Światło na śniegu – Anita Shreve Przełożyła Zofia Uhrynowska-Hanasz Wydawnictwo Świat Książki , 2008 , 239 stron Literatura amerykańska
Lubię śnieg, zwłaszcza, gdy wygrzeje mnie lato, a zima zwleka z nadejściem, wtedy śnieg lubię nawet bardzo i zaczynam tęsknić za jego magiczną umiejętnością pokrywania szarych, zrudziałych i łysych skutków jesieni niewinną i sterylną bielą. Świat wtedy staje się dookoła pejzażem, dla jednych monotonnym, a dla autorki tłem, na który rzuca fioletowe światło zmierzchu, dostrzega niebieską plamę zgubionej czapki, wskazuje malinową kropę budynku w oddali i pozwala znajdować... noworodka porzuconego w lesie. Jeszcze z mazią płodową i resztkami krwi.
Muszę koniecznie dodać, że to MNIE na to pozwala i zostawia z tym znaleziskiem z dwunastolatką!
Sprytny zabieg z jej strony. Jakby mnie znała. Jakby wiedziała, że chcę przeżyć przygodę przede wszystkim bezpieczną, chociaż ryzykowną. Tak skonstruowała narrację i tak dobrała bohaterów, żebym mogła, bez poczucia winy, złamać prawo i nie ponieść konsekwencji. Jeżeli głos rozsądku reprezentował ojciec Robert, a głos serca i ciekawości jego córka Nicky, to hulaj dusza piekła nie ma! Z dwunastolatką można wszystko, szczególnie, że to ona była narratorką. W tym wieku wiele uchodzi, zwłaszcza, że znalezienie porzuconego noworodka, daleko od domów i jej mieszkańców, stawia tyle znaków zapytania wymagających natychmiastowej odpowiedzi, stwarza tyle sytuacji koniecznych do rozwiązania, decyzji do przeforsowania przez logiczną barierę ojca i wreszcie wyborów dających radość bycia wspólnikiem przestępstwa!
Jak nie być z Nicky i jak nie popierać ją w dążeniach do poznania, rozwiązania, odkrycia, rozłożenia na czynniki pierwsze tej tajemnicy? Chociaż przyznam się, że mną bardziej kierowała pospolita ciekawość i tęsknota za śniegiem, a Nicky szukała ciepła, przyjaźni, zrozumienia, a przede wszystkim wydostania się spod całunu żałoby, w jakiej tkwiła razem z ojcem po stracie mamy i młodszej siostry.
A wszystko rozegrane w przepięknej, zimowej scenerii, z mokrym śniegiem za kołnierzem, zaspami powyżej metra, śnieżycą odcinającą dom od innych mieszkańców, ze zbliżającą się wigilią, z ogromną dbałością o szczegóły, kolory, zapachy czy drobne gesty w ludzkich zachowaniach, dodających dialogom dynamiki.
I bardzo ważne – nie tylko rozwiązałyśmy zagadkę, nie tylko wszystko uszło nam na sucho, ale dowiedziałam się również co zrobić, żeby naleśniki były zawsze chrupiące.
Informacja bezcenna. Warta poniesionego ryzyka.
Powyższą wersję angielską oddam w dobre ręce. Jeśli ktoś jeszcze nie ma dosyć śniegu, będę wdzięczna za pozostawienie wyrazów chęci przygarnięcia jej w komentarzu.
Ja, Tituba, czarownica z Salem - Maryse Condé Przełożyła Krystyna Arustowicz Wydawnictwo W.A.B. , 2008 , 281 stron Seria z Miotłą Literatura karaibska (Gwadelupa)
Sięgając po pozycję z tej serii wiem, że randka w ciemno będzie na pewno udana. Chociaż, po tylu spotkaniach z tą serią, słowo „ciemno” mogę śmiało zastąpić słowem „pewniak”. Każda książka „z miotłą” pozostawia we mnie przesłanie do przeanalizowania, zastanowienia się, które nie daje o sobie zapomnieć.
Tak było i z tą powieścią. Autorka opierając swoją opowieść na faktach historycznych, wykorzystała znany proces czarownic z Salem z końca XVII wieku, aby postawić swoisty pomnik, a może bardziej epitafium, osobie najbardziej skrzywdzonej i zarazem najbardziej niewinnej, jeśli nie zupełnie niewinnej, a której w księgach procesowych poświęcono tylko jedno zdanie: Tituba, niewolnica z Barbadosu, prawdopodobnie uprawiająca wudu.
Wychowana w poszanowaniu i jedności z siłami natury, potrafiąca czerpać z nich dla dobra bliskich, animistka jakby określono ją współcześnie, stanęła bezbronna twarzą w twarz z systemem społecznym opartym na religii wypaczonej przez człowieka. Takie było Salem. Społeczność, w której grabiono, oszukiwano, kradziono, zasłaniano się imieniem Bożym, w którym będąc Murzynką można było czynić tylko zło, bo było się samym złem mając czarną skórę. W tym zderzeniu nie miała szans, tak jak nie ma szansy na obronę pięcioletnie dziecko przed dobrym pedofilem. Świadomie użyłam słowa dobry w kontekście pedofilii i wynikającej z niego sprzeczności, tak jak mieszkańcy wsi Salem nie widzieli sprzeczności między swoją dobrą religią, wywołująca histerię nienawiści, skazującą na śmierć, często męczeńską, niewinnych ludzi a swoimi uczynkami. Czy taka religia jest dobra i czy w ogóle jest jeszcze religią jaką znamy z Biblii? Zdaję sobie sprawę z ostrego porównania, ale ile idei, filozofii, ideologii dobrych z natury, pożytecznych zostało wypaczonych przez garstkę ludzi w imię władzy i pieniędzy, ale za to z miłością na ustach i przyzwoleniem większości społeczeństwa, ukrytych pod ideą religijnej miłości (sekty), dobrej pedofilii (bezsilność prawa), pomocy humanitarnej (eksport broni), troski o zdrowie (lobby firm farmaceutycznych) i każdego innego dobrego do tego hasła? Psychopaci są wśród nas i nie potrzeba ich dużo. Wystarczy jeden w wiosce, mieście, kraju, na kontynencie czy w świecie.
Jeden.
A skutki można liczyć w milionach ludzkich ofiar. Nieznanych bądź zapomnianych jak Tituba, ufnych jak wspomniany pięciolatek. Historia jest pełna takich historycznych faktów, a najsmutniejsze jest to, że ich lista jest stale aktualizowana. Wystarczyło, że przejrzałam blog Marii Sobolewskiej ,a zwłaszcza post Kilka słów wyjaśnienia, żebym ujrzała siebie w roli Tituby i to wielokrotnie.
Tutaj obejrzałam krótką historię i próbę zrozumienia, co tak naprawdę wydarzyło się w Salem.
Dziewczyna komendanta: powieść – Pam Jenoff Przełożyła Monika Łesyszak Wydawnictwo Arlekin , 2008 , 430 stron Literatura amerykańska
Gdybym była Amerykanką, byłabym zachwycona tą powieścią. Poleciłabym ją swojej amerykańskiej przyjaciółce mówiąc: Och, Jodie, musisz ją przeczytać! Musisz zobaczyć jak ci biedni Polacy i Żydzi byli męczeni przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej. Jak nie poddawali się terrorowi, walcząc w ruchu oporu. A kiedy było im bardzo źle, wiesz kogo cytowali? Nigdy nie zgadniesz! Naszego wielkiego prezydenta Stanów Zjednoczonych Abrahama Lincolna! Czyż to nie wspaniałe jak oni nas kochają i są nam wdzięczni za uratowanie? Ale najcudowniejsze jest to, że ich kobiety, w imię wolności ojczyzny, poświęcały swoją wierność małżeńską, oddając się wrogowi ciałem, bo najpiękniejsza w tej książce jest historia miłości między Żydówką a wysoko postawionym Niemcem, taka zakazana, niecodzienna, nieprawdopodobna, cudowna! Ile bym dała, żeby coś takiego przeżyć! Może Spielberg nakręci o tym film?
Ale jestem Polką i nie przemawia do mnie mocno naciągana we wstępie ideologia Miry Weber, abym potraktowała ją jak przypowieść o Żydówce Esterze XX wieku, bo sama historia nie jest powieścią paradokumentalną, ani osadzoną w skrupulatnie zbadanych realiach fikcją literacką.
Historię mojej ojczyzny poznawałam wręcz podskórnie, wsączała się przez całe moje życie. Siódmym zmysłem wyczuwam wszelki fałsz, kłamstwo i odchylenie. Autorka poznała ją rozumowo i mimo, że dobrze operuje faktami to jednak skażone są spojrzeniem człowieka z zewnątrz. Zniekształcanie wydarzeń historycznych dla dobra fabuły książki, naiwność w rysie logistycznym zasad konspiracji i te wyjścia do sklepu okupowanego Krakowa po pomarańcze, wszystko to i wiele innych, o których, aż przykro pisać, wytrąciły mnie z równowagi. Przywołało wspomnienie i przykre uczucia jemu towarzyszące sprzed kilku lat. Będąc w Afryce szlag mnie trafił, kiedy dowiedziałam się od uniwersyteckiego profesora, że w podręcznikach szkolnych uczy się dzieci o tym jak to nasi przyjaciele Anglicy, w dniu wybuchu wojny, popędzili natychmiast i ochoczo Polsce na ratunek. A drugi raz mnie trafił, że moje tłumaczenia, o fałszowaniu historii przez Anglików, są niewiarygodne. Słowo Polki, za którym stała krew moich rodaków, było niczym! Poczułam się zdradzona po raz kolejny. Ta bezsilność, wściekłość na Anglików, którzy wybielają dla siebie historię naszym kosztem, tyle lat po wojnie, odżyła na nowo. Tym razem w wersji amerykańskiej, dla pieniędzy.
Mam świadomość tego, że Polska nie leży w centrum świata, że cudzoziemcy mylą Poland z Holland, że nadal w odległych rejonach świata uważani jesteśmy za kolejną republikę Rosji i że nie mają zielonego pojęcia o hitlerowskich zbrodniach, bo sama kupiłam, wspomnianemu profesorowi, film o zagładzie Żydów w ośwęcimskim, przyobozowym sklepiku jako dowód rzeczowy. I to właśnie ta świadomość i ta bezsilna wściekłość, nie pozwala mi przejść obojętnie koło takich książek. Są ludzie, którzy swoją wiedzę historyczną znają właśnie z takich pozycji.
To druga książka w moim życiu, którą wyrzuciłabym do kosza i to bez bólu w sercu. Niestety, musiałam oddać ją do biblioteki i tutaj serce bolało mnie bardzo, bo ilu czytelników zobaczy i poczuje to co ja? Może lepiej było udać, że ją zgubiłam? Może byłoby to korzystniejsze? A co z innymi egzemplarzami w całym kraju?
Może przestanę o tym myśleć, bo mnie szlag trafi po raz trzeci.
W 2009 roku ukazała się, jak wynika z opisu okładkowego, kontynuacja dalszych losów bohaterów bestsellerowej (!?) powieści, tym razem pod tytułem "Żona dyplomaty", a jej recenzję przeczytałam u izusr, a której tytuł mówi wszystko: Dwie pomyłki ostatnich dni.
Na ostrzu noża - Miroslav Žamboch Przełożyła Anna Jakubowska Ilustrował Dominik Broniek Wydawnictwo Fabryka Słów , 2007 , tom 1 - 380 stron , tom 2 – 376 stron Seria Obca Krew Literatura czeska
O czym myśli dziewczyna, gdy dojrzewać zaczyna? – wiem z autopsji. A o czym myśli dojrzały mężczyzna? Już widzę popłoch w męskich oczach i w odpowiedzi ciszę. Ewentualnie, w przypływie dobrego humoru szybkie: o niczym. Obie odpowiedzi były dla mnie zawsze mocno podejrzane, jeśli nie bardzo mocno. Ta powieść udowodniła mi to. Biorąc ją do rąk, nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że otrzymam odpowiedź na to pytanie z nawiązką. Dwa tomy męskiego świata, Jego świata, z Jego regułami, w którym żyją Prawdziwi Mężczyźni. Świat, do którego czytelnik wchodzi pewnym krokiem, na dobrze znany sobie grunt, a czytelniczka, taka jak ja, z obawą, z lekkim lękiem, na grunt wrogi, mając wrażenie, że narusza tabu przekraczając próg z tabliczką u wejścia: Tylko Dla Mężczyzn. Przystanęłam więc z boku, chłonąc każde słowo, obraz, marzenie, obserwując z zaciekawieniem głównych bohaterów: Koniasza, Leda czy Bonsettiego, uosobienie Prawdziwych Mężczyzn i świata, do którego ucieka, kiedy podobno nie myśli.
Prawdziwy Mężczyzna jest wiecznym kawalerem tuż przed ożenkiem (żadna nie jest go godna) lub zaraz po nim (wredna śmiała go porzucić), słusznego wzrostu ze średnią 190 cm (co u nich jest nie tak z tą długością?), z aparycją w stylu: na pierwszy rzut oka wstrętny i niebezpieczny, z ciałem pokrytym licznymi bliznami (że niby taki waleczny i niepokonany), którego jednak nie lubi eksponować (skromny?), dlatego w ubraniu wygląda tak:
I chociaż go zabili, jak widać nadal stoi! Ima się różnych zajęć, ale najczęściej jest tym od brudnej roboty ( wynoszenie śmieci to nie to samo), bo potrafi mistrzowsko posługiwać się białą bronią. Ale nie tylko. On czyta! I nie mam tu na myśli procesu składania liter, ale czytanie książek. Kradnie je innym (ale głód czytelniczy!) albo udaje się do biblioteki. Tamtejszych książek nie da się ukraść, bo są okute blachą i tak ciężkie, że bibliotekarze noszą buty obite metalem, chroniącym przed odcięciem palców przez taką spadającą księgę. (Kobiece książki mogą co najwyżej, podczas upadku, potrącić pijanego mola.)
Będąc oczytanym posiada poglądy najchętniej holistyczne: w środku wszechświata jest On, a wokół niego krążą dziedziny Jego życia. Jedną z nich jest Kobieta. Każda ma u niego szansę: mężatka, panna, zhańbiona czy dziwka (jaki wachlarz tolerancji!). Potrafi się w takiej zakochać nawet od tyłu, a zwłaszcza od pierwszego spojrzenia w zagłębienie wewnętrznej strony kolana plus dwa centymetry wyżej (to nie duże, niebieskie oczy?), a która z przodu wygląda tak:
A kiedy pożądanie zostanie zaspokojone (sama do niego przylazła) to powstały problem odsuwa, żeby zdechł śmiercią naturalną, bo cóż on łowca przygód, włóczęga, wieczny ciekawski i samotnik może zaoferować takiej Kobiecie? (Refleksja rychło w czas!)
Z żalu upija się i trzeźwieje po dwóch latach (to akurat nic nowego) albo rzuca się w wir zdarzeń, wydarzeń, zadań, wyzwań, polityki, zobowiązań czyli to co Prawdziwy Mężczyzna lubi najbardziej. Realizując swoje plany pali port, o tak:
Wymierza sprawiedliwość w obronie zgwałconej dziewczyny, o tak:
Walczy z epidemią zarazy powodującej takie skutki:
Zabija kilku niewygodnych, stojących mu na drodze, o tak:
Stacza wiele śmiertelnych i wyczerpujących pojedynków, o takich:
Zmęczony, poraniony, dwa razy zabity, z listem gończym na karku, udaje się na zasłużony odpoczynek czyli dobre żarełko i sen. A śni o tym:
I o tym:
I jeszcze o tym:
Noc długa, to i sen długi, a w nim seks, seks i seks, jak mawia mój znajomy (myślałam, że żartuje), a autor potakuje głową dodając: Jak każdy mężczyzna lubił takie sny (...) ponieważ po obudzeniu nie miał wyrzutów sumienia. A po nocy spędzonej w domu publicznym – tak. Nawet szlachetna myśl, tyle, że po obudzeniu zastaje się w takiej sytuacji:
Jego zaskoczenie i zdziwienie jest równe mojemu. Same mu wlazły, on nawet jedną rzęsą nie mrugnął. Gdyby mnie przy tym nie było, to powiedziałabym, że łże jak pies.
Ale byłam, widziałam, przyglądałam się z ogromną uwagą tej krainie, do której tak chętnie ucieka, rządzonej przez proste zasady, gdzie w obronie takich wartości jak miłość, honor i przyjaźń, brodzi się po kolana, po pas we krwi, ryzykując własne życie. W świecie, w którym byłabym taka (a co, też mogę sobie pomarzyć):
Wycofałam się z niego powoli, chociaż z ociąganiem, z niechęcią. Dobrze mi tam było, pomimo wszystko, z jednego powodu: wszechobecnej, upajającej woni krystalicznie czystego testosteronu...
Po co go mącić kobiecym jazgotem, szczebiotliwym głosem, bombardującym permanentnie niekończącymi pytaniami, wywołującymi lawinę narzekań? Niech istnieje, niech się dzieje w głowach mężczyzn. Niech mają swoją jaskinię, do której od czasu do czasu wpuści mnie jeden z nich, obdarzony darem słowa pisanego. Niech...
Chęć otrzymania książki Szeptem Becki Fitzpatrick zgłosiło 14 osób, które wyczerpująco i jak najbardziej prawidłowo odpowiedziały na pytanie konkursowe. Wybór był bardzo trudny, więc zwycięzcę wyłoniłam poprzez losowanie, z którego fotorelację przedstawiam poniżej.
Książka wędruje do osoby pod nickiem:
czarnazaba
Gratuluję szczęścia i czekam na dane adresowe pod clevera@gazeta.pl.
Dla pozostałych uczestników zabawy mam pocieszającą wiadomość. Na stronie książki Szeptem ogłoszono konkurs, w którym również można wygrać tę powieść.
Wszystkim bardzo dziękuję za udział.