Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 30 kwietnia 2017
Ikigai – Héctor Garcia , Francesc Miralles



Ikigai: japoński sekret długiego i szczęśliwego życia – Héctor Garcia , Francesc Miralles
Przełożyła Katarzyna Mojkowska
Wydawnictwo Muza , 2017 , 222 strony
Literatura hiszpańska


Mam swoje ikigai!
Nie wiedziałam, że to tajemnicze i nowe dla mnie słowo dotyczy właśnie mnie. Zrozumiałam to, kiedy zobaczyłam ten diagram:

Jeśli wstawi się w jego środek dowolną rzecz lub ideę, to ono stanie się tym ikagai. W moim przypadku – książkę. No i proszę, jak mam życie poukładane! Idealnie wpisuję się w ten schemat. Później, w miarę czytania, okazało się, że to nie wszystko. Pojęcie ikagai miało szerszy zasięg swojego działania, który można nazwać filozofią życia. Wierzących uspokajam – to nie jest religia. Religia jest ponad to, a ikagai jest stylem życia, który się jej całkowicie podporządkowuje. Bez względu na wyznanie. Dlatego powyższy rysunek autorzy poszerzają jeszcze o dietę, ruch, relaks i umiejętność „zatapiania się” w wykonywaną czynność, którą autorzy nazywają stanem przepływu lub życiem chwilą. Brzmi tajemniczo, ale to nic innego, jak na przykład moment, w którym książka mnie pochłania i nie wiem, co się wokół mnie dzieje, bo jestem właśnie w „stanie przepływu”. Na takie mniej więcej rozdziały była podzielona treść książki, z których dowiadywałam się o kolejnych czynnikach realizacji ikigai.
A po co mi ta wiedza była?
Nie bardzo trafiały do mnie zapewniania autorów – by dłużej żyć, a ikagai to gwarantuje, czego dowodem jest wyjątkowe miasteczko; usytuowana na terenie wiejskim miejscowość zamieszkana przez trzy tysiące osób, zlokalizowana w północnej części wyspy, gdzie wskaźnik długowieczności jest najwyższy na świecie. Z tego powodu została ona okrzyknięta „miasteczkiem stulatków”. Mowa o japońskim Ogimi. Autorzy postanowili przeprowadzić w nim obserwacje, by poznać sekrety długowieczności stulatków. Zwłaszcza że - jak twierdzą – Szukając informacji na temat tego pojęcia, zdaliśmy sobie sprawę, że nigdy nie ukazała się jakakolwiek książka zgłębiająca tę filozofię z punktu widzenia psychologii popularnonaukowej lub rozwoju osobistego i nie było prób przeniesienia jej na zachodni grunt. Udali się więc do tego wyjątkowego miejsca, poobserwowali, wzięli udział w życiu społecznym mieszkańców oraz przeprowadzili szereg wywiadów z nimi, przytaczając je w formie cytowanych wypowiedzi w jednym z rozdziałów. Jeśli obietnica długowieczności mnie nie przekonywała, to przemówiły do mnie słowa najstarszego na świecie mężczyzny, Alexandra Imicha – Sposób, w jaki się żyje, jest równie, albo nawet bardziej istotny [niż geny], by być długowiecznym.
Powtórzę – sposób, w jaki się żyje!
Sama długowieczność nie jest dla mnie atrakcyjna, ale w połączeniu z satysfakcją i zdrowiem, już tak! Autorzy, aby uczynić filozofię ikagai bardziej przystępną ludziom Zachodu, próbowali przenieść ją na grunt logoterapii czyli terapii sensu życia. Szkoły psychologicznej Viktora Frankla. Austriackiego psychiatry, psychoterapeuty i filozofa, który swoją teorię przetestował na sobie jako więzień obozów koncentracyjnych. Egzamin zdał, o czym czytałam w jednej z najważniejszych książek mojego życia jego autorstwa – Człowiek w poszukiwaniu sensu. Ten niezwykły dla mnie człowiek powoływał się na słowa Friedricha Nietzschego – kto ma po co żyć, może znieść prawie każde jak. W tym tkwi sedno jego logoterapii.
Pytanie – jak to wprowadzić w życie?
Miałam ułatwione zadanie, bo wszystko to już sobie wypracowałam. Porady, wskazówki, zasady jakie przytaczali autorzy, tylko utwierdzały mnie w przekonaniu o dobrym kierunku drogi. Może z drobnymi odchyleniami. Chociażby diety. Ludzie Zachodu żyją w zupełnie odmiennym środowisku przyrodniczym, a więc i produkty spożywcze są zupełnie inne. Ale, ale! Można je zastąpić równoważnymi z własnego regionu zamieszkania. Najważniejszym jest zachowanie zasad, na przykład – nie najadać się do syta. To chyba nie jest trudne? Okazuje się, że w świecie konsumpcjonizmu i hedonizmu naszej cywilizacji to piekielnie trudne. Niedawno byłam świadkiem takiej walki pod opieką dietetyka, w której poniesiono sromotną klęskę. Dla mnie największym problemem w tym stylu życia jest ruch. Nie lubię ćwiczyć, pocić się, być zmęczoną fizycznie i nie cierpię mieć podwyższonego poziomu adrenaliny we krwi. A tutaj nakazują ruszać się dużo, systematycznie i codziennie! Plusem jest to, że ćwiczenia, jakie autorzy zaobserwowali w Japonii to ruch prosty i bez intensywnego wysiłku. Jak wstanie z krzesła – przekonują.
Faktycznie tak jest!
Wschodnim ćwiczeniom fizycznym poświęcili jeden z ostatnich rozdziałów. O ile joga jest znana, wymagająca i nie dla wszystkich, to radio taiso, taijiquan, qigong czy shiasu, już nie. To układy ćwiczeń i oddechów tak prostych i dla każdego, jak rozpowszechniony u nas nordic walking. Nawet praktyczniejszy, bo nie wymaga wyjścia z domu i jakiegokolwiek sprzętu. Wystarczy kawałek wolnej przestrzeni. Dla zachęty umieścili nawet cykl rysunków ułatwiających odwzorowywanie ruchów.

Takie łatwe, a takie trudne, bo trzeba jeszcze chcieć! I tak ze wszystkim jest w tym poradniku – podstawowy warunek, to chęć. Właściwie ruch to jedyne w tym poradniku, co powinnam zmienić w swoim życiu. Czytam bardzo dużo (według niektórych za dużo! – ale to akurat słyszę od dzieciństwa), więc potrzebuję na to równie dużo czasu. Trudno czytać w ruchu. Zasada przepływu wyklucza wykonywanie dwóch czynności jednocześnie. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie szukała wyjścia z tej patowej sytuacji. Rozwiązanie znalazłam w tym zdaniu autorów, sformułowanym na podstawie obserwacji Japończyków – Nie uprawiają żadnego konkretnego sportu, ale nie przestają się ruszać w trakcie codziennych zajęć. Nie uprawiam sportu, ale dużo się ruszam, jeśli nie czytam. Bardzo dużo chodzę i to na długich dystansach. Jeśli to nie jest miejscowość obok lub dalej, to wszędzie docieram pieszo. Autorom chodzi o ideę ruchu, o aktywność fizyczną zamiast przesiadywania. Już słyszę te głosy – a czas? Bo terminy, bo umówione godziny, bo punktualność spotkań i tak dalej, i tym podobne. I o tym, jak nie dać się wpędzić w spiralę czasu i przyśpieszony bieg życia, również jest w tym poradniku.
Po raz pierwszy przeczytałam poradnik, który niewiele wniósł do mojego życia, poza tym, że ubrał słowa praktykę i uporządkował mi wiedzę. Ale to dobrze! To znaczy, że jego teoria z obcego kulturowo kraju jest możliwa do zrealizowania na naszym gruncie, a różnice nie są przeszkodą. Jego ogromnym plusem jest również to, że podchodzi do stylu życia kompleksowo. O ile poradniki psychologiczne takie, jak Twój umysł na detoksie porządkują priorytety życiowe, a poradniki dietetyczne typu Nie potrafię schudnąć poświęcają uwagę tylko fizycznemu aspektowi ciała, to ten poradnik pochłania je wszystkie w swojej teorii. W ikigai liczy się wszystko – duch, ciało i umysł. Nadal pozostaje zadane już wcześniej pytanie.
Jak wcielić te zasady w życie?
Od razu powiem – nie da się tego zrealizować w jeden dzień, a nawet w jeden rok. Nie da się wypełnić poszczególnych kół z diagramu w krótkim czasie. Mnie to zajęło całe życie! Lata trudnej walki o mój cel, moje ikigai. Dopiero teraz, po latach, z uśmiechem i rozrzewnieniem wspominam początki, kiedy, już jako dziecko, uciekałam na strych, zaszywałam się w kącie, by nikt mnie nie znalazł przez większość dnia, abym mogła tylko czytać... Nie wiem, czy będę długo żyła, ale wiem, że dobrze mi w tym życiu, bo mam poczucie jego sensu i znam cel. Tego samego chcą autorzy dla odbiorców ich poradnika, pisząc – Celem tej książki jest ukazanie czytelnikowi sekretów zdrowego i szczęśliwego życia japońskich stulatków oraz ofiarowanie narzędzi, dzięki którym odkryje on swoje ikigai. Kto je odnajdzie, będzie miał wszystko, czego trzeba do długiej i radosnej podróży przez całe życie. Wystarczy stosować tych dziesięć mocno skondensowanych zasad umieszczonych przez wydawcę na okładkowym skrzydełku:

Wiem,że to piekielnie trudne. Warto jednak przynajmniej spróbować podjąć tę walkę o siebie.
O swoje ikigai!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

IKIGAI. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia [Francesc Miralles Contijoch, Hector Garcia Piugcerver]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

sobota, 29 kwietnia 2017
Odezwij się – Magdalena Zimniak


Odezwij się – Magdalena Zimniak
Wydawnictwo Prozami , 2017 , 364 strony
Literatura polska


Thriller psychologiczny to czy powieść obyczajowa?
Nie mogłam się zdecydować. Wiele przemawiało za tym pierwszym rodzajem. Było napięcie, odkrywane tajemnice, proces wyjaśniania zdarzenia, które sensacyjnie rozpoczęło akcję, dobrze zarysowane profile psychologicznie bohaterów i był katharsis dla czytelnika. Z drugiej jednak strony większość tajemnic odsłonionych zostało zbyt szybko. Już na początku lub w pierwszej połowie historii nagłego zniknięcia rodzeństwa, skupiając moją uwagę przede wszystkim na ich dramatycznych przeżyciach oraz na czekaniu na jedną odpowiedź – nie, kto jest sprawcą, ale w jaki sposób poszukujący dojdą do rozwiązania problemu zaginięcia trzynastoletniej Ady i czteroletniego Rafałka. Dzieci przeciętnego zdawałoby się małżeństwa – Joanny, polonistki i pisarki powieści kryminalnych oraz Andrzeja, wykładowcy akademickiego. Porywacza również wytypowałam bardzo szybko, a nie mam do tego szczególnych zdolności. Mógł być to specjalny zamysł autorki albo zbyt mała ilość bohaterów drugiego i trzeciego planu, która wchłonęłaby tę bardzo, mimo mylących zabiegów autorki, wyróżniającą się postać. Zbyt łatwo wytypowałam ją drogą prostej eliminacji. Nie pomogły niestety również tropy wiodące donikąd. Chociaż trochę ich było. Rasowy thriller nie odsłania tak szybko swojej bazowej tajemnicy, bo wtedy staje się powieścią obyczajową. Wówczas czerpie się przyjemność z analizowania faktów składających się na opowieść o życiu.
Ale tutaj z kolei nie do końca niosła ona tak potrzebne w powieści obyczajowej złudzenie realności i prawdopodobieństwa wydarzeń. Z jednej strony dzięki wielogłosowej, naprzemiennej narracji śledziłam przeciętną na pozór rodzinę. Z czasem okazało się, że jednak nie taką znów zwyczajną, bo prawie każdy z członków cierpiał na zaburzenia psychiczne. Matka na depresję. Ojciec na zaburzenia snu, a córka na zaawansowane zaburzenia kompulsywno-obsesyjne. Jedynym zdrowym psychicznie było najmłodsze dziecko. To obciążenie mniejszymi lub poważniejszymi zaburzeniami psychicznymi rozciągało się również na pozostałych bohaterów powieści. Każdy posiadał jakieś problemy lub traumy z przeszłości, mające wpływ na ich nietypowe postępowanie i zachowania w teraźniejszości. Włącznie z komisarz prowadzącą sprawę zaginięcia dzieci. Ta konsolidacja powszechnego cierpienia postaci i wynikające z niej problemy rodzinne niszczyły małżeństwo Joanny i Andrzeja, a u mnie poczucie, że nie czytam powieści obyczajowej, a psychologiczną. W tej ostatniej odsłonie rodzajowej była bardzo wiarygodna. Autorka dobrze przygotowała się z psychologii klinicznej do tej warstwy merytorycznej fabuły. Jeśli nastolatka Ada, której myśli i sposób ich formułowania poznałam dzięki prowadzonemu przez nią pamiętnikowi, była dla mnie niewiarygodna to tylko ze względu na wiek. Jej wiedza, interpretacje wydarzeń i sposób myślenia charakteryzowały osobę zbyt dojrzałą, dużo starszą i niepasującą do wieku gimnazjalnego. Nie pomagała nawet tu i ówdzie wtrącana gwara młodzieżowa. Może była wyjątkowym wyjątkiem na tle swoich rówieśników? Tylko że takich wyjątków było sporo w tej historii. Ich nadmiar stawiał pod znakiem zapytania prawdopodobieństwo zdarzeń, które dla mnie było czynnikiem decydującym, czy mam jeszcze do czynienia z powieścią, czy już tylko z bajką? Tę cienką linię tutaj niebezpiecznie poczułam.
A życie to nie bajka!
Nawet jeśli była brutalna, bo i takie sceny w tej powieści autorka umieściła. Można zapytać – a jakie znaczenie ma to moje usilne roztrząsanie i próba określenia rodzaju powieści? Dla mnie ma. Od tego, co napiszę o powieści zależy, jaki czytelnik po nią sięgnie – miłośnik powieści obyczajowych czy fan thrillerów? Dlatego nie dookreślę tej historii. Niech każdy zadecyduje sam.
Jedynymi, w pełni usatysfakcjonowanymi czytelnikami będą ci, którzy lubią hybrydy literackie.
niedziela, 23 kwietnia 2017
Dramat Numer Trzy – Jacek Matecki


Dramat Numer Trzy – Jacek Matecki
Wydawnictwo Trzecia Strona , 2017 , 288 stron
Seria Reportaż!
Literatura polska


Dramat Numer Trzy w trzech aktach.
Autor odbył trzy podróże z dwoma antraktami, aby... No, właśnie! Po co? Po co udał się na wschód od Uralu, 100 km od Jekaterynburga w stronę Syberii aż do Kamieńska Uralskiego, a dokładnie do tamtejszego teatru o bardzo intrygującej nazwie - Dramat Numer Trzy? Według rosyjskich standardów - do teatru prowincjonalnego! Chociaż miasto niczego sobie – 186 tysięcy mieszkańców według Wikipedii. Po co zadał sobie trud napisania kilkunastu próśb do dyrektorów takich właśnie teatrów na rosyjskiej prowincji z prośbą o zgodę na obserwację ich pracy w celu napisania o tym książki? Autor odpowiada już na początku reportażu.
Chciał napisać paszkwil!
Wyszedł z założenia, że skoro życie przeniosło się do Internetu i dzieją się tam ciekawsze rzeczy niż w realu, to warto poszukać odpowiedzi na pytanie - czym żyją ci, którzy są martwi w Internecie? Czy mając więcej przestrzeni w realu do zaistnienia z powodu mniejszej konkurencji, wykorzystują tę szansę? A jeśli tak, to w jaki sposób? Autor pomyślał parę dni, pozadawał sobie kilka pytań, spróbował na nie odpowiedzieć i stwierdził, że zajmie się tematem, którym nikt nigdy się nie zajął. Pomysł przyszedł po kilku dniach. Teatr!
Spodobał mi się!
Był nawet do zagadnienia przygotowany merytorycznie, a może dlatego, że był przygotowany, wybrał ten temat? Utwierdziła mnie w tym przekonaniu informacja na okładkowym skrzydełku:

Martwiło mnie tylko jedno – dlaczego paszkwil? Nie lubię śmiać się z innych, a zwłaszcza z tych, którzy idą pod prąd i są bardzo kreatywni na swojej ścieżce samorealizacji. Nawet jeśli ponoszą porażki. Autor takich skrupułów nie miał, zakładając, że w tych rejonach placówka teatralna jest czymś cudacznym i osamotnionym, ponieważ – mówiąc najoględniej – nikomu nie jest potrzebna. Miałem więc nadzieję, że będzie to interesujący temat, bo cóż jest wdzięczniejszego od opisów straconego życia, niespełnionych marzeń, porażek i jałowego deklamowania Szekspira albo Czechowa przed publicznością wykarmioną na serialach telewizyjnych. Wierzyłem, że jeśli uda mi się do jednego z tych teatrów trafić, to napotkam grupę frustratów i pechowców i robota pójdzie jak z płatka.
Nie poszła!
Nic nie znalazł z tych rzeczy! Na szczęście real to nie Internet, w którym króluje „kopiuj, wklej i wytnij” i z paszkwilu nic nie wyszło, bo wyszło tak, jak wyszło – życiowo! Chociaż odrobiny delikatnego i inteligentnego humoru nie zabrakło. Trochę podejrzewałam, że ostatecznie tak może się stać. Teatr, który odmawia angażu samemu, wielkiemu Gerardowi Depardieu, nie tonie w kompleksach. Wyraźnie ma poczucie własnej wartości. Kiedy autor, po długiej podróży, dotarł do teatru, usiadł na twardym, niewygodnym, ale prawdziwym krzesełku Dramatu Numer Trzy i poczuł się – jak sam ocenił – cholernie dobrze...
A ja razem z nim!
W duchu prosiłam go – okaż się moim dobrym obserwatorem i rozmówcą. Bądź mi oczami, mową i słuchem, abym zobaczyła i usłyszała to, czego do tej pory nie byłam świadoma. Żebym została przynajmniej jedną czytelniczką, która na wszystkie pytania poddające w wątpliwość zasadność powstania tego reportażu odpowiedziała – tak!
I stało się!
Obchodziła mnie relacja z kilkumiesięcznego pobytu na jakimś zadupiu, historia była warta tej książki, byłam ciekawa teatralnych kulis, zwłaszcza rosyjskich oraz ludzi teatru i nie musiały to być gwiazdy formatu Gerarda Depardieu, żebym była zainteresowana zwykłym aktorem rosyjskim w jego rzeczywistości.
Wszystko to otrzymałam!
Powiem więcej – troszkę się zżyłam z tą rosyjską trupą teatralną,

towarzysząc jej na próbach,

na imprezach i spotkaniach prywatnych.

Licznie ilustrowanych zdjęciami. Zajrzałam również na stronę teatru Dramat Numer Trzy. To tam dowiedziałam się, że jeden z aktorów – Giena – zmarł niedawno. Pozostały po nim role i wypowiedzi na stronie książki... Ta nić bliskości być może zawiązała się również dlatego, że autor z czasem z obserwatora stał się reportażystą zaangażowanym, któremu przytrafiła się nawet rola na scenie.
Ale zanim to nastąpiło, autor przygodę z teatrem rozpoczął od przyjrzenia się jego bazie materialnej i technicznej, która, jak dowiedziałam się z filmu promocyjnego (do obejrzenia na dole wpisu), będzie zupełnie nowa. Ale póki co, obecne warunki, jakimi placówka dysponowała, nie były powodem do zazdrości. Była za to, sprzyjająca pracy, atmosfera wyrosła na gruncie wzajemnego szacunku i przyjaźni. Autor uświadomił sobie (a chciał pisać paszkwil!), że – dookoła mnie byli ludzie, dla których największą wartością w życiu była przyjaźń. Oni naprawdę się lubili nawzajem i chcieli ze sobą przebywać, bawić się i pracować. Nie postrzegali siebie jako gwiazd, ale jako stany dużo bardziej błogosławione – artystów! A po pracy byli zwyczajnymi ludźmi. Przez dwa miesiące obserwacji aktorów, reżyserów i dyrektorki teatru podczas prób, spektakli, przygotowań i jednego wyjazdu z przedstawieniem do Jekaterynburga, zdobył na tyle ich zaufanie, że mógł rozmawiać z nimi na wygodne i mniej wygodne tematy. Stosując zasady dyplomacji i metody śledcze znane w policji, wszedł w labirynt życia teatralnego przeciekawych osobowości mających marzenia, życie rodzinne, plany, poglądy, radości, tragedie, szczęścia i nieszczęścia czy poczucie spełnienia lub oczekiwania na nie.
Chłonęłam ten nieznany mi świat!
Tak nowy i różny w spojrzeniu chociażby na interpretację sztuki, jej rolę i granice z interwencją Władimira Putina w tle. A jednocześnie taki swojski. Po człowieczemu – ludzki. A kiedy zobaczyłam to zdjęcie z nastoletnimi aktorami-amatorami,

pokiwałam głową, myśląc – nic nowego! U nas też młodzież notorycznie „siedzi na telefonach” – jak mawia moja koleżanka.
Pozostał mi niedosyt.
Nie autor go spowodował. Dostarczył mi przecież ogromu ciekawego materiału, ale którego nie mogłam skonfrontować, bo nie mam wiedzy na temat – a jak to jest w Polsce? Ludzie teatru będą mieli jeszcze większą przyjemność czytelniczą wynikającą chociażby z konfrontacji i porównań. Zwykły czytelnik musi poczekać na polski odpowiednik reportażu. Tylko, czy znajdzie się taki teatr w Polsce, który wpuści reportażystę za kulisy, by mógł o nim napisać książkę?
A jeśli wyjdzie paszkwil!?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Miło zobaczyć bohaterów reportażu "na żywo".
sobota, 22 kwietnia 2017
Wszystko jak chcesz – opracowała Anna Król


Wszystko jak chcesz: o miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego – opracowała Anna Król
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza , 2017 , 528 strony
Literatura polska


Kochanie. Oczywiście ludzie widzą w tym obrzydlistwo, same obrzydlistwa, ale Ty wiesz, my widzimy – głęboką przyjaźń, głęboką miłość dwóch mężczyzn, która ma olbrzymią wartość, już przez to samo, że istnieje.
Zaczynając lekturę listów miłosnych Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego, obiecałam sobie, że spojrzę na nie jego oczami. Bez uprzedzeń, homofobii i seksizmu. Będę ponad to i zapomnę o dwóch mężczyznach, starając się ujrzeć przede wszystkim miłość dwojga ludzi. Miłość człowieczą. Zdziwiłam się, jak łatwo mi to przyszło. To nie moja zasługa. To zasługa Jarosława Iwaszkiewicza. Dotarł nie do mojego rozumu, ale emocji. Tego uniwersalnego języka międzyludzkiego, który mówi wspólnym, jednym głosem. Jednako w sprawach sercowych i bez podziału na płeć.
Był tylko człowiek i jego uczucia.
Zanim jednak dotarłam do listów, zapoznałam się z bogatym aparatem informacyjnym książki. To bardzo ważna część, bo wyjaśniająca i uzupełniająca podstawową wiedzę czytelnika o Jarosławie Iwaszkiewiczu. Dla mnie wręcz niezbędna. W ten sposób autorka opracowania zadbała o moje świadome czytanie, bądź co bądź, bardzo intymnej korespondencji, opisującej rzeczywistość zupełnie obcych mi ludzi i miejsc, a mających ogromne znaczenie do pełnego zrozumienia opisywanej znajomości. Jej okoliczności, wątków i zachowań. Dlatego na początku umieściła wykazy miejsc i postaci opowieści z krótkimi biogramami, kalendarium znajomości adresata i nadawcy oraz tekst wprowadzający, opisujący nie tylko znajomość bohaterów listów, ale również przyczyny i proces powstawania książki. Na końcu umieściła notę wydawniczą. Autorka opracowania nie do końca była pewna, czy powinna opublikować te listy. Pełna wahań i licznych konsultacji ostatecznie zdecydowała się na ten krok. Przytoczyła wiele argumentów przemawiających za upublicznieniem ich. W tym momencie wahałam się, czy przyznać jej rację. Miałam takie same wątpliwości, jak ona i mnóstwo pytań, z których najważniejszym było – Czy Iwaszkiewicz życzył sobie, by korespondencja z Jerzym została upubliczniona? Po lekturze listów jestem przekonana, że uczyniła słusznie.
Z wielu powodów!
Nasuwały mi się one w trakcie czytania. Po lekturze było ich całkiem sporo – kulturowe, biograficzne, literackie czy historyczne. Nie będę ich analizowała, pozostawiając przyjemność ich odkrywania następnym czytelnikom. Dodam, że jednym z najważniejszych było to zdanie pisarza, które świadczyło o tym, że liczył się z taką możliwością w przyszłości – Jerzy, nie rób mi jakich świństw, bo to już wszystko należy do historii, nie okaż się świnią wobec potomności, o to jedno Cię błagam, abyś na stronicach mojej biografii zjawiał się zawsze piękny i szlachetny, „mój Jurek”, a nie bestia, z której będą drwili (a raczej ze mnie). Dostrzegał nawet możliwość zarobienia na nich przez dzieci Jerzego, troszcząc się o losy listów – Czy je chowasz? Pamiętaj, że za parę [skreślone i poprawione] kilkadziesiąt lat Piotruś będzie mógł je sprzedać po dobrej cenie. Wszystkie listy autorka opracowania podzieliła na trzy rozdziały – listy pisane za życia do Jerzego Błeszyńskiego, listy pośmiertne do niego oraz listy niedatowane. Łącznie 252. Niektóre z nich nie były listami w pełnym znaczeniu tego pojęcia, ale dedykacją w książce lub telegramem przytaczanym w formie fotografii.

Autorka opracowania w wykazach miejsc i postaci świadomie użyła określenia „opowieść”. Ten zbiór listów miłosnych dokładnie tak odczytywałam – jak dramatyczną opowieść miłosną zmierzającą ku śmierci ukochanego. Talent pisarza, jego zdolność przelewania myśli i uczuć na papier, erudycja, oczytanie i wreszcie mądrość życiowa człowieka u schyłku życia, przepojone wyjątkowo dojrzałą miłością do Jerzego, uczyniły z listów nie tylko zbiór epistolograficzny, a właśnie opowieść o narodzinach wyjątkowego uczucia i jego rozwoju od zauroczenia i pożądania do wymiaru duchowego, w którym erotyzm pod koniec znajomości liczył się najmniej, a o którym nadawca napisał – Nie jest to ani miłość, ani przyjaźń, a tym bardziej nie perwersja, jest to największe osiągnięcie, na jakie się może zdobyć ludzka natura. Dla uproszczenia tego, co piszę, będę to nazywał „miłością”. Taką miłość chciałem Ci dać, taką miłość chciałem Ci pokazać, w takie przestrzenie chciałem Cię porwać. Wyznania szczere do bólu, obnażające człowieczeństwo w ikonie ówczesnych lat, a i teraz, współcześnie, stojącą w panteonie uznanych pisarzy, nie poniżyły go w moich oczach. Patrzę na okładkowe zdjęcie pisarza z ogromnym, nie wiem, czy nie głębszym niż wcześniej, szacunkiem. Tak szalonej miłości, ale i bardzo dojrzałej w tym „upupieniu”, jak zwykł mawiać pisarz, życzyłabym każdemu. Miłości, która nie miała prawa zaistnieć, bo dzieliło ich wszystko – wiek (czterdzieści lat różnicy!), podejście do życia, priorytety, pozycja społeczna, status majątkowy, rozwój intelektualny, charakter, pochodzenie i cele w życiu.
A jednak wydarzyła się!
Trwała do końca dwudziestosiedmioletniego życia Jerzego, który zmarł w dawnym szpitalu gruźliczym w Turczynku, a którego współczesne zdjęcia otwierały kolejne rozdziały książki.

To tutaj, w drewnianej, nieistniejącej już kostnicy pożegnał miłość swojego życia. To właśnie tą sceną, przejmującą intymnością i nieodwracalnością, autorka opracowania rozpoczęła moje wprowadzenie w emocjonalny świat obu mężczyzn, którego tajemnicę próbowałam odkryć. A i tak pozostała dla mnie nieodgadnioną, bez możliwości zdefiniowania jej i ujęcia jej istoty w paru zdaniach. Nadal tkwi we mnie poczucie jej skrytości, nieokreśloności i nieuchwytności. Może dlatego, że obserwowałam ją subiektywnie i jednostronnie umysłem i emocjami Jarosława Iwaszkiewicza? Mimo że listy były do Jerzego, o Jerzym i całe nim przepełnione, nie ja jedna tak ją postrzegałam. Dla pisarza też stanowiła zagadkę, tak samo, jak sam Jerzy. Próbował wszystko wyjaśnić i dopowiedzieć w listach pośmiertnych, kontynuując nie tylko rozmowę z ukochanym, ale i „śledztwo” wyjaśniające wszystko to, co mu się przydarzyło. Ostatecznie poddał się.
Dla mnie też taką pozostała.
Nadal niezrozumiała, mimo że obnażona, przeanalizowana, poniżana i poniżająca, wyzwalająca cały wachlarz skrajnych emocji od złości do uwielbienia, od rozpaczy do wybaczenia, zmuszająca do żebrania o chociaż jeden wyraz w liście, o jedno słowo przez telefon, jedno spojrzenie podczas spotkania, łyk powietrza niesionego widokiem twarzy i stale błagalna w tonie – Zmiłuj się, zatelefonuj jutro. To wszystko minie, zbyt szybko minie, ale na razie ja nie mogę oddychać bez Twojego głosu. Potrzebny mi jest jak powietrze. Błagam Cię o jedno słowo – więcej nic. Przynosząca tyleż szczęścia, co i bólu. Tego ostatniego chyba nawet więcej.
Błogosławiona i przeklęta!
A mimo tego koszmaru, w którym tkwił, nie żałował jej zaistnienia. Jej przydarzenia się właśnie jemu, starzejącemu się mężczyźnie. Bez niej twórczość pisarza byłaby mocno okrojona i uboższa. Miał tego świadomość, pisząc – Jesteś mi wszystkim: kochankiem i bratem, śmiercią, życiem, istnieniem, słabością i siłą... a przede wszystkim siłą, czymś, co podtrzymuje we mnie resztki życia i daje złudzenie młodości, co mi pomaga patrzeć na liście, tęczę, kwiaty i piękne kobiety – co tworzy zasadniczą plecionkę mojego życia, a na czym dopiero wyrosła moja twórczość, cały mój byt. Jednak dla mnie nie to było najistotniejsze w tych listach. Wyniosłam z nich dla siebie coś dużo cenniejszego – lekcję mądrego kochania. Siły rozumu ujarzmiającego głupie i kapryśne emocje. Miłości altruistycznej, bezinteresownej biorącej górę nad tą egoistyczną. Ale też i rozpaczliwej, bolesnej, rozdzierającej, raniącej walki o dokładnie taki jej wymiar.
Najcenniejsze było to, że każdy czytelnik może wynieść z tych listów coś innego.
Wszystko zależy od tego, czego będzie w nich szukał. Ja szukałam człowieczeństwa ponad podziałami i znalazłam je. Iwaszkiewicz – bohater tej książki – nie staje się po zakończonej lekturze gorszą wersją Iwaszkiewicza wielkiego pisarza. Staje się natomiast jego wersją prawdziwą – człowiekiem tak słabym i tak silnym jednocześnie, że nie można przestać go podziwiać. Zwłaszcza w kontekście rzeszy ludzi popadającej w depresję lub odbierającej sobie życie z miłości niespełnionej lub nieakceptowanej społecznie. W tym również osób homoseksualnych.
Mam jednak żal do autorki opracowania, że tak szybko poddała się w swoim dochodzeniu do osób jeszcze żyjących, będących świadkami znajomości bohaterów listów. Ostatecznie uznała ten rozdział za zakończony i zamknięty. To sygnał dla badaczy twórczości pisarza, że wiele wątków w tym temacie jest jeszcze do odnalezienia, odkrycia i wyjaśnienia.
Na koniec uwaga techniczna.
Spodobał mi się pomysł wyróżnienia aparatu informacyjnego kolorem pomarańczowym. Niestety, wieczorową porą, przy sztucznym oświetleniu, okazał się zabójczy dla oczu.

Wielką ulgą dla czytelnika byłby jego jaśniejszy, bardziej pastelowy odcień.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 18 kwietnia 2017
Kraina miłości i zatracenia – Tiphanie Yanique



Kraina miłości i zatracenia - Tiphanie Yanique
Przełożyła Monika Skowron
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 578 stron
Literatura amerykańska


Opowieść dla lubiących czar zmyśleń!
Złudne, ale przyjemne nadinterpretacje łagodzące brutalność rzeczywistości. Inaczej warstwa realna tej powieści byłaby niemożliwa i zbyt bolesna do zniesienia, a nawet zaakceptowania. Rozpoczęła się historycznym i politycznym momentem przejęcia władzy na Wyspach Dziewiczych przez Stany Zjednoczone na początku XX wieku. Wydarzenie to zdeterminowało losy nie tylko tego zakątka Karaibów, ale również jego mieszkańców. Proces wykorzenienia i ubezwłasnowolnienia rdzennej ludności przez kolejne kilkadziesiąt lat toczącej się akcji powieści oraz dwie wojny światowe, odzierało Amerykę z jej oficjalnej, dobrej twarzy na pokaz. Dla mieszkańców wysp, kraj okazał się jawnie rasistowski, jawnie seksistowski i jawnie nieprzyjazny na wiele różnych sposobów z najgorszym typem białego człowieka - turystą. Mimo że przyniósł wraz z rządami amerykańskie obywatelstwo, prąd, bieżącą wodę, radio i telewizję. Ostatnie, według mieszkańców – na zgubę.
Trudno było mi zaakceptować taką degradację kulturową archipelagu.
Jeszcze trudniej przychodziła mi akceptacja losów bohaterów i ich rodzin z rodu McKenzich i Bradshawów. Splecionych i trwale połączonych kazirodczymi tajemnicami oraz klątwą, o których wiedzieli wszyscy oprócz najbardziej zainteresowanych. To niejedyne zakazane stosunki seksualne w tych rodzinach. To również zdrady, cudzołóstwo i pedofilia, której ofiary nie potrafiły zbudować zdrowych relacji z innymi ludźmi w dorosłym już życiu.
Prawda, że brzmi patologicznie i ponuro?
A jednak obrazoburczo i przerażająco nie było. Było pięknie, zmysłowo i tajemniczo, bo autorka dramatyczną fabułę ubrała w realizm magiczny. Skutecznie rozmywający ból i cierpienie bohaterów oraz niestosowność wątków miłosnych, magią miejsca. Czerpaną z zachodów słońca, plaż w kolorze dziecięcego języka, ciała ludzkiego, którego deformacje i anomalie nadawały kobietom wyjątkowości, czyniąc z nich istoty korzeni i zaklęć. Czarownice obeah czytające w myślach, posiadające moc, by powstrzymywać i zaczynać wiele rzeczy i parające się vodou. Godne potomkinie Dueny ze stopami tyłem do przodu, której mit kładł się cieniem na wyspach i mieszał się z prawdą. Zresztą trudno tej prawdy ostatecznej było mi szukać i dociekać. Narrator zewnętrzny krążył od bohatera do bohaterki, ukazując wydarzenia za każdym razem inaczej, z innej perspektywy i w kontekście innego mitu - Anansi, La Diablesse czy Pana Pająka. Często oddając głos postaciom. Czasami zaprzeczając sobie i podając inną, drugą wersję. A czasami jeszcze kolejną, trzecią. Jednocześnie wybiegając w przyszłość, szkicując wydarzenia, które nastąpią i uchylając rąbka tajemnicy rozgrywanych zdarzeń z teraźniejszości. Nie mogłam mieć o to pretensji. Musiałam to zaakceptować. Byłam na Karaibach, gdzie nic nie jest jednoznaczne; nic nie jest jasne.
A wszystko to bardzo zmysłowo opisane.
Momentami intymnie i lubieżnie. Opisy poruszania się ludzi i ruchu przedmiotów, ludzkiego ciała i jego mowy, ubrań, jedzenia, otoczenia, bardzo szczegółowe, pełne metafor, porównań, sugestii, zaklęć i nadprzyrodzoności, silnie oddziaływały na wyobraźnię i emocje. Czyniły je niemalże namacalnymi i odczuwanymi wszystkimi zmysłami. Miałam wrażenie, że jestem w osiemnastowiecznej, wyspiarskiej krainie miłości i zatracenia. Dokładnie tak, jak w tytule! I tylko od czasu do czasu, na początku, a potem coraz częściej, w miarę zbliżania się do końca XX wieku, wybudzały mnie z tego wilgotnego, cielesnego, barwnego, odurzającego zapachem, zmysłowego amoku, przebijające się niczym szpileczki, informacje z realnej współczesności.
To świadomy zabieg autorki, która chciała w ten sposób pokazać, co ludzkość traci, niszcząc kulturę małych regionów. Na co naraża się, skazując unikatowe mikroświaty na zapomnienie. Co tak naprawdę wydarzyło się, kiedy ziemia stała się amerykańska, ale ludzie zostali karaibscy. Jak sama autorka napisała w Słowie od autorkiTa książka powstała po części w odpowiedzi na powieść Hermana Wouka „Nie przerywajcie karnawału” i film soft porno Girls are for loving nakręcony na Wyspach Dziewiczych z premierą w 1973 roku. O ile film z Caffaro, jak i książka Wouka stanowiły wczesny i nieprzemijający portret Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, o tyle ta powieść ukazuje późny i przemijający już ich obraz. Autorka, jako ich mieszkanka, tą opowieścią spróbowała zachować nie tylko dziedzictwo swojego pochodzenia, jak i jej rodziny.
Ostrzega, że po dawnych Karaibach zalanych falą turystyki pozostanie już tylko parę książek i film.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kraina miłości i zatracenia [Tiphanie  Yanique]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

niedziela, 16 kwietnia 2017
Irena Tuwim: nie umarłam z miłości – Anna Augustyniak


Irena Tuwim: nie umarłam z miłości: biografia – Anna Augustyniak
Wydawnictwo Trzecia Strona , 2017 , 272 strony
Literatura polska


W jakiejż innej odsłonie ujrzałam tutaj Juliana Tuwima!
No i proszę! Zrobiłam to, co wielu przede mną – skupiłam się na bracie Ireny Tuwim, spychając siostrę w jego cień. A przecież to ona była bohaterką tej opowieści. Dlatego cicho sza! Ani słowa więcej o bracie! Będzie o Irenie. Nie chcę użyć pojęcia biografia, chociaż taką niezaprzeczalnie była również i taki też podtytuł wyraźnie widnieje na tytułowej okładce książki. Mój opór przed określaniem tego opracowania biografią, wynika z wrażenia niestosowności nadania mu jakiegoś encyklopedyczno-naukowego sztychu. Nie zaprzeczam, że i taki był, bo być musiał, ale nie górował i nie dominował nad całością.
Dla mnie to przede wszystkim przepiękna opowieść.
Autorka wykorzystując ogrom zgromadzonej wiedzy i poznanych faktów z życia rodziny Tuwimów, których źródła można zweryfikować w dołączonej do książki obszernej bibliografii, stworzyła emocjonalną historię losów kobiety jaśniejącej własnym, twórczym blaskiem, ale w cieniu brata. Niezorientowanym, mogłoby się wydawać, że blaskiem odbitym od Juliana Tuwima. Równolegle ukazała dzieje rodziny intelektualistów obciążonych żydostwem. Pomimo asymilacji i zmiany nazwiska z Towim na Tuwim, szkalowano ich. Zwłaszcza Juliana, jako osobę publiczną i znaną. O skali nienawiści i antysemityzmu świadczą przytoczone przez autorkę cytaty – Tuwimer Żyd” to „talent przetwórczy”, który „nie pisze po polsku, a tylko w języku polskim”, to „Jojne Tuwim z Gęsiej ulicy”, co „cuchnie cebulą”, a sławę „wyszachrował po gudłajsku” i wiersze jego „paczą psychikę polską”. Dzisiaj wiersze uwielbiane przez dzieci, a nawet dorosłych, wtedy niechętnie widziane w polskich domach i szkołach, domagano się, aby z elementarza wycofać utwory Tuwima, bo Żyd nie będzie uczył polskich dzieci! Trzeba spalić jego książki i powiesić go. Żądamy dla Tuwima szubienicy.
Zamarłam!
Dzisiaj, ciężko było mi przebrnąć przez tę falę słownej, publicznej agresji, a cóż dopiero jego matce. To stąd brała się praprzyczyna jej obsesji stymulowanej przez czarne znamię na policzku syna, która doprowadziła ją do obłędu. Autorka to psychiczne obciążenie rodziny potrafiła oddać na każdej stronie opowieści, ukazując jej destrukcyjny wpływ na psychikę matki (choroba psychiczna), brata (stany depresyjne) i samej Ireny. Dla mnie to również kolejny element smutnego, bo antysemickiego oblicza Polski przedwojennej i losów jej ofiar. Wsłuchiwałam się w te dzieje Polski, Ireny i jej rodziny, zupełnie nie odczuwając podziału na rozdziały porządkujące treść. Traktowałam je raczej jako wymuszone (nie lubiłam, gdy ktoś mi przerywał spotkania z autorką i jej bohaterką) antrakty w długiej, bolesnej, przejmującej opowieści na złapanie oddechu, zrobienie sobie herbaty i przemyślenie tego, co właśnie przeczytałam, poznałam, dowiedziałam się i odczułam. Błądziłam razem z autorką po epoce międzywojnia i czasach odradzającej się po wojnie Polski, po rodzinnych ścieżkach bliskich Ireny Tuwim i jej znajomych ze środowiska artystycznego, uzupełniając wiedzę o tamtych czasach oraz ludziach je tworzących intelektualnie, obyczajowo i artystycznie. Zaglądałam również do życia i mieszkań ludzi zwykłych, wśród których dorastała, obserwując z nią innych mieszkańców wspólnego podwórka: stolarza Lauke godzinami piłującego drzewo, kaszlącego przy tym suchotniczo, aż huczało jak w studni; wyschniętego na wiór pijaka-epileptyka Petzolda, wracającego co dzień po fajrancie w granatowej bluzie roboczej przepasanej rzemieniem, z kijem do podpierania się w ręku, przez co wyglądał jak upiór Solskiego” i jeszcze „Kowalskich wylewających pomyje do rynsztoka, ich córkę Bronkę, i starą Cymerową i wielu, wielu innych. Wszystkich odnajdywałam w jej wierszach, prozie i listach, których fragmenty cytowane przez autorkę niczym kolejne wypowiedzi, uzupełnienia, mimowolne wtrącenia tworzyły przepiękną, wielogłosową aranżację znajdywanego materiału w źródłach dokumentalnych. Całości dopełniały liczne zdjęcia umieszczone nawet na wyklejce książki.

Delikatna, wrażliwa kobieta otrzymała dzięki temu subtelną, empatyczną oprawę, w której ujrzałam niezwykle silną, wbrew pozorom, osobę. Stojącą wyprostowaną wśród wielu pogiętych i potrzaskanych psychicznie osobowości, która pozwoliła sobie na słabość dopiero po śmierci ostatniej z nich. Jednostkowy, wyjątkowy los z pokolenia wojny, który oszczędził jej Holokaustu, bo zdążyła wyemigrować z Polski. Jednak pomimo tego, nie uznałam jej za osobę szczęśliwą. Takie nie określają siebie epitetem życiowego bankruta.
Takie nie chcą u schyłku swego życia popełnić samobójstwa.
Pochylam się nad jej sugestywnym, emocjonalnym, wszechstronnym portretem i zastanawiam się – dlaczego chciała odebrać sobie życie? Miała wszystko i osiągnęła to, o czym marzy wielu. Do dzisiaj jest cytowana słowami z Kubusia Puchatka, którego była tłumaczką. To dzięki Irenie Tuwim mamy „to, co tygrysy lubią najbardziej”, „małe co nieco”, „wszystkich krewnych i znajomych królika”. A mimo to – Zawsze o sobie myślała negatywnie. Żydowska dziewczynka z niezbyt zamożnej rodziny, siostra kogoś wyszydzanego z powodu znamienia na policzku, córka matki chorej psychicznie, żona homoseksualisty, bezdzietna kobieta, rozwódka, która znów nie jest szczęśliwa i ponownie żona alkoholika z neurozą. Czuła się niespełnioną.
Dlaczego?
Odpowiedź tkwi w podtytule – nie umarłam z miłości. Jej brak miał moc unicestwiania wszystkich pozytywnych wydarzeń, radości i osiągnięć, na które ciężko pracowała przez całe życie. Szukała jej w swojej twórczości i w swoim życiu. I nigdzie, i nigdy nie zajadzie tyle, ile potrzebuje. Nawet w niezwykle silnej więzi i miłości do brata.

Była nietuzinkową postacią w świecie literackim, nieprzeciętną kobietą, a jednocześnie tak zwykłą w swoich pragnieniach, potrzebach i oczekiwaniach. Autorka zaangażowanym stylem przekazu nie tylko zapoznała mnie z zapomnianą współcześnie sylwetką poetki, pisarki i tłumaczki, ale przede wszystkim uczyniła mi ją bardzo bliską. Dobrze znaną osobę, która choć nie umarła z miłości, umarła ze strachu, z poczucia zagrożenia. Opuszczona, wzgardzona, słaba i chora, rozbiła się jak „szklanka co spadła na kamienną podłogę”. Pozostałam z poczuciem pustki po osobie, której nie zdążyłam podziękować za to, że była. Wiem, że to absurdalne, ale dokładnie takie uczucia pozostawiła we mnie ta historia, po której miałam nieodpartą potrzebę przytulenia jej bohaterki.
Tak emocjonalnie odebrałam tę opowieść.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 15 kwietnia 2017
Matka swojej córki – Iwona Żytkowiak


Matka swojej córki – Iwona Żytkowiak
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 272 strony
Literatura polska


Nie zawiodłam się po raz drugi!
Właściwie to pierwsze zdanie powinno być moim ostatnim w tych wrażeniach polekturowych. Nie wytrzymałam jednak. Pierwsza powieść tej autorki – Świat Ruty, wysoko postawiła poprzeczkę poziomu literackiego pod każdym względem. Sięgając po jej drugą (dla mnie!) powieść, miałam już konkretne wymagania. Jednym z nich był ciekawy, nielinearny sposób narracji - był! Drugim przejmująco naturalistycznie (nawet nie realnie!) zarysowane psychologiczne portrety bohaterów powieści - były! Trzecim rzadko poruszana tematyka w literaturze popularnej opisującej świat kobiet - była! Czwartym, czynnik determinujący losy ludzkie czyniący je tragicznymi - był, aż do bólu! A wszystko podane w konwencji wielkiej niewiadomej, rodzinnej tajemnicy z rodzaju poliszynela, rozpoczętej w tej opowieści żenującą sceną szpitalną, by powoli, zataczając koło, odkryć przyczynę jej zajścia. W ostateczności praprzyczynę wszystkiego. W tej pętli zamykała się trudna i bolesna historia rodziny.
Opowieść dwóch kobiet.
Marki i córki. Niny i Joanny. Matki swojej córki i córki swojej matki. Niby temat banalny, ale kryjący w sobie głębszy sens. Mogłabym ponownie stwierdzić – banalny, bo sens miłości, ale to, jak przedstawiła go autorka, już takie konwencjonalne nie było. Jeśli powiem, że autorka opisała przejmujący, rozciągnięty na całe życie, powolny, destrukcyjny proces umierania kobiety z powodu braku miłości oraz że jej bohaterka miała ponad siedemdziesiąt lat i była alkoholiczką – zaczyna robić się nietypowo, a przez to ciekawie.
I bardzo, bardzo smutno.
Ta choroba braku miłości poraża i niszczy rodzinę. Unicestwia mężów, bo miała ich dwóch i okalecza dzieci, obdarzanych miłością zdeformowaną, bo egoistyczną. Historia opowiedziana przez narratora zewnętrznego z punktu widzenia najpierw matki, a potem córki, ukazuje temat z wielu stron, poddając rozważaniom bardzo ciekawy, wielowątkowy temat - czy samotność starych ludzi nie jest mylona z brakiem miłości? Autorka w powieści próbuje na to pytanie odpowiedzieć, dając do ręki klucz zawarty w wypowiedzi jednej z bohaterek – Miłość nie zna wieku. A ja od siebie dodam – a jej brak w ludzkim życiu jest praprzyczyną ludzkich nieszczęść, które są jego pochodną. Czyż nie jest to banalny temat?
Ale jak on jest pokazany!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Matka swojej córki [Iwona Żytkowiak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 14 kwietnia 2017
Wilt – Tom Sharpe



Wilt – Tom Sharpe
Przełożyła Zuzanna Naczyńska
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 288 stron
Literatura angielska


Tę książkę należy czytać w odosobnionym miejscu!
Najlepiej w domu i to pustym. Może udusić, o czym przekonał się, na szczęście nadal żyjący Wojciech Malajkat, skoro zdołał podzielić się swoimi wrażeniami na okładce tytułowej.

Jestem mu wdzięczna za to uprzedzenie, bo ja nie musiałam się dusić, czytając ją z dala od ludzi. Dlatego również lojalnie uprzedzam, że historia zawarta w tej książce jest po prostu niebezpieczna.
Strzela humorem!
Na dodatek bardzo celnie. Prosto w dziesiątkę wesołości. Chociaż początkowo nie zanosiło się na fajerwerki nieokiełznanej radości. Było raczej ponuro, humorzasto i lekko depresyjnie z dominującym humorem noir, ironią i sarkazmem. Nie miałam odwagi śmiać się z głównym bohaterem, posępnym Henrym Wiltem wyglądającym mi na nieprzewidywalnego psychopatę, a już na pewno nie z niego, skoro jawił mi się... życiowym nieudacznikiem! Niespełnionym zawodowo wykładowcą Sekcji Przedmiotów Ogólnokształcących, uczącym praktycznie (tak uważali jego przełożeni) nieistniejącego przedmiotu czyli literatury, monterów, tynkarzy lub drukarzy, którzy nie widzieli sensu w chodzeniu do szkoły. A! Jeszcze rzeźników, których klasa pierwsza mięsna odegrała nieocenioną rolę w życiu Wilta. Trzydziestoczteroletnim mężczyzną, który burzliwe życie prowadził tylko w wyobraźni (czarnej!), bez widoku na jego urzeczywistnienie. Mężem ewidentnie (jego zdaniem) opóźnionej w rozwoju umysłowym żony Evy, która w przeciwieństwie do niego, całkowicie wyobraźni pozbawiona, prowadziła je w rzeczywistości. Był przekonany, że Eva była głupią krową, zatruwała mu życie zrzędzeniem i uprawianiem wschodniego mistycyzmu z obłąkanym entuzjazmem, który mógł doprowadzić do obłędu nawet najbardziej zrównoważonego męża. Czyli jego!
W tym obłędzie postanowił ją zamordować!
Zdecydowanie i szybko doszedł do wniosku, że będzie mógł rozwinąć swe ukryte talenty i stać się panem siebie, tylko jeśli jakieś nie do końca przypadkowe nieszczęście uwolni go od żony. Wilt przypadkowi postanowił pomóc. Od momentu wcielania zamiaru w życie przestało być ponuro i zaczęło być wesoło!
Bardzo wesoło!
Komizm szybko następujących po sobie zabawnych sytuacji wywoływał na mojej twarzy uśmiech. Nagromadzone początkowo fakty, skonfrontowane ze sobą, tworzyły absurdy powodujące rozbawienie. Komentarze (zwłaszcza obłędne doktora Boarda!) i dialogi bohaterów budowały humor inteligentnych skojarzeń. W przeciwieństwie do Wojciecha Malajkata nie zamierzałam dać się tej opowieści udusić. Wręcz przeciwnie.
Śmiałam się na głos!
Całą sobą! Trafiło mnie do tego stopnia, że do każdego kolejnego czytania, zaczęłam zabierać ze sobą chusteczkę. Potem zaopatrywałam się w całą paczkę, bo nie było sensu odrywać się od historii Henry’ego i Evy, by biegać tylko po kolejną. Płacząc ze śmiechu (do tego stopnia!), z zaskoczeniem obserwowałam przemianę małżeństwa - Evy w myślącą kobietę, a Henry’ego w inteligentnego logika. Nieudacznik powoli stawał się cholernym rajfurem słów, werbalnym akrobatą, pieprzonym zabójcą logiki, lingwistycznym Houdinim, encyklopedią niechcianych informacji, podnosząc ciśnienie śledczemu, a mi poziom rozbawienia.
Autor, niczym w dobrym kabarecie, ukazał przywary i wady brytyjskiego społeczeństwa oraz Amerykanów reprezentowanych przez zaprzyjaźnione z Evą małżeństwo ze USA. Wykorzystując stereotypy i humor, stworzył wybuchową mieszankę, nad którą pozostało mi tylko płakać ze śmiechu. Jeśli ktoś nie jest przekonany do angielskiego humoru, ta książka to zmieni.
Tak było w moim przypadku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

czwartek, 13 kwietnia 2017
Rowerem po Amazonce – Piotr Chmieliński



Rowerem po Amazonce: bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata – Piotr Chmieliński
Wydawnictwo Agora , 2017 , 376 stron
Literatura polska


Rowerem po Amazonce!?
Nie zaskoczył mnie środek lokomocji. Byli już tacy śmiałkowie, którzy przemierzali świat na rowerze. Niedawno czytałam o Kazimierzu Nowaku podróżującym po Afryce rowerem na początku XX wieku, opisanym w publikacji Marii i Przemysława Pilchów Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat. Zaskoczyło mnie po czym ten rower miał jechać?, płynąć?
Okazało się, że i jedno i drugie!
Do tej szalonej i niebezpiecznej wyprawy (taką opinię wyrażali wszyscy słyszący o niej po raz pierwszy, włącznie z autorem tej książki) został skonstruowany specjalny rower nazwany przez jego twórców – amazońskim.

W takiej postaci pływał po wodzie. Ale to w środkowym i dolnym biegu rzeki. Założeniem podróżników było „przejechanie” Amazonki od źródła do ujścia, czyli ponad 8000 km, w myśl zasady, którą sami sobie narzucili, że w każde miejsce docierają z rowerami, czyli jadąc na nich, płynąc, pchając lub taszcząc na plecach. Ostatecznie dotrzymując jej, nawet gdy zabłądzili i musieli od początku pokonywać odcinek trasy. Jej górny bieg nie nadawał się do płynięcia, więc początek przejechali na tradycyjnych rowerach, inicjując wyprawę skokiem do jeziora dającego początek Amazonce.

Jej cały przebieg mogłam śledzić na mapie umieszczonej na wewnętrznej stronie książkowej okładki.

Jeśli wstępnie myślałam, że to łatwe, proste i przyjemne tak jechać sobie wzdłuż brzegu, to survivalowe opisy i poniższe zdjęcia szybko korygowały moje wyobrażenia.

Każdy odcinek Amazonki był skrajnie trudny z wielu powodów - wysokości, temperatury, chorób, ciśnienia, niebezpiecznych zjawisk atmosferycznych, a także ludzi o różnym nastawieniu – miejscowych, ekscentryków religijnych, piratów czy gangsterów kartelu narkotykowego, które poznawałam w trakcie pokonywania kolejnych kilometrów okupionych potem, strachem, krwią, a nawet łzami wściekłości.
To nie koniec zaskoczeń!
Rozpoczynając przygodę z biegiem Amazonki, nastawiłam się tylko na ciekawą, jedną podróż dwóch braci – Dawida i Huberta. Tak naprawdę otrzymałam cztery, odmienne podróże w jednej wyprawie.
Pierwszą przeżyłam ze starszym bratem, Dawidem. Pomysłodawcą i organizatorem spływu. Jego podróż miała charakter spełniającego się marzenia. Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Myślał o niej od dawna. Od dawna też przygotowywał się do niej mentalnie, finansowo i fizycznie. Chciał przeżyć od początku do końca to, co wielu przed nim, mimo że niektórzy, o czym dobrze wiedział, nie wrócili z tej wyprawy.
Drugą przeżyłam z młodszym Hubertem. Dla niego podróż była ratunkiem. Szansą odbicia się od dna, w którym znalazł się na własne życzenie. Towarzyszyłam mu w podróży w głąb siebie. Zdesperowanemu człowiekowi, który próbował wykorzystać niezwykłą możliwość odzyskania siebie i rodziny.
Trzecią podróż przeżyłam wspólnie z braćmi. Łączyła w sobie przeżycia, emocje i problemy ich obu na trasie z walką z własnymi słabościami, by ostatecznie zbudować najpiękniejszą rzecz?, wartość?, zjawisko?, jakie ujrzałam na tej trasie – braterską przyjaźń. Uczyli się siebie nawzajem, nienawidzili się i kochali, rozmawiali i milczeli, kłócili się i godzili, chorowali i zdrowieli, zacieśniając więzy rodzinne, odnajdując się i odzyskując się na nowo. To rodzące się piękno przyjaźni z bólu, rozpaczy i miłości mimo wszystko, przyćmiewało niewątpliwej urody krajobrazy Amazonki. A miałam, co oglądać, bo zdjęć ilustrujących trasę dołączono do tekstu masę!

Czwartą podróż przeżyłam z autorem tej książki. Miała charakter retrospekcyjny, bo był pierwszym podróżnikiem, który na przełomie lat 1985/1986 przepłynął całą Amazonkę kajakiem, a który zebrał wspomnienia obu braci w jedną opowieść. Dał jej oprawę, dzięki której widziałam zmagania braci z punktu widzenia osoby, która czuwa nad nimi duchowo. Pomaga w nawigacji, mobilizuje, ostrzega, podsuwa rozwiązania, rozmawia poprzez komunikator internetowy, stając się „tatą”. Tak z czasem zaczęli zwracać się do niego i tak o nim mówić bracia. Fragmenty ich rozmów rozpoczynały i zapowiadały tematykę kolejnego etapu spływu.

Przede wszystkim jednak autor służył radą i doświadczeniem, od czasu do czasu dyskretnie przywołując własne przeżycia i emocje z wyprawy sprzed trzydziestu lat. Jak sam napisał – Bracia potrzebowali wsparcia i rady kogoś, kto już zmierzył się z Amazonką. Trafili na mnie, a ja – choć na odległość – na tyle wciągnąłem się w ich wyprawę, że stałem się niemal jej uczestnikiem. Dzięki temu w trzydziestolecie mojej podróży Amazonką znów płynąłem po królowej rzek. Ponownie mógł „podrzucić” wiosło u ujścia rzeki, jak nakazuje tradycja.

A bracia - koła, co widać na okładce książki.
Powstała opowieść wyjątkowa.
Nie tylko podróżnicza w sensie geograficznym i kulturowym, ale również osobista, intymna, terapeutyczna, psychologiczna i porównawcza, bo przenosząca w czasie. Przede wszystkim jednak inspirująca do działania ludzi mających marzenia.
Również tych zagubionych na dnie życia, którzy nie posiadają już żadnych.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 09 kwietnia 2017
Przeszczepione życie – David Wagner



Przeszczepione życie – David Wagner
Przełożyła Agnieszka Walczy
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego , 2017 , 256 stron
Seria z Linią
Literatura niemiecka


Pełno krwi!
Krew w przełyku. Krew w łazience. Krew w karetce. Byłam tak samo zdezorientowana, jak bywa ten, u którego rozpoczyna się choroba, ale jeszcze o tym nie wie. W przypadku pacjenta W., bohatera i narratora tej retrospekcji, właśnie daje drastyczne objawy, bo wiedział, że choruje na przewlekłe agresywne autoimmunologiczne zapalenie wątroby od lat dziecięcych czyli od kilkudziesięciu już lat. To musiało skończyć się wreszcie koniecznością przeszczepienia wątroby. A mimo to, nawet z tak dużym doświadczeniem i wiedzą, choroba go zaskoczyła.
Dowiadywałam się o tym powoli.
Z odcinka na odcinek. Raz dłuższy, innym razem króciutki. Zaledwie na dwa zdania.

Ponumerowanych od 1 do 277, żeby w tym chaosie myśli, odnaleźć ciągłość wypadków życia przed przeszczepieniem i po przeszczepieniu. Oba oddzielone szarą strefą dwóch stron.

Ta pierwsza część bardzo mi bliska i znajoma, bo pokrywająca się z moimi doświadczeniami szpitalnymi, kiedy z ciekawością nowicjuszki poznawałam nowy świat środowiska szpitalnego, a z czasem rutynę codzienności lekarzy, pielęgniarek i pacjentów. W sposób realny. Jednocześnie bardzo mi odległy, ponieważ narrator ten mój realny odbiór widział totalnie odmiennie niż ja. Ubierał go w metafory i porównania, tworząc rzeczywistość fantastyczną, w której łóżko zamieniał na tratwę dryfującą po oceanie w rejsie przez szpital, w krainie Gdzieś Tam, ale i przez własne Ja. Leżąc na wyspie-łóżku wmyślał się w siebie i przemyśliwał na wylot. Gubił się w sobie. Nieśpiesznie błądził. Refleksyjnie zaglądał do najdalszych zakamarków ciała, duszy i umysłu, rozkładając myśli, odczucia fizyczne i emocje na czynniki pierwsze. Ta drobiazgowa autoanaliza służyła jednemu celowi – odnaleźć utraconą stabilizację i uporządkować świat w sobie i wokół siebie w obliczu zagrożenia życia, w którym zbrakło poczucia bezpieczeństwa, poprzez znalezienie odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne – ...jaki to wszystko ma sens, skoro i tak zaraz umrę? W takim razie po co w ogóle istnieję? Po co człowiek w ogóle istnieje?
A pytań tego rodzaju było mnóstwo!
Analizując swoją przeszłość i teraźniejszość, narrator nie pominął żadnego aspektu życia w swoich dociekaniach, by ten sens swojego wyjątkowego położenia odnaleźć.
Druga część życia po przeszczepieniu wątroby była mi zupełnie obca, ale przez to, że nowa, bardzo ciekawa. Poszerzona o doświadczenia człowieka po otrzymaniu nowego organu, a dla pacjenta W., tożsamym z nowym życiem. Przeszczepionym życiem, jak nazywał je bohater i jak brzmi tytuł książki. Nowa, zdrowa wątroba stała się trzecią, obok narratora i choroby, bohaterką kolejnych odcinków myślowych, przynoszącą mnóstwo kolejnych, tym razem innego rodzaju, pytań o procedury, ale przede wszystkim o etykę transplantacji. Prowadził nieustanny dialog ze sobą i z wątrobą, pytając natarczywie – A ty, organie, czy naprawdę należysz teraz do mnie? Do kogo należy przeszczepiony organ? Został mi podarowany czy nadal jest własnością Eurotransplantu, kliniki albo kasy chorych? A może jest tak, że mam cię tylko przechować, zaopatrywać, dostarczać ci krew, opiekować się tobą? Narrator, na te i im podobne pytania, próbował odpowiedzieć sobie, by określić swój nowy status i tożsamość – chimery?, hybrydy?, replikanta? czy może nowego, ulepszonego, uzupełnionego człowieka?
Pomimo niepodważalnego cierpienia fizycznego i psychicznego, nie ma w tych zwierzeniach cierpiętnictwa. Autor potrafił wyważyć środek między realizmem a fantazją, zaangażowaniem emocjonalnym a dystansem, powagą a humorem (bo jest!), rozpaczą a nadzieją, pragnieniami a realizmem i wreszcie między śmiercią a życiem. Nie obciążając mnie emocjonalnym bagażem choroby, przekazał wewnętrzny świat chorego, pomagając zrozumieć, co się z nim dzieje i co czuje. Był przy tym bardzo wiarygodny, ponieważ ten swoisty dziennik choroby oparł na własnych doświadczeniach, a pomiędzy rozdziałami umieścił jej profesjonalny, medyczny opis. To jedna z tych terapeutycznych książek, którą śmiało można podsunąć bardzo choremu człowiekowi. Swoim chłodnym dystansem i spokojnym przekazem tłumaczy, odpowiada, wyjaśnia i prowadzi za rękę przez obszar nurtujących, bo ważnych i trudnych pytań.
Pomaga znaleźć sens w jednej z najbardziej bezsensownej sytuacji, jaką jest choroba.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 99
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w czerwcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 936 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi