Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
środa, 27 lipca 2016
Paryska żona – Paula McLain



Paryska żona – Paula McLain
Przełożyła Anna Rojkowska
Wydawnictwo Między Słowami , 2016 , 397 stron
Literatura amerykańska


Wolałbym umrzeć niż zakochać się w kimś innym niż Hadley.
Te słowa wypowiedział Ernest Hemingway pod koniec życia o swojej pierwszej żonie, Hadley Richardson. Z żaru miłości, jaki tkwił w tym stwierdzeniu, pozostała tylko pewność jej istnienia. Związek przetrwał zaledwie kilka lat. Pojawiły się następne kobiety, kolejne żony i nowe kochanki, a mimo to Ernest Hemingway nie odnalazł szczęścia, kończąc je samobójstwem. Historię swojego paryskiego małżeństwa, którego czas trwania w większości spędzili w Paryżu, opisał w Ruchomym święcie. Autorka postanowiła sięgnąć głębiej, do emocji bohaterów i dać nowe spojrzenie na wydarzenia historyczne, pozostając jednocześnie wierna faktom, a głos narratora oddać tym razem Hadley.
Powstała pięknie opowiedziana monografia ich małżeństwa.
Historia związku od momentu poznania się, w którym oboje wierzyli, że różnica wieku nie jest przeszkodą (on miał 21 lat, a ona 29), a małżeństwo, wbrew powszechnemu braku wiary w jego sens po traumie I wojny światowej, daje jednak wiarę w przyszłość i w przeszłość – że historia, tradycja i nadzieja mogą trwać zespolone i pomóc w życiu. Byli parą wyróżniającą się na tle paryskiej bohemy, żyjącej w ułudzie stałości związków, wśród licznych zdrad i trójkątów o różnej orientacji seksualnej, tkwiącej w teraźniejszości, by nie myśleć o tym, co jutro, a co dopiero o tym, co „na zawsze”.
Ernest i Hadley postawili na małżeństwo.
I o rozpadzie tego związku, na tle obyczajów w sferach, gdzie artysta rozpustnik to był niemal banał, ale nikogo to nie bulwersowało. Jak długo robił dobre, ciekawe albo sensacyjne rzeczy, mógł mieć setkę kochanek i do woli rujnować im życie. Nie do przyjęcia były tylko wartości mieszczańskie, małe, zwyczajne, jak prawdziwa miłość czy dziecko, opowiada Hadley. O trwaniu przy boku męża-pisarza, próbując pogodzić wszystkie priorytety i wartości obojga. Jego oczekiwania i jej potrzeby. O powoli umierających marzeniach i nadziejach. O odkrywaniu błędu rozumowania w utożsamianiu miłości z jednością ciał i dusz. O niedotrzymywaniu obietnic, których nie należało wypowiadać głośno. Ale też historia o trudnych początkach stawania się znanym pisarzem. O krętej i kapryśnej drodze do sławy i uznania. O synu uciekającym od rodziny, a zwłaszcza apodyktycznej matki. O mężu próbującym pogodzić swoją naturę wolnego i niezależnego artysty ze zobowiązaniami małżeńskimi zabijającymi żar uczucia. O mężczyźnie niepotrafiącym kochać tylko jednej kobiety, bo lubił wszystkie, a Paryż był pełen pociągających kobiet ze świeżymi twarzami i pięknymi nogami. I wreszcie o dumnym, porywczym człowieku, dręczonym przez koszmary wojny, której był uczestnikiem. Autorka taktownie oddała mu głos w kilku miejscach poprzez narratora zewnętrznego, uzupełniając opowieść Hadley. O tych wszystkich składowych, budujących ostateczny portret trudnego, dramatycznego i burzliwego związku, z góry determinujących jego nieuchronny koniec.
Na swój sposób jednak szczęśliwy.
Wpisany w klimat Paryża lat 20. XX wieku i na tle przemian ekonomicznych, obyczajowych, kulturowych oraz wydarzeń politycznych. Jednak dla mnie najciekawszą stroną ukazania paryskiego świata artystów nie był sam styl życia, ale kontakty Hemingwayów z ówcześnie mniej lub bardziej popularnymi postaciami. Obecnie znanymi i uznanymi. Wspomnę tylko o takich sławach, jak James Joyce, Ezra Pound, Gertruda Stein, Mike Strater, Edward O’Brien czy Scott Fitzgerald. Widziani oczami Hadley byli tylko ludźmi ze swoimi wadami, zaletami, sukcesami, marzeniami, problemami czy porażkami. Hadley, jak uważna obserwatorka, kreśliła skomplikowany system powiązań zależności, sympatii i niechęci, a nawet wrogości między członkami towarzystwa. Przytaczała opisy zdarzeń i wydarzeń z ich życia, których nie znajdę w publikacjach biograficznych. Powieść mogła sobie pozwolić na ten nietaktowny ekshibicjonizm tajemnic i sekretów. Wypełnić ludzi znanych z kart historii literatury emocjami, wydobywając z cienia Ernesta Hemingwaya przede wszystkim najważniejszą kobietę jego życia, która dla ludzi badających jego biografię i twórczość była tylko jedną z żon i wielu kobiet.
Paryską żoną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Paryska żona [Paula McLain]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Przede mną kolejna powieść biograficzna tej samej autorki, która tym razem przeniesie mnie do Afryki.
niedziela, 24 lipca 2016
Klasztor – Zachar Prilepin



Klasztor – Zachar Prilepin
Przełożyła Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawnictwo Czwarta Strona , 2016 , 656 stron
Literatura rosyjska


Tak nie powinno się pisać o łagrze!
Nie tak, że chciałam tam być. Wdychać smród fizjologii ludzkiego ciała, którego natężenie w celi samo w sobie było zabójcze. Czuć ugryzienia wszy, pluskiew, komarów i szczurów. Widzieć ból, cierpienie, krew i powszechną śmierć. I cieszyłam się! Jak ja się cieszyłam, że przede mną kilka lat skazania i zamknięcia na Sołowkach. Na życie z mottem – nie po pluszu stąpam, mój Boże, ale stąpam po ostrym nożu. Na drogę wraz z łagiernikami przez te 650 stron, myśląc – to mało, to za mało! Chcę więcej! A przecież takie sadystyczne opisy cierpienia ludzkiego powinny mnie odstraszać, odrzucać. Zniechęcać może nie do czytania jako takiego, ale do pochłaniania ze smakiem. Do wydzielania sobie porcji niczym uzależniona od słów narratora, by wystarczyło tego bólu na dłużej.
A może jednak właśnie tak trzeba pisać?
Może należy przeniknąć do najwrażliwszego nerwu w ciele, sięgnąć do dna serca, dotrzeć do najciemniejszego zakamarka duszy czytelnika, by pozostawić w jego umyśle Sołowki na zawsze. Okrutne w urodzie i piękne w okrucieństwie. W poczuciu piękna, które jeden z bohaterów nazywa poczuciem taktu wobec życia. I jest w tym wszystko – surowość, dystans, pokora i obiektywizm. By po wszystkich tych przeżyciach czytelniczych sięgnąć po dokumentalne źródła historii monastyru zbudowanego na Wyspach Sołowieckich na Morzu Białym.

Z daleka pięknego.

Wikipedia

Ale w oczach łagierników monastyr był kanciasty – same węgły, i niechlujny – potwornie zapuszczony. W jego zwietrzałym cielsku między omszałymi głazami ścian hulały przeciągi. Ciężka bryła zdawała się tak ogromna, jakby nie została wzniesiona przez słabych ludzi, lecz nagle, całym swoim kamiennym ciężarem runęła z nieba i wszystkich, którzy się w niej znaleźli, uwięziła w potrzasku.
Przyjrzeć się katorżniczemu okresowi, kiedy na terenie klasztoru w latach 20. XX wieku powstał SŁON – Sołowieckie Łagieria Osobogo Naznaczenija – Solowieckie Obozy Specjalnego Przeznaczenia. Eksperymentalny łagier, laboratorium, katownia, cyrk i piekło, a raczej cyrk w piekle – jak określił go jeden z więźniów. Pierwszy obóz koncentracyjny bez zasad i norm w kraju zwycięskiego bolszewizmu, ale z odgórnym przykazaniem władz zwierzchnich – róbcie co, uważacie za stosowne, towarzysze. Idealne odbicie Rosji, w którym wszystko jest widoczne jak pod mikroskopem – naturalne, nieprzyjemne, oczywiste! Miniatura społeczeństwa rosyjskiego, w której można było spotkać kryminalistów zwanych błatnymi, kontrrewolucjonistów zwanych kaerami, przestępców życiowych zwanych bytnikami, chłopów, inteligentów, arystokratów, żołnierzy, uczonych, duchownych katolickich i prawosławnych, rabinów, prostytutki, bezprizornych i wielu innych. Wszystkich i z zewsząd – z Rosji, Czeczenii, Gruzji, Chin czy Polski. Przydzieleni do szesnastu rot, z których ostatnia, już niepracująca i do której najłatwiej było trafić nawet bez zasług, była sołowieckim cmentarzem. Z własnym językiem więziennym i przykazaniami, z których najważniejszymi były:
- nie pokazuj po sobie, że odpoczywasz,
- pracuj nie powoli, ale i nie szybko,
- oddychaj równo,
- nie rzucaj się w oczy,
- nie odszczekuj,
- ukrywaj emocje,
- bądź cierpliwy,
- nie skarż się,
- nie zjadaj rano całego chleba,
a być może przeżyjesz!
Zaglądałam wszędzie. W każdy zaułek obozu, a nawet poza jego główny obręb, na inne wyspy, dzięki głównemu bohaterowi, dwudziestosiedmioletniemu Artiomowi z trzyletnim wyrokiem. Dużo wiedziałam o wszystkich jego współwięźniach, którzy mieli mniejszy lub większy wpływ na jego losy, ale o nim samym dowiadywałam się na raty dawkowanymi przez całą historię jego pobytu na Sołowkach. Był „dzieckiem szczęścia” inaczej widzianym przez inteligenta Wasilija Pietrowicza – Zauważyłem Artiomie, że niezwykle szybko wpisał się pan w sołowieckie życie. – mówił Wasilij Pietrowicz – Nawet pluskwy jakoś nieszczególnie panu dokuczają. Inaczej postrzegany przez jego kochankę Galę (bo był i seks, i miłość w łagrze!), która mówiła – w tobie nie ma pragnień, ani myśli. Twoje myśli – to twoje postępki. Ale i te postępki są przypadkowe. Dajesz się nieść wiatrom po drodze. Inaczej przez władyczkę Joanna widzącego w nim niewinne dziecię pośród zła bez pustosłowia i szyderstwa, bez samousprawiedliwień, fałszywej walki, obłudy plotek, bluźnierstwa, gnuśności. Inaczej przez jego wrogów, próbujących go zabić. A inaczej przeze mnie. Dla mnie był człowiekiem, który po prostu chciał przeżyć i robił wszystko, by tak było. A sam Artiom, jeśli nie chcieli go rozstrzelać, był w tym obozie nawet szczęśliwy. To dzięki jego wzlotom i upadkom w hierarchii obozowej poznawałam mordercze warunki życia więźniów, ich pracę z wyśrubowanymi normami zbierającymi śmiertelne żniwo, system funkcjonowania obozu z jego rolą „resocjalizacyjną” i mechanizmem maksymalnego wykorzystania siły roboczej i wreszcie hierarchię obozową, którą komendant obozu nazywał ustrojem wojennego komunizmu, kreśląc z sarkazmem jego klasowy podział - na górze, my, czekiści. Potem kaerzy. Potem byli duchowni, popi i mnisi. Na samym dole element przestępczy – główna siła robocza. To nasz proletariat.
Takie wszechstronne ukazanie obrazu obozu wpisanego w opresyjny system było możliwe dzięki spojrzeniu autora na jego historię z dystansu człowieka współczesnego. Nie był świadkiem tamtych wydarzeń, ale był prawnukiem sołowieckiego łagiernika. Jak napisał we wstępie – Obcowałem bezpośrednio z pradziadkiem, który na własne oczy widział świętych i biesy. Łagier na Sołowkach i jego charakterystyczny język, stale przewijały się w tematach rodzinnych. Różnie opowiadane, ale uzupełniające się. Jak pisał - Niektóre historie pradziadka dziadek opowiadał po swojemu, mój ojciec we własnej, nowej wersji, chrzestny jeszcze inaczej. Babka zaś zawsze przedstawiała łagrowe życie z babskiego, pełnego żałości punktu widzenia, który czasem wydawał się przeczyć męskiej ocenie.
Dla autora historia leżała na wyciągnięcie pióra!
To, co z nią zrobił, mogę nazwać mistrzostwem we wszystkich aspektach i elementach tworzenia kompletnej opowieści. Wybitnej, wyjątkowej i niezwykłej powieści, która stawia go dla mnie w gronie najlepszych, współczesnych, rosyjskich pisarzy. Widać to było w fabule, która snuła losy łagierników po to, by tak naprawdę ukazać wydobytą z pamięci pokoleń prawdę o łagrze układaną z pamięci najbliższych i uzupełnioną wyszperanymi w archiwach meldunkami, sprawozdaniami i raportami. W charakterystycznych postaciach, z których każda była inna i mówiła innym językiem. W wysokim stężeniu nasycenia skrajnymi emocjami. I nie były to emocje z rodzaju melodramatycznych, litościwych, rzewnych, ale z tych powoli wspinających się ostrymi pazurami po kręgosłupie i pozostawiających w umyśle echo pustki po przebrzmiałej grozie dotyku śmierci.
Zalał mnie nimi!
Od tych najcięższych, najtrudniejszych do zniesienia fizycznie do jeszcze cięższych emocji psychicznych, które zamieniał na ból fizyczny, obrazując go w ten sposób – Nie znalazłszy i teraz swojego czuba, ułożył palce w ptasi szpon i zaczął sobie rozdrapywać skroń, jakby próbował złapać jakąś żyłę i wyciągnąć ją z głowy razem z całym nawiniętym na nią bólem. A wszystko to po to, by, jak archeolog natury człowieczej, pokazać jej nagość, pierwotność w skrajnym środowisku przetrwania, z którego powoli obierał warstwy cywilizacji, pozwalając na ukazanie jej czerni i kłębiącego się w niej robactwa. Opis histerycznego strachu więźniów w celi przed zbliżającą się śmiercią przez rozstrzelanie to jedna z najlepszych ekshibicjonistycznych scen obnażających naturę człowieczą, jakie czytałam. Po prostu majstersztyk! Ale żebym nie popadła w obłęd niewiary w dobroć ludzką, autor od czasu do czasu pozwalał mi na miłosierny dystans budowany absurdem, sarkazmem, ironią, wywołującymi czarny, bo czarny, ale jednak humor. Do takiego humorystycznego dystansu, w horrorze łamania nosa i miażdżenia warg twardym butem podczas przesłuchania, był zdolny tylko Artiom.
Byłam mu za to wdzięczna, bo mniej bolało.
Dla mnie był męczennikiem takim, jak wielu innych, skazanych na życie w sołowieckim klasztorze. Świetnie oddaje to przesłanie powieści grafika okładki książki – ogolona głowa na tle drzewnych słojów. Tę wymowność przewrotności opisywanego miejsca widać też w tytule. „K” z przeszłości i reszta słowa z teraźniejszości sugerująca nowy, niekoniecznie klasztorny etap historii monastyru, chociaż w swojej surowości i ascezie podobny, a nawet go przewyższający w mękach życia w odosobnieniu. Autor posługuje się również metaforami i porównaniami, które, w zależności od sytuacji, podkreślały ich piękno lub grozę, ale zawsze bolesny kontrast, w którym szczęście zderzało się z depresją, niegodziwość z ładem serca, głód z sytością (absurdalna scena z kolorowymi „alkoholami” przypominała mi koktajle Wieniczki z Maskwa-Pietuszki Wieniedikta Jerofiejewa), miłość z nienawiścią, cierpienie z radością, język uczonych i duchownych z nowomową bolszewicką i gwarą błatnych, a sacrum z profanum, gdy podłość szalała w uświęconych miejscach monastyru. Autor pokazywał mi łagier nie poprzez opowieść o wydarzeniach, ale poprzez zdarzenia, uczynki i zachowania czujących istot (również zwierząt), bym dobrze poczuła okrucieństwo, zimno i głód na Siekirce. Postrach łagierników, dla których pojęcie „gorzej” nie miało dna.
Sołowki są we mnie...
Nadal słyszę głosy więźniów, z których najsilniej przemawiają do mnie słowa szeptane przez popów, batiuszki, władyczki, jak nazywali prawosławnych duchownych więźniowie. Chromi w człowieczeństwie, ale silni wiarą dającą nową nadzieję, gdy stara znikała, przywracającą do życia, kiedy brakowało na nie ochoty, prostującą absurd, gdy grzech wywyższał, a dobro ciągnęło w dół, do grobu, stawiającą do pionu, kiedy się upadało, nadającą sens cierpieniu, gdy się go gubiło i przywracającą środek ciężkości, gdy cały świat wokół go tracił. Jakby chcieli przekonać , że owszem człowiek jest mroczny i straszny, ale świat ludzki i ciepły.
Uwielbiałam spotkania Artioma z nimi!
Wsłuchiwałam się w każde ich słowo i brałam z nich dla siebie garściami. O ile Artiom bardziej był urzeczony czarem bijącym z każdego słowa władyczki niż jego treścią ze względu na swój spory dystans do Boga, o tyle ja urzeczona byłam i jednym, i drugim. Radami dla Artioma przydatnymi do życia na Sołowkach, a mnie do tego mojego, kanciastego, które toczę, jak kulę. I kiedy szlifuję jej kanty, by toczyła się lżej, mruczę sobie pod nosem – no przecież na Sołowki mnie nie wyślą, paznokci zrywać nie będą i może nie stąpam po pluszu, mój Boże, ale po ostrzu noża też nie.
I za tę lekcję historii i życia jestem autorowi najbardziej wdzięczna, chyląc głowę przed jego talentem.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Klasztor [Zakhar  Prilepin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Obejrzałam również trzyczęściowy film o historii monastyru na Sołowkach. Tutaj umieściłam tylko trzecią część poświęconą okresowi łagrowemu. Tutaj też porównałam sobie ogrom faktów zawartych w powieści.
wtorek, 19 lipca 2016
Po drugiej stronie – Ewa Czajkowska



Po drugiej stronie – Ewa Czajkowska
Wydawnictwo Witanet , 2016 , 330 stron
Literatura polska


Tytułowe „po drugiej stronie” ma w tej powieści potrójne znaczenie.
Pierwsze, geograficzne, odkryłam już na początku, kiedy główna bohaterka Kinga wyjeżdża z Polski na antypody. Na drugą stronę ziemskiej kuli, aż do Australii, by tam zacząć nowe, lepsze życie. Zaczynanie nowego życia to drugie przesłanie tej powieści. Kinga pochodzi z dysfunkcyjnej rodziny, w której wrzaski, bijatyki, wyzwiska, wzajemna wrogość i insynuacje stały się pod ich dachem wyznacznikiem codzienności. W której matka i ojciec, faworyzując jej kaleką siostrę i zmuszając do życia w jej cieniu, wpędzają ją w kompleksy i stały głód miłości, ciepła i rodzicielskiej troski. Kinga, by wyrwać się z destrukcyjnego i przytłaczającego ją środowiska, uciec z rodzinnego domu i zacząć życie z dala od najbliższych, wychodzi za mąż bez miłości, a po rozwodzie, odnajduje ją w drugim związku z Polakiem z Australii. Wierzy, że koniec stanie się zaczątkiem czegoś nowego, może jeszcze cenniejszego i bardziej godnego naszych wspomnień. Walcząc o swoje prawa i siebie w nowym, nieprzychylnym jej środowisku emigracyjnym i w małżeństwie obarczonym przeszłością męża, zauważa, że przywieziony bagaż własnych problemów powiększył się o nowe, z nowego życia.
A miało być tak pięknie!
Mimo to liczyła, że odczaruje rzeczywistość, wprowadzając w nie nowe elementy, które miały wywołać korzystne zmiany i wyzerować licznik problemów. Najpierw wyjazd nienawidzącej ją pasierbicy, a potem urodzenie dziecka, miały być uzdrawiającą receptą.
Nieskuteczną!
Przyjęta metoda nierozwiązywania problemów i odcinanie się od nich następnym, „nowym” życiem, generowało tylko pojawianie się kolejnych. Ich ciężar z czasem stał się tak ogromny, że dotychczasowe ucieczki egzystencjalne przerodziły się w psychiczne. I ten trzeci, metafizyczny wymiar tytułu poznałam na końcu powieści.
Chciałabym napisać, że przeczytałam dobrą powieść psychologiczną, ale nie do końca byłaby to prawda. To raczej półprawda, bo taką była ona od momentu porodu Kingi czyli około połowy opowieści. Świat wewnętrzny bohaterki, jej dylematy, emocje, przemyślenia, odczucia były ukazane drobiazgowo, ekspresyjnie, a przez to bardzo wiarygodnie. Rosło też powoli napięcie realistycznie oddające ból, cierpienie i zagubienie kobiety, by w ostateczności osiągnąć apogeum i pozostawić mnie w niepewności. To było to, czego szukam w losach ludzkich. Czułam to, co ona, razem z nią przeżywałam jej stany psychiczne i byłam cała po jej stronie.
Bardzo żałowałam, że, zanim doszłam do tego momentu, musiałam przebrnąć przez mniej udany początek historii Kingi. Bardziej skupiony na opowieści o losach dziewczyny niż na jej narracji wewnętrznej. Bardziej opowiedziany przez dobrze zorientowaną sąsiadkę z osiedla niż przez nią osobiście, a więc bardziej wiarygodnie. W efekcie Kinga mnie irytowała, bo nie rozumiałam jej desperackich decyzji i nieprzemyślanych zachowań. Za mało wiedziałam i za mało przeżywałam razem z nią jej bolesną przeszłość. Brakowało mi rozbudowanych opisów rodzinnych sytuacji i emocji kotłujących się w rodzinie. Słyszałam o tym, ale tego nie zobaczyłam i nie poczułam. Ten dystans, który mi przeszkadzał, potęgował nadmiar pytań retorycznych. Autorka próbowała przemycić w powieści ważne zagadnienia egzystencjalne, zadając je często i w dużych ilościach, na które niekoniecznie musiałam odpowiadać. Raczej zastanawiać się nad poruszanymi w nich zagadnieniami, bo odpowiedzi były z góry znane. Odniosło to odwrotny skutek do zamierzonego – nie zastanawiałam się nad nimi. Przyznam się, że je nawet pomijałam, dostrzegając ich banalność. Dydaktyzm jest dobry i pożądany, ale musi być dobrze ukryty. A w tej powieści nie tylko jest bardzo dobrze widoczny, ale jeszcze przytłaczający swoim nadmiarem. Autorka powinna uwierzyć w istnienie inteligentnego czytelnika. Zapewniam, że jest ich całe mnóstwo.
Ten debiut ukazał jednak potencjał twórczy autorki, który w miarę rozwoju fabuły stawał się coraz bardziej widoczny w jej konstruowaniu, budowaniu postaci Kingi, jak i samym warsztacie pisarskim. Obawiam się tylko, że ta nierówność widoczna na początku, może zniechęcić czytelników, a przez który trzeba przejść, by docenić jej drugą, bardzo dobrą część.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Po drugiej stronie [Ewa Czajkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 16 lipca 2016
Cyganie – Rolf Bauerdick



Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem – Rolf Bauerdick
Przełożyli Anna i Robert Urbańscy
Wydawnictwo W.A.B. , 2013 , 238 stron
Seria Terra Incognita
Literatura niemiecka


Cyganie to nielubiany naród?
Po polskiej publikacji Dym się rozwiewa Jacka Milewskiego polemizowałabym z tym twierdzeniem zawartym w tytule, ale wobec faktów i argumentów, bardzo brutalnych w swej wymowie, jakie przytoczył autor w swoich reportażach, muszę przyznać mu rację.
Zaostrzyłabym nawet to określenie do nienawiści.
Autor zawarł w czternastu rozdziałach wiele płaszczyzn składających się na ostateczny obraz Cyganów w Europie. I mimo ostrzeżenia, jakie otrzymał od pewnej Rumunki – Trzymaj się z dala od Cyganów. – podjął ponad sto podróży do Cyganów w dwunastu krajach Europy. Pojechał do nich nie jako etnolog, socjolog, badacz czy społecznik walczący o ich prawa, ale jako reporter i fotograf. Stąd wkładka z wieloma zdjęciami dołączona do treści książki.

Był gościem, przed którym otwierano drzwi, ale nadal obcym. Gadziem. Dla reportera to wystarczało, bo nie musiał wnikać, analizować i rozumieć tak, jak naukowiec. Mógł za to obserwować, relacjonować, komentować i opowiadać o swoim zdumieniu, niezrozumieniu, a niekiedy i o strachu.
Był moim medium, dzięki któremu widziałam i czułam to samo.
Pierwsze moje zaskoczenie to zupełnie inny obraz od tego, który widziałam w polskiej publikacji o polskich Cyganach. Dużo bardziej ekstremalny we wszystkich dziedzinach ich życia. Najbardziej wstrząsnęły mną sceny Cyganów żyjących na wysypisku śmieci w rumuńskiej Oradei.

Śpiących w kabinie zezłomowanego auta. Z dziećmi bez palców odgryzionych przez szczury. Z walką o pożywienie wraz z nadjeżdżającymi rano śmieciarkami. Z mężczyznami pijącymi aż do utraty równowagi. Z kobietami obarczonymi gromadą dzieci. A i tak nie czułam wszystkiego tego, co autor – zmagałem się z mdłościami i okrutnym smrodem, który tkwił w moim ubraniu jeszcze przez długie dni, i osłupiałem, widząc, co ludzie są w stanie znieść. A z drugiej strony Cyganie stawiający pałace.

Z jednej strony rasizm wobec Cyganów włącznie z morderstwami i podpaleniami, a z drugiej strony bojownicy o ich prawa, narażający dla nich własne zdrowie, a nawet życie. Próby zachowania honoru i dumy, ale i żebractwo, prostytucja, wróżbiarstwo i kradzieże. Dyskurs badaczy antycyganizmu pouczających rasistowskie i antycygańskie społeczeństwa dominujące, ale i jałowość tych dyskusji wynikająca z oderwania się od rzeczywistości, bo przesiadują lata w bibliotekach i za biurkiem, ale nawet jednego dnia nie dzielą z Cyganami na wschodnioeuropejskich wysypiskach śmieci. Urok praktykowania unikatowych zawodów blacharza, kowala, cynkarza czy wikliniarza i świadomość, że nie znajdą one możliwości kontynuacji w mocno kapitalistycznym trzecim tysiącleciu. Poprawność polityczna rządzących, ale i deportacje Cyganów poza granice ich krajów. Hipokryzja, którą Umberto Eco nazwał ukrywaniem nierozwiązanych trudności społecznych wyłącznie poprzez zwyczaj bardziej uprzejmego wyrażania się.
Naród wielu, ogromnych i skomplikowanych kontrastów!
Również wewnętrznych. To one były dla mnie zupełnie nowymi, nieznanymi mi dotychczas problemami, z jakimi borykają się Cyganie. Procesy i zjawiska społeczne niszczące ich od wewnątrz jak sprzedaż dzieci, mafie kredytowe, handel kobietami i narkotykami, zorganizowana przestępczość żebracza. To wewnętrzne podziały plemienne, wzajemne wykorzystywanie, brak jedności i jednomyślności wśród Cyganów okazują się ich największym wrogiem i czynnikiem autodestrukcyjnym.
To najistotniejszy, ale i najsmutniejszy wniosek płynący z tych reportaży, który autor formułuje tak – istnieje nie tylko strach przed Romami, ale także strach o Romów. O rozdarty naród, który nie potrzebuje gadziów, by zburzyć sen o cygańskiej wolności.
Niektórzy się z tego ucieszą...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Cyganie [Rolf Bauerdick]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
czwartek, 14 lipca 2016
Mężczyźni z różowym trójkątem – Heinz Heger



Mężczyźni z różowym trójkątem: świadectwo homoseksualnego więźnia obozu koncentracyjnego z lat 1939–1945 – Heinz Heger
Przełożyła Alicja Rosenau
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2016 , 149 stron
Seria Świadectwa XX Wiek: Niemcy
Literatura austriacka


Numer obozowy Josefa Kohouta - ze zbiorów United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie.

Różowe trójkąty.
Wynaturzeni, degeneraci, zwyrodnialcy, ciepłe świnie, dupojebce, spedalone cioty, pedalskie bydło przeznaczone na rzeź i umieszczane w homobloku obozu koncentracyjnego na mocy paragrafu 175 kodeksu karnego obowiązującego w Niemczech od 1871 roku, który brzmiał – Za sprzeczny z naturą nierząd, do którego dochodzi pomiędzy dwiema osobami płci męskiej lub między człowiekiem a zwierzęciem, grozi kara pozbawienia wolności, jak również możliwość zasądzenia pozbawienia praw obywatelskich. Zaostrzony przez nazistów w 1935 roku nawet do trzymania się za ręce lub pocałunku. W praktyce wystarczyło tylko podejrzenie i donos. Na mocy tego paragrafu na 6 miesięcy ciężkiego więzienia, dodatkowo zaostrzonego o jeden dzień głodówki w miesiącu, a potem przedłużonych przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy do odbywania kary w obozach koncentracyjnych (KL Sachsenhausen, KL Flossenbürg, KL Dachau), został skazany autor i bohater tych wspomnień. Przytoczone na początku epitety były jedną z najlżejszych metod opresji, jakie stosowano wobec niego i jemu podobnych. Przez wszystkich – „normalnych” współwięźniów, przełożonych i esesmanów. Był najgorszym odpadem śmiecia plasującym się na najniższym szczeblu hierarchii obozowej oznaczonej kolorami trójkątów. Niżej mógł stać tylko homo-Żyd. Absurdalnie pedofile byli oznaczeni trójkątem zielonym oznaczającym kryminalistów, a lesbijki czarnym razem z „elementem aspołecznym” – Cyganami, prostytutkami, bezdomnymi, alkoholikami czy upośledzonymi umysłowo lub fizycznie. Z góry przeznaczeni do likwidacji. Nie posiadali żadnej wartości dla innych poza seksem.
I tutaj autor ukazuje podwójną moralność niemieckiego społeczeństwa i rzeczywistości obozowej.
Opisuje maskowany i ukrywany homoseksualizm wśród wysoko postawionych esesmanów oraz jawny, tymczasowy homoseksualizm heteroseksualistów. Homoseksualne zachowania dwóch „normalnych” mężczyzn były traktowane jako działania zastępcze, lecz gdy to samo robili dwaj homoseksualiści w obopólnym porozumieniu i w zgodzie ze swoją orientacją, wtedy było to „obrzydliwe”, sprawa „brudna i odrażająca”. – zauważa bohater wspomnień.
Autor chciał żyć!
Wola przeżycia w obozie była bardzo silna, ale przetrwanie wśród tych bestii miało wysoką cenę – moralność, przyzwoitość i honor. Zapłacił ją, przyjmując z goryczą motto – Żyj i daj się innym kochać, stając się niewolnikiem seksualnym targujących się o niego kapo. Na takie ustępstwa godzili się dobrowolnie lub wbrew własnej woli również mężczyźni heteroseksualni nazywani piplami, panienkami, kociakami lub cukierkami na dobranoc. Tabu procederu radzenia sobie z popędem seksualnym w skrajnych warunkach było tak silne, że po wyjściu z obozu o tym się nie mówiło, nie wspominało, a tym bardziej pisało i publikowało. Paragraf 175 obowiązywał jeszcze długo po zakończeniu wojny. W RFN został zniesiony dopiero w latach 90. XX wieku!
To dlatego ta pozycja jest unikatowa.
Nie tylko dlatego, że jest pierwszym i jednym z niewielu świadectw ofiar ze względu na orientację seksualną, ale także dlatego, że uzupełnia obraz Holokaustu o element dotychczas nieznany, bo ignorowany, w obozowej literaturze wspomnieniowej i opracowaniach tylko sygnalizowany, przemilczany, maskowany i niemający prawa należeć do „dobrego towarzystwa ofiar”. Pozwala również na zajrzenie do brutalnego, często wymuszanego, seksualnego świata mężczyzn o podwójnej moralności. I nie chodziło w tych wspomnieniach tylko o opisanie sadystycznych represji i tortur stosowanych wobec homoseksualistów często prowadzących do śmierci, przez które trudno było mi przebrnąć. Nie chodziło tylko, jak napisała autorka wstępu Anna Richter, o licytowanie lub porównywanie wymiaru cierpienia, lecz o pozwolenie wszystkim ofiarom na wypowiedzenie doznanej krzywdy i pamięć o niej. O poznanie świata ukrytego za zasłoną tabu, by ujrzeć wymiar Holokaustu w pełni.
Również tego przemilczanego.
Przyjrzeć się również eksterminacyjnej i „naprawczej” polityce nazistów wobec homoseksualistów. Nie tylko masowego uśmiercania, eksperymentów pseudomedycznych, ale i podejmowanych prób „leczenia” poprzez tortury przeprowadzane przez esesmanów-oprawców lub kapo z sadystycznymi skłonnościami na tle seksualnym. Również poprzez „terapię” kontaktów seksualnych z kobietami w utworzonym na terenie obozu do tego celu burdelu. I wreszcie poprzez propozycje kastracji w zamian za zwolnienie z obozu. To również protest wobec braku, w świetle powojennego prawa, uznania homoseksualistów za ofiary nazistów i nieprzyznawanie im odszkodowań oraz odmowę rehabilitacji, mimo że nie popełnili żadnej zbrodni. To z tego ostatniego powodu ten odważny głos autora ukazał się po raz pierwszy w Niemczech w 1972 roku pod pseudonimem. Pod nim kryją się dwaj mężczyźni - Josef Kohout i Johann Neumann, których połączyły obozowe przeżycia jednego z nich, a spisywane przez drugiego w latach 1967-68. Taka anonimowość umożliwiła im przetrwanie i bezpieczeństwo w wykluczającym, piętnującym i odrzucającym społeczeństwie powojennym, w którym trauma więźniów homoseksualnych trwała nadal.
W Polsce wspomnienia ukazują się dopiero teraz, w 2016 roku.
Czas pokazuje najdobitniej, z jak silnym tabu społecznym walczy ta pozycja, która właściwie nie jest głosem jednego mężczyzny, ale wielogłosem więźniów z różowym trójkątem i specyficznych inwokacji do czytelnika i jego sumienia. Próbą zmuszenia odbiorcy do zajęcia określonego stanowiska i zmuszenia do odpowiedzi na wiele stawianych w niej pytań podobnych do tych – Cóż ja takiego zrobiłem, bym miał tak ciężko za to pokutować? Co to za świat i ludzie, którzy decydują za dorosłego człowieka, kogo i jak wolno mu kochać?
Jakżeż one są nadal aktualne!
Wspomnienia są też przejmującym głosem wyjątkowych rodziców „innego” syna. Ojca, który popełnił samobójstwo pod wpływem ostracyzmu piętnującego i jego, i jego rodzinę oraz matki, katoliczki!, która wypowiedziała najmądrzejsze słowa, jakie można skierować do własnego, zagubionego, ale nadal kochanego dziecka w tej wyjątkowej sytuacji – Mój drogi chłopcze – powiedziała – to twoje życie, które musisz sam przeżyć. Nie można wyjść ze swojej skóry i zmienić jej na jakąś inną, trzeba się z tym pogodzić. Jeśli sądzisz, że tylko mężczyzna może dać ci szczęście w miłości, nie jesteś z tego powodu żadnym potworem. (...) Nie pogrążaj się w rozpaczy, że jesteś „taki”. Posłuchaj moich rad i pamiętaj, że cokolwiek się stanie, jesteś moim synem i zawsze możesz do mnie przyjść ze swoimi zmartwieniami. Czekała na jego powrót do domu, znosząc obelgi i pogardę sąsiadów, sześć lat.
Takich rodziców życzę każdemu „innemu” dziecku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Mężczyźni z różowym trójkątem [Heinz Heger]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Dokumenty mówiące o obozowej przeszłości bohatera wspomnień przetrwały w dwóch pudełkach po butach. Tutaj je obejrzałam.
niedziela, 10 lipca 2016
Kobiety w kąpieli – Tie Ning



Kobiety w kąpieli – Tie Ning
Przełożyła Anna Gralak
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 490 stron
Literatura chińska


Rewolucja kulturalna w Chinach!
Czas, w którym cierpienia zwykłego człowieka nie można brać poważnie. Nie miało na nic wpływu i nie przemawiało do opinii publicznej, więc nie było warte wzmianki. Czas, w którym rodzice zostawiali swoje dzieci same i udawali się w inny rejon Chin, na farmę, by budować socjalizm. Czas, w którym małżeństwo było prawe i szlachetne! Skrywało tyle tajemnic i obrzydliwości! Czas, od którego najlepiej było odgrodzić się, zanurzając w potajemny świat radosnych spotkań wspólnego gotowania potraw według przepisów z zakazanego czasopisma, wbrew przykazaniu Mao – Rewolucja to nie zapraszanie przyjaciół na kolację.
To był świat czterech przyjaciółek i ich bliskich.
Pięknej Fei, awangardowej w wyglądzie i zachowaniu, której jedyną częścią ciała nieoddaną i niesprzedaną mężczyźnie były usta, a niewinność i knucie, naiwność i rozpusta najwyraźniej w niej współistniały.

Youyou chowającej się w kuchni, w której wyczarowywała obiady, kolacje i desery serwowane przyjaciółkom. Marzącej o szefowaniu w restauracji i uważającej, że najlepsze, co można robić, to spać, kiedy oczy są zamknięte, i jeść, kiedy są otwarte.

Tiao próbującej zasłużyć na miłość rodziców i odnaleźć ją w związkach z mężczyznami. Kobietą bezbronną i nieszczęsną, do końca życia obarczoną długiem, którego nigdy nie zdoła spłacić.
Fan, młodszej siostry Tiao, szukającej wolności od niechcianej przeszłości, w Ameryce. Uznającej siebie za ofiarę samotną, pozbawioną kogoś, na kogo mogłaby liczyć.
Wszystkie związane mrocznym sekretem.
Tajemnicą, która zdeterminowała ich losy. Wpłynęła na postawy, osobowość i psychikę. Zniszczyła zdolność tworzenia szczęśliwej rodziny, pozytywnych związków, zaufania w kontaktach i poczucia spełnienia w teraźniejszości.
Wszystkie były ofiarami rewolucji kulturalnej.
Proceder rozdzielania rodziców i dzieci, piętnowanie kontaktów seksualnych i ciąż pozamałżeńskich, samobójstwa pod wpływem ostracyzmu społecznego w postaci demaskacji i publicznej samokrytyki, to była codzienność ówczesnych Chin ukazanych w tle tej historii. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę działo się w psychice człowieka. Co myślał? Co czuł? Nie wiedzieli tego nawet najbliżsi, bo w honorowej rodzinie nie było miejsca na „inne sprawy”, bez względu na to, jak wielką hańbą okrył się któryś z jej członków albo jak strasznie cierpiał.
Autorka zaprosiła mnie do obserwacji tego cierpienia.
Obnażyła swoich bohaterów, ukazując ich głębię psychiczną niczym nagość kobiet w intymnej kąpieli. Miałam wyjątkową okazję ujrzeć ich w skrajnie emocjonalnych sytuacjach, poznać ukrywaną tajemnicę i drobne sekrety osobiste, przyczyny i skutki niezrozumiałych zachowań, by zrozumieć ich reakcje i postępowanie. Rozpaczliwe poszukiwanie szczęścia w świecie absurdu i zniewolenia, które dla każdego było czym innym. Bardzo indywidualnym i odmiennym od szczęścia drugiego człowieka. Najsmutniejsze w tej obserwacji było to, że ich droga wiodła donikąd bez względu na ilość podejmowanych prób i metod jego zdobycia. Nie posiadali też wyniesionej z dzieciństwa tej cudownej, dodatniej energii wykorzystywanej w życiu dorosłym, bo było skażone nieszczęściem. Skazani na wieczne wyrzuty sumienia i ciągłe starania o unicestwienie mroku we własnym sercu, bezustannie ranili się nawzajem. Gdyby w uczuciach pulsowała krew, ta opowieść ociekałaby nią.
To bardzo smutna historia.
Bardzo przygnębiająca, ale jednocześnie pięknie, wielowymiarowo i wielopłaszczyznowo opowiedziana. Z jednej strony bardzo poetycka w szczegółach, a z drugiej strony silnie oddająca emocje opisami wprawiającymi w przerażenie, grozę, żal, beznadzieję, irytację i wściekłość, którymi przepełnieni byli bohaterowie. Obserwowałam ich tak, jak oni siebie nawzajem, bo obserwowanie oznaczało ochronę siebie, własnego ja.

Jednocześnie pośrednio umożliwiało wgląd we własną duszę. Zmuszało do autoanalizy. Inni byli lusterkami dla bohaterów powieści, a ci z kolei byli lusterkami dla mnie. Dzięki nim mogłam zrozumieć, że dobroć i przebaczanie bez przyczyny nie istnieją, można je włożyć między bajki. Tylko serce żywiące nadzieję na odkupienie potrafi wytworzyć olbrzymią tolerancję dla ludzkości i dla ja.
Nie zgadzam się z tym przesłaniem!
Nie wierzę, że altruizm wyrasta ze zła, żywi się wyrzutami sumienia, a jego korzenie biorą początek w zbrodni. Być może jego obraz pokazany przez autorkę jest jedną z alternatyw. Jedną z możliwości pochodzenia.
Ale wierzę, że nie jedyną!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kobiety w kąpieli [Tie Ning]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 09 lipca 2016
Czołem, nie ma hien - Andrzej Meller



Czołem, nie ma hien: Wietnam jakiego nie znacie – Andrzej Meller
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 398 stron
Literatura polska


Spoglądam na ziemię i zastanawiam się, jak opisać ten wietnamski patchwork.
Z takimi myślami bił się autor, lądując w kwietniu 2013 roku w mieście Ho Chi Minh, wątpiąc w swoje możliwości i zdolności. Zupełnie niepotrzebnie. Był przecież reporterem i dziennikarzem z dorobkiem, więc przelewanie myśli na papier nie było dla niego novum. Do tego podróżnikiem, często lądującym w bardzo niebezpiecznych, z licznymi konfliktami wojennymi, miejscach. A to ochroniło go przed popadnięciem w skrajności w odbiorze nieznanej, otaczającej go rzeczywistości. Wyposażony w różne doświadczenia mógł odwoływać się do kontekstów i porównań nawiązujących do innych podróży, uzupełniając obraz Wietnamu. Co zresztą czynił. Nie bał się używać przy tym języka kolokwialnego, zwłaszcza w tych momentach, które wymagały natychmiastowej, błyskawicznej reakcji, a słownictwo było tego napięcia wyrazem. Zdarzały się więc i takie zdania oddające grozę wydarzeń niemalże sensacyjno-kryminalnych – Dobiegamy do parkingu, odpalamy motory i spierdalamy na pełnej piździe. W końcu autorem był mężczyzna niepokorny, który potrafił być bardzo asertywny i czuły na punkcie cwaniactwa, korupcji i podbijanych cen. Ale te mocne i przykre akcenty nie przesłaniały piękna poznawanego kraju. Wręcz podkreślał – Nie chcę zapamiętać Wietnamu źle przez takie pojedyncze wredne osobniki, które psują obraz fantastycznego kraju. Najbardziej jednak ucieszyłam się z mapki umieszczonej na wewnętrznej stronie tytułowej okładki:

Mogłam razem z autorem wędrować osobistymi szlakami po kraju do najciekawszych jego miejsc. Niekoniecznie znanych, ale na pewno mniej znanych lub, jak głosi podtytuł książki, nieznanych zupełnie. Dla mnie, oprócz znajomości komunistycznego ustroju i echa wojny amerykańsko-wietnamskiej, w całości nowych. Wszystko w tej opowieści było dla mnie odkryciem.
Nietypowym również w przekazie.
Tutaj, w odróżnieniu od wcześniej czytanych opowieści podróżniczych, kraj poznawałam przede wszystkim poprzez opowieści ludzi z otoczenia autora. Osób, z którymi mieszkał, które poznawał, zaprzyjaźniał się lub stykał się w swoich wypadach w głąb kraju, bo zależało mu, żeby zobaczyć prawdziwy, prowincjonalny Wietnam omijany przez backpackerów wiedzionych za rękę przez przewodnik Lonely Planet. To pogmatwane, pokręcone, trudne i zdeterminowane przez ustrój, a przez to przeciekawe, losy Wietnamczyków i ludności napływowej opowiadały o kraju, w którym przyszło im się toczyć do końca życia lub przez jakiś czas. Miłośników sportów wodnych, a wśród nich polskich nomadów kajta. Autor nie zapomniał i o innych akcentach polonijnych napotykanych w podróży, a które zjednały nam przychylność Wietnamczyków. Obcokrajowców wybierających Wietnam na szczęśliwe, leniwe, wygodne życie. Turystów zaglądających do niego dla wypoczynku, z których najliczniejszymi byli Rosjanie, a których język stał się bardziej komunikacyjnym niż angielski. Czy biznesmenów bezproblemowo rozwijających dochodowe interesy.
Raj dla outsiderów!
Dokładnie tak chciałoby się krzyknąć, by zaraz zadać pytanie – a gdzie ten opresyjny komunizm? Właściwie w początkowych rozdziałach nie było o nim mowy, dając ułudę raju. Autor odkrywał go powoli w miarę zdobywania zaufania poznawanych ludzi, opisując skutki społeczne i jednostkowe, których przedstawiciele mówili o sobie – Na wojnę zmarnowałem młodość. Na więzienie i kołchoz wiek średni. I chociaż każdy rozdział tętnił gwarem wielu osób, to z tego pozornego chaosu zawsze wyłaniał się temat przewodni, odmienny od poruszanych w pozostałych. Jego zapowiedzią było motto umieszczane pod tytułem rozdziału. Najbardziej spodobało mi się to:

W ten sposób przedstawił różnorodność Wietnamu od strony każdej dziedziny życia – zwykłej egzystencji w mieście i na wsi, obyczajów, języka, którego krótkie zasady wymowy i ortografii umieścił na końcu książki, wierzeń, kulinariów, których zapachy unosiły się niemal nad każdą stroną opowieści z glutaminianem sodu jako powszechną „przyprawą” w roli głównej, ubioru, mniejszości narodowych i religijnych, szeroko pojętej kultury, przestępczości, rozrywek (również tych nielegalnych), kształcenia i wychowania, z którego najbardziej spodobała mi się powszechna praktyka wspólnych wyjść dziadków z wnukami do księgarń, by, usiadłszy pod regałami, poczytać książki i pooglądać albumy i komiksy. Marzą mi się takie zwyczaje w Polsce.
Ale, ale!
W miarę poznawania Wietnamu poprzez życie jego mieszkańców, powoli ulatniał się obraz beztroskiego raju. Zaczęły pojawiać się tematy trudniejsze – handel dziećmi, prostytucja, korupcja, opresje komunistów wobec opozycji, wszechobecna indoktrynacja, by w ostatnich rozdziałach pokazać temat najbardziej bolesny – wojny amerykańsko-wietnamskiej i wojen indochińskich, których skutki widać na ulicach do dzisiaj w postaci powykręcanych przez chorobę dzieci Agenta Orange – skutek użycia broni chemicznej przez US Army. To w tej części wyłuskałam pozycję konieczną do przeczytania wietnamskiego autora Bao Ninha Smutek wojny, kiedy autor opowiadał o niej podczas zwiedzania kilometrów podziemnych tuneli wydrążonych dla ochrony przed bombami partyzantów i miejscowej ludności. Autor tą tematyką nie chciał wprowadzać mnie w smutne rejony historii Wietnamu i depresyjny klimat wojny. Przede wszystkim chciał uzmysłowić mi wyjątkowo silny charakter, pomysłowość i pracowitość narodu, wśród których żył prawie trzy lata.
Faktycznie to barwny, różnorodny kraj o skomplikowanej i trudnej przeszłości.
Ale przez pokazanie go poprzez ludzkie, konkretne historie, jakby mniej obcy, bardziej zrozumiały, bo po prostu ludzki z jego szczęśliwościami, problemami i smutkami. W tym człowieczym wymiarze tak podobny do naszego. Całości opowieści dopełniały wkładki z licznymi zdjęciami.

A skąd ten niczego niemówiący tytuł reportaży? Przecież w Wietnamie nie ma hien! Odkrywanie tej humorystycznej zagadki pozostawiam innym czytelnikom.
Bo i humoru w tej opowieści również sporo!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 06 lipca 2016
Ulisses – James Joyce



Ulisses – James Joyce
Przełożył Maciej Słomczyński
Wydawnictwo Znak , 2004 , 813 stron , wydanie 3
Literatura irlandzka


Nie wierzę, że przeczytałam tę powieść!
Nie miałam jej w planach. Wystarczyły mi informacje spotykane w literaturze przedmiotu uświadamiające istnienie tego rodzaju powieści i jej twórcy, jako innowatora, który według T. S . Eliota – zabił i pogrzebał wiek dziewiętnasty. Nie czułam się zobowiązana do czytania ośmiuset stron wewnętrznego monologu w przeważającej części dwóch, głównych bohaterów – Stefana Dedalusa i Leopolda Blooma, by wiedzieć na czym polega strumień świadomości i jego metoda przekazu. Na dodatek wcale nie wymyślona przez Jamesa Joyce’a, ale podpatrzona u francuskiego pisarza Édouarda Dujardina, udoskonalona i doprowadzona do perfekcji w Ulissesie. Nie robiły na mnie wrażenia głosy literaturoznawców polecające powieść jako zapoczątkowanie nowego rodzaju sztuki i doprowadzenie go do doskonałości na przestrzeni jednego dzieła. Nie zachęcały mnie głosy autorytetów literackich uznające tę powieść za arcydzieło, które wypada znać. Z pobłażliwością traktowałam swoją misję pośrednika w wypożyczaniu tej pozycji z biblioteki publicznej dla mojej ambitnej młodzieży, traktując jej zamiary jako lans wśród rówieśników. Gryzłam się w język, by nie zdeprecjonować sensu ich prób mierzenia się z wyzwaniem, ripostą – „a nie mówiłam?!”, gdy słyszałam polekturowe wrażenia – „strrrasznie nuuudne!”
Byłam potworną ignorantką!
Na szczęście do jednego zdarzenia, kiedy pożyczoną kolejny raz powieść, oddał mi dziewiętnastolatek, od którego po raz pierwszy usłyszałam coś odmiennego od dotychczasowej, niezmiennej mantry o nudzie – „trudna!” Zaintrygowało mnie to jedno, esencjonalne słowo, bo pochodzące od chłopca oczytanego w literaturze niszowej, swobodnie uprawiającego czytelnicze wycieczki w świat psychologii i filozofii, samodzielnego i twórczego w myśleniu, ale przede wszystkim poszukującego czytelniczych wyzwań.
Zaimponował mi i... zawstydził!
Okazało się, że ja, myśląca o sobie jako o chętnie podejmującej wyzwania czytelnicze, jestem w grupie tradycjonalistów, a co uświadomił mi również tłumacz tej powieści, Maciej Słomczyński. Człowiekiem, który wymagał od sztuki jedynie najwyższej zręczności w powielaniu tego, co im najbliższe i najlepiej znane. A gdzie w tym wszystkim mój cel i założenie tworzenia geografii literatury, po której chciałam oprowadzać innych? Stojąc w miejscu?! Zawstydziłam się po raz drugi. Tak zmotywowana zaczęłam czytać, a raczej mozolnie brnąć przez ten strumień świadomości z poczuciem popełniania czytelniczego masochizmu.
Było i nudno, i trudno, ale, o dziwo!, ze strony na stronę coraz ciekawiej!
W peletonie czytających niewielu docierało do mety, dzieląc się na czytelników, którzy Ulissesa chcą przeczytać, przeczytali i tych, którzy go nie skończyli. Podobno nie ma osób, które nie chcą go przeczytać. Z rozbawieniem widziałam, jak po drodze mijanych stron odpadali kolejni moi poprzednicy w czytaniu. Niektórzy zostawiali pod tekstem takie świadectwa frustracji kończącej przygodę i próbę zmierzenia się z powieścią:

Trochę żal mi ich było, bo dosyć daleko zabrnęli w tej nieustannej walce z ucieczką własnych myśli od tekstu, przywoływania ich z powrotem, by ostatecznie przegrać ze znużeniem i opadającymi powiekami. To pierwsza książka w moim życiu, która mnie usypiała. A dziwiłam się, jak można zasypiać podczas czytania?! Można! Ale walczyłam dalej! Zaciskałam szczęki w determinacji, otwierałam szeroko oczy, piłam hektolitry kawy i brnęłam dalej pod prąd nurtu tych strumieni świadomości bohaterów, na które przenosił mnie od czasu do czasu narrator zewnętrzny. Z czasem, gdzieś około połowy, zaczynało być nawet interesująco, kiedy wewnętrzny, intymny świat umysłów bohaterów zaczął odzwierciedlać zarówno strumień życia niosący ze sobą wszystko co dobre, ale i śmieci, o których pisał Zbigniew Herbert w Przesłaniu Pana Cogito, jako niewartych naszej uwagi. Tutaj jak najbardziej jej wartych, bo składających się na pełny realizm życia. Te oderwane z większej całości, niezwiązane logicznie z niczym, niemające sensu i nietworzące logicznej ciągłości, w postaci pojawiających się nagle i równie nagle znikających skojarzeń, przypomnień i błysków myślowych, tutaj tworzyły pełnię egzystencji. Drobin pojawiających się z przeszłości, w teraźniejszości i sięgających do przyszłości. Odtwarzające nie tylko surowy, pierwotny, wyjściowy stan umysłu ze świadomości, podświadomości, pamięci, lęków, pragnień, emocji, wrażeń i atawistycznych uczuć, obrzydliwej fizjologii ludzkiego ciała, ale i kondycję ludzkości jako takiej, sprowadzonej do wspólnego mianownika w tytule – jesteśmy jak Ulisses, w mitologii greckiej zwanej Odyseuszem, podróżującym skądś i dokądś, jak strumień mający swoje źródło i ujście, jak życie jemu podobne z początkiem i końcem podróży.
Temu dynamizmowi umysłu autor podporządkował język przekazu.
Bardzo utrudniający odbiór, chociaż, paradoksalnie, dokładnie tak myśląc, w praktyce nie mamy z interpretacją żadnych problemów. Z mnóstwem neologizmów powstałych z połączenia dwóch i więcej wyrazów, których długość doprowadzona została do absurdu:

Wykorzystujący onomatopeje – Brzęk dzyń powozu brzęk. Ze zdaniami z pourywanymi wyrazami oddającymi charakter uciętych, niedokończonych myśli – Uratował sytu. Obcisłe spo. Wspaniały po. Ze wstawkami pisanymi archaicznym językiem. Z treścią ubraną nie tylko w formę prozy, ale i dramatu oraz poezji. Oddający stan lotnego umysłu, za którym trzeba było szybko podążać, również w równaniach matematycznych, jak i bełkot człowieka pijanego.
Realizm w najczystszej postaci!
Ale gdybym miała powiedzieć o czym przeczytałam, odpowiedziałabym – o wszystkim! O przygotowaniu śniadania, parciu w jelitach i defekacji, kąpieli, pogrzebie, obiedzie, odwiedzinach w muzeum, bibliotece, hotelu, parku i burdelu, jeździe dorożką, wizycie w zakładzie pogrzebowym, onanizmie, porodzie, pijackiej burdzie i nocnej przechadzce kończącej ten wyczerpujący mnie i bohaterów dzień 16 czerwca 1904 roku w Dublinie. O jednym dniu wypełnionym rozmowami o muzyce, literaturze, Irlandii, Dublinie, Paryżu, przyjaźni, kobietach, prostytucji, odżywianiu, wpływie oświetlenia gazowego lub lamp łukowych i żarówek na wzrost sąsiadujących z nimi paraheliotropicznych drzew, o wystawionych na widok śmietniczkach miejskich, Kościele rzymskokatolickim, celibacie duchownych, narodzie irlandzkim, wykształceniu jezuickim, karierach, studiowaniu medycyny, minionym dniu, złowieszczym wpływie dnia poprzedzającego sabat, omdleniu Stefana, antysemityzmie i wielu, wielu innych problemach człowieczych i zagadnieniach świata naszego. Ale przede wszystkim o człowieku i ludzkości w kontekście jej dziedzictwa, dokonań i dorobku w każdej dziedzinie nauki i kultury – religii, filozofii, sztuki, literatury pięknej, mitologii, a nawet medycyny czy astronomii. Trzeba być omnibusem, czytelnikiem doskonałym i poliglotą mówiącym co najmniej w sześciu językach (w tym po łacinie!), by odczytać symbolizm zawarty w tekście oraz konteksty i nawiązania, a także zrozumieć treść fragmentów pisanych w wielu obcych językach bez tłumaczenia.
To dlatego powieść jest trudna i w przesłaniu, i w języku przekazu.
Uprzedził o tym tłumacz powieści, pisząc – nie mam najmniejszych złudzeń, aby mógł istnieć choćby jeden czytelnik, który, przystąpiwszy – bez specjalnego przygotowania – do przeczytania tej książki po raz pierwszy, mógł ją sobie podporządkować w całości. Na pocieszenie dodając – Jestem absolutnie przekonany, że każdy inteligentny i jako tako oczytany człowiek potrafi opanować trudności stylu i pozostałe arkana techniczne tego dzieła, pod warunkiem oczywiście, że poświęci temu odpowiednią ilość czasu, uwagi i dobrej woli. Nie można tej prozy łyknąć na raz, ani nawet na cztery razy, przyśpieszyć czytanie czy poznawać z doskoku. Skoro tłumacz poświęcił na jej przekład dwanaście lat!, chcąc oddać artyzm jej wysokiego C, to i czytelnik musi przeznaczyć na nią dużo czasu i to specjalnie na tę wymagającą przygodę czytelniczą przeznaczonego. A wszystko po to, by docenić jej mistrzostwo w pełni zauważalne dopiero po przeczytaniu całości.
Inaczej będzie tylko bardzo nudno!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ulisses [James Joyce]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
wtorek, 05 lipca 2016
Poddaję się – Anna J. Dudek



Poddaję się: życie muzułmanek w Polsce – Anna J. Dudek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 239 stron
Literatura polska


Poddaję się w tytule to nie rezygnacja!
W kontekście tej książki nabiera chęci i woli poddania się Bogu. Dokładnie to wyrażają pojęcia muzułmanin i muzułmanka. To o tych ostatnich jest ten zbiór dwunastu reportaży. Każdy poświęcony innej kobiecie-muzułmance i innej jej drodze do wiary. Z urodzenia lub wyboru. Konwertytkom, które nad religię życia odziedziczoną po rodzicach przedłożyły religię wyboru. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Które dokonały świadomego wyboru między poddaniem się ostracyzmowi społeczeństwa a Bogiem.
Z różnym skutkiem.
Z trudnymi konsekwencjami komplikującymi życie w rodzinie, pracy czy małżeństwie. Każde spotkanie z konkretną kobietą to też inne spojrzenie na problemy praktykowania islamu w Polsce, który nie należy do najłatwiejszych, ale możliwym do sprostania jego wymogom. Każde spotkanie to także inny akcent na zagadnienia wiary. Dla Lubny, uchodźczyni z Iraku to przede wszystkim życie zgodne z zasadami wiary i dbałość o trwałość rodziny. Dla konwertytek Heleny, Adrianny, Karoliny czy Aminy to problem pogodzenia nowej sytuacji z tradycją. Dla Tamary, Dżennety i Dagmary, polskich muzułmanek tatarskiego pochodzenia, to problem nienawiści Polaków do islamu wyrosłego na gruncie terroryzmu i braku wiedzy na jego temat.
Ta publikacja wypełnia tę lukę.
Z rozmów z kobietami autorce udało się wyłuskać najbardziej podstawową wiedzę na temat zasad i filarów wiary w islamie. Pokazując życie kobiet praktykujących je, objaśnia jednocześnie, również jako obserwatorka ich życia, ich znaczenie, sens i cel. Odpowiada tym samym na najczęstsze, potencjalne pytania dotyczące ubioru kobiet, ich pozycji, roli i wolności, modlitwy, Koranu, proroka Mahometa, wychowania dzieci, małżeństwa, a nawet seksu. Podpiera się przy tym licznymi cytatami z Koranu, przypowieściami i wypowiedziami polskich autorytetów religijnych w islamie, jak i autorytetów naukowych ukazujących szerszy kontekst okołoreligijny – kulturowy, społeczny, demograficzny czy polityczny.
Jednak nie szczegóły są w tych reportażach najważniejsze.
Nie jest głównym problem nosić czy nie nosić chustę, uczestniczyć czy nie uczestniczyć w rodzinnych wydarzeniach chrześcijańskich czy gdzie kupić jedzenie halal – niezakazane, bo co kobieta, to inny islam. Co historia ludzka, to inna interpretacja i wykładnia zasad wiary. A wszystko to dlatego, że społeczność islamska jest tak samo silnie i licznie podzielona jak chrześcijańska. Sama autorka doszła do wniosku – Im dłużej przyglądam się temu monolitowi, tym więcej widzę linii demarkacyjnych, które go dzielą. Szyici i sunnici. Salafici. Wahabici. Islam progresywny. Moherowy. Muzułmańskie feministki. Tradycjonalistki. Na to nakładają się naleciałości kulturowe przenikające wiarę lokalnymi wierzeniami, zwyczajami i rytuałami. Dzisiaj inny jest islam w Indonezji, inny w Afryce, a inny w Arabii Saudyjskiej, a jedyne co łączy, to pięć filarów i sześć prawd wiary. By zrozumieć tę mozaikę podziałów trzeba odrzucić ignorancję, generalizację oraz uprzedzenia i zacząć poszerzać wiedzę na jej temat. Chociażby po to, by pozbyć się strachu generującego nietolerancję, nienawiść i agresję. To dlatego autorka umieściła w książce takie motto:

Sama zaznaczyła w swoim swoistym wyznaniu, przekornie nazywając go szahadą – nie wierzę w religię. Żadną. Ale nie było to dla niej problemem zgłębić temat, mając świadomość, że to ryzykowny projekt. To dobrze. Dzięki takiej postawie wyjściowej zachowała obiektywizm, który pozwolił jej na odrzucenie pokusy pisania o dobrej czy złej religii, o kobietach w islamie dobrym czy złym, ale o islamie pokazanym poprzez konkretne życie kobiet-muzułmanek w Polsce, ich historie i próby zachowania równowagi między islamem i życiem w Polsce. Między byciem nowoczesną kobietą a życiem według „sunny”. Ich drogi do prawa do tożsamości religijnej. Ich prawa do wyboru bycia poddaną Bogu.
Islam w tych reportażach przestaje być obcy, wrogi, egzotyczny i niebezpieczny, przybierając konkretną twarz każdej z pokazanych kobiet: Polki – muzułmanki i Polki – Tatarki – muzułmanki.
I to dokładnie w takiej kolejności.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Poddaję się  Życie muzułmanek w Polsce [Anna J. Dudek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 03 lipca 2016
Dziecię boże – Cormac McCarthy



Dziecię boże – Cormac McCarthy
Przełożyła Anna Kołyszko
Wydawnictwo Literackie , 2009 , 222 strony
Literatura amerykańska


Studium przypadku klinicznego.
Bo nie mogę inaczej określić głównego bohatera, dwudziestosiedmioletniego Lestera Ballarda. Jego historię, zachowanie, czyny determinujące los i w końcu makabryczne przestępstwa powoli poznawałam z opowieści znających go ludzi. Kiedy okazało się, że jest wielokrotnym mordercą i kolekcjonerem trupów, wszyscy próbowali doszukiwać się w jego przeszłości symptomów zapowiadających jego psychopatyczne zachowania. Człowiek, który nosi na głowie skalp swojej ofiary i bieliznę zdjętą z zamordowanych kobiet, uprawiając z nimi nekrofilię, nie może być zdrowy psychicznie. Musi być szajbusem, jak określali go opowiadający.
A mimo to.
Mimo narastającej grozy jego postępowania, coraz szerszej skali ohydnych czynów i odrażających zachowań, nie byłam w stanie go potępić, skrytykować, oskarżyć czy napiętnować. Nie potrafiłam dołączyć do chórku nienawidzących go ludzi. Nie po tym, gdy w morzu doświadczanego i wyrządzanego innym zła i okrucieństwa, kiedy ukucnął, spuścił głowę na kolana i rozpłakał się, a ja zobaczyłam w nim człowieka. Porzucone, niechciane, zagubione dziecię boże.
Tliło się w nim dobro.
Ale prowadziła go zła gwiazda. Samotnego, opuszczonego, osieroconego, nieszczęśliwego, rozpaczliwie i desperacko szukającego odrobiny szczęścia, miłości, uwagi, życzliwości i ciepła na swój wypaczony i pokręcony sposób. Innego nie znał. Nikt mu nie pokazał. Inaczej nie potrafił. Chociaż próbował opanować w sobie narastający gniew, który pojawił się na widok wiszącego na sznurze ojca. Były takie chwile, w których nie przemawiał przez niego demon, lecz jego dawny duch, który odzywał się w nim jeszcze raz na jakiś czas, usiłując przywracać go do zdrowia psychicznego, pomocna dłoń, która odciągnęła go znad krawędzi wyniszczającego gniewu. Sam, bez tej niezbędnej dłoni drugiego człowieka, nie potrafił trzymać się od niej zbyt długo. Ciągnęło go nad nią. I znowu wracał na ścieżkę gniewu, który utrzymywał go na powierzchni życia.
To mocna proza w swojej wymowie.
Zdążyłam przyzwyczaić się do jej stylu przekazu dzięki dwóm poprzednim powieściom tego autora – Droga i To nie jest kraj dla starych ludzi. Oskarżycielska pod adresem ludzkości, która trzyma przy piersi istoty kalekie i obłąkane, która pragnie mieć ich złą krew w swoich dziejach, ale gdy traci nad nimi kontrolę, gdy wymykają się jej wpływom, nie czuje się winna sytuacji, żądając głów. Wydając wyrok śmierci. Jest przy tym bardzo oszczędna w doborze słów, precyzyjnie kreśląc nimi zarówno przerażające zakamarki najciemniejszej strony psychiki człowieka, jak i baśniowe krajobrazy miejsc akcji. Tak, jakby chciała przeciwstawić sobie brzydotę człowieczą i piękno natury. Skonfrontować prozę i poezję ludzkiej egzystencji. Skontrastować ciemną i jasną stronę życia. A wszystko razem jako dzieło jednego stwórcy. Tak, jakby chciała powiedzieć – taki mamy pięknomroczny świat i takie po nim chodzą mniej lub bardziej udane dzieci boże.
Uwielbiam moc pióra tego autora!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dziecię boże [Cormac McCarthy]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Również i tę powieść autora zekranizowano.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88
| < Lipiec 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (829)
Mój top czytanych w 2015
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi