Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 29 października 2017
Świerszcze wybielone na kość – Agnieszka Czachor

Świerszcze wybielone na kość – Agnieszka Czachor
Wydawca Kontrarianie , 2017 , 156 stron

Literatura polska

   Ta okładka... Ten tytuł...

   Skusiłam się, bo obiecywały stąpanie po granicy światła i mroku, przesuwaną słowem niczym lampą  z płonącą wiedzą rozświetlającą mrok. Strefą cienia, gdzie nic nie jest  jednoznaczne, którą odnalazłam w dziewięciu historiach. Każde było inne. Każde poprzedzone odmiennym tematycznie rysunkiem, nawiązującym do treści.

Każde z innymi bohaterami pochodzącymi z różnych warstw społecznych i środowisk. Każde osadzone w innym miejscu. Czasami w znajomym, polskim krajobrazie, a czasami gdzieś w obcym świecie. W konkretnym roku albo w czasach, gdy kobiety były hrabinami, a mężczyźni stajennymi.

   A mimo to!

   Pomimo tych różnic wpisywały się w jeden, wspólny dla nich nurt – opowieści grozy, tak dobrze znany mi z twórczości Howarda Philipsa Lovecrafta i Edgara Alana Poe’go. Każde z tych opowiadań budowało od pierwszego zdania, metaforami, porównaniami, nawiązaniami, napięcie, które nieuchronnie prowadziło do tkania tajemnicy niekoniecznie rozwiązywanej na końcu historii. Częściej pozostawiały mnie w niedopowiedzeniu, w domysłach, które jeszcze bardziej potęgowały echo przerażającego przesłania, wprawiającego w poczucie jeszcze większej niepewności. Lęku przed światem, w którym mnóstwo zabobonów, przesądów i dziedziczonych klątw determinujących człowieczy los. Demonów i niebezpiecznych istot czyhających na ludzkie ciało i duszę. Szeptuch i wróżów z mocą rzucania i odczyniania uroków, uruchamiających mechanizm przeznaczenia. Stref mroku, w które, chcąc czy nie chcąc, można być wciągniętym podstępem lub wtrąconym siłą, doświadczając rzeczy i zjawisk niepojętych i szokujących, wzbudzających jeszcze większe niemoc i strach przed życiem oraz lęk o los. Wszechobecne zło zniekształcające postacie ludzkie, które nie były ładne. Czasami wręcz okaleczone. Z którymi na pierwszy rzut oka zawsze było coś nie tak. Zło, którego  odór potu mieszał się ze smrodem cygar i swądem świeczek, z cuchnącym błotem ściekającym z obcasów i z wonią wódki, tworząc niemiłosierny zaduch, który dławił w gardle. Zło nieoszczędzające nawet zwierząt i natury porażającej straszydłami uschniętych drzew, których nagie, dziobate gałęzie chwiały się niczym kręgosłupy poskręcanych reumatyzmem starców. Kalecy ludzie, na niebezpiecznej ścieżce życia, dźwigający na plecach zdeformowany los.

   I tylko winnego brak! – chciałoby się krzyknąć.

   A winny tych nieszczęść jest! Wystarczy dobrze wczytać się w głębsze warstwy tych dziewięciu historii wiejących grozą czerpaną z przejaskrawionego turpizmu życia. To człowiek sam sobie zgotował ten los! A dokładnie cień, który w sobie nosi. Demony, które w sobie karmi zawiścią, zazdrością, pożądaniem, żądzą, lękiem, poczuciem winy, pragnieniami, ignorancją, uzależnieniami i obarczaniem wszystkich dookoła za ponoszone niepowodzenia. Maszkary, które gotowe są wypełznąć z nas w każdej chwili, w sprzyjających im okolicznościach. Pod ich dyktando, to my sami, własnymi palcami plączemy, zapętlamy, supłamy nić losu, przydając pracy „białym istotom” trudzącym się nad niedopuszczeniem do jeszcze większej katastrofy w człowieczym dążeniu do zagubienia się lub samodestrukcji. Ten mechanizm i jego złożoność autorka świetnie przedstawiła w opowiadaniu Kryształowe sekundy. To też jedyne opowiadanie, które daje nadzieję, że nie jesteśmy w tych zmaganiach sami. Że w tym mroku jest światełko czyjejś opieki. W tych dziewięciu historiach można przejrzeć się, jak w lustrze. Odnaleźć siebie w jednym z nich albo we wszystkich. Odkryć na nowo swoje emocje, które nami rządzą i zobaczyć ich skutki.

   Poznać swój wewnętrzny cień.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 28 października 2017
Biblia w malarstwie – Bożena Fabiani

Biblia w malarstwie – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 408 stron

Literatura polska

   Powtórka z rozrywki!

   Chociaż nie do końca. Wprawdzie to wydanie zawiera w sobie treści z czytanego już przeze mnie Starego Testamentu w malarstwie, ale jeszcze nieczytanych Gawęd o sztuce sakralnej. Poza tym ja nigdy nie mam dosyć oglądania, analizowania, interpretowania i odkodowywania obrazów. Nigdy dość gawęd autorki przekazującej w takiej formie swoją przebogatą wiedzę emanującą wrażeniami. A poza tym forma albumowa skłoniła autorkę do wprowadzenia paru zmian, a tym samym trochę odmienności. Przede wszystkim skrótów opisów poświęconych biografiom artystów oraz ich obrazom. Zauważyłam też wiele interpretacji bez ilustrującego ich dzieła. W ramach rekompensaty wzbogaciła album swoimi wierszami inspirowanymi Ewangelią, tu i ówdzie umieszczanymi obok lub na obrazie.

Zachowała przy tym chronologię epizodów biblijnych, przytaczając je w cytatach ze źródła, uzupełniając wiedzą historyczną, a dopiero potem przedstawiając je „pędzlem malarza”, rzadziej „dłutem rzeźbiarza”, by wzbogacić refleksjami i dygresjami pochodzącymi z własnych doświadczeń, dochodzeń, śledztw, odkryć i wniosków. Stworzyła w ten sposób emocjonalny album, pięknie wydany przez wydawcę: w twardej oprawie, z kredowanym papierem, bogato ilustrowany.

Z  treścią inspirowaną Biblią, gromadząc w nim wybrane obrazy, które, jej zdaniem, pod względem estetycznym, filozoficznym, ekspresyjnym, przesłaniowym, filozoficznym, technicznym czy unikatowym, były tego warte. Namawiając przy tym do studiowania obrazów z lupą w ręku, bo tak to czyniła sama, uczyła „czytać” od szczegółów do ogółu, odsyłając do stron w Internecie, gdzie mogłam zobaczyć na przykład Wieżę Babel Pietera Bruegela  starszego w 22 szczegółach. Uczyła odkodowywać symbolikę i przekaz artysty. Wiązała jego treść z biografią twórcy, miejscem i epoką, w których żył. Ukazana w ten sposób panorama historyczna w tle tworzyła jednocześnie obraz zmieniającej się myśli, prądów ideologicznych, obyczajów, sposobów podejścia do tematu w jego interpretacji i ukazaniu, zmieniającej się techniki warsztatu, popełnianych błędów wynikających z niepełnej wiedzy, a tym samym nieadekwatnej interpretacji (słynne „rogi” Mojżesza), ale też i wizji proroczych lub stylów przekazów wyprzedzających epokę twórców.

   Autorka obrazy ożywiała!

   Bez jej wsparcia i przewodnictwa niewiele wiedziałabym o Skrusze Nikolaja Gaya. Uniwersalny tytuł niewiele powiedziałby mi. Wiedziałabym tylko, że bardzo mi się spodobał, nie wiedząc dlaczego. Teraz wiem, a nawet czuję go. Aż trudno powstrzymać się przed chuchnięciem, licząc na obłok pary, mimo wiedzy, że przeraźliwy chłód pochodzi z mojego własnego wnętrza, przejętego z serca Judasza, który właśnie śledzi oddalającego się, zdradzonego Jezusa z żołnierską eskortą. Można poczuć w tym momencie stan zdrajcy. Tę chwilę. Ten moment. Taki dokładnie był efekt malowania słowem w stylu Pietera Paula Rubensa przez moją przewodniczkę. Nadawała ciężkim tematycznie dziełom lekkości w gawędzie, głębię kontekstu historyczno-biograficznego, otwartości kompozycji pozwalającej dopowiadać mi własny, dalszy ciąg historii, jedności opisu sceny, w której każda cząstka miał swój cel i sens oraz tajemniczości przekazywanej w nastrojowości, emocjach lub sekrecie, którego zdarzało się jej nie odkryć. Była wrażliwym medium, któremu udało się przekazać ducha artysty w sztuce sakralnej. A jeśli ten duch poparty był tragicznymi wydarzeniami z jego życia, to nie dziwię się mojej pierwszej reakcji, gdy odwróciłam kartę i ujrzałam obraz Artemizji Gentileschi:

Przerażenie i obrzydzenie na sublimację gwałtu, krzywdy, zdrady, oszustwa i zemsty malarki na gwałcicielu w scenie Judyty i Holofernesa. Siła jego ekspresji przewyższyła tak ulubione przeze mnie nokturny.

   Drugim obrazem, który porwał mnie dla odmiany finezją i sztuką przekazu był Józef cieśla Pietra Annigoniego. Aby to dostrzec, docenić i wpaść w zachwyt, należy spojrzeć na niego z dalszej perspektywy tak, jak ukazała to autorka.

Zobaczyła go we Florencji, w bocznej kaplicy kościoła San Lorenzo. Wzbudził w niej zachwyt wieloma walorami, ale jeden, decydujący, nie wymaga bezpośredniego obcowania, by osiągnąć ten sam stan. To gra światła i świadomość odbiorcy przyszłości głównego bohatera, skupione w jednym punkcie, w jednym symbolu, który mimowolnie przyciąga wzrok – krzyż.

    Całość osiągnęła we mnie, czytelniku, jeden cel, o którym napisała cytowana przez autorkę, Anna Kamieńska radząca powierzyć się Rozumowi przekraczającemu nasz rozum i Światu przekraczającemu nasz świat. Nie zacieśniać się do naszych ludzkich ograniczeń. A jeśli nie możemy z nich wyjść, to przynajmniej miejmy świadomość ich niewystarczalności.

   Dokładnie z takim odczuciem pozostawił mnie ten album.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 23 października 2017
Dachołazy – Katherine Rundell

Dachołazy – Katherine Rundell
Przełożył Tomasz Bieroń
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 264 strony
Literatura angielska

   Pozornie Charles Maxim nie nadawał się na opiekuna dzieci.

   Trzydziestosześcioletni kawaler, naukowiec, który do ludzi mówił po angielsku, do kotów po francusku, a do ptaków po łacinie, nie miał pojęcia o wychowywaniu.  Ale to właśnie on wyłowił roczną dziewczynkę z wody, dryfującą po kanale La Manche w futerale na wiolonczelę, owiniętą w partyturę symfonii Beethovena. To on poczuł nagłą odpowiedzialność za niemowlę, przygarniając je do siebie. To on był przekonany, że tajemnice opieki nad dziećmi, chociaż mroczne i zawikłane, nie są nieprzeniknione. I to przede wszystkim, a może tylko, on nie zgubił w sobie dziecka, ocalając wewnętrzną wrażliwość na drugiego człowieka, nawet jeśli miał tylko kilka lat. Nikt inny nie pokochałby Sophie tak bardzo, by pozwolić odebrać ją sobie opiece społecznej. Nikt inny nie zrozumiałby i nie odczytał sercem, czym jest tęsknota dziecka za matką. Wiedział, że dla ukochanej Sophie matka była powietrzem i wodą. Wytęsknionym miejscem, gdzie można odłożyć serce. Przystanek, na którym można odzyskać oddech.

   Nie rozumieli tego jednak urzędnicy.

   W obliczu przymusowego rozdzielenia i chęci odnalezienia matki Sophie, uciekają z Anglii do Paryża. Do prawdopodobnego miejsca pobytu poszukiwanej kobiety. Do niesamowitego, ale i smutnego świata dachów paryskich kamienic, zawieszonego między niebem a ziemią, w którym żyją bezdomne dzieci zwane dachołazami, niebołazami, drzewołazami i gariers. Współcześni rówieśnicy Gavroche’a  Victora Hugo. Dwunastoletnia już Sophie szybko zdobywa sobie wśród nich przyjaciół, którzy pomagają odnaleźć jej matkę.

   Opowieść o potędze miłości córki do matki od początku szarpie za najczulsze struny emocji – wzrusza, przeraża, zadziwia, śmieszy, zachwyca, a czasami boli i złości. Jest lekcją wsłuchiwania się w serce dziecka, które niczego bardziej na świecie nie pragnie nad obecność rodziców przy sobie i poczucia bycia kochanym przez nich. Pokazuje alternatywę życia bez rodziców w świecie dorosłych pozbawionych człowieczeństwa oraz w brutalnej i bezwzględnej społeczności dziecięcej kierującej się zasadą przetrwania i przeżycia. Przygody z pogranicza surwiwalu okupione łzami i krwią Sophie i jej przyjaciół pochłoną nie tylko dziewczęta, ale również chłopcy, ponieważ z ich bohaterami  mogą utożsamiać się wszyscy mali czytelnicy. Mogą chłonąć tajemniczą atmosferę nocnego Paryża, podziwiając piękno malowanych słowem widoków, pejzaży i panoramy miasta, ale i zaglądać do miejsc tajemniczych, mrocznych, zakazanych i niebezpiecznych. Mogą razem szukać mamy Sophie,  walcząc z nieprzychylnymi dorosłymi i rówieśnikami o sercach skażonych złem. Poczuć się wolnymi dachołazami obserwującymi z góry chodnikołazów. Ale przede wszystkim nauczyć się w tej szkole życia dwóch ważnych i bardzo przydatnych zasad. Po pierwsze – nie pozwolić zabić w sobie wiary w rzeczy niezwykłe i możliwe, powtarzając za Sophie i Charles’em – Nigdy nie przekreślaj możliwego. Po drugie – odkryć, że miłość nie jest po to, by ktoś czuł się wyjątkowy, tylko żeby był odważny. Potęga miłości ukazana w tej dziecięcej historii z każdej możliwej perspektywy jej bohaterów i  relacji między nimi oraz roli, jaką odgrywa w życiu człowieka, poraża trafnością ujęcia i precyzją przełożenia jej na dziecięce pojmowanie rzeczywistości, a także głębią przesłania filozoficznego tak prosto opowiedzianego emocjami trafiającymi bezpośrednio do serca. Nic dziwnego, że walory estetyczne, etyczne, moralne i dydaktyczne jej przesłania docenili inni, o czym świadczą przyznane jej nominacje i nagrody wymienione u dołu okładki tytułowej.

   Jestem przekonana, że to dopiero początek deszczu wyróżnień.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 22 października 2017
Love Vegan – Hanna Stolińska-Fiedorowicz , Violetta Domaradzka , Robert Zakrzewski

Love Vegan: gotowy jadłospis na 21 dni – Hanna Stolińska-Fiedorowicz , Violetta Domaradzka , Robert Zakrzewski
Wydawnictwo Agora , 2017 , 272 strony

Literatura polska   

   Moja pierwsza książka kucharska!

   Pierwsza, którą zatrzymałam dla siebie, pierwsza na kuchennej półce i jedyna nieliteracka, którą dołączam do moich książek top życia. Nie dlatego, że bardziej dbałam do tej pory o umysł i duszę niż ciało, ale dlatego, że nie trafiłam na odpowiadającą moim nawykom żywieniowym – bez soli, bez cukru, bez alkoholu, bez ostrych przypraw, za to z dużą ilością warzyw, owoców i niewielką ilością mięsa, wykluczającym smażenie. Tak! Uwielbiam kuchnię, którą inni nazywają mdłą albo szpitalną. Przyzwyczaiłam się już, że moje zachwyty nad walorami szpitalnego jedzenia innych wprawiają w konsternację. Tak mam, że lubię czuć naturalne zapachy i smaki produktów niezabitych polepszaczami smaku. Odnalazłam je w tej pozycji.

   Trafiłam na nią przypadkowo.

   Szukałam urozmaicenia w postaci koktajli warzywnych, o których nie miałam zielonego pojęcia, a chciałam spróbować skomponować je sama. Pomyślałam, że najlepiej sięgnąć po pozycję wegetariańską, stąd mój wybór tego tytułu, który aż krzyczał, co zawiera w sobie. Znalazłam w niej nie tylko koktajle, ale również sposób mojego odżywania się!

   Po prostu ideał!

   Pozycję celnie trafiającą w mój gust poza drobnymi wyjątkami. To, co przekonało mnie do niej, to warunki wstępne postawione przez autorów – bez soli, bez cukru, bez alkoholu. Troszkę zmartwiłam się obcięciem mięsnego czubka w Piramidzie Zdrowego Żywienia IŻŻ, ale potem przeczytałam zdanie podkreślające elastyczność poradnika, że przepisy przeznaczone są także dla osób, które nie chcą zrezygnować z produktów pochodzenia zwierzęcego, ale starają się włączyć do swojej diety więcej potraw na bazie roślin. Dokładnie o mnie w tym zdaniu była mowa!

   Byłam gotowa!

   Tak bardzo, że mogłam nawet nie czytać teoretycznej części, by przejść do działania, ale przeczytałam, bo lubię sobie od czasu do czasu przypomnieć, dlaczego te 5 minut przyjemności z batonikiem nie jest warte ceny zdrowia, bo zdarzają mi się „upadki”. Tak, cierpię na cukroholizm od zawsze. Właściwie, gdyby nie zdrowy rozsądek i bunt ciała w postaci senności, mogłabym żyć o słodyczach i kawie. Dlatego była mi potrzebna ta porcja „straszenia” chorobami, którą przekazała jedna z trójki autorów – dietetyczka.

  Ale nie tylko. Wymieniła również zalety i korzyści wynikające ze stosowania diety roślinnej, zwłaszcza w różnego typu chorobach. Powoływała się na konkretne przypadki swoich pacjentów w gabinecie. W kolejnym rozdziale pałeczkę motywacji przejęli od niej pozostali autorzy – praktycy. Podpowiedzieli, jak dietę roślinną wprowadzić w życie bez poczucia szoku. Wskazali co, gdzie, za ile warto kupować, czego unikać, na co zwracać uwagę, jak radzić sobie z żywieniem poza domem, w delegacji, na urlopie czy wakacjach i jak budować zdrowe nawyki krok po kroku i dzień po dniu, włączając w to ruch. Nie byli przy tym na siłę forsującymi treningi. Hołdowali zasadzie ruszania się w ogóle, byle trwało to minimum 30 minut dziennie, o której czytałam w Projekcie zdrowie Andersa Hansena i Carla Johana Sundberga. A potem pokazali, że to, o czym mówią, ma sens i zastosowanie w życiu, oddając głos legendzie polskiego kolarstwa, Czesławowi Langowi. Sportowcowi, który opowiedział o swoim przejściu z diety mięsożernej na dietę roślinną, od złych nawyków do dobrych przyzwyczajeń, od choroby do zdrowia i pełnej aktywności fizycznej, łącznie z aktywnym uprawianiem kolarstwa po zakończeniu kariery zawodowej. Cały ten wstęp miał służyć zmotywowaniu potencjalnego kandydata do podjęcia wysiłku zmiany nie tyle diety, ile nawyków żywieniowych.

   Autorzy postawili sobie bardzo ambitny cel!

   Z doświadczenia koleżanki wiem, jak trudno zmienić przyzwyczajenia żywieniowe. Przypomina to wręcz walkę uzależnionego z używką. Miała chęci, miała świadomość, miała motywację w postaci choroby, była pod profesjonalną opieką dietetyka i miała wsparcie we mnie służącej za przykład skutecznej walki z cukrem, że można. Niestety - przegrała. Uzależnienia i nawyki jedzeniowe okazały się silniejsze od wszystkich czynników przemawiającym za tym, że uda się jej. Nie udało. Wróciła do starego sposobu jedzenia i... choruje. Dlatego dobra motywacja to połowa sukcesu wprowadzania zmian.

   Druga to odpowiednia dieta.

   Tutaj autorzy zaproponowali gotowy jadłospis rozpisany na 21 dni w trzech, zbilansowanych wariantach kalorycznych – 1500, 2000 i 2500, w zależności od aktywności fizycznej. Każdy dzień rozpoczynała lista zakupów zaplanowana na sześć posiłków dziennie w myśl zasady – mało, ale często. Każdy sposób przygotowania dania był ilustrowany zdjęciem oraz poprzedzającym go krótkim, motywującym opisem.

Na samym dole autorzy dodatkowo umieścili poradę dietetyka .

   Z ogromnym zaciekawieniem i uwagą przestudiowałam wszystkie przepisy i wszystkie chciałabym wypróbować, ciesząc się z tak bogatej możliwości urozmaicenia mojego jedzenia. Z radości odkrywania na nowo warzyw, które dotychczas pomijałam, przekonując się, jak smaczny może być seler naciowy, który zaczęłam jeść jako przekąskę.

   Ale nie biorę też tych przepisów w ciemno i bezkrytycznie.

   Powyrzucam przyprawy ostre takie, jak pieprz, czosnek czy papryka, które są w nich właściwie podstawą. Nie szkodzi, mogę zastąpić je ziołami. Na pewno też nie zrezygnuję z mięsa, które właściwie jem w bardzo małych ilościach i sporadycznie, ograniczając się do ryb, drobiu i wołowiny. Dokładnie w takiej kolejności. Na szczęście mogę pić kawę! Również inne napary, oprócz herbaty czarnej, której autorzy nie polecają. Przy okazji odkryłam napoje roślinne (to dla mnie zupełnie nowe pojęcie!) zastępujące mleko, które piłam, bo – pij mleko, będziesz duży! A to nie do końca prawda, jak się okazuje.

   Swoją przygodę z proponowanym jadłospisem zaczęłam od pierwszego przepisu, w pierwszym dniu, pierwszego tygodnia, który od razu mi się spodobał – od naleśników w nowej odsłonie.

Najlepsze było to, że prawie wszystkie składniki miałam w kuchni (oprócz suszonych moreli, które dokupiłam), a wyczarowałam z nich coś zupełnie odmiennego od tych tradycyjnych z twarogiem i cukrem. Wzięłam swoją czarodziejską różdżkę czyli kopyść (fajne, niemal archaiczne już słowo!), pomieszałam w lewo, w prawo (wprawdzie nie było tak łatwo, bo się poparzyłam, ale straty na wojnie muszą być!) i z góry niepozornych produktów wyczarowałam coś przepysznego!

Pachniały przepięknie, a w smaku poczułam kakao z nutą cynamonu w cieście, którego czekoladowe odczucie przełamywał kwaskowo-słodki smak nadzienia z jabłek i moreli, a atrakcyjności dodawała chrupkość marchewki al dente i drobno siekanych orzechów. Po dwóch naleśnikach czułam się przyjemnie syta, ale nie ociężała i senna. Mojej mamie, obiektywnie testującej naleśniki, brakowało tylko soli. No, cóż! Nawyk! Dla mnie idealne, dlatego wprowadzam ten przepis na stałe! Wymaga tyle samo czasu na przygotowanie, co naleśniki tradycyjne, smakują równie dobrze, ale zawierają w sobie to, czego nie posiadają te z serem i cukrem – zdrowie. Warte zamiany! Kolejne przepisy będę testować wybiórczo przez następnych kilka miesięcy, a samą książkę już uważam za swoją przyjaciółkę.

   Tak slogan o książce-przyjacielu stał się faktem!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2017 roku.

Love Vegan. Gotowy jadłospis na 21 dni [Robert Zakrzewski, Hanna Stolińska-Fiedorowicz, Violetta Domaradzka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 21 października 2017
Przewodnik po myśli Carla Gustava Junga – Henryk Machoń

Przewodnik po myśli Carla Gustava Junga – redakcja naukowa Henryk Machoń
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 288 stron

Seria Biblioteka Klasyków Psychologii
Literatura polska

   Carl Gustav Jung jest fascynujący!

   Nawet po kilkudziesięciu latach żywy w swoim dziedzictwie i bardzo aktualny poprzez wielowątkowość i otwartość na dalszy rozwój jego dorobku naukowego. Chociaż niektórzy interpretatorzy ostro punktują tę  „naukowość” jego badań. Nie znałam go takiego kontrowersyjnego, jaki został mi przedstawiony w tej naukowej pozycji. Proszę nie przerażać się tym „naukowym” określeniem, ponieważ redaktor naukowy wydania Henryk Machoń już we wprowadzeniu uspokoił czytelników wątpiących w swoje merytoryczne przygotowanie – Choć książka ta jest pozycją naukową, podstawowym zamierzeniem osób ją przygotowujących była troska o zrozumiałość jej treści dla szerszego grona odbiorców, by mogła posłużyć najpierw zrozumieniu koncepcji szwajcarskiego psychiatry, a następnie pomóc w samodzielnym studiowaniu jego trudnych, różnorodnych i bardzo obszernych dzieł, liczących ponad 13 000 stron. Autorzy artykułów unikali hermetycznej terminologii języka naukowego, ograniczając się do niezbędnych, podstawowych pojęć będących bazą nomenklatury jego koncepcji. Autorom zależało również, by książka trafiła nie tylko do czytelników znających teorię C. G. Junga, ale również do tych, którzy nie mieli do tej pory kontaktu z tekstami szwajcarskiego myśliciela, a jej lektura skłoni ich do zajrzenia do tekstów źródłowych.

   Należałam do obu grup.

   Jednak obraz, jaki otrzymałam na studiach, był bardzo uproszczony, okrojony, niedopowiedziany, a po tej lekturze, nawet wypaczony. Uważałam go za ucznia Zygmunta Freuda i, o zgrozo!, mniej ważnego w rankingu autorytetów naukowych. Powielałam, jak się okazało, stereotyp i bardzo popularne przekonanie o nim, nie do końca prawdziwe. Gdybym miała, po dwóch pierwszych artykułach przedstawiających osobę naukowca, również w kontekście dokonań Zygmunta Freuda, odpowiedzieć na pytanie – kim był Carl Gustav Jung? – miałabym ogromny problem. Borykałabym się z wyborem – komu przyznać niepodważalną rację? Samemu Carlowi Gustawowi Jungowi, który pisał o sobie:

 A może historykowi Sonu Shamdasaniemu twierdzącemu, że to okultysta, naukowiec, prorok, szarlatan, rasista, guru, antysemita, wyzwoliciel kobiet, mizogin, freudowski apostata, gnostyk, postmodernista, poligamista, uzdrowiciel, poeta, oszust, psychiatra, antypsychiatra? A może naukowcom i badaczom wybiórczo dostrzegającym w nim tego, którego dorobek odpowiadał ich dziedzinom – filozofom jako tylko filozofa i gnostyka, psychologom jako tylko psychologa lub mistyka, psychiatrom jako tylko lekarza, teologom jako apostatę, kulturoznawcom i artystom jako promotora uniwersalności znaczeń transcendentnych, humanistom jako twórcę interdyscyplinarności nauk społecznych i „twardych”, a prekursorom  różnych form duchowości jako twórcę New Age. Trudno rozstrzygnąć ten spór jednoznacznie tak, jak trudno i właściwie niemożliwym jest określić wszechstronny umysł uczonego, którego zainteresowania sięgały do zjawisk okultystycznych, filozofii, religioznawstwa, psychoanalizy, antropologii, mitologii, psychopatologii, neurofizjologii, alchemii czy fizyki kwantowej i obawiam się, że to nie wszystko! Dlatego zgadzam się z salomonowym wnioskiem Tomasza J.  Jasińskiego zawartym w otwierającym artykule Człowiek i jego mit – Odpowiadając na pytanie, kim jest Jung, nikt więc nie będzie miał racji, a jednocześnie każdy będzie ją miał. Jednak kluczowym zdaniem określającym charakter tej publikacji i zawartych w niej artykułów, tak bardzo różnych pod względem tematyki, jak i warsztatu, było – Być może nie ma innego sposobu na przybliżenie postaci tak bogatej i wieloznacznej – postaci genialnej- niż konfrontacja naszych wyobrażeń z tym, co wiemy na temat jego historii, i tym, co po sobie zostawił.

   Dokładnie temu miały służyć pozostałe trzynaście artykułów.

   Napisane przez specjalistów zajmujących się dorobkiem C. G. Junga, ale w ramach swojej dziedziny i pola badawczego. Stąd filozofowie, psychologowie, psychoanalitycy, kulturoznawcy, a także teolog, gnostyk, antropozof (dziedzina znana mi z pozycji Antropozoficzna cywilizacja uzdrowienia Mai Dobiasz), kulturoznawca, pedagog (co mnie bardzo ucieszyło!), buddolog, antropolog i religioznawca. To w swoich analizach i opracowaniach pokazali mi C. G. Junga z wielu stron, z których najbliższą mojej dziedziny (myślę, że każdy odnajdzie dla siebie inną) była twarz pedagoga (nie dydaktyka!) podkreślającego decydującą i główną rolę w wychowaniu (jakże przez niego szeroko pojętego!) metody wpływu osobistego, który przestrzegał przed błędnym zjawiskiem przesadnego dawania wiary mówieniu i przedstawieniu, bezgranicznego przeceniania nauczania za pomocą słów i metod. [...] Tak naprawdę wychowuje jednak to, czym rodzice żyją. Ponadczasowość tej myśli mnie przyjemnie poraziła!

   Życzę jej nieśmiertelności!

   Wszyscy autorzy w swoich opracowaniach powoływali się na poglądy innych badaczy, ale przede wszystkim odwoływali się do prac C. G. Junga, posługując się symbolicznym oznakowaniem jego dzieł umieszczonych na początku publikacji, a uzupełnionych o pomocne kalendarium życia i twórczości naukowca oraz o obszerne bibliografie znajdujące się pod każdym artykułem. W ten sposób nie tylko analizowali, interpretowali, przekazywali w bardziej zrozumiałej narracji, „tłumaczyli” z języka naukowego, syntetyzowali , ale przede wszystkim przewodzili  po zawiłościach i skomplikowaniach koncepcji uczonego, umożliwiając samodzielne studiowanie literatury podmiotu i przedmiotu. Bo nauka, którą stworzył i rozwinął bohater opracowania, nie jest zamknięta. Jego prośbą, a może nawet życzeniem, było:

W myśl tego cytatu, umieszczonego jako motto przed zamykającym artykułem Czesława S. Nosala Czy koncepcje Junga można uznać za naukowe?, właśnie taką rolę ma spełniać według redaktora naukowego wydania ta pozycja w twórczej i krytycznej dyskusji nad koncepcjami Junga w różnych środowiskach naukowych naszego kraju. Publikacja ma  być impulsem do dalszej dyskusji, krytycznej refleksji i namysłu nad aktualnością jego koncepcji w XXI wieku zarówno krajowemu środowisku jungowskiemu, jak i osobom nieznającym głębiej jego twórczości. Między innymi służy temu jej fragmentaryczność i wybiórczość myśli C. G. Junga, tutaj potraktowana jako zaleta wymuszająca dalszą aktywność czytelnika w badaniu obecnych w treści zagadnień lub w poszukiwaniu pominiętych wątków.

   Dla mnie to geniusz!

   Jakżeż ograniczenie, zachowawczo i zahamowanie wypada przy nim Zygmunt Freud! C. G. Jung wyczerpuje wszelkie znamiona świadczące o pionierskim, eksploracyjnym, kreatywnym, interaktywnym umyśle. Widać to w artykułach, a spory, polemiki i różnice zdań między ich autorami tylko to potwierdzają. To właśnie takie odważne i progresywne osobowości rozwijają naukę, których dziedzictwo stymuluje i fascynuje jego zwolenników i przeciwników w następnych pokoleniach. Śmiem twierdzić, że wpływ Jungowskiej myśli będzie odczuwany dopóty, dopóki nie poznamy tajemnicy istoty człowieczeństwa kryjącej się w nieświadomości.

   Czyli zawsze!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Przewodnik po myśli Carla Gustava Junga [Henryk Machoń]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 15 października 2017
Ojciec: opowiadania - Michał Cichy i 8 innych

Ojciec: opowiadania - Michał Cichy , Jacek Dukaj , Wojciech Engelking , Jakub Małecki, Andrzej Muszyński , Łukasz Orbitowski , Ziemowit Szczerek , Wit Szostak , Michał Witkowski
Wydawca Ringier Axel Springer , 2017 , 294 strony

Literatura polska

   Ojcowie kochają!

   To pewne! Tylko troszkę inaczej niż matki, a przez to trudniej. Ich miłość jest warunkowa. Kochają interesownie i za coś. Mówiąc krótko – na miłość ojca trzeba sobie zasłużyć. Tak mówi psychologia. Jeśli na to nałożyć jeszcze cechy psychiki męskiej – otrzymujemy obraz ojcostwa skomplikowanego. Nie podejrzewam, że autorzy najpierw otworzyli podręcznik do psychologii, by tę wiedzę przyswoić, a potem napisać opowiadanie. A mimo to, tę skalę skomplikowania podręcznikowo ukazali w krótkich (no, może poza Jackiem Dukajem), dziewięciu odsłonach.

Łączy je, jak sugeruje tytuł, temat ojcostwa i wysoki, bardzo równy poziom warsztatu literackiego. Różni wszystko pozostałe tak, jak różnią się stylem przekazu, do którego zdążyli już przyzwyczaić swoich czytelników. Ja znałam twórczość trzech z nich.

   Łukasza Orbitowskiego (Inna dusza), który z lubością uwikłał syna w potęgę natury nie do przezwyciężenia, obiecującego sobie nie naśladować ojca-cudzołożnika i jak mu nic z tych postanowień nie wyszło. A raczej wyszedł z niego nie kto inny, a własny ojciec w opowiadaniu Tygrys.

   Mojego ulubionego za kontrowersyjność, ubarwiającą, ale i łamiącą schematy i uprzedzenia, Michała Witkowskiego, który mnie trochę rozczarował brakiem odwagi w przekroczeniu granicy tabu, ale o tym później, a który w Domku okazał się jak zwykle bardzo współczesny i wyłuskujący z rzeczywistości tematy niewygodne. Tutaj współczesnego syna marnotrawnego, który w poszukiwaniu siebie, swojej drogi i miejsca, w wieku czterdziestu jeden lat nadal siedzi u ojca w kieszeni, bo jest jedynym stałym, pewnym punktem w życiu nieodnajdującego się w rzeczywistości XXI wieku dziecka. To opowiadanie, w którym wspierająca rola ojca dla współczesnych synów staje  się rolą permanentną, a przez to nadużytą.

   Znałam również twórczość Jacka Dukaja, którego styl odnalazłam w jak dobrze znanej mi konwencji fantastycznej, ale wyrosłej z faktów historycznych w opowiadaniu Vtrko. Zaskoczył mnie odejściem od powszechnie pojmowanej więzi ojciec-syn, przypisując ją ojcowi narodu i jego obywatelom. To była najtrudniejsza do przyswojenia treść opowiadająca o potrzebie posiadania tożsamości narodowej, w której było mało psychologii, za to dużo polityki i odniesień historycznych. I licząca najwięcej stron! Ale nie dziwię się. Autorowi  tysiącstronicowego Lodu ma prawo być za ciasno w krótkiej formie. Może stąd duża gęstość treści przypadająca na literę w zdaniu. To też jedyny autor, który „przyznał się” do nieojcostwa w biogramie umieszczonym wśród innych na okładkowym skrzydełku.

   Większość opowiadań, budując historię ojcostwa ukazuje je z perspektywy synów. Tak jest we wspomnianych już TygrysieDomku. Ale i w Żaglowcach i samolotach, w których miłości nie ubiera się w słowa, ale okazuje się poprzez czyn.  W Maczużniku opowiadającym o ojcu nieobecnym,  zafiksowanym na powinności troszczenia się o materialny byt rodziny i gubiącym inne wartości. W Mieście mojego ojca, w którym syn próbuje połączyć dwie różne krainy odmiennych pokoleń oraz przeszłość z teraźniejszością. W Miejscu przy kuchence mierzącej się z odchodzeniem i śmiercią ojca. Na tle tych głosów wyróżnia się List z  narracją ojcowską. Stoi w opozycji do wcześniejszych perspektyw, tłumacząc , dlaczego tak trudno kochać ojców, tak trudno zrozumieć ich zachowania, postawy i wybory. W tym znaczeniu pęknie dopełniają się i dlatego to opowiadanie przeniosłabym z początku zbiorku na koniec, umieszczając je w roli swoistego podsumowania lub prologu przed Vtrko.

   Jednak moje serce czytelnicze skradło jedno opowiadanie – Pat.

   Nie tylko ze względu na rzadko poruszany temat – odrzucenie ojcostwa. Wprawdzie przyznanie się do niechęci bycia ojcem nie spotyka się w społeczeństwie z takim ostracyzmem, jak w przypadku niechęci kobiety do bycia matką, o czym czytałam w publikacji Żałując macierzyństwa Orny Donath, ale poruszenie tego zagadnienia to uchylenie furtki na drogę ukazującą obraz ojcostwa odstającego od tego powszechnie pojmowanego, poprawnego i akceptowalnego. Szkoda, że nikt nie odważył się jej otworzyć na oścież, ukazując ojcostwo destrukcyjne, dewiacyjne, zdeformowane. Nie ukrywam, że liczyłam na Michała Witkowskiego.  To właśnie w tym sensie mnie zawiódł, o czym wspomniałam wcześniej. Pat wzbudził również mój zachwyt koronkową, misterną konstrukcją fabuły, w której niechciane ojcostwo zostało porównane do sytuacji patowej w szachach. W tak krótkiej formie Wojciech Engelking zmieścił opowiadanie w opowiadaniu. Zdołał pokazać przeszłość przenikającą przez teraźniejszość i rozegrać logistycznie wątki niczym ruchy figur na polu szachowym, które przykuwały uwagę detalami gry. Tytuł, treść, bohaterowie, puenta, zwarta konstrukcja, rygor akcji i wzbudzane emocje bardziej wskazują na stworzenie szlachetniejszego gatunku niż tylko opowiadanie – nowelę.

   Dla mnie perełka w tym diademie!

Ojciec [Jakub Małecki, Wit Szostak, Łukasz Orbitowski, Andrzej Muszyński, Michał Witkowski, Ziemowit Szczerek, Wojciech Engelking, Michał Cichy, Jacek Dukaj]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 14 października 2017
Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński

Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński
Wydawnictwo Czarne , 2016 , 208 stron

Seria Menażeria
Literatura polska

   Bardzo przewrotny, ale adekwatny tytuł!

   Bo cóż ja w tej opowieści nie miałam! Różnorodność ogromną! Od malarstwa, literatury, filmu, muzyki poprzez wątki polityczne na ekologii skończywszy! Spojrzenie szerokie, które ogarniałam niczym sowa, skoro już jesteśmy w ptasim świecie, wykręcając umysł i wyobraźnię dookoła tej przebogatej panoramy. Właściwie nie powinnam się temu dziwić, skoro autorem jest kulturoznawca ogarnięty ptasią pasją, a już z pewnością dotknięty syndromem Birding Compulsive Disorder w pozytywnym jego znaczeniu. Jednostki chorobowej wymyślonej z przymrożeniem oka przez językoznawcę Petera Cashwella, odpowiadającej za skupianie całej uwagi na ptakach w codziennym życiu „chorego”. To on odpowiada za gwałtowne hamowanie bez oglądania się w lusterku na ruchliwej drodze, kiedy na poboczu mignie coś ciekawego. To on sprawia, ze ptasiarz w środku dyskusji ucisza wszystkich syknięciem i unosi palec w kierunku, z którego dobiega interesujący dźwięk. To on zmusza do wielogodzinnego czuwania nawet w zimny, mroźny lub deszczowy dzień albo noc, by zobaczyć na przykład rzadką już kraskę. To on dawał siłę, by przetrwać i przeżyć koszmar obozu koncentracyjnego,bo i nawet takich wątków w niej nie zabrakło.

   Taki jest właśnie autor i jego opowieści!

   A może reportaże, które przybierały momentami formę dziennika z obserwacji albo esejów? W pierwszym zderzeniu ze słowem sprawiały wrażenie chaotycznych. Poszatkowanych nawet wewnątrz dwunastu rozdziałów. Sięgających do różnych źródeł  nauki i czerpiących z własnego doświadczenia. Ale to pozory wynikające z rozległej wiedzy autora, z którą dzielił się, przepuszczając ją przez fokus uwagi skupionej na jednym temacie – ptaków. A zaczął od swoistego listu polecającego, w którym powołał się na przyczynę swojej „choroby” rozwijającej się powoli od dzieciństwa. Nie boję się jej nazwać wprost – miłością do ptaków, chociaż autor w żadnym miejscu do tego się nie przyznał i nie nazwał. Nie musiał. Ja ją widziałam, słyszałam i czułam w każdym zdaniu. Tę miłość najpierw pozwolił mi usłyszeć poprzez dźwięki, które w moim życiu słyszę wyraźnie tylko, gdy jestem w lesie lub jakaś wrona niespodzianie zakracze nade mną, idącą chodnikiem, w miejskim zgiełku. A to przecież trele, świergot, ćwierkanie czyli śpiew, tak trudny do przełożenia na ludzką mowę i jeszcze trudniejszy do zapisania. By potem ukazać ich ptasich autorów w opisach, które mnie urzekły. Nie tylko własnym postrzeganiem, ale również interpretacją obrazów Józefa Chełmońskiego. Autor zachwycał się jego widzeniem ptasiego świata, a ja zachwycałam się jego zachwytem. Jego podążaniem śladami artysty, by skonfrontować obraz z rzeczywistością.

   Ale i bez tego typu wycieczek dużo podróżował.

   Zaglądał do obozu naukowców obrączkujących ptaki (podobnego do tego, jak  Akcja Carpatica), by im nie tylko pomagać, ale by przede wszystkim być bliżej ptaków, bo – jak sam napisał – Nigdzie nie będę bliżej ptaków. Nigdzie nie będzie miał takiej możliwości, by przekonać się, czy sosnówka rzeczywiście pachnie żywicą. Prezentował klasyfikację ludzi zajmujących się ptakami, podkreślając jej ogromne zróżnicowanie, gdzie obok naukowców ornitologów funkcjonują ptasiarze, obserwatorzy ptaków on-line i mniej szlachetni tłiterzy. Osobny rozdział poświęcił ptasim fotografom, których „bezkrwawe łowy” w dzisiejszych czasach nie są już takie bezkrwawe, bo z konsekwencjami zdziczałych obyczajów „polujących”. Na tle urokliwego życia ptaków na wsi, w lasach i bezludnych krainach i w ludnym mieście, w których ptaki przystosowały się do życia w nim, można uwierzyć, że ptasia rzeczywistość to sielanka. Z czasem jednak zrozumiałam, że tak pięknie rozpoczęta romantycznymi pejzażami malarskimi i nie mniej romantycznymi opisami natury widzianymi oczami autora, idylla, gdzie skowronek uderza skrzydłami płytko, praktycznie stoi w powietrzu i wyśpiewuje w wieczornej ciszy swoją przyśpieszającą melodię, była po to, by tu i ówdzie wrzucić zakłócające ją zdanie  – Kładę się na krótko skoszonej, śmierdzącej chemikaliami trawie.

   I tyle zostaje z opisu – smutek.

   Uczucie, które im bliżej ku końcowi, tym częściej się pojawiało. Jego silny akord szczególnie odczułam w rozdziale o bocianach. Wymieranie populacji mojego ulubionego ptaka, według autora, powodują środki owadobójcze, monokultury, melioracja i zalesianie nieużytków. Jeszcze trochę, a już nie zrobię zdjęcia takiego, jak to z ostatniej wiosny.

Pozostanie mi mój bociek w bibliotece

i wspomnienia z dzieciństwa, w których klekot budził mnie rano w babcinym gospodarstwie pałuckiej wsi, gdzie spędzałam w czasie wakacji najszczęśliwsze, beztroskie lata.

   Dwa ostatnie rozdziały to już bicie na alarm.

   Brutalnie ściągające mnie z podniebnych lotów migracyjnych tak pięknie pokazanych w filmie Makrokosmos, do którego obejrzenia zachęcił mnie autor, a który w zachwycie przeżywałam dwa razy i mam ochotę jeszcze raz. Na twardy grunt realiów, w których bezmyślność ludzi (na przykład strzelanie do ptaków jako sport, by pokazać siebie i swoje „trofea” na portalach społecznościowych) i brak ujednoliceń lub uregulowań prawnych na całym świecie, prowadzą do wymierania ptasich gatunków.

   Czułam się jak balonik, z którego powoli uchodziło powietrze...

   To jedna z tych pozycji, którą stawiam obok Sekretnego życia drzew i Duchowego życia zwierząt Petera Wohllebena. Książek, które wzbudzają zachwyt nad światem przyrody, by czynić wrażliwym na nią i uczyć, że przyroda jest wszędzie i potrzebuje naszej opieki.

   Książka była nominowana do Literackiej Nagrody Nike. Została finalistką i wybraną przez czytelników, ale nie przez kapitułę nagrody Nike. Ta tytuł laureata przyznała reportażowi Żeby nie było śladów Cezarego Łazarewicza. Według mnie obie zasługują na to miano. Trudność wyboru między nimi polega na ich diametralnym zróżnicowaniu tematyki, przy jednakowej jej ważności. Pierwsza mówi o przyszłości ludzkości poprzez pryzmat dramatu ptaków, a druga o przeszłości ludzkości poprzez pryzmat tragedii jednostki. Pierwsza odwołuje się przede wszystkim do emocji czytelnika, a druga do faktów pojmowanych rozumowo. Obie świetnie napisane, stylem narracji adekwatnym  do treści i do celu przekazu.

   Jak wybrać?

   Na szczęście uczyniła to za mnie kapituła nagrody, chociaż dla mnie każdy dokonany przez nią wybór byłby dobry.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2017 roku.

Dwanaście srok za ogon [Stanisław Łubieński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zachęcam do obejrzenia Le peuple migrateur, który w Polsce znany jest jako Makrokosmos. Przepiękny i wzruszający!

poniedziałek, 09 października 2017
Żeby nie było śladów – Cezary Łazarewicz

Żeby nie było śladów: sprawa Grzegorza Przemyka – Cezary Łazarewicz
Wydawnictwo Czarne , 2016 , 320 strony

Seria Reportaż
Literatura polska

   Zaczęło się od listu.

   Autor znalazł go po dwudziestu dziewięciu latach w aktach sprawy śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka. Trzyzdaniowy list od Barbary Sadowskiej, matki zamordowanego dziewiętnastolatka. Autor potraktował go bardzo osobiście, pisząc – Poczułem, że te trzy zdania skierowane są do mnie. Chociaż zastanawiał się, dlaczego nikt przed nim nie odpowiedział na niego? Nie podjął tematu, a może wyzwania? Może czekał właśnie na tego, konkretnego dziennikarza? Może dokładnie tak miało być? Chyba to jemu musiał się przydarzyć, skoro ten reportaż historyczno-śledczy otrzymał Literacką Nagrodę „Nike” w 2017 roku.

   Czy słusznie?

   Czytałam kilka przeciekawych, dobrze napisanych książek w 2016 roku, które nie doczekały się nawet nominacji. Obserwuję też, że babranie się w komunistycznej przeszłości generalnie obchodzi tylko pokolenia jeszcze pamiętające tamte czasy. Najmłodszym nie sprawia to „frajdy”. Zwłaszcza, gdy dotyczy to mało znaczących epizodów. Bo kim właściwie był Grzegorz Przemyk? Tylko maturzystą w trakcie egzaminów. Niezależnie myślącym, niepokornym młodym człowiekiem. Licealistą piszącym wiersze. Chłopcem z gitarą marzącym o studiach. Synem opozycyjnej działaczki i poetki.

I wreszcie zdanie najważniejsze w jego życiorysie – śmiertelnie pobitą ofiarą przez Milicję Obywatelską 12 maja 1983 roku. Wydawałoby się, że to pozornie prosta sprawa karna do zamknięcia w drodze normalnego postępowania po odpowiednim ukaraniu, dobrze znanych i widzianych przez świadków, winnych śmierci.

   A jednak nie!

   Został uruchomiony mechanizm tuszowania i mataczenia sprawy, do którego zaangażowano prokuratorów, esbeków, milicjantów i najwyższych rangą urzędników państwowych, z ministrami i gen. Czesławem Kiszczakiem na czele. Ochroną morderców zajęły się sztaby kryzysowe i grupy terenowe inwigilujące, straszące, szantażujące, śledzące i zakładające podsłuchy. 23 grudnia 1983 roku, po siedmiu miesiącach od morderstwa, w dniu skierowania oskarżenia do sądu, akta sprawy liczyły sobie już osiem tomów protokołów przesłuchania  stu osiemdziesięciu dwóch świadków, opinie jedenastu biegłych (z zakresu chirurgii, medycyny sądowej i biomechaniki), dziewięć ekspertyz (medycznych i kryminalistycznych), sprawozdania z czterech eksperymentów procesowych i trzech wizji lokalnych. Po trzydziestu latach akta śledztwa w tej sprawie prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej liczył już 83 tomy i 16 275 kartek zawierających protokoły przesłuchań świadków, analizy, filmy, zdjęcia, które ilustrowały reportaż,

tajne dokumenty z lat osiemdziesiątych, notatki gen. Cz. Kiszczaka i teksty Jerzego Urbana ówczesnego rzecznika rządu gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

   Można pomyśleć – to jakiś absurd!

   Wytaczanie armaty przeciwko wróblowi, jeśli mogę użyć tego popularnego, metaforycznego porównania. Ale, tak! Z takich przerażających absurdów zbudowana była rzeczywistość w ustroju socjalistycznym. Można się z nich śmiać, oglądając filmy Stanisława Barei i można nad nimi zagryzać zęby z bezsilnej wściekłości tak, jak ja. Można też płakać tak, jak Piotr Bratkowski, którego wypowiedź przeczytałam na odwrocie książki:

Sprawa Grzegorza Przemyka jest klasycznym przykładem, jak ówczesna machina państwa mieliła jednostki dla własnych celów. Co ówcześni ludzie władzy mogli zrobić z każdym Polakiem. Padła w tej pozycji dosyć odważna teza, że bezkarność sprawców była przyzwoleniem dla morderców Jerzego Popiełuszki, który kilka miesięcy później podzielił los Grzegorza. Najlepiej proces miażdżenia i unicestwiania ludzi ujęła matka chłopca we wspomnianym już wcześniej liście – Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości.

   Dokładnie taki książkowy przykład stworzył autor!

   Przekopał kilometry dokumentów. Prześledził wszystkie wspomniane wcześniej akta. Przesiedział wiele godzin w czytelniach, by określić ich lekturę jako polityczno-kryminalny thriller, by potem, udanie odtworzyć go dzień po dniu, od daty pobicia do zakończenia śledztwa w 1984 roku, nadając mu formę bezosobowego dziennika pisanego w czasie teraźniejszym o charakterze sprawozdawczo-opisowym. Między datowanymi wpisami, ujętymi w miesiące-rozdziały, umieścił efekt swoich poszukiwań personalnych – charakterystyki najważniejszych osób związanych ze sprawą Grzegorza: matki zamordowanego, jego kolegów będących świadkami pobicia, sanitariuszy oskarżonych o pobicie, adwokata obrońcy ofiary i ojca chłopaka. Całość uzupełnił częścią drugą, pełniącą rolę dopowiadającego epilogu po latach, w którym próbował przyjrzeć się manipulatorom i sprawcom morderstwa oraz odpowiedzieć na pytanie – kto zabił?

   Dzięki takiej niezaangażowanej, bezosobowej narracji mogłam samodzielnie, bez sugestii odautorskich odtworzyć sobie sekwencje zdarzeń oraz udział i rolę zaangażowanych i wmanipulowanych w nie osób, a także przeanalizować mechanizm miażdżenia ludzi przez ówczesny system.

   Czy tylko ówczesny?

   Raczej każdy system. Nawet ten obowiązujący w demokracji. To tym wymiarem reportaż nie tylko „śmieszy” czarnym humorem, porusza i wzrusza, ale również przeraża. Pomimo upływu lat jego książkowy przykład niesprawiedliwości nadal funkcjonuje. W tym sensie to bardzo aktualna i ponadczasowa pozycja. To głównie ta cecha przekonała mnie do słuszności wyboru tego tytułu przez kapitułę nagrody Nike. Nietrudno będzie mi zapamiętać datę śmierci Grzegorza. Zmarł 14 maja, dwa dni po pobiciu, po którym nie miało być śladów.

   W dniu moich urodzin.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka [Cezary Łazarewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Krótka, ale ważna historia Grzegorza Przemyka.

niedziela, 08 października 2017
Dzieci alkohol narkotyki – Ruth Maxwell

Dzieci alkohol narkotyki – Ruth Maxwell
Przełożyła Jadwiga Węgrodzka
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne , 2003 , 208 stron , wydanie 2
Literatura amerykańska

   To nie tylko przewodnik dla rodziców!

   Chociaż dokładnie to sugeruje informacja umieszczona u dołu okładki tytułowej oraz sama autorka pisząca we wstępie – Zajmując się problemem picia przez dziecko alkoholu lub używania narkotyków, odkryjesz, że wiedza naprawdę daje siłę. Celem tej książki jest dostarczenie takiej wiedzy rodzicom dzieci poniżej dwudziestego piątego roku życia. Daje nadzieję zdesperowanym, przerażonym i zagubionym rodzicom, twierdząc, że zapobieganie, rozpoznawanie, interwencja, leczenie i wyzdrowienie jest możliwe.

   Deklaracja na wyrost?

   Nie. Autorka z góry zastrzega, że nie jest dobrą wróżką. Za to jest pielęgniarką o specjalności psychologicznej i doradcą do spraw uzależnień od środków odurzających prowadzącą prywatną praktykę, mającą za sobą lata pracy z emocjonalnie niezrównoważoną młodzieżą w szpitalu psychiatrycznym i z uzależnionymi w ośrodkach pomocy. Dysponuje więc wiedzą zarówno teoretyczną jaki i doświadczeniem zawodowym, z którymi dzieli się również w dwóch innych publikacjach. Jest również kobietą, która w młodości miała problem narkotykowy i matką trojga dorosłych już dzieci, z których żadne nie miało i nie ma problemu z uzależnieniem. To właśnie z takiego osobistego i zawodowego doświadczenia wie, że jeśli stosuje się odpowiednią terapię, wyjście z uzależnienia jest możliwe. To czyni ją odważną w dawaniu nadziei poszukującym pomocy rodzicom, ale w zamian żąda trzech rzeczy – odwagi w podejmowaniu bardzo trudnych decyzji (niełatwo wyrzucić dziecko z domu!), pracy nad sobą (zwłaszcza z emocjami) i konsekwencji w egzekwowaniu postanowień. Dokładnie tego, z czym rodzice mają najwięcej problemów. Ale i z tymi wymogami pomaga krok po kroku sobie radzić.

   Wiedzę grupuje w rozdziałach odpowiadających etapom procesu rozwiązywania problemu uzależnienia. Rozpoczyna od przybliżenia okresu dojrzewania, wpływie grupy rówieśniczej oraz wyborów, które stawia przed dziećmi i młodzieżą współczesny świat, by można było odróżnić to, co normalne dla tego okresu, od tego, co powinno wzbudzić niepokój. Pomaga zrozumieć, dlaczego nastolatkowie sięgają po alkohol i narkotyki, burząc mit dominującej częstotliwości zażywania narkotyków nad alkoholem i powodów uzależnień. Jest przy tym brutalnie szczera, podkreślając, że u większości uzależnionych jedynym powodem była po prostu... przyjemność!.  Uzyskana szybko, natychmiast i tanio. Powszechnie uważa się, że konkretne problemy w domu lub w szkole. Druzgocząco dodając, że tej przyjemności nic nie jest w stanie przebić i zrekompensować albo chociaż dorównać. Dlatego nie wystarczy nauczyć dziecko mówić asertywnie „nie”, musimy p o m ó c mu mówić „nie” alkoholowi i wszystkim innym narkotykom. Dzieci powiedzą „nie”, jeśli im pomożemy”.

   To jest główny cel w walce z uzależnieniami.

   Dopiero z tą wiedzą przechodzi do etapu rozpoznawania problemu uzależnienia, podsuwając konkretne narzędzia – charakterystykę środków odurzających oraz testy. Proste w zastosowaniu pozwalają określić zmiany zachowań lub osobowości związane z uzależnieniem oraz oznaki pozwalające podejrzewać używanie alkoholu i narkotyków. Proponuje również dwa warianty interweniowania w każdym stadium uzależnienia w zależności od chęci lub niechęci nastolatka do współpracy. Przy okazji obala kolejny mit mówiący, że nie można pomóc uzależnionemu, który nie chce pomocy. Twierdzi  wręcz coś przeciwnego - można pomóc, nawet jeśli nie chcą pomocy. Podpowiada, jak wspierać dziecko w okresie zdrowienia, jak i gdzie uzyskać pomoc instytucji do tego powołanych, umieszczając ich wykaz na końcu książki i, co bardzo ważne, jak zająć się również sobą, jako rodzicem współuzależnionym. Każdy etap ilustruje historią nastolatków, którzy byli pacjentami autorki o różnych stopniach uzależnienia. Pokazuje, jak przebiegała u nich diagnoza, wybór leczenia, rozmowy prowadzone z nimi i ich rodzinami oraz efekty.

   Nie zawsze skuteczne!

   Nie boi się do tego przyznać, pisząc, że uzależnienie od środków odurzających jest poważną chorobą. Nie wszyscy z niej wychodzą. Nie ma stuprocentowo sprawdzalnej reguły jej leczenia. Zaraz jednak dodaje – Leczenie nie jest gwarancją wyzdrowienia, ale jedyną drogą nadziei.

   JEDYNĄ!

   Bez wykorzystania jej, zabiera się dziecku jedyną szansę na wyzdrowienie.

   To jeden z lepszych poradników dla rodziców, jaki czytałam. Jasny, przejrzysty, wspierający (jeśli nie optymistyczny!), logicznie napisany, z konkretnymi narzędziami do wykorzystania, napisany zrozumiałym językiem, z przykładami wziętymi z życia, z przekazem prewencyjnym dla rodziców, którzy nie tylko mają problem, ale również dla tych, którzy go nie mają, ale chcą być czujni. Chcą nauczyć się obserwować dziecko zanim sięgnie po alkohol lub narkotyki albo właśnie po raz pierwszy to zrobiło. Chcą dostrzegać zachowania dające powody do niepokoju, a nawet wymykające się wszelkiej kontroli. W mojej szkole korzystają z niego również nauczyciele, a zwłaszcza wychowawcy klas oraz pedagog szkolny. O jego ogromnej przydatności świadczy nie tylko fakt, że moja pozycja jest drugim z kolei wydaniem, ale również to, co zobaczyłam w środku.

W pierwszym momencie przeraziłam się jako bibliotekarz, bo tak jest prawie na każdej stronie, ale zaraz potem odezwał się we mnie praktyk cieszący się, że książka żyje, służy, cieszy się „wzięciem”, jest przydatna, wykorzystywana, intensywnie pomaga, jak widać, nie tylko rodzicom.

   A przecież o to chodzi w poradnikach.

   Mam tylko jedną uwagę techniczną. To kolejna pozycja, w której tłumaczka myli pojęcia nastolatkinastolatkowie.  Bardzo irytujące, zwłaszcza, że wydawnictwo jest wyspecjalizowane w tego typu publikacjach, a ta pozycja ma nawet redaktora naukowego.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 07 października 2017
Papusza – Angelika Kuźniak

Papusza – Angelika Kuźniak
Wydawnictwo Czarne , 2013 , 200 strony

Seria Reportaż
Literatura polska

   Smutna i nostalgiczna wypowiedź...

   Nie mogę napisać biografia lub opowieść o Papuszy. Cygańskiej poetce wyrzuconej poza nawias społeczności cygańskiej za zdradę gadziom ich zasad życia, słownika i wyrazów cygańskich publikowanych w jej tomikach lub opracowaniach o jej twórczości. Za złamanie zasad mageripen, niepisanego prawa obowiązującego wszystkich Cyganów, które wdychają z powietrzem od dziecka. Wrażliwej, skromnej artystce, która o sobie mówiła – Są poety, są wiersze śliczne, baśnie zachwycające, ale ja niczym nie jestem. Nauki żadnej nie posiadam, żadnej szkoły. Co może powiedzieć stara Cyganka podobna do prawdziwka zapomnianego w jesiennym lesie? Ja jestem dziewczyna biedna, spod krzaku. Nerwowa, duszę mam malutką. Jestem zwyczajny człowiek, może gorszy od wszystkich.

   To takiej osobowości oddała głos autorka.

   Miała trudne zadanie, bo Bronisława Wajs (tak nazywała się formalnie) już nie żyła. W dniu jej śmierci autorka miała dopiero trzynaście lat. Dotarła jednak do dokumentów, które pozostawiła po sobie i jej wierszy. Przesłuchała kilkanaście godzin nagrań filmowych i radiowych z różnych lat. Przeczytała wspomnienia notowane przez Papuszę w pamiętniku.

Listy pisane do odkrywcy jej talentu Jerzego Ficowskiego i wspierającego ją Juliana Tuwima. Przejrzała dokumentację medyczną i odszukała ludzi, którzy poetkę znali i pamiętali. To z tych skrawków utrwalonej przeszłości, okruchów historii losu, przebłysków myśli i pamięci wydobyła głos Papuszy. Oddając jej przewodnią rolę narratora, stworzyła opowieść o niezwykłej kobiecie o ponadprzeciętnej empatii, dobroci i wrażliwości na otaczający ją świat. Na ludzi i przyrodę, która dominuje w jej poezji. O „poetce przeklętej” potrafiącej przełożyć emocje na słowa i przelać je na papier, stawiając litery, które nauczyła się pisać i czytać sama. O Cygance, która miała dwa marzenia. Jedno prozaiczne – być szczęśliwą. Spokojnie żyć w świecie, pracować sobie, uczciwie. I jeszcze wolność mieć. Nie być zależne od jakichś wielkich zakrętasów. Tak jak kiedyś. Gdzie chciał, to pojechał, gdzie chciał, konika popasł. To było szczęście. A drugie niezwyczajne – pozostawić po sobie coś trwałego i pięknego. Oba pragnienia nie do pogodzenia. Nie do jednoczesnego, wspólnego zrealizowania. Spełniło się to drugie – pozostawiła po sobie wiersze.

   Zapłaciła za to ogromną cenę.

   Była nieszczęśliwa, napiętnowana i wykluczona przez Cyganów, żyła w ubóstwie i rozchorowała się psychicznie. Opowiadała jednak o swoim życiu bez nienawiści, obwiniania kogokolwiek (może tylko siebie za nauczenie się pisania liter), z wielką wyrozumiałością i nadzieją, że kiedyś na świecie zrozómieją że ja nic złego nie zrobiłam i nikomu nie zrobiłam żadnej krzywdy i nie staram się o to. Mówiła niezwyczajnie po polsku piękną, śpiewną prozą poetycką, silnie zmetaforyzowaną. (...) Jej mowa przypominała jakąś melorecytację pełną poetyckich przenośni związanych na ogół z przyrodą. Gdyby  w tym momencie przy niej ktoś był i mowę jej zapisywał, bez trudu, mógłby zrobić z tego wiersze. – pisał o niej dziennikarz Zbigniew Morawski. A ona sama o swoim talencie – Nocą przychodzą do mnie gila, piosenki – mówi. Z lasu przychodzą. Zlatują się wesołe jak stado wróbli. Dręczą, dzwonią, wołają. Raz śpią ze mną, a raz spać nie dają. Między jedną a drugą słyszę cygańską muzykę, skrzypki, arfy, gitary, kastalety. I ja wtedy tańczę. Tańczy Cyganka jak liść na wietrze, jak dym z ogniska, jak słońca promyk wesoły, gorący. To cała ona i cały jej świat.

   To też brutalna historia Cyganów w Polsce.

   Na tle jej losu rozgrywał się dramat narodu mordowanego i zsyłanego do obozów koncentracyjnych z nie mniejszą zajadłością i nienawiścią niż Żydów. A potem tragedia skutków akcji „osiedlającej i produktywizującej  ludność cygańską” w PRL, której konsekwencje dla psychicznej kondycji Cyganów tak dobrze opisał Martin Šmaus  w powieści Dziewczynko, roznieć ogieniek. Przymusowych meldunkach, obowiązku szkolnego dzieci, zakazu wędrowania i przymusowej pracy.

O początku agonii wędrujących taborów zawartych w proroczych słowach Papuszy – Ja myślę, że za jakie trzy lata jak Pan Bóg da spokój, to wszystkie cygańskie tajemnice będą na wykładach. I będą Cyganie żyć jak uczciwi ludzie, choć przykro trochę z tym się pogodzić, bo człowiek się zżył i wyrósł wśród tego dziwnego życia [...]. Ale pomalutku to wszystko zaginie, jedna tylko mowa zostanie i to gdzie nigdzie.

   I stało się.

   Pozostał tylko język, pieśni i nostalgia za dawnymi czasami. Żal za wolnością i podążaniem z taborem za głosem serca, o której pisał Jacek Milewski w Dym się rozwiewa. Tę tęsknotę za przeminiętym światem potęgowały piękne w swej prostocie zdjęcia Papuszy i Cyganów z lat 20. aż do lat 70. ubiegłego wieku ilustrujące tekst.

   Jednego Papusza nie przewidziała, że część jej narodu będzie w przyszłości żyć na wysypiskach śmieci, o czym czytałam w reportażach Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem Rolfa Bauerdicka.

   Może i dobrze, że los przynajmniej tych widoków jej oszczędził.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Papusza [Angelika Kuźniak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

O Papuszy powstał film (polecam!), który został bardzo skrytykowany przez Cyganów, o czym przeczytałam w wywiadzie Don Vasyl: Jesteśmy zbulwersowani filmem Papusza.

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w listopadzie w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 991 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi