Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
czwartek, 17 kwietnia 2014
Zapłać im, proszę – Andrzej Swat



Zapłać im, proszę – Andrzej Swat
Wydawnictwo Oficynka , 2013 , 494 strony
Literatura polska


Proszalny tytuł mnie zwiódł.
Wprawdzie ma wydźwięk pokornej prośby, ale to wcale nie oznaczało uległej postawy osoby ją wypowiadającej. Porywacze nie byli świadomi kogo porwali. Myśleli, że blondynka, żona majętnego biznesmena, której krąg zainteresowań ograniczał się do fryzjera, kosmetyczki i koleżanek jej podobnych, będzie bezproblemowym zakładnikiem.
A tu przydarzyła się im Jolka!
Kobieta odważna, zadziorna, energiczna, kreatywna, silna psychicznie i posiadająca najskuteczniejszą broń w walce psychologicznej z mężczyzną – wygląd dziewczyny z wyższej półki dla wybranych. To te cechy były głównym motorem powstania wspólnego majątku obojga małżonków i to te cechy też nie pozwoliły jej załamać się w trakcie uwięzienia. Polubiłam ją i z przyjemnością oraz ciekawością zaglądałam do niej, kiedy narrator zewnętrzny w swojej naprzemiennej relacji z rozgrywających się wydarzeń, zaglądał do tej niepokornej kobiety. To tam, pomimo statyczności miejsca akcji, działo się dla mnie najwięcej. Odwrotnie niż wśród ekipy jej poszukującej. Pomimo wielu bohaterów, wątków zawodowych i osobistych kolejno wprowadzanych postaci, zmieniających się miejsc i pojawiających się w nich wydarzeń, miałam wrażenie, że akcja toczy się powoli. Może sprawił to linearny (mimo że naprzemienny) charakter opowieści snuty przez beznamiętnego świadka.
Ten sposób opowiadania przypominał mi trochę polski film z lat osiemdziesiątych.
Trzeba być zwolennikiem takiego sposobu opowiadania historii, żeby nie odłożyć książki, nie będąc ciekawym jej zakończenia. Ja byłam, pomimo że wiedziałam kim są porywacze, jakiego okupu żądają i jakie błędy w dochodzeniu do prawdy popełniał komisarz Michał Grosz ze swoją ekipą śledczą. Instynkt czytelniczy podpowiadał mi, że to byłoby zbyt proste i zbyt jawne, że gdzieś ukrywa się niespodzianka demaskująca ten niby klarowny obraz sytuacji.
I miałam rację!
Jednak po zamknięciu książki zastanawiałam się nad jej nietypowością, która dla jednych będzie atutem, a dla innych okaże się wadą. Z jednej strony nie mogę jej określić jednoznacznie klasycznym kryminałem, bo nie ma nieboszczyków. Zamiast tego jest porwanie. Bardziej pasuje mi określenie detektywistyczna, ale nie ze względu na śledczego, który jest komisarzem w policji, tylko na sposób prowadzenia dochodzenia. Do tego dochodzi powoli tocząca się fabuła, zataczająca szerokie kręgi psychologiczne wokół bohaterów. A jednak bardzo szybko ubywało mi kartek do końca.
Co sprawiało ten paradoks?
Długo się zastanawiałam i doszłam do wniosku, że przede wszystkim zawdzięczam to realizmowi pracy polskiej policji w polskiej rzeczywistości. Bez ubarwień, spektakularnych akcji, nadinterpretowanych czynów, zawiłych spraw na skalę światową i głównego bohatera ratującego świat przed przestępcami i zmową znaczących ludzi polityki i biznesu. Za to z ludźmi z krwi i kości, z wadami i zaletami, udanym i nieudanym życiem osobistym, z takimi samymi lękami z przeszłości i obawami przed życiem, jak każdy czytający. Ludźmi, którzy mogą być moimi sąsiadami osadzonymi w polskim realizmie życia nawiązującym do tak dobrze znanych mi wydarzeń politycznych i kryminalnych z ostatnich lat. Z odrobiną krytyki polskiego społeczeństwa zdzierającą człowiekowi z oczu bielmo głupoty, którą zaraża interaktywna telewizja w standardzie HD. Jest w tej powieści wszystko to, co nazywamy naszym, swojskim, realnym i prawdopodobnym. Po prostu z życia wzięte, w którym demokracja wyparła realny socjalizm, ale walka klas trwa nadal.
Dla mnie to ogromny atut.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.
sobota, 12 kwietnia 2014
Niebezpieczne związki kulinarne – Andreas Staikos



Niebezpieczne związki kulinarne – Andreas Staikos
Przełożyła Ewa T. Szyler
Wydawnictwo Greckie Klimaty , 2014 , 136 stron
Literatura grecka


Całuśna i smakowita ta opowieść!
A może najpierw smakowita, a potem całuśna? Trudno mi rozstrzygnąć ten dylemat, bo z jednej strony mnóstwo na niej i w niej ponętnych ust,

ale też i smakowitych potraw. Jednego tylko jestem pewna, że perwersyjna przyjemność czerpania przyjemności z seksu i jedzenia przez trójkę głównych bohaterów powieści sięgała zenitu, Księżyca, a może nawet Kosmosu. Przez żołądek do, tym razem kobiecego, serca próbowało dotrzeć dwóch mężczyzn – Damokles i Dimitris. Dwaj namiętni Grecy zakochani w Nanie, dla której wspinali się na wyżyny sztuki kulinarnej, by usłyszeć zmysłowy pomruk zadowolenia kochanki wkładającej do ponętnych ust kęsy owoców morza, doprowadzający ich do ekstazy emocjonalnej i ostatecznie seksualnej. Gra w trójkącie o względy ubóstwianej kochanki, dla której tworzyli wymyślne dania, z delikatnej przeistoczyła się powoli w bardzo niebezpieczną, w której bronią było jedzenie. Myśl jednego z nich - Wykończyć rywala trucizną w deserze? – w pełni oddawało zasadność tytułu. Tę przewrotną i podstępną walkę dobrze dokumentował spis treści:

Zniewoleni przez przebiegłą kochankę, sprytnie brylującą między ich sypialniami i kuchniami, dla której nie miłość, a tylko miłosna gra była źródłem szczęścia, nie potrafili jej zakończyć. Odejść z honorem i godnością, ratując resztki męskiej dumy.
I ja tę postawę bardzo dobrze rozumiem.
Autor połączył w tej powieści dwie największe przyjemności człowieka – seks i jedzenie. Zwalczyć w sobie łakomstwo jest sztuką godną podziwu, ale uwolnić się od seksu – niemożliwością. Chociaż już słyszę głosy protestu – że można żyć bez seksu, ale bez jedzenia nie. No właśnie taka przewrotna w treści jest ta historia o nas samych. Autor nie pozwala litościwie współczuć bohaterom. Obsadził ich w roli komediowej, w której mąż śmie mieć większe prawa niż kochanek! Wyposażając ją w ironię, absurd i kpinę wytyka ludzkie słabości. Nasze miotanie się po klatce zbudowanej z emocji, przyjemności i pożądania w poszukiwaniu z niej wyjścia, które tak naprawdę okazuje się dla większości uchem igielnym dla wielbłąda, by w ostateczności skapitulować, sycąc się jedną myślą o szczęściu niewolnika, który za żadne skarby świata nie zrzuciłby słodkiego jarzma.
Nie dałam się jednak zwieść rozerotyzowanej atmosferze tej powieści.
Zaklasyfikowanie jej wyłącznie do powieści erotycznej byłoby ogromnym nieporozumieniem i półprawdą. Już po pierwszym rozdziale wiedziałam, że mam przed sobą również poradnik wyrafinowanego komponowania smaków i zapachów w sporządzaniu wysublimowanych potraw, którego poszczególne przygody miłosne, zamknięte w kolejnych rozdziałach, kończyły się przepisami na potrawy konsumowane przez bohaterów. Powiem krótko – kuchnia grecka! Ale tutaj zdradzę tylko jeden, najprostszy, który chcę mieć pod ręką:

Tym samym wiedziałam też, że na pewno złamię zasadę nieczytania podczas posiłków. Nauczona doświadczeniem wyniesionym z powieści Marshy Mehran Zupa z granatów o podobnej atmosferze kulinarnej, kiedy podczas czytania uprawiałam jogging do lodówki i z powrotem, tym razem przezornie przygotowałam sobie michę tego, co w niej znalazłam (stąd rukola, ogórek i truskawki w jednym) i ucztowałam razem z bohaterami.

Syta wrażeń, dosłownie i w przenośni, nie zgodziłam się jednak na zakończenie tej miłosno-kulinarnej historii. Autor pozwolił bohaterom swoją niekończącą się miłość do Nany i apetyt na jej ciało, przekuć na wiersze, poematy i powieści na jej cześć i ku jej pamięci.
Nudny (a nawet przejedzony, używając kulinarnego języka powieści) banał!
A tak pięknie mogłoby być, gdyby swoje emocje przełożyli na nowe kompozycje smaków i zapachów w daniach nazwanych imieniem idealizowanej wybranki. Przybyłoby w książce kilka przepisów z greckiej kuchni więcej ku radości czytelników, a i wymiar uniwersalny tej opowieści mogłabym zakończyć piękną i przewrotną myślą – seks i jedzenie to znaczące, choć niedoceniane, czynniki wpływające na rozwój ludzkości. A tak pozostaje mi przytoczyć banalne powiedzenie – bądź mądry i pisz wiersze.
Kucharze światowej klasy zamienili się w domorosłych wierszokletów.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
środa, 09 kwietnia 2014
Byłam sekretarką Hitlera – Christa Schroeder



Byłam sekretarką Hitlera: 12 lat u boku wodza – Christa Schroeder
Przełożyła Magdalena Ilgmann
Wydawnictwo Bellona , 2014 , 376 stron
Literatura niemiecka


Do dzisiaj na rynku wydawniczym pojawiło się wiele publikacji dokumentalnych opartych na źródłach historycznych lub wspomnieniach bliższych lub dalszych współpracowników Adolfa Hitlera. Ile w nich prawdy, a ile przeinaczeń, nadinterpretacji, domysłów uchodzących za niepodważalne fakty wiedziała między innymi Emilie Filippine Schroeder, bo tak naprawdę nazywa się autorka tych wspomnień.

Jedna z najbardziej zaufanych i najcenniejszych sekretarek przywódcy III Rzeszy, pracująca dla niego przez 12 lat od 1933 roku do jego samobójczej śmierci w berlińskim bunkrze w 1945 roku. Nie uciekła od szefa (tak go nazywała), jak donosiła prasa, ale została przez niego odesłana, jako najwartościowszy człowiek z jego otoczenia. Na bazie takich oddanych i lojalnych mu ludzi planował odzyskać w przyszłości władzę. Dla Christy opuszczenie środowiska Hitlera i wejście w realia jego zwycięzców okazało się twardym zderzeniem z zupełnie inną rzeczywistością. Kontrast między światem niemalże dworu, jaki zbudował wokół siebie Hitler i świat obozu dla internowanych, w którym przebywała po aresztowaniu, wprawił ją w szok. Jeszcze większym zaskoczeniem było spojrzenie na subiektywną, hermetyczną prawdę, w której żyła dotychczas i na prawdę obiektywną ujrzaną po denazyfikacji. Próbowała w obu odnaleźć przede wszystkim siebie, pisząc – Dzisiaj jestem przerażona tymi poglądami przejętymi tak bezmyślnie od Hitlera. W tym dążeniu do bezwzględnej prawdy nie godziła się również na zafałszowany obraz Hitlera. Nie chciała go jednak bronić. Nie godziła się tylko na zafałszowanie faktów, na powielanie kłamstw, na mnożenie się bezzasadnych sensacji podyktowanych w dużej mierze komercją.
Ta pozycja jest właśnie odpowiedzią, a momentami polemiką z autorami dotychczasowych publikacji na temat Hitlera. Również sprzeciwem wobec „rabusiów” jej myśli, gdy jej rzeczowe zapiski nie tylko zyskały na objętości, ale przekształciły się stylistycznie, osiągając poziom ilustrowanego czasopisma. Ale przede wszystkim jest rozrachunkiem z własnym sumieniem i wymuszeniem na mnie, czytelniku, odpowiedzi na pytanie będące ostatnim zdaniem wspomnień – Czy moja wina była tak wielka, jak kara, nie wiem do dzisiaj...
Po lekturze książki Sprawczynie Kathriny Kompisch, podchodzącej do tematu z punktu widzenia społecznego i wskazującej na zbiorową winę narodu niemieckiego za skutki polityki Hitlera, byłam przekonana o zasadności jej generalizacji. Że każdy Niemiec z osobna, chociażby poprzez bierność lub błąd zaniechania, ponosi winę. Po przeczytaniu wspomnień Christy ukazujących jednostkowy los, konkretny przypadek osoby nieświadomej istnienia świata poza „dworem” Hitlera, żyjącej w klatce, uzależnionej od decyzji i rozkazów przełożonego i tak naprawdę niemogącej odejść, a potem porzucić pracy, bo odcięcie od świata pozbawiające ją kontaktu z rzeczywistym życiem, odbierało jej poczucie bezpieczeństwa i odwagę w kontaktach z innymi ludźmi, nie pozwalało mi już na komfort generalizacji. Miałam wątpliwości w jednoznacznym odpowiedzeniu sobie na postawione przez nią pytanie.
Ja również nie wiem – mogłam jedynie za nią powtórzyć.
Wiedziałam natomiast i byłam pewna, że nie zburzy ona mojego dotychczasowego wizerunku Hitlera. Nawet jeśli prawda, o którą powalczyła w tej książce, mogła okazać się inna niż ukazywali ją autorzy dotychczasowych opracowań o Hitlerze. Po tych polemicznych wspomnieniach mogę śmiało powiedzieć, że dla mnie ma ona charakter uzupełniający wiedzę historyczną budowaną na dokumentach formalnych. Przestałam natomiast wierzyć bezgranicznie w pozycje biograficzne pisane na bazie wspomnień z drugiej ręki. Christa ożywiła dla mnie Hitlera, którego znałam dotychczas jako polityka i żołnierza. Wyposażyła go w emocje, prywatne myśli, charakterystyczne zachowania i powiedzenia, nawyki, upodobania kulinarne, zainteresowania i fakty intymne dotyczące zdrowia oraz sfery seksualnej. Pokazała mi jego nieoficjalną stronę osobowości z jej wadami i zaletami - fenomenalna pamięć do liczb, nazwisk, twarzy, zdarzeń i ich okoliczności, talent aktorski, dar przekonywania, zdolności plastyczne. Ale to wcale nie oznaczało, że ociepliła w moich oczach jego postać. Poprzez zdolność do kochania ludzi i zwierząt, wrażliwość artystycznej duszy na szeroko pojęte piękno i urodę, od czasu do czasu wychylał się tak dobrze znany mi człowiek, który dla Niemiec i narodu niemieckiego był gotów iść po trupach innych nacji. Zwolennik natury rządzącej się prawem walki, w wyniku której eliminuje się jednostki słabe i twierdzący z całą świadomością – Nic mnie to nie obchodzi, co powiedzą przyszłe pokolenia o metodach – powtarzał niejednokrotnie - które musiałem zastosować. (...) ...postępować bezwzględnie – mawiał – obojętnie, ile miałoby to kosztować!
I tutaj wyłonił się niepostrzeżenie Hitler wielki patriota.
Ta część jego poglądów, która pomogła mi zrozumieć (ale nie usprawiedliwić!) jego bezkompromisowe, fanatyczne dążenie do celu – Wielkich Niemiec. Ale i, co najciekawsze, ukrócić spekulacje na temat jego zdrowia psychicznego. Fizycznego zresztą też. Christa jednoznacznie określa ich stan oraz przyczyny pogorszenia się tego ostatniego pod koniec wojny. Natomiast jedyną sferą życia Hitlera, która po wypowiedziach autorki, nabrała dla mnie zupełnie innego wymiaru, było jego życie intymne. Właściwie wszystkie informacje, które poznałam na temat kobiet Hitlera, łącznie z Ewą Braun,

mogę wyrzucić do kosza. Christa obala po kolei każdą plotkę, dementuje mity, wprowadzając zupełnie nowe fakty i nieznane informacje. To jedyna rzecz, która była dla mnie odkryciem nieznanego obszaru wiedzy o Hitlerze. Ale akurat ta prawda nie wpłynęła na mój ogólny obraz jako przywódcy państwa.
Tematyczne ułożenie wspomnień ujęte w spisie treści,

pozwoliło mi na wniknięcie na „dwór” Hitlera, na poczucie atmosfery tam panującej, procedurom postępowania i protokołom zachowania się, poznanie zasad funkcjonowania siatki układów i intryg między jego podwładnymi opętanych tylko jedną myślą, a mianowicie chęcią wyciągnięcia dla siebie jak największych korzyści i pokazania się w jak najlepszym świetle. Jednoczesne zachowanie chronologii czasowej tych wspomnień od momentu zatrudnienia do momentu jej odesłania, umożliwiło mi obserwowanie zmieniającego się nastroju wśród jego podwładnych, jak i samego szefa wraz ze zmieniającymi się okolicznościami polityczno-militarnymi. Wspomnienia uzupełniały liczne zdjęcia ilustrujące tekst, cenne przypisy i adnotacje, aneksy miedzy innymi z oryginalnymi zapiskami stenograficznymi autorki

oraz ciekawa przedmowa wydawcy niemieckiego o drodze upublicznienia wspomnień w formie książki zgodnie z życzeniem autorki – zrelacjonowanie przeżyć z tych lat spędzonych przy Hitlerze własnymi słowami oraz do wytropienia kłamstw i także w innych „działach”. (...) bez jakiejkolwiek pomocy historyków czy dziennikarzy.
Czy ufam jej słowom? – tego również nie wiem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 05 kwietnia 2014
Candy – Terry Southern , Mason Hoffenberg



Candy – Terry Southern , Mason Hoffenberg
Przełożył i posłowiem opatrzył Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Officyna , 2014 , 173 strony
Seria Twarze Kontrkultury
Literatura amerykańska


Redaktorzy serii Twarze Kontrkultury dbają, bym podczas czytania kolejnej jej pozycji nie popadła w schematy i linearne myślenie. Tym razem zaskoczyli mnie przesłaniem krytycznym (w odróżnieniu od poprzednich pozycji) ukrytym w tej powieści.
Ale zanim zorientowałam się, w którym obozie poglądów na temat kontrkultury znalazłam się, przeżyłam erotyczno-intelektualną przygodę przyswajania, analizowania, a potem syntetyzowania wniosków. Dwa pierwsze etapy były dla mnie wchodzeniem w rzeczywistość początkowo mocno irytującą, a potem gorzko-zabawną. Moją przewodniczką była tytułowa Candy. Jak samo imię sugeruje (i bardzo słusznie!) – przesłodkie dziewczę. Uosobienie seksualnych marzeń większej części płci męskiej. Długowłosa blondynka o dużych, niebieskich oczach (również w tym perwersyjno-przewrotnym znaczeniu, przy którym mężczyźni wymownie przed sobą kształtują powietrze), o idealnej figurze, w której wszystko było kochaniutkie (albo słitaśne, używając współczesnego kolokwializmu) – od uroczego paluszka u nogi poprzez kształtne kolanka z dołeczkami na ślicznym lewym uszku skończywszy. Obiekt westchnień, po którym ręce przesuwałyby się pieszczotliwie po cudownym łuku ciała dziewczyny, po jej bokach i wewnętrznej stronie ud, by wreszcie połączyć się w złocistym puchu, pod którym wyśmienita muszelka zaczynała już wypełniać się słodyczą.
Któryż z mężczyzn by nie skorzystał?
Zwłaszcza że ten ideał kobiecości dopełniało litościwe serce siostry miłosierdzia, niosącej pomoc w zaspokajaniu ich „nabrzmiałych i pulsujących” potrzeb. Candy nie potrafiła odmówić żadnemu, tłumacząc swoje postępowanie tym, iż całkowite oddanie się drugiemu człowiekowi nie jest po prostu obowiązkiem, narzucanym nam przez anachroniczne przesądy, lecz pięknym i wzruszającym przywilejem. W powodzi „bolesnych potrzeb” płci brzydkiej nie mogła, a nawet nie potrafiła być samolubna, więc rozdzielała swoje ponętne wdzięki pomiędzy potrzebującymi. A potrzebowali prawie wszyscy (poza zwolennikami masturbacji) z jej otoczenia – profesor, wujek, garbus, ogrodnik, ginekolog, doręczyciel telegramów, guru duchowy czy ledwo poznani znajomi/nieznajomi. Swoje „nabrzmiałe” potrzeby ubierali w alternatywne słowa, w których erekcja, orgazm i ejakulacja były aktem woli pobudzającym skomplikowany proces tworzenia i wydzielania płynu ustrojowego, a seks heteroseksualny to źródło wszystkich neuroz, nikczemne złudzenie, które wprowadza jaźń w błąd. Najlepszy jako pomoc i dodatek do masturbacji.
I tutaj włączył mi się system krytycznego myślenia i opinia o bohaterce kołacząca mi się po umyśle – oj naiwna, tyś naiwna!
Za dużo było dla mnie tej naiwności, przewrotnego myślenia, szarlatanów wykorzystujących seksualnie Candy, rozbieżności między słowami a ich postawami i obłudy. Ale nie tej wyposażonej w beznadziejnie głupie, absolutnie tandetne, mieszczańskie i materialistyczne przesądy, ale tej wyposażonej w „postępowe” myśli i idee kontrujące zastaną rzeczywistość. Zaczęłam się zastanawiać, kto i w czym jest tak naprawdę obłudny? A kiedy doszłam do wniosku, że nie tylko stare zasady i normy społeczne, ale i te nowe, ubrane w inne słowa, często mistycyzmu, którymi szafowali kochankowie Candy. Tak zwani postępowi z duchem czasu i nowymi nurtami ideologicznymi, reprezentujący poszczególne środowiska społeczne od uczonych poprzez mistyków na zwykłych ludziach skończywszy. Szarlatani wykorzystujący dobre intencje i czystość myśli Candy.
Wtedy zrozumiałam, jaką wyjątkową pozycję mam przed sobą.
Jeśli wziąć pod uwagę konteksty dopiero pojawiającej się kontrkultury w początkowych latach sześćdziesiątych (mam tutaj na myśli okres pojęciowy a nie czasowy), kiedy ukazała się powieść i nie funkcjonowało jeszcze pojecie „kontrkultura”, to można nazwać tę pozycję proroctwem jej rozwoju w formie pastiszu rzeczywistości. Krytyką nie tylko kontrkultury, ale i szerszą krytyką społeczną, którą autor posłowia Maciej Świerkocki nazywa jeszcze celniej - satyrą społeczną. Znalazł się ktoś, a dokładniej dwóch pisarzy, którzy wprawdzie napisali książkę dla pieniędzy (według Masona Hoffenberga), ale za to szczerą do bólu. Wykorzystali do tego skuteczny nośnik informacji, jakim jest powieść pornograficzna. Natomiast, aby uzyskać efekt komediowy wyposażyli ją we wszystkie środki literackie budujące satyrę – absurd, wyolbrzymienie, karykatura, kontrast, paradoks, przerysowanie czy metafora. Zarówno nowych idei, ich zwolenników, jak i przeciwników. I znowu powtórzę to, co napisałam o poprzedniej pozycji z tej serii - Wspomnieniach bitniczki. Tę powieść można odebrać jako powieść pornograficzną, ale również odczytać zakodowane w niej przesłanie zarówno w kontekście czasów, kiedy ją po raz pierwszy opublikowano w 1958 roku, jak i w kontekście czasów mi współczesnych. Ta ponadczasowość jest jej największą zaletą dla przeciętnego, współczesnego odbiorcy, ale i również dla odbiorcy w kolejnych pokoleniach ludzkości. Dla wszystkich, którzy nie chcą tak, jak Candy, przejrzeć na oczy dopiero wtedy, gdy poczują penis własnego ojca w sobie. Nie dałam się zwieść tej komedii. Mimo zaliczenia jej do klasyki literatury zupełnie poważnie i nadal aktualnie przemawia do czytelnika – włącz krytyczne myślenie, nie daj się zwieść współczesnym tobie oszustom wykorzystującym twoją dobrą wolę i szczere intencje, pomyśl zanim przyjmiesz podsuwaną tobie myśl, nurt, modę za swoją.
Nie bądź Candy! – mówili autorzy sobie współczesnym. Bądź asertywnym! – prawdopodobnie tego ostatniego zwrotu użyliby, gdyby żyli w moich czasach.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Obsada kultowego dziś psychodelicznego filmu Candy Christina Marquanda z 1968 roku (...), mogłaby zaimponować każdemu reżyserowi: Marlon Brando, James Coburn, John Huston, Charles Aznavour, Ringo Star - zauważył autor posłowia.
środa, 02 kwietnia 2014
Monogram – Joanna Marat



Monogram – Joanna Marat
Przełożył Marcin Osiowski
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2014 , 326 stron
Seria ABC
Literatura polska


Zdecydowanie komedia! – tak pomyślałam wchodząc w świat dobranej według mnie, a niedobranej według współpracowników, pary policjantów – nadkomisarza Marka Kosa i komisarza Ernesta Malinowskiego.
Ten pierwszy, pamiętający czasy komuny i pracujący tak, jakby nadal trwała. O aparycji Janka Kosa z diastemą odsłanianą w szerokim uśmiechu. W ubiorze niepranym od czasów nowości, zakupionym jeszcze w latach osiemdziesiątych, w których królował marmurkowy dżins. O wczorajszym wyglądzie na permanentnym kacu leczonym klinem. Jednym słowem – Koszmarek. Dosłownie i w przenośni jako anagram jego imienia i nazwiska.
I ten drugi. Jego młodszy partner i całkowite przeciwieństwo. Wysoki, przystojny blondyn, zadbany, w ciuchach na czasie i w zawsze wyglansowanych butach. Facet do wzięcia, siejący niepokój w sercach kobiet. Absolwent zagranicznych szkoleń. Parle franse i spik inglisz.
Obaj z różnych światów mentalnych i środowisk społecznych, ale z jednej Komendy Stołecznej Policji odnajdujących się na wspólnej płaszczyźnie porozumienia i współpracy w sferze zawodowej. Jeden drugiego znosił zachowanie i tolerował wady, bo w przyrodzie i policji musi być równowaga. Jak jeden pije na umór, to drugi powinien być niepijący. Liczyło się dochodzenie, w którym nie było im równych. Kos, stosujący niekonwencjonalne metody pracy z Malinowskim upartym w dążeniu do celu, gwarantował pewny sukces. Nie miałam wątpliwości, że poradzą sobie z najnowszą sprawą – ze zdekapitowanymi zwłokami kobiety znalezionymi w Lasku Bielańskim. Na dodatek historią opowiedzianą przez narratora zewnętrznego w atmosferze dobrego nastroju, z dużą dawką humoru słownego i sytuacyjnego. Bawiłam się tak dobrze z bohaterami, że nie raziły mnie nawet wulgaryzmy w dialogach. Taki jest świat przestępczy i ludzi go rozpracowujących – tłumaczyłam sobie. Skoro Malinowski mógł dla dobra sprawy cierpliwie znosić wulgaryzmy starszego partnera (a miał gorzej ode mnie, bo czuł od niego jeszcze stały smród przetrawionego alkoholu), to i ja mogłam. A poza tym - stres! Musieli go rozładowywać. Stąd wszechobecny alkohol, kobiety, niewybredne słownictwo, szorstkie żarty (delikatnie powiedziane) i beztroski sposób bycia.
Komedia jak nic!
Ale z czasem, w miarę rozwoju fabuły i poznawania małymi dawkami informacji wyciąganymi z przeszłości głównych bohaterów, nastrój zabawy zaczął niezauważalnie ulatniać się, jak bąbelki z wietrzejącego szampana. Komedia zaczęła powoli zamieniać się w klasyczny kryminał, z kolejnymi trupami i wątkami z przeszłości (trochę namnożonymi w nadmiarze), mającymi wspólne powiązania w teraźniejszości. A kiedy uśmiechnięta maska opadła zupełnie, ukazała mi się szara rzeczywistość, w której bohaterowie nie potrafili lub nie mogli odnaleźć się. Ale to nie otaczające realia były powodem ich zagubienia. Przyczyną brzydoty i takiego postrzegania otaczającej ich rzeczywistości i samych siebie były stygmaty. Piętna nabyte lub odziedziczone. Żaden z bohaterów nie był perfekcyjny, nawet jeśli na takiego wyglądał lub sprawiał takie wrażenie. Każdy miał za sobą bolesną przeszłość rzutującą na całe ich obecne życie. I w tym zakresie początkowa komedia, która przeszła w kryminał, ostatecznie zakończyła się opowieścią psychologiczną.
I wcale mnie to nie dziwi!
Po debiucie (Grzechy Joanny) tej autorki wiem, że potrafi bardzo dobrze budować portret psychologiczny postaci i tutaj, w tym kryminale, ta zdolność zaprocentowała, nadając opowieści oprócz charakteru rozrywkowego, również aspekt psychologiczny z odrobiną filozofii w spojrzeniu na życie. Chociaż muszę przyznać, że autorka w tym dążeniu do nadania powieści głębszego wymiaru, była bliska przedobrzeniu z ilością wątków, które musiała trochę pośpiesznie pozamykać na koniec historii, czyniąc go trochę zagmatwanym i zbyt zagęszczonym. Ale największym dla mnie zaskoczeniem było ukazanie topornej, bolesnej rzeczywistości z punktu widzenia mężczyzny (mimo że narrator był neutralny, ale środowisko zdecydowanie męskie), który wiele przeżył, dużo widział i niewiele oczekuje od życia. Niebywałe, że ten depresyjny, brutalny, brzydki (jeśli nie obrzydliwy), wulgarny, ohydny świat pełen ludzi ćpających, pijanych, depresyjnych i martwych (za życia i po śmierci), stworzyła kobieta.
A mimo to, spodobał mi się!
Ale nie z powodu tej bezpardonowej, ale i wysublimowanej, gry uprawianej przez bohaterów, w której podstawowe pytanie brzmiało – W co gramy? Polubiłam przede wszystkim sposób jej demaskowania przez autorkę, która perfidnie zostawiła mnie z jedną myślą – Uwaga! Zamykamy książkę i ubieramy maski, bo gra Monogram trwa nadal!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 29 marca 2014
Okręt – Adam Karczewski



Okręt – Adam Karczewski
Przełożył Marcin Osiowski
Wydawnictwo Oficynka , 2013 , 388 stron
Seria ABC
Literatura polska


Obecnie fan Jacka Higginsa, Roberta Ludluma i Toma Clancy’ego.
Takie zdanie przeczytałam o autorze w informacji umieszczonej na okładce. Tego typu deklaracje zawsze wzbudzają we mnie ciekawość i prowokują pytanie – naśladowca (udolny lub nieudolny) czy uczeń (odtwórczy lub kreatywny)? Żeby odpowiedzieć sobie na nie, niepewnie sięgnęłam po tę sensację, by potem pewną ręką przewracać kolejne kartki i z satysfakcją dobrze spędzonego czasu, zamknąć książkę. Ale sama odpowiedź na postawione pytanie nie była już taka prosta. Ujęłabym ją tak – i naśladowca, i uczeń, ale oba określenia w pozytywny znaczeniu.
Od najlepszych zaczerpnął wiedzę techniczną dotyczącą konstrukcji fabuły, sposobu narracji i prowadzenia wątków, by zaciekawić od pierwszej strony i przytrzymać moją uwagę do końca powieści. Całość więc ujął w klamrę dwóch scen rozgrywających się na tytułowym okręcie, połączonych nie tylko treścią, ale przede wszystkim jednym, tajemniczym wątkiem i ludzkimi ofiarami. Dzieli je wszystko pozostałe – czas, rodzaj okrętu i, z kilkoma wyjątkami, bohaterowie. Było wszystko to, co powinna zawierać dobra konstrukcja powieści sensacyjnej – prolog z wątkiem głównym ukrytym, ale powoli skupiającym wokół siebie wszystkie następujące po sobie wydarzenia, główny bohater próbujący te wątki ze sobą powiązać i wszystko wyjaśniające, ale trzymające do końca w napięciu, zakończenie. I na tym autor zakończył czerpanie wzorców od najlepszych.
Treść była w pełni efektem jego osobistej wyobraźni i wiedzy Polaka o historii własnego kraju nasączona miłością do Trójmiasta.
Wykorzystał komunistyczną przeszłość naszego państwa obfitującą w tajemnice wojskowe i wydarzenia niewyjaśnione do dnia dzisiejszego z tendencją do utrzymywania ich w takim permanentnym stanie. Na taką okrytą milczeniem sprawę, która wydarzyła się na okręcie podwodnym wiozącym tajemniczy ładunek w 1964 roku, natrafił oficer kontrwywiadu z Wojskowych Służb Informacyjnych Tomasz Tomasik. Dochodzenie do prawdy usłane kolejnymi trupami ostatecznie okazało się dla niego brutalną walką o własne życie, a wywiad rosyjski, dawniej wróg, zamienił się współcześnie w sojusznika w wyścigu z czasem i w rozgrywce ze wspólnym przeciwnikiem. Ale to jeszcze nie koniec. Autor poszedł dalej w swoim tworzeniu opowieści.
Przełamał schemat sensacji tworzonej tylko dla rozrywki.
Wprowadził element, który uwielbiam w literaturze rozrywkowej, a który zmusza mnie do innego spojrzenia i ostatecznie do zamyślenia się po wybrzmieniu ostatniego zdania. Skonstruował możliwy, prawdopodobny scenariusz kierunku rozwoju współczesnego terroryzmu. Twórca niedawno czytanego przeze mnie Raportu Millingtona, Martin ZeLenay, wskazywał na narzędzia - broń chemiczną lub biologiczną. Autor tej historii sięgnął po czynnik ludzki. A dokładniej do świata przestępczego, którego żądza władzy oraz rosnący zasięg wpływów biznesowych i personalnych wnikających w każdą warstwę struktury społecznej, może być przyczyną katastrofalnych skutków nie tylko dla danego państwa, ale i dla świata. Wystarczy jeden szemrany człowiek pragnący władzy państwowej.
Autor bawi i przestrasza, czerpiąc od najlepszych, ale będąc przy tym kreatywnym, tworzy własny, osobisty styl przekazu.
Polskiego pióra sensacji na dobrym poziomie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.
sobota, 22 marca 2014
Tajny raport Millingtona – Martin ZeLenay



Tajny raport Millingtona – Martin ZeLenay
Przełożył Marcin Osiowski
Wydawnictwo Znak , 2014 , 475 stron
Literatura amerykańska


Wystraszyła mnie ta pierwsza część trylogii!
Nazwana thrillerem politycznym tak naprawdę, dla mnie, okazała się realnym horrorem. Ale nie tym wywołującym bezpieczny lęk przed fikcyjnymi straszydłami w celach rekreacyjno-rozrywkowych, ale zasiewającym strach w jak najbardziej moim realnym życiu. Gatunek literacki był tylko sprytnym albo dobrze przemyślanym sposobem opisania kulis walki z terroryzmem we współczesnym świecie. Dokładnie ukazanym procesem eskalacji jego metod i zasięgu działania. Wrażenie tej realności potęgowała osoba autora, ukryta pod fikcyjnym nazwiskiem, która była uczestnikiem operacji amerykańskiego wywiadu i od tamtej pory pełni rolę konsultanta CIA. Jej charakter stylu przekazu dobrze oddaje zdanie umieszczone w blurbie na tylnej okładce – I choć nie może napisać o wielu rzeczach wprost – wie o czym pisze.
To tego zdania uczepiłam się jak rzep, przesiewając przez nie fikcję literacką. Historię powstania i dalszych losów tytułowego tajnego raportu przygotowanego przez wyjątkowego człowieka we władzach Agencji – Jasona Millingtona. Drugiego z kolei, którego tym razem przełożeni nie zbagatelizowali. Zasadność i realność jego pierwszego raportu, ukazującego skutki błędów w obronie USA, potwierdził atak z 11 września 2001 roku. Przełożeni tym razem powołali specjalną jednostkę antyterrorystyczną oraz zespół operacyjny z prawem do samodzielnego podejmowania działań w zakresie praktycznie nieograniczonym.
Od tego momentu rozpoczęła się akcja powieści.
Wyścig między terrorystami a agentami. Nie tylko śledzenie tych pierwszych, deptanie im po piętach, ale przede wszystkim rozpoznanie ich procesu decyzyjnego, które pozwoliłoby odpowiedzieć na trzy pytania – kto, dlaczego i co chce zrobić? Wyścig ku zagładzie o jeszcze większej skali rażenia niż ten na WTC lub ku jego zapobieżeniu. Przez meandry całej operacji prowadził mnie agent Frank Shepard. Jeden z najlepszych, którego praca polegała na poszukiwaniu elementów puzzli, z których, być może, powstanie czytelny obraz. Pokazywał mi pozornie nieistotne i niepowiązane ze sobą fakty, wydarzenia, zachowania, sytuacje, miejsca i ludzi, tłumacząc, że każdy szczegół ma znaczenie. Ten niepozorny i ten nieistotny także. Dopiero z takim bagażem wiedzy pozwolił mi przyjrzeć się skomplikowanej grze pomiędzy ściganymi i ścigającymi, by na koniec ukazać pełny efekt – krwawą konfrontację obu stron. Takie ułożenie sekwencji rozdziałów, odpowiadające procesowi rozpoznania i zaangażowania operacyjnego pod właśnie takimi tytułami – Puzzle, Gra, Operacja – pozwoliło mi na poznanie logistyki przeprowadzania operacji wywiadowczych i pełnionych w niej ról przez każdego agenta. Począwszy od góry, na dole hierarchii służbowej drabiny skończywszy. Pod warstwą fikcyjnej fabuły ujrzałam nie tylko pracę zespołu antyterrorystycznego, zależności interpersonalne, procedury decyzyjne, metody i narzędzia pracy, ale przede wszystkim zasady działania jego podstawowej jednostki, którą w powieści uosabiał Frank Sheperd. Człowiek o wyjątkowej pozycji wśród agentów operacyjnych, pracujący w najbardziej utajnionej jednostce wywiadu – Wydziale Operacji Specjalnych CIA. To jego osobowość, styl pracy, doświadczenie i zbudowana na nich intuicja, obrazowały cechy pożądane i niezbędne w tym zawodzie. Precyzja jego toku rozumowania, za którym podążałam, jak za laserowym nożem, wykrawającym z rzeczywistości elementy, szczegóły i szczególiki, ostatecznie tworzyła z nich jednolity obraz sytuacji obecnej lub przyszłej. Mniej lub bardziej prawdopodobnej. To artystyczne spojrzenie od szczegółu do ogółu charakterystyczne przy odbiorze sztuki, a zwłaszcza dzieł malarskich, nie było przypadkowe. Autor, z zawodu historyk sztuki, świadomie wykorzystał tę metodę, by ułatwić mi odbiór niezwykle skomplikowanego i nieprzewidywalnego charakteru pracy agentów, w której podstawowym narzędziem jest umysł i procesy w nim zachodzące – obserwowanie, zapamiętywanie, analizowanie, kojarzenie i im podobne. Przy okazji przemycił do powieści trochę, bardzo ciekawej, wiedzy o malarstwie. Zwrócił też uwagę, tworząc wątek osobisty w życiu Shaperda, na bardzo ważny aspekt zawodu agenta – koszty bycia w nim najlepszym. Psychiczne, ale przede wszystkim rodzinne i osobiste.
Autor mówił wprost – zawód agenta jest dla samotników!
Można wygrać kilka wojen, ale przegrać własne życie – jak mawiał Shaperd. Ale najważniejszy wniosek sformułował na końcu. Powieść była tylko ich bolesnym zilustrowaniem. Wskazał w nim na dwa czynniki, którymi karmi się terroryzm.
Pierwszym z nich jest świadome wykorzystywanie religii do osiągania konkretnych celów. Jego uosobieniem był terrorysta Serov, kierujący się jedną zasadą – W jego świecie flagi to tylko nic nieznaczące symbole, religie to zabobony, a idee to pustosłowie. Liczy się skuteczność, powodzenie operacji, pieniądze i władza. Dokładnie to, o czym pisał dziennikarz Antonio Salas w Ja, terrorysta. Obaj jednym głosem mówią, że obecnie zło nie ma konkretnej twarzy. Współcześni agenci tropią wykonawców, którymi może być każdy. Światopogląd religijny zelceniodawcy nie ma znaczenia. Wszystkie religie głoszą: nie zabijaj. To nie Bóg nakazuje mordować, lecz człowiek.
Drugim czynnikiem są politycy. Nie wszyscy, ale w przypadku terroryzmu wystarczy, wśród rządzących elit, kilku cechujących się krótkowzrocznością, cynizmem, głupotą i chciwością. To dlatego Millington w rozmowie z prezydentem był szczery do bólu, mówiąc, że nie lubi polityków, że im nie ufa, obarczając odpowiedzialnością za ataki terrorystyczne nawet nie procedury działania czy luki w systemie obronnym, ale łańcuch ludzi rządzących państwem – zboczeńców, idiotów, zachłannych, cynicznych, naiwnych i głupich Amerykanów z senatorem Croxem na czele. I dopóki te dwa czynniki będą istnieć jednocześnie, dopóty każdy raport wywiadu, każdego państwa, jest prawdopodobny. Nawet, jeśli będzie podany w formie thrillera politycznego, bo, jak powiedział niemiecki myśliciel Hans Magnus Enzensberger, a którego słowa przytacza jeden z bohaterów, złudzeniem jest, że żyjemy w pokoju, bo od lat, nieustannie, na różnych poziomach, w różnych formach toczy się trzecia wojna światowa, pełzająca i przybierająca różnorodną, zmienną postać. Dzisiejszy terroryzm jest najbardziej drastycznym potwierdzeniem tej tezy.
I złudzeniem jest równeż to, że przeczytałam tylko thriller polityczny.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 19 marca 2014
Sen Kleopatry – Christian Jacq



Sen Kleopatry – Christian Jacq
Przełożyła Magdalena Talar
Wydawnictwo Znak Literanova , 2013 , 208 stron
Literatura francuska


Kleopatra (ta Kleopatra!) miała piękny sen.
Ujrzała w nim pod maską Aleksandrii, w której Ptolomeusze zdeptali instytucje faraonów ustanowioną przez bogów, (...) gdzie złoczyńca wyżej stoi niż prawy obywatel, a polityczne intrygi zastąpiły sprawiedliwe rządy, tysiącletni Egipt o niezmierzonych bogactwach. Jego urzeczywistnienie wymagało od niej, młodziutkiej kobiety, jeszcze nastolatki, odegrania roli królowej, bez względu na konsekwencje.
I zrealizowała go!
Uczyniła Egipt potężnym, dobrze funkcjonującym państwem. Ale oprócz marzeń miała jeszcze nieprzeciętną inteligencję (znała bardzo dużo języków obcych), chęć nauki, otwarty umysł i urodę. Podejrzewam, że z tych wszystkich cech dobrego polityka i władczyni, ta ostatnia była najważniejsza. Dosyć odważny wniosek z mojej strony, który mogę złagodzić do innego – jeśli nie najważniejsza to decydująca w ostatecznym osiąganiu sukcesów dzięki pozostałym oraz zdecydowanie ułatwiająca realizacje stawianych sobie celów. Gdyby nie uroda, fortel z dywanem w komnacie Cezara, zakończyłby się wyrzuceniem jej za drzwi (a właśnie tak zrobił z jej siostrą) i utratą potężnego sprzymierzeńca do walki o władzę z bratem. Cezar nie zadałby sobie minimum trudu w odkrywanie jej pięknego umysłu. To dzięki urodzie utorowała drogę innym przymiotom swojej duszy i umysłu. Rozkochała w sobie dwa razy starszego od siebie mężczyznę, który ułatwił jej odzyskanie władzy, ryzykując utratę własnej. I żeby nie wiem kto, co i w jaki sposób mi udowadniał, że jest inaczej, to psychologiczna teoria atrybucji w tym przypadku bierze zdecydowanie górę nad wszystkim, zmuszając do przyjęcia smutnego wniosku – uroda ułatwia życie osobie ją posiadającą. Reszta ma pod górkę. Niestety.
A tę jednoznaczną myśl zawdzięczam autorowi tej powieści.
Opowieści, której charakter był silnie zdeterminowany przez jego profesję. Egiptologa piszącego nie tylko opracowania historyczne, ale i powieści historyczne. To dlatego w tych ostatnich czułam więcej historyka niż pisarza. Posiadając wiedzę historyczną, nie tylko opierał fabułę na bardzo dobrze znanych mu i udokumentowanych faktach, ale i pisał jak naukowiec. Potraktował trochę tę powieść jak opracowanie z tezami do udowodnienia, nie omieszkując przy tym stawiać mnóstwa pytań retorycznych, jak na wykładowcę, nawykłego do pobudzania studentów do myślenia, przystało. Położył nacisk na prawdę historyczną, z której zbudował solidną osnowę opowieści. Bardzo precyzyjnie i logicznie odbudował skomplikowaną sieć układów politycznych i koneksji między bohaterami. Nie miałam najmniejszego problemu z ich zrozumieniem i powiązaniem zależności, ponieważ autor miał dar czynienia rzeczy skomplikowanych i zawiłych, prostymi i przejrzystymi. By uwiarygodnić fabułę, posunął się nawet do wbudowywania w tekst oryginalnych wspomnień i relacji świadków opisywanych wydarzeń. W tym samego Juliusza Cezara. Inkrustował go bardzo umiejętnie, bo gdyby nie przypisy informujące mnie o tym, nie zauważyłabym różnicy w stylu narracji. Odczuwałam natomiast momenty, kiedy opowieść snuł historyk, a kiedy tę rolę przejmował pisarz. W tym pierwszym przypadku prym wiodły nie tylko wydarzenia historyczne, ogólne spojrzenie na sytuację polityczną Egiptu i Rzymu oraz na strukturę społeczną Aleksandrii, ale i szczegóły życia codziennego – warunki życia ludności, ich jedzenie, ubiór, wierzenia, a także osiągnięcia szeroko pojętej kultury. Natomiast pisarz ujawniał się tam, gdzie brakowało faktów i potrzebna była wyobraźnia. Przede wszystkim w dialogach bohaterów, mających spajać opowieść w jednolitą całość.
Niestety z różnym skutkiem.
Muszę przyznać, że autor jest lepszy w roli historyka-pisarza niż pisarza-historyka. Dlatego ta powieść to przede wszystkim beletrystyczne odtworzenie procesu dochodzenia Kleopatry do władzy i warunków oraz czynników, dzięki którym ją zdobyła. Szeroka panorama sieci zależności i uwikłań personalnych ukazana w relacji narratora zewnętrznego, oddającego przede wszystkim napięcie sytuacji politycznej, a nie wewnętrzny świat bohaterów. Wątek romansowy autor tylko zarysował, uciekając wręcz od scen erotycznych, które tak pięknie mogły nasycić emocjonalnie ukazywane fakty. Nie pomogły nawet elementy magii, które w tak silnym kontekście naukowym, budziły we mnie wrażenie sztuczności.
To dlatego powieść ta trafiła mi do umysłu, a nie do serca.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ten ciekawy film dokumentalny o Kleopatrze bardzo dobrze uzupełnia powieść.
sobota, 15 marca 2014
Ludzie Julya – Nadine Gordimer



Ludzie Julya – Nadine Gordimer
Przełożył Dariusz Żukowski
Wydawnictwo M , 2013 , 208 stron
Literatura południowoafrykańska


Tak dobrze znany rytuał.
Codzienny. Wyznaczający początek i rytm dnia. Niemalże odwieczny. Zwyczaj podawania herbaty na tacy w czarnych rękach pachnących mydłem Lifebuoy, prosto w białe ręce, nagle przeniósł się z rezydencji w Johannesburgu państwa Maureen i Bama Smilesów z trojgiem dzieci, pod strzechę chaty Julya.
Ich długoletniego służącego.
Wybrańca, którego nagłe przemiany nastałe w mieście, zamieniły w zbawiciela. W czasie, który ich zaskoczył, a który tak trafnie oddało motto poprzedzające tę powieść:

Ten okres niepewności, destabilizacji i niepokoju małżeństwo chciało przeczekać w rodzinnej wiosce Julya. W końcu to nie pierwsze i nie ostatnie zamieszki wywołane przez czarnych – myśleli. Świadomość, że tym razem fala strajków, która nadeszła w 1980 roku, przeciągała się, wywołując powstanie w całym kraju i niszcząc odwieczny porządek stosunków między białą a czarną ludnością na zawsze, docierała do nich bardzo, bardzo powoli. Dostrzegane symptomy, jak bardzo kruche były ich wzajemne relacje, jak sztuczną warstwą cywilizacji białych pokryte, początkowo próbowali racjonalizować. Najpierw odkrywane w wiosce, a należące wcześniej do nich, przedmioty, których zaginięcia w ich domu nigdy by nie zauważyli. Potem kluczyki do samochodu, którym uciekali z miasta. W ich życie zaczął powoli wkradać się lęk przed Julyem, który okazał się zupełnie nieznaną im osobą, jaką znali od piętnastu lat, i jedna myśl – To, czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy.
Zaczęło okazywać się, że nie wiedzieli o nim tak naprawdę nic.
Nie znali jego prawdziwego imienia. Jego układów rodzinnych i stosunków zależności w jego wioskowej społeczności. Nawet język, którym się do tej pory porozumiewali, okazał się bezużyteczny w nowych warunkach. Oparty dotychczas na rozkazach i reakcjach, nie zawierał pojęć abstrakcyjnych, uniemożliwiając wymianę idei i uczuć, które nagle się pojawiły. Utrudniał im tak potrzebny dialog, wymianę myśli i, w ostateczności, zrozumienie oraz porozumienie. Napięcie osiągnęło apogeum, kiedy ukradziono im strzelbę. Wtedy pojawił się lęk najsilniejszy.
Strach o życie i groza przekonania, że byli stworzeniami tych ludzi tak jak bydło i świnie.
Czytałam z rosnącym zaciekawieniem i fascynacją, jak autorka przewartościowuje świat białych zbudowany na nierówności rasowej, nie dopuszczając przez większość opowieści do otwartej konfrontacji między stronami. Jak nowe stosunki między bohaterami tworzy w otoczce dyplomacji narzuconej przez Julya, szokując takim obrotem wydarzeń małżeństwo. Jak normy, zasady i wartości moralne „starego świata” zastępuje logiką rozumowania i postępowania czarnych gospodarzy. Jak na ich i moich oczach zamienia służącego w pana teraźniejszości, zmieniającego przeszłość na były czas widziany jego oczami, a którego takiej odmiennej wersji, Maureen i Bam, nawet nie podejrzewali. Jak buduje im świat od podstaw, dla nich nowy, ale który tak naprawdę istniał od zawsze, głęboko ukryty pod warstwą cywilizacji białych, przypisujących sobie boskie prawo określania moralności po stopniu skręcenia włosów, a zdolności myślenia abstrakcyjnego po relatywnej grubości warg.
Jak nieubłaganie cofa ich do początków ludzkości nie tylko w wymiarze społeczno-politycznym, ale również czysto ludzkim.
Maureen odkrywa prawdziwą fizjologię swojego ciała. Intymny zapach i naturalny wygląd, dotychczas likwidowany, korygowany lub ukrywany przez zabiegi higieniczne, z których w wiosce musiała zrezygnować lub ograniczyć do minimum. Bam natomiast poznaje silną więź człowieka z naturą. Kruchość człowieczego losu w przyrodzie i jednocześnie zależność od niej. I wreszcie oboje uzmysławiają sobie siebie na nowo, dostrzegając pojawienie się między nimi obcości wywołanej odmiennymi warunkami bytu na poziomie fizjologicznym, psychologicznym i społecznym. A wszystko to na tle powtarzalnej codzienności w wiosce ukazanej niemal z detaliczną drobiazgowością. Jej mieszkańców, niemających problemu z akceptacją rzeczywistości, która budzi lęk w ludziach nienawykłych do życia tak blisko cyklu natury, a przyzwyczajonych do wielkich wstrząsów i stanów przejściowych, takich jak „nowe życie”, na które każdy pracuje, czy zmiany polityczne.
Wybierając czas radykalnych przemian i umieszczając ludzi białych w środowisku czarnych, autorka doprowadza do konfrontacji dwóch, obcych sobie rzeczywistości. Poddaje ocenie sztuczność funkcjonowania apartheidu w RPA, opartym na zniewoleniu. Obnaża pozorność myślenia przeciętnego białego zadowolonego z bycia „dobrym” wobec czarnych, które nie ma nic wspólnego z obiektywnymi realiami. Burzy bariery między nimi, ukazując prawdziwy świat rdzennych mieszkańców Afryki, do którego nigdy nie zaglądali, a którego niedoceniana siła zmieniła oblicze RPA.
Świat, dla którego Nelson Mandela spędził w więzieniu 27 lat.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
poniedziałek, 10 marca 2014
Spóźnione wyznania – John Boyne



Spóźnione wyznania – John Boyne
Przełożyła Adriana Sokołowska-Ostapko
Wydawnictwo Znak Lieranova , 2014 , 349 stron
Literatura irlandzka


Po przejmującym Chłopcu w pasiastej piżamie to moje drugie spotkanie z tym autorem, ale po raz pierwszy mam okazję wrażeniami polekturowymi, podzielić się tutaj. Dla mnie to powód do radości, bo warto mówić i pisać o jego twórczości, chociaż mam świadomość, że nie jest to łatwe. Bo i problemy, jakie porusza, są piekielnie trudne. W przypadku tej powieści, autor na dodatek tak buduje fabułę, aby zawierała tematy główne, które byłyby nie tylko kontrowersyjne, ale stanowiły jednocześnie ściśle strzeżone tajemnice bohaterów. To wszystko sprawia mi ogromną trudność w takim opowiedzeniu swoich wrażeń, by nie zdradzić ich treści, ale jednocześnie opisać przesłanie na nich oparte. Zdaję sobie sprawę, że uogólnianie, do którego będę zmuszona, nie zaspokoi informacji bardziej szczegółowych, ale pocieszam się tym, że ukrywane tajemnice, mimo wszystko zaciekawią.
Najskrytsze tajemnice.
Te, które człowiek zaszywa w najciemniejszym zakamarku umysłu, często wypierając do podświadomości. Te, dla których jest gotów zaprzeć się prawdy i zdradzić przyjaciół. Te, z powodu której główny bohater Tristan, idący na wojnę, usłyszał od własnego ojca – lepiej byłoby dla nas wszystkich, gdyby Niemcy zastrzelili cię na miejscu. To one przykuwały moją uwagę. Wtedy, gdy ich jeszcze nie znałam, chociaż już zaczynałam odczuwać intrygę sekretu i wtedy, gdy je poznałam, ale nie były znane otoczeniu bohaterów. To ich ujawnienie, a potem ukrywanie wraz z głównym bohaterem przed innymi, trzymało mnie w napięciu i niepewności. I o ile pierwszej domyślałam się już na początku historii opowiadanej przez Tristana jako narratora, zanim autor jednoznacznie odsłonił ją przede mną kilkadziesiąt stron dalej, o tyle druga, ujawniona na końcu, była dla mnie ogromnym zaskoczeniem, ale i ciosem. Stałam za Tristanem i chciało mi się krzyczeć – NIE! Czułam się zdradzona, wściekła, zła i rozżalona.
Dokładnie tak, jak Marion. Dziewczyna, do której Tristan przejechał z Londynu pewnej jesieni 1919 roku, by oficjalnie oddać listy pisane przez nią do jej brata, a w które posiadanie wszedł po jego śmierci, a nieoficjalnie, by wyznać siostrze Willa, bo tak było na imię zmarłemu, te dwie wspomniane przeze mnie wcześniej tajemnice. Ciążyły mu one odkąd wrócił z wojny w 1916 roku. A i tak, do końca spotkania zastanawiał się – Po co tu przyjechałem? (...) Na co liczyłem? Jeśli szukałem odkupienia, nie mogłem go znaleźć. Jeśli potrzebowałem zrozumienia, nikt nie mógł mi go ofiarować. Jeśli przebaczenia, nie zasługiwałem na nie. To, że je w końcu ujawnił, że nareszcie się obnażył, zawdzięczam uporowi Marion, która, z jednej strony wiedziona siostrzaną miłością, wyczuwała instynktownie prawdziwy cel przyjazdu Tristana, a z drugiej strony prowadzona przez upór, drążyła temat tak długo, aż w końcu dotarła do serca opowiadającego, poznając bolesne fakty. Ale jak sama powiedziała, jest coś, co boli jeszcze bardziej – niewiedza.
Rozmowa z siostrą, początkowo bardzo niezręczna, a nawet nieudana, powoli zaczęła przeradzać się w bardzo intymne wyznania. Spóźnione, jak ujmuje to tytuł, ale szczere do bólu. Ta spowiedź człowieka, który nareszcie zdobył się na odwagę obnażenia swoich słabości i win, była jednocześnie gotowością na poniesienie konsekwencji. Nawet tych najdotkliwszych. Aktem dojrzałości do zamiany tchórzostwa na odwagę cywilną. I nie muszę zdradzać tajemnic Tristana, by ukazać przesłanie autora, bo jakiekolwiek by one nie były, cokolwiek by nie było skrzętnie skrywane, w jakiekolwiek sekrety nie wyposażyłby autor bohaterów, to wszystkie można sprowadzić do jednej, nadrzędnej myśli – odwagi cywilnej posiadania własnego światopoglądu i wynikających z niego jawnych postaw i zachowań. Życia w zgodzie z własnym sumieniem bez względu na tego koszty. By to ukazać, autor nie ogranicza się tylko do osoby Tristana. Najpierw wybiera czas akcji. Ekstremalny. Okres wojenny. Następnie miejsce akcji, równie skrajne – okopy i pole bitwy. Potem wprowadza bohaterów - żołnierzy. Jeszcze nastolatków. Tristan ma dopiero 17 lat. O różnym nastawieniu do udziału w wojnie. Od tych zgłaszających się na ochotnika poprzez obdżektorów na radykalnych absolutystach skończywszy. A wszystko po to, by pokazać, że nie wszyscy żołnierze, którzy tam byli, chcieli walczyć. Każdy z nich znajdował się w innym miejscu szerokiego spektrum poglądów rozciągających się od pacyfizmu po skończony sadyzm. Z tych trzech elementów powieści: miejsca, czasu i bohaterów, autor snuje tak skomplikowaną fabułę wyborów moralnych w kontekście ostracyzmu społeczeństwa angielskiego z początku XX wieku, że odwaga cywilna (tutaj pojmowana względnie i ukazana jako trudniejsza od odwagi żołnierza!), prędzej czy później musi, zakończyć się śmiercią.
Tak, do tego stopnia!
Autor zadbał o to, by każdy wybór, jaki dokonywali bohaterowie, miał swój koszt, a ja miałam zobaczyć wszystkie scenariusze losów bohaterów, nie po to, by ich ostatecznie oceniać, ale by samej przyjrzeć się własnym wyborom w życiu codziennym. Zobaczyć w nich odwagę cywilną na pierwszym planie albo ukrytą za parawanem poprawności, konwenansów, wygody, kłamstwa, przemilczenia czy zaniechania.
Uwielbiam w twórczości autora to, że jego przesłania umieszczone w ekstremalnych warunkach są ponadczasowe. Problemy moralne, jakie porusza i analizuje dotyczą nie tyle bohaterów, co czytelnika pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie. Nie tylko w czasach spokojnych, ale przede wszystkim w tych najtrudniejszych, ekstremalnych. Jego powieści są jak drogowskazy, pokazujące różne drogi podążania. Nie moralizuje przy tym. Jest realistą, dokładnie odzwierciedlającym rzeczywistość. Opisuje jak jest i jak być może. Dobitnie przy tym podkreślając, że akt odwagi cywilnej zawsze kończy się boleśnie. Różnica polega tylko na tym, czy będzie bardzo bolało, ale krótko, czy mniej, ale bardzo długo. Czasami do końca życia.
Wybór należy do mnie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

The Absolutist -Book Trailer- from Frédérique Van on Vimeo.

Bardzo klimatyczny jest ten trailer książki.
sobota, 08 marca 2014
Ulice Bangkoku – Christopher G. Moore



Ulice Bangkoku – Christopher G. Moore
Przełożył Andrzej Leszczyński
Wydawnictwo Świat Książki , 2013 , 621 stron
Seria Granice Zła
Literatura kanadyjska


Moim błędem w podejściu do tej powieści było odgórne przekonanie, że to typowy kryminał.
Może dlatego, że tak się zaczął. Od postaci najważniejszej zaraz obok mordercy czyli od śledczego. W tym wypadku był nim detektyw Calvino. Półkrwi Włoch, który przejął się opinią Tajów, że każdy faranga czyli cudzoziemiec, jest kreatywny. Ta wzięta sobie do serca kreatywność ostatecznie doprowadziła do bardzo niebezpiecznej sytuacji, zmuszającej go do natychmiastowego opuszczenia Bangkoku. Przymusowy urlop miał spędzić w hotelu innego miasta, ale okazało się, że Calvino nie tylko tropi nieszczęścia innych, ale nieszczęścia lubią podążać również za nim. A dokładnie morderstwo dziewczyny, które spadło mu z nieba czyli z balkonu umieszczonego nad jego apartamentem. Miejscowa policja głównego podejrzanego ujrzała w osobie... detektywa, który wyjątkowy pech, jaki go spotkał, wytłumaczył sobie jednym zdaniem – jemu nieszczęścia po prostu przytrafiają się częściej niż pozostałym.
To niespodziewane dla mnie zabójstwo, ale nie dla podejrzanego, dało mi nadzieję, że Calvino wcieli się w profesjonalnego tropiciela, napędzającego tempo akcji. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w oczekiwaniu na nie, najpierw musiałam poznać szereg bohaterów, których końca nie było widać i którzy ze sprawą nie mieli (przynajmniej tak wydawało mi się na początku) nic wspólnego. Tylko, że ja o tym nie wiedziałam i uznałam, że autor zawraca mi głowę jakimiś ludźmi, których ja niekoniecznie chcę znać łącznie z ich przeszłością (skomplikowanie zagmatwaną) i perypetiami rodzinnymi, a samo śledztwo zaczęło się więc rozszczepiać na kilka różnych niezależnych wątków, z których żaden nie pasował do pozostałych.
A muszę dodać, że byłam już w połowie książki!
A tu nic! Ani minimalnych sukcesów w śledztwie, ani jakiejś akcji, ani konstruktywnego dochodzenia, nie wspominając już o jakichkolwiek podejrzeniach. Wszystko w rozsypce i poszatkowane niczym kapusta do kiszenia. Zaczynałam przyznawać rację wkurzonemu zleceniodawcy, że Calvino to samozwańczy detektyw prowadzący samozwańczą agencję i fuszerujący kolejne sprawy. Zaczęłam się nawet trochę nudzić historiami przytaczanymi z przeszłości, niepokoić ilością nowych osób pojawiających się na kolejnych stronach tej powieści, kiedy zaczęło mi w myślach uporczywie migotać jedno pytanie.
O czym ja właściwie czytam?!
Byłam już po połowie książki, a śledztwo nie ruszyło z miejsca, detektyw gdzieś znikał i się pojawiał, wokół mnie krążyło mnóstwo innych bohaterów i gdyby nie ciekawie ukazany Bangkok, mój zapał czytelniczy sięgnąłby zera. I w tym momencie mnie olśniło! Spojrzałam na tytuł i byłam pewna odpowiedzi. No przecież! Głównym bohaterem było miasto, które potraktowałam jako tylko tło wydarzeń. Niesłusznie, bo to ono ze swoimi mieszkańcami Tajami i farangami tak naprawdę było całą historią tej powieści, a pierwsze morderstwo tylko pretekstem do ukazania przekrojowego spektrum życia w Bangkoku. Wystającą nitką, za którą, jeśli pociągnąć, zaczyna się pruć misternie utkana sieć zależności ludzkich. Rodzinnych, osobistych i zawodowych w wymiarze formalnym, a przede wszystkim nieformalnym. Bo na pozór to wielkie miasto pełne gwaru i muzyki barowej, zatłoczonych autami ulic, handlarzy z wózkami sprzedających pieczone insekty, krętych uliczek z barami, po których chodzenie w marynarce przypominało ciężką pracę fizyczną wewnątrz przenośnej sauny – jak mawiał Calviono – miało swoje drugie oblicze. Mroczną stronę, w której granice zła dyktowane przez władzę, seks i pieniądze, wyznaczała również, a może przede wszystkim, zemsta. Ta, od której zależała reputacja domagającego się wendety. Często graniczącej z obsesją. To ona była siłą napędową rozwijającej się fabuły i jej głównych wątków. Dopiero, kiedy zrozumiałam ten zamysł autora, wtedy zmieniłam swoje nastawienie z wybiórczego potraktowania morderstwa, na panoramę miasta, w którym to morderstwa były jednymi z wielu zjawisk społecznych toczących, niczym robaki, Bangkok od wewnątrz. W znanym turystom mieście, ukryty w innym wymiarze wszechświata, leży inny, jeszcze dziwniejszy Bangkok, do którego wstęp farangom jest wzbroniony i do którego nawet większość Tajów boi się zaglądać.
To ta warstwa społeczna stanowi o wartości tej powieści.
Autor, Kanadyjczyk od lat mieszkający w Tajlandii, pod postacią trochę nietypowego kryminału, ukazał niewidoczne, trudno dostępne, mroczne, niebezpieczne, nielegalne życie Bangkoku. Miasta rządzonego przez gangi, pełne porachunków mafijnych, korupcji, zależności władz formalnych od świata przestępczego i odwrotnie, prostytucji, handlu dziećmi, najemnych morderców, zorganizowanego żebractwa, przenikających się rzeczywistości ludzi pieniędzy i dzielnic biedy, moralnego brudu w otoczce, komplikujących złożoność tych zjawisk, tradycji, obyczajów i zwyczajów. Świata, w którym myślenie człowieka obcego, z zewnątrz, prowadzi zawsze prosto na cmentarz.
Tak bardzo różny od pokazywanego w folderach turystycznych.
Warto o tym pamiętać zaglądając nie tylko do Bangkoku, ale do każdego innego miasta pod dowolną szerokością geograficzną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Tutaj obejrzałam sobie Bangkok oczami turystów i przy okazji dowiedziałam się, dlaczego nazywany jest Miastem Kanałów lub Wenecją Wschodu.
wtorek, 04 marca 2014
Rewolucja genderowa – Gabriele Kuby



Rewolucja genderowa: nowa ideologia seksualności – Gabriele Kuby
Przełożyli Marek Urban i Dorota Jankowska
Wydawnictwo Homo Dei , 2013 , 168 stron
Literatura niemiecka


Nareszcie tąpnęło!
Gender robi furorę! Rozstawia ludzi na lewo i prawo, trochę zostawiając pośrodku. Na moich oczach całkowita niewiedza na temat tego zjawiska społecznego zamieniła się w ciągu ostatnich kilku miesięcy na zaciekawienie, świadomość, że coś takiego jest i zalew memów. No i oczywiście na burzliwą dyskusję (czasami mam wrażenie, że wojnę) między tymi więcej wiedzącymi z każdej opcji.
Świadomie użyłam wyrażenia „zjawisko społeczne”, bo każde inne jednoznacznie sugeruje przynależność osoby go używającej do określonej opcji. Do tych opowiadających się za, więc posługujących się określeniem nauka, do tych przeciw używających określenia światopogląd lub do tych pośrodku używających najpowszechniejszego – gender. A ja chcę tego zaszufladkowania uniknąć, bo jestem na etapie badania i analizowania tego zjawiska. Odkąd o nim usłyszałam, a było to około dwóch lat temu, nadal poszukuję wiedzy na ten temat, sięgając po publikacje z każdego obozu. Przysłuchuję się debatom przedstawicieli różnych grup społecznych, próbując ogarnąć je całościowo. Wysłuchać racji każdej ze stron.
Zaczęłam od artykułów w czasopismach i broszur bo ich forma dostarczała mi wiedzy podstawowej i skondensowanej. Idealnie podanej osobie, która dopiero wchodzi w to zagadnienie. Dopiero z taką bazą wiedzy odważyłam się sięgnąć po formę rozbudowaną czyli książkę. Przypadek sprawił, w osobie mojej koleżanki z obozu przeciw, że zaczęłam od tej właśnie pozycji. Skrajnie prawicowej, jeśli mogę tak określić jej wydźwięk, w której autorka, ze wszystkich współczesnych filozofów polskich, powołuje się na sobie podobnego Ryszarda Legutkę, którego nie polubiłam za styl przekazu w Eseju o duszy polskiej. Autorki znanej z kontrowersyjnej publikacji Harry Potter – dobry czy zły?.
Miałam świadomość, że wkraczam do jaskini lwa!
Już pierwszy rozdział upewnił mnie, że przyjęta przeze mnie strategia zgłębiania zjawiska gender okazała się jak najbardziej słuszna. Autorka nie napisała pozycji propedeutycznej. Jeśli napomyka o pochodzeniu i znaczeniu pojęcia gender, to robi to skąpo i w połowie książki. Na początku wprowadza wręcz zamęt pojęciowy, używając nowego określenia, które nie ma oficjalnego odpowiednika w języku polskim – gender mainstreaming. Swoje przesłanie?, misję?, apel?, bo waham się nad jednoznacznym określeniem charakteru publikacji, kieruje do czytelnika poszukującego szerszej wiedzy o gender w kontekście religijnym, kulturowym i społecznym. Jego wpływie na społeczeństwo i jego skutkach w każdej dziedzinie życia. Jest przy tym bardzo subiektywna nie tylko światopoglądowo, pisząc ją z punktu widzenia katoliczki, ale i narodowościowo, ograniczając się tylko do Niemiec, narodu niemieckiego i niemieckiego Kościoła katolickiego. Pozornie książka napisana o społeczeństwie niemieckim w kontekście gender i dla Niemców, a ściślej – katolickiej ich części, ale jeśli się w nią zagłębić, to można ujrzeć jej profetyczny charakter w stosunku do Polski.
Czytając o sytuacji w Niemczech miałam silne przeświadczenie, że czytam o Polsce, która czeka mnie za kilka lat. A może nawet szybciej. W tym sensie warto było przeczytać tę pozycję, bo obraz, jaki ukazała autorka, w ogóle mi się nie spodobał. Apokaliptyczna wizja zdegradowanej rodziny, a właściwie jej unicestwienie, zastąpienie wartości moralnych skrajnym hedonizmem i konsumpcją w każdej dziedzinie życia, dyktatura mniejszości narzucająca swoje reguły większości, ideologia relatywizmu etycznego zastępująca dotychczasowe normy etyczne i narzucająca nowe pojęcie dobra i zła, walka o tolerancję zamieniona w rewolucję społeczną, ideologia seksualności promująca to, co zapoczątkowała rewolucja seksualna lat 60., a którą dobrze poznałam dzięki Latom sześćdziesiątym i Wspomnieniom bitniczki, rola Kościoła osłabiona na własne życzenie poprzez politykę ustępstw z buntem biskupów przeciwko papieżowi Pawłowi VI ( w Polsce nie do pomyślenia, przynajmniej dzisiaj) i zdanie, które mnie wprawiło w osłupienie, a które przeczytałam tym razem w wywiadzie z autorką Gender spełnia życzenie EngelsaWasz kraj miał Jana Pawła II, my mamy Benedykta, ale różnica pomiędzy naszymi krajami polega na tym, że wy kochaliście swojego papieża, a my naszego nienawidzimy.
Jednym zdaniem – to już nie rewolucja społeczna, ale Sodoma i Gomora, których całą kwintesencję oddaje Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie homofobii w Europie.
Można się przestraszyć, można przestać się dziwić emocjonalnemu, bezpardonowemu, odważnemu charakterowi tej pozycji i mieć wrażenie, że katolicka żona i matka trójki dzieci wzięła górę nad naukowcem-socjologiem i stworzyła nie rzeczową pozycję popularnonaukową, a apel albo manifest nawołujący Niemców do opamiętania się. Plusem jest to, że nie uprawia krytykanctwa, ale buduje konstruktywną krytykę, podsuwając konkretne programy naprawcze. Nie jest też tylko teoretykiem nawołującym pogubionych, bo aktywnie uczestniczy w walce o Kościół katolicki, rodzinę i wartości za nimi stojące, pisząc naglącą prośbę do biskupów niemieckich czy wezwanie do młodych uczestników kongresu Radość z wiary. Oba teksty zostały zawarte w suplemencie książki.
Podziwiałam tę kobietę widzącą dalej niż jej przywódcy duchowi, jej siłę słowa, jej aktywność w trosce o wartości moralne, o rodzinę, o przyszłość niemieckiego społeczeństwa. Byłam za nią całym sercem!
Ale nie rozumem.
Z dwóch powodów. Języka nienawiści, który raził mnie na prawie każdej stronie. Mówiła o miłości i o tej miłości napisała przepięknie w jednym z ostatnich rozdziałów, ale przy okazji szerzyła nienawiść do innych religii opierając się na sloganach, truizmach i uprzedzeniach. Stosowała przy tym metodę patrzenia jednym okiem i kija, zapominając, że ma dwa końce. Na dodatek tę wrogość traktowała wybiórczo. Tam, gdzie chodziło o wspólny cel dotychczasowego przeciwnika zamieniała w przyjaciela. To kierowanie się emocjami, własnymi interesami, instrumentalnym traktowaniem innych wyznań, momentami bardzo skrajnymi, widoczne też było w nierzeczowej argumentacji, będącej dla mnie drugim powodem sprzeciwu rozumowego. Moje zaufanie do autorki podważyło stosowanie argumentacji życzeniowej godnej nie socjologa, ale gospodyni domowej w stanie histerii. Nie do przyjęcia były dla mnie zdania typu – Zwierzę nie może ani kochać, ani gwałcić, nie może oddzielić zaspokojenia seksualnego od rozmnażania, a w efekcie od przeciwnych sobie płci. Cztery tezy, które po kolei wyrzucam do kosza. Zwierzęta potrafią kochać – wystarczy zapytać chociażby właścicieli psów. Zwierzęta potrafią gwałcić – wystarczy pooglądać przyrodnicze filmy dokumentalne, by być świadkiem takich zachowań. Zwierzęta potrafią się masturbować – wystarczy wpisać w wyszukiwarkę You Tube słowo „masturbacja” i dowolne zwierzę od delfina na szympansie skończywszy. Zwierzęta, tak jak ludzie, są również homoseksualne, mniej więcej w tym samym procencie. Autorka podaje 2%, ale spotykałam się w publikacjach i z większą liczbą. A to tylko jedno zdanie. Takich argumentów z kosza spotykałam więcej. Niektóre przeczące oficjalnej wiedzy na dany temat. Między innymi na temat AIDS.
Nie takim językiem należy mówić do ludzi.
I tutaj pozwolę sobie z tej irytacji, która towarzyszyła mi przez całą lekturę, na trochę złośliwości – jeśli przez wieki mniejszość seksualna słyszała takie argumenty, mówione takim językiem w kontekście religii miłości, to nie dziwię się, że w końcu powiedziała – Dosyć! Teraz my! I nie zadowoli nas już tylko tolerancja! Teraz robimy rewolucję społeczną, wprowadzamy relatywizm społeczny, co wyraził dobitnie w swoim wezwaniu homoseksualny burmistrz Berlina – Nie spoczniemy dopóty, dopóki nie osiągniemy wszystkiego. Autorka nie zauważyła, że istnieje coś takiego jak dyktatura większości, która z demokracją nie ma nic wspólnego. Ta ostatnia ma miejsce wtedy, gdy w dialogu większości i mniejszości uwzględnia się również postulaty tych ostatnich. Może wtedy homoseksualiści zadowoliliby się tolerancją i nie chcieli teraz brać wszystkiego.
Ale to żarty.
Generalnie cel słuszny, tylko próba jego osiągnięcia nieskuteczna i chybiona. Nieprzekonanych nie przekona, a wahających się odstraszy. Odstraszyła i mnie. Zastanawiam się teraz, czy sięgnąć po kolejną książkę tej autorki, w której wizję apokalipsy będzie rozciągać na cały świat. Bez zaglądania do środka domyślam się, kto będzie wrogiem nr 1.

Czy dla równowagi sięgnąć po pozycję z drugiego obozu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53
| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
O autorze
Zakładki:
17.04.2014 Przygoda z książką!
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w kwietniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Cykle przeczytane
Czytam cykl
text
Czytam cykl
Czytam cykl
text
Czytam cykl
Czytam cykl
Czytam cykl
text
Czytam cykl
Czytam cykl
Czytam cykl
Czytam cykl
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (589)
Mój top czytanych w 2013
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi