Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 20 listopada 2017
Co czytali sobie, kiedy byli mali? – Ewa Świerżewska , Jarosław Mikołajewski

Co czytali sobie, kiedy byli mali? – rozmawiali Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski
Wydawnictwo Agora , Wydawnictwo Egmont , 2014 , 320 stron
Literatura polska

   Czarodziejski album!

   Świadomie użyłam słowa album, bo miałam wrażenie, że taki czytam, oglądam i przeżywam, bo jak każdy album, posiadał moc przywoływania wspomnień z dzieciństwa. Różdżką rozświetlającą mrok pamięci była książka. Początkowo wydawało mi się bardzo prostym wrócić do książek z dzieciństwa. Miałam w głowie gotową listę tytułów. Kiedy jednak zaczęłam przysłuchiwać się rozmówcom, zaczynałam analizować ten spis i wysnuwać zupełnie inne wnioski. Podobnie było z 24 rozmówcami autorów.

Z różnych środowisk rodzinnych, różnorodnych profesji, odmiennych podejść do życia i zróżnicowanym wieku. Na propozycję wywiadu na temat książek czytanych w dzieciństwie, pojawiały się trzy reakcje z ich strony – Pierwszą reakcją rozmówców były zgoda i przekonanie, że to będzie łatwa rozmowa. Drugą: nie pamiętam. Trzecią: radość odkrycia, a nawet zdziwienie, że dotyczy ono tak bogatego obszaru. Bo książka nie była wyrwana z kontekstu ich przeszłości. Kojarzyła okoliczności czytania. Nasuwała wspomnienia szczęśliwe, radosne, ale i dramatyczne. Zawsze jednak otwierała rzeczywistość, do której lubili powracać. Każdy wywiad rozpoczynał króciutki scenariusz rozpoznawczo-zapoznawczy,

któremu obok towarzyszył rysunkowy portret.

Rozmowę ilustrowały liczne okładki książek

oraz rysunki nawiązujące do jej treści lub satyrycznie ją komentujące. Pozornie mogłoby się wydawać, że rozmowy będą monotematyczne, skoro wątkiem przewodnim miała być książka. Jednak każda z nich była inna tak, jak odmienne było życie bohatera. Wyraźnie widziałam to nie tylko w preferencjach czytelniczych, ale i w krytycznym lub bezkrytycznym podejściu do nich. Te same tytuły zbierały różnorodne, a czasem skrajne opinie.

Chłonęłam nie tylko interpretację i komentarze tego, co czytali, ale i humor, rozbawienie, radość odkrywania siebie na nowo, zadziwienia, zaskoczenia pamięcią, nostalgię za tym, co było i nie wróci, niecierpliwość odkrywania światów za okładką i niezapomniane doświadczenia organoleptyczne jak kształt książki czy jej zapach, który mogłam sobie powdychać w specjalnie przygotowanym do tego miejscu. Wdychałam!

   Utonęłam w tym świecie!

   Czytałam i przeglądałam ten album z dziecięcą ciekawością, w którym umieszczono zdjęcia z dzieciństwa rozmówców,

ich radosną twórczość własną, już wtedy sygnalizującą zdolności i talenty


oraz cytowane z pamięci po kilkudziesięciu latach fragmenty wierszyków. Bardzo angażowała mnie emocjonalnie. Otwierała przede mną również mój świat książek z dzieciństwa. Każda strona z kolejną okładką lub ilustracją wywoływała we mnie skojarzenia, emocje i zaskakujące odkrycia. Dzięki tym rozmowom zrozumiałam swoje obecne preferencje czytelnicze. Moją ulubioną książką, zaczytywaną i przeżywaną bez ustanku był zbiór baśni greckich O śpiącym królewiczu Ruth Manning-Saunders, którą niestety straciłam w zawierusze przeprowadzek.

Potem było mnóstwo książek, które przechodziły przeze mnie bez echa (nie lubiłam „przygodówki”), aż natknęłam się na literaturę obozową. I taka skrajność w preferencjach czytelniczych  pozostała mi do dziś.

   Bajki dla dorosłych i fakty.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Co czytali sobie, kiedy byli mali? [Jarosław Mikołajewski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 19 listopada 2017
Drogi do onkologii – Renata Furman

Drogi do onkologii: liderzy patrzą wstecz – Renata Furman
Wydawnictwo Lekarskie PZWL , 2017 , 140 stron
Literatura polska

   O onkologii mówi się cicho i mało.

   Wszyscy znamy dokonania i sukcesy polskich kardiologów. Trudnej drogi do nich. Zdjęcie ze Zbigniewem Religą po pierwszym przeszczepieniu serca obiegło cały świat. Powstał nawet film (polecam!) o nim z Tomaszem Kotem w roli głównej i w reżyserii Łukasza Palkowskiego – Bogowie.

   O onkologii nie jest tak głośno i medialnie.

   Może dlatego wiemy o jej sukcesach tak mało, bo kojarzy się z bolesną i niepewną w rokowaniach chorobą? Przewlekłym cierpieniem? Przyśpieszonym wyrokiem śmierci? Ta skromna z wyglądu, ale treściwa w przekazie publikacja, próbuje ten obraz i nastawienie zmienić. Pokazuje, jak wiele dzieje się w tej dynamicznie rozwijającej się dziedzinie medycyny. Jak wiele ważnych odkryć i spektakularnych sukcesów odnotowała w swojej historii. Jak wielu ludzi uratowała, kładąc nacisk również na profilaktykę. Nie jest to jednak historia onkologii w potocznym rozumieniu, chociaż wyraźnie rysuje się ona w tle tych dziewięciu  wywiadów przeprowadzonych przez autorkę ze współczesnymi, polskimi onkologami, którzy opisali swoje indywidualne drogi do onkologii. Jednostkowe historie tworzenia jej w Polsce od podstaw.

   Przeciekawie!

   A były bardzo różne, kręte, wybierane świadomie lub z przypadku, czasami bardzo skomplikowane i stawiające przed  trudnymi wyborami decydującymi nie tylko o dalszym rozwoju zawodowym, ale i o życiu osobistym. Wszystkie ilustrowane zdjęciami.

Było w nich jednak kilka elementów wspólnych, które składały się na jednakową, charakterystyczną dla nich wszystkich, postawę lidera. Pioniera w dziedzinie polskiej medycyny (ale nie tylko!), która za ich młodości dopiero raczkowała, a w programie nauczania studentów medycyny nie było jej wcale. To przede wszystkim chęć pokonywania wyzwań i przekraczania barier stawianych przez naukę, która dopiero w Polsce powstawała. Jacek Jassem ujął to wprost – Podczas zajęć z onkologii w ramach studiów zobaczyłem, jak wiele jest do zrobienia w tej dziedzinie, z jak niskiego szczebla startujemy. Pomyślałem, że właśnie w niej najlepiej będę mógł się realizować. Chciałem podjąć to wyzwanie, bo wydało mi się ono najtrudniejsze. To również chęć zdobywania wiedzy w sposób badawczy w klinikach zagranicznych, by przeszczepiać ją na grunt polski. To także praca od podstaw w tworzeniu instytutów i nowych dziedzin i specjalizacji w onkologii oraz w przeprowadzaniu pionierskich zabiegów. To nieodparta potrzeba działania na rzecz polskich pacjentów, mimo że mogli żyć i rozwijać się zawodowo za granicą, a w Polsce, jak wspomina Marek Nowacki, czekało mnie mieszkanie w wynajmowanym pokoju z łazienką, na skraju dobrego i złego osiedla, i jeżdżenie „rdzawą strzałą”, czyli rozpadającym się przerdzewiałym autem. Słuchając wspomnień tych dziewięciu niezwykłych ludzi i lekarzy zaczęłam powoli uświadamiać sobie, ile, my, Polacy, zawdzięczamy w onkologii osobom, które w życiu wybrały „być”, a nie „mieć”. Osobom, które nie tylko leczyły, ale prowadziły prace badawcze, akcje profilaktyczne (Mam haka na rakaRzuć palenie razem z nami) i programy narodowe we współpracy z ministrami zdrowia, wprowadzały zmiany w przepisach ustawodawczych, wprowadzały standaryzację, opracowywały zalecenia w postępowaniu leczenia czy inicjowały ruchy społeczne na rzecz pacjentów. Wszystko po to, by zmniejszyć onkologiczne statystyki zachorowalności Polaków. By w powszechnym myśleniu zamienić strach przed rakiem wymawianym kiedyś szeptem, na bardziej powszechne powiedzenie, które wypowiadamy obecnie z głośną pewnością, kiedy słyszymy z ust znajomych lub bliskich o zdiagnozowanej u nich chorobie nowotworowej:

   Rak to nie wyrok!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzacymi z książki.

sobota, 18 listopada 2017
Zakręty losu – Agnieszka Lingas-Łoniewska

Zakręty losu – Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo Novae Res , 2012 , 352 strony
Tetralogia Zakręty Losu , tom 1 
Literatura polska

   Otrzymałam zaproszenie!

   O tym, że Agnieszka Lingas-Łoniewska przyjedzie do nas, wiedziałam od czerwca. Wśród moich nastolatek była jej fanka, która swoimi kanałami informacyjnymi dowiedziała się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem o planach naszej biblioteki publicznej. Nazwisko pisarki znałam, ale nie sięgnęłam dotychczas po żadną jej powieść. A było z czego wybierać, bo, jak się okazało na spotkaniu, napisała ich już 26!

   Od czego zacząć?!

   Zapytałam o to jej fankę, bo lubię być przygotowana do spotkań autorskich. Poleciła mi Zakręty losu. Na pytanie – dlaczego właśnie tę tetralogię? – przymknęła oczy i zdołała wymruczeć tylko „mmmm”. Dla mnie to najlepsza rekomendacja dobrego. Tak dobrego, że natłok emocji blokuje słowa. Nie pomogły wyczerpujące rekomendacje bibliotekarki z biblioteki publicznej o każdym innym tytule stojącym na półce. Miałam więc z czego wybierać, ale to „mmmm” nastolatki było nie do przegadania. Intrygowało mnie, co takiego w typowych powieściach dla kobiet (bo dla mnie takimi one są) jest pociągającego również dla dziewcząt. Jak dowiedziałam się od autorki, rozpiętość wiekowa jej czytelniczek zaczyna się od gimnazjalistek, a kończy na starszych paniach, z których najstarsza ma ponad 90 lat!

   Tajemnicę powodzenia niwelującą granice wiekowe odkryłam już w tej pierwszej części cyklu!

   Tym nieodpartym magnesem jest miłość! Moje przypuszczenia potwierdziła autorka, mówiąc, że wszystkie jej powieści są przede wszystkim o miłości. Uczuciu, o którym lubi czytać i przeżywać razem z bohaterami, z większą lub mniejsza częstotliwością, prawie każda kobieta.

   Dokładnie o tym są również Zakręty losu.

   O miłości jedynej, która w bardzo silnym wymiarze zdarza się tylko raz w życiu. Na tyle trwałej i „nierdzewiejącej”, że autorka musiała skonstruować opowieść o jej narodzinach w czasach licealnych, a potem jej kontynuację trzynaście lat później, kiedy nastoletni bohaterowie osiągnęli wiek trzydziestolatków. Historia Kaśki i Krzyśka to wymarzona miłość licealna. Oboje bardzo atrakcyjni. Dziewczyna ładna, wysoka, szczupła i wysportowana, a chłopak wyższy od niej, a to już dużo, bo do maleńkich nie należała. Miał krótko ostrzyżone włosy wpadające w ciemny blond, niebieskie oczy i męską twarz z charakterystycznie zarysowanym podbródkiem. Typowy chłopiec z kalifornijskiej plaży. I typowa hollywoodzka miłość, z tą trzecią – Małgośką. Czarnym charakterem, który perfidnie i z premedytacją lubił mieszać w życiu innych. Jednak nie mogę powiedzieć, że sami bohaterowie byli, jak z amerykańskiego filmu. Pod względem psychologicznym wielowymiarowi i niejednoznaczni.

Autorka podkreślała na spotkaniu, że nie pozwala swoim czytelniczkom na łatwe osądy i proste szufladkowanie ludzi. Jej bohaterowie są skomplikowani osobowościowo. Zawierają w sobie i dobro, i zło, ale w różnych proporcjach. To odkrywanie drugiego dna charakterologicznego w postaciach, nadawało opowieści cechy nieprzewidywalności, a tym samym wprawiało w ruch karuzelę emocji. Ba! Doprowadzało mnie do stanu współczucia temu, kto krzywdził, wyrządzał zło i był katem dla innych, a także wprowadzało podejrzliwość wobec tych dobrych i prawych. Ta niejednoznaczność moralna bohaterów była idealnym czynnikiem równoważącym słodką, życzeniową ze strony czytelniczek, a przez to schematyczną w swoim scenariuszu, miłość. To nie wada, skoro to ten dokładnie czynnik zdobywa ogrom fanek twórczości pisarki. A jeśli dodam, że opowieści są pełne bezpruderyjnych, odważnych scen seksualnych (erotycznymi nie mogę ich nazwać), to pytanie nasuwało mi się samo. Co sprawia autorce największą trudność w pisaniu powieści – dialogi, sceny miłosne czy opisy? Okazało się, że autorka nie ma takich. Żadnych! Wszystko jest w stanie napisać. A bogata wyobraźnia i lekkość przekładania jej na słowa zapewniają jej plany na następne 20 tytułów!

   Co ciekawe, to pisanie o miłości nie nudzi czytelniczek po kilku powieściach!

   Sekret tego zjawiska tkwi w ogromnym zróżnicowaniu środowisk i rodzajach powieści, w których autorka osadza akcję. Okoliczności przydarzającej się bohaterom miłości, za każdym razem są inne. W przypadku Zakrętów losu to środowisko licealistów i dorosłych oraz prawników i ludzi mafii. Jeśli zbierzemy te wszystkie elementy razem, to okazuje się, że miłość i życie nie jest takie proste, a los nie zawsze usłużnie spełnia marzenia ludzi, którzy chcą nim kierować. Los idzie swoją drogą i często wpada w ostry zakręt, lecąc długą drogą w dół..., a czytelniczki z przyjemnością razem z nim!

   Spotkanie tradycyjnie zakończyło się zdobywaniem autografów, z czego i ja skorzystałam.

  Nietradycyjnie natomiast podziękowaniami. Kwiatek zastąpiła karma dla kotów. Autorka działa społecznie na rzecz zwierząt w ramach akcji #karmazamiastkwiatka, prosząc swoje czytelniczki o właśnie taki rodzaj podziękowań i dowodów sympatii.

   Piękny przykład – realizować się, żyć z pasją i pamiętać przy tym o słabszych, dzieląc się swoim sukcesem z innymi.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zakręty losu [Agnieszka Lingas-Łoniewska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 13 listopada 2017
Upadek Cywilizacji Zachodniej – Naomi Oreskes , Eric M. Conway

Upadek Cywilizacji Zachodniej: spojrzenie z przyszłości – Naomi Oreskes , Eric M. Conway
Przełożyli i opracowali naukowo – Ewa Bińczyk , Jakub Gużyński , Krzysztof Tarkowski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 148 stron
Literatura amerykańska

   Bać się czy zlekceważyć ten głos?

   Można potraktować tę publikację jako przejaw teorii spisku dziejowego. Można podejrzewać ją o stronniczość w konflikcie o kryzys klimatyczny. Można uznać za przejaw fantazji naukowców, którzy postanowili napisać horror. Można przyjąć za wyolbrzymienie problemu, który według niektórych w ogóle nie istnieje. Można wreszcie potraktować ją tak, jak amerykańscy wydawcy genialny Folwark zwierzęcy George’a Orwella uznający, że czytelnicy amerykańscy nie są zainteresowani „powieściami o zwierzętach”, więc tą pozycją czytelnicy też nie będą zainteresowani, bo jej powierzchowna lektura może przywieść niektórych czytelników do wniosku, że jest to książka o Chinach albo, co jeszcze bardziej absurdalne, że zawiera ona obronę komunizmu.

   Można też uważnie i wnikliwie wsłuchać się w przekaz autorów.

   Dwojga amerykańskich naukowców – historyk nauki i nauk o Ziemi oraz historyka nauki i technologii. Na podstawie badań współczesnej wiedzy naukowej i zaczerpniętych z niej niepodważalnych faktów, napisali fabularyzowany esej. Hybrydę narracji pisarzy science fiction i historyków odtwarzających przeszłość. Jego narratorem uczynili chińskiego historyka z przyszłości, który krytycznie przeanalizował i ocenił lata 1540-2093, próbując odpowiedzieć na kilka kluczowych pytań dotyczących przyczyn upadku Cywilizacji Zachodu i planetarnej katastrofy ekologicznej. Rozstrzygnąć dylemat – jakim cudem my – potomkowie Oświecenia – nie zdołaliśmy w swoich działaniach uwzględnić ani solidnych informacji na temat zmiany klimatycznej, ani wiedzy na temat katastrofalnych zdarzeń, które wkrótce miały się rozegrać? Prościej i dosadniej ujmując – dlaczego ludzkość okazała się tak głupia i krótkowzroczna, podcinając gałąź, na której siedziała? Kolejne rozdziały punktowały fakty i dowody naukowe, wyłuskując przyczyny poważnych szkód w systemie klimatycznym. Przedstawiony w publikacji scenariusz samozagłady i jej mechanizmów, destrukcyjne uzależnienie między polityką, gospodarką a zjawiskami społeczno-kulturowymi, normatywizowanie anomalii, ignorancję widocznych zjawisk i sprawdzonych informacji, propagandę zaprzeczeń i zaczarowywania rzeczywistości, destrukcyjne i dezinformacyjne działania think tanków, redukcjonizm i rygoryzm nauki, uciszanie i eliminowanie „alarmistów” ze środowisk naukowych i artystycznych, pokazał obecne skutki, które obserwujemy w doniesieniach medialnych. Na ich podstawie i prawdopodobnym dalszym rozwoju  autorzy pokazali konsekwencje, które odczują nasi prawnukowie.

   Katastrofalne i przerażające!

   Współczesne migracje to zaledwie preludium do apokaliptycznych wizji przyszłości. Wystarczy spojrzeć na przyszłościową mapę Niderlandów, którą opracowano na podstawie badań glacjologa z Ohio, Johna H. Mercera i danych pochodzących z misji topograficznych promu kosmicznego.

   Nie była to jednak prognoza pesymistyczna. Wskazywała drogi wyjścia i niezbędnych działań, które już, teraz, natychmiast należy wdrażać, by katastrofa nie wydarzyła się. Problem polega na tym, że są one kontrowersyjne dla wielu i nie do przyjęcia dla współczesnych decydentów.  Sama byłam trochę zaskoczona tymi rozwiązaniami, totalnie burzącymi definicje znanych nam ustrojów i roli rządów w nich.

   Zainteresowanych szczegółami odsyłam do książki.

   W wywiadach z autorami umieszczonymi na końcu publikacji padło bardzo ważne pytanie – Co chcielibyście, aby czytelnicy i czytelniczki wynieśli z waszego eseju? Naomi Oreskes tak na nie odpowiedziała – Książki są jak list w butelce. Masz nadzieję,ż e ktoś otworzy butelkę, przeczyta list i zrozumie wiadomość. Myślę, że z tą pozycją, swoistym listem w butelce, będzie podobnie, jak z czytelnikami Folwarku zwierzęcego. Najtrafniej odczytali ją odbiorcy z Europy Wschodniej. Ten esej odczytają ci, którzy już borykają się z bolesnymi skutkami klimatycznymi. Reszta, jak trafnie zauważył Marcin Popkiewicz w blurbie na okładce książki, będzie siedzieć w swoim grajdołku, myląc linię brzegu z linią horyzontu.

    Podobno tak wyginęły dinozaury...

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Upadek cywilizacji zachodniej [Naomi Oreskes, Eric M. Conway]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 12 listopada 2017
Nieświęci święci i inne opowiadania – archimandryta Tichon

Nieświęci święci i inne opowiadania – archimandryta Tichon (Szewkunow)
Przełożył Krzysztof Tur
Wydawnictwo Bratyczyk , 2013 , 480 stron
Literatura rosyjska

   Mają państwo przed sobą książkę niezwykłą.

   To pierwsze zdanie dr Magdaleny Sławińskiej rozpoczynające wstęp do wydania polskiego sprawiło, że spośród bogactwa literatury prawosławnej, wybrałam właśnie tę. Sezam z takimi pozycjami odkryłam u znajomego, który, jak się okazało, zaczytuje się w tego rodzaju tematyce. Tytuł też mnie skusił niezobowiązującym akcentem lekkości tematów trudnych. I jeszcze te uchylone drzwi...

   Chciałam otworzyć je szerzej!

   Zajrzeć do świata niedostępnego przeciętnym ludziom. To co przeżyłam, bo innego słowa nie mogę użyć, wzbudziło we mnie tęsknotę za prostotą postępowania, myślenia i odczuwania, których nijak nie można wprowadzić, żyjąc w społeczeństwie. Może ich namiastki, ale żyć tak, jak mnich, nie da się. Potwierdzają to sami mnisi opisywani przez ojca Tichona, mówiący, że po kilku próbnych tygodniach przebywania w monasterze, świat poza nim odbierali zupełnie inaczej. Ich sposób postrzegania zmieniał się radykalnie i stawiał przed wyborem – zostać mnichem czy męczyć się w społeczeństwie. Kiedyś przeczytałam, nie wiem gdzie i u kogo, że aby żyć w całkowitej zgodzie z przykazaniami bożymi trzeba być albo świętym, albo dziwakiem, jeśli nie wariatem.

   I coś w tym jest!

   Ojciec Tichon opowiadał właśnie o takich nieświętych świętych. Zwykłych ludziach, którym daleko do kanonizacji, mimo że całe życie poświęcili na walkę o postępowanie według woli bożej w swojej ułomności człowieczej. Mających swoje zalety, ale i wady tak, jak ojciec Nataniel, którego polubiłam właśnie za to widoczne człowieczeństwo i starannie ukrywaną przez niego „świętość”.

Historie o tych wyjątkowych mnichach żyjących w pięknych monasterach,

odosobnionych skitach ukrytych wśród bagien i ubogich pustelniach,

były pełne ciepła, wyrozumiałości dla ułomności człowieka, zdarzeń niewytłumaczalnych, przejawów niezwykłych darów duchowych i szacunku dla przeszłości mnichów, o której rzadko lub w ogóle nie mówili. W czasach ZSRR ponad połowa mnichów była kawalerami orderów i weteranami Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Druga część – i też nie mała – przeszła stalinowskie łagry. Trzecia część doświadczyła jednego i drugiego. Były też pełne Boga, wiary, nakazów i zasad, których nie odbierałam z poczuciem przesytu. Ojciec Tichon opowiadał o nich pośrednio poprzez codzienne życie mnichów, ich monotonny tryb dnia, pełnione funkcje w monastycznej hierarchii i wypełniane role w chramie, realizację obowiązków, postawę wobec zdarzeń, rozwiązywanie trudnych problemów, postępowanie wobec przełożonych, współbraci i innych ludzi, w których wszędzie dominowała pokora.

   Czysta praktyka nauki bożej!

   Wręcz proza życia, która wynikała z podejścia do pojmowania świętości. Jak pisze dr M. Sławińska – Prawosławna tradycja mocno podkreśla, że świętość to nie kategoria moralna, lecz odniesienie do prawdziwej natury człowieka i odnowienie jego jedności z Bogiem. Człowiek jest w tym procesie tylko narzędziem Jego działania.

Stąd sprzątanie w oborze może okazać się lekcją pokory, a odśnieżanie ogromnego terenu monasteru odkryje nowicjuszowi prawdę o nim samym i o zatwardziałości jego serca. Dlatego opowieści te były jednocześnie swoistymi przypowieściami z morałem na końcu do przemyślenia, do zastanowienia się, rozważenia. Strawą duchową dla każdego, bez względu na wyznawaną wiarę. Może dlatego książka ta stała się w Rosji bestsellerem. Ojciec Tichon umieścił w niej również historie o świętych, o mniszkach w okresie tajnego monastycyzmu w czasie prześladowań Cerkwi w XX wieku,

o konsekwencjach popełnienia grzechu nieczystości, złamania reguły zakonu lub porzucenia stanu zakonnego, o trudach, ale i upojeniach nowicjatu, odchodzeniu, egzorcyzmach i niezliczonych wiernych korzystających z darów bożych posiadanych przez mnichów. Umieścił również homilie i fragmenty Prologu, księgi zawierającej zbiór pouczeń i historii z życia chrześcijan, a także historii współczesnych, które do tego Prologu być może kiedyś trafią. Opowieści przekazywane językiem pełnym pojęć przynależnych liturgii cerkiewnej i życiu monastycznemu, tworzyły odrębną rzeczywistość, ale jednocześnie bardzo bliską duchowo. Świat, który przyciągał dobrem, miłością, prostotą i zrozumieniem konieczności ponoszonych trudów i wyrzeczeń w wykuwaniu piękna duszy i w dążeniu do czystości serca.

   Niezwykły w swej zwykłości!

   To także tragiczna historia prawosławia w czasach ZSRR, kiedy monastery zamykano, wyburzano, zamieniano na magazyny albo miejskie ośrodki maszynowe lub tworzono w nich łagry, o czym mistrzowsko pisał Zachar Prilepin w Klasztorze. Jej trwanie w utajeniu i odnowa po upadku ZSRR to dowód siły wiary i wewnętrznej wolności we wrogim religii systemie politycznym. Stąd mnóstwo przytaczanych historii przełożonych monasterów z działaczami partyjnymi. Często groteskowych i absurdalnych w swoim przesłaniu, ale też i niebezpiecznych dla mnichów. Ilustrowane licznymi fotografiami z przeszłości i współczesnymi.

   To również opowieści o świecie duchowym.

   Ludziach wiary pełnych światła bożego, radości, miłości, odkryć, szczęścia, walki wewnętrznej, porażek, upadków, podniesień, nadziei oraz przekonania o przejawach mocy i opieki bożej, obdarzanych chcącym to wszystko dostrzegać i praktykować. Pięknie ujął to Blaise Pascal, którego słowa  - Tym, którzy chcą widzieć, daje On pod dostatkiem światła. Tym, którzy widzieć nie chcą, daje pod dostatkiem ciemności. – umieszczono w książce jako motto. Najpiękniej jej niezwykłą treść ujął w słowa sam ojciec Tichon – Tutaj pomoc boża objawiała się właśnie wtedy, kiedy było to rzeczywiście konieczne. Bogactwo było śmieszne, a pokora – piękna. Tu wielcy sprawiedliwi szczerze uważali się za niższych i gorszych od każdego człowieka. Tu najbardziej szanowani byli ci, którzy unikali ludzkiej sławy. A najpotężniejszymi ci, którzy całym sercem uzmysłowiali sobie swoją ludzką bezsilność. Tutaj siła kryła się w słabych starcach, a czasami lepiej było być starym i chorym niż młodym i zdrowym. Tutaj młodzi bez żalu porzucali zwykłe dla ich rówieśników przyjemności, aby tylko nie porzucać tego świata, bez którego już nie mogli żyć. Tutaj śmierć każdego stawała się lekcją dla wszystkich, a koniec życia ziemskiego – tylko początkiem. Jakiego ogromu pracy nad sobą trzeba wykonać, by tak żyć! Nierealne, niemożliwe – często to słyszę. A przecież ojciec Tichon napisał na początku – Nie musiałem niczego wymyślać – wszystko, o czym tu przeczytacie, działo się w życiu.

   Nadal się dzieje!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

W tym filmie dokumentalnym spotkałam autora i bohaterów jego opowieści, a szczególnie jednego - ojca Romana, pieśniarza i poetę.

sobota, 11 listopada 2017
Serce – Radka Franczak

Serce – Radka Franczak
Wydawnictwo Marginesy , 2016 , 304 strony
Literatura polska

   Z serca pisana, sercem przekazana i koniecznie z sercem musi być odbierana.

   Bez serca zobaczyłabym tylko emigrację zarobkową dziewczyny z jej chłopakiem i uciążliwości dorywczej pracy spowodowane depresyjnymi stanami pracodawczyni i starością jej matki. Do tego nakładającymi się poważnymi problemami osobistymi głównej bohaterki.

   Banalna historia!

   A jednak taką się nie okazała. Miejsce pracy nie było zwykłym domem, bo trudno tak nazwać monumentalną, starą, podupadającą, obrośniętą i zarośniętą bujną roślinnością rezydencję, która wtapiała się w szwajcarskie góry. Rośliny, które porosły popękane marmurowe kolumny wokół domu, tworzyły między nimi arkady zwisających liści i kwiatów. Tylko w kilku miejscach można było dostrzec kawałek ściany lub okna. Zresztą, większość okien była ukryta za drewnianymi szarymi okiennicami. Przez to dom wyglądał, jakby oślepł i za swoimi starymi, zamkniętymi oczami snuł jakiś własny, oderwany od świata, pomroczny sen. A potem zrobiło się jeszcze pomroczniej i nierealniej, bo oto w środku czas zatrzymał się kilkadziesiąt, a nawet kilkaset lat temu. Liczba zgromadzonych w nim artefaktów przeszłości była nie do ogarnięcia wzrokiem i nie do wymienienia w krótkim czasie. Jednak największą tajemnicę skrywały drzwi zasłonięte przypiętym nad nimi dywanem. Wejście do tajemniczej sali przypominało wejście do kaplicy albo groty z nieodgadnioną wysokością sklepienia. Inny świat, w który jednym krokiem przeniosła się Wika, bo tak miała na imię narratorka powieści, przenikał zimnem i wilgocią oraz pachniał... książkami. Wypełniały one pomieszczenie od podłogi do sufitu. Leżały na stołach, krzesłach, biurkach, tworząc piramidy i stosy oraz przywołując wspomnienia z dzieciństwa. Nasze wspólne.

   Praca pomocy domowej w takim miejscu i w takim charakterze przybierała zupełnie inny wymiar.

   Niezwykła biblioteka była symbolem nieuchronnej śmierci oraz ratowania tego, co dawało się jeszcze uratować, nie poprzez ostatnią szansę, ale poprzez stałe wybory. Była tajemnicą przeszłości, którą kryły w sobie zgromadzone w niej przedmioty. Świadomość przemijania, którą przekazały jej martwe rzeczy, Wiki mogła przenieść na ludzi, którzy ją opuszczali. Ojciec, który odszedł, a którego sekret odkryto po jego śmierci. Umierająca matka pracodawczyni, Shirley, o smutnej, ale ciekawej i szalonej przeszłości. Niszczejący dom, kryjący w sobie historie ludzi dawno zmarłych, po których pozostały przechowywane  w nim przedmioty. Dawno zmarły mąż Shirley, który pozostawił po sobie toksyczne dziedzictwo emocjonalne. Problemy osobiste pracodawczyni, Robin, rujnujące jej kondycję psychiczną i fizyczną. Zdradzający ją chłopak Stasiek, niszczący ich związek tuż przed planowanym ślubem. I wreszcie sama Wika, która musiała poradzić sobie z dotykiem śmierci, by dojść do wniosku, że z życiem trzeba eksperymentować, oswajając w ten sposób śmierć, będąc całkowicie tu i teraz, w teraźniejszości, szczęśliwi, świadomi każdej chwili. Ale jeśli ludzie się boją i są przerażeni śmiercią to nie rozumieją nic i umierają w ciemności. Taką umierającą w ciemności była Robin. Taką umierającą w świetle była jej matka Shirley. Dwie ścierające się i walczące ze sobą postawy, między którymi znalazła się Wika. Jej pobyt właśnie w takim miejscu miał się okazać celowy, mimo że pozornie narzucony zrządzeniem losu. Miał być nauką umiejętności wyboru między tymi dwoma podejściami do życia i śmierci oraz czasem na znalezienie odpowiedzi na odwieczne pytanie – Jak wytrzymać życie, jak przetrzymać śmierć?

   Z sercem czy bez serca?

   Nie jest to jednak, jak wydawałoby się, opowieść przygniatająca ciężarem tematyki, depresyjna w przekazach emocjonalnych czy obciążająca poruszanymi problemami egzystencjalnymi. Percepcja, jaką autorka obdarzyła Wikę, była tak wyjątkowa w postrzeganiu, świeża w odbiorze i pociągająca odmienną interpretacją otaczającego ją świata i zachodzących w nim zjawisk, że słuchałam jej przekazu z zadziwieniem dziecka, widząc stare obrazy odkryte na nowo. W odmiennych kontekstach, innych okolicznościach, w ciekawych skojarzeniach, metaforach i porównaniach ujmowanych w słowa, tworzących z kolei obrazy w mojej wyobraźni. Czułam spojrzenie filmowca i fotografa, którymi autorka również jest. Ten inny kąt i perspektywa patrzenia, nastawione na ustawiczne zbliżanie fokusa na szczegóły, otwierały mikroświaty zatrzymań chwili na makroświaty pełne kolejnych szczegółów wprawiających ponownie akcję w powolny ruch. Nie bez powodu w książce autorka umieściła własne fotografie wzmacniające ten efekt ruchu akcji i zatrzymanego w kadrze obrazu gotowego do kontemplacji, do rozmyślań, do skojarzeń pełnych rozgałęzień i wątków zarówno snutej fabuły, jak i własnych, osobistych. Moich.

   Opowiadanych podszeptem własnego serca.

   To dlatego historia ta stała się z czasem na poły cudza, a na poły moja, intymna. Włączająca, a z czasem pochłaniająca emocjonalnie i mentalnie. Wtapiająca w siebie całkowicie. Zatrzymująca fotografią w miejscu, w którym trzeba było pozwolić wybrzmieć myśli lub wypalić się emocji.

A czasem pokazać ułudę świata tak, jak ta fotografia.

Ptaki lecące wysoko na niebie? Krople deszczu, jak łzy zatrzymane na szybie? A może martwe owady, które znalazły śmierć na szybie samochodowej? To był mój wybór, co chciałam zobaczyć – radość, smutek czy śmierć. Od stanu mojego serca i jego dyktatu zależało, jaką historię stworzę obok narratorki.

   Swoją historię autorka tworzyła kilka lat.

   Miała, jak sama napisała w podziękowaniach, zarys historii, a nawet tylko uczucie, jakie ma jej towarzyszyć, pamięć miejsc, w których była i losów ludzkich, które poznała oraz pomoc tych, którzy wspierali na różne sposoby jej pisanie, jej proces twórczy. Ale to wszystko wystarczyłoby tylko do stworzenia banalnej historii, gdyby nie zawartość nie tyle głowy, ile serca autorki. Czynnik X, który w pisarstwie jest tak trudny do nazwania, określenia, który wymyka się wszelkim normom i nomenklaturze, a który autorka niewątpliwie posiada. Wyjątkowy dar nadawania wielowymiarowości naszej płaskiej rzeczywistości, w którym książkę uczyniła okularami pomagającymi mi to dostrzec. Może właśnie to dostrzegła kapituła Literackiej Nagrody Nike, przyznając powieści nominację, a potem jedno z miejsc w finałowej siódemce.

   Kropla dziegciu na koniec.

   Niska jakość druku fotografii odbierała mi pełnię przyjemności ich przekazu. Zdarzały się takie, których treści tylko domyślałam się albo nie kojarzyły mi się z niczym poza abstrakcją. Zamysł bardzo dobry i uzasadniony, ale jego realizacja już „niewyraźna”.

   Zdanie pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Serce [Radka Franczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 06 listopada 2017
Ucieczka z Lake Falls – Artur K. Dormann

Ucieczka z Lake Falls: budząc dawno umarłych bogów – Artur K. Dormann
Wydawnictwo Lemoniada.pl , 2017 , 400 stron
Cykl Lake Falls , część 2
Seria Dark Lemon
Literatura amerykańska


  Stało się!

  Nie chcę napisać – a nie mówiłam!?, ale ten wniosek sam nasuwa się automatycznie. Vici zmądrzała. Lekcja nauki rozsądnego wyboru opartego na rozumie, a nie na emocjach, okazała się dla niej bardzo bolesna. Na razie czuła tylko ból ciała, gdy obudziła się w swoim starym domu w Lake Falls, z którego przecież uciekła. Ktoś dbał o nią podczas rekonwalescencji po wypadku, bo tyle jeszcze pamiętała. Jakaś tajemnicza osoba dostarczała jedzenia podczas jej snu, drewna do kominka, a któregoś dnia zostawiła tajemniczą księgę w zniszczonej, skórzanej oprawie kryjącej w sobie rękopis o jeszcze bardziej tajemniczym tytule Pustynni wędrowcy. Miała czas na przemyślenia. Na czytanie kroniki wampirów i odtworzenie ciągu wydarzeń, który zatoczył koło, sprowadzając ją z powrotem do przeklętego miejsca. Miała nadzieję, że zdoła uciec przed mężczyzną, który zburzył jej spokój. Przed wampirem żądnym zemsty, do spełnienia której chciał wykorzystać jej córkę Kat. Długo nie dopuszczała myśli, że ucieczka przed istotą, która za pomocą najczarniejszej magii wydłużyła sobie życie ponad obowiązujące prawa natury nie ma najmniejszego sensu i tak naprawdę ucieka przed samą sobą.

   Przed własnymi emocjami.

   Wypierała je rozumem, który w trakcie ucieczki zaczynał dochodzić do głosu, doprowadzając ją do zmiany decyzji. Do dokonania wyboru, który powinna uczynić już w pierwszej części Co zdarzyło się w Lake Falls, zanim zaczęli ginąć jej najbliżsi i przyjaciele. Zanim zrozumiała, że jej córka Kate, dla innych jest drogą do zemsty. Zanim uświadomiła sobie, że życie wieczne jest przekleństwem, a śmierć darem dla ludzkości. Jedynym skutecznym lekiem i ucieczką przed bólem, strachem i cierpieniem. Wracając do zdrowia i odtwarzając naprzemiennie przeszłość swoją i wampirów, którą ostatecznie połączył jeden wątek, stała się mimowolnym kronikarzem dopisującym dalsze, tym razem wspólne losy ludzi i wampirów.

   To jej ponowny wybór miał wyznaczyć ich przyszłość.

   Autor, którego najbardziej interesują wybory i ich konsekwencje, jak przeczytałam w nocie o autorze, umieścił ich w drugiej części całe mnóstwo. Właściwie każdy bohater stał przed jakąś decyzją, która wywoływała lawinę skutków począwszy od prahistorii po czasy współczesne. Do końca nie wiedziałam, w którym kierunku potoczy się dynamiczna akcja fabuły obu snutych historii. Nie jestem tego pewna nawet po jej zakończeniu, które autor pozostawił w zawieszeniu. Otwartym na kolejne wydarzenia, dyktowane nieprzewidywalnymi wyborami.

   Czyżby miała pojawić się znowu kontynuacja?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ucieczka z Lake Falls [Artur K. Dormann]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 05 listopada 2017
Droga do Rio – Aleksandra Pluta

Droga do Rio: historie polskich emigrantów – Aleksandra Pluta
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 256 stron
Literatura polska

   Historia mówiona...

   Piękne określenie przekazu ustnego, historii pomniejszej wobec tej powszechnej, osobistych relacji świadków wydarzeń z przeszłości. Zjawisk społecznych mających źródło w zmianach politycznych lub gospodarczych, których uczestnikami byli zwykli ludzie zawieruszeni w wirze historii. Ważność tego źródła wiedzy podkreśliła we wstępie autorka tej publikacji, pisząc – Znamy fakty, daty, przyczyny i skutki. Jednak rzadko mamy okazję poznać emocje towarzyszące ludziom, którzy byli naocznymi świadkami tych wydarzeń. Nie zawsze będą oni pamiętać dokładną datę, ale ich relacje będą o wiele bogatsze o to, czego na stronach podręczników nie znajdziemy – o indywidualne, subiektywne spojrzenie na historię. To bardzo ważne zbierać je, gromadzić i publikować, czyniąc dostępnym każdemu, zwłaszcza że ich uczestnicy powoli odchodzą, zabierając ze sobą pamięć tak, jak dwóch rozmówców autorki krótko po udzieleniu jej wywiadów, które przeprowadziła w latach 2014-2017. Jej bohaterami byli przedstawiciele wojennej i powojennej polskiej emigracji, którzy osiedlili się w Rio de Janeiro. W mieście brazylijskiego kraju, który przyjął do siebie największą liczbę polskich emigrantów napływających jeszcze w czasach zaborowych. Zanim jednak oddała głos swoim rozmówcom, w rozdziale poprzedzającym wywiady, ujęła syntetycznie ich losy, podkreślając cechy wspólne ich emigracyjnych dziejów. Dróg do Rio, które charakteryzowały się potrzebą odzyskiwania i utrwalania pamięci o przeszłości, mitologizacją „małej ojczyzny”, dramatycznymi okolicznościami opuszczenia Polski, świadomością wyjazdu z kraju na zawsze, próbą powrotu do kraju lub jego odwiedzinami po latach, traktowaniem emigracji jako straty a zarazem nowej szansy, potrzebą zachowania języka ojczystego i problemem z jednoznacznym określeniem tożsamości narodowej. Każdy wywiad poprzedziła zdjęciem rozmówcy oraz krótkim biogramem,

a kończyła zdjęciami ich dokumentów lub rodzinnymi fotografiami.

   W każdym dostrzegałam wypunktowane przez autorkę zbieżności. W każdym też dostrzegałam różnice. Przede wszystkim wiek, ponieważ bohaterowie wywiadów emigrowali jako ludzie dorośli lub jako dzieci. Percepcja opisywanej przez nich rzeczywistości była mniej lub bardziej dramatyczna. Dzieci, w swojej nieświadomości, traktowały tułaczkę bardziej jak ciekawą przygodę niż dramat rodziny. Różniły się również treścią wspomnień z pogmatwanych, skomplikowanych, krętych i niebezpiecznych dróg prowadzących do Rio. Często przez wiele różnych miast i państw. Nie była to przygoda podróżnicza, ale dramatyczna męka pracy w kołchozie na Syberii, niewola w łagrze lub lagrze, eksterminacja w getcie łódzkim, szlak armii gen. Władysława Andersa, walka w Powstaniu Warszawskim, ratunek spod trupów z nazistowskiej rzezi na Żoliborzu, desperacka ucieczka z pożogi wojennej i niezgoda na życie w absurdzie rzeczywistości Polski powojennej. To najbardziej obciążające emocjonalnie fragmenty wspomnień, a i tak miałam świadomość, że to zaledwie cząstka większej całości ukrytej w pamięci.

   Czytając ich relacje, zastanawiałam się, co czyniło ich silnymi, by przejść przez te drogi katorgi wygnania i mieć ochotę na budowanie życia od podstaw w nowym, obcym miejscu. Okazało się, że zadawałam sobie złe pytanie. Uświadomiłam to sobie, gdy dotarłam do wspomnień Aleksandra Laksa, który odpowiedział mi – Jak przeżyłem? Nie wiem. Ale wiem, po co.

   Cel!

   Jeśli się go określi, sformułuje i oprze na moralnym dziedzictwie wyniesionym z domu, to posiada się skarb potrzebny do zbudowania życia na nowo, od podstaw, w dowolnym miejscu na ziemi z jedną koszulą na zmianę. Dosłownie! Nie wyklucza to oczywiście tęsknoty, stałej nostalgii i problemów z tożsamością, ale daje siłę do dalszego życia i poczucia spełnienia w dzieleniu się przeżyciami, które wielu z nich utrwaliło w osobnych publikacjach wspomnieniowych. W relacjach, które obfitują nie tylko w emocje, ale i w szczegóły podważające tak liczne uogólnienia w historii powszechnej. Gdy śledziłam losy polskiego chłopca wychowywanego w polskim duchu przez niemiecką matkę w środku wojennych Niemiec, zaczynałam dostrzegać szarości tam, gdzie historycy wyznaczyli czarno-białą granicę ocen między dobrem a złem, wrogiem a przyjacielem, byciem Polakiem a byciem Brazylijczykiem. Zaczynałam dostrzegać bezsilność emigranta jako jednostki wobec siły wydarzeń historycznych, który za jedyną obronę posiadał to, co przekazali mu rodzice. Najczęściej w formie słowa, które posiadało moc spiżu wzmacniającego kręgosłup moralny i siłę kierunkowskazu postępowania. Wielu z nich powoływało się na takie zasady wyniesione z domów. Najbardziej zapadł mi w pamięć przekaz ojca, więźnia obozu Auschwitz, który z piekła napisał do syna – Bądź mocny wobec mocnych i wyrozumiałym wobec słabych.

   Takich wartości nie nauczy się młodego człowieka, bazując tylko na podręcznikach.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Droga do Rio [Aleksandra  Pluta]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 04 listopada 2017
Hodowca świń – Anna Zacharzewska

Hodowca świń – Anna Zacharzewska
Wydawnictwo Burda Książki , 2017 , 400 stron
Literatura polska

   Mordor, kotłownia, korpo...

   To potoczne określenia miejsca, w którym za fasadą murów eleganckich firm, bez względu na to, czy z maszyn produkcyjnych schodziły pakowane próżniowo kiełbasy, batony, napoje gazowane czy proszki albo usługi niematerialne, w kancelariach, spółkach doradczych i mediach, zawsze kotłują się emocje oparte na nieformalnym, patologicznym kodeksie zachowań, prowadzące do trzęsących się dłoni, nerwowych biegunek, bezsenności, szykan, leków antydepresyjnych, poniżających oskarżeń, docinków, złośliwych sugestii, chorób psychosomatycznych, bezpodstawnego, ale celowego pomniejszania kompetencji, publicznego podważania poczucia własnej wartości, gier salonowych, korytarzowych plotek, napuszczania jednego na drugiego, donosicielstwa, wszędobylskich podsłuchów i szczurzej walki o prymat. Emocji zmierzających nieodmiennie do tego, by poddany ich presji pracownik pracował coraz więcej i więcej.

   Bardziej!

   To w takim brutalnym i bezwzględnym środowisku, o wypaczonych wartościach moralnych, autorka osadziła akcję tego thrillera. Zaczęła mocno, bo od... morderstwa, po którym jeden z bohaterów zadał ważne pytania – Czy zezwierzęcenie mogło postępować tak szybko? W kilka dni przekształcić cywilizowaną osobę w niezważającego  na nic potwora? Ludożercę, dzikusa, oprawcę?

   Czy mordercy byli bestiami?

   Na te pytania autorka nie odpowiedziała wprost. Stworzyła analityczną psychologicznie fabułę osadzoną w środowisku korporacyjnym branży mięsnej, abym mogła na te pytania odpowiedzieć sobie sama. Nie ułatwiała mi zadania. Każdego z bohaterów ukazywała całościowo, wędrując z narratorem zewnętrznym od postaci do postaci, zarówno w miejscu pracy, jak i w domu każdego z nich. Podzielone życie między rodziną a firmą, podwójna osobowość dla bliskich i ludzi z biura, stała walka między pragnieniami osobistymi a potrzebami innych, sprowadzały się do niewolniczej pracy odzierającej ich z godności i zdrowia. Obowiązków opartych na strategii szefa-tyrana doprowadzających zaszczuwaną ofiarę do przekonania, że jest pozbawionym wszelkiej wartości kretynem, nieudacznikiem, który nie potrafi zrobić dobrze niczego. Do obrazu nieszczęśliwego, schorowanego lub uzależnionego człowieka szarpiącego się życiem. A mimo to, a może właśnie dlatego, zespół menadżerów – Piotr, Daniel, Marcin, Paweł, Barbara, Pola i Lena – zgodził się na wyjazd integracyjny zaproponowany przez prezesa firmy – Rafała. Szef miał jeden cel wobec swoich pracowników – udowodnić im, że nie tworzą zgranego zespołu, by pracować lepiej i bardziej. Że w sytuacji zagrożenia, które miał zamiar im stworzyć, zapomną o ideałach, moralności i człowieczeństwie i zaczną odgryzać sobie uszy i ogony, niczym świnie. Chciał ich zmusić, by docenili to, co im dawał. Chciał pokazać im miejsce w szeregu, uzmysłowić jacy są słabi, udowodnić swój prymat nad grupą. Oczywiście metodami brutalnymi, wręcz surwiwalowymi, które, każdego z uczestników wyjazdu na wiejską farmę świń, skazywały na pobyt z dala od ludzi, brak jedzenia i łączności ze światem. Zdawały tylko na siebie i swój kręgosłup moralny, który, pękając powoli, doprowadzał do skrajnych i ekstremalnych myśli, potrzeb i zachowań, zdejmujących maskę człowieka i ukazujących twarz świni niczym w orwellowskim folwarku zarządzanym przez zwierzęta, w którym wszystkie były równe, ale niektóre równiejsze. Zwłaszcza świnie wiodące prym w wypaczaniu zasad. Ostatecznie Rafałowi udało się, aby zapomnieli o ludzkiej naturze i zeszli na poziom instynktu przetrwania, który okazał się konsolidacyjny dla zespołu, ale zabójczy dla szefa.

   I o tym naprawdę jest ta opowieść.

   O sadystycznej manipulacji psychiką ludzką i niebezpiecznych skutkach dla stosujących ją ludzi władzy. O braku wyczucia granicy jej przekraczania lub nadużywania. O zjawisku zniewolenia człowieka w jej imię. Nie przeraziła mnie ukazana w powieści żądza pieniędzy i władzy, ale jej mordercze skutki. W powieści prawdopodobne, ale sygnały do nich prowadzące już nie. One są jak najbardziej realne i zaczerpnięte prosto z rzeczywistości funkcjonującej w każdej korporacji. Wszystkie płaszczyzny powieści (psychologiczna, filozoficzna, obyczajowa, moralna) mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Autorka niczego nie wymyśliła. Nie musiała. Czerpała wiedzę z autopsji, ponieważ pracowała jako ekonomistka i finansistka przez 17 lat w międzynarodowych korporacjach. Bardzo dobrze wiedziała o czym pisze i jak ma to przekazać, bym poczuła się w środku wydarzeń. Potwierdzenie realności patologicznego problemu powieści odnalazłam w artykule Korporacja odziera z godności? To dżungla pełna dzikich zwierząt pokazującym na filmie nagranym telefonem nie tylko nagą (dosłownie!) prawdę  z „kotłowni”, ale i próbującym również znaleźć tego przyczynę.

   Nie odpowiedziałam sobie na postawione na początku pytania.

   Ostatecznie nie o ocenę zachowań bohaterów powieści w niej chodzi, ale o postawienie siebie w ich sytuacji i dokonanie wyboru między życiem w zgodzie ze sobą, ale z brakiem poczucia stabilizacji finansowej a upodlającą i wyniszczającą psychicznie i fizycznie pracę, ale dającą komfort, spokój, bezpieczeństwo i ciepełko finansowe. Między być a mieć. Bohaterowie mają tylko zobrazować skutki drugiego wyboru i pomóc odpowiedzieć sobie na kluczowe pytanie.

   Czy było warto?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Hodowca świń [Anna Zacharzewska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 01 listopada 2017
Sienkiewicz dzisiaj – red. prowadząca Anna Lonkwic

Sienkiewicz dzisiaj: eseje o twórczości autora Trylogii – redaktor prowadząca Anna Lonkwic
Wydawca Narodowe Centrum Kultury , 2016 , 340 stron
Literatura polska

   Sienkiewicz dzisiaj!?

   A czy w ogóle ktoś jeszcze dzisiaj czyta jego powieści? Raport o Stanie czytelnictwa w Polsce w 2016 roku jednoznacznie odpowiada na to pytanie.

Od lat najpoczytniejszym autorem utrzymującym swoją popularność w co najmniej dwóch badaniach społecznego zasięgu książki jest, jak widać w powyższym zestawieniu raportu, Henryk Sienkiewicz. Deklasuje wszystkich cokolwiek piszących.

W 2016 roku był najpoczytniejszym autorem wśród czytelników. Pokonał nawet wszechobecne, powszechne i popularne Pięćdziesiąt twarzy Greya E. L. Jamesa.

   Na czym polega jego fenomen?

   Bo czytany jest! Raport nie pozostawia żadnych wątpliwości. Ale dlaczego pomimo upływu wieków, nadal Polacy po niego sięgają? Tworzą ekranizacje jego powieści? Włączają do kanonu lektur szkolnych? Nadają jego imię w 2016 roku? Czytają w Narodowym Czytaniu? Miałam nadzieję znaleźć odpowiedź na to pytanie w tej publikacji, która zaprosiła do polemiki historyków literatury i filmu, krytyków, filozofów, literaturoznawców, wykładowców akademickich, a nawet reżyserów. Zgromadziła 23 artykuły, eseje i odczyty powstałe w ciągu ostatnich kilkunastu lat, które zostały tak dobrane i ułożone, abym mogła stworzyć sobie dzisiejszy obraz pisarza oraz powodów tak chętnego odbioru jego twórczości przez współczesnych czytelników. Znawcy jego dorobku literackiego dołożyli starań, by był on wszechstronny i obiektywny. Stąd początkowe artykuły nieoszczędzające mitu „naszej legendy”, podkreślające  symbolikę zaściankowości i prowincjonalizm stylu przekazu pisarza. Zabierające głos w sporze o wartość jego literatury zapoczątkowany przez nieprzychylnych pisarzowi jemu współczesnych, a podtrzymywany później przez Witolda Gombrowicza. I kolejne, wynoszące go z opinii „pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego” do miana geniusza.

   Balansujące między bałwochwalczym uwielbieniem a wściekłymi atakami.

   Autorzy esejów, zawsze poprzedzonych ilustrującymi je tematycznie reprodukcjami czasopism, albumów, portretów,

lub plakatów,

analizując najważniejsze powieści i nowele na wielu różnych płaszczyznach ich przekazu (historycznych, filozoficznych, obyczajowych, kulturowych, politycznych, literackich), a także bohaterów konkretnych utworów oraz wskazując na różnorodną rolę w kształtowaniu świadomości narodowej tożsamości, nie tylko bronili pisarza, ale tworzyli na nowo jego obraz (niekoniecznie spiżowy!) i wartość przekazu jego słowa (niekoniecznie obecnie poprawnego politycznie). W swoich wywodach nie byli tylko odtwórczy, ale posuwali się dalej, tworząc postać Henryka Sienkiewicza nieznanego – dekadenta, którego życie i autocenzura miała ogromny wpływ na jakość i wielkość jego dorobku literackiego. Pisarza utworów zaniechanych, niedokończonych czy zniszczonych, których nigdy nie przeczytamy. Człowieka zmagającego się z depresją i obsesją śmierci po utracie jednej z żon. Przywódcy narodu bez państwa, dla którego stał się ze zwykłego sprawozdawcy prasowego, nowelistą, a potem klasykiem literatury.

   Noblistą!

   Otrzymałam spójny, trochę odbrązowiony obraz Henryka Sienkiewicza, który uzasadniał i umacniał jego pozycję w panteonie najwybitniejszych pisarzy. Dowiedziałam się, dlaczego warto czytać jego utwory, z czym się nie zgadzać (to bardzo ważny wniosek!) i dlaczego jest tak poczytny współcześnie.  Wnioski zachowam dla siebie, bo nie są korzystne dla Polaków. W tym sensie – pokaż mi co czytasz, a powiem ci, jakim Polakiem jesteś – raport o czytelnictwie przeraża. Powiem tylko, żę wolę tych, którzy wartości życiowych szukają w twórczości Zbigniewa Herberta, a utwory Henryka Sienkiewicza czytają tylko dla rozrywki.

   Książka jest przepięknie wydana!

   W twardej oprawie. Z bogatym aparatem informacyjnym składającym się z bibliografii, indeksów oraz krótkimi biogramami autorów esejów. Z grafiką wprowadzającą w świat pisarza poprzez dominującą technikę sepii, ale w kolorze zielonym. Z wyklejką wypełnioną mapą ówczesnej Europy z nieobecną Polską.


Z bogactwem ilustracji i najbardziej urzekającym mnie, rzadko już spotykanym, elementem książki – wstążeczką.


   Chciałoby się powiedzieć – nobliwa i pełna szacunku dla rangi swojej zawartości.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w listopadzie w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 991 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi