Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 01 maja 2016
A w konopiach strach – Jerzy Vetulani , Maria Mazurek



A w konopiach strach – Jerzy Vetulani , Maria Mazurek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 188 stron
Literatura polska


Maria Konopnicka współczesnej młodzieży jest bardzo dobrze znana!
Niekoniecznie dlatego, że wielką pisarką była, ale dlatego, że dawno temu napisała wierszyk, który w obecnej chwili nabrał rumieńców w oczach naszej młodzieży, świetnie go kojarząc. Niechcący pięknie wpasowuje się w obecną rzeczywistość, a brzmi tak:

Umieszczony, niczym motto tematu, przed wywiadem z profesorem Jerzym Vetulanim prowadzonym przez dziennikarkę Marię Mazurek, w połączeniu z okładkową grafiką, rozbawił mnie.

A przed czym tak uciekają siostrzyczka i brat? – widać na tylnej okładce.

To taka przewrotna i inteligentna metafora nawiązująca do stanu świadomości naszego społeczeństwa na temat marihuany. Profesor nazywa go „marihuanofobią”.
Boimy się wszystkiego, co przypomina, a nawet leży koło narkotyków!
Profilaktycy od narkomanii mogą sobie pogratulować profesjonalizmu i skuteczności kampanii antynarkotykowej, która trwa odkąd sięgam pamięcią czyli mniej więcej do lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to widywałam na ulicach Szczecina plakaty zapewniające, że w Polsce narkomanii nie ma. To dobrze! To nawet bardzo dobrze, że boimy się narkotyków i dmuchamy na zimne, ile natura w płucach dała. Tyle że przy okazji generalizujemy, negując wszystko i w całości, nawet te dobre, lecznicze właściwości, które marihuana ma nam do zaoferowania. To tak, jakbyśmy całkowicie zanegowali alkohol i zabronili go używać w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Nawet w celach medycznych. Strach pomyśleć, co działoby się!
Strach myśleć, co tracimy, negując całkowicie marihuanę!
Ten strach pojawia się po przeczytaniu tego wywiadu, ale również bezsilność wobec nieświadomości społecznej w połączeniu z paragrafami prawa stojącymi na jej straży. Zwłaszcza w kontekście cierpiących i umierających dzieci.
Ale od czego są książki!
To właśnie jedna z nich, którą autorzy wywiadu postanowili z „marihuanofobią” powalczyć. Dziennikarka do tej trudnej walki wybrała nie byle kogo. Wybitnego psychofarmakologa, który niejedną marihuanę zażył, odważnego w swoich poglądach i niebojącego się do tego przyznać, o przepięknym, lotnym, błyskotliwym umyśle (zamarzyła mi się rozmowa przy kawie z profesoremmm...), bogatym w wiedzę nie tylko specjalistyczną, ale i z innych dziedzin nauki, potrafiący nawiązać do obrazowych, czasami z humorem podanych przykładów z życia i... młodym! Pomimo szacownego wieku metrykalnego profesora, który w przeciekawy, barwny i żywy sposób przede wszystkimi poukładał mi nomenklaturę narkotykową. Haszysz, olej z haszyszu, olej konopny, hemp, cannabis czy THC to bardzo różne pojęcia, różne składowe i różnie oddziaływające na organizm ludzki. I to działanie również omawia w kontekście biochemii (proces), psychologii (uzależnienia), kultury (historia używek), filozofii i religii. Przy okazji uzasadniając swoją obronę postawy piosenkarki Dody, która stwierdziła, że Biblię napisali ludzie „napruci winem i palący jakieś zioła”. Po czym „napisał” w wielkim skrócie Biblię od nowa, wskazując palcem te fragmenty i momenty, które ewidentnie na to wskazywały. Szczególnie w Starym Testamencie jest wiele opowieści, w których – jak można podejrzewać – występują substancje psychotropowe. – dowodził, podając rozdziały.
Ta część wywiadu była przeciekawa, ale chyba nie do przejścia dla chrześcijan.
Miał tego świadomość, zauważając – Jeśli natomiast publicznie zasugeruje się, że przywódcy i prorocy z czasów biblijnych mogli palić zioła, to już się w naszych polskich narkofobicznych głowach nie mieści! I kończy tak, jak Doda – z oskarżeniem o obrażanie uczuć religijnych. Jeśli ten odkłamujący Biblię fragment wzbudzi w czytelniku chęć oskarżenia o herezję, to profesor wytacza kolejne działo dobijające obrażonego, mówiąc – Ludzkość zawsze szukała substancji zmieniających stan świadomości, ponieważ chciała przeniknąć w głąb nieznanego, odkrywać to, czego na co dzień nie widzimy. Ta potrzeba wydaje się wpisana w ludzkie geny. A jeśli współczesny świat i współczesny Kościół o tej potrzebie zapominają, a narkotyki traktują jako wroga numer jeden, to może przypomnijmy na koniec, że papież Leon XIII, twórca przełomowej encykliki Rerum novarum, był wielkim fanem wina Marianiego, mieszaniny wina i kokainy. Twórcę tego XIX-wiecznego red bulla papież odznaczył nawet orderem Pro Ecclesia et Pontifice. Po takim dictum refleksja na temat podłoża powstania encykliki nasuwa się sama. Ale cicho sza!
W takim to rewolucyjnym duchu jest cały wywiad!
Co rozdział, to ostre światło reflektora rozpraszającego mrok i inny kąt patrzenia na marihuanę, jej historię i rolę kulturową oraz gospodarczą w społeczeństwie. Bo konopie to nie tylko leki używane w medycynie odkąd ludzkość pamięta, ale i papier, materiały budowlane, produkty spożywcze i przemysłowe, tkanina oraz kosmetyki na bazie oleju konopnego dla wymagającej i suchej skóry, które można kupić chociażby tutaj - Biokonopia.

Ich reklamę znalazłam na końcu książki.
Czy nie wylewamy od dziesięcioleci dziecka z kąpielą?
Takie pytanie nasuwa się automatycznie po tym wywiadzie. A jeszcze bardziej domaga się ono odpowiedzi po dołączeniu do dotychczasowych rozmówców znanego z mediów doktora Marka Bocheńskiego zwolnionego z Centrum Zdrowia Dziecka za leczenie małych pacjentów marihuaną. To on przedstawił mi argumenty z największą siłę przebicia w uzasadnianiu wykorzystywania marihuany do celów medycznych. Opowiedział, wykorzystując do tego własne doświadczenia z praktyki lekarskiej, czym jest marihuana medyczna i w jaki sposób pomaga chorym. W takiej marihuanie składnik psychotropowy jest zminimalizowany do śladowej ilości (1%!), na rzecz wzrostu składnika leczącego. Na szczęście ustawa legalizująca marihuanę medyczną jest już w drodze, jak zapowiedział poseł na Sejm RP, Liroy.
Czy przekonał mnie natomiast profesor Jerzy Vetulani?
Nie do końca, chociaż na pewno „oświecił”. Mieszkam w mieście, w którym problem uzależnienia od narkotyków jest bardzo duży. Zresztą gdzie nie ma takiego miasta na świecie? Widzę młodzież wyluzowaną i „rozbawioną” marihuaną na co dzień, która swoją miłość do jej psychotropowego składnika wyraziła na ścianie budynku, w centrum miasta.

Odkąd pamiętam, jest tam i jakoś nikt nic z tym nie robi. Może to nieświadomość i brak wiedzy decydentów, a może inercja gospodarzy miasta, a może nie jesteśmy „marihuanofobami”? Nie wiem. Cały czas pamiętam tylko, na co uczulił mnie autorytet i praktyk w uzależnieniach, Marek Kotański, który twierdził, że marihuana to pierwszy krok do narkomanii. Ilu odpuści sobie na tym etapie, a ilu będzie chciało więcej, mocniej, intensywniej? Odpowiedź znajdziemy w statystykach zgonów, przestępstw drogowych i kryminalnych oraz szpitalnych.
Książkę polecam wszystkim szukającym własnego zdania na ten nomen omen palący problem społeczny, bo, cytując profesora, robienie z ludzi, którzy zażywają marihuanę w celach medycznych, kryminalistów i odmawianie jej osobom cierpiącym to po prostu podłość, okrucieństwo.
Dlatego moje TAK dla legalizacji marihuany medycznej i moje NIE dla każdej innej.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A w konopiach strach [Jerzy  Vetulani, Maria  Mazurek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 30 kwietnia 2016
Będzie dobrze – Michał Leśniak



Będzie dobrze – Michał Leśniak
Wydawca Rozpisani.pl , 2016 , 338 stron
Literatura polska


Najważniejsza w wychowaniu jest rozmowa!
To nie jest cytat z dzieł o sztuce wychowania znanych i poważanych autorytetów z dziedziny pedagogiki czy psychologii. To wypowiedź nastolatki, która podsumowała naszą rozmowę na temat pogubienia się w życiu niektórych jej rówieśników. Nietypowy wniosek jak na tak młody wiek, ale to mądra, poukładana dziewczyna, mająca - uwaga! – świetny kontakt z własną mamą.
A co się dzieje, gdy tej rozmowy, tego kontaktu zabraknie?
Ta konfesyjna opowieść jest odpowiedzią na to pytanie. Jej autor, a zarazem główny bohater i narrator tej opowieści, pokazuje na własnym przykładzie, jak z bardzo dobrego ucznia ze wzorowym zachowaniem i czerwonym paskiem na świadectwie wyrasta przestępca z dwudziestopięcioletnim wyrokiem kary więzienia. Jak sam się przedstawił – Mam czterdzieści lat, ukończone dwie klasy liceum ogólnokształcącego, wyrok za zbrodnię do odsiedzenia i wyrzuty sumienia za zmarnowane życie wielu osobom. To te wyrzuty sumienia, analityczna i do bólu obiektywna ocena swojego dotychczasowego życia, chęć rozliczenia się z przeszłością i publicznego wyznania win, wiara w Boga, której w nim do tej pory nie było (nie epatuje nią!), a przede wszystkim prośba do czytelnika o uczenie się na jego błędach i nadzieja, że może ktoś na podstawie tego, co napisałem, uchroni swoje dziecko przed destrukcją. Można jednak tę przestrogę potraktować nie tylko jako profilaktyczne spotkanie, ale również jako nietuzinkową i barwną biografię więźnia, destrukcyjny proces osobowości i postaw, kryminał ze świata przestępczego, życiorys młodego człowieka szukającego swojej drogi, którego symbolem były – luksus, wędrówka i zbrodnia, paniczny lament rozpaczy lub list do czytelnika.
Dla mnie ta opowieść była wszystkim po trochę.
Przede wszystkim jednak opowieścią o zmarnowanym dzieciństwie i młodości, w których zabrakło najpierw psychicznej, a potem fizycznej obecności rodziców. Może dlatego słuchałam cierpliwie, uważnie i empatycznie, przejmując emocje opowiadającego. A było ich mnóstwo, o różnym natężeniu. Od radości po rozpacz, od nadziei po depresję, od miłości po nienawiść, od wiary w świat i ludzi po czarną dziurę braku poczucia bezpieczeństwa, od chęci życia po próby samobójcze.
I co ciekawe – nie oceniałam go!
Przez całą opowieść nie pojawiła się we mnie żadna myśl krytyczna. Może dlatego, że autor już na początku sam siebie ocenił, pisząc – Nie szukam już winnych moich niepowodzeń i nikogo za nie nie obwiniam. Nikogo, poza samym sobą. Zrozumienie tej na pozór prostej myśli niektórym zajmuje całe życie, inni nigdy do takiego wniosku nie dochodzą, autorowi zajęło to kilkanaście lat. Jego efektem jest ta emocjonalna i emocjonująca książka z brutalnym życiem między okładkami, które autor ufnie złożył w moje ręce. Trzymałam je w dłoniach jak rozżarzony węgielek bez prawa jego odrzucenia, ale ze znieczulającym ból lejtmotywem – będzie dobrze! Ta często powtarzana fraza, podsumowująca opisywane epizody, z czasem stworzyła bogatą paletę różnorodnych znaczeń od powszechnego pocieszenia poprzez cynizm po złowieszczą groźbę. Uniosłam ten ciężar przeszłości i nie odłożyłam tego węgielka-książki, tego parzącego życia dopóki nie przeczytałam ostatnich dwóch wyrazów kończących tę historię i ostatni już raz – będzie dobrze!
W jakim tym razem znaczeniu?
To zależy wyłącznie od niego, i ma tego świadomość, jakimi treściami go wypełni i co z nich przejdzie do przeszłości. Nowej, odmienionej przeszłości. A pracuje nad nią intensywnie. Jest bardzo aktywny na miarę swoich więziennych możliwości. Książka to tylko jeden z elementów budowania życia od nowa, już teraz, w więzieniu. Kolejnym jest pisanie opowiadań, wierszy, bajek dla dzieci i scenariuszy teatralnych – z sukcesami! Publikacje artykułów i felietonów do ogólnopolskich Znaków czasu i „Głosu adwentu” oraz do ejoba.pl i zaufanie.pl. Działa również charytatywnie we współzałożonej przez siebie fundacji Serce w kratkę i prowadzi własny blog Życie w kratę – Blog więźnia. Jest jeszcze jeden charakter tej książki.
Opowieść brzmi jak zeznania skazanego.
Z przewidzianą dla mnie rolą sędziny i pytaniem – czy, znając przeszłość bohatera, jego obecną samoświadomość i krytyczną ocenę własnej przeszłości, aktywną pracę nad sobą i dla innych, podpisałabym petycję o zmniejszenie wyroku bohaterowi, który kończy się dopiero w 2030 roku? Autor o to nie prosi. Nawet o tym nie wspomina. Przeczytałam o tym w biogramie autora umieszczonym na tylnej okładce z linkiem do strony, na której można wyrazić swoje poparcie, a założona jest przez osoby, które znając Michała Leśniaka postanowiły zwrócić się z prośbą o dokonywanie wpisów pod petycją o akt łaski – jak przeczytałam na stronie Daj mi jeszcze jedna szansę!. To niespodziewany test zdolności obiektywnego osądzania, gdy ma się w rękach życie drugiego człowieka ze świadomością ciężaru przyszłych konsekwencji. Nie zdradzę, jaką decyzję podjęłam. Nie chcę nikomu niczego sugerować. Każdy czytelnik musi podjąć decyzję sam, gdzie niepodjęcie jej to też decyzja.
A wybór jest piekielnie trudny!
Książkę pochłonęłam na raz. Decyzję podejmowałam tydzień. Zaczęłam czytać w południe, a skończyłam wieczorem. Nie tylko z powodu prośby autora o wysłuchanie, ile z jego niezwykłego daru opowieści. Płynnej, dynamicznej, nieprzewidywalnej, inteligentnej, szczerej i przede wszystkim prawdziwej. Siedziałam koło niego nocną porą, w więziennej toalecie, przy świetle żarówki i widziałam jak pisze, jak przeżywa na nowo zdarzenia, jak odkrywa niektóre prawdy w momencie przelania myśli na papier, jak uśmiecha się, ale i jak płacze.
Widziałam zagubione dziecko w ciele dorosłego mężczyzny.
Nie chciałam, nie mogłam i nie potrafiłam po prostu odejść z tego miejsca, zostawić go tam samego, odłożyć książkę i znaleźć się w moim bezpiecznym, poukładanym realu, bo wiedziałam, że myślami nadal byłabym przy nim. Musiałam dotrwać do końca, a potem to wszystko jeszcze raz przemyśleć. Zostać sędziną. To ciekawe doświadczenie, ale uczące odpowiedzialności w ocenianiu innych. Zmierzyć się z realnym życiem, konkretnego człowieka i je ocenić, podpisując się pod petycją lub nie o akt łaski.
Uprzedzam – ta książka to wyzwanie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj posłuchałam autora opowiadającego o swojej książce.
niedziela, 24 kwietnia 2016
Gambit hetmański – Robert Foryś



Gambit hetmański – Robert Foryś
Wydawnictwo Otwarte , 2016 , 1030 stron
Literatura polska


Polacy nie gorsi i swoją powieść płaszcza i szpady, a właściwie sztyletu i trucizny, mają!
Tytułowy gambit hetmański w dosłownym znaczeniu to jeden ze sposobów rozpoczynania gry w szachach, wyglądający tak:

Wikipedia

W tej powieści nabrał drugiego znaczenia. Swoją nazwę wziął od tytułów jednego z głównych rozgrywających – hetmana wielkiego koronnego i hetmana polnego koronnego Jana Sobieskiego. Jego przeciwnikiem w tej rozgrywce był sam król Michał Korybut Wiśniowiecki wraz z małżonką Eleonorą Habsburżanką. Trzecie znaczenie tytułowi nadawało samo życie, które jest, było i zapewne będzie jak partia szachów. Jej wynik zależy od inteligencji, cierpliwości, dyplomacji, dalekowzroczności, przewidywalności, bezwzględności, wpływów i zasobności skarbca w złoto biorących w niej udział bezpośrednio lub pośrednio. Nic w niej nie jest pewne oprócz śmierci, a poza tym najwyższe wyniesienie zwykle jest początkiem drogi w dół, aż do kompletnego upadku.
To właśnie dlatego na okładce tej powieści historycznej widnieją szachy.
Za nimi, nie bez powodu, siedzi kobieta trzymająca w dłoni zakrwawioną figurę. To przysłowiowa „szyja” kręcąca głową-mężczyzną. Hetman nazywany potocznie w szachach również damą lub królową. Kobiety w tej przebogatej historii były tak samo ważne, jak mężczyźni, a czasami nawet ważniejsze, jeśli nie najważniejsze. To one inspirowały i motywowały swoich kochanków i mężów, nie przebierając w metodach i technikach perswazji. Sięgając po broń najpotężniejszą – seks i nie mnie skuteczną – sztylet, truciznę czy złe słowo wzbudzające zawiść.
Każde było dobre, jeśli tylko pozwalało osiągnąć cel – władzę.
I o tę władzę z nieformalnym hasłem Bóg, honor, trucizna! oraz idące za nią bogactwa, wpływy i splendor na wszystkich szczeblach władzy świeckiej i kościelnej toczyła się główna gra osadzona w siedemnastowiecznych realiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów w ostatnich trzech latach panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego czyli 1671-1673. Nieważnym było, że z góry znałam wynik tej partii szachów. Nie to było najistotniejsze w tej opowieści, chociaż ważne jako baza konstrukcji fabuły. Dla mnie najbardziej ekscytujące było śledzenie ciągu zdarzeń, który odpowiadał na podstawowe pytanie – jak do tego doszło? Nawet jeśli autor do wielu scen, intryg, dialogów i zdarzeń użył własnej wyobraźni, to nie wykluczało, że prawdopodobnie mogło to tak mniej więcej przebiegać. Tego rysu prawdopodobieństwa nadawały nie tylko udokumentowane realia historyczne, na które składały się postacie historyczne (tytuły królewskie i nazwiska szlacheckie), znane wydarzenia z historii (bitwy, porozumienia polityczne), ówczesne tło społeczno-polityczno w Polsce i w Europie, ale i drobiazgowe przedstawienie wierzeń, zwyczajów, obyczajów, strojów, wystroju pomieszczeń, a także tego, co jedzono i jak spożywano posiłki. Od opisów tych ostatnich nabierałam apetytu, bo właśnie trwały przygotowania do obiadu. Służba uwijała się szparko, dzwoniły srebrne półmiski i talerze, pobrzękiwały łyżki, noże i widelczyki, dźwięczała kosztowna porcelana, chlupotały barszcze i zupy, tłuściło się mięsiwo, krzepły sosy uwarzone z zeszłorocznych grzybów. Pachniało dziczyzną pieczoną na rożnie, gęśmi i kapłonami smażącymi się na kuchni. Chciało się skosztować tych pyszności! I widziałam tego odmianę w najuboższej, prostej , często głodowej postaci w przydrożnej karczmie czy chacie miejscowej wiedźmy.
Przygoda toczyła się wszędzie!
Na zamku królewskim i w więzieniu, w brudzie i wśród pachnideł, we krwi i pocie, w sukniach dam dworu i szmatach żebraków, na polu bitwy i w lesie, w małżeńskim łożu i w barłogu zamtuza, w obozie polskim i obozie wroga, przemierzając drogi w karecie, na koniu i pieszo, uciekając i ścigając. Wszystko to dzięki narracji zewnętrznej, czyniącej mnie świadkiem wydarzeń widzianych przez wszystkich bohaterów powieści. Od króla począwszy na najniższym rangą muzułmaninie z obozu wroga skończywszy. Ten zabieg nadał powieści uniwersalny i obiektywny rys przesłania, które nie oceniało nikogo jednostronnie i jednoznacznie, tłumacząc i wyjaśniając motywy postępowania każdego z nich. To do mnie należało formułowanie wniosków i opinii, ale niepodejmowanych łatwo i prosto. Autor utrudnił mi to, kreśląc trudną przeszłość bohaterów albo pełną wyrzeczeń teraźniejszość osób z najwyższych sfer. Każdy z nich miał ją indywidualną, zawiłą, skomplikowaną, ale jednaką we wszystkich przypadkach – skutecznie uczącą posunięć na szachownicy, by nadal żyć i piąć się w hierarchii.
By nie zostać pionkiem poświęconym w grze.
To tę brutalną, bezkompromisową, egoistyczną, osobistą grę pełną intryg, zależności i zamachów prowadzoną przez poszczególnych bohaterów, autor nie tylko przedstawił, ale uczynił barwną, żywą, dynamiczną, zaskakującą, spontaniczną, nieprzewidywalną, ze śmiertelnym skutkiem dla wielu z nich. Jej charakter, złożoność, a jednocześnie panoramiczność ujęcia tego kawałka polskiej historii celnie ujął Leszek Bugajski, którego opinię przeczytałam na tylnej okładce – Okazuje się, że Bóg jest politycznym narzędziem, honor można kupić i tylko trucizna jest poważnie traktowana. W tym ferworze zdarzeń i zawirowań towarzysko-politycznych, autor nie zapomniał o bardzo ważnej rzeczy.
O człowieku.
Każdego bohatera, nawet tego, który zaistniał tylko na kilku stronach powieści, ukazał poprzez jego emocje, uczucia, marzenia, plany, tragedie i radości. Poprzez wybory między powinnością a porywem serca, namiętnością a rozumem, wiernością wartościom a chęciom zysku, miłością a lojalnością, między mniejszym a większym złem. Problem w tym, że czasem ciężko rozeznać, które jest które. Również poprzez pytania, które zadawali sobie bohaterowie w chwilach zwątpienia w słuszność obranej drogi – Tyle złamanych przysiąg, wypowiedzianych kłamstw, zdrad i przelanej krwi. Czy czyni mnie to potworem? By zaraz gasić te wątpliwości i iskierki poczucia winy następnym, rozgrzeszającym zdaniem – W życiu każdy odpowiada za siebie i radzi sobie sam.
Wystarczyło się przystosować.
Może dlatego rozumiałam postępowanie każdego z przebogatej i różnorodnej plejady postaci ze wszystkich warstw społecznych, a najbardziej bezwzględną w swoim postępowaniu Charlottę. Damy dworu Marysieńki z obozu hetmańskiego, której losy śledziłam z największym zaciekawieniem, trochę pomstując, że autor mocno zwlekał z zawiązaniem się wątku romansowego z „brudnym Harrym” tej powieści – Bogusławem Tynerem z obozu królewskiego. Kobiety, która spotykając zło, nauczyła się przekuwać takie rzeczy w nienawiść i siłę albo po prostu wypychać z pamięci. Dzięki temu przetrwała i stała się mistrzynią w swoim fachu. Gońcem na polu szachowym do zadać specjalnych i niemożliwych.
Była też w tej powieści ukryta niespodzianka dla mnie.
Zabawa, która dodawała pikanterii całości, a której tytuł mógłby brzmieć – O kim mowa? Jej pomysł opierał się nie tylko na ciągłości historycznej polskiego narodu i dziedzictwie politycznym sięgającym siedemnastowiecznej Polski, ale i na nawiązywaniu również do współczesnej sceny politycznej. Wyławianie takich smaczków, jak powszechne już powiedzenie znanej polityk – Taki mamy klimat czy kojarzenie współczesnego nazwiska z opisem ówczesnego posła, który postanowił on sobie jeść szczaw i mirabelki, że niby zdrowe to i pożywne. Twierdził huncwot zatracony, że skoro on żarł to od pacholęcia, to inni także mogą. Co więcej, jeździł po wsiach i dworach, namawiając do tego głupich ludzi, a taką miał siłę wymowy i przekonywania, że w posły go na sejm do Warszawy wybrali. By podsumować jakże nadal aktualnym zdaniem – Nie dziwota, że źle w naszej Rzeczypospolitej, skoro tacy do sejmu się dostają.
Jeno wstyd i sromota! – że powtórzę za jednym z bohaterów.
Dobrze bawiłam się przy tej partii szachów, którą zakończyło , jak historia podpowiada, zwycięstwo obozu hetmańskiego. W ogromnej mierze za sprawą jego kobiet. Ale to nie koniec gry! To początek następnej partii. Tym razem rozpoczynającej się gambitem królewskim, który na szachownicy wygląda tak:

Wikipedia

Pozostaje mi czekać na jego rozwinięcie na kolejnych tysiącach stron, domagając się dalszego ciągu w tym miejscu i wywierając na autorze presję podsuwanym, gotowym już tytułem, który aż się prosi o umieszczenie na okładce następnej książki – Gambit królewski.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książka ze względu na objętość (ponad tysiąc stron) i twardą oprawę nie należy do najtańszych. Podpowiadam, że na stronie Wydawcy można uzyskać aż 35% rabatu. Warto skorzystać z tej okazji.

niedziela, 17 kwietnia 2016
Opowieści kryminalne i tajemnicze – Edgar Allan Poe



Opowieści kryminalne i tajemnicze – Edgar Allan Poe
Przełożyli: Bolesław Leśmian , Stanisław Wyrzykowski , Krystyna Tarnowska , Wiesław Furmańczyk , ilustrował Harry Clarke
Wydawnictwo Vesper , 2012 , 316 stron
Trylogia , tom 2
Literatura amerykańska


Wsiąknęłam po raz drugi w świat wyobraźni tego autora!

Po Opowieściach miłosnych, groteskach i makabreskach, sięgnęłam po tom drugi tej trylogii i znalazłam się w tak dobrze znanym mi już pociągającym świecie niebezpiecznej tajemnicy, mroku świata i duszy człowieczej oraz groteski zdarzeń. W tym zbiorze dwunastu opowiadań, oprócz wcześniej wymienionych, pojawił się nowy element zapowiadany w tytule – kryminalność. Były zabójstwa, samobójstwa i sprawy tajemne. Ich charakter najlepiej tłumaczyło pierwsze opowiadanie - Bies przewrotności. Nie bez powodu umieszczone na początku zbioru. Jego przesłanie można sprowadzić do roli wskazówki tłumaczącej praprzyczyny ekstremalnie złych i skrajnie negatywnych uczynków popełnianych przez człowieka we wszystkich opowiadaniach. Istoty bardzo skomplikowanej, w której obok dobroci czai się niewytłumaczalna siła zła. Bies wychodzący z ludzkiej skóry, ale który przegrywa z sumieniem po popełnieniu przestępstwa. Ta nienazwana siła psychiczna, która każe się zdradzić, zmusza do przyznania się i wyjawienia winy, a przynajmniej naprowadzenia ścigających, tropiących i śledzących sprawcę na prawidłowy trop aż do wyjaśnienia mrocznego sekretu.
Taką właśnie złożoność psychiki ludzkiej autor przedstawia w większości opowieści.
Najwyraźniej ten walczący, wewnętrzny dualizm człowieka kreśli w opowiadaniu Willliam Wilson, którego istotę ujął ilustrator w ten sposób:

Aby tę zgryzotę człowieczą spotęgować, na narratora obierał sprawcę przestępstwa, czyniąc opowieści konfesyjnymi. Czasami tę rolę przejmował świadek wydarzeń. Opowiadający za każdym razem domagał się całkowitej uwagi czytelnika. Był przy tym zaborczy. Potrafił sprawdzić czujność słuchającego jednym, nagle wtrąconym zdaniem – Uważnież mnie słuchacie?
Słuchałam go niemalże bezgranicznie!
Nie tylko dlatego, że zdecydowanie domagał się tego, ale również ze względu na specyficzny, a przez to charakterystyczny język narracji. Rozbudowany długimi, złożonymi zdaniami potęgującymi grozę daleko odbiegającymi wyrażeniami, porównaniami i metaforami od tych potocznych i powszechnych. Zawierającymi liczne neologizmy, których adekwatności nie można było zastąpić innym słowem, by nie stracić poczucia uroku, mroku, niecodzienności i wyjątkowości opisywanego miejsca, przedmiotu czy postaci. „Rośna świeżość” to nie to samo co „rosa na roślinach”, a „wyotchłanianie” swym straszliwym echem widma trawiących mię przerażeń nijak się ma do „krzyku przerażonego człowieka”, czyniąc z tego ostatniego wyrażenie wręcz prymitywne.
Właśnie za to cenię sobie tego autora.
Za umiejętność budowania narastającej grozy również, którą umiejętnie zawierał w swoich rysunkach ilustrator książki. Lubiłam sobie nad nimi pomedytować, z przyjemnością odszukując w nich szczegóły i szczególiki.

Jednak w tych opowieściach pojawił się, wcześniej wspomniany przeze mnie, nowy element – logiczne rozwiązywanie zagadki kryminalnej. Sekret do którego docierałam wraz z niezwykle precyzyjnie rozumującym narratorem, który wymagał ode mnie dokładnie tego samego. Myślenia skupionego na pozornie nic nieznaczących elementach układających się w ciąg przyczyn i skutków, a jednocześnie przekonania, że szereg pomyłek powstaje na drodze Rozumu skutkiem właściwej mu skłonności do szukania prawdy w szczegółach. Najsilniej widać to było w opowiadaniu Tajemnica Marii Rogêt.
Jednak nie wszystkie opowiadania ostatecznie obnażały swój zbrodniczy sekret.
Odniosłam wrażenie, że nie to było też najważniejsze w tych historiach. Autor wierny zgłębianiu psychiki ludzkiej, z niej czynił największy sekret. Czasami tak wielki, niewypowiedziany i ciężki w swojej potworności, że zajrzenie do niego, jak do księgi, nie dałby się odczytać, bo bywają tajemnice, które nie dają się wypowiedzieć. (...) Zdarza się , niestety, że sumienie ludzkie dźwiga tak ciężkie brzemię okropności, iż może pozbyć się go tylko w grobie. Stąd to istota wszelkiej zbrodni pozostaje w ukryciu.
Co w pełni przedstawił w pierwszym tomie trylogii.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 16 kwietnia 2016
Witkacowskie muzy – Dominika Spietelun



Witkacowskie muzy: kobiety w egzystencji i dziele artysty – Dominika Spietelun
Wydawnictwo Universitas , 2013 , 246 stron
Literatura polska


Otrzymałam zaproszenie!

Na spotkanie autorskie z Dominiką Spietelun.

Doktorem nauk humanistycznych, badaczką związków zachodzących pomiędzy literaturą a innymi dziedzinami sztuki, autorką tej publikacji, będącej pokłosiem doktoratu – jak przeczytałam wewnątrz zaproszenia. Moją uwagę zwróciło to ostatnie wyrażenie – „pokłosie doktoratu”. Mając rozbieżne doświadczenia z tego typu publikacjami, od udanych, jak Biały z zazdrości Omara Sangarego, po mniej udane, jak Ich Miasto Anis D. Pordes, z ostrożnością, ale i z zaciekawieniem wypożyczyłam tę pozycję. Lubię być przygotowana do tego typu spotkań.
Już podtytuł trochę mnie zaniepokoił – kobiety w egzystencji i dziele artysty. Nie można było prościej? – pomyślałam. Skoro praca opuściła środowisko akademickie i trafiła do szerszego grona odbiorców, to nie przystępniej byłoby – kobiety w życiu i twórczości artysty?
Otóż nie!
Egalitaryzm w literaturze też ma swoje granice. Zrozumiałam to po przeczytaniu wstępu i pierwszego rozdziału poświęconemu Witkacemu, w których autorka zdecydowanie i wyraźnie podkreśliła znaczenie, zakres i pojemność pojęcia „egzystencja”, która w kontekście Witkacego nijak ma się do pojęcia „życie”. Słuszność moich spostrzeżeń potwierdziła sama autorka w rozmowie po oficjalnym spotkaniu, a co ujęła w tym zdaniu – Jest to świadomy, chociaż z pozoru anachroniczny może zamysł, aby badać biografię artysty, rozpoznaną nie w perspektywie sumy faktów zewnętrznych, lecz jako celowo kształtowaną przez niego autokreację, będącą spełnieniem własnego zamysłu twórczej egzystencji, i badać – mówiąc językiem Marii Janion – nie biografię, a egzystencję. To seria tomów Transgresje Marii Janion była inspiracją dla właśnie takiej postawy metodologicznej w tej pracy badawczej.
I w tym też zamyśle kryje się innowacyjność tej pracy doktorskiej.
Autorka wyszła z założenia, że należy pokazać, że jeszcze nie wszystko powiedziano, że to, co już powstało, należy do przeszłości, a trwające dziś domaga się nowego, innego, świeżego spojrzenia, czytania, uaktualnienia treści znanych, zinterpretowania adekwatnego do teraźniejszości. I ta świeżość oraz inność kryje się we wnikliwym spojrzeniu w istotę postaci jego twórczości, ponieważ w dotychczasowych opracowaniach nie są analizowane psychologicznie, jako bogate wewnętrznie osobowości. Nie było jednak ambicją autorki analizowanie wszystkich bohaterów, ale ich ścisłą i starannie wybraną grupę – kobiety.
Dlaczego?
Na to pytanie odpowiem cytatem – Spójrzmy na dzieła Witkiewicza. Ile tam kobiet... Karty powieści, dramatów, obrazy, pastele, rysunki, fotografie, a na nich roje kobiet, ich ciał wijących się, ich twarzy wykrzywionych jakby grymasem metafizycznym, ich pełnych ust i wielkich skośnych oczu. To portrety kobiece, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, portrety, które nie powstałyby, gdyby pierwowzory nie zainspirowały artysty, gdyby nie jego muzy. Rzeczywiste kobiety, które pojawiły się w egzystencji Witkacego, były tak stymulujące, że przeszły z realnego świata w świat sztuki, który zdominowały, nadając mu swoisty charakter.
Stąd podział pracy na pięć części.
Pierwsza zawierała informacje o Witkacym jako kreatorze własnej egzystencji. Autorka nie bała się w niej ukazać własnego obrazu Witkacego, starając się obalić jego legendę. Unikała Witkacego narkomana i „wariata z Krupówek”. Przeciwstawiała się odważnie wnioskom znanych i uznanych biografów i badaczy twórczości artysty, stawiając własne tezy i udowadniając je argumentami. Przy okazji dowiedziałam się, że jeden z rozdziałów pracy został pominięty w tej publikacji, jako nie do przejścia dla przeciętnego odbiorcy, bo poświęcony światopoglądowi artysty o dużej dozie filozofii. I to było jedyne ustępstwo autorki, i dokładnie w takiej formie, na rzecz egalitaryzmu w literaturze. Pozostałe cztery części poświęciła najbardziej znaczącym kobietom – Irenie Solskiej, Jadwidze Janczewskiej, Jadwidze Witkiewiczowej i Czesławie Oknińskiej- Korzeniowskiej. A ponieważ, jak wcześniej wspomniałam, autorka jest badaczką kontekstów interdyscyplinarnych, zajęła się nie tylko literaturą, ale i malarstwem, rysunkiem oraz, bardzo niedocenianą w twórczości Witkacego, fotografią. Wybór bliższej analizy tychże dziedzin sztuki zależał od obrazu kobiety, który malowała słowami. To rzadkość w pracy doktorskiej. O ile wstęp i pierwszy rozdział był bardzo „naukowy”, o tyle pozostałe rozdziały poświęcone jego czterem muzom miały charakter dynamicznej, pełnej skrajnych emocji opowieści o nieprzeciętnych ludziach, silnych osobowościach uwikłanych w związki i zależności, które miały ogromny i determinujący wpływ na Witkacego, włącznie z przenoszeniem tychże realiów do sztuki.
Każdy rozdział niósł ze sobą inną, odmienną od wcześniejszego, atmosferę, chociaż wszystkie składały się na jeden spektakl dramatyczny w teatrze życia.

Irena Solska - fatalna i demoniczna kochanka odzwierciedlona w dramatach.

Jadwiga Janczewska - narzeczona uwieczniona w fotografiach. Niewinna, krucha, młodziutka, która, popełniając samobójstwo, przyczyniła się do kryzysu światopoglądowego i egzystencjalnego Witkacego. Nikt nie przypuszczał, że to właśnie ona ukaże artyście tragizm bytu, absurdalność rzeczywistości, pustkę i nicość.

Jadwiga Witkiewiczowa - żona-przyjaciel, której obraz autorka oddała najwszechstronniej, bo i materiałów źródłowych zachowało się najwięcej – obrazy, literatura, fotografia, ale przede wszystkim listy do niej liczone w tysiącach. Przyjemność oglądania (są ozdobione odręcznymi rysunkami), czytania i dotykania miałam dawno temu, kiedy dział rękopisów w Książnicy Pomorskiej im. S. Staszica w Szczecinie, która jest w ich posiadaniu, był bardziej przystępny dla czytelników. W obecnej chwili można liczyć na ewentualne wystawy, które biblioteka organizuje. Ostatnią, poświęconą Witkacemu i udostępniającą między innymi treść listów, zwiedzałam w grudniu 2015 roku.

I ostatnia muza Witkacego - Czesława Oknińska-Korzeniowska. Destrukcyjna kochanka i współuczestniczka a zarazem świadek (uratowany!) samobójczej śmierci artysty.

Każda z tych kobiet funkcjonująca w życiu Witkacego w roli męża, przyjaciela oraz kochanka została ukazana w tych kontekstach we wspomnieniach osób ją znających ze świata artystycznego, spośród przyjaciół lub rodziny, jak i w twórczości artysty jako pokłosie jego przeżyć, emocji i treści życia w postaci wybranych dramatów, listów, obrazów i fotografii.
Dwa ostatnie w osobistej interpretacji autorki.
Tego dowiedziałam się w rozmowie, kiedy wspomniałam, że w tej pracy jest ona sama. A dokładniej jej pasja i wysoki poziom empatii w zdaniach, które niosły mnie, oddając tragizm sytuacji i dramat bohaterów opracowania oraz wachlarz targających nimi emocji od miłości po depresję. Wtedy też autorka opowiedziała mi o stosowanym sposobie interpretacji dzieła – wpatrywanie się w obraz lub fotografię, analizowanie szczegółów, „wczucie się” w przekaz, by ubrać doznania w słowa. Dlatego te fragmenty rozdziałów były krótkie, ale głęboko wchodzące w intymność postaci, a przez to bardzo treściwe.
Po co to wszystko?
Aby pokazać, że Witkacy nie tworzył według schematu. Dzięki spojrzeniu, które opisała autorka, można dostrzec lub otrzymać możliwość ujrzenia złożoności wykreowanej postaci, zewnętrzną i wewnętrzną atrakcyjność, inteligencję, talent, wrażliwość, delikatność, siłę, zatem to, co najważniejsze – wewnętrzne bogactwo osobowości. To zaś doprowadza nas do sedna, do poznania całości dzieła Witkacego.
I coś w tym jest!
Będąc w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie na przedstawieniu Szewców w bardzo uwspółcześnionej wersji, odbierałam przede wszystkim jego ponadczasowy, wręcz profetyczny przekaz na temat społeczeństwa i jego kondycji. Dzięki tej pozycji mogę dopełnić go treścią skupioną na bohaterach, których głębi psychologicznej (o korzeniach powstania nie wspominając) nie dostrzegałam, bo nie znałam. Ta pozycja to brakujący element we współczesnych opracowaniach oraz interpretacjach twórczości i biografii artysty, spajający i ukazujący je panoramicznie.
Czy obalający legendę tak, jak chciała autorka?
Może tę powierzchowną, powszechnie znaną, ale dla mnie, trwającą nadal, chociaż już w zupełnie innym kontekście – legendy nie tylko artysty, ale przede wszystkim nieprzeciętnego człowieka.
Autorka postarała się nie tylko o rzetelną treść opracowania zilustrowaną interpretowanymi obrazami i fotografiami,

o bogaty wybór źródeł dokumentalnych, ale i o piękno języka narracji. Dawno nie czytałam tak dopracowanego stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie tekstu. Czułam, że kryje się za tym nie tylko dokładność, dbałość o szczegóły i rzetelność, ale i czas powstawania pracy. Nie myliłam się. Na pytanie o to nurtujące mnie zagadnienie odpowiedziała – 6 lat!

Sześć lat przelewania fascynacji Witkacym, które zaczęło się dawno temu od tego albumu z jego obrazami.

Fascynacji, której efekt pierwotnie nie miał ukazać się szerszemu odbiorcy, bo nie taka myśl autorce towarzyszyła podczas pisania. Namówił ją do tego jeden z jej promotorów. I chwała mu za to! Nigdy nie wiadomo, kto, kiedy i dzięki czemu lub komu stanie się fanem Witkacego. A jest ich sporo, sądząc po ilości osób przybyłych na spotkanie. Zwłaszcza że Witkacy jest wielkim nieobecnym w programach nauczania szkoły ponadgimnazjalnej.
Ja się pytam decydentów – dlaczego?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 10 kwietnia 2016
Ryby wybrane



Ryby wybrane: książka kucharska – fotografie Krzysztof Kozanowski , Karolina Rutkowska ; przepisy Grzegorz Łapanowicz ; ilustrował Michał Kleczkowski
Wydawca Fundacja WWF Polska , Fundacja Szkoła na Widelcu , [2015] , 64 strony
Literatura polska


Na tę książkę należy sobie zasłużyć!
Nie można jej kupić. Można ją dostać. Ale żeby stać się jej właścicielem, trzeba sobie na nią solidnie zapracować. Przynajmniej tak było w moim przypadku. A zaczęło się od dziewczyny z „Błękitnego Patrolu” WWF. Nastolatki, której pasją jest działalność na rzecz ochrony Bałtyku. Treścią wielu naszych rozmów były opowieści o jej ciekawej pracy - patrolach na plaży, zjazdach członków organizacji, wyjazdach do nadmorskich placówek i systematycznej nauce o środowisku i jego ochronie. Wśród tej różnorodnej działalności wymieniła również sprzątanie plaży, do którego mnie zaprosiła. Nie mogłam odmówić z wielu powodów. Najważniejszymi była moja wewnętrzna, bardzo silna chęć wspierania młodych ludzi w ich pasjach oraz zrobienie konkretnej, pożytecznej rzeczy dla nadmorskiego środowiska, w którym żyję na co dzień. Dobrze, że nie wiedziałam, ile kilometrów mnie czekało, bo nie wiem, czy nie stchórzyłabym, wątpiąc we własne możliwości. A jednak przeszłam około 15 kilometrów po piachu, taszcząc coraz cięższy worek od Mrzeżyna przez Rogowo do Dźwirzyna na spotkanie z grupą idącą z Kołobrzegu. Zbieraliśmy wszystko to, co zostawili po sobie plażowicze po sezonie letnim. Najwięcej zebraliśmy papierosów, plastikowych worków, kubków i nakrętek, sznurków po balonach, butelek i papieru. Z okazów nietypowych – martwą, dziką gęś i kawałek sieci rybackiej. To wszystko trzeba było spisać do raportu z akcji. Efekt zbiórki widać po prawej stronie zdjęcia finałowego. Dodać muszę, że plaże są sprzątane przez firmy, a mimo to wiatr odsłania spod piachu jeszcze tyle śmieci.

Pogoda nam dopisała. Pomimo września, dzień był jak z sierpnia. Jestem w środku, trzymając literę „B” i tworząc żywy napis CZYSTA PLAŻA BŁĘKITNY PATROL WWF, który nam trochę krzywo wyszedł, ale zmęczeni byliśmy tym zmęczeniem radosnym, przyjemnym, spełnionym, niepozwalającym nam ustać w miejscu. Ja nie byłam zmęczona. Ja byłam piekielnie zmordowana, bo na zbiórkę dotarłam ostatnia, ale równie dumna z siebie, że dałam radę i że coś dobrego zrobiłam dla świata. No i ta bezcenna radość na twarzy mojej nastolatki, że w ogóle byłam i dotarłam.
Na tym nie koniec!
To był dopiero pierwszy etap w mojej morskiej edukacji ekologicznej. Drugi nastąpił kilka tygodni później, kiedy dziewczyna z „Błękitnego Patrolu” WWF przyniosła mi tę książkę kucharską, jak brzmi jej podtytuł. Trochę mnie zaskoczyła, bo wiedziała, że nie lubię gotować, a kuchnia nie jest moim ulubionym miejscem. Dopiero po przejrzeniu jej zrozumiałam, że nie tylko o gotowanie w niej chodzi. To przede wszystkim pozycja, która uświadamia, że pozornie błaha decyzja o tym, co dziś zjesz na obiad, może zmienić świat. Brzmi górnolotnie, ale tylko pozornie. Ten poradnik podpowiada, w jaki sposób można tego dokonać - świadomie wybierać ryby i owoce morza niezagrożone wymarciem, a których unikać ze względu na nadmierne połowy. Przypomina, że wybory konsumenckie stymulują podaż. Uczy wybierać mądrze, z poszanowaniem dla środowiska.
Mówi – jedz ryby, bo są bardzo zdrowe, ale rób to świadomie, by morza, oceany i rzeki były ich zawsze pełne.
W ten sposób jej wydawca, Fundacja WWF Polska, między innymi staje w obronie mórz i oceanów oraz zamieszkujących je organizmów, prowadząc Kampanię na rzecz ochrony różnorodności biologicznej mórz i oceanów, a ta publikacja jest jej efektem.
To poradnik kulinarny, który uczy podstaw świadomego odżywiania się rybami i owocami morza. Odpowiada na elementarne pytania – dlaczego warto jeść ryby, gdzie i jakie ryby kupować, jak rozpoznać świeżą rybę, jak ją przechowywać i oprawiać z ilustrującymi te czynności fotografiami,

z czym łączyć smakowo (można nawet z grzybami!) i jakim technikom kulinarnym można je poddawać. Zapoznaje z logami polskiego i międzynarodowego certyfikatu, w które ryby są zaopatrzone, gwarantującymi dobry wybór.

Krótko opisuje najczęściej występujące gatunki ryb i owoców morza.

Dopiero po takiej dawce wiedzy pojawia się rozdział z przepisami kulinarnymi. Ich autorem jest Grzegorz Łapanowicz, którego ludziom kuchni nie muszę przedstawiać.

Przepisów jest 18. Autor zadbał o ich różnorodność składnikową, techniki kulinarnej i form podania. Są zupy,

sałatki,

spaghetti,

a nawet fishburger dla dzieci i osób nielubiących ryby pod inną postacią.

Każdy przepis jest dobrze opisany, a jego efekt zilustrowany pięknymi zdjęciami.
Wydawca namawia, aby poradnik zabierać ze sobą wszędzie tam, gdzie dokonuje się wyborów żywieniowych, ponieważ na końcu książki umieścił pomagającą w tym „ściągę”. Trochę to kłopotliwe i raczej gotowa byłabym nauczyć się jej treści na pamięć, ale na szczęście otrzymałam również jej identyczną wersję w formie magnesu na lodówkę. Trzymam ją na drzwiach lodówki ku pamięci.

Trzeci etap to ten wpis.
Chciałabym, aby turyści przyjeżdżający do nas w lecie, nad nasze czyste morze z pięknymi, szerokimi plażami, nie tylko dbali o ich czystość, ale też świadomie wybierali ryby, których w sezonie jest mnóstwo pod każdą postacią. Dlatego, pisząc o tej książce, w tym miejscu, pomagam na swój sposób Fundacji WWF Polska.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książka do pobrania w wielu formatach
sobota, 09 kwietnia 2016
Mały człowiek Tom – Barbara Constantine



Mały człowiek Tom – Barbara Constantine
Przełożyła Bożena Sęk
Wydawnictwo Sonia Draga , 2015 , 284 strony
Literatura francuska


Mój mały menie.
Tymi słowami Joss obdarzała szorstką czułością swojego syna, Toma. Nie lubiła, gniewała się, wręcz zakazywała mówić do siebie – mamo. Nie czuła się nią, mając jedenastoletnie dziecko w wieku 25 lat. Była trzynastolatką, gdy je urodziła. Traktowała, jak młodszego brata, który musiał radzić sobie sam, gdy jej nie było.
A często nie było.
Bał się zostawać sam w przyczepie kempingowej, namiastce domu. Dożywiał się w cudzych ogródkach warzywnych. Oglądał programy telewizyjne przez okno sąsiadów. Wydawałoby się, że jest najbardziej zaniedbanym i samotnym dzieckiem na świecie. Jednak autorka nie rozczulała się nad Tomem, szukając winnych jego sytuacji. Wszyscy bohaterowie tej opowieści o poplątanych życiorysach byli skrzywdzeni i samotni wśród innych. Włącznie ze zwierzętami im towarzyszącymi, którym narrator oddawał głos. Chciałoby się powiedzieć – po prostu brutalne życie, które nie oszczędziło żadnego z nich. Ani Toma, ani jego matki Joss, ani Samy’ego z kryminalną przeszłością, ani starą, niedołężną Madeleine, ani nawet jej schorowane zwierzaki – psa i kota. Ale to właśnie na chłopięce barki nałożyła odpowiedzialną rolę odkrycia tajemnicy łączącej wszystkich bohaterów. Tylko dziecięca ufność, wiara w ludzi i własne dobro jeszcze niezniszczone przez ciężar doświadczeń, mogło sprostać temu zadaniu. I niby miało skończyć się optymistycznie, niby pomyślnie i niby zgodnie z regułami – zło naprawione przez miłość. Jednak nie napiszę – i żyli długo i szczęśliwie. Nie pozwala mi na to zagnieżdżony niezauważenie smutek, który narastał w miarę czytania i nie zniknął po jego zakończeniu.
Został we mnie osad.
To świadomość, rozbudzona przez tę opowieść, że wokół mnie, wśród dorosłych funkcjonują dzieci, które nie mają dzieciństwa, starając się udźwignąć na swych kilkuletnich lub nastoletnich barkach problemy dorosłych. Mali menowie o różnych imionach.
Niektóre imiona znam tak dobrze, jak Toma...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Mały człowiek Tom [Barbara Constantine]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 02 kwietnia 2016
Droga na Północ - oprac. Paweł Urbanik , Agnieszka Knyt



Droga na Północ: antologia norweskiej literatury faktu – wybór i komentarze Paweł Urbanik , opracowanie Agnieszka Knyt
Przełożyli: Karolina Breś , Bogna K. Danilczuk , Maria Gołębiewska-Bijak , Paulina Horbowicz , Agata Łazor , Katarzyna Mosek , Marta Petryk , Dorota Polska , Katarzyna Tunkiel , Paweł Urbanik
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2016 , 664 strony
Seria Świadectwa XX Wiek: Norwegia
Literatura norweska


Co ja wiedziałam o Norwegii?
Trochę, a może nawet jeszcze mniej – trolle, Droga Trolli, fiordy, Wikingowie i śpiew wielorybów. To te przyjemniejsze skojarzenia. Mniej przyjemne to zimno oraz mało światła słonecznego i jedno wstrząsające – Utøya. I jeszcze to, że wielu moich współmieszkańców wyjeżdża do Norwegii zarobkowo i są bardzo zadowoleni.
Tyle!
Dlatego chętnie skorzystałam z propozycji pójścia drogą na Północ, do kraju wyjątkowego, którego historię w wielkim skrócie i dużym uproszczeniu mogę określić jako od zniewolenia poprzez samostanowienie do dobrobytu i bogactwa. A wszystko to w ciągu jednego wieku. Ten fenomen stuletniego rozwoju kraju, który teoretycznie miał małe szanse na to, ponieważ leży na obrzeżach Europy, jest nieproporcjonalnie duży i długi. Jedynie dziesięć procent powierzchni Norwegii nadaje się pod uprawę, reszta to jałowa skała – na zachodzie i północy dzikie łańcuchy górskie pełne mniejszych i większych szczytów, na wschodzie wielkie płaskowyże pełne bagien i jezior, położone ponad granicą lasu, przez większą część roku nagie z powodu burz i mrozów, wyjaśniła mi jedna z największych osobowości literackich Norwegii, Sigrid Undset – Jeżeli jakiś lud na świecie uczciwie i prawowicie posiada swą ziemię, ponieważ ją przejął nie od innych ludzi, a w zgodzie z surowym przykazaniem Stwórcy, aby w pocie czoła swego zdobywać pożywienie, to jesteśmy nim my, Norwegowie, którzy zwiemy Norwegię naszym krajem. Drogą na Północ w tłumaczeniu ze staronordyckiego – stąd tytuł tej publikacji.
Jednak ta droga, dosłownie i w przenośni, nie była łatwa!
To ścieżka niczym Droga Trolli pełna meandrów, skrętów nad urwiskami, znaczona kamieniami milowymi decydującymi o jej dalszym kierunku. I o tym trudzie, znoju, łzach, ścierających się poglądach, walce o teraźniejszość i przyszłość, była ta antologia. Nie miała ona charakteru opracowania historycznego. Brak w niej było wypowiedzi jakiegokolwiek historyka przesiewającego źródła, na podstawie których ułożyłby encyklopedyczną czy podręcznikową historię Norwegii. Wydawca tradycyjnie zastosował swoją sprawdzoną już metodę - „przez świadectwo indywidualne”, zbierając na kartach tej pozycji różnorodne, pisane źródła historyczne, na podstawie których mogłam sama budować sobie obraz Norwegii i jego mieszkańców, samodzielnie oceniać opisywaną sytuację osobistą, wydarzenia polityczne czy zjawiska społeczne. Wspomnienia, dzienniki, artykuły z czasopism, listy, fragmenty książek, dokumenty życia politycznego, reportaże, wywiady i osobiste obserwacje – tworzyły przebogaty pod względem formy i treści zbiór literatury faktu. Ich autorzy reprezentowali pełny przekrój społeczeństwa norweskiego – premierzy, ministrowie, laureaci Nagrody Nobla, podróżnicy, dziennikarze, pisarze, ksiądz katolicki, „dzieci wojny” i ich matki, działacze ruchu oporu, więźniowie obozów koncentracyjnych, robotnik platformy wiertniczej, rolnicy, politycy prawicy i lewicy, zwolennicy nazistów i ich przeciwnicy, gospodynie domowe i zwykli obywatele norwescy biorący udział w akcji „pamiętnik jednego dnia”.
Wszyscy byli ważnymi i wyjątkowymi komentatorami współczesnej im rzeczywistości.
Ich wypowiedzi towarzyszyły najważniejszym wydarzeniom mającym wpływ na szeroko pojęte losy Norwegii i Norwegów począwszy od 1900 roku na roku 2000 skończywszy. Okres ten został w książce podzielony na pięć okresów oddzielonych szarą kartką z określającymi go cezurami czasowymi, ułożonymi chronologicznie.

Każdy opowiedziany z różnej perspektywy konkretnej osoby poprzedzonej merytorycznym wstępem autorów opracowania, kreślącym tło gospodarcze, polityczne i społeczne opisywanych lat. Dodatkowo bogato ilustrowane zdjęciami.

Nie wszystkie rozdziały traktowały wyłącznie o najważniejszych wydarzeniach historycznych. Niektóre zostały ujęte nie tyle ze względów historycznych, co na istotne znaczenie dla ważnych lub przełomowych zmian w kulturze norweskiej lub w świadomości społecznej. Ciekawa też była historia powstawania tekstów źródłowych. Nie wszystkie tworzono po latach w komfortowych warunkach względnego spokoju społecznego. Niektóre powstawały w gorącej atmosferze walki politycznej, ekologicznej czy feministycznej. Inne mogły w ogóle się nie ukazać, jak chociażby dziennik członka ruchy oporu, Pettera Moena, pisany nielegalnie, a właściwie wytłaczany, na więziennym papierze toaletowym, dziurkując go sztyftem z rolety.

Fot.Norges Hjemmefrontmuseum

Inna ciekawa historia losów tekstu wiązała się z Oddem Nansensem, więźniem obozu koncentracyjnego, który tam na cienkich kartkach papieru pisał dziennik. Chował je sukcesywnie w deskach do krojenia, które produkowano w obozowej stolarni, a następnie rozdawał współwięźniom. Po wojnie deski zebrano, a opublikowany w 1946 roku dziennik stał się głośnym w Norwegii świadectwem życia obozowego. Niesamowite, że to się tak szczęśliwie skończyło!
Wśród tych świadectw były też polskie akcenty!
Obrazy polskich żołnierzy walczących w Norwegi w czasie II wojny światowej czy sytuacja polskich imigrantów w latach 90. XX wieku, podsuwały mi nowe, ciekawe spojrzenie na moich rodaków i Polskę. W efekcie mogę śmiało przychylić się do wniosku Karstena Klepsvika, Ambasadora Królestwa Norwegii w Polsce, którego słowa umieszczono w książce – Myślę, że polscy czytelnicy – a dla niektórych będzie to prawdziwą niespodzianką – znajdą wiele podobieństw w poplątanych losach naszych narodów.
Znalazłam ich trochę.
Znalazłam również odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, które pojawiły się we mnie po dramatycznych wydarzeniach na wyspie Utøya. Dlaczego w tak spokojnym kraju doszło do tak dramatycznej tragedii, a jej sprawcą był rodowity Norweg? Dlaczego Norwedzy byli tak łagodni w jego osądzeniu? Na pierwsze pytanie odpowiedź znalazłam w wątku o imigrantach w Norwegii, a na drugie odpowiedziała mi sama Sigrid Undset tymi słowami – I jest nas tylko trzy miliony (...) by zarządzać tym trudnym, ciężkim terenem. Nic dziwnego, że zawsze woleliśmy poświęcać swe siły, aby ratować drogocenne życie ludzkie, niż by je niszczyć. Bohaterskie czyny na morzu i lądzie, mające wybawiać ludzi przed śmiercią, chwała Bogu, zawsze należały w Norwegii do codzienności, zaś przestępstwa związane z przemocą zdarzały się rzadziej niż w jakimkolwiek innym kraju Europy – i budziły w nas przerażenie i wstręt... Najbliższe lata pokażą, która z tych postaw zwycięży wśród Norwegów.
Ta pozycja również mnie wzruszała.
Nieważne czy były to pełne bólu i cierpienia listy Marii, żony znienawidzonego za kolaborację Vidkuna Quislinga, do króla z prośbą o ułaskawienie, czy codzienny trud życia gospodyni domowej w norweskiej wsi, czy napiętnowane życie „szwabskiego bękarta”, czy wstrząsające opisy zbrodni w obozie koncentracyjnym, czy myśli polityka obarczonego ciężarem odpowiedzialności za kraj i rodaków. We wszystkim był człowiek i jego emocje, myśli, rozterki, a w efekcie postawy i reakcje na otaczające go wydarzenia.
To w tych osobistych losach i emocjach kryje się siła metody przedstawiania historii przez Wydawcę.
Wyjątkowość tej antologii kryje się również w jej kompleksowości, którą podkreśla ambasador Karsten Klepsvik – Jest to bez wątpienia niezwykła książka, gdyż jeszcze nigdy dotąd nie wydano w Polsce tak wyjątkowego zestawienia materiałów i tak pełnego źródła wiedzy o Norwegii...
Zanim, z jakiegokolwiek powodu, podążycie „drogą na Północ”, sięgnijcie koniecznie po tę antologię.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki
poniedziałek, 28 marca 2016
Kolorowe bransoletki z muliny



Kolorowe bransoletki z muliny
Wydawca Wizjoner , 24 strony
Literatura polska


Otrzymałam wyjątkowy prezent!
Tę oto bransoletkę.

Niepozorny kawałek dwukolorowej plecionki z muliny, a jednocześnie bezinteresowny i bezokazyjny wyraz sympatii nieśmiałej nastolatki. Maturzystki, dlatego obiecałam sobie, że zdejmę ją dopiero po maturze. Mam nadzieję, że zdanej! Mogłam odwdzięczyć się i odwzajemnić sympatię tylko w jeden sposób – zainteresować się pasją dziewczyny.
Wypożyczyłam sobie ten kolorowy przewodnik, by przynajmniej zorientować się, jak takie cudeńka powstają. Po przejrzeniu, nabrałam ochoty na samodzielne stworzenie własnej bransoletki. Miało być prosto i łatwo. Przewodnik zapewniał mnie, że znajdę w nim instrukcje wykonania osiemnastu wspaniałych bransoletek, od najprostszych plecionek, a kończąc na zachwycających opaskach o niepowtarzalnym splocie. Jako nowicjuszka szukałam tych najnajprostszych, a najlepiej początku początków. Chciałam poznać podstawowe węzły i supełki. I takie znalazłam w pierwszym rozdziale.
A potem było już tylko pod górkę!
Wprawdzie opis wykonania każdego rodzaju bransoletki poprzedzono informacją o ilości, długości nitek i potrzebnych kolorach, by przejść do etapów wykonywania plecionki,

to szybko okazało się, że brakuje mi podstawowej wiedzy, którą powinien zawierać wstęp. Przewodnik zachęcił mnie do stosowania oprócz muliny również sznurka, skórzanych pasków czy nawet włóczki, ale zapomniał wspomnieć o sposobach umocowania robótki, zapobiegających jej przesuwaniu się podczas pracy. Ograniczył się tylko do umieszczenia zdjęcia z potrzebnymi przyborami.

Przeznaczenia muliny i nożyczek domyśliłam się, ale agrafek, taśmy czy spinaczy już nie.
Poddałam się!
Z samodzielnego korzystania z książki, ale nie z drążenia tematu. Uznałam, że przydałby mi się instruktor. Zaproponowałam mojej nastolatce poprowadzenie warsztatów z rolą instruktorki z wykorzystaniem tej publikacji.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę!
To, czego nie ujął przewodnik, szczegółowo i powoli dopowiadała i wyjaśniała instruktorka. Pokazała niezbędną pętelkę jako początek robótki, dużo bardziej praktyczny niż węzełek proponowany w książce. Pokazała sposoby mocowania plecionki, opisując zalety i wady każdego z nich i przeznaczenie przyborów ze zdjęcia w książce. Zdecydowaliśmy się (byli również chłopcy!) na najbardziej praktyczny, ten z agrafkami. Z takim podwójnym wsparciem odważyłam się wybrać z przewodnika wzór bransoletki pasiastej. Nie ja jedna. Miała więcej zwolenników, bo była najprostsza do zrobienia, nie wliczając splotu warkoczowego.

A mimo to, nie było łatwo!
Bardzo myliłam kolejność nitek. Zdarzało się, że rozplątywałam plecionkę, by zacząć od nowa. Nie skupiałam się na niej, często przerywając pracę i gubiąc wątek. Plecenie, przynajmniej na początku, wymaga koncentracji i cierpliwości, by śledzić kolejność ruchów. Podzielność uwagi osiągają mistrzowie w tej dziedzinie. Dlatego moje dzieło nie wyszło równe i estetyczne, ale, jak na pierwszy raz, jestem bardzo zadowolona.

Doszłam do wniosku, że dla początkującej osoby o miernych zdolnościach plastycznych i manualnych najlepszy jest tandem – przewodnik plus instruktor. W tym układzie książka była bardzo pomocna i inspirująca. Szkoda tylko, że jest również klasycznym przykładem niechlujstwa wydawniczego. Nie posiada absolutnie żadnego aparatu informacyjnego oprócz nazwy wydawcy-widma.
Nie lubię anonimowości w publikacjach książkowych.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Można posłużyć się również filmikami. Spośród wielu, wybrałam najbardziej przejrzysty.
niedziela, 27 marca 2016
Cholera i inne choroby – Łukasz Kaniewski , ilustracje Karolina Kotowska



Cholera i inne choroby – Łukasz Kaniewski , ilustracje Karolina Kotowska
Wydawnictwo Poradnia K , 2016 , 65 stron
Literatura polska


Będę czytać dzieciom książkę!
Od czasu do czasu ktoś mnie zauważa i prosi o przyjście do placówki opiekuńczej, wychowawczej lub kulturalnej i poczytanie dzieciom. Wybierałam już baśnie i były powieści przygodowe. Pomyślałam, że tym razem przyniosę ze sobą książkę popularnonaukową, ale napisaną z myślą o najmłodszym czytelniku. Wykorzystam dominującą cechę wieku dziecięcego – ciekawość i poczytam im o chorobach.
Brzmi poważnie!
Można nawet zacząć się zastanawiać, czy nie nazbyt poważnie? Zapewniam, że ani trochę! Książka jest napisana i narysowana z myślą właśnie o dzieciach w serii specjalnie dla nich przeznaczonej - Latawiec. Warto zapamiętać to logo. Szkoda że schowane w książce. Koniecznie umieściłabym je na okładce.

Duży format A4, w twardej oprawie i szytym trzonem książki dodatkowo gwarantuje długowieczność w dziecięcych łapkach. Teksty niewielkie objętościowo, zawierające najważniejsze informacje podane z lekkim humorem i odniesieniami do znanych dziecku sytuacji z otoczenia – nie znużą. Duże litery zachęcą te, które mają problemy z procesem czytania. Czytających im dorosłych z wadami wzroku ucieszą! Treść nie straszy, pomimo rzetelności i nieodpartego odruchu drapania się przy czytaniu o wszawicy. Raczej wskazuje na zachowania profilaktyczne, jak choroby się ustrzec czy zapobiec i co robić, gdy już się przydarzy. Autor pomyślał o tych najczęściej przytrafiających się dzieciom i młodzieży, jak próchnica, trądzik młodzieńczy, pasożyty czy alergia.

Nie zapomniał jednak i o tych pojawiających się w wieku dorosłym obserwowanych w rodzinie, jak nowotwór, zawał czy nadciśnienie. Zastanawiałam się, czy zasadnym było umieszczenie dżumy i cholery, bo współcześnie to raczej ciekawostki medyczne. W to miejsce koniecznie umieściłabym świerzb, żółtaczkę i świnkę. Ta ostatnia to typowa choroba wieku dziecięcego. Nie ma malucha, który by jej nie przeszedł.
Sam układ zawartości i oprawa graficzna aż prosi się o wspólne czytanie!
Każdy rozdzialik wielkimi literami zapowiada swoją główną bohaterkę-chorobę. Każdy rozpoczyna się krótkim, zabawnym, czasami motywującym do walki, tematycznie nawiązującym wierszykiem.

I każdy ilustrowany jest grafiką zainspirowaną treścią, ale i zachęcającą do nawiązań, rozszerzeń i uzupełnień – dla dorosłego i dalszych poszukiwań – dla dziecka.

Dodatkową zaletą są dwa, osobne rozdziały mówiące już nie o chorobach, ale o ich przyczynach – bakteriach i wirusach. Ostatni, profilaktyczny, tłumaczy bardzo żywo dyskutowane w mediach i w społeczeństwie zagadnienie szczepionek. To dobra okazja, by wytłumaczyć dzieciom ten spór. Podczas czytania ostatnich rozdziałów wpadłam na pomysł, aby przynieść ze sobą mikroskop i pokazać dzieciom preparaty z bakteriami. Może obudzę w kimś ducha badacza lub lekarza? Autor nie zapomniał również o bardzo, bardzo ważnej rzeczy, a którą ujął w dwóch zdaniach – Choroby nie są sprawiedliwe. Nie patrzą, czy człowiek jest dobry, czy zły, wszystkich gnębią równie chętnie. Warto to podkreślać przy każdym rozdziale, ponieważ nadal istnieją w świadomości społecznej „choroby wstydliwe”. Wszawica czy owsica nie wywołuje współczucia wśród dzieci, lecz chęć wyśmiania i poniżenia.
Dorośli również mogą się czegoś nowego przy okazji dowiedzieć.
Dla mnie szokiem była informacja, że przy leczeniu ciężkich przypadków depresji nadal stosuje się elektrowstrząsy. Byłam przekonana, że tę metodę, tak krytykowaną, dawno zarzucono. A tu niespodzianka! Do wykorzystania tej książki przekonała mnie również rekomendacja fachowca, mimo merytorycznego przygotowania autora, który specjalizuje się w tematyce naukowej, umieszczona na tylnej okładce.

Mam tylko jedną uwagę.
Przy następnym wydaniu tej książeczki, warto poprawić błąd pojęciowy nierozróżniający określeń – „nastolatki” i „nastolatkowie”, który zakradł się do tekstu o trądziku młodzieńczym. Tyle moich wrażeń.
Przede mną najbardziej wymagający czytelnik – dzieci!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (799)
Mój top czytanych w 2015
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi