Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 19 marca 2017
Stroiciel grzebieni – Krzysztof Niedźwiedzki



Stroiciel grzebieni – Krzysztof Niedźwiedzki
Wydawnictwo Rozpisani.pl , 2017 , 67 stron + 11 stron fotografii
Literatura polska


Okazuje się, że własny pogrzeb może być najważniejszym wydarzeniem w życiu!
Warto w tym dniu czuwać i być przytomnym, śledząc pilnie losy naszych prochów, bo nigdy nie wiadomo, dokąd zawędrują i na jakie niewygody po śmierci zostaną narażone. Jeśli ktoś pomyślał, że przecież nie jesteśmy tego świadomi i właściwie wszystko nam jedno, co będzie się działo później z naszym ciałem, to źle myśli. Boleśnie przekonał się o tym główny bohater tego opowiadania - Tadeusz, który przeoczył ten znaczący fakt. Będąc krakowianinem, zamiast w rodzinnym grobowcu na Rakowicach, został pochowany na podhalańskim cmentarzu w Murzasichlu. Okazało się, że pomyłki podczas wsypywania prochu do urny zdarzają się, a życie po życiu jest jak najbardziej realne. Tadeusz może i pogodziłby się z tym niefortunnym zrządzeniem losu, gdyby nie góralska kapela, która od tygodnia, codziennie, przez godzinę, rzępoliła mu nad grobem, zakłócając święty odpoczynek przyśpiewkami o juhasach, żyntycy, Marynie z Hrubego i góralskiej niedoli – i tak na okrągło!

Nie to, że nie lubił muzyki. Lubił! Był przecież za życia stroicielem grzebieni. Więc lubił, tylko że nie taką. I nie nad grobem! Mówiąc bez ogródek – nienawidził podhalańskiego pitolenia na skrzypcach!
Od tego momentu zaczęła się wędrówka Tadeusza po świecie żywych.
Próbował zaplanować przeniesienie na inny cmentarz z odwiedzającą grób żoną, kierownikiem cmentarza, księdzem, miejscowym góralem i wreszcie z właścicielem karczmy. Góralski świat widziany zza grobu i podany w oparach absurdu oraz czarnego humoru, śmieszy, każe przymrużać oko, bawi specyfiką myślenia i mentalności górali. Nic nie dziwi i wszystko można załatwić pomyślnie dla obu stron interesu. Nawet po śmierci.
Nawet z nieboszczykiem!
Autor opowiadania został zwycięzcą konkursu literackiego Wydaj swoich bohaterów zorganizowanego w 2016 roku przez wydawnictwo Rozpisani.pl. Przeniósł go także na deski krakowskiego Teatru KTO pod tym samym tytułem. Bilety jeszcze do nabycia! Chętnie poszłabym na przedstawienie, ale, o ironio!, mieszkam nad morzem i dlatego zazdroszczę krakowianom, że mają możliwość zobaczenia go na żywo. Zwłaszcza że przedstawienie zbiera pozytywne recenzje, a szczególnie odtwórca Tadeusza – Maciej Słota. Mnie pozostało obejrzeć rysunki Krzysztofa Krawca ilustrujące tekst,

zdjęcia z prób spektaklu umieszczone na końcu książki

i, wykorzystując nuty zamykające opowiadanie, samej zagrać sobie na skrzypcach.

A ponieważ nie umiem, poprosiłam o to zaprzyjaźnioną nastolatkę. Ona grała, a ja śpiewałam. Obie z zacięciem godnym mistrza, a może nawet górala! Tadeusz na pewno nie doceniłby tego. Ważne, że ja poczułam te góry, ten cmentarz z drewnianą kaplicą, z przepięknym widokiem na Tatry i muzyką góralską w tle.
Pomyłkom mówię zdecydowane - tak!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 18 marca 2017
Ufać zbyt mocno – Jadwiga Czajkowska



Ufać zbyt mocno – Jadwiga Czajkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 472 strony
Literatura polska


Czy można ufać zbyt mocno?
Można! Wtedy, gdy rozsądek podpowiada ostrożność, a serce tłumi go pragnieniem posiadania za wszelką cenę. O tym jest ta opowieść. Trochę przewrotna, bo bohaterką nie jest kobieta na zakręcie życiowym, skrzywdzona przez złego mężczyznę lub próbująca wydobyć się z dołka życiowego, ale dziewczyna spełniona. I to już w wieku trzydziestu jeden lat! Wykształcona, atrakcyjna, dyrektorka oddziału bankowego z „ciachem” u boku i widokiem na przyszłość. Ucieleśnienie marzeń i realny powód zazdrości tysięcy żon przy mężu.
Tak myślałam na początku.
Dopóki nie natrafiłam na tę wypowiedź Blanki, bo tak miała na imię główna bohaterka – Tak naprawdę, tato, nie czuję się spełniona, pomimo tego, co osiągnęłam zawodowo. Prawie wszystkie moje koleżanki pozakładały rodziny, wychowują dzieci, mają dla kogo gotować rosół, a ja... Wtedy ujrzałam jej pozycję i sukcesy z zupełnie innej perspektywy. Wysokie stanowisko w banku oraz chciwość i pazerność akcjonariuszy i zarządu stresowało i wymuszało od niej łamanie norm etycznych wobec klientów banku, a wobec personelu dyscypliny bezwzględnie realizującej plan sprzedażowy, dzięki czemu zyskała sobie „sławę” największej suki w mieści. W domu nikt na nią nie czekał, a zarobione pieniądze przyciągały do niej mężczyzn-pasożytów. Marzyła o tym, czego nie doceniało tysiące zazdroszczących jej kobiet – rodziny i męża, który zapewniłby jej poczucie bezpieczeństwa, pozwalając jej ewentualnie pracować dla kaprysu.
Niemożliwe stało się możliwym!
Przed Blanką pojawiła się szansa zmiany dotychczasowego życia na to wyczekiwane. Wymagało to jednak od niej zaufania do Marcela. Mężczyzny, który miał spełnić jej marzenia i dać szczęście bycia tylko żoną i matką. Który miał stać się jej skałą i filarem życiowym. I jeśli myślałam, że od tego momentu fabuła potoczy się według schematu – wykorzystanie naiwnej – to nic z tego!
Autorka przełamywała schematy życiowe, wprowadzając do fabuły zaskakujące wątki, zdarzenia i fakty. Nic nie było proste. Wręcz przeciwnie. Komplikowało się coraz bardziej, a najbardziej pojęcie zaufania. Blanka, osoba bardzo silna, rozsądna, ignorująca przesądy i gusła, pragmatyczna, o której mówiono, że zawsze sobie poradzi, która zabezpieczyła się z każdej strony, doświadczyła tego najdotkliwiej. Im bardziej walczyła z nieprzewidzianym, tym więcej zaskakujących niespodzianek ją spotykało. Niekoniecznie ze strony ludzi, a raczej z powodu splotu wydarzeń, które wymuszały na bohaterach zmiany postaw wobec Blanki. Nawet na tych o najbardziej szlachetnych zamiarach. Dynamika stale zmieniającej się akcji stawiała mnie nieustannie przed oceną postaw Blanki, ale i zmuszała do zastanowienia się, co ja zrobiłabym na jej miejscu? Co ja wybrałabym w takich okolicznościach? Jaką ja podjęłabym decyzję? Trudno było mi odpowiadać na nie, a jeszcze trudniej znaleźć w sobie odrobinę altruizmu, do którego kobieta była zmuszana. W ostateczności pozostało mi jedno, podstawowe i chyba wyjściowe pytanie do rozważań egzystencjalnych, na które nadal waham się odpowiedzieć jednoznacznie – Jak bardzo zaufać życiu? Nawet nie ludziom, bo ich zachowania i decyzje wymuszają okoliczności ważne, bardziej ważne i te najważniejsze. Nawet wbrew ich woli. Nawet na tych o najszlachetniejszych osobowościach, do których mamy pełne zaufanie.
Na tym polega trudność tej powieści, która ubrana w gęstą od wydarzeń fabułę obyczajową, czyni ją pozornie lekką, przyjemną, a momentami nawet zabawną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 12 marca 2017
Białoruska ruletka – Andrej Sannikau



Białoruska ruletka: opozycyjny kandydat na prezydenta o walce z dyktaturą – Andrej Sannikau
Przełożył Michał B. Jagiełło
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2016 , 292 strony + 36 stron zdjęć
Seria Oblicza XXI Wieku
Literatura białoruska


Żywe Belarus!
To hasło białoruskich opozycjonistów, którym zakończyłam wpis w 2009 roku, nadal jest aktualne, mimo że o trudnej sytuacji Białorusinów czytałam ładnych parę lat temu w książce Małgorzaty Nocuń i Andrzeja Brzezieckiego - Białoruś: kartofle i dżinsy. Tuż po trzecim i bezprawnym wyborze w 2006 roku Aleksandra Łukaszenki na prezydenta. W 2017 roku jest nim nadal, mimo że takich wyborów w międzyczasie odbyło się jeszcze kilka. Ostatnie w 2010 roku.
Wszystkie sfałszowane!
Jednak cierpliwość i konformizm wobec ostatniego dyktatora w Europie, jak powszechnie określany jest A. Łukaszenka, o których pisałam przy okazji wspomnianej już publikacji, zaczyna się kończyć. 19 grudnia 2010 roku Białorusini na mińskim Placu Niepodległości zademonstrowali swój sprzeciw i niezgodę na sfałszowane wybory.

Fot.Maria Söderberg

Jego przywódcą był opozycjonista i „przegrany” kandydat na prezydenta – Andrej Sannikau.

Protest skończył się jak zwykle – użyciem siły na rozkaz A. Łukaszenki. Urzędnicy zostali zastraszeni. Opozycja znalazła się w więzieniach. Ja trafiłem do Amerykanki. – podsumował autor wydarzenia grudniowe. Amerykanka czyli mińskie więzienie to był początek drogi zniewolenia autora z wyrokiem pięciu lat kolonii o zaostrzonym rygorze. Często zmieniano mu miejsce pobytu. W sumie zaliczył trzy więzienia, trzy kolonie i osiem etapów w ciągu szesnastu odbytych miesięcy z zasądzonej kary. Po uwolnieniu w 2012 roku napisał wspomnienia o tym, co działo się przed wyborami, w trakcie, na Placu Niepodległości i po wyborach. Stworzył również analizę dyktatury, której zawartą w treści istotę i ponadczasowość zauważył Tom Stoppard, a którego opinię przeczytałam na odwrocie książki.

Sam autor ten bandytyzm, którego stał się ofiarą, nazwał GUŁAG-iem, ale z zupełnie innym rozwinięciem tego dobrze znanego akronimu – Główny Urząd Łukaszenki Aleksandra Grigorjewicza. By nie być gołosłownym, swoje wspomnienia poprzedził wypowiedziami osób z „ekipy”, jak nazywał ludzi z opozycji, opisujących swoją sytuację prześladowanego lub uwięzionego. Wielu z nich „zmarło” (czytaj – zamordowano) w tajemniczych okolicznościach. Nie będę opisywała warunków, w jakich przetrzymywano więźniów i zasad, na jakich ich więziono. Wystarczą słowa jednego z represjonowanych w Amerykance – Szatański system, stworzony w czasach represji stalinowskich w latach trzydziestych, w tym konkretnym przybytku funkcjonuje do chwili obecnej praktycznie bez zmian. Identyczny z tym stworzonym przez STASI w NRD, którego analizę porównawczą przytoczył autor i z tym w komunistycznej Polsce, o którym czytałam jeszcze niedawno w Gorzkich latach Stanisławy Sowińskiej. Nad bezproblemowym i sprawnym przebiegiem programu tortur czuwał starszy syn Łukaszenki, Wiktor, szef służb siłowych.
Niemalże rodzinny biznes!
Jednak sam autor, posiłkując się relacjami innych, niewiele pisze o swojej gehennie tortur psychicznych i fizycznych. Jakim go poddano, dowiadywałam się z opisów innych świadków. Ten paradoks milczenia o sobie zauważyła jedna z opozycjonistek, czytając Więzienie i wolność Michaiła Chodorkowskiego – im ciężej przeżywa się uwięzienie, tym mniej emocjonalnie to się opisuje. Najwidoczniej przeżycia schowane są bardzo głęboko, na papier przelewa się tylko fakty. Ja czytałam Michaiła Chodorkowskiego Portrety z łagru i miałam dokładnie to samo odczucie.
I o tych faktach przede wszystkim jest ta na poły relacja, na poły wspomnienia autora.
Rozpoczęte momentem uwięzienia, a potem czasem zniewolenia, po których dopiero opisuje sytuację polityczną i społeczną Białorusi przed wyborami i w ich trakcie. Ukazuje ją od środka opozycji, budując obraz kraju, który zatrzymał się w rozwoju politycznym w czasach stalinowskich. Pokazał również proces zniewolenia człowieka strachem opartym na niewolniczym systemie kontraktowym, który noblistka Swietłana Aleksijewicz, autorka wstępu, nazwała banalnością zła, cytując jego definicję za Hanną Arendt – nie ma chemicznie czystego zła, zło w naszym życiu jest rozproszone, rozpylone. Oprawca i człowiek żyją w jednym ciele: „Rozumiecie... mam dzieci”, „Wstawiałem się za wami... ale podpiszcie protokół”, „Taką mamy pracę”. Oprawcy są obok nas w metrze, w kawiarni, w kolejce do kasy w supermarkecie... Zwykły człowiek... Zwykli ludzie... Jak łatwo stanąć obok nich. Znany pisarz i więzień łagrów, Warłam Szałamow, nazwał to demoralizacją oprawcy i ofiary. Autor wielokrotnie doświadczał takich sytuacji, wspominając – Jak mnie denerwuje to ciągłe usprawiedliwianie podłości: „Przecież sami rozumiecie”! Paradoks – wiezień „musiał” zrozumieć sadystyczne postępowanie strażnika, który miał przecież rodzinę, żonę i dzieci, przez więźnia, który miał również rodzinę, żonę i dziecko.
Tak podana wiedza pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego przemiany demokratyczne Białorusi stoją w miejscu i dlaczego można mieć wrażenie, że na Białorusi nie ma silnej opozycji, a reakcje społeczeństwa są konformistyczne. W dużej mierze na tak błędną interpretację rzeczywistości ma wpływ brak pełnej wiedzy na ten temat. Jak zauważa Agnieszka Knyt, autorka wprowadzenia, w Polsce informacje na ten temat są szczątkowe, tak jak w ogóle wiedza o wschodnich sąsiadach. Ta nowa seria wydawnicza Oblicza XXI Wieku pod jej redakcją, zapoczątkowana relacjami Andreja Sannikaua, ma tę lukę wypełniać. Publikować współczesną literaturę faktu – relacje ludzi, którzy znajdują się w sytuacjach granicznych, rozstrzygających o życiu lub śmierci, stają przed nieoczekiwanymi wyborami... Książki tej serii będą również przedstawiać procesy – zwłaszcza naszego regionu świata – stanowiące niejako kontynuację poprzedniego stulecia. Ma tłumaczyć współczesny świat niedoinformowanemu lub pogubionemu w sprzecznych informacjach odbiorcy.
Jestem nim, dlatego z ciekawością i głodem rzetelnej informacji czekam na kolejną pozycję.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 11 marca 2017
Grażdanin N.N. – Marta Panas-Goworska , Andrzej Goworski



Grażdanin N.N.: życie codzienne w ZSRR – Marta Panas-Goworska , Andrzej Goworski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 294 strony
Literatura polska


Bardzo trafne porównanie!
Autorzy, aby wyjaśnić celowość przyjętej formy treści zawartej w książce, użyli metafory zaczerpniętej prosto z... fizyki! Odwołali się do wielobarwnej tarczy Newtona. Wprawiona w ruch, staje się niemal biała. Według autorów dokładnie takie samo zjawisko zachodzi w historii. Poszczególne fakty i wydarzenia historyczne z upływem czasu blakną, płowieją, tracą na intensywności i kolorystyce uczuć i niegdyś wyraziste, budzące emocje kryzysy, strajki, ale również fakty z prywatnego archiwum: śluby, pogrzeby czy też pierwsze pocałunki, zamazują się i stają się niemal jednolitą całością.
Autorzy postanowili ten ruch i proces zatrzymać!
Spowolnić wirującą tarczę pamięci, rozłożyć przeszłość powojnia w ZSRR na fakty z życia codziennego i nadać im człowieczy los oraz ludzką twarz powojennego obywatela ZSRR czyli tytułowego grażdanina N.N. – nomen nescio – niewiadomego imienia.
Dosłownie!
Całość treści publikacji podzielili na rozdziały odpowiadające okresom rozwojowym człowieka – dzieciństwo, wiek młodzieńczy, studia, krok w dorosłość, wiek średni czy starość. Wypełnili je esejami pokazującymi codzienne życie Rosjan z polityką w tle, mającą determinujący wpływ na jego jakość. Wiedzę oparli na własnych doświadczeniach wyniesionych z podróży po ZSRR, na wspomnieniach Rosjan umieszczanych na stronach blogów i portali społecznościowych oraz na filmach dokumentalnych i publikacjach na ten temat. Ich obszerną bibliografię autorzy umieszczali po każdym rozdziale. Powstał przeciętny życiorys grażdanina N.N., a zarazem zbiór faktów poskładanych niczym kolaż ze wspomnień i anonimowych zdjęć, ilustrujących tekst.
A potem otrzymałam „klucz”!
To nie miało być moje dyskretne podglądanie przez dziurkę od klucza czyjegoś życia. To miało być wejście w sam jego środek i spojrzenie bohaterom esejów prosto w oczy.

Otwierałam każdy rozdział i wchodziłam, ku mojemu zaskoczeniu, w bliźniaczy świat mojego dzieciństwa i czasu dorastania, a dla wielu Polaków całego życia. Na wczesnym jego etapie jeszcze szczęśliwych, bo niczego nieświadomych, kiedy nasze narody łączyła „wieczna przyjaźń”. Życie codzienne ówczesnych Rosjan i Polaków było bardzo podobne. Różnice widoczne tylko w bohaterach oglądanych bajek przez dzieci. A i tak bajka Wilk i zając była u nas bardzo popularna, chociaż nie ona była bohaterką rozdziału „Dzieciństwo”. W „Wieku młodzieńczym” wrócił do mnie krymski obóz Artek dla pionierów, o którym opowiadały czytanki na lekcjach języka rosyjskiego. Tutaj pokazane od „kuchennej” strony czyli już nie tak różowej i entuzjastycznej. Czas studiów to temat rzeka na temat indoktrynacji, która i mnie dotknęła, a po nich praca.

W ZSRR etos szachciareczki, a u nas hasła – kobiety na traktory! No i ten alkohol, kiedy nie da się już żyć normalnie w absurdalnej rzeczywistości. Powszechne lekarstwo na ból istnienia, do tego stopnia rozpowszechniony i mający wpływ na funkcjonowanie państwa, że leczony metodą hipnozy. U nas najbardziej znanym był niezapomniany Anatolij Kaszpirowski i jego rozpoczynająca seans w TV wyliczanka – odin, dwa, tri... Tyle że Polacy leczyli wszystkie dolegliwości ciała, jakie się dało. Podobno skutecznie!

Zmęczeni pracą i życiem wyjeżdżali na darmowe „putiowki”, których reguły otrzymywania dla zwykłych śmiertelników były nie do rozgryzienia. Wczasy pracownicze w Polsce podobnie.
Najsmutniejszy był koniec życia.
Przede wszystkim dla zasłużonych w wielu dziedzinach, ale szczególnie dla inwalidów weteranów wojennych. Zapomnianych gdzieś w monastyrach zabranych zakonnikom i przekształconych w domy opieki, z których najbardziej ponurą sławą wyróżniał się Wałaamski Dom Inwalidów. Niegdysiejszy żołnierz Armii Czerwonej, rzucający się na wroga z okrzykiem: „Za rodinu, za Stalina!” (Za ojczyznę, za Stalina!), kończył w wałaamskim przybytku jako niepotrzebny i wstydliwy przedmiot. Bez rąk i nóg takimi się stawał dosłownie z piętnem „pieńka” lub „samowara”. Jak byli traktowani, to temat rozwinięty w zupełnie innej książce Michaiła Wellera „Samowar”, która jeszcze przede mną. Nie bez powodu autorzy powołali się na porównanie z Sołowkami, o piekle których czytałam w Klasztorze Zachara Prilepina.
Codzienne życie w ZSRR obejrzane z bliska nie wyglądało szczęśliwie i wesoło.
Niczego nieświadome i dlatego jeszcze szczęśliwe dziecko, z czasem, zaczynając rozumieć otaczającą je rzeczywistość, w dorosłym życiu walczy za ojczyznę na froncie pracy i wojny afgańskiej, topiąc smutek i niemoc w alkoholu, by na starość skończyć jako przedmiot w domu opieki. Z tym szczęśliwym dzieciństwem trochę polemizowałabym z autorami, którzy nie wspomnieli o losach sierot w domach dziecka w ZSRR, a o których czytałam we wspomnieniach Rubena Gallego Białe na czarnym. Mimo to i bez tego powstał smutny obraz grażdanina N. N.
Tym smutniejszy, że opowiedziany przez konkretnych ludzi.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Grażdanin N.N [Andrzej Goworski, Marta Panas-Goworska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Prezent dla ciekawych życia w ZSRR!

Wydawnictwo Naukowe PWN ufundowało prezent dla czytelników w postaci powyższej publikacji. Książkę otrzyma pierwsza osoba, która pozostawi w komentarzu wyraz chęci otrzymania jej.
niedziela, 05 marca 2017
Sympatyk – Viet Thanh Nguyen



Sympatyk – Viet Thanh Nguyen
Przełożył Radosław Madejski
Wydawnictwo Akurat , 2016 , 479 stron
Literatura amerykańska


Jestem szpiegiem, śpiochem, kretem, człowiekiem o dwóch twarzach.
Tak zaczyna się powieść o wojnie wietnamskiej. Opowieść kapitana wojsk Południa. Pisemna spowiedź głównego bohatera i narratora przed komendantem obozu dla wrogów komunizmu, o którym napisał – Był komisarzem, ale również moim bratem krwi; był moim oprawcą, ale również jedynym powiernikiem; był wrogiem, który mnie torturował, ale również moim przyjacielem. Jednak zanim trafił do celi, zdążył w 1975 roku uciec z Sajgonu do USA jako oficer sztabu generała wojsk Południa i jego najbardziej zaufany adiutant. Stamtąd, jako ukryty komunista, systematycznie słał raporty do przełożonych w Wietkongu o nastrojach wśród wietnamskich emigrantów i planowanych działaniach przez generała. Historia komunistycznego szpiega w szeregach wietnamskiej armii Południa na uchodźstwie byłaby bardzo prosta, gdyby nie fakt, że dychotomia roli agenta odgrywanej przez narratora obejmowała całą jego działalność i życie.
Również osobiste.
Z ojca francuskiego księdza katolickiego i matki Wietnamki funkcjonował na marginesie społecznym jako Euroazjata i bękart, nie przynależąc nigdzie. Jako komunista i żołnierz armii Południa musiał stale weryfikować pojęcia: lojalność, wróg, towarzysz broni. Związany przysięgą braci krwi w latach dorastania nieustannie modyfikował pojęcie przyjaźni, szukając drogi, jak zdradzić przyjaciela i jednocześnie ocalić mu życie. Urodzony w Wietnamie i wykształcony w USA stał w intelektualnym rozkroku między dwiema odmiennymi i sprzecznymi rzeczywistościami, które paradoksalnie równie sprzecznie uosabiał jako radykalny wietnamski intelektualista i jednocześnie młody Wietnamczyk zakochany w Ameryce, w którego rękach spoczywała wolność Południowego Wietnamu. Nawet samo życie, które wiódł, nie było pełne, bo nie wolne od śmierci, tworząc z nim parę nie do rozdzielenia w myśl zasady – Żyjemy naznaczeni nieuchronnością własnego rozkładu, a umieramy prześladowani wspomnieniem życia. Według narratora jego fatum dwoistości dotknęło również Wietnam - Takie samo piętno bękarta ciążyło jak klątwa na całym naszym kraju rozdartym między Północ i Południe... oraz jego społeczeństwo zmuszane do opowiadania się za którąś ze stron. Do stawiania się przeciwko samemu sobie, co nie było trudne – nie, to było po prostu niewykonalne!
Permanentna schizofrenia!
Rozdwojenie jaźni w sytuacjach podwójnych wyborów, zachowań i decyzji, w jakich się znajdował narrator, doprowadziła do wypaczenia jego psychiki. Duchy zamordowanych przez niego ofiar (nazywanych wcześniej wyeliminowanymi przeciwnikami) na stałe zagościły w jego rzeczywistości, wchodząc w polemikę z jego umysłem i doprowadzając do kolejnego rozwarstwienia. Tym razem sfery duchowej. Był ateistą, ale wierzył w duchy. Zwłaszcza te z przeszłości. Wszystko to sprawiło, że pod koniec historii bohater zaczyna wypowiadać się w liczbie mnogiej jako „my” w jednej osobie. Osobie głównego bohatera.
Symbolu narodu podzielonego.
Dwuwarstwowość opowieści, dwoistość głównego bohatera, podwójność jego losów, skomplikowała nie tylko psychiczne i moralne dylematy postaci powieści, ale również tak samo trudną historię bratobójczej wojny w Wietnamie dzielącej kraj, naród i rodziny. Autor jako dziecko uciekał przed wojskami Wietkongu, emigrując do USA. Pisząc powieść, wykorzystał własne doświadczenia z dzieciństwa, ale przede wszystkim z okresu dorastania jako uchodźca, w największej jednak mierze, czerpiąc wiedzę ze wspomnień innych, opracowań historycznych, ekspozycji muzealnych oraz filmów dokumentalnych. Dzięki temu stworzył powieść z wydarzeniami prawdziwymi, mającymi swoje odzwierciedlenie w historycznych faktach, co potwierdził w podziękowaniach umieszczonych na końcu książki. Powstał swoisty pomnik upamiętniający wojnę wietnamską widzianą oczami człowieka, który potrafił spoglądać na problem z dwóch, przeciwnych stron. To, co dla głównego bohatera było ogromnym dylematem, dla mnie, czytelniczki, było nieocenioną zaletą. Patrzyłam na konflikt interesów wielu zaangażowanych grup społecznych i krajów, jednocześnie z dwóch różnych punktów widzenia, nie gubiąc w tym wszystkim czlowieka. To najcenniejsze w tej powieści, za którą autor otrzymał Nagrodę Pulitzera.
Choć bolesna, nie była to jednak powieść martyrologiczna.
Zderzenie dwóch kultur i światopoglądów zawsze prowadzi do absurdu, groteski i czarnego humoru. Było ich tutaj mnóstwo. To one łagodziły ból istnienia narratora, to one pozwalały znosić ból fizyczny i to one sprawiły, że powieść wywoływała u mnie uśmiech. Nie bez powodu autor umieścił w książce takie motto:

Inteligentnego śmiechu z refleksją.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Sympatyk [Viet Thanh Nguyen]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

środa, 01 marca 2017
Gorzkie lata – Stanisława Sowińska



Gorzkie lata: z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia – Stanisława Sowińska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 354 strony
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska


Wspomnienia wysoko postawionej w aparacie władzy komunistki, w których o powojennych oddziałach partyzanckich AK pisała – bandy, od których należy uwolnić kraj.
Czy powinnam w Narodowym Dniu Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” pisać o ich „kacie”, zamiast o którymkolwiek z nich? Czy warto było tracić czas dla kogoś takiego, skoro na rynku wydawniczym mnóstwo publikacji osób represjonowanych przez reżim, który budowała? Czy warto było poświęcić jej uwagę, skoro czekał mnie V już bieg Tropem Wilczym poświęcony pamięci walczących w antykomunistycznym podziemiu?
Na wszystkie pytania odpowiedziałam sobie – tak.
Byłabym ignorantką, gdybym skupiała się tylko na jednym, politycznie poprawnym, źródle wiedzy o czasach stalinowskich w Polsce. Tego samego zdania był redaktor opracowania tej pozycji i autor wstępu do niej – Łukasz Bertram, który również zadał podobne pytanie – ...po co dziś mamy dawać głos komunistom, działaczom i funkcjonariuszom dawnego systemu, budowniczym jego podwalin, po co przejmować się ich rozterkami, porachunkami i cierpieniem? Chociażby dla obiektywnego i całościowego obrazu tamtych czasów – odpowiada – bo próba zrozumienia jakiegokolwiek doświadczenia za pomocą odwołania się do interpretacji i wrażliwości tylko wybranej – tej „lepszej” – grupy świadków, siłą rzeczy będzie kulawa, niepełna. Dlatego, czytając wspomnienia autorki, działaczki PPR, szefa Wydziału Informacji GL, oficera kontrwywiadu wojskowego, członka aktywu partyjnego, a potem szefa Biura Studiów rozpracowującego, inwigilującego i aresztującego wrogów partii, podwładną Mariana Spychalskiego i współpracownicę członków kierownictwa Zarządu Głównego Informacji, miałam bezpośredni wgląd w mechanizm działania systemu partyjnej władzy od środka, przyjrzeniu się z bliska, również od strony prywatnej, osobom decydującym o życiu i śmierci takich, jak Wiesław Gomółka, znani funkcjonariusze UB, śledczy i „kaci” – Józef Różański, Józef Dusza czy Anatol Fejgin, który lubił powtarzać – Od nas, z Informacji, ochodzi się albo do więzienia, albo na cmentarz...
Autorka trafiła do więzienia w październiku 1949 roku na fali czystki rozpętanej przez Stalina w ramach Wielkiego Terroru, a która do Polski dotarła w latach 40. i trwała do lat 50. XX wieku. W poszukiwaniu „wroga wewnętrznego” do więzienia mógł wówczas trafić każdy. I trafiali. Włącznie z Wiesławem Gomółką.
Jedną z takich ofiar Wielkiej Czystki była również autorka.
Ciekawym było obserwować ją uwięzioną przez współtowarzyszy na podstawie bezpodstawnego (według niej) oskarżenia, jako nosiciela groźnego, prawicowo-nacjonalistycznego odchylenia, antyradzieckiej dywersji, zdrajczyni partii i kolaborantki z Niemcami. Użyłam określenia „ofiara”, ponieważ oskarżenia nie znalazły potwierdzenia w faktach. Na swój sposób autorka była, w tym systemie nieprawości i podejrzliwości wszystkich o wszystko, prawa, a w trakcie wieloletniego śledztwa – niezłomna. Niezwykłym było dla mnie obserwowanie jej jako więźniarki, która z byłymi przełożonymi musiała odnaleźć się w zupełnie nowej i kuriozalnej relacji – kat i ofiara. Miałam nadzieję, że jej przemyślenia na temat partii i słuszności prowadzonej przez nią polityki, wątpliwości, podważanie jedynie słusznej ideologii, zmienią jej nastawienie do komunizmu i socjalistycznego ustroju.
Niestety – była w swojej postawie nieprzejednana.
Cierpienie, i dylematy przez nie wywołane, zupełnie nie wpłynęło destrukcyjnie na wierność partii i jej zasadom. Chociaż miała świadomość zachodzących w niej przemian, pisząc – Przechodzę proces wewnętrzny. Ciężko, boleśnie. Jaka z niego wyjdę – jeśli wyjdę w ogóle – lepsza, gorsza? W każdym razie na pewno inna niż byłam. Na pewno... Nie łudziłam się, że jej nastawienie ulegnie zmianom radykalnym, bo, jak mawiał sarkastycznie jeden ze śledczych – To nic, więzienie hartuje prawdziwego komunistę. A ona była prawdziwą komunistką. Może dlatego nie potrafiłam jej współczuć, pomimo przerażających scen znęcania się nad nią. Przede wszystkim psychicznych. Nie bito jej, a mimo to, opuszczając więzienie w grudniu 1954 roku, po pięciu latach niewoli, była psychicznym (choroba psychiczna, depresja, próby samobójcze) i fizycznym wrakiem człowieka.
Najciekawsze w tym wszystkim było obserwowanie moich emocji i reakcji na jej zwierzenia.
Na początku, kiedy narzekała na sadzanie jej w celi śledczej na niewygodnym (istna tortura dla ciała) taborecie w kącie, reagowałam sarkazmem – a co mieli powiedzieć ci, którzy siedzieli na odwróconym taborecie z jedną nogą w kiszce stolcowej? Gdy skarżyła się na niejadalne racje żywnościowe, domagając się posiłków dietetycznych ze względu na stary postrzał w jelita – mełłam w ustach najgorsze słowa. Piekielnie trudno było mi zobaczyć w niej człowieka. Zwłaszcza po takich wyznaniach „win” – Czyż nie warto, choćby dla własnego spokoju wewnętrznego, przyjąć – zasłużyłam na to, co mnie spotkało, mam za co siedzieć. Więcej samokrytyki, towarzyszko – strofuję się surowo w myślach – zrewiduj swoją przeszłość nie pod kątem śledztwa, a własnego sumienia. Czy nie było w przeszłości twojej czynów, które ogniwo za ogniwem nanizały łańcuch przykuwający cię teraz do więziennego wyrka? Ot i wnioski płynące z doświadczania samego dna komunistycznego piekła! I może to zafiksowanie w poglądach wbrew otaczającej ją brutalnej rzeczywistości, sprawiło, że z czasem zaczęło być mi jej tak po ludzku żal. Nie z powodu cierpień, które były niezaprzeczalnie potworne, ale z powodu jej ślepoty politycznej i wyborów, które doprowadziły ją do tej ciasnej, zimnej, ciemnej, śmierdzącej celi. Do stworzenia historii kobiety – jak napisał autor wstępu – słabej, znękanej, miażdżonej - zmuszonej do konfrontacji z potężnym i wszechogarniającym systemem, wtłoczonej w tryby ideologicznego obłędu i brutalnego cynizmu. Paradoksalnie – ...paranoicznego porządku budowanego, bez szczędzenia sił, na całkowitej nieprawdzie.
Kobiety, która nigdy tego nie dostrzegła.
Była tylko rozczarowana współtowarzyszami, bo, po wyjściu z więzienia, nie wróciła do wojska i polityki, a członkiem PZPR przestała być w 1976 roku na znak protestu przeciw niesprawiedliwemu, jej zdaniem, traktowaniu komunistów pochodzenia żydowskiego, bo sama była Żydówką – Chaną Zalcman. Pozostaje mi tylko dołączyć się do jej refleksji podsumowującej cały jej los, bolejącej nad fiaskiem jej życia osobistego i rozpaczającej nad fiaskiem ideałów.
Żal mi tego zagubionego człowieka...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 24 lutego 2017
Wybrany – Urszula Sowińska



Wybrany – Urszula Sowińska
Wydawnictwo W Punkt , 2017 , 303 stron
Literatura polska


Książka – nawrócenie, przypomnienie, drogowskaz.
Dla bardziej opornych – cios w splot słoneczny. Dla upartych i zapieczonych w sobie – solidny kopniak w tyłek. A za co? Ku przypomnieniu, ku napomnieniu i ku rozwadze.
Profilaktycznie!
A tragedia zaczęła się niewinnie – od niezadowolenia. Od narzekania głównego bohatera na pieski los. Na podłe życie, które nie jemu się należało. Na mierną drogę życiową, po której nie on powinien kroczyć. Nie podobała mu się. Wręcz jej nienawidził. Za ciasna dla niego była rodzinna miejscowość, z której pochodził, gdzie nikt już nie snuł żadnych planów na przyszłość, bo najzwyczajniej w świecie nie było z czego ich utkać. Brzydkie było miasto, do którego przyjechał zająć wyższy stopień w hierarchii społecznej. Obrzydliwy supermarket i praca w nim, której nie znosił od pierwszego wejrzenia; miejsca, ludzi, „obowiązków”. Niezasługujący na jego uwagę współpracownicy, od których odgradzał się murem arogancji, niechęci i wrogości. Obskurne mieszkanie zamienione na melinę przez jego pijącego współlokatora. Niegodna go dziewczyna, która śmiała ofiarować mu niechcianą miłość. Nawet matka dobrego serca nie była osobą spełniającą jego oczekiwania.
Pragnął więcej.
Miał ambicje. Chciał znajdować się po drugiej stronie, pewny siebie, zadowolony, syty brakiem przyziemnych niepokojów i strachu o następny dzień. Był przekonany, że miałby to dzięki pieniądzom, dlatego chciał należeć do elity, która dobrze zarabia, jeździ supersamochodami z superdziewczynami u boku. Był pewien, że to mu się należy, że jest do tego wybrany, a podłe życie traktuje go niesprawiedliwie i krzywdząco, skazując na nieznośną, ciężką rzeczywistość. Na życiowe bagno bez perspektyw. Chciał się z niego wydostać za wszelką cenę. W akcie desperacji posunął się do czynu łamiącego zasady moralne i prawo.
Sprowokował los, a może samego Boga.
To, co wydarzyło się potem, można nazwać bolesną lekcją życia, zemstą przez niego skrzywdzonych, a może wyrafinowaną w okrucieństwie nauczką przywracającą obiektywny punkt widzenia. Ogląd sytuacji z innej perspektywy. Analizę dotychczasowej postawy i światopoglądu. Refleksyjne spojrzenie wstecz w warunkach traumy, by ostatecznie ruszyć w życie jako zupełnie inny człowiek.
Wybrany przez Boga.
To niejedyna interpretacja tytułu. Znaczeń jest więcej, ale ich odkrywanie pozostawiam czytelnikom. Autorka inteligentnie i bez patosu podporządkowała ku temu fabułę. Idealnie odtworzyła obraz młodego, niezadowolonego, roszczeniowego człowieka, ukazując jego niechętne nastawienie do ludzi, otaczającej rzeczywistości i swojego w niej miejsca. Zaglądała do rozgorączkowanego umysłu i mrocznej duszy, wybebeszając na wierzch porażone negatywizmem myśli. Nie wzbudzał we mnie sympatii. Nie byłam w stanie nawet mu współczuć. Jego wręcz agresywne nastawienie bardziej porażało niż skłaniało do empatii. Nie chodziło tu jednak o moje negatywne czy pozytywne emocje. Moje odczucia były kwestią wtórną. Najważniejsze było adekwatne odtworzenie realiów rzeczywistości Staszka i jego stanu psychiczno-duchowego, by ostatecznie te emocje we mnie wzbudzić. Autorka użyła do tego również metafor i porównań, po których nawet zwykły bankomat wydawał się rakotwórczą naroślą miasta. Siła przekazu języka wpychała mnie bezlitośnie w „skórę” bohatera. W bagno myśli bez dna, z którego wydobyłam się z ogromną ulgą.
Ale i zaskoczeniem!
Ostatnie słowa Staszka tłumaczą tytuł powieści i są wyrazem odnalezionego sensu życia. Powieść skłania do refleksji, do przełożenia życia Staszka na własne, do zastanowienia się nad sensem własnego życia, własnymi oczekiwaniami i ambicjami.
To opowieść, która brutalnie i bez patosu odpowiada na najważniejsze pytania człowieka.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

środa, 22 lutego 2017
Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi – Gill Hasson



Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi – Gill Hasson
Przełożyła Małgorzata Guzowska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 175 stron
Literatura angielska


Książka ta może ci pomóc w radzeniu sobie z wszelkimi typami ludzi we wszelakich możliwych sytuacjach – a dzięki temu uczynić twoje życie mniej stresującym i o wiele łatwiejszym.
Tak obiecywała we wstępie autorka, która jest nauczycielką akademicką, trenerką i ekspertką z dwudziestoletnim doświadczeniem w zakresie rozwoju osobistego. Dałam się jej namówić, bo chciałam ułatwić sobie kontakty z innymi ludźmi. Zwłaszcza z tymi pokręconymi i pokrzywdzonymi przez życie czyli trudnymi w kontaktach.
Okazało się, że nie będzie łatwo!
Wbrew pozorom to bardzo trudna pozycja. Nie w sposobie przekazu, bo jest jasny, napisany zrozumiałym językiem, konkretny i merytoryczny, ale w przyswojeniu samej treści. Skala trudności zależy od osobowości czytającego. Im bardziej odbiorca jest zamknięty na zmiany, które ta pozycja proponuje i im bardziej przekonany, że to inni dookoła powinni się zmienić, a nie on, tym trudniej. Okazuje się, że podstawą radzenia sobie z zachowaniami ludzkimi (nie ludźmi!), to przede wszystkim rozpoczęcie zmian od siebie.
To jest najtrudniejsze!
Na tym etapie wiele osób może zrezygnować z dalszego czytania. Niewiele osób lubi zmiany we własnej osobowości. Jeśli jednak da się szansę autorce i wczyta się w jej argumentację zawartą w rozdziale rozpoczynającym publikację, to automatycznie podaruje się szansę sobie samemu, poznając odpowiedzi na kluczowe pytania – dlaczego nasze kontakty z innymi zależą od nas samych? Dlaczego to my mamy zmienić punkt patrzenia, a nie inni? Dlaczego nie jesteśmy w stanie zapanować nad innymi osobami, ale powinniśmy potrafić zapanować nad własnymi emocjami, reakcjami i zachowaniami? I najważniejsze – czy w ogóle chcemy reagować?
Bo możemy trudnych ludzi omijać szerokim łukiem!
Tak jest najłatwiej. Można wyjść ze sklepu, jeśli zirytowała nas ekspedientka lub inny klient. Można odłożyć słuchawkę, słysząc w telefonie akwizytora. Ale, jak zauważa autorka, sprawa nie jest już taka łatwa, gdy chodzi o odcięcie się od rodzica, rodzeństwa, partnera, współpracownika czy znajomego.
Bardzo słuszna uwaga!
Mnie interesowali współpracownicy. Lubię ludzi z ich wadami i zaletami. Mam w sobie wiele tolerancji na inność, którą wręcz uwielbiam i w tym zakresie nie mam problemów. Gorzej, kiedy prywatnie taki do rany przyłóż człowiek, okazuje się być współpracownikiem, którego inność zaczyna przeszkadzać albo wręcz uniemożliwiać osiągnięcie wyznaczonego przez przełożonego celu. Autorka najpierw szczegółowo omówiła rodzaje takich trudnych zachowań. Opisując zachowania od agresywnych (bezpośrednia wrogość), poprzez najpowszechniejsze bierno-agresywne (pośrednia wrogość), do biernych, ilustrowała je konkretnymi przypadkami sytuacyjnymi lub scenkami dialogowymi, po to, bym mogła dopasować sobie osoby do klasyfikacji, zrozumieć przyczyny ich zachowań, a potem wybrać własne reakcje zbudowane na bazie konkretnych technik. Przed tym jednak zaproponowała trzy testy diagnozujące moje nastawienie do innych ludzi, mój system wartości oraz moje oczekiwania wobec innych. Dopiero tak przygotowana mogłam przejść do drugiego rozdziału.
Do części pod bardzo obiecującym tytułem – Przełóżmy to na praktykę.
To tutaj poznałam ramy pożądanego zachowania rozpisane na konkretne kroki postępowania z trudnym zachowaniem, ale i radzenia sobie z własnymi emocjami i zarządzania nimi. To trudne, bo nieosiągalne tylko poprzez samo czytanie. Potrzebny jest trening z realnymi osobami. Autorka uspokoiła mnie, pisząc – Niemało masz zatem do opanowania. Ale nie musisz nauczyć się wszystkiego w jednej chwili. Nie musisz także od razu wszystkiego przekładać na praktykę w spotkaniu z trudną osobą. Na początku tego procesu samorozwoju wystarczy skupić się na jednej lub dwóch technikach. Dla kogoś, kto w ten zakres wiedzy zagłębia po raz pierwszy, może okazać się trudne, dlatego warto byłoby jednak wziąć udział w warsztatach z komunikacji interpersonalnej. Dla osób po szkoleniach w tym zakresie, przełożenie teorii będzie dużo prostsze.
Jednak najciekawszy jest ostatni rozdział!
Tłumaczy, a co przyjęłam z ulgą, że nie musimy dogadywać się z każdą trudną osobą. Wyjątkiem są ludzie „niemożliwi” – krytyczni, uporczywie negatywni, królowie patosu, skoncentrowani na sobie, moberzy i okrutnicy czyli jednym słowem – toksyczni. Dla mnie ludzie, którzy mają ewidentnie problemy z sobą. Często wymagający pomocy psychologa. Między innymi z tego powodu autorka tak bardzo podkreślała zasadę, że to nie my mamy zmieniać innych, ale zacząć zmianę od siebie. Najzwyczajniej w świecie nie mamy do tego kwalifikacji i możemy skrzywdzić i siebie, i rozmówcę. Ale możemy w takich niemożliwych zachowaniach innych chronić siebie przed tą krzywdą, stosując techniki i metody zaproponowane przez autorkę.
Najważniejszą radę wyniosłam z wniosków podsumowujących publikację.
Autorka skierowała moją uwagę na ludzi pozytywnych wokół mnie, których niezwykle ważnej roli nie dostrzegałam, jako coś oczywistego. A to właśnie oni są przeciwwagą, antidotum i motywacją dla każdego. To mogą być przyjaciele, ale również uśmiech pani w okienku biletowym. Każde pozytywne zachowanie werbalne i niewerbalne od każdego napotkanego człowieka. Autorka stawia tylko jeden warunek – jeśli chcesz mieć wokół siebie więcej pozytywnych ludzi, zacznij od tego, że sam staniesz się bardziej pozytywnym człowiekiem.
Wiem , wiem – trudne!
Ale w ten sposób autorka wróciła do punktu wyjścia swojego wykładu, w międzyczasie pokazując, jak to zrobić. Jeśli czytelnik to zrozumie (a nie jest to łatwe!), to uczyni pierwszy, ale najważniejszy, krok do świadomego i niezależnego zarządzania własnymi emocjami i zachowaniami. To jest najważniejsza rola tej pozycji. W praktyce wystarczy zacząć ćwiczyć od uśmiechu na „dzień dobry” w każdym kontakcie z inną osobą.
A potem wszystko zależy od desperacji czytelnika.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi [Gill  Hasson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Prezent dla zdesperowanych!

Wydawnictwo Naukowe PWN ufundowało prezent dla czytelników w postaci powyższej publikacji. Książkę otrzyma pierwsza osoba, która pozostawi w komentarzu wyraz chęci otrzymania jej.
niedziela, 19 lutego 2017
Diabolika – S. J. Kincaid



Diabolika – S. J. Kincaid
Przełożyła Anna Gralak
Wydawnictwo Otwarte , 2017 , 412 stron
Literatura amerykańska


Wystarczyło to ostrzeżenie umieszczone na odwrocie książki, abym zechciała, a raczej zapragnęła, wejść w tę powieść. Pociągają mnie historie o metamorfozach bestii w człowieka. Wierzę, że w każdym tkwi dobro, któremu trzeba dać szansę zaistnienia. Wydobycia się z mroków duszy i umysłu. Nastoletnia Sidonia, właścicielka diaboliki o imieniu Nemezis, również w to wierzyła. Kiedy otrzymała tę osobistą strażniczkę, zawsze powtarzała jej, że tkwi w niej światło, które jest w stanie uczynić z niej człowieka.
Nemezis w to nie wierzyła.
Była pewna, że jest humanoidem zaprogramowanym na bezkompromisową miłość tylko do Sydonii. Wytworem hodowli człowieka, którego celem i sensem życia jest jej ochrona. Nawet za cenę własnego. Maszyną do zabijania z ludzkim DNA tylko wyglądającą tak, jak człowiek. Istotą zdolną do bezgranicznego okrucieństwa i pełnej lojalności do tylko jednego człowieka. Dla Sydonii gotowa była umrzeć i zabić każdego, kto był dla niej najmniejszym zagrożeniem.
Nawet jej rodziców.
To wymykające się spod kontroli niebezpieczne zagrożenie sprawiło, że diaboliki zostały zdelegalizowane. Nemezis nie została zabita, ale odesłana na dwór cesarza. Miała tam udawać Sydonię, reprezentującą jej rodzinę. Diabolika musiała odnaleźć się w zhierarchizowanym i zdegenerowanym moralnie świecie, w którym droga na szczyt prowadziła po trupach. Musiała zabić cesarza, zanim ludzie odkryją jej prawdziwą tożsamość. Dokonał tego następca tronu – Tyrus, ale nie w tym tkwiło największe zagrożenie dla Nemezis. Tyrus zobaczył w niej coś więcej niż tylko maszynę do zabijania.
Od tego momentu nic już nie było proste.
Ani fabuła, której zmienna dynamika pochłaniała mnie stale zmieniającą się akcją. Ani życie na dworze cesarza, które stało się jeszcze bardziej skomplikowane uzależnieniami, zależnościami i uwikłaniami w sieci intryg dworskich i polityki imperium. Ani życie samej Nemezis, w której powoli zaczęło budzić się dobro i miłość.
Człowieczeństwo.
Historia byłaby zbyt prosta i naiwna, gdyby zakończyła się w momencie przemiany bestii w piękną. Horror istnienia z emocjami dopiero się zaczął. Pojawienie się dotychczas nieznanych uczuć zapoczątkowało chaos w psychice i umyśle Nemezis, która boleśnie przekonywała się, że odczuwać, to znaczy dokonywać trudnych wyborów z ich konsekwencjami, poznać smak zdrady i zawiedzionego zaufania, ale przede wszystkim odczuć pełne spektrum miłości – od szczęścia do cierpienia. Miłości, której zaczyna się nienawidzić, za to, że jest.
A mimo to – warto kochać!
Takie jest przesłanie tej historii. To niesamowite, jak autorka w powieści fantastycznej zawarła opowieść o trudnej miłości, która czyni każdego człowiekiem. Analizuje jej istotę. Pokazuje plusy i minus. Niuanse i odcienie, które niosą zarówno radość, jak i cierpienie. Tłumaczy wszystkim młodym czytelnikom, bojącym się życia i okazywania emocji, pozamykanym w sobie, „zaprogramowanym” przez dorosłych na „bestie”, którym wmawiano od dziecka, że są źli i nic dobrego z nich nie będzie, że to nieprawda.
To o nich i dla nich jest ta historia.
Bo tak naprawdę to opowieść o dziewczynie, która, dorastając, była traktowana jak potwór, więc właśnie tak o sobie myśli, o dziewczynie, która nigdy nie pozwalała sobie na uczucia, bo myślała, że nie powinna... O sile miłości, która potrafi wydobyć z każdego człowieka światło, iskrę bożą, cząstkę DNA (każdy może wstawić sobie tutaj cokolwiek podobnego), by uczynić go człowiekiem. Ale to też opowieść, że bycie człowiekiem to bardzo trudne wyzwanie obarczone odpowiedzialnością za swoje postawy, czyny i decyzje.
Bycie człowiekiem, to ciągła walka o tkwiące w nas dobro.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Diabolika [S.J. Kincaid]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Amerykański zwiastun książki dobrze oddaje naturę diaboliki.
sobota, 18 lutego 2017
Upór i przekora – Rachel Swaby



Upór i przekora: 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat – Rachel Swaby
Przełożył Krzysztof Kurek
Wydawnictwo Agora , 2017 , 311 stron
Literatura amerykańska


52 kobiety, które odmieniły naukę i świat.
Taki podtytuł widnieje na okładce książki, po przeczytaniu którego od razu pomyślałam o Marii Skłodowskiej-Curie. Uznanej za życia dwukrotnej noblistce. Szybko przejrzałam spis treści podzielony na 7 rozdziałów odpowiadającym różnym dziedzinom nauki. Ku mojemu zaskoczeniu, nie znalazłam jej w nim.
Zrozumiałam, że nie o takich kobietach będzie tutaj mowa.
Autorka miała zupełnie inną koncepcję tej książki. Założyła, że jej głównym celem będzie oddanie tą publikacją sprawiedliwości dotychczas ignorowanej części historii świata, którą współtworzyły również kobiety, a o których historia głucho milczy. Nawet obecnie, w XXI wieku. Nie tylko milczy, ale nadal dyskryminuje. Rolą tej "wojującej” pozycji miało być nie tyle nawet przypomnienie czy wydobycie z mroku konkretnych kobiet, ile stałe przypominanie o nich z myślą o współczesnych naukowczyniach poszukujących wzorców postępowania w swojej dziedzinie. Dlatego głównym kryterium doboru kobiecych postaci były znaczące osiągnięcia naukowe, które miały decydujący lub rewolucyjny wpływ na rozwój nauki, ich nowatorskie idee, przełomowe odkrycia oraz punkty widzenia doprowadziły do wstrząsających – również w sejsmologicznym znaczeniu – zmian naszego postrzegania świata oraz to, że są zupełnie zapomniane. Chociaż do dzisiaj korzystamy z ich wynalazków, odkryć i teorii. Nierzadko ratujących życie milionom tak, jak osiągnięcia biochemiczki, noblistki w dziedzinie fizjologii lub medycyny, Gertrudy Belle Elion, o której jej przełożony powiedział – za pięćdziesiąt lat okaże się, że Trudy Elion uczyniła w sumie więcej dla polepszenia ludzkiej kondycji niż Matka Teresa. Tacy przełożeni niestety byli wyjątkami. W nauce trwała ostra rywalizacja, rzadziej współpraca, między naukowcami. Pisał o tym Bronisław Malinowski w swoich listach zebranych w Historii pewnego małżeństwa i widziałam wyraźnie ten problem w powieści biograficznej o twórcy teorii ewolucji - Opowieść o Darwinie. Kto przejmowałby się w tej walce kobietami!? Zwłaszcza w czasach, kiedy nie miały nawet prawa wyborczego i obowiązywał je zakaz studiowania lub pracowania na uczelniach wyższych, a o ewentualnych ich osiągnięciach opinię publiczną jeszcze w 1964 roku informowano na łamach czasopism w ten sposób – Nagroda Nobla dla brytyjskiej żony. Co autorka nie bez irytacji skomentowała – zupełnie jakby Crowfoot Hodgkin odkryła złożone struktury substancji biochemicznych przypadkiem podczas cerowania skarpet męża. Może dlatego grafika okładkowa tej książki przekornie „wyhaftowana” jest nitką.

Włącznie z odtworzeniem lewej strony „tkaniny” pełnej supełków , wystających nitek i z igłą wbitą w robótkę.

Właściwie, po przeczytaniu tych 52 krótkich, nierzadko tragicznych, biografii naukowych Brytyjek, Amerykanek, Francuzek, Niemek, Włoszek, Austriaczek, Dunki, Kanadyjki, Rosjanki, Czeszki i Chinki, to cud, że w ogóle otrzymywały nagrody za życia, a Nagrodę Nobla w szczególności. Fakt, że czasami na to uznanie musiały długo czekać. Genetyczka Barbara McClintock Nagrodę Nobla otrzymała trzydzieści dwa lata po wielkim odkryciu, acz początkowo powszechnie ignorowanym. Patrząc na przeszkody, jakie stwarzało im życie w społeczeństwach patriarchalnych, silnie zdominowanych przez mężczyzn, trzeba było być kobietą z niezwykłym samozaparciem, uporem, przekorą (jak w tytule), konsekwencją i poświęcającą się całkowicie nauce. Często kładącą życie osobiste i rodzinne, a nawet własne, na szali nauki. By być spełnioną. By pod koniec życia powiedzieć tak, jak wspomniana już Barbara McClintock – Miałam pasjonujące i ogromnie satysfakcjonujące życie.
Chciałam zrozumieć je.
Chciałam dowiedzieć się, dlaczego te kobiety, które niedojadały i nierzadko głodowały, ciężko pracowały w laboratoriach nawet w ostatnim stadium wyniszczającej je choroby, mieszkały w skrajnych warunkach, pomijano w nagrodach uznaniowych i awansach, okradano z dorobku naukowego, wykluczano z grona naukowców, bez pensji, godziły się na to wszystko? Odpowiedzi dostarczyła mi fizyczka Maria Goeppert – Jeśli naprawdę kocha się naukę – wyznała – to pragnie się jedynie kontynuować pracę oraz neurobiolożka Rita Levi-Montalcini – Moment, w którym przestajesz pracować – stwierdziła pewnego razu – to moment, w którym umierasz. Mocne słowa!
W tym tkwiła tajemnica ich tytanicznej siły.
To ona spychała na dalszy plan potrzebę uznania, dyskryminację, poniżenie, wykluczanie i warunki pracy. Liczyła się tylko nauka i możliwość jej uprawiania. Jeśli takiej nie miały – godziły się na uwłaczające warunki albo tworzyły laboratorium we własnej sypialni. Autorka, by uniknąć wrażenia encyklopedyczności w biografiach, wyposażyła je w elementy z życia osobistego i nieformalnego wychodzące poza ramy naukowe. Często cytowała wypowiedzi naukowczyń lub ludzi nauki o nich. Nadała w ten sposób szkicom naukowym charakteru miniopowieści o osobowościach niezłomnych, które momentami nabierały cech dramatu lub sensacji.
Dla mnie na pewno odkrywczymi.
Poszerzającymi nie tylko wiedzę (znałam tylko trzy osoby), nadającą konkretnym osiągnięciom twarz i nazwisko (których świadomie nie wymieniam, by pozostawić smak odkrywania i zadziwień innym czytelnikom), ale przede wszystkim optymizm i wiarę, że każdy może osiągnąć w życiu swój cel, który sobie postawił. Wystarczy do tego już połowa determinacji bohaterek tej publikacji, by udało spełnić się. Mamy przecież dużo łatwiej niż nasze poprzedniczki. A co najważniejsze – nie potrzeba do tego wyjątkowych uzdolnień. Według Annie Jupm Cannon, wybitnej uczonej w dziedzinie astronomii – To żaden geniusz ani nic podobnego, to jedynie cierpliwość.
Cierpliwość i praca.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 95
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 900 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi