jej aspekcie: w kontraście bieli i czerni okładki, w rozdwojeniu postawy Zuzanny, głównej bohaterki, w jej schizofrenicznym życiu, tym realnym i tym wymyślonym, , a wszystko po to tylko, aby żyć. Po prostu, normalnie i jak się wydawało bohaterce, szczęśliwie żyć.
Początkowo poznaję super kobietę, kochającą mężatkę, spełnioną matkę, przedsiębiorczą, pełną energii, bardzo pozytywnie nastawioną do codzienności, skrzącą humorem i mającą ciętą ripostę na każdą sytuację, problem czy zdarzenie. Szczęśliwy człowiek, chciałoby się rzec, gdyby nie, od czasu do czasu, wtrącane zdania między jeden a drugi żart: o pobycie w szpitalu, bo mąż-kat połamał na jej plecach kij od szczotki, o braku miłości w związku, w którym seks uprawia się jak ziemię, bo szkoda żeby leżała ugorem skoro „fajna z niej dupa”, o zdradach partnera z prostytutkami skwerowymi, o wymyślonym substytucie mężczyzny ( jakie to żenujące), w którego oczach mogła znaleźć podziw, akceptację i usłyszeć „kocham cię” i wreszcie o braku wsparcia, gdy Zuzannę dopadła choroba nowotworowa. Powoli zaczął znikać humor i moje dobre samopoczucie, a historia stawała się coraz bardziej smutna. Tak smutna jak tysiące, a może miliony kobiet zakładających gombrowiczowskie maski, budujących wokół siebie gruby mur chroniący ich wewnętrzne ja, delikatną duszę, która, gdy przestaje cieszyć nawet uśmiech własnego dziecka, często jedyny promyk radości w życiu kobiety, pęka i roztrzaskuje się jak krucha porcelana. Bo każda kobieta jest w środku właśnie taka: piękna w swojej delikatności i kruchości z ogromną potrzebą bycia kochaną, bycia szczęśliwą.
Ta historia to swoisty manifest skierowany do każdej kobiety, która jest wprost bezgranicznie szczęśliwa, a to dlatego, że uwielbia być bita, kopana i poniżana. Nie może żyć bez podbitych oczu i cieknącej z nosa krwi. Nie narzeka i nie lituje się nad sobą, a jej metodą na życie jest stwarzanie iluzji szczęśliwej rodziny.
Manifest z przesłaniem: zamiast marzyć po prostu zacznij żyć. Pełną piersią, tak jak tego chcesz i jak na to zasługujesz.
Warto w takiej formie docierać do tych kobiet, zwłaszcza, że jak podaje autorka w przedmowie, dotyczy to 30% żeńskiej populacji.
Również w tej książce pisarka wspiera młodych twórców, użyczając miejsca na swoich stronach ich poezji i prozie. Wśród nich znalazłam wiersz Anny Strzelec, który pięknie podsumowuje historię Zuzanny.

* * *
...i że grzechy przeciwko nadziei są tak samo ciężkie jak przeciw miłości...

ks. J. Twardowski

Ja nie grzeszę proszę księdza brakiem nadziei
tylko win nie umiem odpuścić
ukochanym oczom – za to, że nie patrzą
już z miłością w moja stronę,
tym ramionom – bo nie obejmują mnie
jak dawniej, tak cieplutko
i słowom, które w mroku mamrotane
tylko smutek niosą...

A na sam koniec kropla dziegciu. Bardzo przeszkadzała mi w odbiorze treści niedbałość druku: nagminna literówka, łączenie rozdzielnych wyrazów, przesunięcia zdań, ich rozstrzeliwanie na całą szerokość strony i przestawione znaki interpunkcyjne.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9


text