Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Ochotnik – Marco Patricelli



Ochotnik: o rotmistrzu Witoldzie Pileckim – Marco Patricelli
Przełożył Krzysztof Żaboklicki
Wydawnictwo Literackie , 2013 , 396 strony
Literatura włoska


Ale czy można, kiedy się chce, przyjeżdżać i wyjeżdżać z Oświęcimia? – Można. – odpowiedział Witold Pilecki współwięźniowi w obozie koncentracyjnym.
I udowodnił to.
Dobrowolnie dał się złapać w ulicznej łapance przeprowadzonej przez Wermacht i SS 19 września 1940 roku po to, by trafić do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu na dwa lata i siedem miesięcy. Kiedy się o tym pierwszy raz dowiedziałam, pomyślałam – szalony! A dopiero potem przyszła refleksja i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie – dlaczego i po co? Dzisiaj można jego raporty czytać on-line.

Opracował bardzo ryzykowny plan, na który początkowo nie chciało się zgodzić kierownictwo polskiego podziemia. Chciał potwierdzić niepokojące i przerażające informacje o obozie, wysyłać stamtąd raporty dla aliantów o zbiorowych egzekucjach jeńców wojennych i Żydów oraz o metodach masowej zagłady, zorganizować wewnętrzny ruch oporu, a w przyszłości bunt więźniów oraz udzielać doraźną pomoc więźniom najsłabszym. Po zrealizowaniu prawie wszystkich podjętych zadań (oprócz buntu, na który nie zgodzili się zwierzchnicy) – uciekł z lagru.
O tym aspekcie życiorysu, skutecznie wymazywanym przez władze komunistyczne, dowiedziałam się dużo później, bodajże w programie publicystycznym podczas omawiania spektakularnych ucieczek z obozów koncentracyjnych. Wiedziałam natomiast o jego niezłomnej walce z okupantem niemieckim i rosyjskim dzięki telewizyjnemu spektaklowi teatralnemu Śmierć rotmistrza Pileckiego w reżyserii Ryszarda Bugajskiego. O jego wierności ideałom wolnej i niepodległej Polski, żołnierzu AK, któremu SB w PRL-u zgotowało piekło i o którym osobiście powiedział żonie – Oświęcim to była igraszka.

I o tym trudnym życiu pod prąd, ale zgodnym z kierunkiem obranych wartości wcielanych bezkompromisowo, powiedział – Bo choćby mi przyszło postradać me życie – tak wolę – niż żyć, a mieć w sercu ranę. – była ta opowieść. Nie opracowanie popularnonaukowe, nie sucha biografia czy czytana przeze mnie encyklopedyczna informacja w zbiorowym wydaniu o żołnierzach AK Żołnierze Wyklęci, ale właśnie opowieść o człowieku, który nie tylko był, ale i jest bohaterem naszych czasów, jak określił go autor tej publikacji, ale również wrażliwym człowiekiem z krwi, kości, emocji, pragnień i marzeń. Ten efekt realistycznego i całościowego podejścia do bohatera opowieści, dającego w efekcie ciekawą i dynamiczną historię niezwykłego i tragicznego losu, autor uzyskał dzięki swoim dwóm profesjom. Będąc akademickim profesorem historii i jednocześnie dziennikarzem, potrafił zagwarantować mi to, czego próżno szukać w polskich opracowaniach tego typu, których autorzy pod presją powagi tematu i obawy przed krytyką zbyt lekkiego traktowania tematów „śmiertelnie” poważnych, jeszcze nie do końca pozbawionych emocji, przedstawiają bardzo faktograficznie. Autorzy zagraniczni, nieobciążeni tymi naciskami, potrafią nadać opracowaniu cechy historycznej opowieści, którą czyta się jak dobrą sensację. Przeżywa wydarzenia razem z bohaterem, w napięciu czekając na rozwój sytuacji i jej finał. A to wszystko mimo znajomości życiorysu i z góry znanych historycznych faktów.
I dokładnie tak było w przypadku tej publikacji!
Autor odtworzył z badawczą pasją historyka los wyjątkowego Polaka na tle ówczesnej sytuacji politycznej Polski i Europy. Pokazał najpierw jego rodzinną przeszłość i pielęgnowane tradycje niepodległościowe mające wpływ na kształtowanie się osobowości, światopoglądu i postaw młodziutkiego Witolda.

Bym mogła zrozumieć, dlaczego walka o wolną ojczyznę była dla niego najwyższym dobrem, dla którego poświecił nie tylko ukochaną rodzinę, ale i życie. Bym mogła sobie odpowiedzieć na dylemat jednego ze współwięźniów Witolda Pileckiego, który na wieść z kim ma do czynienia powiedział – Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, to ty jesteś albo niezwykłym bohaterem, albo wielkim głupcem.
Ta trzymająca w napięciu treść została wyposażona w obszerny aparat informacyjny – przypisy, bibliografię, indeks, terminy obozowe i wyjaśnienia używanych skrótów oraz bogatą ikonografię. Mnóstwo w niej zdjęć rodzinnych, obozowych czy dokumentów.

Polecam tę opowieść wszystkim, którzy chcą wiedzieć więcej, nie nudząc się przy tym. Ale przede wszystkim młodzieży, która ma uczulenie na przekazy podręcznikowe. Z trzech powodów. Po pierwsze losy rotmistrza opowiedziane są sensacyjnie, ale jednocześnie z dbałością o fakty i poprawność historyczną. Po drugie przemyca odkłamaną historię Polski z bezpardonową krytyką ówczesnej polityki nie tylko Niemców i Rosjan, ale i aliantów na tle skłóconych politycznie środowisk polskich i indywidualnie Polaków walczących o wpływy, stanowiska, pozycję, władzę i osobiste interesy. Po trzecie, i chyba najważniejsze, zdecydowaną część książki to opis pobytu rotmistrza w lagrze, a to tematyka, która wzbudza wśród młodzieży duże zainteresowanie. Po obowiązkowym czytaniu Medalionów Zofii Nałkowskiej i opowiadań Tadeusza Borowskiego, zawsze otrzymuję prośby o polecenie jej pozycji podobnych. Mam ich pod ręką mnóstwo, ale wszystkie z pozycji ofiary. Publikacja włoskiego historyka to wyjątkowa okazja do pokazania postawy aktywnie walczącej, możliwej do zaistnienia w obozie (bo przecież odwagi w walce ze złem chcemy uczuć młodych), który jak się potem okazało dla Witolda Pileckiego, był dopiero przedsionkiem piekła zakończonym strzałem w tył głowy, zgotowanym mu przez rodaków. Warto o takich ludziach czytać, pisać i mówić, bo to jedyny sposób, by zapalić symboliczną świeczkę pamięci na symbolicznym grobie w przestrzeni wirtualnej Żołnierzy Wyklętych.
Miejsca pochówku i szczątków Witolda Pileckiego, pomimo usilnych poszukiwań, nie odnaleziono do dzisiaj, ale jak powiedziała jego córka Zofia – Ojciec był tak wielkim patriotą, tak Polskę ukochał i poniósł dla niej najwyższą ofiarę, że grobem jego stała się cała Polska.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


O tym, że pamiętamy o naszych bohaterach, świadczą nie tylko książki, ale i ballady.
sobota, 16 sierpnia 2014
Donikąd – Konrad Czerski



Donikąd – Konrad Czerski
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 239 strony
Literatura polska


...szkatułkowa powieść egzystencjalna. – przeczytałam na okładce książki.
I wszystko jasne. Miałam dwie drogi podejścia. Mogłam się przestraszyć, bo to określenie kojarzy mi się z dużą dawką filozofii, na którą trzeba mieć ochotę, czas i moment w życiu. Mogłam też sięgnąć po nią chętnie (i tak zrobiłam), ciekawa pióra i głosu młodego pokolenia, będąc gotową na roztrząsanie, analizowanie, zastanawianie się, a może nawet na polemizowanie z bohaterami. A było ich tutaj dużo, wśród których troje najważniejszych. W trzech osobno snutych historiach.
Pierwszy Bruno, przyznający się do przypadłości mającej wiele wspólnego ze schizofrenią oraz rozdwojeniem jaźni i z tego powodu walczący ze swoim drugim ja, Kadukiem. Młody mężczyzna mieszkający we Wrocławiu, zapatrzony w siebie, walczący z niemocą weny twórczej debiutującego pisarza, próbujący odnaleźć autora książki nabytej na targu staroci.
Drugi Utaguri, główna postać kupionej powieści. Człowiek znikąd, który zmierza donikąd, niestrudzenie wędrujący w retroświecie przyszłości krainy Gen’ei.
Trzeci bohater to kobieta, Sophie, żyjąca jak współczesna eremitka w sercu nowojorskiego Manhattanu, próbująca przepaść w Bogu, by w intymnej relacji z nim nosić na sobie grzechy innych. Być nikim, a jednak obecną w świecie bardziej niż inni.
Wszyscy troje tworzyli osobne (na pozór!), osobiste, indywidualne historie o poszukiwaniu sensu życia odpowiednio na płaszczyźnie psychicznej, filozoficznej i religijnej, które wraz z rozwojem fabuły zaczynały się łączyć w niespodziewanie kojarzonych punktach stycznych. Poszukiwania przez Brunona autora-widma kupionej książki prowadziły go donikąd, a jednocześnie do początku historii Sophie.
Fikcja mieszała się z rzeczywistością, świadomość z podświadomością, bohaterowie wymyśleni, z postaciami urojonymi i osobą rzeczywistą (autor wprowadził siebie do powieści), a tytuł książki czytanej przeze mnie był zarazem tytułem powieści czytanej przez Brunona. Ale nie ustalenie prawdy stanowiło istotę tej powieści, tylko ukazanie stwierdzenia, że idziemy znikąd i zmierzamy donikąd, próbując w tej wędrówce znaleźć cel, sens albo przynajmniej algorytm przypadkowości. Temat banalny i, co ciekawe, ale i niebezpieczne, bez podanych i narzuconych treści filozoficznych, rozważań, analiz i tekstów do roztrząsania, za to ukazanych odmienną, kontrastową, zróżnicowaną treścią życia bohaterów. Tak odtwórczo poprowadzony temat stwarzał ryzyko pojawienia się nudy. Autor uchronił przed nią opowieść po pierwsze szkatułkową formą powieści z elementami detektywistycznymi, sekretami, tajemnicami i nieprzewidywalnością rozwoju wątków, które ostatecznie umiejętnie ze sobą połączył. Po drugie językiem narracji przekazu bogatym w skojarzenia, innością spojrzenia na te same obrazy, alternatywnością doboru słów i odwagą w łamaniu schematów znaczeniowych pojęć. Autor nie widział zniszczonej okładki, ale książkę ogołoconą z okładki przez lubieżny czas, a banknot o wysokim nominale był... soczysty. To dla tego pryzmatu patrzenia, płynnego przechodzenia od stylu wypowiedzi w liście poprzez opis do monologu, dobierania określeń do rzeczowników, do których ja nigdy bym ich nie przypisała, dla tego bawienia się słowami budującymi nowe jakości dla powszechnych rzeczy, idei, zjawisk, a jednocześnie z zachowaniem umiaru w prostych, często krótkich, nierozbudowanych zdaniach, czytałam tę opowieść urzeczona.
Pisać odtwórczo na temat mocno wyeksploatowany, będąc kreatywnym w formie powieści i języku przekazu – oto przepis na ciekawy debiut.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

czwartek, 14 sierpnia 2014
Geneza – Jessica Khoury



Geneza – Jessica Khoury
Przełożyła Małgorzata Kafel
Wydawnictwo Wilga , 2012 , 509 stron
Literatura amerykańska


W tajnym laboratorium, ukrytym w amazońskiej dżungli... – to te słowa umieszczone z tyłu książki i zapowiadające tajemnicę, skłoniły mnie do wyboru tej powieści spośród kilku innych polecanych mi przez moją zaprzyjaźnioną młodzież. Obiecałam jej, że w czas letni, sięgnę po nie.
I od razu strzał w dziesiątkę!
Pochłonęła mnie dżungla tak sugestywnie, zjawiskowo, ciekawie i tajemniczo opisana (a mówią, że młodzież nie lubi opisów przyrody!), że w trwających upałach miałam wrażenie przebywania w niej wraz z główną bohaterką – siedemnastoletnią Pią. Zanim jednak dziewczyna trafiła do tej dżungli, jej świat ograniczał się do drutów pod napięciem elektrycznym okalających tajne laboratorium Little Cam. Była jego najważniejszym i największym osiągnięciem naukowym, ale i najcenniejszym obiektem badawczym – człowiekiem nieśmiertelnym. Miała świadomość swojej doskonałości mówiąc – Potrafię przebiec pięćdziesiąt kilometrów bez odpoczynku. Potrafię podskoczyć na wysokość dwóch metrów. Żaden przedmiot na świecie nie jest wystarczająco ostry, żeby przebić moją skórę. Nie mogę utonąć ani się udusić. Jestem odporna na wszystkie znane człowiekowi choroby. Mam fotograficzną pamięć. Żaden człowiek nie ma tak wrażliwych zmysłów jak ja. Moje reakcje są szybkie jak u kota. Nigdy się nie zestarzeję (...) i nigdy nie umrę.
Czekała na nią wieczność.
I przyszłość tworzona dla niej przez jej opiekunów – biologicznych rodziców i zespół naukowców. Razem tworzyli rodzinę, a laboratorium dom. Mimo że posiadała ponadprzeciętną wiedzę naukową, jej mikroświat ograniczał się do szklanych ścian jej pokoju, z którego mogła codziennie patrzeć na dżunglę, ale tak naprawdę nie widziała jej, nie znała i nie rozumiała. Nie miała pojęcia, jak się nazywa i w jakim miejscu Ziemi się znajduje. Globusy i mapy świata (jedne z wielu innych) były dla niej przedmiotami zakazanymi, a wszystkie dostarczane publikacje cenzurowane. Przekazywana jej wiedza ograniczała się do umożliwienia osiągnięcia jednego celu a zarazem jej marzenia – stworzenie ludzi jej podobnych. Nowej rasy nieśmiertelnych. Musiała więc nie tylko zdobywać wiedzę, ale również zdawać okresowe egzaminy na przyszłego naukowca. Nie wiedziała, że za testami zadającymi ból i cierpienie zwierzętom doświadczalnym kryła się straszna tajemnica. Groza projektu Immortis, w wyniku którego przyszła na świat.
Do czasu!
W książkach kierowanych do młodzieży wskazanym jest pojawienie się wątku miłosnego. To haczyk, by przyciągnąć czytelników, a przy okazji przemycić trochę mądrych prawd o świecie i człowieku próbującym się w nim odnaleźć. I one tutaj są. Całe mnóstwo. Dylematy wyborów moralnych, poszukiwanie własnej tożsamości, burzenie starego światopoglądu i budowanie nowego na bazie zupełnie nowych wartości, poznawanie nieznanych emocji – wszystko to Pia zawdzięcza chłopcu z dżungli, który wywołał burzę w jej umyśle i sercu. Miłość zakazana ze śmiertelnym, osłabiająca widzenie wytyczonego celu naukowego, wywołująca utratę kontroli nad emocjami, poczucie niekontrolowanej i nieograniczonej wolności doznawanej w dżungli, poznawanie alternatywnych kontaktów międzyludzkich opartych na uczuciach sprawiły, że dotychczasowe zadanie, które stawiało ją w centrum uwagi i przekonanie o doskonałości, zaczęło nabierać innego wymiaru i znaczenia. Zaczęło do niej docierać pojęcie słów ostrożnie powtarzanych jej przez jednego z naukowców, które słyszała, ale do tej chwili nie rozumiała – O doskonałości świadczą czyny.
Śledziłam urzeczona drogą metamorfozy psychicznej Pii od dziewczyny-naukowca o chłodnym umyśle do nastolatki potrafiącej kochać i oddać życie za drugiego człowieka. Kibicowałam zaciętej walce o prawo do uczucia i do samostanowienia za prętami klatek laboratoryjnych, w gąszczu dżungli, wśród jej mieszkańców i mitów z ziarenkiem prawdy o nas samych. Trzymałam kciuki za udane połączenie Potulnej Pii i Dzikiej Pii w jedną osobowość zdolną przezwyciężyć lęk przed nieznanym, ale słusznym. Z tej opowieści, którą pochłonęłam w jeden dzień wyniosłam jedną zazdrosną myśl Pii skierowaną do dziewczynki z plemienia, ale pośrednio również do mnie, człowieka współczesnego ogarniętego kultem młodości i marzeniami o nieśmiertelności – Jesteście śmiertelni, ale zamiast trzymać się kurczowo nadziei na nieśmiertelność, cieszycie się każdym dniem.
Jest nam czego zazdrościć, ale ilu z nas, patrząc na tę codzienność, widzi i rozumie to?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Patrząc na ten trailer, można dać się zwieść zapowiedzi prostej fabuły, pod którą jednak kryje się mądre, bardzo przemyślanie podane przesłanie.
niedziela, 10 sierpnia 2014
Górka wolności – opr. red. Sławomir Rusin



Górka wolności: zaślubować od alkoholu – opracowanie redaktorskie Sławomir Rusin
Wydawnictwo M , 2014 , 80 stron
Literatura polska


Spośród wielu dróg prowadzących do trzeźwości, ta jest wyjątkowa!
Górale nazywają ją – zaślubować od alkoholu. To uroczyste przyrzeczenie wstrzemięźliwości od alkoholu złożone Bogu, zapoczątkował młody góral w 1971 roku. Spontaniczne, desperackie wydarzenie dało początek niezwykłemu, bo oddolnemu ruchowi trzeźwościowemu opartemu na motywacji religijnej i niemającemu obecnie sobie równego w Polsce, a nad którym opiekę duszpasterską (ćwiczenia w duchowości ignacjńskiej) objęli jezuici z Domu Rekolekcyjnego Górka w Zakopanem. Obecnie do wstrzemięźliwości zobowiązuje się ok. 5000 osób rocznie! Z czego około 90% dotrzymuje danego słowa.
O tej niezwykłej formie walki z uzależnieniami, bo ślubować można również od hazardu, nikotynizmu czy narkotyków, usłyszałam dawno temu w programie telewizyjnym. Zaciekawiła mnie, wywołując mnóstwo pytań. Dokładnie takich, jakie przeczytałam na odwrocie tej niewielkiej książeczki – Dlaczego Górka cieszy się wśród górali taką popularnością? Czy złożone na niej śluby są naprawdę skuteczne? Czy są dobrym sposobem na walkę z nałogiem? i najważniejsze – Czy bardziej skuteczne niż kluby AA i program 12 kroków? Na te pytania i wiele innych odpowiedział mi wyczerpująco w bardzo ciekawym wywiadzie przełożony domu rekolekcyjnego o. Andrzej Gągotek. Niektóre historie drogi do trzeźwości wzruszyły mnie. Inne przeraziły zmieniającym się przekrojem społecznym uzależnionych (coraz więcej kobiet i narkotyzującej się młodzieży) oraz skalą narastającego zjawiska depresji i samobójstw na Podhalu, „leczonych” alkoholem. To temu ostatniemu problemowi poświecono kilka rozdziałów mówiących o przyczynach, o specyficznym środowisku i kulturze górali z jego poczuciem honoru i pojmowaniem męskości (bez których nie byłoby sukcesu Górki według o. Andrzeja Gągotka), o nieradzeniu sobie lub sposobach rozwiązywania problemów, wpływie na rodzinę, wsparciu społecznym ślubujących, a także o samej procedurze i przebiegu uroczystego ślubowania wstrzemięźliwości od alkoholu lub innego nałogu. W takiej publikacji nie mogło więc zabraknąć również krótkiej historii kościoła pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w którym odbywają się ślubowania oraz słów w postaci homilii najważniejszego przewodnika duchowego dla każdego wierzącego górala – Jana Pawła II. Nie zapomniano również o modlitwach oraz podstawowych informacjach kontaktowych.
Całość czyni z tej książeczki koło ratunkowe dla tych, którzy tak, jak górale, potrafią Boga kochać bardziej niż alkohol i trzeźwieć dla niego, w nim i poprzez niego. Jak napisał autor opracowania – Dróg do zerwania z alkoholizmem jest wiele. Warto z którejś skorzystać.
Dlaczego więc nie wybrać się po wolność od nałogu na Górkę?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 08 sierpnia 2014
Spotkać Iwaszkiewicza: nie-biografia – Anna Król



Spotkać Iwaszkiewicza: nie-biografia – pod redakcją Anny Król
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza , 2014 , 184 strony
Literatura polska


Nie-biografia to słowo-klucz do tej pozycji.
Nie zwiodła mnie jego forma podtytułu, pomniejszona i jakby doczepiona do wielkiego nazwiska w tytule głównym. Wręcz przeciwnie. Zachęciła. Bo jeśli nie biografia, to co? I czy na biografię nie składają się również konteksty społeczne, kulturowe i „wariacje na temat” bohatera biografii?
Wszystko zależy od punktu patrzenia.
Sam pisarz, poeta (i nie tylko!) napisał – Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii, ponieważ w moim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom. Bardzo demotywujący pogląd dla biografów i jednocześnie wskazówka, gdzie szukać Jarosława Iwaszkiewicza. Stąd wnioskuję, że w jego pojęciu biografia to twórczość, w której utrwalił i zamknął swój wewnętrzny i intensywnie przeżywany świat. Chcąc ją poznać (a i tak pośrednio), trzeba sięgnąć po jego powieści, opowiadania i wiersze. Ostatecznie po ich literackie i krytyczne opracowania i interpretacje.
I tego tutaj nie było.
I nie mogło być, skoro to nie-biografia. Nie jego jej pojmowanie. Było za to wszystko to, co współistniało, tworzyło, powstawało lub działało na pisarza i miało wpływ na biografię w jego pojęciu – emocje w twórczości zaklęte, uwięzione, zatrzymane. Wszystko to, co umożliwiało mu wyrażenie siebie. Baza dająca poczucie stabilności i warunki do pisania. Składali się na nią przede wszystkim ludzie, których lubił i którymi otaczał się – rodzina, przyjaciele, znajomi, osoby ze środowiska literackiego. Ich wspomnienia w postaci wywiadów z córką Marią, przysposobionym synem oraz gosposią Zofią, umieszczone w części pierwszej, tworzyły obraz ojca, przewodnika życia, męża i pracodawcy, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Korespondencja ze znajomymi i bliskimi, umieszczona w części trzeciej, ukazywała pisarza jako człowieka, przyjaciela i kochanka. Chociaż to ostatnie ledwo zarysowane, zasugerowane. Część druga zawierała eseje młodego pokolenia, w których echa fascynacji i inspiracji osobą i twórczością psiarza były dowodem na ich ponadczasowość.
Poznawałam tę nie-bografię z rosnącym zainteresowaniem, zaliczając się do drugiej grupy wymienionej w zdaniu umieszczonym na okładce książki – Gratka dla znawców biografii pisarza i szansa na rozpoczęcie „znajomości z Iwaszkiewiczem” dla wszystkich amatorów.
Jestem amatorką.
Na Jarosława Iwaszkiewicza natykałam się przy okazji opracowań epok literackich, ekranizacji jego powieści (obejrzałam Brzezinę i Panny z Wilka) czy współczesnych publikacji wspomnieniowych „odbrązawiających” postacie historyczne, w których wątek homoseksualizmu nawiązywał często do nazwiska pisarza. Ostatnio wspominała o tym Różą Thun w swojej autobiografii Róża. Nigdy te przelotne, przypadkowe spotkania nie skłoniły mnie do sięgnięcia po jakikolwiek jego tekst. Zadanie, jakie postawiła sobie redaktorką tej publikacji, było trudne – namówić, zainspirować lub zachęcić do spotkania z Jarosławem Iwaszkiewiczem, takie osoby, jak ja. Na tyle zaintrygować, bym zechciała nie tylko zgłębić temat, ale może odwiedzić Stawisko, w którym żył, pracował, gościł przez ponad pół wieku znanych artystów (i nie tylko!) swojej epoki. Obecnie prężnie działające Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów jako centrum kultury wysokiej.
W pełni jej się to udało!
Na początek odwiedziłam i zwiedziłam dom dzięki specjalnemu programowi Wirtualne Stawisko, o którym wspomniano w krótkim rysie historycznym. Zadbała również o to, bym nic nie wiedząc o pisarzu, poznała przynajmniej w minimalnym stopniu jego życiorys. Ale w jakiej ciekawej formie!

To oś czasu z najważniejszymi datami, informacjami z życia pisarza i cytatami jego myśli, na tle najważniejszych wydarzeń historycznych Polski i świata. Tak wprowadzona w epokę, odnajdywałam jej atmosferę w wywiadach, korespondencji, a nawet w esejach. Ich autorzy zadbali o liczne przypisy wyjaśniające nieznane mi wydarzenia, przedstawiające mi osoby z otoczenia pisarza lub opisujące konteksty zdarzeń. Całości dopełniała graficzna strona książki, pełna zdjęć pisarza i rodziny,

przyjaciół , reprodukcji listów czy jego rękopisów umieszczonych nawet na wewnętrznej stronie okładek.

Autorom tej pozycji udało się to zaaranżowane, dobrze przemyślane spotkanie moje z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Przede wszystkim z wrażliwym człowiekiem, kochającym ludzi, przyjaznemu światu i estetę o bogatym świecie wewnętrznym potrafiącym ubrać go w słowa.
Chciałabym go poznać bliżej, dlatego pytam – od jakiego tytułu zacząć?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 06 sierpnia 2014
Z ostatniej chwili – Małgorzata Sobieszczańska



Z ostatniej chwili – Małgorzata Sobieszczańska
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 248 stron
Seria ABC
Literatura polska


Książka jak struś Pędziwiatr!
Myk-myk i po czytaniu! Zanim zaczęłam, już skończyłam! Takiego ekspresu z turbodoładowaniem dawno nie doświadczyłam. To wręcz idealny przykład literackiego wytworu naszych czasów – szybkich, skondensowanych informacyjnie, minimalistycznych w słowach. Podejrzewam, że na ten efekt w dużej mierze złożyła się profesja autorki. Będąc dziennikarką, musiała wypracować umiejętności operowania informacją, przyswajając sobie zasady nią rządzące – szybko, syntetycznie i na wczoraj.
I wykorzystała je w pełni, pisząc kryminał.
Akcję powieści umieściła w środowisku dziennikarzy i redaktorów telewizyjnych, wśród których wyścig po „gorącego njusa” to codzienność i norma. Spośród nich wybrała Natalię, czyniąc ją główną bohaterką. Dziennikarkę, która w trakcie trwania programu telewizyjnego dowiedziała się z emitowanych z ostatniej chwili (stąd tytuł powieści) materiałów o śmierci męża. Jego zwłoki leżały obok zabitego w tym samym czasie posła. Na mnożące się pytania: kto zabił, dlaczego i najważniejsze – co wiązało ze sobą dwóch mężczyzn? – zaczęli szukać odpowiedzi wszyscy. Prokurator, rodzina, znajomi, środowisko zawodowe Natalii i przede wszystkim ona sama. Ich dociekania, analizy, wnioski tworzyły całość historii, przypominając procedurę tworzenia programu informacyjnego – emocje Natalii, cięcie, myśli prokuratora, cięcie, dociekania koleżanki z pracy, cięcie, migawka z przeszłości, cięcie i tak do końca. Przy czym klapsem ucinającym i rozpoczynającym kolejne sekwencje były daty rozgrywających się scen. Każda z nich wnosząca istotny szczegół do całości, chociaż z osobna pozornie nie mówiły nic. Zwłaszcza gdy były ukazywane z punktu widzenia osoby postronnej, przypadkowej, której nie nazwałabym nawet bohaterem powieści. Przypominało to rozproszony witraż (tego porównania użyła Natalia do aktualnego stanu jej życia), którego temat i jego sens odkryłam po złożeniu w całość, analizując po drodze dokładnie i po kolei każdy z jego elementów.
To ostatnie nie było proste.
Ze względu na styl narracji. Wprawdzie narrator był zewnętrzny, ale relacjonujący wewnętrzny, subiektywny, ograniczony emocjonalnie i rozumowo świat bohaterów przy jednoczesnej redukcji do minimum opisów wyjaśniających. Wszystko musiałam budować i tworzyć na bazie często chaotycznych myśli dyktowanych emocjami, sprzecznie wewnętrznych monologów lub tylko prostych dialogów. Nie zawsze obiektywnych. Takie minimalistyczne, poszatkowane przekazywanie informacji narzucało szybkie tempo czytania, przy jednoczesnym wymuszaniu skupienia uwagi i intensywnego rozumowania, by zorientować się, kto mówi lub myśli, na szczegółach budujących obraz związku Natalii z mężem, na równoważnym i uważnym balansowaniu między teraźniejszością a przeszłością i naprzemiennym przemieszczaniu się wśród bohaterów.
Jednym słowem – karuzela!
Dokładnie taka, jaka panuje w trakcie tworzenia telewizyjnego programu publicystycznego. W studiu panowała nad tym Natalia, a w książce musiałam zapanować ja. Udawało mi się to. Ba! Ja nawet odczuwałam przyjemność tej fali szybkości i intensywności myślenia. To idealna pozycja dla tych, którzy uwielbiają kryminały, ale nie mają cierpliwości i wytrwałości w docieraniu do końca i z tego powodu najchętniej czytają opowiadania kryminalne. Nie uwierzyłabym w istnienie takiego czytelnika, gdyby nie moja koleżanka, która dokładnie taką czytelniczką jest. Będzie następną czytającą tę książkę i wiem, że bardzo jej się spodoba, bo intensywnie, szybko, ciekawie i bez "opisów przyrody”.
A na koniec, ku mojemu zaskoczeniu (to, że szybka i przyjemna, nie znaczy, że pusta), przesłanie tej historii.
W pogoni za sensacją, by zadowolić wiecznie głodnego krwawych informacji widza, nie zawsze kryje się bagno polityki, przekręty i świat szemrany. Czasami to zwykłe, szare, poplątane życie ludzkie pisze scenariusze wydarzeń, które ktoś może wykorzystać w wyścigu do bycia na topie. Miałam wrażenie, że autorka trochę zakpiła ze mnie, zapowiadając wielką sensację niczym dobrze zapowiadającą się burzę, a kończąc na deszczowym kapuśniaku.
A może to miał być kubeł zimnej wody ku oprzytomnieniu i tych tworzących w amoku świat mediów, i tych, którzy go bezkrytycznie odbierają?

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Dla wszystkich miłośników kryminalnych historii mam książkę ufundowaną przez portal Zbrodnia w Bibliotece.

O tym kryminale historycznym pisałam, gdy ukazał się po raz pierwszy. Aby go otrzymać, wystarczy wyrazić taką chęć w komentarzu do 10 sierpnia do północy.
poniedziałek, 04 sierpnia 2014
Piaskowa Góra – Joanna Bator



Piaskowa Góra – Joanna Bator
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 443 strony
Seria Archipelagi
Literatura polska


Niepospolita, wyjątkowa (i tutaj mogłabym w nieskończoność wymieniać określenia bliskoznaczne) bajarka z tej autorki!
Temat wybrała powszechny, jeśli nie banalny, bo często spotykany ostatnio w literaturze. Na fali wspomnień o socjalistycznej Polsce, który zapowiadała wyklejka w książce,

niczym nie wyróżniłaby się wśród mówiących czy piszących o tamtych czasach. Ot, kolejna ciekawa wersja historii do ponownego przeżycia czy porównania dla rówieśników (do których się zaliczam) lub poznawcza dla najmłodszych pokoleń. I chociaż autorka zastrzegła sobie, że jej historia to wyłącznie wytwór jej wyobraźni, a ewentualne podobieństwo do osób realnie żyjących jest przypadkowe, to nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.
Bo ja swoje wiedziałam!
Wprawdzie losy ludzkie wymyślone, ale na tyle prawdopodobne, że mogłam ich protoplastów znaleźć w otaczającej mnie rzeczywistości. Wśród ludzi przesiedlonych na Ziemie Odzyskane, w tym przypadku do Wałbrzycha, do bloku Babel (znamienna nazwa i adekwatnie symboliczna) wybudowanego na osiedlu Piaskowa Góra. Przekrój społeczny ludzi w nim mieszkających i w jego pobliżu był na tyle precyzyjny i dokładny, że nie pominął żadnej nacji czy grupy społecznej. Łącznie z imigrantami z Grecji, o czym niewiele osób wie lub pamięta o tym epizodzie. Powoli budowane (chociaż bardziej pasuje tu słowo plątane) powiązania międzyludzkie i rodzinne, tworzyły obraz ówczesnej mentalności społecznej kierującej się różnie pojmowaną moralnością, konwenansami oraz aktualną modą niesione na fali zawiści, zazdrości i osobistych kompleksów. Wśród tej menażerii ludzkiej najważniejsza była rodzina Chmurów i ich krewnych. Autorka, odtwarzając ich splątane gałęzie drzewa genealogicznego, zasugerowała nie tylko mit „prawdziwego”, czystego genetycznie Polaka, ale i ignorancję historyczną. A historia w tej opowieści o Polakach była równie ważna, co pojedyncze życiorysy, mimo że stanowiła dla nich tylko tło. Ale tło bardzo ważne, bo determinujące życie bohaterów, a dla mnie wyznaczające cezury czasowe i możliwość odtworzenia chronologii czasu akcji powieści. Łapałam się też na próbach przypomnienia sobie, co ja w tym czasie robiłam i gdzie byłam, gdy wybuchła elektrownia jądrowa w Czarnobylu, obradowało konklawe w 1978 roku, wprowadzono stan wojenny, a cała Polska "wymierała" na czas emisji filmu Izaura.
W tej mikrokapsułce kilku dekad od powojnia do lat 90. miałam okazję przyjrzeć się swojemu życiu, mogłam w jakiejś części utożsamić się z Dominiką Chmurą, przypomnieć sobie rzeczywistość, której już nie ma, a która wywołana z pamięci dostarczała mi mnóstwo skojarzeń, nawiązań, rozwinięć i kontekstów osobistych. Niektóre z nich dostępne tylko pokoleniom wychowanym, dorastającym lub żyjącym w czasach komuny. I w tym sensie jest to powieść hermetyczna. Obawiam się, że niektóre słowa-klucze mogą nie otwierać kolejnych drzwi do pełnego poznania lub zrozumienia tamtych czasów przez najmłodszych. Ale jest coś, co czyni tę opowieść uniwersalną.
To forma powieści, a w szczególności styl narracji.
I chociażby dla tego ostatniego warto sięgnąć po ten banalny temat opowiedziany w sposób niebanalny. Zatopić się w pięknie języka. Z taką zdolnością operowania słowem trzeba się urodzić, ale rąbek tajemnic swojego warsztatu pisarskiego autorka uchyliła w opisie umieszczonym na okładce książki – Wymyślam je, wpuszczam w język i czuwam nad tym, jak rosną. Pozornie prosty przepis, ale tajemnica nadal ukrywa się w tym czuwaniu, w tej sile przekazu, w tym sposobie sugestywnej zarówno ekspresji, jak i impresji. Musiałam rozgryźć do końca to mistrzostwo świata! Rozbierałam zdania na czynniki pierwsze, analizowałam od strony stylu i gramatyki. Musiałam się dowiedzieć, dlaczego ten szary świat socjalizmu i blokowiska urósł do barwnej i (o, zgrozo!) atrakcyjnej, a przez to alternatywnej rzeczywistości pulsującej pod powierzchnią powszedniości? Jak udało się autorce zedrzeć warstwę przeciętności, przebić się przez skorupę nieatrakcyjności, by pokazać zupełnie inne realia? I w tym momencie przypomniałam sobie moją pierwszą reakcję (zawsze niezawodną!) po przeczytaniu początku, który przymknął mi oczy z czytelniczej rozkoszy. Już wtedy wiedziałam, że będę czytała powoli, bo zdania tworzyły obrazy, przy których musiałam się dłużej zatrzymać. Przyjrzeć i banalną rzecz lub czynność, ujrzeć na nowo albo spojrzeć na nią z innej perspektywy. Ten realizm magiczny wykluczał pośpiech, bo nie tylko wyolbrzymiał czy nadinterpretował, ale i ożywiał rzeczy martwe. Tutaj nie było spowiedzi tylko kałuża pełna brudów i strzępów mięsa powoli wylewająca się spod konfesjonału, a zwykłe żabki przytrzymujące pończochy otwierały pyski ze zdumienia. I tak było , ku mojej radości, przez większą część opowieść. Ale ten ożywiony świat ratowały przed nadmierną wybujałością wyobraźni, sprowadzając go do twardych realiów, zdania proste, nadziewane kolokwializmami, gwarą, a jak trzeba było, to i wulgaryzmem. Była ekspresja i był rytm odmierzany emocjami! Ten lustrzany świat, niby ten sam, a jakże inny, tworzyły również częste i gęsto wplatane metafory. Miałam wrażenie, że wyraz „jak” zaczynający porównanie, był najczęściej używanym. To one wraz z odrobiną ironii, humoru i cynizmu, czyniły rzeczywistość Chmurów atrakcyjniejszą niż mogłoby się wydawać, a już na pewno znośniejszą, w tym morzu smutków, tajemnic, samobójstw, alkoholu, depresji, wrażenia przegranego życia i pretensji o to do wszystkich i wszystkiego. Tylko nie do siebie.
I tutaj mogłoby mi się wydawać, że wszystko jasne, że tajemnica warsztatu pisarki została odkryta. Nic z tego. Pozostaje jeszcze czynnik X, który sprawiał, że powieść chłonęłam, mimo że spragnioną czytelniczką nie byłam. Podejrzewam nawet siebie o to, że z każdą książką staję się coraz bardziej wymagająca i wybredna. Coraz trudniej mnie zadowolić, zaspokoić pragnienie.
A tu proszę!
Piękna perła, powstała z prozaicznego ziarenka piasku, nad której wzrostem autorka TYLKO czuwała.

Książkę wpisuję na top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A przede mną kontynuacja powieści, na którą już się bardzo, bardzo cieszę!
środa, 30 lipca 2014
Urodzony w ZSRR – Vasile Ernu



Urodzony w ZSRR – Vasile Ernu
Przełożył Radosław Biniarz
Wydawnictwo Claroscuro , 2014 , 319 stron
Literatura rumuńska


Otrzymałam paszport!
Wielkie mi mecyje! – mógłby ktoś odpowiedzieć – żaden sukces i wysiłek. Norma! Tak, to prawda – dzisiaj, ale ten był wyjątkowy nawet jak na współczesne czasy. Miał nietypowo gruby trzon zawierający tak wiele wpisów, tyle wspomnień kryjących się za nimi, skojarzeń odgrzebanych z zakamarków pamięci i odnotowanych podróży w przeszłość, że przybrał formę książki.
A może książka przybrała formę paszportu?
Były złudnie podobne do siebie. Trudno było to jednoznacznie rozstrzygnąć. Okładka książki przypominała mi tę paszportową łącznie z charakterystyczną fakturą powierzchni,

okrągłymi rogami,

paginacją z obowiązkowym elementem urzędowego dokumentu – godłem państwa

i pierwszą stroną zawierającą podstawowe dane właściciela:

A zaraz za nią obszerna treść ukazująca same fakty. Jednak do tego stopnia bardzo subiektywne i osobiste, że wydawca na końcu książki/paszportu umieścił formułkę o nieponoszeniu odpowiedzialności za jego zawartość merytoryczną ani za zgodność treści utworu z prawdą historyczną.
Pomna ostrzeżenia, z paszportem w dłoni, udałam się w podróż na fali wspomnień jego właściciela do kraju, którego już nie ma i w którym, aby otrzymać tę „przepustkę do świata”, trzeba było mieć koneksje, środki lub podpisać lojalkę – do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Do utopijnego projektu ludzkości – jak nazwał go autor – do którego żaden pociąg, żaden samolot i żadna droga nie prowadzą już. Ten paszport/książka to jedyny sposób na odwiedzenie kraju funkcjonującego w pamięci autora i to właśnie na tym polega wyjątkowość tego dokumentu/publikacji. I świetny pomysł wydawcy na intrygującą formę wydania, która jest dla mnie zawsze argumentem – żaden czytnik takich wrażeń nie dostarczy! To tylko i wyłącznie z tego powodu moja zaprzyjaźniona studentka sięgnęła po książkę i zanim się zorientowałam, że mi ją „podkradła” przed moim czytaniem, była już po lekturze. Zachwycona! Ale to młodzież, która uwielbia słuchać wspomnień z czasów komuny, widzianej chyba chętniej i częściej przez pryzmat filmów Stanisława Barei niż historycznych reportaży czy dokumentów.
Moje podejście było bardziej krytyczne, bo obciążone martyrologiczną lekturą, ale paradoksalnie sentymentalne w swoim podobieństwie do moich wspomnień. W efekcie przeżyłam bardzo ciekawe i zaskakujące doświadczenie, ponieważ do tej pory ZSRR poznawałam od jego oficjalnej, propagandowo kreowanej w mediach, strony oraz od jego działalności represyjnej – łagrów widzianych oczami jeńca wojennego, zesłańca, strażnika czy uciekinierów. Zapomniałam całkowicie (a może nie trafiłam na taką publikację?), że po drugiej stronie drutów żyli ludzie w tym samym totalitarnym ustroju, w którym to nie sztuka naśladowała życie, lecz życie musiało stać się sztuką. Tym, co wyróżnia wspomnienia autora na tle wspomnień zdecydowanie negatywnych lub zdecydowanie pozytywnych, była ich neutralność. Całkowity brak oceny ówczesnego życia w socjalizmie. A pisząc z takiej perspektywy bardzo łatwo popaść w gloryfikację, w niepamięć tego, co złe i częste podkreślanie, a czasem wyolbrzymianie tego, co było dobre lub tylko wydawało się pozytywne na fali nostalgii i tęsknoty.
Tutaj tego nie było.
Autor w przedmowie wyraźnie uprzedził i zwolenników, i przeciwników ZSRR, pisząc – To, co zamierzam tutaj popełnić, jest rodzajem archeologii życia codziennego Związku Radzieckiego, a archeologia nie oferuje klucza do jej zrozumienia, moralnego osądu lub wartościowania. Natomiast jego zadaniem, niczym naukowca, było wydobyć spod warstw niepamięci wszystkie charakterystyczne eksponaty jednoznacznie kojarzone z czasami socjalizmu w postaci bohaterów, sytuacji, wspomnień rzeczy i słów-kluczy, obudowując je kontekstami, skojarzeniami, opowieściami, anegdotami i atmosferą tamtych lat. Każdy rozdział posiadał główną osnowę, wokół której tkał historię ilustrowaną materiałami ikonograficznymi, fonograficznymi i video, które oglądałam i odsłuchiwałam na specjalnie do tego stworzonej stronie internetowej o charakterze przewodnika. Była więc i żwaczka (guma do żucia), plakat propagandowy, tualeta, muzyka, dowcip radziecki, napoje (nie tylko alkohol, ale i kwas chlebowy, którego tradycyjny, domowy przepis znalazłam na stronie blogu autora, niestety po rumuńsku) bohaterowie kreskówek, sam wiecznie żywy Lenin i seks, którego w ZSRR podobno nie było oraz wiele, wiele innych przejawów życia społecznego. Ale, co ciekawe, to spojrzenie autora nie było tylko jednostkowe, pojedyncze, osobiste, bo często posuwał się do analiz, budując ostatecznie wnioski zbiorowe, podane z punktu widzenia społeczeństwa. Co zupełnie nie wykluczało subiektywizmu. Te dwa punkty widzenia stwarzały podwójną perspektywę spojrzenia pokazującą ZSRR od strony dziecka, młodego człowieka i dorosłego oraz narodu, od czasów dzieciństwa do upadku komunizmu. To pierwsze niewinne, ufne w świat zastany równoważone krytycznym spojrzeniem ostatniego, tworzyło jednolity obraz mieszanki piękna i brzydoty podszyty ironią i grozą. Rzeczywistość i dobrą, i złą. Ani lepszą, ani gorszą – i tu, uwaga!, bardzo odważny wniosek autora – od rzeczywistości kapitalizmu! Nazywając się cynikiem, stwierdził - o ile świat, w którym żyłem, zasadzał się na represjach politycznych, to świat do którego trafiłem, bazuje na represjach ekonomicznych. To dwie strony tego samego medalu. Obie stanowią formę represji i kontroli.
Dla mnie rewolucyjny i prowokacyjny pogląd!
Bo oto wraz z paszportem otrzymałam nie tylko pozwolenie na posiadanie dobrych wspomnień z życia w kraju socjalistycznym, ale i spojrzenie zrównujące oba ustroje w szkodliwości oddziaływania na jednostkę i społeczeństwo. To pierwsze przyjęłam z ulgą, bo od tej pory nie muszę zaprzeczać swojemu szczęśliwemu dzieciństwu w socjalizmie, nie narażając się na epitet komunistki, ale to ostatnie muszę przemyśleć. Zbyt wiele we mnie tej ciemnej strony medalu, bym po jednej podróży zachwyciła się blaskiem strony jaśniejszej i tak bardzo uogólniła problem, by dostrzec w nim podobieństwa. Zwłaszcza w ilości planowo i metodycznie wymordowanych ludzi nijak nie mogę ich znaleźć. Autor natomiast sprytnie zachował neutralność do końca, nie opowiadając się po żadnej z tych rzeczywistości, ale za to pozostawiając jedną radę wszystkim wychowanym w jakimkolwiek kraju socjalistycznym (autor urodził się w 1971 roku Rumunii) – Ważne, co z nią zrobimy, w jaki sposób będziemy umieli nią zarządzać i jak ją spożytkujemy.
Wątpmy więc, kwestionujmy, poddawajmy ocenie oraz krytyce i nie podporządkowujmy się z cielęcą ufnością żadnej z rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Wprawdzie świata nie zmienimy, ale zawsze możemy go trochę ulepszyć.
Z tą ostatnią myślą autora zgadzam się w zupełności.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 23 lipca 2014
Surogat – Witold Tauman



Surogat – Witold Tauman
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 141 stron
Trylogia, część 1
Literatura polska


Wzięłam do ręki książkę.
Stop! Nie książkę. Projekt. To tak wszechobecne i popularne pojęcie określające twórczą działalność człowieka w prawie każdej dziedzinie, że i literatura się temu nie oparła. Wzięłam więc do ręki projekt, a dokładniej pierwszą część trylogii. Stop! Nie część, czy nawet tom, ale odsłonę i nie trylogii tylko gry, której kontynuacja będzie wyglądała tak:

I tak poprawiać i zmieniać stare, dobre pojęcia literackie na alternatywne mogłabym do końca wpisu. O cokolwiek bym nie zahaczyła, czegokolwiek bym nie dotknęła, nic nie pasowało do klasyki gatunku powieści. Ba! Zostały nawet wymieszane rodzaje literackie - epika z dramatem i liryką. Ta ostatnia reprezentowana wprawdzie w dziecięcych rymowankach, ale jednak. A najtrudniej było mi napisać, o czym ona, to znaczy ten projekt, tak naprawdę jest. I tutaj przypomniała mi się moja niezmienna odpowiedź udzielana mojej zaprzyjaźnionej młodzież na pytanie – O czym jest Ferdydurke? Rozkładałam wtedy ręce, mówiąc – tego się nie da opowiedzieć, to trzeba przeczytać! Ale tutaj musiałam jakoś ogarnąć treść. I przyszło mi do głowy tylko jedno słowo oddające istotę tego projektu.
Surrealizm!
I wszystko wiadomo, a właściwie nie wiadomo, o co chodzi, ale czytało się dalej. Jak to w surrealizmie. A dokładniej wiadomo było tyle, ile sama sobie zinterpretowałam. Podejrzewam, że tylu, ilu czytelników, tyle interpretacji. Niekoniecznie zgodne z zamysłem autora. O przepraszam! Podobno nie autora. Nawet tradycyjny pseudonim literacki odszedł do lamusa. Tutaj była postać fikcyjna, co nie przeszkadzało być jej jednocześnie bohaterem projektu. Pisarzem Witoldem, który namawiał mnie wprost, a nawet błagał – Zaklinam cię! Uciekaj stąd! Zrezygnuj z tego erzacu życia. Zamknij tę przeklętą książkę i niech twoje Potem zacznie się już Teraz! Ale, jak ja mogłam zrezygnować, kiedy projekt mnie wciągnął. Zdążyłam poczuć się nawet jego częścią. Miałam w umyśle zasiany niepokój wmuszony we mnie przez narratora drugoosobowym stylem opowieści. W połowie stałam się częścią umysłu głównego bohatera, którego imię zaczynało się tajemniczą literą F. Zabrał nas do szpitala, posadził przed biurkiem Doktora, który wydał na nas wyrok – Jest pan chory. Choroba na razie nie powinna panu doskwierać, jednak musi pan wiedzieć, że nie jest to zwykły Katar. Choroba ta jest nieuleczalna i śmiertelna. Pan, panie F., jest umierający, umiera pan i pan umrze. Zostało panu... I zaczęło się odliczanie. Dosłownie. Czas odmierzały rozdziały z odwróconą numeracją, poczynając od liczby 29, a kończąc na 0 z tajemniczym zakresem dat.
Od tej wstrząsającej wiadomości zaczął się wyścig z czasem, by znaleźć w tym systemie szpitalnym jakiś sens i zasady, które dałyby nadzieję na wyleczenie. Znalazłam jedną – brak zasad. Dobrnęłam z F. do ostatniego rozdziału błądząc po szpitalu z teczką pełną akt o stanie zdrowia, od Doktora do Doktora, słuchając rad Pacjentów i poznając zbuntowany świat Ogrodników proponujących alternatywne życie po drugiej stronie lustra. Istny labirynt zmieniających się zdarzeń, miejsc, bohaterów, dewaluującej się wiedzy w poczuciu złudnie wolno biegnącego czasu.
A potem zamknęłam projekt, z którego wyszłam, jako jedna z niewielu, żywa i zaczęłam się zastanawiać, co mi to przypominało? Wniosek nasuwał się sam.
Toż to samo Życie!
To przecież o nim ktoś powiedział, że jest chorobą śmiertelną przenoszoną drogą płciową i trudną walką, która zawsze kończy się śmiercią. To był genialny pomysł pokazać życie w surrealistycznym projekcie tak, bym poczuła się, jak jego bohaterka. Bym zobaczyła własne szamotanie się w absurdzie poszukiwaniu dróg wyjścia, którego siłą napędową była nadzieja manifestowana uszlachetniającym cierpieniem. Bym przeżyła bezsensowność przeżywania strachu i lęku i beznadziejność wiary w wyzdrowienie. Bym ujrzała wszystkie aspekty nadbudowywania teorii, pomagających odroczyć koniec. Łącznie z religią, bo mnóstwo tu podtekstów do wydarzeń biblijnych. Bym wreszcie zrozumiała czym jest „choroba” i pogodziła się z nią, bo szansę na jej zrozumienie pisarz Witold daje nielicznym. Pisząc książkę zawierającą całe jego doświadczenie i mądrość z góry założył, że poruszy wszystkich, a którą zrozumie niewielu.
Ale czy życie, tę śmiertelną chorobę, na którą umieramy od momentu urodzenia, da się w ogóle zrozumieć?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 21 lipca 2014
Lekcje umierania – Erika Hayasaki



Lekcje umierania: prawdziwa historia o życiu – Erika Hayasaki
Przełożyła Ewa Kleszcz
Dom Wydawniczy PWN , 2014 , 328 stron
Literatura amerykańska


Edukacja w dziedzinie śmierci jest równie ważna co edukacja seksualna, o ile nie ważniejsza – jako że nie wszyscy uprawiają seks. Umiera każdy. A chyba nic bardziej nie jest spychane do podświadomości niż śmierć, mimo że lęk przed śmiercią jest potężnym czynnikiem wpływającym na ludzkie zachowanie. Nie mniejszym niż seks, pieniądze czy władza. No, ale w Polsce na razie mamy odwieczny problem z edukacją seksualną, więc o tanatologii możemy zupełnie zapomnieć.
Nie zapominają jednak o tym Amerykanie!
Z zacytowanego wcześniej założenia wyszła amerykańska wykładowczyni akademicka, tworząc nowy przedmiot uniwersytecki – Śmierć z perspektywy. Wkrótce okazało się, że to był strzał w dziesiątkę potrzeb studentów, ponieważ zajęcia Normy Bowe cieszyły się taką popularnością, że na możliwość uczestniczenia w nich należało zapisać się z trzyletnim wyprzedzeniem. Ich zainteresowaniu i frekwencji dorównywały tylko zajęcia z ludzkiej seksualności, a niekonwencjonalna pielęgniarka z wykształcenia doczekała się przydomku – profesorka śmierci.
Dzięki tej pozycji, którą napisała dziennikarka w postaci trzech, połączonych ze sobą rodzajów reportaży – obserwującego (z perspektywy muchy na ścianie), uczestniczącego (była jedną ze studentek) i narracyjnego (tworząc opowieść) – mogłam i ja wziąć udział w tych zajęciach. Dodam – interaktywnych, ale o tym napiszę później.
Sam sposób wykładów przypominał mi zajęcia z moją profesorką z psychologii klinicznej. Dosłownie cofnęłam się do czasów studenckich. Był więc konkretny temat, odrobina teorii wprowadzającej w zjawisko śmierci (ale tylko w początkowych rozdziałach) i mnóstwo przykładów z pracy zawodowej i z życia wziętych. Własnych, przyjaciół i uczestników kursu. Samo życie, mogłabym pomyśleć, gdybym nie miała wcześniejszych doświadczeń. Bo tak naprawdę w tej powodzi opowieści o losach ludzkich, które stanowiły większą cześć książki, trzeba było umieć wyłowić konkretną wiedzę merytoryczną. Przecież kurs kończył się egzaminem. Norma wychodziła z założenia, że śmierci nie można poznać bez kontekstu życia, dlatego każdemu studentowi pod koniec semestru wręczała fragment powieści poetyckiej Prorok Khalila Gibrana:

Było więc tego życia patologicznego, trudnego, cierpiętniczego, potrzaskanego, zranionego i chorego aż nadto. Wszystkie przypadki losów ludzkich, w tym samej Normy i autorki książki, tworzących niemalże regularną powieść z bohaterami, fabułą i wątkami, były wprawdzie reportażem z bolesnymi wspomnieniami, ale przede wszystkim dokumentem stworzonym przez dziennikarkę i materiałem dydaktycznym Normy. To on stanowił bazę do nadbudowy teoretycznej, jakim były fazy rozwojowe człowieka według Erika Eriksona dołączone na końcu książki. I to studenci, i ja, musieliśmy prześledzić dramatyczne historie ludzi, by móc wyłowić zależności między życiem kształtującym charakter ludzki a fazami rozwojowymi, z których ostatnia kończyła się progresją (gotowość do stawienia czoła śmierci) lub regresją (rozpacz na myśl o śmierci). Nigdy nie myślałam, że istnieje coś takiego, jak wychowanie do śmierci.
A jednak!
W dobie wypierania śmierci z podświadomości, lęku przed nią, izolowania się od jej przejawów i manifestacji, zmiany obyczajów, w których pogrzeb i stypa nie odbywa się w domu rodzinnym, jak to kiedyś bywało, kultu młodości i urody czy chciwości życia, zajęcia Normy były rewolucyjne. I rzadko odbywały się w uniwersyteckiej sali wykładowej. Profesorka śmierci zabierała studentów do domów pogrzebowych, więzień, hospicjów, szpitali dla chorych psychicznie, kostnic oraz na pogrzeby i cmentarze. Te spotkania zawsze kończyły się zadaniami domowymi głęboko ingerującymi we własne przeżycia, psychikę i światopogląd uczestników (również i moje), zapisanymi na stronie imitującej zeszytowy notatnik.

Największą frajdę sprawiło mi polecenie stworzenia listy rzeczy do zrobienia, gdyby pozostał mi rok życia. Nie miałam z tym problemów – lista książek must read. Najnieprzyjemniejszym okazał się ten test:

Były takie, których nie odrobiłam, bo nie znalazłam odpowiedzi na pytanie – Gdybyś mógł na zawsze wyeliminować z naszej planety jedną chorobę, którą byś wybrał i dlaczego?
Norma nie oszczędzała nikogo. Łącznie ze mną. Zmuszała do uważnego słuchania, do zastanawiania się, do zauważania śmierci koniecznie w ścisłym kontekście życia, do mentalnego ocierania się o nią poprzez podsuwane dylematy, tezy, zadania, pytania i polecenia dokonania trudnych wyborów. Do zwalczenia w sobie tchórzostwa.
A mimo to! A mimo wszystko!
To ostatecznie optymistyczna opowieść o ludziach, którzy odważnie zmagając się z piekielnie trudnym życiem, rozwijali swoją mądrość w integralności życia i śmierci, by w chwili ostatniej potrafić odciąć się od lęku w poczuciu spełnienia.
Wątpię, czy ta pozycja tego nauczy, ale na pewno uświadomi, czym jest śmierć, jak ważną rolę pełni w życiu, jak bardzo jest niezbędną w kształtowaniu charakteru człowieka i co zrobić, by odejść pięknie i bezboleśnie. Odważę się stwierdzić, że w kontekście wiedzy zawartej w tej publikacji, bolesność odchodzenia jest mitem wyolbrzymionym przez strach i lęk. Naturalna śmierć człowieka przygotowanego jest litościwa, zalewając mózg w końcowej fazie umierania hormonami szczęścia. To ci, którzy odchodzili cicho i spokojnie z uśmiechem na ustach. Często wiedzący, że ich czas nadszedł. Tyle, że na taki efekt trzeba sobie zapracować całym życiem. Jak to zrobić? Jak wieść dobre życie, nieustannie tkwiąc pod ostrzem nieśmiertelności?
Wszystkim wiedzącym można pogratulować skutecznego samokształcenia, a niewiedzącym (obawiam się, że to zdecydowana większość) polecić zajęcia podobne do tych prowadzonych przez profesorkę śmierci. Książkę z zakładką temu, jeśli ktoś takie w Polsce znajdzie. Obawiam się, że w dziedzinie tanatologii i wychowania do śmierci jesteśmy zdani sami na siebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
18.08.2014 Przygoda z książką!
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w sierpniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (622)
Mój top czytanych w 2013
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi