Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 04 grudnia 2016
100 sposobów motywowania innych – Steve Chandler , Scott Richardson



100 sposobów motywowania innych – Steve Chandler , Scott Richardson
Przełożyła Magdalena Bugajska
Wydawnictwo Studio Emka , 2012 , 191 stron
Literatura amerykańska


101 sposobów motywowania innych!
Nie! Nie pomyliłam liczby! Dokładnie 101, a nie 100 widniejące w tytule. O tym dodatkowym sposobie, którego twórcy i autorzy umieścili w tekście, napiszę na końcu.
Nie jest odkryciem Ameryki twierdzenie, że dobrze zmotywowany człowiek potrafi nie tylko przenosić góry, ujmując metaforycznie, ale i położyć na szalę własne życie, ujmując dosłownie. Doceniał to Napoleon stale zaskakiwany jej siłą, o której napisał – Najbardziej zadziwiającą rzeczą, jakiej nauczyłem się o wojnie, to fakt, że ludzie chcą umierać dla wstążek.
Za tymi wstążkami kryje się sedno tego poradnika.
Wprawdzie autorzy są coachami pomagającymi menadżerom zamieniać się w liderów firm nastawionych na zyski, jednak z łatwością język biznesowy – lider, zespół, zysk – można przełożyć na pracę z zespołem niekomercyjnym funkcjonującym na przykład w placówkach oświatowych, w których istnieją odpowiednio – wychowawca, klasa, efekt. Zresztą sam autor zauważył – Nieważne, czy tresujesz delfiny, czy motywujesz swoich ludzi, wzmocnienie pozytywne to najlepszy sposób na sukces.
W pracy, w rodzinie, w życiu osobistym i rozwoju własnym!
Baza wyjściowa, czyli wiedza, na której autorzy zbudowali omawiane sposoby motywowania innych, pochodzi z psychologii. Wystarczy je tylko dostosować do swoich warunków działania. Doszukałam się tutaj wiele zasad opartych na metodach wychowawczych, również wywodzących się psychologii, z których najważniejszą i najczęściej przewijającą się w treści była metoda wpływu osobistego, mimo że autorzy ani razu tak jej nie nazwali. Bez niej w wychowaniu ani rusz!
Prosty przykład.
Jeśli chcesz zmotywować własne dziecko do niepalenia papierosów, sam musisz nie palić. Inaczej poniesiesz porażkę. Schizofrenia czynu i słowa prowadzi do dysonansu poznawczego u dziecka, a tym samym do zlekceważenia dobrej rady, jako ewidentnego oszustwa i zakłamania dorosłych. Ale to nie znaczy, że poddajemy się. Nie! Szukamy innego sposobu spośród 100 innych zaproponowanych. Autor jednak przestrzega czytelników przed tylko wiarą w treść poradnika, pisząc – Nie wierz w nic, co przeczytasz w tej książce. To przewrotne podejście, którego pierwsze, rozpoczynające zdanie bardzo mnie zaskoczyło, ma mądre uzasadnienie. Efekty pracy z tym poradnikiem nie leżą w wierze w jego przesłanie, ale w praktyce.
Porzuć wiarę, zacznij działać!
Nie wszystkie sposoby można zacząć stosować natychmiast, chociaż takie też są. Większość należy wypracować w sobie jako umiejętność, a nawet nawyk. Bez szkoleń lub warsztatów, a nawet psychoterapii (porzucenie nałogu palacza!) stosowanie niektórych sposobów nie przyniesie efektów. Ale też nie wszystkie należy stosować. Autorzy podpowiadają – Wybierz garść z tych stu sprawdzonych metod motywowania innych i skorzystaj z nich. Wypróbuj. Zobacz, co z tego wyjdzie. Przeanalizuj efekty. Dzięki temu osiągniesz to, na czym najbardziej ci zależy: zmotywujesz ludzi. Zastosowałam się do tej rady i mam efekty. Nie osiągnęłam i nadal nie osiągam ich łatwo.
Powoduje to jedna „wada” tych sposobów.
Wymagają dużego nakładu pracy od lidera, wychowawcy, nauczyciela czy rodzica. Zaangażowania lub pasji. Wynika to z prostej i jednocześnie najważniejszej zasady motywacji – Dostajesz tyle, ile sam dajesz. I znowu nie ma znaczenia komu lub czemu i w jakim związku. Autorzy mówią wprost - w każdym związku – ze zwierzakiem, rośliną w doniczce, dzieckiem i kochankiem. I tutaj mogę nawiązać do 101. sposobu motywowania innych, którego nie ma w tytule, a który pojawił się w tekście i właściwie przewija się w tle we wszystkich 100 pozostałych – aby motywować innych, trzeba samemu być zmotywowanym. Trzeba stale rozwijać siebie. Pracować nad sobą. Dawać przykład poprzez działanie czyli mniej mówić, więcej pokazywać! Autorzy są przekonani, że nic nie inspiruje i nie motywuje ludzi tak bardzo, jak dostrzeżenie, że ktoś inny zmienia się na lepsze. Najcelniej tę myśl ujął Lew Tołstoj, którego słowa poprzedzały ostatni rozdział:

I to, w tym wszystkim, jest najtrudniejsze. Mam jednak dobrą wiadomość. Jeden z autorów napisał poradnik dla chcących się zmotywować:

Nikt nie rodzi się przywódcą, to mit – twierdzą autorzy, dodając – Przywództwo jest umiejętnością, taką jak ogrodnictwo, gra w szachy albo w komputerowe gry. Można jej nauczać i można się jej nauczyć w każdym wieku, jeśli ktoś będzie chciał.
A chcenie ZAWSZE zaczyna się od siebie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 03 grudnia 2016
Monsun przychodzi dwa razy – Anna Janowska



Monsun przychodzi dwa razy – Anna Janowska
Wydawnictwo Muza , 2016 , 305 stron
Seria Reportaż
Literatura polska


...doskonały na ból żołądka, pomaga walczyć z grypą i przeziębieniem.
O jakim specyfiku mówi autorka? Nigdy nie zgadłabym, że za takimi właściwościami kryje się... pieprz!

Od tych niepozornych, a z wyglądu nieatrakcyjnych, ziarenek pieprzu wszystko się zaczęło, ale i na których wszystko może się kiedyś zakończyć. W przyszłości może być i tak, że ze względów oszczędnościowych smak pieprzu poczujemy tylko z okazji świąt, jak za czasów PRL – pomarańczy. O tym ostatnim zagadnieniu napiszę na końcu, bo nie jest za wesołe. Na razie dałam się porwać wyjątkowej trójce głównych bohaterów tego podróżniczego reportażu.

Oto pieprz, kardamon i goździki!
Zaskoczona byłam, jak wiele odkryła przede mną przygoda autorki z przyprawami na pozór znanymi, stosowanymi również w polskiej kuchni. W przypadku pieprzu – niemal powszechnie. Właściwie bez jego ostrości traci w smaku większość potraw. O tym, że Zanzibar stoi goździkami wprawiło mnie w osłupienie. Byłam na tej wyspie i w ogóle nie zwróciłam na nie uwagi, zaprzątnięta zupełnie innymi odkryciami tego niezwykłego zakątka świata. Nie wspominała o tym również Dorota Katende, pisząc o swoim życiu w Domu na Zanzibarze. To dowód na to, jak wiele umyka naszej uwadze i jak bardzo subiektywnie odkrywamy i smakujemy świat. Autorką kierowała ciekawość, nomen omen, gdzie pieprz rośnie i entuzjazm (dokładnie tego określenia użyła) do poznania procesu jego produkcji i dystrybucji. Można powiedzieć, że kierowała się zapachem przypraw, bo wspomina również o kadzidle, imbirze, kurkumie i wielu, wielu innych. Pozornie wydawało się, że we współczesnych czasach to nic trudnego, a w rzeczywistości okazało się, że nic nie jest tak proste, jak się z pozoru wydaje. Bo za pieprzem stoi cały ocean zależności...
Dosłownie i w przenośni.

Dosłownie, bo faktycznie pieprz oddziela od plantatorów i handlarzy Ocean Indyjski, a co pokazała autorka na dołączonej mapce. Zaznaczyłam te miejsca czerwonymi krzyżykami. W przenośni, bo świat pieprzu to skomplikowany system zależności atmosferycznych, geograficznych, klimatycznych, przemysłowych, handlowych, kulturowych, a nawet politycznych. Na dodatek ukazanych przez autorkę na osi czasu od czasów kolonialnych po współczesność.
To była podróż w czasie i przestrzeni!
Szlakiem ostrego pieprzu, aromatycznego kardamonu, pachnących goździków i wonnego kadzidła. Zaczynającym się w portach budujących łodzie dau, które okazały się najważniejsze w całym łańcuchu przyczyn i skutków szlaku handlowego dla przypraw, które ostatecznie pojawiają się na stołach całego świata. To te łodzie gnane monsunem, który, jak mówi tytuł, przychodzi dwa razy na Oceanie Indyjskim, były najważniejsze. W Omanie doczekały się nawet pomnika na swoją i swoich budowniczych cześć.

Te niezwykle wytrzymałe łodzie krążyły między Indiami, Półwyspem Arabskim a Afryką. Autorka poruszając się w tym trójkącie miast indyjskich, arabskich i afrykańskich, docierała dokładnie w te miejsca, do których prowadziły jakiekolwiek ślady przypraw. Zaglądała na plantacje, przyglądając się z bliska uprawom. Rozmawiała z plantatorami, poznając historię budowania fortun i przyczyn ich upadku. Przyglądała się kobietom pracującym w hurtowniach przy sortowaniu i pakowaniu. Nie zapominała przy tym o kontekstach kulturowych, historycznych i gospodarczych odwiedzanego miejsca. Poddała się nawet ajurwedycznemu oczyszczeniu organizmu, by poznać na własnej skórze działanie ziół, przypraw i korzeni.
Pachniało mi nimi intensywnie!
Opowieść mieniła się również kolorami. Nie tylko dlatego, że była bogato ilustrowana zdjęciami o nasyconych barwach malarskiej palety.

Zawdzięczała ten efekt również plastycznym obrazom malowanym słowem, które oddawały wrażenia, odczucia, przeżycia, doznania autorki niemalże zmysłowo przenosząc je na mnie, czytelniczkę-towarzyszkę w podróży. Jeśli wchodziła do warsztatu szkutniczego, to uderzał mnie dźwięk pracujących narzędzi i zapach obrabianego drewna. Jeśli zanurzała się w cień plantacji, to czułam jego chłód po skwarze żaru słońca. Jeśli był to masaż ciała, to odczuwałam rozluźnienie autorki i aromaty mikstur, kojarzone w Polsce z korzennym zapachem pierników.
Czułam relaks podróży i orzeźwienie nowością!
Niestety, z odrobiną pieprzu w tych zachwytach i słodkościach, którego współczesna historia nie kończy się szczęśliwie. System zależności tworzony przez uprawę i handel przyprawami, jaki udało się autorce dokładnie odtworzyć, to również smutny obraz stanu kondycji naszej Ziemi. Agresywna eksploatacja między innymi jej dóbr naturalnych przez człowieka doprowadziła do zmian klimatycznych i ocieplenia wód oceanicznych, a tym samym do pieprzowego kryzysu. I nie tylko. W jakimkolwiek miejscu nie znalazłaby się autorka, ten problem dotyczył miejscowego „złota” – kardamonu, alg czy goździków. To ten smutny aspekt podróżniczej przygody, o którym wspomniałam na początku, sprawił, że przeciekawa, aromatyczna, zmysłowa podróż z sielskiego poszukiwania zamienia się w pieprzowy dramat. Tragedię rodzin, społeczności, a nawet wszystkich „pieprzonośnych” państw. Nie zdziwię się, jeśli w niedługim czasie cena przypraw w sklepach zacznie systematycznie wzrastać.
Czy da się wówczas zjeść bigos bez pieprzu, angielskiego ziela i liści laurowych albo pierniki bez goździków, cynamonu i gałki muszkatołowej?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 27 listopada 2016
Gracze – Karina Obara



Gracze – Karina Obara
Wydawnictwo W.A.B. , 2010 , 316 stron
Seria Mroczna Seria
Literatura polska


Musisz przeczytać tę książkę!
Usłyszałam od koleżanki, która dodała – Zwróć uwagę na sposób napisania, bo reszta taka sobie. Po przeczytaniu mam zupełnie odmienne zdanie. I to jest bardzo dobry przykład, jak można różnorodnie odebrać powieść w zależności od czytelnika i jego preferencji. Koleżanka sięgnęła po nią jako fanka kryminałów. Skusiła się na tytuł z widniejącym na niej logo Mrocznej Serii. Fabuła nie spełniła jej oczekiwań, za to dostrzegła inną zaletę – narrację, a dokładniej strumień świadomości. Tylko ze względu na to dałam się namówić.
Faktycznie powieść napisana została na jednym wydechu.
Uwielbiam ten styl przekazu. Powód jego użycia autorka tak uzasadniła na okładkowym skrzydełku – ”Gracze” to powieść o szaleństwie nastolatków; napisałam ją takim językiem, aby to szaleństwo zobrazować. Pisałam tę książkę jednym tchem, jakbym chciała przeżyć w literaturze coś, co każdemu z nas, ojcu, matce, mogłoby się przytrafić. I tak, jak czasami bywa po rekomendacji pełnej zachwytów, trochę się rozczarowałam. Spodziewałam się języka bardziej agresywnego, mocnego wulgaryzmami, z inteligentnymi spostrzeżeniami i ripostami, skrzącym się ironią i sarkazmem. Z góry postawiłam poprzeczkę na poziomie pióra Doroty Masłowskiej.
I to był mój błąd!
Niestety, autorka nie sięgnęła aż tak wysoko. Zabrakło mi żylety ciętych myśli i igły celnych słów. Długie, wielokrotnie złożone zdania to trochę za mało na uzyskanie efektu dynamicznego, wartkiego strumienia myśli. Zabrakło mi też realizmu w odtwarzanych monologach nastolatków. Młodzież generalnie przeklina. To, co my, dorośli, słyszymy, to wierzchołek góry lodowej. Wulgaryzmy i przekleństwa są w powszechnym użyciu. Ich skromność występowania w wypowiedziach nastolatków, dodam – wściekłych, nienawidzących, wprowadzał poczucie wyciszonych emocji, chociaż miały buzować i nakręcać do skrajnego czynu, a przez to sztuczności i rozbieżności z rzeczywistością. W zderzeniu z emocjami, w której nienawiść odgrywała główną rolę, wręcz raził. Mogłoby być wścieklej.
Ale jest coś, co mnie zachwyciło - tematyka i jej przesłanie.
Głównymi bohaterami są nastolatkowie uzależnieni od gier komputerowych, którym myli się świat wirtualny z realnym. Swoją wściekłość na słabość świata, w którym rządzi prawo słabych, przenoszą na swoich rodziców i otoczenie. Są przyczyną tragedii, z powodu której cierpią nie tylko oni, ale również wszyscy zaplątani w ostatecznie kryminalną sprawę. Sposób ukazania zjawiska społecznego, jakim jest uzależnienie od Internetu, który jest problemem wychowawczym współczesnych rodziców, to największy atut tej powieści. Autorka dokładnie wypunktowała przyczyny tragedii, pozwoliła prześledzić procesy psychiczne zachodzące w nastolatkach, ukazała absurdalność samego aktu morderstwa, opisała zagubienie chłopców i pozostawienie ich samym sobie z lękami egzystencjalnymi charakterystycznymi dla okresu dojrzewania, przedstawiła środowisko więzienne i wreszcie skutki społeczne i psychiczne obciążające rodziców, rodzeństwo, środowisko rówieśnicze i wreszcie nastoletnich przestępców. To beletrystyczna wersja książki popularnonaukowej Jacka Pyżalskiego Agresja elektroniczna i cyberbullying jako nowe ryzykowne zachowania młodzieży, o której niedawno pisałam, a którą polecałam również rodzicom. Alternatywna wersja dla tych, którzy wolą przyswajać dydaktyzm treści nie w formie naukowej, ale na płaszczyźnie emocjonalnej pod przykrywką rozrywki.
Trudno jest mi jednoznacznie określić rodzaj tej powieści.
Jedni uważają ją za kryminał. Inni za thriller psychologiczny. Ja dostrzegłam w niej silny aspekt społeczny.
Wbrew pozorom to ważne.
Od tego zależy, kto będzie sięgał po nią i jakie wrażenia pozostawi po sobie. Dla fanów kryminałów będzie taka sobie, jak określiła to moja koleżanka. Miłośnicy warsztatu pisarskiego mogą się zawieść tak, jak ja. Czytelnicy powieści społeczno-obyczajowych po nią nie sięgną, jeśli nie czytają kryminałów. Dlatego nie ośmielę się jednoznacznie określić jej rodzaju, bo wszystkiego ma po trochę. Natomiast na pewno wiem, dla kogo jest ta powieść.
Dla rodziców!
Dla każdego wychowującego dzieci i młodzież. Bez względu na to, jaki rodzaj literatury preferują. Warto przeczytać profilaktycznie tę dramatyczną historię nastolatków z „dobrych domów”, by nie być zaskoczonym przez własne dotychczas „grzeczne” dziecko. Świat wirtualny to nowe środowisko wychowawcze, jak najbardziej realne, w którym nie może zabraknąć rodziców. Jak napisała autorka na okładkowym skrzydełku – w wirtualnym świecie, w którym nasze dzieci spędzają coraz więcej czasu, pewne jest tylko to, że ten świat je podnieca. Dobrze by było, żeby zawsze był przy nich ktoś, kto nad tą podnietą będzie czuwał. Od podniety do morderstwa jest tylko jedno kliknięcie w wirtualu, a potem jeden krok w realu.
Autorka świetnie to pokazała!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Gracze [Karina Obara]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 26 listopada 2016
Madonny z ulicy Polanki – Joanna Marat



Madonny z ulicy Polanki – Joanna Marat
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2016 , 480 stron
Literatura polska


Jedenaście tysięcy dziewic doczekało się kontynuacji!
Można czytać obie powieści oddzielnie, bo każda ma inne przesłanie, czas i wymiar psychologiczny, w którym się toczy. Jednak obie składają się na jeden, pełny obraz pokoleń Polaków, a właściwie gdańskich kobiet. Pierwsza część mówiła o przyczynach trudów ich wręcz cierpiętniczego życia. Druga skupiła się na ich skutkach.
Na polskich Madonnach.
Nie tych znanych z kościołów, do których zaglądałam z bohaterkami w chwilach trudnych, ciężkich i beznadziejnych z prośbą o pocieszenie i nadzieję na lżejszą przyszłość, obdarzających niemym uśmiechem, łagodnym spojrzeniem i obietnicą lepszego żywota, ale tych żyjących, realnych z piętnem bycia kobietą przekazanym przez matki, babki i prababki.
Z odziedziczonym fatum.
Wszystkie bohaterki, a jest ich sporo, dlatego nie skupiam się na jednej, ale też i nie wymieniam wszystkich imiennie, zmagają się z nim. Dźwigają brzemię przeszłości pokoleń własnych rodzin, próbując na przekór losowi odnaleźć swoje miejsce, ale przede wszystkim siebie. Niekoniecznie zgodnie z rolą, jaką wyznaczyło im społeczeństwo. Często wbrew nakazom i normom przez nie ustanawianym. Szarpią się z nim na swój sposób i na miarę własnych możliwości. Od zachowań spontanicznych po dobrze zaplanowane działania. A mimo to nie znajdują recepty na szczęście, miłość i przynajmniej dobre życie, które z uporem i na przekór zapętla się jeszcze bardziej, zasupłując kobiety w sytuacje skrajne i bez wyjścia. W beznadziejne pułapki problemów dokładające kilogramów do już dźwiganego ciężaru.
To dlatego ta powieść bardzo obciąża emocjonalnie.
Nie ma tu radosnych wieści, a jeśli są, to w parze z tragedią. Chwile ulgi i pocieszenia można znaleźć tylko u stóp gipsowej Madonny w zaciszu gdańskiego kościoła, dającej nadzieję i siłę do dalszej walki z sobą, ludźmi, rzeczywistością i z fatum. Jednak nie na tyle przytłaczającym, by mnie zniechęcić do brnięcia w to gęste, pochłaniające magnum skrajnych i silnych uczuć przeżywanych przez bohaterki. Musiałam poczuć ich ciężar, by poznać boleśnie splątaną historię losów pięciu rodzin skupiającą się w kamienicy przy ulicy Polanki. Jej mieszkańców. Samotnych popaprańców – jak określił to jeden z bohaterów.
I nie są one proste!
Rodzin z różną przeszłością i różnorodnym pochodzeniem. Zwłaszcza skłóconych Baumannów i Wichurów, z których jedna z rynsztoka, przaśna, prostacka, taka, co nie dba o wygląd, ma zęby czarne od papierosów, a dzieci traktuje jak małych niewolników – i druga jak ze starego portretu albo rodzinnej fotografii w sepii, hołdująca mieszczańskim tradycjom, zapatrzona w przeszłość, dość nieufna wobec obcych, tych inaczej pachnących i niestarannie wymawiających poszczególne głoski. To ten kontrast i to skomplikowanie ich koligacji skutecznie kusiło mnie do wzięcia na siebie ciężaru tej opowieści. Odkrywania tajemnic i niedopowiedzeń rozdział po rozdziale. Demaskowania sekretów skrytych w sobie bohaterów. Wyławiania wplątanych wątków z przeszłości mających wpływ na rozwój wydarzeń teraźniejszych. Splatania nici losów, początkowo wydawałoby się niepowiązanych ze sobą, w jeden tworzący pełny obraz „familijny” wszystkich rodzin. I wreszcie możliwość samodzielnego jego odtwarzania z własnych domysłów i wniosków oraz odkryć powiązań, koneksji czy relacji. Włącznie z wątkiem kryminalnym. To była też przyjemność czerpana z dynamicznego stylu narracji. Rozproszonego i różnorodnego. Od narratora zewnętrznego po narrację w pierwszej osobie. Od opowieści z dialogami po wewnętrzny monolog.
Aż do momentu kulminacyjnego.
Rozwiązującego wszystkich skrępowanych ze sobą losem, niczym liną, bohaterów (włącznie z mężczyznami) i wyjaśniającego wszystko to, co dotychczas niezrozumiałe. Zdawałoby się, przynoszącego jasność sytuacji kobiecych bohaterek. Ale to tylko pozory. Gdzieś we mnie kołatała się myśl, abym nie dała się im zwieść. Fatum nadal ciąży. Ujrzałam jednak również światełko w tym tunelu mroku. Wprawdzie genów nie da się wymienić, ale fatum można „odczarować”. Dołożyć starań, by marzenia małej dziewczynki Ani, a dziś dorosłej kobiety Anny, że kiedyś zostanie matką-Madonną, spełnią się. Że będzie tą matką, jakiej samej nie miała. Łagodną – a nie ostrą, nerwową i gniewną. Spokojną, a nie targaną wiecznym niepokojem i żalem. Wyrozumiałą i cierpliwą, a nie nieposkromioną złośnicą. Ile z nas, kobiet, to sobie obiecywało tak, jak Anna? Czas powalczyć o te marzenia. Czas przerwać łańcuch fatum i passę cierpienia. Bycie polską Madonną nie musi oznaczać tylko bólu, poświęcenia, rozczarowania i wyrzeczenia. Stać nas na bycie spełnioną polską Madonną.
To najważniejsza myśl, jaką pozostawiła we mnie ta opowieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zwiastun książki świetnie wprowadza w klimat powieści.
niedziela, 20 listopada 2016
1945: wojna i pokój – Magdalena Grzebałkowska



1945: wojna i pokój – Magdalena Grzebałkowska
Wydawca Agora , 2016 , 413 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Nie zaskoczyło mnie to opracowanie w jednym!
W przesłaniu opowieści o roku 1945. Znałam je już z dwóch innych – 1945: między wojną a podległością w opracowaniu Marty Markowskiej oraz Rok Zerowy: historia roku 1945 Iana Burumy. Wiedziałam więc, że to czas totalnego zamętu, niepewności, grozy, samowoli i śmierci, w którym, jak mówi bohater jednej z historii – Ja pani powiem: szczęście w 1945 roku miał ten, kto przeżył tamten rok.
Tak bardzo kruche i bezwartościowe było ówcześnie życie.
Dokładnie to pokazuje ten zbiór reportaży. Wprawdzie użyłam na początku określenia „opracowanie”, bo w historycznym sensie ono nim jest, ale składają się na niego teksty reportażowe powstałe ze śledczego charakteru sposobu zbierania materiałów do nich. Autorka nie tylko zatopiła się w drukowanych źródłach historycznych, których bibliografię znalazłam na końcu książki. Ona je brała ze sobą w trasę i podążała szlakami w nich wytyczonymi przez autorów publikacji lub wspomnień opisujących tamten tragiczny czas, w tamtym okresie.
Namęczyła się okrutnie!
Bo i nazwy miejscowości już nie te, a i ludzie powyjeżdżali lub poumierali. A jak już kogoś znalazła, to nie chciał rozmawiać. Ale kiedy już ten materiał zebrała, to powstały niesamowite historie umieszczone w poszczególnych rozdziałach. Każdy opowiadający chronologicznie od stycznia do grudnia o roku 1945, ale uwypuklający główny temat.

Rozpoczynały się swoistym słupem ogłoszeniowym, na którym autorka poumieszczała wybrane, krótkie informacje z ówczesnej prasy.

Hasłowy sposób opisu wystarczał do ukazania tła społeczno-obyczajowego wprowadzającego w codzienność ludności tamtego okresu. Mnie najbardziej poruszyło ogłoszenie matki, które niestety nie było odosobnionym.

Dopiero po tym swoistym wstępie rozpoczynała się historia opowiadana przez pryzmat wybranej tematyki i losów konkretnych ludzi – szaber, ucieczka niemieckich cywilów, przesiedleńcy z Kresów Wschodnich (unikam pojęcia „repatrianci” używane przez autorkę), dezercja Polaka/Niemca z niemieckiego wojska, zrujnowana Warszawa, sierociniec żydowski, ludzie odbudowujący nową Polskę, Polacy i Niemcy we Wrocławiu, Obóz Pracy w Łambinowicach dla Niemców, polsko-ukraińskie stosunki w Bieszczadach czy tragedia okrętu „Wilhelm Gustloff”, z którym na dno poszło pasażerów między 6,6 a 9,6 tysiąca (na „Titanicu” zginęły 1523 osoby), a o którym wiedza nie jest powszechna nawet współcześnie. Moja wyliczanka brzmi encyklopedycznie w stosunku do tego, jak rozwinęła i pokazała te zagadnienia autorka. Przede wszystkim maksymalnie nasyciła je emocjami. Jeśli był luty, to zamarzałam razem z uciekinierami przeprawiającymi się przez Zalew Wiślany. Jeśli był obóz, to odczuwałam bezsilność więźniów wobec okrucieństwa mszczących się strażników. Jeśli były przesiedlenia, to męczyłam się, widząc, jak trzydzieści tysięcy ludzi biwakuje od sześciu, siedmiu tygodni wzdłuż torów kolejowych, na przestrzeni kilku kilometrów – pod gołym niebem, cierpiąc głód i poniewierkę. Jeśli to była Warszawa, to czułam trupi odór ruin będących gigantycznym cmentarzyskiem poległych w Powstaniu Warszawskim. Nie miało dla mnie znaczenia, czy to była historia Polaka, Niemca, Żyda czy Ukraińca.
Widziałam człowieka-śmiecia!
Barachło - stąd taki tytuł jednego z rozdziałów. Zagubionego w totalnym bezprawiu i samowoli, nierozumiejącego sytuacji politycznej (jedna z bohaterek dowiedziała się o przyczynach jej losu od autorki), ponoszącego okrutne konsekwencje decyzji kilku ludzi u władzy, wykorzenionego, zmuszanego do życia na obcej dla nich ziemi, przeżywającego dramat wyboru tożsamości, tracącego rodziny, znoszącego niesprawiedliwość bezwzględnych i brutalnych czasów, w których przyszło im żyć. Autorka ten efekt uzyskała poprzez umieszczanie osobistych opowieści i wspomnień swoich rozmówców.
Skrajnie dramatycznych.
Każda z tych indywidualnych historii może być osobnym, samoistnym reportażem, ale w zbiorze składają się na całość jednego, ogólnego obrazu roku 1945, w którym wielka polityka jest tylko tłem. Delikatnie naszkicowanym tylko dla zrozumienia kontekstu toczących się wydarzeń lub podania skali zjawiska, o którym jest mowa. Dla wymagających więcej szczegółów historycznych autorka umieściła dokładne kalendarium na końcu książki. Wszystko ilustrowała licznymi zdjęciami, plakatami lub dokumentami.

Książka zdobyła nagrodę publiczności plebiscytu NIKE 2016.
To dobrze, bo, gdybym miała wybierać między laureatką Literackiej Nagrody NIKE 2016 Nakarmić kamień Bronki Nowickiej wybranej przez jury a tą pozycją, usiadłabym i płakała. To sytuacja przypominająca wybór między ulubionymi kolorami, czarnym a białym. Obie pozycje skrajnie inne, odmiennego rodzaju w formie, narracji i przekazie, trafiające do różnych odbiorców, ale obie tak samo potrzebne. Nie umiałabym i na szczęście nie muszę wybierać, która z nich bardziej zasługuje na uwagę czytelników.
Moją zdobyły obie równorzędnie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 19 listopada 2016
Nakarmić kamień – Bronka Nowicka



Nakarmić kamień – Bronka Nowicka
Wydawnictwo Biuro Literackie , 2016 , 53 strony , wydanie 2
Literatura polska


Otrzymałam zaproszenie!

Co za gość! Tegoroczna laureatka Literackiej Nagrody NIKE – Bronka Nowicka.

Byłam podekscytowana. Nie przypuszczałam, że w trakcie spotkania zamieni się ono w zachwyt osobowością, a raczej umysłem autorki. Dobrze, że wybrałam się na to spotkanie. Uzmysłowiło mi ono, jak można zarżnąć własną interpretacją wiersze. Nie!
Nie wiersze!
To nie są wiersze sensu stricto. Autorka wzbraniała się przed używaniem takiego określenia. Nawet nie etiudy, proza poetycka czy utwory. Wybrała dla nich zupełnie nieliterackie pojęcie – moduły. Jest ich 44 ręcznie wypisanych przez autorkę w Spisie rzeczy.

Dlatego nie rozmawialiśmy o tomiku wierszy, a o zbiorze modułów. Brzmi matematyczno-fizycznie. I coś w tym jest, bo oddaje styl przekazu autorki opowiadającej o swojej działalności artystycznej, jak i samych modułów. Te ostatnie to tylko literacka cząstka jej twórczego dorobku. Autorka jest reżyserką tworzącą między innymi, i tu pojawiają się dwa jej neologizmy, tomografiki i tomovidea. Medium do ich tworzenia uczyniła tomograf komputerowy. I już wykorzystanie takiego medycznego narzędzia do pracy, intryguje. Powstają z tego obrazy i wystawy, które można obejrzeć w galerii dołączonej do artykułu o niesamowicie przewrotnym, wieloznacznym i sugestywnym tytule Rzeczy istoty. Powstają z tych obrazów również obrazy ruchome – filmy. Prezentacja, którą pokazała na spotkaniu wzmogła mój apetyt na więcej, a który zaspokoiłam w Internecie. Przy tym używała bardzo nasyconego treścią języka – logicznego, skondensowanego, nabrzmiałego emocjami, a przy tym precyzyjnego i klarowanego w przekazie.
To było preludium do modułów.
Ciekawe, odkrywcze, ale i niezbędne uzupełnienie, komentarz i jednocześnie pomoc, by zrozumieć syntezę podejścia do tematyki modułów. By nie zarżnąć ich nadinterpretacją.
Do istoty rzeczy i jednocześnie rzeczy istoty.
Nie człowiek, nawet nie piękno rzeczy martwych, ale brzydkie, stare, powszechne lub zniszczone przedmioty tak, jak lalka na okładce książki. Ale to ona wbrew martwocie, żyje. Tętni emocjami, kłębi się wspomnieniami, boli pamięcią pozostawionymi w niej przez małą dziewczynkę tulącą się do niej w cmentarnym grobowcu w czasie wojny. Stąd tytułowy kamień i dziewczynka (niemalże główna bohaterka, jeśli mogę taką wskazać), która, wkładając go do buzi, próbuje go ożywić, nasączyć, napoić, nakarmić wrażeniami ludzkimi. Jest w tych modułach gęsto od rzeczy i duszno od emocji.
Boleśnie.
Okładkowa lalka to dla mnie nie zniszczona zabawka, ale obraz-wspomnienie w niej przechowywane. Lalka-strach. Każdy moduł to właśnie takie doświadczenie lub historia pełna i skończona, jednak w konfiguracji z pozostałymi tworzą kolejną całość. Nową jakość. Niemalże opowieść o rodzinie – matce, ojcu, prababci, dziewczynce i kamieniu z wątkami, które niczym nić fastrygują ze sobą moduły. Chociaż może powinnam użyć chemicznego określenia – wiązania.
To był dla mnie fascynujący nowym spojrzeniem świat.
Intrygujący też fascynacją autorki, którą potrafiła emocjonalnie i rozumowo podzielić się, przekazać. A nie jest mi łatwo polubić rzeczy, do których się nie przywiązuję, od których stronię, których nie gromadzę, na rzecz ciekawszych dla mnie ludzi. Moimi rzeczami-kamieniami są wpisy, które muszę co jakiś czas wypluć z umysłu, wystukać na klawiaturze, by zrobić miejsce następnym wytrącającym się chemicznie z moich myśli. Totalnie odmienne światy, mój i autorki, i może dlatego mistrzostwo pokazania swojego przez autorkę tak mnie poruszyło. Jego kreatywność i poetyckość. Zwłaszcza zbiór torebek herbacianych po wcześniej wypijanej herbacie z autorką, a potem gromadzonych ze zdjęciami osób ją pijących. O czym więcej w wywiadzie z autorką Chciałabym, żeby żywi ludzie byli mniej martwi.
Ale uwaga!
Można utopić się w bezmiarze tych rzeczy. Chroni nas przed tym nasza skóra. I dobrze! Nie do końca chciałam w nie wsiąkać. Bolała mnie „studia”, zawstydzała „szafa”, kaleczyło „mydło”, przerażały „nożyczki”, by wytchnienie znaleźć pod „stołem” dającym poczucie bezpieczeństwa.
Dobrze, że mam skórę.
Tylko, jakiej grubości trzeba ją mieć, by samemu nie zamienić się w kamień?

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Nakarmić kamień [Bronka Nowicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Nie udało mi się uchwycić obrazu jakościowo, ale najważniejszy jest głos autorki, która czytała nam swoje moduły.
niedziela, 13 listopada 2016
Umrzeć w deszczu – Aleksander Sowa



Umrzeć w deszczu – Aleksander Sowa
Wydawnictwo Poligraf , 2009 , 144 strony , wydanie 2
Literatura polska


Powieść konfesyjna.
Spowiedź, historia, los, dzieje, opowieść, a dla mnie monolog człowieka, który chce popełnić samobójstwo. Jest zdecydowany. Pewny swojego planu. Ma jedno, ostatnie życzenie przed śmiercią. Chce, by ktoś go wysłuchał. Wybiera dziennikarkę i proponuje jej ostatni wywiad, pozwalając zostać również świadkiem jego odchodzenia. Czyni z niej swoisty list pożegnalny. Stawia tylko jeden warunek – ma go nie oceniać. Dla mnie, świadka ich rozmowy i spotkania w cztery oczy w mieszkaniu mężczyzny, nie było to trudne. Zresztą Artur, bo tak miał na imię, nie dawał ku temu powodów. To raczej okoliczności czyniły jego życie nie do życia. Jednak jako czytelniczka muszę to zrobić. Może nie ocenić samo życie, ale jego sposób opowiedzenia.
Najlepiej pasuje tu określenie – depresyjny.
Nie powinno to dziwić. Jeśli ktoś chce popełnić samobójstwo, najprawdopodobniej jest w stanie depresji, więc sposób narracji nie może być optymistyczny. Jednak ta depresyjność jest potwornie defetystyczna, piętnująca los i z góry określająca kierunek rozwoju zdarzeń. Ta nużąca przewidywalność i pewność, że każde następne zdarzenie i okoliczność pojawiające się w życiu Artura, około czterdziestoletniego fotoreportera, zakończą się znowu tragicznie, wprowadzała monotonię i beznadzieję. Kolejne osoby pojawiające się w otoczeniu mężczyzny wywoływały we mnie tylko jedno pytanie – kiedy i jak umrą?
Śmierć.
To stała towarzyszka Artura. W życiu osobistym w Polsce, w Czechach czy w Holandii i w życiu zawodowym w wojennym Sarajewie, do którego uciekł z Europy, a w którym dowiedział się tylko, jak wojna pierze mózg, jak zmienia światopogląd i jak straszna jest zawsze. Straszna dlatego, że prowadzona jest przez kilkunastu, dotyczy milionów, niosąc ze sobą ból, cierpienie i tragedie jednostek, mnożonych i potęgowanych przez tysiące istnień, zabranych na zawsze. Nagromadzenie tej wszechobecnej i niemalże powszedniej śmierci w życiu mężczyzny, było tak przytłaczające w finale, że aż groteskowe i absurdalne.
Współczesny Hiob?
Żyją tacy ludzie, jak Artur? A może właśnie już nie żyją i dlatego o nich nie wiem? Makabryczne nagromadzenie nieszczęścia w życiu jednego człowieka budził we mnie sprzeciw. Ale, ok! Takie było życie Artura. To jego opowieść. Szczera do bólu w sferze psychicznej i ekshibicjonistyczna w sferze seksualnej. Śmiałe sceny pornograficzne miały tę zaletę, że były zmysłowe, odważne, realne i za każdym razem inne w przypadku każdej, następnej kobiety pojawiającej się w sercu i łóżku Artura. To trudny materiał dla wielu doświadczonych pisarzy, jednak debiutant sobie z nim poradził. To z powodu tych scen nazwałabym tę opowieść monologiem, w którym można posunąć się do naruszenia tabu własnego świata seksualnego. W opowieści drugiemu człowiekowi, twarzą w twarz, a zwłaszcza dziennikarce, raczej nie wnika się w szczegóły fizycznego seksu, w którym dolna warga wspinała się na maleńki, sterczący guziczek jej sutka. Chciałoby się raczej powiedzieć – ok, stary, daruj sobie szczegóły! Interesowałaby mnie raczej warstwa psychologiczna związków postaci.
Ale to opowieść Artura!
Tak chciał. Dokładnie w taki sposób. I mimo że nie do końca był idealny w płynności narracji i budowaniu zdań, na dodatek przewidywalny, smutny, nieszczęśliwy, depresyjny, monotematyczny, zniechęcający, to było coś, co nie pozwalało mi odejść od niego. Porzucić tę książkę. To silna potrzeba poznania odpowiedzi na pytanie, które towarzyszyło mi od pierwszej strony.
Dlaczego chciał umrzeć?
Dowiedziałam się tego, ale też zrozumiałam, że jednostkowe doświadczenie z Arturem można rozszerzyć na wszystkich samobójców. Mogą się różnić samym życiem, losami, zdarzeniami, przyczynami i powodami tkwiącymi w ich odmiennej i różnorodnej egzystencji, ale sfera emocjonalna pozostaje dokładnie ta sama. Osiągnięcie dna totalnego smutku pokazanego w historii Artura, to zrozumienie każdego samobójcy.
Nie jest to dla mnie równoznaczne z akceptacją.
Nie zgodzę się z autorem, który w wywiadzie do odsłuchania pod wpisem, twierdzi, że to książka dla kobiet. Biorę stronę męskich czytelników, którzy tak nie twierdzą, co sam przyznaje. W ogóle nie dzieliłabym tutaj czytelników ze względu na płeć. Nie wiem dla kogo jest ten rodzaj powieści. Za to wiem dla kogo nie jest.
Na pewno nie dla osób mających myśli samobójcze.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Umrzeć w deszczu [Aleksander Sowa]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj wysłuchałam wywiadu z autorem książki.
sobota, 12 listopada 2016
Stary Testament w malarstwie – Bożena Fabiani



Stary Testament w malarstwie – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 296 stron
Literatura polska


Uwielbiam mowę obrazów!
Poszukiwanie, zauważanie, analizowanie i odkodowywanie ich „mowy”. Tę radość z przyjemnej nauki poprzez zabawę znalazłam między innymi w Historii urody Gorgesa Vigarella i Łakomstwie Florenta Quelliera. Nastawiłam się więc na kolejne, semantyczne podejście tej pozycji do malarstwa tym razem w odniesieniu starotestamentowym. Jednak autorka już we wstępie ostudziła mój entuzjazm, pisząc – Wiele jest obszernych opracowań i pięknych albumów z objaśnieniami, jak oglądać obrazy o tematyce biblijnej; daleka jestem od ich powielania. Dobrze, że mnie uprzedziła, bo uniknęłam niepotrzebnego zawodu i rozczarowania, wpadając za to w zachwyt, że o obrazach można mówić zupełnie inaczej. Równie ciekawie i odkrywczo!
Co tam mówić!
Opowiadać? Też nie. To za mało powiedziane. Gawędzić! To bardzo dobre i adekwatne określenie charakteru przekazu tej książki. Jest w niej wszystko to, co kojarzy się z niezobowiązującym spotkaniem z osobą posiadającą przebogatą wiedzę i talent do snucia opowieści. Jest w niej przede wszystkim osobiste podejście autorki w doborze obrazów do epizodów biblijnych, kierującej się subiektywnym poczuciem urody, fascynacją czy zachwytem. Jest też podejście emocjonalne wyrażane w słowach – „uwielbiam tego”, „wolę to” czy „nie przepadam za tamtym”. Jest również miejsce na poetycką parafrazę własnego autorstwa (jest poetką!) zastępującą gawędę utworem wierszowanym opisującym dramat Hioba.

Jest także czas na skojarzenia obrazu z własnymi doświadczeniami przytaczanymi jako ciekawe zdarzenia uzupełniające temat, które rozpoczyna niemal jak opowieść w opowieści – a było to tak: całkiem niedawno... Jest również partnerstwo z czytelnikiem we wspólnej wędrówce, podczas której autorka nie boi się „przyznać”, że nie wie, nie zna czy nie miałam pojęcia, ile przegapiam, inspirując słuchacza do własnych poszukiwań, poszerzeń i rozwijania tematu. Zachęcając do oglądania obrazów i ich zbliżonych fragmentów z lupą w ręku nie tylko tych ilustrujących tekst w książce,

ale również w Internecie, bo tam można je powiększyć i zobaczyć znacznie wyraźniej, a jak napisał już przed wiekami uczony Grek, Epiktet z Hieropolis: „zobaczyć jakąś rzecz znaczy więcej , niż sto razy o niej usłyszeć”, czy – tu dodam od siebie – przeczytać – zapewnia autorka. I dobrze wie, co pisze, więc pracowałam z lupą i faktycznie widziałam więcej niż wydawało mi się na początku. Jakąż ja miałam frajdę! Dba przy tym o dobry nastrój spotkania, wprowadzając odrobinę humoru treściami i obrazami na pozór niezwiązanymi z tematem. I nie robi tego z roztargnienia, lecz żeby wywołać uśmiech na twarzy Czytelnika, a przy okazji pokazać niebywałą skalę zainteresowań autora. Na przykład. Dlatego ni stąd ni zowąd pojawia się w poważnej tematyce biblijnej... Czerwony Kapturek!

Swobodnie dobiera sobie przy tym artystów mniej znanych, ale ważnych lub ciekawych, którzy nareszcie mogli zaistnieć w tym konkretnym opracowaniu albo po prostu „nie zmieścili się” w poprzednich publikacjach, których autorka ma w swoim dorobku kilka. Na pozór można odnieść wrażenie chaosu, jak to przy gawędzie.
Ale to złudne wrażenie!
Każda „gawęda” ma linearny i równoległy charakter w stosunku do chronologii biblijnej i schemat porządku narracji. Najczęściej rozpoczyna króciutkim wstępem, a czasami od razu przechodzi do informacji o epizodzie z Biblii inspirującym artystów. Często przytacza konkretny cytat. Dopiero potem następuje poszukiwanie wizualizacji opisu w malarstwie. Ale nie tylko! Wbrew sugestywnemu tytułowi autorka szuka przedstawień artystycznych również w mozaikach, freskach, witrażach i rzeźbach.

Prawdą jest jednak, że malarstwo wiedzie prym. O prezentowanych działach opowiada szeroko i kontekstowo. Nie tylko interpretuje, pokazuje, zwraca uwagę, analizuje, zestawia i porównuje obrazy, ale również przedstawia proces ich powstawania i jego okoliczności, późniejszą historię i współczesne miejsce przechowywania lub eksponowania, życie jego twórcy jako krótki, uzupełniający dodatek, ale również podejście autora do tematu uwarunkowane epoką, w której przyszło mu tworzyć.
Powolutku powstawała opowieść malowana obrazem.
Nawet nie wiem, kiedy i w jaki sposób zaczęłam dostrzegać zmieniająca się perspektywę patrzenia i głębi obrazu, cielesnego aktu człowieka, dynamikę, żmudną walkę z materią w oddawaniu trudnej natury wody i coraz śmielsze ukazywanie przez artystów własnej interpretacji scen biblijnych. Zmiany te zauważałam zwłaszcza w ukazywaniu emocji. Od sztuki umownej, statycznej po emanującą, ekspresyjną, dynamiczną. Ale to, co urzekło mnie najbardziej, to, toczące się na pierwszym planie i w tle, dzieje ludzkości ukazane poprzez trud życia człowieczego. Często widziany tylko pod lupą na trzecim, czwartym planie, a nawet na dalekim horyzoncie pejzażu.
Uwielbiam takie obrazy!
Ze szczegółami i szczególikami „ukrytymi” między maźnięciami pędzla, w kropce, która okazuje się być człowiekiem tak, jak na obrazie Wieża Babel Pietera Bruegela starszego.

W efekcie nie wiem, bo nie mierzyłam, czy więcej czasu zajęło mi oglądanie obrazów, czy „słuchanie” o nich. Całkowicie pochłonął mnie świat ukazany przez autorkę. Nie byłam przygotowana na jego koniec. Nagły, wręcz wyrywający mnie z niego. Miałam żal, że nie pożegnała się ze mną kilkoma słowami zakończenia. Że po wspólnej, pasjonującej wędrówce zabrakło podsumowania. Tak na „do widzenia” w następnej książce, bo podejrzewam, że będą. Że znowu znajdzie się dobra dusza i autorkę namówi na kolejny temat tak, jak było w przypadku tej pozycji. Na pocieszenie przejrzałam jeszcze raz, tym razem bogatsza o nową wiedzę, obrazy w kolorze umieszczone na końcu książki. Hiob wyszydzany przez żonę George’a de la Toura zahipnotyzował mnie.

Uwielbiam ogień i to, co robi z mrokiem wokół. I wiem, że zrzędząca żona to ucieleśnienie charakteru artysty. Tyle mojego, bo obrazu na własność mieć nie mogę.
I dobrze!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 11 listopada 2016
Lektor z pociągu 6.27 – Jean-Paul Didierlaurent



Lektor z pociągu 6.27 – Jean-Paul Didierlaurent
Przełożyła Beata Geppert
Wydawnictwo W.A.B , 2015 , 159 strony
Seria Don Kichot i Sancho Pansa
Literatura francuska


Książka o książce.
O potędze miłości do słowa drukowanego i o jego profanach. Tych pierwszych jest więcej. Ale nie w ilości ich moc, a w jakości. Są niepozorni tak, jak główny bohater Guylain, który zdobył miano dziwnego faceta z szacunkiem niegroźnego wariata czytającego fragmenty tekstów pasażerom w drodze do pracy tytułowym pociągiem 6.27. Zapomniani przez świat tak, jak mieszkańcy domu spokojnej starości Rezydencja Glicynie, uwielbiający spotkania z czytającymi im gośćmi. Ekscentryczni tak, jak wartownik i aleksandrynofil Yvon, który osiągnął mistrzostwo w deklamowaniu dwunastozgłoskowcem komunikatów i poleceń podjeżdżającym do jego budki wartowniczej kierowcom lub zaglądającym do niej znajomym. Kalekiego tak, jak Giuseppe, którego nogi zostały zmielone z papierową pulpą i „wydane” w postaci książki, której pełny nakład starał się zebrać w mieszkaniu, by w ten symboliczny, ale namacalny sposób, wróciły do niego. Samotni tak, jak dziewczyna pracująca w szalecie domu towarowego i potajemnie pisząca dziennik, by nie razić swoim „wysokim hobby” klientów, bo łatwiej zostawić napiwek kobiecie, która ssąc skuwkę długopisu, mozolnie próbuje znaleźć dziesięć różnic między obrazkami w ostatnim numerze czasopisma modowego, niż tej samej kobiecie wpatrzonej w ekran laptopa najnowszej generacji.
Wszyscy w jakiś sposób doświadczeni przez życie.
Wprawdzie zniekształceni przez normy społeczne, ale wyposażeni w wartość, która ich łączy symbolicznie i dosłownie – miłość do słowa pisanego, drukowanego, tworzonego, mówionego, słuchanego lub czytanego, pozwalająca na budowanie poczucia własnej wartości i ostatecznie dobrych relacji z innymi ludźmi. Pomagająca w monotonii życia znaleźć cel i drogę do niego, a nawet łagodzić nienawiść do jego uciążliwych aspektów. Chroniąca przed zatopieniem się w jego szarości, rutynie, beznadziei i zwątpieniu w dobro.
Na przekór profanom.
Tym, którzy to słowo deprecjonują, unicestwiają, niszczą, poniżają, zniekształcają i mielą. To ostatnie działanie – dosłownie. Guylain, wielki pasjonat książek, ich promotor wśród przypadkowych współpasażerów, lektor w domu spokojnej starości, o ironio losu!, pracuje w miejscu, gdzie codziennie popełnia się czyste ludobójstwo na książkach. Jest ich katem w Przedsiębiorstwie Przetwórstwa i Recyklingu Naturalnego włączającym przycisk Zerstora 500. Maszyny zniszczenia, którą nazwał Onym, a która miała za zadanie jedno – zgniatać, walcować, miażdżyć, kruszyć, rozszarpywać, szatkować, ćwiartować, mielić... książki. Nienawidzi właściciela zakładu, któremu zależy jedynie na rosnącym wykresie zysków i brzydzi się swoim pomocnikiem w zbrodni czerpiącemu z destrukcji książek i cierpienia Guylaina wręcz perwersyjną przyjemność.
Ten kontrast boli!
Zadawałam sobie pytanie – dlaczego nie zmieni pracy?! To byłby zbyt łatwy zabieg ze strony autora, a nie o to mu chodziło. Miało boleć, by uczyć. Świat jest pełen sprzeczności, w których waży się dobro ze złem. Od nas zależy, od naszej postawy, które z nich przejmie kontrolę nad człowiekiem. Unikanie to ucieczka. Przeciwstawienie mu się to walka. To dlatego każdy z bohaterów na swój sposób walczy wbrew niechęci innych, wbrew uprzedzeniom, niepochlebnej opinii lub negatywnym określeniom, zyskując ostatecznie szacunek, miłość, spełnienie, godność, uznanie, sens życia czy bycie potrzebnym. To klasyczny motyw wielu powieści, ale w tej, świeżym jest jego ujęcie w kontekście książki i słowa. Autor nadał im wartość niezwykle pozytywną, budującą, odnawiającą, mnożącą dobro, miłość i szczęście i, co najważniejsze, niemożliwą do unicestwienia, bo trwającą dopóty, dopóki żyje jeden czytający człowiek.
Jeszcze książka nie zginęła, póki my, czytelnicy, żyjemy!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Lektor z pociągu 6:27 [Jean-Paul Didierlaurent]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 06 listopada 2016
Zawód: Wiedźma – Olga Gromyko



Zawód: Wiedźma – Olga Gromyko
Przełożyły Marina Makarevskaya i Małgorzata Kaczorowska
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2016 , 544 strony
Cykl Kroniki Belorskie ; Tom 1
Literatura białoruska


Uśmiałam się!
Dobrze się bawiłam, mimo że sięgnęłam po fantasy. A w niej generalnie mało jest powodów do śmiechu. Moce nadprzyrodzone znikają człowieka. Krew i posoka się leje. Obozy walczące o moce i władzę mielą w swoich trybach mniejsze płotki i większe rekiny. Mniej więcej właśnie taki świat stworzyła autorka.
Krainę ludzi i krainę wampirów.
Jeśli ktoś po ostatnim słowie lekko się skrzywił, to za ripostę posłużę się cytatem, dyskretnie, ale widocznie, umieszczonym przez autorkę przed wprowadzeniem do powieści.

Krainę, w której elfy mają wysokie trawy. Krasnoludy – skały. Wałdacy – kopce wyrzuconej na powierzchnię ziemi. Driady – sięgające chmur dęby. Druidzi – kamienne kręgi. Ludzie – rozsypujące się mury, fosy z zatęchłą wodą i zwodzone mosty, a wampiry bezsensowne, drżące osiki. Był więc ludzki Starmin i była wampirza Dogewa niewchodzące sobie w drogę do momentu pojawienie się dziwnych, a nawet morderczych zjawisk w tej ostatniej. Zaczęli ginąć jej mieszkańcy i , o zgrozo!, przysyłani na pomoc magowie ze Starminu. Ci ostatni niekomfortową sytuację wzajemnych podejrzeń postanowili rozwiązać wbrew logice za pomocą Wolhy Rednej. Osiemnastoletniej adeptki VIII roku Katedry Magii Praktycznej w Starmińskiej Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Nastolatki trochę szalonej, trochę upartej i przekornej, trochę ciekawskiej, a na pewno złośliwej i wrednego, bezpośredniego charakteru. Jeśli nie powiedzieć – bezczelnej. Nic bardziej zastanawiającego – wysyłać tak niedyplomatycznie nastawioną do życia i na dodatek niedoświadczoną w magii praktycznej dziewczynę w paszczę lwa, a raczej pod kły wampira. Wolha też to czuła, zauważając – Summa summarum, wyglądało na to, że wysłano mnie do łapania zagadkowej pomroki z wyposażeniem na wampiry. Coś tu było mocno nie tak.
I to bardzo mocno!
Miała rację, bo to bardzo inteligentna i sprytna osoba była. Na tyle cwana, by nie dać się wypić, rozwiązać zagadkę detektywistyczną z trupami w tle, a na dodatek zdobyć przyjaciół, którzy nie mieli prawa się nimi stać. Kto wie? Może nawet rozkochać w sobie wampira? Jeśli ktoś pomyśli w tym momencie, że zdradziłam koniec powieści, to się myli. To dopiero początek przygód niezwykłej czwórki: wiedźmy Wolhy, wampira Lena, trolla Wala i mantykory Tyśki. Mocnego i morderczego zespołu wywołującego lawinę niebezpiecznych wydarzeń pełnych lesz, mawek, wodników, głuwców, podkamieńców i wielu, wielu innych stworów, dziwadeł i zjaw, z którymi zwykły człowiek nie miał najmniejszych szans. Bo niespokojne czasy nastały. Nie ma ratunku przed wszelakimi potworami. Tu nietoperze dziecko ukradną, tam kleszczec się pojawi w chaszczy. Na moczarach w nocy mawki wyją, drapią w domki strażnicze, a na cembrowinie studni przesiaduje wodnik gotowy topić każdego chcącego się z niej napić. Jak przeżyć w taki ciężki czas? – powiadali chłopi. To im z pomocą szła grupa przyjaciół, rozprawiając się z okoliczną pomroką niewiadomego pochodzenia.
Ale to przy okazji!
Tak naprawdę mieli wspólny cel, chociaż różne pobudki jego osiągnięcia. Usługi ze zdolności wampira, trolla i mantykory oraz bakalarki magii praktycznej, na które czekały uroczyska ze strzygami, zrzędliwe smoki, nieśmiałe bazyliszki i ogólnie naprawianie umiarkowanie przyjemnych sytuacji zlecanych przez umęczoną ludność, były tłem do wielkiej przygody. Dla mnie z kolei tłem była przygoda. Bardzo dynamicznym, zmiennym i tajemniczym, nie przeczę, ale jednak tłem dla skrzącego się w tej historii humoru.
Komizm to największy atut tej powieści!
Wolha Redna to z rozbawieniem i z przymrużeniem oka patrząca na życie dziewczyna. Zawsze z gotową ripostą na zaczepki innych. Zawsze z ciętą uwagą wobec spotykających ją sytuacji. Zawsze z celnym komentarzem do nagle pojawiających się i rozwijających się w tempie geometrycznym wydarzeń. A ponieważ jest narratorką opowieści, jak łatwo się domyślić, świat przygody został dokładnie przefiltrowany przez jej ironiczne, kpiarskie, a czasami cyniczne spojrzenie na rzeczywistość. Często i gęsto posługuje się obrazowymi skojarzeniami, metaforami i porównaniami, by oddać absurd zdarzeń oraz komizm słowny czy sytuacyjny. W efekcie nie tylko uśmiechałam się pod nosem, ale głośno śmiałam. Polubiłam tę wredotę całym sercem, bo w gruncie rzeczy dobra z niej była dziewczyna. Honorowa i wbrew pozorom, wrażliwa dusza. Nie mogłam doczekać się, kiedy znowu otworzę książkę, by pobyć trochę w jej inteligentnie złośliwym towarzystwie. Kiedy razem pośmiejemy się z absurdów jej życia, tak bardzo wspólnych z moim realnym.
Może nawet z siebie samych?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 92
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
O autorze
Zakładki:
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów (870)
Mój top czytanych w 2015
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi