Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 30 sierpnia 2014
Mroczne umysły – Alexandra Bracken



Mroczne umysły – Alexandra Bracken
Przełożyła Maria Borzobohata-Sawicka
Wydawnictwo Otwarte , 2014 , 450 stron
Seria Moon Drive ; Trylogia , tom 1
Literatura amerykańska


Ale się cieszę!
Mam super powieść dla mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. Dokładnie taką, jaką lubi i o jaką najczęściej pyta się. Z doświadczenia wiem, że musi zawierać kilka niezbędnych elementów, których wymaga, by spodobała się.
Po pierwsze musi być romantyczna miłość – to w przypadku dziewczyn. Chłopcy, jeśli pytają o taki wątek, to od razu sięgają po książki z mocnej półki Greya i jemu podobne. W przypadku nastolatek, zazwyczaj, ale nie zawsze, wybór powieści jest uzależniony od wątku miłosnego rozbudowanego w części rozpoznawczo-zapoznawczej czyli emocjonalnej gry wstępnej. I on tutaj jest w całej swojej rozciągłości. Dobre słowo rozciągłość, bo napięcie między główną bohaterką, szesnastoletnią Ruby a Liamem, faktycznie rozciąga się niemiłosiernie przyjemnie od momentu burzliwego spotkania aż do zaskakującego i rozdzierającego serce punktu kulminacyjnego kończącego opowieść. A po drodze było narastające napięcie, rodząca się miłość, pociągająca konkurencja o względy Ruby i wszystko to, co dziewczyny lubią najbardziej.
Po drugie musi być dynamiczna akcja. Ale nie jakaś tam sobie akcja, tylko wciągająca po uszy i każąca zapomnieć o świecie zewnętrznym – jak określają ją nastolatkowie i w tym wymaganym punkcie obopólnie zgodni. I tutaj najbardziej będą zadowoleni chłopcy, bo powiedzieć akcja to za mało. To totalna loteria życia i śmierci w ciągłej ucieczce przed pościgiem dorosłych tropiących uciekinierów, jak myśliwi. I tak też nastoletni bohaterowie są tutaj traktowani - jak zwierzyna łowna.

Po takich pomarańczowych ulotkach rozdawanych rodzicom można się przestraszyć i oddać własne dziecko do obozu, wierząc propagandowym przekazom władzy i nie mając pojęcia, jakim eksperymentom aż po eksterminację są poddawane ich dzieci.
Po trzecie miejsce akcji musi być kontrastowe w stosunku do tego za najbliższym oknem. Najlepiej ekstremalne, zupełnie nieznane i budzące ciekawość od pierwszego zdania. A w tej powieści dostarcza tego świat dystopii, którego historię powstania i zasady po prostu się chłonie. A najciekawiej jest wtedy, gdy bohaterowie są w centrum uwagi. Tutaj czynnikiem ich wyróżniającym jest choroba, którą dorośli nazwali ostrą młodzieńczą neurodegeneracją idiopatyczną, w skrócie OMNI. Stawkę atrakcyjności podbijała jej śmiertelność i gradacja zdolności mentalnych oznaczonych kolorami – zielonym, niebieskim, żółtym, czerwonym i pomarańczowym. Ci ostatni byli najbardziej niebezpieczni, a zarazem najbardziej pożądani przez dorosłych, którzy nie tyle lękali się o dzieci, które mogły umrzeć. Nie martwili się pustką, którą miały po sobie pozostawić. Oni bali się nas - tych którzy przeżyli – odkrywała z czasem główna bohaterka. Pomarańczową była Ruby, która, aby przeżyć, udawała zieloną. Ale, jak to bywa w dynamicznych powieściach, do czasu.
Po czwarte bohaterowie muszą być na tyle bliscy i podobni do młodego czytelnika, by mógł się z nimi utożsamiać lub identyfikować. I to realne podobieństwo emocjonalne występuje tutaj pomimo fikcyjnej fabuły, bo wprawdzie współczesny nastolatek nie posiądzie ponadprzeciętnych zdolności mentalnych, ale w całe psychiczne zaplecze osobowości, jakie rozgrywa się w sercach, duszach i umysłach bohaterów, jak najbardziej jest wyposażony - bunt przeciw kontrolowaniu przez dorosłych, przeciw narzucaniu norm i zasad, tęsknota za normalnością w świecie chaosu, poczucie zagubienia w budzących lęk realiach, nieufność wobec dorosłych skupionych na własnych egoistycznych celach, niezgoda na zabijanie marzeń, „dżungla” przetrwania w świecie rówieśników, niezrozumienie siebie, zmian i reakcji zachodzących w okresie dojrzewania, poczucie winy z powodu nieświadomego ranienia innych i odmienność (różnie pojmowaną i bardzo pojemną znaczeniowo), którą potrafi zrozumieć tylko drugi nastolatek, przechodzący przez to samo.
Po piąte musi być warstwa „mądrości”, która tłumaczy życie, a którą wprost uwielbiam, bo czyni z powieści historię z przesłaniem. Ale, uwaga! Mądry pisarz sprytnie ukryje ją „między wierszami”. I tutaj jest ona zakamuflowana wzorcowo. Są więc rozmyślania o śmierci, pociągającej władzy, wartościach, o które warto walczyć, sensie życia, pragnieniu poczucia bezpieczeństwa, umiejętności dokonywania trudnych wyborów włącznie z postawą samopoświęcenia się dla dobra innych i wiele, wiele innych zagadnień trapiących nastolatków.
Po szóste i ostatnie opowieść musi się skończyć w najmniej oczekiwanym momencie, zmuszającym do sięgnięcia po część następną. I to tutaj również jest, a nawet więcej, bo cała trylogia.
I dlatego się cieszę, bo wiem, że mam kolejny przebój czytelniczy, do którego ustawią się kolejki.

A przede mną druga część przygód Ruby w nieprzyjaznym świecie dorosłych, o której niebawem napiszę. Ale nie tylko. Będę miała do oddania jeden egzemplarz powyższej książki.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj obejrzałam trailer książki.
środa, 27 sierpnia 2014
Moja wojna – Waldemar Skrzypczak, Michał Majewski, Paweł Reszka



Moja wojna – Waldemar Skrzypczak, Michał Majewski, Paweł Reszka
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 302 strony
Literatura polska


Zaniepokojona sytuacją na Ukrainie, zapytałam znajomego żołnierza, co sądzi na ten temat i gdzie w tym wszystkim jest Polska? W odpowiedzi podsunął mi tę pozycję. Dla niego wyjątkową, bo jej bohater jest dla niego ogromnym autorytetem, a także dlatego, że imiennie jest mu zadedykowana osobistym wpisem.
Miałam nadzieję, że generał mnie uspokoi. Niestety. Po lekturze byłam jeszcze bardziej zaniepokojona, ale wolę gorzką prawdę niż słodkie kłamstwa. I może dlatego nie ma lepszej pozycji w swojej szczerości i krytyce w obecnie niespokojnym czasie niż ta. Sam tytuł, pomimo że jest biografią i autobiografią jednocześnie, sugeruje dominującą tematykę. To ona determinowała życie, los i karierę zawodową generała, które były pretekstem do opisania zmieniającej się sytuacji panującej w polskim wojsku od lat 70. po czasy współczesne. Ale to też wojna personalna, wewnętrzna z mechanizmem systemu promowania ludzi nieodpowiednich na kluczowe, strategiczne stanowiska w hierarchii wojskowej, skutkującemu poważnymi konsekwencjami w obronności kraju i bezpieczeństwie żołnierzy na misjach. I podaje, wręcz mnoży, przykłady wraz z nazwiskami defiladowych generałów. Wnioski były nie tyle smutne, co porażające. Kolejna wojna generała to niezgoda na wszechobecny, silny wpływ polityków na zarządzanie armią, dla których liczyło się nie jej dobro, ale własne, osobiste cele – władza i wpływy. Słuchając jego wypowiedzi na ten temat miałam wrażenie déjà vu. Powielał dokładnie te same uwagi i spostrzeżenia co rotmistrz Witold Pilecki. Wniosek nasuwał mi się sam – od przedwojnia, wojny i powojnia w tym zakresie nic się nie zmieniło. Co gorsza, gorzka i bardzo bolesna przeszłość niczego nas nie nauczyła. W razie „godziny W” czeka nas powtórka z września 1939 roku. Trudne do pojęcia, ale prawdziwe!
Na tle tych wojen wewnętrznych i osobistych generała najbardziej zaciekawiła mnie ta dosłowna – w Iraku i Afganistanie. Działanie wojska polskiego na misji widziane z najwyższego szczebla, strategia działań bojowych i specyfika stresu odpowiedzialności za podwładnych.
To na wskroś wojskowa książka. Jej charakter wyraża się nawet w grafice. Dominująca zieleń z militarnymi zdjeciami

i orzełek na każdej stronie.

A sama treść przesycona pasją żołnierza z rodzinną tradycją wojskową i z powołania, który, mam wrażenie, wygrywał bitwy, ale przegrał wojnę o stan wojska polskiego, jego niezależność od osób z zewnątrz, a w konsekwencji jego gotowość bojową. Poddał się, wręcz został do tego zmuszony, przechodząc w stan cywilny na znak protestu wobec biurokratycznych procedur, urzędników wojskowych, którzy front widzieli w filmie "9 kompania" (polecam, świetny!), przełożonych, którzy słuchają doradców mających mgliste pojęcie o szkoleniu i tkwią w schematach z lat 70. i 80., przedkładania celów mniej istotnych nad cele operacyjne w czasie wojennym oraz uzależnienia wojska od polityków i ich decyzji. Dowiadując się o tej dymisji, czułam bezsilny żal, bo to jeden z najinteligentniejszych, najzdolniejszych, perspektywicznie i kontekstowo patrzący w przyszłość, odporny na blichtr generał jakiego mieliśmy. Do dzisiaj (obok gen. Romana Polko) jest nieformalnym ekspertem dla mediów, które bardzo często proszą go o wypowiedzi na tematy wojskowe. Nie zdziwiła mnie jego wypowiedź dla Wprost, która właściwie jest kwintesencją myśli zawartej w tej książce. Ona sama nie powstałaby, gdyby nie dziennikarze Rzeczpospolitej, którzy tuż po dymisji poprosili go o wywiad. Rozmowa była tak ciekawa, a rozmówca komunikatywny, rzeczowy, szczery i jednocześnie pełen ironicznego dystansu, że padła propozycja utrwalenia jego barwnych, ciekawych, zawierających sporą dawkę najnowszej historii Polski, wspomnień. To dlatego teksty dziennikarzy przeplatają się w niej i uzupełniają wzajemnie z tekstami bohatera wywiadu wyróżnionych kursywą i wyraźnie zaakcentowanym tytułem:

Między nimi autorzy wprowadzili dodatkowe informacje, w postaci krótkich, oddzielonych notek, wyjaśniających zagadnienia polityczne, historyczne lub techniczne, o których mogłabym ewentualnie nie wiedzieć. Dzięki temu zabiegowi całość przekazu była dla mnie bardzo czytelna i logiczna. Przy okazji powtórzyłam sobie najnowszą historię Polski, ale widzianą oczami młodego żołnierza i jego ojca (też żołnierza) stojących naprzeciwko strajkujących cywilów. Zobaczyłam wydarzenia z lat 70. i 80. z pozycji władzy i siły wykorzystywanej do tłumienia strajków. To one, opowiadane z ogromną dawka emocji, nadawały sensacyjny ton z mało znanymi szerszemu ogółowi wątkami – ciekawe spojrzenie na postawę Ryszarda Kuklińskiego, plan i przygotowania do III wojny światowej w czasach PRL-u, procedury awansów i podejmowania kluczowych decyzji na wysokich szczeblach hierarchii wojskowej czy kulisy misji pokojowych. I gdyby nie poczucie humoru, mnóstwo żartów, anegdot, sytuacji dwuznacznych sypanych jak z rękawa przez generała, wiałoby grozą z tej książki. Bo co można pomyśleć po takiej serii pytań – Czy ludzie, którzy boją się polityków, będą w stanie nie bać się przeciwnika na polu walki? Czy będą w stanie dowodzić odpowiedzialnie w warunkach bojowych? Odpowiedź brzmi – nie będą! A potem dodaje – Na szczęście na razie to widać tylko na ćwiczeniach. A ja się pytam, jak długo jeszcze będziemy, w tak ważnych sprawach, zawierzać szczęściu, które na pstrym koniu jeździ?
I jak tu być spokojnym?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 22 sierpnia 2014
W garnku kultury – red. Aleksandra Drzał-Sierocka



W garnku kultury: rozważania nad jedzeniem w przestrzeni społeczno-kulturowej – red. Aleksandra Drzał-Sierocka
Wydawnictwo Naukowe Katedra , 2014 , 253 strony
Seria Kontinuum
Literatura polska


Jesteś tym, co jesz!
Ten slogan związany z jedzeniem, nigdy nie był dla mnie sloganem, ale wyrocznią, określającą człowieka i jego nawyki żywieniowe. Nie zastanawiałam się i nie uświadamiałam sobie jego wąskiego zakresu spojrzenia ograniczającego się przede wszystkim do sfery organicznej, fizycznej.
A przecież nie tylko z ciała składa się człowiek!
Są jeszcze aspekty psychologiczne, filozoficzne, etyczne, społeczne czy kulturowe. I właśnie rozważania o jedzeniu w kontekście tych płaszczyzn zawiera ta pozycja, której publikację zawdzięczam dyskusji, jaka towarzyszyła konferencji (Po)wolne jedzenie. Slow food, weganizm i inne ruchy żywieniowe w przestrzeni kulturowej XXI wieku. To na niej okazało się, że rozmowy o jedzeniu mogą być burzliwe, bo mówiąc o tym, co jemy (lub czego nie jemy) , wyrażamy jednocześnie nasz światopogląd, zainteresowania, przyzwyczajenia, czyli szeroko rozumianą tożsamość. A przy okazji dyskusji przeżyłam horror, ale o tym napiszę na zakończenie moich rozmyślań. Pomysłodawczyni publikacji traktująca jedzenie holistycznie, biorąc na siebie rolę redaktorki, zebrała rozważania, eseje i wyniki prac badawczych antropologów, kulturoznawców, filmoznawców, socjologów, filozofów, a także studentów (razem 13 autorów) tychże kierunków i utworzyła szerokie spektrum spojrzenia na jedzenie, jego rolę w życiu człowieka i implikacje z tego wynikające w przestrzeni społeczno-kulturowej.
Tematykę podzieliła na trzy rozdziały.
W pierwszym umieściła teksty ukazujące ogromny wpływ jedzenia na interakcje międzyludzkie, jego kluczową rolę jako narzędzia manipulacji i wywierania wpływu na innych (zwłaszcza w rodzinie), na odnajdywaniu tożsamości (filozofia codzienności), a także na budowaniu światopoglądu (kooperatywa spożywcza) oraz na marnotrawstwo i jego względność pojmowania uwarunkowanego kulturowo. W tym ostatnim aspekcie nie mamy się czym chwalić.
W drugim rozdziale zebrała teksty opisujące zjawiska społeczne (nawet o podłożu polityczno-gospodarczym), do powstania których przyczyniło się jedzenie – imperialistyczna coca-cola w okresie PRL-u, blogi kulinarne (od strony czytelnika i od strony „kuchni” ich twórców) w kontekście gender obalające mit kury domowej, telewizyjne programy kulinarne oraz sztuka transgeniczna. To ostatnie wprawiło mnie w lekkie osłupienie. Upraszczając (czynię to świadomie), sprowadza się ona na przykład do stworzenia na bazie biotechnologii fluorescencyjnych rybek, bardzo ładnych zresztą,

Wikipedia

po to, by zjeść świecące sushi, które przyrządza się w taki sposób:

Autor tego podrozdziału poruszył tak wiele wątków bioetycznych, że długo będę się zastanawiała nad kondycją moralną ludzkości i środka ciężkości, który dawno zgubiła według Doroty Masłowskiej.
W przeciwieństwie do rozdziału trzeciego i ostatniego. O jego niektórych treściach chciałabym zapomnieć natychmiast, bo zawierał teksty odkrywające najmroczniejszą stronę człowieczej osobowości, najciemniejszą część psychiki ludzkiej – głód i kanibalizm oraz antyestetyczny (napiszę wprost – obrzydliwy!) wymiar jedzenia – fizjologia żarcia, pod hasłem zaczerpniętym z filmu Wielkie żarcie (reż. Marco Ferreri) – Musisz jeść. Jeśli nie będziesz jadł, nie umrzesz. – i wydalania. To część książki, która wywołała we mnie nie tylko skrajne emocje (od wstrętu po zachwyt odkrywania nowych myśli, idei, pryzmatu patrzenia), ale przede wszystkim wywołała zamieszenie w moich ugruntowanych (i to solidnie!) poglądach. Najchętniej polemizowałabym z myślą rozwiniętą przez Mateusza Skrzeczkowskiego, w której ukazywał niemoralność heroicznej etyki w obozie koncentracyjnym, kończąc mocnym zdaniem – Heroizm jest ludzki, nieludzkie jest rozliczanie z braku heroizmu. Jednak największe wrażenie i zaskoczenie moim brakiem świadomości bogactwa tematyki wywarł na mnie podrozdział Filozofia kanibalizmu. Przede wszystkim historia ludożerstwa zmieniająca totalnie moje spojrzenie na jego przyczyny i prawdziwych sprawców. Tak, tak! Autor jednoznacznie wskazał na białych kolonizatorów, odtwarzając drogi powstawania fałszywych teorii o „strasznych dzikich” zjadających ludzi.
A potem było jeszcze ciekawiej i groźniej!
Ujrzałam zupełnie, diametralnie nowe spojrzenie na kanibalizm jako inną formę pożądania seksualnego, w której od przyjemności jedzenia do rozkoszy seksualnej jeden krok. A może nawet mniej. Od tej pory uwagę – wyglądasz apetycznie – nie będę traktowała jako komplement, ale jako podejrzaną sugestię wypływającą z mrocznej części ludzkiego umysłu. Kanibale są wśród nas! Dobry żart, ale nie po tej pozycji, w której autor przedstawia teorie wyjaśniające antropofagię i opisuje współczesne, bardzo głośne przypadki kanibalizmu. Ale nie to zmroziło mnie najbardziej, tylko wzrastające przyzwolenie społeczne na istnienie tej formy patologii wynoszące kanibali na pozycję celebryty. Skojarzyło mi się to z podobnym kierunkiem idącym w stronę „dobrej pedofilii”.
I chociażby z tego ostatniego powodu ludzkość musi mieć jakiś miecz nad sobą, bat, wymogi, kierunek, w którym ma podążać. Dla jednego będzie to system moralny, dla innego dekalog. I to jest ta płaszczyzna, której zabrakło mi w tej publikacji. Na szczęście mam za sobą pozycję jej poświęconą, która jest dobrym uzupełnieniem tematyki o jedzeniu – Łakomstwo Florenta Quelliera.
Miałam wrażenie, że uczestniczyłam w przeciekawej dyskusji, która zarysowała temat, pozostawiając we mnie lekki niedosyt w zgłębianiu tematu oraz jedno powiedzenie – Pokaż mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książka zainspirowała mnie do obejrzenia thrillera psychologicznego Kanibal z Rotenburga opartego na przerażających faktach, które przedstawiono w książce.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Ochotnik – Marco Patricelli



Ochotnik: o rotmistrzu Witoldzie Pileckim – Marco Patricelli
Przełożył Krzysztof Żaboklicki
Wydawnictwo Literackie , 2013 , 396 strony
Literatura włoska


Ale czy można, kiedy się chce, przyjeżdżać i wyjeżdżać z Oświęcimia? – Można. – odpowiedział Witold Pilecki współwięźniowi w obozie koncentracyjnym.
I udowodnił to.
Dobrowolnie dał się złapać w ulicznej łapance przeprowadzonej przez Wermacht i SS 19 września 1940 roku po to, by trafić do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu na dwa lata i siedem miesięcy. Kiedy się o tym pierwszy raz dowiedziałam, pomyślałam – szalony! A dopiero potem przyszła refleksja i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie – dlaczego i po co? Dzisiaj można jego raporty czytać on-line.

Opracował bardzo ryzykowny plan, na który początkowo nie chciało się zgodzić kierownictwo polskiego podziemia. Chciał potwierdzić niepokojące i przerażające informacje o obozie, wysyłać stamtąd raporty dla aliantów o zbiorowych egzekucjach jeńców wojennych i Żydów oraz o metodach masowej zagłady, zorganizować wewnętrzny ruch oporu, a w przyszłości bunt więźniów oraz udzielać doraźną pomoc więźniom najsłabszym. Po zrealizowaniu prawie wszystkich podjętych zadań (oprócz buntu, na który nie zgodzili się zwierzchnicy) – uciekł z lagru.
O tym aspekcie życiorysu, skutecznie wymazywanym przez władze komunistyczne, dowiedziałam się dużo później, bodajże w programie publicystycznym podczas omawiania spektakularnych ucieczek z obozów koncentracyjnych. Wiedziałam natomiast o jego niezłomnej walce z okupantem niemieckim i rosyjskim dzięki telewizyjnemu spektaklowi teatralnemu Śmierć rotmistrza Pileckiego w reżyserii Ryszarda Bugajskiego. O jego wierności ideałom wolnej i niepodległej Polski, żołnierzu AK, któremu SB w PRL-u zgotowało piekło i o którym osobiście powiedział żonie – Oświęcim to była igraszka.

I o tym trudnym życiu pod prąd, ale zgodnym z kierunkiem obranych wartości wcielanych bezkompromisowo, powiedział – Bo choćby mi przyszło postradać me życie – tak wolę – niż żyć, a mieć w sercu ranę. – była ta opowieść. Nie opracowanie popularnonaukowe, nie sucha biografia czy czytana przeze mnie encyklopedyczna informacja w zbiorowym wydaniu o żołnierzach AK Żołnierze Wyklęci, ale właśnie opowieść o człowieku, który nie tylko był, ale i jest bohaterem naszych czasów, jak określił go autor tej publikacji, ale również wrażliwym człowiekiem z krwi, kości, emocji, pragnień i marzeń. Ten efekt realistycznego i całościowego podejścia do bohatera opowieści, dającego w efekcie ciekawą i dynamiczną historię niezwykłego i tragicznego losu, autor uzyskał dzięki swoim dwóm profesjom. Będąc akademickim profesorem historii i jednocześnie dziennikarzem, potrafił zagwarantować mi to, czego próżno szukać w polskich opracowaniach tego typu, których autorzy pod presją powagi tematu i obawy przed krytyką zbyt lekkiego traktowania tematów „śmiertelnie” poważnych, jeszcze nie do końca pozbawionych emocji, przedstawiają bardzo faktograficznie. Autorzy zagraniczni, nieobciążeni tymi naciskami, potrafią nadać opracowaniu cechy historycznej opowieści, którą czyta się jak dobrą sensację. Przeżywa wydarzenia razem z bohaterem, w napięciu czekając na rozwój sytuacji i jej finał. A to wszystko mimo znajomości życiorysu i z góry znanych historycznych faktów.
I dokładnie tak było w przypadku tej publikacji!
Autor odtworzył z badawczą pasją historyka los wyjątkowego Polaka na tle ówczesnej sytuacji politycznej Polski i Europy. Pokazał najpierw jego rodzinną przeszłość i pielęgnowane tradycje niepodległościowe mające wpływ na kształtowanie się osobowości, światopoglądu i postaw młodziutkiego Witolda.

Bym mogła zrozumieć, dlaczego walka o wolną ojczyznę była dla niego najwyższym dobrem, dla którego poświecił nie tylko ukochaną rodzinę, ale i życie. Bym mogła sobie odpowiedzieć na dylemat jednego ze współwięźniów Witolda Pileckiego, który na wieść z kim ma do czynienia powiedział – Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, to ty jesteś albo niezwykłym bohaterem, albo wielkim głupcem.
Ta trzymająca w napięciu treść została wyposażona w obszerny aparat informacyjny – przypisy, bibliografię, indeks, terminy obozowe i wyjaśnienia używanych skrótów oraz bogatą ikonografię. Mnóstwo w niej zdjęć rodzinnych, obozowych czy dokumentów.

Polecam tę opowieść wszystkim, którzy chcą wiedzieć więcej, nie nudząc się przy tym. Ale przede wszystkim młodzieży, która ma uczulenie na przekazy podręcznikowe. Z trzech powodów. Po pierwsze losy rotmistrza opowiedziane są sensacyjnie, ale jednocześnie z dbałością o fakty i poprawność historyczną. Po drugie przemyca odkłamaną historię Polski z bezpardonową krytyką ówczesnej polityki nie tylko Niemców i Rosjan, ale i aliantów na tle skłóconych politycznie środowisk polskich i indywidualnie Polaków walczących o wpływy, stanowiska, pozycję, władzę i osobiste interesy. Po trzecie, i chyba najważniejsze, zdecydowaną część książki to opis pobytu rotmistrza w lagrze, a to tematyka, która wzbudza wśród młodzieży duże zainteresowanie. Po obowiązkowym czytaniu Medalionów Zofii Nałkowskiej i opowiadań Tadeusza Borowskiego, zawsze otrzymuję prośby o polecenie jej pozycji podobnych. Mam ich pod ręką mnóstwo, ale wszystkie z pozycji ofiary. Publikacja włoskiego historyka to wyjątkowa okazja do pokazania postawy aktywnie walczącej, możliwej do zaistnienia w obozie (bo przecież odwagi w walce ze złem chcemy uczuć młodych), który jak się potem okazało dla Witolda Pileckiego, był dopiero przedsionkiem piekła zakończonym strzałem w tył głowy, zgotowanym mu przez rodaków. Warto o takich ludziach czytać, pisać i mówić, bo to jedyny sposób, by zapalić symboliczną świeczkę pamięci na symbolicznym grobie w przestrzeni wirtualnej Żołnierzy Wyklętych.
Miejsca pochówku i szczątków Witolda Pileckiego, pomimo usilnych poszukiwań, nie odnaleziono do dzisiaj, ale jak powiedziała jego córka Zofia – Ojciec był tak wielkim patriotą, tak Polskę ukochał i poniósł dla niej najwyższą ofiarę, że grobem jego stała się cała Polska.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


O tym, że pamiętamy o naszych bohaterach, świadczą nie tylko książki, ale i ballady.
sobota, 16 sierpnia 2014
Donikąd – Konrad Czerski



Donikąd – Konrad Czerski
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 239 strony
Literatura polska


...szkatułkowa powieść egzystencjalna. – przeczytałam na okładce książki.
I wszystko jasne. Miałam dwie drogi podejścia. Mogłam się przestraszyć, bo to określenie kojarzy mi się z dużą dawką filozofii, na którą trzeba mieć ochotę, czas i moment w życiu. Mogłam też sięgnąć po nią chętnie (i tak zrobiłam), ciekawa pióra i głosu młodego pokolenia, będąc gotową na roztrząsanie, analizowanie, zastanawianie się, a może nawet na polemizowanie z bohaterami. A było ich tutaj dużo, wśród których troje najważniejszych. W trzech osobno snutych historiach.
Pierwszy Bruno, przyznający się do przypadłości mającej wiele wspólnego ze schizofrenią oraz rozdwojeniem jaźni i z tego powodu walczący ze swoim drugim ja, Kadukiem. Młody mężczyzna mieszkający we Wrocławiu, zapatrzony w siebie, walczący z niemocą weny twórczej debiutującego pisarza, próbujący odnaleźć autora książki nabytej na targu staroci.
Drugi Utaguri, główna postać kupionej powieści. Człowiek znikąd, który zmierza donikąd, niestrudzenie wędrujący w retroświecie przyszłości krainy Gen’ei.
Trzeci bohater to kobieta, Sophie, żyjąca jak współczesna eremitka w sercu nowojorskiego Manhattanu, próbująca przepaść w Bogu, by w intymnej relacji z nim nosić na sobie grzechy innych. Być nikim, a jednak obecną w świecie bardziej niż inni.
Wszyscy troje tworzyli osobne (na pozór!), osobiste, indywidualne historie o poszukiwaniu sensu życia odpowiednio na płaszczyźnie psychicznej, filozoficznej i religijnej, które wraz z rozwojem fabuły zaczynały się łączyć w niespodziewanie kojarzonych punktach stycznych. Poszukiwania przez Brunona autora-widma kupionej książki prowadziły go donikąd, a jednocześnie do początku historii Sophie.
Fikcja mieszała się z rzeczywistością, świadomość z podświadomością, bohaterowie wymyśleni, z postaciami urojonymi i osobą rzeczywistą (autor wprowadził siebie do powieści), a tytuł książki czytanej przeze mnie był zarazem tytułem powieści czytanej przez Brunona. Ale nie ustalenie prawdy stanowiło istotę tej powieści, tylko ukazanie stwierdzenia, że idziemy znikąd i zmierzamy donikąd, próbując w tej wędrówce znaleźć cel, sens albo przynajmniej algorytm przypadkowości. Temat banalny i, co ciekawe, ale i niebezpieczne, bez podanych i narzuconych treści filozoficznych, rozważań, analiz i tekstów do roztrząsania, za to ukazanych odmienną, kontrastową, zróżnicowaną treścią życia bohaterów. Tak odtwórczo poprowadzony temat stwarzał ryzyko pojawienia się nudy. Autor uchronił przed nią opowieść po pierwsze szkatułkową formą powieści z elementami detektywistycznymi, sekretami, tajemnicami i nieprzewidywalnością rozwoju wątków, które ostatecznie umiejętnie ze sobą połączył. Po drugie językiem narracji przekazu bogatym w skojarzenia, innością spojrzenia na te same obrazy, alternatywnością doboru słów i odwagą w łamaniu schematów znaczeniowych pojęć. Autor nie widział zniszczonej okładki, ale książkę ogołoconą z okładki przez lubieżny czas, a banknot o wysokim nominale był... soczysty. To dla tego pryzmatu patrzenia, płynnego przechodzenia od stylu wypowiedzi w liście poprzez opis do monologu, dobierania określeń do rzeczowników, do których ja nigdy bym ich nie przypisała, dla tego bawienia się słowami budującymi nowe jakości dla powszechnych rzeczy, idei, zjawisk, a jednocześnie z zachowaniem umiaru w prostych, często krótkich, nierozbudowanych zdaniach, czytałam tę opowieść urzeczona.
Pisać odtwórczo na temat mocno wyeksploatowany, będąc kreatywnym w formie powieści i języku przekazu – oto przepis na ciekawy debiut.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

czwartek, 14 sierpnia 2014
Geneza – Jessica Khoury



Geneza – Jessica Khoury
Przełożyła Małgorzata Kafel
Wydawnictwo Wilga , 2012 , 509 stron
Literatura amerykańska


W tajnym laboratorium, ukrytym w amazońskiej dżungli... – to te słowa umieszczone z tyłu książki i zapowiadające tajemnicę, skłoniły mnie do wyboru tej powieści spośród kilku innych polecanych mi przez moją zaprzyjaźnioną młodzież. Obiecałam jej, że w czas letni, sięgnę po nie.
I od razu strzał w dziesiątkę!
Pochłonęła mnie dżungla tak sugestywnie, zjawiskowo, ciekawie i tajemniczo opisana (a mówią, że młodzież nie lubi opisów przyrody!), że w trwających upałach miałam wrażenie przebywania w niej wraz z główną bohaterką – siedemnastoletnią Pią. Zanim jednak dziewczyna trafiła do tej dżungli, jej świat ograniczał się do drutów pod napięciem elektrycznym okalających tajne laboratorium Little Cam. Była jego najważniejszym i największym osiągnięciem naukowym, ale i najcenniejszym obiektem badawczym – człowiekiem nieśmiertelnym. Miała świadomość swojej doskonałości mówiąc – Potrafię przebiec pięćdziesiąt kilometrów bez odpoczynku. Potrafię podskoczyć na wysokość dwóch metrów. Żaden przedmiot na świecie nie jest wystarczająco ostry, żeby przebić moją skórę. Nie mogę utonąć ani się udusić. Jestem odporna na wszystkie znane człowiekowi choroby. Mam fotograficzną pamięć. Żaden człowiek nie ma tak wrażliwych zmysłów jak ja. Moje reakcje są szybkie jak u kota. Nigdy się nie zestarzeję (...) i nigdy nie umrę.
Czekała na nią wieczność.
I przyszłość tworzona dla niej przez jej opiekunów – biologicznych rodziców i zespół naukowców. Razem tworzyli rodzinę, a laboratorium dom. Mimo że posiadała ponadprzeciętną wiedzę naukową, jej mikroświat ograniczał się do szklanych ścian jej pokoju, z którego mogła codziennie patrzeć na dżunglę, ale tak naprawdę nie widziała jej, nie znała i nie rozumiała. Nie miała pojęcia, jak się nazywa i w jakim miejscu Ziemi się znajduje. Globusy i mapy świata (jedne z wielu innych) były dla niej przedmiotami zakazanymi, a wszystkie dostarczane publikacje cenzurowane. Przekazywana jej wiedza ograniczała się do umożliwienia osiągnięcia jednego celu a zarazem jej marzenia – stworzenie ludzi jej podobnych. Nowej rasy nieśmiertelnych. Musiała więc nie tylko zdobywać wiedzę, ale również zdawać okresowe egzaminy na przyszłego naukowca. Nie wiedziała, że za testami zadającymi ból i cierpienie zwierzętom doświadczalnym kryła się straszna tajemnica. Groza projektu Immortis, w wyniku którego przyszła na świat.
Do czasu!
W książkach kierowanych do młodzieży wskazanym jest pojawienie się wątku miłosnego. To haczyk, by przyciągnąć czytelników, a przy okazji przemycić trochę mądrych prawd o świecie i człowieku próbującym się w nim odnaleźć. I one tutaj są. Całe mnóstwo. Dylematy wyborów moralnych, poszukiwanie własnej tożsamości, burzenie starego światopoglądu i budowanie nowego na bazie zupełnie nowych wartości, poznawanie nieznanych emocji – wszystko to Pia zawdzięcza chłopcu z dżungli, który wywołał burzę w jej umyśle i sercu. Miłość zakazana ze śmiertelnym, osłabiająca widzenie wytyczonego celu naukowego, wywołująca utratę kontroli nad emocjami, poczucie niekontrolowanej i nieograniczonej wolności doznawanej w dżungli, poznawanie alternatywnych kontaktów międzyludzkich opartych na uczuciach sprawiły, że dotychczasowe zadanie, które stawiało ją w centrum uwagi i przekonanie o doskonałości, zaczęło nabierać innego wymiaru i znaczenia. Zaczęło do niej docierać pojęcie słów ostrożnie powtarzanych jej przez jednego z naukowców, które słyszała, ale do tej chwili nie rozumiała – O doskonałości świadczą czyny.
Śledziłam urzeczona drogą metamorfozy psychicznej Pii od dziewczyny-naukowca o chłodnym umyśle do nastolatki potrafiącej kochać i oddać życie za drugiego człowieka. Kibicowałam zaciętej walce o prawo do uczucia i do samostanowienia za prętami klatek laboratoryjnych, w gąszczu dżungli, wśród jej mieszkańców i mitów z ziarenkiem prawdy o nas samych. Trzymałam kciuki za udane połączenie Potulnej Pii i Dzikiej Pii w jedną osobowość zdolną przezwyciężyć lęk przed nieznanym, ale słusznym. Z tej opowieści, którą pochłonęłam w jeden dzień wyniosłam jedną zazdrosną myśl Pii skierowaną do dziewczynki z plemienia, ale pośrednio również do mnie, człowieka współczesnego ogarniętego kultem młodości i marzeniami o nieśmiertelności – Jesteście śmiertelni, ale zamiast trzymać się kurczowo nadziei na nieśmiertelność, cieszycie się każdym dniem.
Jest nam czego zazdrościć, ale ilu z nas, patrząc na tę codzienność, widzi i rozumie to?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Patrząc na ten trailer, można dać się zwieść zapowiedzi prostej fabuły, pod którą jednak kryje się mądre, bardzo przemyślanie podane przesłanie.
niedziela, 10 sierpnia 2014
Górka wolności – opr. red. Sławomir Rusin



Górka wolności: zaślubować od alkoholu – opracowanie redaktorskie Sławomir Rusin
Wydawnictwo M , 2014 , 80 stron
Literatura polska


Spośród wielu dróg prowadzących do trzeźwości, ta jest wyjątkowa!
Górale nazywają ją – zaślubować od alkoholu. To uroczyste przyrzeczenie wstrzemięźliwości od alkoholu złożone Bogu, zapoczątkował młody góral w 1971 roku. Spontaniczne, desperackie wydarzenie dało początek niezwykłemu, bo oddolnemu ruchowi trzeźwościowemu opartemu na motywacji religijnej i niemającemu obecnie sobie równego w Polsce, a nad którym opiekę duszpasterską (ćwiczenia w duchowości ignacjńskiej) objęli jezuici z Domu Rekolekcyjnego Górka w Zakopanem. Obecnie do wstrzemięźliwości zobowiązuje się ok. 5000 osób rocznie! Z czego około 90% dotrzymuje danego słowa.
O tej niezwykłej formie walki z uzależnieniami, bo ślubować można również od hazardu, nikotynizmu czy narkotyków, usłyszałam dawno temu w programie telewizyjnym. Zaciekawiła mnie, wywołując mnóstwo pytań. Dokładnie takich, jakie przeczytałam na odwrocie tej niewielkiej książeczki – Dlaczego Górka cieszy się wśród górali taką popularnością? Czy złożone na niej śluby są naprawdę skuteczne? Czy są dobrym sposobem na walkę z nałogiem? i najważniejsze – Czy bardziej skuteczne niż kluby AA i program 12 kroków? Na te pytania i wiele innych odpowiedział mi wyczerpująco w bardzo ciekawym wywiadzie przełożony domu rekolekcyjnego o. Andrzej Gągotek. Niektóre historie drogi do trzeźwości wzruszyły mnie. Inne przeraziły zmieniającym się przekrojem społecznym uzależnionych (coraz więcej kobiet i narkotyzującej się młodzieży) oraz skalą narastającego zjawiska depresji i samobójstw na Podhalu, „leczonych” alkoholem. To temu ostatniemu problemowi poświecono kilka rozdziałów mówiących o przyczynach, o specyficznym środowisku i kulturze górali z jego poczuciem honoru i pojmowaniem męskości (bez których nie byłoby sukcesu Górki według o. Andrzeja Gągotka), o nieradzeniu sobie lub sposobach rozwiązywania problemów, wpływie na rodzinę, wsparciu społecznym ślubujących, a także o samej procedurze i przebiegu uroczystego ślubowania wstrzemięźliwości od alkoholu lub innego nałogu. W takiej publikacji nie mogło więc zabraknąć również krótkiej historii kościoła pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w którym odbywają się ślubowania oraz słów w postaci homilii najważniejszego przewodnika duchowego dla każdego wierzącego górala – Jana Pawła II. Nie zapomniano również o modlitwach oraz podstawowych informacjach kontaktowych.
Całość czyni z tej książeczki koło ratunkowe dla tych, którzy tak, jak górale, potrafią Boga kochać bardziej niż alkohol i trzeźwieć dla niego, w nim i poprzez niego. Jak napisał autor opracowania – Dróg do zerwania z alkoholizmem jest wiele. Warto z którejś skorzystać.
Dlaczego więc nie wybrać się po wolność od nałogu na Górkę?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 08 sierpnia 2014
Spotkać Iwaszkiewicza: nie-biografia – Anna Król



Spotkać Iwaszkiewicza: nie-biografia – pod redakcją Anny Król
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza , 2014 , 184 strony
Literatura polska


Nie-biografia to słowo-klucz do tej pozycji.
Nie zwiodła mnie jego forma podtytułu, pomniejszona i jakby doczepiona do wielkiego nazwiska w tytule głównym. Wręcz przeciwnie. Zachęciła. Bo jeśli nie biografia, to co? I czy na biografię nie składają się również konteksty społeczne, kulturowe i „wariacje na temat” bohatera biografii?
Wszystko zależy od punktu patrzenia.
Sam pisarz, poeta (i nie tylko!) napisał – Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii, ponieważ w moim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom. Bardzo demotywujący pogląd dla biografów i jednocześnie wskazówka, gdzie szukać Jarosława Iwaszkiewicza. Stąd wnioskuję, że w jego pojęciu biografia to twórczość, w której utrwalił i zamknął swój wewnętrzny i intensywnie przeżywany świat. Chcąc ją poznać (a i tak pośrednio), trzeba sięgnąć po jego powieści, opowiadania i wiersze. Ostatecznie po ich literackie i krytyczne opracowania i interpretacje.
I tego tutaj nie było.
I nie mogło być, skoro to nie-biografia. Nie jego jej pojmowanie. Było za to wszystko to, co współistniało, tworzyło, powstawało lub działało na pisarza i miało wpływ na biografię w jego pojęciu – emocje w twórczości zaklęte, uwięzione, zatrzymane. Wszystko to, co umożliwiało mu wyrażenie siebie. Baza dająca poczucie stabilności i warunki do pisania. Składali się na nią przede wszystkim ludzie, których lubił i którymi otaczał się – rodzina, przyjaciele, znajomi, osoby ze środowiska literackiego. Ich wspomnienia w postaci wywiadów z córką Marią, przysposobionym synem oraz gosposią Zofią, umieszczone w części pierwszej, tworzyły obraz ojca, przewodnika życia, męża i pracodawcy, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Korespondencja ze znajomymi i bliskimi, umieszczona w części trzeciej, ukazywała pisarza jako człowieka, przyjaciela i kochanka. Chociaż to ostatnie ledwo zarysowane, zasugerowane. Część druga zawierała eseje młodego pokolenia, w których echa fascynacji i inspiracji osobą i twórczością psiarza były dowodem na ich ponadczasowość.
Poznawałam tę nie-bografię z rosnącym zainteresowaniem, zaliczając się do drugiej grupy wymienionej w zdaniu umieszczonym na okładce książki – Gratka dla znawców biografii pisarza i szansa na rozpoczęcie „znajomości z Iwaszkiewiczem” dla wszystkich amatorów.
Jestem amatorką.
Na Jarosława Iwaszkiewicza natykałam się przy okazji opracowań epok literackich, ekranizacji jego powieści (obejrzałam Brzezinę i Panny z Wilka) czy współczesnych publikacji wspomnieniowych „odbrązawiających” postacie historyczne, w których wątek homoseksualizmu nawiązywał często do nazwiska pisarza. Ostatnio wspominała o tym Różą Thun w swojej autobiografii Róża. Nigdy te przelotne, przypadkowe spotkania nie skłoniły mnie do sięgnięcia po jakikolwiek jego tekst. Zadanie, jakie postawiła sobie redaktorką tej publikacji, było trudne – namówić, zainspirować lub zachęcić do spotkania z Jarosławem Iwaszkiewiczem, takie osoby, jak ja. Na tyle zaintrygować, bym zechciała nie tylko zgłębić temat, ale może odwiedzić Stawisko, w którym żył, pracował, gościł przez ponad pół wieku znanych artystów (i nie tylko!) swojej epoki. Obecnie prężnie działające Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów jako centrum kultury wysokiej.
W pełni jej się to udało!
Na początek odwiedziłam i zwiedziłam dom dzięki specjalnemu programowi Wirtualne Stawisko, o którym wspomniano w krótkim rysie historycznym. Zadbała również o to, bym nic nie wiedząc o pisarzu, poznała przynajmniej w minimalnym stopniu jego życiorys. Ale w jakiej ciekawej formie!

To oś czasu z najważniejszymi datami, informacjami z życia pisarza i cytatami jego myśli, na tle najważniejszych wydarzeń historycznych Polski i świata. Tak wprowadzona w epokę, odnajdywałam jej atmosferę w wywiadach, korespondencji, a nawet w esejach. Ich autorzy zadbali o liczne przypisy wyjaśniające nieznane mi wydarzenia, przedstawiające mi osoby z otoczenia pisarza lub opisujące konteksty zdarzeń. Całości dopełniała graficzna strona książki, pełna zdjęć pisarza i rodziny,

przyjaciół , reprodukcji listów czy jego rękopisów umieszczonych nawet na wewnętrznej stronie okładek.

Autorom tej pozycji udało się to zaaranżowane, dobrze przemyślane spotkanie moje z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Przede wszystkim z wrażliwym człowiekiem, kochającym ludzi, przyjaznemu światu i estetę o bogatym świecie wewnętrznym potrafiącym ubrać go w słowa.
Chciałabym go poznać bliżej, dlatego pytam – od jakiego tytułu zacząć?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 06 sierpnia 2014
Z ostatniej chwili – Małgorzata Sobieszczańska



Z ostatniej chwili – Małgorzata Sobieszczańska
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 248 stron
Seria ABC
Literatura polska


Książka jak struś Pędziwiatr!
Myk-myk i po czytaniu! Zanim zaczęłam, już skończyłam! Takiego ekspresu z turbodoładowaniem dawno nie doświadczyłam. To wręcz idealny przykład literackiego wytworu naszych czasów – szybkich, skondensowanych informacyjnie, minimalistycznych w słowach. Podejrzewam, że na ten efekt w dużej mierze złożyła się profesja autorki. Będąc dziennikarką, musiała wypracować umiejętności operowania informacją, przyswajając sobie zasady nią rządzące – szybko, syntetycznie i na wczoraj.
I wykorzystała je w pełni, pisząc kryminał.
Akcję powieści umieściła w środowisku dziennikarzy i redaktorów telewizyjnych, wśród których wyścig po „gorącego njusa” to codzienność i norma. Spośród nich wybrała Natalię, czyniąc ją główną bohaterką. Dziennikarkę, która w trakcie trwania programu telewizyjnego dowiedziała się z emitowanych z ostatniej chwili (stąd tytuł powieści) materiałów o śmierci męża. Jego zwłoki leżały obok zabitego w tym samym czasie posła. Na mnożące się pytania: kto zabił, dlaczego i najważniejsze – co wiązało ze sobą dwóch mężczyzn? – zaczęli szukać odpowiedzi wszyscy. Prokurator, rodzina, znajomi, środowisko zawodowe Natalii i przede wszystkim ona sama. Ich dociekania, analizy, wnioski tworzyły całość historii, przypominając procedurę tworzenia programu informacyjnego – emocje Natalii, cięcie, myśli prokuratora, cięcie, dociekania koleżanki z pracy, cięcie, migawka z przeszłości, cięcie i tak do końca. Przy czym klapsem ucinającym i rozpoczynającym kolejne sekwencje były daty rozgrywających się scen. Każda z nich wnosząca istotny szczegół do całości, chociaż z osobna pozornie nie mówiły nic. Zwłaszcza gdy były ukazywane z punktu widzenia osoby postronnej, przypadkowej, której nie nazwałabym nawet bohaterem powieści. Przypominało to rozproszony witraż (tego porównania użyła Natalia do aktualnego stanu jej życia), którego temat i jego sens odkryłam po złożeniu w całość, analizując po drodze dokładnie i po kolei każdy z jego elementów.
To ostatnie nie było proste.
Ze względu na styl narracji. Wprawdzie narrator był zewnętrzny, ale relacjonujący wewnętrzny, subiektywny, ograniczony emocjonalnie i rozumowo świat bohaterów przy jednoczesnej redukcji do minimum opisów wyjaśniających. Wszystko musiałam budować i tworzyć na bazie często chaotycznych myśli dyktowanych emocjami, sprzecznie wewnętrznych monologów lub tylko prostych dialogów. Nie zawsze obiektywnych. Takie minimalistyczne, poszatkowane przekazywanie informacji narzucało szybkie tempo czytania, przy jednoczesnym wymuszaniu skupienia uwagi i intensywnego rozumowania, by zorientować się, kto mówi lub myśli, na szczegółach budujących obraz związku Natalii z mężem, na równoważnym i uważnym balansowaniu między teraźniejszością a przeszłością i naprzemiennym przemieszczaniu się wśród bohaterów.
Jednym słowem – karuzela!
Dokładnie taka, jaka panuje w trakcie tworzenia telewizyjnego programu publicystycznego. W studiu panowała nad tym Natalia, a w książce musiałam zapanować ja. Udawało mi się to. Ba! Ja nawet odczuwałam przyjemność tej fali szybkości i intensywności myślenia. To idealna pozycja dla tych, którzy uwielbiają kryminały, ale nie mają cierpliwości i wytrwałości w docieraniu do końca i z tego powodu najchętniej czytają opowiadania kryminalne. Nie uwierzyłabym w istnienie takiego czytelnika, gdyby nie moja koleżanka, która dokładnie taką czytelniczką jest. Będzie następną czytającą tę książkę i wiem, że bardzo jej się spodoba, bo intensywnie, szybko, ciekawie i bez "opisów przyrody”.
A na koniec, ku mojemu zaskoczeniu (to, że szybka i przyjemna, nie znaczy, że pusta), przesłanie tej historii.
W pogoni za sensacją, by zadowolić wiecznie głodnego krwawych informacji widza, nie zawsze kryje się bagno polityki, przekręty i świat szemrany. Czasami to zwykłe, szare, poplątane życie ludzkie pisze scenariusze wydarzeń, które ktoś może wykorzystać w wyścigu do bycia na topie. Miałam wrażenie, że autorka trochę zakpiła ze mnie, zapowiadając wielką sensację niczym dobrze zapowiadającą się burzę, a kończąc na deszczowym kapuśniaku.
A może to miał być kubeł zimnej wody ku oprzytomnieniu i tych tworzących w amoku świat mediów, i tych, którzy go bezkrytycznie odbierają?

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Dla wszystkich miłośników kryminalnych historii mam książkę ufundowaną przez portal Zbrodnia w Bibliotece.

O tym kryminale historycznym pisałam, gdy ukazał się po raz pierwszy. Aby go otrzymać, wystarczy wyrazić taką chęć w komentarzu do 10 sierpnia do północy.
poniedziałek, 04 sierpnia 2014
Piaskowa Góra – Joanna Bator



Piaskowa Góra – Joanna Bator
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 443 strony
Seria Archipelagi
Literatura polska


Niepospolita, wyjątkowa (i tutaj mogłabym w nieskończoność wymieniać określenia bliskoznaczne) bajarka z tej autorki!
Temat wybrała powszechny, jeśli nie banalny, bo często spotykany ostatnio w literaturze. Na fali wspomnień o socjalistycznej Polsce, który zapowiadała wyklejka w książce,

niczym nie wyróżniłaby się wśród mówiących czy piszących o tamtych czasach. Ot, kolejna ciekawa wersja historii do ponownego przeżycia czy porównania dla rówieśników (do których się zaliczam) lub poznawcza dla najmłodszych pokoleń. I chociaż autorka zastrzegła sobie, że jej historia to wyłącznie wytwór jej wyobraźni, a ewentualne podobieństwo do osób realnie żyjących jest przypadkowe, to nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.
Bo ja swoje wiedziałam!
Wprawdzie losy ludzkie wymyślone, ale na tyle prawdopodobne, że mogłam ich protoplastów znaleźć w otaczającej mnie rzeczywistości. Wśród ludzi przesiedlonych na Ziemie Odzyskane, w tym przypadku do Wałbrzycha, do bloku Babel (znamienna nazwa i adekwatnie symboliczna) wybudowanego na osiedlu Piaskowa Góra. Przekrój społeczny ludzi w nim mieszkających i w jego pobliżu był na tyle precyzyjny i dokładny, że nie pominął żadnej nacji czy grupy społecznej. Łącznie z imigrantami z Grecji, o czym niewiele osób wie lub pamięta o tym epizodzie. Powoli budowane (chociaż bardziej pasuje tu słowo plątane) powiązania międzyludzkie i rodzinne, tworzyły obraz ówczesnej mentalności społecznej kierującej się różnie pojmowaną moralnością, konwenansami oraz aktualną modą niesione na fali zawiści, zazdrości i osobistych kompleksów. Wśród tej menażerii ludzkiej najważniejsza była rodzina Chmurów i ich krewnych. Autorka, odtwarzając ich splątane gałęzie drzewa genealogicznego, zasugerowała nie tylko mit „prawdziwego”, czystego genetycznie Polaka, ale i ignorancję historyczną. A historia w tej opowieści o Polakach była równie ważna, co pojedyncze życiorysy, mimo że stanowiła dla nich tylko tło. Ale tło bardzo ważne, bo determinujące życie bohaterów, a dla mnie wyznaczające cezury czasowe i możliwość odtworzenia chronologii czasu akcji powieści. Łapałam się też na próbach przypomnienia sobie, co ja w tym czasie robiłam i gdzie byłam, gdy wybuchła elektrownia jądrowa w Czarnobylu, obradowało konklawe w 1978 roku, wprowadzono stan wojenny, a cała Polska "wymierała" na czas emisji filmu Izaura.
W tej mikrokapsułce kilku dekad od powojnia do lat 90. miałam okazję przyjrzeć się swojemu życiu, mogłam w jakiejś części utożsamić się z Dominiką Chmurą, przypomnieć sobie rzeczywistość, której już nie ma, a która wywołana z pamięci dostarczała mi mnóstwo skojarzeń, nawiązań, rozwinięć i kontekstów osobistych. Niektóre z nich dostępne tylko pokoleniom wychowanym, dorastającym lub żyjącym w czasach komuny. I w tym sensie jest to powieść hermetyczna. Obawiam się, że niektóre słowa-klucze mogą nie otwierać kolejnych drzwi do pełnego poznania lub zrozumienia tamtych czasów przez najmłodszych. Ale jest coś, co czyni tę opowieść uniwersalną.
To forma powieści, a w szczególności styl narracji.
I chociażby dla tego ostatniego warto sięgnąć po ten banalny temat opowiedziany w sposób niebanalny. Zatopić się w pięknie języka. Z taką zdolnością operowania słowem trzeba się urodzić, ale rąbek tajemnic swojego warsztatu pisarskiego autorka uchyliła w opisie umieszczonym na okładce książki – Wymyślam je, wpuszczam w język i czuwam nad tym, jak rosną. Pozornie prosty przepis, ale tajemnica nadal ukrywa się w tym czuwaniu, w tej sile przekazu, w tym sposobie sugestywnej zarówno ekspresji, jak i impresji. Musiałam rozgryźć do końca to mistrzostwo świata! Rozbierałam zdania na czynniki pierwsze, analizowałam od strony stylu i gramatyki. Musiałam się dowiedzieć, dlaczego ten szary świat socjalizmu i blokowiska urósł do barwnej i (o, zgrozo!) atrakcyjnej, a przez to alternatywnej rzeczywistości pulsującej pod powierzchnią powszedniości? Jak udało się autorce zedrzeć warstwę przeciętności, przebić się przez skorupę nieatrakcyjności, by pokazać zupełnie inne realia? I w tym momencie przypomniałam sobie moją pierwszą reakcję (zawsze niezawodną!) po przeczytaniu początku, który przymknął mi oczy z czytelniczej rozkoszy. Już wtedy wiedziałam, że będę czytała powoli, bo zdania tworzyły obrazy, przy których musiałam się dłużej zatrzymać. Przyjrzeć i banalną rzecz lub czynność, ujrzeć na nowo albo spojrzeć na nią z innej perspektywy. Ten realizm magiczny wykluczał pośpiech, bo nie tylko wyolbrzymiał czy nadinterpretował, ale i ożywiał rzeczy martwe. Tutaj nie było spowiedzi tylko kałuża pełna brudów i strzępów mięsa powoli wylewająca się spod konfesjonału, a zwykłe żabki przytrzymujące pończochy otwierały pyski ze zdumienia. I tak było , ku mojej radości, przez większą część opowieść. Ale ten ożywiony świat ratowały przed nadmierną wybujałością wyobraźni, sprowadzając go do twardych realiów, zdania proste, nadziewane kolokwializmami, gwarą, a jak trzeba było, to i wulgaryzmem. Była ekspresja i był rytm odmierzany emocjami! Ten lustrzany świat, niby ten sam, a jakże inny, tworzyły również częste i gęsto wplatane metafory. Miałam wrażenie, że wyraz „jak” zaczynający porównanie, był najczęściej używanym. To one wraz z odrobiną ironii, humoru i cynizmu, czyniły rzeczywistość Chmurów atrakcyjniejszą niż mogłoby się wydawać, a już na pewno znośniejszą, w tym morzu smutków, tajemnic, samobójstw, alkoholu, depresji, wrażenia przegranego życia i pretensji o to do wszystkich i wszystkiego. Tylko nie do siebie.
I tutaj mogłoby mi się wydawać, że wszystko jasne, że tajemnica warsztatu pisarki została odkryta. Nic z tego. Pozostaje jeszcze czynnik X, który sprawiał, że powieść chłonęłam, mimo że spragnioną czytelniczką nie byłam. Podejrzewam nawet siebie o to, że z każdą książką staję się coraz bardziej wymagająca i wybredna. Coraz trudniej mnie zadowolić, zaspokoić pragnienie.
A tu proszę!
Piękna perła, powstała z prozaicznego ziarenka piasku, nad której wzrostem autorka TYLKO czuwała.

Książkę wpisuję na top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A przede mną kontynuacja powieści, na którą już się bardzo, bardzo cieszę!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A we wrześniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (625)
Mój top czytanych w 2013
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi