Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
czwartek, 04 lutego 2016
Wybór Jasminy – Jean Sasson



Wybór Jasminy: prawdziwa opowieść o niewolnicy, która wywalczyła sobie życie – Jean Sasson
Przełożył Grzegorz Łuczkiewicz
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 284 strony
Literatura amerykańska


Mężczyzn o rozbudowanym ego uprzedzam, że tekst może zaboleć!
Najbardziej egoistycznym, krwiożerczym, bezwzględnym i ekspansywnym w pojęciu darwinowskim gatunkiem w królestwie zwierząt jest... Nie, nie człowiek. Mężczyzna! Po tej pozycji, która przelała mój kielich wiedzy o nim zbieranej na przestrzeni dziejów ludzkości, od tej pory to zdanie będę właśnie tak kończyła – mężczyzna! Zaznaczam przy tym, że nie jestem feministką. Wręcz przeciwnie. Tradycyjna ze mnie kobieta, ale próbująca na mężczyznę spojrzeć ponad podziałem płci. Przyjrzeć mu się z punktu widzenia psychologii, socjologii, historii i konotacji kulturowych. Ta wiedza czerpana z takich źródeł doprowadziła mnie do powyższego, jednoznacznego, dla niektórych być może kontrowersyjnego, wniosku.
Dlaczego akurat teraz albo dopiero teraz?
Ponieważ mężczyzna, jego profil psychologiczny, rola i zadania, do których był stworzony psycho-fizycznie, a także kulturowo, jawił mi się do tej pory jako relikt. Żyjąc w społeczeństwie pod kloszem zasad moralnych współczesnej cywilizacji, zachowania atawistyczne traktowałam jako przeszłość. Agresywne zachowania mężczyzn podczas wojny jako byłe i nieaktualne. Trwałam w letargu, uśpiona spokojnym życiem w pełnym poczuciu bezpieczeństwa, w którym mężczyźni ustępują miejsca, przepuszczają pierwszą w drzwiach i tak staromodnie całują w dłoń, że aż śmiesznie. W atmosferze przepełnionej informacjami o postępującym zniewieścieniu męskiej części populacji uległam złudzeniu. Wystarczy jednak zmiana okoliczności w wyniku wyjątkowych lub skrajnych wydarzeń (zderzenie kultur – molestowanie seksualne przez emigrantów w Kolonii, wojna – gwałty na kobietach bez konsekwencji), a z mężczyzny wychodzi diametralnie inny mężczyzna. Ten pierwotny, kierujący się instynktem, a dokładniej popędem płciowym. Mózg kompletnie wyłącza mu się, uruchamiając instynkt rozmnażania. Rozsiewania plemników często i dużo, z jak największą ilością partnerek. Manuela Gretkowska w My zdes’ emigranty określiła to zjawisko dosadniej, twierdząc, że mężczyzna to prosty mechanizm posiadający tylko jedną dźwignię. Za to jej siła działania w chwili wyzwolenia z zasad moralnych jest tak ogromna, że błyskawicznie odrzuca gorset norm mozolnie wpajanych w procesie wychowania, ukazując cieniutką i nic niewartą warstwę cywilizacji, układaną przez lata w wyniku socjalizacji. Z kolei autorka tej pozycji ujęła to samo inaczej – Po zwycięskiej bitwie nic nie wywabia zła z jego ukrytej nory z taką siłą jak obecność pięknej kobiety. Historia pokazuje, że niekoniecznie pięknej i pełnoletniej, a nawet nie kobiety.
Aby tę przemianę z doktora Jekylla w pana Hyde’a zobaczyć, wystarczy wojna.
Dobrze to zjawisko zostało opisane przez anonimowego autora w Kobiecie w Berlinie, jak to „dobrzy, spokojni mężczyźni rosyjscy stali się potworami. Byli straszni w pojedynkę, a w masie zachowywali się tak, że nie da się opisać”. Za przyzwoleniem Stalina. Wystarczy posłuchać staruszek-kobiet, które wspominają sposoby ukrywania się przed masowymi i powszechnymi gwałtami żołnierzy wszystkich armii w czasie II wojny światowej. Bez wyjątku. Wystarczy też wejść w świat przestępczy, w którym to zjawisko z kolei dobrze opisała Lydia Cacho w Niewolnicach władzy. Moim błędem, do tej kolejnej publikacji poruszającej problemy współczesnych kobiet przez Jean Sasson znaną mi z Księżniczki i Łez księżniczki, było myślenie o tym zjawisku jako albo niedotyczącym mnie, albo dalekim, albo przeszłym. A okazuje się, że ono jest bardzo blisko i dzieje się stale. Wszędzie tam, gdzie toczą się zbrojne konflikty i gdzie nie działa prawo oparte na akceptowalnych społecznie wartościach moralnych, pojawia się mężczyzna atawistyczny. Kielich przekonania o słuszności mojego wniosku dopełnił film Róża w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, opowiadający dokładnie o tym zjawisku. O rozciągniętym w czasie zagwałceniu na śmierć kobiety podczas wojny i w krótkim okresie powojennego bezprawia i umacniania się nowej władzy socjalistycznej na Mazurach.
I właśnie o tym zjawisku jest również ta pozycja.
Jej brutalność i drastyczność w opisach tortur seksualnych jest tak duża, że autorka już na początku lojalnie mnie uprzedziła – Prawdziwa i ważna historia, którą teraz przeczytacie, nie jest przeznaczona dla ludzi o słabych nerwach.
Faktycznie – wstrząsnęła mną.
Był rok 1990. Trwała okupacja Kuwejtu przez armię iracką Saddama Husajna. 208 dni zniewolenia Kuwejtczyków, zadając cywilnej ludności Kuwejtu mnóstwo cierpienia, dopuszczając się rabunków, gwałtów, tortur cielesnych i morderstw. Ale nie jest to książka o Iraku ani o Kuwejcie. – zaznacza autorka. To historia gwałconych kobiet opowiedziana przez dwie dziewczyny – dwudziestotrzyletnią Jasminę i szesnastoletnią Lanę. Obie porwane z ulicy przez irackich żołnierzy i zamknięte w osobnych celach kopulacyjnych z piętnastoma innymi dziewczętami podobnymi do nich. Jasmina była wśród nich najstarsza. Stały się, tak, jak pozostałe, niewolnicami seksualnymi, które usłyszały na powitanie – Jesteśmy żołnierzami i ryzykujemy życie. Jesteśmy daleko od żon i przyjaciółek. To zrozumiałe, że potrzebujemy kobiet, żebyśmy mogli spełniać żołnierskie obowiązki. Jeśli mężczyźni nie mają kobiet, stają się zbyt miękcy, by mogli walczyć. Wiadomo to wszystkim rozumnym ludziom. I w imię tej „rozumnej” logiki te dziewczyny, jeszcze dziewice, które nigdy nie widziały mężczyzny nago, wychowywane według surowych zasad moralnych, musiały stać się wyrafinowanymi prostytutkami i robić wszystko to, czego mężczyzna-kat sobie zażyczył. A życzył sobie często i perwersyjnie, czerpiąc pomysły z filmów pornograficznych. Stworzył nawet zasady funkcjonowania tego seksualnego więzienia. Jedna wynikała z przekonania, że, jako żołnierzowi, kobieta mu się należy i może z nią robić, co tylko zapragnie i wyobraźnia podyktuje, włącznie z zabiciem jej, porywając na jej miejsce kolejną, a druga była przebłyskiem człowieczeństwa, mówiącego mu, że to jest złe, więc trzeba ten fakt ukrywać przed innymi oddziałami i zwierzchnictwem pod nazwą więzienia specjalnego. Nikt więc tam do niego nie zaglądał, będąc przekonanym, że uwięzieni to wyjątkowi jeńcy wojenni. Nie będę opowiadać i wymieniać tortur sadystycznych i seksualnych, jakim poddawano te dziewczęta. Autorka opisywała je bardzo dokładnie i tak sugestywnie, że patrząc na okładkę tej książki, mniej widzę drastyczne obrazy i sceny, a bardziej słyszę zwierzęce wycie Lany. Dla mnie najważniejsze w tych traumatycznych wspomnieniach Jasminy i Lany są skrajne postawy obu dziewcząt i dokonany przez nie wybór.
Stąd tytuł tej książki.
Lana wychowana w szacunku dla wartości kobiecego honoru i jej rodziny do końca walczyła o siebie. Jej ciało było masakrowane trzy razy dziennie przez kilka miesięcy przez kata-sadystę, ale była wierna zasadzie – Gwałciciel może ją pobić na śmierć, może ją zastrzelić, ale nawet w chwili śmierci dziewczyna zachowa coś ważniejszego od życia – zostanie pochowana bez plamy na honorze. Zachowa szacunek rodziny, otoczenia i całego społeczeństwa, bo nigdy się nie poddała, bo wyżej ceniła honor niż życie. Nigdy też nie pomyślała o samobójstwie, chociaż tęsknie wyczekiwała śmierci.
Jasmina wybrała uległość, próbując rozkochać w sobie oprawcę. Chciała żyć, chociaż próbowała popełnić samobójstwo, bo wiedziała, że jeśli nawet uda się jej przeżyć, to nigdy nie będzie mogła opowiedzieć o tym, przez co przeszła, że nigdy nie będzie mogła powiedzieć prawdy: że została porwana, była trzymana w niewoli i gwałcona. Rodzice kochają ją, ale ich szczęście zrujnowałaby wiedza, że ich najstarsza i najpiękniejsza córka została „popsuta”. Jasmina nie mogłaby wyjść za mąż. Plotkowano by o niej, a plotka okryłaby hańbą całą rodzinę niewidocznym woalem skandalu. Dobre towarzystwo unikałoby jej rodziny. Trzeba pamiętać o tym, że na Bliskim Wschodzie za gwałt obwinia się kobietę. To dodatkowy, kulturowy aspekt tej sprawy pogłębiający dramat tych dziewcząt. Lana jednak rozgrzeszyła postępowanie Jasminy, mówiąc – Ale ktoś musi żyć, Jasmina. Ktoś musi opowiedzieć, co tu się działo.
I dzieje się nadal.
To ponadczasowa i stale aktualna opowieść o kobietach-ofiarach wojen na całym świecie. Tym tragiczniejsza dla kobiety, im niżej stoi na drabinie pozycji społecznych w danej kulturze. Te wspomnienia to tak naprawdę książka o mężczyznach i kobietach, o wojnie i gwałcie jako zjawisku towarzyszącym konfliktom zbrojnym i instrumencie walki w myśl zasady obowiązującej od zawsze w dziejach ludzkości, którą celnie podsumowuje i oddaje cytat przytoczony przez autorkę:

Tak jest, było i niestety będzie (jestem tutaj pesymistką), a kobietom pozostaje tylko wybór.
Jeśli mężczyźni, pomimo mojego ostrzeżenia przeczytali moje wrażenia polekturowe i poczuli się urażeni, to przypomnę wyjątkową, bo budującą postawę autora a zarazem bohatera wspomnień Nikołaja Nikulina Sołdat, który cudem wyniósł z wojennej apokalipsy upodlenia nie tylko nienaruszony system wartości moralnych wpojonych mu przez rodziców, ale, paradoksalnie, umocnił się w nim, dzięki właśnie wojennym przeżyciom. Niestety ten wyjątek tylko potwierdza regułę. Ale, jak widać i co udowadnia, mężczyźni też mają wybór, bo jedyne co człowiek musi (jak gdzieś przeczytałam, ale nie pamiętam gdzie), to umrzeć.
Reszta jest kwestią wyboru.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 02 lutego 2016
Wampir z Zagłębia – Przemysław Semczuk



Wampir z Zagłębia – Przemysław Semczuk
Wydawnictwo Znak , 2016 , 382 strony
Literatura polska


Poważny reportaż, o bardzo poważnej sprawie, a ja się śmiałam!
W końcu chodziło o jedno z najdłuższych, bo siedmioletnie, i najtrudniejszych śledztw, jakie prowadziła milicja w latach 60. i 70. ubiegłego wieku, a może nawet w dziejach PRL. 24 brutalne ataki na kobiety, 14 zamordowanych, 6 ciężko rannych, 141 tomów akt liczących przeszło 50 000 stron oraz setki dodatkowych dokumentów i dowodów rzeczowych, taśm magnetofonowych, filmów, zdjęć i szkiców. 10 procent ogólnego, ówczesnego stanu służb mundurowych zaangażowanych w śledztwo. Bywały dni, kiedy nad sprawą pracowało ponad tysiąc osób; w chwili szczególnego zagrożenia padł rekord: trzy tysiące milicjantów, ormowców i żołnierzy. Do tego 100 funkcjonariuszek mających zwabić mordercę i prośba o pomoc skierowaną do amerykańskiego i niemieckiego specjalisty.
A ja się śmiałam!
Ale jak nie śmiać się, gdy jest się świadkiem komicznych scen i absurdu. Śmiertelnego absurdu. Bohater reportażu padł jego ofiarą. Nie żyje. Wyrok wykonano 26 kwietnia 1977 roku. 13 lat po pierwszym morderstwie w listopadzie 1964 roku.
Chociaż... czy ofiarą?
O Wampirze z Zagłębia było tak głośno, że nawet ja, ówcześnie jeszcze małe dziecko, słyszałam o nim. Docierały do mnie wprawdzie strzępy informacji, ale na tyle istotne, że w dorosłości orientowałam się kim był i że został skazany wyrokiem sądu na śmierć. Wątpliwości, czy oskarżono odpowiedniego człowieka, pojawiały się już w trakcie śledztwa, a nasiliły po wykonaniu kary.
Ta pozycja próbuje jeszcze raz przyjrzeć się sprawie Zdzisława Marchwickiego i drobiazgowo przeanalizować ją od początku do końca. Włącznie z jej konotacjami. Autor rzetelnie przedstawił istniejące opcje winy i niewinności Zbigniewa Marchwickiego. Rozpoczął swoje śledztwo od wizyty na cmentarzu w poszukiwaniu jego grobu. Nie znalazł. To pierwsza z kolejnych i licznych zagadek sprawy Zbigniewa Marchwickiego i pierwsze pytanie, budzące wątpliwości – dlaczego władze za wszelką cenę chciały wymazać pamięć o Marchwickich, skoro zaledwie trzy lata wcześniej czyniły wszystko, aby dowiedziała się o nich cała Polska? Takich pytań w miarę czytania reportażu pojawiało się coraz więcej. Autor, aby ułatwić mi poszukiwanie odpowiedzi na nie, dostarczył mnóstwo rzetelnego materiału ku temu. Opisał środowisko, w którym funkcjonował skazany oraz jego sytuację rodzinną. Scharakteryzował członków rodziny, którzy potem stali się współoskarżonymi – bracia, siostra i jej syn. Metody zabójstw, ich okoliczności i ofiary. Oddał atmosferę psychozy wśród Ślązaków nasilaną publikacjami, z którymi polemizował – artykuły w prasie, filmy, książki, a nawet wystawa. Odtworzył przebieg procesu i rozpraw. To właśnie one wprawiały mnie w humorystyczny nastrój. Prymitywizm zachowania, rozumowania i wysławiania się oskarżonych oraz inteligentne wypowiedzi, wykrzykiwane riposty i piętnowany przez sędziów homoseksualizm Jana Marchwickiego, brata Zdzisława, kłótnie między oskarżonymi, tworzącymi tak bujne wiązanki wulgaryzmów, że aż piękne, w obliczu powagi sądu, usiłującego nad tym rozgardiaszem zapanować, tworzyły mieszankę idealną do scen filmowych Stanisława Barei. Jedna z ówczesnych dziennikarek, Elżbieta Cierlica, wspomina te rozprawy w ten sposób – Na procesie działy się różne rzeczy. Jak w teatrze. Wyciszony lub pobudzony Zdzisław Marchwicki z oczopląsem. Jan Marchwicki głośno demaskujący agentów SB i homoseksualistów w strukturach KC czy KW. Siostra Halina artystycznie klnąca na jednym wydechu przez pięć minut wulgarne wiązanki. Do tego mdlejące kobiety w sali rozpraw i rodziny zamordowanych ubrane na czarno, płaczące i zawodzące oraz powaga sędziego, który próbuje pozyskać zeznania od świadka:

Absurdalne sytuacje i groteskowe sceny!
I tę makabreskę całego śledztwa i procesu świetnie udało się autorowi przedstawić. Nic nie pasowało do siebie, a mimo to wymiar sprawiedliwości mielił tę sprawę, bo jedna z ofiar była siostrzenicą Edwarda Gierka. I to tło polityczne również autor nakreśla. Przytacza w całości raport amerykańskiego psychiatry Jamesa A. Brussela. Poszerza swoje dociekania o równie znane w ówczesnym okresie morderstwa mniej lub bardziej powiązane ze Zdzisławem Marchwickim znane pod nazwami: Władca Much, Pętlarz czy Fantomas. Swoje śledztwo uzupełnia cytowanymi dokumentami z procesów oraz publikacjami w mediach – zeznaniami, protokołami, wywiadami, wspomnieniami, fragmentami wypowiedzi i dialogów, pamiętnikiem Zdzisława Marchwickiego, raportem amerykańskiego psychiatry, a także listami i donosami anonimowymi lub imiennymi od obywateli. W tym od rzekomego Wampira z Zagłębia. W aneksie dołączonym do książki dodatkowo umieszcza pisma urzędowe skazanego, notatki służbowe, protokoły z przesłuchań w pełnym brzmieniu oraz bardzo użyteczne kalendarium wydarzeń.
Autor dołożył ogromnych starań i dużego nakładu pracy w dostarczeniu mi maksimum materiałów, w tym źródłowych, abym mogła sama przyjrzeć się jej i samodzielnie odpowiedzieć sobie na pytanie – czy Zbigniew Marchwicki był Wampirem z Zagłębia? Sam autor, pomimo swojej dociekliwości, przyznał się – Czytając akta sprawy, publikacje prasowe, relacje świadków, a nawet zeznania samego Zdzisława Marchwickiego, wielokrotnie wątpiłem. Raz byłem przekonany o jego winie, by już po chwili uznać go za niewinnego. Nie udało mi się znaleźć jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy Zdzisław był Wampirem. Mam jednak na ten temat własne zdanie.
Akurat na to pytanie najłatwiej sobie odpowiedziałam. Nie wierzę, że Zdzisław Marchwicki był Wampirem z Zagłębia. Ale to nie oznaczało dla mnie, że nie zabił. Trudniej odpowiedzieć mi było na pytanie – czy Zdzisław Marchwicki był w ogóle mordercą? I to jest ten krok następny, który uczynił w swoim śledztwie autor, sugerując inny tok rozumowania i nowego wątku w sprawie, stawiając skazanego w zupełnie innym świetle nowych okoliczności, z zupełnie innymi pytaniami.
Ale czy z innym wyrokiem?
Tego nie wiem. Autor zadbał, aby jego dochodzenie nie było jednoznaczne i narzucające poglądy. Chociażby z szacunku dla inteligencji czytelnika, któremu pozostawił budowanie samodzielnych wniosków i z szacunku dla skazanego, który być może został zamordowany w świetle prawa. Przy okazji pokazał pracę milicji i działanie wymiaru sprawiedliwości w czasach PRL i ich uzależnienie od decyzji władz partyjnych. Jest jeszcze inny wymiar tego reportażu – czysto ludzki. Jeśli spojrzy się na to śledztwo od strony człowieczej wszystkich bohaterów, to można zobaczyć, nie tylko bezsilność jednostki wobec ówczesnego prawa sterowanego przez decydentów, ale i ujrzeć największych morderców w tamtych czasach – tchórzostwo i ambicja po trupach.
Dosłownie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wampir z Zagłębia [Przemysław Semczuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

To jeden z filmów z 1981 roku opowiadający o Wampirze z Zagłębia, o którym autor napisał - Wizja artystyczna - jak to często bywa - rozminęła się z rzeczywistością. Za to była zgodna z linią prokuratora, za którym stali decydenci.
niedziela, 31 stycznia 2016
Kolor magii – Terry Pratchett



Kolor magii – Terry Pratchett
Przełożył Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka ; Wydawca Fantastyka , 1994 , 245 stron
Seria Nowa Fantastyka ; Cykl Świat Dysku , część 1
Literatura angielska


Za Światem Dysku albo się przepada, albo nie!
Stoję gdzieś pomiędzy tymi opcjami. Chociaż na początku byłam pełna entuzjazmu po zachwytach jego licznych fanów. To pod ich wpływem sięgnęłam po pierwszą część otwierającą cykl, który jest tak liczny w tomach, rozbudowany, skomplikowany, zazębiający się podcyklami i częściami, a przez to złożony, że fani, na oficjalnej stronie jemu poświęconej Polski Portal Świata Dysku, zbudowali mapę nawigacyjną. Urzekła mnie też grafika Josha Kirby’ego.

Wikipedia

Uwielbiam taką kreskę oraz wielość i dbałość o szczegóły składające się na sceny, w których lubię „grzebać”, bo za każdym kolejnym spojrzeniem odkrywam nowy detal. Potrafię wpatrywać się w nie godzinami. Stale do nich wracać. Z tych dwóch powodów byłam więc pozytywnie nastawiona i przygotowana na wejście w świat wyjątkowy.
I taki on był!
Trochę podobny charakterem do rysunków ilustratora. Gęsty od licznych przygód, nagłych zdarzeń i wydarzeń, których stopień niebezpieczeństwa był w pełni kontrolowany. Tutaj nawet Śmierć (rodzaju męskiego) wzbudzał sympatię. Odmienny i przebogaty w strukturze i budowie kreowanej rzeczywistości Świata Dysku. Charakterystyczny i niepodobny do żadnego innego. Zaprzeczający znanym prawom fizyki i logiki, a przez to pozwalający na zaskakujące niespodzianki. To samo dotyczyło bohaterów. Było ich bardzo dużo, a mimo to nie gubili się i nie rozmywali się w tym gąszczu. Każdy był wyjątkowy i specyficzny. Mrowiło się od nich na każdej stronie i stale pojawiali się nowi – herosi, smoki, potwory, stwory i istoty podobne do ludzi, chociaż odmienne w swoich wyglądach, zdolnościach i mocach, którymi władały. Różnili się bardzo, a jednocześnie byli tak bardzo mi bliscy z powodu swoich aż nazbyt człowieczych wad i zalet. Częściej tych pierwszych niż drugich.
Pierwszy zgrzyt w moich zachwytach pojawił się już na początku.
Czytam sobie o fantastycznym świecie gdzieś w Kosmosie leniwie przemierzanym przez wielkiego żółwia A’Tuin’a, który oczami wielkimi jak morza, przesłoniętymi bielmem i pyłem asteroidów, spogląda nieruchomo w Cel. A na nim cztery gigantyczne słonie. A na ich spalonych gwiazdami , szerokich barkach spoczywa krąg Świata, na całym obwodzie otoczony girlandą wodospadu, a od góry przykryty jasnobłękitną kopułą niebios. A w nim, wśród innych krain, Brunatne Wyspy z podwójnym miastem Ankh-Morpork, złożonym z dumnego Ankh i zapowietrzonego Morpork. Aż tu nagle, w tym, odkrywanym równolegle do mojego, diametralnie innym świecie pojawia się mężczyzna w koszuli kwiecistej z aparatem fotograficznym na szyi. Żywcem przeniesiony z mojego, współczesnego mi świata! Turysta dla mnie albo oglądacz dla tubylców, dla których nazwa nie miała żadnego znaczenia, bo i tak ostatecznie sprowadzała się do jednego słowa – idiota. Dwukwiat, bo tak się nazywał przybysz, znudził się siedzeniem przy biurku i zliczaniem cyfr. Zamarzyła mu się Przygoda! Chciał zobaczyć prawdziwe Morpork: targ niewolników, Domy Ladacznic, Świątynie Pomniejszych Bóstw, Gildie Żebraków, prawdziwą bójkę w tawernie, bohaterów i wszystko to, o czym tylko słyszał, a chciał doświadczyć osobiście. Jego przewodnikiem został, na polecenie patrycjusza, a trochę w wyniku szantażu, Ricewind. Niedoszły mag, który w rezultacie nieszczęśliwego wypadku – opuścił uczelnię znając tylko jedno zaklęcie i mnóstwo języków, dzięki którym zarabiał na życie. Otrzymał jedno, odpowiedzialne zadanie – Dwukwiat miał powrócić do domu żywy i zadowolony, z dobrą opinią o Ankh-Morpork i krainie, w której leży. Od tego momentu zaczyna się wir przygód, w których przeszczęśliwie, beztrosko i z niezmiennym zachwytem oraz zawsze chętnie brał udział Dwukwiat, a w których nie chciał, ale musiał brać udział, z duszą na ramieniu i Śmiercią za plecami, Rincewind, pilnujący, by gościowi nic złego się nie przytrafiło, a najbardziej utrata życia.
Sposób narracji, w jaki zostały te przygody opowiedziane, spowodował drugi zgrzyt.
Z jednej strony autor poprowadził ją dynamicznie i inteligentnie, posługując się ironią, absurdem i humorem sytuacyjnym oraz słownym. Użył hipermetafor silnie oddziaływających na moją wyobraźnię oraz hiperporównań, które nie pozostawiały cienia wątpliwości i milimetra marginesu na inny odbiór niż ten, sugerowany przez autora. Jeśli brzmienie głosu miało być niskie i dudniące, to jego „usłyszenie” ułatwiało takie sugestywne zdanie – odpowiedział głos za plecami ( tonem, który malował w wyobraźni obrazy podwodnych otchłani i stworów zaczajonych wśród raf). Drapanie po brodzie zabrzmiało tak, jakby jeżozwierz torował sobie drogę przez ciernisty gąszcz. Z kolei smok nie latał sobie ot tak, zwyczajnie. Smok rozcinał powietrze w pogoni za wysokością!
I to było piękne!
Doceniam tę stronę sposobu narracji. Jednak z drugiej strony komediowy charakter przygód nie rozbawiał mnie. Podejrzewam, że nie odbieram angielskiego poczucia humoru, a takim posługuje się podobno autor, ponieważ we wstępie przeczytałam – Terry Prachett jest człowiekiem o ogromnej żywej ironicznej inteligencji i typowo angielskim poczuciu humoru. Wprzęgniecie gatunku fantasy w służbę satyry, by ukazać nasze człowieczeństwo pełne wad i przywar w krzywym zwierciadle, o które toczy się gra w kości między bogami na górze, nie odpowiada mi, bo nie bawi mnie. A przecież o ten uśmiech albo śmiech czytelnika zawalczył autor. Nie sięgnę po kolejne tomy cyklu (chociaż nie zarzekam się!), ale, mimo wszystko, namawiam innych do spróbowania.
Jest okazja odkryć w sobie angielskie poczucie humoru lub jego brak!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kolor magii [Terry Pratchett]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Film powstały na bazie powieści rozpoczyna się pięknie i oddaje bogactwo Świata Dysku, natomiast turysta Dwukwiat mnie irytował.
sobota, 30 stycznia 2016
Wyspa dusz – Sandi Tan



Wyspa dusz – Sandi Tan
Przełożył Dorota Stadnik
Wydawnictwo Remi , 2014 , 460 stron
Literatura amerykańska


Dawno, dawno temu żyła pewna rodzina, która uparcie szukała szczęścia...
Tymi słowami jednego z bohaterów można zacząć opowiadać o tej powieści i dalej kontynuować w tym samym stylu. Była sobie książka, w której autorzy postawili sobie za cel opisanie sytuacji w tak zwanym Trzecim Świecie po wyzwoleniu spod panowania Brytyjczyków, Francuzów i Holendrów. Na jej końcu znajdował się wywiad z kobietą, którą wymazano z historii Czarnej Wyspy. Jej nazwa była dosłownym tłumaczeniem z malajskiego, nawiązującym do jej burzliwej przeszłości z pirackich czasów przedkolonialnych. Największej wyspy w kształcie łzy spośród kilkudziesięciu wysp rozsianych wzdłuż równika. To tutaj nie wolno było wspominać zagadkowej postaci unikającej rozgłosu, której wywiad, ze wspomnianej wcześniej książki, wydarto. Takie czarne dziury w publikacjach historycznych na jej temat były normą. Biblioteka po bibliotece, książka po książce, linijka po linijce. Na trzech kontynentach. Każdy ustęp poświęcony pani był zamazany czarnym atramentem. A jeśli tekst na pani temat był dłuższy, brakowało całych kartek. Zostawał tylko ślad po ich wyrwaniu. – tłumaczyła nie mniej tajemnicza rozmówczyni z główną bohaterką powieści, która postanowiła znaleźć tego zjawiska przyczynę i odkryć tożsamość wielkiej nieobecnej nie tylko w oficjalnej historii Azji, ale i w nieoficjalnych dokumentach z archiwów objętych wysokim certyfikatem bezpieczeństwa.
I była sobie Ling, której historia nie zaczęła się w dniu urodzin w 1922 roku, ale siedem lat później. W dniu, kiedy po raz pierwszy ujrzała ducha. Dorastała z tym darem widzenia w Szanghaju. Dla jednych Perłą Orientu, dla drugich Siedliskiem Zła. A po przeprowadzce z ojcem i bratem bliźniakiem, na Wyspie Czarnej, a dla niej Wyspie Dusz. Nie duchów czy zjaw, ale właśnie dusz. Dla Ling nie miało znaczenia, czy dusza posiada ciało, czy widzi ją bez niego. Żyła w świecie, w którym dusze w ciele czy bez, tworzyły jedną rzeczywistość. Ludzie dbali o dobra doczesne świata materialnego, szanując przodków, którzy zmarli oraz miejsca ich pochówku. Dopóki ta ciągłość była zachowana, dopóty istniała równowaga między oboma światami i ich niezakłócone współistnienie.
Aż nadszedł czas przemian.
Wyzwalanie się kolonii i ich rdzennych mieszkańców, którzy wraz z władzą zaczęli przejmować również zachodni styl życia i obcy kulturowo światopogląd marksistowski. Zaczęli zapominać o przodkach. Niszczyć cmentarze i miejsca kultu. Wypierać się swojej wiary i porzucać wierzenia. Tracić korzenie swojej tożsamości kulturowej.
Ling była jedną z dwóch osób, które mogły tę równowagę przywrócić.
Miała dar nie tylko widzenia i słyszenia, ale i rozmawiania z duszami. Z czasem nauczyła się wykorzystywać ich moc do walki z ludźmi niszczącymi wyspę politycznie i gospodarczo. Poszła na wojnę z decydentami a zarazem byłymi przyjaciółmi, którzy wymazali ją z przeszłości wyspy. To ta warstwa osobista i indywidualna była na pierwszym planie tej historii, dla której wydarzenia historyczno-polityczne były tylko tłem. Jej główną bohaterką była Ling o stale zmieniającym się imieniu, a głównym wątkiem - jej życie, poprzez którego uwikłanie w dramatyczne wydarzenia wyspy obserwowałam przyczyny i proces utraty tożsamości jej mieszkańców oraz walkę kobiety-medium z armią duchów o podtrzymanie i kontynuację tradycji narodu. Zafascynowana egzotyką kraju, z ogromnym zainteresowaniem śledziłam jej trudne dzieciństwo w rozpadającej się rodzinie, dramatyczne dorastanie w rujnowanym kraju, a potem nieszczęśliwe życie dojrzałej kobiety, by uratować siebie i wyspę. Oglądałam rzeczywistość jej wszystkowidzącymi oczami, obserwując rozwój daru widzenia dusz, którego początkowo nie rozumiała, a potem tolerowała jako swoje przekleństwo, nie przyznając się do niego przed innymi, by ostatecznie zaakceptować go i nauczyć się z nim nie tylko żyć, ale również nad nim panować oraz świadomie wykorzystywać.
Momentami tak opowiedziane, jak baśń.
Gęstą od szczegółów i detali w opisach rozgrywających się scen. Przesiąkniętą krwią, perwersyjną erotyką i emocjami ludzi żyjących i nieżyjących. Mniej lub bardziej niebezpiecznych spotkań z krwiożerczymi menadami, apsarami, badim, demonami, pontaniakami, bomohami i upiorami, które nie były ani złe, ani groźne. Po prostu tkwiły w absurdalnej sytuacji, ponieważ ich życie dobiegło kresu, a one nie potrafiły tego zaakceptować. Liang miała co robić wśród przyjaciół-wrogów i wśród zjaw.
W efekcie musiała zniknąć z pamięci słowa drukowanego dla dobra historii wyspy, którą próbowała przywrócić tajemnicza rozmówczyni u kresu życia Ling.
To opowieść, która winą za utratę tożsamości kulturowej przez byłe kolonie obarcza nie tylko kolonizatorów, ale również samych mieszkańców. Przy okazji pokazuje, jak bardzo ten proces jest skomplikowany przez uwikłania w zależności i pragnienia ludzkie.
I jak na baśń przystało, był sobie również morał – historię buduje małostkowość, egoizm i okrucieństwo ludzkich istot, które w swej bezwzględności i brutalności przerastają nawet krwiożerczość świata duchów. Na zgubę nie tylko przeszłości, ale i własnej przyszłości.
I pomyśleć, że to wszystko tylko w poszukiwaniu szczęścia...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A utaj obejrzałam sobie trailer książki oddający jej nastrój.
niedziela, 24 stycznia 2016
Tajemnica urwisów z Parkowej – Agnieszka Galewska



Tajemnica urwisów z Parkowej – Agnieszka Galewska
Warszawska Firma Wydawnicza , 2011 , 98 stron
Literatura polska


Tę książeczkę będę darzyła ogromnym sentymentem!
Jest niewielka, bo liczy sobie zaledwie 98 stron, ale dla mnie to wielka bohaterka spotkania z pisarką, które zorganizowałam dla mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. To nieważne, że jej fabuła mogła być dla niej zbyt infantylna. Moi nastolatkowie mają od 16 do 19 lat, a bohater powieści to zaledwie dziewięcioletni Romek Dzięcioł. Chłopiec, który, po przeprowadzce z centrum miasteczka na jego obrzeża, zamieszkuje przy ulicy Parkowej. Poznaje rówieśników z nowej okolicy i zakłada tajne stowarzyszenie tylko dla chłopców, którego nazwa mówi wszystko – Tajemnica urwisów z Parkowej. Jej członkowie składają taką przysięgę:

Już sama treść sugeruje przygodowo-humorystyczny charakter fabuły. I dokładnie taki on jest. Chłopcy broją, przeżywają, wymyślają i organizują szalone zabawy, złośliwe psikusy, trochę niebezpieczne wybryki i odważne pomysły, których ofiarą padają głównie dziewczyny. Największy wróg chłopców w tym wieku, który potrafi tylko trajkotać, piszczeć i bawić się lalkami. Wojna chłopięco-dziewczęca to główny wątek opowiadanych przygód z lat 80. ubiegłego wieku. Słowa: Pewex, mały Fiat, Polonez, milicjant oraz rzadko występujące współcześnie imiona dzieci, utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Autorka, mimo że książkę wydała współcześnie, chciała przypomnieć sobie swoje dzieciństwo, pokazać je swoim dzieciom oraz dzieciom, które uczy, ponieważ jest polonistką w szkole podstawowej. Również wszystkim innym małym czytelnikom, ciekawym dzieciństwa rówieśników sprzed kilku dekad. Jak bardzo dziewczynki i chłopcy byli kreatywni, pomysłowi i jak często wspólnie spędzali czas poza domem. Przy okazji ukazała silne więzi rodzinne i bliskie relacje z dziadkami i rodzicami, których często prosili o pomoc w organizacji zabaw lub pomagali im w pracach domowych. Nie odczułam braku telefonów, komputerów i Internetu. Tę sferę w zupełności wypełniały wydarzenia, które były skutkiem zwariowanych pomysłów i których konsekwencje mali bohaterowie musieli ponosić. Czułam atmosferę tamtych lat, w których przygoda czaiła się za rogiem domu, na łące, w parku czy nad rzeką. Nie bez znaczenia było również miejsce akcji – ulice i podwórka naszego miasteczka.
Ale nie tylko z tych powodów wybrałam tę książkę na bohaterkę spotkania.
Dla mnie równie ważna, jeśli nie najważniejsza, była autorka, która nie tylko wymyśliła urwisa Romka Dzięcioła, nie tylko przelała jego przygody na papier, ale jeszcze wydała je w postaci książki. Była dla mnie przykładem osoby odważnie stawiającej sobie cele i konsekwentnie, skutecznie je realizującej. Dla młodzieży z małego miasteczka taki przykład kreatywnej i przedsiębiorczej osoby to idealna motywacja do działania i żywy przykład spełniania marzeń. Mieli okazję realnie poznać osobę, która jest ich sąsiadką, pracującą, posiadającą rodzinę, a jednocześnie odważnie realizującą pomysły, które, w ich mniemaniu, są możliwe do spełniania tylko przez wybranych. Kompleks prowincji dotyka przynajmniej połowy zamieszkującej ją młodzieży. Wiem z doświadczenia, ile energii trzeba jej przekazać i ile konkretnych przykładów pokazać, by uwierzyła w swoją wartość i własne możliwości. Stąd pytań do autorki było dużo – a jak, a dlaczego, a skąd, a w jaki sposób i co czuje się, gdy zdobywa się ten życiowy Mount Everest? Otrzymali dużo pozytywnych, motywujących odpowiedzi oraz jedną radę – koniecznie marzyć i te marzenia powolutku spełniać. Da się! A ona jest tego najlepszym przykładem, który nie spoczywa na laurach! Ma w planach kolejną, już zaczętą powieść. Tym razem dla dorosłych, ponieważ jej bohaterką uczyniła kobietę. Tyle zdradziła nam autorka.

Po reakcji młodzieży wiedziałam, że przynajmniej trochę skruszyłam ten mur niepewności, ukazując im kryjące się za nim możliwości podbijania świata. I nie mam tutaj na myśli tylko spektakularnych planów, jak napisanie książki czy wybranie się w podróż dookoła świata. Wystarczy, jeśli na początku odważy się na pierwszy krok - zabrać publicznie głos na spotkaniu. Dla osoby nieśmiałej to jest jej Mount Everest. Jestem z nich taka dumna, kiedy widzę, jak zdobywają te pagórki, wzgórki, górki, a potem wysokie góry świata. Taka niewielka książeczka, a jakie cuda potrafi zdziałać!
Najprzyjemniejsze w tym wszystkim jest to, że jestem świadkiem tych cudów.

sobota, 23 stycznia 2016
Dżihadystka – Anna Erelle



Dżihadystka: relacja z wnętrza komórki rekrutacyjnej Państwa Islamskiego – Anna Erelle
Przełożył Marek Chojnacki
Wydawnictwo Sonia Draga , 2015 , 285 stron
Literatura francuska


To jednak jest taka kultura...
Z takim komentarzem odebrałam tę książkę z rąk mojej bibliotekarki w bibliotece publicznej, która, jak zaznaczyła, już ją czytała. Nastawiłam się więc na szeroko pojętą analizę zjawiska dżihadu, terroryzmu i Państwa Islamskiego. Po kilkudziesięciu stronach zaczęłam się powoli rozczarowywać treścią. Z takim uprzedzającym mnie nastawieniem i po rewelacyjnym reportażu śledczym Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu nic dziwnego, że byłam zaskoczona i lekko zirytowana jego zupełną odmiennością formy przekazu. Nie chcę używać słowa „jakością”, bo skrzywdziłabym autorkę. Przyczyna tkwi w moim nastawieniu, ale jeśli zrozumie się, że to jest inny rodzaj reportażu, napisany w innej formie i inną techniką, nabiera on dużej wartości.
I tak należy go zacząć czytać – bez uprzedzeń i opinii innych!
Po pierwsze nie jest to jakakolwiek analiza jakiegokolwiek zjawiska. Po drugie nie pada w nim ani razu słowo „kultura” lub pochodne sugerujące dziedzictwo narodowe w tym ujęciu jakiegokolwiek państwa. Ten reportaż śledczy nazwałabym „surowizną” relacji z pracy dziennikarskiej autorki, ukazujący techniki, metody i niebezpieczne warunki pracy reportera. Na dodatek nieprofesjonalnie przesiąknięty osobistymi emocjami okazywanymi, między innym, w taki sposób – Miałam ochotę napluć im w twarz, ale nie dawałam tego po sobie poznać. W przypadku Bilela... (zdanie, które nastąpi, nie jest ani poprawne, ani nie spełnia wymogów etyki dziennikarskiej, ale najlepiej tłumaczy moje uczucia) mam ochotę go wydymać. To historia relacji, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, nawiązanej poprzez Internet, a potem rozmów kontynuowanych poprzez Skype, z wysoko postawionym dżihadystą w Państwie Islamskim – Abu Bilelem. Szefem francuskich dżihadystów i prawą ręką samego przywódcy samozwańczego kalifatu Abu Bakry al-Baghdadiego. Dziennikarka paryskiego tygodnika informacyjnego, nawiązując kontakt z tym bardzo niebezpiecznym mężczyzną, początkowo nie miała świadomości, z jak ważną osobą dla świata polityki międzynarodowej rozmawia i jak ważne fakty o działaniach militarnych z samego źródła informacji otrzymuje.
A początki były niepozorne.
Autorkę, jako specjalistkę od spraw Bliskiego Wschodu, interesowały zachowania ludzi wynikające z egzystencjalnego zagubienia i braku orientacji we współczesnym świecie prowadzące do destrukcyjnych działań, bez względu na pochodzenie, środowisko wychowawcze i odrzucenie społeczne, skrupulatnie wykorzystywane przez radykalny islam. Jak sama tłumaczyła swoje postępowanie – Chciałabym zrozumieć wszelkie odmiany „internetowego dżihadu”, drążąc temat dopóty, dopóki nie uda mi się odsłonić korzeni zła niszczącego całe rodziny, niezależnie od religii, z jakich się wywodzą. Chcę obnażyć mechanizm, przez który te dzieci wpadają w pułapkę propagandy, pokazać, co tam, na miejscu, skłania bojowników do tego, że gotowi są za dnia torturować, rabować, gwałcić i ginąć, a wieczorem przed komputerem chwalić się swoimi sukcesami z dojrzałością nastolatków przykutych do gier video.
Do tego celu stworzyła sobie internetowy profil, przyjęła imię Mélodie, zbudowała tożsamość awatara o osobowości dwudziestoletniej dziewczyny, zagubionej, naiwnej oraz zrezygnowanej i udostępniła na swoim profilu film z dżihadystą w roli głównej. I to właśnie ten film był początkiem znajomości z Abu Bilelem, bohaterem filmu. To on ją „zaczepił”, przesyłając bardzo bezpośrednie pytania, jak na pierwszy kontakt, o światopogląd, wyznanie i chęć wyjazdu do Syrii. Początkowo dziennikarka nie wiedziała, co robić, ale świadomość, że rozmowa z tym dżihadystą stanowi może niepowtarzalną szansę dotarcia do cennego źródła informacji na temat działań propagujących terroryzm islamistyczny w Internecie, które media określają mianem - Dżihad 2.0. Pozostawała tylko kwestia etyki zawodowej. Podawanie się za inną osobę i zatajenie swojej profesji nie było zgodne z zasadami dziennikarstwa, ale to dylemat każdego dziennikarza śledczego. Nie był wolny od tych wątpliwości nawet znany reporter śledczy Antonio Salas w Ja, terrorysta. Autorka swoje zachowanie tłumaczyła – Ze ściśle etycznego punktu widzenia moja metoda może się wydać wątpliwa. Jednak w dobie uświęconej komunikacji ta organizacja terrorystyczna czyni wszystko, by propagować swoje idee i pozyskać dla siebie jak najwięcej ludzi. Dokonałam wyboru. Abu Bilel nie zostanie bohaterem reportażu. Chcę przesiać jego słowa przez sito, oddzielając prawdę od fikcji.
Od tego momentu, dzięki żywej relacji pełnej opisów scen wirtualnych spotkań i przytaczanych dialogów, mogłam obserwować rekrutację młodych ludzi, a w tym przypadku dziewcząt, w ramach Dżihadu 2.0. Autorka obnażyła psychologiczną warstwę procesu werbunku od nawiązania kontaktu z rekrutem, manipulację słowną i emocjonalną, poprzez instrumentalizację wiary islamskiej, fałszywe obietnice i tendencyjne argumenty, aż po procedury organizacyjne przerzucania zwerbowanych z Europy i innych krajów świata do Syrii. Demaskuje przy tym osobowość swojego rozmówcy, pisząc – Ten obłąkany morderca całymi dniami odbiera innym życie, a w wolnych chwilach przekonuje dzieciaki takie jak Mélodie, by przyjechały do niego szukać śmierci. I to mu się (i jemu podobnym) skutecznie udaje. Autorka przytacza na końcu statystyki, w których między innymi podaje dane szacunkowe zwerbowanych – Wśród narodowości z dwudziestu dwóch różnych krajów wymienia się oficjalnie 1089 Francuzów, pochodzących z 87 departamentów. To według statystyk oficjalnych z 2014 roku. Z nieoficjalnych wynika, że jest ich dwukrotnie więcej. Wśród nich są chłopcy i dziewczyny, jak Mélodie. Ciekawa jestem, ilu jest tam Polaków? Autorka każe przy tym pamiętać, że za każdym zwerbowanym kryje się dramat ich rodzin.
I dokładnie o tym jest ten reportaż.
Ani słowa o jakiejkolwiek kulturze, jakiegokolwiek kraju arabskiego, a tym bardziej Państwa Islamskiego, którego ogłoszenie powstania kalifatu miało nastąpić dwa miesiące po rozgrywających się w tej książce wydarzeniach – wiosną 2014 roku. To dowód na to, że potrzebujemy więcej reportaży analitycznych, z profesjonalnym, bezstronnym komentarzem, wyjaśniającym trudne do zrozumienia zagadnienia współczesnego świata ludziom wychowanym w kulturze europejskiej. Jeśli takie „surowizny”, przeznaczone dla ludzi zorientowanych w temacie i potrafiących myśleć samodzielnie bez uprzedzeń, trafią jednak do czytelnika uprzedzonego i mało zorientowanego w temacie, to wnioski mogą być albo zgeneralizowane, albo absurdalne, albo fałszywe. Tragedia się pogłębia, jeśli to dotyczy ludzi propagujących książki zawodowo.
A przecież to bardzo ważny i cenny reportaż jest!
Jego wartość tkwi w przesłaniu, którym próbuje zwrócić uwagę dorosłych na kondycję psychiczną młodego pokolenie cierpiącego na ból istnienia. Bez względu na narodowość i wyznanie. Na konieczność jego ochrony przed niebezpieczeństwem działań Dżihadu 2.0, dającego mu to, czego nie otrzymuje od swoich rodziców, opiekunów i wychowawców - poczucie sensu życia. A jak bardzo ten sposób werbowania ludzi jest niebezpieczny, świadczy fakt, że dziennikarka zdemaskowana i obłożona fatwą, ukrywa się przed fanatykami, którzy chcą wykonać na niej wyrok - przeczytałam na okładkowym skrzydełku.
Anna Erelle to pseudonim.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dżihadystka [Anna Erelle]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

W tym filmiku, pochodzącym z artykułu Tak Państwo Islamskie werbuje kobiety w internecie, lektorka krótko i zrozumiale wyjaśnia, czym jest Państwo Islamskie.
niedziela, 17 stycznia 2016
Tak sobie myślę... – Jerzy Stuhr



Tak sobie myślę...: dziennik czasu choroby – Jerzy Stuhr
Wydawnictwo Literackie , 2012 , 269 stron
Literatura polska


Trzymam w dłoniach ten świat refleksji autora i tak sobie myślę...
Tak sobie myślę, że autor nie napisał tej książki o chorobie, o cierpieniu, procedurach leczenia, o walce z rakiem, o strachu przed śmiercią. Zupełnie nie. Napisał ją, aby właśnie od tego uciec. Stworzył dla siebie formę terapii słowem w postaci dziennika refleksji obejmującego niespełna rok przełomu lat 2011-2012. Zajął umysł wszystkimi innymi myślami, które odciągały go od tu i teraz w szpitalu. To ja tak sobie myślę, bo autor raczej dziwi się – Dlaczego akurat dzisiaj pociągnęło mnie to pióro? By kilkanaście dni później udzielić sobie odwiedzi – Ja tęsknię, żeby znów na chwilę być twórczym. Więc brnijmy w te strzępy, migawki, skrawki tego, co jeszcze być może dane będzie mi przeżyć. Zwłaszcza że nareszcie bez cenzury, w pełnej wolności słowa pisania na każdy temat. Nawet ten niezwiązany z zawodem, bo, jak podkreśla – doświadczenie z ponadtrzydziestoletnich moich publicznych wypowiedzi uczy, że nie zawsze wolno mi było wypowiadać się na tematy niezwiązane z branżą. A potem był list od wydawnictwa, które intuicyjnie wyczuło, że autor COŚ pisze, zapraszający do współpracy. A tutaj już napisane, w szaleństwie wolności słowa i myśli, o erotycznych fascynacjach aktorką z filmu Emmanuelle.

Już posypały się złośliwości i kpiny z kolegów aktorów. A przecież miało być ręcznie dla moich najbliższych. Trochę jednak tej „ręczności” zostało na wyklejkach i w środku tekstu:

I tak sobie myślę, że strasznie autor bazgrze. Trudno odczytać ręczne pismo, więc może i lepiej, że całość w druku została wydana. I jeszcze sobie myślę, że tak musiało być. Ta choroba i mnóstwo czasu na myślenie i pisanie, ta niedająca spokoju kreatywność i chęć tworzenia, pustka po działaniu prosząca o wypełnienie, ta ochota komentowania wszystkiego i wszystkich nareszcie bez ograniczeń, ta propozycja, że dlaczego tylko dla siebie i rodziny, że czytelnik też człowiek.
I stało się!
Po kilkudziesięciu stronach wsobnego pisania autor mnie zauważył, kierując do mnie te zdania – A więc niech będzie! Nie, nie dorównam literatom, pewnie sobie też wśród nich narobię wrogów, znowu przecież wpycham się na nie swoje podwórko, który to już raz? Ale co mnie ratuje: ciekawe, arcyciekawe życie, które miałem, i współczynnik szczerości i jak najdalej posuniętej prywatności, który, Drogi Czytelniku – bo teraz już taką figurę stylistyczną trzeba będzie przyjąć, będę Ci wyjawiał. Od tego momentu autor pisał również z myślą o mnie, wplatając łechcący mnie zwrot Drogi Czytelniku. Mogłam teraz tak sobie myśleć razem z autorem.
O wszystkim!
Oglądać zdjęcia prywatne i oficjalne, których mnóstwo w książce, a z których najbardziej przypadło mi do serca to:

Gdybać, analizować, podejrzewać, przypuszczać, wspominać, przypominać, przywoływać doświadczenia i te faux pas, i te zabawne, uchylać rąbka tajemnicy zawodowej aktora, odtwarzać chwile radosne i smutne z życia rodzinnego, komentować rzeczywistość, ustosunkowywać się do polityki, narzekać na poziom wychowania najmłodszych pokoleń, oceniać decydentów, uśmiechać się do osiągnięć i sukcesów, irytować się na brukowce, recenzować książki i filmy (dużo obejrzanych i przeczytanych takich samych) i wiele, wiele innych, na jakie przyszła ochota i czas. I tak prawie do końca dziennika gęstego od dat z widniejącą nazwą miasta aktualnego pobytu.
I ani słowa o raku!
Pojawia się dopiero w jednym z końcowych wpisów, kiedy po coraz dłuższych przerwach niepisania mogłam tylko domyślać się, że jest coraz lepiej, że idzie ku dobremu, że już niedługo oczekiwane wyzdrowienie, by nareszcie przeczytać radośnie pożegnalne zdanie – A więc, Drogi Czytelniku, zamieniaj się pomału w mego Drogiego Widza!
I tak sobie myślę, że to było specjalnie.
Tak bez martyrologii, medycznych szczegółów i użalania się na sobą. Że można o chorobie mówić bez jednego słowa o niej, bez nazywania jej, bez opisywania. Że to, co nas spotyka, może posłużyć czemuś innemu, korzystnemu. Że cierpienie można przekuć na słowa, myśli, refleksje, by dać nadzieję innym i wiarę w skuteczność nietypowego sposobu walki z chorobą ludziom w podobnej sytuacji. A że nie było łatwo i lekko, świadczy tylko dołączony na końcu książki wywiad udzielony jednemu z portali medycznych. To tam i tylko tam mogłam zobaczyć, jak bardzo było źle i beznadziejnie.
Autor o swoim dzienniku napisał – Ot, taki pamiętnik chorego inteligenta, który czasem bywa artystą. A ja sobie myślę, że to kotwica przywracająca środek ciężkości świata rzucona przez mądrego człowieka wszystkim tym, którzy znajdą się w skrajnej dla siebie sytuacji życiowej. Jakiejkolwiek.
Tak to sobie właśnie nad tą książką myślę...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Tak sobie myślę... [Jerzy Stuhr]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 16 stycznia 2016
Cień i kość – Leigh Bardugo



Cień i kość – Leigh Bardugo
Przełożyła Anna Pochłódka-Wątorek
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2013 , 378 stron
Trylogia Grisza ; Tom 1
Literatura amerykańska


Charakterystyczne kopuły Cerkwi Wasyla Błogosławionego w Moskwie widniejące na okładce natychmiast przykuły moją uwagę. Nie można ich utożsamić z żadną inną kulturą niż rosyjska. Ta sugestia graficzna miała swoje uzasadnienie. Tworzy bazę fabuły i największy atut tej powieści fantasy dla młodzieży. „Rosyjskość” w strojach, imionach, zwrotach i języku przesiąkniętym rusycyzmami buduje w powieści aurę tajemniczości i egzotyczności carskiej Rosji. Wszystko to, co kojarzy się z dawną Rosją, pełną wierzeń, wpływowych duchownych, książąt, carów, poddanych, walki o władzę, a nawet Syberii, zostało tutaj wykorzystane do stworzenia baśni pełnej czarów. Magii nie do końca niezrozumiałej, bo opartej na wykorzystaniu naturalnych sił natury przez człowieka, potrafiącego nad nimi zapanować i wykorzystać je do określonego celu. Od odpowiednio posiadanych zdolności zależała przynależność mieszkańców Ravki do określonej warstwy społecznej, których hierarchię znalazłam na wewnętrznej stronie okładki:

Najwyżej stali Griszowie. To oni posiadali największą moc i to do nich należała główna bohaterka Alina. Tyle że o swoim darze dowiedziała się dopiero jako nastolatka w skrajnej, przypadkowej sytuacji – ratując życie przyjaciela, Mala. Chłopca, z którym wychowywała się jako sierota na dworze jednego z książąt. Od tego przełomowego momentu dla ich przyjaźni i wspólnego życia rozpoczyna się opowieść o dziewczynie, która musiała diametralnie zmienić i przewartościować swoje dotychczasowe życie.
Upomniało się o nią przeznaczenie.
Wbrew sobie zamieniła trudną służbę dla króla jako kartografka na rolę jednej z Griszów. Trafiła na dwór królewski pełen intryg, zawiści, zależności, koligacji, dyplomatycznej wojny o wpływy i władzę, w której stała się najważniejszą osobą. Bardzo cenną kartą przetargową. Była Przyzywaczką Słońca. Osobą obdarzoną wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju mocą mogącą unicestwić Fałdę Cienia. Tego ukośnego pęknięcia z upiorami w środku pokazanego na mapie umieszczonej na wewnętrznej stronie okładki:

czarną linię, która odcięła Ravkę od jej jedynego wybrzeża i zamknęła ją w pierścieniu lądu. To Niemorze wypełnione martwymi, szarymi piaskami, którego próba przepłynięcia na skifach często kończyła się śmiercią śmiałków w szponach pilnujących go krwiożerczych wilkrów. Byli jednak tacy, którzy upiorną rozpadlinę chcieli poszerzyć. Mogli tego dokonać tylko z pomocą Aliny.
Walka o jej zaufanie, umysł, przychylność i moc nie była prosta.
Nie było łatwo również nastoletniej Alinie zagubionej w wirze ścierających się o jej dar potężnych mocy. Zrozumienie jej zagubienia i próby odnalezienia się w nowej i obcej dla niej sytuacji ułatwiała mi narracja dziewczyny. Wiedziałam i czułam tyle samo, co Alina. Budowałam zaufanie do otaczających nas osób, nie osądzając jej błędnych wyborów. Przedzierałam się przez surowość i oschłość osobowości innych ludzi, nie niecierpliwiąc się jej dystansem. Ulegałam urokowi Darklinga, pierwszym po królu, nie osądzając jej zapomnienia o pozostawionym przyjacielu. Przyzwyczajałam się do blichtru i odmiennego stylu życia na dworze, nie posądzając o wygodę i egoizm.
Rozumiałam ją.
Dokonałabym dokładnie takich samych wyborów i popełniłabym dokładnie te same błędy, jak Alina. Aż tak bardzo można utożsamić się z główną bohaterką, która pomimo odmiennego świata, w którym przeżywała przygody, jest tak bardzo współczesna każdej dziewczynie. Świat fantasy, przedstawiony tutaj z ogromnym wyczuciem nastroju, pełnym plastycznych obrazów malowanych słowem, gęstej warstwy emocjonalnej, jest tylko tłem do ukazania skomplikowanego życia jako gęstwiny trudnych i niebezpiecznych dróg, w której bohaterka szuka własnej drogi do prawdy. Jej busolą jest sumienie kierowane przez dobro, przyjaźń i miłość. O tym, czy nadal będzie prowadziło słuszną drogą, w kolejnych częściach trylogii z grafiką pięknie oddającą rosyjski klimat powieści:

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki

Urok opowieści dostrzegli filmowcy. Prawa do sfilmowania powieści wykupiła wytwórnia Dreamworks, a osobą odpowiedzialną za produkcję będzie David Heyman, producent filmów o przygodach Harry'ego Pottera - przeczytałam na okładkowym skrzydełku. Zanosi się na piękną baśń!
niedziela, 10 stycznia 2016
Tak to widzę – Irosław Szymański



Tak to widzę – Irosław Szymański
Ilustrował Jerzy Lipiec
Krajowa Agencja Wydawnicza , 1987 , 200 stron
Literatura polska


Boleśnie przekonałam się, że pokolenia dzieli również poczucie humoru.
Że różnimy się w nim narodami, że i czas może wpłynąć na jego odbiór, ale że dzisiejsi nastolatkowie mają zupełnie inne poczucie humoru niż ich rodzice czy dziadkowie? – tego się nie spodziewałam. Może rację ma autor, który na odwrocie książki tak ją rekomenduje:

Nie znałam kabaretu Loża 44, dla którego powstawały teksty autora. Sama dziwię się temu – jak to było możliwe? Kiedy przypominam sobie, kto w latach 80. ubiegłego wieku (jak to brzmi!) mnie rozśmieszał, to pojawia się kilka nazwisk – Bohdan Smoleń, Bronisław Opałka w roli Genowefy Pigwy, Zenon Laskowik czy Jan Pietrzak.
Teksty Loży 44 odkryłam niedawno i przypadkowo.
W trakcie imprezy czytelniczej - Noc Bibliotek. Każdy zaproszony uczestnik maratonu nocnego czytania miał przynieść ze sobą ulubioną książkę. Jej fragmenty mieliśmy czytać po kolei przez pięć minut aż do świtu. Teoretycznie! Wszyscy zgodnie kolejkowe czytanie zatrzymaliśmy na filigranowej, starszej pani, która przyniosła właśnie tę pozycję. Nie chcieliśmy już czytać! Chcieliśmy słuchać tylko jej interpretacji (a robiła to w sposób dystyngowany) tekstów Irosława Szymańskiego. Byłam tak zachwycona inteligentnym humorem, aluzyjnością, sugestywnością i sprytnym kamuflażem treści przemycanych do odkrycia absurdów rzeczywistości PRL-u (ale nie tylko), że wyszperałam sobie tę książkę na rynku wtórnym, by mieć ją na własność. Wprawdzie wszystkie teksty kabaretu Loża 44 można przeczytać na jego stronie internetowej Loża 44, ale wydane w formie książkowej mają w niej nadaną logiczną kompozycję i spójną całość. A poza tym są bogato ilustrowane zdjęciami wykonawców oraz niezwykle inteligentnymi rysunkami Jerzego Lipca,

Całość tekstu naśladuje formułę programu telewizyjnego z podanymi godzinami emisji audycji.

W książce są one jednocześnie tytułami rozdziałów, które rozpoczynają się od godziny 8:10, a kończą o godzinie 23:05. Ich tematyka jest tak szeroka, jak samo życie. Poruszają i omawiają w krzywym zwierciadle humoru, ironii i absurdu zwykłą codzienność przeciętnego obywatela w PRL, który ma zainteresowania, pasje, chodzi do lekarza, ogląda TV, spogląda w przeszłość i martwi się o duszę swoją w przyszłości, wstępując do piekieł. Wszystkie są komentarzem jego otoczenia, kluczem do ujrzenia go na nowo, które publikowane w programach telewizyjnych zostały zebrane tutaj w spójną całość. Jak napisał autor wstępu Franciszek Piątkowski – zbiór, który w całości jest zaproszeniem do gry, do łamania szyfrów i myślenia ze śmiechem.
Właśnie – myślenia!
Humor, żart, ironia, a nawet sarkazm jest po coś. Przynajmniej ja mam takie wyobrażenie, bo tak było od zawsze. Sokrates był tym, który odpowiedział ironią na celebrowaną uczoność sofistów. Franciszek Rabelais odpowiedział w swojej twórczości na celebrowaną i sztywną dworską etykietę. W skostniałych klasyków z oświeceniowych salonów uderzył ironiczny ton romantyków. Ironia Norwida była wyzwaniem rzuconym faryzejskim regułom gry i głupstwom zmarmurzonym na piedestałach. – zauważa autor wstępu, z którym się zgadzam. Te teksty są tej tradycji kontynuacją. Zmuszają do szukania drugiego dna. Do rozbierania tekstów na czynniki pierwsze i dopasowywania ich do skojarzeń z rzeczywistością, by ujrzeć ją bardziej ostro, dużo bardziej wyraźnie.
I wpadł mi do głowy pewien pomysł!
Podzielę się tymi tekstami z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą - pomyślałam. Poczytamy sobie, pośmiejemy się, poopowiadam im o życiu nastolatki w PRL. Zorganizowałam dwa spotkania podobne do tego, w którym sama brałam udział, z tą różnicą, że tutaj jedynym bohaterem była ta książka. Spośród bogactwa materiału wybierałam po kolei te najbardziej uniwersalne, by potem przejść do tych bardziej hermetycznych. Miałam świadomość, że nie każdy nastolatek zna niuanse rzeczywistości lat 70. i 80. i nie każdy będzie wiedział, co to jest na przykład asygnata. Wybór padł na Studio Sport,

Pamiętnik znaleziony w kaftanie i tekst, nad którym popłakałam się ze śmiechu – Z poradnika działkowicza.
I na tych trzech tekstach zakończyło się czytanie – niestety!
Rozmowa zeszła na zupełnie inne tematy bez zainteresowania pozostałą treścią. Przeżyłam zupełnie odwrotną sytuację do tej, w której uczestniczyłam w towarzystwie ludzi dorosłych. Zaskoczyło mnie to, ale i zasmuciło. Poczucie humoru współczesnych nastolatków jest zupełnie inne niż starszych pokoleń. Nie bawi ich myślenie podczas śmiechu. Wolą humor przaśny, dosadny, szybki, bezpośredni, mocny i wulgarny w przesłaniu i języku.
Rechot z demotywatorów.
Zastanawiam się, co będą prezentowały kabarety, by wzbudzić śmiech (o refleksji mogę pomarzyć), kiedy za kilka, kilkanaście lat dzisiejsi nastolatkowie, jako dorośli, zasiądą na widowni. Chyba nawet nie jestem tego ciekawa.
Tak to widzę.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Całość książki

Loża 44 w skeczu U dentysty.
sobota, 09 stycznia 2016
Makabryczna gra - Sebastian Fitzek



Makabryczna gra - Sebastian Fitzek
Przełożył Tomasz Bereziński
Wydawnictwo G+J , 2007 , 386 stron
Seria Danse Macabre
Literatura niemiecka


Sebastian Fitzek po raz drugi rewelacyjny!
Po Terapii tego autora sięgnęłam po jego kolejny thriller psychologiczny i nie zawiodłam się. Nie ma nic z kokieterii i na wyrost w opinii umieszczonej u dołu okładki tytułowej:

Tym razem zostałam przeniesiona do berlińskiego studia radiowego. Przy mikrofonie właśnie zasiadł Jan mówiący poważnym i rzeczowym głosem – Witaj Berlinie! Jest siódma trzydzieści pięć. Słuchacie swego największego koszmaru. I nie było w tych słowach nawet cienia metaforycznego odniesienia, bo rozpoczynającym poranną audycję nie był profesjonalny spiker czy dziennikarz. Nawet nie jakikolwiek radiowiec mający cokolwiek wspólnego z branżą. Słuchaczy witał zdesperowany mężczyzna, który wtargnął do studia, terroryzując pracowników. Chciał odzyskać utraconą partnerkę Leoni. Policja miała ją odnaleźć i dostarczyć mu. Stała za nim siła medialna radia, popularność programu rozrywkowego oraz zakładnicy, których zabijał za każdą źle udzieloną odpowiedź przez przypadkowo, telefonicznie wybranego słuchacza.
Berlin i okolice były sterroryzowane zanim upłynęła godzina.
Do negocjacji z porywaczem zaangażowano Irę. Psychologa kryminalnego. Wydawałoby się, że wraz z jej przybyciem na miejsce sytuację opanowano, a mnie czekało śledzenie rutynowej mediacji z porywaczem.
Nic z tego!
Zadziałał czynnik ludzki. Zmienny, nieprzewidywalny i niepewny. Jak zwykle zamieszał i zmienił ciąg wydarzeń w dobrze ułożonym planie. Zarówno porywacza, negocjatorki, jak i wszystkich pozostałych osób zaangażowanych w sprawę zaginięcia Leoni. Porywacz okazał się inteligentnym psychoterapeutą po szkoleniu z procedur negocjacyjnych. Ira na miejsce wydarzenia została wezwana w chwili, gdy popełniała samobójstwo, a w pracy miała opinię alkoholiczki zapijającej ból po stracie córki. Z kolei szef akcji podejmował nielogiczne i podejrzane decyzje. A nieobecna bohaterka i przyczyna śmiertelnego zamieszania, o którą toczyła się makabryczna gra przypominająca rosyjską ruletkę, od ponad pół roku... nie żyła.
Od tej absurdalnej informacji wszystko przyjemnie zaczęło się komplikować!
Profile psychologiczne bohaterów lub ich decyzje i zachowania, według których sama mogłam je sobie stworzyć w poszukiwaniu przyczyny zaistniałej sytuacji, a potem zdarzeń z niej wynikających. Kontakty, znajomości, koligacje i uzależnienia międzyludzkie mające wpływ na wzrost niebezpieczeństwa zagrożenia życia nie tylko zakładników, ale również porywacza i po kolei każdego zaangażowanego w negocjacje. Transparentność podejmowanych decyzji przez decydentów – z jednej strony coraz bardziej niezrozumiałych, a z drugiej strony, w miarę odkrywania mrocznej przeszłości Leoni, bardzo logicznych i tym bardziej śmiertelnie niebezpiecznych. Czy wreszcie tajemnice ukrywane przez wszystkie zaangażowane osoby, włącznie z porywaczem.
Nic nie było proste, jasne, a tym bardziej rutynowe.
Autor użył wszelkich dostępnych mu sposobów komplikowania fabuły, wiedzy psychologicznej w budowaniu wiarygodnych postaci i umiejętności operowania słowem budzącym emocje do tego stopnia, że przy jednej ze scen... wzruszyłam się.
A emocje przeszkadzają myśleć!
Nic dziwnego, że nie odkryłam prawdy i stojącego za nią nazwiska. Zostałam tak samo wciągnięta w tę makabryczną grę, jak każda osoba z tej balansującej na granicy histerii i paniki, w gruncie rzeczy bardzo wiwisekcyjnej historii. Nie było dla mnie taryfy ulgowej. Musiałam przejść przez koszmar Leoni, Iry (w tym przypadku bardzo terapeutyczny) i Jana, by zobaczyć w nim zagubionego człowieka w życiu. Tak naprawdę to ono jest prawdziwa grą, w której uczestniczymy codzienne. Czy makabryczną? Nawet jeśli nie, to zawsze taką może się stać. Stąd motto do tej powieści:

Zapraszam do osobistego przekonania się, jak życie gra z nami w rosyjską ruletkę! Zapewniam rollercoaster emocji!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 82
| < Luty 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29            
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w lutym w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (773)
Mój top czytanych w 2015
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi