Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 25 października 2014
Kiedy zapadła cisza – Jesse Ball



Kiedy zapadła cisza – Jesse Ball
Przełożyła Agnieszka Wądołowska
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 233 strony
Literatura amerykańska


Ten...
No właśnie! Musiałabym posłużyć się słowem, którego nie wolno mi użyć. Kryje ono w sobie bazę pojęciową, na której zbudowany jest pomysł tej, powiedzmy, powieści. Dlatego będę posługiwała się pojęciami bliskoznacznymi, mimo że nie oddadzą istoty całości. Jej charakteru i tej całej zawartości pojęciowej (włącznie ze skutkami dla bohaterów), która być może również mnie czytelniczkę może zaangażować i uczynić jednym z jej elementów. To z tego powodu również trudno mi dzielić się swoimi wrażeniami, jakie wywołała we mnie historia głównego bohatera – Ody Sotatsu. Młodego mężczyzny, który pewnego dnia został nagle aresztowany i osadzony w celi z zarzutami wielu morderstw. Problem polegał na tym, że Oda milczał, a rozmowa kogokolwiek z nim wyglądała zawsze tak:

Oskarżony, a może osaczony, otoczył się ciszą. Nikt nie wiedział, ani rodzina, ani przesłuchujący i pilnujący go ludzie - dlaczego przyjął taką postawę? Dlaczego milczenie miało być jego mową? Pozostawię więc zawartość treści fabuły na tej ilości informacji i przejdę do jej formy. Bardzo zmiennej i różnorodnej, a przez to ciekawej.
Początkowo miałam wrażenie, że czytam, a właściwie przeglądam, akta sadowe oskarżonego. Pełne listów, relacji dziennikarskich, stenogramów rozmów, wywiadów i przesłuchań bohaterów historii nagrywanych na taśmy magnetofonowe – Ody, jego rodziny, znajomych czy strażnika. I w tej pierwszej części, a zarazem największej objętościowo, opowieść przypominała kryminał sądowniczy ujęty w kartotekę, a raczej dramat rozpisany na role:

Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy książka nie powinna być oprawiona w okładkę stylizowaną na teczkę akt sądowych. Pomysł ten porzuciłam, kiedy przeczytałam część trzecią zawierającą wypowiedź znajomej Ody – Jito Joo. Tym razem zwarte, jednorodne wyznanie o jej roli w całym tym zamieszaniu, jakie wywołało zachowanie Ody. Przybrało ono formę opowieści psychologicznej. Tak przesiąknięte było wrażeniami i emocjami. By w części czwartej, ostatniej, za sprawą wywiadu ze znajomym Ody – Kakuzo, zmienić się z kolei w opowieść społeczno-filozoficzną. Wyjaśniającą ostatecznie wszystko – tajemniczą i nieugiętą postawę Ody, rolę Jito, zachowanie Kakuzo i wreszcie nawet nie przyczyny zaistnienia wydarzenia pierwotnego pociągającego za sobą skutki nawet śmiertelne, ale odpowiedź na pytanie – jak w ogóle mogło do czegoś takiego dojść? I tutaj też wreszcie pojawiło się to kluczowe słowo, o którym wspomniałam na początku. Słowo, które wzbudziło moje podejrzenie, co do roli tej powieści wobec mnie – czytelniczki. Pozostawiło mnie ono w zaciekawieniu, ale i w niedopowiedzeniu.
Czy poznałam prawdę, czy autor się mną zabawił?
Bo całość tej kartoteki dokumentów spina osoba narratora i jednocześnie autora, których łączy to samo imię i nazwisko. Autor wprowadza siebie do opowieści jako jej inicjatora. To on pod wpływem faktu z własnego życia, nagle zamilkłej żony, postanawia zgłębić zjawisko ludzi, którzy z dnia na dzień zatrzaskują się w sobie. Zapadają w ciszę dającą im poczucie dystansu do świata. Odchodzą do krainy milczenia, zrywając kontakt z najbliższymi. W swoich dociekaniach trafił na Odę Sotatsu z Japonii zamieszanego w sprawę pod nazwą Zaginięcia Narito. Autor-narrator miał nadzieję, że poprzez poznanie podobnego przypadku, rozwikła sekret żony, pisząc – wydawało mi się, że właśnie poprzez rozwikłanie tajemnic innych ludzi będę w stanie zrozumieć własne. Dlatego przyjął rolę detektywa i wyruszył do miejsca wydarzenia, do Osaki, próbując dotrzeć do osób związanych ze sprawą Ody. Wszystkie pozyskane materiały umieścił w książce, opatrując je swoimi komentarzami, które pełniły nie tylko rolę wyjaśniającą i uzupełniającą informacje, ale również spoiwa fabuły przydającej jej płynności. A wszystko po to, by pokazać w ten nietypowy sposób zawarte w niej przesłania. A jest ich tutaj bezliku. Wszystko zależy od uwagi i doświadczeń życiowych czytającego. Bogaty materiał do rozmyślań podsuwają przede wszystkim opowieści przytaczane przez bohaterów pełne symboliki i kończących je morałów, zaczerpniętych z kultury japońskiej.
Wspomnę tylko o jednym przesłaniu, które zapamiętam przede wszystkimi, bo osobiście doświadczyłam jego mocy i które zabrzmiało dla mnie w zgiełku mojej konsumpcyjnej, szybkiej, głośnej, zdominowanej przez tymczasowość i jednorazowość, kultury, najsilniej – o roli ciszy. Określa ją wypowiedź jednego z bohaterów opowieści – Gdyby istniało królestwo ciszy, a jeden człowiek umiałby mówić – stałby się królem nieprzemijającego piękna. Ale oczywiście tu, gdzie jesteśmy, nie ma końca wypowiadanym słowom i przychodzi moment, gdy znaczą one już mniej niż milczenie. To przesłanie mogę ubrać w jedno zdanie, inspirowane tytułem tej książki - kiedy zapada cisza, jej wydźwięk jest silniejszy niż słowo. Trochę brzmi jak slogan. Banalny truizm. Przestaje nim być, gdy przeczyta się historię autora o tym, co dzieje się, gdy ciszą zaczynają bawić się ludzie pragnący autodestrukcji. Wtedy cisza już nie tylko krzyczy, ale zaczyna zabijać.
Mordować niewinnych ludzi w majestacie prawa.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 21 października 2014
Łowca – Zbigniew Lubieniecki



Łowca – Zbigniew Lubieniecki
Wydawnictwo Naukowe PWN ,Ośrodek Karta , 2014 , 361 stron
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura polska


Po wysłuchaniu tych wspomnień otoczyła mnie cisza...
Patrzę na ich książkową formę, jakbym chciała upewnić się, że wydarzyły się naprawdę. Przyglądam się ich autorowi umieszczonemu na okładce, jakbym chciała z wyrazu jego twarzy poszukać sensu tego wszystkiego. Próbuję poukładać myśli, ogarnąć emocje, a przede wszystkim zmusić się do oceny, do osądu, do sensownego podsumowania. A przecież ocenianie tak łatwo mi przychodzi. Wręcz muszę pracować nad sobą, by tego nie robić. A tutaj nie mogę, nie potrafię. Czuję, że nawet nie wolno mi.
Totalna blokada.
Po pierwsze, nie wiem, czy ta publikacja w ogóle powinna się pojawić. Z jednej strony, ze względu na treść, nie mogła być opublikowana do dzisiaj, bo nie pozwalały na to historyczno-polityczne zawiłości naszego kraju. Jak przeczytałam w słowie od wydawcy – Ta książka nie mogła powstać wcześniej. Ani w latach 40., gdy biegły opowiedziane w niej zdarzenia i kiedy dokonywany był pierwszy, poprzedzający ją, zapis. Ani w głębi peerelu, gdy Autor musiał ukrywać historię swego starcia z sowietyzmem. Ani w pierwszy ćwierćwieczu III Rzeczpospolitej, która swym ciągle niedojrzałym stosunkiem do przeszłości raczej utrudniała wyrażenie tak brutalnej prawdy. Widocznie teraz nadszedł właściwy czas.
Czy, aby na pewno?
Z drugiej strony, paradoksalnie, czy nie jest już za późno? Dzisiejszym językiem tamtej historii opowiedzieć się nie da. – zauważa autor. A jeśli się nie da, jeśli trzeba mówić ówczesnym językiem, to ile z tego pojmą odbiorcy, żyjący w dobrobycie wolnej ojczyzny, w której nie muszą jeść kotletów z ludzkiego mięsa i patrzeć codziennie na dziecięce ciałka rozszarpywane przez psy? Ilu będzie potrafiło przez taki pryzmat doświadczeń nieprzeżytych, patrzeć na losy autora? Obawiam się zbyt pochopnego potępienia. Ta moja obawa wynika z chęci ochrony autora przed ponownym koszmarem przywołanym dyskusją i, w jakimś sensie, ponowną krzywdą przez ludzi widzących świat w tylko czarno-białych kolorach. Przed staniem się ponowną ofiarą wojny, tym razem ze strony rodaków, którego postawa, tak odbiegająca od dotychczas poznanych przeze mnie postaw zesłańców syberyjskich, może nie zmieścić się w przyjętych kategoriach pojmowania ludzi współczesnych.
Ja spasowałam z oceną, ograniczając się do współczucia wywołującego łzy. Popełniłam ogromny błąd, czytając ją w miejscu publicznym. Ta szczera do bólu i wstrząsająca opowieść wymaga szacunku – odosobnienia i ciszy. Nie czytajcie jej proszę między jedną kanapką a kolejnym przystankiem autobusowym. Nie dlatego, że mogą się polać łzy, nie dla chwil grozy, z powodu których zatrzymacie się w połowie kroku na chodniku lub przejedziecie stacje metra, ale dlatego, że to bardzo intymna rozmowa z człowiekiem, który dzieli się z najgłębiej skrywaną tajemnicą po siedemdziesięciu latach milczenia.
A i to dopiero pod wpływem rozmów z wydawcą.
Zbigniew Lubieniecki swoje zapiski, czynione regularnie, traktował jako część własnego obowiązku, bez autorskich ambicji. Sam nie szukał możliwości wydania. To myśmy go odszukali, by je zaproponować. – pisze Zbigniew Głuza w imieniu wydawcy. Były też dla niego próbą oczyszczenia pamięci, rozładowania emocji, w jakimś sensie formą autoterapii. Nie mógł zapomnieć, bo nagromadzonych obrazów, makabrycznych widoków, które oglądał, nie dało się wyrzucić ze świadomości. Byłbym szczęśliwy, gdybym nie potrafił myśleć. Myśli niszczą uczucia, szarpią ciało, osłabiają siły. Są niepowstrzymane w zadawaniu tortur. Ale nawet w myśli od siebie samego uciec się nie da. – zauważa autor.
Ale najpierw był film dokumentalny.
To od niego wszystko się zaczęło. To po jego obejrzeniu wydawca skontaktował się z autorem. To on był źródłem inspiracji wydania wspomnień drukiem.
Wspomnień o chłopcu rozpoczynających się latem 1937 roku, o siedmioletnim synu hrabiów Lubienieckich z Podola, który dwa lata później, w jednej sekundzie pociągnięcia za spust, w wieku dziewięciu lat, staje się dorosłym, zabijając pierwszego człowieka. W wieku siedemnastu lat liczba jego ofiar sięga prawie stu, zgodnie z powziętym w dramatycznych okolicznościach zobowiązaniem – Ja was jeszcze utłukę. Nie spocznę, dopóki nie ubiję was co najmniej stu. O ile początkowe ofiary są przypadkowe, o tyle późniejsze zabijał z premedytacją, z poczucia zemsty. Z chłopca stał się mężczyzną. Z poniżonego, zastraszonego psiaka powstało wilcze szczenię, które zaczęło gryźć, które chciało i potrafiło zabić. Stał się inteligentnym łowcą Rosjan, na których konsekwentnie, z zaciśniętą szczęką, na chłodno polował i zabijał. Zarówno w ZSRR, jak i na „Ziemiach Odzyskanych”. Jego zabójstwa były doskonałe. Nigdy nie wpadł. I jeśli w tym momencie, ktoś pomyśli, że moralnie sprawa jest bardzo prosta, to wynika to tylko z mojego uproszczenia. Za nim stoją fakty i konteksty, które je komplikują. Zdarzenia, po których sama chętnie zachowałabym się w konsekwencji, jak autor. Sytuacje, przeciwko którym byłam, a jednocześnie nie uczyniłabym nic, żeby im zapobiec. Sceny, podczas których chciałam zamknąć oczy, a jednak nie prosiłam o litość dla ofiary. Czytałam dalej, by zobaczyć dopełnienie słowa. Byłam współwinną, uczestnicząc biernie. I wcale nie różniłam się tak bardzo, pomimo przestrzeni czasowej, od współczesnych autorowi rodaków, bo jak napisał – Co ciekawe i co dziś może wydawać się dziwne, nigdy nie spotkałem się z brakiem akceptacji. Z chęcią współdziałania – owszem. Ze sceptycyzmem, z próbą tłumaczenia - również, by zaraz dodać – Nigdy jednak nie spotkałem się w tamtych czasach z potępieniem.
Nie śmiem tego czynić i ja.
Nie zmienia to faktu, że autor nałożył na mnie przerażający ciężar moralny, który odczuwałam przez cały czas czytania. Zdjął mi go dopiero na końcu, w części, w której dzieli się refleksjami, a które prowadziły go do jednego wniosku – nie tędy droga. Ale to już mówi człowiek dorosły, nie dziecko, które w wieku 19 lat czuło się starym, zmęczonym człowiekiem z posiwiałymi skrońmi.
Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Namawiam do obejrzenia filmu Dług - Marcina Mamonia, który jest koniecznym uzupełnieniem książki.
sobota, 18 października 2014
Oczyszczenie – Andrew Miller



Oczyszczenie – Andrew Miller
Przełożył Michał Kłobukowski
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 361 stron
Literatura angielska


Zniszczyć. Kościół i cmentarz. A opróżnionemu miejscu przywrócić dawny urok. Użyj ognia, użyj siarki. Wszystkiego, co będzie potrzebne, żeby oczyścić plac. – usłyszał inżynier Jean-Baptiste Baratte. Dwudziestoparoletni mężczyzna specjalnie sprowadzony z prowincji i zatrudniony to tego delikatnego, a zarazem ohydnego zadania, przez ministra w służbie króla Francji.

Wikipedia

Za uprzątnięcie zawartości paryskiego Cmentarza Niewiniątek do ostatniego paliczka obiecano mu szybką karierę i wzrost znaczenia jego nazwiska. Nie jawiło mu się ono trudne. Wystarczyło zachować odpowiednią dyskrecję, odporność na ataki kleru, opanować wstręt fizyczny i nie dawać wiary w przesądy szerzone przez miejscowych.
Z dwoma ostatnimi postanowieniami było najtrudniej.
Cmentarz był przepełniony trupami składanymi jeden na drugim w zbiorowych dołach głębokich nawet na ponad trzydzieści metrów. Całe legiony upchnięto na spłachetku nie większym niż pole ziemniaków. Ziemia przesiąknięta zgnilizną rozkładu zaczęła cuchnąć, zatruwając wszystko wokół – powietrze, a nawet jedzenie. Podczas bardziej obfitych opadów cmentarz wylewał swoją upiorną zawartość poza mury, do piwnic pobliskich domów. Mieszkańcy sąsiadujący z przerażającą nekropolią zaczęli skarżyć się na smród, gnijące jedzenie, zawroty głowy, nieobyczajność kochanków czy gasnące nagle świece, jakby knot ścisnęły niewidzialne palce. Mówiło się nawet, że w kostnicach mieszka jakiś stwór, spłodzony przez wilka, podobny do wilkopsa. Jane-Baptiste, który zamieszkał w takim domu, by widzieć z okna miejsce swojej pracy, zauważył coś jeszcze – oddech domowników był przesiąknięty odorem cmentarza. Mężczyzna, aby rozrzedzić gęstniejącą atmosferę wokół siebie jako likwidatora dziedzictwa Paryżan, nie poddać się naciskom przeciwników przedsięwzięcia, nie zgubić się w meandrach ludzkich intryg, wieczorem, przed snem, odmawiał katechizm własnego jestestwa. – Kto ty jesteś? Jean_Baptiste Baratte. Skąd pochodzisz? Z Belléme w Normandii. Kim jesteś z zawodu? Inżynierem wykształconym w Ecole des Ponts. W co wierzysz? W potęgę rozumu...
Rozum – to klucz do przesłania tej powieści.
Wchodząc w nią, w tę mroczną, niezwykle sugestywnie odmalowaną słowami rzeczywistość osiemnastowiecznego Paryża zawężonego, jak w soczewce, głównie do cmentarza, jego atmosfery lęku, otaczającej go aury niedomówień i sugestii przyprawiających o gęsią skórkę, strachu przed śmiercią, odoru z rozkopywanych metodycznie grobów, gazów ulatniających się z dołów doprowadzających do utraty przytomności, jadu wnikającego w ciało wywołującego gorączkę, widoków kości i nie do końca rozłożonych ciał, błota zmieszanego z odchodami, smrodu nasilającego się w upalne dni i tego czegoś nieuchwytnego, wiszącego w powietrzu cmentarnym niczym skażona chmura podsycana przez przesady i zabobony dyktowane przez emocje usypiające rozum. Obawiałam się nieznanego tak samo, jak zatrudnieni do prac ekshumacyjnych specjalnie sprowadzeni do nich górnicy.
W tym pierwszym nastawieniu, nie różniłam się od nich niczym, mimo że dzieliły nas wieki.
Ja, człowiek współczesny, doinformowany, z pełniejszą wiedzą, zostałam tym prostym zabiegiem sprowadzona przez autora do mentalności i pryzmatu patrzenia osiemnastowiecznych bohaterów powieści. A kiedy już osiągnęłam szczyty gorączkowej ciekawości zawartości grobów, lęku oczekiwania na ujawnienie się kolejnych niewytłumaczalnych zjawisk, a przede wszystkim pojawienie się wilkopsa, autor powolutku zaczął oswajać mnie z cmentarną grozą. Zamieniać go w zwykły teren wykopalisk i badań antropologicznych, na którym sterty kości nie paraliżowały już zmysłów i emocji, zmumifikowane trupy pięknych dziewcząt pociągały seksualnie żywych mężczyzn, namawiając do nekrofilii, tajemniczy ksiądz, chowający się w przycmentarnym kościele, okazywał się szalonym staruszkiem, a sam cmentarz miejscem schadzek pracowników i paryskich prostytutek zwanych potocznie murwami od przeskakiwania przez mur. Dotychczasowa groza cmentarza zamieniała się w grozę obrazu człowieka zdolnego do najbardziej niskich, grzesznych i podłych czynów, w którym namiętności i emocje wzięły górę nad rozsądkiem.
W tej nowej, odmiennej rzeczywistości stworzonej nie przez umarłych, lecz żywych, Jeane-Baptiste zaczął się gubić, tracić rozum i logiczny grunt, a odmawiany wieczorny katechizm jego jestestwa okazywał się coraz krótszy. Wydźwięk tego, co działo się na cmentarzu, autor przeniósł na sytuację polityczno-społeczną ówczesnej Francji. Przypominała ona właśnie taki cuchnący, przepełniony cmentarz, który należało oczyścić. I nie ma na świecie takiej rzeczy, której nie dałoby się rozebrać na części. Mając wystarczająco dużo ludzi, można by przez tydzień obrócić pałac wersalski w kupę gruzu – mówił jeden z bohaterów. Rewolucja zbliżała się wielkimi krokami, czego wyraz dał autor, wplatając delikatnie tu i ówdzie w fabułę powieści wyraźne wątki polityczne o rewolucyjnej treści.
Jest w tej opowieści jeszcze trzeci rodzaj oczyszczenia - człowieczy.
Poddaje się mu główny bohater. Rok spędzony w Paryżu to dla niego zabłądzenie i odnalezienie się, upadek i podniesienie się, przegranych i wygranych, słabości i siły i wreszcie zbrukanie i oczyszczenie się. To on jest postacią spinającą klamrą kompozycyjną powieść, która rozpoczyna historię oczyszczenia w wielorakim znaczeniu pierwszą, a potem ostatnią jego wizytą w Wersalu. Opuszcza go oczyszczony, ale i odmieniony.
Nie zmieniają się tylko martwi, bo żywy człowiek może być jakiś, potem całkiem się zmienić, jeśli zabraknie rozumu. To tych ostatnich należy się bać.
I jeszcze jedna, ważna informacja.
Cmentarz Niewiniątek istniał naprawdę i naprawdę go zlikwidowano, a o jego fascynującej historii, nie mniej ciekawie niż książka, uzupełniającej moją wiedzę o fakty historyczne, ryciny i zdjęcia aktualne, przeczytałam w forumowym poście portalu iFrancja - Cmentarz Niewiniatek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 15 października 2014
Testament Marii – Colm Tóibin



Testament Marii – Colm Tóibin
Przełożył Jerzy Kozłowski
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 150 stron
Literatura irlandzka


Maria, matka Jezusa, nie musiała być taka, jak opisują ją Ewangelie kanoniczne – pokorna, oddana, wyrozumiała, heroiczna, cicha, akceptująca, a boleściwa i cierpiąca z zupełnie innych powodów. Jej wizerunek może być zupełnie inny od obecnie powszechnie przyjętego, bo przeciwstawny.
Dla niektórych – obrazoburczy.
Naruszający wyobrażenie wzoru matki, a pośrednio syna. Bo matka Jezusa mogła widzieć wydarzenia, w których uczestniczył jej syn, zupełnie inaczej. Przede wszystkim mogła postrzegać syna, jako człowieka, którego poglądów, zachowania i postępowania nie rozumiała. W którym Syna Bożego nie dostrzegała. Widziała za to jego inteligencję, wdzięczność, umiejętność milczenia, spędzania samotnie czasu i patrzenia na kobiety, jakby były równe jemu, wokół którego zgromadzili się mężczyźni niepotrafiący spojrzeć kobiecie w oczy, dorosłe dzieci wychowane bez ojców, szaleńców, malkontentów, jąkałów, nerwusów. Grupa nieudaczników kierująca się brawurą i ambicją doprowadzającymi do lekkomyślności i okrucieństwa. Mogła podważać zasadność cudów dokonywanych przez Jezusa, jako tych, które zawracały lub wywracały odwieczny porządek rzeczy nieuniknionych, uznając wskrzeszenie Łazarza za szyderstwo z niebios i samej śmierci, wesele w Kanie za nadarzającą się sposobność odwiedzenia syna od jego planów prowadzących do zguby, a światło i łaskę poczęcia za szczęście kobiety brzemiennej. W swoim krytycyzmie mogła nie pomijać samej siebie, ganiąc się za ucieczkę spod krzyża w obawie o własne życie. Ten odmienny obraz malowany konfesyjną opowieścią kobiety owdowiałej, która straciła również syna, mógłby być właśnie taki - pełen goryczy, poczucia niespełnienia, żalu, pretensji oraz niechęci do otaczającego świata i ludzi. Pretensji również do Boga, w którego traci wiarę, zwracając się z modlitwami do bogini Artemidy.
Jej osoba, żyjąca w starożytnym Efezie już po ukrzyżowaniu Jezusa, stanowi klamrę narracyjną kreślonej historii z przeszłości, której wysłuchują spisujący Ewangelie wchodzące w skład Nowego Testamentu. Dwaj mężczyźni, którzy przychodząc do niej do domu, czekają na jej słowa zbyt zaślepieni swymi wielkimi, nienasyconymi potrzebami i zbyt otumanieni resztkami strachu, który wtedy czuliśmy wszyscy, żeby zauważyć, że pamiętam wszystko. Ale by nie zauważyć, że pamięta inaczej. Czekający na potwierdzenie tego, co według ich wyobrażenia powinna pamiętać. Słuchający lecz niesłyszący ewangelii według Marii.
Autor, aby zbudować tak odmienną postawę i poglądy Marii, wykorzystał wspólną dla wszystkich matek płaszczyznę jedności i porozumienia – emocje.
Bezinteresowna miłość do własnych dzieci, które są nimi nadal, nawet, gdy dorosną, troska o bezpieczeństwo i przyszłość opartą na tradycji, chęć ochrony przez złem świata – tego chce każda matka. Nie inaczej mogło być z Marią – sugeruje autor. Przyszło jej żyć w gorącym czasie pełnym pogłosek i opowieści, w których zmarłych wskrzeszano, woda zamieniała się w wino, a fale morskie uspokajał człowiek kroczący po wodzie, mogąc tylko marzyć, by syn, jak inni młodzi mężczyźni, wyemigrował do Jerozolimy za lepszym bytem. By stając się mężczyzną, miał w niej nadal oparcie, słuchając przede wszystkim jej rad. By kochać go jeszcze bardziej, kimkolwiek by się stał, by go chronić. By wreszcie mieć opiekę na starość i kogoś, kto się nią zaopiekuje. Kto zajmie się jej ciałem i pogrzebem po śmierci. Tego wszystkiego chce każda, kochająca matka.
To dlatego w całym monologu bohaterki nie pada ani razu imię Jezusa. W dialogach z Ewangelistami używa zamienników – ”on”, „mój syn”, „nasz syn”, „ten, który tu był”, „wasz przyjaciel”, „ten, który was interesuje". Tym celowym zabiegiem autor stwarza idealne warunki każdej matce do empatii i utożsamiania się z Marią zbuntowaną, która chce, skoro cuda się wydarzają, cudu dla siebie – wrócić do lat sprzed śmierci jej syna zanim opuścił dom, kiedy był dzieckiem i żył jego ojciec, a na świecie panował spokój. Ta płaszczyzna to najprostsza droga do zrozumienia Marii. Nie poprzez argumenty, logikę i rozum, ale poprzez uczucia. Poprzez wspólne doświadczenie emocji macierzyństwa i bólu po stracie dziecka.
Czy tak mogło być? – to pytanie autor pozostawia otwarte.
Jedno jest pewne - można zastanawiać się, gdybać, można polemizować, czyniąc z Biblii księgę żywą tak, jak czyni to Bella Szwarcman-Czarnota z Torą w Księdze Kobiet i Kobietach Księgi. Mną jednak ta historia nie zachwiała w poglądach. Wierzę w miłość Marii do Boga większą niż w miłość do syna. Maria nie była w tym jedyną. Przypomnę, że podobną, bezwarunkową miłość do Boga udowodnił Abraham, gotowy złożyć własnego syna w ofierze.
Dla mnie ta opowieść stawia zupełnie inne pytanie - ile z nas matek jest Marią zbuntowaną, a ile poddaną Bogu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 11 października 2014
Sport w polskim kinie 1944-1989 – Dominik Wierski



Sport w polskim kinie 1944-1989 – Dominik Wierski
Wydawnictwo Naukowe Katedra , 2014 , 504 strony
Literatura polska


Zaczynam rozsmakowywać się w pracach naukowych i doceniać ich potencjał, z których bardzo dużo wynoszę bezcennej wiedzy i propozycji, mimo że absolutnie nie mają charakteru poradnikowego. Ale o tym napiszę na końcu.
Po pracy doktorskiej Biały z zazdrości Omara Sangarego z dziedziny literatury utwierdziła mnie w tym przekonaniu ta, kolejna pozycja. Obie dowodzą tego, że można profesjonalnie analizować wycinek rzeczywistości, nie gubiąc przy tym (przy odrobinie chęci do nieznacznej modyfikacji, jak uczynił to autor) umiejętności przystępnego jej tłumaczenia. Zwłaszcza płaszczyzny społeczno-kulturowej. Na pracę doktorską z dziedziny mas bitumicznych nie śmiem się porwać, chociaż gdyby odniosła się do kontekstów kulturowych to, kto wie?
Troszkę jest właśnie tak w przypadku tej pozycji. Sport nie jest dziedziną, za którą przepadam. Nie mieści się nawet na obrzeżu moich zainteresowań. Powiem wprost – na dźwięk słowa „sport” zapala mi się neon wielki jak nawet nie góra, a cały łańcuch górski – NUDA! Co nie znaczy, że nie jestem zagorzałym kibicem. Bo jestem i to bardzo rzadkiej dyscypliny, jaką jest unihokej, ale robię to dla zawodniczek, które znam osobiście. Cieszę się ich pasją, śledzę ranking meczów, przeżywam na trybunie porażki oraz wygrane i na tym kończą się moje emocje i adrenalina.
Podobnie było z tą pozycją.
Przeczytawszy „sport” trochę się skrzywiłam, ale za nim stało wyrażenie „w polskim kinie”! Od razu tytuł zyskał na atrakcyjności. A kiedy zadałam sobie pytanie – co ty wiesz o sporcie w polskim kinie? – odpowiedziałam sobie natychmiast – Piłkarski poker z Januszem Gajosem! Reżysera, niestety, już nie pamiętałam. I to chyba byłoby wszystko, a przecież przede mną leżała grubaśna książka na ten temat, więc nasunęło mi się kolejne, autokrytyczne pytanie – czyżbym aż tak mało wiedziała na ten temat? Okazało się, że mieszczę się w przeciętnej krzywej Gaussa, bo to najczęstsze skojarzenie, po którym jest długo, długo nic i może kilka epizodów sportowych z Jarząbkiem w roli głównej z filmu Stanisława Barei. Jak bogata jest kinematografia polska w motywy sportowe, jak bardzo przesiąknięta klimatami sportowymi, jak wiele występuje w niej kontekstów i nawiązań do sportu, przedstawia autor tej pozycji. Swoje dociekania zawęża do lat 1944-1989. Nie oznacza to jednak zamkniętego charakteru pracy. Wręcz przeciwnie. Jak sam podkreśla we wstępie – ...fakt, iż temat pozostaje wciąż do pewnego stopnia otwarty i podatny na nowe strategie badawcze oraz interpretacje, sprawił, że zrezygnowałem z klasycznego zakończenia pracy, poprzestając na zwięzłych podsumowaniach poszczególnych rozdziałów.
Pomimo szerokiego i z pozoru chaotycznego charakteru tematyki, praca ma bardzo poukładany i logiczny ciąg przedstawiania zagadnienia na dwóch płaszczyznach – chronologii czasowej oraz zjawisk społeczno-politycznych zachodzących w polskim społeczeństwie badanego okresu. Efekt ten autor osiągnął dzięki bardzo słusznej uwadze, którą ujmę tutaj w ogromnym uproszczeniu – żeby zrozumieć opisywane zjawisko zachodzące w społeczeństwie, należy zapoznać się z jego uwarunkowaniami historycznymi. To dlatego merytoryczną część pracy rozpoczyna od przybliżenia sportu jako takiego w PRL, a dopiero później przechodzi do clou tematu. Materiałem badawczym czyni filmy fabularne i dokumentalne wraz z materiałami Polskiej Kroniki Filmowej. Pomimo tej selekcji (świadomie pomija film animowany), wspomina bardzo króciutko, ale jednak, o sportowych kontekstach literackich – recenzjach, omówieniach, opracowaniach czy wywiadach, a to dlatego, że w dalszej części pracy powołuje się na nie, odwołuje do nich lub polemizuje z nimi. Ich bibliografię umieszcza w aparacie informacyjnym książki obok filmografii oraz wykazu dokumentów, artykułów i materiałów ze stron internetowych.
Głównym celem pracy czyni ukazanie sportu jako części kultury. Stąd przyjęcie metody badawczej opartej na założeniach płynących z dokonań poetyki kulturowej. To ostanie wyrażenie jest dla mnie zupełnie nowe. Mogę je zastąpić pojęciem historycyzmu czyli znowu upraszczając i najogólniej rzecz ujmując słowami autora – Równorzędnym źródłem wiedzy o historii, ale i kulturze są zatem również teksty niekanoniczne i nieliterackie.
Jak pięknie wpisuje się w ten nurt badane zjawisko! – uznał autor i wykorzystał to do wyłonienia i zbadania następujących funkcji sportu – ideologicznej, propagandowej, dydaktycznej, metaforycznej i informacyjnej. Nazwę tej ostatniej przypisałam samowolnie ja do rozdziałów 4,5 i 7 mających właśnie taki dla mnie charakter, a których nie określił wprost w tytułach sam autor. Z kolei analizę i interpretację tematu w poszczególnych rozdziałach oparł na dwóch rodzajach oglądu – panoramie i zbliżeniu. Oba tworzą jeden schemat, którego sposób zastosowania autor wyjaśnia następująco – najpierw przybliżam kulturowy, sportowy bądź filmowy kontekst zagadnienia ustanawiającego daną funkcję, następnie wskazuję i krótko charakteryzuję filmy, w których dana funkcja w istotny sposób zaistniała, a następnie przeprowadzam dokładniejsze (aczkolwiek, w zależności od tytułu, różne objętościowo) analizy utworów realizujących obecność funkcji w sposób najbardziej reprezentatywny, znaczący czy też, po prostu, najlepszy. Brzmi bardzo poważnie, ale w praktyce płynie opowieść erudyty posługującym się piękną polszczyzną (pomimo terminologii języka naukowego, który „nie zgrzyta”) o czasach PRL i ludziach, którzy żyli ze sportem, dla sportu, a czasami wyłącznie sportem.
W efekcie otrzymałam bardzo jasny, klarowny, uporządkowany i usystematyzowany obraz Polski i Polaków, dla których sport pełnił w czasach komunizmu wielorakie funkcje. Autor nie rości sobie prawa do tego, iż wymienił wszystkie.
Otrzymałam coś jeszcze, pomimo całej naukowej otoczki!
Wspomnienia z lat dzieciństwa. Nie miałam świadomości, jak bardzo sport był obecny w moim życiu, jak wiele wydarzeń sportowych miało pośredni wpływ na moje życie, jak duże piętno emocjonalne pozostawiły we mnie głośne wydarzenia sportowe począwszy od Wyścigu Pokoju poprzez olimpiady, słynnym geście Kozakiewicza, na piłce nożnej i wielkich nazwiskach sportu skończywszy. To moja historia zapisana we mnie mimo mojej woli. Oprócz tego zostałam obdarowana kopalnią propozycji filmowych wartych obejrzenia. Ale najcenniejszą rzeczą, jaką wyniosłam z tej pozycji, to nie tylko podpowiedź, jak te filmy odbierać, jak je odczytywać, ale przede wszystkim, jak je interpretować. Z ogromną przyjemnością czytałam recenzje poszczególnych filmów, uświadamiając sobie jedno – aby móc rzeczowo pisać o filmie, płycie czy książce, należy posiąść wiedzę na temat interpretowanego zagadnienia w nich zawartego. Dopiero wtedy wiem nie tylko, czy warto lub nie warto słuchać, oglądać, czytać, ale i dlaczego?
Trochę się załamałam.
Nigdy nie osiągnę w tej dziedzinie wyżyn interpretacyjnych, jak autor. Może poza dwiema, o których tutaj piszę prawie nic. Ale, ale! Pocieszam się, że moja rola tutaj ma polegać na selekcji książek w kategorii warto – nie warto, jeśli potencjalny czytelnik chce ją odebrać przede wszystkim na poziomie emocjonalnym. Dla mojej zaprzyjaźnionej młodzieży opowieść ma być przede wszystkim fajna – cokolwiek miałoby to w ich pojęciu oznaczać. Poszukujących czegoś więcej, w tym merytorycznej interpretacji, zawsze można odesłać do opracowań profesjonalistów. Chociażby do takich pozycji, jak ta. Dlatego sięgam po nie, bo zawsze (oprócz kompleksów – żartuję!) wynoszę z nich coś cennego dla siebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To pierwszy film, który obejrzałam pod wpływem tej pozycji. Przeniósł moją uwagę z tematyki obozowej na sportową, ukazując jego przesłanie zupełnie z innej perspektywy.
środa, 08 października 2014
Gorączka 1 – Dee Shulman



Gorączka – Dee Shulman
Przełożyła Dorota Konowrocka
Wydawnictwo Egmont , 2012 , 430 stron
Cykl Gorączka, tom 1
Literatura angielska


Ewa była wybitnie uzdolniona.
Szesnastolatka głodna wiedzy, otwarta na nowości ze świata nauki, kreatywna w myśleniu, dla której wyrażenia: reakcja adiabatyczna czy epigenetyka DNA, były kluczem do wejścia w upragniony świat kwantowych bramek logicznych. To wśród tego typu fascynujących dla niej teorii czuła się najlepiej i to w takich światach abstrakcji spełniała swoje marzenia badacza. Wymarzony uczeń dla nauczyciela!
Ale nie w przypadku Ewy.
Nieprzystająca zainteresowaniami i stylem bycia do rówieśników, poddana z ich strony bezwzględnemu ostracyzmowi, nie znalazła również wsparcia ze strony nauczycieli, którzy nie dostrzegali w dziewczynie wyjątkowego umysłu lub nie potrafili go ukierunkować. W efekcie miała za sobą zamiast osiągnięć, bolesny katalog porażek w kartotece policyjnej. Jak sama podsumowała – Udało mi się zawalić w moim życiu wszystko. Byłam notowana. Dwukrotnie poniosłam klęskę w szkole. Nigdy z nikim się nie zaprzyjaźniłam. Nie kochała mnie nawet moja matka...
Nikomu na niej nie zależało.
I w tym dramatycznym momencie, na zakręcie beznadziei, przeczytała jedno zdanie opisujące szkołę St Magdalene’s położoną w śródmieściu Londynu – Wyjątkowo uzdolnione dzieci mogą mieć kłopoty w systemie edukacji masowej, a tutaj rozumiane i zapoznawane są z pełnym zakresem... Dziewczyna zrobiła wszystko, by zostać jej uczennicą. Jeśli myślałam, że od tego momentu Ewa będzie szczęśliwą realizatorką swoich marzeń, bo trafiła pod opiekę wyjątkowych nauczycieli, którzy dostrzegli w niej ogromny potencjał, to myliłam się. Problemy z grupą rówieśniczą nie zniknęły. Wręcz jeszcze bardziej się skomplikowały, bo w szkole pojawił się wyjątkowy chłopak – Sethos, który rozpoznał w Ewie swoją dziewczynę. Tyle że zamordowaną... dwa tysiące lat temu! A jeśli dodam, że szkołę zbudowano na miejscu pochówku starożytnych Rzymian, a chłopak był gladiatorem przeniesionym do współczesności z czasów Imperium Rzymskiego, to wtedy robi się jeszcze ciekawiej, jeśli nie, nawiązując do tytułu, gorączkowo. Tytułowa gorączka była bowiem tajemniczą chorobą spinającą wszystkie wątki i elementy fabuły. To ona była tajemnicą, która nadawała zdolność zarażonym ludziom życia po śmierci i przenoszenia w czasie.
Była w tej opowieści o nastolatkach i ich odnajdywaniu się w życiu miłość ponadczasowa, ale zakazana. Te pociągające cechy budowały umiejętnie napięcie erotyczne między bohaterami. Akcja rozgrywana naprzemiennie w Londynie pod panowaniem Rzymian i w jego współczesnej wersji, pozwalała mi na porównania jednego miejsca w różnych czasach i na obserwację zaskakujących skutków ich przenikania się. Te bardzo ciekawe spojrzenia podkreślały nieciekawość przestrzeni, w której dusze (a może świadomości?) były zawieszone między światami. Oczekiwałam więcej dynamiki i wydarzeń. Wprowadzone elementy science fiction na granicy prawdopodobieństwa możliwości faktycznego zaistnienia, nadały jej nutę realności, a tym samym wiarygodności. W efekcie młody czytelnik nie tylko może utożsamiać się z bohaterami, szczególnie z Ewą, przeżywać ich ponadczasowe rozterki i problemy, ale i uwierzyć, jak im się wydaje, w niemożliwe – w siebie.
Bycie innym nie oznacza bycie gorszym! – to najważniejsze przesłanie tej historii.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jest już dostępna druga część.
sobota, 04 października 2014
Księga Kobiet – Kobiety Księgi – Bella Szwarcman-Czarnota



Księga Kobiet – Kobiety Księgi: komentarze do Tory – Bella Szwarcman-Czarnota
Wydawnictwo M , 2014 , 245 stron
Literatura polska


Byłam przekonana, że tytuł odnosił się do Biblii katolickiej. Dopiero podtytuł, umieszczony na stronie tytułowej, doprecyzował, o jaką księgę chodziło – Komentarze do Tory.
Moje zaciekawienie urosło jeszcze bardziej. Rzadko przydarza mi się okazja, posłuchać braci starszych w wierze rozważających nad słowem Boga.
Ale to nie koniec niespodzianek!
Znając pozycję kobiety w społeczeństwie żydowskim, o czym czytałam między innymi w Tajemnicy Marii Magdaleny Pawła Lisickiego, jej miejsce i rolę, jaką przypisywała jej Tora i Stary Testament w Biblii katolickiej, troszkę byłam zaskoczona. No bo, jak to tak? Kobieta, a nie rabin, ośmieliła się komentować, i to publicznie!, słowo Boga? Otóż nie tylko ośmieliła się, ale namawiała również do tego innych, powołując się na jedno z przykazań, jakim jest również studiowanie Tory – Obowiązkiem każdego Żyda jest przeczytać dwukrotnie czytanie przypadające na dany tydzień – powiada traktat Brachot, a ten, kto nie jest Żydem i studiuje Torę, jest równy arcykapłanowi. W praktyce dotyczyłoby to również Talmudu, dzieł etycznych judaizmu i midraszy czyli komentarzy rabinicznych.
Autorka w pełni wykorzystała ten przywilej, z którego kobiety, jak podaje w krótkim rysie historycznym o komentatorach, mogły korzystać i wypełniać przykazanie dopiero od XVI wieku. Obecnie Tora jest studiowana i komentowana jako część dziedzictwa, jako istotny element tradycji żydowskiej. Swoje komentarze, również o charakterze polemicznym z innymi tekstami komentatorskimi, do poszczególnych czytań Pięcioksięgu umieszczała na stronach swojego blogu, poddając je z kolei komentarzom czytających jej teksty. Ich najciekawsze uwagi, pytania, spostrzeżenia, rozważania a nawet dialogi, dołączyła do książki.
Jednak w swoich komentarzach autorka odrzuciła literalność tekstu, nie odnosząc się do jego całości i wszystkich zawartych przesłań. Jak sama napisała we wstępie – Nie trzymałam się więc rygorystycznie jednego wątku, jednego klucza. Przedmiotem swoich rozważań czyniłam to, co dla mnie w danym momencie było najciekawsze, najistotniejsze. A jak sam tytuł główny wskazuje, najistotniejszą kwestią w czytaniach była kobieta – jej sytuacja, rola, zadanie, pozycja oraz zakres i wymiar udziału w opisywanych dziejach narodu żydowskiego.
To w tym momencie ujawniła się dla mnie rewolucyjna treść tej publikacji.
W swoich interpretacjach nie tylko wysuwała na plan pierwszy w przedstawianych zdarzeniach kobietę, dotychczas w nich pomijaną, odsuwaną na dalszy plan, deprecjonowaną, ale nadała jej zupełnie inną rolę, znaczenie czynów i kontekst. Tym samym zmieniając sens dobrze znanych mi zdarzeń ze Starego Testamentu Biblii katolickiej i Koranu. I to od samego początku czyli stworzenia Adama i Ewy i pierwszego grzechu, bo komentarze autorki zachowują, zgodnie z zasadami czytania, chronologię Tory - Bereszit - Księga Rodzaju, Szemot – Księga Wyjścia, Wajikra – Księga Kapłańska, Bamidbar – Księga Liczb i Dewarim Księga Powtórzonego Prawa.
Nie będę opisywała przeciekawie interpretowanych znanych historii biblijnych odpowiadających kolejno jednemu rozdziałowi, bo większość była na tyle rewolucyjna dla mnie, że powstałby tekst komentujący komentarze autorki. A nie oto mi tutaj chodzi. Chcę spisać tylko swoje wrażenia, które ujęłabym w ten sposób – niebezpiecznie skręcały w nurt ruchu feministycznego. Z jednej strony odkrywałam nowe spojrzenie, kobiece, jako odpowiedź na wiele dominujących interpretacji męskich wynikających ze społecznego patriarchatu. A z drugiej strony obawiałam się przekroczenia cienkiej linii nadinterpretacji. Uspokajało mnie jedno – otwartość autorki na dyskusję, która pozwalała nie zgubić w tej delikatnej materii rozważań, zdrowego rozsądku, czyniąc tym samym z Tory księgę żywą, a samych komentatorów odkrywcami nowych, innych znaczeń, wątków i przesłań tekstów. Z którymi niekoniecznie muszę się zgadzać, ale podyskutować zawsze warto.
Księgę również dla chrześcijan!
Jej zawartość nie jest hermetyczna i przeznaczona tylko dla wiernych wyznania mojżeszowego. Ta publikacja, jak napisał wydawca na okładce książki, przytaczając słowa papieża Franciszka, jest odpowiedzią na zachętę Kościoła, abyśmy – chrześcijanie i Żydzi – "czytali razem teksty Biblii hebrajskiej i pomagali sobie w studiowaniu bogactwa Słowa".
W moim odczuciu to konieczna lekcja do odrobienia dla katolików.
Na koniec dwie uwagi praktyczne dla potencjalnego czytelnika tej pozycji. Po pierwsze – dobrze mieć przy sobie Torę. Chociaż nie jest to bezwzględną koniecznością. Wprawdzie autorka przytaczała sens komentowanego czytania z podaniem licznych cytatów, ale ja jestem przyzwyczajona na płaszczyźnie religijnej do bezpośredniego sięgania do źródeł, do których się odnoszę lub o nich czytam. Po drugie – wypowiedzi internautów umieściłabym bezpośrednio pod rozdziałem, do którego się odnosiły. Książkę czytałam linearnie, więc komentarze przeczytałam tak, jak umieszczono je w książce, na końcu, w rozdziale Głosy, tym samym robiąc nieodżałowany błąd.
A teraz idę przemyśleć jeszcze raz zdanie autorki – Nieposłuszeństwo Adama i Ewy nie jest w tekście biblijnym określone jako grzech (zdolność odróżniania dobra od zła zdobyli dopiero po spożyciu owocu). Słowo „grzech” pojawia się po raz pierwszy w Torze w kontekście zbrodni Kainowej...
A potem jest jeszcze ciekawiej!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj mogłam uczestniczyć w wykładzie, którego wątki autorka poruszała również w książce.
środa, 01 października 2014
Bezdomna – Katarzyna Michalak



Bezdomna – Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak Literanova , 2013 , 252 strony
Literatura polska


Bardzo dramatyczną historię przeczytałam!
Wpisała się ona w nurt książek społecznie użytecznych. I to mnie trochę zaskoczyło, bo moja przygoda z twórczością autorki zaczęła się od zaszufladkowania jej powieści do literatury rozrywkowej, w której przede wszystkim zaczytują się kobiety. Znam kilka jej fanek, które ją wręcz uwielbiają za tę „kobiecość”. I to taka właśnie czytelniczka namówiła mnie na kolejny tytuł z komentarzem, że ta powieść jest ciut inna. Udało jej się udowodnić mi, że moja pierwsza ocena po tylko dwóch powieściach Ogród Kamili i Zacisze Gosi była przedwczesna i zbyt pośpieszna.
I to stąd wzięło się moje zaskoczenie.
Historia Bezdomnej, która była główną bohaterką, zaczęła się próbą samobójczą na osiedlowym śmietniku. Sceną pełną dramatyzmu, beznadziei i determinacji. Wiedziałam jednak, znając styl autorki, że zaraz zjawi się cudowne wybawienie, a finał dążyć będzie ku szczęśliwemu zakończeniu. Oczywiście drogą pełną zakrętów, zwrotów akcji i licznych niespodzianek w postaci odkrywanych tajemnic bohaterów, bo autorka lubi plątać, nie dopowiadać, zaskakiwać i gmatwać. A wszystko po to, by zaciekawić. Wzbudzenie nieodpartej potrzeby, by tę ciekawość zaspokoić, to największa zdolność autorki.
I dokładnie tak było!
Bezdomną, próbującą się zabić, uratowała dawna znajoma, która zaprosiła niedoszłą samobójczynię do swojego mieszkania. Obie spędziły wigilijny wieczór (żeby było bardziej dramatycznie!) na opowiadaniu wydarzeń ze swojego życia, które doprowadziły je do obecnego stanu – Bezdomną do życia na ulicy, a Aśkę do bezrobocia i zaniedbania. W miarę czytania poznawałam ich głęboko skrywane sekrety. Jedne bardziej traumatyczne od następnych. Tajemnice mające wpływ na wybory życiowe i postępowanie obu kobiet.
Ale ich dramatyczne losy to tylko nośnik bardzo ważnego przesłania.
Głosu autorki przeciwko bezmyślnemu ostracyzmowi społecznemu, jako reakcji na falę doniesień medialnych o dzieciobójczyniach, która przetoczyła się w Polsce w ostatnich latach. Pokazując historię Bezdomnej, jej przebieg, przyczyny i skutki, zaprotestowała przeciwko pochopnej ocenie matek, które zabiły własne dziecko, namawiając do wysłuchania historii takich kobiet do końca, a jeśli to nie jest możliwe, do krytycznego spojrzenia na doniesienia medialne. Mass media, w pogoni za poczytnością, nie zawsze postępują wobec odbiorcy uczciwie. Często manipulują faktami, by utrzymać się na rynku wydawniczym. Autorka dokładnie pokazała ten mechanizm przeinaczeń i nadinterpretacji.
To dlatego na okładce wydrukowano najważniejszą myśl, którą wyniosłam z tej powieści - za każdą dzieciobójczynią z pierwszych stron gazet kryje się zawsze konkretna historia. Nikt nie rodzi się mordercą. Ktoś pomaga nim się stać. Nie tylko czynnie. Również biernie.
Może nawet my sami?
sobota, 27 września 2014
Świat według Dziada – Henryk Niewiadomski



Świat według Dziada: sensacje XXI wieku – Henryk Niewiadomski
Wydanie autorskie , 2002 , 222 stron
Literatura polska


Postać Dziada czyli Henryka Niewiadomskiego stale przewijała się swego czasu w mediach. To był czas walki z mafią w pojęciu przeciętnego Polaka, bo w pojęciu Dziada – czas osobistej nagonki na człowieka, który z mafią nie miał nic wspólnego. To media okrzyknęły go bossem wołomińskiej mafii. To dziennikarze z kagańcami na twarzy wykreowali bandytę numer jeden w Polsce. Jak sam pisał – Powołaliście do życia dziennikarski mit dla ubogich. Krótko mówiąc, kit. Czuł się w roli medialnego parawanu na użytek nieudolnej policji i cynicznych polityków (...), za którym ci pierwsi pozorują działania, w sytuacji kiedy nie mogą ścigać prawdziwych przestępców, a drudzy – przestępcy właśnie – rozkradają państwo. Przeciw takiemu wizerunkowi i jawnej niesprawiedliwości (o jej groteskowym pojmowaniu napiszę później) zaprotestował autor tą książką. Jak sam napisał – To nie bieda popchnęła mnie do napisania. Zmusiły mnie do tego środki masowego przekazu, według mojej oceny inspirowane przez organy ścigania i rozpowszechniające na mój temat bzdury. Miał na jej napisanie dużo czasu. Więzienie, w którym go osadzono, sprzyjało systematycznemu notowaniu swoich przemyśleń.
Czytałam te wspomnienia z... przyjemnością.
Sprawiała wrażenie opowieści starszego, ciepłego!, inteligentnego mądrością życiową człowieka, głęboko skrzywdzonego, kochającego gołębie, szanowanego w swoim środowisku, uważanego za charyzmatycznego mężczyznę, głowę rodziny, mającą przede wszystkim smykałkę do interesów oraz talent do inicjatywy oraz oceny ryzyka w interesach, pozwalających osiągać nieprzeciętne zyski. I gdybym swój obraz Dziada zbudowała tylko na podstawie jego wspomnień i zażaleń (bo tym książka również dla mnie była), to mogłabym wyciągnąć wniosek, że faktycznie, autora spotkał spisek dziejowy ze strony kierujących państwem, a nawet restrykcje polityczne pozwalające nazwać go więźniem politycznym.
Bzdury! – pewnie niejedna osoba tak by zareagowała na te rewelacje.
Ja również, gdyby nie wcześniejsza lektura Nowego alfabetu mafii autorstwa dziennikarzy piszących o przestępczym świecie w Polsce przełomu lat 80. i 90. Obie, uzupełniając się, pozwoliły mi ogarnąć całość zjawiska od zewnątrz i od wewnątrz. Dopasować do siebie obrazy subiektywne i obiektywne. Zbudować ostatecznie świat ludzi nastawionych na szybki zysk, którzy, wykorzystując czas przemian ustrojowych w Polsce w latach dziewięćdziesiątych, znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie. Zarówno tych sprawujących legalną władzę, jak i tych posiadających władzę nielegalną. W obu przypadkach po to, by pierwszy milion ukraść w białych rękawiczkach lub dorobić się na spekulacjach. Do tego ostatniego przyznaje się autor wprost, pisząc, że posiadane dolary i majątek pozyskał w wyniku spekulacji towarem i ciężkiej pracy. Problem pojawił się w momencie, kiedy drogi złodziei skrzyżowały się. Dziad wszedł na teren polityków. Ukradł im papier do drukowania rubli.
Od tego momentu rozpętała się wojna między tymi u władzy a Dziadem.
Jej przebieg można było śledzić w mediach i na sali sądowej. I o tym jest właśnie ta książka. Pokazana bardzo subiektywnie, ale zawierająca również prawdę o skorumpowaniu środowiska policyjnego, politycznego i prawniczego. Autor nie był gołosłownym. Swój tekst ilustrował zdjęciami dokumentów z akt sądowniczych.
Przyznaję, było w tych logicznych wywodach dużo racji – medialna nagonka, nadużywanie władzy czy manipulowanie prawem. A wszystko po to, by pozbyć się rywala w „interesach”, człowieka, który kompromitował polityków w oczach społeczeństwa, ale przede wszystkim osoby, która za dużo wiedziała. Dziad sugerował polityczne tło zabójstwa gen. Marka Papały. Po tej książce świat decydentów, dla mnie zwykłych przestępców drenujących system finansowy państwa w białych rękawiczkach, przeraził nie mniej niż świat mafii wołomińskiej czy prószkowskiej. Bo ten ostatni też istniał. Nie dałam się tak do końca oczarować inteligentnym wywodom autora, który przypominał mi mentalność cwaniaka-warszawiaka, żyjącego według dwóch zasad. Pierwszej - „człowieka honoru” czyli gangstera w odróżnieniu od frajerów, którzy uczciwą pracą nie ma prawa dorobić się niczego oprócz garbu, ewentualnie więzienia i drugiej – sprawiedliwość była wtedy, gdy leżała po jego stronie. Bolało go jedno – kradli „na górze”, a „dół” nie mógł. To w tym obszarze umoczonej policji, kupionych prokuratorów oraz skorumpowanych sędziów i polityków, domagał się równego prawa do zysku.
Absurd logiki pojmowania pojęcia sprawiedliwości!
I kiedy w ten sposób spojrzy się na wspomnienia autora, to pośrednio, wybielając siebie, ukazywał ówczesną skorumpowaną Polskę, tłumacząc tym możliwość zaistnienia na ogromną skalę ówczesnych, bardzo licznych, skandali i afer finansowych.
Druga część gangsterskiej sagi, zapowiadana na okładce, niestety nie ukaże się już. Autor nie doczekał wolności. Zmarł w więzieniu w przeświadczeniu, że w obecnych czasach z całą pewnością opłaca się być dobrym gangsterem. Nawet przy założeniu, że pożyje się nie dłużej niż 40 lat – ale za to w luksusie i poważaniu. Zapewni się lepszy start i godne życie rodzinie. To jest moim zdaniem jedyne wyjście, aby wybić się z bagna, jakie panuje dzisiaj w Polsce.
Po kilkunastu latach od wydania tej publikacji, śledząc programy publicystyczne, mam wrażenie, że dla wielu te słowa nic nie straciły ze swojej aktualności. I dla tych „na górze”, i dla tych „na dole”. Zmieniły się tylko metody. Na bardziej wyrafinowane w przypadku polityków i bardziej agresywne w przypadku gangsterów.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Próbka wywiadu z dziadem podsunęła mi myśl, że za książką musi kryć się ghostwriter.
poniedziałek, 22 września 2014
Sceny z życia rosyjskich milionerów – Marie Freyssac



Sceny z życia rosyjskich milionerów: zapiski francuskiej guwernantki – Marie Freyssac
Przełożyła Natalia Stochalska
Wydawnictwo Poradnia K , 2014 , 195 stron
Seria Z Bliska
Literatura francuska


Świat rosyjskich miliarderów żyjących w moskiewskiej dzielnicy Rublowka poznałam dzięki rosyjskiemu dziennikarzowi – Walerijowi Paniuszkinowi. Jego spojrzenie na życie oligarchów porównywał do gry, w której fortunę szybko się buduje, ale i jeszcze szybciej traci. Przy okazji poznałam wyznawany system wartości, na którego szczycie stał pieniądz.
Obraz prawie pełny.
Prawie, bo tak naprawdę jego rozmówcy pokazywali swój dobrobyt, opowiadali o codzienności człowieka bardzo bogatego, udostępniali zakamarki swoich posiadłości i pozwalali zobaczyć tyle ze swojej codzienności, ile sami zechcieli. Nie bez znaczenia była też narodowość zbierającego materiał. Dziennikarz był Rosjaninem. Osobą z wewnątrz, swoją, niczemu się niedziwiącą, skupioną raczej na problemach społecznych i politycznych Rosjan.
Ta pozycja, napisana przez Francuzkę, jest o tyle ciekawa, że nie tylko uzupełnia moją dotychczasową wiedzę o nowe informację, ale również ukazuje je z perspektywy osoby z zewnątrz, obcej kulturowo. To inne spojrzenie, pełne zaskoczeń i zadziwień, musiało zaowocować humorem i lekką ironią. To słowo „lekką” nie zostało przeze mnie użyte przypadkowo. Autorka zatrudniona przez małżeństwo Artioma i Nastię Sokołowów, jako guwernantka ich dwójki dzieci, nie chciała urazić swoich pracodawców. Zwłaszcza że, jak napisała – Ja miałam szczęście. (...) Trafiłam na kulturalne małżeństwo i urocze dzieci, a jednocześnie weszłam w świat wielkiego bogactwa, który często wydawał mi się surrealistyczny i trudny do wyobrażenia dla zwykłego śmiertelnika. To dlatego nie było w jej wspomnieniach krytyki samej rodziny, wypaczeń, patologii czy nieprawidłowości wynikających z utraty kontaktu ze światem spoza Rublowki, a raczej nietypowości i skrajności powstałych z nieograniczonych możliwości finansowych. A ponieważ była osobą stale towarzyszącą rodzinie z racji swojej roli, w wielu rodzinnych sytuacjach, również w tych najbardziej osobistych, miała okazję podpatrzeć intymne relacje między jej członkami. „Zwykłą” codzienność głowy domu czyli mężczyzny, jego żony oraz dzieci.
Parafrazując – gdzie dziennikarz nie mógł, tam dotarła baba!
I to „zwykłe” życie autorka opisała, z góry wyjaśniając we wstępie – Nie staram się być obiektywna ani dokładnie przedstawiać życia rosyjskich oligarchów. Opisuję po prostu sytuacje, jakie przeżyłam w niesamowitym świecie miliarderów oraz codzienne życie zwykłych mieszkańców Moskwy. Dlatego nie zachowała chronologii dziennika, ale luźnych, skojarzeniowych wspomnień, skupionych raczej albo wokół jednego tematu przewodniego (wiara, pozycja kobiety, homoseksualizm czy wakacje), albo rejestrowanych spostrzeżeń obserwatora otaczającej ją rzeczywistości. To ostatnie dotyczyło przede wszystkim życia zwykłych obywateli, poznawanych na przykład podczas podróży. Podkreślała przy tym to, co ją zachwyciło, wprawiło w osłupienie, zirytowało, zdziwiło, zaskoczyło lub było diametralnie różne od jej wyobrażeń lub przyzwyczajeń kulturowych.
I mnie coś zaskoczyło!
Nie bogactwo i wynikające z niego możliwości w realizowaniu kaprysów za miliony dolarów, ale proces wychowania w takim luksusie dzieci, którego celem jedynym i ostatecznym było ich poczucie szczęścia. Jedynymi zasadami, które tę pełnię szczęśliwości zakłócały, a które przez rodziców były stosowane bezwzględnie i konsekwentnie, to – heteroseksualizm, seksizm oraz maczyzm. Wszystkie wynikające z silnej homofobii rosyjskiego społeczeństwa. Dotyczyło to przede wszystkim chłopców, którzy tak, jak czteroletni Alosza, codziennie dostają lekcję męskości – W łazience ojciec poucza go: „Ochlap twarz wodą. Tak jak to robią prawdziwi mężczyźni”. Gdy szlocha, siostra przywołuje go do porządku: „Przestań płakać, jesteś mężczyzną!”. Gdy nie chce jeść owsianki, matka grzmi: „No jedz, przecież jesteś mężczyzną!”. Gdy jest ubrany w koszulkę polo, wujek zwraca mu uwagę: „Postaw kołnierzyk, jak prawdziwy mężczyzna!”. Gdy wierci się na krześle, rosyjska guwernantka beszta go: „Siedź prosto, jesteś mężczyzną!” Gdy przyjaciółka domu opuszcza ich progi, na odchodnym rzuca: „Powinieneś otwierać drzwi damom, przecież jesteś mężczyzną! A wszystko to przy jednoczesnym, nieugiętym zakazie dotykania (tym bardziej zabawy!) wszystkiego, co dziewczęce – ubrania, biżuteria czy lalki.
To ja się nie dziwię, że w Rosji płeć brzydka, by sprostać byciu prawdziwym mężczyzną, musi wzmacniać się alkoholem. Udźwignąć tę rolę, o której wszyscy dokoła przypominają i do której wychowują od pieluch, nie jest łatwo. Mam wrażenie, że w Rosji to drugi czynnik, który tak, jak śmierć, ma moc równania wszystkich w szeregu, bez względu na wysokość stanu konta bankowego.
Nawet na Rublowce!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 68
| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w listopadzie w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (638)
Mój top czytanych w 2013
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi