Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 11 listopada 2017
Serce – Radka Franczak

Serce – Radka Franczak
Wydawnictwo Marginesy , 2016 , 304 strony
Literatura polska

   Z serca pisana, sercem przekazana i koniecznie z sercem musi być odbierana.

   Bez serca zobaczyłabym tylko emigrację zarobkową dziewczyny z jej chłopakiem i uciążliwości dorywczej pracy spowodowane depresyjnymi stanami pracodawczyni i starością jej matki. Do tego nakładającymi się poważnymi problemami osobistymi głównej bohaterki.

   Banalna historia!

   A jednak taką się nie okazała. Miejsce pracy nie było zwykłym domem, bo trudno tak nazwać monumentalną, starą, podupadającą, obrośniętą i zarośniętą bujną roślinnością rezydencję, która wtapiała się w szwajcarskie góry. Rośliny, które porosły popękane marmurowe kolumny wokół domu, tworzyły między nimi arkady zwisających liści i kwiatów. Tylko w kilku miejscach można było dostrzec kawałek ściany lub okna. Zresztą, większość okien była ukryta za drewnianymi szarymi okiennicami. Przez to dom wyglądał, jakby oślepł i za swoimi starymi, zamkniętymi oczami snuł jakiś własny, oderwany od świata, pomroczny sen. A potem zrobiło się jeszcze pomroczniej i nierealniej, bo oto w środku czas zatrzymał się kilkadziesiąt, a nawet kilkaset lat temu. Liczba zgromadzonych w nim artefaktów przeszłości była nie do ogarnięcia wzrokiem i nie do wymienienia w krótkim czasie. Jednak największą tajemnicę skrywały drzwi zasłonięte przypiętym nad nimi dywanem. Wejście do tajemniczej sali przypominało wejście do kaplicy albo groty z nieodgadnioną wysokością sklepienia. Inny świat, w który jednym krokiem przeniosła się Wika, bo tak miała na imię narratorka powieści, przenikał zimnem i wilgocią oraz pachniał... książkami. Wypełniały one pomieszczenie od podłogi do sufitu. Leżały na stołach, krzesłach, biurkach, tworząc piramidy i stosy oraz przywołując wspomnienia z dzieciństwa. Nasze wspólne.

   Praca pomocy domowej w takim miejscu i w takim charakterze przybierała zupełnie inny wymiar.

   Niezwykła biblioteka była symbolem nieuchronnej śmierci oraz ratowania tego, co dawało się jeszcze uratować, nie poprzez ostatnią szansę, ale poprzez stałe wybory. Była tajemnicą przeszłości, którą kryły w sobie zgromadzone w niej przedmioty. Świadomość przemijania, którą przekazały jej martwe rzeczy, Wiki mogła przenieść na ludzi, którzy ją opuszczali. Ojciec, który odszedł, a którego sekret odkryto po jego śmierci. Umierająca matka pracodawczyni, Shirley, o smutnej, ale ciekawej i szalonej przeszłości. Niszczejący dom, kryjący w sobie historie ludzi dawno zmarłych, po których pozostały przechowywane  w nim przedmioty. Dawno zmarły mąż Shirley, który pozostawił po sobie toksyczne dziedzictwo emocjonalne. Problemy osobiste pracodawczyni, Robin, rujnujące jej kondycję psychiczną i fizyczną. Zdradzający ją chłopak Stasiek, niszczący ich związek tuż przed planowanym ślubem. I wreszcie sama Wika, która musiała poradzić sobie z dotykiem śmierci, by dojść do wniosku, że z życiem trzeba eksperymentować, oswajając w ten sposób śmierć, będąc całkowicie tu i teraz, w teraźniejszości, szczęśliwi, świadomi każdej chwili. Ale jeśli ludzie się boją i są przerażeni śmiercią to nie rozumieją nic i umierają w ciemności. Taką umierającą w ciemności była Robin. Taką umierającą w świetle była jej matka Shirley. Dwie ścierające się i walczące ze sobą postawy, między którymi znalazła się Wika. Jej pobyt właśnie w takim miejscu miał się okazać celowy, mimo że pozornie narzucony zrządzeniem losu. Miał być nauką umiejętności wyboru między tymi dwoma podejściami do życia i śmierci oraz czasem na znalezienie odpowiedzi na odwieczne pytanie – Jak wytrzymać życie, jak przetrzymać śmierć?

   Z sercem czy bez serca?

   Nie jest to jednak, jak wydawałoby się, opowieść przygniatająca ciężarem tematyki, depresyjna w przekazach emocjonalnych czy obciążająca poruszanymi problemami egzystencjalnymi. Percepcja, jaką autorka obdarzyła Wikę, była tak wyjątkowa w postrzeganiu, świeża w odbiorze i pociągająca odmienną interpretacją otaczającego ją świata i zachodzących w nim zjawisk, że słuchałam jej przekazu z zadziwieniem dziecka, widząc stare obrazy odkryte na nowo. W odmiennych kontekstach, innych okolicznościach, w ciekawych skojarzeniach, metaforach i porównaniach ujmowanych w słowa, tworzących z kolei obrazy w mojej wyobraźni. Czułam spojrzenie filmowca i fotografa, którymi autorka również jest. Ten inny kąt i perspektywa patrzenia, nastawione na ustawiczne zbliżanie fokusa na szczegóły, otwierały mikroświaty zatrzymań chwili na makroświaty pełne kolejnych szczegółów wprawiających ponownie akcję w powolny ruch. Nie bez powodu w książce autorka umieściła własne fotografie wzmacniające ten efekt ruchu akcji i zatrzymanego w kadrze obrazu gotowego do kontemplacji, do rozmyślań, do skojarzeń pełnych rozgałęzień i wątków zarówno snutej fabuły, jak i własnych, osobistych. Moich.

   Opowiadanych podszeptem własnego serca.

   To dlatego historia ta stała się z czasem na poły cudza, a na poły moja, intymna. Włączająca, a z czasem pochłaniająca emocjonalnie i mentalnie. Wtapiająca w siebie całkowicie. Zatrzymująca fotografią w miejscu, w którym trzeba było pozwolić wybrzmieć myśli lub wypalić się emocji.

A czasem pokazać ułudę świata tak, jak ta fotografia.

Ptaki lecące wysoko na niebie? Krople deszczu, jak łzy zatrzymane na szybie? A może martwe owady, które znalazły śmierć na szybie samochodowej? To był mój wybór, co chciałam zobaczyć – radość, smutek czy śmierć. Od stanu mojego serca i jego dyktatu zależało, jaką historię stworzę obok narratorki.

   Swoją historię autorka tworzyła kilka lat.

   Miała, jak sama napisała w podziękowaniach, zarys historii, a nawet tylko uczucie, jakie ma jej towarzyszyć, pamięć miejsc, w których była i losów ludzkich, które poznała oraz pomoc tych, którzy wspierali na różne sposoby jej pisanie, jej proces twórczy. Ale to wszystko wystarczyłoby tylko do stworzenia banalnej historii, gdyby nie zawartość nie tyle głowy, ile serca autorki. Czynnik X, który w pisarstwie jest tak trudny do nazwania, określenia, który wymyka się wszelkim normom i nomenklaturze, a który autorka niewątpliwie posiada. Wyjątkowy dar nadawania wielowymiarowości naszej płaskiej rzeczywistości, w którym książkę uczyniła okularami pomagającymi mi to dostrzec. Może właśnie to dostrzegła kapituła Literackiej Nagrody Nike, przyznając powieści nominację, a potem jedno z miejsc w finałowej siódemce.

   Kropla dziegciu na koniec.

   Niska jakość druku fotografii odbierała mi pełnię przyjemności ich przekazu. Zdarzały się takie, których treści tylko domyślałam się albo nie kojarzyły mi się z niczym poza abstrakcją. Zamysł bardzo dobry i uzasadniony, ale jego realizacja już „niewyraźna”.

   Zdanie pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Serce [Radka Franczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 06 listopada 2017
Ucieczka z Lake Falls – Artur K. Dormann

Ucieczka z Lake Falls: budząc dawno umarłych bogów – Artur K. Dormann
Wydawnictwo Lemoniada.pl , 2017 , 400 stron
Cykl Lake Falls , część 2
Seria Dark Lemon
Literatura amerykańska


  Stało się!

  Nie chcę napisać – a nie mówiłam!?, ale ten wniosek sam nasuwa się automatycznie. Vici zmądrzała. Lekcja nauki rozsądnego wyboru opartego na rozumie, a nie na emocjach, okazała się dla niej bardzo bolesna. Na razie czuła tylko ból ciała, gdy obudziła się w swoim starym domu w Lake Falls, z którego przecież uciekła. Ktoś dbał o nią podczas rekonwalescencji po wypadku, bo tyle jeszcze pamiętała. Jakaś tajemnicza osoba dostarczała jedzenia podczas jej snu, drewna do kominka, a któregoś dnia zostawiła tajemniczą księgę w zniszczonej, skórzanej oprawie kryjącej w sobie rękopis o jeszcze bardziej tajemniczym tytule Pustynni wędrowcy. Miała czas na przemyślenia. Na czytanie kroniki wampirów i odtworzenie ciągu wydarzeń, który zatoczył koło, sprowadzając ją z powrotem do przeklętego miejsca. Miała nadzieję, że zdoła uciec przed mężczyzną, który zburzył jej spokój. Przed wampirem żądnym zemsty, do spełnienia której chciał wykorzystać jej córkę Kat. Długo nie dopuszczała myśli, że ucieczka przed istotą, która za pomocą najczarniejszej magii wydłużyła sobie życie ponad obowiązujące prawa natury nie ma najmniejszego sensu i tak naprawdę ucieka przed samą sobą.

   Przed własnymi emocjami.

   Wypierała je rozumem, który w trakcie ucieczki zaczynał dochodzić do głosu, doprowadzając ją do zmiany decyzji. Do dokonania wyboru, który powinna uczynić już w pierwszej części Co zdarzyło się w Lake Falls, zanim zaczęli ginąć jej najbliżsi i przyjaciele. Zanim zrozumiała, że jej córka Kate, dla innych jest drogą do zemsty. Zanim uświadomiła sobie, że życie wieczne jest przekleństwem, a śmierć darem dla ludzkości. Jedynym skutecznym lekiem i ucieczką przed bólem, strachem i cierpieniem. Wracając do zdrowia i odtwarzając naprzemiennie przeszłość swoją i wampirów, którą ostatecznie połączył jeden wątek, stała się mimowolnym kronikarzem dopisującym dalsze, tym razem wspólne losy ludzi i wampirów.

   To jej ponowny wybór miał wyznaczyć ich przyszłość.

   Autor, którego najbardziej interesują wybory i ich konsekwencje, jak przeczytałam w nocie o autorze, umieścił ich w drugiej części całe mnóstwo. Właściwie każdy bohater stał przed jakąś decyzją, która wywoływała lawinę skutków począwszy od prahistorii po czasy współczesne. Do końca nie wiedziałam, w którym kierunku potoczy się dynamiczna akcja fabuły obu snutych historii. Nie jestem tego pewna nawet po jej zakończeniu, które autor pozostawił w zawieszeniu. Otwartym na kolejne wydarzenia, dyktowane nieprzewidywalnymi wyborami.

   Czyżby miała pojawić się znowu kontynuacja?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ucieczka z Lake Falls [Artur K. Dormann]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 05 listopada 2017
Droga do Rio – Aleksandra Pluta

Droga do Rio: historie polskich emigrantów – Aleksandra Pluta
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 256 stron
Literatura polska

   Historia mówiona...

   Piękne określenie przekazu ustnego, historii pomniejszej wobec tej powszechnej, osobistych relacji świadków wydarzeń z przeszłości. Zjawisk społecznych mających źródło w zmianach politycznych lub gospodarczych, których uczestnikami byli zwykli ludzie zawieruszeni w wirze historii. Ważność tego źródła wiedzy podkreśliła we wstępie autorka tej publikacji, pisząc – Znamy fakty, daty, przyczyny i skutki. Jednak rzadko mamy okazję poznać emocje towarzyszące ludziom, którzy byli naocznymi świadkami tych wydarzeń. Nie zawsze będą oni pamiętać dokładną datę, ale ich relacje będą o wiele bogatsze o to, czego na stronach podręczników nie znajdziemy – o indywidualne, subiektywne spojrzenie na historię. To bardzo ważne zbierać je, gromadzić i publikować, czyniąc dostępnym każdemu, zwłaszcza że ich uczestnicy powoli odchodzą, zabierając ze sobą pamięć tak, jak dwóch rozmówców autorki krótko po udzieleniu jej wywiadów, które przeprowadziła w latach 2014-2017. Jej bohaterami byli przedstawiciele wojennej i powojennej polskiej emigracji, którzy osiedlili się w Rio de Janeiro. W mieście brazylijskiego kraju, który przyjął do siebie największą liczbę polskich emigrantów napływających jeszcze w czasach zaborowych. Zanim jednak oddała głos swoim rozmówcom, w rozdziale poprzedzającym wywiady, ujęła syntetycznie ich losy, podkreślając cechy wspólne ich emigracyjnych dziejów. Dróg do Rio, które charakteryzowały się potrzebą odzyskiwania i utrwalania pamięci o przeszłości, mitologizacją „małej ojczyzny”, dramatycznymi okolicznościami opuszczenia Polski, świadomością wyjazdu z kraju na zawsze, próbą powrotu do kraju lub jego odwiedzinami po latach, traktowaniem emigracji jako straty a zarazem nowej szansy, potrzebą zachowania języka ojczystego i problemem z jednoznacznym określeniem tożsamości narodowej. Każdy wywiad poprzedziła zdjęciem rozmówcy oraz krótkim biogramem,

a kończyła zdjęciami ich dokumentów lub rodzinnymi fotografiami.

   W każdym dostrzegałam wypunktowane przez autorkę zbieżności. W każdym też dostrzegałam różnice. Przede wszystkim wiek, ponieważ bohaterowie wywiadów emigrowali jako ludzie dorośli lub jako dzieci. Percepcja opisywanej przez nich rzeczywistości była mniej lub bardziej dramatyczna. Dzieci, w swojej nieświadomości, traktowały tułaczkę bardziej jak ciekawą przygodę niż dramat rodziny. Różniły się również treścią wspomnień z pogmatwanych, skomplikowanych, krętych i niebezpiecznych dróg prowadzących do Rio. Często przez wiele różnych miast i państw. Nie była to przygoda podróżnicza, ale dramatyczna męka pracy w kołchozie na Syberii, niewola w łagrze lub lagrze, eksterminacja w getcie łódzkim, szlak armii gen. Władysława Andersa, walka w Powstaniu Warszawskim, ratunek spod trupów z nazistowskiej rzezi na Żoliborzu, desperacka ucieczka z pożogi wojennej i niezgoda na życie w absurdzie rzeczywistości Polski powojennej. To najbardziej obciążające emocjonalnie fragmenty wspomnień, a i tak miałam świadomość, że to zaledwie cząstka większej całości ukrytej w pamięci.

   Czytając ich relacje, zastanawiałam się, co czyniło ich silnymi, by przejść przez te drogi katorgi wygnania i mieć ochotę na budowanie życia od podstaw w nowym, obcym miejscu. Okazało się, że zadawałam sobie złe pytanie. Uświadomiłam to sobie, gdy dotarłam do wspomnień Aleksandra Laksa, który odpowiedział mi – Jak przeżyłem? Nie wiem. Ale wiem, po co.

   Cel!

   Jeśli się go określi, sformułuje i oprze na moralnym dziedzictwie wyniesionym z domu, to posiada się skarb potrzebny do zbudowania życia na nowo, od podstaw, w dowolnym miejscu na ziemi z jedną koszulą na zmianę. Dosłownie! Nie wyklucza to oczywiście tęsknoty, stałej nostalgii i problemów z tożsamością, ale daje siłę do dalszego życia i poczucia spełnienia w dzieleniu się przeżyciami, które wielu z nich utrwaliło w osobnych publikacjach wspomnieniowych. W relacjach, które obfitują nie tylko w emocje, ale i w szczegóły podważające tak liczne uogólnienia w historii powszechnej. Gdy śledziłam losy polskiego chłopca wychowywanego w polskim duchu przez niemiecką matkę w środku wojennych Niemiec, zaczynałam dostrzegać szarości tam, gdzie historycy wyznaczyli czarno-białą granicę ocen między dobrem a złem, wrogiem a przyjacielem, byciem Polakiem a byciem Brazylijczykiem. Zaczynałam dostrzegać bezsilność emigranta jako jednostki wobec siły wydarzeń historycznych, który za jedyną obronę posiadał to, co przekazali mu rodzice. Najczęściej w formie słowa, które posiadało moc spiżu wzmacniającego kręgosłup moralny i siłę kierunkowskazu postępowania. Wielu z nich powoływało się na takie zasady wyniesione z domów. Najbardziej zapadł mi w pamięć przekaz ojca, więźnia obozu Auschwitz, który z piekła napisał do syna – Bądź mocny wobec mocnych i wyrozumiałym wobec słabych.

   Takich wartości nie nauczy się młodego człowieka, bazując tylko na podręcznikach.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Droga do Rio [Aleksandra  Pluta]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 04 listopada 2017
Hodowca świń – Anna Zacharzewska

Hodowca świń – Anna Zacharzewska
Wydawnictwo Burda Książki , 2017 , 400 stron
Literatura polska

   Mordor, kotłownia, korpo...

   To potoczne określenia miejsca, w którym za fasadą murów eleganckich firm, bez względu na to, czy z maszyn produkcyjnych schodziły pakowane próżniowo kiełbasy, batony, napoje gazowane czy proszki albo usługi niematerialne, w kancelariach, spółkach doradczych i mediach, zawsze kotłują się emocje oparte na nieformalnym, patologicznym kodeksie zachowań, prowadzące do trzęsących się dłoni, nerwowych biegunek, bezsenności, szykan, leków antydepresyjnych, poniżających oskarżeń, docinków, złośliwych sugestii, chorób psychosomatycznych, bezpodstawnego, ale celowego pomniejszania kompetencji, publicznego podważania poczucia własnej wartości, gier salonowych, korytarzowych plotek, napuszczania jednego na drugiego, donosicielstwa, wszędobylskich podsłuchów i szczurzej walki o prymat. Emocji zmierzających nieodmiennie do tego, by poddany ich presji pracownik pracował coraz więcej i więcej.

   Bardziej!

   To w takim brutalnym i bezwzględnym środowisku, o wypaczonych wartościach moralnych, autorka osadziła akcję tego thrillera. Zaczęła mocno, bo od... morderstwa, po którym jeden z bohaterów zadał ważne pytania – Czy zezwierzęcenie mogło postępować tak szybko? W kilka dni przekształcić cywilizowaną osobę w niezważającego  na nic potwora? Ludożercę, dzikusa, oprawcę?

   Czy mordercy byli bestiami?

   Na te pytania autorka nie odpowiedziała wprost. Stworzyła analityczną psychologicznie fabułę osadzoną w środowisku korporacyjnym branży mięsnej, abym mogła na te pytania odpowiedzieć sobie sama. Nie ułatwiała mi zadania. Każdego z bohaterów ukazywała całościowo, wędrując z narratorem zewnętrznym od postaci do postaci, zarówno w miejscu pracy, jak i w domu każdego z nich. Podzielone życie między rodziną a firmą, podwójna osobowość dla bliskich i ludzi z biura, stała walka między pragnieniami osobistymi a potrzebami innych, sprowadzały się do niewolniczej pracy odzierającej ich z godności i zdrowia. Obowiązków opartych na strategii szefa-tyrana doprowadzających zaszczuwaną ofiarę do przekonania, że jest pozbawionym wszelkiej wartości kretynem, nieudacznikiem, który nie potrafi zrobić dobrze niczego. Do obrazu nieszczęśliwego, schorowanego lub uzależnionego człowieka szarpiącego się życiem. A mimo to, a może właśnie dlatego, zespół menadżerów – Piotr, Daniel, Marcin, Paweł, Barbara, Pola i Lena – zgodził się na wyjazd integracyjny zaproponowany przez prezesa firmy – Rafała. Szef miał jeden cel wobec swoich pracowników – udowodnić im, że nie tworzą zgranego zespołu, by pracować lepiej i bardziej. Że w sytuacji zagrożenia, które miał zamiar im stworzyć, zapomną o ideałach, moralności i człowieczeństwie i zaczną odgryzać sobie uszy i ogony, niczym świnie. Chciał ich zmusić, by docenili to, co im dawał. Chciał pokazać im miejsce w szeregu, uzmysłowić jacy są słabi, udowodnić swój prymat nad grupą. Oczywiście metodami brutalnymi, wręcz surwiwalowymi, które, każdego z uczestników wyjazdu na wiejską farmę świń, skazywały na pobyt z dala od ludzi, brak jedzenia i łączności ze światem. Zdawały tylko na siebie i swój kręgosłup moralny, który, pękając powoli, doprowadzał do skrajnych i ekstremalnych myśli, potrzeb i zachowań, zdejmujących maskę człowieka i ukazujących twarz świni niczym w orwellowskim folwarku zarządzanym przez zwierzęta, w którym wszystkie były równe, ale niektóre równiejsze. Zwłaszcza świnie wiodące prym w wypaczaniu zasad. Ostatecznie Rafałowi udało się, aby zapomnieli o ludzkiej naturze i zeszli na poziom instynktu przetrwania, który okazał się konsolidacyjny dla zespołu, ale zabójczy dla szefa.

   I o tym naprawdę jest ta opowieść.

   O sadystycznej manipulacji psychiką ludzką i niebezpiecznych skutkach dla stosujących ją ludzi władzy. O braku wyczucia granicy jej przekraczania lub nadużywania. O zjawisku zniewolenia człowieka w jej imię. Nie przeraziła mnie ukazana w powieści żądza pieniędzy i władzy, ale jej mordercze skutki. W powieści prawdopodobne, ale sygnały do nich prowadzące już nie. One są jak najbardziej realne i zaczerpnięte prosto z rzeczywistości funkcjonującej w każdej korporacji. Wszystkie płaszczyzny powieści (psychologiczna, filozoficzna, obyczajowa, moralna) mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Autorka niczego nie wymyśliła. Nie musiała. Czerpała wiedzę z autopsji, ponieważ pracowała jako ekonomistka i finansistka przez 17 lat w międzynarodowych korporacjach. Bardzo dobrze wiedziała o czym pisze i jak ma to przekazać, bym poczuła się w środku wydarzeń. Potwierdzenie realności patologicznego problemu powieści odnalazłam w artykule Korporacja odziera z godności? To dżungla pełna dzikich zwierząt pokazującym na filmie nagranym telefonem nie tylko nagą (dosłownie!) prawdę  z „kotłowni”, ale i próbującym również znaleźć tego przyczynę.

   Nie odpowiedziałam sobie na postawione na początku pytania.

   Ostatecznie nie o ocenę zachowań bohaterów powieści w niej chodzi, ale o postawienie siebie w ich sytuacji i dokonanie wyboru między życiem w zgodzie ze sobą, ale z brakiem poczucia stabilizacji finansowej a upodlającą i wyniszczającą psychicznie i fizycznie pracę, ale dającą komfort, spokój, bezpieczeństwo i ciepełko finansowe. Między być a mieć. Bohaterowie mają tylko zobrazować skutki drugiego wyboru i pomóc odpowiedzieć sobie na kluczowe pytanie.

   Czy było warto?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Hodowca świń [Anna Zacharzewska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 01 listopada 2017
Sienkiewicz dzisiaj – red. prowadząca Anna Lonkwic

Sienkiewicz dzisiaj: eseje o twórczości autora Trylogii – redaktor prowadząca Anna Lonkwic
Wydawca Narodowe Centrum Kultury , 2016 , 340 stron
Literatura polska

   Sienkiewicz dzisiaj!?

   A czy w ogóle ktoś jeszcze dzisiaj czyta jego powieści? Raport o Stanie czytelnictwa w Polsce w 2016 roku jednoznacznie odpowiada na to pytanie.

Od lat najpoczytniejszym autorem utrzymującym swoją popularność w co najmniej dwóch badaniach społecznego zasięgu książki jest, jak widać w powyższym zestawieniu raportu, Henryk Sienkiewicz. Deklasuje wszystkich cokolwiek piszących.

W 2016 roku był najpoczytniejszym autorem wśród czytelników. Pokonał nawet wszechobecne, powszechne i popularne Pięćdziesiąt twarzy Greya E. L. Jamesa.

   Na czym polega jego fenomen?

   Bo czytany jest! Raport nie pozostawia żadnych wątpliwości. Ale dlaczego pomimo upływu wieków, nadal Polacy po niego sięgają? Tworzą ekranizacje jego powieści? Włączają do kanonu lektur szkolnych? Nadają jego imię w 2016 roku? Czytają w Narodowym Czytaniu? Miałam nadzieję znaleźć odpowiedź na to pytanie w tej publikacji, która zaprosiła do polemiki historyków literatury i filmu, krytyków, filozofów, literaturoznawców, wykładowców akademickich, a nawet reżyserów. Zgromadziła 23 artykuły, eseje i odczyty powstałe w ciągu ostatnich kilkunastu lat, które zostały tak dobrane i ułożone, abym mogła stworzyć sobie dzisiejszy obraz pisarza oraz powodów tak chętnego odbioru jego twórczości przez współczesnych czytelników. Znawcy jego dorobku literackiego dołożyli starań, by był on wszechstronny i obiektywny. Stąd początkowe artykuły nieoszczędzające mitu „naszej legendy”, podkreślające  symbolikę zaściankowości i prowincjonalizm stylu przekazu pisarza. Zabierające głos w sporze o wartość jego literatury zapoczątkowany przez nieprzychylnych pisarzowi jemu współczesnych, a podtrzymywany później przez Witolda Gombrowicza. I kolejne, wynoszące go z opinii „pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego” do miana geniusza.

   Balansujące między bałwochwalczym uwielbieniem a wściekłymi atakami.

   Autorzy esejów, zawsze poprzedzonych ilustrującymi je tematycznie reprodukcjami czasopism, albumów, portretów,

lub plakatów,

analizując najważniejsze powieści i nowele na wielu różnych płaszczyznach ich przekazu (historycznych, filozoficznych, obyczajowych, kulturowych, politycznych, literackich), a także bohaterów konkretnych utworów oraz wskazując na różnorodną rolę w kształtowaniu świadomości narodowej tożsamości, nie tylko bronili pisarza, ale tworzyli na nowo jego obraz (niekoniecznie spiżowy!) i wartość przekazu jego słowa (niekoniecznie obecnie poprawnego politycznie). W swoich wywodach nie byli tylko odtwórczy, ale posuwali się dalej, tworząc postać Henryka Sienkiewicza nieznanego – dekadenta, którego życie i autocenzura miała ogromny wpływ na jakość i wielkość jego dorobku literackiego. Pisarza utworów zaniechanych, niedokończonych czy zniszczonych, których nigdy nie przeczytamy. Człowieka zmagającego się z depresją i obsesją śmierci po utracie jednej z żon. Przywódcy narodu bez państwa, dla którego stał się ze zwykłego sprawozdawcy prasowego, nowelistą, a potem klasykiem literatury.

   Noblistą!

   Otrzymałam spójny, trochę odbrązowiony obraz Henryka Sienkiewicza, który uzasadniał i umacniał jego pozycję w panteonie najwybitniejszych pisarzy. Dowiedziałam się, dlaczego warto czytać jego utwory, z czym się nie zgadzać (to bardzo ważny wniosek!) i dlaczego jest tak poczytny współcześnie.  Wnioski zachowam dla siebie, bo nie są korzystne dla Polaków. W tym sensie – pokaż mi co czytasz, a powiem ci, jakim Polakiem jesteś – raport o czytelnictwie przeraża. Powiem tylko, żę wolę tych, którzy wartości życiowych szukają w twórczości Zbigniewa Herberta, a utwory Henryka Sienkiewicza czytają tylko dla rozrywki.

   Książka jest przepięknie wydana!

   W twardej oprawie. Z bogatym aparatem informacyjnym składającym się z bibliografii, indeksów oraz krótkimi biogramami autorów esejów. Z grafiką wprowadzającą w świat pisarza poprzez dominującą technikę sepii, ale w kolorze zielonym. Z wyklejką wypełnioną mapą ówczesnej Europy z nieobecną Polską.


Z bogactwem ilustracji i najbardziej urzekającym mnie, rzadko już spotykanym, elementem książki – wstążeczką.


   Chciałoby się powiedzieć – nobliwa i pełna szacunku dla rangi swojej zawartości.

niedziela, 29 października 2017
Świerszcze wybielone na kość – Agnieszka Czachor

Świerszcze wybielone na kość – Agnieszka Czachor
Wydawca Kontrarianie , 2017 , 156 stron

Literatura polska

   Ta okładka... Ten tytuł...

   Skusiłam się, bo obiecywały stąpanie po granicy światła i mroku, przesuwaną słowem niczym lampą  z płonącą wiedzą rozświetlającą mrok. Strefą cienia, gdzie nic nie jest  jednoznaczne, którą odnalazłam w dziewięciu historiach. Każde było inne. Każde poprzedzone odmiennym tematycznie rysunkiem, nawiązującym do treści.

Każde z innymi bohaterami pochodzącymi z różnych warstw społecznych i środowisk. Każde osadzone w innym miejscu. Czasami w znajomym, polskim krajobrazie, a czasami gdzieś w obcym świecie. W konkretnym roku albo w czasach, gdy kobiety były hrabinami, a mężczyźni stajennymi.

   A mimo to!

   Pomimo tych różnic wpisywały się w jeden, wspólny dla nich nurt – opowieści grozy, tak dobrze znany mi z twórczości Howarda Philipsa Lovecrafta i Edgara Alana Poe’go. Każde z tych opowiadań budowało od pierwszego zdania, metaforami, porównaniami, nawiązaniami, napięcie, które nieuchronnie prowadziło do tkania tajemnicy niekoniecznie rozwiązywanej na końcu historii. Częściej pozostawiały mnie w niedopowiedzeniu, w domysłach, które jeszcze bardziej potęgowały echo przerażającego przesłania, wprawiającego w poczucie jeszcze większej niepewności. Lęku przed światem, w którym mnóstwo zabobonów, przesądów i dziedziczonych klątw determinujących człowieczy los. Demonów i niebezpiecznych istot czyhających na ludzkie ciało i duszę. Szeptuch i wróżów z mocą rzucania i odczyniania uroków, uruchamiających mechanizm przeznaczenia. Stref mroku, w które, chcąc czy nie chcąc, można być wciągniętym podstępem lub wtrąconym siłą, doświadczając rzeczy i zjawisk niepojętych i szokujących, wzbudzających jeszcze większe niemoc i strach przed życiem oraz lęk o los. Wszechobecne zło zniekształcające postacie ludzkie, które nie były ładne. Czasami wręcz okaleczone. Z którymi na pierwszy rzut oka zawsze było coś nie tak. Zło, którego  odór potu mieszał się ze smrodem cygar i swądem świeczek, z cuchnącym błotem ściekającym z obcasów i z wonią wódki, tworząc niemiłosierny zaduch, który dławił w gardle. Zło nieoszczędzające nawet zwierząt i natury porażającej straszydłami uschniętych drzew, których nagie, dziobate gałęzie chwiały się niczym kręgosłupy poskręcanych reumatyzmem starców. Kalecy ludzie, na niebezpiecznej ścieżce życia, dźwigający na plecach zdeformowany los.

   I tylko winnego brak! – chciałoby się krzyknąć.

   A winny tych nieszczęść jest! Wystarczy dobrze wczytać się w głębsze warstwy tych dziewięciu historii wiejących grozą czerpaną z przejaskrawionego turpizmu życia. To człowiek sam sobie zgotował ten los! A dokładnie cień, który w sobie nosi. Demony, które w sobie karmi zawiścią, zazdrością, pożądaniem, żądzą, lękiem, poczuciem winy, pragnieniami, ignorancją, uzależnieniami i obarczaniem wszystkich dookoła za ponoszone niepowodzenia. Maszkary, które gotowe są wypełznąć z nas w każdej chwili, w sprzyjających im okolicznościach. Pod ich dyktando, to my sami, własnymi palcami plączemy, zapętlamy, supłamy nić losu, przydając pracy „białym istotom” trudzącym się nad niedopuszczeniem do jeszcze większej katastrofy w człowieczym dążeniu do zagubienia się lub samodestrukcji. Ten mechanizm i jego złożoność autorka świetnie przedstawiła w opowiadaniu Kryształowe sekundy. To też jedyne opowiadanie, które daje nadzieję, że nie jesteśmy w tych zmaganiach sami. Że w tym mroku jest światełko czyjejś opieki. W tych dziewięciu historiach można przejrzeć się, jak w lustrze. Odnaleźć siebie w jednym z nich albo we wszystkich. Odkryć na nowo swoje emocje, które nami rządzą i zobaczyć ich skutki.

   Poznać swój wewnętrzny cień.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 28 października 2017
Biblia w malarstwie – Bożena Fabiani

Biblia w malarstwie – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 408 stron

Literatura polska

   Powtórka z rozrywki!

   Chociaż nie do końca. Wprawdzie to wydanie zawiera w sobie treści z czytanego już przeze mnie Starego Testamentu w malarstwie, ale jeszcze nieczytanych Gawęd o sztuce sakralnej. Poza tym ja nigdy nie mam dosyć oglądania, analizowania, interpretowania i odkodowywania obrazów. Nigdy dość gawęd autorki przekazującej w takiej formie swoją przebogatą wiedzę emanującą wrażeniami. A poza tym forma albumowa skłoniła autorkę do wprowadzenia paru zmian, a tym samym trochę odmienności. Przede wszystkim skrótów opisów poświęconych biografiom artystów oraz ich obrazom. Zauważyłam też wiele interpretacji bez ilustrującego ich dzieła. W ramach rekompensaty wzbogaciła album swoimi wierszami inspirowanymi Ewangelią, tu i ówdzie umieszczanymi obok lub na obrazie.

Zachowała przy tym chronologię epizodów biblijnych, przytaczając je w cytatach ze źródła, uzupełniając wiedzą historyczną, a dopiero potem przedstawiając je „pędzlem malarza”, rzadziej „dłutem rzeźbiarza”, by wzbogacić refleksjami i dygresjami pochodzącymi z własnych doświadczeń, dochodzeń, śledztw, odkryć i wniosków. Stworzyła w ten sposób emocjonalny album, pięknie wydany przez wydawcę: w twardej oprawie, z kredowanym papierem, bogato ilustrowany.

Z  treścią inspirowaną Biblią, gromadząc w nim wybrane obrazy, które, jej zdaniem, pod względem estetycznym, filozoficznym, ekspresyjnym, przesłaniowym, filozoficznym, technicznym czy unikatowym, były tego warte. Namawiając przy tym do studiowania obrazów z lupą w ręku, bo tak to czyniła sama, uczyła „czytać” od szczegółów do ogółu, odsyłając do stron w Internecie, gdzie mogłam zobaczyć na przykład Wieżę Babel Pietera Bruegela  starszego w 22 szczegółach. Uczyła odkodowywać symbolikę i przekaz artysty. Wiązała jego treść z biografią twórcy, miejscem i epoką, w których żył. Ukazana w ten sposób panorama historyczna w tle tworzyła jednocześnie obraz zmieniającej się myśli, prądów ideologicznych, obyczajów, sposobów podejścia do tematu w jego interpretacji i ukazaniu, zmieniającej się techniki warsztatu, popełnianych błędów wynikających z niepełnej wiedzy, a tym samym nieadekwatnej interpretacji (słynne „rogi” Mojżesza), ale też i wizji proroczych lub stylów przekazów wyprzedzających epokę twórców.

   Autorka obrazy ożywiała!

   Bez jej wsparcia i przewodnictwa niewiele wiedziałabym o Skrusze Nikolaja Gaya. Uniwersalny tytuł niewiele powiedziałby mi. Wiedziałabym tylko, że bardzo mi się spodobał, nie wiedząc dlaczego. Teraz wiem, a nawet czuję go. Aż trudno powstrzymać się przed chuchnięciem, licząc na obłok pary, mimo wiedzy, że przeraźliwy chłód pochodzi z mojego własnego wnętrza, przejętego z serca Judasza, który właśnie śledzi oddalającego się, zdradzonego Jezusa z żołnierską eskortą. Można poczuć w tym momencie stan zdrajcy. Tę chwilę. Ten moment. Taki dokładnie był efekt malowania słowem w stylu Pietera Paula Rubensa przez moją przewodniczkę. Nadawała ciężkim tematycznie dziełom lekkości w gawędzie, głębię kontekstu historyczno-biograficznego, otwartości kompozycji pozwalającej dopowiadać mi własny, dalszy ciąg historii, jedności opisu sceny, w której każda cząstka miał swój cel i sens oraz tajemniczości przekazywanej w nastrojowości, emocjach lub sekrecie, którego zdarzało się jej nie odkryć. Była wrażliwym medium, któremu udało się przekazać ducha artysty w sztuce sakralnej. A jeśli ten duch poparty był tragicznymi wydarzeniami z jego życia, to nie dziwię się mojej pierwszej reakcji, gdy odwróciłam kartę i ujrzałam obraz Artemizji Gentileschi:

Przerażenie i obrzydzenie na sublimację gwałtu, krzywdy, zdrady, oszustwa i zemsty malarki na gwałcicielu w scenie Judyty i Holofernesa. Siła jego ekspresji przewyższyła tak ulubione przeze mnie nokturny.

   Drugim obrazem, który porwał mnie dla odmiany finezją i sztuką przekazu był Józef cieśla Pietra Annigoniego. Aby to dostrzec, docenić i wpaść w zachwyt, należy spojrzeć na niego z dalszej perspektywy tak, jak ukazała to autorka.

Zobaczyła go we Florencji, w bocznej kaplicy kościoła San Lorenzo. Wzbudził w niej zachwyt wieloma walorami, ale jeden, decydujący, nie wymaga bezpośredniego obcowania, by osiągnąć ten sam stan. To gra światła i świadomość odbiorcy przyszłości głównego bohatera, skupione w jednym punkcie, w jednym symbolu, który mimowolnie przyciąga wzrok – krzyż.

    Całość osiągnęła we mnie, czytelniku, jeden cel, o którym napisała cytowana przez autorkę, Anna Kamieńska radząca powierzyć się Rozumowi przekraczającemu nasz rozum i Światu przekraczającemu nasz świat. Nie zacieśniać się do naszych ludzkich ograniczeń. A jeśli nie możemy z nich wyjść, to przynajmniej miejmy świadomość ich niewystarczalności.

   Dokładnie z takim odczuciem pozostawił mnie ten album.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 23 października 2017
Dachołazy – Katherine Rundell

Dachołazy – Katherine Rundell
Przełożył Tomasz Bieroń
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 264 strony
Literatura angielska

   Pozornie Charles Maxim nie nadawał się na opiekuna dzieci.

   Trzydziestosześcioletni kawaler, naukowiec, który do ludzi mówił po angielsku, do kotów po francusku, a do ptaków po łacinie, nie miał pojęcia o wychowywaniu.  Ale to właśnie on wyłowił roczną dziewczynkę z wody, dryfującą po kanale La Manche w futerale na wiolonczelę, owiniętą w partyturę symfonii Beethovena. To on poczuł nagłą odpowiedzialność za niemowlę, przygarniając je do siebie. To on był przekonany, że tajemnice opieki nad dziećmi, chociaż mroczne i zawikłane, nie są nieprzeniknione. I to przede wszystkim, a może tylko, on nie zgubił w sobie dziecka, ocalając wewnętrzną wrażliwość na drugiego człowieka, nawet jeśli miał tylko kilka lat. Nikt inny nie pokochałby Sophie tak bardzo, by pozwolić odebrać ją sobie opiece społecznej. Nikt inny nie zrozumiałby i nie odczytał sercem, czym jest tęsknota dziecka za matką. Wiedział, że dla ukochanej Sophie matka była powietrzem i wodą. Wytęsknionym miejscem, gdzie można odłożyć serce. Przystanek, na którym można odzyskać oddech.

   Nie rozumieli tego jednak urzędnicy.

   W obliczu przymusowego rozdzielenia i chęci odnalezienia matki Sophie, uciekają z Anglii do Paryża. Do prawdopodobnego miejsca pobytu poszukiwanej kobiety. Do niesamowitego, ale i smutnego świata dachów paryskich kamienic, zawieszonego między niebem a ziemią, w którym żyją bezdomne dzieci zwane dachołazami, niebołazami, drzewołazami i gariers. Współcześni rówieśnicy Gavroche’a  Victora Hugo. Dwunastoletnia już Sophie szybko zdobywa sobie wśród nich przyjaciół, którzy pomagają odnaleźć jej matkę.

   Opowieść o potędze miłości córki do matki od początku szarpie za najczulsze struny emocji – wzrusza, przeraża, zadziwia, śmieszy, zachwyca, a czasami boli i złości. Jest lekcją wsłuchiwania się w serce dziecka, które niczego bardziej na świecie nie pragnie nad obecność rodziców przy sobie i poczucia bycia kochanym przez nich. Pokazuje alternatywę życia bez rodziców w świecie dorosłych pozbawionych człowieczeństwa oraz w brutalnej i bezwzględnej społeczności dziecięcej kierującej się zasadą przetrwania i przeżycia. Przygody z pogranicza surwiwalu okupione łzami i krwią Sophie i jej przyjaciół pochłoną nie tylko dziewczęta, ale również chłopcy, ponieważ z ich bohaterami  mogą utożsamiać się wszyscy mali czytelnicy. Mogą chłonąć tajemniczą atmosferę nocnego Paryża, podziwiając piękno malowanych słowem widoków, pejzaży i panoramy miasta, ale i zaglądać do miejsc tajemniczych, mrocznych, zakazanych i niebezpiecznych. Mogą razem szukać mamy Sophie,  walcząc z nieprzychylnymi dorosłymi i rówieśnikami o sercach skażonych złem. Poczuć się wolnymi dachołazami obserwującymi z góry chodnikołazów. Ale przede wszystkim nauczyć się w tej szkole życia dwóch ważnych i bardzo przydatnych zasad. Po pierwsze – nie pozwolić zabić w sobie wiary w rzeczy niezwykłe i możliwe, powtarzając za Sophie i Charles’em – Nigdy nie przekreślaj możliwego. Po drugie – odkryć, że miłość nie jest po to, by ktoś czuł się wyjątkowy, tylko żeby był odważny. Potęga miłości ukazana w tej dziecięcej historii z każdej możliwej perspektywy jej bohaterów i  relacji między nimi oraz roli, jaką odgrywa w życiu człowieka, poraża trafnością ujęcia i precyzją przełożenia jej na dziecięce pojmowanie rzeczywistości, a także głębią przesłania filozoficznego tak prosto opowiedzianego emocjami trafiającymi bezpośrednio do serca. Nic dziwnego, że walory estetyczne, etyczne, moralne i dydaktyczne jej przesłania docenili inni, o czym świadczą przyznane jej nominacje i nagrody wymienione u dołu okładki tytułowej.

   Jestem przekonana, że to dopiero początek deszczu wyróżnień.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 22 października 2017
Love Vegan – Hanna Stolińska-Fiedorowicz , Violetta Domaradzka , Robert Zakrzewski

Love Vegan: gotowy jadłospis na 21 dni – Hanna Stolińska-Fiedorowicz , Violetta Domaradzka , Robert Zakrzewski
Wydawnictwo Agora , 2017 , 272 strony

Literatura polska   

   Moja pierwsza książka kucharska!

   Pierwsza, którą zatrzymałam dla siebie, pierwsza na kuchennej półce i jedyna nieliteracka, którą dołączam do moich książek top życia. Nie dlatego, że bardziej dbałam do tej pory o umysł i duszę niż ciało, ale dlatego, że nie trafiłam na odpowiadającą moim nawykom żywieniowym – bez soli, bez cukru, bez alkoholu, bez ostrych przypraw, za to z dużą ilością warzyw, owoców i niewielką ilością mięsa, wykluczającym smażenie. Tak! Uwielbiam kuchnię, którą inni nazywają mdłą albo szpitalną. Przyzwyczaiłam się już, że moje zachwyty nad walorami szpitalnego jedzenia innych wprawiają w konsternację. Tak mam, że lubię czuć naturalne zapachy i smaki produktów niezabitych polepszaczami smaku. Odnalazłam je w tej pozycji.

   Trafiłam na nią przypadkowo.

   Szukałam urozmaicenia w postaci koktajli warzywnych, o których nie miałam zielonego pojęcia, a chciałam spróbować skomponować je sama. Pomyślałam, że najlepiej sięgnąć po pozycję wegetariańską, stąd mój wybór tego tytułu, który aż krzyczał, co zawiera w sobie. Znalazłam w niej nie tylko koktajle, ale również sposób mojego odżywania się!

   Po prostu ideał!

   Pozycję celnie trafiającą w mój gust poza drobnymi wyjątkami. To, co przekonało mnie do niej, to warunki wstępne postawione przez autorów – bez soli, bez cukru, bez alkoholu. Troszkę zmartwiłam się obcięciem mięsnego czubka w Piramidzie Zdrowego Żywienia IŻŻ, ale potem przeczytałam zdanie podkreślające elastyczność poradnika, że przepisy przeznaczone są także dla osób, które nie chcą zrezygnować z produktów pochodzenia zwierzęcego, ale starają się włączyć do swojej diety więcej potraw na bazie roślin. Dokładnie o mnie w tym zdaniu była mowa!

   Byłam gotowa!

   Tak bardzo, że mogłam nawet nie czytać teoretycznej części, by przejść do działania, ale przeczytałam, bo lubię sobie od czasu do czasu przypomnieć, dlaczego te 5 minut przyjemności z batonikiem nie jest warte ceny zdrowia, bo zdarzają mi się „upadki”. Tak, cierpię na cukroholizm od zawsze. Właściwie, gdyby nie zdrowy rozsądek i bunt ciała w postaci senności, mogłabym żyć o słodyczach i kawie. Dlatego była mi potrzebna ta porcja „straszenia” chorobami, którą przekazała jedna z trójki autorów – dietetyczka.

  Ale nie tylko. Wymieniła również zalety i korzyści wynikające ze stosowania diety roślinnej, zwłaszcza w różnego typu chorobach. Powoływała się na konkretne przypadki swoich pacjentów w gabinecie. W kolejnym rozdziale pałeczkę motywacji przejęli od niej pozostali autorzy – praktycy. Podpowiedzieli, jak dietę roślinną wprowadzić w życie bez poczucia szoku. Wskazali co, gdzie, za ile warto kupować, czego unikać, na co zwracać uwagę, jak radzić sobie z żywieniem poza domem, w delegacji, na urlopie czy wakacjach i jak budować zdrowe nawyki krok po kroku i dzień po dniu, włączając w to ruch. Nie byli przy tym na siłę forsującymi treningi. Hołdowali zasadzie ruszania się w ogóle, byle trwało to minimum 30 minut dziennie, o której czytałam w Projekcie zdrowie Andersa Hansena i Carla Johana Sundberga. A potem pokazali, że to, o czym mówią, ma sens i zastosowanie w życiu, oddając głos legendzie polskiego kolarstwa, Czesławowi Langowi. Sportowcowi, który opowiedział o swoim przejściu z diety mięsożernej na dietę roślinną, od złych nawyków do dobrych przyzwyczajeń, od choroby do zdrowia i pełnej aktywności fizycznej, łącznie z aktywnym uprawianiem kolarstwa po zakończeniu kariery zawodowej. Cały ten wstęp miał służyć zmotywowaniu potencjalnego kandydata do podjęcia wysiłku zmiany nie tyle diety, ile nawyków żywieniowych.

   Autorzy postawili sobie bardzo ambitny cel!

   Z doświadczenia koleżanki wiem, jak trudno zmienić przyzwyczajenia żywieniowe. Przypomina to wręcz walkę uzależnionego z używką. Miała chęci, miała świadomość, miała motywację w postaci choroby, była pod profesjonalną opieką dietetyka i miała wsparcie we mnie służącej za przykład skutecznej walki z cukrem, że można. Niestety - przegrała. Uzależnienia i nawyki jedzeniowe okazały się silniejsze od wszystkich czynników przemawiającym za tym, że uda się jej. Nie udało. Wróciła do starego sposobu jedzenia i... choruje. Dlatego dobra motywacja to połowa sukcesu wprowadzania zmian.

   Druga to odpowiednia dieta.

   Tutaj autorzy zaproponowali gotowy jadłospis rozpisany na 21 dni w trzech, zbilansowanych wariantach kalorycznych – 1500, 2000 i 2500, w zależności od aktywności fizycznej. Każdy dzień rozpoczynała lista zakupów zaplanowana na sześć posiłków dziennie w myśl zasady – mało, ale często. Każdy sposób przygotowania dania był ilustrowany zdjęciem oraz poprzedzającym go krótkim, motywującym opisem.

Na samym dole autorzy dodatkowo umieścili poradę dietetyka .

   Z ogromnym zaciekawieniem i uwagą przestudiowałam wszystkie przepisy i wszystkie chciałabym wypróbować, ciesząc się z tak bogatej możliwości urozmaicenia mojego jedzenia. Z radości odkrywania na nowo warzyw, które dotychczas pomijałam, przekonując się, jak smaczny może być seler naciowy, który zaczęłam jeść jako przekąskę.

   Ale nie biorę też tych przepisów w ciemno i bezkrytycznie.

   Powyrzucam przyprawy ostre takie, jak pieprz, czosnek czy papryka, które są w nich właściwie podstawą. Nie szkodzi, mogę zastąpić je ziołami. Na pewno też nie zrezygnuję z mięsa, które właściwie jem w bardzo małych ilościach i sporadycznie, ograniczając się do ryb, drobiu i wołowiny. Dokładnie w takiej kolejności. Na szczęście mogę pić kawę! Również inne napary, oprócz herbaty czarnej, której autorzy nie polecają. Przy okazji odkryłam napoje roślinne (to dla mnie zupełnie nowe pojęcie!) zastępujące mleko, które piłam, bo – pij mleko, będziesz duży! A to nie do końca prawda, jak się okazuje.

   Swoją przygodę z proponowanym jadłospisem zaczęłam od pierwszego przepisu, w pierwszym dniu, pierwszego tygodnia, który od razu mi się spodobał – od naleśników w nowej odsłonie.

Najlepsze było to, że prawie wszystkie składniki miałam w kuchni (oprócz suszonych moreli, które dokupiłam), a wyczarowałam z nich coś zupełnie odmiennego od tych tradycyjnych z twarogiem i cukrem. Wzięłam swoją czarodziejską różdżkę czyli kopyść (fajne, niemal archaiczne już słowo!), pomieszałam w lewo, w prawo (wprawdzie nie było tak łatwo, bo się poparzyłam, ale straty na wojnie muszą być!) i z góry niepozornych produktów wyczarowałam coś przepysznego!

Pachniały przepięknie, a w smaku poczułam kakao z nutą cynamonu w cieście, którego czekoladowe odczucie przełamywał kwaskowo-słodki smak nadzienia z jabłek i moreli, a atrakcyjności dodawała chrupkość marchewki al dente i drobno siekanych orzechów. Po dwóch naleśnikach czułam się przyjemnie syta, ale nie ociężała i senna. Mojej mamie, obiektywnie testującej naleśniki, brakowało tylko soli. No, cóż! Nawyk! Dla mnie idealne, dlatego wprowadzam ten przepis na stałe! Wymaga tyle samo czasu na przygotowanie, co naleśniki tradycyjne, smakują równie dobrze, ale zawierają w sobie to, czego nie posiadają te z serem i cukrem – zdrowie. Warte zamiany! Kolejne przepisy będę testować wybiórczo przez następnych kilka miesięcy, a samą książkę już uważam za swoją przyjaciółkę.

   Tak slogan o książce-przyjacielu stał się faktem!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2017 roku.

Love Vegan. Gotowy jadłospis na 21 dni [Robert Zakrzewski, Hanna Stolińska-Fiedorowicz, Violetta Domaradzka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 21 października 2017
Przewodnik po myśli Carla Gustava Junga – Henryk Machoń

Przewodnik po myśli Carla Gustava Junga – redakcja naukowa Henryk Machoń
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 288 stron

Seria Biblioteka Klasyków Psychologii
Literatura polska

   Carl Gustav Jung jest fascynujący!

   Nawet po kilkudziesięciu latach żywy w swoim dziedzictwie i bardzo aktualny poprzez wielowątkowość i otwartość na dalszy rozwój jego dorobku naukowego. Chociaż niektórzy interpretatorzy ostro punktują tę  „naukowość” jego badań. Nie znałam go takiego kontrowersyjnego, jaki został mi przedstawiony w tej naukowej pozycji. Proszę nie przerażać się tym „naukowym” określeniem, ponieważ redaktor naukowy wydania Henryk Machoń już we wprowadzeniu uspokoił czytelników wątpiących w swoje merytoryczne przygotowanie – Choć książka ta jest pozycją naukową, podstawowym zamierzeniem osób ją przygotowujących była troska o zrozumiałość jej treści dla szerszego grona odbiorców, by mogła posłużyć najpierw zrozumieniu koncepcji szwajcarskiego psychiatry, a następnie pomóc w samodzielnym studiowaniu jego trudnych, różnorodnych i bardzo obszernych dzieł, liczących ponad 13 000 stron. Autorzy artykułów unikali hermetycznej terminologii języka naukowego, ograniczając się do niezbędnych, podstawowych pojęć będących bazą nomenklatury jego koncepcji. Autorom zależało również, by książka trafiła nie tylko do czytelników znających teorię C. G. Junga, ale również do tych, którzy nie mieli do tej pory kontaktu z tekstami szwajcarskiego myśliciela, a jej lektura skłoni ich do zajrzenia do tekstów źródłowych.

   Należałam do obu grup.

   Jednak obraz, jaki otrzymałam na studiach, był bardzo uproszczony, okrojony, niedopowiedziany, a po tej lekturze, nawet wypaczony. Uważałam go za ucznia Zygmunta Freuda i, o zgrozo!, mniej ważnego w rankingu autorytetów naukowych. Powielałam, jak się okazało, stereotyp i bardzo popularne przekonanie o nim, nie do końca prawdziwe. Gdybym miała, po dwóch pierwszych artykułach przedstawiających osobę naukowca, również w kontekście dokonań Zygmunta Freuda, odpowiedzieć na pytanie – kim był Carl Gustav Jung? – miałabym ogromny problem. Borykałabym się z wyborem – komu przyznać niepodważalną rację? Samemu Carlowi Gustawowi Jungowi, który pisał o sobie:

 A może historykowi Sonu Shamdasaniemu twierdzącemu, że to okultysta, naukowiec, prorok, szarlatan, rasista, guru, antysemita, wyzwoliciel kobiet, mizogin, freudowski apostata, gnostyk, postmodernista, poligamista, uzdrowiciel, poeta, oszust, psychiatra, antypsychiatra? A może naukowcom i badaczom wybiórczo dostrzegającym w nim tego, którego dorobek odpowiadał ich dziedzinom – filozofom jako tylko filozofa i gnostyka, psychologom jako tylko psychologa lub mistyka, psychiatrom jako tylko lekarza, teologom jako apostatę, kulturoznawcom i artystom jako promotora uniwersalności znaczeń transcendentnych, humanistom jako twórcę interdyscyplinarności nauk społecznych i „twardych”, a prekursorom  różnych form duchowości jako twórcę New Age. Trudno rozstrzygnąć ten spór jednoznacznie tak, jak trudno i właściwie niemożliwym jest określić wszechstronny umysł uczonego, którego zainteresowania sięgały do zjawisk okultystycznych, filozofii, religioznawstwa, psychoanalizy, antropologii, mitologii, psychopatologii, neurofizjologii, alchemii czy fizyki kwantowej i obawiam się, że to nie wszystko! Dlatego zgadzam się z salomonowym wnioskiem Tomasza J.  Jasińskiego zawartym w otwierającym artykule Człowiek i jego mit – Odpowiadając na pytanie, kim jest Jung, nikt więc nie będzie miał racji, a jednocześnie każdy będzie ją miał. Jednak kluczowym zdaniem określającym charakter tej publikacji i zawartych w niej artykułów, tak bardzo różnych pod względem tematyki, jak i warsztatu, było – Być może nie ma innego sposobu na przybliżenie postaci tak bogatej i wieloznacznej – postaci genialnej- niż konfrontacja naszych wyobrażeń z tym, co wiemy na temat jego historii, i tym, co po sobie zostawił.

   Dokładnie temu miały służyć pozostałe trzynaście artykułów.

   Napisane przez specjalistów zajmujących się dorobkiem C. G. Junga, ale w ramach swojej dziedziny i pola badawczego. Stąd filozofowie, psychologowie, psychoanalitycy, kulturoznawcy, a także teolog, gnostyk, antropozof (dziedzina znana mi z pozycji Antropozoficzna cywilizacja uzdrowienia Mai Dobiasz), kulturoznawca, pedagog (co mnie bardzo ucieszyło!), buddolog, antropolog i religioznawca. To w swoich analizach i opracowaniach pokazali mi C. G. Junga z wielu stron, z których najbliższą mojej dziedziny (myślę, że każdy odnajdzie dla siebie inną) była twarz pedagoga (nie dydaktyka!) podkreślającego decydującą i główną rolę w wychowaniu (jakże przez niego szeroko pojętego!) metody wpływu osobistego, który przestrzegał przed błędnym zjawiskiem przesadnego dawania wiary mówieniu i przedstawieniu, bezgranicznego przeceniania nauczania za pomocą słów i metod. [...] Tak naprawdę wychowuje jednak to, czym rodzice żyją. Ponadczasowość tej myśli mnie przyjemnie poraziła!

   Życzę jej nieśmiertelności!

   Wszyscy autorzy w swoich opracowaniach powoływali się na poglądy innych badaczy, ale przede wszystkim odwoływali się do prac C. G. Junga, posługując się symbolicznym oznakowaniem jego dzieł umieszczonych na początku publikacji, a uzupełnionych o pomocne kalendarium życia i twórczości naukowca oraz o obszerne bibliografie znajdujące się pod każdym artykułem. W ten sposób nie tylko analizowali, interpretowali, przekazywali w bardziej zrozumiałej narracji, „tłumaczyli” z języka naukowego, syntetyzowali , ale przede wszystkim przewodzili  po zawiłościach i skomplikowaniach koncepcji uczonego, umożliwiając samodzielne studiowanie literatury podmiotu i przedmiotu. Bo nauka, którą stworzył i rozwinął bohater opracowania, nie jest zamknięta. Jego prośbą, a może nawet życzeniem, było:

W myśl tego cytatu, umieszczonego jako motto przed zamykającym artykułem Czesława S. Nosala Czy koncepcje Junga można uznać za naukowe?, właśnie taką rolę ma spełniać według redaktora naukowego wydania ta pozycja w twórczej i krytycznej dyskusji nad koncepcjami Junga w różnych środowiskach naukowych naszego kraju. Publikacja ma  być impulsem do dalszej dyskusji, krytycznej refleksji i namysłu nad aktualnością jego koncepcji w XXI wieku zarówno krajowemu środowisku jungowskiemu, jak i osobom nieznającym głębiej jego twórczości. Między innymi służy temu jej fragmentaryczność i wybiórczość myśli C. G. Junga, tutaj potraktowana jako zaleta wymuszająca dalszą aktywność czytelnika w badaniu obecnych w treści zagadnień lub w poszukiwaniu pominiętych wątków.

   Dla mnie to geniusz!

   Jakżeż ograniczenie, zachowawczo i zahamowanie wypada przy nim Zygmunt Freud! C. G. Jung wyczerpuje wszelkie znamiona świadczące o pionierskim, eksploracyjnym, kreatywnym, interaktywnym umyśle. Widać to w artykułach, a spory, polemiki i różnice zdań między ich autorami tylko to potwierdzają. To właśnie takie odważne i progresywne osobowości rozwijają naukę, których dziedzictwo stymuluje i fascynuje jego zwolenników i przeciwników w następnych pokoleniach. Śmiem twierdzić, że wpływ Jungowskiej myśli będzie odczuwany dopóty, dopóki nie poznamy tajemnicy istoty człowieczeństwa kryjącej się w nieświadomości.

   Czyli zawsze!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Przewodnik po myśli Carla Gustava Junga [Henryk Machoń]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 996 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi