Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 22 listopada 2014
Wrota piekieł. Ravensbrück - Anja Lundholm



Wrota piekieł. Ravensbrück - Anja Lundholm
Przełożyła Ewa Czerwiakowska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2014 , 307 stron
Seria Świadectwa. Niemcy XX Wiek
Literatura niemiecka


Wątpiłam.
Każdej emocji i każdej reakcji mogłam spodziewać się w trakcie czytania tych wspomnień. Przecież przepłynęłam przez morze, jeśli nie ocean, literatury obozowej. Żadne uczucie nie było mi obce. Ale, że będę wątpić w obrazy, które oglądałam? A przecież wiedziałam, że na pewno wydarzyły się, że były prawdziwe i potwierdzone, bo wspomnienia autorki ukazały się po raz pierwszy w 1988 roku w RFN, a w Polsce dopiero teraz. Był czas na weryfikację, zwłaszcza że ich ukazanie się nie było wygodne dla ówczesnych władz niemieckich w NRD. Wręcz niepożądane. Nie tylko dlatego, że tematem był niemiecki obóz koncentracyjny w Ravensbrück znany przede wszystkim z pseudomedycznych doświadczeń na więźniarkach, ale również dlatego, że autorką była Niemka pochodzenia żydowskiego. Uczestniczka ruchu oporu, znienawidzona przez własnego ojca Niemca, zdeklarowanego nazistę, a osierocona przez matkę, Żydówkę, samobójczynię. Osoba, która – jak napisała tłumaczka Ewa Czerwiakowska we wprowadzeniu – sporządziła literacki zapis doświadczenia obozu, świadectwo wyjątkowe, dotykające sedna systemu zniewalania i deprawowania jednostki. Nie ferując wyroków, pokazała, co obóz robił z ludźmi – niezależnie, do jakiej kategorii przypisali ich sprawcy.
Długo zastanawiałam się, skąd u mnie pojawiła się postawa niedowierzania?
Myślę, że pierwszym czynnikiem był punkt widzenia autorki–Niemki doświadczającej upokorzeń i cierpienia ze strony rodaków i traktowanej dokładnie tak samo, jak więźniarki innych narodowości oraz groza świadomości mechanizmu, że nie chce się wierzyć własnym oczom. Albo że nie można uwierzyć w to, co się dzieje dookoła. Jak przyjąć do wiadomości, że urodziło i wychowało się wśród tych ludzi i że spędziło się dzieciństwo wśród masowych morderców?

Miała dopiero 21 lat i kilkumiesięczną córeczkę, którą musiała zostawić bez opieki, kiedy zgarniali ją gestapowcy. Trafiła do obozu Ravensbrück wiosną 1944 roku w jego schyłkowej fazie funkcjonowania prosto do tak zwanych slumsów jako „dyspozycyjna”. Tak nazywano miejsce położone najniżej w hierarchii obozowej. Została nikim do wszystkiego z szansą przeżycia jak w rosyjskiej ruletce. Udało jej się, ale obóz pozostał w niej na zawsze.

Tego obrazu piekła, na który składały się baraki, alejki i krematoryjny komin, nie pozbyła się nigdy. O swym okresie po wyzwoleniu mówiła: "Nie mogłam oswoić się z normalnym życiem. Ciągle jeszcze byłam więźniarką – zresztą do dzisiaj się z tego nie wyzwoliłam".
Drugim czynnikiem mojego zwątpienia był kontekst ideologiczny, którego nie znali więźniowie innych narodowości. Autorka, świadek przemian politycznych i ideologicznych w Niemczech, potrafiła wytłumaczyć obrazowo, na konkretnych i drastycznych przykładach, postawę nadzorczyń. Obnażyć ich automatyzm, bezrefleksyjność, bezwarunkową wiarę w ideologię państwa i przekonanie w spełnianie dobrych uczynków dla swego narodu, chcąc wyrżnąć w pień to diabelskie nasienie. Najlepiej i najcelniej tę postawę oddaje ten opis nadzorczyni chłoszczącej leżącą na ziemi dziewczynkę, którą w końcu zatłukła: „Dlaczego zabija pani to dziecko?” – Nigdy nie zapomnę jej oczu. Spojrzenia jakim mnie obrzuciła. Tam nie było nienawiści czy gniewu, nawet nie było pogardy, nic poza odruchem zdziwienia. Naiwne, niebieskie, okrągłe oczy z małymi źrenicami, które wyglądały jak plamka zrobiona pędzelkiem. „To przecież nie jest dziecko”. Brzmiało w tym zdumienie, mniej z powodu tego zdania, bardziej dlatego, że więźniarka, najwidoczniej też Niemka, powiedziała coś tak niedorzecznego. To dlatego nie zadawałam sobie pytania – jak one mogły, tak postępować? Bo wiedziałam, dlaczego tak postępowały, dlaczego działały, jak dobrze zaprogramowany automat.
Trzecim czynnikiem był sposób narracji – relacja pierwszoosobowa w czasie teraźniejszym. Nie było przeszłości i nie było przyszłości. Istniało tylko tu i teraz oraz ciągłe wahanie między wolą życia a beznadzieją. Stawiało mnie to w sytuacji logiki myślenia dokładnie takiej, jak więźniarki, czyniło ich towarzyszkami, doświadczało w danej chwili, nie pozwalało myśleć, ograniczało sięganie do wiedzy posiadanej. Do informacji, które podsuwały bezpieczną perspektywę patrzenia na wydarzenia, stwarzając tym samym dystans wobec emocji. Bez tego reagowałam podobnie, jak inne uwięzione kobiety. Obraz dziecka roztrzaskiwanego główką o mur w obecności matki u jednych wywoływał psychiczny stupor, u innych nerwowy chichot, inna po prostu zwariowała, jeszcze inna odwracała wzrok, a ja nie dowierzałam. Widziałam i nie wierzyłam w to, co widzę. W to, co opowiadała mi Anja, która zadawała pytanie współrodaczkom – Tylko dlaczego my, urodzone w Niemczech, z takim trudem jesteśmy w stanie uwierzyć w to, co widzimy? Cudzoziemki, które pochodzą z 23 krajów, są bardziej trzeźwe. Dlaczego ja, nie byłam trzeźwa? Uświadomiłam sobie, że autorka stylem przekazu pokazała mi obóz oczami Niemki więzionej przez rodaków, która abstrakcyjne doniesienia sprzed aresztowania musiała przełożyć sobie na rzeczywistość, walcząc z mechanizmem wypierania, w którym nie chce się wierzyć własnym oczom. To stąd tyle niedowierzań było we mnie.
Jestem jej wdzięczna za to nowe spojrzenie.
Widziałam obóz ten sam, jaki poznawałam od strony Polaków i Żydów, a jednocześnie zupełnie inny, odmienny, jeszcze mi nieznany, w którym nawet napis Arbeit macht frei zmieniał swoją wymowę z cynicznej, znanej mi z Auschwitz, na sentencję nagrobną w przypadku Ravensbrück. Bo jak napisała wspomniana wcześniej autorka wprowadzenia – nigdy nie będziemy mieli pełnego dostępu do tamtego świata, każde zaś świadectwo jest zaledwie kamykiem w nieskończonej mozaice. Układam te kamyki niestrudzenie od kilkudziesięciu lat i zaczynam dostrzegać jej złożoność. Dzięki takim pozycjom, niepublikowanym w Polsce w czasach komunizmu, w których Niemcy byli tylko źli, układana mozaika przestaje być prosta, a zaczyna być skomplikowana. Nawet bardzo. Bo oto okazuje się, że w każdym obozie istniało tysiące różnych obozów – jak napisała francuska więźniarka z Ravensbrück. Autorka miała swój obraz obozu i ja mam swój obraz, w którym obóz Anji jest jednym z elementów mojego. Zaledwie wycinkiem.
Czytając te wspomnienia pamiętałam, że gdzieś tam niedaleko leży Krysia, Wanda i wiele innych Polek w roli królików doświadczalnych, których nocny krzyk niósł się przez nieszczelne okna i ściany baraku. Anja wiedziała, że to krzyczą ludzie, kobiety okaleczone pseudomedycznymi eksperymentami na rewirze, pokrojone, wielokrotnie sztucznie infekowane bakteriami gangreny. Podobno umierają w straszliwych mękach bez środków uśmierzających. Podobno... Mówią, że... Chyba... Same domysły. Ja wiedziałam, że na pewno. Znałam ich imiona i nazwiska, znałam skalę cierpienia, z którymi podzieliły się ze mną w książkach: Ponad ludzką miarę oraz I boję się snów. Wiedziałam też, a to przynosiło mi pewną ulgę, co stanie się z oprawcami dzięki opracowaniom popularnonaukowym Sprawczynie oraz Piękna bestia.
Ta pozycja ma jeszcze jedną, ważną i nieocenioną wartość.
Pokazuje nie tylko, że w Niemczech istniał ruch oporu, że byli Niemcy inaczej myślący i niebojący się tego okazywać oraz o tym mówić, ale ukazuje również relatywizm i podobieństwa totalitaryzmu faszystowskiego i komunistycznego. Autorka wywołując z pamięci swoje współtowarzyszki obozowe, zawsze podawała przyczynę ich osadzenia. Wyrok można było dostać za wszystko – ukrywanie Żydów, defetyzm, krytykę faszyzmu, brak porteru führera, pomstowanie na nazistowskiego funkcjonariusza, nieoddanie honoru fladze, nieusprawiedliwioną nieobecność w zmilitaryzowanym zakładzie, kradzież puszki lub w wyniku donosu. Nawet własnego ojca na córkę czego Anja jest idealnym przykładem. Zupełnie jakbym czytała rozdział o powodach aresztowania w Archipelagu GUŁag Aleksandra Sołżenicyna.
I z tym ostatnim skojarzeniem wiąże się moja jeszcze jedna refleksja.
Ze smutkiem przyglądałam się więźniarkom politycznym z czerwonym trójkątem na pasiaku zapatrzonym w komunizm. Stalinistkom, które walczyły przeciwko brunatnemu złu, chcąc służyć złu czerwonemu. Nie miały świadomości, że zamieniają lager na łagier. Ta ich nieświadomość bezcelowego cierpienia, pełnego nadziei i hartu ducha, przygnębiała mnie.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj zwiedziłam obóz-muzeum dokładnie tak, jak sama bym chciała. W ciszy, w skupieniu, bez "upiększającej" muzyki w tle, skupiona na każdej cegle, murze, oknie, ścianie, nakładając na nie przeszłość, jak przezroczysty slajd.
niedziela, 16 listopada 2014
Rykoszet - Sandra Brown



Rykoszet - Sandra Brown
Przełożyła Joanna Grabarek
Wydawnictwo Świat Książki , 2014 , 430 stron
Literatura amerykańska


Dobry romans przeczytałam!
Zaraz, zaraz – może powiedzieć ktoś, kto tę powieść czytał – nie zgadzam się z takim jej zaszufladkowaniem. To zdecydowanie thriller - powie.
I kto z nas będzie miał rację?
I ja, i protestujący. Bo ta powieść określa siebie tak, jak chce czytelnik. A to dzięki dwóm dominującym i rozbudowanym wątkom - kryminalnemu i erotycznemu.
Jeśli ktoś będzie szukał kryminalnej zagadki do rozwiązania w dusznej atmosferze thrillera z nieboszczykiem, detektywem i podejrzanymi, to ją tutaj znajdzie. Dostrzeże małżeństwo wplątane w przypadkowe zabójstwo w obronie własnej. Będzie z napiętą uwagą śledził dynamiczny rozwój wydarzeń składających się na wyjaśniające dochodzenie, prowadzące do finału. A po drodze nie będzie mu łatwo wytypować zabójcę, zwłaszcza że pojawią się nowe ofiary śmiertelne, a niejednoznaczność zachowań bohaterów wprowadzi zamęt w logice myślenia.
Jeśli jednak ktoś będzie chciał przeczytać powieść erotyczną, w której wątek kryminalny będzie dla niego tylko tłem i ciekawym dodatkiem podnoszącym napięcie w już i tak gorącej atmosferze, to ją również otrzyma.
Do tych ostatnich poszukujących zaliczam się ja.
Zaczęłam czytać tę powieść z przekonaniem, że sięgnęłam po kryminał. Jednoznaczny tytuł i informacje na okładce dawały mi taką pewność. Ale z czasem, powoli, w miarę rozwoju akcji, coraz mniej obchodził mnie trup i zabójca, a coraz bardziej to, co zaczęło się budzić między detektywem Duncanem a podejrzaną o zabójstwo Elise. Co tam dochodzenie, skoro prawy mężczyzna, mocno trzymający się zasad zawodowych i moralnych, zaczął gubić zdrowy rozsądek dla kobiety. I to jakiej! Istoty o wyjątkowej urodzie, na widok której rozum u mężczyzn powoli lub błyskawicznie przesuwa się w dolne partie ciała. Policjantka Deedee a zarazem partnerka Duncana, twardo stąpająca po ziemi, ujęła to bardziej dosadnie. Ja pozostanę przy wersji dyplomatycznej, chociaż dialogi z Deedee uwielbiałam. Zwłaszcza, gdy próbowała swojego partnera otrzeźwić, ukazując mu racjonalne spojrzenie na sprawy damsko-męskie. I nie tylko! Niestety (dla mnie stety!), u Duncana degradacja rozumu nastąpiła błyskawicznie, wprowadzając napięcie erotyczne z rodzaju tych „między ustami a brzegiem pucharu”. Było piekielne pożądanie i silne zauroczenie (które najlepiej zapić lub „uleczyć” z inną kobietą – ech ci mężczyźni!) oraz ewentualny związek bez perspektyw. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, bez wyjścia, a przez to sadomasomartyrologiczna. Dla fanów romansów – wymarzona! Etyka zawodowa detektywa wykluczała bliższe znajomości z podejrzanymi w prowadzonym śledztwie. Na dodatek Duncan, syn pastora, wyznawał przewrotną zasadę – cudzołóstwo owszem, ale nie z mężatkami. A Elise była żoną sędziego, z którym toczył wojnę na płaszczyźnie zawodowej. Przynajmniej na początku.
Dzieliło ich wszystko – status społeczny, stan cywilny, przeszłość, a łączyło jedno – pożądanie.
Również przynajmniej na początku. Bardzo silne, skłaniające do nieprzemyślanych kroków i decyzji, dyktowanych emocjami i mających poważne konsekwencje w pracy zawodowej i w sferze osobistej obojga. Sceny erotyczne, których nie ma za wiele, bo wszystko rozgrywa się w sferze psychiki i w przestrzeni kontaktów między nimi, doprowadzały do irytujących mnie emocji – no zrób to i przestań męczyć siebie i mnie lub ( w wersji z zasadami) zwariuj, ale stój na straży wartości moralnych! Huśtawka emocjonalna jak na karuzeli. Oczywiście nie zdradzę finału.
Powiem tylko, że te emocje, których w tej powieści było bardzo dużo, mocno wpłynęły na rozwiązanie wątków kryminalnych. Mam wrażenie, że zostały poprowadzone trochę życzeniowo, pod czytelnika romansu, czyniąc je trochę naiwnymi. I to może nie spodobać się fanom kryminałów. No, ale tak to jest, gdy łączy się dwa rodzaje powieści, tworząc hybrydę, którą określiłabym romansem kryminalnym. To nie jest niekorzystne, wręcz przeciwnie. Poszerza grono odbiorów. Problem polega tylko na tym, żeby ewentualny czytelnik wiedział o tym. To moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, dlatego ciekawa jestem, czy to charakterystyczna cecha pisanych przez nią powieści. A napisała ich bardzo dużo – ponad 70 romansów, kryminałów, thrillerów i powieści historycznych – przeczytałam na okładce książki. Z czego w Polsce ukazało się około dziesięciu.
Który tytuł polecacie, jako następny?

A tutaj podany jest ranking najlepszych powieści autorki, spośród wszystkich napisanych przez nią.
wtorek, 11 listopada 2014
Szum – Magdalena Tulli



Szum – Magdalena Tulli
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 189 stron
Seria Proza Pl
Literatura polska


Spośród polskich pisarzy twórczość tej autorki jest dla mnie jedyną w swoim rodzaju. Gatunkiem endemicznym w jednym egzemplarzu. Stoi na szczycie literatury wysokiej. Potem jest już tylko liberatura, do której jeszcze nie dotarłam, ale planuję. Czytając jej poprzednie powieści (chociaż do Trybów to określenie nie pasuje), musiałam brnąć przez jej świat, słowa, abstrakcje, by nie zgubić ścieżki, którą mnie prowadziła. Docierałam do końca, ale i tak miałam wrażenie, że nie pojęłam wszystkiego, że coś mi umknęło, że nie wyłapałam całości wątków i myśli w treści. Jej proza jest wybredna, bo nie przed każdym czytelnikiem się otwiera. Jej hermetyzm wynika z ogromnej dawki filozofii wynoszącej umysł czytelnika prosto do dziewiczego świata abstrakcji, którego z niczym porównać, nijak dopasować do już znanych, bo bez precedensu niemożliwym jest porównać go i posłużyć się wypróbowaną miarą. W tej twórczości trzeba być pionierem i badaczem w sytuacjach dalekich od typowych. Język przekazu opisywanych światów nie ułatwia tego zadania. Gęsty od treści, niedomówień i skojarzeń niekoniecznie doświadczanych przez odbiorcę. Brak wspólnej autopsji lub emocji oraz rozdźwięk między używanym językiem i kryjącym się za nim zasobem pojęciowym nie zachęca do zaczytywania się w prozie autorki. Brak takich kluczy zniechęca. To proza do której trzeba sięgać na palcach, bo stoi na najwyższej półce. Urosnąć w rozwoju czytelniczym, by ją przyjąć.
A mimo to, sięgam po nią z uporem maniaka.
Dlaczego?
Bo mnie zmusza do gimnastyki umysłu, do pracy nad tworzeniem nowych ścieżek rozumowania, sięgania do poprzeczki, umieszczonej gdzieś tam w górze, poznawania odmiennego pryzmatu patrzenia i wreszcie do odkrywania nietypowych światów funkcjonujących w umysłach nietuzinkowych ludzi. To mnie ciekawi i fascynuje. Mam wrażenie, że stąpam po terenach dziewiczych, odkrywam nowe lądy, poszukując bogactw dla siebie. Gdybym miała porównać świat literacki do muzyki, to twórczość autorki jest jazzem. A jak wiadomo ze znanej reklamy propagującej czytelnictwo – co czwarty Polak słucha jazzu. Magdalenę Tulli czyta, chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że co dziesiąty czytający Polak. Spośród moich znajomych jedna osoba, a i to nie przebrnęła przez Tryby. Na dziesięciu próbujących czytać, ośmiu nie dociera do końca - taki wniosek nasunął mi się po przejrzeniu portalu Lubimy Czytać. Ale za to reszta jest nią zachwycona! Niszowa literatura może ma mało fanów, ale za to, jak pięknie przekładają swoje wrażenia na słowa!
To dlatego z zaciekawieniem (co tym razem będę odkrywać i czego się nauczę?), ale i lekkim niepokojem sięgnęłam po najnowszy tytuł autorki. Od ostatniej przeczytanej przeze mnie jej książki minęło osiem lat. Byłam ciekawa, czy mój rozwój czytelniczy choć odrobinę rozwinął się? Jak będzie mi się czytało? Trochę przypominało to przygotowania do swoistego testu z pytaniem – zdam go czy nie?
Pierwszy rozdział nastawił mnie optymistycznie. Załapałam wątek, rozeznawałam się w sytuacji (bohaterowie, miejsce i czas), a i dawka filozofii mnie nie przytrzasnęła w drzwiach. Będzie dobrze! Dam radę! – pomyślałam. Toż to przecież sam egzystencjalizm z jego bólem istnienia, chociaż to też nurt filozoficzny, ale taki bardziej swojski, bardziej zrozumiały, ukorzeniony w życiu i doświadczany przez każdego. A jeśli przez każdego, to rysowała się płaszczyzna do zrozumienia, pojawił się punkt styczny i szansa na kanał łączności z autorem. To swoiste intro było grubą kreską szkicującą zarys całej powieści. Wstęp ukazujący bardzo złożony problem przede wszystkim (choć nie tylko!) relacji między córką a matką, mający swoje pierwotne źródło w przeszłości starszej z nich. Jeśli pojawił się hermetyzm w tej powieści, wynikał on z rozbieżności emocji. Jest ich tutaj dużo – trudnych, przytłaczających, mrocznych, cierpiętniczych, bolesnych, otwierających stare rany, obciążających smutkiem, apatią, prowadzących do wycofania się, do zamknięcia się w sobie. Może nawet do depresji? Na pewno do ukształtowania się postawy ofiary w bohaterce. Katami (pod maskami esesmanów) byli najbliżsi. Krzywda wyrządzona przez najbliższych, w tym własną matkę, bolała najbardziej i najbardziej pustoszyła, wypaczając psychikę dziecka. Dla czytelnika o podobnych doświadczeniach, z którymi się nie uporał, powieść może być nie do przejścia albo, w przeciwnym razie, wywołać przykry i bolesny powrót do traumatycznego dzieciństwa. Ale jeśli jednak, mimo wszystko, ktoś taki dobrnie do końca, otrzyma w nagrodę sposób poradzenia sobie z podobnym problemem. Bo autorka po pierwszym rozdziale wstępnym rozwinęła i przeanalizowała problem, by w ostatnim zrobić „rachunek sumienia”. Nie swojego, ale tych wszystkich, którzy kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób wchodzili w skład trybunału orzekającego w jej sprawie lub oceniającego ją i jej rodzinę. Przez te gęste emocje i mrok przeszłości, które ciągnęły się za bohaterką niczym smuga sczerniałej krwi, przeszłam chroniona własnym, szczęśliwym dzieciństwem, dlatego mogłam z dystansem (chociaż mimo to, cień smutku i tak się we mnie zalągł) spojrzeć na fabułę opowieści.
Historię opowiadaną przez narratorkę-kobietę dojrzałą, której wspomnienia o trudnych relacjach rodzinnych od czasów dzieciństwa aż do rozwodu, wywołała śmierć ciotki i w konsekwencji list otrzymany od kuzynki. To jego treść była iskrą zapalną emocji, które przelewały się coraz większą falą przez kartki tej książki. Coraz szerszą, ciemniejszą, niszcząc osobowość narratorki, mającą ostatecznie wpływ na jakość jej życia. Przywołane obrazy z lat dzieciństwa, dorastania i czasu dorosłego, miały nie tylko zapoznać mnie z przeszłością, ale ukazać przyczyny postaw wszystkich bohaterów z punktu widzenia narratora wewnętrznego. Niestety tylko jego. To dlatego wielu rzeczy mogłam się tylko domyślać. Wpływ traumatycznej przeszłości rodziców na dzieci, jej przerzucanie na kolejne pokolenie nie jest nowy. Tutaj zaciekawiły mnie doświadczenia niemieckich obozów koncentracyjnych matki i ciotki narratorki, które przełożyły na życie w myśl zasady – by przetrwać obóz, trzeba być twardym. By przetrwać życie pełne szumu – również. Tragedia zaczyna się wtedy, gdy w życiu takich osób pojawiają się dzieci. Zwłaszcza te łaknące miłości, bliskości, niedyskretne i „wścibskie”, bo gotowe są odsłaniać słabe punkty niepodważalnych prawd i podważać je po kolei, nawet o tym nie wiedząc.
O niezwykłości, wyjątkowości, bogactwie wyobraźni i nieprzeciętnej inteligencji głównej bohaterki, której najbliżsi zawiązali na czubku głowy symboliczną kokardę kaczki Dziwaczki, świadczył język, którym opisuje przeszłość. Pełen metafor, skojarzeń, przenośni i plastycznych opisów przekładających emocje na obrazy. Tak jak w tym fragmencie – Moje tematy, te, od których nie mogłam się odłączyć, po drugiej stronie stołu uruchamiały milczący sprzeciw i nakręcały zębate kółko ironii, a ono przez specjalną przekładnię otwierało we mnie zapadkę żalu. Oto perfekcyjny obraz stosunków w rodzinie i ich skutków w jednym zdaniu. Na dodatek twarda, ostra, ciemna proza życia mieszała się z wytworami psychiki bohaterki – postaciami zmyślonymi. Pełniącymi różną funkcję - od przyjaciela i przewodnika po procesy wyparcia, kompensacji czy negacji.
Na koniec pozwolę sobie na uwagę krytyczną.
Dotyczy ona kompozycji treści, a dokładniej rozdziału pierwszego. Pełni on tutaj rolę wstępu wprowadzającego w tematykę całości. Dla mnie zbyt wiele ukazał. Więcej faktów w nim ukryłabym lub pominęła, zwłaszcza obozową przeszłość matki, by potem z przyjemnością je odkrywać lub w ogóle wyrzuciłabym go z książki, pozwalając na powolne odsłanianie się bohaterki i toczenie się historii bez uprzedzeń. To bardzo popularny chwyt w literaturze kryminalnej i sensacyjnej, ale tutaj? No, ale... ja tu tylko czytam.
Czytać czy nie czytać? - oto jest pytanie!
Odpowiedź ujmę tak – jeśli ktoś chce ładnie wyglądać, stosuje dietę i ćwiczy ciało, a jeśli chce mieć piękny umysł (co nie jest tożsame tylko z inteligencją i wiedzą), powinien ćwiczyć, czytając literaturę wysoką. Dlatego namawiam do stanięcia na palcach i sięgnięcia po tę książkę. Jeśli się nie uda, spróbować za jakiś czas ponownie. W moim przypadku to się sprawdziło.
Czytam prozę Magdaleny Tulli z zachwytem, co wcale nie znaczy, że rozumiem w pełni wszystko to, co chciała mi powiedzieć. Mam poczucie, że jeszcze trochę mi brakuje, że nie do wszystkich drzwi zdobyłam klucze. Ale wiecie co? Właśnie to jest w tej twórczości najpiękniejsze – permanentne poszukiwanie kluczy i otwieranie kolejnych drzwi do światów istniejących w jednym, jedynym egzemplarzu. Daje mi to ogromną satysfakcję, ale i osamotnienie w niemożności dzielenia się wrażeniami i przeżyciami z innymi.
Dołączcie do mnie do tej gimnastyki, a przynajmniej spróbujcie. Proszę.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Z Magdaleną Tulii również trudno się rozmawia. Namęczyli się prowadzący z nią wywiad, a przecież to wytrawni czytelnicy - krytyk literacki i tłumacz literatury!
sobota, 08 listopada 2014
Czerwony Tybet – Robert Stefanicki



Czerwony Tybet – Robert Stefanicki
Wydawca Agora , 2014 , 472 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej ; podseria Reporterzy Dużego Formatu
Literatura polska


Tybet.
Słowo, po którym szybko przywołuję z pamięci metodą skojarzeniową wszystko to, co wiem na jego temat. Okazuje się, że właściwie niewiele. Zasób wiedzy zbudowany na bazie filmu Siedem lat w Tybecie z Bratem Pittem, doniesień medialnych o pokojowej walce Dalajlamy o wolność i samospaleń mnichów niegodzących się na restrykcje religijne. Obraz niemalże romantyczny narodu zniewolonego, który walczy o niepodległość. Bardzo przypominający ten mojej Polski walczącej. Przed stereotypami uprzedzał mnie sam autor, pisząc – Nie należy jednak wierzyć fotoreportażom z Tybetu ukazującym mrowie chińskich żołnierzy na ulicach miast, obserwowane przez tybetańską biedotę z przerażeniem i smutkiem wypisanym na twarzach (...) Podobne zdjęcia dobrze się sprzedają, bo odpowiadają stereotypom, ale Tybet tak nie wygląda. Mogę go wyrzucić do kosza. Łącznie z moim pojmowaniem walki o wolność. Dzisiejsza walka Tybetańczyków nie jest walką o wolność, bardziej o spokój sumienia. – prostuje autor.
Wyrzucam wszystko, poza jednym elementem.
Ale o nim napiszę na końcu. Nie zmienia to faktu, że ten przekaz dziennikarza należy najlepiej zacząć czytać z czystą kartą , z całkowitą niewiedzą i nieznajomością tematu, zapisując ją zupełnie od nowa. Ja tak nie zaczęłam. Nieuprzedzona, z bagażem stereotypów, próbowałam dopasować, włączyć, połączyć, wcisnąć na siłę podawane informacje w wiedzę dotychczasową. Nijak mi to się nie udawało. Nic nie pasowało, nic nie współgrało, żadne elementy się nie zazębiały nawet. Wręcz przeciwnie! Burzyły dotychczasowe wyobrażenia. Przez mój umysł przeszedł tajfun wiadomości, wprawiając mnie w zakłopotanie, zdumienie, zaskoczenie, rozczarowanie i wreszcie żal oraz smutek przechodzące ostatecznie w zadumanie.
Bo Tybet to pojecie bardzo skomplikowane.
Kraj dysonansów i absurdów. Tych ostatnich tak dobrze znanych mi z rodzimego procesu komunizacji Polski. O bardzo skomplikowanych zawiłościach historycznych, ekonomicznych, kulturowych, demograficznych, społecznych i wreszcie tych najbardziej zapalnych – religijnych i politycznych. Jakąkolwiek dziedzinę życia Tybetańczyków bym nie wzięła pod lupę, trzymaną w ręku przez autora, w żadnej z nich nie znajdywałam prostej ścieżki rozumowania. Nawet słowo „patriota” nie było jednoznaczne. Jeśli przyjąć definicję jednego z rozmówców autora, że patriota to ktoś, kto ma odwagę mówić o krzywdzie, jaką robią nam Chińczycy to zgodnie z tą definicją w Tybecie nie ma wielu patriotów – ripostuje ten ostatni. A rozmówca zgadza się z tym! Ten narastający chaos pomogła mi opanować analogia do historii walki o niepodległość przez moją ojczyznę.
Co nie znaczy, że nie smuciło mnie odzieranie z romantyzmu. Nawet bolało. Zwłaszcza, gdy zrozumiałam porażający zasięg sinizacji wśród najmłodszych pokoleń Tybetańczyków. Są wśród nich tacy, którzy nigdy nie słyszeli o Dalajlamie! A przecież rekomendacja profesora Bogdana Góralczyka umieszczona na książkowej okładce, wyraźnie uprzedzała mnie, że autor zawiesza swoją opowieść między beznadzieją a nadzieją. Od czytelnika zależy, którą wersję wybierze. Obawiam się, że ja wybrałam tę drugą.
A to boli najbardziej - brak nadziei.
I nie jest to wpływ subiektywnego przekazu. Wręcz przeciwnie. Autor dołożył wszelkich starań, by ukazać Tybet z perspektywy historii, teraźniejszości i rysującej się przyszłości. Często powoływał się na opisy, obserwacje, wspomnienia, przekazy innych dziennikarzy ( w tym na Tiziano Terzaniego), podróżników, tybetologów, historyków czy badaczy. Swoją wiedzę opierał na własnych obserwacjach, wywiadach i rozmowach poczynionych podczas trzech wypraw – pierwszej w 2001 roku, drugiej w 2006 roku i ostatniej w 2013 roku. Miał możliwość porównania zmian. I tych pozytywnych, i tych negatywnych w każdej dziedzinie życia Tybetańczyków. Zwiedził nie tylko Tybetański Region Autonomiczny, ale również tereny tak zwanego Tybetu zewnętrznego włączonego administracyjnie do chińskich prowincji. Korzystał z każdego nadążającego się środka transportu, docierając do miast, klasztorów i pod jurty na dalekiej prowincji. Narażał się na niebezpieczeństwo, wypytując ludzi, co samo w sobie było odwagą, ale jak sam napisał – Nieraz wolałem nie zapytać. Ale jeśli nie zapytam, niczego się nie dowiem, bo tu nikt nie zwierza się obcemu sam z siebie. Mnóstwo kamer, szpicli i konfidentów. Rozglądanie się na boki, lustrowanie twarzy, ważenie słów – powszechna nieufność to cecha charakterystyczna współczesnego Tybetu. Sam wpadam w paranoję. – konkluduje autor. Mimo to – rozmawiał. Z mnichami, którzy mogli nimi nie być, przedstawicielami władz chińskich, którzy mogli wszystko, Tybetańczykami współpracującymi z Chińczykami, których konformistyczną postawę trudno było jednoznacznie ocenić i ze zwykłymi ludźmi, którzy mogli okazać się konfidentami. Bo postaw wśród społeczeństwa było wiele. Cały wachlarz odmian i hybryd. Od heroicznych więźniów politycznych (wśród nich dzieci) i samospalających się (nie tylko mnichów, teraz wiem, że osób świeckich również) poprzez idących na kompromis z Chińczykami, by ocalić cokolwiek z kultury rodzimej, na najpośledniejszej części społeczeństwa tybetańskiego: karierowiczach, szumowinach i sadystach skończywszy. Autor zajrzał również poza granice Tybetu i Chin. Do środowiska emigracji tybetańskiej. I to ten obraz najbardziej mnie rozczarował. Rozwiał mit o ekologii, pacyfizmie i równouprawnieniu jako głównych cechach tybetańskiego buddyzmu. Jako drugi rozpłynął się mit o naturalności, pierwotności i prawdziwości kultury tybetańskiej oglądanej przez turystów, w której nawet religia ulega komercjalizacji. Głównie dzięki wpływom ludzi z Zachodu. To zawiłe zagadnienie o obosiecznym ostrzu, autor wyjaśnia bardzo jasno i logicznie, kończąc kasandrycznym proroctwem – Być może za kolejne pół wieku jedyną wersją tybetańskiej religii będzie opracowana na Zachodzie wersja „light”.
Czytałam rozdział po rozdziale z coraz większym smutkiem, mimo że autor zadbał o przytoczenie wielu punktów widzenia i różnych opcji, nie stroniąc jednocześnie od wyrażenia własnego zdania. Uwielbiałam te ostatnie, kończące rozdział i brzmiące jak mocne akordy po skończonej grze. Pełne treści w metaforze lub przenośni idealnie podsumowujące temat, jak chociażby to określające korzystne działania Chińczyków wobec Tybetańczyków – Wilk założył kapelusz i udaje pasterza. Ale to nie oznaczało, że musiałam przyjmować je za swoje. Autor zawsze wybór pozostawiał mnie. Czasami w formie zawieszonego pytania.
Tylko jeden element pozostał z mojej poprzedniej wiedzy niezmieniony. Wyszedł nienaruszony z tego swoistego testu na wiedzę o współczesnym Tybecie. Cokolwiek by o nim nie powiedzieć, wskazać przyczyny, wytłumaczyć procesy społeczne, polityczne i gospodarcze, jedno jest niezmienne - Tybet jest krajem zniewolonym.
Dlatego z pełną świadomością, na znak solidarności z Tybetem dążącym różnymi drogami do niepodległości, zatykam w tym miejscu flagę.

Wikipedia

Flagę tego Tybetu, do określania którego nawet Chińczycy posługują się nomenklaturą tradycji tybetańskiej.
Bo, czy ktoś wie, jak nazywa się Tybet po chińsku?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 05 listopada 2014
Dom tęsknot – Piotr Adamczyk



Dom tęsknot – Piotr Adamczyk
Wydawca Agora , 2014 , 511 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Tęsknię...
Mogę tylko powtórzyć za głównym bohaterem Piotrem – Ściany naszej kamienicy zbudowane były z tęsknot. (...) Zrozumiałem, że teraz po prostu przyszła kolej na mnie. Przyszedł czas i na mnie, zatęsknić za światem ukrytym między okładkami tej książki. Za dozorcą Smokiem z parteru zionącym ogniem, Wiecznie Potępioną żyjącą ze słabości mężczyzn do jej ponętnych kształtów, panną Julianną wyczekującą powrotu narzeczonego z wojny, siostrą Immakulatą zbiegłą z zakonu, ale nadal noszącą habit, doktorem Szorstkim przeprowadzającym podejrzane eksperymenty w piwnicy, panem Henryczkiem żyjącym z przemian światopoglądowych państwa, panią Emanuelą haftującą i prującą napisy na sztandarach w zależności od słuszności polityki państwa, panem Teofilem podkochującym się w pannie Juliannie, Rozalką przywożącą z każdej pielgrzymki święty obraz, a nawet za Money Lizą odpłatnie pokazującą swoje wdzięki chętnym chłopcom.
Jak to możliwe, zatęsknić za cudzymi wspomnieniami?
Jaki wyjątkowy dar opowieści i przekazu emocji trzeba mieć, by tę tęsknotę wzbudzić we mnie? Pozostawić na tyle głęboko i tak silną, by zacząć sobie przypominać własną przeszłość z czasów dorastania i dojrzewania. Doszukiwać się wspólnych lub podobnych doświadczeń, i najciekawsze, spojrzeć za siebie oczami głównego bohatera. Ale zanim ten woal nostalgii otulił moje serce, zanim pożegnałam się ze światem minionym i z jego bohaterami, musiałam przeżyć historię mieszkańców wrocławskiej kamienicy opowiedziany przez kilkuletniego chłopca, potem nastolatka, następnie studenta i w końcu dojrzałego mężczyzny. Na każdym etapie opowieść niby była ta sama, bo miejsce akcji i jej bohaterowie byli niezmienni, a jednak inna. Wynikała ona ze zmienności Piotra – dorastającego i dojrzewającego. A tym samym ze stopnia rozumienia przez niego trudnych, niebezpiecznych i bolesnych problemów świata dorosłych.
Najpierw przez chłopca w wieku szkolnym, który, opisując codzienne życie mieszkańców kamienicy, do której wprowadzili się tuż po wojnie, ich wzajemne, formalne i nieformalne stosunki i układy, sposób życia i przeszłość determinującą ich zachowania, postawy i reakcje, widzi to wszystko poprzez pryzmat przygody i wielkiej tajemnicy do wytropienia. Każdy coś ukrywa, knuje, kolaboruje, kręci, a sam dom jest pełen skarbów do odkrycia w ścianach, oknach, a nawet w przedmiotach pozostawionych przez poprzednich lokatorów i właścicieli – niemiecką rodzinę Freytagów. Tłumaczenie świata dorosłych i jego trudnych spraw z polityką w tle, w których potrzeba denazyfikacji ze strony ojca Polaka mocno ścierała się z jej brakiem ze strony matki Niemki, swoim dziecięcym rozumem, budowało obraz uproszczony lub nadinterpretowany, a przez to pełen humoru, komicznych sytuacji i genialnych dialogów, które kończyłam czytać z głośnym śmiechem. To najpogodniejsza, najbardziej humorystyczna część opowieści, przy której po prostu dobrze się bawiłam razem z Piotrusiem. Chłopcem, który jednak dorastał i zaczynał powoli rozumieć więcej, niż dorosłym wydawałoby się, a przez to dostrzegać sytuacje i wydarzenia bardziej krytycznie. Świat polityki, który do tej pory istniał w tle, i o którym główny bohater myślał, że to bardzo szkodliwa rzecz godna zakazania, zaczął wysuwać się na plan pierwszy.
Bo tak naprawdę to opowieść o nas.
O Polakach zaplątanych w wir wojny i wyrzuconych przed bramę jednej kamienicy, zmuszonych do egzystencji pod wspólnym dachem, utrudnionej dziedzictwem przeszłości materialnej i niematerialnej swoich poprzedników. Tych ze wschodu, tych z zachodu, autochtonów, Żydów, Polaków, Niemców, komunistów, żołnierzy AK, inteligencji i chłopów. To również próba innego spojrzenia na tych, którzy nie wyjechali do Niemiec. Autochtonów zostających w miejscu ich urodzenia. Walczących z piętnem Niemca-nazisty i z uporem powtarzających, że są stąd, z Wrocławia. To również próba opowiedzenia fenomenu bezkrytycznej wiary i jej bolesnej utraty w Hitlera od strony jednostki, konkretnego człowieka. To tutaj mogłam zrozumieć, dlaczego Holocaust był możliwy.
Ale to także opowieść o miłości.
Takiej na całe życie. Tej jedynej, która podobno zdarza się raz w życiu, bo reszta to zauroczenia. Takiej trwającej od dzieciństwa do śmierci, bez względu na stopień jej skomplikowania. Pięknej nie tylko dlatego, że byłam świadkiem jej narodzin, delikatnego rozwoju, pierwszych doświadczeń erotycznych, porażek i zawodu, ale i powolnego zakorzeniania się w sferze psychicznej. Takiej przebaczającej wszystko. Wyznaczającej miejsce na Ziemi, której istotę tak pięknie ujął Piotr – Moje miejsce na ziemi nie ma stałych współrzędnych geograficznych, przesuwa się wraz z tobą i leży dokładnie między twoim lewym ramieniem i uchem. O miłości, która jako jedyna posiada cudowną moc burzenia murów między ludźmi. Tych rzeczywistych, dosłownych, budowanych z cegły i tych abstrakcyjnych, na fundamencie uprzedzeń i podziałów światopoglądowych czy narodowościowych.
Bo ostatecznie to powieść o budowaniu nowej kultury współistnienia na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych na bazie tych wyniesionych z domu rodzinnego. Sukces zależy od tego, czego użyjemy do budowy. Tego, co w nas najlepsze, czy tego, co w nas najgorsze.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tak rekomenduje swoją książkę autor. Nie dajcie się zwieść tej miłości. Tak naprawdę to wielowątkowa i wielopłaszczyznowa powieść, w której miłość, choć ważna, jest jedną z wielu historii. Do 14 listopada można jej posłuchać na antenie Polskiego Radia Jedynka
sobota, 01 listopada 2014
Dziewiąty wyrok – James Patterson , Maxine Paetro



Dziewiąty wyrok – James Patterson , Maxine Paetro
Przełożyła Elżbieta Piotrowska
Wydawnictwo Albatros , 2014 , 396 stron
Seria Kobiecy Klub Zbrodni , tom 9
Literatura amerykańska


James Patterson, w rankingu „Forbesa” najlepiej zarabiający pisarz świata, a według „Księgi rekordów Guinessa” autor największej liczby tytułów, które trafiły na listę bestsellerów „New York Timesa”. – taką rekomendację przeczytałam na okładce tej książki.
Rzemieślnik czy wirtuoz? – zadałam sobie pytanie.
Za tym pierwszym przemawiała niezwykła płodność literacka.

Na wewnętrznych stronach okładek pokazany tylko niewielki procent z około stu powieści sensacyjnych wydanych w kilku seriach i nie tylko – wywarł na mnie wrażenie. Korzystanie przy tym z pomocy innych pisarzy jako współtworzących, nasunęło mi jedną myśl – komercja i produkcja taśmowa. Za wirtuozerią świadczyły liczne nagrody, przekłady na inne języki, popularność wśród czytelników sięgająca milionowych nakładów sprzedaży i elastyczność. Autor napisał również powieści dla młodzieży.
Odpowiedzi na tak postawiony dylemat poszukałam sobie praktycznie czyli zajrzałam do jego twórczości.
Trafiło na serię Kobiecy Klub Zbrodni i siódmy tytuł z kolei. (W tym liczeniu trochę się pomyliłam, ale wyjaśnienie w komentarzu.)

Ciekawostką jest to, że tytuły tej serii zawsze zawierają liczby, które, zachowując kolejność, nie pokrywają się z jej odpowiedniczką w rzeczywistości.

A to, jak widać powyżej, za sprawą pierwszego tytułu zawierającego w tytule liczbę 3. Stąd tytuł ostatni jest siódmy, chociaż w tytule ma liczbę 9. Postacią wiodącą serii jest natomiast kobieta – porucznik Lindsay Boxer. Silna, zdecydowana, odważna, kiedy trzeba i krucha, kiedy może sobie na to pozwolić. To ostatnie oczywiście w ramionach ukochanego mężczyzny.
Tym razem została wezwana do rozwikłania dwóch tajemniczych i intrygujących spraw. Seryjnego mordercy, który z premedytacją zabijał matki z dziećmi, zostawiając na miejscu zbrodni literowy skrót napisany szminką. Drugą sprawą były kradzieże cennej, kolekcjonerskiej biżuterii, podczas przyjęć w zamożnych rezydencjach ich właścicieli. Początkowo porucznik Boxer, nie dostrzegając związku między obiema sprawami, lekceważyła jedną z nich. Z czasem przekonała się, niestety boleśnie, że wbrew pozorom, miały one ze sobą kilka punktów stycznych, ściśle zazębiających się. A dokładniej łączyły je osoby zamieszane w przestępstwa bezpośrednio lub pośrednio. Ale zanim to nastąpiło, ginęły kolejne kobiety, dzieci i klejnoty. Presja czasu i chęć zapobieżenia następnym ofiarom wymuszały szybkie tempo i dynamikę akcji. Wyścig i swoista rywalizacja w osiągnięciu rozbieżnych celów między ściganymi a ścigającymi utrzymywała moją uwagę pomimo jawności sprawców. Od początku intrygi znałam wszystkie kluczowe wydarzenia ze szczegółami. Nie tylko imię i nazwisko mordercy, jak i złodzieja, ale również to, kim są, o czym myślą, o czym marzą, co planują, z kim żyją, gdzie mieszkają i pracują i, co najważniejsze, plany i przebieg kolejnego przestępstwa. Miałam przed sobą obie rację – indywidualną, człowieczą, za którą stała historia konkretnej osoby i zbiorową, prawną, za którą stały zasady życia społecznego. Ukazanie zbrodni w ten kontekstowy sposób pozwoliło mi na przyjemność rozstrzygania dylematów moralnych i społecznych oraz ujrzenie w sprawcach nie tylko jednostki patologicznej, ale przede wszystkim zagubionego i zdesperowanego człowieka.
To właśnie takie ujęcie bohaterów świadczy o wirtuozerii autora, który ujawnił wszystko (przebieg zbrodni, sprawcę i motywy) poprzez zastosowanie dwóch rodzajów narracji – wewnętrznej (porucznik Boxer) i zewnętrznej (pozostali bohaterowie), a mimo to utrzymał moją uwagę i zaciekawienie. Dodatkowo jeszcze zbudował takie portrety psychologiczne postaciom, bym mogła związać się z nimi emocjonalnie, odebrać ich działanie nie tylko rozumowo, ale i na poziomie uczuć, odcinając mi drogę do szybkich, jednoznacznych ocen. Czarne charaktery tej powieści nie tylko rozumiałam, ale i współczułam im. Wszyscy byli dla mnie ofiarami. Czyimi? To jest właśnie ten ważny, nakreślony kontekst, którego tutaj nie zabrakło.
Reszta powieści to efekt pracy rzemieślnika – poprawnie poprowadzona fabuła, dobre dialogi, prawidłowo rozwijane wątki. Wszystko zgodnie ze sztuką warsztatu pisarskiego.
Całość daje efekt dobrej lektury. Takiej historii, którą chętnie wskażę, gdy znowu usłyszę znajomą prośbę – poleć mi jakąś dobrą sensację lub kryminał.
Polecam Pattersona!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 25 października 2014
Kiedy zapadła cisza – Jesse Ball



Kiedy zapadła cisza – Jesse Ball
Przełożyła Agnieszka Wądołowska
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 233 strony
Literatura amerykańska


Ten...
No właśnie! Musiałabym posłużyć się słowem, którego nie wolno mi użyć. Kryje ono w sobie bazę pojęciową, na której zbudowany jest pomysł tej, powiedzmy, powieści. Dlatego będę posługiwała się pojęciami bliskoznacznymi, mimo że nie oddadzą istoty całości. Jej charakteru i tej całej zawartości pojęciowej (włącznie ze skutkami dla bohaterów), która być może również mnie czytelniczkę może zaangażować i uczynić jednym z jej elementów. To z tego powodu również trudno mi dzielić się swoimi wrażeniami, jakie wywołała we mnie historia głównego bohatera – Ody Sotatsu. Młodego mężczyzny, który pewnego dnia został nagle aresztowany i osadzony w celi z zarzutami wielu morderstw. Problem polegał na tym, że Oda milczał, a rozmowa kogokolwiek z nim wyglądała zawsze tak:

Oskarżony, a może osaczony, otoczył się ciszą. Nikt nie wiedział, ani rodzina, ani przesłuchujący i pilnujący go ludzie - dlaczego przyjął taką postawę? Dlaczego milczenie miało być jego mową? Pozostawię więc zawartość treści fabuły na tej ilości informacji i przejdę do jej formy. Bardzo zmiennej i różnorodnej, a przez to ciekawej.
Początkowo miałam wrażenie, że czytam, a właściwie przeglądam, akta sadowe oskarżonego. Pełne listów, relacji dziennikarskich, stenogramów rozmów, wywiadów i przesłuchań bohaterów historii nagrywanych na taśmy magnetofonowe – Ody, jego rodziny, znajomych czy strażnika. I w tej pierwszej części, a zarazem największej objętościowo, opowieść przypominała kryminał sądowniczy ujęty w kartotekę, a raczej dramat rozpisany na role:

Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy książka nie powinna być oprawiona w okładkę stylizowaną na teczkę akt sądowych. Pomysł ten porzuciłam, kiedy przeczytałam część trzecią zawierającą wypowiedź znajomej Ody – Jito Joo. Tym razem zwarte, jednorodne wyznanie o jej roli w całym tym zamieszaniu, jakie wywołało zachowanie Ody. Przybrało ono formę opowieści psychologicznej. Tak przesiąknięte było wrażeniami i emocjami. By w części czwartej, ostatniej, za sprawą wywiadu ze znajomym Ody – Kakuzo, zmienić się z kolei w opowieść społeczno-filozoficzną. Wyjaśniającą ostatecznie wszystko – tajemniczą i nieugiętą postawę Ody, rolę Jito, zachowanie Kakuzo i wreszcie nawet nie przyczyny zaistnienia wydarzenia pierwotnego pociągającego za sobą skutki nawet śmiertelne, ale odpowiedź na pytanie – jak w ogóle mogło do czegoś takiego dojść? I tutaj też wreszcie pojawiło się to kluczowe słowo, o którym wspomniałam na początku. Słowo, które wzbudziło moje podejrzenie, co do roli tej powieści wobec mnie – czytelniczki. Pozostawiło mnie ono w zaciekawieniu, ale i w niedopowiedzeniu.
Czy poznałam prawdę, czy autor się mną zabawił?
Bo całość tej kartoteki dokumentów spina osoba narratora i jednocześnie autora, których łączy to samo imię i nazwisko. Autor wprowadza siebie do opowieści jako jej inicjatora. To on pod wpływem faktu z własnego życia, nagle zamilkłej żony, postanawia zgłębić zjawisko ludzi, którzy z dnia na dzień zatrzaskują się w sobie. Zapadają w ciszę dającą im poczucie dystansu do świata. Odchodzą do krainy milczenia, zrywając kontakt z najbliższymi. W swoich dociekaniach trafił na Odę Sotatsu z Japonii zamieszanego w sprawę pod nazwą Zaginięcia Narito. Autor-narrator miał nadzieję, że poprzez poznanie podobnego przypadku, rozwikła sekret żony, pisząc – wydawało mi się, że właśnie poprzez rozwikłanie tajemnic innych ludzi będę w stanie zrozumieć własne. Dlatego przyjął rolę detektywa i wyruszył do miejsca wydarzenia, do Osaki, próbując dotrzeć do osób związanych ze sprawą Ody. Wszystkie pozyskane materiały umieścił w książce, opatrując je swoimi komentarzami, które pełniły nie tylko rolę wyjaśniającą i uzupełniającą informacje, ale również spoiwa fabuły przydającej jej płynności. A wszystko po to, by pokazać w ten nietypowy sposób zawarte w niej przesłania. A jest ich tutaj bezliku. Wszystko zależy od uwagi i doświadczeń życiowych czytającego. Bogaty materiał do rozmyślań podsuwają przede wszystkim opowieści przytaczane przez bohaterów pełne symboliki i kończących je morałów, zaczerpniętych z kultury japońskiej.
Wspomnę tylko o jednym przesłaniu, które zapamiętam przede wszystkimi, bo osobiście doświadczyłam jego mocy i które zabrzmiało dla mnie w zgiełku mojej konsumpcyjnej, szybkiej, głośnej, zdominowanej przez tymczasowość i jednorazowość, kultury, najsilniej – o roli ciszy. Określa ją wypowiedź jednego z bohaterów opowieści – Gdyby istniało królestwo ciszy, a jeden człowiek umiałby mówić – stałby się królem nieprzemijającego piękna. Ale oczywiście tu, gdzie jesteśmy, nie ma końca wypowiadanym słowom i przychodzi moment, gdy znaczą one już mniej niż milczenie. To przesłanie mogę ubrać w jedno zdanie, inspirowane tytułem tej książki - kiedy zapada cisza, jej wydźwięk jest silniejszy niż słowo. Trochę brzmi jak slogan. Banalny truizm. Przestaje nim być, gdy przeczyta się historię autora o tym, co dzieje się, gdy ciszą zaczynają bawić się ludzie pragnący autodestrukcji. Wtedy cisza już nie tylko krzyczy, ale zaczyna zabijać.
Mordować niewinnych ludzi w majestacie prawa.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 21 października 2014
Łowca – Zbigniew Lubieniecki



Łowca – Zbigniew Lubieniecki
Wydawnictwo Naukowe PWN ,Ośrodek Karta , 2014 , 361 stron
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura polska


Po wysłuchaniu tych wspomnień otoczyła mnie cisza...
Patrzę na ich książkową formę, jakbym chciała upewnić się, że wydarzyły się naprawdę. Przyglądam się ich autorowi umieszczonemu na okładce, jakbym chciała z wyrazu jego twarzy poszukać sensu tego wszystkiego. Próbuję poukładać myśli, ogarnąć emocje, a przede wszystkim zmusić się do oceny, do osądu, do sensownego podsumowania. A przecież ocenianie tak łatwo mi przychodzi. Wręcz muszę pracować nad sobą, by tego nie robić. A tutaj nie mogę, nie potrafię. Czuję, że nawet nie wolno mi.
Totalna blokada.
Po pierwsze, nie wiem, czy ta publikacja w ogóle powinna się pojawić. Z jednej strony, ze względu na treść, nie mogła być opublikowana do dzisiaj, bo nie pozwalały na to historyczno-polityczne zawiłości naszego kraju. Jak przeczytałam w słowie od wydawcy – Ta książka nie mogła powstać wcześniej. Ani w latach 40., gdy biegły opowiedziane w niej zdarzenia i kiedy dokonywany był pierwszy, poprzedzający ją, zapis. Ani w głębi peerelu, gdy Autor musiał ukrywać historię swego starcia z sowietyzmem. Ani w pierwszy ćwierćwieczu III Rzeczpospolitej, która swym ciągle niedojrzałym stosunkiem do przeszłości raczej utrudniała wyrażenie tak brutalnej prawdy. Widocznie teraz nadszedł właściwy czas.
Czy, aby na pewno?
Z drugiej strony, paradoksalnie, czy nie jest już za późno? Dzisiejszym językiem tamtej historii opowiedzieć się nie da. – zauważa autor. A jeśli się nie da, jeśli trzeba mówić ówczesnym językiem, to ile z tego pojmą odbiorcy, żyjący w dobrobycie wolnej ojczyzny, w której nie muszą jeść kotletów z ludzkiego mięsa i patrzeć codziennie na dziecięce ciałka rozszarpywane przez psy? Ilu będzie potrafiło przez taki pryzmat doświadczeń nieprzeżytych, patrzeć na losy autora? Obawiam się zbyt pochopnego potępienia. Ta moja obawa wynika z chęci ochrony autora przed ponownym koszmarem przywołanym dyskusją i, w jakimś sensie, ponowną krzywdą przez ludzi widzących świat w tylko czarno-białych kolorach. Przed staniem się ponowną ofiarą wojny, tym razem ze strony rodaków, którego postawa, tak odbiegająca od dotychczas poznanych przeze mnie postaw zesłańców syberyjskich, może nie zmieścić się w przyjętych kategoriach pojmowania ludzi współczesnych.
Ja spasowałam z oceną, ograniczając się do współczucia wywołującego łzy. Popełniłam ogromny błąd, czytając ją w miejscu publicznym. Ta szczera do bólu i wstrząsająca opowieść wymaga szacunku – odosobnienia i ciszy. Nie czytajcie jej proszę między jedną kanapką a kolejnym przystankiem autobusowym. Nie dlatego, że mogą się polać łzy, nie dla chwil grozy, z powodu których zatrzymacie się w połowie kroku na chodniku lub przejedziecie stacje metra, ale dlatego, że to bardzo intymna rozmowa z człowiekiem, który dzieli się z najgłębiej skrywaną tajemnicą po siedemdziesięciu latach milczenia.
A i to dopiero pod wpływem rozmów z wydawcą.
Zbigniew Lubieniecki swoje zapiski, czynione regularnie, traktował jako część własnego obowiązku, bez autorskich ambicji. Sam nie szukał możliwości wydania. To myśmy go odszukali, by je zaproponować. – pisze Zbigniew Głuza w imieniu wydawcy. Były też dla niego próbą oczyszczenia pamięci, rozładowania emocji, w jakimś sensie formą autoterapii. Nie mógł zapomnieć, bo nagromadzonych obrazów, makabrycznych widoków, które oglądał, nie dało się wyrzucić ze świadomości. Byłbym szczęśliwy, gdybym nie potrafił myśleć. Myśli niszczą uczucia, szarpią ciało, osłabiają siły. Są niepowstrzymane w zadawaniu tortur. Ale nawet w myśli od siebie samego uciec się nie da. – zauważa autor.
Ale najpierw był film dokumentalny.
To od niego wszystko się zaczęło. To po jego obejrzeniu wydawca skontaktował się z autorem. To on był źródłem inspiracji wydania wspomnień drukiem.
Wspomnień o chłopcu rozpoczynających się latem 1937 roku, o siedmioletnim synu hrabiów Lubienieckich z Podola, który dwa lata później, w jednej sekundzie pociągnięcia za spust, w wieku dziewięciu lat, staje się dorosłym, zabijając pierwszego człowieka. W wieku siedemnastu lat liczba jego ofiar sięga prawie stu, zgodnie z powziętym w dramatycznych okolicznościach zobowiązaniem – Ja was jeszcze utłukę. Nie spocznę, dopóki nie ubiję was co najmniej stu. O ile początkowe ofiary są przypadkowe, o tyle późniejsze zabijał z premedytacją, z poczucia zemsty. Z chłopca stał się mężczyzną. Z poniżonego, zastraszonego psiaka powstało wilcze szczenię, które zaczęło gryźć, które chciało i potrafiło zabić. Stał się inteligentnym łowcą Rosjan, na których konsekwentnie, z zaciśniętą szczęką, na chłodno polował i zabijał. Zarówno w ZSRR, jak i na „Ziemiach Odzyskanych”. Jego zabójstwa były doskonałe. Nigdy nie wpadł. I jeśli w tym momencie, ktoś pomyśli, że moralnie sprawa jest bardzo prosta, to wynika to tylko z mojego uproszczenia. Za nim stoją fakty i konteksty, które je komplikują. Zdarzenia, po których sama chętnie zachowałabym się w konsekwencji, jak autor. Sytuacje, przeciwko którym byłam, a jednocześnie nie uczyniłabym nic, żeby im zapobiec. Sceny, podczas których chciałam zamknąć oczy, a jednak nie prosiłam o litość dla ofiary. Czytałam dalej, by zobaczyć dopełnienie słowa. Byłam współwinną, uczestnicząc biernie. I wcale nie różniłam się tak bardzo, pomimo przestrzeni czasowej, od współczesnych autorowi rodaków, bo jak napisał – Co ciekawe i co dziś może wydawać się dziwne, nigdy nie spotkałem się z brakiem akceptacji. Z chęcią współdziałania – owszem. Ze sceptycyzmem, z próbą tłumaczenia - również, by zaraz dodać – Nigdy jednak nie spotkałem się w tamtych czasach z potępieniem.
Nie śmiem tego czynić i ja.
Nie zmienia to faktu, że autor nałożył na mnie przerażający ciężar moralny, który odczuwałam przez cały czas czytania. Zdjął mi go dopiero na końcu, w części, w której dzieli się refleksjami, a które prowadziły go do jednego wniosku – nie tędy droga. Ale to już mówi człowiek dorosły, nie dziecko, które w wieku 19 lat czuło się starym, zmęczonym człowiekiem z posiwiałymi skrońmi.
Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Namawiam do obejrzenia filmu Dług - Marcina Mamonia, który jest koniecznym uzupełnieniem książki.
sobota, 18 października 2014
Oczyszczenie – Andrew Miller



Oczyszczenie – Andrew Miller
Przełożył Michał Kłobukowski
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 361 stron
Literatura angielska


Zniszczyć. Kościół i cmentarz. A opróżnionemu miejscu przywrócić dawny urok. Użyj ognia, użyj siarki. Wszystkiego, co będzie potrzebne, żeby oczyścić plac. – usłyszał inżynier Jean-Baptiste Baratte. Dwudziestoparoletni mężczyzna specjalnie sprowadzony z prowincji i zatrudniony to tego delikatnego, a zarazem ohydnego zadania, przez ministra w służbie króla Francji.

Wikipedia

Za uprzątnięcie zawartości paryskiego Cmentarza Niewiniątek do ostatniego paliczka obiecano mu szybką karierę i wzrost znaczenia jego nazwiska. Nie jawiło mu się ono trudne. Wystarczyło zachować odpowiednią dyskrecję, odporność na ataki kleru, opanować wstręt fizyczny i nie dawać wiary w przesądy szerzone przez miejscowych.
Z dwoma ostatnimi postanowieniami było najtrudniej.
Cmentarz był przepełniony trupami składanymi jeden na drugim w zbiorowych dołach głębokich nawet na ponad trzydzieści metrów. Całe legiony upchnięto na spłachetku nie większym niż pole ziemniaków. Ziemia przesiąknięta zgnilizną rozkładu zaczęła cuchnąć, zatruwając wszystko wokół – powietrze, a nawet jedzenie. Podczas bardziej obfitych opadów cmentarz wylewał swoją upiorną zawartość poza mury, do piwnic pobliskich domów. Mieszkańcy sąsiadujący z przerażającą nekropolią zaczęli skarżyć się na smród, gnijące jedzenie, zawroty głowy, nieobyczajność kochanków czy gasnące nagle świece, jakby knot ścisnęły niewidzialne palce. Mówiło się nawet, że w kostnicach mieszka jakiś stwór, spłodzony przez wilka, podobny do wilkopsa. Jane-Baptiste, który zamieszkał w takim domu, by widzieć z okna miejsce swojej pracy, zauważył coś jeszcze – oddech domowników był przesiąknięty odorem cmentarza. Mężczyzna, aby rozrzedzić gęstniejącą atmosferę wokół siebie jako likwidatora dziedzictwa Paryżan, nie poddać się naciskom przeciwników przedsięwzięcia, nie zgubić się w meandrach ludzkich intryg, wieczorem, przed snem, odmawiał katechizm własnego jestestwa. – Kto ty jesteś? Jean_Baptiste Baratte. Skąd pochodzisz? Z Belléme w Normandii. Kim jesteś z zawodu? Inżynierem wykształconym w Ecole des Ponts. W co wierzysz? W potęgę rozumu...
Rozum – to klucz do przesłania tej powieści.
Wchodząc w nią, w tę mroczną, niezwykle sugestywnie odmalowaną słowami rzeczywistość osiemnastowiecznego Paryża zawężonego, jak w soczewce, głównie do cmentarza, jego atmosfery lęku, otaczającej go aury niedomówień i sugestii przyprawiających o gęsią skórkę, strachu przed śmiercią, odoru z rozkopywanych metodycznie grobów, gazów ulatniających się z dołów doprowadzających do utraty przytomności, jadu wnikającego w ciało wywołującego gorączkę, widoków kości i nie do końca rozłożonych ciał, błota zmieszanego z odchodami, smrodu nasilającego się w upalne dni i tego czegoś nieuchwytnego, wiszącego w powietrzu cmentarnym niczym skażona chmura podsycana przez przesady i zabobony dyktowane przez emocje usypiające rozum. Obawiałam się nieznanego tak samo, jak zatrudnieni do prac ekshumacyjnych specjalnie sprowadzeni do nich górnicy.
W tym pierwszym nastawieniu, nie różniłam się od nich niczym, mimo że dzieliły nas wieki.
Ja, człowiek współczesny, doinformowany, z pełniejszą wiedzą, zostałam tym prostym zabiegiem sprowadzona przez autora do mentalności i pryzmatu patrzenia osiemnastowiecznych bohaterów powieści. A kiedy już osiągnęłam szczyty gorączkowej ciekawości zawartości grobów, lęku oczekiwania na ujawnienie się kolejnych niewytłumaczalnych zjawisk, a przede wszystkim pojawienie się wilkopsa, autor powolutku zaczął oswajać mnie z cmentarną grozą. Zamieniać go w zwykły teren wykopalisk i badań antropologicznych, na którym sterty kości nie paraliżowały już zmysłów i emocji, zmumifikowane trupy pięknych dziewcząt pociągały seksualnie żywych mężczyzn, namawiając do nekrofilii, tajemniczy ksiądz, chowający się w przycmentarnym kościele, okazywał się szalonym staruszkiem, a sam cmentarz miejscem schadzek pracowników i paryskich prostytutek zwanych potocznie murwami od przeskakiwania przez mur. Dotychczasowa groza cmentarza zamieniała się w grozę obrazu człowieka zdolnego do najbardziej niskich, grzesznych i podłych czynów, w którym namiętności i emocje wzięły górę nad rozsądkiem.
W tej nowej, odmiennej rzeczywistości stworzonej nie przez umarłych, lecz żywych, Jeane-Baptiste zaczął się gubić, tracić rozum i logiczny grunt, a odmawiany wieczorny katechizm jego jestestwa okazywał się coraz krótszy. Wydźwięk tego, co działo się na cmentarzu, autor przeniósł na sytuację polityczno-społeczną ówczesnej Francji. Przypominała ona właśnie taki cuchnący, przepełniony cmentarz, który należało oczyścić. I nie ma na świecie takiej rzeczy, której nie dałoby się rozebrać na części. Mając wystarczająco dużo ludzi, można by przez tydzień obrócić pałac wersalski w kupę gruzu – mówił jeden z bohaterów. Rewolucja zbliżała się wielkimi krokami, czego wyraz dał autor, wplatając delikatnie tu i ówdzie w fabułę powieści wyraźne wątki polityczne o rewolucyjnej treści.
Jest w tej opowieści jeszcze trzeci rodzaj oczyszczenia - człowieczy.
Poddaje się mu główny bohater. Rok spędzony w Paryżu to dla niego zabłądzenie i odnalezienie się, upadek i podniesienie się, przegranych i wygranych, słabości i siły i wreszcie zbrukanie i oczyszczenie się. To on jest postacią spinającą klamrą kompozycyjną powieść, która rozpoczyna historię oczyszczenia w wielorakim znaczeniu pierwszą, a potem ostatnią jego wizytą w Wersalu. Opuszcza go oczyszczony, ale i odmieniony.
Nie zmieniają się tylko martwi, bo żywy człowiek może być jakiś, potem całkiem się zmienić, jeśli zabraknie rozumu. To tych ostatnich należy się bać.
I jeszcze jedna, ważna informacja.
Cmentarz Niewiniątek istniał naprawdę i naprawdę go zlikwidowano, a o jego fascynującej historii, nie mniej ciekawie niż książka, uzupełniającej moją wiedzę o fakty historyczne, ryciny i zdjęcia aktualne, przeczytałam w forumowym poście portalu iFrancja - Cmentarz Niewiniatek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 15 października 2014
Testament Marii – Colm Tóibin



Testament Marii – Colm Tóibin
Przełożył Jerzy Kozłowski
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 150 stron
Literatura irlandzka


Maria, matka Jezusa, nie musiała być taka, jak opisują ją Ewangelie kanoniczne – pokorna, oddana, wyrozumiała, heroiczna, cicha, akceptująca, a boleściwa i cierpiąca z zupełnie innych powodów. Jej wizerunek może być zupełnie inny od obecnie powszechnie przyjętego, bo przeciwstawny.
Dla niektórych – obrazoburczy.
Naruszający wyobrażenie wzoru matki, a pośrednio syna. Bo matka Jezusa mogła widzieć wydarzenia, w których uczestniczył jej syn, zupełnie inaczej. Przede wszystkim mogła postrzegać syna, jako człowieka, którego poglądów, zachowania i postępowania nie rozumiała. W którym Syna Bożego nie dostrzegała. Widziała za to jego inteligencję, wdzięczność, umiejętność milczenia, spędzania samotnie czasu i patrzenia na kobiety, jakby były równe jemu, wokół którego zgromadzili się mężczyźni niepotrafiący spojrzeć kobiecie w oczy, dorosłe dzieci wychowane bez ojców, szaleńców, malkontentów, jąkałów, nerwusów. Grupa nieudaczników kierująca się brawurą i ambicją doprowadzającymi do lekkomyślności i okrucieństwa. Mogła podważać zasadność cudów dokonywanych przez Jezusa, jako tych, które zawracały lub wywracały odwieczny porządek rzeczy nieuniknionych, uznając wskrzeszenie Łazarza za szyderstwo z niebios i samej śmierci, wesele w Kanie za nadarzającą się sposobność odwiedzenia syna od jego planów prowadzących do zguby, a światło i łaskę poczęcia za szczęście kobiety brzemiennej. W swoim krytycyzmie mogła nie pomijać samej siebie, ganiąc się za ucieczkę spod krzyża w obawie o własne życie. Ten odmienny obraz malowany konfesyjną opowieścią kobiety owdowiałej, która straciła również syna, mógłby być właśnie taki - pełen goryczy, poczucia niespełnienia, żalu, pretensji oraz niechęci do otaczającego świata i ludzi. Pretensji również do Boga, w którego traci wiarę, zwracając się z modlitwami do bogini Artemidy.
Jej osoba, żyjąca w starożytnym Efezie już po ukrzyżowaniu Jezusa, stanowi klamrę narracyjną kreślonej historii z przeszłości, której wysłuchują spisujący Ewangelie wchodzące w skład Nowego Testamentu. Dwaj mężczyźni, którzy przychodząc do niej do domu, czekają na jej słowa zbyt zaślepieni swymi wielkimi, nienasyconymi potrzebami i zbyt otumanieni resztkami strachu, który wtedy czuliśmy wszyscy, żeby zauważyć, że pamiętam wszystko. Ale by nie zauważyć, że pamięta inaczej. Czekający na potwierdzenie tego, co według ich wyobrażenia powinna pamiętać. Słuchający lecz niesłyszący ewangelii według Marii.
Autor, aby zbudować tak odmienną postawę i poglądy Marii, wykorzystał wspólną dla wszystkich matek płaszczyznę jedności i porozumienia – emocje.
Bezinteresowna miłość do własnych dzieci, które są nimi nadal, nawet, gdy dorosną, troska o bezpieczeństwo i przyszłość opartą na tradycji, chęć ochrony przez złem świata – tego chce każda matka. Nie inaczej mogło być z Marią – sugeruje autor. Przyszło jej żyć w gorącym czasie pełnym pogłosek i opowieści, w których zmarłych wskrzeszano, woda zamieniała się w wino, a fale morskie uspokajał człowiek kroczący po wodzie, mogąc tylko marzyć, by syn, jak inni młodzi mężczyźni, wyemigrował do Jerozolimy za lepszym bytem. By stając się mężczyzną, miał w niej nadal oparcie, słuchając przede wszystkim jej rad. By kochać go jeszcze bardziej, kimkolwiek by się stał, by go chronić. By wreszcie mieć opiekę na starość i kogoś, kto się nią zaopiekuje. Kto zajmie się jej ciałem i pogrzebem po śmierci. Tego wszystkiego chce każda, kochająca matka.
To dlatego w całym monologu bohaterki nie pada ani razu imię Jezusa. W dialogach z Ewangelistami używa zamienników – ”on”, „mój syn”, „nasz syn”, „ten, który tu był”, „wasz przyjaciel”, „ten, który was interesuje". Tym celowym zabiegiem autor stwarza idealne warunki każdej matce do empatii i utożsamiania się z Marią zbuntowaną, która chce, skoro cuda się wydarzają, cudu dla siebie – wrócić do lat sprzed śmierci jej syna zanim opuścił dom, kiedy był dzieckiem i żył jego ojciec, a na świecie panował spokój. Ta płaszczyzna to najprostsza droga do zrozumienia Marii. Nie poprzez argumenty, logikę i rozum, ale poprzez uczucia. Poprzez wspólne doświadczenie emocji macierzyństwa i bólu po stracie dziecka.
Czy tak mogło być? – to pytanie autor pozostawia otwarte.
Jedno jest pewne - można zastanawiać się, gdybać, można polemizować, czyniąc z Biblii księgę żywą tak, jak czyni to Bella Szwarcman-Czarnota z Torą w Księdze Kobiet i Kobietach Księgi. Mną jednak ta historia nie zachwiała w poglądach. Wierzę w miłość Marii do Boga większą niż w miłość do syna. Maria nie była w tym jedyną. Przypomnę, że podobną, bezwarunkową miłość do Boga udowodnił Abraham, gotowy złożyć własnego syna w ofierze.
Dla mnie ta opowieść stawia zupełnie inne pytanie - ile z nas matek jest Marią zbuntowaną, a ile poddaną Bogu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69
| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w listopadzie w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (644)
Mój top czytanych w 2013
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi