Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 16 grudnia 2018
Manaraga – Władimir Sorokin

Manaraga: powieść – Władimir Sorokin
Przełożyła Agnieszka Lubomira Piotrowska
Wydawnictwo Agora , 2018 , 248 stron
Literatura  rosyjska

      Zabolał mnie poniższy widok.

Fot. Aleksandra Masłowska

Zdjęcie otrzymałam od zaprzyjaźnionej młodzieży. Miało przedstawiać jej wizję książki na konkurs fotograficzny. Tym bardziej zabolało. Okazuje się, że młodzi ludzie nie są jedynymi w tak katastroficznym skojarzeniu. Autor tej powieści miał dokładnie takie samo. W wywiadzie udzielonym Newsweekowi opowiedział o pojawieniu się pomysłu na fabułę, kiedy siedział w pizzerii koło pieca na drewno.

   W ten sposób znalazłam się w roku 2037.

   W czasie , kiedy ludzie przestali czytać, a zaczęli czytać. W epoce, w której zwykły proces czytania książek zanikł. Pojawił się za to book’n’grill. Proces spalania dzieł literackich podczas grillowania. Na Opowiadaniach odeskich Izaaka Babla z 1931 roku przyrządzano faszerowaną kurzą szyjkę po odesku, śledzie na Stepie Antoniego Czechowa, stek z marmurowej wołowiny na Młodziku Fiodora Dostojewskiego, młode kalmary na Czwengurze Andrieja Płatonowa, a stek z diabła morskiego na zborze opowiadań Michaiła Zoszczenki. Ich przygotowywanie i wyszukiwanie odpowiednich polan to cała sztuka kulinarna. Jej mistrzem był book’n’griller, który nie musiał czytać. Musiał przede wszystkim poprawnie i przywozicie czytać, a to oznaczało, że strony płoną jedna po drugiej, czarują klientów, mięso skwierczy, oczy błyszczą, gaża rośnie...

   Takim wysublimowanym fachowcem był Géza.

   Narrator opowieści o historii narodzin book’n’grilla, o swojej karierze zawodowej w profesji kucharza i narodzinach mody na czytanie książek, która miała pomóc zapomnieć ludziom o wojnie. Tak rozpowszechnionej, że zaczęło brakować książek, a grabieże muzeów i bibliotek na całym świecie stały się banałem do tego stopnia, że ludzkość musiała ogłosić book’n’grill zbrodnią nie tylko przeciwko kulturze, lecz także przeciwko cywilizacji w ogóle. Książki trafiły do Czerwonej Księgi, a nad kucharzami, złodziejami książek oraz ich klientami, i nad gośćmi, którzy zapragnęli skosztować combra z jagnięciny na Don Kichocie lub steku z tuńczyka na Moby Dicku, zawisł miecz sprawiedliwości wymierzany przez inspekcję sanitarną.

   Book’n’grill zszedł do podziemi.

   Wraz z nim Géza, który stał się przestępcą i członkiem w mafijnej strukturze Kuchni. Nielegalnej organizacji, w której rozłam spowodował nieunikniony postęp w czytaniu. Buntownicy postawili na nowoczesną, masową produkcję oryginałów wybitnych dzieł przez maszynę molekularną ukrytą na górze w Republice Uralskiej. Tytułowej Manaradze. Géza miał tam dotrzeć i zniszczyć maszynę, by zatrzymać zmiany. Fabuła powieści z czasem przybrała formę sensacji.

   Treściowo przepięknej!

   Często. gęsto nawiązującej do klasyki literatury przede wszystkim rosyjskiej. Znalazłam w niej jednak i nawiązania do literatury powszechnej. Nie będę wymieniać tytułów i autorów, pozostawiając tę przyjemność odkrywania przyszłym czytelnikom. Twórczość niektórych pisarzy autor sparodiował. W tym mojego uwielbionego za Klasztor Zachara Prilepina. Z book’n’grilla stworzył niepowtarzalne zjawisko, wynosząc go do sztuki posługującej się swoistym językiem, którego słowa wytłuszczono w druku (stąd też moje pogrubienia), specjalistycznymi akcesorami i narzędziami do czytania, tajnikami prawidłowego spalania polan, a nawet przypisując jej określone wartości estetyczno-duchowe. Jedne mnie bawiły, a inne wprawiały w zachwyt nad osiągnięciem zmysłowego efektu synestezji. Do tych ostatnich należy opis zapachu książek, który jest bardzo różny. W większości są one skomplikowane, ale bywają też proste. Na przykład niemieckie bajki zawsze pachną wanilią, a powieści Juliusza Verne’a – piżmem. Kafka pachnie dębową deską i ołowiem. Dickens – rdzą i kocimi szczynami. Pierwsze wydanie Nietzschego wydziela zapach oślej sierści. Sto dwadzieścia dni Sodomy pachnie morskimi wodorostami i terpentyną. Wenus w futrze jak żytni chleb. (...) Pierwsze wydanie wyboru dzieł Turgieniewa wydziela woń kompotu owocowego. Wybór dzieł Dostojewskiego – dziegciu. A Tołstoja – jabłkowej pastyły przecieranej z niedźwiedzią żółcią. A czym pachnie Manaraga?

   Grillowym dymem absurdu, kpiny, humoru, sarkazmu i proroctwa.

   Autor, tworząc ze swoich dwóch namiętności – książek i jedzenia – powieść, stworzył kolejne proroctwo nadchodzącego oświeconego średniowiecza, jako wynik zakończenia epoki Gutenberga i wejścia w epokę energii elektrycznej. Pokazuje zjawisko rosnącego konsumpcjonizmu pożerającego świat kulturowo-duchowy ludzkości, w którym człowiek marzy – W wieku czterdziestu lat wymienię organy wewnętrzne, zrobię nową twarz, odnowię członka, a do mózgu wpuszczę super pchły... Elektroniczne pchły-mądralki, które podpowiedzą i podsuną wiedzę, ochronią przed niebezpieczeństwem i zadbają o zdrowie, seks i dobre sny. Zastąpią całkowicie myślenie i wolną wolę, ale za to nasze szczęście będzie trwać wiecznie!. Spoza niego nie będzie widać, że człowiek pozbawiony ich stanie się bezradną i bezmyślną istotą podatną na dowolną manipulację.

   Géza był tego zjawiska przykładem.

   To kolejna alarmistyczna książka wskazująca problem uwsteczniania się ludzkości w rozwoju, która jaskółką już nie jest. Dołącza do stada wron kraczących wieszczym głosem autora – czas idzie... śmierć goni.

   Ilu słucha, bo czyta, a ilu nie słucha, bo czyta?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na zachętę ciekawy zwiastun książki.

poniedziałek, 10 grudnia 2018
Rodzinnych ciepłych świąt – Magda Parus

Rodzinnych ciepłych świąt – Magda Parus
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2011 , 184 stron
Literatura  polska
    

   Wigilia to wyjątkowe święto, dobry czas na to, by zawrzeć pokój.

  Tymi słowami upominała się Lena, która nie miała lekkiego życia z mężem i teściową. Na pozór zgodne małżeństwo z dwiema córeczkami – Anią i młodszą Kasią. Ich czternasta wigilia małżeńskiego stażu miała jeszcze w miarę normalny przebieg. Jeszcze Lena potrafiła wytłumaczyć sobie raniące ją zachowanie męża i jego matki przychodzącej na tę wyjątkową kolację raz w roku oraz zapanować nad wzburzonymi emocjami. Jednak z roku na rok było coraz trudniej i gorzej, a zupełnie źle zrobiło się, gdy do ich domu wprowadziła się teściowa.

   Finał okazał się tragiczny dla wszystkich!

   Autorka wbrew nurtowi niosącemu radość i magię świąt, sięgnęła głębiej. Zdrapała błyszczącą pozłotę. Zajrzała za mury pozorów. Zburzyła fasadę atrapy rodzinnej szczęśliwości i stworzyła opowieść o rodzinnym udawaniu. Dla mnie sztukę teatralną. Prologiem i epilogiem była Wielkanoc u siostry Leny, Kamili, tworzące klamrę spinającą akty środkowe. Siedem kolejnych, chronologicznych scen wigilijnych u Leny. Zawsze zaczynające się tym samym zdaniem, które brzmiało niczym pieśń chóru, opisującym przygotowywanie tradycyjnych potraw w kuchni. Z odsłony na odsłonę zmieniały się tylko obniżające się nastroje między domownikami i rosnąca proporcjonalnie do nich liczba prezentów pod choinką. Z czasem pojawiało się coraz więcej złośliwości, przytyków, kpin, sarkazmu, które w miarę upływu czasu przybierały jawną formę w postaci wzajemnych zarzutów, żalów, pretensji i agresji. W wojnę między dorosłymi zaczęto wplątywać dzieci. Napięcie rosło z aktu na akt aż do finału, który mnie zmroził.

   Dokładnie o ten efekt chodziło autorce!

   W ten sposób zmusiła mnie do zastanowienia się nad sensem pielęgnowania tradycji po trupie szczęścia rodzinnego. Nad fałszywym argumentem trwania w nieszczęśliwym małżeństwie dla dobra dzieci. Nad oszukiwaniem się, że magia świąt naprawi pozostałe 364 dni nienawiści. Nad tabu rodzinnym, którego strażniczką była Kamila. Uosobienie wzoru matki i żony niezauważającej, że święta w jej domu przybrały formę wydmuszki. Nad wymiarem świąt, które kojarzą się z ciężką pracą przygotowań, gorączką zakupów prezentów, a coraz mniej z ciepłem rodzinnym, radością bycia razem, o wymiarze religijnym już nie wspominając. Mając tego świadomość od wielu lat nie życzę świąt szczęśliwych, radosnych, zdrowych czy ciepłych, bo mogą się mieć nijak do sytuacji świątecznej adresata. Nieświadomie mogę wywołać przykry dysonans emocji tak dobrze przedstawiony w grafice okładkowej.

   Zawsze więc życzę świąt... spokojnych.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Przeczytaj fragment książki

niedziela, 09 grudnia 2018
Jesień – Jan Tomkowski

Jesień – Jan Tomkowski
Wydawnictwo Arkady , 2018 , 366 stron
Literatura  polska
    

   Tytułowa jesień to pojemne słowo w tej powieści.

   Punkt wyjścia do rozważań – jesień życia, schyłek epoki ludzkości, zmierzch cywilizacji ziemskiej i wreszcie prozaiczna pora roku, w której dzieje się akcja. Też przemijająca. Jak życie bezimiennego, głównego bohatera a zarazem narratora. Uważnego obserwatora otoczenia, któremu wszystko jedno, co się stanie z nim i ze światem. Żyje przypadkowo i bez sensu, do którego pasuje imię Inercja. Przynajmniej tak go na własny użytek nazwałam. Jest świadkiem zmian, w które był lub jest zaplątany. Częściej wbrew sobie niż z własnej, nieprzymuszonej woli. Wytrwały w postawie biernej wobec wszystkich zjawisk go dotykających, sporadycznie aktywując się, gdy robienie głupstw jest szansą na walkę z nadciągającą starością.

   Dużo za to myśli.

   W przeciwieństwie do działań, jego umysł wypełnia rwący nurt opowieści, ocen, przedstawień ubranych w długie, wielokrotnie złożone, potoczyste zdania erudyty. Pełne dygresji, impresji, nawiązań, polemik, parafraz literackich, korelacji, przeskakujących z tematu na temat i rozchodzących się na skrzyżowaniach czasów. Wypełnionych wątkami, luźno lub w ogóle niesplecionych ze sobą, za to zaczętych, niekontynuowanych, ale zawsze zakończonych. Pan Inercja wypełnia je treściami zaczerpniętymi z przebogatej wiedzy dotyczącej muzyki, sztuki, literatury i filozofii. Te na poły wspomnienia, a trochę zwierzenia są podsumowaniem nie tylko życia jego i jemu najbliższych, ale również społeczeństwa, w którym funkcjonuje. Także zjawisk socjologicznych i psychologicznych w nim zachodzących, nadinterpretowanych, by w ten sposób podkreślić ich absurdalność, widzianą jako normę. Tych prozaicznych, indywidualnych dylematów dotyczących człowieka i niszczących jego psychikę, ale i tych obejmujących ogół ludzi, degenerujących społeczeństwo, któremu nie wiadomo o co chodzi, maszerującym, pląsającym i człapiącym w zwartej kolumnie, to znów rozłażącym się na boki, niezmiennie rozpieranym pragnieniem, by zobaczyło ich popisy całe miasto. A jednak szli – posuwali się jakoś naprzód w nieznanym celu, bez jakiejkolwiek intencji, niezdolni do oporu, posłuszni prawu liczby nakazującemu uszanować wolę większości. Marszu tak podobnym i świadomie nawiązującym w opisie do chocholego tańca Stanisława Wyspiańskiego. Zawsze wychodzącym kierunkiem akcji z teraźniejszości do przeszłości. Nigdy w przyszłość, która jest szarą dziurą.

   Pan Inercja ma powód!

   W kierunku Ziemi zmierza asteroida, która zakończy jej istnienie. Spowoduje koniec świata. Narrator wykorzystuje zbliżającą się zagładę do ukazania różnych postaw ludzi wobec nadchodzącej apokalipsy. Dosłownie i metaforycznie. Od wyparcia i ignorancji poprzez wykorzystanie do własnych celów aż do anarchii. Od czarnowidztwa po radosny optymizm.

   Koniec świata to tylko pretekst do nakreślenia ram schematu akcji, które autor wypełnił socjologiczną, psychologiczną i kulturową diagnozą kondycji współczesnej cywilizacji, człowieka i ludzkości, która nie rozumie otaczającego go świata. W swej inercji, której jednostkowym uosobieniem jest narrator, nie zadaje sobie wymagającego trudu zgłębiania własnej duszy z rajem na dnie, tęskniąc do niewymagającej powierzchowności i łatwej prowizoryczności w każdej dziedzinie życia.

   Przekaz wymagający w odbiorze.

   Zmuszający do zamyśleń, kontemplacji, wolnego czytania, by przyswoić sobie nie tyle wątki, co przebłyski myśli, okruchy impresji, strzępki idei umieszczanych gęsto w tekście i bez związku z innymi. Ten charakterystyczny strumień myśli, jako styl narracji autora, poznałam już w powieści Nie ma Pauliny. Tutaj ze względu na obszerną tematykę, autor problemy i zagadnienia tylko zasygnalizował, wskazał, wypunktował, podkreślił do dyskusji, refleksji, analizy, zastanowienia się. To literacka wersja alarmistycznych publikacji popularnonaukowych takich, jak Zaginione Miasto Boga Małp Douglasa Prestona, Upadek Cywilizacji Zachodniej Naomi Oreskes i Erica M. Conwaya czy Epoka człowieka Ewy Bińczyk. Proza, która przypomniała mi przygodę z Ulissesem Jamesa Joyce’a.

   Dla wybranych.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 08 grudnia 2018
Świąteczny list – Elyse Douglas

Świąteczny list – Elyse Douglas
Przełożył Juliusz Poznański
Wydawnictwo  Kobiece , 2018 , 432 strony
Literatura  amerykańska
  

   Potrójna dawka magii!

   Pierwsza to czas przedświąteczny akcji powieści dziejącej się w Nowym Jorku. Eve, główna bohaterka, zajrzała do sklepiku z antykami „Miniony Czas”. Uwielbiała szperać wśród staroci, a ten wypad do małego miasteczka był prezentem świątecznym dla samej siebie. Tym razem odkryła pod warstwą kurzu cudownie stary lampion, a w nim zatknięty za szybkę tytułowy świąteczny list datowany przez nadawcę 24 grudnia 1885 roku. Jednak nie to było zaskakujące. Ogromne zdziwienie wywołały dane adresatki – Evelyn Sharland. Jej pełne imię i nazwisko! Ten zbieg okoliczności i zapętlenie w czasie wyjaśniła treść listu. Niejaki John Allister Harringshaw II, wysoko postawiony arystokrata, prosił w nim, wręcz błagał, ukochaną o wybaczenie i pamięć o nim. O ich wyjątkowej i jedynej miłości. Prośba intrygująca i bardzo romantyczna dla sceptycznej i racjonalnej Eve, o której szybko zapomniała. Jednak lampion intrygował i kusił, by go zapalić. Uległa mu, odkrywając przypadkowo jego moc przenoszenia w czasie.

   Nagle znalazła się w 1885 roku!

   Niepozorny przedmiot krył w sobie tę drugą magię tworzącą atmosferę opowieści. Eve trafiła do czasów zakochanej pary na miesiąc przed napisaniem listu. Miała szansę i chciała odwrócić ich tragiczny los. Przy okazji, w ferworze odnajdywania się w społeczeństwie sprzed ponad wieku, poszukiwań pary i zgubionego lampionu, który umożliwiał jej powrót do współczesności, zakochała się. To trzecia magia. Tym razem miłości otwierającej jej zamknięte serce po nieudanym małżeństwie i podnoszącej temperaturę emocji opowieści. Ale też stwarzającej mnóstwo dylematów i mnożącej trudne decyzje do podjęcia przez Eve. Musiała wybrać między miłością, a luksusem życia w XX wieku.

   Tak, luksusem!

   Autorzy (pod pseudonimem złożonym z pierwszych imion pary pisarzy, kryje się małżeństwo) pod płaszczykiem romantycznej rozrywki umieścili przesłanie do współczesnych ludzi, ukazując ogromny postęp w emancypacji kobiet i ich roli w społeczeństwie. Ukazanie kobiecej pozycji w rodzinie i w pracy zawodowej poprzez pryzmat współczesnej kobiety wciśniętej w sztywny i bezwzględny gorset norm, zasad i prawa dziewiętnastowiecznego, okazało się bardzo bolesne i brutalne. Eve była wolnym duchem w czasach, w których większość kobiet mogła tylko marzyć o niezależności. Kobiety nie posiadały własności, nie mogły głosować, nie mogły chadzać do barów i pić w pojedynkę bez posądzenia o prostytucję. Jeśli kobieta żyła samotnie, nazywano ją pogardliwie „starą panną”. Kobieta nie mogła pracować na Wall Street ani prowadzić przedsiębiorstwa, a już na pewno absolutnie nie powinna myśleć o startowaniu w wyborach. To musiało skutkować jednym – pilną ucieczką Eve przed groźbą więzienia. Przez cały czas towarzyszyło mi przykre uczucie totalnego zniewolenia i narastającego buntu. Tak musiały czuć się ówczesne sufrażystki. Nie zdradzę, co wybrała Eve – miłość czy powrót do XXI wieku.

   Powiem jedno – czytałam jej magiczną historię jednym tchem.

   To był dobry wybór spośród wielu tytułów, jakie ukazały się na rynku wydawniczym w tym przedświątecznym czasie. Powieść przygotowałam na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki. Tym razem nie było jednej bohaterki-książki do dyskusji. Każdy miał przynieść swoją propozycję nawiązującą tematycznie do magii świąt grudniowych. Moja rekomendacja niosła aż potrójną magię, a przy okazji mądre przesłanie.

Wraz z innymi propozycjami tytułów było magicznie, przedświątecznie, przy stole z ciastem, orzechami, piernikami, jabłkami, mandarynkami, herbatą i kawą. Z opowieściami o obyczajach obecnych i tradycjach rodzinnych zapamiętanych z lat dziecięcych.

   Z kroplą dziegciu!

   Nasza prowadząca spotkanie wyszperała pozycję odbiegającą od prezentowanego przez nas lukrowanego kanonu. Zadała sobie nawet trud sprowadzenia jej ze  szczecińskiej Książnicy Pomorskiej w ramach wypożyczeń międzybibliotecznych. Nie będę opisywać jej uzasadnienia. Wystarczy spojrzeć na okładkę i zauważyć wiele sugerujący dysonans między tytułem a grafiką.

Musiałam ją przeczytać, bo lubię inności, antagonizmy, sprzeczności i takie odmieńce książkowe idące tematycznie pod prąd. Skorzystałam z okazji dwutygodniowego dostępu do niej oraz życzliwości prowadzącej i mam! Będę czytać!

   Jestem podekscytowana i bardzo jej ciekawa!

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

  Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Świąteczny list [Elyse Douglas]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 03 grudnia 2018
Nic co ludzkie – Piotr Głuchowski

Nic co ludzkie – Piotr Głuchowski
Wydawnictwo Agora , 2018 , 672 strony
Literatura  polska
   

   Władza, pieniądze i seks!

   Trzy największe namiętności ludzkości. Trzy najsilniejsze motywacje popychające do działania wszystkich ludzi. W tym księży. Są również ludźmi. Nie są święci. Może Kościół jest święty, jak mówi jeden z bohaterów powieści, ale tworzą go ludzie grzeszni. Ludzie, którym nic co ludzkie nie jest im obce, jak brzmi tytuł zaczerpnięty ze słów Terencjusza.

   W powieści uosabiają je trzej księża.

   Henryk Mordowicz zwany Mordą – arcybiskup metropolita krakowski. Szafarz człowieczych losów sprawujący bezwzględną władzę nad wszystkim, co dotyczy Kościoła, kurii i księży mu podlegających ślubowaniem posłuszeństwa. Potrafiący medialnie nagłośnić to, co trzeba i wyciszyć to, co niewygodne, a nawet zakazane dla ogółu.

   Leszek Lisowski zwany Liskiem – ksiądz niewierzący, wepchnięty w kapłaństwo przez brata dziadka, księdza. Biznesmen z powołania. Przedsiębiorca w koloratce w drogich ciuchach i luksusowych kosmetykach pachnących Mono di Orio. Przebiegły, kreatywny, świetnie zarabiający na kościelnych inwestycjach, wyprzedzający ruchy przeciwnika na drodze ku Watykanowi. Jego wszystkie drogi nieuchronnie prowadzą do Rzymu. Kokainista i pedofil, który swoje ofiary i świadków ucisza prezentami lub pieniędzmi.

   Tadeusz Trybus – proboszcz Małej Wsi. Alkoholik, który wadzi się z Bogiem o celibat, przytaczając sprzeczne argumenty za i przeciw z Biblii i myśli czołowych filozofów chrześcijańskich. Ma powód – Hankę. Owieczkę, którą, jak sam mówi, spośród wielu ukochał najbardziej. Pije, cudzołoży i błaga – Boże, daj mi szansę.

   Jest jeszcze uosobienie wiary, nadziei i miłości.

   To proboszcz i przyjaciel Leszka oraz Tadeusza z samary czyli seminarium – Andrzej Kukuła. Ksiądz w roli Hioba. Ofiary zdrady swojego przyjaciela Liska i przełożonego Mordy oraz generalizacji parafian Małej Wsi, mediów i społeczeństwa polskiego. Cierpiącego za przewinienia innych, a mimo tego nietracący wiary w duszę ludzką, tylko proszący w swej wyrozumiałości i miłosierdziu – Boże, daj siłę, bo tonę. Daj jakikolwiek znak.

   To tylko wyimki z księżej palety osobowości.

   Autor umieścił tutaj wszystkie standardowe typy, jakie można spotkać wśród duchowieństwa. Od wcielonej dobroci po wcielonego diabła. Za to każdy z mniejszą lub większą słabością, sekretem, tajemnicą – dewiacja seksualną, cudzołóstwem, alkoholizmem, pedofilią, homoseksualizmem, samobójstwem, zabójstwem, kradzieżą, depresją, przekupstwem, szantażem, malwersacją, korupcją i największą z nich wszystkich – przytłaczającą samotnością w tłumie. Z wszystkim co człowiekowi i księdzu nieobce.

   Nie jest to jednak tylko jednostronny obraz.

   Autor pokazał w powieści świat wypełniony mieszanką sacrum i profanum, w którym pedofil jest dobroczyńcą dzieci. Krzywdzący najbliższych alkoholik wybaczającym krzywdę innym. Akceptujący homoseksualizm walczącym z pedofilią. Złodziej wspierającym stowarzyszenia, zakłady i placówki. Solicytacja stosowana w kościelnych konfesjonałach. Nawet Słowo Boże, często cytowane i wyróżnione odmienną czcionką, miesza się tutaj z brudem życia i języka, czyniąc z niego lukier frazesów, sloganów i pusto brzmiących pojęć. A wszystko to po to, by pokazać, że środowisko duchowieństwa nie jest jednorodne w postawach, jednoznaczne w postępowaniu i jednolite w myśleniu. Że kapłani są również ludźmi takimi samymi, jak każdy inny. Z jego zaletami, wadami i przeszłością, która ich ukształtowała. I chociażby dlatego, obowiązuje wobec nich ograniczone zaufanie jak do osoby obcej, spoza rodziny.

   To również obraz polskich katolików.

   Środowiska. które popada w skrajności w ocenie duchownych. Od bezgranicznego zaufania czy wręcz ślepej wiary w to, co mówią i robią do bezwzględnego i brutalnego ostracyzmu. Autor świetnie ukazał mechanizm przechodzenia z jednego stanu w drugi, oskarżając je o brak krytycznego myślenia i ograniczoność w rozumowaniu, w którym, pomimo nauk swojej wiary, w sytuacji egzaminu z życia, znajduje się niewielu sprawiedliwych. W Nowej Wsi ten egzamin zdała tylko jedna osoba. Ta ludzka głupota błyszczy tutaj najsilniej. Mocnym światłem reflektora-szperacza wyłapuje konkretne postawy i cechy, którymi się karmi – lęk, zawiść, chciwość, zazdrość, kłamstwo, intryganctwo, złośliwość, obłuda i grzechy, które zamiast wstrzymywać od rzucania kamieniem, rękę oceniającego napędzają w dwójnasób.

   Autor nie pokazuje jednak bohaterów bez kontekstu.

   Każdy z nich ma przeszłość. Trudną, w dzieciństwie wręcz męczeńską, która w dorosłości owocuje depresją, uzależnieniem, próbami samobójczymi i często, choć nie zawsze, przejęciem negatywnych wzorów postępowania. To czyni z tej historii nie opowieść o duchowieństwie, ale o córkach i synach środowiska katolickiego. O owocach, po których poznaje się stan „zdrowia” Kościoła katolickiego. To stan przedzawałowy. Na pewno do pochylenia się nad nim z troską. Do wsłuchania się w słowa papieża Franciszka, który napomina i mówi wyraźnie, co trzeba zrobić, by to zmienić. By przeżyć.

   Jednak nie pedofilia i księża są głównymi bohaterami tej powieści.

   Główną i widoczną bohaterką jest reporterka Ludmiła Zakrzewska, która rozpętuje piekło, ujawniając problem pedofilii w diecezji krakowskiej oraz przekrętów podczas budowy bazyliki w Krakowie, wciągając, świadomie lub nieświadomie, wszystkich bohaterów powieści. Ona również zmaga się z byciem człowiekiem. Przyzwoitym człowiekiem. Z kolei główną i niewidoczna bohaterką, a dla mnie najważniejszą ze wszystkich, jest ukryty w fabule system układów, zależności i korelacji międzyludzkich wspierających zło. Zasilający grzybnię, w której jeden osobnik może mierzyć – pod ziemią – dziesięć kilometrów. I nikt go nie widzi. Ludzie po nim chodzą, zwierzęta biegają, kwiaty dojrzewają, rośnie las. A macki, warkocze, odnóża, węzły i odrosty się pod spodem mnożą. I od czasu do czasu dziecko znika w lesie. Próba wyciągnięcia, wyszarpnięcia jej na powierzchnię kończy się spektakularną, dramatyczną i tragiczną sceną końcową. Z obrzydliwym i śliskim moralnie zakończeniem, w którym strzępka grzybni zasiewa się w kolejnej parafii na... Dominikanie.

   Jestem pod ogromnym wrażeniem umiejętności autora, który tak obszerny, wielowątkowy i wielowarstwowy temat potrafił pokazać z każdej strony, a nawet go prześwietlić. Chociaż nie powinno mnie to dziwić, bo jego świetne pióro w przekazywaniu emocji chłodnym stylem dziennikarza zdążyłam poznać, czytając Nie trzeba mnie zabijać. To było widać również w tej powieści. Zdania krótkie i bardzo krótkie, czasami ograniczone do ich równoważników lub pojedynczych wyrazów, bez zbędnych didaskaliów, a mimo to celnych i brzemiennych pojęciowo, nadawały powieści gęstość tłoczących się myśli i tempo dynamiki rozwoju fabuły. Wspinałam się po nich, jak po schodach do finału, czując narastające napięcie. To pierwszy powód, dla którego sięgnęłam po tę książkę. Drugi to wywiad z autorem, w którym przyznaje się, że pisał tę historię dwa lata, okupując ją ciężką, dwumiesięczną depresją. Sprawił to obciążający psychicznie ciężar informacji zaczerpnięty z faktów, publikacji i dokumentów sądowych, których bibliografię umieścił na końcu książki. A trzecim powodem była moja nieznajomość filmu Kler, na którego podstawie scenariusza napisał prozę wciągającą czytelnika w muł dna moralności środowiska katolickiego. W kondensację polskiego smutku. Wchłonęłam go w dwa dni. Jak się czuję?

   Bardzo źle!

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Teraz pora na film i porównanie wizji pisarza z reżyserem.

sobota, 01 grudnia 2018
Łacińska wyspa – wyb. i oprac. Bogumił Luft

Łacińska wyspa: antologia rumuńskiej literatury faktu – wybór, opracowanie i komentarze Bogumił Luft
Przełożyli  Błażej Brzostek , Radosława Janowska-Lascar , Ireneusz Kania , Jerzy Kotliński , Bogumił Luft
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 304 strony + 48 stron zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Rumunia
Literatura  rumuńska

   Rozstrzelanie Nicolae Ceauşescu i jego żony Eleny to pierwsze skojarzenie i bardzo wyraźny obraz, jaki widzę, słysząc słowo – Rumunia.

   Mocny emocjonalnie. Tkwi we mnie do dzisiaj, mimo że od 25 grudnia 1989 roku minęło sporo lat. Jego krótką relację zobaczyłam w polskiej TV. Był grudzień taki, jak teraz i byłam w szoku. Potem pojawiło się mnóstwo pytań. Dlaczego, my, Polacy, nie posunęliśmy się do tak drastycznej zemsty? Kim są ci Rumuni, którzy na ten radykalny i bezkompromisowy krok zdecydowali się? Czy to spuścizna tajemnicą i legendą okrytego Włada Drakuli znanego również jako Palownika, najkrwawszego mieszkańca Transylwanii, której nazwę jedynie Polacy tłumaczą jako Siedmiogród? Na dodatek naród, który na prezydenta właśnie wybrał Niemca!

   Same wyspy niewiedzy!

   Niczym ich flaga narodowa z wyciętymi symbolami republiki socjalistycznej umieszczona na tytułowej okładce. Chciałam je wypełnić. Uzupełnić materię informacji, by zrozumieć motywy postępowania tego narodu. Antologia rumuńskiej literatury faktu, jak anonsuje podtytuł tego opracowania, idealnie wpisuje się w moją potrzebę. Zawiera fragmenty tekstów już wcześniej publikowanych, ale w większości niedostępnych w języku polskim. Zbiór ten poprzedzają pogadanki historyczne będące pierwotnie serialem telewizyjnym autorstwa obecnego ambasadora Rumunii w Paryżu. Ten zabieg autorów opracowania jest jak najbardziej uzasadniony, ponieważ wprowadza w historię poprzez wędrówkę architektoniczną po tym kraju. Ich wydźwięk najsilniej brzmi w rozdziale omawiającym „zaorywanie” Bukaresztu przez dyktatora Nicolae Ceauşescu. Wyburzaniu przez niego perełek architektury pod nowa wizję socjalistycznej stolicy. Ku mojemu zaskoczeniu antologię otwiera Polka – Magdalena Samozwaniec. Jej wspomnienia z kilkuletniego pobytu w Rumunii jako żony dyplomaty są bardzo uważne, spostrzegawcze i nieco ironiczne. W tym stylu narracyjnym opisała silny podział społeczny i przepaść między arystokracją i chłopstwem, która miała katastrofalne skutki w późniejszych latach dla elity intelektualnej kraju. Kolejne relacje z różnych punktów widzenia samych Rumunów, przedstawicieli różnych środowisk, warstw społecznych, profesji i narodów – od księżniczki zamężnej z królem Rumunii czy prezydenta republiki, przez artystów, polityków, księży, dysydentów, po „zwykłych” ludzi” są indywidualne lub wielogłosowe. Ujęte w różnorodnej formie – zapisów filmowej ścieżki dźwiękowej, wspomnień, dzienników, raportów bezpieki, listów – ukazywały problemy i ważne wydarzenia społeczne, polityczne lub gospodarcze. Zjawiska, z którymi radziła sobie lub nie naród rumuński – antysemityzm, podział Kościołów prawosławnego i greckokatolickiego, mniejszości narodowe, abdykacja króla Michała, faszyzm, komunizm, dyktatura Nicolae Ceauşescu i wiele innych. Relacje te zachowały jednocześnie chronologię historyczną od początków Rumunii do czasów współczesnych. Od monarchii z królowa Marią i jej mężem

po rewolucję robotników w XX wieku.

   Mogę powiedzieć, że po tych niezwykle ciekawych wycinkach przeszłej rzeczywistości odbieranych z poczuciem bycia tam i wtedy, z wszystkimi emocjami im towarzyszącymi, z objaśniającymi je komentarzami ambasadora RP W Rumunii Bogumiła Lufta, mogę powiedzieć, że zrozumiałam Rumunów. Może nie do końca, ale przynajmniej wiem, dlaczego ich historia jest tak zagmatwana ideologicznie oraz splątana społecznie i narodowościowo. Jest jednak coś, co mną wstrząsnęło.

   Po raz drugi!

   Kolejna wyspa niewiedzy okrucieństwa absolutnego – więzienie w Piteşti. To w nim i tylko w nim realizowano „eksperyment” reedukacji poprzez tortury, w którym systematycznie przekształcano tożsamość ofiary w kata, poddając ją destrukcji psychicznej. Tekst powstały na bazie relacji więźniów-świadków opresji więziennego systemu, wstrząsa i burzy pewność, że na temat służb bezpieczeństwa w bloku komunistycznym wiemy wszystko.

   Jest również w tych źródłach Polska!

   To między innymi Rumunii otwarcie i z życzliwością przyjęli  wojenną falę emigracyjną Polaków. Oglądanie początków II wojny światowej z rumuńskiej perspektywy było bardzo ciekawe i nie zawsze chwalebne dla naszych elit rządowych.

   Publikacja wypełniła sporo wysp braku mojej wiedzy, która wprawdzie nie wymaże z mojej pamięci prześladującą mnie makabryczną sceną rozstrzelania małżeństwa Ceauşescu, ale na pewno poszerza ją o szerszy, dystansujący mnie kontekst.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Łacińska wyspa. Antologia rumuńskiej literatury faktu [Opracowanie zbiorowe]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Po tej antologii trochę inaczej patrzę na tę drastyczną scenę rozstrzelania, chociaż nadal razi mnie radość z czyjejś śmierci.

poniedziałek, 26 listopada 2018
Pod podszewką – Sylwia Stano , Zofia Karaszewska

Pod podszewką – Sylwia Stano , Zofia Karaszewska
Wydawnictwo Marginesy , 2018 , 392  strony
Literatura  polska
   

   Przeżyłam oryginalną przygodę intelektualno-estetyczną!

   Jeszcze większą przyjemność i radość tworzenia jej miały autorki projektu, znane przede wszystkim jako prowadzące blog Książniczki mają zdanie, które nazwały go „kolekcją literacką”. W tym niewielkim wyrażeniu autorki połączyły świat literatury i mody. Pozornie nie do pogodzenia w powszechnym pojmowaniu – książki i ciuchy albo jeszcze lepiej – czytelnicy i szafiarki. A jednak! Udało się! Do przedsięwzięcia zaprosiły projektantkę Justynę Ołtarzewską, fotografa Michała Jaworskiego i... psychologa! Dokładnie profilera kryminalnego – Piotra Szarotę. To ich komentarze, rozwinięcia i opinie, wplatane w wypowiedzi pisarzy zaproszonych do kreowania siebie w stroju, wyjaśniały proces tworzenia, historię konkretnego elementu garderoby, a także cechy psychologiczne osobowości osoby je wybierającej. Pisarze mieli ich pełny wybór, włącznie z krojem, kolorem i rodzajem materiału, z którego miały być wykonane.

  Lista znanych i lubianych wprawiła mnie w euforię!

To pod ich podszewki sukienki, marynarki, kamizelki, tiszertu, bluzy, spódnicy, trencza, kombinezonu, kaszkietu, skarpetek, a nawet bielizny męskiej i koszuli nocnej damskiej, zaglądały autorki. Pierwsze spotkanie z każdym pisarzem poprzedzało monochromatyczne zdjęcie portretowe.

Tylko biała twarz wyłaniająca się z mroku czerni. Temat mody, ubioru, trendów, preferencji, noszenia ulubionego stroju podczas pisania, do pracy lub na spotkania autorskie, rozwijał wątki w kierunki przez jednych zupełnie niekontrolowane, jak u Jakuba Małeckiego, który co chwilę napominał sam siebie – Boże, dlaczego ja wam o tym wszystkim mówię? U innych skupiały się na pasjach kształtujących i wpływających na ich styl życia. To w tych momentach dowiadywałam się o mało znanych lub w ogóle nieznanych, a mających znaczenie dla twórczości, faktach. Boksowaniu Grażyny Plebanek, jodze Katarzyny Tubylewicz czy wyciskaniu Łukasza Orbitowskiego i Jakuba Małeckiego. Były one wyraźne, ale dyskretnie, wdrukowane lub wszyte w strój. Chociaż strój to za mało powiedziane. Trudno tak nazwać skarpetki Michała Rusinka. Oczywiście z wydzierganymi książkami.

Książkowy motyw był najpowszechniejszym elementem projektu umieszczanym na lamówce, dole halki, mankietach czy podszewce kamizelki.

Co ciekawe, nie zawsze w formie książki. U Jacka Dehnela był nim druk Gutenberga na białej koszuli. U Marty Guzowskiej był nadrukiem glinianych tabliczek z pismem linearnym na podszewce trencza. Fani jej kryminałów wiedzą dlaczego. U Jakuba Małeckiego haiku na rękawku tiszertu. U Agnieszki Wolny-Hamkało był nim wiersz nadrukowany na wewnętrzną kieszonkę marynarki.

Największym zaskoczeniem wśród tych oryginalnych podejść do zadania okazały się dla mnie postawa i wyobraźnia Janusza Leona Wiśniewskiego. Zaprojektował małą czarną z bikini pod spodem. Nie, nie dla siebie. Dla kobiety. Chociaż dla fanów jego powieści, zwłaszcza kobiet, niespodzianką może to nie być.

   Gotowy efekt pracy wszystkich uczestników wieńczył każde spotkanie z pisarzem.

   W pierwszym odruchu zaczęłam szybko przeglądać te zdjęcia finalne. Palącą ciekawość udało mi się zatrzymać na trzeciej osobie z kolei. Postanowiłam dawkować sobie tę przyjemność, by przejść przez cały proces od czarno-białego zdjęcia „przed” do kolorowego „po”. Zupełnie inaczej patrzyłam wtedy na sukienkę Olgi Tokarczuk, w której wystąpiła na gali wręczania Nagrody Bookera.

To nie tylko sukienka. To również opowieść o wszechświecie i ze wszechświatem nadrukowanym na białą halkę i o prawie stuletnich butach. Nie sposób opisać i pokazać wszystkich. Nawet nie mam takiego zamiaru. Z premedytacją uchylam tylko rąbka zawartości. Dokładnie tak, jak czyniły to autorki, anonsując odchylonym rogiem kartki kolejną postać. Na przykład pająkiem na czerwonym tle.

Fani kryminałów Katarzyny Bondy na pewno od razu skojarzą go z jej Czerwonym pająkiem. Dlatego mój wpis to tylko malutka cząstka bogactwa przeżyć, jakie niesie ze sobą ta książka. A przyznam się, że miałam opory przed jej sięgnięciem, ponieważ nie lubię i nie mam potrzeby widzieć twarzy osoby, której świat wyobraźni poznałam poprzez słowa. Wizerunek fizyczny automatycznie tworzy we mnie barierę schematów i stereotypów, stając w opozycji do komunikacji umysłu bez granic.

   Ta książka je we mnie przełamała!

   To fascynujący ludzie, dla których pisanie to jeden z elementów, z którego zbudowali swój styl życia. Współczesny pisarz nie ma nic wspólnego z abnegatem w marynarce w kratę, w okularach, ćmiącym papierosa. Dzisiejszy pisarz wygląda między innymi tak:

A pod podszewką jego bielizny, kryje się... przebogaty świat intelektualny. Współcześni pisarze bardzo dobrze rozumieją, że czytelnicy lubią widzieć, a promocja czytelnictwa musi sięgać po wizualne metody i sposoby marketingowe, by namówić do czytania aż 62% nieczytających Polaków. To ma sens. Przekonałam się o tym, organizując dla młodzieży spotkanie autorskie z Krzysztofem Pyzią. Pokazanie jej zdjęć pisarza (a jest stylowym ciachem) przed spotkaniem podniosło temperaturę oczekiwania o kilka stopni, czego nie uczyniły jego świetnie napisane i ciekawsze książki.

   Co ja z tego wyniosłam?

   Dwie rzeczy. Pierwsza to słuszność bycia sobą, a nie spełnianie oczekiwań innych nie tylko w ubiorze, ale we wszystkim. Bycia jak Sylwia Hutnik, która o siebie walczyła od lat szkolnych, by być kolorowym ptakiem. By być tym, kim jest teraz. Porównując jej monochromatyczne zdjęcie portretowe umieszczone na początku postu z tym ostatecznym w projekcie, zwalniam się z komentarza. Wszystko widać, a pod podszewką i w książkach całą resztę.

A drugą rzecz, to bezcenne rady zawodowej krytyczki literackiej, z których najważniejszą jest ostatnia. Polecam szczególnie debiutującym pisarzom, „gniewającym się” na krytyczne (nie mylić z krytykanctwem!) wpisy blogerów książkowych.

   Projekt pozostawił mnie w ogromnym niedosycie!

   Chciałabym posłuchać i ujrzeć w nim Elżbietę Cherezińską, Jakuba Żulczyka i Sebastiana Fabijańskiego. Wiem, że ten ostatni to aktor, ale co stoi na przeszkodzie, połączyć w innym projekcie, inną muzę (film), innych ludzi i stworzyć „kolekcję filmową”?

   Czekam!  

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 25 listopada 2018
Jej ciało i inne strony – Carmen Maria Machado

Jej ciało i inne strony – Carmen Maria Machado
Przełożyła Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  272 strony
Literatura  amerykańska

   Mocne słowa umieściła autorka jako motto do swoich ośmiu opowiadań.

   Kiedyś przyznałabym jej całkowitą rację, bo nie miałam punktów odniesienia. Po lekturze Coraz lepiej Marka Judery’ego nie dramatyzuję i nie popadam w generalizację, nadinterpretację i skrajności. Z takim wyolbrzymieniem sytuacji kobiety współczesnej spotkałam się również w opisie umieszczonym na okładce książki – O horrorze bycia kobietą. Owszem, nie zaprzeczam, że i tak jest, ale umówmy się, że nie powszechnie, a marginalnie i patologicznie. Natomiast w krótkim biogramie umieszczonym na wyklejce przeczytałam z kolei określenie opisujące same opowiadania – „dziwaczne”.

Nie lubię tego słowa. Raczej odmienne, nowatorskie, łamiące schematy czyli po prostu inne. Dziwaczne odpycha, dystansuje i przywołuje uczucie niepewności podszytej obawą. Inne przyciąga uwagę i zaciekawia, wywołując chęć głębszego poznania. Ale to wszystko za mało, żeby określić prozę autorki ujętą w tym zbiorze.

   Jest aż tak inna!

   Narratorka w opowiadaniu Rezydentka uchyla rąbek tajemnicy kreacji – tak naprawdę wierzę, że jeśli mam jakiś talent, to nie pochodzi on od żadnej muzy czy twórczego ducha, ale z umiejętności manipulowania proporcjami i czasem. Również łączenia gatunków i stylów przekazu. Mieszania fikcji i rzeczywistości. To dlatego każde opowiadanie zaskakuje i nad każdym mogę rozpisywać się, doszukując się w nich nowych wątków do analizy i kolejnych zagadnień wartych rozwinięcia. To idealna materia do dyskusji.

   Jedno je łączy – spojrzenie kobiety.

   Do wewnątrz i na zewnątrz. Spod firanek rzęs poznaję jej myśli, emocje, doświadczenia, retrospekcje, poglądy pełne zdumiewających skojarzeń, pięknych w urodzie i brzydocie opisów, zaskakujących porównań, w których krew płynie jej po przedramieniu jak czerwone wstążki opadające ze słupa majowego. Scen, w których szczegół staje się głównym bohaterem, by nagle zająć miejsce jednego z elementów tworzących cały obraz. By to, co niewidoczne było widzialne, a to co widzialne zostało zobaczone. Często zaskakując końcową forma przekazu, której zupełnie nie spodziewałam się. Tak było w Mężowskim szwie. Przedmiotem była zielona wstążka na szyi żony. Jedyny element należący tylko do niej. A potem było, w miarę pożycia małżeńskiego, jak w piosence To tylko tango śpiewanej przez Korę, autorkę słów – „oddałam ci serce, oddałam ci ciało, ty czekasz i mówisz to mało, to mało”. Obie mówią różnymi językami muz, ale o tym samym.  To subtelnie przepiękny obraz walki w małżeństwie między mężem zawłaszczającym i podporządkowującym wszystko w żonie a kobietą broniącą ostatniego bastionu niezależności jak niepodległości. Nie zdradzę zakończenia, które jest tak zaskakujące, jak cięcie topora katowskiego, jednocześnie stając się alegorią pełną symboliki. Spojrzenie w niektórych opowiadaniach bohaterka kieruje również na zewnątrz, skupiając się na problemach współczesnych kobiet. Jest ono ambiwalencją odczuć między opresyjnością ciała, które staje się ofiarą konwenansów, zasad, reguł i norm społecznych narzucających schematy ubioru, wyglądu, figury i uzależniających poczucie szczęścia u kobiety. Przedmiotem ustawianym, modelowanym i wykorzystywanym seksualnie przez posiadających władzę decydowania za nie. Tak mocno zniewolonym, że nawet po zrzuceniu „czaru” uzależnienia, nadal zachowującym się jak niewolnice. To krytyka postaw samych kobiet zawarta w opowiadaniu Prawdziwe kobiety nie mają ciała.

   Z drugiej strony ciało to również źródło przyjemności.

   Tej płynącej z miłości opartej na uczuciach, stawiających ją ponad podziałami i czyniących ją uniseksualną. Ale także płynącej z seksu, który w opowiadaniach jest bardzo fizyczny, wręcz fizjologiczny oraz pornograficzny i przede wszystkim lesbijski. Te osiem historii kobiet pokazanych w formie opowiadań, poklatkowego scenariusza serialu filmowego, wspomnianej wcześniej alegorii, a nawet swoistej bajki z morałem gęsto przenikają elementy fantastyczne i magiczne. To one stwarzają pole do własnej interpretacji przekazu, samodzielnych wniosków, przemyśleń i osobistych porównań, które wymusza na czytelniku autorka. Zaprasza także do interaktywnego udziału w wydarzeniach, zachęcając w Mężowskim szwie – Jeśli czytasz to opowiadanie na głos, daj słuchaczom nóż i poproś, żeby przecięli delikatny płat skóry między twoim palcem wskazującym a kciukiem. Potem im podziękuj. To brutalne wciąganie w proces twórczy przez autorkę może przerażać albo rozbawić. Na pewno uzmysławia ból kobiety cierpiącej poprzez próbę przełamywania bariery książka/czytelnik.

   A wszystko to na tle piękna natury!

   To chwile wytchnienia dla kobiet-bohaterek, ale i czytelnika. Na moment można odwrócić wzrok od czyśćca życia (nie chcę używać słowa piekło, by nie popaść w skrajność) i zaczerpnąć energii do dalszego trwania z urody świata. Świata, który zupełnie nie odczułby naszego zniknięcia z naszymi człowieczymi problemami, bo Ziemia dalej będzie się kręcić, nawet bez ludzi. Może tylko będzie się kręcić nieco szybciej.

  Może poczułaby nawet ulgę.

  Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jej ciało i inne strony. Opowiadania [Carmen Maria Machado]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Fascynuje mnie tematyczna korelacja świata muzyki i literatury mówiących różnymi językami, ale o tym samym. Autorka rozwinęła w opowiadanie skondensowany tekst Kory. Wybrałam obraz statyczny tylko okładki, żeby dobrze wsłuchać się w tekst.

sobota, 24 listopada 2018
Urzędnik – Sławek Michorzewski

Urzędnik – Sławek Michorzewski
Wydawca Oficyna  4eM , 2018 , 408  stron
Literatura  polska
   

   Zachęciły mnie te słowa autora umieszczone na początku książki niczym motto:

   Ja miałam bal!

   A raczej perwersyjny rollercoaster bez trzymanki. Wymieszanie z poplątaniem kryminału, sensacji i komedii pełnej czarnego humoru opartego na absurdzie, w którym nie było żadnych zasad. O, przepraszam! Były – prawa Murphy'ego. Zasady, które napędzały ciąg przyczyn i skutków prowadzących ostatecznie do przeznaczenia, jakim była życzeniowa zemsta na urzędniku skarbowym. Najbardziej nielubianym pracowniku, o którym krążą żarty, a które autor przypomina w filmie poniżej.

   To właśnie ten urzędnik stał się mimowolną iskrą inicjującą opowieść.

   Bezwzględny mistrz w egzekwowaniu prawa, skarbowy pogromca nieuczciwych podatników, oddany sercem w ściganiu „przestępców” podatkowych, który uważał , że nie ma uczciwych podatników. Wszyscy Polacy to bydlaki. U każdego można znaleźć coś , o co można się zaczepić, i później go zdeptać. Wyzuty z uczuć i zimny niczym własne nazwisko – Sopel. To on doprowadził do bankructwa dobrze prosperującą firmę rodziny Gołębiów, której właściciel, mąż i ojciec pięciorga dzieci musiał zmienić branżę na faktycznie złodziejską, by wykarmić najbliższych. Zbieg okoliczności, przypadek, zrządzenie losu, spełnienie się powiedzenia – nie czyń bliźniemu, co tobie nie miłe, a może prawo Murphy'ego, sprawiły, że uczciwa gwiazda urzędu skarbowego została wplątana w aferę uprawy marihuany należącej do szefa trójmiejskiej mafii. Niejakiego Jajco, którym z kolei kierowała jego matka – Balbina Ptyś. Kobieta niebojąca się zabić własnego męża, by zrealizować plan kradzieży bezcennych obrazów z muzeum. W tę operację zostali wplatani wszyscy bohaterowie tej komedii kryminalnej, w której nadinterpretacja, kłamstwa, przeinaczenia,  fałszywe domysły i złe wnioski piętrzyły ilość wydarzeń napędzających szaloną dynamikę akcji o nieprzewidywalnych kierunkach rozwoju licznych wątków. Włącznie z neutralnymi postaciami, jak matka pani Gołębiowej, która z powodu zbyt napiętej sytuacji wróciła do nałogu alkoholizmu, by ostatecznie wyłonił się zwycięzca w wyścigu do ogromnych pieniędzy i dostatniego życia w raju bez podatków. W myśl zasady – ostatni będą pierwszymi.

   Jednak nie zawsze było mi do śmiechu.

   Nie dlatego, że absurdy sytuacyjne, słowny humor czy sarkastyczne riposty mnie nie bawiły, bo tak też było. Nieraz uśmiechałam się pod nosem rozbawiona kuriozalnymi wyczynami i tokiem myślenia bohaterów, ale towarzyszyła mi też awersja. Nie chodzi o morderstwa i gęsto ścielące się trupy, ale o momenty, w których fizjologia ciała ludzkiego wymykała się spod kontroli, „ubarwiając” scenę. W tych momentach groza groteski zamieniała się w obrzydzenie. Czasami niemalże w fizyczny ból obitej głowy uderzanej nasty raz w to samo miejsce czy przymarzniętego ucha odmrażanego ciepłem własnej krwi z rozerwanego palca.

   Ta mieszanka emocji była jednak pociągająca i odurzająca jak każda opowieść noir.

   Działała odpychająco i jednocześnie przyciągająco niczym perwersyjne narzędzie do zadawania bólu odbioru połączonego z przyjemnością czytania. Brutalne życie ubrane w komedię kryminalną.

   Bal, prędzej czy później, każdego z nas.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Urzędnik [Sławek Michorzewski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Z wywiadu z autorem dowiedziałam się, że książka ma być wydana w Anglii i USA.

poniedziałek, 19 listopada 2018
Enola Holmes: sprawa zaginionego markiza – Nancy Springer

Enola Holmes: sprawa zaginionego markiza – Nancy Springer
Przełożyła Elżbieta Gałązka-Salamon
Wydawnictwo Poradnia K , 2018 , 238 stron
Cykl Enola Holmes ; Część 1
Literatura  amerykańska

   Sherlock Holmes miał siostrę!

   Dużo młodszą Enolę wychowywaną przez ich matkę, która... zaginęła! Pewnego, lipcowego dnia nie wróciła do domu w Ferndell Hall. W dniu czternastych urodzin córki. Enola zadepeszowała do braci, bo był jeszcze najstarszy Mycroft, mieszkających w Londynie, oczekując pomocy. Spotkanie rodzeństwa nie przyniosło, według nastolatki, zdecydowanych działań ze strony mężczyzn. Postanowiła wyjechać do Londynu.

   Chciała sama poszukać mamy.

   Jej brat był Jedynym na Świecie Prywatnym Detektywem, więc ona chciała zostać Jedyną na Świecie Prywatną Perdytorystką. Specjalistką w znajdywaniu wszystkiego co zaginione. Przeznaczenie samo podsunęło jej gazetę z informacją o prawdopodobnym uprowadzeniu dwunastoletniego lorda Tewksbury’ego. Jedynego dziedzica  fortuny Basilwetherów. Enola od zawsze lubiła rebusy, szarady i anagramy tak, jak jej matka. Uwielbiała bawić się w znajdywanie kolorowych kamyków czy ptasich gniazd. Tym razem zguba był dużo cenniejsza, a ona zapragnęła być jej znalazczynią. Zaimponować starszym braciom.

   Od tego momentu wydarzenia nabrały tempa.

   Enola to bardzo inteligentna dziewczyna, która uwielbiała zagadki i nie bała się podjąć ryzyka, by je rozwiązać. Te cechy posiadła dzięki mamie, która zawsze powtarzała, że da sobie radę sama. Miały wspólny, sekretny kod do porozumiewania się. Jego zasady działania autorka umieściła na końcu książki. Młody czytelnik może nie tylko nauczyć się szyfrowania i rozszyfrowywania wiadomości niedostępnych innym, nie tylko logicznego myślenia i przewidywania, nie tylko przeżywać przygody, ale utożsamić się z Enolą. Być odważną, kreatywną, myślącą, a przede wszystkim samodzielną nastolatką, niebojącą się łamać schematów i konwenansów. Nie bez powodu jej mama wybrała dla niej imię Enola. Czytane wspak tworzy angielskie słowo „alone” czyli „sama”. Akcja umieszczona w zaułkach, mrocznych dzielnicach i portowych dokach dziewiętnastowiecznego Londynu, nadawała tajemniczości i grozy, a podstępni oszuści i złodzieje z szemranego towarzystwa, poczucie czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa. Poza tym Enola posiadała umiejętność, której nie miał jej słynny brat – potrafiła odczytywać mowę ciała i język sygnałów znanych tylko kobietom. Sherlock Holmes nie miał szansy, aby ją w tym przewyższyć. Oczywiście wątek poszukiwania mamy nie został zamknięty, ponieważ to pierwsza część cyklu z Enolą w roli nastoletniej perdytorystki, ale zarazem zapowiedź dalszych jej przygód w kolejnych częściach. Dziewczyny odważnej i bardzo samodzielnej, która daje przykład, że można wszystko, jeśli bardzo się tego chce. Wbrew zasadom, na przekór przytłaczającej sławie brata i mężczyznom, którzy uważają się za lepszych w myśleniu.

   Dziewczyny górą!

Na podstawie cyklu powstaje serial, w którym Enolę zagra Millie Bobby Brown znana z serialu Stranger Things.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 114
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1129 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi