Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 26 czerwca 2016
Śmierć ma 143 cm wzrostu - Sebastian Fitzek



Śmierć ma 143 cm wzrostu - Sebastian Fitzek
Przełożył Tomasz Bereziński
Wydawnictwo Gruner+Jahr , 2008 , 356 stron
Seria Danse Macabre
Literatura niemiecka


Zabiłem. Potrzebuję adwokata. Jestem mordercą.
Poprosił o to Roberta Sterna, właśnie adwokata... dziesięcioletni chłopiec! Byłam tak samo zaskoczona, jak główny bohater, który zareagował na prośbę dziecka niedowierzaniem, sugerując swojej znajomej, Carinie, która przyprowadziła chłopca prosto z oddziału neurologii, na którym pracowała, wizytę raczej u psychiatry. Zwłaszcza że Simon miał rzekomo popełnić tę zbrodnię pięć lat przed swoim narodzeniem! Jednak oględziny miejsca zdarzenia potwierdziły wersję chłopca. Znaleziono rozkładające się od piętnastu lat zwłoki mężczyzny.
Wszystko zgadzało się w najdrobniejszych nawet szczegółach!
I może nadal Robert nie byłby zainteresowany prośbą mało wiarygodnego dziecka, gdyby nie otrzymany film na DVD pokazujący jego żyjącego syna Felixa, który zmarł na oddziale noworodkowym. Był tego świadkiem. Czuł zimno jego skóry i słyszał wyrok lekarzy. Tajemniczy głos z taśmy stawiał warunki – nazwisko mordercy za więcej informacji i kontakt z domniemanym synem.
Adwokat stał się śledczym.
Chcąc nie chcąc, wciągnięty w śmiertelną grę, poznał świat od najgorszej strony, strony zła, który dotychczas krył się za wyrokami, pisemnymi oświadczeniami i prawnymi formułkami. Porzucił bezpieczne miejsce ukryte za starannie budowaną przez lata, po śmierci syna, fasadą z drogich garniturów, wypolerowanych na błysk samochodów służbowych i wysprzątanych biur z widokiem na Bramę Brandenburską, by odkryć nie tylko tajemnicę chłopca o wzroście 143 cm niosącego śmierć (stąd tytuł powieści) czy okoliczności śmierci lub przeżycia syna, ale i puste obszary psychiki samego siebie. Szedł przez tunel morderstwa, wymuszenia, pedofilii, ucieczki, bólu fizycznego i cierpienia psychicznego prosto w objęcia śmierci.
Do końca nie wiedziałam, czy tak się właśnie stanie.
Nic nie było w tej historii jednoznaczne i przewidywalne. Wszystko mogło się zdarzyć. To stała cecha thrillerów tego autora. I tak, jak w dwóch poprzednich - Terapia i Makabryczna gra, z wykorzystaniem dobrej znajomości psychologii i psychiatrii w budowaniu skomplikowanej osobowości bohaterów zapętlonych w uczucia, lęki i strach o znamionach patologii. Uwikłanych tragiczną przeszłością w jeszcze bardziej dramatyczną teraźniejszość, wymuszającą na nich łamanie prawa w dążeniu do wyznaczonego celu przez innych w powiązaniu z celami osobistymi. Narastające do tego emocje, budujące atmosferę niepewności i braku poczucia bezpieczeństwa, dopełniały obraz niby przeciętnego, dobrze sytuowanego człowieka, jakiego mijamy codziennie na przejściu dla pieszych czy w tramwaju do pracy. Autor wyłapuje takie osoby i jak nikt inny potrafi zajrzeć w tę przeciętność bardzo głęboko, tworząc koszmarnie przyjemną grę.
Grę, w której czytelnik staje się jednym z graczy.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 25 czerwca 2016
Myśl jak oszust– Maria Konnikova



Myśl jak oszust: żeby nie dać się oszukać – Maria Konnikova
Przełożyła Agnieszka Mitraszewska
Wydawnictwo Agora , 2016 , 392 strony
Literatura amerykańska


Czy można sprzedać wieżę Eiffla na złom, nie będąc jej właścicielem?
Jak najbardziej tak! I to dwa razy! Dokonał tego mistrz hochsztaplerstwa Victor Lustig vel Książę na początku XX wieku. Najlepsi w sztuce mistyfikacji potrafią sprzedać, namówić, zdobyć zaufanie, wmówić i nakłonić do wszystkiego. Nawet do tego, co wydaje się nam, stojącym z boku przekrętu, niemożliwe. Nie bez powodu autorka nazywa oszustów arystokracją w świecie przestępczym. Bo, gdy coś wydaje się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe, to prawdziwe nie jest, chyba że przydarza się mnie - łudzimy się. Autorka dowodzi, że oszustwom ulegają wszyscy. Również my. A zwłaszcza sami oszuści, których gubi zbyt duża pewność siebie i przekonanie o odporności na manipulację.

Kłamiemy. Oszukujemy. Kradniemy. Urządzamy awantury. Zdradzamy. Zadajemy ciosy nożem w plecy – zarówno dosłownie, jak i w przenośni, by „przeżyć” w społeczeństwie. Jakim cudem jeszcze nie wyeliminowaliśmy się z planety Ziemia? Jak oni to robią? Co sprawia, że im wierzymy, i jak są w stanie wykorzystać to dla własnych celów? Dlaczego nikt jeszcze nie napisał nic o tym?
Ta pozycja jest próbą odpowiedzi na na te i na wiele innych pytań w niej stawianych.
Autorka wyszła z założenia, że oszustwo zaczyna się od podstaw psychologii. Bazując na najnowszych odkryciach w dziedzinie psychologii społecznej i poznawczej, stworzyła przebieg procesu mistyfikacji, dzieląc go na dziewięć etapów. Każdy potraktowała jako osobny rozdział, w którym dokładnie go scharakteryzowała i przeanalizowała, powołując się na autorytety badaczy w tych dziedzinach nauki.

Przytoczyła najgłośniejsze oszustwa oraz ich twórców. Między innymi Bernarda Madoffa, Franka Abagnale’a, Icemana czy Clarka Rockefellera, których fascynujące biografie czytałam z wypiekami na twarzy. Przypadki te potraktowała jak ilustrację omawianych procesów psychicznych zachodzących w człowieku, jak i społecznych zachodzących między ludźmi, które uwieńczyła jedną zasadą głoszoną przez genetyków – geny ładują broń, ale to środowisko pociąga za spust. Proponuje przy tym ciekawy test Richarda Wisemana na skłonność do oszustwa, nawet nieszkodliwego, gdyby nadarzyła się tylko taka okazja. Zastosowałam się się do zachęcającego polecenia – Przetestuj się. Palcem wskazującym napisz sobie na czole literę „Q”.
Już?
W interpretacji wyniku kluczowym jest kierunek narysowanego ogonka. Jeśli litera napisana jest z ogonkiem w lewo, tak by inni mogli właściwie je odczytać, jesteś skłonny do wysokiej samokontroli. Jeśli w prawą stronę oznacza to skłonność do manipulowania rzeczywistością. Nie zdradzę wyniku mojego testu, ale zdradzę motywację sięgnięcia po tę książkę – chciałam poznać receptę chroniącą mnie przed wszelkiej maści oszustami, bo jak dowodzi autorka, to że jeszcze nie stałam się ofiarą w moim pojęciu, to wcale nie oznacza, że nią już nie byłam. Istnieją oszustwa idealne.

Czy ją otrzymałam?
I tak, i nie. Z jednej strony już na początku autorka zastrzegła, że nasza silna potrzeba wiary we wszystko to, co nadaje życiu sens, czyni nas łatwym łupem mistyfikacji i dopóki ona istnieje, dopóty cwaniacy nie będą mieli problemu ze znalezieniem frajerów. Z drugiej strony przyswojenie sobie treści tej publikacji daje bogatą, rzeczową wiedzę na temat mechanizmów oszustwa, a tym samym umiejętność zastosowania zasady zawartej w tytule – myśl jak oszust, żeby nie dać się oszukać. Znalazłam również drugą zasadę, którą można dopisać do recepty, a którą, jak większość celnych myśli w tej pozycji, autorka wyróżniła kursywą:

Czyli praca, praca i jeszcze raz praca nad sobą, bo jak mówi porzekadło, gdy raz mnie oszukasz, wstydź się; gdy drugi raz mnie oszukasz, to ja powinienem się wstydzić.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 19 czerwca 2016
Róg obfitości czy puszka Pandory? – Anna Małgorzata Pycka



Róg obfitości czy puszka Pandory?: kultura w Drugiej Rzeczypospolitej – Anna Małgorzata Pycka
Wydawnictwo Bellona , 2016 , 399 stron
Literatura polska


No właśnie!
Jakie było to nasze dwudziestolecie międzywojenne? Co odpowiedzieć sobie na zdane w tytule tej pozycji pytanie? Autorka uważa, że tak jak w PRL-u piętnowano wady Drugiej Rzeczypospolitej, tak dziś przede wszystkim podkreśla się jej zalety. Na przekór i dla wyważenia proporcji nacisku postanowiła stworzyć ciekawą opowieść o czasach, które pamięta jeszcze tak wiele osób... Od siebie dodam – publikację dla współczesnych odbiorców próbujących zrozumieć ich szeroko pojętą spuściznę. Wyszła z założenia, że kultura nie powstaje w oderwaniu od polityki i zmian gospodarczych w kraju, dlatego, zanim przeszła do jej omawiania, pierwszy rozdział poświęciła ówczesnej sytuacji politycznej, gospodarczej, demograficznej, społecznej, wyznaniowej, narodowościowej, światopoglądowej, militarnej, przemysłowej, rolniczej i oczywiście politycznej odradzającej się Polski. Bardzo dynamicznej, zmiennej, niestabilnej, pełnej sporów i ścierających się frakcji światopoglądowych, a jednocześnie rozwojowej pod każdym względem. To, co pozwoliła mi dostrzec ta pozycja, a co wymykało się mi wcześniej, to niesamowity skok technologiczny w kinematografii, telefonii, radiofonii i telewizji. To one miały ogromny wpływ na rozwój kultury, jej jakość i zasięg.
Autorka obszerny materiał informacyjny podzieliła na dziewięć rozdziałów tematycznych obejmujących literaturę, kawiarnie i kabarety, kino i teatr, sztukę, radio i telewizję, modę, sport oraz zwyczaje i obyczaje życia codziennego. Niektóre zagadnienia dobrze mi znane, czytane ku przypomnieniu, jak literatura czy sztuka, a niektóre mniej, jak kawiarnie czy kabarety, ale wszystkie ciekawie opowiedziane. Przesiąknięte atmosferą tamtych lat. Z podaniem najistotniejszych, najbardziej znaczących faktów, najbardziej kulturotwórczych osobowości, największych osiągnięć w każdej dziedzinie życia. Tekst bogato ilustrowany fotografiami

i cytatami wypowiedzi osób ówcześnie żyjących, fragmentami wierszy i artykułów prasowych lub uzupełniającymi tekst główny uwagami własnymi autorki, wyróżnionymi na szarym tle imitującym podniszczony papier,

tworzył nie tylko opowieść o epoce, ale i szerokie kompendium wiedzy na jej temat. Nie boję się użyć nawet określenia obszernego vademecum lub repetytorium, które polecam każdemu maturzyście do powtórki z epok literackich. Ale i osobom, które chcą zrozumieć literaturę dwudziestolecia międzywojennego potrafiącej być zbyt hermetyczną, by ją w pełni odczytał współczesny odbiorca.
To piękny, fascynujący czas!
Nawet jeśli było bardzo burzliwie i gorąco na scenie politycznej, nawet jeśli borykaliśmy się z problemami gospodarczymi i szalejącą inflacją, nawet jeśli nad Wisłę dotarły wojska bolszewickie, ponownie zagrażając naszej niepodległości, a naród był bardzo zróżnicowany etnicznie i narodowościowo z obciążeniami pozaborowymi. Ale to właśnie z tego tygla wielkiej różnorodności wysypało się z rogu tak wiele obfitości w każdej dziedzinie życia. I tutaj przypomniała mi się książka Genialni Erica Weinera, w której autor, w poszukiwaniu czynników generujących rozkwit kraju, wskazywał między innymi na różnorodność w społeczeństwie pod każdym względem. Mieliśmy to w dwudziestoleciu międzywojennym i mieliśmy Kulturę.
A potem spadły bomby...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 18 czerwca 2016
Śmiech morderców Breivik i inni – Klaus Theweleit



Śmiech morderców Breivik i inni: psychodram przyjemności zabijania – Klaus Theweleit
Przełożył Piotr Stronciwilk
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 232 strony
Literatura niemiecka


Śmiech to zdrowie?
Niekoniecznie. Śmiech to także zwiastun śmierci. Zapowiedź jej grozy czuć w znanym, pozornie niewinnym, powiedzeniu – ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
Zawsze jest nim morderca.
Oczywiście w świetle tej nowatorskiej publikacji, która odkrywa na nowo przyczynę, znaczenie i rolę śmiechu w przemocy i morderstwie. Podważa i obala dotychczasowe interpretacje naukowe zachowań przestępców, masowych morderców, dyktatorów, zamachowców czy terrorystów, proponując własne teorie. Wymienia osiem rodzajów śmiechu, przytaczając konkretne przykłady ludobójczych wydarzeń z dalekiej i bliższej historii opisywane przez mass media oraz w literaturze. Większość bardzo drastycznych. Dokładnie przygląda się i analizuje, czasami słowo po słowie, opisy śmiechu nazistów w czasie II wojny światowej, Andersa Breivika na wyspie Utøya, Czerwonych Khmerów w Kambodży, Radka Mladića w Srebrenicy, Hutu w Rwandzie, członków Państwa Islamskiego, strażników w ośrodku dla uchodźców w Abu Ghraib, nastolatek zaciągających się do Świętej Wojny, młodych rekrutów w dżihadzie, gangów na ulicach Los Angeles, strażników więziennych w Guantanamo i wiele, wiele innych opatrzonych konkretnymi nazwiskami przestępców. W opisach tych przypadków przytacza liczne cytaty (wyróżnione w tekście zmniejszoną czcionką) z artykułów prasowych, wypowiedzi morderców i świadków, wspomnień ofiar, fragmentów wywiadów i przemów sądowych, uzasadnień wyroków i wreszcie interpretacji tychże zachowań przez przedstawicieli nauk, zwłaszcza psychologów, psychiatrów i socjologów. Tworzy w ten sposób obiektywny obraz i ocenę zjawiska z różnych punktów widzenia po to, by nawiązać polemikę rozwiniętą w części drugiej, którą nazwał teorią. Każdemu z ośmiu rodzajów śmiechu (i jednocześnie rozdziałowi) przypisuje jedną lub dwie, własne teorie.
Bardzo odmienne od dotychczasowych interpretacji.
Na płaszczyźnie kultury, socjologii, psychologii, mediów i literatury sięga głęboko do fizjologii człowieka determinującej sferę psychiki i do struktury norm społecznych, jako środowiska jego funkcjonowania, by na bazie teorii homeostazy ciała ludzkiego i homeostazy socjokulturowej zbudować teorię przyczyn zachwiania stabilizacji i pustki zapełnianej ekstazą, której towarzyszy śmiech – orgiastyczne uczucie morderców. Buduje teorie socjologiczne tłumaczące zachowania przestępcze wynikające z patologi lub niewydolności wychowawczej rodziny oraz cienkiej i nietrwałej warstwy procesów cywilizacyjnych, dające w efekcie trzy typy tożsamości przestępcy, które nazwał – „puste miejsce”, „krwawa papka” i „black out”. Każda z nich prowadzi (z różną intensywnością) do natychmiastowego poczucia cielesnej ulgi, która toruje sobie drogę na zewnątrz w formie ekscesywnego śmiechu. Słyszą go ofiary, słyszymy i my w gazetach, filmach, powieściach i sztukach teatralnych. Autor wyraźnie przy tym podkreśla, że nie ma on nic wspólnego z religią czy jakąkolwiek ideologią, które są tylko dobrze wykorzystanym narzędziem do osiągnięcia własnego celu. Do poczucia pełni, stabilizacji oraz cielesnej ulgi i psychicznej równowagi. A jeśli już to wspólnie wyznawaną religią wydaje się raczej szyderczy śmiech. Pozwala mu to na odniesienia, porównania i upodabnianie opisywanych przestępstw, na przykład nazistów do czynu Andersa Breivika, czyniąc je ponadczasowymi i uniwersalnymi. Stąd podtytuł tej pozycji – Breivik: niezrzeszony esesman. Tym samym przeciwstawia się powszechnie przyjmowanemu w takich przypadkach poglądowi, że mordercy to psychopaci, narcyzi i dewianci seksualni, a tym samym pacjenci wymagający leczenia. Uważa to za podstawowy błąd w interpretacji przez współczesnych badaczy, twierdząc, że bariera, którą postawiono między „zupełnie normalnymi mężczyznami” a „szalonymi seryjnymi zabójcami”, jest czystą fikcją. (...) Mordowanie, tak jak mordowanie w skali masowej, jest integralną częścią bycia „zupełnie normalnym” typem człowieka – wszędzie tam, gdzie zawodzą moralne hamulce. Jest przy tym ironiczny i prześmiewczy wobec poglądów swoich partnerów w polemice. W niektóre zdania wkłada widoczny ładunek emocjonalny, nie bojąc się ferować takich zdań – Śmiać się chce, gdy cały szereg autorów – eksperci Browning, Goldhagen, Kuhl albo Walzer – przedstawiają światu te wnioski jako wielką rewelację. Gdzie oni żyją – na księżycu? – pyta, by zaraz w przypisie odpowiedzieć sobie – Nie, w uniwersyteckich instytutach. W ten sposób zarzuca im oderwanie się od szybko zmieniającej się rzeczywistości, w której rozwój Internetu ma kluczowe i decydujące znaczenie we współczesnych mordach. Stąd w zakończeniu autor umieszcza apel do czytelnika – Wszystko to nie tylko problemy „naukowe”, „dziennikarskie” lub po prostu polityczne. Żaden „polityk”, żaden „naukowiec”, żaden „dziennikarz”, żaden „analityk” nie jest w stanie ich rozwiązać raz na zawsze. To „my” (wszyscy „my”) musimy to robić w życiu codziennym.
Od siebie dodam – a zwłaszcza rodzice!
To trudna lektura nie tylko ze względu na innowacyjność interpretacyjną dotychczasowego dorobku naukowego, ale i sposób przekazywania i konfrontowania informacji z licznie cytowanymi źródłami. Na dodatek niektóre podane w oryginale bez tłumaczenia, wymagające więc znajomości języka angielskiego. Ale coś w tej teorii jest, co przemawia za nią w moim pojęciu. Coś, co zawsze podkreślam w porażkach wychowawczych – decydujące znaczenie w kształtowaniu osobowości człowieka ma przede wszystkim rodzina.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 12 czerwca 2016
Biała Rika – Magdalena Parys



Biała Rika – Magdalena Parys
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 299 stron
Literatura polska


Mogłabym powiedzieć, że to piękna opowieść była, gdyby nie jej tragizm.
I z powodu tego bólu i cierpienia miała nie powstać. Nie ułatwiali tego najbliżsi, na komentarze których natknęłam się po kilkudziesięciu stronach, a które właściwie powinny być wstępem do powieści.

Napisała!
Niby powieść, niby ze zmienionymi imionami, ulicami, bohaterami, a i tak wyzierała z niej bolesna prawda o własnej rodzinie okaleczonej przez wojnę. O niemieckich siostrach bliźniaczkach, Gerdzie i Ruth, zakochanych w Polaku, Karolu, który w 1943 roku pracował u ich ojca jako przymusowy robotnik. Obie zaszły z nim w ciążę, ale tylko Ruth nazywana Riką na tyle była odważna, by uciec z Karolem do Polski. Do Szczecina. I o tych latach przeszłych i latach w powojennej Polsce, w poniemieckim mieście, gdzie wszystko, domy, cmentarze, ulice, meble, a nawet babcie, było poniemieckie, opowiada wnuczka Riki – Dagmara. Jej opowieść o losach własnej rodziny, której pogmatwane koligacje, powiązania, powinowactwa i pokrewieństwa były tak skomplikowane, że od czasu do czasu próbowała zilustrować je graficznie.

Tak jakby statyka nieruchomego obrazu, wizualizacja płynnej abstrakcji, posiadała moc zatrzymania dynamicznych więzi i interakcji rodzinnych. Zdolność scalania rozdartego, spajania rozdzielonego, najpierw przez wojnę, potem przez granice państw i wreszcie przez niewybaczony żal spowodowany siostrzaną zdradą i porzuceniem przez ukochanego mężczyznę.
Rolę spoiwa pełniła również sama opowieść.
Tworzyła się na bieżąco wraz z moim czytaniem. Byłam świadkiem jej dziania się, powstawania i krystalizowania się wersji ostatecznej. Każdy z bohaterów miał prawo głosu, prawo do uzupełnienia, bo inaczej zapamiętał przeszłość, inne szczegóły odegrały ważniejszą rolę, inne zachowania i słowa szczególnie zapadły w pamięć. Każdy z nich podsuwał swoje uwagi opowiadającej Dagmarze, nie zgadzając się z opisywanymi przez nią faktami czy przytaczanymi dialogami. Konfrontacja pamięci narratorki z pozostałymi postaciami opowieści uwidoczniała się w delikatniejszej czcionce druku, wyraźnie odróżniającej się w tekście głównym.

Dołączające się do nich głosy redaktorek z wydawnictwa, których rady techniczne czy kosmetyczne poprawki odbiegające od prawdy, pozwalały na obserwację procesu kreacji powieści, chociaż i tak nie miały wpływu na prawdziwość rodzinnej historii. Dlatego Dagmara czasami poddawała się tym sugestiom, a czasami nie. Mogłam sobie wybrać, którą wersję wolę. Zawsze wolałam Dagmary. Były prawdziwe, naturalne, rzeczywiste. Te liczne wtrącenia pełniły również ważną funkcję odróżniania czasu akcji wydarzeń. Wprawdzie współcześnie opowiadała ją Dagmara dorosła, ale z perspektywy nastolatki, która próbowała poznać rodzinne tajemnice i sekrety jej najbliższych, by zrozumieć swoje miejsce w niej – przybłędy z Gdańska. Muszę sobie teraz wszystko na nowo poukładać. – mawiała Dagmara, gdy przybywał jej kolejny fakt-puzzel do rodzinnej układanki i na nowo rysowała drzewo genealogiczne, umieszczając w tekście kolejny rysunek. To był bolesny proces, pełen zaskoczeń i trudnych wpasowań w posiadany stan wiedzy, ale konieczny do zrozumienia zachowań babci Białej Riki, która miała chropawy akcent i nie rozumiała dobrze języka polskiego. Która zawsze w kwietniu jeździła do jednego kościoła za Odrą, otrzymywała paczki od siostry, chociaż nigdy się z nią ponownie nie spotkała i nienawidziła brzóz, które nie bez powodu znalazły się na wyklejce książki.

To także mikrohistoria powojennego Szczecina pełnego antyniemieckich nastrojów i procesów polonizacyjnych, które najcelniej podsumowała córka Riki i Karola – Powiem ci, biedna ta moja matka była wtedy na wojnie i po wojnie. Biedna Niemka i biedny Karol, Polak.
A ja zastanawiam się, ile jeszcze takich nienapisanych, trudnych historii rodzinnych jest w Szczecinie?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki
sobota, 11 czerwca 2016
Spowiedź Hitlera – Christopher Macht



Spowiedź Hitlera: szczera rozmowa z Żydem – opracował i do wydania przygotował Christopher Macht
Wydawnictwo Bellona , 2016 , 287 stron
Literatura polska


Taką sensacyjną informację przeczytałam na tylnej okładce książki. Ten wywiad został rzekomo (dlaczego rzekomo? - wyjaśnię później) odnaleziony i opracowany przez autora tej publikacji, Niemca z polskimi korzeniami, który jako historyk zainteresował się pożółkłymi kartkami wręczonymi mu w tajemnicy przez babcię. Były to notatki doktora Eduarda Blocha, osobistego lekarza Adolfa Hitlera i jego rodziny, który opiekował się jego umierającą na raka matką.

W nagrodę za te zasługi Führer nazwał go szlachetnym Żydem i obdarzył zaufaniem, pozwalając mu na przedśmiertny wywiad z prawem do publikacji po jego śmierci. Miała to być (dosyć swoista!) spłata długu wdzięczności. Doktor zgodził się na tę propozycję, komentując absurdalność sytuacji w ten sposób - doszło do historycznego paradoksu, w którym największy na świecie pogromca mojego narodu postanowił zaufać wrogowi, przedstawicielowi niższej rasy.
Wywiad trwał z przerwami kilka dni.
Doktor przyjeżdżał do siedziby sztabu Adolfa Hitlera w berlińskim bunkrze, by móc zadać pytania, na które rozmówca obiecał szczerze odpowiadać. Spotkań odbyło się jedenaście. Każde poświęcone innemu tematowi – dzieciństwu i dorastaniu, trudnym latom w Wiedniu i w więzieniu, udziałowi w I wojnie światowej, źródłom światopoglądu prowadzącego na szczyt władzy, dziełu życia Mein Kampf, II wojnie światowej, eksterminacji ludzkości, kobietom i seksie, zamachom, a nawet okultyzmowi. Zawierały wiele wątków mało znanych lub nieznanych, wręcz sensacyjnych, zwłaszcza tych dotyczących osobistej, a nawet intymnej sfery życia przywódcy III Rzeszy.
Pochłonął mnie ten wywiad!
Jednak przez cały czas prowadzonego dialogu niepokoiła mnie jedna myśl, która od początku zasiała we mnie zwątpienie w autentyczność spotkań. Pojawiła się już w pierwszym rozdziale, w którym doktor Eduard Bloch wyjaśnia okoliczności jego uwięzienia na pięć lat w berlińskim hotelu Adlon w 1940 roku, którego nie mógł opuszczać pod groźbą kary wysłania do obozu koncentracyjnego, aż do wywiadu w ostatnich dniach przed kapitulacją w kwietniu 1945 roku. I te jego podejrzane dojazdy z hotelu do bunkra Führera, kiedy wokół toczyły się walki, a Rosjanie byli już w Berlinie – były dla mnie bardzo wątpliwe. Zwłaszcza że niedawno czytałam Pięć dni które wstrząsnęły światem Nicholasa Besta ukazujące dokładnie, dzień po dniu, ostatnie chwile z życia Adolfa Hitlera aż do popełnienia przez niego samobójstwa.
Zaczęłam szukać w książce wyjaśnień.
Nie znalazłam ich we wstępie ani w epilogu, który utwierdzał mnie, że sięgając po tę książkę, należy pamiętać, że jest to literatura faktu, która zawsze sprawia kłopot. Wszystkie badane przeze mnie ślady sprawiały wrażenie lub utwierdzały mnie, że mam do czynienia z autentycznym dokumentem. Dopiero wypatrzona informacja umieszczona drobnym drukiem na odwrocie strony tytułowej rozwiała moje wątpliwości i podejrzenia:

I wszystko jasne!
Może i fikcja, ale ograniczona do formy przekazu - wywiadu i obudowy-opowieści jego odnalezienia. Treść to fakty. Autor poświęcił na ich zgromadzenie kilka lat, pisząc – Nim napisałem pierwsze zdanie, wchłonąłem kilkadziesiąt książek i obejrzałem drugie tyle filmów. (...) Poznawałem swego bohatera z każdej strony. Czytałem wszystko na jego temat – również opinie bardzo kontrowersyjnych historyków. Kreśląc każde ze zdań, zadawałem sobie pytanie: Czy on naprawdę powiedział te słowa? Jeśli pojawiały się w mojej głowie wątpliwości, w postaci nawet małego ziarenka, rezygnowałem. Chcąc wejść w psychikę Hitlera, poznawałem jego styl wysławiania się, korzystałem z pomocy psychologów, czytałem archiwalne opinie jego lekarzy. Ponadto wszystkie ujęte fakty i wypowiedzi mają swoje źródła w opracowaniach historycznych, które potwierdza dołączona do książki obszerna bibliografia, a w której wypatrzyłam czytane przeze mnie Dziennik sprzeciwu Friedricha Kellnera i Seks w III Rzeszy Anny Marii Sigmund.

Dodatkowo treść ilustrują oryginalne fotografie Adolfa Hitlera, jego współpracowników i najbliższych,

dane statystyczne,

oraz cytaty umieszczane na szarym tle dotyczące Adolfa Hitlera, zjawisk społecznych czy konkretnych wydarzeń historycznych, wypowiadane przez niego samego lub najbliższe i dalsze mu osoby, a zaczerpnięte z odezw, książki Mein Kampf lub innych publikacji.
Dzięki tej bezpośredniej formie przekazu i tym uwiarygodniającym go zabiegom, autor stworzył żywą osobę opowiadającą swoje życie. Ożywił kontrowersyjną postać historyczną, nadając mu charakterystyczny styl wypowiadania się i rozmowy z inną osobą, sposób traktowania ludzi z otoczenia, włącznie z opisem jego nawyków i przyzwyczajeń. Mężczyzny o silnym przekonaniu o własnej wyjątkowości i byciu wybranym przez Boga, by nieść światu światłość i doprowadzić do tego, by naród niemiecki stał się rasą panów. Ale czy człowieka? Bo mam silne wrażenie, że właśnie o to autorowi między innymi chodziło. Jestem w tej ocenie ostrożna, bo przeciwna humanizowaniu tyranów, morderców i dyktatorów.
Czy jest sens tworzyć takie paradokumentalne opowieści?
Sam autor, obawiając się potraktowania tej książki jako lektury propagującej nazizm, już na początku publikacji umieścił ostrzeżenie z taką treścią - Przed lekturą dalszych stron chciałbym wyraźnie oznajmić, że moim celem nie jest rozpowszechnianie i propagowanie nienawiści, a niniejszy utwór powinien być więc traktowany jedynie jako publikacja udostępniająca wiedzę wydobytą z sensacyjnych zapisków doktora Blocha czyli ze źródeł podanych w bibliografii. Dlatego na moje pytanie odpowiada pośrednio, umieszczając ten cytat:

Traktuję tę pozycję jako historyczną ciekawostkę literacką.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 05 czerwca 2016
Hirameki – Peng , Hu



Hirameki: olśnienie – Peng , Hu
Przełożyła Małgorzata Mirońska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 188 stron
Literatura niemiecka


Znasz hirameki!
Spójrz na ten widok,

i przypomnij sobie chwile, kiedy, leżąc na wznak, wpatrywałeś się w sufit albo w niebo, doznając olśnienia, gdy dostrzegałeś wśród przepływających obłoków wolno wyłaniający się statek pod pełnymi żaglami, który powooooli zamieniał się w pełznącego węża z rozwartą paszczą. To olśnienie, to właśnie hirameki. Ja takie hirameki przeżywam codziennie, kiedy otwieram rano oczy i widzę przez okno tę ścianę zieleni.

Moje hirameki wprawdzie nie zmienia się płynnie jak chmury, ale za to jest dynamiczne. Postacie i stwory ruszają się pod wpływem wiatru. Najfajniejsze jest to, że hirameki można tworzyć w każdej chwili, w każdym miejscu i ze wszystkiego – światłocienia, górskich pejzaży, plam i nierówności na suficie czy falujących łanów zbóż i traw.
Mają one jedną wadę – są nietrwałe, a tym samym odbierają szansę na stworzenie dzieła sztuki.

Dwaj artyści – Peng i Hu - doznali takiego olśnienia, patrząc na plamy na kartkach papieru do wycierania pędzli, na parkiecie swojego atelier, na ścianach i koszulach. Z tych olśnień i potrzeby szukania sensu w bezsensie, chaosie i nieładzie, powstała nowa forma sztuki – hirameki.
Jej zaletą jest trwałość.
Wystarczy wziąć pierwszy z brzegu kleks, długopis lub pisak w kolorze najlepiej czarnym lub niebieskim i utrwalać skojarzenia dowolnie lub według siedmiu kroków:

Każdy krok to mnóstwo kolorowych plamek do uzupełnienia, dorysowania, wyłonienia z niebytu z dyskretnymi podpowiedziami i komentarzami autorów:

Każdy, kolejny krok to również wyzwanie, bo w miarę przekładania kartek podnosi się poziom stopnia trudności od form prostych, wymagających kilku kresek do wolnego stylu budującego całe obrazy, w których kleksy wchodzą ze sobą w interakcje.

Jedynym ograniczeniem twórczego aktu jest wyobraźnia.
To książka, która może stać się intymną księgą olśnień, do której nikt nie będzie miał prawa wglądu. Posiada nie tylko właściwości terapeutyczne (wycisza, pomaga skupić uwagę, przekierowuje i uspokaja galop myśli, odpręża, angażuje umysł), ale i rozwojowe. To ostatnie ma ogromnie pożyteczne znaczenie szczególnie we wspieraniu psychofizycznego rozwoju dziecka, ponieważ inspiruje, uczy kreatywności i przełamywania schematów, precyzji manualnej, dostarczając mnóstwo radości, ale przede wszystkim uczy i pomaga:

Posiada też moc odkrywania siebie i swojej podświadomości, z której zasobów sami możemy sobie nie zdawać sprawy. Proces skojarzeń, wykorzystywany w psychologii w metodzie projekcji w teście plam atramentowych zwanej również testem Rorschacha od nazwiska jego twórcy (kontrowersyjną dla wielu psychologów), stosuje się w diagnozie klinicznej do określania cech osobowości i zaburzeń psychicznych badanego. Stąd moja sugestia o zastanowieniu się nad zakresem intymności tego zbiorku i dostępu do niego innych osób.
Tomik plam zaproponowany przez autorów można również wykorzystać do wspólnych zabaw rodzinnych. Jest w niej rozdział z identycznymi kleksami, które każdy z uczestników może zinterpretować niezależnie od innych, bo dwanaście takich samych widoków gór..., a ... w każdym mieszka inny stwór!

To propozycja wycieczki w świat wyobraźni dla osób unieruchomionych fizycznie. To także inspirująca pozycja na warsztaty z książką dla bibliotekarzy, wychowawców i opiekunów dzieci – w domu, w szkole, na koloniach i wycieczkach.
Ja już mam pomysł na wykorzystanie jej z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą. Połączę go z konkursem na najbardziej odlotowe hirameki, w którym nagrodami będzie ta książka, torba z hirameki i naklejki.

Będzie szał!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tak o książce mówi, bardzo ciekawie uzupełniając plamki, prof. Jerzy Vetulani.

sobota, 04 czerwca 2016
Okrutny maszynista – Pavel Vilikovský



Okrutny maszynista: zbiór opowiadań – Pavel Vilikovský
Przełożyli Justyna Wodzisławska , Tomasz Grabiński
Wydawnictwo Słowackie Klimaty , 2013 , 158 stron
Literatura słowacka


Siła w różnorodności!
Siedem różnych opowiadań. Każde z innymi bohaterami. Każde dziejące się w odmiennym miejscu akcji i w różnym czasie. Wszystkie w formie opowiadań, ale inaczej podane – jako wspomnienie, jako relacja detektywa ze śledztwa, list czy audycja radiowa. Każde z niepowtarzalnym tytułem, z których żadne nie dostąpiło zaszczytu patronowania reszcie w roli zbiorczego tytułu tej antologii.
A mimo to tworzyły jedność.
Poczułam ją dopiero po przeczytaniu całości, kiedy położyła mi się marazmem niczym kamieniem na duszy. Kiedy przelała się na mnie ołowianą niemocą działania, uprzedzona niechęcią do zmian, mrocznym lękiem przed nowym i obezwładniającą bezsilnością wobec zmiennego, płynnego, tętniącego, pędzącego do przodu życia wokół. Wokół klatki, w której żyliśmy, my postkomunistyczne społeczeństwa, a w której nagle otworzyły się drzwi, której ściany zostały zburzone, a której granice nadal boimy się przekroczyć, prowadząc do absurdalnej sytuacji. Celnie ukazanego purnonsensu!
Czy na to zjawisko składało się wszystko to, co określamy pojęciem środkowoeuropejskości?
Te opowiadania są próbą odpowiedzi na to pytanie. Bo czym tak naprawdę jest ta środkowoeuropejskość? Czym się objawia? Jakie ma cechy? Czy to jest niechęć do omawiania i analizowania socjalistycznej przeszłości, która była jak długo padający deszcz, a naród pamięta, lecz nie czuje potrzeby, by o tym mówić? A może to jest skłonność do zaspakajania silnej potrzeby poczucia pewności, w której środkowoeuropejski Syzyf podczas drogi w dół niósłby głaz na ramieniu, żeby, nie daj Boże, gdzieś mu się nie zapodział; bo cóż bez głazu z rozpoczętym życiem? A może to lęk przed nowym, które siłą rzeczy przewartościowuje świat i światopogląd, zaburzając poczucie tożsamości? A może bezsilność wobec pędzącego, niczym pociąg, życia, w którym nie ma czasu na rozmowę od serca, bo okrutny maszynista nie czeka i Kasanovský, już go dobrze znamy, skacze ze schodków prosto w słup!
Autor na różne sposoby próbował podsunąć mi odpowiedzi, angażując do tej misji samego Alberta Camusa, który, w poszukiwaniu sensu, odwiedził incognito Brno. Oddał głos Sígmánowi Fríjádowi (nie trudno domyślić się, kogo kryje to nazwisko), poszukującego Boga (czytaj – okrutnego maszynisty) i jego roli w życiu człowieczym. A także zwykłemu mężczyźnie, który nie potrafił dopasować do nowej rzeczywistości nawet własnego imienia, bo w świecie, który widział mu się dzisiaj, nic mu nie odpowiadało.
I w tym momencie przypomniałam sobie motto poprzedzające pierwsze opowiadanie.

To w nim była zawarta główna odpowiedź na gęsto stawiane w tych opowiadaniach pytania. Bo to wszystko takie słowackie, czeskie, węgierskie, polskie i wreszcie środokowoeuropejskie jest? Na pewno?
Otóż, nie!
To ludzkie jest! Takie człowiecze jest! Człowiek może mieszkać w Europie Środkowej całe życie, a mimo to nie musi być Środkowoeuropejczykiem. Ale to rodzi kolejne pytanie.
Czy jesteśmy w stanie zachować własną tożsamość i nie rozbić się o słup, wyskakując z pociągu życia okrutnego maszynisty?
Opowieści-zagadki z całkiem prostym rozwiązaniem – gordyjskim!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 29 maja 2016
Ewolucja dewolucja nauka – Maciej Giertych



Ewolucja dewolucja nauka – Maciej Giertych
Wydawnictwo Giertych , 2016 , 192 stron
Literatura polska


Spór o ewolucję trwa nadal, a poniższa recenzja tej pozycji, umieszczona w środku, przedstawia to tak:

Dewolucja to dla mnie nowe słowo i pojęcie. Chciałam wiedzieć więcej, więc z zaciekawieniem przyjęłam ją od mojej koleżanki, która uczy biologii w szkole. Dała mi ją bez komentarza, a ja, biorąc ją, byłam przekonana, że to podręcznik szkolny, bo do złudzenia go przypomina. Nawet odruchowo zaczęłam szukać numeru dopuszczenia MEN do użytku szkolnego.
A tu niespodzianka!
Nie znalazłam go. Według Wydawcy jest podręcznikiem, bo takiego określenie używa w opisie książki na swojej stronie, ale tak naprawdę to ujęte w tę przystępną formę przekazu pokłosie konferencji w Parlamencie Europejskim z dnia 11 października 2006 roku na temat nauczania teorii ewolucji w szkołach europejskich zorganizowanej z inicjatywy autora. Ówcześnie europosła, ale również profesora, naukowca, badacza i wykładowcy akademickiego mającego merytoryczne i naukowe podstawy do zaproszenia do dyskusji myślących podobnie, innych naukowców z różnych dziedzin nauki. Ich wystąpienia pozwoliły na sformułowanie jednego, ale za to rewolucyjnego wniosku – najwyższy już czas odrzucić teorię ewolucji w formie przedstawionej w europejskich szkołach. Uczy się nieudowodnionej teorii bardziej jako dogmatu czy przesądu zamiast prawdy naukowej. Czas, by spojrzeć na zagadnienie z czysto naukowego punktu widzenia i uwzględnić najnowsze odkrycia.
Ok – pomyślałam – z ochotą spojrzę z proponowanego punktu widzenia!
Charles Darwin też miał pod górkę ze swoimi poglądami, o czym przekonałam się, czytając biograficzną Opowieść o Darwinie Irvinga Stone’a. Jak widać, po ponad 150 latach, nadal ma. Dlaczego więc nie dać szansy wypowiedzenia się tym razem jego upartym przeciwnikom? Dałam taką szansę ateiście Richardowi Dawkinsowi i jego Najwspanialszemu widowisku świata, dam i przedstawicielowi dewolucjonizmu. Zwłaszcza że środowisko kreacjonistów, wbrew powszechnej opinii, to również obóz naukowców, badaczy i specjalistów znanych i uznanych w swoich dziedzinach.
Autor swój referat podzielił na sześć rozdziałów.
Pierwszy poświęcił teorii ewolucji, wskazując na słabe punkty w jej założeniach w powstawaniu ras, mutacjach, dowodach paleontologicznych, filogenezie, sedymentologii, stratygrafii i metodzie datowania. W każdej z tych dziedzin obala przyjętą za pewniki wiedzę, a cały rozdział podsumowuje jednym wnioskiem – to nie ewolucja, to dewolucja. W przeciwieństwie do ewolucji, widoczny proces w odwrotnym kierunku. Muszę przyznać, że kontrargumenty i dowody je popierające są bardzo rzeczowe i przynajmniej zmuszające do krytycznego myślenia. Powołuje się przy tym na nie byle jakie autorytety, bo na dwudziestu noblistów z różnych dziedzin nauki, którzy co najmniej sceptycznie, jeśli nie krytycznie, wypowiedzieli się na temat ewolucji. Najciekawszym dla mnie rozdziałem był ten poświęcony etyce wyrosłej na gruncie darwinizmu. Eugenika to jego pochodna.
Ale nie tylko!
Według autora darwinizm można używać i, jak historia pokazała, używano go do usprawiedliwiania ludobójstwa, eksperymentów medycznych czy komercjalizacji rozrodczości człowieka.
Swoją teorię wpisuje w kreacjonizm, który twierdzi, że życie to nie tylko chemia, a tajemnica życia jest niewątpliwie najtrwalszym problemem dla umysłu ludzkiego – jak powiedział noblista z fizyki z 1909 roku, Guglielmo Marconi. Stąd kolejny rozdział o stosunku religii świata do ewolucjonizmu, który waha się pomiędzy negacją a kompromisem.
Ostatni rozdział poświęca dewolucji, ukazując jej przejaw na konkretnych zjawiskach – wymieraniu gatunków i mutacjach genetycznych pod wpływem czynników mutagennych, by całość treści zakończyć mocnym zdaniem – Ewolucja to teoria, dewolucja to fakt. I coś w tym jest, kiedy przeczyta się cały wywód.
Ale, czy powinien być kierowany do uczniów?
Nawet jeśli pośrednio, bo autor rozdał książkę nieodpłatnie nauczycielom biologii w całej Polsce. Wyraźnie chciał swoją wiedzę i stanowisko ukazać środowisku chłonącym ją, ale najsłabiej do tego przygotowanym pod kątem merytorycznym, jak i krytycznego myślenia. To dlatego książka przybrała formę podręcznika. Tekst pisany dużymi literami zawiera podkreślone na kolorowo zdania ważne.

Myśli szczególne są wyrzucone na margines z wykrzyknikiem.

Ikonografia jest bardzo kolorowa i często dominująca nad tekstem.

Czasami stanowi wręcz tło dla treści.

Bardzo przyjemnie czyta się ją i ogląda. Zwłaszcza że jest wydana na elastycznym papierze, miękko układającym się w dłoniach.
Ale, czy powinna być wprowadzana do szkół kuchennymi drzwiami?
Uczeń nie jest partnerem w dyskusjach naukowych, a nauczyciel musi realizować podstawę programową. Moja koleżanka nawet jej nie przeczytała, odrzucając ją po zobaczeniu nazwiska autora. Sądząc po komentarzach i głosach obdarowanych nauczycieli (polecam artykuł - Biolog o książce prof. Macieja Giertycha: "To (pseudo)naukowy sabotaż"), środowisko jest raczej oburzone. Chociaż nie wykluczam, że znajdzie się wśród nich biolog, który mądrze zapozna uczniów z dewolucją w ramach koła biologicznego jako alternatywę teorii oficjalnej. Wolałabym jednak, aby spory naukowe toczyły się wśród naukowców na sympozjach, wśród równych sobie, a wypracowane wspólnie wnioski dopiero wtedy przenikały do obowiązującego programu nauczania młodzieży. Omijanie tej drogi i pójście na skróty nie jest najlepszym pomysłem.
Odbieram to jako akt rozpaczliwej desperacji.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Frgment książki

Wysłuchałam również wykładu autora.
sobota, 28 maja 2016
Księga Diny – Herbjørg Wassmo



Księga Diny – Herbjørg Wassmo
Przełożyła Ewa Partyga
Wydawnictwo Smak Słowa , 2014 , 579 stron
Trylogia Dina , tom 1
Literatura norweska


Czekałam na tę powieść 17 lat!
Po raz pierwszy usłyszałam o niej w radiu w roku premiery, w 1999, jadąc samochodem. Sposób reklamy powieści był tak silnie do mnie przemawiający i przekonujący, że ochota jej przeczytania przetrwała lata. Niestety, pierwszy nakład rozszedł się błyskawicznie, a ceny na aukcjach przekraczały próg setki. Plany przeczytania powieści powoli przeszły do świata marzeń czytelniczych. Aż nadszedł rok 2014, a z nim jej ponowne wydanie.
I oto ją mam!
Jak smakuje realizacja czytelniczego marzenia? Wybornie! Chociaż obawiałam się, że powieść nie sprosta moim wygórowanym oczekiwaniom. Zwłaszcza że tu i ówdzie spotykałam się z niepochlebnymi opiniami sugerującymi rozczarowanie wbrew powszechnym zachwytom. Nie należę do tych czytelników. Przekonałam się, że warto było cierpliwie czekać na wyjątkową ucztę literacką.
W postaci nie jednej, a trzech ksiąg!
Dwie główne czytałam naprzemiennie.
Pierwsza, dominująca w opisach mrocznych, bolesnych, dynamicznych wydarzeń, zmiennych miejsc akcji, różnorodnych, kontrowersyjnych, nieprzewidywalnych lub niezrozumiałych zachowań bohaterów i interakcji zachodzących między nimi, była obszerna, szczegółowa, wyjaśniająca i tłumacząca. Jej narrator zewnętrzny często prowadził mnie w miejsca niedostępne dla pozostałych bohaterów. Pokazywał zdarzenia w pełni znane tylko mnie i głównej bohaterce Dinie. Relacjonował jak uważny i wtajemniczony obserwator, opowiadając mi jej życie. Trudne, bolesne, przesiąknięte żalem i tajemnicą śmierci, bo od tej ostatniej tak naprawdę rozpoczęte. Moment tragicznej śmierci matki był właściwie początkiem narodzin Diny znanej mi z reszty opowieści. Dzikiej, nieokiełznanej, łamiącej bez skrupułów normy społeczne i zasady moralne, indywidualistki dążącej do realizacji własnych, często egoistycznych celów i planów, silnej w brutalnym świecie mężczyzn i surowej natury dziewiętnastowiecznej Norwegii z niestabilną politycznie sytuacją Rosji w tle. Według niektórych po prostu złej dziewczynki, złej nastolatki i złej kobiety, która robiła, co chciała i której było bliżej do czarownicy niż do człowieka. Nie oceniałam jej aż tak jednoznacznie i powierzchownie, jak żyjący z nią lub w jej otoczeniu ludzie, ponieważ otrzymałam relatywny punkt widzenia.
Miałam wgląd do drugiej księgi!
Czytałam księgę autorstwa Diny, której fragmenty, niczym syntetyczne komentarze do księgi pierwszej narratora, napotykałam w tekście głównym, bardzo uważnie. Były łatwe do odróżnienia, bo zawsze wyróżnione kursywą i zawsze rozpoczynały się krótkim zdaniem-wstępem – Jam jest Dina.

Ich narratorką była główna bohaterka. Oszczędna w słowach. Skąpa w opisach. Ale to nie one były nośnikiem intymnej wiedzy o niej i rzeczywistości, z którą walczyła. Tę rolę pełniły, ukryte w prostych, krótkich zdaniach, emocje i stale obecni zmarli, których nosiła w sobie jak brzemię i których widziała wokół siebie. To dzięki tej księdze mogłam ujrzeć wydarzenia na nowo, niczym odbicie w zwierciadle, których przebieg i sens nabierały odmiennego znaczenia. Nabierały zrozumienia dla postępowania, zachowania i postaw Diny, ukształtowanych nie tylko dramatem z dzieciństwa, ale również przez trzecią księgę – Biblię.
Jej przesłanie odbierałam pod zupełnie inną nazwą. Dla Diny była to czarna księga Hjertrud. Odziedziczona po zmarłej matce, czytana i ukrywana jak skarb, uwidoczniała się tylko w jej zachowaniu. Była jej drogowskazem i pośrednim, wychowującym słowem matki. To na jej treść powoływała się w rozmowach, sprawach i konfliktach. To jej myślami usprawiedliwiała i tłumaczyła swoje kontrowersyjne decyzje. Nie była w jej interpretacji konsekwentna, bo rozumiała ją wybiórczo, jako księgę o sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Którzy uderzali bez pardonu. Pieścili bez uczucia i poprzysięgali zemstę. Wymuszając na innych stosowanie tak rozumianych przez nią zasad i próbując wyprostować zagmatwany świat przez konwenanse, sama popełniała grzechy ciężkie. W książce Biblia uwidoczniała się mi w postaci swoistych mott-cytatów poprzedzających i nawiązujących myślą do treści rozdziału.

Wszystkie trzy księgi składały się na jedną księgę tytułową.
Na obiektywny obraz kobiety, którą ukształtowało dramatyczne zdarzenie w dzieciństwie, zabierające jej niezbędny czynnik do szczęśliwego, spełnionego życia, dając w zamian samotność i wypaczone pojęcie miłości wyrażone w zdaniu – Jam jest Dina, zabijam tych, których kocham. Silnej, bezwzględnej i przerażającej, bo przekazującej to ponure dziedzictwo swojemu synowi w ostatniej scenie.
Księga Diny to pierwsza część trylogii, której kontynuacją jest tom drugi Lykkens sønn i trzeci Karnas arv. Niestety do tej pory niewydane w Polsce. Stąd mój rozpaczliwy apel.
Kochane Wydawnictwa, bardzo proszę o pochylenie się nad tym niewybaczalnym zaniechaniem wydawniczym!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Księga Diny [Herbjørg Wassmo]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

W 2002 roku powieść zekranizowano.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
| < Czerwiec 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w czerwcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (818)
Mój top czytanych w 2015
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi