Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 10 czerwca 2018
Retrotopia: jak rządzi nami przeszłość – Zygmunt Bauman

Retrotopia: jak rządzi nami przeszłość  – Zygmunt Bauman
Przełożyła Karolina Lebek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  302 strony
Literatura polska

   Jak pięknie ten socjolog tłumaczy świat!

   W publikacji Obcy u naszych drzwi wyjaśniał zjawisko migracji ludności na świecie, związane z nim negatywne konsekwencje, manipulacje rządzących i postawy ludzi wobec niego. Z kolei w tej pozycji poszerzył spektrum tych negatywnych zjawisk o nacjonalizm, rosnące zbrojenia, narcyzm, konsumpcjonizm i wiele, wiele innych. Nie poprzestał jednak tylko na ich przedstawieniu i analizie. Potraktował je jako skutki konkretnych postaw społecznych, które z kolei są efektem metod walki z lękiem przed... postępem.

   Okazuje się, że boimy się przyszłości!

   To, co kiedyś wzbudzało w nas nadzieję na lepsze, nowe, atrakcyjniejsze, ciekawsze i przynoszące rozwiązanie teraźniejszych problemów, obecnie ludzi przeraża. Dokładnie ujął to w ten sposób:

Do zilustrowania tego zjawiska posłużył się obrazem Paula Klee – Angelus Novus.

Wikipedia

Ta niepozorna akwarela z aniołem symbolizuje i niesie znaczące przesłanie, które opisał Walter Benjamin w Tezach o filozofii historii. Podkreśla ono niszczącą siłę postępu, która plącząc skrzydła aniołowi, uniemożliwia mu działanie. Ta niemoc czynu, twarz z grymasem strachu zwrócona ku przeszłości, a plecy ku przyszłości to ludzkość w wichrze postępu. Ludzkość, która na jej skutek znalazła się w przestrzeni koszmaru: lęku przed utratą pracy oraz powiązanej z nią pozycji społecznej, lękiem przed przejęciem domu i pozostałego dorobku życia przez wierzycieli, lęku przed przymusem pasywnego przyglądania się, jak własne dzieci staczają się ze zbocza dobrostanu i prestiżu oraz jak nasze własne umiejętności, zdobyte i przyswojone w pocie czoła, tracą cokolwiek z tego, co pozostało z ich rynkowej wartości. Tutaj każdy może dodać kolejne - swoje własne lęki. Moim jest lęk przed brakiem wpływu na cokolwiek.To one tworzą postawę opozycyjną wobec postępu, popartą przekonaniem o degeneracji i upadku przyszłości. To one też wpłynęły na pojawienie się antidotum, jakimi są retrotopie - wizje osadzone w utraconej/skradzionej/porzuconej, ale nieumarłej przeszłości, zamiast przywiązania do tego, co dopiero ma się narodzić, a więc do przyszłości. Spośród wielu, autor przedstawił cztery najbardziej spektakularne i znaczące praktyki retrotopijne, jakie występują w społeczeństwach – powrót do Hobbesa (stan wojny wszystkich ze wszystkimi), powrót do plemion (podział na nasi i obcy), powrót do nierówności (podział na bogatych i biednych) oraz powrót do łona (narcyzm, alienacja, egoizm). Według autora żadna z nich nie jest budującym i konstruktywnym antidotum, ponieważ opiera się na utopiach. Powrót do przeszłości  to powrót do nostalgicznych snów, które są tylko naszymi wyobrażeniami o przeszłości, a nie jej stanem faktycznym.

   Skutki tych praktyk są opłakane!

   Widać je w codziennych doniesieniach mass mediów. Autor szczegółowo opisuje te niekorzystne zjawiska społeczne i psychologiczne, powołując się na poglądy innych socjologów, psychologów, filozofów, ekonomistów, a nawet pisarzy. Spośród tych ostatnich najczęściej na Umberta Eco, który, jak się przekonałam, wiele zagadnień z tej pozycji umieścił w swoich esejach i powieściach. Między innymi w powieści Cmentarz w Pradze. Autor opisywane zjawiska analizował zarówno w skali społeczeństw, jak i jednostek. A całe to zło tylko, a może aż, z powodu lęku przed przyszłością. Z czasem pojawiło się dla mnie bardzo ważne pytanie.

   Czy można to zmienić?

   Ku mojemu zaskoczeniu, autor odpowiedź znalazł w słowach papieża Franciszka, który według niego, spośród osób publicznych ze znaczącym autorytetem to aktualnie jedyny na ziemi człowiek, który znajduje dość odwagi i przekonania, by tego typu kwestie podnosić i z nimi się mocować. Według papieża Franciszka antidotum na lęk przed przyszłością i postępem jest dialog. Niesłychanie żmudny, uciążliwy i kłopotliwy, bo opierający się na deficytowych współcześnie wartościach - wzajemnym szacunku i uznanej równości. To jedyna droga do zatamowania destrukcyjnych prądów typu „powrót do”. Nie ma innych do wyniesienia idei integracji do skali ogólnoludzkiej czyli „kosmopolitycznego zintegrowania ludzkości”. Biorąc pod uwagę skalę zjawiska, zastanawiałam się nad kolejnym pytaniem.

   Czy to w ogóle jest możliwe?

   Według autora tak, ale uprzedza – Musimy się przygotować na długi okres naznaczony mnogością pytań i niewieloma odpowiedziami – jak również na to, że będziemy działać w cieniu delikatnej równowagi między szansą na sukces i na porażkę. Znajdujemy się w sytuacji, w której albo wkroczymy we wspólną przyszłość, albo skończymy w zbiorowej mogile.

   Najlepiej zacząć od teraz i od siebie czyli praca, praca i jeszcze raz praca nad sobą.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość? [Zygmunt Bauman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 09 czerwca 2018
Kraina Proroka – Radosław Lewandowski

Kraina Proroka – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2018 , 510 stron
Tetralogia Wikingowie , tom 4
Literatura  polska
 

   A mówiłam! A uprzedzałam!

   Samą siebie, żeby nie przywiązywać się do bohaterów tej tetralogii o Wikingach pod żadnym pozorem, bo autor jedną ręką hojnie nimi obdarza, a drugą równie hojnie zabiera z kart książki. I stało się! Nie wierzyłam własnym oczom, widząc przerażającą mnie scenę. Muszę dodać, boleśnie skonstruowaną emocjonalnie i fizycznie, w czym autor szczególnie celuje. Nie mogę zdradzić, którego mojego faworyta autor wysłał w zaświaty, by nie odbierać przyjemności/nieprzyjemności zaskoczeń, które w czwartej i ostatniej części połączyły losy wszystkich bohaterów cyklu. Rozdzielone w części pierwszej Wilcze dziedzictwo, część druga Najeźdźcy z Północy i trzecia Topory i sejmitary wiodła szlakiem awanturniczej przygody tylko Oddiego Asgotssona. Wyklętego po zniewoleniu córki znaczącego woja i nieudanej próbie zamachu na tron swego wuja Eryka Zwycięskiego. Dojrzewającego chłopca, a potem mężczyzny kierowanego żądzą zemsty za zniewolenie matki i siostry. Banity, który przebył długą i trudną drogę z rodzinnej, szwedzkiej Birki poprzez Winlandię Dobrą aż do Mklagardu, skąd udal się w kierunku Morza Śródziemnego.

   Tym razem to nie jemu towarzyszyłam w wyprawie w nieznane.

   Jego rolę przejął w ostatniej części drugi z bohaterów początkowego zamieszania – Erik syn Eryka Zwycięskiego. Kuzyn Oddiego, który udał się wraz z paparskim niewolnikiem spisującym jego podróż na życzenie matki Erika, w kierunku Kordoby. Skuszony złotem, jakie miał dostać za pojmanego w niewolę kalifa, ostatecznie trafił aż na Sycylię z misją odbicia wyspy z rąk Maurów. Jego trasę wyprawy tradycyjnie znalazłam na wewnętrznej stronie okładki.

Wydawałoby się, że prosta misja szybkiego i obfitego wzbogacenia się nie będzie trudna. Jednak w miarę zbliżania się do Kordoby, zaczynała komplikować się za sprawą ujawnianych tajemnic, które skrywał niemalże każdy z bohaterów otaczających Erika. Niektóre były zaskakujące, ale niektóre niosące śmierć. Nie byłam w stanie przewidzieć kierunku, skąd nadleci zdradliwa strzała, wyjdzie skrwawione ostrze sejmitara lub nadleci topór najlepszego druha.

   Zdrada była wszędzie!

   Nawet wśród towarzyszy niejednej bitwy i niejednego wspólnie wypitego trunku. Nawet wśród członków własnej rodziny. Erik miał zaciętych wrogów, którzy zagrażali powodzeniu zyskownej wyprawy, ale także jego życiu. Na szczęście miał również wiernych przyjaciół, którzy byli gotowi oddać za niego życie. Ta niepewność w zamęcie stosunków dyplomatycznych, nagłych wydarzeń zmieniających kierunek wątków fabuły i zaskoczeń ujawnianych sekretów, była największym atutem tej części. Siłą napędową dynamiki akcji pełnej zmagań z wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym. To też część, która przybliża islam i historię panowania Maurów w Hiszpanii i na Sycylii. Autor tradycyjnie wpisał historię Erika w ramy historyczne, które przybliżył w posłowiu. Nie zapomniał również o ubarwieniu dialogów celnymi powiedzeniami i adekwatnymi przysłowiami zaczerpniętymi z obu kultur.

   To już jest koniec!

   Zaskakujący i brutalny koniec historii dwóch kuzynów, Erika i Oddiego, pchniętych w dalekie światy odmiennymi motywacjami i powodami. Losów trudnych i niebezpiecznych, jakie były udziałem Wikingów w X wieku. Historii osobistej walki o swoją tożsamość, honor i życie, ale i tej wielkiej, toczącej się w tle – Europy czasów średniowiecza. Odmiennej od obecnej, a przez to pociągającej dla współczesnego czytelnika, ale jakże aktualnej i ponadczasowej pod względem ludzkich emocji – zazdrości, zemsty, chciwości, nienawiści, ale i przyjaźni, honoru i miłości. Wartości budujących mosty ponad podziałami w bardzo zróżnicowanym świecie ścierających się interesów politycznych, różnic kulturowych i światopoglądów religijnych. Koniec pięknej, barwnej, emocjonalnej, chwilami zabawnej, gęstej postaciami i wątkami, brutalnej opowieści o Wikingach. Jednak nie dla samych Wikingów, dla których śmierć była dopiero początkiem wiecznego życia w Walhalli.

   I jeszcze coś!

   Coś, co mnie ujęło - poniższa dedykacja, doceniająca misję bibliotekarzy.

   Dziękuję!

Wikingowie. Kraina Proroka [Radosław Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

O meandrach tworzenia cyklu Wikingowie opowiada autor.

poniedziałek, 04 czerwca 2018
Ferma blond – Piotr Adamczyk

Ferma blond – Piotr Adamczyk
Wydawnictwo Agora , 2018 , 536 stron
Literatura polska
 

   Stare meble są niebezpieczne!

   Mogą na przykład zabrać komuś tożsamość. Dokładnie to przydarzyło się Michaelowi. Niemieckiemu politykowi, który w toaletce zmarłej matki znalazł tajemnicze dokumenty i listy. O ich przeczytanie, opisanie i odtworzenie historii bohaterów znaleziska poprosił swojego polskiego kuzyna, Piotra. Obaj mieli wspólnego dziadka antykwariusza i kolekcjonera mieszkającego w Berlinie. Ich matki, Charlotte i Helga, były siostrami. Jednak losy obu rozdzieliła wojna i miłość, skazując na życie we wrogich sobie krajach – Niemczech i Polsce. Jak do tego doszło i co było przyczyną podziału i rozpadu niemieckiej rodziny, Piotr opisał w drugiej, najobszerniejszej z trzech części powieści, którą mogę nazwać historyczną, a nawet kryminałem historycznym. Pełnym prawdziwych postaci znanych z historii, z których wiodącą był Adolf Ziegler. Artysta i prezes Izby Sztuk Plastycznych Rzeszy. Malarz, którego uwielbiał i cenił za akty kobiece Adolf Hitler, a pogardzali nim krytycy sztuki, nazywając go „narodowym malarzem włosów łonowych”. To on, uwodząc o dwadzieścia siedem lat młodszą Charlottę, matkę Michaela, wprowadził zamęt sercowy i zamieszanie obyczajowe, z powodu których dziewczyna trafiła do ośrodka Lebensbornu.

   Tajemnica z przeszłości, zapętlone losy bohaterów, morderstwa młodych kobiet seryjnego zabójcy i  miłosne mezaliansy na tle historii III Rzeszy czyniły z niej gęstą opowieść pełną zaskoczeń. 

   Znałam styl autora z Domu tęsknot, którym byłam zachwycona. Najnowsza jego powieść pozostaje wierna tematyce czyli skomplikowanym wojennym i powojennym stosunkom polsko-niemieckim, jednak nie jest tak poetycka, jak ta pierwsza. I nie może być! Powieść, w której dominują bolesne i okrutne fakty z czasów II wojny światowej dla obu narodów – obozy koncentracyjne, eugenika, ideologia nazistowska, rasistowska polityka prokreacyjna – wymaga odmiennej narracji. Autor wybrał delikatną ironię, która z jednej strony przybliżała ideologię III Rzeszy z naciskiem na „hodowlę rasy niemieckiej”, a z drugiej strony ukazywała jej absurdalność i groteskę, w które wpisali się Niemcy idący „z duchem dziejów”. Pokazał to poprzez losy zwykłych mieszkańców Berlina, jakimi była rodzina antykwariusza Helmuta, jak i tych z otoczenia Adolfa Hitlera. To bardzo liczna w fakty, postacie i wątki sensacyjno-kryminalne, powieść, do napisania której autor przygotował się, czytając publikacje wspomnieniowe i popularnonaukowe, a których bibliografię umieścił na końcu książki. Spośród 23 tytułów czytałam Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego, Mój Auschwitz Władysława Bartoszewskiego i ten najważniejszy w walce o prawdę o Lebensbornie toczoną tuż po wojnie – ”Lebensborn” czyli źródło życia Romana Hrabara. Demaskowała ona rolę i zadania ośrodków Lebensbornu i polityki prokreacyjnej III Rzeszy. Jak się okazuje nie do końca skutecznie, skoro temat ośrodków Lebensbornu w Polsce nadal jest negowany, przemilczany i zaprzeczany przez Niemców, o czym napisał autor w Post scriptum, czyli początek śledztwa dołączonym do książki. Swoją powieść nazwał „próbą rozpoczęcia poszukiwań” w tym kierunku. W Polsce jest pierwszym pisarzem sięgającym po tę tematykę. W literaturze powszechnej podjęła się tego tematu amerykańska pisarka Jo Ann Bender wydaną w Polsce powieścią beletrystyczną, tylko wykorzystującą fakty - Lebensborn: życie i miłość w III Rzeszy. Niestety rozczarowała mnie warsztatem pisarskim.

   Piotr Adamczyk zrobił to dużo lepiej pod każdym względem.

   Przede wszystkim jest wiarygodny. Nic nie wzbudzało moich wątpliwości. Szczegóły z codziennego życia ówczesnych Niemców od ich różnorodnych postaw wobec zachodzących wokół zmian politycznych po prace domowe dzieci zawierające treści eugeniczne, zadziwiały. Ciekawostki wynalazcze prosto z obozów koncentracyjnych robiące karierę w powojennych już seks shopach, zaskakiwały. Cytaty czerpane ze źródeł historycznych zaciekawiały. Zwłaszcza te z Mein Kampf. Warsztat pisarski, który potrafił ten ogrom wiedzy wpleść w przeciekawą fabułę, ujmując historię rodziny berlińskiego antykwariusza w klamrę współczesności, w której jednym z bohaterów autor uczynił siebie samego, dając mu swoje imię i sugerując, że ta fabularyzowana historia, opowiadana z jego punktu widzenia, przydarzyła się mu osobiście, potwierdził swój wysoki poziom. I najważniejsze – uczynił powieść użyteczną społecznie, na tyle zaciekawiając czytelników tematyką, by delikatnie zwrócić ich uwagę w kierunku innych pozycji ją rozwijającą.

   To ważne.

   O jej zaistnienie w historii i w świadomości obu narodów walczył Roman Hrabar, poświęcając jej wiele lat pracy. Zadziwiającym jest natomiast fakt, że Niemcy nadal tę walkę o prawdę, a właściwie o jej fałszowanie, kontynuują. Ferma blond o bardzo wymownym i ironicznym, jak na autora przystało, tytule miała być napisana po to, by znowu zacząć walczyć o prawdę o ośrodkach Lebensbornu w Polsce w czasie wojny.

   A takich książek nie zapomina się.

Ferma blond [Piotr Adamczyk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 03 czerwca 2018
To żyje! – Toby Walsh

To żyje!: od logicznego fortepianu po zabójcze roboty – Toby Walsh
Przełożył Witold Sikorski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  288 stron
Literatura australijska

   Bardzo się wystraszyłam!

   Nie treścią książki. Tę przeczytałam dla uspokojenia, chociaż pozostała we mnie niepewność i obawy, ale przynajmniej nie strach. Wystraszyła mnie bogata wiedza mojej nastoletniej rozmówczyni, która roztoczyła przede mną Armagedon rodzaju ludzkiego pokonanego przez dodatkowego, piątego Jeźdźca Apokalipsy niewymienianego w Biblii – sztuczną inteligencję. W jakiejś części miała rację. W tej negatywnej. Swoją wiedzę czerpała z Internetu, więc nie wiem, czy była ofiarą komercji szukającej poczytności opartej na sensacji, czy może sama doszła do takiego wniosku. Sięgnęłam więc po pozycję o tej tematyce napisaną przez jednego z wiodących uczonych na świecie, który, kolokwialnie rzecz ujmując, zjadł zęby na sztucznej inteligencji , a którą za autorem będę określać skrótowcem AI (ang. Artificial Intelligence). Człowieka utytułowanego (jest profesorem), badacza z osiągnięciami, naukowca nagradzanego, a co najciekawsze w jego biogramie umieszczonym w książce, z którego zaczerpnęłam informacje, opowiadającego się za zakazem używania broni autonomicznej, tak zwanych robotów zabójców. Dawało mi to gwarancję, że nie mam do czynienia z szalonym badaczem zafiksowanym tylko na sukcesach osiąganych po trupach, ale z badaczem myślącym perspektywicznie i dalekosiężnie. Potrafiącym obiektywnie spojrzeć na dziedzinę swojej nauki i przewidzieć, w odróżnieniu od Alfreda Nobla, konsekwencje jej rozwoju dla ludzkości.

   Dosłownie!

   Na końcu publikacji umieścił rozdział, w którym przedstawił 10 prognoz dotyczących wpływu AI na transport, edukację, rozrywkę i opiekę zdrowotną, możliwych i prawdopodobnych do spełnienia się w 2050 roku. Niektóre przyjemne, kilka zatrważających, inne zadziwiające, ale mnie spodobała się jedna – całkowity zakaz prowadzenia samochodów przez człowieka! Zastąpią go samochody autonomiczne. Zwiastun tej prognozy już istnieje realnie – znana firma transportowa Uber wprowadziła taksówki autonomiczne w Pittsburghu! Najciekawsze w tych przewidywaniach było to, że większość z nich jest obecnie w jakiejś części już realizowana!

   Ale zanim te prognozy przedstawił, sięgnął do historii.

   Jak autor zauważył – Aby zrozumieć, dokąd zabiera nas sztuczna inteligencja, dobrze jest wiedzieć, skąd ona pochodzi i gdzie znajduje się dziś. Dokładnie na takie trzy części podzielił swoją wiedzę. Zaczął od rysu historycznego rozwoju technologii i AI. Jej pojawienie się i skalę konsekwencji dla ludzkości porównał do rewolucji przemysłowej, a w dziedzinie obronności do wynalazku prochu i broni jądrowej. Wszyscy wiemy, z czym się to wiąże. Przede wszystkim z odpowiedzialnością w wykorzystywaniu AI. Uczonych podzielił na tych, którzy nie widzą w niej zagrożeń i tych, którzy zalecają stosowanie AI tylko do wspierania działań człowieka, a nie jego zastępowania we wszystkim. Autor zajmuje miejsce pośrodku, próbując pogodzić te różnice, a za pomocą książki zrealizować jeden cel – pomóc wszystkim zainteresowanym niebędącym specjalistami w tej dziedzinie w zrozumieniu, na ile powinniśmy się cieszyć, a na ile martwić tym, że nadchodzą myślące maszyny. Jego osiągnięciu miała służyć zwłaszcza część druga, omawiająca dzisiejszy stan AI. To w nim dowiedziałam się, jakiego rodzaju badacze pracują nad jej poszczególnymi aspektami, jakie mamy najnowsze osiągnięcia w tej dziedzinie, co ogranicza rozwój AI i jakie są jej formy zastosowania. To tutaj uświadomiłam sobie, że AI jest wszędzie. Nie widać jej tak, jak nie widać prądu, dopóki nie włączymy światła czy tak, jak powietrza, dopóki nie nabierzemy go w płuca. Bo AI to nie tylko robotyka, która jest najbardziej widoczna i efektowna. To również systemy uczące się, rozumowania logicznego i przetwarzania języka naturalnego ukryte w powszechnie używanych urządzeniach lub gadżetach elektronicznych, mających na przykład w smartfonach, oprócz funkcji telefonu, również wiele innych, dodatkowych, czyniących z niego minikomputer z AI.

   AI nas otacza i przenika nasze życie!

   Autor jednak uspokaja, pisząc  – Sztuczna inteligencja, moim zdaniem (...), nie jest obecnie największym zagrożeniem dla ludzkości. W istocie podejrzewam, że z trudem może znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Jest wiele bliższych niebezpieczeństw, które łatwo mogą zniszczyć ludzkość. I tutaj wymienia globalne ocieplenie, globalny kryzys finansowy, globalną wojnę z terroryzmem, migracje ludności, przeludnienie, pandemie, superwulkany, ogromne meteory czy rosnącą odporność na antybiotyki. Dokładnie to wszystko, na co zwracał uwagę Douglas Preston w Zaginionym Mieście Boga Małp. Jeśli już można się czegoś obawiać ze strony AI to jej negatywnego  oddziaływania na człowieka i społeczeństwo - rozluźnienie i zerwanie więzi międzyludzkich, alienacja jednostki, wyobcowanie, skrajny indywidualizm czy nieumiejętność komunikacji. Na wszystkie wartości miękkie, które najbardziej odczują tę negatywną stronę stosowania AI. Technologia będzie miała również wpływ na pojmowanie człowieczeństwa, człowieka i jego roli w społeczeństwie.

   Tego destrukcyjnego aspektu psychologicznego AI obawiam się najbardziej.

   Naukowcy dają nam do rąk narzędzie, którym musimy nauczyć się mądrze posługiwać. To od nas zależy, jak i do czego go użyjemy. Autor wyraźnie podkreśla ostateczne przesłanie tej książki – sztuczna inteligencja może prowadzić nas różnymi ścieżkami, dobrymi lub złymi, ale to społeczeństwo musi wybrać, którą ścieżkę wybrać i działać na rzecz tego wyboru.

   Czy jesteśmy na to gotowi?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 02 czerwca 2018
Tygrysica i Akrobata – Susanna Tamaro

Tygrysica i Akrobata – Susanna Tamaro
Przełożył Oskar Styczeń
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagielońskiego , 2018 , 158 stron
Seria z Żurawiem 
Literatura  włoska

   Posłuchajcie...

   W bezkresnej Syberii, blisko granic Dalekiego Wschodu, wśród zaśnieżonych lasów Tajgi, tam, gdzie od początku czasów wschodzi słońce, na świat przyszła Mała Tygrysica. Odkąd go ujrzała, zadawała mnóstwo pytań o jego naturę. Z czasem uświadomiła sobie, że samo życie było pełne tajemnic. Myśli, niczym brzęczące owady, kłębiły się w jej umyśle, pojawiając się nieustannie z jej wnętrza, niczym z bezdennej studni. Była wobec nich bezsilna, bo nie dało się ich zmiażdżyć łapą, ani też odpędzić ogonem. Myślenie rozpraszało ją i dekoncentrowało. Nie pozwalało skutecznie polować. Stawiało pod znakiem zapytania jej szansę na przeżycie w Tajdze. Nie pomagały napomnienia ze strony Ojca – Tygrys musi być zawsze Tygrysem albo Nie możesz dać miejsca innej naturze. Nie pomagały uwagi Matki – Niebo ustala przeznaczenie każdego z nas albo Myśli lisa nie mogą być twoimi myślami, a spojrzenie kruka nie może być twoim spojrzeniem.

   Jednak w Małej Tygrysicy zagnieździła się inna natura niczym grzyby w drzewie.

   Wbrew naukom rodziców nawiązała więź z największym wrogiem tygrysów – człowiekiem. Człowiekiem z Chaty - takim samym wyrzutkiem wśród ludzi, jak ona wśród tygrysów. Kontakt ten ostatecznie przypłaciła uwięzieniem. Stała się zwierzęciem cyrkowym, boleśnie poznając gorzki smak utraty wolności, o odzyskanie której musiała zawalczyć.

   Brzmi jak bajka dla dzieci?

   Bo to jest bajka, ale filozoficzna. Jej tematyką była wolność. Autorka pod nieskomplikowaną fabułą, w której zwierzęta myślą, czują, mówią i rozmawiają z ludźmi, ukryła metaforę ludzkiego życia. Życia, które powinno toczyć się zgodnie z indywidualnymi cechami osobowości, marzeniami, przekonaniami, możliwościami, predyspozycjami i planami. Życia, którego nie powinno się pozwolić zniewolić konwenansami i normami kulturowymi. Życia wolnego od zasad narzuconych przez tradycję rodzinną. Życia, które ma sens i cel, jeśli nie pozwolimy uwięzić go za kratami wyobrażeń i przekonań narzuconych przez innych ludzi.

   To człowiek jest największym wrogiem człowieczej indywidualności.

   Ten obok nas, pragnący władzy i my sami, pozwalając kratom otoczyć nasze serce i zamknąć przed sobą wszystkie możliwości rozwoju i szanse przemiany. Walka o odzyskanie wolności, własnej natury, życia, losu, marzeń, przeznaczenia, jest bardzo trudna, ale możliwa, jeśli przeszkody potraktujemy tak, jak wyzwanie, a z nadziei uczynimy siłę motywującą i wzmacniającą wewnętrzny ogień – lodowaty, który niszczy lub gorący, który buduje. To od nas zależy, którego użyjemy do walki lub poddania się. To my decydujemy, który z nich będzie w nas płonąć.

   Ta przepięknie skonstruowana opowieść wykorzystująca spektrum środków stylistycznych czyniących ją trochę baśnową, trochę realną, trochę poetycką, a trochę prozatorską, brzemienną przebogatą treścią filozoficzną, ma przede wszystkim potencjał terapeutyczny dla ludzi zagubionych, zniewolonych, zabłąkanych lub poszukujących własnej drogi w życiu. Autorka dała możliwość towarzyszenia Małej Tygrysicy, która dokładnie taka była. Utożsamienie się z nią, z jej sytuacją, środowiskiem rodzinnym i drogą życiową, pozwoliło na współudział w wędrówce, by prześledzić warianty podejmowanych decyzji i dokonywanych wyborów oraz ich skutków. Włącznie z utratą wolności i walką o jej odzyskanie, po to, by ukazać problemy jako tak samo rozwijające , jak sukcesy. W myśl zasady Człowieka z Chaty, który w opowieści pełnił rolę mędrca, guru lub przewodnika duchowego – Smutne życie tego, kto nigdy nie napotkał ściany.

   Takich sentencji jest  w niej mnóstwo!

   Książka nie narzuca wymogów wiekowych swojemu odbiorcy. Mogą ją czytać zarówno starsze dzieci, młodzież, jak i dorośli. Wszystko zależy od dojrzałości emocjonalnej, doświadczeń życiowych i osiągnięcia etapu zadawania pytań egzystencjalnych. Dokładnie tak, jak w przypadku Małego Księcia Antoine de Saint-Exupéry’ego, Mistrza Andy’ego Andrewsa, Oskarżonego pluszowego M. Clifforda Chasego i wielu, wielu innych książkowych drogowskazów życia.

   Idealna pozycja dla mojej młodzieży, która prosi mnie o coś mądrego, życiowego, filozoficznego i pełnego sentencji do wynotowania!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

piątek, 01 czerwca 2018
Pokochawszy – Jerzy Bralczyk , Lucyna Kirwil , Karolina Oponowicz

Pokochawszy: o miłości w języku – Jerzy Bralczyk i Lucyna Kirwil  w rozmowie z Karoliną Oponowicz
Wydawnictwo Agora , 2018 , 293 strony
Literatura polska
 

   „Język jest nie tylko po to, żeby coś załatwić. On jest sposobem istnienia człowieka.”

   Powyższe słowa wypowiedział literaturoznawca Jerzy Bralczyk, które gdzieś, kiedyś przeczytałam i sobie zanotowałam. Jeśli to prawda, to rozmowa trójki autorów książki jest próbą odpowiedzi na sposób tego istnienia również w miłości. Tej pojawiającej się między dwojgiem ludzi, składającej się z kilku etapów – zauroczenia, zakochania, miłości i przywiązania. Lucyna Kirwil podała za Bogdanem Wojciszkem trochę inne – zakochanie, romantyczne początki, związek kompletny, związek przyjacielski i związek pusty. Jakie fazy by nie były, jak by je nie nazywać, Jerzy Bralczyk stanowczo się im sprzeciwił. Tak reagują osoby, którym trudno pogodzić intymność i romantyczność z bezemocjonalnym podejściem naukowym, które reprezentowała Lucyna Kirwil – psycholog i agresolog. To zetknięcie się dwóch umysłów, odmiennych podejść zawodowych i różnych osobowości poprowadzonych meandrami, a może okresami w miłości, przez pisarkę Karolinę Oponowicz, było dla mnie nie tylko oddaniem „sposobu istnienia człowieka” w miłości, ale i miłości oddanej słowami poprzez narzędzie, jakim jest język. Zabrzmiało trochę filozoficznie, ale tej filozofii w rozmowie było, jak na lekarstwo. Dyskusją o gramatyce też bym jej nie nazwała. Autorzy we wstępie uprzedzili, że nie będą odpowiadać na ponadczasowe pytania typu – Jak to jest z tą miłością? Jest cudem czy więzieniem? Łącząc wiedzę z psychologii i językoznawstwa spróbowali odpowiedzieć na pytania przede wszystkim o językowy sposób wyrażania miłości i uczuć jej towarzyszących na każdym etapie jej rozwoju, o wpływ języka na zachowania miłosne człowieka, o pojęcia, te ładne i te wulgarne, określające miłość, seks i osobę westchnień, o umiejętność wyrażania emocji i rozmowy o nich, o sposobach wyznawania uczucia i zmienianiu się języka w miłości romantycznej, a potem dojrzałej, o języku seksu, który oscyluje między wulgarnym, medycznym lub infantylnym i języku kłótni, o miłosnym kiczu, rytuałach, rozstaniach, listach tradycyjnych zamieniających się w esemesy i dewulgaryzacji wyrażeń, które kiedyś były przekleństwami, a dzisiaj stosowane są bez świadomości ich dawnego znaczenia. Po tej rozmowie „pójść na całego”, „przegiąć pałę” i „rura mu zmiękła” wyrzucam ze swojego słownika. Nie są już dla mnie niewinne znaczeniowo. Powyższe wątki to tylko niewielka część całości, na dodatek wymieniona chaotycznie, bo sama rozmowa, nawet jeśli na taką wyglądała, była bardzo uporządkowana, w tej swojej wielokierunkowości rozwoju tematów, poprzez rozdziały. Każdy z nich odpowiadał chronologicznie etapom rozwoju miłości w związku. Zapowiadała je pomarańczowa kartka z tytułem czekającego mnie cząstkowego tematu rozmowy,

na odwrocie której umieszczano wybrane z niej zdania.

   Przysłuchiwałam się tej trójce rozmówców z ogromnym zaciekawieniem.

   Nie tylko ze względu na przeciekawe treści merytoryczne poszerzane odniesieniami do literatury, poezji, piosenki, filmów, w czym celował Jerzy Bralczyk z fenomenalną pamięcią do cytatów oraz zagadnień społecznych i kulturowych,  w czym z kolei celowała Lucyna Kirwil, ale również na elokwencję i erudycję obojga. Jeśli powiem, że również na poprawność polszczyzny, to będzie to truizm. Ciekawszą rzeczą było spojrzenie na tematykę omawianą przez małżeństwo z trzydziestopięcioletnim stażem, które pokazało, jak rozmawiać, jak dyskutować, jak prowadzić dialog, szanując zdanie i emocje drugiego człowieka. Nie wiem, czy nie nadużyję stwierdzenia, że ta umiejętność, tak pięknie pokazana, w dużej mierze przyczyniła się do trwałości ich związku, a wracając do cytatu – ich „sposobem istnienia człowieka” w związku.

   Przeuroczym!

   Co nie znaczy, że tak było zawsze. I mimo że Pokochawszy nie miała być wspólną autobiografią, to wątki osobiste w rozmowie pojawiały się. A im bliżej było końca, tym częściej sięgali do własnych doświadczeń. Rozmowa początkowo zdystansowana, pod koniec nabrała cech bardziej intymnych, z większą ilością przykładów pochodzących z ich małżeństwa, czego nie zauważyła prowadząca rozmowę, a co zauważył Jerzy Bralczyk, pytając – Pani Karolino, czy pani nie zauważyła, że my leżymy na leżance przed panią? i stwierdzając – Przecież my zdzieramy tutaj z siebie różne skorupy i siebie tez poznajemy dzięki pani. Wspaniała sprawa.

   Dla mnie również!

   To właśnie osobiste nawiązania i dzielenie się własnym doświadczeniem czyniły z tej merytorycznej rozmowy spotkanie kameralne i bez dystansu. Uwiarygodniały przekazywaną teorię, z którą można było się porównać, wysnuć wnioski, a przede wszystkim dowiedzieć się, że dobry i trwały związek to ciężka praca, w którym język i jego bogactwo to podstawowe narzędzie budujące lub niszczące go. Cała rozmowa była tego najlepszym przykładem. Ciekawa, ciepła, z odrobiną humoru i dystansu do siebie, elokwentna, iskrząca inteligencją, interdyscyplinarna i intertekstualna, rozwijająca, budująca, poznawcza, miłosna, a przede wszystkim ludzka.

   Rozmowa mądrych, kochających się ludzi, którą warto posłuchać, by wiele skorzystać.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Pokochawszy: O miłości w języku. Jerzy Bralczyk i Lucyna Kirwil w rozmowie z Karoliną Oponowicz [Jerzy Bralczyk, Karolina Oponowicz, Lucyna Kirwil]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Autorzy o swojej książce w porannym wydaniu TVN.
czwartek, 31 maja 2018
Topory i sejmitary – Radosław Lewandowski

Topory i sejmitary – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2017 , 432 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 3
Literatura  polska
  

   Kolejna niespodzianka!

   Tym razem kierunek Wielkiej Przygody z wikingiem Oddim Asgotssonem zapowiadało słowo, którego nie znałam – sejmitary. Szybko wrzuciłam pojęcie do wyszukiwarki i oto, co mi wyskoczyło!

Wikipedia

Broń biała rzadko wykorzystywana w literaturze, za to często w grach komputerowych. Ze skrzyżowania północnych toporów i południowych sejmitarów powstała tym razem nie tylko dynamiczna i ciekawa poznawczo opowieść, ale przede wszystkim mieszanka już nie tylko dwóch kultur (wikińskiej i indiańskiej), jak było w drugim tomie Najeźdźcy z Północy, ale kilku, które bohaterowie pod dowództwem Oddiego, napotykali na swojej trudnej i bardzo niebezpiecznej drodze. A szlak wiódł przez rzeki, jeziora i lasy od szwedzkiej Birki do ówczesnego Miklagardu. Bardzo znanego miasta w X wieku i obecnie, ale nie zdradzę jego współczesnej nazwy, ponieważ samodzielne kojarzenie i konfrontowanie wiedzy z historii było dla mnie jedną z zabaw logicznych, jakie dostarczała mi opowieść. Historycznymi zagadkami, które uwielbiałam rozwiązywać, korzystając z podpowiedzi opisowych autora. Nie chcę zabierać tej przyjemności kolejnym czytelnikom. A okazji do odkrywania i zgadywania napotykałam mnóstwo, bo i szlak był bardzo długi. Od Morza Bałtyckiego do Morza Czarnego, jak pokazywała mapka umieszczona na wewnętrznej stronie okładki.

Mijane osady, grody i miasta były jednocześnie tytułami rozdziałów. Oddi wyruszył w tę ryzykowną podróż w nieznane motywowany zemstą. Po przybyciu do rodzinnej Birki dowiedział się, że jego matkę zamordowano, a czternastoletnią siostrę Jofriddę sprzedano w niewolę, wywożąc aż do Gardariki. Chęć jej odnalezienia lub pomszczenia ewentualnej jej śmierci była jedynym powodem wyprawy. Dla jego drużyny współtowarzyszy, która powiększyła się o jomswikingów z Jomsborga, również okazją do zdobycia łupów i wzbogacenia się.

   Ich wędrówka przypominała mi reguły baśni i gry komputerowej.

   Zawierała sporo ich elementów. Wyprawa w nieznane miała jasno określony cel, bardzo trudny do osiągnięcia. Zdobywanie kolejnych etapów podróży przypominało wchodzenie na kolejny level. Cele etapowe były uzależnione od skrajnych warunków spełnianych na poprzednich etapach. Powodzenie było uzależnione od umów, negocjacji lub zadań stawianych przez kluczowe postacie rozwijającej się akcji. Bohaterowie pozytywni i negatywni ścierali się w walce o dobro, w której siła fizyczna liczyła się tak samo, jak spryt i logiczne myślenie. W tyglu kultur pojawiali się bohaterowie, do których nie mogłam się przywiązywać, bo sukcesy wymagały ich ofiar w wyniku zdrady, walk, bitew, potyczek czy patologicznych działań psychopatów posiadających władzę. Sceny sadyzmu autor doprowadził do perfekcji. Czułam niemalże fizycznie zadawany ból i cierpienie. To w nich widać kunszt operowania słowem, by oddać to, co podsunie autorska wyobraźnia. A wszystko to zatopione w w atmosferze nieznanych, ale pięknych rzek, jezior, osad i lądów zamieszkiwanych przez ludy tworzące przebogatą mieszankę współistniejących ze sobą kultur. Ludzi o odmiennych systemach wartości, różnych językach, obyczajach i wierzeniach. Te ostatnie często ze sobą konfrontowanych i porównywanych, by ukochana Oddiego podsumowała to zjawisko dającym do myślenia, jednym pytaniem – może to wszystko było kiedyś jednym? Spośród wierzeń, które reprezentowali pojawiający się bohaterowie, najbardziej zainteresowała mnie wiara naszych przodków. Autor wplótł w historie wyprawy wątek z niewolnikiem Dobrogostem. Synem żercy służącym w przedchrześcijańskiej kątnicy w Płocku. Uczynił z niego źródło o ówczesnym systemie wierzeń słowiańskich, którego wyznawcy w XI wieku w Polsce trzykrotnie powstawali przeciwko ekspansywnemu chrześcijaństwu. To tutaj dowiedziałam się, że bociany przynoszące dzieci, a pierwotnie zaszczepiające duszę w narodzonych, są echem wierzeń naszych praojców. Te i inne fakty zawarte w powieści autor tradycyjnie zaczerpnął z materiałów źródłowych, o czym napisał w posłowiu omawiającym rys historyczny w fabule. Dzięki temu mogłam oddzielić prawdę od fikcji literackiej. Przede mną ostatnia część tetralogii o wiele obiecującym tytule – Kraina Proroka. Znowu będzie się działo!

   I bardzo dobrze!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wikingowie. Topory i sejmitary [Radosław Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 27 maja 2018
Dzienniki: tom III 1916-1919 – Michał Römer

Dzienniki: tom III  1916-1919 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 850 stron
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  polska


   Kolejne cztery lata z życia Michała Römera!

   Jakże fascynujące! Nie tylko dlatego, że żył w ciekawych czasach, o ile można tak określić I wojnę światową i wir powojnia. W wielu miejscach Polski zaborowej i wyzwalanej, Rosji rewolucyjnej i bolszewickiej oraz Litwy domagającej się niepodległości. Wśród ludzi miękkich i spiżowych, których nazwiska zapisały się w polskiej historii. Ale przede wszystkim dlatego, że potrafił to opisać. Oddać ducha zawieruchy i niepewności tamtych czasów, w których rozpętały się jakieś siły ogromne ludzkiego żywiołu, masy ludzkie, jak może nigdy od czasów barbarzyństwa, od okresów wielkich wędrówek narodów, wyjarzmione z wszelkich pęt, wolne od karbów organizacyjnych ścisłego mechanizmu gospodarczego i politycznego, który się rozpada w gruzy.

   Pierwsze dwa lata mogłam nazwać legionowymi.

   Autor, szukając możliwości realizacji swojego pomysłu utworzenia kompani litewskiej w ramach brygad polskich, wstąpił do Legionów, do I Brygady Józefa Piłsudskiego. Nie dla awansu, kariery wojskowej i zaszczytów, ale dla pośrednich dróg dążenia do ambicji, której zarówno wiara jak i temperament, streszcza się do spraw Litwy. Ukochał ją ponad życie, przepięknie wyznając jej miłość – O, Litwo moja, jakże ciężko opłacam moją miłość ku Tobie! Każdy mój krok ku Tobie i dla Ciebie kosztuje mnie tragedię. Jest to ofiara cicha, ofiara zamknięta w sączących ranach serca, których nikt ne widzi... To czas, w którym jego wyważona i drobiazgowa analiza politycznej sytuacji Polski i Litwy oraz wnikliwy komentarz polityki prowadzonej przez J. Piłsudskiego zajmowały zdecydowanie najwięcej miejsca w dzienniku. Mogłam jednak prześledzić również losy legionistów, których autor był trochę nietypowym przedstawicielem wśród szeregowców ze względu na pochodzenie i wykształcenie, od walk frontowych, poprzez rekonwalescencję w szpitalu, po tragiczny pobyt w skrajnych warunkach w niemieckim obozie jenieckim, w którym z człowieka z nadwagą zamienił się w ciało ze skóry i kości. Autor wiele stron poświęcił samym Legionom. Stosunkom w nich panującym, zaopatrzeniu, hierarchii, warunkom bytowym, przekrojowi społecznemu, nastawieniom politycznym, a także wewnętrznym buntom i nieposłuszeństwom wobec Niemców włącznie z kryzysem przysięgowym. To także czas bardzo intensywnych poszukiwań kontaktów przez autora z każdym, kto miał potencjalny wpływ na losy Litwy. Docierał na szczyty. W tym do J. Piłsudskiego, z którym rozmowa nie była pierwszą, ani ostatnią. Ciekawym było wysłuchać osobistych spostrzeżeń na temat nie tylko Naczelnika, którego poważał, wielbił i szanował, ale i Władysława Sikorskiego, którego cenił trochę mniej, uważając go za karierowicza, intryganta i parweniusza. Posunął się nawet do porównania obu, pisząc – to jakby zestawienie pawia z orłem w głupocie natury ludzkiej.  

   Chociażby dla takich subiektywnych smaczków, odzierających ze złota ludzkie pomniki, uwielbiam dzienniki i wspomnienia świadków minionych lat.

   Te osobiste uwagi i opinie nie były tylko jednostronne czy tylko negatywne. Charakterystyczną cechą autora był jego obiektywizm w ocenianiu ludzi, zjawisk, idei czy wydarzań. Zawsze podawał zarówno plusy, jak i minusy, oddając całościowy ich obraz. Tak było również z uwielbianym przez niego J. Piłsudskim, w którym doceniał geniusz i umiejętność czynu, ale zarzucając mu wiele wad. Pozostałe dwa lata to praca sędziego w odradzającym się polskim sądownictwie. Najpierw w Kolnie, potem w Łomży, by zakończyć wędrówkę zawodową poszukiwaniem swojego miejsca w Kownie.

   Ta część autorskich relacji z codzienności demokraty i arystokraty kultury polskiej miłującego Ojczyznę Litwę o bardzo skomplikowanym pojęciu własnej tożsamości dla współczesnego odbiorcy, nie tylko przybliżyła mi obraz chaosu panującego w Polsce i Europie Wschodniej, nie tylko ukazała gigantyczny trud odradzania się państwowości polskiej i ustalania jej granic, ale także umowność daty odzyskania niepodległości przez Polskę. Tak naprawdę był to rozciągnięty w czasie okres burzliwych przemian, w których bezprawie, bandytyzm, głód, inflacja, bieda i walka polityczna o świadomość ludzi, dominowały nad początkowymi próbami wprowadzania ładu w nieustabilizowanej politycznie sytuacji. To także trudny czas dla samego autora rozdartego między własnymi poglądami określanymi jako krajową ideę obywatelskiego współżycia współnarodowościowego a pobytem w Polsce bez możliwości powrotu do Wilna na wyraźny zakaz ojca, uważającego go za socjalistę i litwofila. Ten tom, jak żaden z dwóch początkowych (tom I i tom II), wytłumaczył mi to, czego nie rozumiał jego ojciec oraz mój dysonans emocjonalny i rozumowy, który pojawia się za każdym razem, kiedy zaczynam mówić słowami Adama Mickiewicza – Litwo, Ojczyzno moja... To skomplikowanie tożsamościowe widniejące w inwokacji Pana Tadeusza bardzo pięknie wytłumaczył autor, mając świadomość, że jego głos jest odosobniony w zalewającej go fali nacjonalizmu z każdej strony. Zamieniając z czasem czyn na rolę tylko obserwatora i analityka społecznego, jak sam siebie określił, precyzyjnie i obszernie tłumaczył ideę, która nie miała szansy się ziścić. Nie w tym czasie i nie wśród takiej burzy politycznej  w każdym z państw walczących o niepodległość. Autor myślą przerósł epokę. Chciał czegoś na kształt Unii Europejskiej. To nie miało szansy spełnienia się!

   Nakreślił za to obraz człowieka czynu i myśli.

   Szlachetnego, prawego, tolerancyjnego, któremu zarówno bliski był Litwin, Białorusin, Polak litewski i każdy inny mający problem z określeniem swojej narodowości, o dowolnym wyznaniu i poglądach politycznych. Chcący żyć i współistnieć z nimi w jednym kraju - Litwie. Ta jego wędrówka po Europie Wschodniej w poszukiwaniu możliwości urzeczywistnienia swojej idei była okazją do przyjrzenia się społecznościom ją zamieszkującym. Ich postawom politycznym, poziomem życia, głębokim podziałom, rozbieżnościom interesów mieszczan i chłopów, skutkom wojny, a przede wszystkim skali zróżnicowania pod każdym względem.

   Ten chaos autor potrafił uładzić.

   Przedstawić, sklasyfikować, wytłumaczyć, ukazać z każdej strony, przeanalizować, wybiegając myślą ponad podziały, a nawet czas, skomentować każde zjawisko społeczne, uzasadniając jego źródło, przyczyny i skutki. Był wszechstronny, bo interesował się wszystkim. Przeciekawe były jego wzmianki na przykład na temat pochodzenia nazwisk Kurpiów, wulgaryzmów i wyrażeń  używanych przez legionistów czy gwary chłopskiej. Te krótkie wywody śmiało mogłabym nazwać językoznawczymi. Przy okazji dowiedziałam się, skąd pochodzi słowo, które słyszałam tylko u moich dziadków – nasermater. Teraz wiem, że to wulgaryzm łacińsko-polskiego mariażu. Dzisiaj już niesłyszany, w przeciwieństwie do zajebistego, który obecnie robi szaloną karierę. Nie zabrakło również zwierzeń intymnych z przygód z prostytutkami, wobec których zmienił idealistyczną postawę z opiekuńczej i braterskiej na zdystansowaną. No cóż, autor dobiega czterdziestki! A wszystko to przekazane jak zwykle przepiękną polszczyzną człowieka elokwentnego, którego długie zdania, wielokrotnie złożone, wprawiały mnie w zachwyt, ale i wymagały uważności, by nie zatracić w nich rozwijanego wątku.

   Uwielbiam ten czas spędzany z Michałem Rōmerem, a każdy następny tom utwierdza mnie w przekonaniu o jego niezwykłości, nietuzinkowości i niepospolitości pod każdym względem.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 21 maja 2018
Spacerownik: Centrum Nauki „Kopernik” – Dariusz Bartoszewicz , Piotr Cieśliński

Spacerownik: Centrum Nauki „Kopernik” – Dariusz Bartoszewicz , Piotr Cieśliński
Wydawnictwo Agora , 2011 , 272 strony
Literatura polska
 

   Nareszcie!

   Stał sobie ten przewodnik na półce siedem lat, czekając na okazję wykorzystania go. Wreszcie doczekał się! Przeczytałam go, a bardziej obejrzałam, bo więcej w nim fotografii i rysunków niż tekstu, tuż przed wyprawą do Centrum Nauki „Kopernik”.

A właściwie przed eksplorowaniem go, bo to wyjątkowe miejsce dla lubiących poznawać i odkrywać samodzielnie. CNK ma jeden cel – zaspokoić potrzebę poszukiwania wiedzy, oddziałując na wszystkie zmysły człowieka i w efekcie zaangażować do pracy umysł. Po co? By stać się obywatelem świata z poczuciem współodpowiedzialności za jego losy w bliższej, dalszej i najdalszej przyszłości. By nie być biernymi konsumentami wytworów cywilizacji sterowanej przez elity, na które nie mamy wpływu. By wreszcie odpowiedzieć sobie na bardziej podstawowe pytanie: jak przeżyć z dnia na dzień? Do takich przemyśleń ma skłonić rewolucja kopernikańska według prof. Aleksandra Wolszczana, autora krótkiego wstępu do spacerownika. W tym miejscu skończyła się powaga pozycji, a zaczęła przyjazna narracja autorów z odrobiną humoru.

   Początkowe rozdziały zawierały podstawowe informacje statystyczne o CNK, pochodzeniu jego nazwy, architekturze budynku, jego usytuowaniu w Warszawie i środowisku go otaczającym, organizacji pracy oraz o savoir-vivre kopernikańskim. Dopiero po tej ogólnej wiedzy mogłam zajrzeć do wnętrza, którego zawartość autorzy podzielili na osiem rozdziałów odpowiadających strefom w CNK. Każdy rozdział poprzedzała mała mapka z zaznaczonym obszarem prezentacji.

Tekst uzupełniały dodatkowe, krótkie informacje o ludziach, pojęciach, ideach lub wydarzeniach związanych tematycznie, wyraźnie wyróżnionych ikonką oraz tłem tekstu.

Na stronach tytułowych rozdziałów zawsze podawano liczbę eksponatów, stąd wiem, że autorzy zaprezentowali tylko ich niewielką część. Jednak na tyle atrakcyjną, że miałam ochotę zobaczyć wszystko! Jeden z rozdziałów przeznaczono dla rodziców, którzy chcieliby pokazać świat nauki dzieciom. To specjalnie dla maluchów do lat sześciu stworzono galerię BZZZ!, w której mogą wyszaleć się, angażując się w gry, zabawy, pokazy i zagadki.

Było w tym spacerowniku wszystko to, co niezbędne do poznawania CNK. A mimo to, po wejściu do środka, okazało się, że bilety wyprzedano. Na szczęście mogłam zaprogramować robot,

zwiedzić galerię o Kosmosie, poobserwować wahadło Foucaulta i obejrzeć ogród na dachu CNK.

Niby niewiele, jak na ofertę pokazaną w spacerowniku, a zajęło mi to ponad godzinę. Stąd wnioski na przyszłość – na zwiedzanie CNK trzeba przeznaczyć cały dzień, a bilety kupić z wyprzedzeniem. Można on-line.

   Pewnie znowu za jakieś kilka lat!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Spacerownik po Centrum Nauki „Kopernik” [Dariusz Bartoszewicz, Piotr Cieśliński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Obserwacja tylko wahadła Foucaulta zajmuje dużo czasu, a tutaj można je obejrzeć "na skróty".

niedziela, 20 maja 2018
Nieodgadniony – Maureen Johnson

Nieodgadniony – Maureen Johnson
Przełożył Paweł Łopatka
Wydawnictwo Poradnia K , 2018 , 448 stron
Trylogia Nieodgadniony ; Tom 1
Literatura  amerykańska

   Kaskada niewyjaśnionych morderstw!

   Zaczęło się od żony i córki właściciela kompleksu szkolnego dla młodzieży zwanym Akademią Ellinghama. Albert Ellingham założył ją dla wyjątkowych uczniów, którzy mieli uczyć się w niej we własnym tempie, własnymi metodami. W jego przekonaniu nauka miała być fantastyczną zabawą, dlatego zapraszał do siebie wybranych nastolatków, którym gwarantował naukę bez ograniczeń, z dostępem do wszystkiego i to za darmo! Na to wyjątkowe miejsce wybrał zbocze niezamieszkałej góry w Vermont zwanej Toporzyskiem, zamieniając je w sielsko-bajeczny kampus z licznymi ścieżkami, które przecinały posiadłość bez ładu, sensu i jakiegokolwiek kierunku. Od czasu do czasu można było natknąć się na liczne posągi, tunele, fałszywe okna lub drzwi donikąd. W sercu tego niezwykłego terenu z bujną roślinnością wznosiła się posiadłość założyciela. Uczniowie mieszkali w rozrzuconych wokół domach przypominających zamki. Plan tego miejsca rodem z krainy fantasy znalazłam na początku książki.

Jednak szkoła, która miała zasłynąć z intelektualnego geniuszu, zasłynęła z morderstw. Mglisty, kwietniowy wieczór 1936 roku na zawsze wpisał się w mroczną historię akademii. W tym dniu porwano Iris i Alice Ellingham. Żonę i trzyletnią córkę założyciela szkoły. Ich porwanie poprzedził list nadesłany do rezydencji, którego treść składała się z liter wyciętych z czasopism.

Podpisał go Nieodgadniony.

   To nie koniec dramatu.

   W tym samym czasie zaginęła jedna z uczennic – Dolores. Po kilkudziesięciu latach do tej elitarnej szkoły kształcącej geniuszy, radykalnych myślicieli i racjonalizatorów trafiła Stevie z zamiarem rozwiązania zagadki morderstw sprzed lat. Dziewczyna interesowała się morderstwami, pasjami czytała kryminały, a jej marzeniem było... stanąć nad zwłokami. Nie musiała długo czekać na jego spełnienie się.

   Do zaplanowanych do rozwiązania zagadek musiała dołączyć nową zbrodnię.

   Wydawałoby się, że niedorzecznością było wybrać na śledczą nastolatkę z atakami paniki leczącą się antydepresantami. Zwłaszcza że zbrodnię popełnioną przed laty próbowali bezskutecznie rozwikłać specjaliści – detektywi i FBI. Jednak był to świetny pomysł na stworzenie kryminalno-sensacyjno-przygodowej fabuły dla młodzieży, która lubi rozwiązywać zagadki, przemierzać mroczne i tajemnicze miejsca oraz poznawać nietypowych nastolatków mocno odstających sposobem i stylem życia lub umiejętnościami we własnym środowisku rówieśniczym. Możliwość przebywania wśród nich razem z wątpiącą w siebie Stevie, z którą łatwo się utożsamić, było okazją do przeżycia niezwykłych intryg, w których liczyła się przede wszystkim zdolność logicznego myślenia, szybkość skojarzeń i łączenia faktów, spostrzegawczość oraz umiejętność dyplomatycznego unikania sytuacji trudnych i kłopotliwych. Nie zabrakło również wątku zauroczenia, który dla dziewczyny był zupełnie czymś nowym w jej życiu. Przede wszystkim uczącym otwierania się emocjonalnego na drugiego człowieka. W tej powieści, która jest pierwszą częścią trylogii, nie ma rozwiązań. Są za to piętrzące się tajemnice, kolejne morderstwa, a przede wszystkim poznawanie siebie w trudnych sytuacjach oraz pokonywanie własnych lęków i ograniczeń w skrajnych okolicznościach. Również uczenia się wiary we własne możliwości bez względu na skalę tragedii. Stevie pięknie pokazuje, że nietypową i niedocenianą osobowość w odmiennych warunkach można uznać za atut. Czy to wystarczy, by rozwiązać mnożące się zagadki morderstw w gęstniejącej atmosferze wzajemnej nieufności wszystkich mieszkańców Akademii Ellinghama?

   Przekonamy się o tym w kolejnych częściach.

Nieodgadniony [John Green]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Bardzo dobry zwiastun książki.

| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1074 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi