Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
piątek, 30 stycznia 2015
Chmurdalia – Joanna Bator



Chmurdalia – Joanna Bator
Wydawnictwo W.A.B. , 2010 , 504 strony
Seria Archipelagi
Literatura polska


Dałam się uwieść syreniej pieśni!
Po Piaskowej Górze, którą byłam urzeczona, spodziewałam się kontynuacji losów głównej bohaterki Dominiki Chmury, marzącej o krainie Chmurdalii. Stąd tytuł drugiej książki. Nastolatki, której życie na wałbrzyskim osiedlu zakończyło się wraz z wypadkiem samochodowym, a zaczęło w nowym miejscu, w monachijskim szpitalu, do którego trafiła.
I dokładnie to dostałam.
Historie jej dalszych losów jako nowego rozdziału w jej życiu. Wędrowniczki szukającej swojej Chmurdalii po całym świecie, stale zmieniającej miejsca zamieszkania, miasta pobytu, bezustannie poznającej ciekawych ludzi, od nowa podejmującej pracę w aktualnie odwiedzanej Anglii, USA, Francji czy Niemiec, by na moment, krótką chwilę, zajrzeć do mieszkania w rodzinnym Babelu. Powspominać z przyjaciółką z lat dorastania, Małgosią, stare dzieje i opowiedzieć nowe. Zrobić inwentaryzację Dominiki Wędrownej dla przeciwwagi matczynej miłości kotwiczącej w jednym miejscu, by ją przynajmniej zrównoważyć zbiorem własnych doświadczeń.
Te losy, mimo że ważne, nie były dla mnie najciekawsze.
Dominika wypływała i ginęła w toni multum podobnych historii i wątków, które były dla mnie równie interesujące i przeciekawe. A to dlatego, że przez karty książki przewijało się spektrum postaci od egzotycznej hotentockiej Wenus pokazanej na pierwszej wyklejce,

po tę dobrze znaną, swojską, polską Maryję umieszczoną na wyklejce drugiej:

A pomiędzy tymi skrajnymi symbolami kulturowymi świat, w którym utonęłam! Któremu rwącemu, a czasami leniwemu nurtowi, poddawałam się z przyjemnością. Nie szukałam w nim specjalnie Dominiki, sensu czy powiązań. Gdybym zaczęła to robić, pogubiłabym się w wątkach, irytowałby mnie natłok różnorodnych bohaterów pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, realizm magiczny, opowieści w opowieściach i naśladowanie stylu bajarzy z charakterystycznymi powtórzeniami fraz. Pozwoliłam się nieść na fali słów. Zaufałam narratorowi, który opowiadał mi napotykane obrazy, nie pozwalając zachłysnąć się ich nadmiarem, zniechęcić natłokiem, na zwątpienie w sens. Wierzyłam, że w tych historiach on jest, tylko musi wybrzmieć, musi się opowiedzieć do końca. Że muszę poznać wszystkich bohaterów i tych z przeszłości, i tych z teraźniejszości, Polaków rozrzuconych po całym świecie i imigrantów z innych państw, by na końcu spleść wszystkie wątki i ujrzeć jednego człowieka w wielu postaciach i wersjach. Baobab z Senegalu, Nazan z Turcji, Franciszki Pyłek więźniarki z obozu koncentracyjnego, Icka Kaca polskiego Żyda, Eulalii Barron Amerykanki z matczynym grobem w Kownie, Cioć Herbatek z Napoleonówki i wielu, wielu innych. A wśród nich bohatera nietypowego – nocnik Napoleona. Przedmiotu, który jako jedyny tworzył wątek łączący część bohaterów oraz spajający fabułę. Na ich tle losy Dominiki nie wyróżniały się ani większym ciężarem, ani skrajniejszym tragizmem, a przez to rzadką wyjątkowością. Postawienie jej wśród innych ludzi świata na tle toczącej się historii od czasów sprzed II wojny światowej po czasy współczesne, było próbą ukazania wiru życia wciągającego każdego, z jego wolą lub bez niej, niczym nocnik Napoleona rzucony w nurt rzeki, przechodzący z rąk do rąk i niemający większego lub znaczącego wpływu na jego historyczny tor. Jesteśmy podobni temu nocnikowi. Ale w odróżnieniu od przedmiotów, człowiek potrafi mówić i może opowiadać, tworzyć, interpretować i opisywać. Wystarczy morze, chmura, dal i już się toczy, już płynie opowieść.
Z przyjemnością dałam się jej ponieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Nie wszystkie losy ludzkie były w tej powieści wymyślone. Hotentocka Wenus to postać historyczna, o której nakręcono również film biograficzny.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Pomyleni – Irena Cieślińska



Pomyleni: chorzy bez winy – Irena Cieślińska
Dom Wydawniczy PWN , 2014 , 232 stron
Literatura polska


W tej książce staram się przybliżyć „normalnym” tych „nie całkiem normalnych”. Żeby zrozumieli. – napisała we wstępie autorka.
Dlatego nie napiszę o bólu, o walce z ograniczeniami ciała, z umysłem pracującym wbrew własnej woli, o cierpieniu współodczuwania choroby przez najbliższych i wreszcie o śmierci fizycznej lub społecznej, do których doprowadza, prędzej czy później, każda z nich. Po co pisać tutaj o małej dziewczynce, która umarła z głodu, bo tak bardzo zaciskała zęby z powodu fobii, skoro ten rozdział książki Kiedy budzą się fobie można przeczytać na stronie internetowej? Nie ma sensu pisać o kobiecie doprowadzonej do szaleństwa i zamknięcia w zakładzie psychiatrycznym, bo rzadkość jej choroby uniemożliwiała prawidłową diagnozę i leczenie. Takie historie zniechęcają, wykluczając tym samym ich poznanie i zrozumienie. Znam to z autopsji. Moje rozmowy na tego typu tematy w większości ucinane były zdaniami – musisz czytać takie książki? Dlatego napiszę o innej stronie tych bardzo rzadkich przypadłości, których w tej pozycji jest przedstawionych aż 29.
Zaczaruję świat!
Pokażę, że choroba może mieć zalety, a wzrok, który uważamy za dar, może stać się przekleństwem. Nie piszę herezji. Taki wniosek wysnułam, czytając ten zbiór reportaży. Wystarczy spojrzeć na tytuły, by być zaintrygowanym, by zechcieć wiedzieć więcej.

A kiedy już się zacznie, ma się wrażenie przebywania w świecie magicznym. Opowieści bohaterów pokazywanych historii uzupełniane przez narratora zewnętrznego przenoszą do świata alternatywnego, w którym postrzeganie otoczenia i siebie w nim jest totalnie i fascynująco odmienne od dotychczasowego. To właśnie stąd artyści, obdarzeni określoną przypadłością, czerpali natchnienie i wizje, przenosząc je do literatury czy muzyki. Świat elfów (zespół Williamsa), przygód Alicji w Krainie Czarów (syndrom Alicji z Krainy Czarów), wampirów (porfiria) czy krasnoludków (zespół Bonneta) to rzeczywistość jak najbardziej realna wielu ludzi żyjących obok nas. Również tych o bardzo znanych nazwiskach, a pomimo tego osiągających sukcesy osobiste i zawodowe, jak Brad Pitt, który jest prozopagnostykiem (podobnie jak autorka) czy David Beckham – turetyk.
I to jest ta pozytywna strona tej pozycji.
Wszystko zależy od nastawienia człowieka, jak do choroby podejdzie i co z niej wydusi dla siebie i innych. Autorka nie zapomniała opisać wielkich, którzy tego dokonali. Dzięki którym możemy delektować się muzyką, malarstwem czy literaturą z najwyższej półki. Ta pozycja nie tylko odpowiada na odwieczne pytanie o sens choroby, ale nawet wzbudza zazdrość.
Tak – zazdrość.
O te wszystkie doznania niedostępne zwykłemu „normalnemu”, który w desperacji sięga po środki odurzające, by choć na moment przejść na drugą stronę lustra, jak Alicja do Krainy Czarów czy poznać wizje w zespole Bonneta. Jedną z przypadłości nazwałabym nawet darem, który bardzo chciałabym posiadać. To synestezja. Przeżyć chociaż raz w życiu muzykę tak, jak przeżywa ją za każdym razem Carol. Koncert muzyki klasycznej to dla niej niemal przeżycie erotyczne. Dźwięki gitary nie tylko docierają do jej uszu, dziewczyna odbiera je także jako zmysłowe muśnięcia delikatnych pędzelków gdzieś w okolicach kolan i zgięć łokci. Trąbki czuje na plecach, a odgłos skrzypiec to jak subtelny masaż twarzy. (...) ...nowojorski jazz. To jak uderzenia tysięcy drobnych ciepłych kropli na całym ciele. Przy takich opisach doznań można poczuć się bardzo ułomnym i zastanowić się, kto w tym przypadku jest ograniczony? Co decyduje o normalności – tylko rzadkość występowania aberracji?
Autorka nie tylko mi o tym wszystkim fascynująco opowiadała, ona również zapraszała mnie do oglądania omawianych zagadnień, podając linki do przeciekawych stron internetowych. Buszowałam więc z książką w Internecie, przyglądając się narkoleptycznym psom, ucząc się postępowania w przypadku ataku katalepsji i narkolepsji u ludzi czy testując swoją zdolność zapamiętywania twarzy. Na pół dnia przepadłam w świecie iluzji, uczącej pokory w pewności (a raczej niepewności) postrzegania rzeczywistości.
A kiedy już sobie poczytałam i pozazdrościłam, zrozumiałam jedno. Ta pozycja napisana jest nie tylko dla zaspokojenia mojej ciekawości czy nawet zrozumienia „innych”, ale przede wszystkim dla mojego dobra. Teraz zachowałabym się zupełnie inaczej wobec osoby cierpiącej na zespół Pradera-Willego niż wtedy, gdy stałam się jej ofiarą. Inaczej spojrzę na chorobę, gdy mnie dotknie. I tutaj musi powiać trochę grozą. Część z tych przypadłości może dotknąć każdego z nas w różnym wieku, ponieważ są chorobami nabytymi. Wystarczy ukąszenie kleszcza czy wypadek z urazem głowy.
I jesteśmy zupełnie inni!
Z poczuciem innej tożsamości, z odmiennym postrzeganiem siebie i otoczenia, z nowymi postawami czy cechami osobowości. My lub nasi najbliżsi. Autorka przypomniała mi, jak bardzo kruche jest nasze człowieczeństwo, a linia między normalnością a nienormalnością bardzo płynna.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 23 stycznia 2015
Syndykat pająka – Andreas Franz



Syndykat pająka – Andreas Franz
Przełożył Miłosz Urban
Wydawnictwo Świat Książki , 2014 , 590 stron
Cykl z komisarz Julią Durant , tom 5
Seria Granice Zła
Literatura niemiecka


To 5. z kolei tom cyklu z komisarz Julią Durant.
Nie czytałam wcześniejszych odsłon, ale też nie było to konieczne. Każda z nich, oprócz bohaterów wiodących, stanowi całość w rozpracowywaniu problemu kryminalnego. W tej części dotyczyła właściwie problemu ogólnoświatowego. Często nazywanego przez niedowiarków spiskiem dziejowym. Ale zanim narrator ostatecznie go sformułował, zaczął od najbanalniejszego wydarzenia (jeśli morderstwo w ogóle może być banalne), z jakim mają na co dzień do czynienia policjanci z wydziału zabójstw. Od jednoznacznego samobójstwa i morderstwa pary znalezionej w jednym z mieszkań. Sensacji przydawał fakt, że mężczyzna był bardzo znanym i najlepszym jubilerem w Niemczech, a kobieta rosyjską prostytutką. Dla śledczych bardzo prosta sprawa, niewymagająca dodatkowych wyjaśnień.
Ale nie dla Julii Durant.
Jej intuicja w tej „normalności” wyczuwała fałsz. Coś trudnego do konkretnego wskazania i określenia, ale na tyle silnego, by nie dawać spokoju dociekliwej komisarz. Podjętych przez nią kilka nieformalnych działań potwierdziło jej przypuszczenia na tyle, by zmienić klasyfikację zdarzenia na podwójne morderstwo z udziałem osób trzecich. Od tego momentu, nie tylko mi wydawało się, że śledztwo powinno ruszyć bezproblemowo.
Nic z tego!
Postępowało bardzo powoli. Dowody znikały w niewyjaśnionych okolicznościach, kolejni świadkowie ginęli z ręki nieuchwytnego zawodowca, a zaufane osoby, stawały się niepewnymi, gotowymi zdradzić lub wręcz wrogami. Julia Durant potrąciła, i to bardzo mocno, jedną z pajęczych nici sieci utkanej przez przestępców, oplątującej najważniejsze struktury państwa – rząd, biznes i wymiar sprawiedliwości. Swoim nieustępliwym śledztwem zaalarmowała najbardziej groźnych, a zarazem głęboko zakamuflowanych, przywódców syndykatu pająka. Wyglądała jak mała mucha na tle groźnej sieci i jej twórców.
Cała opowieść o zmaganiach organów ścigania z komisarz na czele, była skonstruowana po to, by ukazać procedury i mechanizmy przenikania grup przestępczych handlujących narkotykami, dziećmi, kobietami, bronią i wszystkim tym, co przynosiło krociowe zyski uprzywilejowanej grupie osób na samej górze struktury. Bestiom, które o wszystkim decydowały – z zewnątrz szanowani, uczciwi i honorowi biznesmeni i politycy, a wewnątrz cyniczni mordercy i handlarze śmiercią, skorumpowani, chciwi i zawistni. Ponura rzeczywistość mówiła komisarz Durant, że kontrolę mają tylko pająki, które tę sieć plotą i do której wpadają wszyscy. Bez wyjątku. Od przywódców państwa na górze drabiny społecznej po zwykłego obywatela na jej dole. Tego ostatniego zupełnie nieświadomego swojej sytuacji, bo karmionego uspokajającą, zmanipulowaną, spreparowaną papką medialną dostarczoną przez niczego nieświadomych dziennikarzy. Również sterowanych odgórnie.
Problem poruszony przez autora nie jest wymyślony.
Nie bez powodu wybrał również na miejsce akcji Frankfurt, który miał wszelkie predyspozycje, by otrzymać nazwę stolicy przestępczości. W posłowiu wyjaśnia wprost – Niektórzy mogą uznać, że przy pisaniu książki poniosła mnie fantazja – niestety, to nieprawda. Byłam tego świadoma, zanim dotarłam do rozwiązania zagadki kryminalnej i końcowych wyjaśnień. Czytałam już o problemie zorganizowanej, ponadpaństwowej przestępczości przekraczającej każdą granicę ( i tę moralną, prawną, jak i geograficzną) w reportażach Niewolnice władzy i Ja, terrorysta. Spisek dziejowy – synonim nadinterpretacji i przesady w osądzie sytuacji, w tych pozycjach jest faktem, a teoria podtrzymywania wojen i specjalnego wywoływania lokalnych konfliktów na świecie dla finansowych zysków, prawdą. Faktyczną władzę w państwach sprawuje mafia. Rosyjska mafia, czeczeńska mafia, jakuza, triady, kartele narkotykowe, włoska mafia, amerykańskie gangi... Najgorsze, że po upadku Związku Radzieckiego wszystkie organizacje przestępcze ze sobą współpracują. Niektóre kontrolują surowce, wydobycie i ich przepływ, inne handel narkotykami, jeszcze inne wyspecjalizowały się w szantażach, porwaniach i okupach, handlu bronią, ludźmi, zajmują się prostytucją, pornografią, handlem towarami luksusowymi i, „last but not least", praniem brudnych pieniędzy. Fundusze inwestuje się w nieruchomości, średnie i duże firmy ze wszystkich branż, kupuje się olbrzymie pakiety akcji uznanych przedsiębiorstw, malutkie i nieznane firmy za sprawą gigantycznych inwestycji i wsparcia w krótkim czasie podbijają rynek... Pieniądze przepływają w różnych kierunkach i w końcu są czyste i nie do wytropienia. Tak samo, jak ich właściciele. Pająki.
I tak naprawdę, dokładnie o tym jest ta historia.
Pod płaszczykiem dobrej rozrywki, autor budzi czytelnika, mówiąc słowami jednego z bohaterów – Chciałem tylko pokazać, jak można manipulować informacją i na tym zarabiać. Dzisiaj wszystkim można manipulować i nie ma na świecie ani jednego państwa, w którym nie działałyby zorganizowane grupy przestępcze. Nieprawda? Nas to nie dotyczy? Autor ma paranoję? Proszę sobie przypomnieć ewolucję informacji, która do nas docierała na temat przetrzymywania podejrzanych przez USA o terroryzm w Starych Kiejkutach – od całkowitej negacji do stanu obecnego.
A to tylko wierzchołek lodowej góry rzeczywistości, o której po tej pozycji nie można powiedzieć, że funkcjonuje obok nas, ale, że tkwimy w niej nieświadomie po uszy.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 18 stycznia 2015
Przypadek to nie wszystko – Elliot Aronson



Przypadek to nie wszystko: moje życie psychologa społecznego – Elliot Aronson
Przełożyli Agnieszka Chrzanowska i Piotr Żak
Wydawnictwo Charaktery , 2011 , 281 stron
Literatura amerykańska


To nie jest tylko zwykła autobiografia!
Ale na pewno tak pomyślałabym, gdybym nie znała autora z jego wcześniejszej publikacji Człowiek – istota społeczna, który odkrył przede mną, że podręczniki akademickie wcale nie muszą podawać wiedzę w sposób nudny.
Nic z tej nudności i tutaj!
Owszem, spełnia kryteria opowieści autobiograficznej, bo chronologicznie pokazuje dzieciństwo, dorastanie, proces wyboru drogi zawodowej, rozwój kariery i sposób gospodarowania czasem już na emeryturze na tle gwałtownego rozwoju psychologii społecznej w Ameryce, ale oprócz tych znaczących faktów zawiera w sobie również czynnik X. To on czyni z niej fascynującą historię z lekkim nachyleniem dydaktycznym. Tym czynnikiem X jest pasja z umiejętnością przekazywania emocji, jakie ze sobą niesie, a o której napisał we wstępie do polskich czytelników – Uwielbiam być psychologiem społecznym. Psychologia społeczna to nie tylko mój zawód. To moje życie. Jakże bliskie jest mi to wyznanie, bo dokładnie mogę powiedzieć to o sobie i swojej pasji. Stąd rozumiem jego ciekawość badacza mechanizmów procesów społecznych i ich podłoża psychicznego, dociekliwość eksploratora dziewiczych rejonów psychologii, niestrudzonego pioniera w tworzeniu metod socjotechnicznych, a zwłaszcza eksperymentu i dzielenia się odkryciami oraz nowymi teoriami nie tylko ze współpracownikami, ale i ze studentami, którzy tłumnie przychodzili na jego wykłady. To ostatnie też mnie nie dziwi. Każdy jego wykład, jak napisał, nie tylko docierał do istoty teorii i badań, (...), ale też był pełen opowieści – osobistych, historycznych, humorystycznych, poruszających, tragicznych - które w taki sposób ilustrowały najważniejsze punkty, aby studenci na długo je zapamiętali.
Dokładnie takie było też moje tutaj spotkanie autorem.
Chociaż z odwróconymi proporcjami w treści. Siłą rzeczy, więcej w niej faktów z życia zawodowego i osobistego, a mniej z psychologii jako nauki tak pięknie łączące się i uzupełniające w podtytule – Moje życie psychologa społecznego. Życie, które go nie rozpieszczało. Rozdało marne karty, którymi nie wiedział, jak zagrać o siebie. To właśnie psychologia społeczna pomogła mu nie tylko zrozumieć, jak można zmniejszyć głęboko zakorzenione uprzedzenia, jak można przeciwdziałać przemocy, jak można poprawić komunikację, jak można podnieść samoocenę, jak można pielęgnować zrozumienie i szacunek pomiędzy odmiennymi ludźmi, jak jednostki i narody mogą przystosować do wielkich zmian społecznych i politycznych, ale przede wszystkim, jak osobiście wykorzystać karciane rozdanie. Maksymalnie obrócić wszystkie przypadki, które spotykały go w życiu na swoją korzyść. Wycisnąć z nich wszystkie szanse i możliwości, jakie przed nim otwierały, biorąc z nich to, co najcenniejsze i najwartościowsze oraz odrzucając to, co prowadziło donikąd. To umiejętne łączenie teorii z praktyką ze zdolnością przekazywania tej wiedzy innym, uczyniło go światowej sławy naukowcem i szczęśliwym mężem oraz ojcem.
Jednak droga do tego spełnienia się w sferze zawodowej i osobistej była, dyplomatycznie rzecz ujmując, niełatwa.
Właściwie zaczął od pozycji dziecka spisanego na straty. Zarówno przez szkołę, jak i przez rodziców. Na dodatek był chorobliwie nieśmiałym chłopcem i słabym uczniem, bez szczególnych uzdolnień i zainteresowań, poniżanym i prześladowanym Żydem przez swoich chrześcijańskich rówieśników.
Dziecko-nikt.
I właśnie opowieść o tej drodze, od dziecka-zero, przezroczystego dla otoczenia, do światowej sławy psychologa społecznego, była w tej autobiografii najbardziej fascynująca. Nie tylko dlatego, że sam siebie brał pod lupę i szczegółowo analizował własny kierunek rozwoju, odpowiadając na pytanie – w jaki sposób pewien nieutalentowany młody człowiek – dzięki kombinacji szczęścia, odnalezionej pasji i ciężkiej pracy – zdołał przekroczyć wielkie społeczne oraz ekonomiczne przeszkody, ale pozwalał na to również mi na zasadzie analogii. I tutaj, swoim zwyczajem odwoływania się do rzeczywistości, życie porównywał do rollercoastera, bo przecież taki jest rollercoaster – wzloty i upadki, podjazdy i zjazdy, łagodne zakręty i ostre zwroty. Na tym to polega. A każdy jego etap czemuś służy i każdy ma do spełnienia określone zadanie czy rolę do odegrania. Nic w nim nie jest przypadkowe, bo wszystko czemuś, prędzej czy później, służy. I brak wiary w niego przez otoczenie, i bieda zmuszająca go do spania w samochodach na parkingach, i ludzie, których spotykał na swojej drodze niekoniecznie przyjaźnie nastawieni i wreszcie ślepota w podeszłym wieku. Nie miał wymarzonej talii kart do rozegrania, ale jak napisał – uwielbiam wszystkie – utratę wzroku, radość towarzyszącą wygłoszeniu fascynującego wykładu czy dokonaniu ważnego odkrycia naukowego, ciepło płynące z kochania i bycia kochanym przez żonę, dzieci, wnuki i przyjaciół.
A gdzie w tym wszystkim dydaktyzm, o którym wspomniałam na początku?
No właśnie, na tym polega sposób przekazywania istoty opowieści przez autora – tak opowiedzieć o sobie, by wlać ocean optymizmu w odbiorcę i nie dać odczuć, że ma do czynienia z dydaktykiem. By KAŻDY czytelnik mógł uwierzyć, że może zostać mistrzem wykorzystywania przypadków, nawet, jeśli w momencie czytania, ma poczucie bycia nikim.
Autor nie jest jedynym, który taką nawet nie wiarę, ale pewność we mnie obudził. Wcześniej wcielałam w sytuacje beznadziejne myśl Arthura Schopenhauera – Nie masz żadnej szansy, ale ją wykorzystaj. Skutkuje. Sprawdziłam wielokrotnie. Ale o ile ten ostatni był tylko teoretykiem, w przypadku Elliota Aronsona mamy do czynienia z praktykiem, a jego życie jest tego twardym dowodem.
Nic nie stoi na przeszkodzie, czynić tak samo!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj wysłuchałam opinii o tej książce profesor Grażyny Wieczorkowskiej-Wierzbińskiej, która dokładnie pokrywa się z moją. Obie jesteśmy nią zachwycone.
niedziela, 11 stycznia 2015
Gdzie ja jestem w tej historii? – Emir Kusturica



Gdzie ja jestem w tej historii? – Emir Kusturica
Przełożyli Gabriela Hałat , Michał Goreń
Wydawnictwo Claroscuro , 2014 , 385 stron
Literatura serbska


Książka wyreżyserowana jak film!
Mam tutaj na myśli sposób snucia opowieści. I nieważne, czy autor operuje kamerą, będąc reżyserem, czy piórem, stając się autobiografem. W obu przypadkach powstaje zawsze film oglądany na ekranie lub w mojej głowie. Ten drugi, pisany przez samo życie, był o tyle ciekawszy, że w każdym słowie autentyczny, pierwotny, nieprzetworzony artystycznie i o tyle cenniejszy, ze zawierał w sobie całą twórczość artystyczną reżysera. Był fundamentem i źródłem inspiracji całego dorobku zawodowego.
Na każdym etapie życia tej autobiografii mogłam odszukać analogię do powstałego już filmu.
Opowieść zaczynała się atmosferą niczym w Czarnym kocie, białym kocie czyli beztroskim dzieciństwem w Sarajewie, wśród kolorowych osobowości dorosłych. Tych najbliższych z rodziny i tych dalszych – znajomych, sąsiadów i rówieśników. Ludzi z wadami i zaletami, całym sercem kochających życie, choć ono nie zawsze odwdzięczało się tym samym. To właśnie ono, takie miałam wrażenie, było źródłem poczucia humoru, absurdu i groteski, które dostrzegał okiem uważnego obserwatora, aby jako reżyser nasączać nimi swoje filmy, widząc w nich dobry nośnik filmowego przesłania.
Kiedy zaczynała rozpadać się Jugosławia, a na Sarajewo spadły pierwsze bomby, zrobiło się tak, jak w Barze Titanic. Przenikliwie groźnie, choć pozory życia tego nie zapowiadały lub wręcz przeczyły temu. Z powszechnym zjawiskiem przetasowania postaw wśród ludzi prowadzącego do nienawiści, przemocy i agresji. Z bezsensownością śmierci w wirze wojny i kruchości życia, które ukazał w Życie jest cudem.
Jest w niej też wszystko to, co zawarł w Undergroundzie. Nie tylko obraz wojny, ale przede wszystkim jego dorastanie i wejście w świat dorosłych podczas rządów Tity, a potem proces kształtowania się w nim reżysera, któremu zawsze towarzyszyło poczucie powszechnej i wszechobecnej hipokryzji, o której napisał – ...to nie biografia Tity, głównego symbolu naszego tragicznego losu, ale tragiczna historia tych, którzy wierzą we wszystko, co pokazuje telewizja. A zatem to film o propagandzie.
I wreszcie jest w tej opowieści coś z filmu dokumentalnego o słynnym piłkarzu Maradona by Kusturica. A może przede wszystkim? Bo przecież to on jest jej głównym bohaterem, który oprowadzał mnie po Sarajewie dzieciństwa, z którym poznawałam jego rodzinę i sąsiadów, z którym szukałam celu i drogi życia, przeżywałam inicjacje seksualne i zawodowe, poznawałam przyjaciół tych znanych tylko jemu i tych znanych również mnie z wielkich produkcji hollywoodzkich.
Krążyłam po jego życiu, szukając wespół odpowiedzi na tytułowe pytanie – gdzie ja jestem w tej historii?
Mam wrażenie, że reżyser jej nie znalazł, że nadal szuka, a wspomnienia były tylko poszukiwawczą próbą niezagubienia się w tym zwariowanym świecie, w którym wielkie mocarstwa zrzucają na ciebie bomby, nazywając je „miłosiernymi aniołami”. Odmową poddania się współczesnemu przyzwoleniu na niepamiętanie. Potrzebą uzdrowienia stosunków z pamięcią i wyrównania rachunków z niepamięcią. Sprzeciwem wobec zwolenników liberalnego kapitalizmu, którzy namawiali do zerwania wszelkich więzów z własną kulturą i tożsamością.
A może się mylę?
Może znalazł odpowiedź, tylko chciał, abym w obliczu faktów z jego trudnego, kontrowersyjnego życia, sama sobie na nie odpowiedziała i uświadomiła, jakie trudne to jest. A może łatwe? Może wystarczy być człowiekiem z niezłomnymi zasadami od początku do końca, bez względu na zmienność warunków, w których się żyje? A opowieść reżysera była tylko ilustracją do tej tezy na przekór propagandzie, hipokryzji, wyobrażeniom i niepamięci na jego temat? Może po prostu chciał zostawić po sobie dokument, którego konieczność istnienia uzasadnił z humorem – Jeśli sprawy potoczą się tak jak z udziałem Rosjan w walce z faszyzmem, w przyszłości ktoś mógłby stwierdzić, że byłem piekarzem, albo co gorsza, tokarzem. A pytanie tytułowe pozostawia mnie, czyniąc je moim osobistym, abym to ja sama sobie na nie odpowiedziała.
I tutaj widzę, jak Emir Kusturica mruga do mnie okiem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Polecam wszystkie filmy tego reżysera, ale jeśli ktoś zaczyna poznawać jego twórczość, proponuję od tego filmu.
wtorek, 06 stycznia 2015
Orfeusz – Richard Powers



Orfeusz – Richard Powers
Przełożyła Urszula Gardner
Wydawnictwo Imprint , 2014 , 405 strony
Literatura amerykańska


Tę książkę czytałam i słyszałam!
Już sama jej konstrukcja fabuły przypominała utwór muzyczny na dwa głosy. Narratora zewnętrznego, którego tok opowieści przeplatały krótkie myśli, niczym interwały, narratora pierwszoosobowego.

Oba opowiadały rzeczywistość poprzez muzykę wypełniającą każdą stronę po brzegi, przelewającą się nutami pasaży z kartki na kartkę (dosłownie i w przenośni), które długo jeszcze wybrzmiewały po ostatnim akordzie słów.

Była muzyczną opowieścią życia głównego bohatera Petera Elsa. Współczesnego Orfeusza z pensylwańskiego miasta uniwersyteckiego gdzieś w USA. Emerytowanego muzykologa, który w swojej pasji, zatraceniu, uwielbieniu i bezgranicznej wyobraźni muzycznej pojął ideę wartą wcielenia w życie. Dosłownego wklejenia sekwencji muzycznej w genom żywej komórki. Miał ku temu wiedzę, bo jego drugą pasją była chemia, która wraz z muzyką były odnalezionymi po latach bliźniaczkami: mieszaniny i modulacje, harmonia spektralna i harmonijna spektroskopia. Budowa długich łańcuchów polimerów przypominała mu złożone wariacje Antona Weberna. W domowym laboratorium pracował w tajemnicy nad urzeczywistnieniem swojego pomysłu. Nie widział potrzeby informowania o tym kogokolwiek. Komórki bakterii, które wykorzystywał do doświadczeń, były powszechnie występującymi w środowisku, a jego eksperymenty dużo mniej groźne niż te wykonywane w laboratoriach rządowych. Nie dostrzegał niczego niebezpiecznego i groźnego w swoich działaniach biotechnologicznych.
Innego zdania były amerykańskie Połączone Siły do Zadań Zapewnienia Bezpieczeństwa.
Przypadkowo odkryte laboratorium przez ich agentów stało się głównym zarzewiem bioterroryzmu, który wywołał medialną nagonkę i panikę wśród Amerykanów. Peter Els nie zauważył, że żyje w rzeczywistości, w której zagrożenie terroryzmem wyznaczało priorytety państwa. Był przekonany, że agencja federalna w minionych sześciu latach nie miała do czynienia z żadnym prawdziwym zagrożeniem. Uwzięła się więc na emeryta z domowym laboratorium.
Artystę o ponadprzeciętnej wrażliwości na dźwięki dopadły twarde realia życia społecznego.
Swoją ucieczkę przed ścigającymi go agentami wykorzystał do retrospekcji. Do wędrówki w osobistą przeszłość, do odtworzenia meandrów własnego losu, który przeplatany z teraźniejszością był najciekawszą dla mnie warstwą tej historii. To świat, w którym bezsprzecznie królowały dźwięki. To poprzez ich wibracje, układy, tonacje, które słyszał wokół siebie i poprzez utwory własne, które z nich komponował, ukazywał wewnętrzny świat współczesnego Orfeusza. Jego myśli, język, postrzeganie otoczenia i ludzi, sposób przekładania obrazów na nuty, przypadkowych dźwięków w melodię, porozumiewania się z córką za pomocą muzyki, a nawet zakochanie się pod wpływem murmuranda nuconego przez jego przyszłą żonę. Ale to także opowieść o niemożności pogodzenia dwóch ról – muzyka i męża. Jednoczesnego realizowania się poprzez pasję i pełnienia roli ojca. O dramatycznym rozdarciu między powołaniem nadającemu sens życia a zobowiązaniami, który chciał pogodzić rozwiązaniem genetycznym. Dziedziczność muzyczna miała być antidotum na rutynę i głuchotę ludzkości.
Należałam do osób głuchych.
Jakżeż dobrze opisywały moje podejście do opowieści Petera te zdania – W przeciętnym arcydziele widziała mniej więcej tyle samo, ile pierwszy lepszy człowiek w kupie zmokniętego kartonu. Nie chciała jednak przejść w niebyt głucha na to, co tylu ludziom nadawało sens życia. Starałam się usłyszeć, co Peter miał mi do powiedzenia, a on dokładał wszelkich starań, bym usłyszała to, co on. Od głosu kobiety wypowiadającej „Kto tam?” jako dwie akcentowane ósemki i jedna ćwierćnuta; opadająca kwinta, a po nie seksta w górę po muzykę, która unosi się na niebie kłębami chmur, a piosenki rozpierzchają się wśród gałązek krzywej strzechy. Był moim przewodnikiem po dziełach wielkich kompozytorów, których odsłuchiwałam w realu, czytając jednocześnie jego opisy dotyczące ich fabuły, niesionych emocji, intencji autora, pojawiających się po kolei instrumentów i ich roli oraz kompozycji. Tak samo przedstawiał mi swoje utwory. Doceniałam jego wirtuozerię słów. A potrzeba jej koniecznie, by głuchemu przekazać piękno dźwięku i odkryć przed nim urodę i tajemnice tego świata. Ale czasami, kiedy Peter zapominał o tym i zaczynał używać terminologii fachowej, gubiłam się. Po takich zdaniach – Greckie stopy metryczne: amfimakr i antybakch. Hinduskie tale. Rytmy palindromiczne brzmiące tak samo, niezależnie od tego, czy się je gra od początku do końca, czy na wspak. Urywany synkopowany rytm Strawińskiego. Średniowieczna izorytmia, czyli zataczające wielkie koła schematy metryczne. – słyszałam... ciszę. Niestety, do pełnego odbioru piękna tej opowieści, trzeba mieć przynajmniej podstawową wiedzę muzyczną. I w tym sensie historia współczesnego Orfeusza, jakich wokół mnie jest wielu, nadal pozostaje dla mnie w jakiejś mierze hermetyczną. Z żalem muszę przyznać, że ludzie muzyki (szczęśliwcy!), usłyszą w tej książce dużo więcej niż ja, dalsze niesłychane melodie, tematy schowane prostopadle w innych solówkach bądź też zakopane niczym niejasne hasła krzyżówkowe i ukrywające klucz do ich rozszyfrowania w następnych, mających dopiero powstać podpowiedziach.
Pocieszam się jednym – Peter też nie był idealny, bo czytanie mu nie szło. Els był stworzony do słuchania muzyki. Może słuchanie muzyki mi nie idzie, ale za to jestem stworzona do czytania.
Mój świat otwierają i tworzą słowa.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ileż ja "zobaczyłam" w tych Pieśniach na śmierć dzieci Gustava Mahlera dzięki Peterowi!
sobota, 03 stycznia 2015
Zniszcz ten dziennik – Keri Smith



Zniszcz ten dziennik: kreatywna destrukcja – Keri Smith
Przełożyła Julia Tokarczyk
Wydawnictwo K.E. Liber , 2014 , 224 strony
Literatura amerykańska


Książka, która zrobiła myk w prawo, kiedy spodziewałam się myku w lewo!
Taka okazała się kreatywna! Leżała sobie spokojnie na półce księgarskiej, epatując obrzydliwą taśmą oklejającą jakiś skrawek papieru na okładce.

A któż ją tak oszpecił i dlaczego taką krzywdę bidulce zrobił? – pomyślałam, biorąc ją do ręki. I wtedy odkryłam niespodziankę! Ona taka miała być, prowokująca do szpiku kości swoją nonszalancją w łamaniu zasad czytelniczych. Tył książki był jeszcze ciekawszy:

Tak, tak! Miałam ją sobie samej, do siebie przez siebie wysłać i cieszyć się, że listonosz przyniósł mi książkę. Brakowało mi polecenia, żebym udawała, jakoby nie wiem od kogo. Jeszcze jej nie kupiłam, a już czułam przedsmak przyszłej radości otrzymania. Długo zastanawiałam się nad jej nabyciem. I tutaj sama sobą się zadziwiłam, bo jakże to? Ja, która lubi nowinki i słucha się zaprzyjaźnionej młodzieży powtarzającej niezmiennie, że należy łamać schematy, z góry odrzucam coś, co właśnie je łamie? Z drugiej strony szept dziwującej się pani obok, że co to ludzie nie wymyślą, żeby zarobić? A kto nie chce? – pomyślałam, dodając przekornie – wymyśl, odkryj niszę, stwórz książkę, która okaże się światowym bestsellerem, zamiast uprawiać łatwiejsze krytykanctwo, bo krytyka już jest w uprawie trudniejsza. Hitem na polskim rynku wydawniczym również, bo książka robi ogromną furorę zwłaszcza wśród gimnazjalistów – poinformowała mnie pani z księgarni. Nabyłam ją, ale nie wysłałam. Kulturalnie, jak na wapniaka czytelniczego przystało, przywiozłam ją sobie. Niech będzie, że przejawiłam kreatywność, wybierając inny środek transportu, a za znaczek robił bilet autobusowy. Czułam się rozgrzeszona!
Do pierwszego zajrzenia za okładkę!
Najpierw podtytuł – kreatywna destrukcja – zapowiedział, że to jeszcze nie koniec. To dopiero początek czekającej mnie przygody, zaczynający się lojalnym ostrzeżeniem:

Spośród wielu materiałów potrzebnych do tej destrukcji takich jak: łzy, pogoda, ślina, zapałki, ostre przedmioty czy brud, wybrałam angielską klasykę czyli herbatę:

Ale nie, żebym dała się namówić na to zadanie!

Co to, to nie. Absolutnie! Ten „materiał” posłużył mi do uspokajania się, kiedy czytałam kolejne, podnoszące mi ciśnienie, zadania. Miałam wrażenie, ze autorka po kolei brała odwet za wszystkie zakazy, nakazy i wytyczne jedynego słusznego i kulturalnego postępowania z książką. Proponowała cięcie, zaginanie rogów, rysowanie, dziobanie, wydzieranie kartek, deptanie, plamienie, a nawet to, co czytelnicy uwielbiają robić, kiedy nikt nie patrzy – bazgranie. Przygotowała do tego celu specjalną stronę imitującą tekst, po to, by przypominać książkę utrwaloną w Twojej pamięci, tę samą książkę, w której w dzieciństwie w tajemnicy pisałeś kredkami. Może ktoś Cię kiedyś za to skarcił.

Hulaj dusza, bibliotekarzy i księgarzy nie ma, a ostatni czytelnik pamiętający papierową książkę odszedł do Krainy Wiecznego Druku! Weź odwet za lata tłamszenia twoich pomysłów, niemożności wyrażania emocji i myśli, karcenia po łapach, zawstydzania, obchodzenia się z książkami, jak z jajkiem i czytania tylko po umyciu rąk! Smaruj ją teraz, plam, depcz, kop, wycinaj, pluj, sklejaj, wyszywaj w niej, rób samolociki i łańcuszki, weź ją pod prysznic, ciągnij na sznurku, powieść ją, umyj nią samochód i pozwól przyjaciołom też z nią zaszaleć. Bez ograniczeń! Bądź przy tym bardziej kreatywny niż sama autorka! Wyżyj się! Papier cierpliwy jest, nie odda, nie krzyknie z bólu, wszystko zrozumie, przyjmie i nie zdradzi, jakich czynów się dopuściłeś i jakiego dna musiałeś sięgnąć, żeby na zgliszczach ruin zobaczyć swoją kreatywność i z niej stworzyć nową jakość.
Nowy dziennik!
Bo to, przypominam, kreatywność destrukcyjna, która z czasem zamienia się w destrukcję kreatywną. Na końcu tej apokalipsy ma powstać zupełnie coś nowego, coś innego, coś bardzo osobistego. Powstałe na jednakowej bazie, miało być, jak Feniks odrodzony z popiołów - różne i różnorodne w swojej nowej formie i wydaniu. Dziennik niby ten sam, a jednak inny, bo silnie i skrajnie spersonalizowany.
O mało nie zachlapałam książki, tak mi ręka z herbatą zadrżała, gdy odkryłam tę myśl!
Nawet mi zaczęły się niektóre zadania podobać! Te bardziej dla wapniaków czytelniczych – naklejanie etykiet z owoców, zrobienie sobie listy zakupów czy spryskanie strony ulubionym zapachem:

O zgrozo! Jedno nawet wykonałam!

Wprawdzie w połowie, bo tylko policzyłam, ale nie zapisałam na rogach. Nie żeby mnie wciągnęła i przekonała. Co to, to nie! Zrobiło mi się pół zadania przy okazji - musiałam policzyć strony, żeby opisać książkę. I na tym skończyła się moja kreatywność. Na dodatek bez destrukcji. Mój dziennik po przygodzie z nim pozostał takim, jakim go stworzyła autorka. Nie pokażę go, bo nie mam się czym pochwalić. Jest nadal dziewiczy i czeka na kreatywnego destruktora.
Ale inni chwalą się z dziką radością, bawiąc się przy tym świetnie i odkrywając w sobie pokłady pomysłów i twórczego podejścia do zadań. Przejrzałam Internet w poszukiwaniu ostatecznych efektów i byłam pełna podziwu dla pomysłów. Niektóre to małe dzieła sztuki! Jeśli dziennik miał szczęście trafić do destruktora ze zdolnościami plastycznymi, to można dostać oczopląsu z zachwytu. Z ogromną chęcią obejrzałabym więcej takich dzienników „po” wyrażające właściciela i maksymę - pokaż mi swój Zniszcz ten dziennik, a powiem tobie kim jesteś.
Pozostało mi jedno pytanie, którego nie potrafię jednoznacznie rozstrzygnąć – czy to jest jeszcze książka, czy już nie?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 31 grudnia 2014
Antropozoficzna cywilizacja uzdrowienia – Maja Dobiasz



Antropozoficzna cywilizacja uzdrowienia: mit, utopia, rzeczywistość – Maja Dobiasz
Wydawnictwo Naukowe Katedra , 2014 , 178 stron
Literatura polska


Bardzo tajemniczy tytuł, który, aby dobrze zrozumieć, przeczytałam kilka razy. Informacja umieszczona z tyłu książki, mająca z reguły wyjaśniać, jeszcze bardziej skomplikowała moje dociekania takim zdaniem – Antropozofia jest niezwykle złożonym zjawiskiem. I muszę po lekturze tej publikacji przyznać rację jej autorce, ponieważ teraz, kiedy chcę przekazać najważniejsze moje wrażenia polekturowe, mam problem, jak opisać ten nurt filozoficzny najprościej.
I już w tym momencie zaczynają się schody.
Bo dla jednych to filozofia, dla innych droga do zrozumienia religii, dla zwolenników zaangażowanych nawet religia, a dla Kościoła katolickiego sekta, do której Benedykt XV zabronił swoim wiernym należeć. A dla mnie antropozofia była światopoglądem Rudolfa Steinera, którego szkoły, znane jako waldorfskie, poznawałam kiedyś zawodowo. Nigdy nie przekroczyłam w dociekaniach granic pedagogiki waldorfskiej. Nie uważałam, że muszę się zaangażować duchowo, by ją poznać.
Podobną taktykę przyjęła autorka tej publikacji.
Zainteresował ją jeden wycinek rzeczywistości antropozoficznej – aspekt medyczny. Zanim jednak do niego przeszła, wyjaśniła pojęcie antropozofii, przytaczając definicje z różnych stron barykady sporów. Powiedziałabym nawet, że wojny. Bo antropozofia wzbudza emocje, generuje dyskusje, rodzi podejrzenia, a już na pewno zaciekawia. Bezspornie jest bardzo interesującym podejściem do świata i człowieka w nim. Sama autorka zachowała jednak postawę bezstronnego badacza, niezaangażowanego duchowo obserwatora z zewnątrz, który patrzył i słuchał. Nie wykluczało to jej aktywnego udziału w warsztatach, wykładach, spotkaniach, zajęciach czy zgłębiania literatury przedmiotu i podmiotu. Oglądała również filmy. I to nie było zaangażowanie w potocznym rozumieniu, ponieważ w przypadku antropozofii zaangażowanie zaczyna się na etapie wnikania, badania i przeżywania duchowego. Podobno to jedyna droga do pełnego poznania antropozofii. Autorka definitywnie odcięła się od takich metod badawczych, ograniczając się do sfery kulturowej i wykorzystując do tego celu antropologiczny warsztat badawczy. To swoje podejście wyraźnie zaznaczyła w tytule jednego z rozdziałów – Antropolożka wśród i wobec antropozofów.
Byłam jej za to bardzo, bardzo wdzięczna.
W ten sposób miałam przed sobą bezstronną, niezaangażowaną emocjonalnie i duchowo pozycję, która poukładała mi chaos informacyjny, pozostawiając to zagadnienie mojej ocenie. Zaczęła od historii antropozofii na świecie i w Polsce. Przedstawiła w bardzo nietypowy sposób życie i działalność jej twórcy Rudolfa Steinera. Poszczególne etapy jego życia były opowieścią wędrówki człowieka ulegającego przemianom i inicjacjom zestawionym z archetypami niczym w mitologii, których efektem była nowa jakość relacji ze światem zewnętrznym. Stworzył światopogląd, a potem go wcielał praktycznie w życie, tworząc alternatywną cywilizację do zastanej z siedzibą Goetheanum w szwajcarskim Dornach.

Wikipedia

W tym momencie miałam już poukładany zarys obrazu antropozofii jako złożonego systemu hermetycznej subkultury, ponieważ, według autorki, najbliżej jej do utopii zakonu. Formacji proponującej alternatywny sposób życia w nowej cywilizacji, zbudowany na duchowych odkryciach. Z ludem wybranym, z religią czerpiącą z chrześcijaństwa i z własnymi dziedzinami życia społecznego – pedagogiką, sztuką, w której architektura,

Wikipedia

rzeźba,

Wikipedia

czy wystrój wnętrz,

Wikipedia

kierowały się zasadami antropozoficznymi, ekonomią z własnymi bankami, rolnictwem czy medycyną.
To właśnie tej ostatniej dziedzinie, jako niezwykle ciekawej, autorka poświęciła pozostałą część publikacji, przedstawiając w niej swoje badania. Muszę przyznać, że zebrany materiał wywarł na mnie duże wrażenie. Holistyczne podejście do człowieka to jest to, czego brakuje w medycynie konwencjonalnej. Pojęcie uzdrawiania w tej pozycji ma jeszcze drugie znaczenie. Jest ono zawarte w tytule. Według antropozofów to remedium i jedyna droga, by uzdrowić naszą tradycyjną cywilizację. Jest odpowiedzią na choroby ją trawiące – rozwój technologiczny, klonowanie, modyfikacja genetyczna, postępujący materializm, negacja duchowości, rozpad moralny, degradacja rodziny czy zatrucie środowiska. Szanse na powszechne przyjęcie tego światopoglądu w świecie autorka oceniła tak – prawdopodobnie globalne upowszechnienie założeń antropozoficznych jeszcze długo się nie dokona.
A w Polsce?
W XX wieku otwartość Polaków na nią ocenił nasz rodzimy antropozof Robert Walter – Antropozofia nie jest dla Polaków, tu jest wymagany zupełnie inny poziom świadomości. No tak, wtedy przede wszystkim myśleliśmy o odzyskaniu niepodległości, a tradycja, wiara ojców i Kościół katolicki były źródłem naszej jedności i siły. Nie w głowie były nam jakieś antropozofie.
Ale teraz, dzisiaj...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj (część 2 , część 3) obejrzałam sobie antropozoficzną klinikę i jej metody leczenia pacjentów.

Jeśli kogoś zainteresował temat i chciałby otrzymać w prezencie tę pozycję ufundowaną przez Wydawnictwo Naukowe Katedra, proszę o taką informację w komentarzu oraz w e-mailu napisanym na adres clevera@gazeta.pl. Otrzyma ją pierwsza, chętna osoba.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Minuty: reportaże o starości – Iza Klementowska



Minuty: reportaże o starości – Iza Klementowska
Wydawnictwo Dom Wydawniczy PWN , 2014 , 288 stron
Literatura polska


Starość nie radość!
Ile jest prawdy w tym bardzo popularnym powiedzeniu, któremu często towarzyszy westchnienie lub śmiech? W tej książce znalazłam na to pytanie odpowiedź, chociaż sięgnęłam po nią z innego powodu. Od niedawna ten stan stał mi się bardzo bliski z dnia na dzień.
Dosłownie.
Jednego dnia moja mama była pełną wigoru, silną kobietą, a następnego dnia schorowaną staruszką. Coś jest na rzeczy w innym powiedzeniu, że starości, jej powolnego procesu nie zauważa się. A ona jest, towarzyszy człowiekowi od momentu narodzin. Być może to moja mam ją ukrywała, a być może to ja nie chciałam jej dostrzec. Pogodzić się z myślą, że moja supermama wkroczyła w ostatni etap swojego życia, jest bardzo trudno. Jeszcze trudniej zmienić rolę z poszukującej wsparcia, na tę, która ją daje. I że w tej nowej dla mnie sytuacji to ja będę musiała się do tego stanu dostosować. Zmienić perspektywę patrzenia, sposobu zachowania, a nawet mówienia. Ale jak to zrobić? Skąd mam wziąć wiedzę o stanie, którego jeszcze nie doświadczyłam? Jak uniknąć błędów zaniechania, niedopatrzenia czy nawet nadopiekuńczości?
Ta książka miała mi w tym pomóc.
Podeszłam do niej bardzo praktycznie, licząc na wskazówki, rady czy wyjaśnienia. I takie też znalazłam w bardzo rzeczowym wywiadzie z psychologiem ze szpitala geriatrycznego. To był jedyny rozdział w tej publikacji, w którym o starości opowiada wprawdzie specjalista, ale jednak osoba z zewnątrz. Ta rozmowa pełniła rolę podsumowania wszystkich umieszczonych przed nią w zbiorze reportaży.
Niezwykle emocjonalnych.
Historii starszych osób składających się na niejednolity obraz starości. Losów różnych ludzi (zwykłych i tych znanych), w różnych miejscach ich pobytu (hospicjum, mieszkanie własne lub dzieci, dom pomocy społecznej), w różnych sytuacjach (relacje z innymi ludźmi i relacje intymne z partnerem) i opowiedziane w różny sposób. W formie opowieści, rozmowy, dziennika czy listów.
Łączyło je jedno.
Bohaterem był starszy człowiek i jego perspektywa patrzenia na świat, na swoje przeszłe i obecne życie. Zupełnie odmienne i dalekie od stereotypowego wyobrażenia, że starość to brak pracy, siedzenie w domu bez wychodzenia nawet na chwilę, nogi odmawiające posłuszeństwa, osłabienie, trudności z higieną, dolegliwości, niedosłuch, poczucie bezradności – jak zauważa wspomniana wcześniej psycholog.
Co nie znaczy, że tak nie bywa.
Bywa, ale nie tak powszechnie i generalnie, jak sądziłabym przed przeczytaniem tego zbioru reportaży. Teraz wiem, że starość będę miała taką, jaką sama sobie wypracuję już teraz, w tej chwili. Im wcześniej, tym lepiej. Zarówno od strony fizycznej (jedzenie i ruch), jak i psychicznej, na którą składają się pozytywne relacje z bliskimi (rodzina i znajomi) oraz pasje. Na tych trzech filarach opiera się dobra starość.
Czyżbym znalazła na nią receptę?
Być może. Ale to mój wniosek, bo autorka daleka jest od udzielania rad czy podawania skutecznych rozwiązań. Ona tylko pokazuje różne drogi ludzkich losów dochodzenia do starości jako wypadkowej całego życia. Wnioski mam sobie zbudować sama, więc je sobie zbudowałam.
Zauważyłam coś jeszcze.
Autorka każdy reportaż poprzedzała swoistym mottem w postaci krótkiej informacji nawiązującej tematem do treści o starości lub traktowaniu ludzi starych w innych kulturach. To co mnie uderzyło, to ich adekwatna relatywność do zjawisk zachodzących w naszej kulturze. Łącznie z eutanazją, oddawaniem rodziców do domów opieki czy przedmiotowym traktowaniem przez opiekunów. Różnica polegała na tym, że nasze „cywilizowane” podejścia i rozwiązywanie problemów dokonywane jest w „białych rękawiczkach”. To porównanie odbierało mi dobre samopoczucie i spokój sumienia. Wcale nie jesteśmy bardziej humanitarni dla ludzi starszych. Wystarczy przytoczyć dialog dwóch starszych kobiet, by w tym ich czarnym poczuciu humoru (bo co im pozostało? – śmiać się!), poczuć niesmak i refleksję, że coś z tym naszym społeczeństwem jest nie tak:
- Mamo, już obie dla świata jesteśmy niewidoczne.
- Nie dla wszystkich. Niektórzy jeszcze na nas napadają...

Ale nie tylko o smutku i goryczy są te reportaże.
Wbrew tytułowi i stereotypom, z którymi się natychmiast kojarzy, kipi radością. Bo starość może tętnić życiem bardziej niż za młodu. Jego smak, według wielu bohaterów reportaży, można poczuć dopiero na emeryturze, kiedy mogą nareszcie realizować swoje pasje i marzenia. Odkrywać prawdziwych siebie i pełniejsze sposoby życia tak, jak pan Tadeusz, który żyjąc w kokonie zahamowań, poczuł się nagle wolny. Można się nawet zakochać tak, jak pan Zbigniew, który po dwóch nieudanych związkach, miłość swoje życia spotkał w jego jesieni.
Te opowieści ludzi u schyłku życia uzmysłowiły mi coś jeszcze – niewidoczność starości.
Jej przezroczystość. Została wyparta przez kult młodego i jędrnego ciała, zepchnięta na margines życia społecznego, zamknięta w hospicjach, szpitalach i domach jako coś brzydkiego, wstydliwego, niewygodnego, a przede wszystkim przypominającego, co nas wszystkich czeka. Tylko że nie da się jej ukryć lub wyprzeć ostatecznie. Zaakceptowanie jej obecności, oswajanie się z nią na co dzień, zauważanie w niej swojej przyszłości (jeśli się dożyje), to danie sobie szansy na zbudowanie trzech, osobistych filarów dobrej starości – miłości, zdrowia i pasji. Każdy z tych reportaży pokazywał wersję bez jednego z tych filarów. W pierwszym reportażu Minuty bohaterka nie miała pasji, spędzając czas na wpatrywaniu się w zegar, mimo że miała zdrowie i miłość bliskich. Podobnie w przypadku angielskiego małżeństwa, które z nudów stale zmieniało wystrój mieszkania. I tak po kolei z każdą historią, w której czegoś zabrakło z tej podstawy. Bazy dobrej starości.
To dla mnie, wbrew pozorom, bardzo optymistyczna publikacja.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Miałam ogromną ochotę włączyć się do dyskusji redaktorki z autorką na temat jej książki.

piątek, 26 grudnia 2014
Afro-Warszawa – Jacek Łagowski, Mamadou Diouf , Paweł Średziński



Afro-Warszawa – zdjęcia Jacek Łagowski ; tekst Mamadou Diouf , Paweł Średziński
Wydawca Fundacja „Afryka Inaczej” , 2011 , 96 stron
Literatura polska


Przyniosłam prezent!
Nareszcie mam książkę, którą mogę podzielić się on-line ze wszystkimi chętnymi i ciekawymi tematu. Namówić na wspólne oglądanie. Bo to nie jest zwykła książka. To album z fotoreportażem, w którym jest minimum tekstu i bardzo dużo pięknych zdjęć.

Nie oglądałam jej sama. Miałam towarzyszkę. Niezwykłą nastolatkę, bardzo otwartą całym swoim sercem i umysłem na problemy ludzi i świata. Aktywnie działającą. Otrzymała ją w prezencie, z którym chciała się ze mną podzielić. Tej publikacji nie można nigdzie kupić. Została wydana przez Fundację „Afryka Inaczej” działającą między innymi na rzecz dialogu międzykulturowego, oswajając Polaków z innością, odmiennością oraz promującą Afrykę w Polsce i Polskę w Afryce. Tym bardziej cieszę się, że mogę udostępnić fotograficzną relację z Warszawy pokazującą jej afrykańską stronę. Tę bardzo widoczną na ulicy, przykuwającą wzrok swoją odmiennością,

ale i urodą studentek.

Ale i tę niewidoczną, ukrytą w sercu. Bo, czy ktoś rozpoznałby w tym polskim mundurze pasjonata rekonstrukcji historycznych, osobę o korzeniach malgaskich?

Fundacja tworząc ten projekt, chciała uświadomić, że są to ludzie mieszkający od kilkudziesięcioleci wśród nas tak, jak współautor tekstów, Senegalczyk w Polsce od 27 lat w dniu wydania albumu. Teraz będzie równe 30. Osoby pracujące w różnych zawodach – artyści, lekarze, aktorzy, wykładowcy akademiccy, kierowcy, biznesmeni, a nawet księża. Autor zdjęć Jacek Łagowski podejrzał ich w miejscu pracy lub poza nią. W sytuacjach prywatnych i w miejscach publicznych. Oglądałyśmy sobie ten album chłonąc piękno zdjęć, ale i odczytując treść niesioną przez nie. Miałyśmy o czym dyskutować – o migracji ekonomicznej i politycznej, o ciężarze udźwignięcia przez nasz kraj fali uchodźców, o lęku rodaków przed rozmyciem się polskiej tradycji i obyczajów, o rasizmie, o tolerancji oraz nienawiści i wreszcie o autorach takich projektów, chcących swoimi działaniami zburzyć mury niepewności wobec odmienności, lęku przed nieznaną kulturą, nienawiści wyrosłej na bazie uprzedzeń i niedoinformowania. Patrzyłyśmy na problem z różnych punktów widzenia – i tych za, i tych przeciw. Przyjemnie się rozmawiało z tak otwartym umysłem. Patrzyłam na nią z podziwem dla dojrzałego podejścia do wielu zagadnień związanych z tematem i myślałam sobie – mamy piękną i mądrą młodzież!
Ale wystarczy tego gadania.
Zapraszam do oglądania albumu dostępnego na stronie portalu Afryka.org i do przemyśleń. Niech towarzyszą temu gorące rytmy afrykańskich bębnów z wernisażu wystawy "Afro-Warszawa" w warszawskim Domu Spotkań z Historią.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70
| < Luty 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28  
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
jeszcze takiej nie znalazłam :)
A w styczniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (661)
Mój top czytanych w 2014
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi