Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 23 września 2017
Dzienniki: tom II 1914-1915 – Michał Römer

Dzienniki: tom II 1914-1915 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 544 strony

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska
  

   Czy będzie wojna europejska?

   To pytanie zadał sobie autor dzienników na początku 1914 roku i zaraz na nie odpowiedział – Niech będzie, niech nastąpi wybuch, aby znaleźć wyjście z tego, co jest, bo gorzej nie będzie. A jak było, że aż tak bardzo autor optował za najgorszym, najbardziej obrzydliwym, jak sam je określał, z możliwych wyjść? Na to pytanie również odpowiadał w swoich codziennych zapisach, będących kontynuacją pierwszego tomu dzienników zakończonych na roku 2013. Przede wszystkim skupił się na sytuacji politycznej ówczesnej Europy, z troską pochylając się nad wydarzeniami bałkańskimi i ich konsekwencjami dla Litwy i Polski. Jego kraju. Wnikliwie i rzeczowo analizował sytuację środowisk partyjnych, kładąc nacisk na wichrzycielską rolę endecji podtrzymującej nacjonalistyczne nastawienie metodami, które autor potępiał, bo przekreślały możliwość dialogu i porozumienia dla pokojowego współistnienia wielonarodowego. Dla jego idei krajowości. Dokładnie szkicował antagonizmy postaw austrofilskich i moskalofilskich dzielących Polaków. Ukazywał narastającą falę klerykalizmu, nacjonalizmu i antysemityzmu ze strony wszystkich nacji oraz odmiennych interesów różnicujących i tak już podzielone społeczeństwo. To ten coraz bardziej antagonizujący się tygiel ścierających się poglądów, brak wyjścia ze skomplikowanej sytuacji i nadziei na kompromis, tak zniechęcił autora.

   Jednak nie do aktywności.

   Czytał, obserwował, pisał, publikował, jeździł na zjazdy, organizował spotkania i zebrania, spotykał się z emisariuszami, wyjeżdżał do Warszawy na obserwację i chociaż świtała mu pierwsza myśl o zrobieniu czegoś więcej dla sprawy, to nie wyłożył jej szczerze, tylko enigmatycznie o niej wspomniał. Domyślałam się tylko jej istoty, bo wiedziałam, że jedyną przeszkodą na drodze do jej urzeczywistnienia stała miłość jego życia – Aninka. Była jego wszystkim. Na dobre i na złe. Zwłaszcza na złe, gdy Anna zachorowała na szybko postępującą i wyniszczającą gruźlicę. Umarła bez swojego Michasiulka u boku, który w tym przełomowym i tragicznym czasie przebywał na zjeździe w Warszawie, a czego nie mógł sobie wybaczyć po jej śmierci. I tak, jak o polityce zapominał przy Annie będącej jego światem i życiem, tak o bólu po jej stracie chciał zapomnieć, biorąc czynny  udział w wojnie. Był przekonany, że są chwile i sprawy, które wymagają karności szeregowej, nie zaś politykowania rozprzężonego.

   Byłam zaskoczona!

   Nie samą myślą o czynnym udziale autora w wojnie, bo tego już się wcześniej domyślałam, ale stanowczością w jej urzeczywistnianiu. Nie ja jedna. Jego znajomi również nie wyobrażali sobie korpulentnego, słusznych wymiarów adwokata na pierwszej linii frontu, który zdążył zmęczyć się i spocić podczas przymierzania spodni legionisty. Jego przyjaciele nie sądzili, aby poszedł do szeregów, nieposiadający żadnej szkoły wojskowej, żadnych kwalifikacji wojowniczych, którego jedynym dotąd orężem czynu było pióro i słowo. Niewielu z nich wiedziało, że oprócz ideałów niepodległościowych, drugą, nie mniej silną, przyczyną była Aninka. Chciał znaleźć się w ogniu walki, lekceważąc groźbę śmierci, o której pisał – Nie boję się tej śmierci, jeżeli ona ma przyjść, bo cóż mi po życiu bez Ciebie. Pozamykał i pozaszywał dotychczas prowadzone dzienniki, które od wybuchu wojny pisał w pustym już mieszkaniu ukochanej Anny. Tam czuł się bezpieczny, zwłaszcza że w marcu 1915 roku wyznał na jego kartach swoją tajemnicę.

   Był wolnomularzem.

   A niewielkie rysuneczki z ciągiem tajemniczych liczb, którymi opatrywał gdzieniegdzie daty wpisów, nie były tylko fantazją autora i ozdobą graficzną Wydawcy, za jakie je brałam, ale specyficznie odnotowanym znakiem posiedzeń masońskiej loży wileńskiej.

picasion.com_6abc18680e4c3caf4cc8d8b8ff08f1f9

Dlatego, wybierając się do Legionów Polskich i chcąc uniknąć kary, jako poddany cara, musiał zakończyć kompromitujący go poglądowo dziennik i zdeponować u siostry Elwiry. Nowy dziennik w połowie 1915 roku zaczął pisać pod legionowym pseudonimem – Mateusz Rzymski. Pod wpływem rozmowy z Józefem Piłsudskim wstąpił do piechoty i stał się żołnierzem – szeregowcem I Brygady Legionów Polskich 1 pułku I batalionu 1 kompanii II plutonu 2 sekcji pod dowództwem: Brygady – brygadier Piłsudski; pułku – podpułkownik Śmigły, nazwisko Rydz. Nie porzucił przy tym roli uważnego obserwatora. Nadal, niemal codziennie, notował swoje spostrzeżenia, w których cenił sobie wolność w doborze tematów, myśli i wrażeń. Dlatego opisy wojny widzianej z różnych perspektyw – cywila, żołnierza, uczestnika i rekonwalescenta są tak szerokie i bogate. Przy czym nie skupiał się tylko na walkach i bitwach, w których brał udział, ale również na codziennym życiu legionistów, często porównując ich morale z jednostkami austriackimi, rosyjskimi, a zwłaszcza ze słynącymi z okrucieństwa i bezwzględności oddziałami kozackimi i węgierskimi. Opisywał przemarsze, grabieże i plądrowanie wsi, aprowizację, werbunek ochotników, pochodzenie społeczne i nastroje polityczne współtowarzyszy w plutonie, talenty dowódcze lub ich brak u przełożonych, działania taktyczne, głód, choroby, wszy, opiekę lekarską i szpitalną nad rannymi, silny kult Józefa Piłsudskiego zwanym „Dziadkiem” lub „Dziadziem” przez legionistów wielbiących go i uważających za żywy, wcielony symbol ich idei, ich wiary. A także obóz jego wrogów, dla którego jednym z narzędzi cichej walki z Piłudskim jest rozbijanie i psucie środków, którymi rozporządza.

   Dzienniki przetrwały niebezpieczny okres aktywności autora tylko dlatego, że nosił je stale przy sobie w kieszeni płaszcza.

   We wszystkich swoich sądach, osądach i ocenach zachował charakterystyczną dla siebie chęć wszechstronnego zrozumienia zachodzącego zjawiska lub postępowania człowieka, ukazując zarówno ich zalety, jak i wady, plusy i minusy, korzyści i straty. Dzięki takiemu dążeniu do obiektywizmu w swoim świadkowaniu przedstawił w ciągu tych dwóch lat zapisów, obraz I wojny światowej z zewnątrz i od środka. Jego przekonania humanistyczne w służbie haseł wolności i ludzkości w jej wszelakich postaciach, społecznych, narodowych, krajowych oraz duchowych znalazły kompromis w sytuacji konieczności wojny. Ba! Wziął w niej czynny udział, chociaż zdania na temat jej obrzydliwości i potworności nie zmienił, pisząc – Ciężka i okropna jest wojna, pełna instynktu zniszczenia i gwałtu. Dzień w dzień się na niebie widzi łuny pożarów, dookoła spustoszenie i ruina, sprofanowanie, przewrócenie do góry wszystkiego, co społeczne, co z pracy i ładu, z prawa i zwyczaju powstało. Gdyby nie wolności kwiat, który z tej krwi i ruiny wykwitnąć może, gdy drogami postępu i reformy sprawiedliwości zdobyć i życiu dać ujścia naturalnego niepodobna, to gotów bym przekląć tę wojnę. Dzięki temu potrafił odróżnić piękną Legendę i brud Rzeczywistości, świetnie dostrzegając, że ludzie są w legendzie odarci ze swej nędzy, ze swych ułomności ludzkich i w blasku wielkiej sprawy, której z siebie ofiarę złożyli, świecą jak czyste gwiazdy. W rzeczywistości, z bliska, w szarzyźnie codziennej życia i męki na linii rzeczy wyglądają naturalnie inaczej. Obok przeczystych blasków jest brud, obok świetnych wyżyn i marność tysiąca szczegółów i w ludziach – świecznikach ofiary – plenią się wady, małostki i instynkty – zbrodnie. Wspaniałe nawet, sięgające samych szczytów ducha obrazy bohaterstwa, śmierci, momenty walk mają w sobie w praktyce dużo szpetnego, zgoła dalekiego od wielkości. Wszelkie gady podłe pełzają po żywych sercach ludzkości obok najszlachetniejszego kruszcu ducha. Kruszcu, który „świeci” pełnią, zasłużonego zresztą, blasku we współczesnych opracowaniach historycznych.

   Warto jednak zajrzeć do dzienników autora, by zobaczyć również koszty jego „wytopienia”.

Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 1914–1915. Tom 2 [Michał Römer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 18 września 2017
Tarapaty – Marta Karwowska , Katarzyna Rygiel

Tarapaty – Marta Karwowska , Katarzyna Rygiel
Ilustrowała Marta Ruszkowska
Wydawnictwo Agora , 2017 ,  312 stron
Literatura polska
 

   Mapa!!!

   Zobaczyłam ją na wyklejce zaraz po odchyleniu okładki. Natychmiast obudziła we mnie dziecko z żądzą przygody. Wiedziałam, że będzie, kiedy bliżej przyjrzałam się szczegółom planu. Zapowiadała ją stara jabłoń, kryjówka szefa, wyjście z tunelu, a przede wszystkim stara rudera z dziurą w murze.

Z niecierpliwością zaczęłam czytać, by dowiedzieć się, co łączyło te tajemnicze miejsca, rozrzucone po warszawskim osiedlu. A przede wszystkim, kto będzie podążał ich tropem? Okazała się nimi dwójka jedenastolatków z psem, który miał nos bardzo czuły na przygodę.

   Świetne zgrane trio stale wpadające w tarapaty.

   Julka, która przez przypadek i zaniedbanie rodziców trafiła do zdziwaczałej ciotki, żyjącej w mieszkaniu pełnym książek i planów architektonicznych.

Olek mieszkający w tej samej kamienicy, który mógłby nazywać się Pan Kłopot. I zabawny pies Pulpet wierny swemu panu na dobre i na złe. Dzieciaki od razu  zauważyły niezwykły ruch wokół rudery, która, jak na niezamieszkany dom, miała sporo podejrzanych odwiedzających. Zwłaszcza w porze wieczorno-nocnej.

Na dodatek ciotka Julki została okradziona z wszystkich planów, które dla niej stanowiły bezcenną, rodzinną pamiątkę. Dla złodzieja – trop do odnalezienia skarbu zaznaczonego na jednej z  map tajemniczymi inicjałami. Chęć zadośćuczynienia ciotce za wyrządzoną stratę, do której przyczyniła się dziewczynka, ciekawość Olka nieprzepuszczającego żadnej okazji do działania i  niesforność Pulpeta, zaprowadziła całą trójkę,  dosłownie i w przenośni,  w głąb Przygody. Bogato ilustrowanej rysunkami.

   A za nimi – ja!

   Czwarta, niewidzialna towarzyszka zafascynowana obfitością zaskakujących wydarzeń, niespodziewanych zdarzeń, tajemniczych okoliczności, trudnych sytuacji, małych kłopotów rodzących duże problemy, mnożone i komplikowane przez dzieciaki z psem w zawrotnej prędkości. Był wątek sensacyjny oparty na faktach z historii Warszawy z Pablem Picassem i jego Syrenkami w roli głównej.

Był wątek psychologiczny odkrywający wewnętrzny świat jedenastolatki ponoszącej konsekwencje decyzji dorosłych, w którym dziewczynka powoli  odbudowuje zaufanie do najbliższych oraz uczy się trudnej sztuki przyjaźni z rówieśnikami i odpowiedzialności za własne postępowanie. Był wątek dydaktyczny uczący nie tylko dziejów miejsca zamieszkania poprzez mało znane fakty, ale i nieograniczonej możliwości odkrywania ich w każdym miejscu – za rogiem, na osiedlu, w następnej ulicy czy w niepozornie wyglądającej ruinie. Były też ważne drobiazgi wychowawcze, które sprytnie wplecione w fabułę, uczyły pożądanych postaw moralnych, a nawet prozdrowotnych.

   Powieść wyczerpuje w pełni bardzo dobrze przemyślaną i poprowadzoną fabułę współczesnej powieści przygodowej dla starszych dzieci w formule tak dobrze znanej mi z lat 70. i 80. XX wieku. Jest w niej tajemnica, jest humor, jest przyjaźń.

   Jest ZABAWA!

Od 15 września można obejrzeć film powstały na bazie powieści.

sobota, 16 września 2017
Odłamki – Ismet Prcić

Odłamki – Ismet Prcić
Przełożył Jarosław Rybski
Wydawnictwo SQN , 2015 , 430 stron
Literatura amerykańska

   Autor porzucił teatr!

   A był z nim związany od szóstego roku życia! Ukochał go, bo zmieniał jego życie. Życie dziecka wojny, a potem uchodźcy i emigranta patrzącego na nią z dalekiej perspektywy geograficznej i czasowej. Dlaczego to zrobił, pomimo dotychczasowego dorobku zawodowego? Jak napisał we wstępie, stracił złudzenie, że uda mu się poprzez sztukę prawdziwe doświadczenia życiowe przekazać tak mocno, żeby sięgnęły do trzewi odbiorcy. Dlatego zajął się literaturą. Stąd ten bardzo osobisty, bo z elementami autobiograficznymi, debiut powieściowy w dotychczas tylko reżyserskim i dramaturgicznym dorobku. Chciał, by jego opowieść była równie dojmująca, jak sztuka, która zmieniła jego życie. Wierzył w tę doskonalszą i precyzyjniejszą, a przez to skuteczniejszą dla niego, formę przekazu do osiągnięcia postawionego sobie celu. Jeśli miało się tak nie stać, to prosił o powiadomienie go o tym. Wzięłam sobie tę prośbę do serca.

   I odpowiadam.

   Nie miał łatwo. Miał przed sobą czytelniczkę wymagającą, która dużo przeczytała i wysłuchała o wojnach. I tych dawnych, i tej pierwszej, i drugiej, ale i o tej w Bośni i Hercegowinie w latach 1992-1995, której autor był świadkiem jako nastolatek, również. Gdy wybuchł najkrwawszy konflikt zbrojny w Europie po II wojnie światowej, autor miał 15 lat. Trudno poruszyć emocje tak szeroko obeznanej w literaturze wojennej czytelniczki.

   Czy można jeszcze kogoś takiego zaskoczyć nie informacją, ale emocjonalnie?

   Bo przecież nie o przekaz faktów autorowi chodziło. On postawił sobie poprzeczkę wyżej – poruszyć emocje! Trochę stępione uczucia człowieka współczesnego, który żyje w świecie stale nękanym przez licznie toczące się walki zbrojne i konflikty wojenne w różnych punktach zapalnych świata. Na bieżąco bombardowanego wstrząsającymi informacjami i obrazami przez media. Widok zniszczeń, gruzów, krwi, śmierci i dzieci zatkniętych na sztachetach parkanów, na krzyże wycięte na głowach kobiet, które nie miały palców, na których jeszcze niedawno nosiły pierścionki i obrączki, a ich ciała gniły rzucone na stertę przy wioskowej studni, zaczyna powszednieć, znieczulając serce. W rutynę zaczyna wchodzić naturalny egoizm broniący dobrostanu psychicznego – daleko, nie u nas, więc nie dotyczy.

   A jednak dopiął swego!

   Udało mu się. Przestraszył mnie. Dał odczuć i poczuć wojnę emocjami. Nie relacjonował swoich przeżyć wprost. Nie analizował własnych stanów emocjonalnych. Nie roztrząsał uczuć innych. Nie posłużył się ckliwością. A mimo to, zalał mnie nimi. Wypełnił po brzegi. Właściwie powinnam powiedzieć – zasypał. Zbierał pełnymi garściami gruz swojego roztrzaskanego życia i odłamek po odłamku, szrapnel po szrapnelu rzucał nimi we mnie. To dlatego ich ślady były dobrze widoczne na stronach kartek, nieustannie towarzysząc swoim dźwiękiem BUM!, BUUM! nie tylko w tekście, ale i każdemu nowemu rozdziałowi.

Celował nimi przypadkowo. Bez zachowania chronologii wydarzeń i faktów, sięgając raz do beztroskiej przeszłości sprzed wony, a raz do traumatycznej przyszłości, wybiegając bez ostrzeżenia z tragicznej teraźniejszości, która mogła być wszystkimi stanami czasu jednocześnie. Bez zachowania stałego miejsca akcji, przenosząc mnie z pokojowego miasta rodzinnego do miasta już oblężonego pośród wojny, która nie ma końca. By chwilę potem odkrywać nienormalność w normalności życia dalekiego od wojny Edynburga, w którym jedyne wybuchy, automatycznie przygniatające uwarunkowane ciała do ziemi, okazywały się fajerwerkami oznaczającymi radość i zabawę. By niespodziewanie zaraz przenieść  mnie do Los Angeles, w którym jedynym sposobem leczenia traumy wojennej, stresu pourazowego albo, jak zdiagnozował to lekarz - dementofobii, miał się okazać prowadzony przez Ismeta pamiętnik czy dziennik, którego okruchy tekstu odczytywałam pośród innych. Alternatywa dla nieskutecznych pigułek i alkoholu mająca uśmierzyć sny, głosy i szepty przenoszące go do Bośni.

   Kraju rodzinnego, którego tak naprawdę nigdy nie opuścił.

   A którego obraz stanu  emocjonalnego ludzi w nim żyjących, mroczny, poszarpany, chory, lękliwy łagodzony przez czarny humor, budowałam cierpliwie z odłamków rozrzuconych w przypadkowej kolejności w książce. I nie miało znaczenia, czy odczuwałam go jako żołnierz Mustafa, czy jako nastolatek Ismet. Bo jej wewnętrzny, psychiczny obraz był taki sam i prowadził do jednego – rozsypania się psychiki człowieczej. Do utraty siebie. Do postradania zmysłów. Do śmierci. Dokładnie to przekazał mi autor.

   Potworne uczucie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Odłamki [Ismet  Prcić]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



Sarajewo 8 lat po olimpiadzie...

poniedziałek, 11 września 2017
Książki. Magazyn do czytania 3/2017

Książki: magazyn do czytania nr 3 (26)/ 2017
Wydawnictwo Agora

Kwartalnik
Literatura polska

   Troszkę się przestraszyłam!

   Informacją, która gdzieś mi mignęła w Internecie, o zmianach, które miały odświeżyć czasopismo Książki. Czytam je (a po mnie jeszcze koleżanka, a potem moja zaprzyjaźniona młodzież) od pierwszego numeru, który ukazał się latem 2011 roku z Januszem Korczakiem na okładce.

Od początku odpowiadała mi jego formuła i do takiej przyzwyczaiłam się. Przede wszystkim do stylu i dobrego poziomu przekazu autorów artykułów, które czytam z niemalejącym zainteresowaniem, bez względu na tematykę, której się podejmowali. Zwłaszcza z niezmiennym uwielbieniem felietony Mariusza Szczygła. Do niespodzianek w postaci autorów piszących gościnnie, przełamujących rutynę, stałość i moje przyzwyczajenia. To też sobie ceniłam. Do klęski urodzaju, który zawsze przeżywam, gdy otwieram kolejny numer i zaczynam jęczeć z bólem czytelniczym, że tak wiele nowości, a tak mało, nie, nie czasu, bo taki zawsze znajdę, ale życia na przeczytanie wszystkiego, co polecane, sugerowane, ważne i warte. Po lekturze każdego numeru mam ochotę na większość rekomendowanych tytułów, które właśnie się ukazują lub niedługo ukażą na rynku wydawniczym. Tę rolę generatora świeżynek czytelniczych uwielbiam a zarazem nienawidzę.

   I nagle jakaś rewolucja tego wszystkiego!?

   Rewolucja mojego świata, do którego zaglądam cyklicznie od dobrych kilku lat? Czyżby dobra zmiana miała dotknąć i jego w ramach Książki+? Pierwszą zmianę zauważyłam i odczułam finansowo przy zakupie nowego numeru, tym razem z Witoldem Gombrowiczem na okładce. Podskoczyła o 2 zł. Nieboleśnie. Biorąc pod uwagę, że od pierwszego numeru cena nigdy nie była podnoszona, uznałam to wręcz za normalne. Jedzenie dla ciała drożeje, to i dla ducha i umysłu również. Standard. Pojawiło się tylko pytanie, czy będzie to warte zawartości? Z obawą odchyliłam okładkę, szybko przeglądając spis treści i autorów artykułów.

   Odetchnęłam z ulgą!

   Byli! Stała ekipa dobrego pióra. I był przede wszystkim Mariusz Szczygieł.  Również parę nowych nazwisk, jak Elżbieta Cherezińska. Ale nie od felietonów zaczynam swój rytuał czytania. Najpierw przeglądam reklamy książek, które są dla mnie papierkiem lakmusowym sprawdzającym, co wartego mojego czasu z krótkiego życia (100 lat też będzie mało, wolę wieczność) muszę wpisać na listę pozycji koniecznych do przeczytania.

   I tutaj pozytywne zaskoczenie!

   Pojawiły się reklamy rozbudowane wywiadami z autorem prezentowanej książki. Bardzo dobry pomysł! Zwłaszcza gdy autor debiutuje, chociaż w tym numerze akurat go nie było. Byli za to autorzy stojący na początku swojej drogi literackiej. Dopiero po tym przeglądzie i wnikliwym oglądzie okładek (jestem wzrokowcem) przechodzę to treści. Artykuły czytam nawykowo po kolei. Akurat w tym numerze od mojego ulubionego Mariusza Szczygła, który zrobił mi „wykład od serca” (bo tak ma i niech mu to zostanie na zawsze!) na temat reportażu gonzo, dokładając mi do listy książek koniecznych do przeczytania podstawowy kanon z tego gatunku. Przy okazji namawiając mnie do... kradzieży książki z biblioteki, jeśli jest niemożliwa do kupienia drogą legalną. I za takie właśnie żarty po bandzie i luzackie podejście do tematów go uwielbiam. Z Markiem Bieńczykiem, który udowadniał w Świńskiej wyobraźni, że umiejętność napisania najmocniejszej choćby sceny seksualnej, nawet w wysokiej literaturze, jest oznaką sprawności zawodowej w zupełności się zgadzałam, dodając od siebie – ale nie jedyną. Troszkę rozczarowałam się artykułem Elżbiety Cherezińskiej. Bardziej przypominał krótki wykład historyka na temat polskich dynastii królewskich z kobietami w roli głównej, a wolałabym pisarki o kulisach powstawania jej powieści historycznych. O sztuce zbierania i przetwarzania suchych faktów w pasjonujące i pełne emocji powieści historyczne, jakie tworzy. Zrekompensował mi ten niedosyt  Łukasz Orbitowski, opowiadając o procesie powstawania, a raczej  „jeżdżenia” za swoją najnowszą powieścią Exodus. Lekko wstrząsnął mną ekshibicjonistyczny wywiad Juliusza Kurkiewicza z Edwardem St Aubynem, który traumę z dzieciństwa umieścił w swoich powieściach, zaprzeczając o jakoby niepodważalnej rozdzielności między losami bohatera a życiem autora. Z kolei Wojciech Orliński lekko mnie przestraszył think tankiem. Zagadkową, podobno czwartą władzą, do której ideowej koncepcji odwołują się w swoich decyzjach rządy, parlamenty, a nawet sądy. Czyżby kolejna teoria spiskowa? Nie przekonał mnie do opowiadań Jerzy Jarniewicz, krzycząc – czytajcie opowiadania!, ale za to uświadomił, za co lubią je zwolennicy krótkich form opowieści. Dwa kolejne artykuły to popis zdolności, jak można ciekawie napisać o książkach, a raczej o ich bohaterach, bo to biografie. O Józefie Piłsudskim, o którym czytając, zastanawiałam się, czy to książki są aż tak dobrze napisane, czy to artykuł Janusza Rudnickiego o nich. Świetnie skomponowany, w którym narratorkami w pierwszej osobie uczynił wszystkie znane i mniej znane kobiety Marszałka. O Irenie Sendlerowej, której znany dotychczas wizerunek burzy W ukryciu Anny Bikont, o czym ciekawie pisze Joanna Tokarska-Bakir. Znalazł się również artykuł dotykający tabu społecznego i tematu niewygodnego, ale stale pojawiającego się w dyskursie publicznym – celibatu. Źródłem rozważań o nim Mirosław Wlekły uczynił właśnie pojawiającą się na rynku wydawniczym publikację Marcina Wójcika Celibat. Nie przebrnęłam przez artykuł o sztuce przekładu Jacka Dukaja, zauroczonego twórczością Josepha Conrada. Dla mnie zbyt branżowy, więc polecam go tłumaczom lub fanom twórczości obu pisarzy. I tyle.

   Wystarczy!

   Więcej nie napiszę o innych, równie ciekawych felietonach, fragmencie powieści Toma Hanksa i innych smaczkach okołoksiążkowych, pozostawiając radość odkrywania ich tematyki pozostałym czytelnikom.

   I tak dotarłam do części, której już... nie ma!

   Na końcu magazynu zawsze pojawiał się dział o książkach jeszcze niewydanych w Polsce, ale które czyta cały świat. Interesowały mnie przede wszystkim pozycje rosyjskojęzyczne. Raczej ku informacji, niż do późniejszych poszukiwań. Może dlatego nie zmartwiłam się zniknięciem tego działu. Za to ucieszyłam się, że w to miejsce pojawiły się rekomendacje książek kwartału pogrupowane  gatunkowo, a najbardziej z tych, polecających książki dla dzieci i młodzieży. Nareszcie znalazło się coś stałego dla najmłodszych pokoleń i ich rodziców.

   Podsumowując!

   Magazyn uległ bardzo dobrej zmianie! Niepotrzebnie obawiałam się jej, bo okazała się raczej kosmetyczną, a podniesiona cena wartą zawartości.

   Pozostaję nadal wierną czytelniczką, wyczekującą kolejnych numerów Książek.

Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z czasopisma.

sobota, 09 września 2017
Żałując macierzyństwa – Orna Donath

Żałując macierzyństwa: #regrettingmotherhood – Orna Donath
Przełożyła Elżbieta Filipow
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 310 stron
Literatura izraelska

   Kobiety muszą posiadać dzieci!

   Dla dobra kraju, bo niskie wskaźniki urodzeń generują koszty emerytur, więc jedno dla matki, jedno dla ojca i jedno dla kraju – apelował Peter Costello, australijski minister finansów, do swoich rodaczek. Nieposiadanie dzieci to egoistyczny wybór, jak w 2015 roku orzekł papież FranciszekJesteś kobietą. Musisz mieć dzieci!; Idź i poszukaj psychologa! – pisali internauci na forum „Kobiety, które nie chcą mieć dzieci”, na którym autorka publikowała swoje artykuły. I wreszcie nasze babcie, ciocie, koleżanki i matki, które jak mantrę powtarzają – Będziesz tego żałowała! Będziesz żałowała, że nie masz dzieci!

   Zewsząd ciśnienie, presja i brak wyboru.

   Bo macierzyństwo dla kobiety to najpiękniejsza droga pod słońcem. Jedyna prowadząca do wypełnienia i zwieńczenia ideału kobiety-matki. Jedyna dająca poczucie spełnienia, radości, miłości, pociechy, dumy i satysfakcji. Nigdy żalu! Gloryfikacja tej kobiecej roli jest powszechna i w pełni akceptowana przez wszystkich.

   Czy aby na pewno?

   Autorka naruszyła to tabu. Odkryła i ukazała ciemną stronę macierzyństwa, powołując do istnienia nieakceptowalne zjawisko, o którym zabrania się nie tyle mówić i go wyrażać, ile w ogóle istnieć.

   Żal bycia matką.

   Ujęła go w wyrażeniu „żałując macierzyństwa”, uważając, że tak sformułowane, zawrze w sobie żal kobiet po urodzeniu dzieci i życzenia sobie powrotu do bycia niczyją mamą. Swoje badania przeprowadziła w latach 2008-2013 w Izraelu o najwyższym współczynniku dzietności spośród krajów rozwiniętych. Kraju najbardziej ideologicznie przesiąkniętym doktryną religijną - bądź płodna i rozmnażaj się - mającą swoje odzwierciedlenie w ideologicznych dekretach militarnych, nacjonalistycznych i syjonistycznych oraz w powszechnie stosowanych technikach reprodukcyjnych. W badaniach posłużyła się wywiadami pogłębionymi z 23 kobietami w wieku 26-73 lata. Tą małą ilością grupy badawczej nie zamierzała prezentować reprezentatywnej próby pozwalającej na tworzenie generalizacji na temat „Matek”. Wręcz przeciwnie. Celem jej badań od początku było nakreślenie złożonej mapy drogowej, która pozwoli matkom z różnych grup społecznych „zlokalizować same siebie”, dopuszczając istnienie różnorodnych macierzyńskich doświadczeń.

   W tym – „żałowanie macierzyństwa”.

   Autorka przypomniała, że istnieje coś takiego, jak krzywa Gaussa obiektywnie obrazująca rozkład ilościowy każdego zjawiska społecznego. Również macierzyństwa z jego skrajnościami, którego jeden koniec tkwi współcześnie w mroku. Do tego stopnia niewidoczny, że aż nieistniejący w świadomości społecznej. Publikacja autorki wyłania go z cienia i, niczym punktowy reflektor, skupia całą swoją uwagę na jednej skrajności krzywej – braku potrzeby bycia matką. Na różnych i różnorodnych drogach stawania się nimi wbrew wolom kobiet. Na braku zmiany postawy wobec negacji macierzyństwa nawet po urodzeniu dzieci, którą jedna z badanych podsumowuje – cierpię, będąc matką i nic na świecie nie uczyni tego wartościowym, a druga dodaje – Nie ma na świecie żadnego powodu, by mieć dzieci. Ogólnie mówiąc? Cierpienie jest zbyt głębokie, trud jest zbyt wielki, a ból jest zbyt dogłębny, żebym tak po prostu mogła cieszyć się teraz w obliczu starości. To tyle. Skupia się również na macierzyństwie jako traumie prowadzącej do fizycznej i psychicznej utraty zdrowia – złego samopoczucia, depresji, zmęczenia czy kryzysu emocjonalnego. Na prawie do mówienia o braku posiadania „genu matki” i o błędzie zostania nią. Na wykorzystywaniu idei matczynej miłości jako formy opresji do osiągania określonych celów – politycznych, religijnych, społecznych czy ekonomicznych. Na prawie do wyboru bycia niczyją mamą bez narażania się na uprzedzenia, stereotypy, sankcje i kary. I wreszcie, na prawie do „zbrodni” braku wyrzutów sumienia z powodów nieposiadania dzieci. Bo według jednej z badanych kobiet, zbrodnią jest nie mówić prawdy nam samym i tym, których urodziliśmy. Zbrodnią jest umrzeć i odejść z mroczną tajemnicą, która nie może być powiedziana, napisana lub wyjawiona. Zbrodnią jest zaprzeczać ich uczuciom – dodam od siebie. Zbrodnią jest zatajać przed kobietami drogi alternatywne wobec macierzyństwa i istnienie pełnej wiedzy na jego temat chociażby w takich pozycjach, jak Wyznania upiornej mamuśki Jill Smokler. Przy czym autorce nie chodziło o gloryfikację żałujących matek i stanu bezdzietności. Przede wszystkim chciała odpowiedzieć na dwa ważne pytania – Jakie są konsekwencje przemilczania żalu nad macierzyństwem?Kto płaci cenę za próbę udawania, że on nie istnieje?

   I odpowiada na nie.

   Nie tylko poprzez analizę poruszanych zagadnień, ale przede wszystkim poprzez licznie cytowane wypowiedzi badanych kobiet, którym autorka po raz pierwszy na to pozwala, dając prawo publicznego zabrania głosu.

   Warto się w niego uważnie i refleksyjnie wsłuchać.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Żałując macierzyństwa [Orna Donath]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 03 września 2017
Zamojszczyzna 1918-1959 – Zygmunt Klukowski

Zamojszczyzna  1918-1959 – Zygmunt Klukowski
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 711 stron + 100 stron zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska

   Robię to z głęboko zakorzenionej u mnie „żyłki historyka”, z przekonania, że te rzeczy nie mogą pójść w zapomnienie, że muszą być przekazane przyszłym pokoleniom w całej swej nagiej, brutalnej rzeczywistości.

   Tak uzasadniał swoją dziennikarską pracę Zygmunt Klukowski. Lekarz z zawodu oraz regionalista i bibliofil z zamiłowania. I chociaż miał świadomość, że tragizm czasów, w których przyszło mu żyć,  mogłoby odtworzyć jakieś tęgie pióro literackie, lecz nie krótkie, kronikarskie notatki, to poczucie obowiązku relacjonowania jako świadka ważnych wydarzeń historycznych, przeważało nad tego typu wątpliwościami. Swój dziennik zaczął prowadzić od 1939 roku do 1947, który redaktorzy wydawnictwa zilustrowali licznymi zdjęciami.

Poczucie obowiązku kronikarskiego przeważało też nad lękiem i strachem notowania w strasznych warunkach - jak sam określił okupację niemiecką, pisząc wspomnienia obejmujące lata dwudziestolecia międzywojennego od momentu przyjazdu do Szczebrzeszyna w 1919 roku, które ujął nie w porządku chronologicznym, ale w formie szeroko przekrojowej opowieści o przedwojennej Zamojszczyźnie.

Obejmując stanowisko lekarza i dyrektora w szczebrzeszyńskim szpitalu, miał możliwość poznania, obserwowania i uczestniczenia w życiu lokalnej społeczności. Stworzył monografię Szczebrzeszyna, Zamościa i okolicznych miejscowości, opisując ich wygląd, architekturę, rozkład ulic i najważniejszych miejsc użyteczności publicznej i usługowej, nastroje polityczne i gospodarkę, ale przede wszystkim kulturalne i codzienne życie mieszkańców zróżnicowanych pod względem etnicznym i pochodzenia społecznego. Jego świadectwo wystawione ówczesnej inteligencji nie było chlubne. Ubolewał bardzo nad marazmem kulturalnym prowincji. Nad inteligencją, która pochłonięta jest wyłącznie swoimi sprawami zawodowymi, materialnymi, domowymi oraz beztreściwym życiem towarzyskim. Lata całe spędzone w takich warunkach wyjaławiają nawet nieprzeciętne umysły. A cóż dopiero mówić o ogóle mieszkańców takiego miasteczka, jak Szczebrzeszyn. Jest to kompletny ugór. Na tym tle, jego zamiłowania bibliofilskie i systematycznie powiększany księgozbiór, stanowiły pewnego rodzaju oazę na prowincjonalnym ugorze umysłowym.

 Co ciekawe! Wsławił się wśród znajomych nietypowym ekslibrisem, którego grafika i treść mnie rozbawiły.

Gdybym nie poznała dokładniej sylwetki autora dzienników oraz jego działalności społecznej i patriotycznej opisanej przez redaktorkę serii, Agnieszkę Knyt, umieszczonej na końcu książki, mogłabym poczytać to za nieskromność, a nawet za egoizm bibliofila. Bo w samych dziennikach ograniczał swoją rolę raczej obserwatora, który o sobie pisał skromnie, często pośrednio. Wtedy, gdy było to ważne i konieczne. Dlatego o wielu aspektach jego aktywności pozazawodowej albo domyślałam się, albo dowiadywałam powoli i późno, kiedy w relacjach z przesłuchań przez Niemców w czasie okupacji, a potem przez UB w latach 50. XX wieku, wspominał na przykład o zmianie pseudonimu w strukturach AK. Wynikało to nie tylko z ostrożności notowania wprost, ale również z jego skromności, którą dostrzegali mu współcześni. Prof. Zygmunt Mańkowski opisywał go jako człowieka otwartego na sprawy ludzi, na ojczystą historię, ale szczególnie regionu, w którym zamieszkał.

   Regionalizm to główna cecha dzienników autora.

   Stała troska o zapisanie jak najwięcej z dziejącej się historii pomimo niebezpieczeństwa dekonspiracji jego zapisków poukrywanych w zakamarkach szpitalnych murów. Niezmiennie kontynuowanych pomimo wielokrotnych sytuacji zagrażających życiu jego i jemu najbliższych, negatywnie wpływających na jego pogarszające się zdrowie - napadów, pobić, aresztowań i wieloletnich więzień. Zarówno w czasie wojny, jak i w okresie stalinizmu, kiedy był już starszym, bardzo schorowanym człowiekiem.

Jego dzienniki, wydawane publikacje, gromadzone dokumenty życia społecznego i konspiracyjnego  oraz zbierane wspomnienia ludzi uczestniczących w ważnych wydarzeniach okazały się na tyle ważne i cenne, że został świadkiem w procesie norymberskim w sprawie wysiedlania Zamojszczyzny przez Niemców i zabierania dzieci do zniemczenia.

   To nie jedyny wartościowy aspekt tych dzienników.

   To także przerażające świadectwo eksterminacji Żydów w Zamojskiem do tego stopnia porażające swoim brutalizmem, że momentami trudno było mu pisać o tym, co widział, bo czegoś równie strasznego, koszmarnego, nikt nigdy nie widział i o czymś podobnym nie słyszał, kreśląc wrażenia chaotycznie, niezdarnie, ale ze świadomością, że nawet takie notatki stanowić będą kiedyś swego rodzaju dokument przeżywanej obecnej chwili. Chwili, w której wyć się chciało z bezsilnej złości i rozpaczy.

   To również brutalne świadectwo postawy Polaków wobec „tępienia” Żydów, o której z rozgoryczeniem i rozczarowaniem, ale i obiecywanym obiektywizmem pisał – W ogóle w stosunku do Żydów zapanowało jakieś dziwne zezwierzęcenie. Jakaś psychoza ogarnęła ludzi, którzy za przykładem Niemców często nie widzą w Żydzie człowieka, lecz uważają go za jakieś szkodliwe zwierzę, które należy tępić wszelkimi sposobami, podobnie jak wściekłe psy, szczury... I opisuje czynny udział Polaków w tropieniu i wynajdywaniu ukrytych Żydów w miastach, mordowaniu ich przez chłopów  we wsiach i powszechnym, jawnym rabunku ich mienia. Potwierdzał to, o czym pisał Jan Gross w Sąsiadach, Strachu czy w Złotych żniwach.

   To też niewygodne obecnie świadectwo obrazu ówczesnego podziemia, które w okresie przełomu wojny i pokoju tolerowało bandytyzm i samowolkę wykonywanych wyroków przez żołnierzy AK. Autor widział tę demoralizację w szeregach i bardzo nad tym zjawiskiem ubolewał, pisząc – Mam jednak duży niesmak wiedząc, że nasi oficerowie, działając z pobudek ideowych, dopuszczają do współpracy jawnych bandytów (...). Takie tolerowanie bandytyzmu w szeregach organizacji uważam za objaw bardzo smutny, świadczący o zaniku elementarnych zasad etyki. (...) Ideowość staje się często mocno problematyczna, bandytyzm szerzy się w sposób zastraszający, objawy rozkładu wewnętrznego są coraz głębsze. Czuję, jak maleją moje sympatie do AK. Zaczyna mnie trochę gnębić, że nie mogę tego mówić głośno i otwarcie, bo posądzono by mnie o odszczepieństwo, a nawet zdradę i o to, że idę „z wiatrem”. Szalę goryczy przelał napad na jego osobę i rodzinę połączony z rabunkiem przez żołnierzy dywersji, o którym napisał – Nigdy nie przypuszczałem, że którykolwiek z żołnierzy OP 9 będzie mógł dokonać napadu bandyckiego na mnie, gdyż zanadto byłem znany i za blisko współżyłem z ludźmi „z lasu”. Jednocześnie dostrzegał przyczynę tego zjawiska, tłumacząc - Do berlingowskiego wojska naszym chłopcom iść nie pozwolono, nie zaopiekowano się nimi tak, jak należało, puszczono samopas, żołd wypłacano w wysokości niewystarczającej, by się utrzymać, zwłaszcza dla tych, którzy lubią i wypić, i zabawić się. Przy słabszych więc postawach moralnych, odzwyczajeni od zwykłej pracy, zaprawieni w różnych gwałtach, niektórzy łatwo zaczęli pozbywać się skrupułów i stali się faktycznie bandytami. Dlatego podobne napady rabunkowe, dokonywane przez byłych żołnierzy dywersji, w ostatnich czasach są zjawiskiem niemal codziennym. Dlatego, pomimo rozczarowania, pozostawał w szeregach walczących – na swój sposób – jako lekarz i głównie jako historyk.

   Ta przynależność do AK „zemściła się” dwukrotnym pobytem w więzieniu w początkach lat 50. XX wieku. To im poświęca wspomnienia z okresu stalinizmu, uzupełniając dziennik. Całość dopełniają listy autora z ostatnich dwóch lat życia, zamykające publikację.

   Pozycja ta to nie tylko ważne źródło dokumentalne dla mieszkańców Zamojszczyzny, badaczy tego regionu i historyków zajmujących się dziejami Polski, ale również świat emocji człowieka uwikłanego w podwójne życie – lekarza i konspiratora. Namacalna rzeczywistość, którą przeżywałam razem  z jego uczestnikiem, pełna lęku, strachu, obaw, niepewności, bezradności, braku poczucia bezpieczeństwa i koszmarów nocnych. Tego „nie wyczyta się” i nie odczuje się w żadnych, nawet najbardziej rzetelnych, opracowaniach historycznych. To można przeżyć tylko w tego typu dziennikach pisanych na bieżąco, z dnia na dzień, pod wpływem przeżywanych emocji. Doznań, które z jednej strony nie pozwalają pisać, czyniąc notatki chaotycznymi, a z drugiej, oddając „żywą” chwilę. Moment przelania emocji. Niezakłóconych lukami pamięci, wyciszonych upływającymi latami i zniekształconych poprawnością polityczną. Mam wrażenie, że „przeżyłam” ten czas razem z autorem, funkcjonując przez kilka dni w świecie równoległym w całej swej nagiej, brutalnej rzeczywistości, do których drzwiami była okładka tej książki.

   Nauczyłam się tam dwóch rzeczy.

   Nie da się jednoznacznie ocenić ówczesnych postaw ludzkich. Nawet nie wolno mi tego czynić. Trzeba samemu tego doświadczyć, by tak, jak autor, mieć prawo do wybaczania i wyrozumiałego tłumaczenia zachowania znanych mu kobiet z konspiracji, na podstawie których zeznań skazano go na kilka lat więzienia  - Ale mogę tu powiedzieć całkiem szczerze i oświadczyć kategorycznie, że ani przez chwilę – i wówczas, i potem – nie miałem do Teresy i Niusi najmniejszej pretensji ani odrobiny żalu, bo wiedziałem dobrze, w jakiej atmosferze i jak podstępnie prowadzono dochodzenie, jak łatwo można było podejść więźniów mniej wyrobionych i łatwowiernych.

   Nie da się też jednoznacznie ocenić wydarzeń, o których bezsilny świadek i ich uczestnik pisał – Trudno dziś wydać sprawiedliwy sąd. Lecz i późniejszy historyk niełatwe będzie miał zadanie.

   Był w tej kwestii bardzo przenikliwy i proroczy.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zamojszczyzna 1918–1959 [Zygmunt Klukowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 30 sierpnia 2017
Duchowe życie zwierząt – Peter Wohlleben

Duchowe życie zwierząt – Peter Wohlleben
Przełożyła Ewa Kochanowska
Wydawnictwo Otwarte , 2017 , 265 stron
Literatura niemiecka

   Nie do końca duchowe!

   W rozumieniu aksjologicznym. Ale w rozumieniu autora, jak najbardziej duchowe. Swoje przeświadczenie oparł na jednym wariancie definicji umieszczonym w niemieckim słowniku Dudena, na który się powołuje, a który opisuje duszę jako całość uczuć, doznań i myśli, które tworzą człowieka. Wszystkie trzy elementy występują również u zwierząt, czego autor dowodzi w swojej publikacji. Wciela się w rolę tłumacza, który całe bogactwo dotychczasowej nauki, udokumentowanej wiedzy rozproszonej i napisanej nieprzystępnym, bo naukowym,  językiem, przekłada na język codzienny, uzupełniając ją własnymi obserwacjami. Każdy rozdział poświęca jednemu zagadnieniu psychologicznemu z zakresu emocji i zachowań, świadczących o tym, że zwierzęta czują i myślą. Opisuje niesamowite i ciekawe historie kłamiących kogutów, zdradzających srok, wiernych kruków, sarn w żałobie, wstydzących się koni, współczujących myszy czy altruistycznych nietoperzy. Zrównuje w emocjach, doznaniach i przeżywaniu zwierzęta z człowiekiem. To wystarcza mu, aby pójść dalej i wykorzystać drugi wariant definicji w słowniku Dudena, mówiący o niesubstancjalnej części, która żyje po śmierci ciała, do udowodnienia, że zwierzę również posiada duszę w religijnym jej rozumieniu. Podejmuje się roli obrońcy tej myśli, mając świadomość stąpania po kruchym lodzie i przyznając, że nie czuje się w tej dziedzinie pewnie. W efekcie tworzy teorię bardziej życzeniową, woluntarną i opartą na własnych emocjach i pragnieniach uduchowienia zwierząt, niż stojącą na gruncie nauki czy chociażby wywodów aksjologicznych.

   A szkoda!

   Mógłby zgłębić filozofię i powołać się na światopogląd wielu myślicieli, nadając swoim wnioskom wrażenie ciągłości zagadnienia roztrząsanego przecież od wieków. Tymczasem stworzył teorię z bardzo wymieszanych pojęć i definicji z kruchą logika dowodzenia. Teorię, którą ostatecznie pogrąża i samobójczo przekreśla jednym, rozbrajającym mnie zdaniem – Całkowicie już abstrahując od powyższego, osobiście nie wierzę w życie po śmierci.

   Udowadniać coś, w co się nie wierzy...

   Ale wybaczam mu to faux pas. Najważniejsze, że włożył  w swój przekaz całe swoje serce i miłość do zwierząt, udowadniając na pewno jedno – zwierzęta czują! Przeżywają emocje tak, jak ludzie i chociażby dlatego zasługują na szacunek i godne traktowanie. I to należy przede wszystkim z tej książki wziąć sobie do serca.

   W przeciwieństwie do Sekretnego życia drzew tego autora, które było dla mnie totalnym odkryciem, ta pozycja okazała się dla mnie wtórna w treści. Nie umniejsza to jednak jej ogromnej wartości w uświadamianiu tych ludzi, którzy w zwierzętach nie dostrzegają „duszy” i zapominają, że w systematyce organizmów sami należą do królestwa zwierząt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Duchowe życie zwierząt [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Duchowe życie zwierząt [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Dla nieprzekonanych, że zwierzęta czują i przeżywają.

niedziela, 27 sierpnia 2017
Życie na miarę – Marek Rabij

Życie na miarę: odzieżowe niewolnictwo – Marek Rabij
Wydawnictwo W. A. B. , 2016 , 222 strony

Literatura polska

   Niewolnictwo odzieżowe to węzeł gordyjski!

   Ten, kto go rozwiąże, będzie geniuszem. A wydawało mi się, że to takie proste. Myślałam, że reportaż autora utwierdzi mnie w tym. Pomoże zrozumieć problem i jasno określi sposoby jego rozwiązania. O ile z pierwszego wywiązał się idealnie, o tyle drugi skomplikował jeszcze bardziej.

   Nic w nim nie było ani proste, ani łatwe.

   Ten smutny wniosek przyjęłam z niechęcią, bo wydawało mi się, że wystarczy dobra wola i kilka kroków kompromisu ze strony koncernów odzieżowych, pomoc organizacji humanitarnych i rządowych oraz kampania uświadamiająca ludzi, zmieniająca ich zachowania konsumpcyjne i... voilà! Nie ma problemu! Nic z tego. Nie wystarczy. Dlaczego nie wystarczy, pokazał autor w swoim reportażu.

   Punktem wyjścia tego zjawiska społeczno-gospodarczego uczynił jedną z największych katastrof budowlanych przemysłu odzieżowego w stolicy Bangladeszu, Dhace. W ruinach wielopiętrowego budynku Rana Plaza, w którym mieściły się szwalnie i magazyny firmy odzieżowej, zginęło ponad tysiąc osób. Pamiętam szum medialny, jaki podniósł się po tym wydarzeniu, ale pamiętam też, jak szybko opadł. Autor pojechał do Bangladeszu dopiero wtedy, kiedy wszystko wróciło do normy. Postanowił dowiedzieć się, czy podobny los nie spotkał – lub czy nie spotka w przyszłości – także ludzi szyjących ubrania dla polskich firm odzieżowych.

Od jednego ze starszych mieszkańców stolicy Bangladeszu usłyszał – Proszę cię więc, skoro już znalazłeś się tutaj, po prostu opisz wiernie, co widzisz i słyszysz. Nie współczuj, nie płacz, nie szukaj na siłę biedy i niesprawiedliwości. Wystarczy ci tej, którą spotkasz tu na każdym kroku.

   Autor spełnił prośbę.

   Nie oceniał, nie komentował, nie interpretował. Przedstawiał fakty zebrane od różnych ludzi i z różnych sfer biznesowych. Docierał do właścicieli fabryk, do pracowników, do agentów profesjonalnego zarządzania produkcją i do podwykonawców – właścicieli małych pracowni krawieckich, cytując ich wypowiedzi i przytaczając fragmenty rozmów. To szerokie podejście do tematu pozwoliło na odtworzenie linii produkcyjnej odzieży od zlecenia do klienta, ukazując skomplikowane mechanizmy biznesu nastawionego tylko i wyłącznie na zysk generowany przez oczy klientów, którzy kupują oczami. A ich wzrok – nawet po Rana Plaza – w pierwszej kolejności pada na cenę. Próby ingerencji o charakterze humanitarnym w zastaną sytuację zawsze kończyły się katastrofą przede wszystkim dla tych, którzy byli ich adresatami - pracowników. Autorowi udało się również wskazać generalną przyczynę problemu – klienta. Człowieka, który niczym odzieżowy Belfegor do perfekcji opanował zamienianie dość prozaicznej w gruncie rzeczy potrzeby ochrony ciała przed warunkami atmosferycznymi w rozmaite pragnienia wyższego rzędu. Idealnie ukazał patologię mechanizmu, o którym pisał i przed którym przestrzegał Rafael Santandreu w Twoim umyśle na detoksie. Jak zauważa autor w tonie humoru noir – Abraham Maslow pewnie przewraca się w grobie, skoro potrzeba nowego ubrania dla klienta z kilkunastu najlepiej rozwiniętych krajów świata znalazła się na piątym miejscu dziewięciu najczęściej wskazywanych produktów.

   O pięć oczek wyżej niż WODA!

   Ale nawet, gdyby cudem, klienci świata mody, którym świadomość w pełni kształtuje byt w postaci najnowszej torebki znanej marki, nagle zmienili swoje postrzeganie siebie, swoich potrzeb oraz priorytetów i „uciekli” z biznesowego łańcuszka procederu niewolnictwa odzieżowego, to w ten sposób zabraliby źródło zarobku milionom ludzi, a rządowi 76% wartości całego bangladeskiego eksportu oraz branżę, która jest pojemną maszynką zatrudniającą to, co kraj ma najtańszego i w dużej liczbie – siłę roboczą. Likwidacja niewolnictwa odzieżowego, które jest filarem gospodarki Bangladeszu można porównać do likwidacji branży surowcowej w Rosji, sektora turystycznego w Hiszpanii lub motoryzacji w Niemczech.

   Oto skala problemu!

   A przy okazji skala biedy, którą autorowi udało się zdefiniować, ukazując jej dno. W poszukiwaniu materiału do reportażu trafiał do mieszkańców najbiedniejszych dzielnic Dhaki. W opisach warunków ich życia, a właściwie wegetacji, najbardziej wstrząsnęła mną wypowiedź Jemimy.

Operatorki maszyny do szycia, mieszkającej na Wyspie budowanej ze śmieci, wciśniętej między bogate dzielnice centrum stolicy.

Dziewczyny, która powiedziała – Ja jestem silna jak koń, spokojnie wytrzymam bez jedzenia dwa dni, ale młodsze dziewczęta albo te we wczesnej ciąży? Czasem przykro patrzeć, jak się męczą. Nie jeść dwa dni i współczuć mającym jeszcze gorzej? Może być jeszcze gorzej!? O takich sytuacjach czytałam tylko we wspomnieniach z obozów koncentracyjnych. Jak to ogarnąć!?

   A przecież tylko o tyle prosił stary Banglijczyk – nie współczuć, nie płakać, przyjąć tylko do wiadomości fakty.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wywiad z autorem

Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo [Marek Rabij]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

piątek, 25 sierpnia 2017
Zrób mi jakąś krzywdę – Jakub Żulczyk

Zrób mi jakąś krzywdę: czyli wszystkie gry wideo są o miłości – Jakub Żulczyk
Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża , 2015 , 166 stron , wydanie 5

Literatura polska

   Przyznaję  – nie zawsze słucham podszeptów czytelniczych młodzieży.

   Potem bardzo tego żałuję. Stale muszę siebie upominać, że to najlepsza agentka wywiadu informująca mnie,  co w trawie wydawniczej rośnie, piszczy i objawia się. Tak właśnie było w przypadku tego autora. Ktoś, kiedyś polecił mi ten tytuł, kiedy autor debiutował nim w 2006 roku. Zapisałam i... zapomniałam. A potem były kolejne tytuły, które gdzieś migały mi w mediach okładkami. Z kolei w tym roku pojawiła się autorska okładka magazynu Książki z ciekawym wywiadem w środku.

A potem znowu młodzież, która mi nie odpuszczała pytaniem – czytała pani Żulczyka? Wstyd było od dekady powtarzać, że jeszcze nie.

   Sięgnęłam!

   Po debiut, ale w nowej grafice okładkowej, bo to już piąte wydanie tego tytułu! Żałuję, że dopiero teraz.

   Przeżyłam ekstremalny rollercoaster miłosny!

   Dawid, student przedostatniego roku prawa, zakochał się w piętnastoletniej Kaśce. Siostrze swojego dobrego kumpla Michała. To nie miało prawa mu się przydarzyć. Był od niej dziesięć lat starszy, a ona przypominała dwunastoletnie dziecko, zgarbione i blade, stuprocentowo aseksualne.

   A jednak!

   Ktoś zrobił jej zastrzyk z piękna, ze skroplonych cukierków z kardamonem, albo do prowadzonej przez Japończyków korporacji, która ją wyprodukowała, zatrudniono jakiegoś genialnego designera. Totalne zauroczenie nakazało mu ją „porwać” na kilka dni wspólnej wędrówki dokądkolwiek, byle razem. Właściwie namówił ją na wspólną podróż w nieznane, ale Kaśka nie zapytała matki o zgodę. Warto było pominąć ten „drobiazg”, bo przygoda okazała się historią drogi, ostatnią miłością niewinności, ilustrowaną edycją życia, komedią reżysera na psylocybach, agonią młodości przed wkroczeniem w dorosłość, a na pewno ryzykiem odpowiedzialności karnej za uprowadzenie i demoralizację nieletniej.

   A  miało być tak „pięknie”!

   Znalazłby pracę, poznałby kobietę, pojawiłoby się dziecko, kredyt mieszkaniowy, a po około 35 latach umarłby... Z tej perspektywy, rzucenie się w wir szalonej i nieodpowiedzialnej miłości ze skutkiem karnym, wyglądało dużo atrakcyjniej. Te kilka dni z Kaśką było tego warte! Od tego momentu zaczął się totalny szał ciał, zmysłów i umysłów. Pełnego życia odjazd z narastającą adrenaliną z minuty na minutę i z pomysłu na pomysł, czerpanych ze spotkań ze świadkami Jehowy, ludźmi z branży pornograficznej, okradzioną staruszką, agresywną młodzieżą, dawnymi znajomymi w survivalowym wydaniu i wieloma innymi przedstawicielami zdegenerowanego i zdemoralizowanego społeczeństwa. Dni pełnych koncertów, ucieczek, pościgów, rozmów na haju i nocy pod namiotem, na budowach, w skłotach i w obcych mieszkaniach. W rzeczywistości zapijanej szampanem i piwem, w której jedynym pięknym elementem była ich miłość. Uczucie, które rozwijało się z levelu na level zgodnie z tak nazwanymi rozdziałami, by zakończyć grę na poziomie 8.

      Wbrew pozorom to bardzo optymistyczna powieść, mimo że opowiada o beznadziejności życia, z którym wszyscy bohaterowie szarpią się na różne sposoby. O bezsensowności planowania, które prędzej czy później bezlitośnie zweryfikują czas i los, na które nie bardzo można wpłynąć. O lęku przed koszmarnie rysującą się dorosłością, która jest śmiertelną chorobą niepozwalającą młodym zbyt długo pożyć. O rzeczywistości, którą trzeba znieczulić używkami lub światem alternatywnym w Internecie, by na nią móc patrzeć bez obrzydzenia i jakoś funkcjonować w oparach jej absurdu, groteski, ratując się humorem noir.  Dla mnie rzeczywistości, która dostarczyła mi przede wszystkim bogatej informacji, co czytają, słuchają i oglądają młodzi ludzie, ponieważ autor w nawiązaniach, metaforach i odniesieniach, czerpał pełnymi garściami z popkultury. Co w tak realistycznie i naturalistycznie przedstawionej rzeczywistości może być optymistycznego?

   Miłość!

   Dla mnie ta powieść, to hołd oddany uczuciu, które jest jedynym, jasnym promykiem w obrzydliwej egzystencji człowieka. Wartym, by o niego powalczyć i uszanować jego delikatność, dziewiczość i czystość w zdegenerowanym świecie. Doświadczyć jego mocy zaklętej w kruchości. To ono sprawia, że wato żyć pomimo moralnego brudu, upodlenia wartości i przenicowania priorytetów. Miłość jako jedyna wychodzi z tego bagna i zgnilizny moralnej zwycięsko, nadając sens życiu i pozwalając z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Nawet jeśli za następnym zakrętem czeka nieatrakcyjna dorosłość.

   Danielle Steel w hardkorowym wydaniu!

   Polubiłam styl narracji i sposób postrzegania autora do tego stopnia, że zaopatrzyłam się w kolejne jego dwa tytuły.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

Uwielbiam ten styl przekazu!

niedziela, 20 sierpnia 2017
Łowca Czterech Żywiołów – Agata Adamska

Łowca Czterech Żywiołów – Agata Adamska
Wydawnictwo Novae Res , 2016 , 331 stron

Cykl Legenda o Santrze , tom 1
Literatura polska

   Moja zaprzyjaźniona nastolatka, zakochana w fantasy, pożyczyła mi na lato dwie powieści z ulubionego gatunku. Z chęcią przyjęłam propozycję przeczytania jej ostatnich odkryć czytelniczych, bo dzięki temu jestem na bieżąco w zagadnieniu – co czyta młodzież, a przy okazji zawsze coś ciekawego odkryję. I za to zaskakiwanie ją uwielbiam!

   Dokładnie tak było z tą autorką.

   Nie znałam jej i bardzo ucieszyłam się, że w zalewie zagranicznej fantasy pojawił się nie tyle nowy, polski pisarz, ile polska pisarka fantasy dla młodzieży, a dokładniej – dla dziewcząt.

   Rzadkość!

   Z tym większą ciekawością sięgnęłam po jej debiut, który tak bardzo spodobał się mojej nastolatce. Zabrałam się do czytania również dlatego, że lato się kończy, a ja głęboko w lesie z zadaną „pracą domową”.

   Główną bohaterką była oczywiście dziewczyna i oczywiście nastolatka. Wydawałoby się, zwykła siedemnastolatka z typowymi kompleksami tego wieku, uczęszczająca do liceum, trochę indywidualistka ufająca tylko jednej przyjaciółce, funkcjonująca na obrzeżach grupy rówieśniczej.

   Idealna bohaterka, z którą może utożsamić się prawie każda nastolatka.

   Jej przeciętność zniknęła w dniu testu określającego zdolności magiczne uczniów. Aeryla, bo tak miała na imię, nie tylko okazała się uzdolnioną w tym kierunku, ale również odkryto u niej rzadką możliwość władania czterema żywiołami. W jednym dniu z szarej, niemagicznej myszki pochodzącej z niemagicznej rodziny, stała się osobą z potencjałem na zostanie wielkim, potężnym magiem. Niewielu było takich - Łowców Czterech Żywiołów potrafiących czerpać moc ze wszystkich sił natury. Każda szkoła i uczelnia starała się o takiego ucznia i studenta, otaczając ich wyjątkową opieką i proponując indywidualne zajęcia z magii. Ten niespodziewany awans i zwrot w życiu zaskoczonej i trochę przerażonej dziewczyny totalnie skomplikował jej relacje rodzinne, szkolne, a przede wszystkim osobiste. Zyskała za to grono zwariowanych przyjaciół – pyskatą, ekstrawagancką w ubiorze i zachowaniu Anniję, obrzydliwie bogatego Merry’ego o wyglądzie modela prosto z żurnala oraz interesownego półelfa Zeklesa z aspiracjami i zacięciem paparazziego.

   Cała czwórka przejawiała nieprzeciętny dar pakowania się w ekstremalne sytuacje.

   Wprawdzie Aeryla, po kolejnym ataku na jej życie i solidnym rachunku sumienia, obiecała sobie, że nie będzie prowokować niebezpiecznych zdarzeń, mieszać się w nie swoje sprawy i węszyć tam, gdzie nie wolno. Będzie za to skupiać się na nauce magii, realizować własne plany i szczególnie unikać Zeklesa, jako główne źródło największych kłopotów. Oczywiście obietnice i postanowienia pozostały  sferze naiwnych życzeń, bo to kłopoty same ją znajdywały, kusząc i mamiąc wielką przygodą. Zwłaszcza że wokół niej działo się coś tajemniczego. Coś mrocznego. Coś, co chciało ją zabić. Ten wątek przygód przydarzających się całej czwórce, w połączeniu z humorem nastolatków, zwłaszcza przebojowej Ann, czynił z powieści dobrą dawkę rozrywki o dynamicznej akcji. Miała prawo i mocne argumenty, by spodobać się mojej nastolatce.

   Mam tylko jedną uwagę.

  Język kolokwialny używany przez nastolatków w dialogach był dla mnie zbyt wulgarny. Raziły mnie takie wypowiedzi – Chyba ocipiałeś! Nie będę truła się jakąś zieleniną! A co ja, zwierzę jestem, żeby żreć jakieś gówno... Jak grzyby po deszczu wyrastały w zdaniach takie wyrazy, jak „zajebioza” czy „rozpierdzielenie”. Szalę goryczy przelało zdanie skierowane do ojca przez jedną z bohaterek – Ojciec – Marea przewróciła oczami – skończ już to chrzanienie. Ja wiem i słyszę, że młodzież tak mówi, używając nawet słów cięższego kalibru, jednak pisząc książki dla młodzieży, nie wolno zapominać o jednej bardzo ważnej roli – wychowawczej. Literatura kierowana do młodych ma wysoko stawiać poprzeczkę wymagań i ciągnąć w górę, a nie wyrównywać w dół. Użycie wulgaryzmów w powieści dla młodzieży musi mieć zawsze bardzo dobre uzasadnienie. Tutaj tego nie dostrzegłam.

   Jak się okazuje, inteligentny dydaktyzm w literaturze dla młodzieży to trudna sztuka.

Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

Łowca czterech żywiołów [Agata Adamska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zwiastun powieści.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A we wrześniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 967 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi