Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 21 lipca 2014
Lekcje umierania – Erika Hayasaki



Lekcje umierania: prawdziwa historia o życiu – Erika Hayasaki
Przełożyła Ewa Kleszcz
Dom Wydawniczy PWN , 2014 , 328 stron
Literatura amerykańska


Edukacja w dziedzinie śmierci jest równie ważna co edukacja seksualna, o ile nie ważniejsza – jako że nie wszyscy uprawiają seks. Umiera każdy. A chyba nic bardziej nie jest spychane do podświadomości niż śmierć, mimo że lęk przed śmiercią jest potężnym czynnikiem wpływającym na ludzkie zachowanie. Nie mniejszym niż seks, pieniądze czy władza. No, ale w Polsce na razie mamy odwieczny problem z edukacją seksualną, więc o tanatologii możemy zupełnie zapomnieć.
Nie zapominają jednak o tym Amerykanie!
Z zacytowanego wcześniej założenia wyszła amerykańska wykładowczyni akademicka, tworząc nowy przedmiot uniwersytecki – Śmierć z perspektywy. Wkrótce okazało się, że to był strzał w dziesiątkę potrzeb studentów, ponieważ zajęcia Normy Bowe cieszyły się taką popularnością, że na możliwość uczestniczenia w nich należało zapisać się z trzyletnim wyprzedzeniem. Ich zainteresowaniu i frekwencji dorównywały tylko zajęcia z ludzkiej seksualności, a niekonwencjonalna pielęgniarka z wykształcenia doczekała się przydomku – profesorka śmierci.
Dzięki tej pozycji, którą napisała dziennikarka w postaci trzech, połączonych ze sobą rodzajów reportaży – obserwującego (z perspektywy muchy na ścianie), uczestniczącego (była jedną ze studentek) i narracyjnego (tworząc opowieść) – mogłam i ja wziąć udział w tych zajęciach. Dodam – interaktywnych, ale o tym napiszę później.
Sam sposób wykładów przypominał mi zajęcia z moją profesorką z psychologii klinicznej. Dosłownie cofnęłam się do czasów studenckich. Był więc konkretny temat, odrobina teorii wprowadzającej w zjawisko śmierci (ale tylko w początkowych rozdziałach) i mnóstwo przykładów z pracy zawodowej i z życia wziętych. Własnych, przyjaciół i uczestników kursu. Samo życie, mogłabym pomyśleć, gdybym nie miała wcześniejszych doświadczeń. Bo tak naprawdę w tej powodzi opowieści o losach ludzkich, które stanowiły większą cześć książki, trzeba było umieć wyłowić konkretną wiedzę merytoryczną. Przecież kurs kończył się egzaminem. Norma wychodziła z założenia, że śmierci nie można poznać bez kontekstu życia, dlatego każdemu studentowi pod koniec semestru wręczała fragment powieści poetyckiej Prorok Khalila Gibrana:

Było więc tego życia patologicznego, trudnego, cierpiętniczego, potrzaskanego, zranionego i chorego aż nadto. Wszystkie przypadki losów ludzkich, w tym samej Normy i autorki książki, tworzących niemalże regularną powieść z bohaterami, fabułą i wątkami, były wprawdzie reportażem z bolesnymi wspomnieniami, ale przede wszystkim dokumentem stworzonym przez dziennikarkę i materiałem dydaktycznym Normy. To on stanowił bazę do nadbudowy teoretycznej, jakim były fazy rozwojowe człowieka według Erika Eriksona dołączone na końcu książki. I to studenci, i ja, musieliśmy prześledzić dramatyczne historie ludzi, by móc wyłowić zależności między życiem kształtującym charakter ludzki a fazami rozwojowymi, z których ostatnia kończyła się progresją (gotowość do stawienia czoła śmierci) lub regresją (rozpacz na myśl o śmierci). Nigdy nie myślałam, że istnieje coś takiego, jak wychowanie do śmierci.
A jednak!
W dobie wypierania śmierci z podświadomości, lęku przed nią, izolowania się od jej przejawów i manifestacji, zmiany obyczajów, w których pogrzeb i stypa nie odbywa się w domu rodzinnym, jak to kiedyś bywało, kultu młodości i urody czy chciwości życia, zajęcia Normy były rewolucyjne. I rzadko odbywały się w uniwersyteckiej sali wykładowej. Profesorka śmierci zabierała studentów do domów pogrzebowych, więzień, hospicjów, szpitali dla chorych psychicznie, kostnic oraz na pogrzeby i cmentarze. Te spotkania zawsze kończyły się zadaniami domowymi głęboko ingerującymi we własne przeżycia, psychikę i światopogląd uczestników (również i moje), zapisanymi na stronie imitującej zeszytowy notatnik.

Największą frajdę sprawiło mi polecenie stworzenia listy rzeczy do zrobienia, gdyby pozostał mi rok życia. Nie miałam z tym problemów – lista książek must read. Najnieprzyjemniejszym okazał się ten test:

Były takie, których nie odrobiłam, bo nie znalazłam odpowiedzi na pytanie – Gdybyś mógł na zawsze wyeliminować z naszej planety jedną chorobę, którą byś wybrał i dlaczego?
Norma nie oszczędzała nikogo. Łącznie ze mną. Zmuszała do uważnego słuchania, do zastanawiania się, do zauważania śmierci koniecznie w ścisłym kontekście życia, do mentalnego ocierania się o nią poprzez podsuwane dylematy, tezy, zadania, pytania i polecenia dokonania trudnych wyborów. Do zwalczenia w sobie tchórzostwa.
A mimo to! A mimo wszystko!
To ostatecznie optymistyczna opowieść o ludziach, którzy odważnie zmagając się z piekielnie trudnym życiem, rozwijali swoją mądrość w integralności życia i śmierci, by w chwili ostatniej potrafić odciąć się od lęku w poczuciu spełnienia.
Wątpię, czy ta pozycja tego nauczy, ale na pewno uświadomi, czym jest śmierć, jak ważną rolę pełni w życiu, jak bardzo jest niezbędną w kształtowaniu charakteru człowieka i co zrobić, by odejść pięknie i bezboleśnie. Odważę się stwierdzić, że w kontekście wiedzy zawartej w tej publikacji, bolesność odchodzenia jest mitem wyolbrzymionym przez strach i lęk. Naturalna śmierć człowieka przygotowanego jest litościwa, zalewając mózg w końcowej fazie umierania hormonami szczęścia. To ci, którzy odchodzili cicho i spokojnie z uśmiechem na ustach. Często wiedzący, że ich czas nadszedł. Tyle, że na taki efekt trzeba sobie zapracować całym życiem. Jak to zrobić? Jak wieść dobre życie, nieustannie tkwiąc pod ostrzem nieśmiertelności?
Wszystkim wiedzącym można pogratulować skutecznego samokształcenia, a niewiedzącym (obawiam się, że to zdecydowana większość) polecić zajęcia podobne do tych prowadzonych przez profesorkę śmierci. Książkę z zakładką temu, jeśli ktoś takie w Polsce znajdzie. Obawiam się, że w dziedzinie tanatologii i wychowania do śmierci jesteśmy zdani sami na siebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 19 lipca 2014
Pokonaj swoje demony – ojciec Łazarz



Pokonaj swoje demony – ojciec Łazarz
Przełożył ks. Jarosław Czuchta
Wydawnictwo M , 2014 , 127 stron
Literatura egipska


Daleko, daleko, za lasami i rzekami, bo aż w Górnym Egipcie w okolicach wybrzeży Morza Czerwonego znajduje się najstarszy klasztor egipski założony przez współtwórcę ruchu monastycznego ( a dokładniej twórcę anachoretyzmu), św. Antoniego Wielkiego.

Wikipedia

W znajdującej się przy nim pustelni żyją w odosobnieniu mnisi i kapłani Koptyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego (Prawowiernego). Prowadzą życie ascetyczne, ukierunkowane na Boga, przepełnione modlitwą, pracą i prostotą. Są tylko oni, Bóg, demony (dosłownie i w przenośni) i pustynia.
Brzmi trochę jak bajka, bo aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku i czasach globalizacji istnieją jeszcze takie miejsca wyciszenia, w których czas zatrzymał się w miejscu. A jeszcze trudniej, że groty na pustyni mają cały czas swoich lokatorów, uciekających przed światem materialnym.
Do takiego właśnie miejsca trafił w wieku czterdziestu lat pewien Australijczyk, który przyjął imię Łazarz. Chciał, by jego symbolika biblijna nawiązywała metaforycznie do jego życia, w którym umarł i narodził się ponownie. Umarł dla świata jako wykładowca uniwersytecki, ateista wychowany na dziełach Karola Marksa i Zygmunta Freuda, materialista wzrastający w przekonaniu, że religia jest swego rodzaju lekarstwem na chorobę, z którą człowiek sam nie potrafi sobie poradzić, naturalista pewny słuszności teorii Wielkiego Wybuchu i wreszcie człowiek opuszczony, zagubiony, nieszczęśliwy i ciągle poszukujący. A narodził się dla Boga jako mnich i kapłan, dążący do nieustannej relacji z nim i ostatecznie odnajdujący wewnętrzny spokój (nazywa go pokojem ducha) zbudowany na pewności odnalezienia miejsca, które przeznaczył dla niego Bóg.
Czterdzieści lat trwała długa droga (w sensie geograficznym i duchowym) do szczęścia. Od wykładowcy do mnicha. Z Australii do Egiptu. Od ateizmu do wiary. Od zadufania do pokory. Od materializmu do ascetyzmu. I właśnie o tym zawiłym dochodzeniu, o czynnikach determinujących, o wyborach decydujących i konsekwencjach prowadzących do jaskini pustelnika jest ta książka. Zawiera ona zapisy rozmów z ojcem Łazarzem, w których opowiada o swoim dzieciństwie, rozczarowaniach okresu dorastania, o śmierci matki, której rolę przejęła Maryja, o objawieniach i demonach, o radościach obcowania z Jezusem, o walce wewnętrznej ze słabościami i rutyną oraz prostym, codziennym życiu na pustyni. Ku mojej uldze nie okazał się mówcą filozofującym. Jego wypowiedzi rozwijane opowieściami o życiu eremity, a dotyczące jednak trudnych zagadnień, jak śmierć, Bóg, wiara, modlitwa, wola boża, były opowiedziane prostym językiem, trafiającym i do umysłu, i do serca. Tłumaczył swój wybór, wyjaśniał styl życia skupiony na modlitwie, Bogu i pracy tak, jak żył. Prosto, niemalże ascetycznie, często poprzez przykłady wydarzeń z własnego życia mające charakter dowodu i pouczenia.
Przysłuchiwałam się mu z ogromną uwagą również dlatego, że od czasu do czasu pokazywał mi kierunek, w którym warto podążać. Trud, który warto podjąć. Radę, z której warto skorzystać. Miał w sobie siłę słowa popartą własnym życiem – że jeśli bardzo pragnie się, to można. Nie przeszkadzała mi w tym obca mi liturgia Kościoła koptyjskiego, bo poddanie się woli bożej, konieczność modlitwy, walka z pokusą grzechu sprowadza wiele wyznań do wspólnego mianownika, z którego warto czerpać doświadczenie i wiedzę bez względu na różnice wyznaniowe. Ale to, co wyniosłam najważniejszego z opowieści ojca Łazarza to zmiana przekonania, że mnisi poprzez wyrzeczenia ( w moim pojęciu) mają dużo trudniej niż osoby świeckie. Miał zupełnie odmienne zdanie na ten temat, mówiąc – Dla mnie izolacja, jaką daje pustynia i cisza tu panująca, są sposobem na to, aby wsłuchiwać się w głos Boga. Ludziom powiązanym kulturowo i uwikłanym w stosunki społeczne dużo trudniej go słyszeć, a tym bardziej stale skupiać się na nim. Zwłaszcza młodym ludziom - żyjąc w świecie, mają dużo więcej trudności i prób, którym zostają poddani. Jak bardzo przegrywają, świadczy postępująca sekularyzacja społeczeństw. To zjawisko zaczyna być już bardzo widoczne w Polsce. Jej niszczące działanie, niedające nic w zamian, obserwuję u mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. Dobrze więc, że dla jednych odosobnienie jest błogosławieństwem, ochroną, wolnością i dobrem, by inni mogli w chwilach zagubienia, wahania, zwątpienia odnaleźć środek ciężkości dynamicznie pędzącego świata.
Pozostaje pytanie – Ku czemu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj mogłam zobaczyć i, tym razem, posłuchać ojca Łazarza oraz obejrzeć miejsce, w którym żyje.
środa, 16 lipca 2014
U progu zagłady – Martin ZeLenay



U progu zagłady – Martin ZeLenay
Przełożył Marcin Osiowski
Wydawnictwo Znak , 2014 , 477 stron
Literatura amerykańska


Thrillery polityczne z przesłaniem burzącym słodkie poczucie bezpieczeństwa to specjalność tego autora.
Po czytanym wcześniej przeze mnie Tajnym raporcie Millingtona, a teraz po tej pozycji, jestem tego pewna. Tym razem autor w kolejnej odsłonie z Frankiem Shepardem w roli głównej odkrył tajniki powstawania planów terrorystycznych. Jego przyczyny, procedury, przebieg realizacji, sposoby wykonania i rolę czynnika najważniejszego, bardzo nieprzewidywalnego, a przez to potrafiącego diametralnie zmienić kierunek rozwoju wypadków – regułę prawdopodobieństwa. Nawet najlepiej, najprecyzyjniej, najdokładniej przygotowany plan podlega zasadom probabilistyki. A to oznacza, że wszystko może się zdarzyć. Nawet postawienie świata u progu zagłady.
Tę sucho i beznamiętnie brzmiącą myśl autor rozwinął, tworząc prawdopodobny, emocjonujący scenariusz wydarzeń, który być może miał miejsce naprawdę, a jeśli nie, to zawsze ma szansę wydarzyć się. Wystarczy przywódca totalitarnego kraju, który posiada potrzebę umocnienia politycznej władzy i materiały jądrowe, by zaplanować atak terrorystyczny na wybrany cel. Do tego bezwzględnie posłusznego, oddanego i zastraszonego Paka Li, który zrobi wszystko, by Najwybitniejszy Przywódca był zadowolony. Agenta silnie zdeterminowanego, bo za niepowodzenie akcji płaciła jego rodzina zesłaniem do obozu koncentracyjnego, a on sam mógł skończyć jako żywa karma dla psów przywódcy. Nie mniej zdeterminowani od niego byli agenci służb specjalnych Rosji, USA, Anglii, Grecji i Włoch. Ci pierwsi wiedzieli, że od czasów Stalina świat należy do młodego pokolenia, które nie wiedziało jednak, że nie wszystko się zmienia... tak całkiem. W Rosji nadal ludzie znikają z dnia na dzień. A Amerykanie jak zwykle, dwoili się i troili, by naprawić to, co zepsuli inni, by jak zwykle uratować świat.
Początkowo powieść zaczęła się w dużym rozproszeniu opisów działań bohaterów, miejsca akcji i czasu. Migawek niczym w stop-klatce pozornie niepowiązanych, nijak niełączących się ze sobą jakimikolwiek punktami stycznymi. Nawet główny bohater, agent Frank Shepard, który postanowił odejść ze służby, nie uczestniczył w powoli rozwijających się akcjach i zawiązujących się wątkach. Do momentu, kiedy zaczęła działać reguła prawdopodobieństwa krzyżująca plany odpoczywającego na Krecie amerykańskiego agenta i plany Paka Li. Frank znalazł się w najmniej odpowiednim miejscu i czasie dla siebie, ale w najodpowiedniejszym dla akcji. To do tego miejsca prowadziły wszystkie wątki zagęszczających się wydarzeń, by powoli łączyć wszystkie elementy w logiczną całość. Również te wydawałoby się najmniej ważne, często przypadkowe, nabierające z czasem kluczowego, decydującego lub rozstrzygającego problem znaczenia. Wszystkie nieprzewidywalne przypadki, których tak bardzo obawiał się Pak Li, zaczęły działać na korzyść agentów chcących ubiec zamachowców. Na dodatek cała procedura musiała przebiegać bez świadków po obu stronach.
Całość powieści osadzonej we współcześnie otaczającej mnie rzeczywistości z polityką państw, którą śledzę w programach publicystycznych i informacyjnych, z postaciami przywódców państw z pierwszych stron mediów oraz autentycznymi wydarzeniami, sprawiała wrażenie bardzo prawdopodobnej. Uchylenie przez autora rąbka tajemnicy pracy służb wywiadowczych, o których efektach (sukcesach lub porażkach) przeciętny człowiek nie wie nic, jest głównym atutem tej historii. Przede wszystkim uświadamiającym, co drzemie pod pozornie spokojną taflą powierzchni oficjalnej polityki, ale też i wprowadzającym element niepokoju spowodowany zaburzeniem poczucia pewności w tym niepewnym świecie, że nasz świat nie rządzi się już prawami zrozumiałymi. Nie wiemy, czy stoimy u progu globalnego kryzysu, zapaści gospodarczej, katastrofy ekologicznej, czy też jesteśmy uczestnikami cywilizacyjnego skoku w technologiczny raj. Tak naprawdę nie wiemy nic. I jestem tym trochę zaniepokojona, jak zwykle po książce tego autora. Potrafi zburzyć poczucie spokoju i pokazać, jak świat przyspieszył i po drodze stracił stabilność, przechodząc w stan dynamicznej, a jak niektórzy chcą – schizofrenicznej, nierównowagi. Jak bardzo moja fajność życia jest uzależniona od kaprysu jednego, niezrównoważonego człowieka posiadającego władzę, a jeszcze bardziej od reguły prawdopodobieństwa i przypadkowości.
Strach czytać kolejną jego powieść!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 14 lipca 2014
Piękna Bestia – Alberto Vázquez-Figueroa



Piękna Bestia: opowieść seksualnej niewolnicy jędzy z Belsen – Alberto Vázquez-Figueroa
Przełożyła Joanna Studzińska
Wydawnictwo Bellona , 2014 , 212 stron
Literatura hiszpańska


Opowieść stylizowana na dokument.
Tak określiłabym roboczo tę pozycję, w której do znanego wydawcy hiszpańskiego, Maura Balaguera, zgłasza się prawie dziewięćdziesięcioletnia Andaluzyjka Violeta Flores, podająca się za seksualną niewolnicę Irmy Grese. Nadzorczyni w niemieckich obozach koncentracyjnych znanej ze skrajnego okrucieństwa i sadyzmu na tle seksualnym stosowanego wobec więźniarek. Kompilacja jej czynów i wyjątkowej urody przysporzyły jej przydomków takich, jak „Blond Anioł”, „Piękna Bestia” czy „Suka z Bergen-Belsen”. Stąd tytuł książki.
Na tym etapie z nieufnością zaczęłam czytać relację z ich wspólnych spotkań przypominających trochę wywiad, częściowo luźne rozmowy, a trochę intymne i bolesne zwierzenia kobiety, która czytała książki przy lampie zrobionej z ludzkiej skóry. Zadałam sobie pytanie – skoro to nie jest literatura faktu, to w jakim celu autor wykorzystał kontrowersyjne informacje, by stworzyć hybrydę z faktów i fikcji literackiej, uwypuklając dodatkowo perwersyjność treści na okładce?
Biografię Irmy Grese znałam już z publikacji popularnonaukowej Daniela Patricka Browna pod identycznym tytułem - Piękna bestia. Miałam więc solidne podstawy do oceny zasadności wydania hiszpańskiej pozycji w takiej formie. Nie tylko z tego powodu podeszłam do niej z uprzedzeniem. Również z powodu mojego ambiwalentnego stosunku do publikacji przybliżających tematykę II wojny światowej. Z jednej strony doceniam starania współczesnych pisarzy, którzy poprzez powieść lub opowiadania opartych na faktach starają się dotrzeć do świadomości, sumień i emocji najmłodszych pokoleń, ale z drugiej strony razi mnie sztuczność, nadużycia, nadinterpretacje i zdarzające się niechlujstwo w przedstawianiu faktów i operowaniu pojęciami historycznymi. To z tych powodów chciałam do kosza wyrzucić Dziewczynę komendanta, nie przemówiły do mnie Skrzypce z Auschwitz i Lebensborn. A teraz miałam przed sobą wydanie, które sięgnęło po wątpliwej moralności wartości, by... No właśnie – po co?
Pierwszą odpowiedź otrzymałam od Violet. Ekscentrycznej staruszki z nieznikającym, sarkastycznym uśmieszkiem na twarzy, z lubością popijającą koniak i popalającą cygara, serwującą odreagowujący napięcie i stres humor noir w kontekście własnych przeżyć i tak sprytnie opowiadającą, że mogłam podpisać się pod spostrzeżeniami narratora – ta stara spryciara doskonale kontroluje tempo swojej opowieści i wie, kiedy zostawić go, niecierpliwie oczekującego na jej dalsze słowa. Polubiłam ją całym sercem. To ona, w którymś momencie, odpowiedziała mi, że pragnie pokazać ogrom okrucieństw, do jakich wtedy doszło, bo ostatnio namnożyło się takich, którzy starają się, żeby tamte wypaczenia nie zostały zapomniane, a nawet żeby powróciły, bo na ulicach wielu miast na świecie każdego dnia malowane są swastyki, nawołujące do powrotu „Pięknych Bestii”.
Drugą odpowiedź otrzymałam od Maura, który, przy okazji zastanawiania się nad wydaniem wspomnień Violety Flores, zaczął od kalkulacji biznesowych, a skończył na smutnej konkluzji - jak wydać w opłacalnym nakładzie ważną książkę z przesłaniem tak, by trafiła do odbiorcy zaczytanego w wampirach i wilkołakach? Wahał się i wątpił, żeby udało mu się osiągnąć taki nakład, opowiadając historię Pięknej Bestii, postaci z krwi i kości, choć ona była nieskończenie gorsza od najgorszego z wampirów albo potworów. Przecież ich barbarzyństwo nie mogło się równać z podłościami, których w ciągu zaledwie czterech lat dopuściła się piękna córka mleczarza z Wrechen. Co jest z ludzkością nie tak, że woli czytać o wyimaginowanych potworach, niż o rzeczywistych, istniejących w przeszłości i, co gorsza!, mogących pojawić się znowu? Realnie! Iluzjonistów wokół nas, takich, jak Hitler, jest przecież mnóstwo. A historia lubi się powtarzać! Był przerażony wnioskiem, że tak jak kiedyś b e z c z y n n o ś ć pozwoliła, by przemoc rozwinęła się poza wyobrażalne granice, tak teraz p r z y z w a l a n i e może spowodować, że któregoś dnia ludzkość znowu znajdzie się na skraju przepaści.
Te sprytnie ukryte myśli autora w rozważaniach bohaterów były odpowiedziami na moje pytania. Satysfakcjonujące mnie. Książka obroniła się. Ale nie tylko treścią. Autor tak prowadził rozmowy między bohaterami, bym z wątpiących reakcji i pytań Maura na informacje podawane przez doñę Flores potrafiła wyłowić kłamstwo i oddzielić fałsz od prawdy. Fakty od literackiej fikcji. Dzięki temu mogłam wyraźnie wyczuć „ostrzeżenie”, w którym momencie podawana wiedza niekoniecznie była prawdziwa, a którą można było złożyć na karb niepamięci kobiety czyli między bajki. Co wcale nie oznacza, że należy tej powieści ufać zupełnie, bo nie przekazanie rzetelnej wiedzy było jej głównym celem, ale przedarcie się przez pancerz obojętności na przeszłość (stąd odważny, ale przyciągający uwagę tytuł i jeszcze bardziej podtytuł) i wzbudzenie emocji w czytelniku. W konsekwencji – zmuszenie do zastanowienia się, do rozważań, pomyślenia, chęci poszerzenia wiedzy.
A we mnie książka wzbudziła wiarę w sens tworzenia „stylizacji dokumentów” i pewność istnienia pisarzy, którzy to potrafią. Autor z całą pewnością do nich należy.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


Irma Grese wśród największych morderczyń w historii zajmuje szóste miejsce.
sobota, 12 lipca 2014
Zacisze Gosi – Katarzyna Michalak



Zacisze Gosi – Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 300 stron
Literatura polska


Dzisiaj również będzie kwieciście!
Ale trochę inaczej, bo zacisze Gosi to nie ogród Kamili. To jego zupełne przeciwieństwo. Trochę podobny do tego:

Zaniedbany, zdziczały, zarośnięty roślinami mniej okazałymi i reprezentacyjnymi niż szlachetne róże w ogrodzie willi Sasanka, ale w swojej drobnej i delikatnej budowie z kwiatami równie pięknymi. Tą urodą ukrytą, tkwiącą w szczegółach, którą widać przy bliższym przyjrzeniu się. Wiem to zarówno z umieszczonych również i w tej książce krótkich charakterystyk kwiatów (podejrzałam je w Internecie) poprzedzających kolejne rozdziały, jak i z wypadu plenerowego, na którym udało mi się upolować z opisywanych tylko bielunia dziędzierzawę

i pachnący groszek, bo większości okres kwitnienia minął.

Ich delikatny i kruchy wygląd może zmylić tak, jak nieprzeciętna uroda Gosi. Kobiety przepięknej w ocenie Kamili, ale z traumatyczną przeszłością (innej się nie spodziewałam!), która doprowadziła ją do zaburzeń psychicznych. Osoby zamkniętej w sobie, wycofanej z aktywnego życia, unikającej ludzi, wymagającej opieki, chowającej się w swojej willi przypominającej upiorny dom w zarośniętym ogrodzie.

To Gosi w dużej mierze poświęcona jest ta opowieść, chociaż nie wysuwa się na plan pierwszy. Na nim nadal króluje Kamila i jej perypetie mające źródło w przeszłości. Teraźniejszość zresztą też nie była od nich wolna i wszystko wskazywało na to, że przyszłość również. Dziewczyna uporawszy się z jednym, bardzo zawiłym związkiem z mężczyzną, weszła w drugi, równie niełatwy. Na dodatek pojawiła się trzecia przyjaciółka - Julia, która, jak domyśliłam się z tytułu następnej części „serii kwiatowej” – Przystań Julii, będzie kolejną jej bohaterką. Czy drugiego, ale ważnego planu, jak Gosia? – okaże się w listopadzie.

O ile Ogród Kamili zadziwił mnie bogactwem wyobraźni autorki tworzącej fascynujące i ciekawe historie na pograniczu bajki i prawdopodobieństwa, o tyle w drugiej części to zadziwienie urosło jeszcze bardziej. Bohaterowie byli jeszcze bardziej przystojni, czarujący, dobrze ubrani i bogaci (oprócz jednego wyjątku potwierdzającego regułę), kobiety jeszcze piękniejsze i z jeszcze bardziej apokaliptyczną przeszłością. Teraźniejszość rysowała bardziej zapętlone, zagmatwane i usiane nieszczęściami wydarzenia pojawiające się nie parami, ale wręcz stadami, które wieszczyły kasandryczną przyszłość. Amplituda wahań od szczęścia do nieszczęścia notorycznie przekraczała skalę. Tempo akcji ze scenami z thrillera budowało atmosferę kryminału i sensacji. Było jeszcze ciekawiej i dynamiczniej niż w części pierwszej.
Łącznie z wadami.
To, co urosło na plus, zaowocowało również na minus. Tendencja autorki do moralizowania, tutaj awansowała do rangi wstawek z rozważaniami filozoficznymi, które niczym wyspy oderwane od lądu, krążyły wśród treści fabuły, wybijając mnie z rytmu płynnej opowieści. Im bliżej było końca, tym ilość ich rosła. Aż boję się pomyśleć, co może pojawić się w kolejnej powieści?

Pojawiło się też coś nowego - złośliwy chochlik! Zapowiadał z satysfakcją nadciągające plagi egipskie, kiedy bohaterkom wydawało się, że najgorsze już za nimi. Wtedy wychylał się zza tekstu i mówił - ...a los, ten przewrotny los, patrząc na uszczęśliwione twarze trzech młodych kobiet, już zacierał ręce... A ja zacierałam ręce razem z nim, bo wiedziałam, że będzie się działo dużo, szybko, ciekawie, dramatycznie i niebezpiecznie. A właśnie tego oczekuję od dobrej powieści rozrywkowej, która na dodatek zmusza mnie do pójścia w plener i do przyjrzenia się z bliska kwitnącej ferii zapachów, kształtów i kolorów o tej porze roku.
Jest przepięknie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

czwartek, 10 lipca 2014
Ogród Kamili – Katarzyna Michalak



Ogród Kamili – Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak Literanova , 2013 , 364 stron
Literatura polska


Dzisiaj będzie kwieciście!

A właściwie różanie. Zainspirowała mnie ta powieść do wzięcia aparatu, ruszenia w plener i umieszczenia moich zdobyczy fotograficznych tutaj. Zwłaszcza że akurat była pora ich kwitnienia tak, jak w tej opowieści. Pięły się, okalały pergole, wspinały po murach, rozwijały pąki, uwodziły aromatem, zachwycając ich miłośniczkę – Kamilę. Dwudziestoczteroletnią główną bohaterkę o duszy romantyczki i może dlatego, pomimo młodego wieku, już po przeżyciach i traumach z okresu dorastania. Dziewczyna kochała róże, a pełen ich własny ogród był dla niej marzeniem. Poza tym każdy rozdział jej historii i poznanych przyjaciółek przy uliczce Leśnych Dzwonków w podwarszawskim Milanówku poprzedzała krótka informacja o konkretnym gatunku róży.

Wymusiło to na mnie poszukiwania ich wyglądu. Wrzucając w wyszukiwarkę nazwy róż, zachwycałam się kolejnymi ich odsłonami, co w dalszej opowieści bardzo mi się przydało. Mnóstwo w niej było nawiązań i odniesień do wielu przepięknych odmian. Erotika czy Aquarelle nie były dla mnie niewiadomą, jakimś kwiatkiem różopodobnym, ale pięknym widokiem z przeglądanych wcześniej zdjęć. Zapach uzupełniłam w rzeczywistości podczas fotografowania. Trochę będzie trzeba się przedzierać przez te moje róże tak, jak ja brnęłam przez gąszcz fabuły przypominającej ogród Kamili z pięknymi różami. Uwaga - z kolcami!

Trochę zrobiło się słitaśnie!
Ale też i trochę taka była rzeczywistość Kamili. Podkreślam – trochę. Ale zanim wyjaśnię, na czym to polegało, zacznę od skojarzenia. Kiedyś, kiedyś, bardzo dawno temu, kiedy na ekranach TV pojawiało się mnóstwo tasiemcowych seriali brazylijskich, dałam się złapać przypadkowo na pierwszy odcinek Fiorelli. Od serialu nie mogłam się uwolnić, dopóki nie obejrzałam ostatniego odcinka perypetii (głównie miłosnych) tytułowej Fiorelli. Zżymałam się na siebie okrutnie, że marnuję czas na wyimaginowane problemy innych, ale oglądałam namiętnie dalej, bo aż tak były fascynująco ciekawe i zaskakujące w rozwoju fabuły. Nie potrafiłam powiedzieć sobie definitywnie – stop! Na moje szczęście, w tym nieszczęściu, odcinków, jak na taki serial, było niewiele, bo „tylko” około kilkudziesięciu. A potrafiło być ich setki, jeśli nie tysiące.
Jak to się ma do tej powieści?
Otóż ta pierwsza cześć „kwiatowej serii” była, jak ten pierwszy odcinek serialu filmowego. Nie miałam zamiaru sięgać po twórczość autorki. Za dużo moich znajomych mnie na to namawiało, wyrażając swoje achy i ochy, a przez to budząc we mnie przekorną naturę biernego oporu. Jedna z nich, nie rozumiejąc mojego oślego uporu, przyniosła mi całą swoją kolekcję twórczości autorki:

„Straszyła” mnie więc ta półka, ilekroć na nią spojrzałam. A że spoglądałam często, w końcu się złamałam. Ale ponieważ chciałam się odwdzięczyć za jej trud i życzliwość, kupiłam pierwszy tom najnowszego cyklu, żeby jej potem pożyczyć. No i się zaczęło!
Niczym w brazylijskim serialu!
Autorka, pisząc tę powieść, wykorzystała wszyściusieńkie jego hipnotyzujące odbiorcę elementy. Po pierwsze wciągnęła do ogrodu i utopiła w różach. A która kobieta nie lubi kwiatów!?

Po drugie zakręciła akcją, czyniąc ją nieprzewidywalną do końca. Zdarzyć się mogło wszystko! Łącznie z wylądowaniem UFO w tytułowym ogrodzie. Troszkę kartek przewróciłam, zanim zrozumiałam, że klęski i sukcesy, radości i smutki, problemy i powodzenie, tajemnice i ich rozwiązania będą się mnożyć w tempie geometrycznym i towarzyszyć mi do ostatniego zdania. A i końcowa kropka mogła okazać się tą nad „i”. Nie miałam żadnego wpływu na burzliwy kurs akcji powieści przypominający krzywą sinusoidalną, którego sternikiem była nieokiełznana i bezgraniczna wyobraźnia autorki. Do wymyślania problemów, meandrów życiowych, supłów gordyjskich i niespodzianek na granicy prawdopodobieństwa miała wybitny talent! Po trzecie pozwoliła na udział w bajce. Z wierzchu pięknej, w urokliwej dzielnicy miasta, w klimatycznych domach i z urodziwymi ludźmi (to miałam na myśli, określając ją na początku słitaśną), ale w głębi raniącej to piękno ostrymi kantami zdradzieckich raf ukrytych pod jej pozornie spokojną powierzchnią. Zarówno elementy baśniowe (motyw Kopciuszka i rycerza), jak i twarde realia życiowe były wyolbrzymione, kontrastowe, a czasem szokujące, bym mocno przeżywała gromadzące się perypetie nad głowami bohaterów niczym chmury gradowe z piorunami. Po czwarte autorka obowiązkową historię miłosną podała tak, jak wymarzyłaby sobie większość kobiet czyli z mężczyzną zachowującym się, reagującym i postępującym tak, jak one by tego pragnęły. Po piąte stworzyła TAJEMNICĘ. Wielką! Podobno tak straszną, że nie mogłam się doczekać, żeby przekonać się, jak bardzo. Nic więc dziwnego, że efektem tych zabiegów jest niezwykła popularność twórczości pisarki wśród kobiet. Łykają ją, jak cukierki, czekając na więcej. Mnie też smakowało, chociaż bardziej wolę czekoladę czyli literaturę twardych realiów.

Ale, żeby nie było za słodko!
Muszę napisać o skłonności autorki do bezpośredniego, bardzo widocznego moralizowania, która mnie irytowała. Dydaktyzm w literaturze jest bardzo pożądany, ale musi być on umiejętnie wpleciony w postawy, dialogi lub myśli bohaterów, abym mogła sama dochodzić do „odkrywczych” wniosków. Dygresje w treści pełne mądrych myśli, porad i prawd podane osobno, budziły we mnie niechęć i poczucie braku wiary autorki w moje rozumowanie. To że ktoś lubi poczytać „bajki” nie oznacza, że jest infantylny. To tylko świadczy o potrzebie oderwania się od świata realnego, może rekompensaty jego niedostatków, a może po prostu przyjemnej rozrywki. Cokolwiek by to nie było, na pewno nie świadczy o małym rozumku czytelniczek.
I bomba na koniec!
Brak całkowitego rozwiązania wielkiej tajemnicy Kamili. Autorka uchyliła mi tylko jego niewielki rąbek, który wiosny nie uczynił. I takim to sposobem, chcąc nie chcąc, muszę sięgnąć po kolejną część, by ją poznać.

Właściwie nie wiem po co mi ta wiedza, ale wciągnęło mnie jak brazylijski serial. Na dodatek muszę się śpieszyć, bo zdążyła się już za mną ustawić kolejka do tych tajemniczych ogrodów Kamili i Gosi.

niedziela, 06 lipca 2014
Pies też człowiek? – Michał Piotr Pręgowski , Justyna Włodarczyk



Pies też człowiek?: relacje psów i ludzi we współczesnej Polsce – red. Michał Piotr Pręgowski , Justyna Włodarczyk
Wydawnictwo Naukowe Katedra , 2014 , 337 stron
Literatura polska


Odkąd pamiętam, zawsze chciałam mieć psa!
Pragnienia tego nie zrealizowałam do dzisiaj. Po tej pozycji zaczęłam myśleć, że nigdy go nie zrealizuję. Nie dlatego, że ten zbiór prac wielu autorów nastawił mnie do tego pomysłu negatywnie. Wręcz przeciwnie! Uświadomił, jakim poważnym obowiązkiem jest posiadanie zwierzęcia w domu. Jaką ogromną odpowiedzialność nakłada na właściciela jego podopieczny. To trochę tak, jak posiadanie kolejnego członka rodziny, który wymaga opieki, troski, uwagi, a przede wszystkim wychowania czyli ułożenia, a posługując się językiem autorów – szkolenia. Absolutnie nie tresury! To ostatnie pojęcie należy wyrzucić do kosza!
I właśnie o tę świadomość spróbowali powalczyć autorzy książki.
Jak piszą Michał Pręgowski i Justyna Włodarczyk w pierwszym eseju wprowadzającym w całość – kiedyś psy się po prostu miało, a naukowo pisało się o nich językiem biologii i weterynarii. Zmienił się ustrój Polski i w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat zaszły znaczące zmiany we wszystkich dziedzinach życia. Również w relacjach ludzie-psy. Pojawiła się więc potrzeba naukowego zainteresowania psami, którego efektem jest niniejsza książka (...) w ramach nowej, interdyscyplinarnej dziedziny badań, nazywanej antrozoologią bądź „animal studies”. Autorzy sięgnęli do metodologii różnych dyscyplin i dziedzin nauk humanistycznych – socjologii, antropologii, historii, gender studies, literaturo- i kulturoznawstwa oraz pedagogiki – aby odpowiedzieć na pytania o charakter więzi łączącej ludzi i psy w Polsce. A jest, o co pytać, sądząc po danych szacunkowych Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, które oceniają liczebność psów w Polsce na około 6 milionów. Więcej jest już tylko kotów - 8 milionów. Wszystko brzmiało więc bardzo poważnie, jak na naukę przystało. Zaczęłam się nawet bać, czy po takim wstępie dam radę przejść przez te metodologie badań, język naukowy i poważne tezy oraz wywody utytułowanych ludzi – sądząc po krótkich prezentacjach zawodowych umieszczonych na końcu książki.
Okazało się, że niepotrzebnie!
I jeśli nawet kilka prac było poważnych, to napisanych językiem przystępnym, chociaż niestroniącym od operowania pojęciami dla mnie zupełnie nowymi – agility, dogfrisbee, obedience, rally, dogtrekking. Ale też i świat psa w kontekstach kulturowych okazał się dla mnie terra incognita. Z zaciekawieniem poznawałam tematykę zupełnie mi obcą (a podobno na leczeniu, wychowywaniu i psach znamy się wszyscy!) – historię szkolenia psów, wystawy psów rasowych, dogoterapię, zawody z udziałem psów mających wpływ na styl życia opiekuna, a nawet relację kobiet i psów (ten gender wszędzie się wkręci!) w sportach kynologicznych. Najważniejszym jednak rozdziałem dla mnie był ten analizujący kynofobię czyli lęk przed psami. Uważałam, że go posiadam. A tu guzik! Okazało się, że pomyliłam strach z lękiem. A przy okazji, autorka pracy wytłumaczyła mi, skąd się to u mnie wzięło.
Były również i wzruszenia!
Tak, tak! Podczas czytania tej „poważnej” pozycji, pomimo chłodnego stylu języka analizy i relacji tematyki śmierci psów i jej kontekstów, odebrałam ją bardzo ciepło. Może sprawiła to bezgraniczna miłość właścicieli do swojego pupila, a może napisy na nagrobkach świadczące o niej?

A może fakt stworzenie cmentarza i chowania na nim ulubieńców niemal jak członków rodziny?

Sporo w tej pozycji rozważań natury historycznej, etycznej, psychologicznej, społecznej i kulturowej. Wiele pytań kierunkujących dalszy rozwój relacji pies-człowiek w Polsce. Dużo wniosków prognozujących, ale też i faktów obalających dotychczasowe mity o psie i jego roli w społeczeństwie czy rodzinie. Wiele z tych zagadnień czeka na kolejne analizy, może dające zupełnie inne wnioski? Stawianie takich pytań umożliwia pionierski charakter tej publikacji w Polsce, która otwiera drogę do dalszych, głębszych i szerszych badań. Jej pionierskość przejawia się także w formułowaniu nowych pojęć (kynagogika), tworzeniu autorskich programów szkolenia psów i terapii ludzi z kynofobią, polemizowanie z dotychczasowymi pojęciami (dogoterapia) czy teoriami (tresura czy szkolenie, właściciel czy przewodnik).
Pomimo naukowego (a może właśnie dlatego!) charakteru tej pozycji, poleciłabym ją każdemu opiekunowi psa. Nie tylko dlatego, że warto znać rys historyczny relacji pies-człowiek od udomowienia do czasów obecnych, zapoznać się z wieloma dynamicznie rozwijającymi się dziedzinami związanymi z psem, ale przede wszystkim zmienić spojrzenie na psa.
Z przedmiotowego na podmiotowy.
Okazuje się, że psa, jak dziecko, trzeba nie tylko wychować, ale jeszcze umieć to zrobić. W kontekście postępującej sekularyzacji polskiego społeczeństwa, urbanizacji i odchodzenia od modelu rodziny wielopokoleniowej, pies coraz częściej będzie zastępował człowiekowi dziecko, przyjaciela czy towarzysza życia. Dlatego potrzeba takich publikacji uwrażliwiających i uświadamiających „człowieczeństwo” psa. Ale w kontekście podmiotowości. Może wtedy za kolejne dwadzieścia pięć lat, pies będzie cieszył się taką estymą w Polsce, jaką posiada w Anglii, polskie chodniki nie będą usiane „niespodziankami” niczym w filmie Dzień świra, schroniska nie będą potrzebne, znikną łańcuchy przy budach, a wyrzucane psy do lasów, bite, głodzone i ciągnięte za samochodem, odejdą do niechlubnej przeszłości?
Dużo zmieniło się przez te dwadzieścia pięć lat, ale dużo jeszcze zostało do zrobienia – mówią autorzy tej prekursorskiej publikacji.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

czwartek, 03 lipca 2014
Jeszcze jeden dzień – Mitch Albom



Jeszcze jeden dzień – Mitch Albom
Przełożyła Dominika Lewandowska
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 216 stron
Literatura amerykańska


Chciałam napisać – czytanie powieści tego autora..., ale gdy to zrobiłam, gdy zdanie przebrzmiało wypowiedziane głośno, zdałam sobie sprawę, że to wyrażenie zupełnie do niego nie pasuje. Książek tego autora się nie czyta, a raczej nie czuje, że się czyta. Je się pochłania sercem, zupełnie zapominając nie tylko o samym procesie czytania, ale i o otaczającym świecie. Obcowanie z jego twórczością to interaktywne spotkania emocjonalne z niezwykle mądrym człowiekiem, który tę wiedzę życiową potrafi umiejętnie przekazać. Do którego w chwilach załamania, zwątpienia, rozczarowania mogę przyjść i odnowić wiarę w ludzi, dobro i sens istnienia świata.
Robię to bardzo prosto.
Wyjmuję z półki swojej lub nieswojej, odpowiednią do aktualnego stanu psychicznego książkę (a trochę ich już napisał), otwieram i... znika otoczenie, a pojawia się głos niosący otuchę. Nie, nie prawi kazań, nie moralizuje nachalnie, nie napomina, nie ocenia i nie karci. Raczej zmusza do rachunku sumienia, opowiadając konkretną historię, której mogłabym być bohaterką (albo byłam). Historię o takich ludziach, jak ja, którzy mają identyczne problemy, rozterki, wahania, a może nawet ból. Ale niekoniecznie. W radości złudnie dającej poczucie pewności jej trwania w nieskończoność, przypomina o wartościach zapomnianych w tym momencie. Pomaga ich nie zgubić. Wskazuje dokąd należy zmierzać i w szczęściu, i w nieszczęściu.
Skąd o tym wiem?
Bo ta książka jest kolejną, którą miałam przyjemność przeczytać. Otwierając ją, zadałam sobie tylko pytanie, jaka tym razem historia mnie czeka i o czym bardzo ważnym mi przypomni? Trochę tematykę zdradzała piękna zakładka dołączona do książki:

Domyśliłam się więc, że będzie o miłości matczynej. I tak było, chociaż... nie do końca. Bezwarunkowa miłość matki do własnego dziecka była wprawdzie tematem nadrzędnym, ale nie mniejszą rolę odegrał jej kontekst – uczucia syna, Charlesa. To on był opowiadającym historię swego przegranego życia z dwukrotną próbą samobójczą pewnej przypadkowej dziennikarce, odwiedzającej jego miasteczko. Życia z matką rozwódką w latach 50. ubiegłego wieku ze wszystkimi tego konsekwencjami społecznymi dla obojga. Dla matki chroniącej syna i dla dziecka, któremu bardziej zależało na warunkowej miłości nieobecnego ojca, niż na bezwarunkowej miłości matki. Jej jedyną wadą było to, że nie kazała mi na tę miłość pracować. – zwierzał się dziennikarce. Małego chłopca obserwującego rodziców przez pryzmat dziecięcego pojmowania złożoności świata. Osoby niedojrzałej, a przez to wyciągającej bardzo subiektywne wioski krzywdzące matkę i wypaczające ocenę ich sytuacji rodzinnej.
I to właśnie było clou tej opowieści.
Tytułowy „jeszcze jeden dzień”, który podarował Charlesowi los na ponowne spotkanie ze zmarłą matką, pozwolił ujrzeć mu swoje życie w nowym kontekście odkrywanych rodzinnych tajemnic z przeszłości, mających wpływ na decyzje, postawy i zachowania jego rodziców. Odkrycie tej prostej prawdy, że za naszymi rodzicami kryje się również część nieznanej nam przeszłości, mającej ogromny wpływ na rodzaj kontaktów z otoczeniem, styl życia czy wychowanie własnych dzieci, pomaga zrozumieć (a może nawet przebaczyć) tym, którzy czuli się (w swoim mniemaniu) skrzywdzonymi przez rodziców. Wręcz utwierdzić w pewności, że rodzice, jeśli cię kochają, będą cię trzymać bezpiecznie, ponad burzliwym morzem ich związku, a czasem to oznacza, że nigdy się nie dowiesz, co przeżyli, i przez to możesz traktować ich gorzej, inaczej, niż gdyby znało się całą prawdę.
Bo to nie była opowieść o matczynej miłości patologicznej, jak można byłoby na początku opowieści podejrzewać, ale o tej codziennej, cichej, cierpliwej, oczywistej, zwykłej, a przez to niezwykłej, którą dostrzegamy dopiero po śmierci rodzica.
Ta powieść ma ubiec tę sytuację.
Ma zapobiec możliwości dalszego życia z duchami z przeszłości, z niedokończonymi sprawami, z żalem, że nie zdążyło się tego wszystkiego zobaczyć, zrozumieć i naprawić, będąc skazanym na palące poczucie winy z powodu okazywanej niewdzięczności w egoistycznym skupianiu się tylko na sobie, na własnych potrzebach i problemach oraz na niezaspokojone pragnienie posiadania jeszcze jednego dnia, by to wszystko sobie wyjaśnić.
Można tę książkę potraktować, jak jeszcze jeden, dodatkowy dzień przed nadejściem tego ostatniego, definitywnego, nieodwołalnego. Dzień, w którym zrozumie się, że matczyna miłość, kocha za nic i jest jedyną, na którą nie trzeba sobie zapracować.

Kiedy przeczytałam powyższe zdanie na okładce książki, zdałam sobie sprawę, że dokładnie to widzę, patrząc w oczy mojej mamy i dokładnie to widzi moja córka, w moich oczach. Wygląda na to, że idę w dobrym kierunku, a historia Charlesa i jego matki była tego testem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 29 czerwca 2014
Morderstwo Wron – Anne Bishop



Morderstwo Wron – Anne Bishop
Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska
Wydawnictwo Initium , 2014 , 431 stron
Cykl Inni , tom 2
Literatura amerykańska


Pierwszy tom cyklu Inni Pisane szkarłatem pełnił rolę wprowadzenia w świat Namid. W magiczną rzeczywistość, w której ludzie żyli na prawach terra indigena czyli Innych. Prawowitych, pierwszych właścicieli terytoriów. W życie przypominające trochę symbiozę, ale z większym uzależnieniem ludzi od tych, którzy dyktowali warunki współistnienia. Każdy złamany zakaz, ugoda czy porozumienie zawsze ściągały na ludzkość kary czasem niewspółmierne do popełnionego czynu, a mimo to, ludzie próbowali nadal przekraczać wyznaczone granice.
Tak było i tym razem.
Znaleźli się tacy, którzy pod nazwą Ludzie Przede i Nade Wszystko próbowali przejąć władzę nad Namid. W swoim ograniczeniu, a może i braku wiedzy, komu ją chcą zabrać, rzucili wyzwanie każdemu Innemu. A przecież tylko sama Tess swoim spojrzeniem potrafiła uśmiercać. O możliwościach innych zmiennokształtnych nie wspominając. Tym razem ludzie byli przekonani, że ten cel osiągną dzięki tajemniczym substancjom – wilczeniu i euforce. Pierwszymi ich ofiarami stały się Wrony i to od ich tragedii rozpoczyna się akcja drugiego tomu. Wspólne dochodzenie ludzkiego policjanta i Innych prowadziło trop do głównej bohaterki - Meg, wieszczki krwi przygarniętej przez Innych oraz jej prześladowcy. I na tym właśnie ciekawym wątku, odkrywającym przeszłość dziewczyny z konsekwencjami w teraźniejszości, skupiała się fabuła opowieści. Pełna niespodzianek, zwrotów, niebezpiecznych sytuacji narzucających tempo akcji.
Ale nie tylko.
Kto zna twórczość autorki, ten wie, ze jest mistrzynią budowania napięcia erotycznego. To, co było początkiem wrogiej momentami znajomości Meg i Simona Wilka, w tej części nadal było... początkiem. Chociaż o innym kalibrze ciężkości. Nieufność zamieniła się w przyjaźń, a ta z kolei w miłość. Problem obojga polegał jednak na tym, że Meg wypierała to nieznane jej dotychczas uczucie, a Simon próbował zrozumieć coraz silniejsze uzależnienie od tej znajomości. Rozwiązać dylemat – pozostać Wilkiem, odcinając się od ludzkiej kobiety czy uczłowieczyć się, tracąc swoje dziedzictwo i kontakt z wilczą watahą. Czy dla miłości warto ryzykować utratę kontaktu z własnym rodzajem, samotność i brak miejsca, które można nazwać domem? – pytał sam siebie. I tak do końca powieści wahałam się razem z nim z marnym skutkiem, bo autorka nie pozwoliła na jednoznaczne rozwiązanie, trzymając mnie w napięciu niedopowiedzeń i zawieszeń, budując gęstą atmosferę sytuacji intymnych z rodzaju – między ustami a brzegiem pucharu. Ale dokładnie takie niemiłosierne rozciąganie w czasie powoli budującej się więzi było w tej powieści najlepsze. Autorka jest wręcz specjalistką od misternego konstruowania właśnie takich historii miłosnych z wieloma perypetiami, pomyłkami i niedopowiedzeniami uwikłanych w ograniczenia zasad. W tym przypadku ludzkich i nieludzkich.
Mnóstwo w tej powieści odniesień nie tylko do skomplikowanej psychiki ludzkiej, ale i całej ludzkości. Zwłaszcza do jej niefrasobliwego i nieprzemyślanego podejścia do gospodarowania zasobami ziemskimi. Kraina Namid to nasza Ziemia, a zamieszkujące ją istoty to prawa natury nią rządzące. Dlatego poza warstwą rozrywkową można w tej powieści doczytać się krytyki naszej ludzkiej bezmyślności i egoizmu gatunkowego.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 24 czerwca 2014
Na granicy światów – Adam Abler



Na granicy światów – Adam Abler
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 414 stron
Literatura polska


To bardzo trafny tytuł!
Dwa światy dwojga ludzi, których połączył przypadek w miejskim parku, zaczynają od tego momentu obok siebie funkcjonować. Świat zamożnego Jeremy’ego, biznesmena, multimilionera i świat Monique, uzdrowicielki, bioenergoterapeutki funkcjonującej w świecie duchowym. Z góry wiedziałam, kto komu ulegnie. Kto zweryfikuje dotychczasowy styl życia, rezygnując, jeśli nie zupełnie, to przynajmniej z jego części.
Lubiłam zaglądać do rzeczywistości Monique. Kobiety z poukładanymi priorytetami, pewnej swojej wartości i świadomie stawiającej przed sobą cele, pogłębiającej swoją wiedzę, poszerzającej umiejętności i rozwój duchowy, by działać mądrze, nie niszcząc siebie, na rzecz chorych ludzi. Dobrze czułam się w jej rzeczywistości, odsłaniającej przede mną świat ezoteryki wykorzystywanej do mnożenia dobra.
Nie lubiłam zaglądać do Jeremy’ego. Trudno było dobrze się tam czuć, skoro on sam narzekał – Jestem już znudzony powtarzaniem tych samych schematów (...). Negocjacje, narady, analizy, obliczenia i podpisywanie setek pism. I nie tylko. Mogłabym tu jeszcze przytoczyć wiele fachowych określeń nieodłącznie towarzyszących prowadzonemu przez niego biznesowi, ale byłoby to nieciekawe. Tak jak jego zawodowe życie. Zresztą osobiste też nie przynosiło poczucia zadowolenia. Związek intymny z interesowną mężatką przynosił jedynie rozczarowanie, rozżalenie i frustrację. Mężczyzna szukał wyjścia z tej klatki, chociaż nie bardzo wiedział jak i gdzie.
I wtedy poznał Monique!
Kobieta, której udzielił rycerskiej pomocy w parku, okazała się tym czynnikiem zwrotnym i jednocześnie inicjującym zmiany w jego światopoglądzie, zachowaniach i postawie. Ale zanim do tego doszło, zanim zrozumiał na czym polega pełnia życia, musiałam bardzo nairytować się nad tym powoli zmieniającym się mężczyzną. A było bardzo trudno! To jeden z tych rodzajów męskich osobowości, którym jedynie pieniądze i władza budują i wzmacniają poczucie wartości, karmiąc wiecznie głodne ego. Również poprzez licznie zdobywane kobiety. Mężczyzn, dla których pieniądze są ważniejsze od miłości, mimo że paradoksalnie za nią bardzo tęsknią. Trudno było więc Jeremy’emu przełamać ten powielany od dawna schemat, w którym wszystko musiał mocniej, szybciej, bardziej efektywnie. Jeszcze trudniej przestać z żalem myśleć, że związek monogamiczny to ograniczenie, które wyklucza możliwość bezkarnego poznawania innych kobiet w celach erotycznych. Miałam wrażenie, że początkowo próbował szelma swoje zasady wprowadzić do świata Monique. Potem zrozumiał, że to się nie może udać, że świat duchowy nie rządzi się prawami ekonomii. Ale zanim to się stało, zanim to do niego dotarło, przeszedł wiele bolesnych lekcji, z których wyciągnął bardzo konstruktywny wniosek – to zasady Monique można było zastosować w biznesie. Posiąść intuicję mistyków i połączyć ją z umiejętnościami wykorzystywanymi w świecie materialnym.
Nie zdradzę, czy to mu się udało.
Powiem tylko, że mężczyzna z początku opowieści to zupełnie inna osoba z jej końca, która myśli – Zarabianie milionów nie uczyni mnie szczęśliwszym. Takiego Jeremy’ego polubiłam.
Historia przemiany materialisty w człowieka otwartego na świat wartości duchowych jest przypomnieniem, co tak naprawdę liczy się w życiu i jak ciężko zapracować na poczucie szczęścia i spełnienia. I na pewno nie jest to możliwe tylko i wyłącznie w świecie materialnym. Tę historię przemiany wzbogacił erotycznie wątek intymnych relacji między parą bohaterów oraz wątek sensacyjny. Ten ostatni tylko delikatnie zarysowany i gdyby nie końcowe rozwiązanie zagadki, która pojawiła się na początku powieści, zapomniałabym zupełnie, że gdzieś tam od czasu do czasu wypływał na wierzch fabuły. Dzięki tak skonstruowanej powieści o dwóch światach z wieloma wątkami, każdy znajdzie w niej coś dla siebie, mogąc zadecydować, po której ze stron się opowie.
A może stworzy trzeci świat?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
21.07.2014 Przygoda z książką!
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (613)
Mój top czytanych w 2013
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi