Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
środa, 16 stycznia 2019
Zamiana – Rebecca Fleet

Zamiana – Rebecca Fleet
Przełożyła Aga Zano
Wydawnictwo Marginesy , 2019 , 320 stron
Literatura  angielska

   Paradoksalnie wyciszający thriller!

   Oczywiście napięcie było od początku. Towarzyszyła mu ciekawość powoli snutej intrygi. Zwłaszcza że rozpoczął ją narrator, którego nie potrafiłam zidentyfikować. Mógł być zarówno kobietą, jak i mężczyzną. W każdym wieku. Tajemnica tej postaci przewijała się między głównymi bohaterami tragedii – małżeństwem Caroline i Francisa. Ich związek właśnie powstawał z gruzów, więc postanowili wyjechać. Zamienić się mieszkaniami na tydzień z chętnymi ludźmi, by z dala od trosk, problemów, cieni przeszłości, mrocznych myśli, rutyny i dziecka, w nowym miejscu i otoczeniu, spojrzeć na siebie z dystansu. W londyńskim domu, do którego trafili dzięki firmie pośredniczącej w zamianie, Caroline bała się przede wszystkim własnych reakcji i pułapek swojej osobowości, które mogłyby naruszyć kruchość odbudowanej stabilizacji.

   Dwa lata wysiłku od zakończenia romansu Caroline.

   W tym obcym domu okazało się, że nie siebie powinna się obawiać, ale... No właśnie – kogo? Przypadkowe skojarzenia, dobrze znane jej przedmioty, zapachy, nazwy, zawoalowane wskazówki pozostawione i powoli odkrywane w obcym domu, odgrzebywały w pamięci to, co starała się przez te dwa lata głęboko zakopać w świadomości. Byłam przekonana, że tajemniczą postacią był jej były kochanek, a wszystko kręciło się wokół banalnego romansu.

   Nic z tego!

   Autorka w fabule ukryła drugie dno, a wraz z nim przesłanie, które całe w swojej treści wybrzmiało dopiero na końcu historii. W ostatniej, zaskakującej i jednocześnie szokującej scenie. To ona sprawiła, że rozładowanie budowanego napięcia pozostawiło we mnie ciszę dobrze opowiedzianego dramatu trojga ludzi z morałem. Tragedii, która może przytrafić się każdemu w dowolnej obsadzie. Ten spokój czułam również w trakcie czytania. Niosły go głosy nieśpiesznie relacjonujące naprzemiennie teraźniejszość i przeszłość sprzed dwóch lat. Szczegółowo analizujące sytuacje, w której tkwiły i własne na nie reakcje. Skupione przede wszystkim na sobie, na własnej psychice. Uspakajała mnie również mieszanka depresyjnego nastroju Francisa uzależnionego od leków i erotyczne uniesienia Caroline z kochankiem, jako antidotum na beznadziejną sytuację w domu. Dopełnieniem tego był zrównoważony ton wypowiedzi tajemniczej postaci.

   Znałam je wszystkie bardzo dobrze!

   Właśnie o to chodziło autorce, bo tak dobrze zarysowani bohaterowie z wnikliwym profilem psychologicznym powstrzymywali mnie przed osądem ich czynów. Raczej skłonili mnie do zadania sobie pytania – czy zawsze mam odwagę ponosić konsekwencje swoich wyborów?

   Zakończenie czytania wcale nie gwarantuje zdjęcie ostrzeżenia z klamki, które ktoś miał dobry pomysł dołączyć do książki.

   Polecam użyć!

niedziela, 13 stycznia 2019
Mrówka w słoiku – Polina Żerebcowa

Mrówka w słoiku: dzienniki czeczeńskie 1994-2004 – Polina Żerebcowa
Przełożyła Agnieszka Knyt , wiersze Michał B. Jagiełło
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 616 stron + 16 stron zdjęć
Seria Oblicza XXI Wieku
Literatura  czeczeńska

   Posłuchaj księżniczki Budur ze strasznej bajki o Groznym...

Nie, dawno, dawno temu, ale tu i teraz. Nie za siedmioma morzami, ale kilkaset kilometrów dalej na południe. O mieście ruin wzniesionych przez wojny. Pójdziesz na prawo: zginiesz! Pójdziesz na lewo: nic nie znajdziesz! A jak zostaniesz: stracisz wszystko! Gdzie najeźdźcy popełniają zbrodnie, kierując się przykazaniem – wojna zmyje wszystkie winy, a obrońcy z kolei – zemsta, zemsta i jeszcze raz zemsta!. Gdzie głód zmusza do jedzenia trawy i dzikiego czosnku zbieranych obok leżących trupów, obgryzionych do bielejących kości przez równie głodne psy, koty i szczury. Gdzie nienawiść pożera przyjaźń, współczucie i życzliwość, aż wszyscy sąsiedzi, znajomi, a nawet bliscy stają się wrogami. Gdzie śmierć bez znieczulenia wycina z teraźniejszości ostrym nożem przyjaciół, bo bywa i tak, że jedni zabijają drugich. Za nic. Tak po prostu. Gdzie „wszystko jest płynne. Każdy może być i nikczemny, i szlachetny (jednocześnie!).” Gdzie od kuli, bomby, odłamka, noża, siekiery można umrzeć na targu, ulicy lub we własnym mieszkaniu albo być porwanym, pobitym lub zabitym, bo twoje organy mogą się przydać innym, a ciało zaspokoić żądze. Gdzie pośród gruzu domów i wraków dusz ludzkich rósł piękny, wrażliwy i delikatny kwiat, chroniący w sobie to, czego nie było już wokół – miłość, dobroć, współczucie, sprawiedliwość i prawdę.

   Tym bajecznym kwiatem była dziewczynka.

Polina, która zaczęła snuć swoją „bajkę o Groznym” mając 9 lat tuż przed rozpoczęciem pierwszej wojny rosyjsko-czeczeńskiej w 1994 roku. Dorastała w w trakcie drugiej w 1996 roku i trzeciej, która przyszła jesienią 1999 roku. Miała wtedy 14 lat. Grozny udało jej się opuścić w 2014 roku mając lat 19, nerwicę, chore serce, żołądek, wątrobę i rany nóg po odłamkach bomby. Wszystko, co widziała i przeżyła zapisała w zeszytach, które zabrała ze sobą.

Początkowe wpisy były rejestracją otaczającej ją rzeczywistości. Najważniejszych wydarzeń z życia miasta, bloku i własnej rodziny oraz potrzeby pokoju. Ten temat przewijał się w wyrażanych pragnieniach, wymyślanych bajkach, życzeniach mających odczarować świat wokół oraz we własnych wierszach, które również zapisywała w dziennikach:

Przez całe życie chcę

Jak w bajce

Przestrzenie oceanu pruć,

I wolną być,

I wolność czuć.

 

Do tajemniczej dotrzeć wyspy,

Co szmaragdowe brzegi ma,

Gdzie przyjaciółmi są mi wszyscy

I pokój, zawsze pokój trwa!

A to jego, na przekór rzeczywistości, kolorowy oryginał - Marzenie.

Z czasem z etapu pytań o sens wojny wraz z wiekiem przeszła do pytań o własną, skomplikowaną tożsamość, pisząc – Z powodu nazwiska wielu uważa nas za Rosjanki. Ale czy można to jednoznacznie rozsądzić? Matka mojej mamy była Rosjanką. Ojciec mamy - Kozakiem dońskim. Matka mojego ojca – polską Żydówką. Ojciec ojca – Czeczenem. W rodzie mamy byli Tatarzy, Gruzini, Osetyńcy, Ormianie, Ukraińcy, Czerkiesi. W rodzie ojca byli Francuzi, Hiszpanie, Polacy, Czeczeni. Kto sprawdzi skład mojej krwi kropla po kropli? Zaczęła podważać podziały w swojej ojczyźnie - Czeczenii. Unieważniała granice wyznaczane przez nazwisko, narodowość, rasę, pochodzenie. Miała ochotę krzyczeć – Ja nie jestem ani z wami, ani z nimi! Jestem zwyczajnym człowiekiem! Wszystko mi jedno do jakiego należycie narodu! Ważna jest dla mnie sprawiedliwość, a nie długość nosa czy kolor skóry! Uznając śmierć za swoją nieodłączną towarzyszkę, chciała chronić życie i je ratować, bo ochrona życia to najlepsze. Co można robić na Ziemi. Nikt nie ma prawa zabijać! Zaczęła również rozumieć, że wszystko to służy walce o dostęp do ropy. W morzu nienawiści próbowała wydeptywać własne ścieżki prawości, życzliwości, miłości, uczciwości, prawdomówności i wstrzemięźliwości seksualnej. W wieku 13-14 lat jej koleżanki stawały się żonami i matkami. Narażała się przez to na ciągły ostracyzm społeczny i niebezpieczeństwo śmierci.

   A mimo to była w tej postawie niezłomna i bezkompromisowa.

   Czytając dzienniki tej wyjątkowej dziewczynki, a potem dorosłej w ciele nastolatki, próbowałam znaleźć czynniki, które uchroniły ją przed powszechną w jej środowisku  demoralizacją młodzieży. Wręcz wzmocniły nietypową postawę dobroci, wrażliwości i współczucia dla ludzi i zwierząt. Brałam pod uwagę cudowną zdolność przystosowawczą dzieci do warunków zastanych i zmiennych, ale inne dzieci, zdeprawowane i powielające negatywne wzorce dorosłych, takie nie były. Matka również nie była dla niej wsparciem. Sama zniszczona psychicznie przez wojnę, z nerwicą i depresją, dostarczała dodatkowych cierpień dziewczynie. Bita, wyszydzana, poniżana, wyganiana z domu, rozumiała agresywne zachowanie matki i opiekowała się nią, handlując, zdobywając żywność, pracując i w międzyczasie... ucząc się!. Mimo że zabijała w córce to, co Polina miała najcenniejszego – przebogaty świat wewnętrzny, który potrafiła opisać słowami.

   W tym sensie była przeraźliwie samotna.

   Tym, co ratowało piękno duszy i myśli Poliny okazała się literatura. Dziewczyna od najmłodszych lat dużo czytała. Autorytetów i drogowskazów w wyborach i postępowaniu szukała w twórczości Osipa Mandelsztama, Aleksandra Błoka, Michaiła Lermontowa, Aleksandra Dumasa, Romaina Rollanda i wielu, wielu innych. Twórczość Lwa Tołstoja i Williama Szekspira znała na pamięć! Uciekała w ten świat podczas kanonady ogniowej. Recytowała w myślach wiersze, powieści i dramaty podczas chwil zagrożenia. W koszmarnym huku ostrzału jej mieszkania rodziła się jej własna poezja. Między innymi ten wiersz z 31 października 1999 roku:

Pamiętasz nasz Grozny w dniach bitwy,

Gdy strzelał śmigłowiec seriami,

A dzieci nad kotkiem zabitym,

Wśród kul zalewały się łzami?

Próbowała również w swojej rzeczywistości odnaleźć Boga, czytając Biblię, Koran i literaturę na temat buddyzmu, by dojść do wniosku, że religie, które tak bardzo dzielą ludzi, wszystkie one są na swój sposób dobre, tylko ludzie źle wypełniają przykazania Boże.

   Czytała i pisała, by uratować się.

   Początkowo notowanie dawało jej poczucie bezpieczeństwa, pisząc – Nie wiem, w jaki sposób przyjdzie po mnie śmierć, i nie boję się tylko wtedy, kiedy piszę. Z czasem nabrała przekonania o sensie swojego istnienia właśnie w Groznym, odnotowując – Na planecie Ziemia pojawiłam się, żeby być świadkiem. Widocznie to moja karma. Jestem świadkiem, nie uczestnikiem. W takiej roli jest mi trudniej. To znaczy, że powinnam wszystko zapisywać. Utrwalać historię. Nie wiem, czy czytelnicy zrozumieją sens tych moich zapisków: tych, którzy czynią zło, okalecza ono bardziej niż tych, którzy są jego ofiarami.

   To jedno w wielu przesłań tych dzienników.

   To spojrzenie dziecka o starej duszy z epicentrum piekła wojny jest dla mnie uzupełnieniem obrazu Czeczenii poznanej z opowieści dorosłego mężczyzny Jestem Czeczenem Germana Sadułajewa i czeczeńskiego lekarza Khassana Baieva Przysięga. Chirurg na wojnie. W Polsce wspomnienia Poliny ukazały się po raz pierwszy w 2017 roku w formie spektaklu teatralnego Dziennik czeczeński Poliny Żerebcowej w wykonaniu Andrzeja Seweryna, w reżyserii Iwana Wyrypajewa.

Teraz jest możliwość poznania całego dziennika dzięki opublikowaniu go przez Ośrodek Karta w serii Oblicza XXI Wieku, która przybliża „punkty zapalne” świata współczesnego widziane oczami ich świadków.

   Dzienniki Poliny to nie bajka, to nasz świat tu i teraz.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Warto wysłuchać wywiadu z Andrzejem Sewerynem, wykonawcą spektaklu.

sobota, 12 stycznia 2019
Słowa, które zmieniły Polskę - Katarzyna Bock-Matuszyk i in.

Słowa, które zmieniły Polskę – komentarze do tekstów źródłowych napisali Katarzyna Bock-Matuszyk, Monika Piotrowska-Marchewa, Barbara Techmańska, Joanna Wojdon, Leszek Ziatkowski
Wydawnictwo Dolnośląskie , 2018 , 224 strony
Literatura  polska
  

   Słowa mają siłę!

   Słowa mają moc! O ich potędze budowania, tworzenia i zmieniania przekonaliśmy się, kiedy Jan Paweł II wypowiedział jedne z najbardziej znanych i zapamiętanych – Niech zstąpi Duch Twój. I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! Dlaczego autorzy tego opracowania wybrali akurat te, a nie, da mnie dużo ważniejsze – „Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali”? Ponieważ wprowadzili kryteria ich wyboru. Musiały pochodzić z przemowy, przemówienia, odezwy lub przysięgi oraz posiadać decydujący wpływ na dzieje i losy Polski. W ten sposób, spośród wielu ważnych myśli, jakie wygłosiło wielu, wybrali 32 najbardziej znaczące i ważne.

   Słowa, które zmieniły Polskę.

   Najpopularniejsze są księdza Jerzego Popiełuszki – Zło dobrem zwyciężaj czy Lecha Wałęsy – My, naród! Najmniej te, które sięgają początków naszego państwa przytaczane nie przez mówców, ale ich kronikarzy – Wincentego Kadłubka i Jana Długosza. Wiele z nich nie straciło nic ze swojej aktualności, jak Kazania sejmowe, tutaj przytoczone O zgodzie narodowej, czy mowa posła Wincentego Niemojewskiego, który apelował – Konstytucja jest ogień poświęcony ludu. Ułożone chronologicznie tworzyły swoistą sztafetę losów Polski w pigułce od XV wieku do przemówień ministra Bronisława Geremka podczas ceremonii podpisania aktu przystąpienia Polski do NATO oraz prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej, w których obaj użyli wyrażenia – Dla naszej i waszej wolności.

   Wśród nich były również słowa destrukcyjne i niszczące.

   Przede wszystkim ducha narodowego i nadzieję na niepodległość. Zniewalające cara Aleksandra II – Przede wszystkim porzućcie nadzieję czy grożące premiera Józefa Cyrankiewicza – Władza ludowa rękę odrąbie. To była dla mnie okazja nie tylko do przypomnienia sobie ważnych wypowiedzi, ale również ich oryginalnego brzmienia i pisowni, pozostałej treści mowy oraz historycznego kontekstu ich powstania. Zadbali o to autorzy, historycy i wykładowcy w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy każdy rozdział poprzedzili wizerunkiem mówcy z omawianą frazą, a oryginalną wypowiedź opatrzyli komentarzem i krótkimi biogramami postaci historycznych będących bohaterami treści.

Najtrudniej, ze względu na staropolszczyznę, czytało mi się przemowę Mikołaja Sienickiego wygłoszoną na sejmie w 1553 roku ze znaczącymi słowami – To egzekucją zowiemy, a skierowaną przede wszystkim do króla Zygmunta Augusta. Już pierwsze zdanie totalnie rozłożyło moją logikę rozumowania na łopatki – Na tym nie mało a snać wszystko nam należało zawżdy, iż to było wżdy wolno Polakom domówić się u Pana swego swobody i sprawiedliwości swej, k temu był ten, kto się tego domówić miał. Potem wcale nie było łatwiej, bo autor słów słynął ówcześnie ze swojej nieprzeciętnej erudycji i oratorstwa.

   Również wzruszyłam się!

   Słowa prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego – Chciałem, by Warszawa była wielka, wyjęte z kontekstu, nie niosą takiego ogromu ładunku emocjonalnego, jak cała przemowa radiowa z 23 września 1939 roku. Pojawia się on w nawiązaniu do jego dokonań dla Warszawy do wybuchu II wojny światowej, w kontekście uciekającego rządu i jego decyzji o pozostaniu i w pięknie użytej metaforze, która w beznadziejnej sytuacji buduje nadzieję w mieszkańcach bombardowanej stolicy.

   Publikacja nie ma charakteru pomocy dydaktycznej.

   Autorzy kierują ją do wszystkich, licząc jednak, że może zainteresować i zainspirować nauczycieli i uczniów, a także studentów, dziennikarzy i wszystkich innych zainteresowanych historią Polski i historią polskiej retoryki. Zastanawiam się kto, co powie i w jakich okolicznościach zapisze się w narodowej pamięci jako kolejny „złotousty”.

   Mam nadzieję, że tylko i wyłącznie w budujący sposób.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Siła słów człowieka, który mówił i czynił.

niedziela, 06 stycznia 2019
Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie – Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert

Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie: korespondencja 1955-1966 – Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert;  opracowanie edytorskie Ryszard Krynicki
Wydawnictwo a5 , 2018 , 168 stron
Literatura  polska
   

   Frywolitki!

   Od frywolnego stylu. Żadne inne określenie nie pasuje mi do oddania charakteru korespondencji między Księciem Poetów a Noblistką.

Lekkiej, żartobliwej, autoironicznej, serdecznej, uprzejmej, delikatnej i przede wszystkim kokieteryjnej. A zaczęła się od pierwszego, oficjalnego listu W. Szymborskiej jako redaktorki Życia Literackiego, w którym prosiła Szanownego Kolegę o wiersze do rozkładówki poświęconej poetom. A potem było coraz cieplej i Kolega stał się Drogim, miłym bardzo, Najmilszym, Uroczym, by awansować do Tamaryszku, źrenicy jej oka, Poety z Bożej Łaski, Popiersiem Kochanym i Kochanym Wspaniałym Frąckowiakiem, pod którego adresat czasami się podszywał. A on do niej nie mniej serdecznie i z uwielbieniem – Śliczna moja; Wisełko droga, roztomiła; Mój Księżycu Luno moja; Wisła, Ty moje życie; Ty która jesteś miłości profilem i najpiękniejszy zwrot – Jezioro Łabędzie mych dzikich snów, Kolumno i Różo mej tęsknoty.

   Równie ciekawie i zabawnie kończyli swoje listy.

   Kochana Wisełka ściskała serdecznie, kochając Jego i Ojczyznę. Wyrażała cześć i ogólnoludzkie współczucie, a nawet tarzała się w pyle. Kochany Herbert zapewniał, że do nóżek się ścieli, do stóp kornie się chyli, całując ręce, szyję, łokcie, uszy, alabastrowe palce oraz wszystkie inne wypukłości.

   To tylko wyimki z obfitości zwrotów, którymi się obdarzali.

    Sama treść listów krótka lub bardzo krótka. Czasami w formie wiersza.

Ograniczona do pozdrowień, zaproszeń, życzeń, próśb czy spraw zawodowych, w których redaktorka najczęściej prosiła poetę o przysłanie wierszy do publikacji. Czasami odręcznie ilustrowanych.

Pisane na papierze firmowym, pocztówkach, kartkach papieru, kartonikach, stronach tytułowych tomików poezji wzajemnie sobie darowywanych.

By z czasem kreślić słowa na słynnych wyklejankach wykonywanych ręcznie przez W. Szymborską. Uwielbiałam je oglądać, podziwiając pomysłowość i humor.

I tylko od czasu do czasu, z krótkiej wzmianki, znając biografię obojga, domyślałam się ukrytego za nią braku pieniędzy, alkoholizmu czy depresji Z. Herberta. Jednak ta znajomość nie jest konieczna, by czerpać przyjemność z korespondencji, która, wbrew ówczesnym, siermiężnym czasom niedostatku wszystkiego, niesie ogrom optymizmu. Autor opracowania Ryszard Krynicki zadbał o czytelność przekazów w treści listów. Każdy opatrzył opisem wyglądu, czasami dołączając zdjęcie oryginału. Dodatkowo umieścił krótkie informacje o wspominanych w treści wydarzeniach, osobach czy faktach z życia korespondentów. Pozostało we mnie uczucie wzajemnej fascynacji i przyjaźni trwającej kilkadziesiąt lat. Jak zadeklarował Z. Herbert w jednym ze swoich listów – aż po smętarz.

sobota, 05 stycznia 2019
Miasto utracone – Michael Wieck

Miasto utracone: młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina – Michael Wieck
Przełożyła Magdalena Leszczyńska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 336 stron + 20 stron zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Niemcy
Literatura  niemiecka

   Königsberg – Kaliningrad, a po polsku Królewiec.

   Już ta zmienność nazw miasta najpierw w Prusach Wschodnich, potem w ZSRR, a obecnie w Rosji, sugeruje jego niespokojne dzieje.

Świadkiem tych zmian był chłopiec, który urodził się w 1928 roku w Königsbergu, a opuścił Kaliningrad w 1948 roku jako nastolatek. Z tego okresu aż piętnaście lat życia określił mianem piekła z kręgami schodzącymi w dół skali coraz dotkliwszego cierpienia, eskalacji zniewolenia, prześladowań, dyskryminacji, nędzy i zagrożenia życia.

   Pierwszy krąg to był narastający nacjonalizm i antysemityzm przedwojenny, a potem okupacja niemiecka. Od tych najwcześniejszych wspomnień autor rozpoczął opis lat dziecięcych, będących kontrastem dla czasów zniewolenia zarządzeniami niemieckimi. Podkreślał przede wszystkim absurdalność własnego położenia i sytuacji z tym związanych. Był dzieckiem ewangelika i Żydówki, wychowywany w wierze mojżeszowej. Jego kuzynkę, znaną aktorkę, gościł u siebie Hitler, odwiedzał go przyrodni brat, oficer Wermachtu, a on sam nosił żydowską gwiazdę wykluczającą go ze społeczeństwa. Piętno wskazujące go na wyeliminowanie z ludzkości w ostatecznym rozwiązaniu „kwestii żydowskiej”. Jak sam napisał – Dla mnie, lubiącego zabawę i cieszącego się życiem chłopca, była to sytuacja paradoksalna – z jednej strony byłem krewnym podziwianych osobistości, z drugiej zaś należałem do osób oficjalnie wyklętych. Przeżył ten krąg osaczenia, głodu i śmiertelnego niebezpieczeństwa pomimo kilkuset antyżydowskich zarządzeń, z których tyko 250 wprowadzono zanim wybuchła wojna. By wejść głębiej w piekło i znaleźć się w kręgu drugim – walk o Königsberg. Oskarżając bezsensowność obrony pochłaniającej tysiące ofiar, przeżył straszliwe naloty bombowe, w których Rosjanie użyli bomb zapalających wywołujących burze ogniowe, a które pozostawiły po sobie setki tysięcy trupów i 50% zgliszczy.

   Jeszcze głębiej, w krąg trzeci wkroczył wraz z zajęciem przez sowietów miasta. Pod ich zarządem nie był Żydem, lecz Niemcem. I tak też go traktowali. Z nienawiścią i pogardą. Podekscytowani do granic, rozswawoleni w swojej radości ze zwycięstwa, zadziwieni pełną luksusowych urządzeń cywilizacją, pijani, bez kontroli i bez żadnych hamulców szli za głosem popędów, obojętnie, czy chodziło o seks, władzę, posiadanie, żarcie, chlanie czy mord; nie obawiali się przy tym żadnej kary czy innych konsekwencji. Przez przypadek trafił do obozu koncentracyjnego, w którym nie był w stanie udowodnić, że nie jest nazistą, nie służył w niemieckim wojski i nie należał do Werwolfu. Nic poza tym ich nie interesowało, o Żydach i żydowskim losie nie chcieli słuchać. Obóz opuścił w koszmarnym stanie, nie mogąc przejść nawet 500 metrów do miejsca zamieszkania rodziców. By przeżyć, kradł, włamywał się, handlował skradzionym towarem, poszukiwał resztek jedzenia w ruinach i wykonywał prace nakazaną – stolarza, elektryka i grabarza zmarłych znajdywanych w ruinach. Musiał pokonać też choroby – tyfus, świerzb, złamania, a nawet malarię.

   Był zaszczutym zwierzęciem wśród drapieżników czasu kanibalizmu.

   Jego wspomnienia, ułożone rozdziałami chronologicznie, koncentrowały się na jednym, ważnym wydarzeniu, wokół którego budował obraz przeżyć. Mając świadomość, że nie do końca wyczerpał tą metodą zasoby pamięci, uzupełnił je luźnymi skojarzeniami i nawiązaniami umieszczonymi na końcu książki, pokłosiem reakcji czytelników na pierwsze ich wydanie oraz swoimi odpowiedziami na nie, a także fotografiami. Powoływał się również na raporty i wspomnienia innych świadków tamtych wydarzeń – lekarza, dowódcy obrony Königsbergu czy niemieckich oficerów.

   Autor nie ograniczył się tylko do opisów przeżyć, widzianych obrazów i skrajnych emocji, których był narratorem już jako człowiek dorosły. W wyjątkowych, ważnych dla niego momentach, przechodził do narracji teraźniejszej tak, jakby na nowo przeżywał ich brzemię i wymiar nieszczęść. Bagaż, który musiał dźwigać na kruchych, dziecięcych barkach w trosce o siebie i swoich rodziców, a który rozładowywał muzyką. Pomimo grozy wokół, słuchał jej i ćwiczył grę na skrzypcach. Talent odziedziczył po rodzicach, obojgu zawodowych muzykach. Wrażliwość, którą muzyka go obdarzała, była źródłem wytchnienia i wsparciem psychicznym, ale i wadzenia się z Bogiem. W efekcie tych „rozmów” odszedł od praktykowania wiary mojżeszowej, uznając za swoją filozofię Barucha Spinozy. Przez cały czas weryfikował wartości kodeksu moralny z życiem, w którym ojciec-moralista potępiał jego złe uczynki – kradzieże, oszustwa i włamania. Dla mnie były to bardzo ciekawe momenty i bezpośrednie doświadczenie dokonywania przez człowieka uwikłanego wyborów między teorią skazującą na śmierć a praktyką dającą szansę na przeżycie w warunkach skrajnych. Autor stale poszukiwał odpowiedzi na coraz liczniejsze pytania – Komu jednak bywa dane osiągnąć poziom swoich mistrzów? (...) ...czy wzniosłe ideały mają rację bytu w każdej sytuacji życiowej? Czy w naszym ekstremalnym położeniu nie potrzeba innych wytycznych? Czy było szlachetniej i właściwiej umrzeć, nie robiąc nic, czy przeżyć, kradnąc?

   Cudem przeżył z rodzicami te trzy kręgi piekła.

   Jak każdy świadek tak ekstremalnych  wydarzeń. Trudność autora polegała na podwójnej roli ofiary nazizmu i komunizmu. Sam nie potrafił tego wytłumaczyć, pisząc – Hitler chciał uczynić Europę wolną od Żydów, Stalin – Prusy Wschodnie od Niemców. Jednak i tak nie da się porównać jednego z drugim. To, że zdołałem przeżyć działania ich obu, wydaje mi się niepojęte. Ale to dzięki tym wspomnieniom, ja, człowiek współczesny, mogę być po obu stronach opisywanych wydarzeń – ofiary i kata. Ludności cywilnej i żołnierzy sowieckich, których wspomnienia czytałam wcześniej w Sołdacie Nikołaja Nikulina i Pruskich nocach Aleksandra Sołżenicyna. Ten wspólnie zbudowany obraz pozwolił dostrzec mi bezsilność jednostki uwikłanej w tragizm wydarzeń historycznych. Bezradnej wobec zmian, ale i zmieniającej się pod ich wpływem. Autor w swoich rozważaniach moralnych doszedł do takiego samego wniosku, jak wielu mu podobnych w opisywanych doświadczeniach – ...postulat miłości – tak wówczas, jak i obecnie zbyt rzadko realizowany – także w moim przekonaniu był i pozostanie jedynym kluczem do pokoju. To przede wszystkim przesłanie zmarłych, którym poświęcona jest ta książka.

   Autor użyczył im tylko głosu.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 02 stycznia 2019
Kreatorki – Julia Pańków , Lidia Pańków

Kreatorki: kobiety, które zmieniły polski styl życia – Julia Pańków , Lidia Pańkówi
Wydawnictwo Muza Sport i Turystyka , 2018 , 432 strony
Literatura  polska
   

   Kreatorki? Też, ale przede wszystkim pionierki!

   Dziesięć najważniejszych kobiet w Polsce, które miały znaczący wpływ na styl życia Polaków. Na to, gdzie i jak mieszkali, jak się ubierali, jakimi przedmiotami się otaczali, co czytali i oglądali. Dziesięć pionierek tworzących polską kulturę zwłaszcza tę powojenną. Zgadzam się z autorkami tego opracowania, które napisały – Choć ich działania miały wpływ na naszą codzienność, nazwiska w większości pozostają nieznane w szerszych kręgach.

Spośród nich znałam tylko dwa. Jadwigę Grabowską z monografii Moda Polska WARSZAWA Ewy Rzehorzek i Xymenę Zaniewską z prowadzonego przez nią w latach 90. teleturnieju telewizyjnego Stawka większa niż szycie promującego projektantów-amatorów. To tutaj z zaskoczeniem dowiedziałam się, że mój Świerszczyk z lat dzieciństwa ilustrowała Danuta Konwicka. Żona dużo bardziej znanego Tadeusza Konwickiego. A dobrze znany Przekrój współzałożyła, prowadziła i tworzyła Janina Ipohorska. Ciekawym jest to, że każda z nich swój talent, zdolności, pomysły i pracę przedkładała nad własne ego artystyczne. Chciały funkcjonalnych, przyjaznych osiedli i mieszkań, piękna przestrzeni tworzonej wokół, gustownego stylu w ubiorze, praktycznych wnętrz i ich wyposażenia, a nawet dobrych obyczajów w zachowaniu, dla wszystkich Polaków. Po wojnie większość odbudowywała kraj, a bohaterki tego opracowania odbudowywały poczucie estetyki i dobre zwyczaje. Po prostu kulturę, która była bardzo potrzebna w czasach powojennego awansu społecznego chłopów i robotników. W czasach siermiężnej komuny, której egalitaryzm objął wszystkie dziedziny życia społeczeństwa, było im bardzo trudno go przezwyciężać.

   Zwłaszcza kobietom.

   Jedne zdobywały przestrzeń i ludzi do swojej działalności silnym charakterem, jak „dyktatorka” Jadwiga Grabowska w Modzie Polskiej, „imperatorka” Zofia Szydłowska w Cepelii czy „żelazna dama” Xymena Zaniewska w telewizji. Nie bez powodu te przydomki autorki uczyniły tytułami rozdziałów im poświęconych. Inne wchodziły w związki z mężczyznami, by ułatwić sobie, w zdominowanym przez mężczyzn świecie, start i działalność tak, jak architektka Barbara Brukalska. Ukrywały się również pod męskimi pseudonimami, jak redaktorka Janina Ipohorska. Pozostałe walczyły o spełnianie marzeń, wybierając drogę samotną i samodzielną, świadomie poświęcając na ich realizację życie osobiste i rodzinne tak, jak projektantka Teresa Kruszewska czy graficzka Wanda Telakowska.

   Tworzyły z pasją!

   Kierowały się przy tym wartościami humanistycznymi. Często w duchu Stefana Żeromskiego czy Cypriana Kamila Norwida. Poza tym różniły się wszystkim – pochodzeniem, stanem majątkowym, przeszłością, wykształceniem czy temperamentem. Każdy rozdział otwierało zdjęcie jego bohaterki.

Przez tę swoistą furtkę wchodziłam do przeciekawej historii nie tylko ich życia zawodowego i osobistego, ale również w dziedzinę, w której spełniały się całkowicie – architekturę, fotografię, wzornictwo, grafikę, ilustrację, scenografię, modę, wyposażenie wnętrz, tworzące przy okazji spójny obraz szeroko pojętej ówczesnej kultury lat powojennych. Bogato ilustrowany fotografiami z ich życia i twórczości.

Szkoda, że wyłącznie czarno-białymi, które gasiły optymistyczny, energetyczny wydźwięk tekstu, a których szarość podkreślały te umieszczone na wyklejkach książki.

Poznałam historie kobiet wyjątkowych i zdawałoby się szczęśliwych, a jednak nie wszystkie miały to poczucie spełnienia. Były wśród nich kobiety zwycięskie zawodowo i wielkie przegrane w życiu osobistym. Najtragiczniejszą dla mnie postacią, której życie autorki opisały niczym wzruszający melodramat, była Janina Ipohorska. Jednak wszystkie mogą być wzorem niezłomności w konsekwencji podążania wybraną drogą i niezłomności w spełnianiu marzeń. Przykładem kreatywnego życia wbrew otoczeniu i czasom, w którym przyszło im dorastać, żyć i działać. Drogowskazem kierunku życia, który Janina Ipohorska ujęła w jednym z napisanych dla młodych Polaków poradników – Samo życie też kiedyś się zakończy, choć macie do tego dużo czasu. O ten czas mi chodzi, żebyście go nie tracili. Macie go dużo, ale żadna jego cząstka nie wraca się. Jednym z najgłupszych powiedzeń ludzkości jest, że jakaś czynność lub sytuacja dobra jest dla zabicia czasu. Jak można zabijać to jedyne, co naprawdę mamy, i to w ilości ograniczonej? Więc nie zabijajcie go, nie marnujcie. Wykorzystajcie każdą chwilę. Brzmi jak przesłanie kobiet z XX wieku do czlowieka wieku XXI, które każdą jego chwilę wykorzystały po to, by nam teraz żyło się lepiej i piękniej.

   Poczułam się zobowiązana do zrobienia rachunku sumienia.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 30 grudnia 2018
Pruskie noce – Aleksander Sołżenicyn

Pruskie noce  – Aleksander Sołżenicyn
Przełożył Michał B. Jagiełło ; ilustrowała Kasia Michałkiewicz-Hansen
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 128 stron
Literatura  rosyjska

   Ależ mi ta książka sprawiła niespodziankę!

   Zaskakującą i bardzo przyjemną. Czytałam ją dwa razy, zaczynając od środka. To w nim znajdowało się to wielkie dla mnie zaskoczenie.

   Tekst oryginalny!

   Pisany cyrylicą! Widok dla mnie, uwielbiającej język rosyjski, miód na czytelnicze serce. Zwłaszcza że ostatnio w oryginale czytałam dosyć dawno, ponad rok temu, przy okazji podsunięcia mi przez młodzież Dzikiej energii Mariny i Siergieja Diaczenków. Otworzyłam więc najpierw stronę z początkiem tekstu oryginalnego i popłynęłam na zaśpiewie i melodii języka, czytając dla większej przyjemności na głos. Z czasem zabrakło mi... tchu! Sprawiły to niesamowicie szybkie rytm, tempo i dynamika akcji. Nie da się czytać wolniej, tyle w nim pośpiechu, zdarzeń i emocji! Co ciekawe, to nie jest cały utwór autora, tylko fragment Dróżki. I tutaj kolejna niespodzianka.

   Utworu poetyckiego!

   Autor znany w Polsce przede wszystkim z monumentalnej prozy Archipelag GUŁag (i nie tylko!), tym razem zadebiutował poematem autobiograficznym, chociaż czytelnicy Bożych igrzysk Normana Davisa mogli przeczytać w nich jego niewielki fragment. Autor w 1945 roku został wysłany na front jako kapitan i dowódca baterii artylerii Armii Czerwonej. Był świadkiem i uczestnikiem wkroczenia wojska na teren Prus i od tego wejścia, od tego momentu, z rozmachem, z pewnością zdobywcy, z przytupem niemalże, rozpoczyna opis walk, grabieży, gwałtów, rabunku, rozstrzelań i pożogi podpalanych wsi. Działań nieograniczanych żadnymi normami moralnymi. To wojna, a

Wojna ma meduzy głowę –

i żołnierza pijanego,

Syna Związku Radzieckiego.

Kierującego się jedną, prostą zasadą:

KREW ZA KREW I ZĄB ZA ZĄB,

KRZYWDY MŚCIJ I KRZYWDY RÓB;

Autor przygląda się tym czynom jako obserwator, ale i jako ich uczestnik. Nie jest wolny od deptania wartości etycznych, bo

Po to się tu żołnierz wdarł,

Żeby zgarnąć, co się da –

O „trofieje” bitwa trwa!

(...)

Więc łapczywie wszystko zbieram –

Nędzarz, barbarzyńca, dzikus,

Choć w mundurze oficera!

Rozkoszuję się tym skarbem,

I wskazuję zdobycz palcem:

„To weźmiemy... To weźmiemy...”

Przed kim miałbym się rumienić?

Nie cofając się nawet przed gwałtem, gdy nadarza się ku temu okazja, zadając pytanie:

Takiś mądry, moralisto?

To pomieszkaj u nas trochę!

Sam również nie ocenia i nie oskarża, tłumacząc:

Byłem w piekle... Sądź człowieku,

Czyja wina. Któż to wie?

Powiedz: z perspektywy wieków

Lepiej widać ją, czy nie?

To wyraźne przesłanie do przyszłych pokoleń zawarte w bezpośrednio kierowanych pytaniach do czytelnika, który ma również nie osadzać i nie oceniać, bo tam nie był i nie przeżył upodlenia. Daleka jestem od tego i wiem, że nie jest ani lepiej, ani prościej ująć czasy odczłowieczające ludzi, które autor oddał na niemalże jednym oddechu. W krótkich kadrach-obrazach. Wyskandowanych, niemalże wykrzyczanych wersach. Pełnych skondensowanych emocji, budujących wszystko, co kryje w sobie pojęcie – wojna. To przerażenie widać w szeroko otwartych oczach:

   Jestem pod wrażeniem oddania tego całego ładunku przez tłumacza, jakie niesie ze sobą ten poemat. Tego tempa i dynamiki. Nie miał łatwego zadania, bo musiał te emocjonalne obrazy wtłoczyć jeszcze w rymy. Przyjemność czytania obu wersji językowych zwiększyła ilustratorka, której interpretację tekstu widziałam w dołączonych rysunkach. Białe, oszczędne kreski na czarnym tle.

Niepokojące, poruszające i wyraziste w symbolice.

   Sam temat wkraczania wojsk sowieckich na tereny „wyzwalane” ujęty w literaturze przez ich świadka i uczestnika nie jest mi obcy, chociaż jeszcze rzadki. Ten obraz obserwatora widziałam we wspomnieniach Nikołaja Nikulina Sołdat. Te same refleksje na temat okrucieństwa i potworności wojny zmieniającej człowieka w nieludzką istotę do zabijania, grabieży i gwałtów, ale podane w formie wspomnień oddanych prozą. O tym podobieństwie wspomina również tłumacz w Posłowiu, który przytacza bardzo ciekawą i trudną historię dziejów Dróżki. Poemat powstał w 1947 roku w łagrze, w... pamięci autora. Na skrawkach papieru notował wiersze, najwyżej po 30-40 linijek, następnie zapamiętywał je, a notatki natychmiast palił, żeby nie wpadły w ręce strażników. Był to gigantyczny wysiłek, bo poemat składa się z dziesięciu części, liczących łącznie ok. 300 stron (12.000 linijek). Tekst spisał z pamięci dopiero w 1965 roku, by przemycić na na Zachód i ostatecznie w Rosji opublikować go dopiero w 2004 roku! Czytając te sensacyjne dzieje utworu, skojarzyłam je z powstaniem Rozmów z katem Kazimierza Moczarskiego, który podobnie spisał je z pamięci, narażając się na wątpliwości i zarzuty, że to jest niemożliwe tak dokładnie zapamiętać liczne dialogi z Josefem Stroopem. Jak okazuje się, jednak możliwa jest tak fenomenalna pamięć, zwłaszcza że autor poematu nie był jedyny. Jego przyjaciel Anatolij Wasiliewicz Silin zapamiętał aż 20.000 linijek własnej twórczości.

   Nasunęło mi się pytanie – dlaczego wydano tylko fragment, a nie całość poematu?

  Odpowiedź znalazłam w Posłowiu – Po latach sam Autor uznał, że z całego poematu Dorożeńka tylko rozdział Pruskie noce okazał się udany pod względem literackim i faktycznie tylko on był potem drukowany i tłumaczony. No cóż, koneserom, studentom, historykom, literaturoznawcom, badaczom i  krytykom twórczości autora całość pozostaje nadal tylko w oryginale.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na podstawie utworu powstała praca filmowa Doroty Nieznalskiej. Tutaj jej zwiastun.

piątek, 28 grudnia 2018
Flirtując z życiem – Danuta Stenka , Łukasz Maciejewski

Flirtując z życiem – Danuta Stenka w rozmowie z Łukaszem Maciejewskimi
Wydawnictwo Znak Literanova , 2018 , 380 stron + 12 kart zdjęć
Literatura  polska
  

   Miałam oczy pełne łez... szczęścia!

   Poczucia cudu życia. Jego doceniania w drobnych rzeczach. Jego urody i uroku widocznych przede wszystkim w drobiazgach i w zwykłości. W pogoni życia niezauważalnych. Reakcja niczym po poradniku życiowym, a ja przecież przeczytałam tylko wywiad z aktorką. A zaczął się bardzo ciepło i nostalgicznie – od pszczół, pasieki i miodu pachnącego łąkami. Niósł ze sobą poczucie bezpieczeństwa, jakie daje szczęśliwe dzieciństwo, które dla aktorki jest energią do działania. Korzeniami, z których czerpie siłę do pracy. Bazą wartości do bycia dobrą aktorką, żoną, matką, ale przede wszystkim człowiekiem. To stały motyw wywiadu udzielonego filmoznawcy, krytykowi filmowemu i teatralnemu, Łukaszowi Maciejewskiemu, który ujęła refleksyjnie – ...człowiek, bez względu na epokę, na szerokość i długość geograficzną, bez względu na wszystko, co mu życie sprezentowało i z czego go ograbiło, jest aż i tylko człowiekiem.

   W aktorce widziałam przede wszystkim właśnie człowieka.

   Z dzieciństwem pachnącym miodem z kaszubskich kwiatów i ziół. Z dorastaniem do wyboru drogi życiowej, na którą pchnęli ją najbliżsi. Z zawodem, w którym rzemiosło traktowała jako punkt wyjścia, tylko moment startowy do ambitnego sięgania po artyzm sztuki aktorskiej. Z własnymi ułomnościami, które rzutowały na jej satysfakcje lub rozczarowania z efektów pracy. Z kruchą, wrażliwą psychiką i niemocą fizyczną, gdy dopadła ją depresja. Z rodziną i domem traktowanych jak azyl i twierdzę. Z poglądami na otaczającą nas rzeczywistość, przemijanie, cenę sukcesów, przyjaźń, zaufanie, miłość i wartości wyniesione z dzieciństwa, dzięki którym znajdywała w chaosie swoje miejsce dla siebie. Z wiarą w Boga, o którym mówi bardzo mało, bo wolała uwidaczniać ją w czynach oraz podejmowanych wyborach i decyzjach. I wreszcie z wywiadem dwojga rozumiejących się ludzi, w którym żadne nie sięgało po sensację, pikantne informacje, plotki, niedyskrecje, skandale, by zapewnić książce poczytność. Czułam się w nim dobrze, przyjemnie, bezpiecznie i znajomo. Nie było znanej, popularnej i nagradzanej aktorki.

   Był człowiek.

   Przyjazny, serdeczny, wyrozumiały, ciepły, który trochę przeżył i podzielił się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami ze mną. Wiele z nich było potwierdzeniem moich odczuć i myśli. Niektóre były dla mnie nowe. To tutaj po raz pierwszy tak naprawdę poznałam, a raczej poczułam, trud emocjonalny aktorstwa traktowanego jako sztukę, w którym szanuje się czas widza. Byłam, jako taka, ważna dla aktorki. To odwrócone podejście do tandemu aktor-widz uczyło przede wszystkim szacunku. Wzajemnego!

   Miała ta rozmowa przyjaznych sobie ludzi coś terapeutycznego.

   Budującego pomimo trudów, problemów i barier do pokonania, do przezwyciężenia. Może to sprawiło ludzkie podejście do czytelnika? Może ukochanie cudu życia? A może podobieństwo wartości dyktujących postępowanie, w którym wolę dać się oszukać dziewięciu osobom, niż nie pomóc dziesiątej rzeczywiście potrzebującej? Jestem przekonana, że nie jestem wyjątkiem w tych odczuciach, skoro do mnie trafiło wznowienie pierwszego wydania opublikowanego w 2013 roku. Wygląda na to, że potrzebujemy takich wolnych od negatywnych emocji rozmów ciepłych, mądrych i po prostu ludzkich, z drugim człowiekiem, który wie, jak docenić życie. Jak dostrzec jego cud. Umocnić mnie w tym przekonaniu, w które czasami wątpię. Może dlatego miałam wrażenie, że rozmowa toczyła się nieśpiesznie na zielonej trawie, w ciepłych promieniach słońca. Zaskoczyło mnie zdjęcie, które ten efekt zburzyło, ujawniając rzeczywiste kulisy spotkań.

Czasami zdjęcia, a jest ich w książce dużo, nie są potrzebne. A może są po to, by pokazać dwoistość postrzegania rzeczywistości? Tej zewnętrznej, kreowanej przez media i tej wewnętrznej, którą poznałam tutaj.

   Pięknej w swojej normalności!

   Zamknęłam książkę z ogromnym ładunkiem pozytywnych emocji, ciesząc się z rozmówcami ostatnim obrazem - opisem pszczoły wskazującej kierunek patrzenia na życie. Otrzymałam jeszcze coś – furtkę do codziennego wychodzenia na świat w postaci modlitwy. Uniwersalnej prośby dla wierzących i niewierzących chcących być człowiekiem po prostu przyzwoitym, o której autorka mówi – Myślę, że jeśli poważnie traktować, rozumieć to, co się mówi, wówczas niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący czy nie, czy zwraca się do Boga czy umawia z samym sobą, ta modlitwa pozwala wyjść na spotkanie nowego dnia i każdego człowieka otwartym, empatycznym, uważnym... Oto ona: „Panie, w ciszy wschodzącego dnia przychodzę Cię błagać o pokój, mądrość i siłę. Chcę patrzeć dziś na świat oczami przepełnionymi miłością, chcę być cierpliwa, wyrozumiała, cicha i mądra, nie ulegać pozorom, widzieć Twoje dzieci tak, jak Ty sam je widzisz, i dostrzegać w nich to, co dobre. Daj mi taką życzliwość i radość, żeby wszyscy, z którymi się dzisiaj spotkam, odkryli Twoją obecność. I niech będę dla innych chlebem, jak Ty jesteś nim dla mnie każdego dnia. Ta książka ma w sobie to wszystko - dobry, smaczny i pożywny chleb.

   Dziękuję.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Flirtując z życiem [Łukasz Maciejewski, Danuta Stenka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Aktorka o swojej książce.

środa, 26 grudnia 2018
Lwowski ptak – Piotr Tymiński

Lwowski ptak – Piotr Tymiński
Wydawnictwo Novae Res  , 2018 , 376 stron
Literatura  polska
     

   Na te groby powinni z daleka przychodzić pielgrzymi, by się uczyć miłości Ojczyzny.

   Te słowa mogłyby dotyczyć każdego wydarzenia z historii Polski w długiej sztafecie pokoleń walczących o jej niepodległość. Akurat te zostały wyjęte przez autora tej książki z wiersza Kornela Makuszyńskiego O Cmentarzu Orląt Lwowa. Z wykształcenia historyk, znający bardzo dobrze przebogatą w akty heroizmu przeszłość Polski, wybrał na swoją powieść akurat dwadzieścia dwa dni Obrony Lwowa w listopadzie 1918 roku.

   Dlaczego?

   Na to pytanie odpowiedział w nocie „Od autora” – W dwudziestoleciu międzywojennym wspaniały obraz zmagań lwowskich dzieciaków dał Artur Schroeder w zbiorze opowiadań Orlęta. Były one dla mnie inspiracją. Wzruszony lekturą tej książki postanowiłem napisać powieść, oddając w ten sposób pokłon autorowi powyższego zbioru. Również hołd 439 obrońcom Lwowa poległym w listopadowych bojach, spośród tego grona 109 osób to uczniowie. To dlatego główną bohaterką uczynił niespełna szesnastoletnią Antoninę. Dziewczynę nietypową, bo chcącą walczyć na pierwszej linii frontu. Nie interesowała ją funkcja sanitariuszki. Chciała bić się z bronią w ręku. Ten zabieg ze strony autora przydał powieści troszkę tajemnicy i sensacji, ponieważ pozwolił ujrzeć walki o Lwów oczami dziewczyny, która musiała pokonać nie tylko normy obyczajowe narzucające kobietom rolę wspierającą mężczyzn z miejscem w sanitariacie lub w kuchni, ale również rozkaz Józefa Piłsudskiego zabraniającego kobietom zaciągania się do oddziałów bojowych.

   Antonina zwana Tońką uciekła się do fortelu.

   Sposobu często stosowanego przez tak ambitne dziewczyny, jak Tońka – przebrania. Zdesperowana by spełnić pragnienie, ścięła włosy, przebrała się w strój chłopca i przyjęła imię Hipolit. Nazwisko Szpak przez przypadek nadali jej współtowarzysze broni. Zrównując się z mężczyznami, mogłam razem z Tońką docierać tam, gdzie było najciężej, najtrudniej, najbardziej krwawo. Przed salwami kul, wybuchającymi minami i granatami, celnymi strzałami snajperów chroniła ją tylko młodość i przynależne jej cechy – brawura, odwaga i marzenia o polskiej fladze na murach Lwowa. W jej osobie, postaci fikcyjnej, autor umieścił miłość do rodzinnego miasta wyrażoną w czynach całej ówczesnej młodzieży, która w walkach o Lwów stanowiła niemal połowę walczących. Tońka miała również swoje prototypy w rzeczywistości. Takich przebranych kobiet i dziewcząt było więcej.

   Młodzieży, która kładła na szalę swoje życie.

   Patetycznie i górnolotnie zabrzmiało to zdanie, ale dokładnie to chciał pokazać autor. Początkowo nie odczuwałam w tej powieści jego wagi, mimo że ścieżki, którymi prowadziła mnie Tońka jako Hipolit, były realne i pokazane na mapce dołączonej do książki.

Tak samo, jak fabuła oparta na faktach, postacie historyczne i chronologia wydarzeń rozpoczętych 31 października 1918 roku i zakończonych 20 listopada, datowanych w listach pisanych w pamiętniku przez Tońkę do brata. Te ramy historyczne autor wypełnił skrajnymi emocjami, wrażeniami, odczuciami, piekielnie trudnymi wyborami moralnymi, dylematami wyrzutów sumienia, wątpliwościami słusznego postępowania w obliczu śmierci zadawanej drugiemu człowiekowi przez nastolatkę. Autor, pozwalając mi towarzyszyć dziewczynie nie tylko w walkach, ale również w przeżywaniu emocjonalnym, nakładał powoli na mnie brzemię uczuć, które w zakończeniu rozsypały mnie.

   Wzruszyły!

   Udało mu się przekazać to wzruszenie, które otrzymał od Artura Schroedera. Uczucia, które usunęły barierę czasu, czyniąc tamtą młodzież bardzo mi bliską. Język emocji przekazany przez autora to najlepszy sposób, by trafić do serca współczesnej młodzieży. To przede wszystkim do niej skierowałabym tę powieść historyczną. Z bohaterami, z którymi może się skonfrontować lub utożsamić. Z wartościami, które przywracają środek ciężkości chaosowi współczesnej rzeczywistości. Z przeszłością Polski, która nie kończy się tylko na II wojnie światowej. Z młodzieżą, której rola w walkach o niepodległość Polski była stale obecna. Z dziedzictwem, które nie może być zapomniane, bo to ono buduje tożsamość narodu polskiego. Z przesłaniem nie do nienawiści, ale do pokoju.

   Ku przestrodze!

   Niestety dorośli bardzo psują przesłanie tej książki, wykorzystując Cmentarz Orląt Lwowskich jako kartę przetargową do rozgrywek politycznych. Zniszczony przez sowietów, odbudowany z inicjatywy Aleksandra Kwaśniewskiego, nadal toczy się walka o cząstkę polskiego Lwowa.

   Książka wpisuje się w ten bój o pamięć Orląt.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zapraszam na emocjonalny spacer po Cmentarzu Orląt Lwowskich.

niedziela, 23 grudnia 2018
Dzienniki: tom IV 1920-1930 – Michał Römer

Dzienniki: tom IV  1920-1930 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta ,
2018 , 668 stron
Seria Świadectwa XX Wiek:
Polska
Literatura polska

   Oj, Panie Michale, co u Pana słychać, bo ja stęskniłam się za Panem bardzo!

   Z takim westchnieniem, które brzmi, jak początek listu z przeszłości, powitałam czwarty tom dzienników człowieka wyjątkowego, o którym wielka historia milczy, a który życie poświęcił dla dobra kraju i jego ludu. Po kilkunastu latach towarzyszenia autorowi w jego życiu (tom 1, tom 2 i tom 3), można zacząć traktować go, jak dobrego znajomego. Może nawet więcej – kogoś bardzo bliskiego. Myśli w nich zawarte są tak bardzo intymne, że czynią ze mnie zaufanego powiernika emocji, wrażeń, myśli, dylematów, rozterek i uczuć. W tym tomie również odebrałam ich mnóstwo, dlatego autor wyraźnie zastrzegł sobie czas ich publikacji po śmierci jego i współczesnych mu osób. Miał świadomość przemijania, upływu czasu, odchodzenia na zawsze ludzi mu bliskich ze świata polityki i rodziny. Od czasu do czasu wspomina swoją Aninkę, którą nazywa miłością życia. Po jej śmierci do 1930 roku nie pokochał innej, chociaż związał się z Jadwigą. O dwadzieścia lat młodszą służącą. Odnowił również stosunki z  żoną Reginą, mającą nadzieję na jego powrót, która nie widziała, że uczynił to tylko ze względu na stosunki ojcowskie ze swoim jedynym dzieckiem – córką Celiną. Nie bardzo zachwycony jej urodą, widząc ją pierwszy raz po kilkunastu latach nieobecności w jej życiu. Był estetą i przywiązywał wagę do urody otoczenia i ludzi, pięknie oddając ich rysy, fizjonomię, styl ubierania się, a nawet sposób poruszania się. Najbardziej ubawiłam się przy charakterystyce stylu chodzenia Litwinów, który przypominał mi sceny z Monty Pythona. Natomiast opisy krajobrazów, pór roku, przyrody czytałam sobie po kilka razy, ciesząc zmysły ich plastycznością i pięknem wsi dawnej, obrzędów, strojów, ale i emocji oddanych w pomrukach toczących się walk wojsk idących na Warszawę z nutą refleksji nad śmiercią i bezsensem przemocy  zapisanych  16 czerwca 1920 roku – Powietrze ciche, tylko brzęk owadów, to znów głos ptaszka, od dworu – wołanie dzieci parobczanych i ciągłe głuche odgłosy dalekiej kanonady, przytłumione, ledwie dosłyszalne, jak huk podziemny gdzieś bardzo daleko. Echo strzałów jest jednak zupełnie wyraźne i kierunek, skąd ono idzie, również wyraźny – het, na Jeziorosy i między Jeziorosy a Dusiaty. Gdy się wsłuchać w ciszę łagodną pól, słychać co pewien czas głos złowrogi, który dziś przez cały dzień nie ustawał. To ludzie się tam mordują, to wojna się znów sroży w nieszczęsnym kraju o jakąś może setkę wiorst od nas albo i bliżej. W ten słoneczny, pogodny dzień huczy tak nienawiść ludzka, żniwo swoje krwawe zbiera śmierć, namiętności plemienne i społeczne, przetopione na język spiżowy granatów i szrapneli, szydząc z kultury, z uczuć ludzkich, z zasad twórczych pracy i miłości, rozstrzygają swój spór – wojną!

    Jednak sprawy życia prywatnego były w mniejszości.

   Autor skupił się w tej dekadzie dzienników przede wszystkim na polityce. Czynnie w niej uczestniczył, jak mawiał - dla kraju i jego ludu. Publikował broszury, książki i artykuły. Przeniósł się z Łomży do Kowna, przyjmując posadę sędziego Sądu Najwyższego oraz wykładowcy na Uniwersytecie Litewskim, obejmując z czasem stanowisko rektora. Był dumny z własnych osiągnięć i z pracy na rzecz Litwy, chociaż nie czuł się tylko Litwinem. Wiele jego wpisów poświecił bólowi i cierpieniu rozdarcia między Polską a Litwą, odnotowując 3 lipca 1921 roku – A jednak zawsze jestem w duszy dwoisty, zawsze jestem Polako-Litwinem czy Litwino-Polakiem, płodem formacji dwóch pierwiastków – litewskiego i polskiego – i zawsze nie tylko że nie potrafię, jak większość rdzennych Litwinów narodowców z inteligencji, nienawidzić Polski, ale ją kocham mimo wszelkich zatargów polsko-litewskich, jak drugą ojczyznę. Przez całe moje życie oscyluję między Litwą a Polską i bywam czasami bardziej Litwinem, to znów bardziej Polakiem. Te wstawki tłumaczące jego uczucia, wybory i postawy  wobec obu równoważnych ojczyzn, pozwoliły mi zrozumieć swoistość ludzi pochodzących z Wilna. Politykę Józefa Piłsudskiego, który wydarł Wilno Litwie. Obraz samego Marszałka u schyłku życia, który tracił w moich oczach na swojej charyzmatyczności i legendzie. Autor potwierdził odczucia i spostrzeżenia ambasadora USA Hugh Gibson spisane w dzienniku Amerykanin w Warszawie, notując z goryczą 14 sierpnia 1928 roku – Wrażenie było przykre. Ten człowiek, zakochany w sobie, widocznie się starzeje. Zapełnia też wszystko własną osobą, pracując nad własną legendą, mówił li tylko o swojej wielkości. Ma się wrażenie, jakby dla Piłsudskiego nie było ani Polski, ani Litwy, tylko on, Piłsudski, przez którego i dla którego działo się i stało się wszystko to, co jest Legionami, Polską, Wilnem itd. „Ja”, „moje”,  „mnie” itd. - oto co napełniało całą mowę.

   To bardzo ciekawe doświadczenie!

   Trochę uczłowieczające wadami legendę, a trochę uświadamiające źródło motywów i decyzji politycznych Naczelnika Państwa kryjace się w dzieciństwie i młodości. Rysujące również istotę pojęcia Kresowiaków wyrosłych w Wilnie, do których zaliczał się również autor, uważający siebie za ostatniego tej Litwy Mohikanina krajowości. Nazywając siebie epigonem Litwy Mickiewiczowskiej, tej, która ojczyzną swą nazywała Litwę, choćby sama była kultury polskiej. Zupełnie niezrozumiały dla pozostałych dzielących ludzi na tylko Litwinów i tylko Polaków. Zwłaszcza w gorącym okresie odzyskiwania niepodległości przez Polskę oraz Litwę i ich walki o Wilno.

   To stały motyw tematyczny wpisów.

   Drugim były przemiany gospodarczo-polityczne na Litwie. Początkowo nie rozumiałam, dlaczego ten człowiek, który tak ukochał Wilno i zdawałoby się, że poprzez jego aneksję do Polski, ziścił swoje marzenia, ostatecznie osiadł w Kownie. Nie dawało mi to spostrzeżenie spokoju, aż do wpisu z 5 października 1926 roku – ...świadomie z dwóch części kraju – wileńskiej i kowieńskiej – wybrałem drugą, nie tylko dlatego, że tu są położone moje Bohdaniszki, które kocham, ale także dlatego, że bądź co bądź tu, a nie w Wileńszczyźnie zakłada się fundamenty niepodległości politycznej i kultury oryginalnej kraju. Autor był ziemianinem, ale bardzo nietypowym, charakteryzując siebie – Ja zaś związkami rodzinnymi, krwią, wielu przeżytkami psychologii nie zdołałem się oderwać radykalnie od świata ziemiańsko-szlacheckiego, natomiast ideałami moimi, pracą moją dawną, ukochaniem – ciążyłem i ciążę zawsze do sprawy ludowej, która młoda Litwa realizuje. Cierpiał z powodu reformy agrarnej, ale jednocześnie ją rozumiał, oddając postawy i reakcje ziemiaństwa na zmiany, które były początkiem ich końca, a którego historię poznałam w opracowaniu Anny Richter Czas ziemiaństwa. Mając świadomość nadchodzących sowieckich czasów, ze smutkiem przyglądałam się radości budowania nowego, oddzielnego gospodarstwa w Bohdaniszkach. Ziszczaniu się marzenia człowieka planującego z nadzieją na spokojną starość we własnym domu, na ziemi ojców. W tych momentach doceniałam błogosławieństwo nieświadomości nadchodzącego okrucieństwa faszyzmu i komunizmu.

   Z ogromną niecierpliwością oczekuję dalszych wspomnień w tomie piątym.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 19201930. Tom 4 [Michał Römer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 115
| < Styczeń 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w styczniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1139 tytułów
Mój top czytanych w 2018
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi