Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 15 października 2017
Ojciec: opowiadania - Michał Cichy i 8 innych

Ojciec: opowiadania - Michał Cichy , Jacek Dukaj , Wojciech Engelking , Jakub Małecki, Andrzej Muszyński , Łukasz Orbitowski , Ziemowit Szczerek , Wit Szostak , Michał Witkowski
Wydawca Ringier Axel Springer , 2017 , 294 strony

Literatura polska

   Ojcowie kochają!

   To pewne! Tylko troszkę inaczej niż matki, a przez to trudniej. Ich miłość jest warunkowa. Kochają interesownie i za coś. Mówiąc krótko – na miłość ojca trzeba sobie zasłużyć. Tak mówi psychologia. Jeśli na to nałożyć jeszcze cechy psychiki męskiej – otrzymujemy obraz ojcostwa skomplikowanego. Nie podejrzewam, że autorzy najpierw otworzyli podręcznik do psychologii, by tę wiedzę przyswoić, a potem napisać opowiadanie. A mimo to, tę skalę skomplikowania podręcznikowo ukazali w krótkich (no, może poza Jackiem Dukajem), dziewięciu odsłonach.

Łączy je, jak sugeruje tytuł, temat ojcostwa i wysoki, bardzo równy poziom warsztatu literackiego. Różni wszystko pozostałe tak, jak różnią się stylem przekazu, do którego zdążyli już przyzwyczaić swoich czytelników. Ja znałam twórczość trzech z nich.

   Łukasza Orbitowskiego (Inna dusza), który z lubością uwikłał syna w potęgę natury nie do przezwyciężenia, obiecującego sobie nie naśladować ojca-cudzołożnika i jak mu nic z tych postanowień nie wyszło. A raczej wyszedł z niego nie kto inny, a własny ojciec w opowiadaniu Tygrys.

   Mojego ulubionego za kontrowersyjność, ubarwiającą, ale i łamiącą schematy i uprzedzenia, Michała Witkowskiego, który mnie trochę rozczarował brakiem odwagi w przekroczeniu granicy tabu, ale o tym później, a który w Domku okazał się jak zwykle bardzo współczesny i wyłuskujący z rzeczywistości tematy niewygodne. Tutaj współczesnego syna marnotrawnego, który w poszukiwaniu siebie, swojej drogi i miejsca, w wieku czterdziestu jeden lat nadal siedzi u ojca w kieszeni, bo jest jedynym stałym, pewnym punktem w życiu nieodnajdującego się w rzeczywistości XXI wieku dziecka. To opowiadanie, w którym wspierająca rola ojca dla współczesnych synów staje  się rolą permanentną, a przez to nadużytą.

   Znałam również twórczość Jacka Dukaja, którego styl odnalazłam w jak dobrze znanej mi konwencji fantastycznej, ale wyrosłej z faktów historycznych w opowiadaniu Vtrko. Zaskoczył mnie odejściem od powszechnie pojmowanej więzi ojciec-syn, przypisując ją ojcowi narodu i jego obywatelom. To była najtrudniejsza do przyswojenia treść opowiadająca o potrzebie posiadania tożsamości narodowej, w której było mało psychologii, za to dużo polityki i odniesień historycznych. I licząca najwięcej stron! Ale nie dziwię się. Autorowi  tysiącstronicowego Lodu ma prawo być za ciasno w krótkiej formie. Może stąd duża gęstość treści przypadająca na literę w zdaniu. To też jedyny autor, który „przyznał się” do nieojcostwa w biogramie umieszczonym wśród innych na okładkowym skrzydełku.

   Większość opowiadań, budując historię ojcostwa ukazuje je z perspektywy synów. Tak jest we wspomnianych już TygrysieDomku. Ale i w Żaglowcach i samolotach, w których miłości nie ubiera się w słowa, ale okazuje się poprzez czyn.  W Maczużniku opowiadającym o ojcu nieobecnym,  zafiksowanym na powinności troszczenia się o materialny byt rodziny i gubiącym inne wartości. W Mieście mojego ojca, w którym syn próbuje połączyć dwie różne krainy odmiennych pokoleń oraz przeszłość z teraźniejszością. W Miejscu przy kuchence mierzącej się z odchodzeniem i śmiercią ojca. Na tle tych głosów wyróżnia się List z  narracją ojcowską. Stoi w opozycji do wcześniejszych perspektyw, tłumacząc , dlaczego tak trudno kochać ojców, tak trudno zrozumieć ich zachowania, postawy i wybory. W tym znaczeniu pęknie dopełniają się i dlatego to opowiadanie przeniosłabym z początku zbiorku na koniec, umieszczając je w roli swoistego podsumowania lub prologu przed Vtrko.

   Jednak moje serce czytelnicze skradło jedno opowiadanie – Pat.

   Nie tylko ze względu na rzadko poruszany temat – odrzucenie ojcostwa. Wprawdzie przyznanie się do niechęci bycia ojcem nie spotyka się w społeczeństwie z takim ostracyzmem, jak w przypadku niechęci kobiety do bycia matką, o czym czytałam w publikacji Żałując macierzyństwa Orny Donath, ale poruszenie tego zagadnienia to uchylenie furtki na drogę ukazującą obraz ojcostwa odstającego od tego powszechnie pojmowanego, poprawnego i akceptowalnego. Szkoda, że nikt nie odważył się jej otworzyć na oścież, ukazując ojcostwo destrukcyjne, dewiacyjne, zdeformowane. Nie ukrywam, że liczyłam na Michała Witkowskiego.  To właśnie w tym sensie mnie zawiódł, o czym wspomniałam wcześniej. Pat wzbudził również mój zachwyt koronkową, misterną konstrukcją fabuły, w której niechciane ojcostwo zostało porównane do sytuacji patowej w szachach. W tak krótkiej formie Wojciech Engelking zmieścił opowiadanie w opowiadaniu. Zdołał pokazać przeszłość przenikającą przez teraźniejszość i rozegrać logistycznie wątki niczym ruchy figur na polu szachowym, które przykuwały uwagę detalami gry. Tytuł, treść, bohaterowie, puenta, zwarta konstrukcja, rygor akcji i wzbudzane emocje bardziej wskazują na stworzenie szlachetniejszego gatunku niż tylko opowiadanie – nowelę.

   Dla mnie perełka w tym diademie!

Ojciec [Jakub Małecki, Wit Szostak, Łukasz Orbitowski, Andrzej Muszyński, Michał Witkowski, Ziemowit Szczerek, Wojciech Engelking, Michał Cichy, Jacek Dukaj]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 14 października 2017
Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński

Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński
Wydawnictwo Czarne , 2016 , 208 stron

Seria Menażeria
Literatura polska

   Bardzo przewrotny, ale adekwatny tytuł!

   Bo cóż ja w tej opowieści nie miałam! Różnorodność ogromną! Od malarstwa, literatury, filmu, muzyki poprzez wątki polityczne na ekologii skończywszy! Spojrzenie szerokie, które ogarniałam niczym sowa, skoro już jesteśmy w ptasim świecie, wykręcając umysł i wyobraźnię dookoła tej przebogatej panoramy. Właściwie nie powinnam się temu dziwić, skoro autorem jest kulturoznawca ogarnięty ptasią pasją, a już z pewnością dotknięty syndromem Birding Compulsive Disorder w pozytywnym jego znaczeniu. Jednostki chorobowej wymyślonej z przymrożeniem oka przez językoznawcę Petera Cashwella, odpowiadającej za skupianie całej uwagi na ptakach w codziennym życiu „chorego”. To on odpowiada za gwałtowne hamowanie bez oglądania się w lusterku na ruchliwej drodze, kiedy na poboczu mignie coś ciekawego. To on sprawia, ze ptasiarz w środku dyskusji ucisza wszystkich syknięciem i unosi palec w kierunku, z którego dobiega interesujący dźwięk. To on zmusza do wielogodzinnego czuwania nawet w zimny, mroźny lub deszczowy dzień albo noc, by zobaczyć na przykład rzadką już kraskę. To on dawał siłę, by przetrwać i przeżyć koszmar obozu koncentracyjnego,bo i nawet takich wątków w niej nie zabrakło.

   Taki jest właśnie autor i jego opowieści!

   A może reportaże, które przybierały momentami formę dziennika z obserwacji albo esejów? W pierwszym zderzeniu ze słowem sprawiały wrażenie chaotycznych. Poszatkowanych nawet wewnątrz dwunastu rozdziałów. Sięgających do różnych źródeł  nauki i czerpiących z własnego doświadczenia. Ale to pozory wynikające z rozległej wiedzy autora, z którą dzielił się, przepuszczając ją przez fokus uwagi skupionej na jednym temacie – ptaków. A zaczął od swoistego listu polecającego, w którym powołał się na przyczynę swojej „choroby” rozwijającej się powoli od dzieciństwa. Nie boję się jej nazwać wprost – miłością do ptaków, chociaż autor w żadnym miejscu do tego się nie przyznał i nie nazwał. Nie musiał. Ja ją widziałam, słyszałam i czułam w każdym zdaniu. Tę miłość najpierw pozwolił mi usłyszeć poprzez dźwięki, które w moim życiu słyszę wyraźnie tylko, gdy jestem w lesie lub jakaś wrona niespodzianie zakracze nade mną, idącą chodnikiem, w miejskim zgiełku. A to przecież trele, świergot, ćwierkanie czyli śpiew, tak trudny do przełożenia na ludzką mowę i jeszcze trudniejszy do zapisania. By potem ukazać ich ptasich autorów w opisach, które mnie urzekły. Nie tylko własnym postrzeganiem, ale również interpretacją obrazów Józefa Chełmońskiego. Autor zachwycał się jego widzeniem ptasiego świata, a ja zachwycałam się jego zachwytem. Jego podążaniem śladami artysty, by skonfrontować obraz z rzeczywistością.

   Ale i bez tego typu wycieczek dużo podróżował.

   Zaglądał do obozu naukowców obrączkujących ptaki (podobnego do tego, jak  Akcja Carpatica), by im nie tylko pomagać, ale by przede wszystkim być bliżej ptaków, bo – jak sam napisał – Nigdzie nie będę bliżej ptaków. Nigdzie nie będzie miał takiej możliwości, by przekonać się, czy sosnówka rzeczywiście pachnie żywicą. Prezentował klasyfikację ludzi zajmujących się ptakami, podkreślając jej ogromne zróżnicowanie, gdzie obok naukowców ornitologów funkcjonują ptasiarze, obserwatorzy ptaków on-line i mniej szlachetni tłiterzy. Osobny rozdział poświęcił ptasim fotografom, których „bezkrwawe łowy” w dzisiejszych czasach nie są już takie bezkrwawe, bo z konsekwencjami zdziczałych obyczajów „polujących”. Na tle urokliwego życia ptaków na wsi, w lasach i bezludnych krainach i w ludnym mieście, w których ptaki przystosowały się do życia w nim, można uwierzyć, że ptasia rzeczywistość to sielanka. Z czasem jednak zrozumiałam, że tak pięknie rozpoczęta romantycznymi pejzażami malarskimi i nie mniej romantycznymi opisami natury widzianymi oczami autora, idylla, gdzie skowronek uderza skrzydłami płytko, praktycznie stoi w powietrzu i wyśpiewuje w wieczornej ciszy swoją przyśpieszającą melodię, była po to, by tu i ówdzie wrzucić zakłócające ją zdanie  – Kładę się na krótko skoszonej, śmierdzącej chemikaliami trawie.

   I tyle zostaje z opisu – smutek.

   Uczucie, które im bliżej ku końcowi, tym częściej się pojawiało. Jego silny akord szczególnie odczułam w rozdziale o bocianach. Wymieranie populacji mojego ulubionego ptaka, według autora, powodują środki owadobójcze, monokultury, melioracja i zalesianie nieużytków. Jeszcze trochę, a już nie zrobię zdjęcia takiego, jak to z ostatniej wiosny.

Pozostanie mi mój bociek w bibliotece

i wspomnienia z dzieciństwa, w których klekot budził mnie rano w babcinym gospodarstwie pałuckiej wsi, gdzie spędzałam w czasie wakacji najszczęśliwsze, beztroskie lata.

   Dwa ostatnie rozdziały to już bicie na alarm.

   Brutalnie ściągające mnie z podniebnych lotów migracyjnych tak pięknie pokazanych w filmie Makrokosmos, do którego obejrzenia zachęcił mnie autor, a który w zachwycie przeżywałam dwa razy i mam ochotę jeszcze raz. Na twardy grunt realiów, w których bezmyślność ludzi (na przykład strzelanie do ptaków jako sport, by pokazać siebie i swoje „trofea” na portalach społecznościowych) i brak ujednoliceń lub uregulowań prawnych na całym świecie, prowadzą do wymierania ptasich gatunków.

   Czułam się jak balonik, z którego powoli uchodziło powietrze...

   To jedna z tych pozycji, którą stawiam obok Sekretnego życia drzew i Duchowego życia zwierząt Petera Wohllebena. Książek, które wzbudzają zachwyt nad światem przyrody, by czynić wrażliwym na nią i uczyć, że przyroda jest wszędzie i potrzebuje naszej opieki.

   Książka była nominowana do Literackiej Nagrody Nike. Została finalistką i wybraną przez czytelników, ale nie przez kapitułę nagrody Nike. Ta tytuł laureata przyznała reportażowi Żeby nie było śladów Cezarego Łazarewicza. Według mnie obie zasługują na to miano. Trudność wyboru między nimi polega na ich diametralnym zróżnicowaniu tematyki, przy jednakowej jej ważności. Pierwsza mówi o przyszłości ludzkości poprzez pryzmat dramatu ptaków, a druga o przeszłości ludzkości poprzez pryzmat tragedii jednostki. Pierwsza odwołuje się przede wszystkim do emocji czytelnika, a druga do faktów pojmowanych rozumowo. Obie świetnie napisane, stylem narracji adekwatnym  do treści i do celu przekazu.

   Jak wybrać?

   Na szczęście uczyniła to za mnie kapituła nagrody, chociaż dla mnie każdy dokonany przez nią wybór byłby dobry.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2017 roku.

Dwanaście srok za ogon [Stanisław Łubieński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zachęcam do obejrzenia Le peuple migrateur, który w Polsce znany jest jako Makrokosmos. Przepiękny i wzruszający!

poniedziałek, 09 października 2017
Żeby nie było śladów – Cezary Łazarewicz

Żeby nie było śladów: sprawa Grzegorza Przemyka – Cezary Łazarewicz
Wydawnictwo Czarne , 2016 , 320 strony

Seria Reportaż
Literatura polska

   Zaczęło się od listu.

   Autor znalazł go po dwudziestu dziewięciu latach w aktach sprawy śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka. Trzyzdaniowy list od Barbary Sadowskiej, matki zamordowanego dziewiętnastolatka. Autor potraktował go bardzo osobiście, pisząc – Poczułem, że te trzy zdania skierowane są do mnie. Chociaż zastanawiał się, dlaczego nikt przed nim nie odpowiedział na niego? Nie podjął tematu, a może wyzwania? Może czekał właśnie na tego, konkretnego dziennikarza? Może dokładnie tak miało być? Chyba to jemu musiał się przydarzyć, skoro ten reportaż historyczno-śledczy otrzymał Literacką Nagrodę „Nike” w 2017 roku.

   Czy słusznie?

   Czytałam kilka przeciekawych, dobrze napisanych książek w 2016 roku, które nie doczekały się nawet nominacji. Obserwuję też, że babranie się w komunistycznej przeszłości generalnie obchodzi tylko pokolenia jeszcze pamiętające tamte czasy. Najmłodszym nie sprawia to „frajdy”. Zwłaszcza, gdy dotyczy to mało znaczących epizodów. Bo kim właściwie był Grzegorz Przemyk? Tylko maturzystą w trakcie egzaminów. Niezależnie myślącym, niepokornym młodym człowiekiem. Licealistą piszącym wiersze. Chłopcem z gitarą marzącym o studiach. Synem opozycyjnej działaczki i poetki.

I wreszcie zdanie najważniejsze w jego życiorysie – śmiertelnie pobitą ofiarą przez Milicję Obywatelską 12 maja 1983 roku. Wydawałoby się, że to pozornie prosta sprawa karna do zamknięcia w drodze normalnego postępowania po odpowiednim ukaraniu, dobrze znanych i widzianych przez świadków, winnych śmierci.

   A jednak nie!

   Został uruchomiony mechanizm tuszowania i mataczenia sprawy, do którego zaangażowano prokuratorów, esbeków, milicjantów i najwyższych rangą urzędników państwowych, z ministrami i gen. Czesławem Kiszczakiem na czele. Ochroną morderców zajęły się sztaby kryzysowe i grupy terenowe inwigilujące, straszące, szantażujące, śledzące i zakładające podsłuchy. 23 grudnia 1983 roku, po siedmiu miesiącach od morderstwa, w dniu skierowania oskarżenia do sądu, akta sprawy liczyły sobie już osiem tomów protokołów przesłuchania  stu osiemdziesięciu dwóch świadków, opinie jedenastu biegłych (z zakresu chirurgii, medycyny sądowej i biomechaniki), dziewięć ekspertyz (medycznych i kryminalistycznych), sprawozdania z czterech eksperymentów procesowych i trzech wizji lokalnych. Po trzydziestu latach akta śledztwa w tej sprawie prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej liczył już 83 tomy i 16 275 kartek zawierających protokoły przesłuchań świadków, analizy, filmy, zdjęcia, które ilustrowały reportaż,

tajne dokumenty z lat osiemdziesiątych, notatki gen. Cz. Kiszczaka i teksty Jerzego Urbana ówczesnego rzecznika rządu gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

   Można pomyśleć – to jakiś absurd!

   Wytaczanie armaty przeciwko wróblowi, jeśli mogę użyć tego popularnego, metaforycznego porównania. Ale, tak! Z takich przerażających absurdów zbudowana była rzeczywistość w ustroju socjalistycznym. Można się z nich śmiać, oglądając filmy Stanisława Barei i można nad nimi zagryzać zęby z bezsilnej wściekłości tak, jak ja. Można też płakać tak, jak Piotr Bratkowski, którego wypowiedź przeczytałam na odwrocie książki:

Sprawa Grzegorza Przemyka jest klasycznym przykładem, jak ówczesna machina państwa mieliła jednostki dla własnych celów. Co ówcześni ludzie władzy mogli zrobić z każdym Polakiem. Padła w tej pozycji dosyć odważna teza, że bezkarność sprawców była przyzwoleniem dla morderców Jerzego Popiełuszki, który kilka miesięcy później podzielił los Grzegorza. Najlepiej proces miażdżenia i unicestwiania ludzi ujęła matka chłopca we wspomnianym już wcześniej liście – Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości.

   Dokładnie taki książkowy przykład stworzył autor!

   Przekopał kilometry dokumentów. Prześledził wszystkie wspomniane wcześniej akta. Przesiedział wiele godzin w czytelniach, by określić ich lekturę jako polityczno-kryminalny thriller, by potem, udanie odtworzyć go dzień po dniu, od daty pobicia do zakończenia śledztwa w 1984 roku, nadając mu formę bezosobowego dziennika pisanego w czasie teraźniejszym o charakterze sprawozdawczo-opisowym. Między datowanymi wpisami, ujętymi w miesiące-rozdziały, umieścił efekt swoich poszukiwań personalnych – charakterystyki najważniejszych osób związanych ze sprawą Grzegorza: matki zamordowanego, jego kolegów będących świadkami pobicia, sanitariuszy oskarżonych o pobicie, adwokata obrońcy ofiary i ojca chłopaka. Całość uzupełnił częścią drugą, pełniącą rolę dopowiadającego epilogu po latach, w którym próbował przyjrzeć się manipulatorom i sprawcom morderstwa oraz odpowiedzieć na pytanie – kto zabił?

   Dzięki takiej niezaangażowanej, bezosobowej narracji mogłam samodzielnie, bez sugestii odautorskich odtworzyć sobie sekwencje zdarzeń oraz udział i rolę zaangażowanych i wmanipulowanych w nie osób, a także przeanalizować mechanizm miażdżenia ludzi przez ówczesny system.

   Czy tylko ówczesny?

   Raczej każdy system. Nawet ten obowiązujący w demokracji. To tym wymiarem reportaż nie tylko „śmieszy” czarnym humorem, porusza i wzrusza, ale również przeraża. Pomimo upływu lat jego książkowy przykład niesprawiedliwości nadal funkcjonuje. W tym sensie to bardzo aktualna i ponadczasowa pozycja. To głównie ta cecha przekonała mnie do słuszności wyboru tego tytułu przez kapitułę nagrody Nike. Nietrudno będzie mi zapamiętać datę śmierci Grzegorza. Zmarł 14 maja, dwa dni po pobiciu, po którym nie miało być śladów.

   W dniu moich urodzin.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka [Cezary Łazarewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Krótka, ale ważna historia Grzegorza Przemyka.

niedziela, 08 października 2017
Dzieci alkohol narkotyki – Ruth Maxwell

Dzieci alkohol narkotyki – Ruth Maxwell
Przełożyła Jadwiga Węgrodzka
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne , 2003 , 208 stron , wydanie 2
Literatura amerykańska

   To nie tylko przewodnik dla rodziców!

   Chociaż dokładnie to sugeruje informacja umieszczona u dołu okładki tytułowej oraz sama autorka pisząca we wstępie – Zajmując się problemem picia przez dziecko alkoholu lub używania narkotyków, odkryjesz, że wiedza naprawdę daje siłę. Celem tej książki jest dostarczenie takiej wiedzy rodzicom dzieci poniżej dwudziestego piątego roku życia. Daje nadzieję zdesperowanym, przerażonym i zagubionym rodzicom, twierdząc, że zapobieganie, rozpoznawanie, interwencja, leczenie i wyzdrowienie jest możliwe.

   Deklaracja na wyrost?

   Nie. Autorka z góry zastrzega, że nie jest dobrą wróżką. Za to jest pielęgniarką o specjalności psychologicznej i doradcą do spraw uzależnień od środków odurzających prowadzącą prywatną praktykę, mającą za sobą lata pracy z emocjonalnie niezrównoważoną młodzieżą w szpitalu psychiatrycznym i z uzależnionymi w ośrodkach pomocy. Dysponuje więc wiedzą zarówno teoretyczną jaki i doświadczeniem zawodowym, z którymi dzieli się również w dwóch innych publikacjach. Jest również kobietą, która w młodości miała problem narkotykowy i matką trojga dorosłych już dzieci, z których żadne nie miało i nie ma problemu z uzależnieniem. To właśnie z takiego osobistego i zawodowego doświadczenia wie, że jeśli stosuje się odpowiednią terapię, wyjście z uzależnienia jest możliwe. To czyni ją odważną w dawaniu nadziei poszukującym pomocy rodzicom, ale w zamian żąda trzech rzeczy – odwagi w podejmowaniu bardzo trudnych decyzji (niełatwo wyrzucić dziecko z domu!), pracy nad sobą (zwłaszcza z emocjami) i konsekwencji w egzekwowaniu postanowień. Dokładnie tego, z czym rodzice mają najwięcej problemów. Ale i z tymi wymogami pomaga krok po kroku sobie radzić.

   Wiedzę grupuje w rozdziałach odpowiadających etapom procesu rozwiązywania problemu uzależnienia. Rozpoczyna od przybliżenia okresu dojrzewania, wpływie grupy rówieśniczej oraz wyborów, które stawia przed dziećmi i młodzieżą współczesny świat, by można było odróżnić to, co normalne dla tego okresu, od tego, co powinno wzbudzić niepokój. Pomaga zrozumieć, dlaczego nastolatkowie sięgają po alkohol i narkotyki, burząc mit dominującej częstotliwości zażywania narkotyków nad alkoholem i powodów uzależnień. Jest przy tym brutalnie szczera, podkreślając, że u większości uzależnionych jedynym powodem była po prostu... przyjemność!.  Uzyskana szybko, natychmiast i tanio. Powszechnie uważa się, że konkretne problemy w domu lub w szkole. Druzgocząco dodając, że tej przyjemności nic nie jest w stanie przebić i zrekompensować albo chociaż dorównać. Dlatego nie wystarczy nauczyć dziecko mówić asertywnie „nie”, musimy p o m ó c mu mówić „nie” alkoholowi i wszystkim innym narkotykom. Dzieci powiedzą „nie”, jeśli im pomożemy”.

   To jest główny cel w walce z uzależnieniami.

   Dopiero z tą wiedzą przechodzi do etapu rozpoznawania problemu uzależnienia, podsuwając konkretne narzędzia – charakterystykę środków odurzających oraz testy. Proste w zastosowaniu pozwalają określić zmiany zachowań lub osobowości związane z uzależnieniem oraz oznaki pozwalające podejrzewać używanie alkoholu i narkotyków. Proponuje również dwa warianty interweniowania w każdym stadium uzależnienia w zależności od chęci lub niechęci nastolatka do współpracy. Przy okazji obala kolejny mit mówiący, że nie można pomóc uzależnionemu, który nie chce pomocy. Twierdzi  wręcz coś przeciwnego - można pomóc, nawet jeśli nie chcą pomocy. Podpowiada, jak wspierać dziecko w okresie zdrowienia, jak i gdzie uzyskać pomoc instytucji do tego powołanych, umieszczając ich wykaz na końcu książki i, co bardzo ważne, jak zająć się również sobą, jako rodzicem współuzależnionym. Każdy etap ilustruje historią nastolatków, którzy byli pacjentami autorki o różnych stopniach uzależnienia. Pokazuje, jak przebiegała u nich diagnoza, wybór leczenia, rozmowy prowadzone z nimi i ich rodzinami oraz efekty.

   Nie zawsze skuteczne!

   Nie boi się do tego przyznać, pisząc, że uzależnienie od środków odurzających jest poważną chorobą. Nie wszyscy z niej wychodzą. Nie ma stuprocentowo sprawdzalnej reguły jej leczenia. Zaraz jednak dodaje – Leczenie nie jest gwarancją wyzdrowienia, ale jedyną drogą nadziei.

   JEDYNĄ!

   Bez wykorzystania jej, zabiera się dziecku jedyną szansę na wyzdrowienie.

   To jeden z lepszych poradników dla rodziców, jaki czytałam. Jasny, przejrzysty, wspierający (jeśli nie optymistyczny!), logicznie napisany, z konkretnymi narzędziami do wykorzystania, napisany zrozumiałym językiem, z przykładami wziętymi z życia, z przekazem prewencyjnym dla rodziców, którzy nie tylko mają problem, ale również dla tych, którzy go nie mają, ale chcą być czujni. Chcą nauczyć się obserwować dziecko zanim sięgnie po alkohol lub narkotyki albo właśnie po raz pierwszy to zrobiło. Chcą dostrzegać zachowania dające powody do niepokoju, a nawet wymykające się wszelkiej kontroli. W mojej szkole korzystają z niego również nauczyciele, a zwłaszcza wychowawcy klas oraz pedagog szkolny. O jego ogromnej przydatności świadczy nie tylko fakt, że moja pozycja jest drugim z kolei wydaniem, ale również to, co zobaczyłam w środku.

W pierwszym momencie przeraziłam się jako bibliotekarz, bo tak jest prawie na każdej stronie, ale zaraz potem odezwał się we mnie praktyk cieszący się, że książka żyje, służy, cieszy się „wzięciem”, jest przydatna, wykorzystywana, intensywnie pomaga, jak widać, nie tylko rodzicom.

   A przecież o to chodzi w poradnikach.

   Mam tylko jedną uwagę techniczną. To kolejna pozycja, w której tłumaczka myli pojęcia nastolatkinastolatkowie.  Bardzo irytujące, zwłaszcza, że wydawnictwo jest wyspecjalizowane w tego typu publikacjach, a ta pozycja ma nawet redaktora naukowego.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 07 października 2017
Papusza – Angelika Kuźniak

Papusza – Angelika Kuźniak
Wydawnictwo Czarne , 2013 , 200 strony

Seria Reportaż
Literatura polska

   Smutna i nostalgiczna wypowiedź...

   Nie mogę napisać biografia lub opowieść o Papuszy. Cygańskiej poetce wyrzuconej poza nawias społeczności cygańskiej za zdradę gadziom ich zasad życia, słownika i wyrazów cygańskich publikowanych w jej tomikach lub opracowaniach o jej twórczości. Za złamanie zasad mageripen, niepisanego prawa obowiązującego wszystkich Cyganów, które wdychają z powietrzem od dziecka. Wrażliwej, skromnej artystce, która o sobie mówiła – Są poety, są wiersze śliczne, baśnie zachwycające, ale ja niczym nie jestem. Nauki żadnej nie posiadam, żadnej szkoły. Co może powiedzieć stara Cyganka podobna do prawdziwka zapomnianego w jesiennym lesie? Ja jestem dziewczyna biedna, spod krzaku. Nerwowa, duszę mam malutką. Jestem zwyczajny człowiek, może gorszy od wszystkich.

   To takiej osobowości oddała głos autorka.

   Miała trudne zadanie, bo Bronisława Wajs (tak nazywała się formalnie) już nie żyła. W dniu jej śmierci autorka miała dopiero trzynaście lat. Dotarła jednak do dokumentów, które pozostawiła po sobie i jej wierszy. Przesłuchała kilkanaście godzin nagrań filmowych i radiowych z różnych lat. Przeczytała wspomnienia notowane przez Papuszę w pamiętniku.

Listy pisane do odkrywcy jej talentu Jerzego Ficowskiego i wspierającego ją Juliana Tuwima. Przejrzała dokumentację medyczną i odszukała ludzi, którzy poetkę znali i pamiętali. To z tych skrawków utrwalonej przeszłości, okruchów historii losu, przebłysków myśli i pamięci wydobyła głos Papuszy. Oddając jej przewodnią rolę narratora, stworzyła opowieść o niezwykłej kobiecie o ponadprzeciętnej empatii, dobroci i wrażliwości na otaczający ją świat. Na ludzi i przyrodę, która dominuje w jej poezji. O „poetce przeklętej” potrafiącej przełożyć emocje na słowa i przelać je na papier, stawiając litery, które nauczyła się pisać i czytać sama. O Cygance, która miała dwa marzenia. Jedno prozaiczne – być szczęśliwą. Spokojnie żyć w świecie, pracować sobie, uczciwie. I jeszcze wolność mieć. Nie być zależne od jakichś wielkich zakrętasów. Tak jak kiedyś. Gdzie chciał, to pojechał, gdzie chciał, konika popasł. To było szczęście. A drugie niezwyczajne – pozostawić po sobie coś trwałego i pięknego. Oba pragnienia nie do pogodzenia. Nie do jednoczesnego, wspólnego zrealizowania. Spełniło się to drugie – pozostawiła po sobie wiersze.

   Zapłaciła za to ogromną cenę.

   Była nieszczęśliwa, napiętnowana i wykluczona przez Cyganów, żyła w ubóstwie i rozchorowała się psychicznie. Opowiadała jednak o swoim życiu bez nienawiści, obwiniania kogokolwiek (może tylko siebie za nauczenie się pisania liter), z wielką wyrozumiałością i nadzieją, że kiedyś na świecie zrozómieją że ja nic złego nie zrobiłam i nikomu nie zrobiłam żadnej krzywdy i nie staram się o to. Mówiła niezwyczajnie po polsku piękną, śpiewną prozą poetycką, silnie zmetaforyzowaną. (...) Jej mowa przypominała jakąś melorecytację pełną poetyckich przenośni związanych na ogół z przyrodą. Gdyby  w tym momencie przy niej ktoś był i mowę jej zapisywał, bez trudu, mógłby zrobić z tego wiersze. – pisał o niej dziennikarz Zbigniew Morawski. A ona sama o swoim talencie – Nocą przychodzą do mnie gila, piosenki – mówi. Z lasu przychodzą. Zlatują się wesołe jak stado wróbli. Dręczą, dzwonią, wołają. Raz śpią ze mną, a raz spać nie dają. Między jedną a drugą słyszę cygańską muzykę, skrzypki, arfy, gitary, kastalety. I ja wtedy tańczę. Tańczy Cyganka jak liść na wietrze, jak dym z ogniska, jak słońca promyk wesoły, gorący. To cała ona i cały jej świat.

   To też brutalna historia Cyganów w Polsce.

   Na tle jej losu rozgrywał się dramat narodu mordowanego i zsyłanego do obozów koncentracyjnych z nie mniejszą zajadłością i nienawiścią niż Żydów. A potem tragedia skutków akcji „osiedlającej i produktywizującej  ludność cygańską” w PRL, której konsekwencje dla psychicznej kondycji Cyganów tak dobrze opisał Martin Šmaus  w powieści Dziewczynko, roznieć ogieniek. Przymusowych meldunkach, obowiązku szkolnego dzieci, zakazu wędrowania i przymusowej pracy.

O początku agonii wędrujących taborów zawartych w proroczych słowach Papuszy – Ja myślę, że za jakie trzy lata jak Pan Bóg da spokój, to wszystkie cygańskie tajemnice będą na wykładach. I będą Cyganie żyć jak uczciwi ludzie, choć przykro trochę z tym się pogodzić, bo człowiek się zżył i wyrósł wśród tego dziwnego życia [...]. Ale pomalutku to wszystko zaginie, jedna tylko mowa zostanie i to gdzie nigdzie.

   I stało się.

   Pozostał tylko język, pieśni i nostalgia za dawnymi czasami. Żal za wolnością i podążaniem z taborem za głosem serca, o której pisał Jacek Milewski w Dym się rozwiewa. Tę tęsknotę za przeminiętym światem potęgowały piękne w swej prostocie zdjęcia Papuszy i Cyganów z lat 20. aż do lat 70. ubiegłego wieku ilustrujące tekst.

   Jednego Papusza nie przewidziała, że część jej narodu będzie w przyszłości żyć na wysypiskach śmieci, o czym czytałam w reportażach Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem Rolfa Bauerdicka.

   Może i dobrze, że los przynajmniej tych widoków jej oszczędził.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Papusza [Angelika Kuźniak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

O Papuszy powstał film (polecam!), który został bardzo skrytykowany przez Cyganów, o czym przeczytałam w wywiadzie Don Vasyl: Jesteśmy zbulwersowani filmem Papusza.

poniedziałek, 02 października 2017
Lekturnik – Grzegorz Janusz , Ernesto Gonzales

Lekturnik – scenariusz Grzegorz Janusz , ilustrował Ernesto Gonzales
Wydawca Narodowe Centrum Kultury , 2016 , 40 stron
Literatura polska

   Uwielbiam literackie zagadki!

   A takie były w tym komiksie. Chciałam się sprawdzić ze znajomości twórczości Henryka Sienkiewicza. Jego tytuł nie był przypadkowy. To metafora nawiązująca do Latarnika, którego główny bohater przysypia podczas pracy nad książką. W konsekwencji nie zapala latarni i powoduje katastrofę morską. Głównym bohaterem komiksu jest lekturnik, który w bibliotece pełnej książek ma czytać utwory Henryka Sienkiewicza ku pokrzepieniu serc ludzi pływających na morzu życia i niczym latarnia rozświetlać mocą słowa mrok duszy. Musi czytać bez przerwy, by nie zgasł rozgrzewający płomień literatury.

   Niestety, lekturnik zasypia.

   We śnie pojawiają się bohaterowie sienkiewiczowskich powieści i nowel, którzy wspólnymi siłami i mocą swoich przygód próbują odeprzeć atak drzemoty.

Wspólnie znajdują sposób, by czytać we śnie, przenosząc się z książki do książki w sam środek najciekawszych momentów opowieści.

Ostatecznie udaje im się ponownie rozniecić światło płynące z czytania.

   To opowieść szkatułkowa zatopiona w onirycznym świecie.

   Jedna historia otwierała drzwi do następnej, nadając fabule dynamikę i nieprzewidywalny kierunek rozwoju akcji. Bawiła lapsusami, żartami słownymi i sytuacyjnymi, nakłaniając do odgadywania tytułów powieści i nowel, do których nawiązywała. Zadanie ułatwiali pojawiający się bohaterowie. Autorzy wyłuskali z sienkiewiczowskiej twórczości to, co najbardziej charakterystyczne i zapamiętane przez czytelników.

Jowialnego Zagłobę

czy Ligię i Nerona nie sposób pomylić. Ukazani humorystycznie, sprawiali, że świetnie się bawiłam. Zwłaszcza, gdy napotykałam takie pytania:

   Najważniejszym jednak dla mnie pytaniem było, ile tytułów zdołam odnaleźć? Naliczyłam 8, ale nie jestem pewna, czy jakiegoś nie przeoczyłam.

   Komiks inspiruje do wykorzystania go w pracy z młodzieżą. Ma w sobie wszystko to, co lubią - trochę zabawy, trochę humoru, rywalizacji w formie konkursu i duuuuuużo obrazków. Nie żartuję. Dla nielubiących czytać to ogromny atut. A przy okazji, po cichutku, takimi metodami, może uda mi się zainteresować kogoś konkretnym tytułem, bo na to liczę najbardziej.

   Muszę nad tym pomyśleć!



niedziela, 01 października 2017
Opowieść Podręcznej – Margaret Atwood

Opowieść Podręcznej – Margaret Atwood
Przełożyła Zofia Uhrynowska-Hanasz
Wydawnictwo Wielka Litera , 2017 , 368 stron
Literatura kanadyjska

   „...dzisiaj zaczęłam i jestem w połowie Opowieści podręcznej, bardzo smutna i niestety aktualna powieść :(”

   To tej treści SMS, który otrzymałam, sprawił, że natychmiast wyjęłam ten tytuł z długiej kolejki oczekujących książek do przeczytania. Tak się szczęśliwie złożyło, że niedawno kupiłam ją pod wpływem reklam towarzyszących nie tyle samej książce, ile jej ekranizacji. W 2017 roku Bruce Miller wyreżyserował bardzo dobry serial pod tym samym tytułem (polecam!), którego siedem odcinków obejrzałam w jedno sobotnie popołudnie i wieczór. Nie mogłam się od niego oderwać.

   Z powieścią było podobnie.

   Narrację prowadziła kobieta o imieniu Freda nadanym od imienia jej właściciela. Komendanta, w domu którego pełniła rolę Podręcznej. Jej prawdziwego imienia nie poznałam. Było zakazane tak, jak wiele innych rzeczy. Właściwie wszystko to, co należało do starego świata. I tak miało być. Miałam odebrać główną bohaterkę, jako jedną z wielu jej podobnych. Jako tę, którą może być każda. Jako głos indywidualny,  a jednocześnie reprezentujący ogół kobiet żyjących w reżimie narzuconym przez ideologię jego twórców, budujących nowe państwo na terenie byłych Stanów Zjednoczonych. Republika Gilead, bo tak się nazywało, rządziła się prawami religijnymi zawartymi w Biblii, ale interpretowanymi przez elitę rządzących. Ich wykładnia zależała od celu, jaki chciała osiągnąć. Miała świadomość, że ”lepiej” nigdy nie znaczy lepiej dla wszystkich, bo zawsze dla niektórych jest gorzej. Problem w tym, że ci „niektórzy” stanowili większość społeczeństwa. Najważniejszym w niej celem, bezwzględnie obowiązującym wszystkich, była prokreacja, która osiągała bardzo niskie statystyki urodzeń z powodu zanieczyszczenia środowiska. Stworzenie kobietom  warunków do spełnienia swojego naturalnego powołania, jakim było rodzenie dzieci, tak naprawdę stworzyło im piekło na ziemi, w którym miłość była anomalią. Zabierając wolność czegoś, rządzący dali wolność od czegoś. A tak naprawdę, pokrętnie przedstawiana myśl o wolności podczas szkoleń indoktrynacyjnych oznaczała jedno – niewolę.

   Freda dokładnie opowiedziała o tej niewoli i procesie zniewolenia.

   O systemie represji i opresji, oprowadzając mnie po okupowanym mieście, robiąc zakupy na kartki z obrazkami zastępujące pismo (obowiązuje zakaz pisania i czytania), uczestnicząc w absurdalnych obrzędach, brutalnych zwyczajach i okrutnych rytuałach, które dla mnie były obrzydliwe i chore, ale dla ich uczestników – normą. Miałam dokładnie to zobaczyć. Proces „normalnienia” nienormalnego, które w czasach przed Gileadą było dziwne, nieakceptowalne i nie do przyjęcia. Miałam przekonać się, jak drobnymi, nieznacznymi, prawie niezauważalnymi posunięciami i decyzjami wprowadza się reguły, które powoli przestają szokować i dziwić, stając się akceptowanymi normami w myśl zasady, że człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. Wędrówkę po Gileadzie Freda przerywała snem lub drzemką. To był jej czas, kiedy mogła wracać myślami do przeszłości, w której miała rodzinę – męża i córkę. To czas kontrastowych zestawień, które podkreślały groteskę, absurdy i wynaturzenia totalitarnego systemu. To też czas, w którym przypominała sobie, jak doszło do tego, że znalazła się w domu bezdzietnej pary, Komendanta i jego żony, jako niewolnica, „macica”, żywy inkubator, surogatka, by urodzić im dziecko, spełniając comiesięczny rytuał ceremonii, który dla mnie był po prostu gwałtem usankcjonowanym prawnie. A kiedy poznałam już nowy świat Fredy, w którym zabrano jej wszystko oprócz wewnętrznej wolności i wspomnień, doszłam do jednego wniosku – nic się nie zmieniło oprócz okoliczności. Jeśli dobrze się rozejrzę, to ta precyzyjnie przedstawiona antyutopia wydarzyła się już w historii powszechnej i wydarza w świecie współczesnym. Moje spostrzeżenie potwierdziło jedno zdanie – ...w Gileadzie niewiele było rzeczy oryginalnych czy miejscowych – jego geniusz polegał na syntezie. Tego, co już było. Co już się wydarzyło.

   Aktualność tej powieści totalnie mnie zaskoczyła!

   A książka nie jest „świeżynką” literacką i wydawniczą. Autorka opublikowała ją w 1985 roku. Według niektórych ówczesnych krytyków w odpowiedzi na próbę ograniczenia procesów emancypacyjnych przez rząd Ronalda Reagana.

W Polsce ukazała się po raz pierwszy w 1992 roku nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w serii Klub Interesującej Książki. W 1998 roku wznowiło ją Wydawnictwo  Zysk i S-ka w serii Salamandra, a potem Wydawnictwo Znak w 2006 roku. Jeśli niczego nie przeoczyłam w tym śledztwie, to mój egzemplarz jest jej czwartą odsłoną. Od ukazania się oryginału upłynęło 32 lata, a jej przesłanie jest nadal obowiązujące! Paląco aktualne dla Polski!

   Źródłem tego fenomenu jest jej ponadczasowość.

   Jej przesłanie można rozpatrywać aż w siedmiu płaszczyznach (a może i nawet więcej!) – feministycznej, emancypacyjnej, biblijnej, politycznej, filozoficznej, psychologicznej i literackiej. W każdej z nich można doszukać się bieżącego problemu, z którym boryka się świat i zamieszkujące go narody. A może powinnam napisać – funkcjonujące w nim reżimy? Autorka, by uwiarygodnić przesłanie powieści, zastosowała znany trik, nadający jej charakter paradokumentu. Powstała na bazie odnalezionych 30 taśm magnetofonowych, nagranych przez Fredę post factum (historia kończy się, pozostając otwartą dla dalszych losów Fredy) czyni opowieść refleksyjną, zdystansowaną i bardzo prawdopodobną. A nawet realną. Proroctwem, jak może być, jeśli ludzie nie obudzą się z letargu i bierności wobec tego, co dzieje się wokół, uznając w zadufaniu, że ich to nie dotyczy. Nie czując podgrzewanej powoli wody, w której są zanurzeni, nawet nie zauważą momentu ugotowania się w niej. Ten wątek idealnie pasuje do obecnej sytuacji w Polsce. Zaczęło się od manipulacji przy Konstytucji RP.

   Panie i Panowie - proces gotowania rozpoczął się!

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Opowieść Podręcznej [Margaret Atwood, Zofia Uhrynowska-Hanasz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



Dla niezdecydowanych - zwiastun serialu.

sobota, 30 września 2017
Mroczne zakamarki – Kara Thomas

Mroczne zakamarki – Kara Thomas
Przełożył Radosław Madejski
Wydawnictwo Akurat , 2017 , 416 stron
Literatura amerykańska


   Wiedziałam, że ktoś umarł, kiedy tylko kierowniczka zawołała mnie do telefonu.

   Tak pomyślała narratorka mrocznej, dusznej, gęstej od lęku, niepewności  i tajemnic opowieści, osiemnastoletnia Tessa. Nie przypuszczała jednak, że to ojciec. Należał do rodzinnej karty historii, do której nie zamierzała wracać. Jego śmierć zmusiła ją do powrotu do rodzinnego miasteczka Fayette w Pensylwanii. Miejsca, z którego wyruszyła w świat, mając osiem lat, a właściwie, z którego musiała uciekać w dramatycznych okolicznościach, tracąc w nich matkę. Teraz miała wrócić do znienawidzonego domu o brązowych ścianach  z rozchwianymi schodami na ganek, z którego zabrano jej ojca do więzienia. Do przyjaciółki Callie, z którą nie utrzymywała kontaktu od dziesięciu lat. Do śladów po zaginionej siostrze, która uciekła z domu. Do jednej z tych niepozornych miejscowości, którymi nikt nie zawraca sobie głowy, a ludzie w nich tylko dorastają i natychmiast wyjeżdżają.

   Gdyby nie zła sława „Potwora znad Rzeki Ohio” – Wayatta Stokesa.

   Mordercy, który dusił swoje ofiary i porzucał ich nagie ciała na brzegu rzeki. Pierwszą była siedemnastoletnia uciekinierka z domu. Osiem miesięcy później dwudziestoletnia prostytutka. Rok potem dziewiętnastoletnia striptizerka.

   A po niej Lori.

   Koleżanka Tessy i kuzynka Callie. Powrót do Fayette nie tylko przywoływał bolesne wspomnienia, które Tessa zamierzała zostawić w tyle, ale również obudził wyrzuty sumienia, a te z kolei wątpliwości, czy Stokes jest faktycznie mordercą. Niepewność tę wzmogło kolejne zabójstwo jej drugiej koleżanki, Ariel. Chęć wyprostowania sprawy ze Stokesem w nowych okolicznościach podważających jego winę zmusiło dziewczynę do zrewidowania własnych, obciążających mężczyznę zeznań sprzed dziesięciu lat. Do poszukania odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie nasuwały się jej ze śmiercią Lori i teraz Ariel. Do podjęcia niebezpiecznego dochodzenia prawdy na własną rękę, by ostatecznie zamknąć ten rozdział życia już na zawsze.

   By nigdy już nie wrócić do Fayette.

   Nie przypuszczała, że jej poszukiwania będą przypominały skok w króliczą norę, na dnie której śmierć przyjaciółek i ich morderca nie będą miały większego znaczenia w obliczu odkrytej, przerażającej i koszmarnej prawdy o jej rodzinie.

   Autorka stworzyła mroczną opowieść o potworze, który czai się w każdym z nas. W ludziach lubiących krzywdzić innych ujawnia się stale, a ci pozornie nieszkodliwi potrzebują do tego tylko pretekstu. Sprzyjających okoliczności do jego wyjścia z cienia mroku duszy i umysłu. To ten przyczajony potwór w nas sprawia, że nie ma na świecie takiego miejsca, które byłoby bezpieczne. W każdym kryją się mroczne zakamarki, w których czają się wstydliwe tajemnice, groźne sekrety, niebezpieczne kłamstwa, śmiertelne wybory, bolesne przemilczenia czy krzywdzące opinie. To może być zwykły dom, niepozorne miasteczko, przeciętna rodzina i niewinnie wyglądający człowiek, a nawet dziecko. Przez te wszystkie zakamarki w miasteczku i w ludziach musiała przejść Tessa, snując mroczną opowieść z przeszłości, której dalszy ciąg była zmuszona poprowadzić po dziesięciu latach odcinania się od niej. Wśród ludzi, z których każdy chował w sobie takiego potwora. Zaglądając do jednego mrocznego zakamarka, odnajdywała drogę do następnego z kolejnym, przerażającym faktem. A każdy mroczniejszy i bardziej zaskakujący od poprzedniego. Ich nagromadzenie w szokującym finale, stworzyło porażający obraz psychiki ludzkiej, który nie przyniósł mi ulgi.

   Ale to też opowieść o sile prawdy.

   Nawet nie dobra, ale nieodpartej potrzebie prawdy, która wyciągając z tych zakamarków duszy ludzkiej czające się w nich potwory, wprowadzała chwilowy stan pożądanej równowagi i zrozumienia, które osiągamy poprzez stałe balansowanie między byciem człowiekiem a potworem. Poprzez walkę, która trwa całe życie. W każdej rodzinie, domu i miasteczku.  

   W każdym z nas.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

Mroczne zakamarki [Kara Thomas]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



Wydawca amerykański zarekomendował thriller w trzech epizodach naśladujących doniesienia informacyjne. Mnie najbardziej spodobał się drugi z kolei.

niedziela, 24 września 2017
Zespół Aspergera – Agnieszka Rynkiewicz

Zespół Aspergera: inny mózg inny umysł  – Agnieszka Rynkiewicz
Wydawnictwo Harmonia , 2009 ,  108 stron
Literatura polska
 

   Poznałam niezwykłego nastolatka!

   Jego niezwykłość dla zawodowca kryje się w zespole Aspergera. Coś, jak biały kruk w czarnym stadzie, żeby nie obrazić mojej wyjątkowej młodzieży. Moja wiedza na temat autyzmu była bardzo powierzchowna i zdobyta jeszcze na studiach, więc przestarzała. A ponieważ mamy spędzać ze sobą sporo czasu przez najbliższe trzy lata, więc musiałam odświeżyć ją i pogłębić, by po prostu nie zrobić chłopcu krzywdy, traktując go tak, jak innych nastolatków. A można, wywołując lub pogłębiając choroby wtórne do autyzmu, o etiologii społecznej (niezrozumienie, piętnowanie, odrzucenie), jak chociażby depresja. Szkolenie prowadzone przez psychologa z poradni pedagogiczno-psychologicznej pozostawiło we mnie niedosyt. Zaczęłam szukać publikacji na ten temat, by jeszcze doczytać. Rynek wydawniczy zaskoczył mnie bardzo pozytywnie klęską urodzaju w tej tematyce. I tu pojawił się problem. Co wybrać z tej przebogatej oferty?

   Zdecydowałam się na tę pozycję z kilku powodów.

   Po pierwsze przekazuje podstawowe i niezbędne informacje na temat zespołu Aspergera (dokładnie tego oczekiwałam), odpowiadając na pytanie – czy zespół Aspergera to autyzm? Odpowiedź nie jest jednoznaczna i uzależniona od osoby odpowiadającej. Lekarz powie, że nie, powołując się na dwie odrębne jednostki w klasyfikacji medycznej. Pedagog odpowie, że tak, podkreślając cechy je łączące.

   Po drugie powyższy problem rozwiązuje profil zawodowy autorki. Jest zarówno lekarzem, jak i pedagogiem specjalnym, więc przekazuje wiedzę zarówno medyczną (teoria), jak i pedagogiczną (praktyka). W swojej publikacji powołuje się na konkretne osoby ze swojej praktyki i ich historie, wyróżniając je w treści żółtym tłem.

Dodatkowo każdy rozdział poprzedza zadaniem, będącym elementem testu badającym przejawy autyzmu. Zachęcając do rozwiązywania ich, nie tylko wprowadza w tematykę rozdziału, ale przede wszystkim przekazuje charakterystyczny sposób myślenia i reakcje osoby z zespołem Aspergera. W kluczu umieszczonym na końcu książki wyjaśnia, jak rozwiązałaby lub nie to zadanie taka osoba. Przytoczę pierwsze, poprzedzające rozdział pierwszy.

Na powyższym obrazku należy jak najszybciej dolną figurę geometryczną odnaleźć w wyżej umieszczonym, niebiesko-białym obrazie. Bryła jest w nim ukryta. Przeciętny człowiek nie ma szansy w tym wyścigu. Pozostawiając przyjemność chcącym podjąć to wyzwanie, odpowiedź podaję na końcu wpisu. Autorka uprzedza również, że niektóre zadania mogą rozbawić. Dokładnie tak się stało podczas próby wykonania poniższego polecenia.

Odpuściłam sobie, ale spróbowałam łatwiejszego.

Przynajmniej tak mi się wydawało, bo tutaj też poległam. Najbardziej jednak rozbawiło mnie uzasadnienie przeczytane w kluczu – Osoba z zespołem Aspergera zauważa szczegóły, potrafi skupić całą swoją uwagę na znalezieniu prawidłowej odpowiedzi, ceni sobie logikę, jest wytrwała i uwielbia doprowadzić zadanie do samego końca, nawet w sytuacjach kiedy wielu innych ludzi prawdopodobnie dawno by zrezygnowało. Należę do nich. Dla ciekawych wyników, ale niewytrwałych jak ja, odpowiedzi podaję na końcu wpisu.

   Po trzecie publikacja jest bardzo kolorowa, bogato ilustrowana rysunkami, schematami i i zdjęciami, a jednocześnie przejrzysta. Jestem wzrokowcem i lubię „widzieć” przekazywane treści.

   Po czwarte ukazuje zespół Aspergera nie jako przypadek medyczny, ale osobę, za którą stoi konkretna historia i która posiada bogaty świat uczuć i emocji oraz wybitne zdolności i talenty. Nie tylko matematyczne takie, jakie posiadał znany wszystkim Albert Einstein , ale również artystyczne. Wśród wybitnych malarzy, muzyków, filozofów są również pisarze - Bruce Chatwin, Arthur Conan Doyle, Lewis Caroll, George Orwell czy Chans Christian Andersen. Ale coś za coś! Związany z geniuszem indywidualizm i ekscentryzm niesie ze sobą całe spektrum zagrożeń wykluczenia w środowisku. Autorka poświęca temu zagadnieniu osobny rozdział, opisując przejawy i skutki wykorzystania, mobbingu oraz bullyingu. To ostatnie pojęcie, w kontekście publikacji Jacka Pyżalskiego Agresja elektroniczna i cyberbullying, jest dla mnie niedoprecyzowane przez autorkę.

   Jednak najważniejszym i najsilniej przemawiającym do mnie okazało się zdanie przytoczone przez autorkę za profesor Ewą Pisulą z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego – Wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej autystyczni w swoim zachowaniu. Kłopoty zaczynają się wtedy, gdy autystyczność nasila się na tyle, że zaczyna utrudniać prawidłowe funkcjonowanie. Dużo osób nieświadomie żyje z zespołem Aspergera przez wiele lat, diagnozując go przypadkowo w dorosłości. To zjawisko dotyka najczęściej kobiety, ponieważ potrafią lepiej niż mężczyźni dostosowywać się do wymogów społecznych. Być może dla niektórych odbiorców ta pozycja może być pierwszym krokiem ku wyjaśnieniu swoich nietypowych zachowań, bo po przeczytaniu tej książki czytelnik sam zauważy pewne cechy autyzmu u siebie. Ułatwić ma to wypełnienie kwestionariusza 50 pytań badającego iloraz autyzmu u dorosłych, do którego autorka podaje link (Autism Spectrum Quotient (AQ) (Adult) – po angielsku!) wraz z kluczem . Nawet jeśli jego wynik nie będzie podstawą i sygnałem do dalszych specjalistycznych badań diagnostycznych, to sam fakt, że kobiety przeciętnie osiągają wynik 15, a mężczyźni 17 (a autyzm zaczyna się powyżej 32), świadczy o występowaniu deficytów typowych dla autyzmu. Któż nie lubi patrzeć w nieskończoność w ogień? Ja bardzo! Ale test odpuściłam sobie na 32 pytaniu. Znowu ten brak wytrwałości...

   Zabrakło mi w tej pozycji jednego, ważnego zagadnienia.

   Przeczytawszy ją, można wysnuć fałszywy wniosek, że zespół Aspergera to zaburzenie rozwojowe mózgu, które jest rekompensowane uzdolnieniami w innych dziedzinach. Nie zawsze! Zespół Aspergera może towarzyszyć innym chorobom, które nie osiągają wysokich ilorazów inteligencji intelektualnych, emocjonalnych czy społecznych. Na przykład u osób z zespołem Downa.

   Warto o tym pamiętać.

   Poniżej podaję obiecane wyniki zadań.

Odpowiedź do zadania 1.

Odpowiedzi do zadania 2 i 3.

Ilość trójkątów – 56. Ilość kółek – 31.

    Nic dziwnego, że nie chciało mi się liczyć. 56 trójkątów!

Zdania piane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 23 września 2017
Dzienniki: tom II 1914-1915 – Michał Römer

Dzienniki: tom II 1914-1915 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 544 strony

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska
  

   Czy będzie wojna europejska?

   To pytanie zadał sobie autor dzienników na początku 1914 roku i zaraz na nie odpowiedział – Niech będzie, niech nastąpi wybuch, aby znaleźć wyjście z tego, co jest, bo gorzej nie będzie. A jak było, że aż tak bardzo autor optował za najgorszym, najbardziej obrzydliwym, jak sam je określał, z możliwych wyjść? Na to pytanie również odpowiadał w swoich codziennych zapisach, będących kontynuacją pierwszego tomu dzienników zakończonych na roku 1913. Przede wszystkim skupił się na sytuacji politycznej ówczesnej Europy, z troską pochylając się nad wydarzeniami bałkańskimi i ich konsekwencjami dla Litwy i Polski. Jego kraju. Wnikliwie i rzeczowo analizował sytuację środowisk partyjnych, kładąc nacisk na wichrzycielską rolę endecji podtrzymującej nacjonalistyczne nastawienie metodami, które autor potępiał, bo przekreślały możliwość dialogu i porozumienia dla pokojowego współistnienia wielonarodowego. Dla jego idei krajowości. Dokładnie szkicował antagonizmy postaw austrofilskich i moskalofilskich dzielących Polaków. Ukazywał narastającą falę klerykalizmu, nacjonalizmu i antysemityzmu ze strony wszystkich nacji oraz odmiennych interesów różnicujących i tak już podzielone społeczeństwo. To ten coraz bardziej antagonizujący się tygiel ścierających się poglądów, brak wyjścia ze skomplikowanej sytuacji i nadziei na kompromis, tak zniechęcił autora.

   Jednak nie do aktywności.

   Czytał, obserwował, pisał, publikował, jeździł na zjazdy, organizował spotkania i zebrania, spotykał się z emisariuszami, wyjeżdżał do Warszawy na obserwację i chociaż świtała mu pierwsza myśl o zrobieniu czegoś więcej dla sprawy, to nie wyłożył jej szczerze, tylko enigmatycznie o niej wspomniał. Domyślałam się tylko jej istoty, bo wiedziałam, że jedyną przeszkodą na drodze do jej urzeczywistnienia stała miłość jego życia – Aninka. Była jego wszystkim. Na dobre i na złe. Zwłaszcza na złe, gdy Anna zachorowała na szybko postępującą i wyniszczającą gruźlicę. Umarła bez swojego Michasiulka u boku, który w tym przełomowym i tragicznym czasie przebywał na zjeździe w Warszawie, a czego nie mógł sobie wybaczyć po jej śmierci. I tak, jak o polityce zapominał przy Annie będącej jego światem i życiem, tak o bólu po jej stracie chciał zapomnieć, biorąc czynny  udział w wojnie. Był przekonany, że są chwile i sprawy, które wymagają karności szeregowej, nie zaś politykowania rozprzężonego.

   Byłam zaskoczona!

   Nie samą myślą o czynnym udziale autora w wojnie, bo tego już się wcześniej domyślałam, ale stanowczością w jej urzeczywistnianiu. Nie ja jedna. Jego znajomi również nie wyobrażali sobie korpulentnego, słusznych wymiarów adwokata na pierwszej linii frontu, który zdążył zmęczyć się i spocić podczas przymierzania spodni legionisty. Jego przyjaciele nie sądzili, aby poszedł do szeregów, nieposiadający żadnej szkoły wojskowej, żadnych kwalifikacji wojowniczych, którego jedynym dotąd orężem czynu było pióro i słowo. Niewielu z nich wiedziało, że oprócz ideałów niepodległościowych, drugą, nie mniej silną, przyczyną była Aninka. Chciał znaleźć się w ogniu walki, lekceważąc groźbę śmierci, o której pisał – Nie boję się tej śmierci, jeżeli ona ma przyjść, bo cóż mi po życiu bez Ciebie. Pozamykał i pozaszywał dotychczas prowadzone dzienniki, które od wybuchu wojny pisał w pustym już mieszkaniu ukochanej Anny. Tam czuł się bezpieczny, zwłaszcza że w marcu 1915 roku wyznał na jego kartach swoją tajemnicę.

   Był wolnomularzem.

   A niewielkie rysuneczki z ciągiem tajemniczych liczb, którymi opatrywał gdzieniegdzie daty wpisów, nie były tylko fantazją autora i ozdobą graficzną Wydawcy, za jakie je brałam, ale specyficznie odnotowanym znakiem posiedzeń masońskiej loży wileńskiej.

picasion.com_6abc18680e4c3caf4cc8d8b8ff08f1f9

Dlatego, wybierając się do Legionów Polskich i chcąc uniknąć kary, jako poddany cara, musiał zakończyć kompromitujący go poglądowo dziennik i zdeponować u siostry Elwiry. Nowy dziennik w połowie 1915 roku zaczął pisać pod legionowym pseudonimem – Mateusz Rzymski. Pod wpływem rozmowy z Józefem Piłsudskim wstąpił do piechoty i stał się żołnierzem – szeregowcem I Brygady Legionów Polskich 1 pułku I batalionu 1 kompanii II plutonu 2 sekcji pod dowództwem: Brygady – brygadier Piłsudski; pułku – podpułkownik Śmigły, nazwisko Rydz. Nie porzucił przy tym roli uważnego obserwatora. Nadal, niemal codziennie, notował swoje spostrzeżenia, w których cenił sobie wolność w doborze tematów, myśli i wrażeń. Dlatego opisy wojny widzianej z różnych perspektyw – cywila, żołnierza, uczestnika i rekonwalescenta są tak szerokie i bogate. Przy czym nie skupiał się tylko na walkach i bitwach, w których brał udział, ale również na codziennym życiu legionistów, często porównując ich morale z jednostkami austriackimi, rosyjskimi, a zwłaszcza ze słynącymi z okrucieństwa i bezwzględności oddziałami kozackimi i węgierskimi. Opisywał przemarsze, grabieże i plądrowanie wsi, aprowizację, werbunek ochotników, pochodzenie społeczne i nastroje polityczne współtowarzyszy w plutonie, talenty dowódcze lub ich brak u przełożonych, działania taktyczne, głód, choroby, wszy, opiekę lekarską i szpitalną nad rannymi, silny kult Józefa Piłsudskiego zwanym „Dziadkiem” lub „Dziadziem” przez legionistów wielbiących go i uważających za żywy, wcielony symbol ich idei, ich wiary. A także obóz jego wrogów, dla którego jednym z narzędzi cichej walki z Piłudskim jest rozbijanie i psucie środków, którymi rozporządza.

   Dzienniki przetrwały niebezpieczny okres aktywności autora tylko dlatego, że nosił je stale przy sobie w kieszeni płaszcza.

   We wszystkich swoich sądach, osądach i ocenach zachował charakterystyczną dla siebie chęć wszechstronnego zrozumienia zachodzącego zjawiska lub postępowania człowieka, ukazując zarówno ich zalety, jak i wady, plusy i minusy, korzyści i straty. Dzięki takiemu dążeniu do obiektywizmu w swoim świadkowaniu przedstawił w ciągu tych dwóch lat zapisów, obraz I wojny światowej z zewnątrz i od środka. Jego przekonania humanistyczne w służbie haseł wolności i ludzkości w jej wszelakich postaciach, społecznych, narodowych, krajowych oraz duchowych znalazły kompromis w sytuacji konieczności wojny. Ba! Wziął w niej czynny udział, chociaż zdania na temat jej obrzydliwości i potworności nie zmienił, pisząc – Ciężka i okropna jest wojna, pełna instynktu zniszczenia i gwałtu. Dzień w dzień się na niebie widzi łuny pożarów, dookoła spustoszenie i ruina, sprofanowanie, przewrócenie do góry wszystkiego, co społeczne, co z pracy i ładu, z prawa i zwyczaju powstało. Gdyby nie wolności kwiat, który z tej krwi i ruiny wykwitnąć może, gdy drogami postępu i reformy sprawiedliwości zdobyć i życiu dać ujścia naturalnego niepodobna, to gotów bym przekląć tę wojnę. Dzięki temu potrafił odróżnić piękną Legendę i brud Rzeczywistości, świetnie dostrzegając, że ludzie są w legendzie odarci ze swej nędzy, ze swych ułomności ludzkich i w blasku wielkiej sprawy, której z siebie ofiarę złożyli, świecą jak czyste gwiazdy. W rzeczywistości, z bliska, w szarzyźnie codziennej życia i męki na linii rzeczy wyglądają naturalnie inaczej. Obok przeczystych blasków jest brud, obok świetnych wyżyn i marność tysiąca szczegółów i w ludziach – świecznikach ofiary – plenią się wady, małostki i instynkty – zbrodnie. Wspaniałe nawet, sięgające samych szczytów ducha obrazy bohaterstwa, śmierci, momenty walk mają w sobie w praktyce dużo szpetnego, zgoła dalekiego od wielkości. Wszelkie gady podłe pełzają po żywych sercach ludzkości obok najszlachetniejszego kruszcu ducha. Kruszcu, który „świeci” pełnią, zasłużonego zresztą, blasku we współczesnych opracowaniach historycznych.

   Warto jednak zajrzeć do dzienników autora, by zobaczyć również koszty jego „wytopienia”.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 1914–1915. Tom 2 [Michał Römer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 996 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi