Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 23 maja 2015
Zapiski semiotyczne – Marcin Rychlewski



Zapiski semiotyczne – Marcin Rychlewski
Wydawnictwo Naukowe Katedra , 201 , strony
Literatura polska


Jestem zachwycona tą publikacją!
Spodziewałam się, sądząc po wydawnictwie i naukowym terminie w tytule, bardzo poważnego wywodu, wykładu lub, w najlepszym razie, dyskursu w podejściu do semiotyki (semiologii lub semantyki) jako nauki.
A tu niespodzianka!
Na dodatek odkrywcza, która przypomniała mi moje pierwsze doświadczenia z odczytywaniem obrazów, kiedy to na zajęciach z malarstwa dowiedziałam się, że wizualność obrazu (ciekawym jest, że podobne doświadczenia miał autor, tyle że dużo wcześniej, bo w dzieciństwie) i jego stopień doskonałości odwzorowania przedstawianego obiektu, to niejedyne kryterium jego genialności i niejedyna płaszczyzna jego odczytywania. To również treść niesiona przez zawarte w nim symbole. Podobnego odkrycia i głębszego wejścia w rzeczywistość mnie otaczającą doświadczyłam dzięki tej publikacji. Chociaż to ostatnie określenie bardzo ogólnie oddaje jej charakter, bo i trudno określić, czym ta książka jest, do jakiego rodzaju tekstu literackiego czy gatunku ją przypisać, a przede wszystkim do kogo jest skierowana. Zresztą podejrzewam, że autorowi nie bardzo też na tym zależy. Wręcz utrudnia pracę „szufladkującym”, wzbogacając „wyraz artystyczny” pozycji minigalerią zdjęć, w których bohaterką jest maszyna do pisania w różnych ujęciach kompozycyjnych:

Odbiorcy wymienieni przez autora we wstępie - kulturoznawcy i poloniści - nie będą z niej zadowoleni w pełni. W najlepszym przypadku – z jej niektórych rozdziałów lub fragmentów, zarzucając autorowi nierówność merytoryczną. Od tych pierwszych polecą nawet krytyczne gromy wyrażające niezadowolenie z ostatecznego efektu pracy hybrydy - poety, krytyka i semiologa. Bo to nietypowa pozycja jest, która przedstawia semiologię poprzez pryzmat osobisty.
W sposób nienaukowy.
Ta nienaukowość, która może być wadą dla profesjonalistów z różnych dziedzin nauk społecznych, dla mnie, „zwykłego czytelnika” (dlaczego w cudzysłowie, napiszę później), do którego również skierował swoją książkę, była ogromną zaletą. Nie było w niej poważnego wykładowcy stojącego przed studentami, ale był człowiek. Mężczyzna podobny innym. Przeżywający życie ze wzlotami i porażkami, jak inni. Myślący, czujący i odbierający realizm świata tak, jak inni, ale jednocześnie inaczej niż inni – poprzez okulary semiologa. Bo taką ma profesję, która w mniejszym, ale częściej w większym stopniu, wpływa na odbiór rzeczywistości, która go otacza.
I właśnie to odkodowywanie przede mną wszechotaczających mnie znaków i ich konotacji przede wszystkim przez człowieka, a potem semiologa, tak mnie zachwyciło.
Autor, pozwalając sobie na przeniknięcie treści tonem osobistym, lojalnie uprzedził o tym we wstępie – Nie ukrywam , że niniejsza książka jest momentami dla mnie bardzo osobista. oraz w tytule – „zapiski”. Słowo jednoznacznie sugerujące luźne myśli zanotowane w formie krótkiej notatki na niecałą stronę,

dłuższych lub jednozdaniowych, ale osobnych refleksji, wyraźnie od siebie oddzielonych, w jednym rozdziale,

niekiedy obszerniejszego eseju, a czasami tekstu niemalże poetyckiego, zawierającego własne wiersze lub zakończonego zaskakującą, podsumowującą całość puentą albo zadaniem dla mnie do wykonania – pomyśleć błękit lub oswoić nieoswajalne. O tematyce bardzo różnorodnej, sięgającej do szeroko pojętej kultury bez granic czasowych – muzyki, literatury, sztuki, reklamy, filozofii - w środku której stoi człowiek. Słaby, kruchy, zagubiony, samotny, próbujący się w niej odnaleźć, odczytać siebie, innych ludzi i rzeczywistość, w której funkcjonuje. Sam autor swoją książkę przedstawił szczegółowiej – Traktuje ona o kaligrafii, semiotyce koloru, sztuce średniowiecznej i nowoczesnej, literaturze, muzyce rockowej, reklamie, a nawet chiromancji. Nade wszystko jednak o kulturze współczesnej i naszej kruchej, niepewnej egzystencji. O naszym niespójnym „ja”, o samotności, cierpieniu i próbach oswojenia świata poprzez znaki. Autor jest w tym procesie walki i oswajania i bohaterem-człowiekiem poprzez obnażenie swojej intymności oraz prywatności, i przewodnikiem dla czytelnika po swoim świecie, i naukowcem posiadającym określoną wiedzę, by ten świat ukazać, odkryć, a może nawet nauczyć dekodować. A przynajmniej wskazać taką alternatywną lub równoległą możliwość.
Dokładnie w takiej kolejności ról.
Wspólnym mianownikiem spajającym wszystkie rozdziały w logiczną całość czyni semiotykę. To ona stanowi klucz do interpretacji, nawiązań, wątków i analizy świata i siebie samego. Jak wyznaje autor we wstępie – Semiotyka bowiem często stanowi dla mnie jedynie punkt wyjścia do snucia refleksji na tematy ogólniejsze. Między innymi z myślą o zainteresowaniu tą mało znaną dziedziną nauki również tak zwanych „zwykłych czytelników”. Czy takich zwykłych? – raczej nie, ale dlaczego, odpowiem na to pytanie na koniec moich refleksji. Ale to z uwagi na tę grupę odbiorców tak dużo w tekstach osobistych refleksji i tak mało naukowych pojęć i terminologii, ograniczonych do niezbędnego, podstawowego minimum. Ale to dokładnie takie podejście w przekazie dało mi odwagę do podejmowania wewnętrznych dyskusji z autorem na poruszane tematy. Z naukowcami „zwykły czytelnik” raczej nie dyskutuje, ale z człowiekiem z naukową wiedzą, już tak. Nieobligatoryjność snutych poglądów pozwalała mi na niezgadzanie się chociażby z interpretacją wierszy Zbigniewa Herberta, ale i ujrzenie możliwości interpretacyjnych w zależności od odbiorcy. Warunkowanych jego doświadczeniem i posiadanym zasobem wiedzy.
Bo nie ma faktów, są tylko interpretacje – na tę tezę Fryderyka Nietzschego powoływał się autor.
Z wynikających z nich różnic biorą się wszelkie problemy ludzi między innymi w komunikacji interpersonalnej. To dlatego autor podkreśla rolę semiologa we współczesnym świecie – Niemniej demaskowanie tego, co znajduje się pod powierzchnią "signifiant”, ma wymiar etyczny i powinno być strategią działania każdego semiologa, swoistą krucjatą przeciw kreującym rzeczywistość środkom masowego przekazu. To niełatwe dla tak mało znanej dziedziny nauki, która może pełnić rolę zapobiegawczą i profilaktyczną w stosunku do naprawczej roli psychoterapii, a istotę czego oddaje ten fragment – Na ruchliwym skrzyżowaniu dróg dwoje ludzi dzieli kłótnia. Z karabinów maszynowych języka lecą serie słów. Ludzie, rozstrzelani przez znaki, idą, słaniając się, każde w inną stronę. Na czerwonym świetle. Tyle zostaje z człowieczeństwa bez umiejętności dekodowania, a przez to łatwości ulegania manipulacji znakami przez innych. Zdobycie tej umiejętności wymaga dużego, systematycznego i nieustannego nakładu pracy umysłowej i wyobraźni, co przy egalitaryzmie Internetu staje się dla wielu wręcz wyzwaniem intelektualnym.
I tak potraktowałam to spotkanie literackie z autorem.
Trochę jak wyzwanie. Poznałam podstawowe pojęcia podsunięte mi przez autora we wstępie. Wyjaśniłam te, które napotkałam w tekście. Przyswoiłam powoli swoisty język autora, bym mogła zrozumieć treść jego przekazu i wejść w jego mocno spersonalizowany świat. Odszukałam i przyjrzałam się obrazom, które interpretował, by widzieć i wiedzieć o czym mówi. By na końcu zrozumieć krótki tekst Bez tytułu, w którym tęskni za przerwaniem łańcucha semiozy i pisze antyhymn, jako odpowiedź dla biblijnego, pochwalnego Hymnu o Miłości św. Pawła:

Miłość jest niecierpliwa
Nie zawsze łaskawa
Nie wszystko znosi
Nie wszystkiemu wierzy
Nawet jeśli we wszystkim pokłada nadzieję
Nie wszystko przetrzyma

To książka dla poszukujących innego spojrzenia na świat, głębszego niż płaski odbiór bez skojarzeń i szerszego niż dziurka od klucza. Żądnych poznania innych wymiarów widzenia i obszarów pojmowania. Chętnych do przekraczania uznanych i zastanych granic w analizowaniu i syntetyzowaniu. Chciwych interpretacji diametralnie różnych od tych powszechnych i uznanych za jedynie słuszne. Pragnących zanurzyć się pod powierzchnię spokojnej tafli realiów, pod którą aż kipi od skojarzeń burzących poczucie stabilności. Łaknących nowej wiedzy, ale niekoniecznie zgadzających się z nią. Odważnych w budowaniu alternatywnych rzeczywistości i wyruszenia w ich dziewiczy interior z zasadą binarności. I wreszcie gotowych na samotność wynikającą z daleko wyspecjalizowanego języka dekodowania. A wszystko po to, by odnajdywać w tym świecie siebie i swoje uczucia stale od nowa i na nowo. Dokładnie takich „zwykłych czytelników” zaprasza autor, pisząc – Czekam, aż drzwi się otworzą i stanie w nich Inny, który wejdzie do mojego świata. Będzie częścią mnie, niestabilnego, płynnego „ja”. Pomoże zdjąć ciężar. Zabierze część mojej wolności. Przyniesie ogień.
Weszłam, byłam, poznałam i zostawiłam ten tekst.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2015 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 20 maja 2015
Jedenaście tysięcy dziewic – Joanna Marat



Jedenaście tysięcy dziewic – Joanna Marat
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2015 , 454 strony
Literatura polska


Historia lubi się powtarzać!
Chociaż sama autorka powtarzać się nie lubi. Za każdym razem jej kolejna powieść prowadzi w inne rejony a to gatunku (kryminał Monogram), a to tematyki (wiwisekcyjny debiut Grzechy Joanny). Tym razem w kierunku społeczno-obyczajowym z dominującym bohaterem zbiorowym – kobietą (mężczyźni otrzymują głos pod koniec powieści i to na krótko), w którym dramatyczne wydarzenia zapisane w legendach lub na tablicach upamiętniających, błędnie odczytanych, mając być przestrogą, stają się tylko kultem religijnym. Takiej to rozbieżności przyjrzała się autorka-gdańszczanka, przywracając pierwotne znaczenie imieniu, jakie nosi kaplica Jedenastu Tysięcy Dziewic w gdańskim Kościele Mariackim.

Danzig Marienkirche Profil (2011)" autorstwa Brunswyk. Licencja CC BY-SA 3.0 de na podstawie Wikimedia Commons.

Jej nazwę rozszyfrował dla mnie gdański przewodnik (w powieści jest ona przytaczana zdawkowo, a chciałam wiedzieć więcej), opowiadając o tragicznych losach św. Urszuli i jej towarzyszek. I to ta znacząca różnica, zamieniająca odnaleziony fragment inskrypcji - XI M V - z błędnego „11 tysięcy dziewic” na poprawny „11 męczennic dziewic”, zainspirowała autorkę do napisania nowej historii męczeństwa dosłownie (historycznie) i w przenośni (psychologicznie). Chociaż, jeśli dobrze się jej przyjrzeć, może ukazania jej ciągłości (podczas wojen) i kontynuacji w czasach współczesnych (w trakcie pokoju).
A dokładnie w czasie II wojny światowej.
Symbolicznym łącznikiem umęczonych, kobiecych pokoleń była właśnie kaplica Jedenastu Tysięcy Dziewic, do której szły po pocieszenie niektóre z bohaterek tej historii. Opowieści o męczeństwie w świecie mężczyzn, które nie zmieniło się od średniowiecza.
Zwłaszcza, gdy ci ostatni szli na wojnę.
Wtedy nie miał znaczenia ani czas, ani granice geograficzne, ani poziom kultury narodów. Liczyło się to, co zawsze od zarania dziejów ludzkości – polityka eksterminacji wroga, w której kobieta odgrywała kluczową rolę. Stawała się zdobyczą wojenną i jako taka, pomagała w rozsiewaniu genów zwycięzcy poprzez gwałt. Tylko że „zdobycz wojenna” ma uczucia, myśli i rodzi następne pokolenia. Kolejne kobiety.
I to o tych kobietach jest ta powieść.
Nie uznałabym jej jednak za sagę rodzinną. Mimo że opowiada o kilku generacjach sześciu rodzin – polskich, żydowskich, niemieckich i kaszubskich. Przykładając inną miarę podziału – po prostu gdańszczan. Nie prowadzi też linearnie losów bohaterek, chociaż ostatecznie tworzy jeden, spójny obraz. Ale to obraz raczej przypominający luźno powiązany patchwork, na który składają się różnorodne, bardzo odmienne, a czasami kontrastowe losy bohaterek. Tak liczne, że, abym się nie pogubiła, autorka umieściła na końcu książki ich wykaz z krótką charakterystyką i koligacjami. Bardzo mi on ułatwił poruszanie się wśród imponującego tłumu postaci. Zwłaszcza że powiązania między nimi były często dalekie i niekoniecznie rodzinne - albo poprzez osoby zmarłe, albo umierające, albo w martwym punkcie swojego życia. Przechodzenie od jednej do drugiej umożliwiał mi narrator zewnętrzny, ukazując wycinki z ich życia, sceny retrospektywne, prawdziwe myśli, których nie potrafiły wypowiedzieć „ludzkim głosem” albo werbalnie, zniewolonych lub zniewalających, raniących i cierpiących, uległych lub zbuntowanych, stale krwawiących emocjonalnie, okaleczonych w umiejętności i zdolności do budowaniu zdrowych relacji nie tylko rodzinnych, ale w ogóle międzyludzkich. Zwłaszcza z mężczyznami.
Kobiet powykręcanych, wypalonych i poprzetrącanych przez pustoszący ich osobowości gen męczeństwa w świecie mężczyzn.
I chociażby dlatego ta historia rodzin nie mogła stać się dumną, ciepłą, rodzinną sagą, a była obrazem pokoleń doświadczonych przez wojnę, w których trauma masowych i powszechnych gwałtów na kobietach wszystkich narodowości zamieszkujących, w przypadku tej historii, gdańskie ziemie, sięgnęła aż do pokoleń najmłodszych, współczesnych mi w momencie czytania tej powieści. Przesyconej smutkiem, chorobą psychiczną i fizyczną, żalem topionym w alkoholu, beznadzieją, nieszczęściem tragicznego dzieciństwa, nienawiścią, zazdrością i trucizną. Jadem wszechobecnym w myślach, a przede wszystkim w wypluwanych słowach, krótkich i ostrych w przekazie wypowiedziach, które miały truć, dobić, a najlepiej zabić uczucia adresata.
I zabijały zdolność do miłości.
Paradoksalnie poszukiwanej przez wszystkie bohaterki, jak deficytowy, cenny towar. Gotowe oddać za nią wszystko – ciało (poprawiane przez chirurga), duszę (grzesząc wbrew zasadom wiary) i umysł (oszukując logikę rozumowania, a przede wszystkim siebie), popełniając dla niej masochistyczny samogwałt. Tak, jakby wiedziały instynktownie, że nie ma szczęśliwych dzieci bez szczęśliwych matek, szczęśliwych rodzin bez miłości i szczęśliwych narodów bez szczęśliwych pokoleń.
W literaturze powstało wiele pięknych sag rodzinnych, których podstawą harmonijnego istnienia była miłość. Ta powieść jest ich przeciwieństwem, antysagą lub alternatywną wersją, pokazującą obraz rodziny, w której zabrakło podstawowego i niezbędnego spoiwa - miłości. Jest przestrogą przed niewyciąganiem wniosków z historii. Przypomnieniem o spuściźnie św. Urszuli i jej jedenastu towarzyszek oraz jedenastu tysięcy?, milionów?, miliardów? umęczonych po nich.
Karykaturą kobiety, karykaturą rodziny i karykaturą narodu.

sobota, 16 maja 2015
Kanada – Richard Ford



Kanada – Richard Ford
Przełożył Zbigniew Kościuk
Wydawnictwo PWN , 2015 , 503 strony
Literatura amerykańska


Najpierw opowiem o napadzie dokonanym przez moich rodziców, a później o zabójstwach.
To pierwsze, mocne zdanie rozpoczynające powieść, wypowiedział narrator i jednocześnie główny jej bohater – Dell. Dorosły Amerykanin z kanadyjskim obywatelstwem od 35 lat, wykładowca angielskiego, żonaty z Kanadyjką, bezdzietny. Tym jednym, intrygującym zdaniem zaproponował mi wspólne prześledzenie jego życia od przełomowego momentu w 1960 roku, w którym miał 15 lat, do chwili obecnej. Czasu teraźniejszego, w którym mógł spojrzeć za siebie i, przytaczając myśl angielskiego pisarza i krytyka Johna Ruskina, którego poglądem rozpoczął i zakończył opowieść o sobie, ułożyć z dostępnych mu elementów obraz własnego życia. Kompozycję trudną do złożenia ze względu na nierówność jej elementów niczym w puzzlach. Zadaniem naszym było zadecydować, co jest równe czemu, co ważniejsze, a co może zostać odsunięte na bok, kiedy życie gna naprzód. To porównanie życia do znanej układanki widoczne było w komponowaniu fabuły, w układzie powieści podzielonej na trzy części-rozdziały (przed napadem w USA, po napadzie w Kanadzie i życie dorosłe), a nawet w treści, stając się rozrywką ojca Della.
Moją pierwszą reakcją na zdanie rozpoczynające historię Della była jedna myśl – tragedia!
Nieodpowiedzialni rodzice i dramat ich dzieci – piętnastoletnich bliźniaków, dziewczyny i chłopca. Poczekaj, nie tak szybko z ocenianiem! – usłyszałam w podtekście słowa narratora. To tylko jeden z elementów puzzli. Za mało, by stworzyć obiektywną całość. I rozsypał przede mną kolejne - swoje wspomnienia, podsunął notatki zapisane przez jego matkę w Kronice zbrodni popełnionej przez słabą osobę, listy siostry i jej spojrzenie na przeszłe wydarzenia, artykuły z czasopism donoszące o sensacji i rozmowy z ludźmi pamiętającymi tamte graniczne wydarzenia.
Powstała opowieść znana nie z mass mediów, nie rodziców-przestępców nastolatków, którzy opowiedzieliby ją zupełnie inaczej, nie ludzi dorosłych, do których mogłabym się zaliczyć, pochopnie nadużywających określeń okropni, nierozumni, poddani mrocznej sile zniszczenia, ale dzieci.
ICH dzieci.
A dokładniej Della, który w odróżnieniu od zbuntowanej siostry Berner, zastosował w swoim życiu kilka teorii. W wieku piętnastu lat nieświadomie, a dostrzeżonych dopiero przez dorosłego mężczyznę. Pierwszą było dążenie do normalności w sytuacji mocno nienormalnej. Poszukiwanie jej namiastki nawet w skrajnych sytuacjach, bo to ona zaspokajała najbardziej podstawową potrzebę dziecka – poczucie bezpieczeństwa. Drugą była koncepcja przeznaczenia i charakteru, która była dla mnie ateistyczną wersją religijnej – przeznaczenia i wolnej woli. Dobra tkwiącego w człowieku, które należało wydobyć na powierzchnię albo zła próbującego zdeterminować los i tylko praca nad stworzeniem gorsetu z norm społecznych i moralnych czy ułożeniem z nich ochronnej warstwy cywilizacji, mogła utrzymać w ryzach człowieczą skłonność do czynienia zła. Trzecią była teoria dynamiczności i zmienności czynników zewnętrznych mających wpływ na los człowieka, uniemożliwiających stworzenie skończonego, zaplanowanego obrazu życia. To jest niemożliwe i z tym należy się pogodzić – przekonywał mnie Dell. To właśnie akceptacja tej płynności była czwartą teorią, pozwalającą spojrzeć na wydarzenia, czy tragedię nastolatka, nie jak na stratę, ale jak na szansę na nowe, na początek, na inne, na rozwój, i ostatecznie, na pojawienie się kolejnych możliwości w przyszłości, bo każda sytuacja, w jakiej uczestniczą istoty ludzkie, może się całkowicie odwrócić. Że wszystkie rzeczy, o których prawdziwości nas zapewniają, mogą okazać się inne. Każdy filar wiary, na jakim wspiera się świat, może runąć.
Wydawałoby się, że tak naszpikowana teoriami psychologiczno-filozoficznymi powieść, ma prawo nabrać ciężaru powagi, utrudniającej mi odbiór. Jednak autorowi udało się uczynić ją lekką w odbiorze właśnie poprzez spojrzenie zdystansowanego nastolatka-obserwatora, z którym próbowałam wspólnymi siłami, wydarzenie po wydarzeniu, scena po scenie, emocja po emocji, zrozumieć złożoność jego położenia i następujących po sobie faktów niczym w gangsterskim filmie, a potem jego życia. Również życia w ogóle.
Pozostało mi do rozstrzygnięcia jedno pytanie w obliczu tylu podsuniętych mi teorii-recept na dobre życie – czy to wystarczy, by nie stać się przestępcą?
Otóż nie wystarczy!
Autor wyraża to symbolicznie, pozwalając ojcu Della zjeść ostatni element układanych przez siebie puzzli, uniemożliwiając zaistnieniu skończoności, pełności, przewidywalności, doskonałości i gotowości w życiu. To jest możliwe tylko w przypadku umarłego. Ale wtedy nie miałby kto opowiedzieć o tym wszystkim.
Dlatego żyjącym pozostaje w tej nieprzewidywalności wyniku walki dobra ze złem stale starać się. Jak sugeruje, cytowany przez Della, John Ruskin – mamy większą szansę w życiu – większą szansę przetrwania – jeśli umiemy radzić sobie ze stratą i podporządkowujemy jedne elementy drugim (...), aby zachować właściwą proporcję i połączyć je w całość, która sprzyja dobru.
To cholernie trudne! – chciało mi się krzyczeć, gdy opowieść Della dobiegła końca. Wiem, wiem – usłyszałam – moja siostra mogłaby opowiedzieć zupełnie inną historię, bardzo odmienną od mojej, negatywną. Ale starała się.
W staraniu się tkwi sens istnienia wszystkich teorii-recept na dobre życie, w którym jesteśmy kandydatami na przestępców.
Wszyscy, bez wyjątku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 12 maja 2015
Popioły piekła – Carmen Santos



Popioły piekła – Carmen Santos
Przełożył Jerzy Wołk-Łaniewski
Wydawnictwo Bellona , 2015 , 438 stron
Seria Saga Rodzinna , tom 1
Literatura hiszpańska


Super początek historii dla miłośniczek seriali z gatunku oper mydlanych!
W jak najlepszym tego słowa znaczeniu. I nie pomyliłam się, używając określenia „seriali”. Ta opowieść, słusznie nazwana sagą rodzinną, o losach dziewiętnastoletniej (przynajmniej tyle ma na początku historii) Valentiny, spełnia wszystkie wymagania tego gatunku filmowego. Jedyną różnicą jest forma przedstawienia historii. W tym przypadku zamiast obrazu – słowo. Ale słowo tak podane, tak poprowadzone, że nie miałam problemu z wyobrażeniem sekwencji poszczególnych scen. Dosłownie niczym w filmie.
A nie było to takie łatwe dla autorki.
Po pierwsze to powieść historyczna, która przeniosła mnie w drugą połowę XIX wieku na Kubę. Prosto do Hawany. Dla wielu Hiszpanów o niskim statusie społecznym takich, jak Valentina służąca w domu madryckich arystokratów, wyspa ta jawiła się niczym Eldorado. Była snem o krainie, gdzie lato nigdy nie ustawało, gdzie rosły owoce słodkie niczym miód, zaś cukier tryskał prosto z ziemi, gdzie mieszkańcy bawili się, tańcząc aż po świt, a pracowity człowiek mógł zapracować na przyszłość bez względu na to, jak skromnego byłby pochodzenia. To przekonanie dało Valentinie nadzieję na lepsze życie i chęć wyemigrowania do tej hiszpańskiej kolonii.
Rozwiało się bardzo szybko w zderzeniu z zastaną rzeczywistością.
Diametralnie różną nie tylko od wyobrażeń, ale i od życia w Hiszpanii. Niezwykle egzotyczną, ale i bezwzględnie okrutną dla przybyszy, gdzie płatnych służących nie potrzebowano, ponieważ wszystkie, najtrudniejsze i najcięższe prace wykonywali niewolnicy.
Po drugie autorka musiała umiejętnie odtworzyć ówczesne realia, ukazując zarówno piękno Hawany, jak i jej grozę, sprawiedliwie oddając jej dychotomię.
W tak odmienne, ale dobrze oddane, realia społeczne autorka wpisała rolę nowicjuszki wśród tubylców, próbującej się w nich odnaleźć.
Nie oszczędziła Valentinie niczego.
Tak zagmatwała jej życie, zesłała lawinę nieszczęść, śmierci bliskich, niekorzystnych zdarzeń i niepomyślnych wypadków, że bohaterka właściwie powinna się załamać i popełnić samobójstwo w ramach strajku wobec pisarza. Ale nie w przypadku Valentiny. To co innych zabijało, dziewczynę wzmacniało. Trochę mnie to irytowało, bo wiele zdarzeń prowokowała nieprzemyślanymi wyborami, ale takie historie już tak mają, że nieprawdopodobne staje się rzeczywiste, a odbiorca to wybacza, nie mogąc doczekać się dalszego ciągu wątków. Powieść kierowała się jedną zasadą – im trudniej dziewczynie było, tym ciekawiej się czytało. Zmienny charakter fabuły wpływał też na zmienność rodzaju powieści. Zaczęłam czytać ją jako powieść historyczną ze względu na miejsce akcji. Po dotarciu na Kubę nabrała charakteru społeczno-obyczajowego ze względu na opis tła społecznego wyspy porównywanego do beczki prochu, która pewnego dnia wybuchnie pod samym nosem hiszpańskich funkcjonariuszy, zajmujących się wykorzystywaniem do końca bogactwa kolonii, i potężnych posiadaczy plantacji trzciny cukrowej, których do działania pobudzało jedynie pragnienie inwestowania w luksusy bogactw uzyskanych ze słodkiego złota. By na koniec stać się powieścią erotyczną, z kartek której kapało seksem w aromacie świec zapachowych, gdzie mężczyzna nie grzeszył, zaspokajając swoje naturalne potrzeby, a kobieta mogła wybierać między byciem dziwką, która oddaje się za byle grosz każdemu spoconemu wieśniakowi a kurtyzaną użyczającą swego ciała niesamowicie bogatym mężczyznom, aby mogli się nim nacieszyć, w zamian wyciągając krocie.
Jest w niej więc wszystko to, co czytelniczki uwielbiają.
Dramat kobiety, w którym los uśmiechał się do mężczyzn, nawet tych najbardziej prymitywnych, a zarazem okazywał taką wzgardę kobietom. Romans i mezalians niszczący dziewczęcą niewinność z mężczyznami, którzy byli albo szlachetni, albo okazywali się draniami. Miłość, która wbijała się we wnętrzności niczym cierń zatruty słodkim jadem i podpalała krew z żarłocznością pożogi wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice, zamieniająca miodowy smak życia w truciznę i popioły piekła. Egzotyka miejsca akcji, która kusiła kolorami, smakami, zapachami, wierzeniami i tańcem, by z zaciekawieniem zaglądać do domów, kościołów czy przybytku uciech. Ale to, co najbardziej przyciągało moją uwagę, to niezłomność głównej bohaterki w zmaganiu się z tym całym koktajlem wydarzeń w jej życiu. Jestem przekonana, że kontynuacja tej rodzinnej sagi wcale nie uczyni je lżejszym. Wręcz przeciwnie. Zgodnie z zasadą im będzie trudniej, tym ciekawiej!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 09 maja 2015
Rok 1356 – Bernard Cornwell



Rok 1356 – Bernard Cornwell
Przełożył Michał Kompanowski
Wydawnictwo Bellona , 2015 , 478 stron
Literatura angielska


Z chęcią sięgnęłam po najnowszą pozycję mistrza powieści historycznych!
Chciałam trzech rzeczy – oderwania się od problemów mojej współczesności, przeniesienia w jak najdalsze czasy i przeżycia przygody, w którą mogłabym uwierzyć, ale niekoniecznie tak całkiem, a przy okazji czegoś nowego się dowiedzieć. To ostatnie okazało się dla mnie wielką niespodzianką, ale o tym napiszę na końcu.
Dokładnie to wszystko, czego oczekiwałam, miałam podane na okładce tytułowej.
Rok 1356 bardzo mi odpowiadał i był na tyle daleki, że nawet opisy broni, ubioru czy scen batalistycznych z użyciem słów archaicznych wymagały zajrzenia do słownika. I to zachęcające zdanie u góry okładki:

Inna rzecz, że nie była to „randka w ciemno” z pisarzem. Znałam już i wysoko oceniłam jego wyobraźnię i pióro przy okazji dzielenia się wrażeniami na temat Trylogii Arturiańskiej i Złodzieja z szafotu. Bardzo dobrze wiedziałam zatem, komu powierzam zaspokojenie potrzeby dobrej przygody.
Na spotkanie wysłał mi, a jakże, rycerza – Tomasza z Hookton. Nikt jednak nie używał tego imienia. Bardziej znany był jako Le Bâtard czyli Bastard. Tak, tak, dokładnie to oznaczał jego pseudonim. Co ciekawe, był z niego dumny. Dowodził najemnym oddziałem o osobliwej nazwie – Hellequini czyli diable dusze. Podobno wywiedzione przez Boga z piekła, który dał im nowe życie i ochronę przed otchłanią. Tyle donosiły afirmujące plotki, mające zasiać strach w sercach nieprzyjaciół, a tak naprawdę najwyższych umiejętności łucznicy, kierujący się niezłomnymi zasadami postępowania w życiu i w bitwie, z których najważniejsze wymieniali – dzielimy się łupami, nie porzucamy towarzyszy, nie gwałcimy kobiet. W dobre towarzystwo trafiłam, bo tacy szlachetni mężowie należeli do nielicznych w tym bezwzględnym świecie mężczyzn. Miałam przed sobą całą ich plejadę wszelakiego autoramentu. Od prymitywnego, sprzedajnego, ordynarnego, sardonicznego, rozmiłowanego w okrucieństwie Sculleya po żyjącego dla ideałów, romantycznego prawiczka Rolanda de Verreca, który bardzo przypominał mi Don Kichota z La Manchy.
Wszyscy, łącznie z Tomaszem, bardzo zaangażowani, powiedziałabym nawet, że na śmierć i życie, w poszukiwanie bardzo pożądanego przedmiotu. I nie był to Święty Graal, jak napisano na tylnej okładce:

Wprawdzie wspominało się o nim tu i ówdzie, ale sporadycznie, a głównym bohaterem był miecz świętego Piotra. Ten sam, którym apostoł Piotr obciął ucho Malchosowi w Ogrójcu w obronie Jezusa zdradzonego i wydanego pocałunkiem przez Judasza. Stąd jego powieściowa nazwa la Malice. Ten magiczny przedmiot pożądania wszystkich bohaterów powieści miał przynieść błogosławieństwo jego posiadaczowi. Bez wyjątku wierzyli w relikwię o boskiej mocy potrafiącą wynieść ludzką duszę wprost do nieba. Każdy z nich, z jego mocą, chciał osiągnąć własny, odmienny dla pozostałych, cel – zostać papieżem, zdobyć przychylność swego pana i płynące stąd profity, władzę, ochronę dla Kościoła, ale przede wszystkim zwycięstwo nad wrogiem w zbliżającej się bitwie pod Poitiers we wrześniu 1356 roku. Stąd tytuł tej powieści. To do tego miejsca i tej daty ostatecznie prowadziła intryga osnuta wokół poszukiwanej relikwii oraz zmierzały stale ważące się losy jej bohaterów. Jej strategiczny i taktyczny przebieg mogłam śledzić na dołączonej mapce:

Według autora, to jeden z największych militarnych sukcesów angielskiego króla Edwarda III, który został przez historię trochę zapomniany. To o niej właśnie chciał, poprzez tę powieść, opowiedzieć autor, nadając jej charakter historyczno-sensacyjny. I przedstawił to tak, jak tylko on potrafi – intrygująco, wartko, płynnie, sugestywnie i szokująco-realistycznie w opisach walk militarnych, w których nieprzyjaciel czuł bijący od wroga odór, czuł gówno z opróżnianych mimowolnie kiszek, czuł w oddechach zaduch wypitego wina i piwa, czuł krew zraszającą trawę. To w tych momentach kończyła się zabawa i przygoda, a zaczynało twarde, brutalne, bezwzględne życie mężczyzny w XIV wieku. A przy okazji i kobiet, o których rolach i pozycjach w tamtych czasach nie zapomniał wspomnieć.
I na koniec o niespodziance zapowiedzianej na początku.
Miecz la Malice z powieści czyli miecz świętego Piotra, a właściwie falchion, który bardziej przypomina tasak, można obejrzeć osobiście w bazylice archikatedralnej Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Poznaniu. Niestety tylko kopię, bo oryginał znajduje się w poznańskim Muzeum Archidiecezjalnym.

"Miecz św Piotra RB1" autorstwa Radomil - Praca własna. Licencja GFDL 1.2 na podstawie Wikimedia Commons.

Czy jest prawdziwy?
Spór o autentyczność relikwii między historykami trwa do dzisiaj. Pozostaje mi więc przytoczyć rozjemcze zdanie autora z Noty historycznej umieszczonej na końcu książki – Każdy odwiedzający ma prawo wierzyć bądź nie wierzyć w prawdziwość relikwii. Dokładnie tak, jak w przypadku tej historycznej opowieści, pamiętając, że w każdej legendzie, przekazie czy opowieści tkwi ziarenko prawdy.
Jedno natomiast jest pewne – przyjemność czytania na dwa wieczory i dobra zabawa z niej płynąca.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 04 maja 2015
Szczygieł – Donna Tartt



Szczygieł – Donna Tartt
Przełożył Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo Znak Literanova , 2015 , 843 strony
Literatura amerykańska


Umarła przeze mnie.
Po czternastu latach od tragedii, kiedy w ataku terrorystycznym zginęła matka Thea, on nadal, będąc już dorosłym mężczyzną, dźwigał brzemię tej winy. Była jak piętno, której nie mógł usunąć z pamięci. Twierdził – kiedy ją straciłem, zniknął mi z oczu ostatni punkt orientacyjny, który mógł mnie doprowadzić w jakieś szczęśliwsze miejsce, ku życiu bardziej towarzyskiemu i radosnemu. I mimo że otaczający go ludzie zaprzeczali temu, on przez te wszystkie lata dorastania mówił – wszystko święta prawda, ale ja nie wierzę w ani jedno ich słowo. Podzielił czas na „przed i „po”. Z gruzowiska manhattańskiego muzeum w Nowym Jorku, w którym rozegrał się graniczny czasowo dramat, wyniósł niewielki, ulubiony obraz swojej mamy – Szczygła siedemnastowiecznego, holenderskiego malarza Carela Fabritiusa.

Wikipedia

Jedyną rzecz, która połączyła go ze zmarłą, pozwalając na namiastkę i substytut bliskości oraz iluzję więzi. Z uszkodzonego wybuchem bomby budynku wyniósł jeszcze coś – pierścień podarowany mu przez konającego, nieznajomego, starszego człowieka.
Te trzy rzeczy – poczucie winy, obraz i pierścień – stały się wyznacznikami i czynnikami kierującymi jego zachowaniem, by ostatecznie zdeterminować jego los.
Pierścień dał mu nową rodzinę i życie. Obraz to ostatnie bardzo komplikował, mimo że chłopca cieszyła świadomość, że jest w pobliżu, przydawał bowiem wszystkiemu głębi i solidności, wzmacniał osnowę rzeczy, uspokajał swoją niewidzialną, niezachwianą doskonałością. Poczucie winy natomiast, niczym zardzewiały gwóźdź wystający z deski, zatruwało sumienie, zagłuszane przez alkohol i narkotyki.
I o tym życiu od trzynastolatka, nazywanego z powodu wyglądu Potterem, po dorosłego mężczyznę, o dorastaniu i dojrzewaniu z poczuciem winy za śmierć matki, była w pierwszej warstwie ta opowieść, czyniąc z niej powieść społeczno-obyczajową.
Jego kolejnym etapom, a zarazem wędrówce od Nowego Jorku poprzez Las Vegas aż po Amsterdam, odpowiadały kolejne rozdziały powieści. Każdy zaopatrzony poprzedzającym go mottem, charakteryzującym istotę czekającej mnie treści, z których najbardziej spodobało mi się to:

Towarzyszenie dorastającemu, okaleczonemu emocjonalnie bohaterowi przez te wszystkie lata nie było dla mnie łatwe. Brodziłam w zdaniach, które swoją gęstością treści wymuszały na mnie powolne czytanie. Czułam się niczym zagubiona na bagnach, brnąc ostrożnie razem z Theem w poszukiwaniu wysepki ratującej życie. Momentu radości, powodu do istnienia, ulotnego poczucia szczęścia czy chwili oddechu między czającymi się głębiami kolejnych zapić i zaćpań znieczulających ból. Czułam to dno beznadziei poprzez bezpośredniość pierwszoosobowej narracji. Do tego stopnia niwelującą dystans wobec treści, że zapadające we mnie emocje uwidaczniały się w moich snach, wywołując mroczne, narkotyczne obrazy prosto z powieści. Wybudzałam się z ulgą.
Jak trzeba pisać, by dotrzeć nie tylko do świadomości oraz emocji, ale i do marzeń sennych czytelnika? – zadałam sobie to pytanie.
Zawdzięczałam to niezwykle sugestywnemu stylowi budowania zdań, w których poszczególne wyrazy otwierały drzwi do kolejnych treści i nawiązań. Głos opowiadającego bohatera, oprócz brzemienia, posiadał również skojarzony, stojący za nim świat. Ten haczyk wystarczył do wyciągnięcia i rozwinięcia kolejnych zdań, by, oprócz tonu i barwy, w jego głosie pobrzmiewało krzepiące echo urzędniczego świata: biurowe systemy przechowywania dokumentów, pokryte wykładziną podłogi, praca jak co dzień w okręgu Manhattan. Machnięcie ręki nie kończyło się tylko na geście, ale pociągało za sobą szczegółowy jej opis włącznie z czarnymi obwódkami, siecią blizn i żył po zewnętrznej stronie dłoni. W tej drobiazgowości szczegółu wszyscy bohaterowie byli charakterystyczni, wyraźni w każdym spojrzeniu czy pozycji, angażując tym kolejne pokłady mojej wyobraźni. Czasami retrospekcyjnych wspomnień. Tutaj nawet miejsca akcji były bohaterami, tworzącymi klimat silnie narzucający emocje i skojarzenia w zależności od doświadczeń odbiorcy. W moim przypadku - filmowych, prosto z Pulp Fiction. Z tak gęsto tkanych zdań pełnych metafor, nawiązań, przenośni, sugestii i obszernych dygresji, powstał głęboki obraz psychologiczny dorastającego Thea, ale również tych wszystkich ludzi, którzy pojawiali się wokół niego.
I to była druga warstwa tej opowieści, czyniąc z niej powieść psychologiczną.
Co ciekawe, nie było w niej bohaterów jednoznacznie pozytywnych i negatywnych, ponieważ postępowali i nagannie, i dobrze, z różnymi stosunkami ich proporcji w jednej osobie. Przez całą powieść zastanawiało mnie, dlaczego nie byłam w stanie potępić brutalnego ojca znęcającego się nad przyjacielem Thea, Borisem? Dlaczego nie złościłam się na Pippę, wybierającą głos rozsądku, a nie serca? Dlaczego nie wściekałam się na powszechną nielojalność przyjaciół? Dlaczego byłam taka zdystansowana wobec wszystkich tak drobiazgowo przedstawianych bohaterów, bez względu na to, co robili, jak postępowali, kogo niszczyli, oszukali, pobili, okradli, a nawet zamordowali?
Dlaczego kata żałowałam na równi z ofiarą?!
Odpowiedź znalazłam po przeczytaniu całości. Kiedy zamknęłam książkę, mogłam, niczym w muzeum przed obrazem, cofnąć się i od szczegółu zdania przejść do ogółu treści. Dostrzec to, czego nie było widać w detalach, w zbliżeniu, w gąszczu emocji wątków fabuły – dramatyczne historie stojące za bohaterami. Nie tylko Theo był skrzywdzonym, ofiarą zdarzeń, wypadkową czynników niezależnych, a potem własnych wyborów, ale również każda z występujących w tej powieści osób. To dlatego wymykały się one mojej jednoznacznej ocenie. W każdej z nich było i trochę dobra, i trochę zła. Ich wybory skutkowały nieprzewidzianym wachlarzem scenariuszy dalszych ich losów. I nie zawsze dobry wybór rodził dobro, a zły, zło.
I ta walka dobra ze złem była trzecią warstwą opowieści, czyniąc z niej powieść filozoficzną.
Widziana dopiero z odległej perspektywy. Pokuszę się nawet o porównanie tej płaszczyzny powieści do swoistego traktatu o dobru i złu. Pierwsze dwie warstwy historii Thea były po to, by na podstawie wątków fabuły i wplątanych w nie bohaterów, ukazać stary, jak ludzkość, problem filozoficzny – egzystencjalizm jednostki, która w drodze do szczęścia, wikłana jest w proces przenikania się dobra ze złem. Ze zła może wynikać dobro, a dobro może zrodzić zło, bo dobro nie zawsze wynika z dobrych uczynków, a złe uczynki nie zawsze są skutkiem zła. I tutaj kolejne skojarzenie filmowe – dokładnie to samo, ale za pomocą obrazu, przekazał mi M. Night Shyamalan w Osadzie. Musiałam przejść przez to gęste bagno powieści, by usłyszeć na końcu zdanie skierowane wprost do mnie – czuję, że mam ci coś nader poważnego i pilnego do przekazania, i czuję, że powinienem to powiedzieć (...), że chociaż nie zawsze cieszymy się, że tu jesteśmy, naszym zadaniem jest i tak zanurzyć się w tym bagnie: i przebrnąć na drugi brzeg z otwartymi oczami i sercem.
Ukazanie tego problemu zajęło autorce 10 lat. Zrobiła to niczym miniaturzystka, "która maluje ogromny mural przy użyciu pędzelka cienkiego jak włos" (tak mówi o swojej pracy autorka) do tego stopnia precyzyjnie i perfekcyjnie, że w 2014 roku za tę powieść otrzymała Nagrodę Pulitzera.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 02 maja 2015
Bez strachu - Adam Ragiel , Magdalena Rigamonti



Bez strachu: jak umiera człowiek – Adam Ragiel , Magdalena Rigamonti
Wydawnictwo PWN , 2015 , 175 stron
Seria Bez Tajemnic
Literatura polska


Chce się żyć!
Tak na maksa, tak już i teraz, bez odkładania planów na później! Takie niesamowite doładowanie energii dostałam po przeczytaniu wywiadów autorki z ich bohaterami. Z pracownikami warszawskiego prosektorium, dla których śmierć i jej skutki fizyczne są codziennością – balsamistami, technikami sekcyjnymi, praktykantkami i kursantkami. Autorka zadawała pytania zarówno zawodowe wyjaśniające, co się dzieje z ciałem po śmierci, jak przebiega proces gnilny, w jakim stanie rozkładu otrzymują zwłoki, jak je przygotowują do pochówku, na czym polega makijaż pośmiertny oraz balsamacja i dlaczego tak mało osób ma świadomość tej usługi, jak kremuje się zwłoki, na jakie niebezpieczeństwa są narażeni (zwłaszcza na zarażenie się chorobami od zmarłych), jak i pytania osobiste – czy wierzą w Boga, czy boją się śmierci, czy doświadczyli obecności duszy, dlaczego wybrali ten zawód, jak radzą sobie z emocjami, jak żyją na co dzień ze świadomością namacalnej obecności śmierci?
Odpowiedzi na poszczególne pytania były dla mnie nie tylko merytoryczną informacją istotną dla ujrzenia kostnicy od wewnątrz, poznania jednego dnia z jej funkcjonowania, codziennych zajęć i obowiązków jej pracowników, spojrzenia na różnorodność przypadków form i sposobów śmierci i jej skutków fizycznych, ale przede wszystkim powolnym oswajaniem się z tematyką, z denatami śmierci naturalnej i tej przez samobójstwo, wypadek czy chorobę, stopniami rozkładu, z wszechobecnym odorem jako kontrastu do pachnącego ciała po balsamacji, emocjami rozpaczającej rodziny, która wdzięczna jest pracownikom chociażby za ukrycie bruzdy wisielczej, by nie ujawniło się samobójstwo.
Z obrazem nas samych po śmierci, a zwłaszcza ostatnim naszym obrazem w oczach rodziny, który albo pogłębi żałobę, albo uczyni ją lżejszą. Rola pracowników prosektorium w tym odbiorze jest nieoceniona. Bo śmierć przyjdzie. To jedyna pewna rzecz w naszym życiu. Arek, balsamista i technik sekcyjny, mówi wprost – W naszej kulturze ludzie udają, że śmierci nie ma, ona gdzieś jest zepchnięta, wymazywana. A mnie się zdarza przygotowywać dziesięć ciał jednego dnia. I paradoksalnie, to odczuwanie jej powszedniości i stałej obecności, pomaga szanować życie! To dlatego podkreśla swoje niepopularne przekonanie w dobie kultu młodości, urody i „wiecznego życia” – Moim zdaniem każdy dorosły człowiek powinien to zobaczyć. Zwłaszcza samobójcy, nieodpowiedzialni rodzice i piraci drogowi.
Ten pogląd praktyka podzielają psychologowie poznawczy, o czym pisałam przy okazji omawiania Twój umysł na detoksie chociażby dla zdrowia psychicznego i stawiania racjonalnego środka ciężkości w życiu. Odgradzanie się od śmierci, zgoda na czynienie z niej tematu tabu, według Adama Ragiela, również balsamisty i technika sekcyjnego, to zgoda nie tylko na brak odporności psychicznej w zetknięciu się z nią, ale także na ufne oddawanie naszych bliskich w ręce ludzi biznesu funeralnego.
I tu zaczynają się schody i nieoceniona wartość tej pozycji!
Według Adama Ragiela narkobiznes z aferą pavulonową w pogotowiu łódzkim i zakładem pogrzebowym w tle, to pokłosie niezmienionych do dzisiaj przepisów z lat 50. ubiegłego wieku, przyzwalających na takie praktyki. Również bezczeszczenia zwłok, które, według niego, nie są wyjątkiem, ale patologiczną normą. To dlatego uważa, że o śmierci trzeba mówić publicznie, również o jej fizycznej stronie.
I to robi!
Chociażby poprzez uświadamiające audycje radiowe czy takie publikacje, jak ta. Teoretycznie mamy prawo do szacunku również po śmierci, a z tym w zakładach pogrzebowych bywa różnie ze względów prawnych, warunków technicznych, jak i przygotowania zawodowego samych pracowników. Nie boi się mówić wprost – Połowa firm pogrzebowych, powinna być pozamykana”, bo „co tam prawo, co tam ludzka naiwność, liczy się kasa!!! (...) Ciała, zwłoki, trupy – im nic nie zaszkodzi, są ważniejsze sprawy niż zajmowanie się prawami nieboszczyków i ich rodzin. Gdzieś w tym wszystkim, za naszym przyzwoleniem podyktowanym strachem, zagubił się szacunek do ciała po śmierci. Mało tego – nawet nie mamy o tym pojęcia, że się zgubił!
Mocne słowa, których już doświadczyła lub doświadczy przytłaczająca większość z nas. I to doświadczenie będzie dwa razy cięższe w przypadku osoby z nastawieniem na wieczne życie.
I właśnie o tym, o szacunku do życia, o śmierci bez strachu i o prawie do godnego pochówku jest ta książka, po której nie będą nas śmieszyć opowieści o ludziach, którzy w szafie trzymają gotowe ubranie na pogrzeb, nie będziemy z drwiną myśleć o spisywanych za życia instrukcjach, co zrobić po śmierci,

zrozumiemy, jakie to wszystko ważne.
– podkreśla Monika Kalinowska w nocie od wydawcy. Żyjmy jak najdłużej, ale pamiętajmy o śmierci. – dodaje Arek.
I chce się żyć! – powtórzę ja.

Na okładce znalazłam inne pozycje z serii Bez Tajemnic. Jeśli i one są tak dobre w oswajaniu człowieka z tajemnicami ludzkimi, to zapowiada się jedna z najciekawszych serii popularnonaukowych na rynku wydawniczym.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2015 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tak o swojej książce mówią sami autorzy. Zainteresowanym tematyką śmierci w innych kulturach świata polecam film Spoczywaj w pokoju.
piątek, 01 maja 2015
Pod schodami - Alison Maloney



Pod schodami: życie codzienne służby domowej w początkach XX w. W Anglii – Alison Maloney
Przełożył Krzysztof Cieślik
Wydawnictwo Bellona , 2015 , 184 strony
Literatura angielska


Pod schodami, a nawet w piwnicy!
Czasami również na strychu, upływała spora część życia aż 40,5 procentom wszystkich dorosłych pracujących kobiet czyli służbie domowej. To o tej warstwie społeczeństwa w Anglii na przełomie XIX i XX wieku, a raczej o ich zajęciu, a może profesji czy nawet zawodzie, opowiedziała mi autorka tej pozycji. Nie popadała jednak w sentymentalny czy oskarżycielski ton w imieniu ciemiężonych. Zachowała neutralną postawę badacza zjawiska, odzwierciedlając wiernie i obiektywnie pozycje kobiet i mężczyzn zatrudnianych w arystokratycznych posiadłościach lub w domach klasy średniej – lekarzy, prawników czy urzędników. Wręcz podkreśliła, że w czasach wiktoriańskich i edwardiańskich większość społeczeństwa żyła w strasznej nędzy, praca w charakterze służącego była zajęciem bardzo pożądanym, bo pozwalającym nie przymierać głodem lub, w przypadku kobiet, nie zejść na drogę prostytucji. I mimo że była to praca bardzo ciężka, wymagająca całodobowej dyspozycyjności, nisko płatna, a czasami niebezpieczna, to były posługacz dopatrywał się w niej nawet „piękna”, wspominając – Piękno tej pracy, według mnie, polegało na tym, że mogłem wreszcie zjeść wyśmienite śniadanie (...) karmili mnie jajami na bekonie – to było coś, czego w domu nigdy nie dostałem.
I tego punktu widzenia tematu na tle społecznym, nakreślonym na początku, mocno się trzymałam, poznając cienie i blaski, trudy i przyjemności, znój i udogodnienia, wady i zalety pracy służby domowej.
Nie było mi łatwo, bo w moim środowisku dorastania „pańskość” piętnowano. Z „pańskością” się definitywnie kończyło w kraju socjalistycznym, w którym każdy miał, a nawet musiał być równy. Przyznanie się do posiadania niani w dzieciństwie, wbijało mnie w poczucie winy zbrodni wyzysku, jak ujmowała to komunistyczna nomenklatura, więc ukrywałam to. Co nie zmieniło mojego zachowania – na grób mojej niani chodzę do dzisiaj i tak zostanie, dopóki wystarczy mi sił tam dojść. Ale kiedy, dzięki autorce, odnalazłam racjonalny środek patrzenia na służbę, jak na szansę wyrwania się z dzielnicy nędzy w mieście czy z biedy wsi w czasach, gdy nie było alternatywnej drogi kariery i awansu, zapewniającej jakikolwiek status społeczny i podstawowe środki do życia rodzinie, wtedy poczułam się trochę, jak w serialu Downton Abbey. Oczywiście w roli służącej.
Autorka była bardzo drobiazgowa w swoich opisach.
Zaczęła od najbardziej intrygującej mnie kwestii, w której trochę gubiłam się, oglądając filmy kostiumowe – od struktury gospodarstwa domowego z uwzględnieniem obowiązującej w niej hierarchii.

Dzięki tej prostej grafice szczegółowo i wyczerpująco opisanej w następnych rozdziałach, poznałam różnice między posadą kamerdynera, gospodyni, pokojowego, lokaja czy posługacza, które do tej pory były dla mnie mocno niejasne. Opisała obowiązujące ich stroje, będące również wyrazem pozycji na tej drabinie zależności, obowiązki, warunki pracy, czynniki wpływające na wysokość pensji, wśród których wzrost fizyczny był bardzo ważnym, konwenanse obowiązujące w relacjach sługa – pracodawca, jeden dzień z życia posiadłości wraz z harmonogramem zajęć rozpisanym na godziny, zasady zachowania i wymogi moralne nierzadko wpisujące się w „dulszczyznę”, procedury zatrudnienia i zwalniania oraz oczywiście kwestię gwałtów, romansów i mezaliansów, tak bardzo eksploatowanych przez film i literaturę.
Z ogromnym zaciekawieniem słuchałam autorki nie tylko dlatego, że przeniosła mnie w wieki minione i atmosferę tamtych lat, zwłaszcza gdy pokazała mi taką posiadłość (a wirtualnie Brighton),

ukazanych od strony służby domowej, ale i dlatego, że często oddawała głos ludziom z przeszłości, opowiadających o swojej pracy. Powoływała się również na podobne pozycje popularnonaukowe innych autorów, umieszczając ich pełny wykaz w bibliografii. Publikowała autentyczne ogłoszenia szukających pracy z ówczesnej prasy,

dane z raportów statystycznych, cenniki produktów, listę ówczesnych wynagrodzeń służby domowej, porady kulinarne z poradników zarządzania gospodarstwem domowym,

a nawet szczegółowe przepisy na popularne dawniej potrawy:

To pozasalonowe spojrzenie na codzienne życie ówczesnej Anglii było tak samo ciekawe, jak życie na salonach, bo ukazywało mechanizm jego funkcjonowania oparty na potrzebie prestiżu i często snobizmu. Ten system wzajemnej zależności między skrajnymi warstwami społecznymi naruszyła I wojna światowa i rozwój techniki. Przed służącymi otworzyły się alternatywne drogi awansu społecznego, a i zapotrzebowanie na służbę również spadło. Autorka tę zmianę społeczną podsumowała ostatnim zdaniem wstępu – Wybuch I wojny światowej w 1914 roku oznaczał koniec złotego wieku służby domowej. „Życie pod schodami” miało już niebawem przejść do historii.
Ale nie do historii świata.
W wielu jego rejonach przybrało formę bezwzględnego niewolnictwa. Również w stosunku do dzieci. Ale to już historia na zupełnie inną książkę. Niestety współczesną i bardzo aktualną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 28 kwietnia 2015
Opowiem ci o wolności – Wacław Holewiński



Opowiem ci o wolności – Wacław Holewiński
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2012 , 469 stron
Literatura polska


To moje drugie spotkanie z tym autorem.
Śmiało mogę napisać - po latach - od ukazania się powieści Za późno na modlitwę. Sięgając po tę pozycję rekomendowaną przez moją koleżankę, przypuszczałam, jaka będzie jej tematyka nie tylko po wymownej sugestii tytułu. Autor z przeszłością opozycyjną, mając wiele do przekazania innym, swoje opowieści osadza w „wyklętej” historii Polski. Wypełnia luki i te obszary, na które historycy, czy w przypadku literatury - pisarze, rzadko zwracają uwagę lub w ogóle. To z tego powodu bohaterkami tej opowieści o losach Żołnierzy Wyklętych, których najczęściej utożsamia się z żołnierzami AK, uczynił po pierwsze - kobiety, bez których, jego zdaniem, konspiracja wyglądałaby zupełnie inaczej, a po drugie – konspiratorki Narodowych Sił Zbrojnych. Przez władze PRL-u postrzegane jako wróg numer jeden socjalistycznego ustroju, o czym wspomina jedna z bohaterek powieści, Wala, mówiąc – Byłam wrogiem. Chyba gorszym niż hitlerowcy, szmalcownicy, gorszym niż AK, z której powoli zdejmowano piętno kolaborantów.
Faszystki, jak nazywali je oprawcy.
To właśnie takie kobiety, Walentyna Stempkowska pseudonim „Platerówka i „Żabka” oraz Maria Nachtman pseudonim „Agata”, posłużyły za pierwowzór dla postaci literackich. Autor w dużej mierze, na ile pozwoliło mu dotarcie do faktów i dokumentów je potwierdzających, oparł się na biografiach obu kobiet, by stworzyć dwa portrety wojennych i powojennych losów dziewcząt walczących w konspiracji o wolność i niepodległość Polski.
Oddał głos Marii i Wali, które naprzemiennie opowiadały o swojej pracy w podziemiu, niebezpieczeństwie, aresztowaniach, przesłuchaniach, lęku i odwadze, torturach w katowni UB i w obozie Ravensbrück, gehennie kilkuletniego więzienia w bydgoskim Fordonie, a potem niemożności normalnego życia w PRL-u. Opowieść nie była płynna i ciągła. Przypominała rozbudowane kadry z filmu, wyjmowane po kolei z taśmy życia. Najważniejsze momenty, mające wpływ na dalsze losy lub będące bardzo ważne dla bohaterek.Tym, co je spajało i uzupełniało, to wzajemne komentarze dziewczyn, nadające subiektywnej narracji trochę obiektywizmu albo zewnętrznego spojrzenia na relację jednej kobiety przez drugą. Pełniły one również rolę wyjaśniającą i dopowiadającą. To dlatego każdy kadr-rozdział poprzedzało swoiste intro podpisane imieniem wypowiadającej się dziewczyny.

To, co mówiły, myślały, czuły i przeżywały wewnętrznie było już interpretacją i wyobraźnią autora, bo choć Maria Nachtman i Walentyna Stempkowska są postaciami autentycznymi, to ich losy, dokonania, dramatyczne życiorysy tworzyłem na podstawie strzępków informacji, wielu zdarzeń musiałem się domyślać, a część po prostu powstała w mojej wyobraźni – napisał w Posłowiu. Ale to nie znaczy, że nieprawdopodobne. Tak również mogło być. Powieść nie ma ambicji biograficznych – podkreśla autor. Ma przede wszystkim pokazać kobiety w konspiracji. To wystarczający, absolutnie wystarczający powód. - podkreśla – Bo przecież bez nich, bez ich poświęcenia, odwagi, samozaparcia, determinacji, żmudnej konspiracyjnej roboty podziemie nie byłoby w stanie przetrwać aż tylu lat. Nie zasłużyły sobie na bezimienność i zapomnienie w historii Polski. Autor bezimiennym przywraca nazwiska, by można było zaprzeczyć wypowiedzi Marii – Nie byłam śpiewaczką operową, pisarką, politykiem. Raczej szarą myszką, tak o sobie myślę. Niczego po sobie nie zostawię. Autor tą powieścią zaprzecza temu ostatniemu zdaniu. Udowadnia, że kobiety konspiracji pozostawiły po sobie dar bezcenny – wolność, za którą kryją się konkretne nazwiska zakatowanych, zamęczonych darczyńców.
I właśnie to uświadamia ta powieść.
Ten ważny walor w niej dostrzegła kapituła Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, przyznając ją w 2013 roku właśnie autorowi.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Więzienie Fordon dla więźniarek politycznych w PRL-u było katownią.
sobota, 25 kwietnia 2015
Diabeł i tabliczka czekolady – Paweł Piotr Reszka



Diabeł i tabliczka czekolady – Paweł Piotr Reszka
Wydawca Agora , 2015 , 218 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Szczęście to stan względny.
Właśnie to przekazuje Władysław Tatarkiewicz w swoim naukowym traktacie O szczęściu głosem jednego człowieka, filozofa i badacza. Dokładnie to samo mówi autor tego zbioru 27 reportaży pisanych od 2006 roku, częściowo już publikowanych w magazynie reporterów Duży Format, dodatku do Gazety Wyborczej.
Ale wielogłosem swoich bohaterów!
Zwykłych, przeciętnych, nieznanych ludzi. W większości przypadków nie ukrywa i nie zmienia ich tożsamości, podając nawet ich miejsce zamieszkania. Te dane umieszczane na końcu tekstu były dla mnie jak podpis pod monologiem, którego właśnie wysłuchałam. Uwiarygodnieniem osoby i przekazanej mi ich wersji zdarzeń. Bardzo mało w tych relacjach reportera, który usuwał się dyskretnie z centrum mojej uwagi. Pełnił raczej rolę medium, czyniąc najważniejszą osobą opowiadającego swój problem i swoje życie. Nadawało to wypowiedziom nie tyle charakter wspomnieniowy, ile konfesyjny. Ten zabieg pozostawienia mnie sam na sam z bohaterem reportażu i jego wersją wydarzeń, światopoglądu, sposobu bycia czy stylu życia, bez komentarzy autora (zdarzały się bardzo rzadko), tworzył atmosferę bliskości, kameralności i intymności spojrzenia oczami, pojęciami i kontekstami opowiadającego.
Przede wszystkim o szczęściu.
A właściwie o jego negatywie kontrastowo podkreślającym jego brak. O jego pojmowaniu, jego względności, subiektywności, jego osiągalności lub nie, a także jego różnorodnej formie doświadczania i objawiania się. Dla jednego to życie w czystości cielesnej czy posiadanie łazienki, dla innego po prostu święty spokój, a dla następnego sumaryczna liczba działań. Każde było dobre, ale najlepsze jego własne, indywidualne, szyte na miarę jego potrzeb. Te ważne deklaracje czasami autor wyraźnie wytłuszczał w druku:

Za każdą z tych historii, czasami bardzo krótką, bo zaledwie na jedną stronę kartki, krył się problem społeczny nas, Polaków – rasizm, przemoc w rodzinie, dyskryminacja, uzależnienia, dzieciobójstwo, bieda, antysemityzm, etyka transplantacji organów ludzkich, homoseksualizm, samotność w tłumie i wiele, wiele innych. Każdy z nich to szerszy problem polskiego społeczeństwa, ale pokazany od strony jednostki. O niektórych głośno było w mediach, jak chociażby o matce zabijającej i zamrażającej noworodki tuż po porodzie. To jej spojrzenie, odczucia, rozumowanie i próbę wyjaśnienia zdarzeń oraz swojego postępowania odebrałam najbardziej emocjonalnie, chociaż inne również nie pozostawiały mnie obojętną. To uczuciowe zaangażowanie mnie w indywidualne przypadki utrudniało lekkość wystawienia jednoznacznej, a przez to krzywdzącej oceny. Ułatwiało natomiast odnalezienie wspólnej płaszczyzny języka emocji, a przez to zrozumienie. Zamieniało pośpieszne potępienie na współczucie, chociaż, w niektórych przypadkach, nie na akceptację. A to już bardzo dużo w zmienianiu świadomości odbiorcy, w trudnym procesie łamania uprzedzeń, odchodzenia od stereotypów i przekraczania schematów.
Te reportaże uczą przede wszystkim empatii.
Patrzenia na bezimiennych bohaterów doniesień medialnych lub tych z mojego otoczenia, jak na konkretnego człowieka z imieniem i nazwiskiem, który, tak samo, jak ja, pragnie w życiu tylko jednego - szczęścia. Tyle że ma trudniej w dążeniu do niego i odczuwaniu go z różnych względów - psychicznych, materialnych czy społecznych. Okazuje się, że w większości dramatycznych i skrajnych przypadkach zabrakło odrobiny zrozumienia lub przyjaznej dłoni osób z otoczenia. Niby tak niewiele, a jednocześnie aż tak dużo, skoro dla jednego z bohaterów szczęście jest uczuciem nieznanym, niedoświadczonym, nieosiągalnym. To coś bardzo osobistego, coś, czego w moim życiu jeszcze nie ma. – wyznaje Szymon działający na rzecz kultury zaangażowanej i krytycznej – Szczęście to stan, którego nawet nie potrafię sobie wyobrazić.
Smutne.
Ale jednocześnie dające mi poczucie doceniania tego, czego nie posiadają inni, a co dla mnie jest zwykłym, codziennym elementem mojego życia. Wśród tych kilkudziesięciu reportaży jest jeden, z którego pojęciem szczęścia mogłam się utożsamić, przyjąć za swój:

W ten sposób autor pokazał mi, że, chcąc nie chcąc, ja również mogę być bohaterką tych ludzkich losów. To tylko kwestia względności szczęścia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73
| < Maj 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (689)
Mój top czytanych w 2014
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi