Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 28 sierpnia 2016
Zapach cedru – Ann-Marie MacDonald



Zapach cedru – Ann-Marie MacDonald
Przełożył Jan Kraśko
Wydawnictwo Świat Książki , 2009 , 558 stron
Literatura kanadyjska


Cedrowa skrzynia.
Schowana na strychu może czynić je miejscem magicznym przywołującym przeszłe czasy. Przyłóż ucho do muszli. Usłyszysz szum Morza Śródziemnego. Otwórz skrzynię. Poczujesz zapach Starego Kraju. Jej właścicielka, Materia, często to robiła. Wkładała głowę do środka i znowu czuła ciemny eliksir ojczystego języka, dłonie matki pachnące pietruszką i cynamonem... Niepozorna skrzynia kryła w sobie nie tylko wspomnienia. Była skarbnicą i pamięcią rzeczy cennych, ale i tych, przypominających tragiczne chwile z życia członków rodziny Piperów – bagnet z I wojny światowej, książki, sukienkę chrzcielną czy zdjęcia. Na tych ostatnich można zobaczyć wszystkich właścicieli materialnych skrawków przeszłości. Górnicze miasteczko na urwistym klifie sterczącym nad wąskimi, kamienistymi plażami, w którym żyli, gdzieś na jednej z kanadyjskich wysp, w najdalej wysuniętej prowincji kraju. Kamienistą ulicę Wodną, przy której mieszkali, prowadzącą prosto na skraj miasta, na pochyłą skarpę z widokiem na ocean. Drewniany dom o białych ścianach z krytą werandą, trochę większy od pozostałych. Mamę Materię nazywaną przez jej dzieci Musią, ubraną w czarną sukienkę. Pustą kołyskę Ambrożego. Ojca Jakuba z zaplecionymi warkoczykami przez Lilię, która urodziła się po Tamtej Lilii. Mercedes z opalowym różańcem, z którym nigdy się nie rozstawała, przypinając go do wewnętrznej strony stanika, by zawsze był pod ręką. Katarzynę o płomiennych włosach, zielonych oczach, których kolorów na czarno-białym zdjęciu trzeba się domyślić, oraz pięknym głosie wróżącym karierę śpiewaczki operowej. I wreszcie jej młodszą siostrę Franciszkę stojącą w strumieniu i tulącą do siebie małe zawiniątko.
Żadne z nich już nie żyje.
Tak zaczyna się opowieść o dysfunkcyjnej, a dla mnie nieszczęśliwej, rodzinie, której przyszłość los naznaczył złym początkiem jej założenia. Materia i Jakub, pochodzący z różnych środowisk i ras, pobrali się wbrew woli rodziców dziewczyny. Wszystko, co zdarzyło się później, począwszy od 1898 roku, w którym Jakub po raz pierwszy ujrzał Materię, było tego skutkiem, a raczej konsekwencją kolejnych wyborów, którą ponosili wszyscy po kolei. Czytałam z rosnącą ciekawością ich świata, losów, zdarzeń rozgrywanych w tajemnicy niedopowiedzeń, kłamstw i sekretów do momentu śmierci większości bohaterów, po której zrobiło się... nudno! Na domiar tego, nastąpiło to bardzo szybko. Czar prysł!
Byłam zawiedziona!
Sięgając po tę pozycję, miałam w pamięci refleksyjną, tajemniczą, dobrze skonstruowaną powieść tej autorki Co widziały wrony. Postawiła w niej dosyć wysoko poprzeczkę moich oczekiwań wobec jej twórczości. Nie odnalazłam w drugiej jej powieści niczego, co zapamiętałam z pierwszej, poza umiejętnością tworzenia pięknych, plastycznych, szczegółowych opisów miejsc, krajobrazów i postaci oraz budowania nastroju tajemnicy. Zabrakło jednak spoiwa łączącego ze sobą ten potencjał w spójną konstrukcję, która tutaj przypominała nieudolnie sfastrygowany patchwork. Chaos ten potęgowała różnorodna narracja. Nie porządkowało go nawet celowe wprowadzenie nawracających wątków, ukazujących raz widziane sytuacje z zupełnie nowej i odmiennej perspektywy pozostałych bohaterów. Pogłębiła go osobna, końcowa historia losów Katarzyny, dopełniająca obrazu całości, a raczej na nowo go porządkująca ujawnieniem ostatniej, rodzinnej tajemnicy.
Źle się w niej czułam.
Nawet jako tylko obserwatorka, a raczej słuchaczka, bo dramatyczne dzieje Piperów były opowiadane najmłodszej, najbardziej nieświadomej prawdy, dziewczynie w rodzinie. Irytowali mnie bohaterowie, których wyborów do końca nie rozumiałam. Nie byłam ciekawa ich skutków, a tym samym zdeterminowanych przez nie dalszych losów. Nie angażowałam się w ich emocje. Często uciekałam, zwłaszcza w środkowej części powieści, myślami od tekstu.
A mimo to, czytałam!
Może dla tych opisów-miniaturek, a może z przyzwyczajenia do rodziny, a może dla przesłania mówiącego o trudnych wyborach i ponoszeniu ich konsekwencji, a może dla obrazu życia Kanadyjczyków i imigrantów na przełomie XIX i XX wieku, a może z niepogodzenia się z faktem, że tak dobry potencjał fabuły autorka zmarnowała złą konstrukcją, a może dlatego, że pasują do tej powieści słowa Oscara Wilda – „Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle. Nic więcej.”?
Nie wiem!
Wiem tylko jedno – obojętność czytelnika wobec powieści to najgorsze, co może się jej przytrafić.
A dokładnie to czułam.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Za książkę dziękuję autorce blogu Czytam, bo lubię...
środa, 24 sierpnia 2016
Zbrodnia – E. Benjamin Skinner



Zbrodnia: twarzą w twarz ze współczesnym niewolnictwem – E. Benjamin Skinner
Przełożył Jacek Konieczny
Wydawnictwo Znak , 2010 , 400 stron
Literatura amerykańska


To pytanie umieszczone na odwrocie książki sprawiło, że tytuł główny nabrał dla mnie zupełnie innego znaczenia. Początkowo kojarzył mi się wyłącznie z tematyką kryminalną. W tych reportażach ma dużo szerszy zakres i groźniejszy wymiar. Obejmuje zasięgiem cały świat i jest trudne do zauważenia przez przeciętnego człowieka.
To niewolnictwo.
Mamy XXI wiek, a ono nadal istnieje wbrew i pomimo dwunastu międzynarodowych konwencji zabraniających handlu ludźmi oraz ponad trzystu międzynarodowych traktatów zakazujących niewolnictwa. Na dodatek, jak na ironię, polityka poprawności ONZ doprowadziła do sytuacji, w której obecnie na świecie żyje więcej niewolników niż kiedykolwiek wcześniej w historii ludzkości i to pomimo uznania go za zbrodnię przeciwko ludzkości. Niewidoczne i nieobecne w świadomości ludzkiej, nadal uchodzi za zjawisko historyczne. Dla niektórych nieistniejące współcześnie. Dla innych niedostrzegane ze względu na głębokość jego ukrycia w państwach europejskich i USA oraz ze względu na powszechność przechodzącą w normę w krajach trzeciego świata. Autor, podejmując się osobistego zbadania tego zjawiska na świecie, największy problem miał właśnie z jego dostrzeżeniem w miejscu, do którego przybywał, pisząc – gdy przyjeżdżałem do jakiegoś państwa, przez pierwsze tygodnie największym wyzwaniem było dla mnie znalezienie choćby jednego niewolnika. Po nawiązaniu kontaktu z odpowiednimi ludźmi, często podejrzanymi typami, przechodziłem na drugą stronę lustra. Wtedy niewolników dostrzegałem wszędzie. I zaproponował mi przejście na tę drugą stronę zwierciadła.
Prosto do piekła!
Do świata, w którym nie powstrzymano ideologii aprobujących niewolnictwo, w którym człowiek jest tańszy od świni i w którym nie istnieją żadne traktaty i porozumienia abolicyjne. Przez pięć lat odwiedził dwanaście państw, nagrywając setki wywiadów z niewolnikami, handlarzami niewolników i osobami, którym udało się odzyskać wolność.
Zabrał mnie do Port-au-Prince na Haiti, gdzie pokazał życie dzieci zwanych restavekami (nierzadko liczącymi sobie zaledwie trzy lub cztery lata), dla których przemoc to codzienność i pierwszą lekcję zauważania dziecięcego niewolnika – Piętnastoletni niewolnik jest średnio 3,8 centymetra niższy i 18 kilogramów lżejszy od przeciętnego piętnastolatka. Na skórze mogą mieć oparzenia od gotowania dla swoich panów albo blizny od bicia (do którego może dojść nawet w miejscu publicznym) pejczem martinet, kablami elektrycznymi lub drewnianymi rózgami. Noszą wyblakłe, rozciągnięte, używane ubrania. Chodzą boso lub w sandałach, a jeśli mają szczęście, to w za dużych butach. I nigdy nie spojrzą ci w oczy. Można z nimi zrobić wszystko – zgwałcić, zabić, posiekać na kawałki i nakarmić nimi świnie. Problem ten, przy okazji pisania o historii niewolnictwa na Haiti, zasygnalizował Adam Węgłowski w Żywych trupach, nazywając śmierć społeczną znikających ludzi zjawiskiem zombie.
Podczas wyprawy do Sudanu pokazał mi konsekwencję długotrwałych konfliktów zbrojnych między północą a południem przekładającym się między innymi na rosnącą skalę niewolnictwa. O tym zjawisku czytałam we wstrząsających wspomnieniach Dave’a Eggersa Co to za Coś.
Problem handlu niewolnicami seksualnymi w Holandii i Mołdawii przypomniał mi, że ten temat szeroko naświetliła Lydia Cacho w Niewolnicach władzy.
W Rumunii pokazał mi sprawność dobrze działającej mafii cygańskiej zniewalającej romskie dzieci i dziewczyny do prostytucji, której mechanizmom jej działania Rolf Bauerdick przeznaczył jeden rozdział w Cyganach.
W Zjednoczonych Emiratach Arabskich to, co opisała Aleksandra Chrobak w Beduinkach na Instagramie, poświęcając rozpaczliwy rozdział niewolnictwu służących, autor poszerzył o robotników budowlanych i dzieci wykorzystywanych do ujeżdżania wielbłądów.
To nie wszystko.
Wymieniłam tylko te kraje, które były mi znane z wcześniejszych publikacji. Rozproszone, nie przemawiały tak silnie, jak zebrane w tej jednej pozycji. A w tej podróży po niewolniczym piekle odwiedził jeszcze Indie, w których niewolnictwo jest dziedziczne i w których wioski w dwóch trzecich należą do jednego pana, w których dzieci pracują niewolniczo na straganach z herbatą i w fabrykach produkujących sari, tkają dywany, łowią ryby i zwijają papierosy po kilkanaście godzin dzienne, w makabrycznych warunkach, przypłacając to zdrowiem i nierzadko życiem. To co najmniej pół miliona dzieci w samej stolicy Delhi. Podróż kończy w USA, gdzie każdego roku handlarze ludźmi przywożą do Stanów Zjednoczonych więcej niewolników niż ich koledzy po fachu w XVII wieku, jeszcze przed wojną o niepodległość. Gdzie w centrum moralnego świata na Manhattanie, niedaleko siedziby ONZ, można w biały dzień kupić zdrowego chłopca lub dziewczynkę. Do wyboru macie niewolnika o dowolnym kolorze skóry, którego możecie wykorzystać w dowolnym celu. Najczęstsze zastosowania to seks i pomoc domowa, ale decyzja należy do was. – zachęca handlarz.
Pamiętajmy, cały czas jesteśmy w XXI wieku!
Obraz skali problemu dotykającego współczesną ludzkość autor uzyskał dzięki kompleksowemu omówieniu zjawiska niewolnictwa w jednej publikacji. Nie tylko wydobywa go z mroku szarej strefy, odwiedzając opisywane miejsca, fabryki, burdele, prywatne domy handlarzy, dzielnice czerwonych latarń, wioski niewolników, przemierzając drogę handlu od sprzedawcy do nabywcy i pozorując takie procedury, nie tylko przytacza kilka wstrząsających i tragicznych losów konkretnych osób spośród setki poznanych, by dać twarz statystykom, ale również pokazuje sylwetki osób działających w ruchach abolicjonistycznych. Ludzi spalających się dla sprawy, ale i polityków, szczególnie amerykańskich, wykorzystujących problem do rozgrywek dyplomatycznych lub walki politycznej o władzę.
Obnaża również hipokryzję amerykańskiego rządu.
Wskazuje poważne wady amerykańskiej strategii, z których największą jest walka ze skutkami, a nie z przyczynami. W efekcie handel ludźmi wykorzystywanymi seksualnie przypominał hydrę. Zamknij jeden duży burdel, a gdzie indziej wyrosną dwa mniejsze. Zamknij i te, to handlarze zaczną dowozić dziewczyny do klientów. Zaaresztuj lub zabij handlarzy działających wzdłuż jednej trasy, kolejni pojawią się przy innej, gdzie urzędnicy chętniej biorą łapówki. Zrób porządek na jednej granicy, a handlarze opanują setki kilometrów niestrzeżonych granic przecinających całą Europę. Rozbij siatkę przestępczą nadzorowaną przez mafię, w jej miejsce powstanie trzydzieści lokalnych przedsięwzięć. Taka sytuacja sprzyja utopijnemu myśleniu, że zwalczenie wszystkich form niewolnictwa jest niemożliwe. Zwłaszcza, że przynosi największe zyski zaraz po handlu bronią.
Autor temu podejściu przeciwstawia się.
Jest przekonany, że wprawdzie niewolnictwo towarzyszy ludzkości od ponad pięciu tysięcy lat, a jednak dzięki wzmożonym i skoordynowanym wysiłkom możemy je wyeliminować w ciągu jednego pokolenia. Chociażby poprzez „przeciąganie” ludzi na drugą stronę lustra, by zobaczyli współczesne piekło niewolników. Nie poprzestaje jednak tylko na uświadamianiu czytelników. Podpowiada, co można zrobić jeszcze, by nie pozostać świadomym, ale biernym lub, co gorsza, nie wyrzucić z pamięci tego wszystkiego, o czym napisał, powracając w stan wygodnego zapomnienia o najbardziej palącym i najbardziej lekceważonym problemie społecznym – pamiętajmy! - będącym zbrodnią przeciwko ludzkości. Na swój skromny sposób (a liczy się każdy) dołączam do autorytetów tego świata promujących tę pozycję – Billa Clintona i Elie Wiesela, więźnia obozu koncentracyjnego oraz autora Nocy – i podsuwam to „lustro” kolejnym czytelnikom. Zupełnie inaczej patrzy się wtedy na dziewczyny przy autostradach łapiących klientów. Nie w kategoriach moralno-oceniających, ale w kategorii niewolnictwa.
Wtedy widzi się niewolnictwo i jego ofiary również w Polsce.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tak o książce mówi Draginja Nadaždin - dyrektorka polskiego oddziału Amnesty International.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Inna dusza – Łukasz Orbitowski



Inna dusza – Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Od Deski Do Deski , 2015 , 429 stron
Seria Na F/Aktach
Literatura polska


Wsiąknęłam w tę opowieść!
Z dwóch powodów. Po pierwsze to powieść dokumentalna wydana w serii, o której wyczerpująco wypowiedział się Tomasz Sekielski, właściciel wydawnictwa, którego nazwa brzmi jak mój blog, na okładkowym skrzydełku:

Nie ma dla mnie nic piękniejszego niż powieść pisana przez życie wyłaniające się z mroku duszy człowieczej. To w ujęciu metaforycznym, a dosłownie, przez życie ukrywane w czterech ścianach lub toczone na ulicach, między blokami czy kamienicami. W tej powieści, w blokowisku bydgoskiej dzielnicy Fordon w latach 90. zapomnianej przez kulturę, edukację, opiekę społeczną i zakład energetyczny, co widać było najbardziej po zmroku. I nie było tam nikogo, kto by tę duszę błędną, osamotnioną ukierunkował, zaopiekował się, wsparł, zrozumiał i, z beznadziei dni podobnych do siebie, wyprowadził.
Nadał sens.
Wtedy budzi się w człowieku inna dusza. Bo w każdym drzemie coś takiego, tylko w jednym się budzi, a w drugim nie budzi, i tyle – przekonywał mnie Jędrek, jeden z głównych bohaterów tej historii. Chłopiec, dla mnie jeszcze dziecko, w którym ta dusza się obudziła. Otworzyła oczy, poszybowała do góry, gdzieś nad karkiem właściciela i tylko obserwowała bieg wydarzeń. To, co nastąpiło później, było dla mnie zaskoczeniem i ogromną dezorientacją w rozwoju sytuacji. Musiałam odłożyć na moment książkę, żeby odpowiedzieć sobie na palące pytanie – co się właściwie tak naprawdę stało?! W amerykańskich filmach w takich momentach pojawia się wiązka emocjonalnych przerywników, o których sobie wprawdzie tylko pomyślałam, ale też pomogło! Bo było sobie trzech przeciętnych nastolatków w wieku czternastu i piętnastu lat – Darek, Krzysiek i Jędrek. Kumplowali się. Spędzali ze sobą czas po szkole. Jeździli na rowerach, robili wypady za miasto i chodzili do siłowni. Darek z Jędrkiem byli nawet kuzynami. Ich rodzice znali się i odwiedzali. Nie wyróżniali się niczym szczególnym na tle innych rodzin lat 90. Nawet tym, że ojciec Krzyśka był alkoholikiem. Jednym zdaniem – przeciętne życie w blokowisku. Na swój sposób monotonne i może dlatego to, co stało się później, kiedy obudziła się inna dusza w Jędrku, wstrząsnęło mieszkańcami Bydgoszczy i mną.
W tym momencie zdałam sobie sprawę, że to również powieść psychologiczna.
I to jest drugi powód wsiąknięcia w tę historię o nastolatku, w którym tkwiło coś, czego nie potrafił określić i z czym nie mógł dać sobie rady, mimo że próbował, że starał się, mając jedno pragnienie – to siedzi we mnie, i siedzi, i puścić nie może, a ja bym chciał, żeby ktoś mnie zabrał i wyleczył. Niech wyjmie ze mnie to straszne coś. Autor spójnie ukazał jego osobowość, tok myślenia, czyny, postawy i zachowanie z dwóch punktów widzenia – jego przyjaciela, Krzyśka prowadzącego narrację w pierwszej osobie i narratora zewnętrznego obserwującego Jędrka i pozostałych bohaterów powieści. Ich naprzemienność w rozwijaniu fabuły miała mi ułatwić odpowiedź na ukryte pytanie w niej – dlaczego w człowieku budzi się nagle inna dusza?
Nie otrzymałam jej.
I nie miałam jej otrzymać. Autorowi nie o to chodziło. Starał się oddać tajemnicę wielkiej niewiadomej tkwiącej w psychice człowieka i to mu się udało.
Udało mu się coś jeszcze.
Stworzył również powieść społeczno-obyczajową oddającą klimat lat 90. nie tylko w Bydgoszczy, ale i w Polsce okresu przemian ustrojowych. Wymagało to od niego nie tylko zebrania materiałów dokumentalnych na temat sprawy Jacka Balickiego, pierwowzoru Jędrka, ale i szczegółów życia codziennego w tamtych latach, wiarygodnie ukazujących czytelnikom z młodszego pokolenia, co się wtedy jadło, piło, paliło, oglądało, słuchało, w co się grało i ubierało, jak spędzało czas i o czym marzyli Polacy komentujący ówczesną sytuację społeczno-polityczną, w której Polak jest jak człowiek po wylewie: musi nauczyć się mówienia, chodzenia, mycia się i wszystkiego innego od początku. A wszystko to po to, by dogonić Europę. Dostosował do jej fabuły nawet spis treści, którego tytuły są tytułami piosenek ówcześnie ukazującymi się na rynku muzycznym, których treść opowiada o tamtym okresie i ludziach tamtych lat. Myślę, że dla zorientowanych muzycznie nie będzie wielkim problemem przypisać do nich wykonawców. Dzisiaj to przecież klasyka i kawałek polskiej, muzycznej historii.

Ja miałam łatwiej, bo na drugiej stronie autor umieścił „ściągę” w postaci spisu pełnych opisów włącznie z nazwą płyty i rokiem premiery. Z przyjemnością przypominałam sobie po kolei te przeboje.
Powieść łyknęłam na dwa kęsy, w dwa popołudnia, ale pisać o niej nie jest mi łatwo. Trudno analizować warstwę psychologiczną powieści bez zdradzania kluczowych wątków kryminalnych. Całą przyjemność czytania wzięłam z całkowitej niewiedzy, co tak właściwie trafiło przed moje oczy. Nikt mi jej nie polecał, nigdzie o niej nie czytałam, nie wiedziałam, że powieść została nominowana do Nagrody Nike 2016, nie znałam sprawy Jacka Balickiego, poza jednym, niepozornym komunikatem zostawionym w postach dla gości na stronie mojego blogowego profilu fejsbookowego:

Od kiedy prosi się autora o pozwolenie na promowanie książki? – pomyślałam w pierwszym momencie, a w drugim – co to za książka i kim jest autor, że aż tak? To wystarczyło, żebym zapamiętała tytuł i przy pierwszej okazji nabyła ją. Niezbadane są drogi czytelnika do książki, ale tym razem była ona jej warta! O zgodę na pisanie o tej książce nie prosiłam, a przecież to też jest jedna z form promocji.
Polecam ją zatem bez pozwolenia!
Jeśli pozostałe pozycje z tej serii są tak dobre, jak ta powieść, to mam ochotę na więcej.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Inna dusza [Łukasz Orbitowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Spośród wielu przebojów lat 90. widniejących w spisie treści powieści, ta piosenka jest dla mnie jak wino, im starsza, tym lepsza, tym bardziej aktualna.
sobota, 20 sierpnia 2016
Skazani na zagładę? 15 sierpnia 1944 – Agnieszka Cubała



Skazani na zagładę? 15 sierpnia 1944: sen o wolności a dramatyczne realia – Agnieszka Cubała
Wydawnictwo Bellona , 2016 , 357 strony
Literatura polska


15 sierpnia 1944 roku to ważna data w historii Polski.
Jednym tchem wymieniam obchodzone w tym dniu rocznice i święta – Cud nad Wisłą, Czyn Chłopski, Dzień Żołnierza Polskiego i Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny zwanej również Zielną.
Okazuje się, że to nie wszystko!
Piętnasty sierpnia 1944 roku to dla powstańczej Warszawy data wyjątkowa, choć paradoksalnie niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę - autorka tymi słowami otwiera mi oczy na nowe dla mnie fakty. Jak się okazuje, nie tylko dla samego miasta. Również dla przyszłości Polski. Dlaczego? – pyta i zaraz odpowiada – Tego dnia, jak w soczewce, skupiły się wszystkie wątki sprawy polskiej, co pozwoliło władzom przebywającym w stolicy po raz pierwszy zdać sobie sprawę z faktycznego położenia – zarówno dla Warszawy, jak i całego kraju. Wszystkie te wątki wymienia, drobiazgowo przedstawia, obszernie analizuje i omawia w osobnych rozdziałach.To 15 sierpnia docierają z Londynu do Warszawy informacje, które powinny być przekazane w momencie podejmowania decyzji o wybuchu Powstania. To 15 sierpnia napływają najważniejsze rozkazy, odezwy i konkretne działania. To dzień przed 15 sierpnia gen. Tadeusz Komorowski „Bór” wydaje niesłychanie kontrowersyjny rozkaz wzywający do marszu na pomoc Warszawie wszystkie dobrze uzbrojone oddziały AK. To 15 sierpnia ukazuje się słynna odezwa Do Narodu Polskiego Rady Jedności Narodowej:

To 15 sierpnia przypada szczytowy moment pracy Biura Informacji i Propagandy KG AK, kiedy to przeprowadzono największą propagandową akcję w historii Podziemnego Państwa Polskiego, To w połowie sierpnia Niemcy wprowadzają do walk nową broń, tzw. Nebelwerfy, czyli sprężone miotacze min o działaniu burzącym lub zapalającym potocznie nazywane szafami , krowami lub wyjcami. To z 14 na 15 sierpnia odbywają się największe od wybuchu Powstania Warszawskiego zrzuty lotnicze, dające złudną nadzieję na długo oczekiwaną pomoc. To 15 sierpnia odpowiedzialny za nie marszałek John Slessor kategorycznie odwołuje dalsze loty. To 15 sierpnia staje się graniczną datą, kiedy jedni zaczęli zdawać sobie sprawę z beznadziejności sytuacji i bezsensowności dalszej walki, a drudzy są przekonani, że gra nie toczy się o samą stolicę. Postawa wobec walczącego miasta przynosiła odpowiedź na pytanie, jaki będzie dalszy los kraju. I wreszcie to 15 sierpnia gen. Tadeusz Komorowski „Bór” podejmuje decyzję o kontynuowaniu Powstania Warszawskiego.
Ogrom faktów, w tym wielu nowych, z opracowań dotychczas niepublikowanych lub mało znanych, jakie przytacza autorka, nie służy jednak do zaostrzenia i tak stale toczących się, delikatnie rzecz ujmując, gorących dyskusji o to, czy Powstanie miało sens czy nie i nawet nie do jednoznacznej odpowiedzi na postawione w tytule pytanie – Skazani na zagładę?, ale do dostarczenia materiału do refleksji nad tematem, jak również próba spojrzenia na Powstanie Warszawskie z nieco innej perspektywy. Z punktu widzenia wszystkich decydujących o losach Powstania Warszawskiego, przyszłości Polski i samych powstańców, pokazanym w jednym dniu – 15 sierpnia 1944 roku. Dlatego autorka to holistyczne podejście zaczyna od analizy sytuacji politycznej Polski na arenie międzynarodowej z perspektywy 15 sierpnia 1944 roku, znaczącej roli i niezwykłej oraz wszechstronnej działalności kulturalnej BIP KG AK, obchodom (nierzadko dramatycznym) Dnia Żołnierza Polskiego podczas Powstania w poszczególnych dzielnicach oraz swoistym prezentom z tej okazji dla Powstańców – odezwom, odsieczy oddziałów AK, pomocy lotniczej dostarczającej broń i amunicję, aprowizacji walczącego miasta z zewnątrz, by zakończyć rozdziałem przedstawiającym obraz codziennego życia powstańców i cywilów w tym dniu, a zbudowanym na podstawie wypowiedzi Powstańców zebranych przez autorkę w formie ankiety.
W zakończeniu autorka stawia bardzo ważne pytanie.
Nie o sens wybuchu Powstania 1 sierpnia, ale o słuszność decyzji jego kontynuacji podjętej przez gen. T. Komorowskiego „Bora” 15 sierpnia, kiedy wiadomo było, że alianci własny interes polityczny stawiali wyżej niż polski, Stalin konsekwentnie realizował politykę eliminacji polskiego rządu emigracyjnego i AK na rzecz marionetkowego TRJN i PKWN, a losy Polski zostały nakreślone już w 1943 roku w Teheranie linią Curzona i Odry.
W ten sposób przenosi ciężar pytania.
Autorka, dostarczając tak bogatego materiału, w dużej mierze dotychczas niepublikowanego lub zebranego osobiście od świadków tamtych dni, pozwoliła mi na samodzielną analizę, ocenę, wnioski i odpowiedź na tak odmiennie postawione pytanie. Umożliwiła zajęcie stanowiska wśród zwolenników lub przeciwników.
Zawsze należałam do zwolenników.
Na Powstanie Warszawskie patrzę, jak na sztafetę historii walki o niepodległość i wolność począwszy od powstania kościuszkowskiego, powstania listopadowego, powstania styczniowego, roku 1905, powstania wielkopolskiego, września 1939 roku, Powstania Warszawskiego, by tę pałeczkę mogli przejąć Polacy w 1956, 1968, 1970, 1976, 1981 i 1989 roku. Ci, którzy brali w niej udział i ginęli, mieli świadomość, że niepodległości nikt nie daje w prezencie. Ją się albo komuś zabiera, albo o nią walczy, o czym za każdym razem przypominamy sobie, śpiewając hymn narodowy – "co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy". Także w czasie pokoju. Bo, i tu przytoczę słowa jednego z uczestników powstania Żydów w getcie warszawskim, również z góry skazanego na klęskę - "Ale czy walka o wolność kiedykolwiek naprawdę się kończy?" - którymi zakończyłam wpis o książce Miła 18 Leona Urisa. W czasie pokoju to walka o świadomość współczesnych Polaków odpowiedzialnych za krwawo wywalczone dziedzictwo niepodległości okupione życiem przodków i obowiązku przekazywania go następnym pokoleniom. Przeciwników i ich argumenty zawsze będę uznawać za ofiary propagandy bolszewickiej siejącej defetyzm i skutecznie zarażającej umysły Polaków nawet dzisiaj. Niestety, udało im się to perfekcyjnie. Zawsze byli w tym bardzo dobrzy.
Nowe fakty przedstawione w tej publikacji nie zmieniły mojego stanowiska.
Wręcz utwierdziły w przekonaniu, że tak było trzeba i tak trzeba będzie, jeśli pojawi się kolejna graniczna data w tej sztafecie. Kolejnego egzaminu z lekcji miłości do Ojczyzny.
Oby nie!
Ta holistyczna monografia, w centrum której widnieje data 15 sierpnia 1944 roku, mimo obszernej treści merytorycznej i faktów historycznych, niesie ze sobą, wbrew pozorom, przeogromny ładunek emocjonalny. Czytanie rozdziału o hazardowych lotach nad Warszawą musiałam przerwać, by się pozbierać emocjonalnie. To tutaj, jak w żadnym innym, widziałam i przeżywałam największy tragizm Powstańców płonącej żywcem Warszawy, desperację lotników i ich niemoc, które podsumowuje wypowiedź jednego z nich, Janusza K. Zawodnego zgłaszającego się do każdej możliwej wyprawy, a nazwanych przez gen. Ludomira Rayskiego samobójczym wybijaniem lotników – Bo moja żona i córka były w Warszawie i walczyły, to był mój psi obowiązek. Tym większa chwała, wdzięczność i pamięć lotnikom południowoafrykańskim, brytyjskim, kanadyjskim, australijskim i argentyńskim, podejmującym wyzwanie i ginącym nad Warszawą. Ich śmierć mocno podsumował marszałek John Slessor – Z natury nie jestem mściwym człowiekiem, mam jednak nadzieję, że istnieje jakieś specjalne piekło zarezerwowane dla tych bydlaków z Kremla, którzy zdradzili armię Bora i doprowadzili do tego, że ofiara życia 200 lotników okazała się daremna. Ten efekt bycia tam, w Warszawie i przeżywania wyjątkowego dnia 15 sierpnia z 1944 roku, autorka osiągnęła przede wszystkim dzięki licznie cytowanym relacjom, wspomnieniom, odezwom, rozkazom, wierszom, piosenkom, artykułom z prasy powstańczej, pokazywanej często w formie fotografii,

a także bardzo licznym, ilustrującym tekst niemal na każdej stronie, zdjęciom historycznym.

Umieściła mnie emocjonalnie dokładnie między snem o wolności a dramatycznymi realiami, jak zasugerowała w podtytule. Między możliwościami a realiami, między sercem a rozumem, między powinnością a rezygnacją, między śmiercią a życiem, a ostatecznie między śmiercią na kolanach a śmiercią w walce.
Nie oceniam ówczesnych wyborów, bo nie mam do tego prawa, ale wiem, po której stronie stanęłabym.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To, co zostało z miasta po Powstaniu Warszawskim, wyraziście pokazuje jego skalę i tragizm.
czwartek, 18 sierpnia 2016
LGB: zdrowie psychiczne i seksualne – red. nauk. Robert Kowalczyk, Remigiusz Jarosław Tritt, Zbigniew Lew-Starowicz



LGB: zdrowie psychiczne i seksualne – redakcja naukowa Robert Kowalczyk, Remigiusz Jarosław Tritt, Zbigniew Lew-Starowicz
Wydawnictwo Lekarskie PZWL , 2016 , 304 strony
Literatura polska


Obejrzałam film, który mną mocno potrząsnął.
Dziewczyna z portretu nie tyle wzburzyła mnie emocjonalnie, co uzmysłowiła, jak mało wiem o świecie wewnętrznym osób z mniejszości seksualnych, o odmiennej orientacji seksualnej, o nieheteroseksualnych, czy, używając kolejnego określenia z tej pozycji, osób nieheteronormatywnych.
W skrócie LGBT.
Ta publikacja z kolei uświadomiła mi, jak mało wiem o świecie zewnętrznym, w którym muszą funkcjonować osoby o odmiennej orientacji seksualnej niż heteroseksualna. Sięgnęłam po nią świadomie. Chciałam wiedzieć więcej niż pokazał film i chciałam sobie wytłumaczyć tę wewnętrzną siłę zmuszającą człowieka do fizycznego urzeczywistnienia tożsamości płciowej niezgodnej z płcią biologiczną nawet za cenę śmierci. Chciałam zobaczyć i wytłumaczyć sobie ich świat z każdego punktu widzenia. Nie tylko od emocjonalnej strony osób LGBT, ale również od merytorycznej strony naukowej – kulturoznawczej, medycznej i społecznej.
Trafiłam na wyjątkową pozycję.
Jak podkreślili redaktorzy we wstępie, to pierwsza tak obszerna i kompleksowa monografia opublikowana w Polsce, a poświęcona zdrowiu osób należących do mniejszości seksualnych. W tym opracowaniu zawężona do lesbijek, gejów i biseksualistów. Stąd skrócony akronim LGB w tytule. Jej autorami jest grono zasłużonych klinicystów praktyków: lekarzy i psychologów, biologów, specjalistów zdrowia publicznego oraz prawniczkę, znanych w kraju i na świcie ze względu na działalność naukową oraz zgłębianie tematyki seksuologicznej. Wśród nich najbardziej znany mi nie tylko z publikacji, ale i z mediów, psychiatra, psychoterapeuta i seksuolog Zbigniew Lew-Starowicz. Nowatorstwo tej monografii kryje się również w obszernym, krytycznym wglądzie w naukowe piśmiennictwo zagraniczne licznie przytaczane, cytowane i autorsko tłumaczone, dotychczas dostępne tylko specjalistom. A ponieważ każdy z dziesięciu rozdziałów omawia odmienne zagadnienie tematu głównego, którego autorami są przedstawiciele różnych dyscyplin nauki, dlatego mogłam najpierw przyjrzeć się zagadnieniu od strony teoretycznej, zapoznającej mnie z nomenklaturą zdrowia psychicznego i seksualnego z podkreśleniem jej zmienności i płynności w definiowaniu, by w kolejnym rozdziale poznać historię kształtowania się poglądów na temat orientacji homo- i biseksualnej z uwzględnieniem najbardziej dramatycznego okresu rządów nazistów w III Rzeszy. Tę tragedię i skalę eksterminacji homoseksualistów poznałam wcześniej z czytanych wspomnień więźnia kilku obozów koncentracyjnych Heinza Hegera, które zawarł w Mężczyznach z różowym trójkątem. Z kolei rozdział ukazujący fenomen orientacji seksualnej, jej składowe i korelaty biopsychiczne pokazały tę tematykę w kontekście społeczno-kulturowym, podkreślając złożoność i niejednoznaczność w jej określaniu lub deklarowaniu, a co za tym idzie – każdy z nas w jakimś aspekcie jej składowych może być biseksualny lub homoseksualny. Mogłam nawet zrobić sobie test według tabeli orientacji seksualnej Kleina. Polecam – niezwykle ciekawe doświadczenie autoanalizy seksuologicznej z niespodzianką w środku!
Te trzy pierwsze rozdziały wyposażyły mnie w niezbędną podstawę do zrozumienia kolejnych, tłumaczących, dlaczego około 10% populacji ludzkiej (s.99) żyje w permanentnym stresie.
To one omawiały skutki tego stresu. Szeroko analizowały problemy, z jakimi spotykają się LGB – zaburzenia psychiczne i seksualne, dyskryminacja, podwójne wykluczenie na tle psychogeriatrycznym, a w związku z tym konieczność poradnictwa i psychoterapii tychże osób oraz niezbędnej promocji zdrowia i edukacji seksualnej.
Ostatnie zagadnienie w końcowym rozdziale zainteresowało mnie najbardziej.
To w nim autorzy ukazali nie tylko pejoratywne, marginalne traktowanie LGBT, politykę milczenia w treściach edukacyjnych, pomijania i zniekształcania wiedzy, a także ogromne braki kompetencyjne osób nauczających i wychowujących dzieci oraz młodzież, ale również ignorancję osób decydujących o treści programów nauczania. Nie zdziwiły mnie te wnioski, ponieważ z edukacją seksualną w Polsce w ogóle jest bardzo źle, o czym czytałam niedawno w Seksolatkach Izabeli Jąderek. Uważam, że dopóki wychowania do życia w rodzinie będą uczyć katecheci, nigdy nie przeskoczymy do edukacji seksualnej LGBT.
Tym bardziej ważna jest ta interdyscyplinarna, rzeczowa i obiektywna publikacja.
Nie wyczerpuje jednak tematu nie tylko ze względu na dynamiczny rozwój środowiska LGBT i jego pozycji w społeczeństwie, ale również ze względu na brak badań w wielu jego omawianych aspektach lub nieprawidłowości proceduralnych podważających ich wiarygodność, jak podkreślali niektórzy autorzy. Zabrakło mi też w ostatnim rozdziale głosów współczesnych pedagogów, wyjaśniających skutki wychowania dzieci przez pary jednopłciowe i socjologów prognozujących obraz i kondycję psychiczną ewentualnego społeczeństwa przyszłości z tak odmienną strukturą odbiegającą od dotychczas uznawanego modelu: kobieta + mężczyzna + dziecko.
Lubię wiedzieć, co toleruję, a co akceptuję i dlaczego.
Nie zmienia to faktu, że jest ważną i niezbędną publikacją analizującą i pokazującą zagadnienie orientacji seksualnej wielodyscyplinarnie dla każdego bez wyjątku, ukierunkowującą pożądane działania, wskazującą problemy do rozwiązania i podkreślającą, jak wiele jest do nadrobienia w polskim społeczeństwie. Redaktorzy pozycji mają jednak nadzieję, że publikacja będzie miała istotny wpływ na opracowanie i doskonalenie standardów postępowania z pacjentami LGB przez lekarzy i psychoterapeutów, a także na programy studiów w uczelniach medycznych, psychologicznych, pedagogicznych czy nauk społecznych , na proces uświadamiania ludzi odpowiedzialnych za edukację, leczenie i opiekę społeczną oraz na zwalczanie uprzedzeń, świadomej agresji i powszechnej, ale nieuświadomionej miniagresji, dyskryminacji, nietolerancji, znoszenie barier społecznych i instytucjonalnych, by ostatecznie przyczynić się do utworzenia standardów postępowania z osobami neheteronormatywnymi, których w Polsce nie ma. Są konieczne, chociażby po to, by zaakceptować istnienie odmiennych orientacji seksualnych niż heteroseksualność z medycznego punktu widzenia, ujrzeć własne uwarunkowania kulturowe i uświadomić sobie za Alfredem Kinsey’em, jednym z twórców wiedzy na temat seksualności człowieka, że, ujmując żartobliwie, istnieją tylko trzy zboczenia: abstynencja, celibat i zbyt późne małżeństwo.
Reszta jest normą różnorodności!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Polecam Dziewczynę z portretu chociażby dla mistrzowskiej gry Eddiego Redmayne'a nominowanego do Oskara w 2015 roku za główną rolę w tym filmie, który został oparty na faktach.
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat – Willy Breinholst



Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat – Willy Breinholst
Przełożyła Maria Kaczorowska
Wydawnictwo Lekarskie PZWL , 2010 , 135 stron
Literatura duńska


Dzieci i ryby głosu nie mają!
Tak głosi znane powiedzenie. Autor postanowił udowodnić, że dzieci nawet w okresie prenatalnym ten głos posiadają. Udzielił go malutkiemu plemnikowi w drodze do macicy. Troszkę zagubionemu w przepychaniu się wśród sobie podobnych do nowego lokum, a potem zadziwionemu swoim zmieniającym się wyglądem i otaczającym go światem wewnętrznym i zewnętrznym. Rozbawia przy tym swoimi komentarzami wyrażającymi dezaprobatę, radość, zaskoczenie, przykrość lub subiektywną nielogiczność zdarzeń. Otaczający go świat, ten widoczny i ten słyszalny, pokazuje z dziecięcego punktu widzenia w sposób ciekawy, odmienny i ze sporą dawką humoru aż w 56 odsłonach.

Każda zawiera króciutki tekst z rysunkami ilustrującymi mimiką i językiem ciała dziecka jego tematykę.
Przygody maleństwa rozbawiają!
Ale pod tą uroczą i słodką oprawą przekazu z językiem dostosowanym do małego czytelnika, kryje się bardzo dużo faktów i informacji merytorycznych z zakresu medycyny i psychologii ciąży, które każde dziecko poznaje przy okazji przyjemnej zabawy. Dowiaduje się o drodze plemnika do macicy nazywanej „mieszkaniem do wynajęcia” na 9 miesięcy, o rozwoju organizmu dziecka w czasie ciąży, pierwszych odruchach, czynnościach i biciu serca, wpływie trybu życia mamy na ciążę, roli ojca w okresie oczekiwania, szkodliwych czynnikach na rozwój dziecka, lekarskich badaniach kontrolnych kobiety ciężarnej i przygotowaniach do porodu. Mając świadomość tych walorów i tendencję do angażowania we wszystko, co robię, książek, wykorzystałam kiedyś tę publikację jako uzupełnienie materiału zapoznającego jedenastolatków z budową i cyklem rozrodczym człowieka. Na czytanie fragmentów książeczki chciałam przeznaczyć pół godziny. Nie pozwoliły mi na to. Musiałam przeczytać wszystko!
I to jest najlepsza rekomendacja tej książki.
Dlatego zaskoczyła mnie nieznajomość tej klasycznej już pozycji u koleżanki realizującej podobne tematy. A przecież jej pierwsze wydanie ukazało się w 1981 roku,

by wraz z kolejnym wydaniem w 1989 roku otrzymać dużo ładniejszą grafikę.

To z tego wydania korzystałam. Najnowszemu wydaniu Wydawnictwo nadało formę prezentu w twardej oprawie, idealnego dla przyszłych mam, które mogą spersonalizować swój egzemplarz, wpisując imię swojego dziecka,

wszystkie dane noworodka,

uzupełnić drzewo genealogiczne,

a nawet wybrać imię z umieszczonego na końcu kalendarza imieninowego.

To również doskonała książeczka edukacyjna dla rodzeństwa oczekującego siostry lub brata, pomagająca nie tylko „zajrzeć” mamie do brzuszka, ale przede wszystkim poznać, zrozumieć i przeżyć razem z rodzicami najbardziej fantastyczny, najbardziej niewiarygodny i zadziwiający proces poczęcia i narodzin.
Autor nie poprzestał jedynie na tej pozycji. Książka doczekała się kontynuacji. W Polsce dotychczas ukazało się 9 tytułów opowiadających o dalszych perypetiach dziecka i jego rodziców.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Książeczkę można czytać, ale i posłuchać razem z dzieckiem.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Pod okupacją i w powstaniu – Małgorzata Czerwińska-Buczek



Pod okupacją i w powstaniu: wspomnienia konspiracyjne – Małgorzata Czerwińska-Buczek
Wydawnictwo Bellona , 2016 , 296 stron
Literatura polska


Ostatnia wspólnie wypita kawa, niedokończona opowieść, pożegnanie na schodach w Muzeum Powstania Warszawskiego: „Do widzenia. Do zobaczenia za tydzień.”
Do następnego spotkania już nie doszło.
Autorka nie zdążyła przed śmiercią swojego rozmówcy wprowadzić do wspomnień korekty, których ukazanie się w pierwszym ich wydaniu Powstańcy '44 było możliwe tylko dzięki jego siostrze. Siostrzany obraz okupacji okazał się równie ważny, mimo że odmienny, bo każdy człowiek przeżywa swoje życie po swojemu, zdarzenia ogląda własnymi oczami, dlatego, dla autorki, również wart utrwalenia. Potem otrzymała pośmiertne notatki Powstańca Kazimierza Radwańskiego, spisane po długich namowach specjalnie dla autorki. I jeszcze archiwum Róży Nowotnej udostępnione autorce przez rodzinę. Również już nieżyjącej. A jeszcze stale poznawane przeżycia kolejnych rozmówców z kręgu już tych znanych, którzy zechcieli podzielić się dramatycznymi przeżyciami, obdarzając ją zaufaniem. Autorka nie mogła pozostawić tych cennych informacji tylko dla siebie. Postanowiła, że muszą mieć swoją kontynuację.
I oto ona!
Zawierająca tym razem dwanaście reportaży składających się na opowieść o Warszawie przed okupacją i po wkroczeniu wojsk niemieckich. Nie wszyscy z rozmówców byli wówczas Powstańcami. Niektórzy, ze względu na wiek, opisywali Powstanie Warszawskie z perspektywy dziecka, a inni z perspektywy cywila. To poszerzenie spojrzenia o dwa odmienne punkty widzenia pozwoliło autorce na ukazanie okupacji przeżywanej przez osoby niezaangażowane w walkę zbrojną, które poniosły nie mniejszą ofiarę niż bojownicy.
Łączyło ich jedno – byli nastolatkami lub dziećmi.
Każdy reportaż rozpoczynał się zdjęciem jego bohatera z umieszczonym pod nim fragmentem tekstu, wiersza lub piosenki w jakiś sposób charakteryzującym go.

I każdy z nich nawiązywał do szczęśliwego, beztroskiego, radosnego dzieciństwa przed wybuchem II wojny światowej, której początki wydawały się w wieku dziecięcym tylko ćwiczeniami wojskowymi, by przejść do mroczniejszej części wspomnień – okupacji i konspiracji. Licznie ilustrowanych zdjęciami z rodzinnego archiwum.

Ten widoczny kontrast życia przed okupacją i w jej trakcie był bardzo ostro zarysowany.
Bo każdy z nich, na swój sposób, walczył nie tylko o przeżycie, lecz także o zachowanie godności i wolności. Jedni stawali się żołnierzami i harcerzami, inni działali w konspiracji, jeszcze inni zajmowali się małym sabotażem, uczęszczali na tajne komplety, wiedząc, że w ten sposób też walczy się z wrogiem, a najmłodsi opowiadali o ryzykownych działaniach rodziców pomagających innym, w tym Żydom. W ten sposób powstał piękny obraz Warszawy przedwojennej i tragiczny obraz Warszawy walczącej ukazany od strony powstańców, sanitariuszek ratujących rannych w szpitalach, minerek podkładających materiały wybuchowe, nastoletniego więźnia Pawiaka, niedoszłej ofiary rzezi na Woli, z której udało się jej uciec, harcerza Szarych Szeregów, kuriera dostarczającego informację i żywność partyzantom poza Warszawą, uciekających cywilów z pogromu warszawskiej ludności po Powstaniu Warszawskim i wychowanka zakładu opiekuńczo-wychowawczego Nasz Dom, którego nauczyciel stał się jego dowódcą.
Skrajna szkoła życia!
Może dlatego w każdym z nich tkwiła pokora, życzliwość, serdeczność, skromność, uśmiech i niezwykła pogoda ducha, którymi określała swoich rozmówców autorka, opisując wrażenia towarzyszące spotkaniom. Ludzi, których dramat przeżytych chwil, zaglądanie śmierci w oczy, lęk o własne życie i bliskich, walka o przetrwanie nauczyła (a przy okazji autorkę) jednego – tylko miłość i przyjaźń są bezcenne i nieśmiertelne. To też lekcja dla mnie, którą autorka niestrudzenie stara się udokumentować, by zdążyć przed śmiercią odchodzących świadków lat okupacji, bo Powstanie Warszawskie, jak powiedziała jedna z rozmówczyń - stanowi wartość nieprzemijającą. To, co się mówi i pisze, to tak mało w stosunku do tego, co było i jest tak wielkie.
Autorka stara się dla nas, Polaków-spadkobierców narodowej historii, tę dysproporcję zmniejszyć, byśmy uczyli się od najlepszych miłości do Ojczyzny, zanim od nas odejdą, zabierając bezpowrotnie te bezcenne doświadczenia ze sobą.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Z wywiadu z autorką na temat jej najnowszej książki dowiedziałam się, że będzie kontynuacja wspomnień.
wtorek, 09 sierpnia 2016
Miła 18 – Leon Uris



Miła 18 – Leon Uris
Przełożył Andrzej Szydłowski
Wydawnictwo Adamski i Bieliński , 1999 , 472 strony
Literatura amerykańska


Miła 18 w Warszawie.
Znałam ten adres. Nie da się go pomylić z żadnym innym. Pierwszą „stolicą” naszego „żydowskiego państwa” jest bunkier przy Miłej 18 – zanotował kronikarz powstania Żydów w Getcie Warszawskim w tej powieści. Z kolei Karol Mórawski, opowiadając o tym adresie w Kartkach z dziejów Żydów warszawskich, przytoczył napis z obelisku mówiący wszystko – "Tu, w ruinach bunkra przy Miłej 18, spoczywają członkowie sztabu Żydowskiej Organizacji Bojowej, wśród nich Mordechaj Anielewicz, dowódca powstania, inni bojownicy, a także osoby cywilne. 8 maja 1943 roku po trzech tygodniach walki, otoczeni przez hitlerowców, zginęli lub odebrali sobie życie..." (s.141)

Wikipedia

To o nich jest ta powieść.
Wprawdzie autor w podziękowaniach zastrzegł sobie, że występujące w książce osoby są postaciami fikcyjnymi, to zaraz dodał – ale jestem ostatnim człowiekiem, który ośmieliłby się stwierdzić, że nie istnieli ludzie, których losy przypominały bardzo wyraźnie losy moich bohaterów.
I przypominają, odtwarzają, naśladują.
Do tego stopnia, że na podstawie tej powieści mogłam nie tylko prześledzić powstanie Żydów dzień po dniu, ale losy narodu żydowskiego w Polsce od momentu pojawienia się w niej do bojowego zrywu w 1943 roku. Autor do napisania tej powieści bardzo dobrze przygotował się merytorycznie. Zbierał materiały do tej książki od dziesiątków osób prywatnych, świadków tamtych wydarzeń i od organizacji oraz instytucji przechowujących pamięć o Holokauście. Z rzeczywistych miejsc, historycznych faktów i prawdziwych wydarzeń zbudował fabułę opowieści, którą wypełnił bohaterami z każdej strony okupacji – Polaków, Żydów i Niemców. By umożliwić mi poznanie i zrozumienie skomplikowanych stosunków między Polakami a Żydami, jak i wśród samych Żydów, każdego z nich wyposażył w inną tożsamość, odmienne spojrzenie na antysemityzm, współpracę AK z Żydami, lojalność wobec partii, sens walki czynnej lub biernej z Niemcami, powinność wobec narodu i rodziny, politykę okupacyjną nazistów i walki z nią czy światopogląd religijny. Ta mozaika różnorodnych postaci uwikłana w intymne, rodzinne, polityczne lub ekonomiczne stosunki i zależności między sobą lub z okupantem w skrajnych warunkach życia, wypełniła tę powieść ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Jego temperaturę podnosiły nie tylko spory polityczne, filozoficzne, religijne czy egzystencjalne toczone między sobą, ale i niepochlebny obraz polskiego społeczeństwa, powoli wyłaniający się z tej książki – Polaków, Kościoła katolickiego, Armii Krajowej i polskiego rządu emigracyjnego, biernego i biorącego udział w zmowie milczenia, bo większość polskiego społeczeństwa nie chciała brać udziału w wojnie niemiecko-żydowskiej. Mniejszość aktywnie występowała przeciwko Żydom. W tych momentach książka boli i zawstydza. Dla niektórych czytelników może być obrazoburcza i wywoływać agresywny sprzeciw.
Może dlatego powieść napisana w 1961 roku, w Polsce ukazała się po raz pierwszy dopiero w 1999 roku.
Całość powieści autor podzielił na cztery rozdziały: Zmierzch, Zmrok, Noc i Świt, odpowiadające chronologicznie czasom tuż przed wybuchem II wojny światowej, utworzeniu getta w Warszawie, jego likwidacji i wybuchowi powstania Żydów w getcie. Przez cały ten czas mogłam śledzić stałe bądź zmienne postawy bohaterów uzależnione od warunków, jakie stwarzała im aktualna sytuacja polityczna. Przyglądać się rzeczywistości okupacyjnej, która dziwnie działa na ludzi. Większość z nich zrobi wszystko, żeby przeżyć. Niektórzy całkowicie tracą zasady moralne i zamieniają się w rozdygotanych tchórzy. Ale nieliczni znajdują w tej sytuacji źródło niewiarygodnej siły. Każdemu z nich dał imię, nazwisko i umieścił na drabinie hierarchii społecznej, abym poznała warunki życia w getcie i po stronie aryjskiej, skutki niemieckiej polityki eksterminacyjnej, rosnącą świadomość braku przyszłości i nadchodzącej zagłady, a w efekcie trudny proces połączenia wszystkich frakcji żydowskich organizacji, by złamać powszechnie obowiązującą zasadę – Żyd musi być cierpliwy, musi się modlić i akceptować swoją sytuację i w końcu przeciwstawić się nazistom w imię honoru i obowiązku wobec historii. By obalić mit o tchórzostwie i uległości. By stanąć do nierównej walki o wolność z góry skazanej na klęskę. Ja ujrzałam niezwykły fenomen, w którym zbieranina nie wyszkolonych, nie uzbrojonych bojowników stawiała opór największej potędze militarnej, jaką kiedykolwiek oglądał świat, przez czterdzieści dwa dni i czterdzieści dwie noce!
I wreszcie, bym w tym piekle ujrzała miłość.
Bo ona tam była. I ta zakazana, bo pozamałżeńska, i ta potępiana między Żydem a Polką i ta nastoletnia, przeżywana w przyśpieszonym tempie, by mogła zdążyć spełnić się przed pewną śmiercią. W tej emocjonalnej warstwie opowieści, trudno było mi uwierzyć, że tak nie było. Zwłaszcza że odkrywałam niezwykłe podobieństwo niektórych bohaterów do postaci historycznych, które posłużyły autorowi za prototyp. Paweł Broński swoją funkcją i rolą w getcie oraz popełnieniem samobójstwa wyraźnie przypominał Adama Czerniakowa, przewodniczącego Judenratu, a Aleksander Brandel piszący kronikę powstania, której fragmenty przeplatały się z treścią powieści, Emanuela Ringelbluma twórcę tak zwanego Archiwum Ringelbluma z Getta Warszawskiego ukrywanego w bańkach do mleka. Kto wie, czyimi odpowiednikami byli pozostali bohaterowie? Czyje rzeczywiste losy, które poznał autor w trakcie gromadzenia wspomnień świadków tamtych dni, posłużyły postaciom fikcyjnym?
Traktuję tę książkę, jak swoisty pomnik wystawiony przez autora tym, którzy w obliczu całkowitej zagłady, podjęli beznadziejną walkę o wolność, kryjąc się w labiryncie bunkrów, z których ten przy Miłej 18 był największy.

Wikipedia

Relatywny do tego rzeczywistego, wzniesionego z gruzów domów przy ulicy Miłej, nazwanego Kopcem Anielewicza, który jest jednocześnie nagrobkiem leżących pod nim 51 bojowników, którzy mówili – Wiemy, że ta walka o wolność jest całkowicie beznadziejna. Ale czy walka o wolność kiedykolwiek naprawdę się kończy?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 07 sierpnia 2016
Beduinki na Instagramie – Aleksandra Chrobak



Beduinki na Instagramie: moje życie w Emiratah – Aleksandra Chrobak
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 287 stron
Literatura polska


Tytuł niezbyt zachęcający!
Skojarzył mi się z portalem, na który nie zaglądam i nie bardzo byłam ciekawa, czym dzielą się w nim Beduinki. Skłonił mnie jednak do poszukania więcej informacji na temat książki i oto, co znalazłam pod jej opisem umieszczonym na stronie księgarni Wydawcy:

Byłam w stanie zrozumieć pierwszy komentarz, ponieważ sama sobie zadałam na początku to pytanie. Nie dlatego, że mam przesyt publikacji o tematyce arabskiej (tego raczej nie będę miała dość, jak i o każdym innym kraju naszego świata), ale dlatego, że tytuł sugerował zupełnie inną treść niż faktyczna zawartość książki. Beduinki na Instagramie to tylko jeden z rozdziałów, który posłużył za tytuł główny. Domyślam się, że miał oddać tradycję połączoną z nowoczesnością charakterystyczną dla opisywanego w niej kraju. Jak widać, z różnym skutkiem w wywoływaniu skojarzeń u potencjalnego czytelnika. Lepszym zabiegiem byłoby umieszczenie w tytule głównym, podtytułu – Moje życie w Emiratach, który w pełni oddaje tematykę i bogactwo treści o Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W skrócie, którym będę się posługiwała, ZEA.
Autorka przebywała w nich kilka lat.
Jako absolwentka religioznawstwa i polonistyki (co widać w płynnej, swobodnej narracji), studiująca przez jakiś czas również iranistykę, posiadała wiedzę, ale i ciekawość Krajów Bliskiego Wschodu. Los zadecydował, że trafiła do ZEA. Najpierw pracowała jako stewardesa, potem jako pracownik w sektorze bankowym, by ostatecznie trafić do emirackiego odpowiednika polskiego NFZ. Praca na własny rachunek i niezależność umożliwiły jej poznanie kraju, w którym przyszło jej żyć, dając okazję do autentycznego poznania emirackiego społeczeństwa od wewnątrz i niemal stania się jego częścią.
Swoimi wrażeniami, wiedzą i doświadczeniami podzieliła się w tej książce.
Zupełnie innymi od tych zalewających nas ostatnio przez mass media. Nietłumaczących zjawisk, ale straszących i podtrzymujących nasz lęk przed wszystkim, co arabskie. Boimy się, bo w powszechnej świadomości religia Proroka to dzisiaj ładunki wybuchowe pod czadorem, dekapitacje średniowiecznymi szablami i antycywilizacyjne sceny, którymi raczy nas Państwo Islamskie, cynicznie wykorzystując przy tym symbol nowoczesności, jakim są media społecznościowe, do promowania idei całkowicie z nią sprzecznych, cofających nas do średniowiecza z całym jego entourage’em – niewolnicami i kalifatem – zauważa autorka. Wyraz tego lęku, braku wiedzy i frustracji widać w komentarzach pod artykułem Polka w Emiratach, którego ta książka jest bohaterką. To też jest dobre, bo zmusza do polemiki, dyskusji, wymiany informacji, do analizowania problemów, które są dla nas dzisiaj bardzo ważne, wskazując przy tym, jak bardzo potrzebne nam są takie publikacje. Jak dodaje autorka – Nie tylko terroryzm, ale i kobieta – dwa naczelne tematy islamofobii, i to jeszcze zmiksowane. Kobieta, broń, zasłona – trudno o bardziej skrajny i naładowany negatywnymi emocjami obraz. To prawdziwy ikonograficzny koktajl Mołotowa. Nikab jest już nie tylko symbolem uciemiężenia i dyskryminacji, ale i fundamentalistycznej furii. Jak tu się nie bać?
No właśnie – jak się nie bać?
Wystarczy poszerzyć wiedzę. To najlepszy lek na lęk. I dokładnie taką dawkę informacji podaje autorka, pisząc – chcę jednak trochę odsłonić te kobiety, opowiedzieć o osobach kryjących się pod zasłoną, zdemaskować nikab. To w dosłownym znaczeniu, bo faktycznie zagląda pod niego, ale w znaczeniu metaforycznym unosi zasłonę, która zasłania to, co haram - zakazane. To za nią kryje się prawdziwa twarz ZEA, a raczej jego druga, nieskrępowana zakazami, nieoficjalna i mało znana światu wersja. W dużej mierze powstała na bazie boomu naftowego, którego historię przybliża. Podkreśla jednak, że odkrycie bogatych złóż ropy naftowej, byłoby niczym, gdyby nie odpowiednia osoba, która potrafiła to wykorzystać i obrócić z korzyścią dla całego kraju – szejka Zajeda. To dzięki tym dwóm czynnikom, a nie tylko ropie, Emiraty przeszły transformację na bezprecedensową skalę, o czym niewielu wie albo nie chce pamiętać. Emiraty stały się bogatym krajem, w którym swobodnie praktykowane ekstrawagancja, luksus i próżność urosły do rangi symbolu narodowego.
Ale uwaga!
Wśród warstwy ludzi bogatych. Wbrew pozorom to kraj dużych rozwarstwień ekonomicznych. Autorka pokazuje je wszystkie. Nie tylko „grzeszny” Dubaj, Abu-Zabi, ale i prowincjonalne Ar-Rahba. Bo ZEA to w rzeczywistości księstwa z nepotycznymi władcami, a ustrój państwa w praktyce można określić jako federalną monarchię absolutną. Kraj, w którym społeczeństwo ZEA jest niedemokratyczne i tradycyjnie zhierarchizowane. Światy bogatych i biednych praktycznie się nie przecinają. To państwo podwójnych standardów, które zaczynają się od moralności jednostki, a kończą na szczeblu państwowym. Według autorki, to coś więcej niż tylko hipokryzja – to także reakcja na politykę państwa, stojącą w rozkroku pomiędzy rzeczywistą kulturą większości mieszkańców ZEA a sprzecznym z nią muzułmańskim profilem kraju. Jeśli zrozumie się to skomplikowane zjawisko społeczno-kulturowe, a autorka to umożliwia, nie będą dziwić opisy sprzeczności, burzące wyobrażenia bilbordowe przeciętnego odbiorcy wyniesione z tendencyjnych publikacji czy krwawych wiadomości. I warto dać sobie je zburzyć, chociażby po to, by nie dziwić się polskiemu rządowi promującemu wieprzowinę w islamskim kraju. By zacząć myśleć ekonomicznie, a nie uprzedzeniami i generalizacjami spowitymi w lęk. By jadąc do tego kraju, uniknąć przykrych konsekwencji wynikających z braku wiedzy, a których świadkiem była autorka. By zrozumieć również postępowanie emigrantów przybywających do Europy.
Nie po to, by usprawiedliwiać!
Nie po to, by nawoływać do miłości, ale rzetelnie informować. Autorka nie jest apologetką ZEA, chociaż, jak przyznała, pokochała ten kraj. Podzieliła się swoimi obserwacjami na tyle szczerze, że uniemożliwiają jej powrót do ZEA. Jej emigracja, to cena ich publikacji. Jak napisała o swoich doświadczeniach – od każdego przyjezdnego zależy, ile wyniesie z tego spotkania, a ja dopiszę parafrazę – od każdego czytelnika zależy, ile wyniesie z jej książki.
Doceniam to.
Jeśli chodzi o drugi komentarz, pokazany na początku wpisu, załamałam nad nim ręce. To ten typ „czytelnika”, który nie przeczytał książki, ale wszystko o niej wie! Dlatego pozostawię go bez komentarza.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Beduinki na Instagramie [Aleksandra Chrobak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Jest i feminizm w ZEA. Ten film powstały na bazie legendy, który poleciła autorka, stworzyli studenci z Szardży, by dać wyraz frustracji Emiratek mających dość mężowskich zdrad.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 05 sierpnia 2016
Musimy coś zmienić – Sandy Hall



Musimy coś zmienić – Sandy Hall
Przełożyła Małgorzata Rymsza
Wydawnictwo Pascal , 2015 , 394 strony
Literatura amerykańska


Był sobie Gabe i była sobie Lea.
Żyli osobno, nic ich nie łączyło, a mimo to, w oczach ich obserwatorów, byli stworzeni dla siebie. Oboje studiowali w college’u. Poznali się, a właściwie zobaczyli, na wspólnych zajęciach z kreatywnego pisania. Nie byli narratorami swojej historii, a mimo to wiedziałam o nich wszystko!
Gabe właśnie wrócił do nauki po dłuższej przerwie, ukrywając powód nieobecności. Pełnił funkcję doradcy studenckiego. Bardzo podobała mu się Lea. Nieśmiałość i małomówność przeszkadzały mu w nawiązywaniu bliższej znajomości dziewczyną.
Lea zaczynała naukę jako studentka pierwszego roku. Była sympatyczną i lubianą przez innych przyjaciółką i koleżanką. Podobał się jej Gabe. Nieśmiałość i małomówność przeszkadzały jej w nawiązywaniu bliższej znajomości z chłopcem.
Ich historią miłosną, a właściwie wszystkim tym, co kryło się „między ustami a brzegiem pucharu”, trwającą od września do maja, interesowali się wszyscy ich znajomi, nieznajomi, a nawet wiewiórka i ławka. Przełamywanie nieśmiałości, demaskowanie nieprawdziwych opinii i fałszywych wniosków bardzo komplikowało i opóźniało ich zbliżanie się do siebie, ale to właśnie najbardziej ekscytowało czternastu obserwatorów bardzo wolno zacieśniającej się znajomości. Nie wszyscy byli im przychylni. Każdy opisywał parę i ich perypetie z własnej, osobistej, a przez to odmiennej perspektywy. Dla homoseksualnego Danny’ego, przyjaciela Lei, Gabe był homoseksualistą, zniechęcając ją tym samym do niego. Dla Maxine, siedemdziesięcioletniej kelnerki w studenckiej stołówce, obserwowana para była słodziakami, która koniecznie powinna być razem. Dla Ingi, wykładowczyni kreatywnego pisania, idealnymi osobami do zeswatania. Dla Charlotty, baristki w Starbucksie, chłopak był ćpunem z przypadkową lalą. Dla Boba, kierowcy autobusu, kolejną ciekawą historią opowiadaną po pracy swojej żonie. Dla Victora, studenta kursu kreatywnego pisania, irytującą Wielką Stopą i Żyrafą uporczywie zajmującymi krzesła obok niego. A dla wiewiórki niewyczerpanym źródłem orzeszków.
Każdy widział ich inaczej!
Ale każdy chciał jednego, dla ich lub swojego świętego spokoju, aby zostali w końcu parą. Niektórzy, w mniej lub bardziej dyskretny sposób, próbowali im to ułatwić. Z różnym skutkiem, ale z jednym efektem, który autorka podsumowała w ten sposób – I powstał nieskomplikowany romans opowiedziany przez kilka postaci. Napisała go trochę na życzenie znajomych nastolatków. Zajęło jej to sześć dni, a zadanie ułatwiła jej konstrukcja opowieści – opisywanie zdarzeń z różnych perspektyw. Dodając – Nie musiałam się borykać z żadnymi problemami. Akcja po prostu się toczyła, a ja w każdej chwili mogłam zdecydować: „Następny!”. Nigdy tym „następnym” nie została Lea lub Gabe. Wszystko, co o nich wiedziałam, wyłuskiwałam z naprzemiennych wypowiedzi czternastu narracji.
Próbowałam znaleźć w tej historii, dla mnie trochę naiwnej, prostej, ale na swój sposób słodkiej, dobre strony. Na pewno opowiadana historia przykuwa uwagę zaciekawieniem i chęcią uzyskania odpowiedzi na nurtujące pytanie – jak to się wszystko skończy? I to byłoby wszystko dla przypadkowego czytelnika szukającego rozrywki. Dla mnie ciekawym doświadczeniem było wcielenie się w rolę piętnastego obserwatora i napisanie narracji z mojego punktu widzenia. Jednak najwięcej możliwości książka odkrywa przed uczestnikami zajęć z biblioterapii „leczącymi” nieśmiałość. Jest świetnym materiałem terapeutycznym i tutaj opowieść może zdziałać cuda! Do tego celu mogą posłużyć gotowe pytania do dyskusji w grupie lub rozważań indywidualnych, umieszczone na końcu opowieści.
Musimy coś zmienić to dobre hasło, inspirująca zachęta, początek nowego i tytuł książki, która może pomóc nieśmiałym nastolatkom.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A we wrześniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (842)
Mój top czytanych w 2015
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi