Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 18 kwietnia 2015
Notes Herbertowski – opracowanie Marek Zagańczyk i Karolina Sivilli



Notes Herbertowski – opracowanie Marek Zagańczyk i Karolina Sivilli
Wydawca Zeszyty Literackie , Wydawnictwo Austeria , 2014 , 199 stron
Literatura polska


Poznałam światopogląd Zbigniewa Herberta poprzez jego poezję. Wymieniane drogowskazy drogi idź, dokąd poszli tamci z imionami bohaterów Gilgamesza, Hektora, Rolanda i nakazem - Bądź wierny. Idź... – brzmią we mnie od czasów szkoły średniej. Znam jego niezłomną, trudną i tragiczną u schyłku życia biografię dzięki publikacjom biograficznym. Z kolei dzięki temu bibliofilskiemu wydaniu poznałam go z krawędzi pewnych pojęć i niepewnych odczuć. Z punktu styczności odważnego twórcy i zwykłego człowieka. Z miejsca, w którym poeta gromadzi materiał surowy, pulsujący emocjami, nieobrobiony, pierwotny i pochłaniany wszystkimi zmysłami – węchem, wzrokiem, słuchem, smakiem czy dotykiem. Ta pozycja jest takim warsztatem przedstawionym Zbigniewa Herberta. Pokazuje skąd, między innymi, czerpał swoją wiedzę, w jaki sposób ją zdobywał, dokąd wędrował w swoich podróżach, czemu poświęcał najwięcej uwagi, jakie detale przyciągały jego wzrok, jak odbierał otaczającą go rzeczywistość, co go najbardziej absorbowało i wreszcie najważniejsze, co czuł?
Tego wszystkiego dowie się fan twórczości poety.
Ja odkryłam w tym wydaniu inną rolę. Rolę wytrawnego przewodnika, stojącego w opozycji do współczesnego zwiedzającego, który pokazuje mi, jak wędrować, aby z długich i dramatycznych dziejów ludzkich wydobyć ślady, znaki utraconej wspólnoty. Nieważne, czy będzie to romańska kolumna z Tyńca koło Krakowa, tympanon z kościoła św. Petroneli koło Wiednia i płaskorzeźby w katedrze św. Trofima w Arles, ważne, by uświadomić sobie, że istnieje ojczyzna szersza niż ojczyzna swojego kraju. To pierwsza lekcja tolerancji, a może nawet akceptacji inności, z którą należy wyruszyć w podróż, by niczego nie oceniać, wobec niczego się nie dystansować, od niczego się nie odcinać lub, co najgorsze, dyskredytować, deprecjonować i wyśmiewać. I zaraz po niej pierwsze zadanie – przygotowanie oczu na nieustający zachwyt i zdziwienie. Zadanie odwołujące się do mojego wewnętrznego dziecka – ciekawego i głodnego świata. To pomoże w koniecznym zagubieniu się w nowym miejscu, bo tylko takie miasta są coś warte, w których można się zgubić.
Tych lekcji i zadań jest tyle, ile tekstów umieszczonych w notesie, zawsze u dołu strony:

To fragmenty podróżne poety wyłuskane z jego szkiców literackich. Każdy opatrzony poprzedzającym go zdjęciem artysty na wcześniejszej stronie

lub własnoręcznym rysunkiem:

Poeta lubił mieć przy sobie notatnik, w którym utrwalał na gorąco myśli, wrażenia, odczucia, spostrzeżenia, skojarzenia i usłyszane informacje, które zapisywał obok szkicowanych detali:

Tak wydana pozycja wręcz namawiała mnie do odpowiedzi, do polemiki, do interaktywnego działania – pisz we mnie, szkicuj, notuj, utrwalaj! Masz na to dużo miejsca. Aż osiem czystych stron gotowych przyjąć twoje przemyślenia. Kuszącą pustkę kartek, którą możesz zapełnić swoim wnętrzem, bo zdjęcia i filmy to tylko twój obraz zewnętrzny. To dlatego spis treści zawiera tylko numerację stron:

Te wykropkowane miejsca mogę wypełnić sama. Nadać własne tytuły rozdziałów mojej osobistej podróży dokądkolwiek. Choćby o dwie ulice stąd. Za rogiem też może być ciekawie!
I lekcja ostatnia, dla mnie najważniejsza – sposób na poznanie oryginału, a nie jego namiastki czy reprodukcji. To flanowanie. Najprzyjemniejsza część programu według poety, kiedy zeszyt i szkicownik idą do kieszeni i zaczyna się włóczenie bez planu, według perspektyw, a nie przewodników. Taki autorski sposób na uniknięcie konwencjonalnej turystyki, planów, pośpiesznego dotykania rzeczy godnych uwagi, nakaz obcowania z dziełami uniwersalnymi, a nie z niepowtarzalną, indywidualną urodą życia. By poczuć to ostatnie, trzeba być podróżnikiem idealnym – przekonuje mój przewodnik. A podróżnik idealny to ten, kto potrafi wejść w kontakt z przyrodą, ludźmi, i ich historią – a także sztuką. To wszystko dostępne jest tylko dzięki właśnie flanowaniu czyli wędrówce poza utartymi szlakami, włóczeniu się bez celu i planów, zadawaniu się z ludźmi, podnoszeniu kamyków i ich wyrzucaniu, studiowaniu menu restauracji i pubów, czytaniu ogłoszeń, zwłaszcza tych pisanych odręcznie, asystowaniu przy grze w kości czy przytykaniu twarzy do murów, by wyłowić zapachy kamieni, kotów i średniowiecza.
To wszystko, dla poety, jest punktem wyjścia do stworzenia obrazu literackiego, dla fanów jego twórczości wydaniem bibliofilskim, a dla mnie początkiem wiedzy o zwiedzanym kraju. Początkiem Wielkiej Podróży. Dlatego dla mnie mottem tej publikacji (a którego w niej zabrakło mi) jest początek wiersza poety Podróż:

Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
13:22, clevera
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Noc przed festynem – Saša Stanišić



Noc przed festynem – Saša Stanišić
Przełożyła Alicja Rosenau
Wydawnictwo PWN , 2015 , 312 strony
Literatura niemiecka


Za górami, za lasami, między dwoma jeziorami...
No tak, udzieliła mi się baśniowo-poetycka z odrobiną grozy atmosfera tej powieści, w której niewielka miejscowość Fürstenfelde, rzeczywiście położona pomiędzy dwoma jeziorami, w których wodach podobno diabeł kąpie się raz na trzynaście lat, stała się miejscem splotu wydarzeń w noc poprzedzającą festyn Anny. Wydarzenie, którego celu i sensu już nikt nie pamiętał, zadowalając się faktem samego świętowania istnienia i opowiadaniem o Fürstenfelde. Imprezy corocznej, która nie tylko integrowała niewielką społeczność tej miejscowości, ale jednocześnie była punktem kulminacyjnym fabuły opowieści, powoli ku niemu zdążającej. Przede wszystkim opowieści o ludziach, których, gdybym była realistką, mogłabym przedstawić jako spektrum różnorodnych losów i korowód specyficznych postaci powykręcanych przez życie. Osób, które znajdywały w nim przeciętnie więcej powodów przeciw życiu niż przeciw paleniu. Było ich tak dużo, że nie pokuszę się o wymienienie nawet kilku, bo byłaby to niesprawiedliwość wobec pozostałych i swego rodzaju okaleczenie dla całości. Wystarczy, że sam autor, by ich wszystkich wymienić, zrobił to na dwóch stronach z ogonkiem. Ot, jedna z wielu miejscowości, jakich wiele – mogłabym powiedzieć, gdybym była realistką. Z malejącą liczbą mieszkańców, z Domem Regionalnym i jego historycznym archiwum, barem w garażu, porami roku z okresem turystycznym w jesieni i tablicą stojącą przy wjeździe – Serdecznie witamy w.... Jedna z wielu!
Ale nie mogę tak powiedzieć.
Autor nałożył mi okulary, przez które, patrząc na bohaterów i wydarzenia będące ich udziałem, widziałam, czułam i uczestniczyłam w wyjątkowej historii tego jednak niepowtarzalnego miejsca. Wielogłos narracji niemalże we wszystkich osobach przenosił mnie od opisu pojedynczej osoby oglądanej z zewnątrz do zbiorowej myśli wewnętrznej chóru, brzmiącego niczym w greckim dramacie. Podsumowującego albo rozpoczynającego rozdział prologiem lub epilogiem. Czasami słyszałam go bez przerwy. Wtedy głos wiązał mnie z tym ich „my”, niekiedy utożsamiał mnie z tym „my”, a czasami czułam, że jestem wcielana na siłę w to „my”, gdy czytałam – Chodź, weźmiemy cię ze sobą.(...) Do zapachu chleba i odoru wojny. W zemstę i miłość. Do olbrzymów, wiedźm, do śmiałków i do błaznów. Jesteśmy pewni, że będziesz całkiem niezłą bohaterką. I byłam razem z nimi w czasie przeszłym i w czasie teraźniejszym. Mogłam się wtopić w ich tło, chociaż nie lubili obcych, napływowych, nietutejszych. Przenosiłam się z wieku do wieku, poznając przeszłość u źródeł w udokumentowanych relacjach, podaniach, przekazach historycznych i w legendach. Niektóre z nich były prawdziwe, a niektóre zapożyczone na bieżące potrzeby budowania tożsamości mieszkańców i ich kawałka ziemi, co było wyraźnie zaznaczone w tekście:

O sile przekazu tak dużej, że mającej, pomimo upływu ogromu czasu, nadal wpływ na ich zachowania i postawy. Obserwowane z wielu punktów widzenia – innych osób, ale i zwierząt, które wpisywały się w tę barwną zbiorowość, stając się pełnoprawnymi jej członkami. Każdy z nich przeżywał siebie, swój dramat i ukrywany sekret. Każdy miał coś do zrobienia. Każdy dążył do osiągnięcia konkretnego celu, włącznie z lisicą. Czasami nieświadomie wspólnego z innymi, a czasami zupełnie odmiennego, by w ostateczności złożyć się na jeden obraz wielosobowościowego bohatera o kilkudziesięciu głowach zebranych na płótnie jednego obrazu pod tytułem Fürstenfelde. Miejsca, w którym wszystko wygląda inaczej niż w przewodnikach turystycznych, książkach czy opracowaniach demograficznych, a rytm pór roku, dnia i nocy wyzwala nieokreślone stany świadomości, zwłaszcza gdy na ulicach zapada zmrok. Jego tętno wyczuwałam w następujących po sobie rozdziałach trwających dłużej lub krócej, a czasami bardzo krótko. Raptem na jedno uderzenie, jedno zdanie, które zresztą też wyznaczało rytm swoją długością. Im krótsze, tym tempo fabuły przyśpieszało, tym więcej gromadziło i wyzwalało z siebie emocji.

A jeśli bohater był hiphopowcem , to kawałkiem przemawiał, skandując treść do rymu. A jeśli pochodził z XVI wieku, to mówił językiem archaicznym. A jeśli był lisicą, to przemawiał węchem i zapachami. A jeśli osobą chorą, to językiem ludzi o odmiennym stanie świadomości.
Czasami byli mną, a ja nimi.
Płynność akcji, zmienność osobowości, tajemniczość przeszłości, mrok nocy, duszy i umysłu, poetyckość miejsca, ukrywane sekrety, zapowiedź zbrodni, czająca się tragedia, magia legend i egzystencjalizm współczesnego człowieka z dziedzictwem tradycji i przeszłości to mieszanka odurzająca i zaczarowująca zwykłą chęć znalezienia i ustalenia regionalnej tożsamości zbiorowej, zamieniającej „ja” na „my” gwarantujące ciągłość istnienia.
Bo „my” może więcej!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 11 kwietnia 2015
Na pamięć: ponad 100 sposobów



Na pamięć: ponad 100 sposobów
Wydawca Agora , 2015 , 216 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Świat szaleje, zwłaszcza jego piękniejsza część, na punkcie sprawnego i powabnego ciała, stosując miliony diet i jeszcze więcej ćwiczeń, a umysł... śpi! Trzeba wyglądać, bo to klucz do sukcesu w każdej niemalże sferze życia – codziennie odbieram taki przekaz wokół siebie. Może i tak, nie mówię nie, ale dlaczego czar pryska, gdy ktoś taki otworzy usta? O ile otworzy oczywiście!
Prawda jest brutalna.
Jest źle, a nawet tragicznie! Umysł nie tylko śpi, ale kurczy się. Zdaniem naukowców w tej chwili przechodzimy – w sensie metaforycznym - odwrócenie procesu rozwoju cywilizacji: od uprawiania i pielęgnowania osobistej wiedzy cofamy się do łowiectwa i zbieractwa w lesie elektronicznej informacji. Upraszczając myśl – nasze dzieci będą głupsze od nas. Jednostkowy dramat ujawnia się dopiero w starszym wieku, kiedy człowieka dopada demencja pod różną postacią, kiedy jest już za późno. Nie ma co liczyć na cudowne tabletki na pamięć, najlepszym lekarstwem dla mózgu jest bowiem jego regularny trening - napisała autorka pierwszego rozdziału Dlaczego zapominam? Na szczęście coraz więcej osób zaczyna to rozumieć, zapoczątkowując nowy trend – neurofitness! Czyli trening szarych komórek. A wszystko to nie tylko dla sprawności umysłu, ale przede wszystkim, aby uchronić się przed coraz powszechniejszą choroba Alzheimera w wieku podeszłym. Odsetek chorujących może być jeszcze większy u każdego następnego pokolenia. Sprzyja temu siedzący tryb życia, powszechność dopalaczy, nieprawidłowa dieta oraz zjawisko „cyfrowej demencji”, którego głównym sprawcą jest Internet.
Czeka nas świat sprawnych fizycznie staruszków, którzy nie będą pamiętać swojego imienia w wieku 40 lat!
Jednym słowem Apokalipsa ludzkości. Załatwią nas nie jej jeźdźcy, ale... niepamięć! Mniej więcej takie katastroficzne wnioski nasunęły mi się po lekturze wszystkich rozdziałów tej przeciekawej pozycji, które rozebrały na czynniki pierwsze ludzki mózg, omawiając jego funkcjonowanie i poziom sprawności z wielu punktów widzenia – anatomii, diety, używek, sportu, medytacji, nawyków, czyhających ma niego z każdej strony niebezpieczeństw, a nawet sztuki. A jak bardzo jest źle z moją pamięcią już w tej chwili, przekonał mnie pierwszy, niespodziewany test (przytoczę go na końcu postu) rozpoczynający lekturę, którego nie zaliczyłam!
Dopiero się wystraszyłam!
A co będzie później?! Alzheimera mam jak w banku! Nie ma lepszej metody, żeby zachęcić mnie do działania i pracy nad sobą – najpierw wystraszyć serią bijących na alarm artykułów pod hasłem: co mnie czeka, jeśli nie..., a potem podsunąć test, z którego wynika jednoznacznie, że muszę wziąć się do pracy już teraz. Natychmiast! I w tym momencie w sukurs przyszedł mi zespół najlepszych, polskich szaradzistów,

który przygotował dla mnie koło ratunkowe w postaci:

Jest ich ponad 100! Krzyżówki, szarady, zagadki lingwistyczne i kryminalne,

testy psychologiczne, quizy, łamigłówki i wiele, wiele innych rebusów publikowanych wcześniej na łamach magazynu Na Pamięć będącego dodatkiem do Gazety Wyborczej. Ich dawkowanie nie było przypadkowe. Tworząc osobne bloki ćwiczeniowe, uzupełniały każdy rozdział teoretyczny propozycjami treningowymi nawiązującymi do tematu rozdziału, rozwijając konkretny rodzaj pamięci – długotrwałej, krótkotrwałej, przestrzennej czy abstrakcyjnej. Szybko je rozpoznawałam po rozróżniających je ikonkach umieszczonych w górnym rogu strony:

Pracę ułatwiał mi dołączony do książki klucz do zadań.
Ale neurofitness to nie tylko trening umysłowy, to także nacisk na aktywność fizyczną, odpowiedni tryb życia, zdrowy sen czy odpowiednią dietę. Wszystko podporządkowane podniesieniu sprawności pamięci. W poszczególnych rozdziałach (oprócz „straszenia” demencją) znajdywałam również propozycje, co jeść (polecano dietę nordycką) włącznie z konkretnymi daniami do sporządzenia

i jakie szczególnie dobre dla pamięci sporty uprawiać. Przy okazji autorzy obalali mity, podsuwając najnowsze doniesienia i ciekawostki ze świata nauki wyróżnione w tekście kolorem tła tekstu:

A wszystko ilustrowane rysunkami i zdjęciami.
Ogromnym plusem tej pozycji jest jej rodzinny charakter, ponieważ zawiera rozdział pełen zabaw i łamigłówek przeznaczony specjalnie dla dzieci.
Na koniec obiecany test, który należy przeczytać

i wykonać polecenie - A teraz zamknij oczy i spróbuj powtórzyć przeczytane przed chwilą zdanie.
Jeśli się to tobie nie udało, to ta książka jest napisana nie tylko dla mnie, ale również dla ciebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
środa, 08 kwietnia 2015
Bez pożegnania – Barbara Rybałtowska



Bez pożegnania – Barbara Rybałtowska
Wydawnictwo Axis Mundi , 2008 , 326 strony
Cykl Saga ; Część I
Literatura polska


Przeprowadziłam śledztwo czytelnicze!
Czy, jak tam nazwać dochodzenie do sedna pogmatwanej kolejności wydawania poszczególnych części w przypadku tej sagi. Jego wynik wprawił mnie w zadumę, ale o tym później. A zaczęło się od wizyty mojej koleżanki (zresztą kolejnej, bo o to chodzi!), którą udało mi się ostatnio rozczytać. W ramach wdzięczności przynosi mi czytane przez siebie książki, które, jej zdaniem, koniecznie powinnam również poznać. Cieszę się na prawie każdą, ale tym razem, kiedy zobaczyłam okładkę i tytuł, odmówiłam. Nazwisko nic mi nie mówiło, a tytuł skojarzył mi się z romansem, na który nie miałam ochoty. I wtedy usłyszałam czarodziejskie słowo-klucz, które zawsze działa na mnie magicznie – ale to o Syberii! Natychmiast wzięłam!
Tradycyjnie, przed czytaniem, obejrzałam i przeczytałam wszystko, co umieszczono na okładce. To na niej odkryłam niesamowitą rzecz! Nie to, że trzymana w ręku pozycja to początek wieloczęściowej sagi rodzinnej rozpoczynającej się w ostatnich dniach sierpnia 1939 roku z nadzieją na więcej, bo ciąg dalszy nadal jest pisany:

Moją uwagę przykuł tytuł drugiej części wymieniony w opisie całości cyklu:

Bardzo znajomy, a jednocześnie kojarzony z lekturami podróżniczymi z moich lat nastoletnich. Definitywnie wątpliwości rozwiał umieszczony obok tytułu opis treści. Byłam już pewna, a jednocześnie bardzo zdumiona. Ja tę książkę już czytałam! Tak, na pewno, tylko kiedy? Jakieś 30 lat temu! W zupełnie innej szacie okładkowej drugiego wydania z 1979 roku (pierwsze w 1969 roku), w latach osiemdziesiątych! To dlatego nie pamiętałam nazwiska, a nowa szata graficzna nic mi nie powiedziała. I oto miałam przed sobą, po kilkudziesięciu latach, początek historii zaczętej kiedyś od środka, która wydarzyła się zanim bohaterki trafiły do Afryki w części drugiej. Powieści tłumaczącej prawdziwy powód ich pobytu w Ugandzie, która nie mogla ukazać się wcześniej niż po upadku komuny. Jej pierwsze wydanie pojawiło się dopiero w 1995 roku.
Tyle ustaliłam w drodze dochodzenia.
Nie ręczę za jego prawidłowość i wynikające z tego wnioski. Dokładniej i więcej można byłoby dowiedzieć się od samej autorki, która, jak sprawdziłam na jej oficjalnej stronie, chętnie spotyka się z czytelnikami. Podejrzewam, że wśród nich mogą znaleźć się podobni do mnie, którzy obecną sagę zaczęli czytać kilkadziesiąt lat wcześniej od drugiej części, a po początek sięgają teraz. Zresztą ta pozycja nie miała najmniejszych szans ukazać się jako pierwsza w swoim cyklu wydawniczym, ponieważ opowiada o wywożeniu ludności polskiej z Kresów w głąb ZSRR i ówczesnym temacie tabu – o polskich oficerach w Starobielsku. Nie jest to jednak pamiętnik czy wspomnienia. To zbeletryzowana powieść o losach matki i córki wywiezionych na Syberię w 1939 roku i ich walce o przetrwanie w innym systemie, wśród obcych ludzi. Narratorką, a zarazem główną bohaterką, jest młoda matka Zofia, która, przez lata gehenny na nieprzyjaznej ziemi, miała jeden cel – uratować swoją kilkuletnią Kasię. Ukochaną Mgiełkę, jak nazywali swoje jedyne dziecko z mężem Piotrem. Upodlenie, mordercza praca, bród, wszy, choroby, przyszłość widziana przez kromkę chleba, powszechność i powszedniość śmierci, a przede wszystkim głód, przez które przechodziły, nie tyle przeraża, co wywołuje wzruszenie. Wprawdzie u mnie nie polały się łzy, ale u koleżanki dosyć obficie. To dzięki sile emocji, jakimi przepełniona była opowieść utrzymana w linearnej konwencji czasowej, ale z dygresjami o losach innych bohaterów, od wywózki po przyjazd do Afryki, opartej na miłości matki do córeczki, tę książkę czytałam sercem. Inaczej po prostu się nie da. To dlatego o tej sadze inni czytelnicy piszą, że jest pisana sercem.
Sercem matki.
Siła tej powieści tkwi w autentyczności przeżyć. Wprawdzie powieść jest zbeletryzowana, a bohaterki noszą inne imiona, to oparta jest na prawdziwych faktach z życia autorki. Razem z matką były wywiezione na Sybir. I mimo że autorka w tej części oddała głos matce, to potrafiła empatycznie odtworzyć tamte czasy, zdarzenia i emocje. A przede wszystkim udało jej się stworzyć obraz cichej bohaterki, kierującej się w swojej postawie miłością do dziecka, która dokonywała desperackich czynów, a czasami cudów, by jej córka przeżyła. Wielokrotnie to podkreślała w trudniejszych momentach – Przygnębienie rozgościło się już na dobre w naszych sercach i gdyby nie dziecko, już nie miałabym ochoty żyć. Jak wielkiego czynu dokonała, świadczy fakt, że z jej licznej rodziny, ostatecznie przeżyły tylko one. Dla mnie ta powieść to swoisty pomnik wystawiony matce przez córkę, u którego podstawy, czyli na stronie poprzedzającej treść, przeczytałam:

Ciekawe są losy ludzkie i nie mniej ciekawe losy książek o nich opowiadające.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
poniedziałek, 06 kwietnia 2015
Dziennik sprzeciwu - Friedrich Kellner



Dziennik sprzeciwu: tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939-1942 – Friedrich Kellner
Przełożył Andrzej Kopacki
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2015 , 372 strony
Seria Świadectwa XX Wiek: Niemcy
Literatura niemiecka


Dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludności niemieckiej ponosi pośrednią bądź bezpośrednią winę za dzisiejszy stan rzeczy. – zanotował autor w swoim dzienniku w 1941 roku.
A wiedział, co napisał.

1940. Friedrich Kellner w salonie ich mieszkania w Laubach. Fot. ze zbiorów rodzinnych.

Był Niemcem, żył wśród rodaków, uważnie obserwując wszystko, co się wokół niego działo. Jednym z niewielu należących do pozostałego jednego procentu niezgadzającego się na świat dyktowany przez większość. W represyjnym reżimie narzuconym przez nazistów przyjął postawę sprzeciwu – pomagał Żydom, świadomie popełniał „przestępstwo radiowe”, poddawał krytyce politykę Hitlera, balansując na krawędzi bezpieczeństwa swojej i rodziny, cudem unikając obozu koncentracyjnego. Był w pełni świadom, na co się naraża, pisząc – Ileż to razy próbowano mnie podgryźć. Jak dotąd nie udało się tym ludziom, mającym w pogardzie człowieka, położyć mnie na łopatki.
Na szczęście nigdy im się to nie udało, pomimo wielu prób.
A mimo tych zagrożeń, nadal pozostawał jednym z niewielu, którzy nie dali się uwieść propagandzie władzy, twierdząc – Adolf Hitler wszystkich ich przechytrzył albo przekupił. Tylko mnie Adolf Hitler nie zdołał dopaść. Dlaczego? H. Zawsze wydawał mi się szalbierzem i fanatycznym krzykaczem ludowym... Wyjątkowość postawy autora polegała także na systematycznym zapisywaniu swoich myśli, bo jak napisał autor posłowia – Nielicznym przychodziło do głowy, aby swój krytycyzm przelewać na papier i to w sposób regularny, na kształt diarystycznego zapisu. A mimo tego ogromnego ryzyka, notował niemalże codziennie od 1939 roku do roku 1945, z czego w polskim wydaniu znalazły się zapisy do roku 1942. Siła niezgody, frustracji i bezsilności wobec zbrodniczego systemu, który nazywał ładem zbójeckim, była dużo silniejsza niż strach i lęk, czemu dał wyraz w ostatnim zdaniu komentarza poprzedzającego dziennik – Jako wołający na puszczy uznałem, że powinienem spisać myśli, które zawładnęły mną w tamtych, szarpiących nerwy czasach, ażebym później – o ile to jeszcze będzie możliwe – przekazał swoim potomnym prawdziwy obraz rzeczywistości.
A była ona przerażająca!
Nie tyle w samym widzeniu, który miałam jako Polka, ale w jego bolesnej ostrości i rozległości szaleństwa rozciągniętego na cały świat. Już sam fakt, że Niemcy bardzo dobrze wiedzieli i widzieli, co tak naprawdę dzieje się w ich kraju (obozy koncentracyjne, eksterminacja Żydów i eutanazja w ramach eugeniki) i dokąd zmierza polityka nazistów, wstrząsnął mną. Autor bezwzględnie obnażał ich postawy pełne asekuranctwa, egoizmu, oszustwa, hipokryzji wykorzystywanych do osiągania własnych, osobistych celów, zadając tym samym kłam powszechnie przyjętej linii obrony opartej na przymusie wykonywania rozkazów czy niewiedzy. Autor mówił wprost – wiedzieli, widzieli i godzili się na to!
Był tego żywym, niepodważalnym dowodem!
Wystarczyło myśleć, analizować, porównywać i wyciągać wnioski. Dokładnie tak, jak robił to w swoich dziennikach. Czytał uważnie ówczesną prasę, studiował wypowiedzi polityków, wynotowywał fragmenty lub wklejał je do zeszytu, jak widać to w oryginale,

Dzienniki Friedricha Kellnera. Fot. ze zbiorów rodzinnych.

porównywał i zestawiał ich treść ze sobą i z tym, co usłyszał w radiu (również w stacjach obcych), cytował wypowiedzi zdeklarowanych nazistów i przytaczał dialogi znajomych Niemców, poddając w ten sposób zdobyte informację bezkompromisowej krytyce. Był przy tym niezwykle logiczny, inteligentnie podsumowując działania ówczesnej dyplomacji i kierunki polityki wewnętrznej oraz zewnętrznej nazistów, jak i polityki państw obcych. Często powoływał się na myśli filozofów, przysłowia i literaturę piękną, by w trafny sposób podsumowywać swoje racje. Wykorzystywał do tego również ironię, kpinę i sarkazm. Bezbłędnie stawiał wnioski, prognozując rozwój wypadków. Gdybym nie wiedziała, że po prostu błyskotliwie i rzeczowo myśli, posądziłabym go o zdolności jasnowidzenia lub prorocze.
Był aż tak w celności swoich przewidywań genialny!
Już 28 października 1939 roku, gdy Niemcy w ogólnej euforii stały na początku „błyskawicznej wojny”, w którą wierzył prawie każdy Niemiec, zanotował w swoim dzienniku – W Altenhain oświadczyłem Horstowi, że Niemcy przegrają tę wojnę. A potem dzień po dniu ukazywał, obnażał i udowadniał drogę wiodącą ku klęsce, wbrew propagandzie sukcesów i zawsze pod prąd.
Był przy tym bezpardonowy.
Nie oszczędził nikogo w ostrych ocenach wyrażanych w brutalnych słowach. Dostało się wszystkim. Hitlerowi, którego uważał za obłąkanego zbrodniarza, krętacza i szczurołapa, który na słabościach swoich bliźnich wybudował partię. Umocnił ten gmach za pomocą najbardziej wyrafinowanych środków – wszystko w jednym celu: żeby zdobyć panowanie w kraju. Rodakom, którzy dla niego zamienili się w zwierzęta, naród bez głowy, szmatławcy bez przekonań, tchórzliwa zgraja, by ostatecznie podsumować - masy „narodu” to jedna wielka i okropna kupa gówna. Inteligencji , która, przyjmując służalczą postawę wobec partii, zabrała się i poszła w nowym kierunku politycznym, odsuwając na bok wszystko, czego wcześniej broniła i nauczała. Politykom niemieckim, których określał wprost – Awanturnicy, arcyłotry, zdrajcy narodu, szalbierze, karierowicze, recydywiści, hazardziści, hołota – wszyscy oni w jednej komitywie. Eldorado dla szpiclów i denuncjatorów. Sadyści i krwiożercze psy u władzy. Politykom innych krajów niewzbudzającym w nim szacunku tchórzostwem w podejmowaniu decyzji, krótkowzrocznością i nieudolnością, dla których widział tylko jedno wytłumaczenie – w sztabach generalnych zasiadali zdrajcy własnego narodu. Ludzie, którzy chcieli zaprowadzić faszyzm także we własnych krajach. Mocne oskarżenie! A nawet Kościołowi o schizofrenicznej postawie rozpiętej między szczytnymi hasłami a podłymi czynami.
Czułam jego frustrację, gniew, niezgodę na przemoc, bezsilność, której dawał upust w słowach przelewanych na papier i ból wstydu za rodaków, których już w 1939 roku przestrzegał – Byłeś przy tym – kara cię nie minie! Nie mógł zrozumieć i przeboleć, że naród z dziedzictwem tak pięknej kultury, wszystkie dobre cechy i zdobycze duchowe minionych stuleci odrzucił precz i pobiegł za szczurołapem i jego świtą, dając się tak bez walki omamić, upodlić i zniewolić. Od początku zapisów przewidywał konsekwencje tego narodowego szaleństwa i powojenną amnezję Niemców.
I jak zwykle miał rację!
Nie doczekał wydania swoich dzienników za życia (zmarł w 1970 roku), które w Niemczech ukazały się dopiero w 2011 roku! To kolejny dowód na to, z jak potężną siłą walczył autor, której skutki działania tak długo tkwiły w światopoglądzie i postawach Niemców, lansujących tezę, jako powojenną linię obrony – Niczego nie wiedzieliśmy, bo nie mogliśmy się niczego dowiedzieć. Dokładnie tak, jak przewidział autor, który po to pisał, by być sprawiedliwym wśród Niemców i swoim dziennikiem świadczyć, jednoznacznie wskazując winnych – wiedzieliście i widzieliście wszystko bardzo dobrze! Gdyby autor żył, mógłby przytoczyć w tym momencie (a lubił to robić) bardzo dobrze pasujące do tej sytuacji słowa Zbigniewa Herberta – "Ignorancja ma skrzydła orła i wzrok sowy".
Ale najbardziej przerażało mnie w tych dziennikach duże podobieństwo ówczesnej sytuacji do obecnej. Wystarczyło zastąpić Hitlera Putinem, a kilka innych elementów współczesnymi ich odpowiednikami i prognoza naszej europejskiej przyszłości stała przede mną bez tajemnic. Może panikuję, może nadinterpretuję, ale wiem też, że historia lubi się powtarzać, bo jak napisał autor – nigdy nie kłamie się bardziej, niż przed wyborami, podczas wojny i po polowaniu.
Warto zapamiętać, warto się przyglądać , a najbardziej warto myśleć!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 04 kwietnia 2015
Oblężenie- Marek Adamkowicz



Oblężenie - Marek Adamkowicz
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 395 stron
Seria ABC
Literatura polska


Twierdza Gdańsk, sierpień 1813 roku...
Pięknie zabrzmiał mi ten tytuł pierwszego rozdziału, błyskawicznie przenosząc mnie w wiek XIX. Do konkretnego wydarzenia w historii Gdańska, kiedy stacjonował w nim francuski garnizon. Właśnie trwało armistycjum w oblężeniu. Bardzo newralgiczny stan dla obu stron konfliktu. Zarówno Moskalom, jak i Francuzom zależało na szybkim jego zakończeniu. Szpiedzy obu armii usilnie pracowali, chociaż z odmiennych powodów, nad jego ostatecznym sukcesem. Rozpracowanie sieci intryg zewnętrznych i wewnętrznych opartych na formalnych i nieformalnych, ale zawsze tajnych, układach i koneksjach, właściwie między wszystkimi w hierarchii wojskowej (chociaż nie tylko!), było dla głównego bohatera, oficera gubernatora Gdańska, kapitana Savigny’ego, ogromnym wyzwaniem. Nieudany zamach na gubernatora Rappa i śmiertelne ofiary, których zabójców musiał znaleźć, jeszcze bardziej komplikowały sytuację. Dla znanego z bezwzględności, cynizmu i skuteczności Savigny’ego nie byłoby większego problemu, przynieść na tacy głowę lub głowy poszukiwanych szpiegów swojemu przełożonemu, generałowi Rappowi. Miał ambicję być bohaterem niczym cesarski sekretarz Bourirnne, a do dyspozycji w pracy wywiadowczej dwóch, świetnie uzupełniających się, sierżantów - krewkiego Roussela i spokojnego Briassanda. To, czego Brissand nie wywiedział się po dobroci, Roussel wyciągał siłą. Do tego silnie motywującą go groźbę Rappa – Tu i teraz zapowiadam panu, kapitanie, że jeśli nie postara się pan i do końca rozejmu nie złapie kogo trzeba, to wyślę pana na pierwszą linię. Wszystko więc sprzyjało, ale i zmuszało, Savigny’ego do osiągnięcia pełnego sukcesu w postaci pomyślnego meldunku złożonemu swojemu zwierzchnikowi, oddalającego wizję spełniającej się groźby i przybliżającego zaszczyty, gdyby nie pewna Piękna Nieznajoma. Jej osoba, wprowadzając w śledztwo kapitana nowy, osobisty wątek z przeszłości obojga, powodowała tak duże zamieszanie, że trudno było oprzeć logikę dochodzenia nawet na twardych dowodach i pewnych faktach.
To uniemożliwiało mi jakąkolwiek prognozę rozwoju wypadków.
To autor poprzez narratora prowadził mnie przez przygodę, podsuwając nowe, niespodziewane wątki, zagadki i sensacyjne sekrety. Zaznajamiał z bohaterami i ich przeszłością, pogłębiając ich portret psychologiczny, nie pozwalając jednak na przywiązanie się do nich, uśmiercając ich bez skrupułów. Nie było czasu na sentymenty. To była wojna! Korzystał przy tym z postaci historycznych, jak i fikcyjnych, czyniąc wydarzenia prawdopodobnymi. Przy okazji oprowadzał mnie po dawnym Gdańsku pełnym błota na ulicach, przepaści społecznej między sferami wyższymi a stojącymi na dole hierarchii, żołnierzy francuskich w traktierni, chorych umierających w lazaretach, torturowanych w więzieniu i polskiej arystokracji na salonach. Widziałam blichtr i bród. Czułam zapach perfumy i smród. Widziałam nędzę ubioru biedoty, strój żołnierzy i kreacje dam. A wszystko to nie tylko dzięki dbałości o szczegóły i zgodność z prawdą historyczną, ale również używaniu języka charakterystycznego dla ówczesnych czasów. Szukałem czegoś, co z jednej strony miałoby walor świeżości, z drugiej dawało możliwość stworzenia wciągającej intrygi. – powiedział autor w wywiadzie Zamachowiec, szpieg i tajemnica.
W pełni mu się to udało!
Jej historyczny , jak i kryminalny walor zadowoli zarówno tych, którzy szukają dobrze skonstruowanej intrygi kryminalnej, jak i tych, którzy lubią powieści historyczne z wątkiem sensacyjno-przygodowym.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki i z wywiadu.
czwartek, 02 kwietnia 2015
Zapiski żołnierza - Gabrielle Thierry



Zapiski żołnierza: życie poilus opowiedziane dzieciom przez Renefera – opracowanie Gabrielle Thierry
Przełożyła Gabriela Hałat
Wydawnictwo Claroscuro , 2015 , 96 stron
Literatura francuska


W taki tajemniczy sposób, niczym początek bajki, zaczyna się opowieść o... wojnie. To pierwsze zdanie napisane przez ojca-żołnierza do ośmioletniej córeczki nazywanej przez niego Małą Śliczną Monde, rozpoczyna wyjątkową relację z frontu, bo pisaną miłością do własnego dziecka. Jego oryginał mogłam obejrzeć osobiście, ponieważ została wydana w formie reprintu:

W tych krótkich tekstach zebranych w niewielkiej książeczce, przypominającej formą i wielkością współczesny indeks studencki,

ukazał codzienne życie w okopach i na tyłach frontu poilusa czyli żołnierza piechoty armii francuskiej podczas I wojny światowej. Przedstawił siebie i realia miejsca, w którym znalazł się, współtowarzyszy broni w bitwie i poza nią,

przełożonych, ludność cywilną, bombardowanie i jego skutki oraz szwabów, jak określał nieprzyjaciela. Do każdego opisu dołączał ilustrującą go akwarelkę.

W pozornie łagodnych, a czasami frywolnych zdaniach, świadomie i celowo umniejszających skalę grozy, przemycał wyraźne informacje dlaczego, za kogo i za co, z kim i po co musi walczyć. W mądry sposób uzasadniał oraz tłumaczył przymusową i bolesną rozłąkę. Delikatnie opisywał brutalność wojny, w tym śmierć. Czynił to w sposób bardzo wyważony i subtelny, wykorzystując do tego również humor. Stopniując powagę sytuacji, ale nie strasząc okrucieństwem, przygotowywał córeczkę na zaakceptowanie konieczności i przyjęcie słuszności walki w obronie ojczyzny i w imię jej przyszłego szczęścia, pomimo niebezpieczeństwa i możliwości poniesienia śmiertelnych kosztów. Również przez jej ojca.
To niezwykła lekcja patriotyzmu pisana sercem i własnym przykładem, jaką może dać rodzic dziecku!

Fotografia Renefera na froncie (z opaską).

Bo i niezwykły był autor tej lekcji. To żołnierz-artysta, który na front trafił w celu wykonania zleconych prac i szkiców, opisujący swoją rolę na wojnie w ten sposób – Przyjąłem zlecenia na sześćdziesiąt drzeworytów i dziesięć akwarel. Oczywiście tematy miałem przed oczami! Pamiętam, że aby mieć spokój, szedłem pracować do rowów łączących okopy. Dlatego do reprintu, którego nawet wyklejka sprawiała wrażenie oryginału,

dołączone są rozdziały omawiające nie tylko historię odnalezienia i wydania wspomnień Renefera przez autorkę opracowania oraz prezeskę Stowarzyszenia Renefer, ale również przedstawiające ich autora zarówno jako żołnierza na froncie, jak i artystę w czasach pokoju z jego licznie dołączonymi do tekstu pracami niezwiązanymi tematycznie z wojną:

Tegoroczna, setna rocznica I wojny światowej zaowocowała wieloma publikacjami na jej temat. Wydawnictwa bardzo postarały się, by czytelnik zainteresowany tym zagadnieniem (ale nie tylko!), miał w czym wybierać i poznawać tamten okres w sposób do tej pory nieukazywany. Wspomnę chociażby o Polskim wirze I wojny czy Zawadiace. Wyjątkowość z kolei tej publikacji polega na ukazaniu obrazu I wojny światowej, który mogą oglądać nawet najmłodsze dzieci. Uniwersalizm tematyki oraz wyjątkowość sposobu i formy jej podania sprawia, że współczesne dziecko może poznawać nie tylko historię Europy, ale charakter i skutki wojny jako takiej, pomimo upływu 100 lat. To nie tylko ciekawostka wydawnicza w formie reprintu dla dorosłych, to przede wszystkim mądra książeczka edukacyjna napisana sercem przez samo życie, przekazująca w subtelny sposób informacje o sprawach poważnych i trudnych nawet dla dorosłych, zgodnie z zasadami pedagogiki, dydaktyki wczesnoszkolnej i psychologii rozwojowej dzieci. Proszę, zauważcie ją Drodzy Rodzice wśród zalewu różowych okładek o wróżkach i supermanach.
Mój egzemplarz wędruje do dziesięcioletniego chłopca.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2015 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


Carnet de poilu przez telerama

Dzięki temu filmowi można zajrzeć do środka książeczki i posłuchać relacji w oryginale.
poniedziałek, 30 marca 2015
Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! – Nick Vujicic



Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! – Nick Vujicic
Przełożył Piotr Kwiatkowski
Wydawnictwo Aetos , 2012 , 288 stron
Literatura amerykańska


Odrzuciłam tę książkę podczas pierwszego spotkania z nią.
Nie miałam ochoty czytać o ludzkim nieszczęściu, bo tak mi się mimowolnie skojarzyła, pomimo pozytywnej grafiki i tytułu. Ale książka nie odpuściła. Uparła się na mnie. Czasami tak mi się zdarza i wtedy wiem, że jest w tym jakiś sens. Kiedy więc trafiła do mnie ponownie, za sprawą mojej koleżanki, wzięłam ją, chociaż nadal bez entuzjazmu. Posłuchałam się raczej głosu rozsądku, który podpowiadał mi, że tych drugich razów podejścia potem nie żałowałam.
I ponownie nie zawiodłam się!
Po jej przeczytaniu sceptycyzm znikł, a ja byłam pełna entuzjazmu. I co ciekawe, na początku, nie przekonało mnie do niej to, że Nick, pomimo swojej wysokiej niepełnosprawności fizycznej, bywał aktorem (namawiam do obejrzenia Cyrku motyli z jego główną rolą), jest obecnie przedsiębiorcą, działaczem charytatywnym i ewangelizacyjnym, ale przede wszystkim mistrzem motywacji z dewizą – kolejny dzień, kolejna szansa, który na swoje spotkania, organizowane na całym świecie, przyciąga tłumy. Nie przekonało mnie też jego imponująco aktywne życie, biorąc pod uwagę, że urodził się z fokomelią czyli wrodzoną wadą zdeformowanych lub niewykształconych kończyn. To, co zaimponowało mi w Nicku i uczyniło go w moich oczach wiarygodnym, była bardzo prozaiczna dla wielu umiejętność widoczna na zdjęciu umieszczonym na okładkowym skrzydełku:

Dla wielu, ale nie dla mnie. Człowiek bez rąk i nóg potrafi surfować! Ja, która mam zdrowe i sprawne ciało, urodzona, wychowana i mieszkająca nad morzem, po roku czasu nauki pływania pod okiem instruktora, nie umiem nawet pływać! Dla mnie to żenująca porażka, bo, przy tym niesamowitym człowieku, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nic! Wyjątkowość Nicka polega na wszechstronności jego działalności i różnorodności przeżyć oraz spektrum pozytywnych postaw, dzięki czemu prawie każdy może znaleźć w nim punkt odniesienia do siebie i wysnuć tylko jeden wniosek – skoro on to potrafi, to tym bardziej mogę ja!
Ta zgodność słów z czynami jest największym atutem Nicka.
Ale z tą pozytywną energią i optymizmem, które bardzo obficie wylewały się z każdej strony książki, czasami mnie podtapiając, nie zawsze było mu po drodze. I właśnie o tej drodze usilnego poszukiwania sensu swojego istnienia, celu życia, przechodzenia przez fazy zwątpienia i poczucie osamotnienia, depresję i próbę samobójczą, opowiada w swojej książce. Mówił przy tym o bardzo ważnej rzeczy – pracy nad sobą. Ciężkiej, codziennej, konsekwentnej i ustawicznej. A ponieważ bardzo dobrze wiedział, jakie to trudne, postanowił podzielić się swoimi doświadczeniami w tej publikacji. Stąd to nie tylko opowieść autobiograficzna, ale również poradnik dla wszystkich potrzebujących wsparcia z różnego powodu. Dlatego styl narracji, jakim posługiwał się autor, był bezpośredni i zwracający się wprost do czytelnika, pełen sformułowań trafiających prosto do umysłu i serca. Już we wstępie nie miałam złudzeń, że to będzie bardzo osobista rozmowa, kiedy mówił do mnie w taki sposób – W Twoim życiu mogą przyjść trudne dni. Możesz się załamać i poczuć, że nie masz już siły, by wstać. Znam to uczucie, Przyjacielu. Wszyscy je znamy.
Dzięki takiemu zabiegowi nie miałam wrażenia, że dzielą nas kilometry, czas i papier. Miałam złudzenie, że łączą nas słowa, których słucham, czując jego obecność przy mnie i chłonąc z minuty na minutę optymizm, niczym gąbka wodę. Swoją zdobytą wiedzę podzielił na konieczne czynniki mające decydujący wpływ na życie bez ograniczeń. To one były głównymi tematami kolejnych rozdziałów. Jak sam napisał we wstępie – Każdy rozdział tej książki poświęciłem jednemu z tych czynników, starając się opisać go w taki sposób, aby ułatwić skorzystanie z przedstawionych wskazówek w Twej własnej podróży do spełnionego, owocnego życia.
Piękna osobowość Nicka to też dla mnie dowód prawdziwości tez postawionych w poradniku Twój umysł na detoksie. Wręcz idealny przykład teorii w pełni wykorzystanej w praktyce. Nick jest tego przykładem, że postępując tak, jak naucza psychologia poznawcza, można osiągnąć cel – pełnię radości życia, w którym pojawiające się ograniczenia generują nowe możliwości. Podkreśla przy tym bardzo ważną rzecz – W książce, którą trzymasz w ręku, opowiadam o swoich przeżyciach, o tym, jak radzę sobie z różnymi wyzwaniami. Niektóre z nich muszę podejmować ze względu na swoją niepełnosprawność, ale większość ma uniwersalny charakter – z podobnymi problemami zmagamy się wszyscy. Zgodnie z psychologią poznawczą, na której zasady Nick często się powołuje (nie wiem, czy świadomie), uczy dostrzegać szklankę do połowy pełną. Przy czym, z wielu proponowanych przez psychologię dróg dochodzenia do tego, wybrał wiarę. To ona jest fundamentem, na której zbudował swój światopogląd i styl życia. Dla chrześcijan to atut, dla ateistów i ludzi innych wyznań – niedogodność lub przeszkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że psychologia poznawcza to nie tylko teoria, to samo życie. Potrzeba tylko jednego – pracy nad sobą. I to właśnie podkreśla Nick, mówiąc – Jeśli widziałeś jedno z moich wystąpień w Internecie, wiedz, że radość promieniująca z tych filmów to efekt długiej podróży, którą odbyłem. Nie od razu miałem wszystko, czego potrzebowałem – kilku ważnych rzeczy musiałem nauczyć się po drodze.
I do tej wspólnej drogi poprzez książkę zachęca każdego – Możemy razem przezwyciężyć nasze ograniczenia i przeżyć niesamowitą przygodę! Co Ty na to? Spróbujemy?
Od siebie dodam – warto dać się namówić i warto przyjść na spotkanie z tym mega pozytywnie nakręconym człowiekiem 30 kwietnia organizowane w Poznaniu!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To jeden z wielu filmów o Nicku dostępnych w Internecie.
17:16, clevera
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 marca 2015
Niespokojni – Alina Kietrys



Niespokojni – Alina Kietrys
Wydawnictwo PWN , 2015 , strony
Literatura polska


Niespokojni?! To zbyt mało powiedziane!

W kontekście tych sześciu powyższych bohaterów reportaży wymienionych na okładce tytułowej, to określenie wypada blado, smętnie i zachowawczo. Użyłabym określenia dynamiczniejszego – aktywni altruiści. Posunęłabym się nawet do użycia pojęcia – hiperaktywni. Działający w różnych dziedzinach i skrajnych warunkach polityczno-historycznych – od polityki począwszy na kulturze skończywszy. I to, co wyróżniało ich na tle innych – działanie z pasją, zaangażowaniem i poczuciem przyzwoitości. Spośród wielu im podobnych autorka wybrała dokładnie te nazwiska z różnych względów. Głównym kryterium była styczność osobista lub pośrednia poprzez kontakty z ich rodzinami. Jak sama napisała we wstępie – Zawodowo kontaktowałam się z bardzo różnymi ludźmi, znaczącymi politycznie, od rewolucjonistów do przegranych. Byłam w miejscach, o których dzisiaj tworzy się legendy, spotykałam ludzi, którzy dla mnie i dla moich rówieśników stanowili wzorzec zachowań i postaw. I właśnie o tych NIESPOKOJNYCH chciałam napisać.
Powtórzę – wzorzec zachowań i postaw...
Ta powyższa myśl jest dla mnie kwintesencją odpowiedzi na pytanie, które zadałam sobie, sięgając po te reportaże – czy warto pisać o ludziach opisywanych w encyklopediach lub opracowaniach biograficznych?
Otóż warto!
Przekonał mnie o tym krótki test. Pytałam moją zaprzyjaźnioną młodzież, ile nazwisk z okładki znają? Ze smutkiem stwierdziłam, że tylko Jacka Kuronia. Nawet nie Jana Karskiego, którego powinni znać z lekcji historii czy Kazimierza Moczarskiego, którego kiedyś znano Rozmów z katem jako lektury z języka polskiego. W tym miejscu mogę tylko powtórzyć za autorką – Lektury szkolne w ostatnim dziesięcioleciu chadzały dziwnymi drogami. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Właśnie zobaczyłam ten efekt na własne oczy.
Ja sama spośród tych nazwisk znałam cztery.
O Lechu Bądkowskim miałam nikłe szanse się dowiedzieć, bo o ile pamięć o nim na Pomorzu jest pielęgnowana, o tyle w skali kraju już nie. Wygląda to trochę jak zmowa milczenia wokół wybitnej osobowości czy nawet „legendy Pomorza i Kaszub” – jak o nim kiedyś pisano – której źródeł próbowała doszukać się autorka, pisząc – Lech Bądkowski często jednak znika gdzieś w rozważaniach historyków, socjologów, publicystów, kronikarzy-przyczynkarzy, którzy zajmują się analizowaniem ruchu społeczno-politycznego sprzed ponad trzydziestu lat. Tę metodę śledczą zastosowała zresztą wobec wszystkich swoich bohaterów. Opierała się nie tylko na własnych doświadczeniach, ale również na wywiadach i rozmowach z ludźmi z najbliższego ich otoczenia – rodziny, przyjaciół, znajomych czy współpracowników. Dzięki temu zabiegowi zbudowała pełny portret nie tyle postaci historycznej, co człowieka z pasją uwikłanego w historię. Czasami w Wielką Historię tak, jak Jan Karski czy Jacek Kuroń. Osoby z krwi i kości. Z jej zaletami, ale i wadami. Nie skupiała się głównie na ich działalności, ale przede wszystkim na ich osobowości, których działalność czy twórczość była tylko wypadkową i skutkiem. Postrzeganej przy tym przez wiele osób z ich otoczenia. Stworzyła w ten sposób sześć obiektywnych portretów o różnym charakterze, ale wspólnym mianowniku ujętym w tytule. Obrazów uzupełniających informacje encyklopedyczne, wypełniających emocjami oficjalne, obiektywne prawdy, nasączających dynamiką suche zdania historyków i biografów. Ukazujących zaplecze ich niezłomności, kulisy walki z samym sobą i przytłaczającą ich rzeczywistością, uleganie słabościom w życiu codziennym. Charakterystyk czasami bardzo intymnych, bo zaglądających nie tyko do duszy, nie tylko od kuchni, ale i do alkowy.
Autorce, wbrew pozorom, nie było łatwo zebrać taki materiał.
Napotykała opór niechęci ze strony swoich rozmówców, którzy uważali, że taki sposób pisania o ich bliskich odciągnie zainteresowanych od istoty ich działalności lub twórczości. Autorka miała odmienne zdanie, które podzielałam. Warto uczłowieczać pomniki. To w takich tekstach można znaleźć metody radzenia sobie z problemami, sposoby odnajdywania się w skrajnych sytuacjach bez wyjścia, wskazówki szukania drogowskazów przez tych, którzy je znaleźli i według nich postępowali, by rozważyć za i przeciw i by wreszcie odpowiedzieć sobie na pytanie – czy bycie przyzwoitym, w tym co się robi, opłaca się? Czy w ogóle warto podążać drogą idei w jakiejkolwiek dziedzinie życia społecznego? I najważniejsze - co tracimy, a co zyskujemy? To tutaj znalazłam odpowiedzi na te pytania. To tutaj dowiedziałam się, na czym polegała trudność drogi, którą wybrali. To jest to, co odnalazłam dla siebie w tej pozycji, spełniając jednocześnie nadzieję autorki zawartą w tym zdaniu – Te osobiste historie oddaję dzisiaj Moim Czytelnikom z nadzieją, że też odnajdą w nich coś ważnego dla siebie.
Autorce udała się jeszcze jedna rzecz.
Każdy z rozdziałów oddawał charakter bohatera. Ten o Jacku Kuroniu, którego znałam jako pełnego miłości do kobiety i ludzi z Listów jak dotyk, był bardzo rozedrgany i pełen energii. O Janie Karskim, dla mnie człowieku o niezwykłym harcie ducha, smutny i przygnębiający tak, jak ciężar przeżyć i doznanych rozczarowań związanych z brakiem poczucia spełnienia podjętej misji. O Lechu Bądkowskim zasadniczy i zdystansowany. A o Stefanie Kisielewskim pełen humoru i życiowego dystansu, o czym świadczy chociażby to „luzackie” zdjęcie z Czesławem Miłoszem:

Nie do zobaczenia w poważnie poprawnych publikacjach. Ta książka to również możliwość zajrzenia do rodzinnych albumów, do których dostęp jest niemożliwy lub bardzo utrudniony.

Ci wybrani Niespokojni autorki zmusili mnie do zastanowienia się nad moją listą Niespokojnych. Powieliłabym tylko jedno nazwisko z listy autorki - Jana Karskiego. Potem byłby jeszcze Witold Pilecki (jako symbol wszystkich Żołnierzy Wyklętych), Janusz Korczak i Władysław Bartoszewski. Zastanawiam się, kto znalazłby się na liście mojej zaprzyjaźnionej młodzieży? Skoro nikt z tej publikacji, to kto? I to jest bardzo dobry temat na następną moją rozmowę z nią!
I uwaga krytyczna na koniec.
Styl przekazu autorki wprawiał mnie w konsternację, kiedy nie potrafiłam odróżnić wypowiedzi lub myśli bohaterów od jej własnych. Czasami zlewały się w jeden tekst, kiedy autorka nawiązywała do osobistych skojarzeń i kontekstów. Musiałam cofać się i czytać całość ponownie, by rozróżnić wypowiadające się osoby. To ważne, gdy chce się zacytować fragment. W tym kontekście niedogodności, o pomyłkę nietrudno.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 21 marca 2015
Atlas: Doppelganger – Dominika Słowik



Atlas: Doppelganger – Dominika Słowik
Wydawnictwo Znak , 2015 , 349 stron
Literatura polska


Brawa dla autorki (nie, nie – jeszcze nie za książkę) za odpowiedź, którą przeczytałam w wywiadzie Pauliny Dudek z nią – Czujesz się drugą Masłowską? Polskim Marquezem? -Czuję się pierwszą Dominiką Słowik, zdecydowanie. Nie bez powodu siedzącej właśnie na mało atrakcyjnej klatce schodowej w bloku.

fot. Wojciech Karliński

Biję brawa za pokorę i brak potrzeby grzania się w blasku gwiazd literackich. Za niechęć do wykorzystywania porównań do znanych i uznanych nazwisk, by sztucznie podnieść własny prestiż. Za przyzwolenie książce na samodzielne życie wśród czytelników, bez parcia na sterowanie jej przesłaniem drogą „poprawną” i jedynie słuszną. I wreszcie, co dla mnie najważniejsze, za gotowość do przyjmowania wszelakiej krytyki ze strony odbiorców – subiektywnej, indywidualnej i różnorodnej w ocenie. Nawet, jeśli będzie to przykre. Nawet, jeśli zaboli.
To nie tylko deklaracje słowne.
Każdemu zaczynającemu czytać, wręcza do ręki klucz, według którego odbiorca może doszukiwać się w tej powieści własnych poziomów odczytywań, translacji, deskrypcji i odkodowywań. Ten klucz miał postać swoistego wstępu, który brzmiał dosyć poważnie, jeśli nawet nie naukowo, bo była w nim przytoczona definicja tytułowego, dla mnie bardzo tajemniczego słowa - Doppelganger, ze Słownika terminów kultury oraz fragment tekstu o zagubieniu w podróży João Pardela. Ale to jedyny moment „poważny” czyli naukowy w tej beletrystyce. Zastanawiało mnie, skąd w autorce tyle zgody na „poniewieranie” swoim „dzieckiem”? Skąd tyle dojrzałości w debiutantce charakterystycznej raczej dla pisarza z uznanym i niepodważalnym autorytetem? Może odpowiedź kryje się w kolejnej wypowiedzi przeczytanej w wywiadzie – Przyjechałam do Polski i stwierdziłam, że to trochę bez sensu pisać magisterkę, zrobię coś sensowniejszego. Ubiorę w słowa wszystkie obrazy, które nagromadziły się we mnie przez te dwadzieścia parę lat i poczuję satysfakcję, uwalniając je – chciałabym dodać za autorkę. Zmaterializować myśli.
Reszta to bonusy.
Może dlatego nie sparaliżowało mnie porównanie do Doroty Masłowskiej czy Gabriela Garcii Márqueza. (Tak na marginesie to bliżej jej do dylogii Joanny Bator – Piaskowa Góra i Chmurdalia.) Nie przejęłam się tym, bo po pierwsze nie lubię tego w stosunku do debiutantów, a po drugie sam fakt używania tych samych środków przekazu przy budowaniu fabuły (język naturalistyczny z dużą dozą wulgaryzmów w przypadku pierwszym i realizm magiczny w przypadku drugim) nie czyni powieści podobnymi w ogóle. Brakowało mi tylko porównania do pisarza, który również ignorował duże litery w tekście tak, jak z upodobaniem czyniła to autorka. Dlatego dla mnie na tyle niepodobnymi, że, zaczynając czytać, całkiem zapomniałam o tym realizmie magicznym, który autorka sprytnie (chociaż sama odcina się od niego w wywiadzie, każąc sobie go nazywać jak kto chce) ukryła w opowieściach dziadka Ani. Chciałam napisać głównego bohatera, ale zawahałam się. Właściwie mógł być nim zarówno dziadek, Ania i jej koleżanka, będąca jednocześnie narratorką, jak i śląskie blokowisko z jego mieszkańcami. Albo Sadowski, którego osobna, wyraźnie oddzielona kursywą, historia pobytu w blokowisku przeplatana była z tą o dziadku. Wszystko zależało ode mnie. Od moich zasad gradacji.
A dla mnie najważniejszy był dziadek!
Czarodziej słowa, zaklinacz rzeczywistości, prestidigitator tworzonych obrazów, który wyczarowywał dziewczynkom świat, nawet z plamy po herbacie, dalekich podróży w czasie i przestrzeni, którego granice wyznaczała wyobraźnia wspominającego swoją przeszłość marynarza. Pozwalał nam, bo z ochotą dołączyłam do słuchaczek, na wyrwanie się z blokowiska, dla którego brakowało po prostu skali w kategoriach zadupia. Prosto w świat egzotycznych, tajemniczych, nieznanych, niebezpiecznych, zapierających dech i otwierających bezwiednie buzię w zadziwieniu, krain odwiedzanych na statkach morskich i śródlądowych. Opowieści uatrakcyjniał pokazami surowo zabranianymi przez dorosłych, do których zachęcał i które inicjował, a przede wszystkim inspirował. Która mała dziewczynka oparłaby się nakazowi skakania z segmentu na wersalkę? Sama to robiłam! O jeszcze bardziej zabronionych czynach nie wspomnę!
Dziadek był mądry!
Widział w dzieciach biegających między blokami oddzielne plemię, półdzikie stado panujące nad osiedlem, aroganckie i pewne siebie watahy. Dziadek miał na to odczłowieczenie metodę – historie. Wierzyłam w nie całą sobą aż do połowy książki. Do momentu odkrycia w nich przeze mnie (bo na pewno były wcześniejsze) pierwszej sceny z realizmem magicznym.
Śmiałam się sama z siebie!
A mimo to, chciałam nadal w nie wierzyć. I nie pomagały brutalne wejścia babci ściągające wierne słuchaczki na twardy grunt realiów, która twierdziła, że mu się na starość wszystko pojebało, i pukała się w głowę, krzycząc: - stary masz sklerozę...!!! W oddaniu i lojalności dla mojego guru opowieści traktowałam ją jak naprzykrzającą się, irytującą brzęczeniem muchę. I przyklaskiwałam z satysfakcją, gdy dziadek kazał na koniec spotkania ”zawołać babkę na chwilę”, żeby ją jeszcze trochę powkurwiać i w ten sposób ukoić skołatane nerwy. Nie pomogła również historia Sadowskiego, która ukazywała brzydotę osiedlowych bloków i spojrzenie na dziadka z punktu widzenia drugiego dorosłego.
Dlaczego?
Bo dla mnie dziadek, sam uwięziony na wózku inwalidzkim między meblościanką a oknem, był kluczową postacią, która otwierała młode umysły na szeroki świat, ukazując przede wszystkim możliwości do wykorzystania, jakie oferował wszystkim ludziom w czasach przemian ustrojowo-społecznych lat 90. ubiegłego wieku.
Budził w człowieku Doppelgangera.
Nieodparte pragnienie aktywności w sferze mentalnej lub fizycznej. Biję brawo autorce za powieść, której labirynty marzeń bohaterów zaczarowywały labirynty obrzydliwych korytarzy blokowych, drążąc jednocześnie labirynty w umyśle odbiorcy w poszukiwaniu znaczeń i przesłań w jej wielowarstwowości i wielowątkowości przekazu. Mam wrażenie, że nie wszystko w niej zobaczyłam, zrozumiałam, zauważyłam, skojarzyłam. Podejrzewam, że czytając ją za dziesięć lat, zwróciłabym uwagę na zupełnie inny wątek, a moim głównym bohaterem stałaby się zupełnie inna postać. Jednego jestem pewna – w jej korytarzach zdań, w przestrzeniach między słowami, na wielu poziomach tekstu, żyje Doppelganger. Niespokojny duch, który budzi w trakcie czytania melancholię za idealizowanym dzieciństwem, poczucie pustki za utraconą przeszłością obrośniętą nutą magii, czerpiącą swoją moc z ówcześnie przeżytych emocji, nieokreślone pragnienie powrotu do minionych lat, ale przede wszystkim potrzebę aktywności.
W jakiejkolwiek postaci.

fragment powieści

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki i z wywiadu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 72
| < Kwiecień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w kwietniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (678)
Mój top czytanych w 2014
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi