Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 01 marca 2015
Burdubasta - Stanisław Tekieli



Burdubasta: albo skapcaniały osioł czyli łacina dla snobów – Stanisław Tekieli ; opracowanie graficzne Agnieszka Żelewska
Wydawnictwo Poradnia K , 2015 , 72 strony
Literatura polska


Książka dla snobów!
A dokładniej łacina. Są tacy. Spotkałam nawet kogoś takiego. Sypał sentencjami po łacinie jak z rękawa. Z trudem przeciskałam się między nimi do sensu rozmowy. Gubiłam wątek i nie bardzo wiedziałam, ku jakiemu celowi dąży rozmowa. W efekcie bardziej byłam zirytowana niż pełna podziwu dla erudycji rozmówcy. Po takim doświadczeniu trwoga mnie okrutna ogarnęła, kiedy moja zaprzyjaźniona studentka zaczęła uczyć się łaciny, bo wybrany przez nią kierunek studiów to narzucał. Snobka pod bokiem tobie wyrośnie – gdzieś z tyłu głowy złośliwy chochlik mnie ostrzegał – i skończą się sensowne dialogi. Na szczęście tak się nie stało. Wręcz przeciwnie – mam żywy translator pod telefonem. Ale odezwała się we mnie niezaspokojona ambicja nie tyle jej dorównać, co nie być całkiem tabula rasa czyli niezapisaną, gołą tabliczką, więc zajrzałam do tej publikacji. Wprawdzie snobką nie chciałam zostać, ale pozostać zupełnym laikiem też nie.
I tutaj zaskoczenie!
Aż taką całkiem niezorientowaną w temacie się nie okazałam, a moja pamięć była już trochę zapisana. Okazało się, że wokół mnie jest tyle łaciny w postaci sentencji używanych przez stowarzyszenia, uczelnie, urzędy i inne instytucje podnoszące sobie snobistycznie prestiż, że mimo woli nasiąknęłam nimi. Nawet dzisiaj, będąc w restauracji, natknęłam się na taki widok:

Zapytałam kelnerkę, co ten napis oznacza. Chciałam wiedzieć, jaka maksyma przyświeca temu miejscu. Niestety, nie wiedziała (sic!), ale miałam cichą nadzieję, że właściciel już tak. Szybki sms do mojej osobistej łacinniczki z prośbą o przetłumaczenie i odpowiedź - Głód nie ma ambicji. Faktycznie – można go zaspokoić. Pięknie pasujące do tego miejsca.
Ale wracając do książki.
Zupełnie niepotrzebnie obawiałam się powagi jej treści. Już na wyklejce zauważyłam kilka dobrze znanych mi maksym:

Cogito ergo sum (myślę więc jestem) czy homo ludens (człowiek bawiący się) znałam z szeroko pojętej literatury. To pierwsze z poezji Zbigniewa Herberta, a to drugie z publikacji Kim jest człowiek? Bogdana Suchodolskiego, bo nie jest to pojęcie antyczne! I to jest dowód na to, że łacina pomimo śmierci językowej, nadal żyje. Jak napisał autor we wstępie – Doprawdy ten martwy język otacza nas dziś zewsząd, nawet jeśli pewne obszary pozostają nadal niewykorzystane. I nolens volens czyli chcąc nie chcąc (oj udziela mi się ta łacina) z powodu snobizmu, przedłużamy jego żywotność. Dlatego nie dramatyzowałabym tak, jak autor, który porównuje stan łaciny do tytułowego burdubasty czyli skapcaniałego, zdychającego osła, stojącego już nad grobem. Optymistycznie twierdzę, że dopóki żyje wśród ludzi snobizm, dopóty będzie żyła łacina. Czyli zawsze będzie jej daleko do tego grobu. Niemniej autor przejęty marną kondycją ukochanego języka (czułam tę jego pasję!), postanowił napisać książkę, która w sposób przystępny zapozna aż z 139 powiedzeniami łacińskimi z pretensjonalnymi cokolwiek przypisami filologiczno-kulturowymi, jak przeczytałam w podtytule podtytułu.
Jakież one były przeciekawe!
Każdy z 30 rozdziałów nosił tytuł polski opatrzony sentencją łacińską.

Zawsze rozpoczynał się od wiersza (chylę czoła przed zdolnościami poetyckimi autora) z wplecioną w jego treść sentencją tytułową. To ona i jej temat były głównymi wątkami przekazu, ale poszerzonymi o jego konteksty. W efekcie czytając o homo homini lupus est (człowiek człowiekowi wilkiem), poznałam pozycję wilka (marna) i wilczycy (jeszcze marniejsza) wśród Rzymian, wiarę w wilkołaki, brak sympatii również dla kotów i gusta człowiecze w ogóle. A wszystko to poparte kolejnymi, skojarzonymi sentencjami, zawierającymi w sobie słowo „wilk” oraz odpowiadającymi im przysłowiami polskimi. Z przyjemnością słuchałam opowieści nawiązujących do historii Polski i historii powszechnej, w których autor, erudyta i gawędziarz w jednym, przemycał łacinę. Przy okazji obnażając nieprawdę (Et tu, Brute, contra me? – powiedział nie Juliusz Cezar, a William Szekspir), uzupełniając wersje okrojone o zagubioną część czy ucząc prawidłowej wymowy, w której akcent ma znaczenie. Uroku całości dopełniała szata graficzna ilustrująca treść

oraz szlachetna forma wydania – półkredowy papier, twarda oprawa trzonu z indeksem cytowanych przysłów i zwrotów łacińskich umieszczony na końcu książki ku mojej wygodzie szybkiego ich odnajdywania.
Śmiem twierdzić, że to publikacja nie tylko dla snobów (tytuł potraktowałam z przymrużeniem oka), ale dla każdego, kto chce zrozumieć, co inni cytują i przytaczają. Chociażby na ścianie w restauracji, bo kelnerka może nie wiedzieć, szefa nie wypada testować, a słownika lub Internetu nie ma pod ręką. Przynajmniej na poziomie podstawowym czyli powszechnym. Z 30 głównych sentencji, ku swojemu zaskoczeniu, znałam aż 12. Jak na laika to sporo! Z czego jedno wyrażenie używałam, nie będąc świadomą jego polskiego, dosłownego znaczeniu – vade mecum czyli chodź ze mną lub podążaj za mną.
Czy już mogę, uważać się za snobkę?
Odpowiedź na to pytanie ułatwił mi sam autor, ponieważ nie mam skrupułów wypomnieć mu błędu ortograficznego. Zwłaszcza że sam mnie do tego sprowokował, pisząc – w łacinie nie ma (formalnie przynajmniej) imiesłowu przysłówkowego, a jedynie przymiotnikowy (porządny snob powinien je odróżniać), zatem teoretycznie powinniśmy ten zwrot tłumaczyć jako „chcący nie chcący”, „chcąca nie chcąca”. Chyba stałam się niechcący jednak porządnym snobem, bo nie tylko odróżniam imiesłów przysłówkowy od przymiotnikowego, a nawet wiem, jak się je łączy z partykułą „nie”. O czym zapomniał (bo nie wierzę, że nie wiedział) autor.
No, ale może autor pomimo znajomości łaciny, jednak snobem nie chce być? I chwała mu za to, bo pomimo sypania łaciną od serca, rozumiałam sens, nie gubiłam wątków, wzbogaciłam swoją wiedzę, dobrze się przy tym bawiąc.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 27 lutego 2015
Dom na jeziorze – Sarah Jio



Dom na jeziorze – Sarah Jio
Przełożyła Lucyna Wierzbowska
Wydawnictwo Znak , 2015 , 317 stron
Seria Między Słowami
Literatura amerykańska


Klimatyczny świat!
Tajemniczy, uwikłany, bolesny, a mimo to chciałam w nim być. Chciałam wysłuchać opowieści bohaterek, których losy poznawałam naprzemiennie. Z zaciekawieniem krążyłam między Adą, kobietą z traumą utraty ukochanych osób opowiadającą swoją przeszłość a Penny, kobietą z przeszłości, opowiadającą swoją teraźniejszość. Dla Ady, która wprowadziła się do domu na wodzie wcześniej należącego do Penny i jej męża, odkrywanie szczegółów z życia poprzedniej właścicielki, zaginionej w niewyjaśnionych okolicznościach, było swoistą terapią na własny ból. Dla mnie możliwością znalezienia się wśród ludzi mieszkających na barkach, na jeziorze w Seattle. Specyficznej społeczności wodniaków żyjącej, jak w rodzinie, ale i posiadającej mroczne sekrety, jak w prawie w każdej rodzinie. Brudne tajemnice, o które lepiej nie pytać, nie drążyć i nie dociekać.
Ale nie dla Ady.
Tropienie dwuznacznych spraw wpisane było w jej zawód. Jako redaktorka, nie potrafiła i nie chciała odpuścić sobie ciekawego tematu. Zwłaszcza że tropy same wsuwały się do ręki i pojawiały się przed oczami. Mieszkała w miejscu nimi przepełnionym. Wrodzony upór i zawziętość dodatkowo podsycały w niej postawy sąsiadów, którzy unikali tematu. Uważali go za definitywnie zamknięty.
Aż stało się!
Ada, odnajdując klucz do kufra Penny, tak naprawdę otworzyła puszkę Pandory. Wpuściła do zastanej, stabilnej rzeczywistości wodniaków mroczną przeszłość, którą próbując rozświetlić, niechcący odsłaniała własną. W efekcie krok po kroku odtworzyła przebieg zdarzeń prowadzących do tragedii, potwierdzany przez równoległy głos Penny.
Niby nic nowego.
Zdrada i rozczarowanie to chleb powszedni historii ludzkich, mogłabym powiedzieć, gdyby nie piękno i siła przekazu. Widoczne w języku, w dialogach, w plecionych wątkach, które wprawiały opowieść w lekkie kołysanie, oddające charakter miejsca akcji. Wystarczyło poddać się sugestii narratorek, by poczuć zapach jeziora, aromat pieczonych bułek cynamonowych, usłyszeć plusk wody odbijającej się od pirsu, ujrzeć delikatność kwiatów rosnących przy barkach, łodzie sunące po tafli wody i odbijające się w niej gwiazdy nocą. Szczegóły i detale tworzyły nastrój gęsty od emocji: od rozczarowania po pragnienie, od bólu po radość, od rozpaczy po szczęście, od śmiechu po łzy, od pewności do wahania, które towarzyszyły rodzącej się i umierającej miłości. Mieszanka słodko-gorzka (lub na odwrót) podana w leniwym rytmie delikatnie kołyszących się fal, a mimo to zachowująca dynamikę rozwoju zdarzeń.
Smutny dramat w słodkiej oprawie, a jednak spełniający rolę plastra na zranione serce, miodu na umęczoną duszę, piasku zasypującego chwilowy dołek czy cukierka osładzającego nieudany dzień. Każde podobne porównanie w tym przypadku będzie adekwatne.

O autorce usłyszałam parę lat temu, kiedy nie było jeszcze wydań polskojęzycznych, a tu proszę - jest już kilka tytułów!
sobota, 21 lutego 2015
Twój umysł na detoksie – Rafael Santandreu



Twój umysł na detoksie: czyli jak nie zatruwać sobie życia – Rafael Santandreu
Przełożyła Joanna Kuhn
Wydawnictwo Muza , 2015 , 303 strony
Literatura hiszpańska


Do poradników psychologicznych podchodzę sceptycznie.
O ile ich rola w uświadamianiu istnienia samego problemu jest duża, o tyle z zastosowaniem zawartej w nim teorii już gorzej. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy trafiłam na warsztaty z aktywacji metod wychowawczych. Pod kierunkiem psychologa i pedagoga wprowadzaliśmy w czyn całą teorię podaną w znanej pozycji amerykańskich ekspertek w dziedzinie komunikacji między rodzicami/nauczycielami a dziećmi – Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły. To bardzo pozytywne doświadczenie ugruntowało we mnie przekonanie, że przeczytać poradnik psychologiczny lub pedagogiczny to za mało. Trzeba jeszcze popracować nad realizacją jego treści poprzez konkretne ćwiczenia sytuacyjne pod kierunkiem profesjonalistów. I tak zapewne bym myślała do końca świata, a nawet dłużej, gdyby w moje ręce nie trafiła, przez zupełny przypadek (a może tak miało być?), właśnie ta pozycja.
Poradnik, który zmodyfikował mój dotychczasowy, kategoryczny pogląd.
Pokazał mi znaczącą różnicę między psychologią behawioralną, na której zasadach bazowały wspomniane przeze mnie wcześniej warsztaty a psychologią poznawczą. I w tej różnicy leży przysłowiowy pies pogrzebany. Bo o ile ta pierwsza wymaga, nazwijmy to, ćwiczeń zewnętrznych czyli sytuacyjnych, o tyle ta druga wyłącznie ćwiczeń wewnętrznych czyli umysłowych polegających na odkrywaniu myśli, schematów myślowych i przekonań irracjonalnych, które nagromadziliśmy podczas życia, a które stanowią przyczynę bólu i frustracji i mogą prowadzić do cierpienia emocjonalnego, a ostatecznie nawet do zaburzeń, takich jak lęk czy depresja. A takie podejście pozwala na pracę samodzielną właśnie z poradnikiem, który dostarcza wiedzę, metody i konkretne ćwiczenia. I tu znacząca uwaga, o której również wspomina autor a zarazem psycholog poznawczy, a raczej podaje jako warunki przystąpienia do odtruwania umysłu – aby osiągnąć zamierzony efekt, potrzebna jest codzienna, systematyczna, długotrwała praca nad sobą (od 6 miesięcy do roku) oraz otwarty umysł i wytrwałość. Z nich, dwa ostatnie warunki są najważniejsze. Od siebie dodam jeszcze – przygotowanie na lekki szok, na takie „rewelacje”:

Po takim dictum, mniej zaawansowani czyli najbardziej „zatruci” mogą odrzucić poradnik już na początku. W czasach narzuconej młodości i pozornej nieśmiertelności nakaz myślenia o śmierci i jej nieuchronności może bardzo zaboleć. I tutaj dochodzę do jeszcze jednego czynnika mającego wpływ na powodzenie pracy z poradnikiem – odbiorcy i jego stopnia „zatrucia” umysłu przez „toksyny” z zewnątrz. Ujmując rzecz prościej, im mamy w głowie większe piekło stworzone przez własne myśli, podsycane przez schematy i algorytmy myślowe, tym trudniejsza będzie praca z poradnikiem. Powiem więcej – może zdarzyć się tak, że w skrajnych przypadkach, zostanie odrzucony ze złością. Całkowicie zanegowany.
A warto spróbować, bo działa!
Spotkanie z psychologiem-przewodnikiem rozpoczyna się od podania minimum niezbędnej teorii, tłumaczącego założenia psychologii poznawczej, wyjaśniającego metody, jakimi się posługuje w pracy z pacjentami i, najważniejsze, podsuwa rozwiązanie problemów, by w pełni korzystać z radości życia.
Proponuje gotową i sprawdzoną na to receptę!
A podobno nie ma takiej, a tu voilà, jest! Brzmi trochę, jak herezja, ale to prawda, poparta przykładami znanych ludzi, którzy ją stosowali, a metody psychologi poznawczej mieli opanowane do perfekcji. Mówi wprost – I to właśnie jest jeden z moich celów: powiedzieć czytelnikowi, że może się zmienić, może stać się osobą zdrową na poziome emocjonalnym. Pokazuje, jak żyć z „neurozami” innych, nie zarażając się nimi. Jak w neurotycznym świecie Zachodu, kultu nieśmiertelności i „choroby wymaganiowej” ochronić swój umysł, równowagę emocjonalną, budując mur dystansu wobec neuroz i neurotyków. Pod tym ostatnim pojęciem mam na myśli nie tylko ludzi, ale i media z przekazem myślowym. Piosenki i literatura też mogą być toksyczne, z których najbardziej szkodliwe są, nomen omen, poradniki psychologiczne, ale oparte na irracjonalizmie. Przy okazji ich krytyki, autor obala lansowane przez nie mity czyniące więcej szkody niż pożytku, jeśli nie w ogóle katastrofę, w świadomości odbiorcy. Między innymi popularne przekonanie – Jeśli czegoś bardzo pragnę, osiągnę to. Według autora - nieprawdziwe i szkodliwe. A ja od siebie dodam – bardzo!
Nie zabrakło oczywiście ćwiczeń w tej pozycji.
Są one przedstawiane i omawiane w rozdziałach opisujących konkretny problem – strach przed samotnością i ośmieszeniem, nieprawidłowe relacje z innymi ludźmi, wybuchy gniewu, niepożądany wpływ otoczenia, stres w pracy, frustracja i wiele, wiele innych, bardzo powszechnych, niepozwalających na cieszenie się życiem. Dla mnie największą trudność sprawiają ćwiczenia dotyczące opanowania stresu w pracy. Trudno jest mi zastosować metody psychologi poznawczej, kiedy mam do wykonania zadanie. Zwłaszcza zespołowe. Świętego potrzeba, aby udawać Buddę, gdy wszystko dookoła się sypie. Trudno pozbyć się natłoku negatywnych myśli, kiedy złe emocje kipią.
Ale, ale! Autor nie obiecywał mi, że będzie łatwo!
Wręcz przeciwnie! Stawiał warunki i uprzedzał, że praca nad schematami myślowymi to ciężka praca w terapii zachowań. Po prostu orka na ugorze! A im bardziej zarośnięty ugór czyli zatruty i uzależniony umysł, tym trudniej. I tutaj autor podawał metafory, opowieści zaczerpnięte z buddyzmu i chrześcijaństwa, historie konkretnych ludzi lub swoich pacjentów, by zilustrować swój przekaz, podając na koniec każdego rozdziału podsumowujące go, najważniejsze wnioski:

Detoks boli.
Jak każde uzależnienie i z tym już się pogodziłam, cierpliwie zastępując irracjonalizm - racjonalizmem, potrzeby – pragnieniami, dramatyzm – realizmem, wymagania – preferencjami, bo, jak powiedział Epiktet: Nie to nas dotyka, co nam się zdarza, ale to, co mówimy sobie o tym, co się nam zdarza. To ja jestem reżyserem swojego umysłu.
I ostatnia konkluzja.
Mam wrażenie, że przeczytałam naukowe opracowanie filozofii życia wielu religii, udowadniające, że praktyka wiary w codziennym życiu jest możliwa, a nauka tylko wyposaża człowieka w odpowiednie do tego narzędzia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To szczęśliwy głucho-niewidomy Francisco Feria, którego autor przedstawia, jako dobry przykład w metodzie odniesienia do wzorców pozytywnych.
niedziela, 15 lutego 2015
Zgroza w Dunwich – Howard Philips Lovecraft



Zgroza w Dunwich: i inne przerażające opowieści – Howard Philips Lovecraft
Wybór, przekład, opracowanie i posłowie Maciej Płaza ; ilustracje John Coulthart
Wydawnictwo Vesper , 2012 , 792 strony
Literatura amerykańska


Oj, zgroza!
Zgroza straszna, przerażająca i bijąca od rzeczy niesłychanie odrażających i groźnych, a przy tym tak potężnych i nieuchwytnych, że dostępnych jedynie dla mglistych domysłów. Ukazująca życie doprawdy ohydne, na domiar złego zaś uchyla niekiedy zasłonę pozorów i odsłania przed nami przebłyski diabolicznej prawdy czyniącej je tysiąckroć ohydniejszym. Jawiła się ona w każdym z 15 opowiadań tej antologii, na każdej niemalże stronie. Również w postaci często występującego wyrazu ją określającego. I to ta groza ukazująca położenie ludzkości w przestrzeni kosmicznej, jako mało znaczące ziarno piasku w pyle Kosmosu, jeden z wielu gatunków istnień bytujących przed nią i mających przyjść po niej, przerażała mnie najbardziej. A dokładniej silnie przebijający przez opowieści światopogląd przesiąknięty na wskroś pesymizmem, lękiem przed fazami Natury i bytu, które obłożone są najcięższym zakazem i obce doświadczeniu rozumnej ludzkości, niewiarą w dobro, a nawet wstrętem do człowieka i jego ukrytych instynktów pod gorsetem norm moralnych. Bezlitośnie, a nawet miałam wrażenie, że z pewną dozą przyjemności czerpanej z tej perwersji, obnażonych przez autora w tym zbiorze. Rozkład, destrukcja, smród i fetor rozkładu moralnego. Według tłumacza i jednocześnie interpretatora twórczości autora w posłowiu, to właśnie ta uwidoczniona, podkreślona i uwypuklona ohydna potworność człowieka (psychiczna i fizyczna) przyciąga czytelnika najbardziej. Jest zaraźliwa i pokuśliwa, bo człowiek sam jest potworem; to, co ohydne, okrutne i straszne, pociąga nas, ponieważ odpowiada na głęboki zew pierwotnej dzikości. To właśnie na tej płaszczyźnie odnajdują nić porozumienia z autorem jego fani.
To właśnie od takiej fascynatki otrzymałam ten egzemplarz.
Chociaż ona sama swoje uwielbienie dla pióra autora tłumaczyła jeszcze inaczej. Według niej niesamowitość twórczości autora kryła się w narracji, używaniu zwrotów wzbudzających ciekawość już na początku opisu, którego wysłowić nie sposób, a co mieszka za górami szaleństwa oraz w mistrzowskim, powolnym budowaniu napięcia aż do rozstrzygającego końca. Czasami sadystycznie dopiero w ostatnim zdaniu. Również w scenerii akcji będącej z natury tajemniczą – w kościele, podziemiach, głębinach ziemi i oceanu, samotnych domach, dzielnicach, a nawet całych miastach. Mimo że sam schemat fabuły był bardzo prosty i powtarzalny w każdej historii. Był więc zawsze dociekliwy bohater (naukowiec lub amator-pasjonat), tajemnice do rozwikłania, których kres był mroczniejszy niźli najczarniejsza otchłań piekieł, było tajemnicze miejsce do spenetrowania i istoty z Kosmosu. Autor posłowia ten typ fabuły nazwał opowieścią o Minotaurze, nawiązującą do mitu dotykającego najistotniejszych doświadczeń ludzkiego istnienia.
Tyle, jeśli chodzi o wielbicieli, do których nie zaliczyłam się po tej czytelniczej przygodzie.
Nie odnalazłam dla siebie tutaj płaszczyzny porozumienia w przesłaniach tych opowiadań z jednego powodu – światopoglądowego. Autor był ateistą, stąd fascynacja kosmicznym pochodzeniem człowieka. Teorie ewentualnych bytów istniejących obok nas, ich drobiazgowe opisy fizyczne podobne poniższej ilustracji, które ubarwiały grozę antologii,

traktowałam jak bajki. I o ile dobrze czytało mi się początek snutych historii ze względu na umiejętne budowanie napięcia, o tyle już dalsza część rozczarowywała mnie. No dobrze, napiszę wprost – nudziła mnie. Nie mogłam przekonać się do galaretowatych odnóży i trąbkowatych macek Wielkich Przedwiecznych, których istnienie uprawdopodobniały lub wręcz udowadniały legendy, podania i mity. No nie mogłam się do tego przekonać i już! Może dlatego pobiłam rekord w czytaniu tej antologii – ponad dwa tygodnie! Do tego dochodził bardzo specyficzny język – egzaltowany, pełen słów już nieużywanych, przestarzałych, zapomnianych, archaicznych typu: oćma, pustać, grążyć, szydliwy, w zadaniach kwiecisto rozbudowanych, nadających tekstowi charakter staroświecki, prawie bez dialogów. To sprawiało, że moje myśli zamiast odtwarzać opisy, umykały mi z książki w inne rejony umysłu. Musiałam przerywać czytanie, cofać się w tekście i podejmować od nowa zgubiony wątek. Dla tłumacza to nie była wada, lecz ciekawe wyzwanie. Wprawdzie najtrudniejsze, ale i najprzyjemniejsze, jak napisał w posłowiu. Muszę przyznać, że sprostał temu zadaniu, skoro tę staroświeckość odczułam. I z tego powodu jestem pełna podziwu dla jego umiejętności translatorskich.
Czytać czy nie czytać opowiadania Lovecrafta?
I nie tylko prozę, ponieważ tworzył również poezję. Na pewno polecam fanom grozy, ponieważ to klasyka gatunku. I dokładnie to wydanie, ponieważ tłumacz lojalnie i z humorem uprzedził – W zasadzie nieładnie jest kpić z dokonań poprzedników, ale dotychczasowych polskich przekładów Lovecrafta nie mogę nie skomentować. Powiem więc krótko i po Lovecraftowsku: jest to bluźniercze plugastwo z najczarniejszej otchłani ignorancji i złego smaku; niechaj winni tej zbrodni skończą w szponach Wielkiego Cthulhu. A pozostali niech zadecydują sami po takim zdaniu tłumacza, które bardzo trafnie oddaje charakter twórczości autora – W prozie Lovecrafta spotykają się osiemnastowieczna rozlewność narracji i opisów, romantyczna egzaltacja i drobiazgowość psychologicznych introspekcji, wiktoriańska fascynacja rekwizytornią i aparaturą pojęciową nauki oraz dwudziestowieczna, pulpowa dosadność makabry.
Ja w tej mieszance się nie odnalazłam, no bo jakżeż odnaleźć się w tak przerażającym, ohydnym, najeżonym złem świecie, w którym króluje fetor rozkładu fizycznego i moralnego oraz totalna beznadzieja nicości człowieka w otchłani kosmicznej?
Zgroza!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 01 lutego 2015
Obietnica – Danielle Steel



Obietnica – Danielle Steel
Przełożyła Ewa Górczyńska
Wydawnictwo Da Capo , 1996 , 253 strony
Literatura amerykańska


Przeczytałam współczesną bajkę o Kopciuszku!
Wprawdzie wyrosłam już z bajek i tych klasycznych, i tych nowoczesnych, ale są czytelniczki, sądząc po ilości fanek tej autorki, które potrzebują ich jak powietrza. I dobrze, niech nimi oddychają. Zwłaszcza gdy ma się naście lat. Właśnie taka nastolatka namówiła mnie na tę opowieść. Zresztą długo nie namawiała, bo chętnie sięgam po wszystko, co czyta młodzież. To jeden ze sposobów cichego wywiadu, który pozawala mi poznać, co czytają, a tym samym czym żyją, co ich pasjonuje, przeraża lub wzrusza. To poprzez książki prowadzi mnie jedna z dróg do skrzętnie skrywanych w tym wieku emocji. Dlatego czytam najbardziej dalekie od moich zainteresowań tytuły, zwłaszcza że, w tym przypadku, zachwytom towarzyszyło ogromne przejęcie i przyznanie się do łez wylanych nad losami bohaterów.
Nie wzruszyłam się, a tym bardziej nie uroniłam łzy.
Ale to nie znaczy, że opowieść była nieciekawa. Wręcz przeciwnie. Napisana z rzemieślniczą poprawnością warsztatu i zgodnie ze scenariuszem dobrze opowiedzianej bajki. Tyle że osadzonej we współczesnych realiach. Bohaterowie żyli w USA, prowadzili rodzinny biznes lub studiowali. Reszta to czarna wersja życia z podziałem na role pozytywne i negatywne oraz z zakazaną miłością na pierwszym planie. Była więc para kochających się młodych ludzi, Michaela i Nancy, którzy właśnie ukończyli studia, zamierzając się pobrać. Wierząc w miłość po grób przenoszącą góry i zasypującą kaniony różnic, nie brali pod uwagę tych ostatnich, wykluczających ich związek. I tu zaczyna się akcja, tragedia i mezalians w jednym. On urodził się w majętnej rodzinie z tradycjami. Ona, wychowana w sierocińcu, pochodziła znikąd. Przepaść między nimi pracowicie i niestrudzenie pogłębiało zachowanie i postawa Marion, matki Michaela. Ta apodyktyczna kobieta, kategorycznie sprzeciwiając się planom młodych, uważała, że jej syn nie może poślubić jakiejś przybłędy bez nazwiska, malarki wychowanej w sierocińcu. Ona chce, żeby się ożenił z bogatą panną z dobrego domu, która coś wniesie do tej rodziny. To ona, jej intrygi i ich skutki były tym czynnikiem, który nadawał fabule dynamikę rozwoju wypadków. Obserwacja walki dobra ze złem zawsze jest ciekawa i mimo woli, wciąga do kibicowania sprawiedliwości, której musi, po prostu musi, stać się zadość. I autorka tę potrzebę zaspokaja z naddatkiem.
Podtrzymuje wiarę w niezwyciężoną potęgę miłości.
I to jest piękno, które wzrusza, gdy ma się naście lat!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 30 stycznia 2015
Chmurdalia – Joanna Bator



Chmurdalia – Joanna Bator
Wydawnictwo W.A.B. , 2010 , 504 strony
Seria Archipelagi
Literatura polska


Dałam się uwieść syreniej pieśni!
Po Piaskowej Górze, którą byłam urzeczona, spodziewałam się kontynuacji losów głównej bohaterki Dominiki Chmury, marzącej o krainie Chmurdalii. Stąd tytuł drugiej książki. Nastolatki, której życie na wałbrzyskim osiedlu zakończyło się wraz z wypadkiem samochodowym, a zaczęło w nowym miejscu, w monachijskim szpitalu, do którego trafiła.
I dokładnie to dostałam.
Historie jej dalszych losów jako nowego rozdziału w jej życiu. Wędrowniczki szukającej swojej Chmurdalii po całym świecie, stale zmieniającej miejsca zamieszkania, miasta pobytu, bezustannie poznającej ciekawych ludzi, od nowa podejmującej pracę w aktualnie odwiedzanej Anglii, USA, Francji czy Niemiec, by na moment, krótką chwilę, zajrzeć do mieszkania w rodzinnym Babelu. Powspominać z przyjaciółką z lat dorastania, Małgosią, stare dzieje i opowiedzieć nowe. Zrobić inwentaryzację Dominiki Wędrownej dla przeciwwagi matczynej miłości kotwiczącej w jednym miejscu, by ją przynajmniej zrównoważyć zbiorem własnych doświadczeń.
Te losy, mimo że ważne, nie były dla mnie najciekawsze.
Dominika wypływała i ginęła w toni multum podobnych historii i wątków, które były dla mnie równie interesujące i przeciekawe. A to dlatego, że przez karty książki przewijało się spektrum postaci od egzotycznej hotentockiej Wenus pokazanej na pierwszej wyklejce,

po tę dobrze znaną, swojską, polską Maryję umieszczoną na wyklejce drugiej:

A pomiędzy tymi skrajnymi symbolami kulturowymi świat, w którym utonęłam! Któremu rwącemu, a czasami leniwemu nurtowi, poddawałam się z przyjemnością. Nie szukałam w nim specjalnie Dominiki, sensu czy powiązań. Gdybym zaczęła to robić, pogubiłabym się w wątkach, irytowałby mnie natłok różnorodnych bohaterów pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, realizm magiczny, opowieści w opowieściach i naśladowanie stylu bajarzy z charakterystycznymi powtórzeniami fraz. Pozwoliłam się nieść na fali słów. Zaufałam narratorowi, który opowiadał mi napotykane obrazy, nie pozwalając zachłysnąć się ich nadmiarem, zniechęcić natłokiem, na zwątpienie w sens. Wierzyłam, że w tych historiach on jest, tylko musi wybrzmieć, musi się opowiedzieć do końca. Że muszę poznać wszystkich bohaterów i tych z przeszłości, i tych z teraźniejszości, Polaków rozrzuconych po całym świecie i imigrantów z innych państw, by na końcu spleść wszystkie wątki i ujrzeć jednego człowieka w wielu postaciach i wersjach. Baobab z Senegalu, Nazan z Turcji, Franciszki Pyłek więźniarki z obozu koncentracyjnego, Icka Kaca polskiego Żyda, Eulalii Barron Amerykanki z matczynym grobem w Kownie, Cioć Herbatek z Napoleonówki i wielu, wielu innych. A wśród nich bohatera nietypowego – nocnik Napoleona. Przedmiotu, który jako jedyny tworzył wątek łączący część bohaterów oraz spajający fabułę. Na ich tle losy Dominiki nie wyróżniały się ani większym ciężarem, ani skrajniejszym tragizmem, a przez to rzadką wyjątkowością. Postawienie jej wśród innych ludzi świata na tle toczącej się historii od czasów sprzed II wojny światowej po czasy współczesne, było próbą ukazania wiru życia wciągającego każdego, z jego wolą lub bez niej, niczym nocnik Napoleona rzucony w nurt rzeki, przechodzący z rąk do rąk i niemający większego lub znaczącego wpływu na jego historyczny tor. Jesteśmy podobni temu nocnikowi. Ale w odróżnieniu od przedmiotów, człowiek potrafi mówić i może opowiadać, tworzyć, interpretować i opisywać. Wystarczy morze, chmura, dal i już się toczy, już płynie opowieść.
Z przyjemnością dałam się jej ponieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Nie wszystkie losy ludzkie były w tej powieści wymyślone. Hotentocka Wenus to postać historyczna, o której nakręcono również film biograficzny.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Pomyleni – Irena Cieślińska



Pomyleni: chorzy bez winy – Irena Cieślińska
Dom Wydawniczy PWN , 2014 , 232 stron
Literatura polska


W tej książce staram się przybliżyć „normalnym” tych „nie całkiem normalnych”. Żeby zrozumieli. – napisała we wstępie autorka.
Dlatego nie napiszę o bólu, o walce z ograniczeniami ciała, z umysłem pracującym wbrew własnej woli, o cierpieniu współodczuwania choroby przez najbliższych i wreszcie o śmierci fizycznej lub społecznej, do których doprowadza, prędzej czy później, każda z nich. Po co pisać tutaj o małej dziewczynce, która umarła z głodu, bo tak bardzo zaciskała zęby z powodu fobii, skoro ten rozdział książki Kiedy budzą się fobie można przeczytać na stronie internetowej? Nie ma sensu pisać o kobiecie doprowadzonej do szaleństwa i zamknięcia w zakładzie psychiatrycznym, bo rzadkość jej choroby uniemożliwiała prawidłową diagnozę i leczenie. Takie historie zniechęcają, wykluczając tym samym ich poznanie i zrozumienie. Znam to z autopsji. Moje rozmowy na tego typu tematy w większości ucinane były zdaniami – musisz czytać takie książki? Dlatego napiszę o innej stronie tych bardzo rzadkich przypadłości, których w tej pozycji jest przedstawionych aż 29.
Zaczaruję świat!
Pokażę, że choroba może mieć zalety, a wzrok, który uważamy za dar, może stać się przekleństwem. Nie piszę herezji. Taki wniosek wysnułam, czytając ten zbiór reportaży. Wystarczy spojrzeć na tytuły, by być zaintrygowanym, by zechcieć wiedzieć więcej.

A kiedy już się zacznie, ma się wrażenie przebywania w świecie magicznym. Opowieści bohaterów pokazywanych historii uzupełniane przez narratora zewnętrznego przenoszą do świata alternatywnego, w którym postrzeganie otoczenia i siebie w nim jest totalnie i fascynująco odmienne od dotychczasowego. To właśnie stąd artyści, obdarzeni określoną przypadłością, czerpali natchnienie i wizje, przenosząc je do literatury czy muzyki. Świat elfów (zespół Williamsa), przygód Alicji w Krainie Czarów (syndrom Alicji z Krainy Czarów), wampirów (porfiria) czy krasnoludków (zespół Bonneta) to rzeczywistość jak najbardziej realna wielu ludzi żyjących obok nas. Również tych o bardzo znanych nazwiskach, a pomimo tego osiągających sukcesy osobiste i zawodowe, jak Brad Pitt, który jest prozopagnostykiem (podobnie jak autorka) czy David Beckham – turetyk.
I to jest ta pozytywna strona tej pozycji.
Wszystko zależy od nastawienia człowieka, jak do choroby podejdzie i co z niej wydusi dla siebie i innych. Autorka nie zapomniała opisać wielkich, którzy tego dokonali. Dzięki którym możemy delektować się muzyką, malarstwem czy literaturą z najwyższej półki. Ta pozycja nie tylko odpowiada na odwieczne pytanie o sens choroby, ale nawet wzbudza zazdrość.
Tak – zazdrość.
O te wszystkie doznania niedostępne zwykłemu „normalnemu”, który w desperacji sięga po środki odurzające, by choć na moment przejść na drugą stronę lustra, jak Alicja do Krainy Czarów czy poznać wizje w zespole Bonneta. Jedną z przypadłości nazwałabym nawet darem, który bardzo chciałabym posiadać. To synestezja. Przeżyć chociaż raz w życiu muzykę tak, jak przeżywa ją za każdym razem Carol. Koncert muzyki klasycznej to dla niej niemal przeżycie erotyczne. Dźwięki gitary nie tylko docierają do jej uszu, dziewczyna odbiera je także jako zmysłowe muśnięcia delikatnych pędzelków gdzieś w okolicach kolan i zgięć łokci. Trąbki czuje na plecach, a odgłos skrzypiec to jak subtelny masaż twarzy. (...) ...nowojorski jazz. To jak uderzenia tysięcy drobnych ciepłych kropli na całym ciele. Przy takich opisach doznań można poczuć się bardzo ułomnym i zastanowić się, kto w tym przypadku jest ograniczony? Co decyduje o normalności – tylko rzadkość występowania aberracji?
Autorka nie tylko mi o tym wszystkim fascynująco opowiadała, ona również zapraszała mnie do oglądania omawianych zagadnień, podając linki do przeciekawych stron internetowych. Buszowałam więc z książką w Internecie, przyglądając się narkoleptycznym psom, ucząc się postępowania w przypadku ataku katalepsji i narkolepsji u ludzi czy testując swoją zdolność zapamiętywania twarzy. Na pół dnia przepadłam w świecie iluzji, uczącej pokory w pewności (a raczej niepewności) postrzegania rzeczywistości.
A kiedy już sobie poczytałam i pozazdrościłam, zrozumiałam jedno. Ta pozycja napisana jest nie tylko dla zaspokojenia mojej ciekawości czy nawet zrozumienia „innych”, ale przede wszystkim dla mojego dobra. Teraz zachowałabym się zupełnie inaczej wobec osoby cierpiącej na zespół Pradera-Willego niż wtedy, gdy stałam się jej ofiarą. Inaczej spojrzę na chorobę, gdy mnie dotknie. I tutaj musi powiać trochę grozą. Część z tych przypadłości może dotknąć każdego z nas w różnym wieku, ponieważ są chorobami nabytymi. Wystarczy ukąszenie kleszcza czy wypadek z urazem głowy.
I jesteśmy zupełnie inni!
Z poczuciem innej tożsamości, z odmiennym postrzeganiem siebie i otoczenia, z nowymi postawami czy cechami osobowości. My lub nasi najbliżsi. Autorka przypomniała mi, jak bardzo kruche jest nasze człowieczeństwo, a linia między normalnością a nienormalnością bardzo płynna.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 23 stycznia 2015
Syndykat pająka – Andreas Franz



Syndykat pająka – Andreas Franz
Przełożył Miłosz Urban
Wydawnictwo Świat Książki , 2014 , 590 stron
Cykl z komisarz Julią Durant , tom 5
Seria Granice Zła
Literatura niemiecka


To 5. z kolei tom cyklu z komisarz Julią Durant.
Nie czytałam wcześniejszych odsłon, ale też nie było to konieczne. Każda z nich, oprócz bohaterów wiodących, stanowi całość w rozpracowywaniu problemu kryminalnego. W tej części dotyczyła właściwie problemu ogólnoświatowego. Często nazywanego przez niedowiarków spiskiem dziejowym. Ale zanim narrator ostatecznie go sformułował, zaczął od najbanalniejszego wydarzenia (jeśli morderstwo w ogóle może być banalne), z jakim mają na co dzień do czynienia policjanci z wydziału zabójstw. Od jednoznacznego samobójstwa i morderstwa pary znalezionej w jednym z mieszkań. Sensacji przydawał fakt, że mężczyzna był bardzo znanym i najlepszym jubilerem w Niemczech, a kobieta rosyjską prostytutką. Dla śledczych bardzo prosta sprawa, niewymagająca dodatkowych wyjaśnień.
Ale nie dla Julii Durant.
Jej intuicja w tej „normalności” wyczuwała fałsz. Coś trudnego do konkretnego wskazania i określenia, ale na tyle silnego, by nie dawać spokoju dociekliwej komisarz. Podjętych przez nią kilka nieformalnych działań potwierdziło jej przypuszczenia na tyle, by zmienić klasyfikację zdarzenia na podwójne morderstwo z udziałem osób trzecich. Od tego momentu, nie tylko mi wydawało się, że śledztwo powinno ruszyć bezproblemowo.
Nic z tego!
Postępowało bardzo powoli. Dowody znikały w niewyjaśnionych okolicznościach, kolejni świadkowie ginęli z ręki nieuchwytnego zawodowca, a zaufane osoby, stawały się niepewnymi, gotowymi zdradzić lub wręcz wrogami. Julia Durant potrąciła, i to bardzo mocno, jedną z pajęczych nici sieci utkanej przez przestępców, oplątującej najważniejsze struktury państwa – rząd, biznes i wymiar sprawiedliwości. Swoim nieustępliwym śledztwem zaalarmowała najbardziej groźnych, a zarazem głęboko zakamuflowanych, przywódców syndykatu pająka. Wyglądała jak mała mucha na tle groźnej sieci i jej twórców.
Cała opowieść o zmaganiach organów ścigania z komisarz na czele, była skonstruowana po to, by ukazać procedury i mechanizmy przenikania grup przestępczych handlujących narkotykami, dziećmi, kobietami, bronią i wszystkim tym, co przynosiło krociowe zyski uprzywilejowanej grupie osób na samej górze struktury. Bestiom, które o wszystkim decydowały – z zewnątrz szanowani, uczciwi i honorowi biznesmeni i politycy, a wewnątrz cyniczni mordercy i handlarze śmiercią, skorumpowani, chciwi i zawistni. Ponura rzeczywistość mówiła komisarz Durant, że kontrolę mają tylko pająki, które tę sieć plotą i do której wpadają wszyscy. Bez wyjątku. Od przywódców państwa na górze drabiny społecznej po zwykłego obywatela na jej dole. Tego ostatniego zupełnie nieświadomego swojej sytuacji, bo karmionego uspokajającą, zmanipulowaną, spreparowaną papką medialną dostarczoną przez niczego nieświadomych dziennikarzy. Również sterowanych odgórnie.
Problem poruszony przez autora nie jest wymyślony.
Nie bez powodu wybrał również na miejsce akcji Frankfurt, który miał wszelkie predyspozycje, by otrzymać nazwę stolicy przestępczości. W posłowiu wyjaśnia wprost – Niektórzy mogą uznać, że przy pisaniu książki poniosła mnie fantazja – niestety, to nieprawda. Byłam tego świadoma, zanim dotarłam do rozwiązania zagadki kryminalnej i końcowych wyjaśnień. Czytałam już o problemie zorganizowanej, ponadpaństwowej przestępczości przekraczającej każdą granicę ( i tę moralną, prawną, jak i geograficzną) w reportażach Niewolnice władzy i Ja, terrorysta. Spisek dziejowy – synonim nadinterpretacji i przesady w osądzie sytuacji, w tych pozycjach jest faktem, a teoria podtrzymywania wojen i specjalnego wywoływania lokalnych konfliktów na świecie dla finansowych zysków, prawdą. Faktyczną władzę w państwach sprawuje mafia. Rosyjska mafia, czeczeńska mafia, jakuza, triady, kartele narkotykowe, włoska mafia, amerykańskie gangi... Najgorsze, że po upadku Związku Radzieckiego wszystkie organizacje przestępcze ze sobą współpracują. Niektóre kontrolują surowce, wydobycie i ich przepływ, inne handel narkotykami, jeszcze inne wyspecjalizowały się w szantażach, porwaniach i okupach, handlu bronią, ludźmi, zajmują się prostytucją, pornografią, handlem towarami luksusowymi i, „last but not least", praniem brudnych pieniędzy. Fundusze inwestuje się w nieruchomości, średnie i duże firmy ze wszystkich branż, kupuje się olbrzymie pakiety akcji uznanych przedsiębiorstw, malutkie i nieznane firmy za sprawą gigantycznych inwestycji i wsparcia w krótkim czasie podbijają rynek... Pieniądze przepływają w różnych kierunkach i w końcu są czyste i nie do wytropienia. Tak samo, jak ich właściciele. Pająki.
I tak naprawdę, dokładnie o tym jest ta historia.
Pod płaszczykiem dobrej rozrywki, autor budzi czytelnika, mówiąc słowami jednego z bohaterów – Chciałem tylko pokazać, jak można manipulować informacją i na tym zarabiać. Dzisiaj wszystkim można manipulować i nie ma na świecie ani jednego państwa, w którym nie działałyby zorganizowane grupy przestępcze. Nieprawda? Nas to nie dotyczy? Autor ma paranoję? Proszę sobie przypomnieć ewolucję informacji, która do nas docierała na temat przetrzymywania podejrzanych przez USA o terroryzm w Starych Kiejkutach – od całkowitej negacji do stanu obecnego.
A to tylko wierzchołek lodowej góry rzeczywistości, o której po tej pozycji nie można powiedzieć, że funkcjonuje obok nas, ale, że tkwimy w niej nieświadomie po uszy.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 18 stycznia 2015
Przypadek to nie wszystko – Elliot Aronson



Przypadek to nie wszystko: moje życie psychologa społecznego – Elliot Aronson
Przełożyli Agnieszka Chrzanowska i Piotr Żak
Wydawnictwo Charaktery , 2011 , 281 stron
Literatura amerykańska


To nie jest tylko zwykła autobiografia!
Ale na pewno tak pomyślałabym, gdybym nie znała autora z jego wcześniejszej publikacji Człowiek – istota społeczna, który odkrył przede mną, że podręczniki akademickie wcale nie muszą podawać wiedzę w sposób nudny.
Nic z tej nudności i tutaj!
Owszem, spełnia kryteria opowieści autobiograficznej, bo chronologicznie pokazuje dzieciństwo, dorastanie, proces wyboru drogi zawodowej, rozwój kariery i sposób gospodarowania czasem już na emeryturze na tle gwałtownego rozwoju psychologii społecznej w Ameryce, ale oprócz tych znaczących faktów zawiera w sobie również czynnik X. To on czyni z niej fascynującą historię z lekkim nachyleniem dydaktycznym. Tym czynnikiem X jest pasja z umiejętnością przekazywania emocji, jakie ze sobą niesie, a o której napisał we wstępie do polskich czytelników – Uwielbiam być psychologiem społecznym. Psychologia społeczna to nie tylko mój zawód. To moje życie. Jakże bliskie jest mi to wyznanie, bo dokładnie mogę powiedzieć to o sobie i swojej pasji. Stąd rozumiem jego ciekawość badacza mechanizmów procesów społecznych i ich podłoża psychicznego, dociekliwość eksploratora dziewiczych rejonów psychologii, niestrudzonego pioniera w tworzeniu metod socjotechnicznych, a zwłaszcza eksperymentu i dzielenia się odkryciami oraz nowymi teoriami nie tylko ze współpracownikami, ale i ze studentami, którzy tłumnie przychodzili na jego wykłady. To ostatnie też mnie nie dziwi. Każdy jego wykład, jak napisał, nie tylko docierał do istoty teorii i badań, (...), ale też był pełen opowieści – osobistych, historycznych, humorystycznych, poruszających, tragicznych - które w taki sposób ilustrowały najważniejsze punkty, aby studenci na długo je zapamiętali.
Dokładnie takie było też moje tutaj spotkanie autorem.
Chociaż z odwróconymi proporcjami w treści. Siłą rzeczy, więcej w niej faktów z życia zawodowego i osobistego, a mniej z psychologii jako nauki tak pięknie łączące się i uzupełniające w podtytule – Moje życie psychologa społecznego. Życie, które go nie rozpieszczało. Rozdało marne karty, którymi nie wiedział, jak zagrać o siebie. To właśnie psychologia społeczna pomogła mu nie tylko zrozumieć, jak można zmniejszyć głęboko zakorzenione uprzedzenia, jak można przeciwdziałać przemocy, jak można poprawić komunikację, jak można podnieść samoocenę, jak można pielęgnować zrozumienie i szacunek pomiędzy odmiennymi ludźmi, jak jednostki i narody mogą przystosować do wielkich zmian społecznych i politycznych, ale przede wszystkim, jak osobiście wykorzystać karciane rozdanie. Maksymalnie obrócić wszystkie przypadki, które spotykały go w życiu na swoją korzyść. Wycisnąć z nich wszystkie szanse i możliwości, jakie przed nim otwierały, biorąc z nich to, co najcenniejsze i najwartościowsze oraz odrzucając to, co prowadziło donikąd. To umiejętne łączenie teorii z praktyką ze zdolnością przekazywania tej wiedzy innym, uczyniło go światowej sławy naukowcem i szczęśliwym mężem oraz ojcem.
Jednak droga do tego spełnienia się w sferze zawodowej i osobistej była, dyplomatycznie rzecz ujmując, niełatwa.
Właściwie zaczął od pozycji dziecka spisanego na straty. Zarówno przez szkołę, jak i przez rodziców. Na dodatek był chorobliwie nieśmiałym chłopcem i słabym uczniem, bez szczególnych uzdolnień i zainteresowań, poniżanym i prześladowanym Żydem przez swoich chrześcijańskich rówieśników.
Dziecko-nikt.
I właśnie opowieść o tej drodze, od dziecka-zero, przezroczystego dla otoczenia, do światowej sławy psychologa społecznego, była w tej autobiografii najbardziej fascynująca. Nie tylko dlatego, że sam siebie brał pod lupę i szczegółowo analizował własny kierunek rozwoju, odpowiadając na pytanie – w jaki sposób pewien nieutalentowany młody człowiek – dzięki kombinacji szczęścia, odnalezionej pasji i ciężkiej pracy – zdołał przekroczyć wielkie społeczne oraz ekonomiczne przeszkody, ale pozwalał na to również mi na zasadzie analogii. I tutaj, swoim zwyczajem odwoływania się do rzeczywistości, życie porównywał do rollercoastera, bo przecież taki jest rollercoaster – wzloty i upadki, podjazdy i zjazdy, łagodne zakręty i ostre zwroty. Na tym to polega. A każdy jego etap czemuś służy i każdy ma do spełnienia określone zadanie czy rolę do odegrania. Nic w nim nie jest przypadkowe, bo wszystko czemuś, prędzej czy później, służy. I brak wiary w niego przez otoczenie, i bieda zmuszająca go do spania w samochodach na parkingach, i ludzie, których spotykał na swojej drodze niekoniecznie przyjaźnie nastawieni i wreszcie ślepota w podeszłym wieku. Nie miał wymarzonej talii kart do rozegrania, ale jak napisał – uwielbiam wszystkie – utratę wzroku, radość towarzyszącą wygłoszeniu fascynującego wykładu czy dokonaniu ważnego odkrycia naukowego, ciepło płynące z kochania i bycia kochanym przez żonę, dzieci, wnuki i przyjaciół.
A gdzie w tym wszystkim dydaktyzm, o którym wspomniałam na początku?
No właśnie, na tym polega sposób przekazywania istoty opowieści przez autora – tak opowiedzieć o sobie, by wlać ocean optymizmu w odbiorcę i nie dać odczuć, że ma do czynienia z dydaktykiem. By KAŻDY czytelnik mógł uwierzyć, że może zostać mistrzem wykorzystywania przypadków, nawet, jeśli w momencie czytania, ma poczucie bycia nikim.
Autor nie jest jedynym, który taką nawet nie wiarę, ale pewność we mnie obudził. Wcześniej wcielałam w sytuacje beznadziejne myśl Arthura Schopenhauera – Nie masz żadnej szansy, ale ją wykorzystaj. Skutkuje. Sprawdziłam wielokrotnie. Ale o ile ten ostatni był tylko teoretykiem, w przypadku Elliota Aronsona mamy do czynienia z praktykiem, a jego życie jest tego twardym dowodem.
Nic nie stoi na przeszkodzie, czynić tak samo!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tutaj wysłuchałam opinii o tej książce profesor Grażyny Wieczorkowskiej-Wierzbińskiej, która dokładnie pokrywa się z moją. Obie jesteśmy nią zachwycone.
niedziela, 11 stycznia 2015
Gdzie ja jestem w tej historii? – Emir Kusturica



Gdzie ja jestem w tej historii? – Emir Kusturica
Przełożyli Gabriela Hałat , Michał Goreń
Wydawnictwo Claroscuro , 2014 , 385 stron
Literatura serbska


Książka wyreżyserowana jak film!
Mam tutaj na myśli sposób snucia opowieści. I nieważne, czy autor operuje kamerą, będąc reżyserem, czy piórem, stając się autobiografem. W obu przypadkach powstaje zawsze film oglądany na ekranie lub w mojej głowie. Ten drugi, pisany przez samo życie, był o tyle ciekawszy, że w każdym słowie autentyczny, pierwotny, nieprzetworzony artystycznie i o tyle cenniejszy, ze zawierał w sobie całą twórczość artystyczną reżysera. Był fundamentem i źródłem inspiracji całego dorobku zawodowego.
Na każdym etapie życia tej autobiografii mogłam odszukać analogię do powstałego już filmu.
Opowieść zaczynała się atmosferą niczym w Czarnym kocie, białym kocie czyli beztroskim dzieciństwem w Sarajewie, wśród kolorowych osobowości dorosłych. Tych najbliższych z rodziny i tych dalszych – znajomych, sąsiadów i rówieśników. Ludzi z wadami i zaletami, całym sercem kochających życie, choć ono nie zawsze odwdzięczało się tym samym. To właśnie ono, takie miałam wrażenie, było źródłem poczucia humoru, absurdu i groteski, które dostrzegał okiem uważnego obserwatora, aby jako reżyser nasączać nimi swoje filmy, widząc w nich dobry nośnik filmowego przesłania.
Kiedy zaczynała rozpadać się Jugosławia, a na Sarajewo spadły pierwsze bomby, zrobiło się tak, jak w Barze Titanic. Przenikliwie groźnie, choć pozory życia tego nie zapowiadały lub wręcz przeczyły temu. Z powszechnym zjawiskiem przetasowania postaw wśród ludzi prowadzącego do nienawiści, przemocy i agresji. Z bezsensownością śmierci w wirze wojny i kruchości życia, które ukazał w Życie jest cudem.
Jest w niej też wszystko to, co zawarł w Undergroundzie. Nie tylko obraz wojny, ale przede wszystkim jego dorastanie i wejście w świat dorosłych podczas rządów Tity, a potem proces kształtowania się w nim reżysera, któremu zawsze towarzyszyło poczucie powszechnej i wszechobecnej hipokryzji, o której napisał – ...to nie biografia Tity, głównego symbolu naszego tragicznego losu, ale tragiczna historia tych, którzy wierzą we wszystko, co pokazuje telewizja. A zatem to film o propagandzie.
I wreszcie jest w tej opowieści coś z filmu dokumentalnego o słynnym piłkarzu Maradona by Kusturica. A może przede wszystkim? Bo przecież to on jest jej głównym bohaterem, który oprowadzał mnie po Sarajewie dzieciństwa, z którym poznawałam jego rodzinę i sąsiadów, z którym szukałam celu i drogi życia, przeżywałam inicjacje seksualne i zawodowe, poznawałam przyjaciół tych znanych tylko jemu i tych znanych również mnie z wielkich produkcji hollywoodzkich.
Krążyłam po jego życiu, szukając wespół odpowiedzi na tytułowe pytanie – gdzie ja jestem w tej historii?
Mam wrażenie, że reżyser jej nie znalazł, że nadal szuka, a wspomnienia były tylko poszukiwawczą próbą niezagubienia się w tym zwariowanym świecie, w którym wielkie mocarstwa zrzucają na ciebie bomby, nazywając je „miłosiernymi aniołami”. Odmową poddania się współczesnemu przyzwoleniu na niepamiętanie. Potrzebą uzdrowienia stosunków z pamięcią i wyrównania rachunków z niepamięcią. Sprzeciwem wobec zwolenników liberalnego kapitalizmu, którzy namawiali do zerwania wszelkich więzów z własną kulturą i tożsamością.
A może się mylę?
Może znalazł odpowiedź, tylko chciał, abym w obliczu faktów z jego trudnego, kontrowersyjnego życia, sama sobie na nie odpowiedziała i uświadomiła, jakie trudne to jest. A może łatwe? Może wystarczy być człowiekiem z niezłomnymi zasadami od początku do końca, bez względu na zmienność warunków, w których się żyje? A opowieść reżysera była tylko ilustracją do tej tezy na przekór propagandzie, hipokryzji, wyobrażeniom i niepamięci na jego temat? Może po prostu chciał zostawić po sobie dokument, którego konieczność istnienia uzasadnił z humorem – Jeśli sprawy potoczą się tak jak z udziałem Rosjan w walce z faszyzmem, w przyszłości ktoś mógłby stwierdzić, że byłem piekarzem, albo co gorsza, tokarzem. A pytanie tytułowe pozostawia mnie, czyniąc je moim osobistym, abym to ja sama sobie na nie odpowiedziała.
I tutaj widzę, jak Emir Kusturica mruga do mnie okiem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Polecam wszystkie filmy tego reżysera, ale jeśli ktoś zaczyna poznawać jego twórczość, proponuję od tego filmu.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71
| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
jeszcze takiej nie znalazłam :)
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (665)
Mój top czytanych w 2014
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi