Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 13 maja 2018
Najeźdźcy z Północy – Radosław Lewandowski

Najeźdźcy z Północy – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2016 , 415 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 2
Literatura  polska
  

   Szalony pomysł!

   Zwiastowały go postacie na okładce – Indianina i Wikinga. Zastanawiałam się, czy można połączyć dwie, tak odmienne kultury? Autor udowodnił, że można! W historii zdarzały się takie przypadki, które skrupulatnie wykorzystał w drugim tomie tetralogii Wikingowie. Rozwinął w nim wątek ucieczki Oddiego Asgotsona przed oddziałem pościgowym konunga Eryka Zwycięskiego zapoczątkowany w pierwszym tomie Wilcze dziedzictwo. Rzucił nastoletniego chłopca, ale zaprawionego w boju i przez trudne życie z ojcem, w głąb dzisiejszej Kanady. W rejon Półwyspu Labradorskiego i Nowej Fundlandii w czasie zimowym. Opisy krajobrazów, ich szczegółowość i metafory sprawiły, że mogłam z przyjemnością zachwycać się nimi razem z Oddim. Korzystać z podsuwanych mi map, by samodzielnie tworzyć krajobrazy w wyobraźni.  Te na powierzchni wyspy pełnej lasów i te w głębi mrocznych jaskiń. Zgodnie z dedykacją umieszczoną przez autora na początku książki.

Dosłownie również, ponieważ na wewnętrznej stronie okładki widniała mapa wyspy, po której wędrował, skradał się, uciekał lub gonił Oddi.

Sił i odwagi uciekinierowi dodawała jedna myśl – chciał przeżyć, by wrócić do Szwecji i uwolnić matkę oraz siostrę. Był przekonany, że ojciec zginął, więc ciężar odpowiedzialności za losy bliskich spoczął na nim. Zdany na własne siły, a w większej mierze na szczęście, dokładnie je wykorzystał w pierwszej potyczce z tubylcami. Ratując gwałconą dziewczynę z plemienia Beothuków przed śmiercią ze strony gwałcących ją Indian z plemienia Mikmaków, wkupił się w łaski jej ojca i wodza oraz samej uratowanej. Ten niebezpieczny, ale udany początek rozpoczął życie Oddiego wśród Indian. Ciągłą konfrontację stylu życia, wierzeń, obyczajów dwóch kultur, w której Oddi często musiał ustępować, by przeżyć. Nawet jego bogowie nie mieli już tak wielkiej władzy na obcej ziemi. Jego umiejętności walki i wiedza taktyczna bardziej sprawdzały się w starciach, potyczkach i bitwach z innymi plemionami niż w życiu codziennym. Był jednak otwarty na wiedzę nowych przyjaciół, którzy przyjęli go do swego plemienia. Wśród których stracił serce dla uratowanej przez niego Shaa-naan-dithit, jednocześnie cały czas myśląc o pozostawionych w Szwecji bliskich. Pobyt na obcej ziemi bardzo go zmienił. Wyspa go zmieniła, ukochana Shaa-naan- dithit i Wielki Duch. Nie Odyn, ale Manitou.

   Oddi stał się silniejszy i bardzo niebezpieczny.

   Można potraktować tę część tetralogii jako przeciekawy przewodnik po kulturze indiańskiej i wikińskiej. Zwłaszcza że autor rozdziały poprzedzał cytatami myśli znanych wodzów i czarowników Ameryki Północnej, które wprowadzały i jednocześnie podsumowywały ich treść, zawierając ponadczasową wiedzę o świecie i roli człowieka w nim.

   Można również potraktować tę część jako pełną krwawych, dynamicznych przygód inicjację w dorosłość Oddiego, którego ukształtowało nie tylko własne dziedzictwo, ale również nowo poznana kultura. Jej filozofia poszerzyła jego horyzonty myślowe i pokazała świat z odmiennej perspektywy, zmieniając pojmowanie winy za los, którego doświadczał. Był przekonany, że to on sam jest odpowiedzialny za wszystko, co go spotyka. Nie świat i inni ludzie, jak do tej pory myślał, ale on sam. Zmiana świadomości  radykalnie zmieniła również jego postawę. Z uciekiniera przed Erykiem Zwycięskim na wojownika, który wypłynął mu na spotkanie.

   Będzie się działo w tomie trzecim!

Wikingowie. Najeźdźcy z Północy [Radosław  Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 12 maja 2018
Norma - Sofi Oksanen

Norma - Sofi Oksanen
Przełożyła Katarzyna Aniszewska
Wydawnictwo Znak , 2018 ,  397 stron
Literatura fińska

   Oczyszczeniem autorki byłam zachwycona!

   Miała w sobie nutę pociągającej niepewności i czyhającego zagrożenia, którą określiłabym atmosferą thrillera. W przypadku tej powieści posunęłabym się w tym określeniu jeszcze dalej. Aż do powieści kryminalnej.

   Bo była zbrodnia!

   Nawet więcej niż jedna. To od pogrzebu jednej z ofiar rozpoczęła się opowieść. Chciałabym napisać o prawie trzydziestoletniej Normie, ale nie do końca tylko o kobiecie noszącej to imię. Myślę, że autorka nieprzypadkowo wybrała właśnie takie, próbując nadać światu jej wyborami i zachowaniem jakąś równowagę lub przynajmniej wskazać na brak tej normy. Standardu równości możliwości między mężczyznami a kobietami. Bo z jednej strony można odczytać tę powieść jako historię rodzinnej mafii, którą rządził senior rodu Lambertów, Max. To on decydował o kierunkach rozwoju biznesu opartego na handlu kobiecymi włosami, macicami i rodzącymi się z nich dziećmi, ukrytego pod działalnością zakładów fryzjerskich. To on wydawał wyroki mentalnej lub fizycznej śmierci na niepokornych, nawet jeśliby miała to być jego żona, syn lub córka. Matka Nory, której pogrzeb rozpoczął powieść, taką ofiarą była, chociaż oficjalnie popełniła samobójstwo, rzucając się pod pociąg w helsińskim metrze. Norma na własną rękę próbowała rozwikłać tę zagadkę. Dochodząc prawdy, musiała postępować bardzo ostrożnie, by nie tylko jej się to udało, ale również, by ochronić własną tajemnicę. Była odmieńcem, którego losów „innej” chciała oszczędzić jej matka, kierując do niej te słowa – Masz prawo wiedzieć, jak może wyglądać życie takich ludzi jak ty, masz prawo usłyszeć o niebezpieczeństwach, jakie inni napotykali na swojej drodze. Ta wspólna tajemnica była tym elementem całej historii, który wprowadzał otoczkę niezwykłości, nadzwyczajności, momentami nadprzyrodzoności, a jednocześnie prawdopodobieństwa tak charakterystycznego dla prozy autorki. To się w jej stylu przekazu nie zmieniło, chociaż temat obrała sobie tym razem bardzo współczesny i aktualny – biznes oparty na kobiecie i jej ciele. Zdiagnozowała go szczegółowo w powieści, sprowadzając do krótkiej, syntetycznej myśli podsumowującej, ujętej w trzech zdaniach – Ten, kto włada marzeniami, włada światem. Ten, kto rządzi włosami, rządzi i kobietami. Ten, kto kieruje ich płodnością, kieruje również mężczyznami. Ten kto zadowala kobiety, zadowala i mężczyzn; a ten, kto manipuluje ludźmi, którzy marzą o włosach i o dzieciach, jest ich królem.

   „Król” Max Lambert był tylko fikcyjnym przedstawicielem rzeczywistej reguły w realnym świecie.

   Pomimo upływu czasu i zmian na korzyść kobiet, ruchów emancypacyjnych i feministycznych, które wywalczyły równouprawnienie wobec mężczyzn, wprowadzenia tych samych praw i możliwości co mężczyźni, nadal – tłumaczyła matka Normie – nie czerpiemy z nich jednakowych korzyści. Oddajemy wszystko, co mamy, na materiały w przemyśle kosmetycznym, ciężko pracujemy, pozwalamy wykorzystywać nasze twarze, włosy, łona, piersi, a pieniądze, które nam się należą, jakoś ciągle lądują w kieszeniach mężczyzn. To oni przewodzą, posiadają, to oni kupują natychmiast każdą, ledwo prosperująca firmę.

   Na diagnozie problemu autorka nie poprzestała.

   Wskazała wyjście. Była nią Norma, matka Nory, córka Maksa - Margot i każda inna kobieta, której próba buntu nie udała się. Autorka, wykorzystując przekaz biblijny o sile Samsona mającej źródło w długich włosach, dokładnie w ten artefakt wyposażyła swoje bohaterki. Kobiety istniejące od zawsze, a które na przestrzeni wieków były uwieczniane chociażby w malarstwie tak, jak słynna muza prerafaelitów – Elizabeth Siddal, której postać autorka wplotła w fabułę. Norma miała być taka, jak ona.

Wikipedia

Autorka wyposażyła je w moc przekazywaną z pokolenie na pokolenie. W siłę tkwiącą symbolicznie we włosach, które łączyły wszystkie kobiety w swoim dążeniu do wolności, do decydowania o własnym losie, do pracy na własny rachunek, do samodzielnego i niezależnego życia od nikogo. W każdej z nich tkwiła pramatka Ewa, która do nich przemawiała, dawała oparcie, podpowiadała, co czynić i wyznaczała kierunki postępowania. To dlatego prababka Normy, po której odziedziczyła tajemnicę włosów, miała na imię Eva, a bohaterki powieści „słyszały” jej głos, „rozmawiając” z nią. Ta nić porozumienia na granicy intuicji i zmysłów była tak cienka, a zarazem tak silna, jak włos.

   Mogłabym zarzucić autorce, że była w tej powieści bardzo chaotyczna.

   Jednak nie zrobię tego. Myślę, że to z jej strony celowy zabieg. Sposób oddania chaosu w głowie i mętliku w myślach kobiecych postaci, by ukazać ich ból zniewolenia, lęk, strach, brak poczucia bezpieczeństwa, nieustanne szarpanie się w klatce męskich, poniżających zasad, stałość zagrożenia i wszystkie negatywne emocje, którym musiały sprostać w walce o siebie i swoją rolę w rodzinie oraz społeczeństwie. Tę dynamikę rozedrganych myśli miała potęgować również naprzemienność głosu narratora zewnętrznego opisującego teraźniejszość Nory i głosu jej matki „zza grobu” odtwarzanego z pendrive’a, ujęta w dwunastu rozdziałach skandowanych wyliczanka od pierwszego do ostatniego - jeden, dwa, trzy...

   Autorka ponownie zaskoczyła mnie!

   Formą, sposobem i tematem przekazu, które zwolennikom klasycznej prozy mogą się nie spodobać, jednocześnie pozostając niezmienną w swojej charakterystycznej cesze – misternym budowaniu atmosfery tajemnicy i zagrożenia.

   Potwierdziła, że jest oryginalną komentatorką ludzkiej rzeczywistości.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

poniedziałek, 07 maja 2018
Uchwycić życie – Hanna Świda-Ziemba

Uchwycić życie: wspomnienia, dzienniki i listy 1930-1989 – Hanna Świda-Ziemba
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 348 stron + 36 zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  polska

   Niezwykłe i nadal potrzebne spojrzenie na świat!

   Świadomie nie użyłam słowa „życie” lub „osobowość”, ale właśnie ten pryzmat postrzegania rzeczywistości osadzony w dopiero drugiej kolejności -  życiu, będącym wyrazem wartości. Okruchach chwil i myśli rozproszonych w listach do najbliższych, tekstach publicystycznych, wywiadach, nagraniach biograficznych i dziennikach, będących emocjonalnym i żywym zbliżeniem rozwoju osobowości i postaw życiowych bohaterki biografii, które zmieniały się w miarę dorastania tak, jak charakter pisma. I tak, jak pismo nie zmieniało się w jego zasadniczej, charakterystycznej części, tak nie zmieniały się wartości determinujące jej wybory, decyzje i zachowania.

   Wierna im do końca.

   Przedstawicielka polskiej, zróżnicowanej inteligencji  w postawach wobec komunizmu po wojnie, która jako dziecko przeżyła okupację bolszewicką i niemiecką w Wilnie. Była świadkiem formowania się PRL i kolejnych w nim zmian, a potem  budowy nowej Polski po 1989 roku, chociaż jej biografia obejmuje lata 1930-1989. Spośród wielu zdjęć rodzinnych dołączonych do tekstów wybrałam najbardziej mi bliskie – w roli nauczycielki statystyki. Ujęcie, które przypomina mi moje koleżanki i moich kolegów, kiedy wchodzę do klasy tuż po zakończonej lekcji i widzę ich pochylonych nad papierami. Różnicę widać tylko w braku komputerowego monitora na stole.

Bardzo trudne zadanie miał autor opracowania Dominik Czapigo – uchwycić i scalić to życie w jego rozmigotaniu. Udało mu się jednak je zatrzymać i oddać kotłujące się w nim emocje i burzę myśli. Wyłowić z morza rozproszonych informacji w różnorodnej formie i stworzyć jednolitą, chronologicznie podaną biografię człowieka pracowitego. Również nad sobą. Jej życie było dla mnie odpowiedzią na pytanie o sposoby przetrwania w czasach dwóch totalitaryzmów – faszystowskim i komunistycznym – z podniesioną głową. Bycia niezmiennie przyzwoitym w skrajnych warunkach sprzyjających ujawnianiu się w człowieku „bestii”.

   W czasach okupacji niemieckiej wprawdzie była dzieckiem, ale za to jakim!

   Dziewczynką myślącą, ciekawą i pragnącą działać. W opinii koleżanki – obustronna – to jest z jednej strony żywa i chuliganowata, a z drugiej - ma sens w głowie. Już wtedy miała sprecyzowane poglądy na dziejące się zmiany i wydarzenia historyczne. Nienawidziła bolszewików i koniecznie chciała bronić, a nawet zginąć dla Polski. W desperacji chęci czynu zostawiła mamie list pożegnalny, w którym napisała  – Każdy musi służyć Ojczyźnie, jak umie. Chcę zostać dzieckiem pułku. Uciekam na wojnę. Jej dzienniki pisane na gorąco dostarczały mi przede wszystkim emocji, których raczej już nie spotykałam w zdystansowanych wspomnieniach z nagrań po latach. Oczywiście z wyprawy na wojnę nic nie wyszło, ale taka postawa dziesięciolatki mówiła wiele o jej sposobie myślenia, kształtującej się osobowości i przyjętym systemie wartości, którego, była tego pewna, nie zmieni, pisząc  – Jak kiedyś będę dorosła, to pomyślę, że jak miałam lat 10, to to było samo.

   Słowa dotrzymała!

   Jakim cudem? Przecież w dorosłości „zapomina się” o ideałach i marzeniach. Zwłaszcza że w jej przypadku skutecznie pomagał w tym komunizm sprzyjający konformizmowi i wyzwalaniu cech przynajmniej przystosowawczych. Przyglądałam się tym zmianom, ambitnym spełnianiu się wbrew warunkom, jej wewnętrznej walce, postawom i ponoszonym kosztom, z ogromnym zaciekawieniem. Jej dojrzewaniu, w którym była wierna wartościom wyniesionym z dzieciństwa. Przede wszystkim jednak nasilającej się ciekawości świata, ludzi i mechanizmów nimi rządzących. W dzieciństwie chciała być artystką lub adwokatką, by bronić innych. Została socjologiem, bo tylko ta nauka dawała jej możliwość widzenia rzeczywistości inaczej niż się powszechnie uważało, a jedno zjawisko ujrzeć skrajnie odmiennie w zależności od patrzącego. A mimo to, u schyłku życia, miała poczucie niewykorzystanego wewnętrznego potencjału. Zaprzepaszczenia możliwości. Byciem człowiekiem „urwanego lotu”, którym określała swoje pokolenie, a któremu system odebrał prawo do rozwoju według własnych planów, wysysając energię do działania. Powoli zmieniał w konformistów, popadających w stan ”żadności” i beznadziei. Tę gorycz widać było w krytycznym opisie społeczeństwa po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku, dzielącym je na wyalienowanych polityków i resztę. Zapewniała, że w równoległym życiu byłaby publicystką i działaczką społeczną, mówiąc w wywiadzie – Myślałam o stworzeniu domu dziecka dla sierot, myślałam o pracy dla niewidomych, o naprawie szkolnictwa. Tymczasem Peerel prawie zupełnie mi tę aktywność społeczną uniemożliwił. Bo miałam na nią wiele pomysłów, ale do tego trzeba było wolności. Nie chciałam funkcjonować pod dyktando systemu. Ale nigdy nie miałam skłonności, żeby usiąść i ubolewać. Życie musiało mieć dla niej wartość bez względu na warunki egzystencji. Może dlatego nie do końca była zadowolona z własnych osiągnięć, mimo że osiągnęła bardzo dużo. Jej dorobek naukowy i intelektualny z własną filozofią życiową opartą na tym pierwszym, najzwięźlej ujęła w listopadowym  wpisie z 1996 roku, któremu autor opracowania trafnie nadał rolę pięknego postscriptum. W swoich poglądach, odchodząc od wrogości do relatywizmu i tolerancji, stała się dla mnie ważnym komentatorem świata, historii i postaw Polaków. Pięknie potrafiła tłumaczyć zawiłości zjawisk społecznych, w których tak wielu się pogubiło, sądząc po przerażających mnie doniesieniach medialnych z ulic polskich miast. Jej dorobek intelektualny jest ponadczasowy. Jej myśli i analizy zawarte w artykułach i wywiadach, pierwotnie opublikowane w Tygodniku PowszechnymGazecie Wyborczej w latach 1998 i 2010, a dołączone do biografii, nadal są aktualne – antysemityzm Polaków, celowość Powstania Warszawskiego, krzyż jako symbol zawłaszczania, patriotyzm, lustracja czy katastrofalny brak wiedzy historycznej Polaków. Jej trafna myśl sprzed siedemnastu lat, idealnie oddaje przyczyny tego, co dzieje się obecnie w Polsce – ...człowiek odpowiedzialny musi znać i rozumieć historię swojego narodu. Po pierwsze bowiem, w historii ujawniają się uniwersalne mechanizmy społeczne, które dają podstawę rozumienia aktualności, a niekiedy mogą stanowić groźne ostrzeżenie. Po drugie zaś, istnieje zjawisko społecznego dziedziczenia postaw. Historia jest procesem ciągłym, aktualność zawiera w sobie przeszłość. Trzeba zatem wiedzieć, co z historii narodu pragnie się kontynuować, a co zdecydowanie potępić i zwalczać.

   Ja nazywam to wrażliwością historyczną.

   Ile jej mamy, wyraźnie widać na ulicach z jawnie maszerującymi neofaszystami. Mamy z tym poważny problem. Rola takich ludzi, komentatorów rzeczywistości, jest nieoceniona, a dzisiaj na wagę złota. Zwłaszcza wśród nieczytającego społeczeństwa (64% Polaków nie czyta!), czerpiącego wiedzę z egalitarnych lub zmanipulowanych w przekazie mediów, w których na rolę komentatora wybiera się polityków i celebrytów, bo są bardziej „medialni”. Dlatego tak ważne są tego typu publikacje, oddające głos kompetentnym komentatorom, którzy wiedzą, co mówią i mają świadomość odpowiedzialności za słowa. Tylko przez słowo da się coś zrobić. Są takie rzeczy, że wszystko tonie w hałasie medialnym, a jeżeli chce się przez ten hałas przebić, to trzeba robić to, co jest najbardziej wartościowe, ważne i pożyteczne. Nigdy nie wiadomo, kiedy ziarno da o sobie znać. Co robić? Podejmować nieustannie dyskusję o przeszłości, a do niej potrzebny nam jest rzetelny i wielowymiarowy opis tamtych czasów. – podpowiada bohaterka biografii. Jest jedną z wielu, która dokładnie nam to daje w swoim dorobku naukowym.

   Korzystajmy z tego, by się nie pogubić w tym medialnym hałasie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989 [Hanna Świda-Ziemba]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 05 maja 2018
Wilcze dziedzictwo – Radosław Lewandowski

Wilcze dziedzictwo – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2017 , 432 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 1
Literatura  polska

   Uwielbiam świat wikińskich wojów!

   Najciekawszy jest w jego przedstawianiu indywidualizm twórczy autora. Filmowy serial Wikingowie wyreżyserowany przez Michaela Hirsta pokazywał brutalną rzeczywistość zarówno mężczyzn, jak i kobiet w ówczesnej Skandynawii. Pochłonął mnie totalnie! Saga Północna Droga to przede wszystkim zmysłowy świat kobiety słabej fizycznie, ale silnej psychicznie w męskim patriarchacie. Może dlatego, że stworzyła ją kobieta, Elżbieta Cherezińska. Również pochłonął mnie totalnie. Pozycja popularnonaukowa Moce wikingów Władysława Duczki, pozwoliły mi oddzielić prawdę historyczną od fikcji literackiej.

   Byłam ciekawa kolejnej wersji o wikingach!

   Z niecierpliwością sięgnęłam po pierwszy tom tetralogii i już po pierwszych stronach prologu  powieści wiedziałam, że czeka mnie przede wszystkim brutalna przygoda skąpana we krwi, balansująca na cienkiej granicy realiów i wierzeń. Początkowo trudno było mi wskazać głównych bohaterów, ponieważ powieść składała się z czterech, wyraźnie oddzielnych ksiąg. Każda wprowadzająca nowe losy kolejnych bohaterów lub umieszczona w odmiennych realiach geograficznych. Z czasem zrozumiałam, że opisanie wielu, ale znaczących dla fabuły wydarzeń dziejących się w pierwszej połowie X wieku, było ważnym i decydującym o kierunkach jej dalszego rozwoju, początkiem wielu wątków, z których dwa były wiodące – dwie wyprawy wikingów ze skandynawskiej Birki. Obie zaznaczone na mapkach umieszczonych na wewnętrznych stronach okładek.

Jedna do Grenlandii pod wodzą Asgota z Krwawą Tarczą, landmana władającego wielkimi połaciami ziemi i stormana z północnej Szwecji, kuzyna samego Eryka Zwycięskiego, trzeciego w linii pretendentów do jego tronu. Druga do królestwa Leóna, w której władał protektor Aragonii , Nawarry i Katalonii Ramiro II. Pierwsza była ucieczką wikinga-renegata obciążonego klątwą Lokiego, który skierował miecz przeciwko własnym braciom, a zarazem pionierską w zakładaniu nowych osad na obcej ziemi. Druga wyprawą najemną szwedzkiego konunga Erika Zwycięskiego przeciwko maurom. W pierwszej bohaterem był syn Asgota z Czerwoną Tarczą, Oddi, , który bardziej kristmadzkiego papara przypomina, a nie wodza wikingów, jego iryjska matka tak napsuła mu w głowie, że częściej po pergamin i inkaust sięga niż po miecz i tarczę. W drugiej Eric Ericsson, syn Eryka Zwycięskiego, truhtina szwedzkiego i Sygrydy Storådy, córki konunga Wenedów Mieszka I i Siostry Bolesława Chrobrego. Obaj nastoletni o bardzo różnych osobowościach, z odmienną przeszłością i rysującą się przyszłością. Na Oddim ciążyła klątwa Jörmunganda, w której popadnięcie  świadkiem byłam w prologu i nienawiść ojca, uważającego go za bezwartościowego potomka. Przyczyna zdrady Asgota i sprawca przymusowej wyprawy. Z kolei Eric Ericsson był synem kochanym. Zwłaszcza przez matkę, dla której prowadził dziennik z wyprawy dyktowany paparowi, bo sam był niepiśmienny. Dzięki jego narracji pierwszoosobowej oglądałam rzeczywistość widzianą oczami dojrzewającego i buntującego się chłopca, który żył przygodą i nieznanym. Gotowym na wszystko, byle tylko być tam, gdzie najgoręcej, najniebezpieczniej, najciekawiej, a czasami najkrwawiej.

   Ta wielość bohaterów i wątków w pierwszej części cyklu była konieczna do ukazania przebogatej kultury i życia społecznego wikingów. Ich obyczajów, wierzeń, ubiorów, uzbrojenia, sposobów walki, polityki między jarlami i z obcymi. To był, pomimo jednorodności, bardzo zróżnicowany świat. Autor ukazał go bardzo mocno osadzonym w tradycji i mitologii, ale jednocześnie czerpiącym dla siebie, na własnych warunkach, to, co najkorzystniejsze  – złoto, niewolników i sojuszników. Tylko bogowie byli niezmienni. To przede wszystkim męski świat honoru, w którym kobiety były jednym z wielu elementów ich życia. Absurdalnie bardzo ważnym, ale mało cenionym. Rzeczywistość, którą wypełniały bitwy, walki i pojedynki na miecze i słowa o dumę, bogów, złoto, kobiety, ziemie, przywództwo i władzę. Bardzo dynamiczny wielością scen militarnych skąpanych we krwi, pocie i urynie. Autor wykorzystywał niektóre fakty historyczne, wokół których obudował fabułę. Opisy wzbogacił terminami skandynawskimi i mitologicznymi, które umieścił w słowniku na końcu książki, a dialogi „kwiecistymi” określeniami metaforycznymi, które pełniły rolę wyzwisk, przekleństw, sposobu okazywania skrajnych emocji lub dobrego humoru.

   Pierwsza część wprowadzająca w niebezpieczne przygody i  skomplikowane losy dwóch chłopców wśród twardych wojów, pozostawiła we mnie niedosyt. Ciekawą zapowiedź dalszego, które czekało na mnie w kolejnych częściach. Ich grafika okładkowa wprawiła mnie w zachwyt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wikingowie. Wilcze dziedzictwo [Radosław Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 03 maja 2018
Właśnie Izrael – Eli Barbur , Krzysztof Urbański

Właśnie Izrael: gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela – Eli Barbur , Krzysztof Urbański
Wydawnictwo Poradnia K , 2016 , 272 strony
Literatura polska

   Gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela.

   Ten podtytuł idealnie oddaje charakter tej publikacji. Gadany, bo w formie trochę wywiadu, trochę rozmowy, a trochę przyjacielskiej pogawędki między dwoma dziennikarzami bardzo dobrze znającymi realia zarówno izraelskie, jak i polskie. Eli Barbur to wnuk jednego z założycieli państwa Izrael. Krzysztof Urbański to Polak często bywający w Izraelu i gruntownie znający ten kraj – jak przeczytałam w krótkim biogramie na okładkowym skrzydełku. Obaj na tyle profesjonalni, z ogromną i szeroką wiedzą, by móc się nią wymieniać, uzupełniać, tu i ówdzie ubarwiać anegdotą lub ciekawostką i od czasu do czasu otwierać mi buzię z zadziwienia lub zaskoczenia. Dodatkowo licznie ilustrowaną zdjęciami.

  Bo co ja wiedziałam o współczesnym Izraelu?

  Jakieś strzępki informacji z doniesień mass mediów. Jakieś migawki zdjęć z ataków terrorystycznych. Trochę literatury o problemach współczesnych kobiet w Izraelu opisywanych przez Ornę Donath w Żałując macierzyństwa, a z drugiej o ciemnej stronie życia w Tel Awiwie z opowiadań pisarzy współczesnych Tel Awiw Noir. Gdzieś między nimi zaplątała się powieść o romantyku Benjamina Tammuza Minotaur. Tyle i mało, ale jak się później okazało, mało też literatury hebrajskiej, godnej uwagi, w Polsce się ukazuje. Lubianego i popularnego w Polsce Edgara Kereta, Eli Barbur do niej nie zaliczył. Jego pogląd na temat twórczości tego pisarza mnie obraził i zirytował, ale o tym na końcu. Chcę zachować chronologię rozmowy o bardzo skomplikowanych i trudnych sprawach, by nie zgubić się w natłoku ogromnej ilości wątków. Rozmowa zaczęła się od powstania państwa Izrael, poprzez jego zasiedlanie, rozbudowę, formowanie się rządu, a zakończyła na współczesności, która geograficznie, na dołączonej mapie, wygląda tak:

W tej historycznej pigułce dynamicznych zmian geograficznych, demograficznych, politycznych i gospodarczych pod wpływem kolejnych fal emigrantów z różnych stron świata, które zresztą trwają do dzisiaj, widziałam stale obecną nadzieję, ale i cechę, która nieustępliwie, a nawet krwawo, wyrąbywała Żydom swoje miejsce na Ziemi Świętej – skrajny upór. Eli Barbur potwierdził to w podsumowującym rozmowę zdaniu – ...tak naprawdę Izrael w dużym stopniu powstał z desperacji, szaleństwa, rozpaczy i niezwykłej determinacji garstki ludzi... Może dlatego, że doświadczyli makabrycznych skutków braku własnego państwa. Bezdomności narodu osamotnionego w świecie. Bezpaństwowości, a tym samym nieliczenia się i nieistnienia w świecie polityki, która skutkowała Holocaustem. Teza Henryka Schönkera zawarta w Dotknięciu anioła, której zaprzeczali historycy, dopóki nie pojawiły się dowody, zabrzmiała i tutaj. Została wyrzucona na margines, co autorzy czynili często, jeśli myśl była warta wyróżnienia.

Pamięć tragicznej przeszłości była  motorem walki, jaką toczyli od początku przybywający Żydzi. Ocaleńcy z Holokaustu, których rzucano na front niemal od razu po tym, jak schodzili ze statków. Teraźniejszość tę gotowość stale podtrzymuje w kolejnych intifadach, wojnach, kryzysach i zamachach bombowych. Izrael jawił mi się pełnym sprzeczności. Wypełniony żołnierzami,

zasiekami i murami,

zdawałoby się niemożliwym do normalnego życia, które jednak toczyło się.

W atmosferze stanu wojennego żyje prawie dziewięć milionów Żydów pochodzących ze stu i jeden narodów, jak sami o sobie mówią. W kraju, w którym religia ma ogromne, wręcz decydujące znaczenie, w którym rabini nie pozwolili na uchwalenie konstytucji, a jednocześnie małżeństwa homoseksualne są w nim legalne, a geje i lesbijki mogą adoptować dzieci. To jedno z wielu zaskoczeń.

   A było ich dużo więcej!

   Mnie najbardziej zaciekawiły rozmowy o kulturze, a szczególnie o literaturze. O tym, co Izraelczycy czytają i co piszą. Niewiele mam ich przeczytanych, z których okazało się, że Edgar Keret jest najmniej godnym uwagi. Dobrze byłoby, gdyby autor na tej opinii zakończył wypowiedź. Jednak nie! Konsekwentnie rozwinął temat, mówiąc – Moim zdaniem jego opowiadania to najwyżej skecze dla niezbyt sprawnych myślowo małolatów. Ha! Kolejne zaskoczenie z cyklu – rozdziaw buzię i tak trzymaj! Na szczęście polski dziennikarz stanął w jego obronie, bo przecież ja nie mogłam, chociaż bardzo chciałam, ale ta uwaga ostatecznie okazała się cenną. Podsunęła mi myśl, którą kieruję do polskich wydawców – proszę skorzystać z sugestii nazwisk pisarzy Eliego Barbury, których twórczość warto podsunąć polskim czytelnikom – Noemi Regen, Jochi Brandes, Orly Cestel-Bloom, Anat Einhar, Sami Berdugo czy Ilai Rowner. Bardzo chciałabym, aby wydawnictwa wzięły je pod uwagę w swoich planach wydawniczych ku lepszemu zrozumieniu siebie nawzajem Polaków i Żydów. Zwłaszcza teraz, kiedy neofaszyzm podnosi łeb.

   Bardzo proszę o to.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Właśnie Izrael. „Gadany” przewodnik po historii i teraźniejszości Izraela [Eli Barbur, Krzysztof Urbański]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Wiedzę z książki uzupełniłam filmem.

środa, 02 maja 2018
Dotknięcie anioła – Henryk Schönker

Dotknięcie anioła – Henryk Schönker
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 440 stron , wydanie 5
Seria Żydzi Polscy
Literatura  polska

   Kolejne świadectwo ocalenia z Holocaustu.

   Cudowne – tak twierdzi autor. Że gdyby nie dobrzy ludzie na jego drodze, niewytłumaczalne zdarzenia, przychylne postawy przypadkowych świadków, nie byłoby ani jego, ani jego rodziców i siostry. Uważał, że przez cały okres okupacji, czuwała nad nim Opatrzność. Że jego ocalenie było dotknięciem anioła. Był pewien, że przynajmniej jednego w ludzkim ciele spotkał na swojej drodze i było to spotkanie rzeczywiście niesamowite i niewytłumaczalne.

   Początkowo myślałam, że ma na myśli zbiegi okoliczności, ale w miarę czytania zrozumiałam, że miał wiele racji w swoich przekonaniach. To, o czym z takim przejęciem opowiadał, nasuwało jeden wniosek – faktycznie to było cudowne ocalenie. Owszem, z jednej strony zawdzięczał to ojcu, który posiadał niezwykłą umiejętność przetrwania. Mieszała się w nim intuicyjna dusza artysty i praktyczny umysł przedsiębiorcy. Kalkulował logicznie i słuchał instynktu. Te cechy okazały się niezbędne w czasie okupacji niemieckiej, kiedy ich los zamożnych ludzi zamienił się w zaszczute, uciekające, bezbronne, samotne zwierzęta.

   Tym bardziej jako rodzina. Nie w okupowanej Polsce z eksterminacyjną polityką wobec Żydów. A mimo to ich wędrówka od rodzinnego Oświęcimia, w którym ojciec autora był szanowanym i poważanym właścicielem fabryki nawozów sztucznych przez Kraków, Wieliczkę, getto w Tarnowie i Bochni, obóz koncentracyjny w Bergen-Belsen, Trōbitz i ponownie do Oświęcimia, była pod specjalną ochroną. Być może ten ciąg małych cudów ratujących ich od śmierci w beznadziejnych sytuacjach, pułapkach bez wyjścia, rozpoczął cud jego narodzin. Właściwie miałem umrzeć, zanim się narodziłem – tym wstrząsającym wyznaniem rozpoczął autor opowieść o sobie. Jego mama po pierwszym porodzie kalekiego syna, nie chciała mieć więcej dzieci. Jednak, jakimś cudem, nie zorientowała się, że jest w ciąży. Jak to możliwe? Zdarza się, więc przytrafiło się również autorowi.   

   Miał widocznie żyć.

   A może jego ocalenie wyprosił rabin-cudotwórca? Rodzina autora jako jedyna została pobłogosławiona spośród żegnającego go tłumu słowami – Życzę ci, abyście ty, twoja żona i twoje dzieci zostali przy życiu i aby udało się wam szczęśliwie przejść przez wojnę.  Nie wiadomo czy miało to wpływ. Można gdybać. Można i w ten sposób szukać uzasadnienia tego ocalenia. Jeśli jednak dobrze wsłuchać się w opowieść autora o tułaczce, głodzie, wszach, chorobach, poniżeniu, wszechobecnej i powszechnej śmierci, okrucieństwie, to można pośród tego morza nienawiści i łez postrzegać dobre uczynki, gesty, słowa, sploty okoliczności jako małe cuda ratujące życie. Ale można również nie móc wytłumaczyć racjonalnie poczucia obecności fizycznej siły zmuszającej do mówienia wbrew swoim myślom, do czynów ponad siły lub jej paraliżującej mocy unieruchamiającej ręce i nogi w obliczu skrajnego niebezpieczeństwa. Jak to wytłumaczyć, skoro autor sam do dzisiaj nie jest w stanie tego pojąć? Słowo cud samo cisnęło się na usta. Miałam wrażenie, że ta opowieść, w jakimś sensie, posiadała wymiar metafizyczny.

   Stałej obecności czegoś, co czuło się pozazmysłowo.

   Na pewno był wybrany. Tylko do czego? Chociażby po to, by spisać swoje wspomnienia jako świadka Holocaustu. Uczynił to dopiero po ponad sześćdziesięciu latach pod wpływem namowy Haliny Zawadzkiej, autorki Ucieczki z getta. Ta pozycja to już jej piąte wydanie. Pierwsze wzbudziło kontrowersje i niedowierzanie wśród historyków. Nie ze względu na wyjątkowe losy osobiste jego i jego rodziny, ale z powodu zupełnie nowej informacji w nich zawartej, dotychczas nieznanej historykom. Autor twierdził, że Oświęcim mógł stać się symbolem ocalenia Żydów, a nie miejscem ich zagłady. Opisał powstanie w Oświęcimiu Biura Emigracji do Palestyny dla wszystkich Żydów chcących opuścić okupowaną Polskę. W celu omówienia szczegółów, delegacja Żydów, wśród których znalazł się ojciec autora, udała się do Berlina na rozmowy z kierownikiem Referatu Żydowskiego Adolfem Eichmannem. Niemcom zależało, aby jak największa liczba Żydów wyjechała z Polski. Chcieli wręcz pozbyć się Żydów. Tylko że świat ich nie chciał. Dla Niemców był to swoisty test na dowolność rozporządzania ich dalszymi losami i gwarancją, że nikt się za nimi nie wstawi, gdy zaczną ich mordować. Dokładnie tak się stało.

   ŻYDZI W POLSCE ZOSTALI SAMI. – dużymi literami podkreślił ten fakt autor.

   Tym samym obciążył moralnie nie tylko sprawców Holocaustu, ale również cały świat. W pierwszych wydaniach książki nie miał na te „rewelacje” dowodów. Stały się one uznanym faktem w trzecim wydaniu, dzięki badaniom dr. Artura Szyndlera, który znalazł dwa dokumenty je potwierdzające, a których oryginały znajdują się w nowojorskim archiwum American Jewish Joint Distribution Committee. Oba zostały umieszczone w aneksie na końcu książki. Te dokumenty potwierdzające prawdziwość opowieści autora totalnie zmieniają spojrzenie na przyczyny Holocaustu i odpowiadają na stale zadawane pytanie – dlaczego zagłada Żydów była możliwa?

   Nie była to jednak opowieść o złych Niemcach i dobrych Żydach.

   Autor nie dzielił ludzi ze względu na narodowość. Podzielił ich na dobrych i złych, gdzie Niemiec ratował Żyda, Żyd pomagał Niemce, a Polak Żydowi. Wszystko rozgrywało się w świecie emocji bardzo wrażliwego dziecka, które w momencie wybuchu wojny miało osiem lat. Uczuć skrajnych, zmuszających mnie do przerywania lektury. I nie akty nieludzkiej agresji to sprawiały, ale szlachetne postawy osób, które na czarnym tle nienawiści wzruszały do łez przejawem dobroci. Dotknięciem anioła, jak określał to autor. To był ten wymiar duchowy wspomnień. Kiedy spoglądałam całościowo na los bohatera, niezwykle dojrzałego dziecka, widziałam wyraźnie, że nic w nim nie było przypadkowe. Wszystko miało swój sens i cel. Każdy człowiek i dobry, i zły , każdy czyn i dobry, i zły, słowo, gest i każde wydarzenie radosne i tragiczne służyło jednemu - ocaleniu. Ten wymiar duchowy w skrajnych warunkach egzystencji można przełożyć na każde życie. Również na nasze współczesne w warunkach pokojowych. Wszystko dzieje się podobnie, chociaż czasami zadajemy sobie pytanie - dlaczego to mnie spotyka lub mnie się przydarza? Patrząc na cierpienia dziecka wojny można powiedzieć, że służyło to ocaleniu. Patrząc na losy dzieci pokoju można powiedzieć, że zdaniu egzaminu z życia, by ocalić naszą duchowość. Nasze człowieczeństwo. Po to ocalał, by nam to pokazać.

   Do takich refleksji metafizycznych zmuszają życie autora i jego wspomnienia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dotknięcie anioła [Henryk Schonker]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Na podstawie wspomnień powstał fabularyzowany dokument pod tym samym tytułem Dotknięcie anioła, do którego obejrzenia namawiam.

wtorek, 01 maja 2018
Ostatni zlot aniołów - Marian Pankowski

Ostatni zlot aniołów: z rękopisów sylwy Mariana Pankowskiego sześć rozmaitych dni wybrał Piotr Marecki, edytor Kraków, 9 listopada 2050 r. – Marian Pankowski
Ilustrował Jakub Julian Ziółkowski
Wydawnictwo Krytyki Politycznej , 2007 ,  72 strony
Literatura polska

   Cieniutka książka o „grubej” treści!

   Zawierała w sobie zaledwie sześć zapisów. Pierwszy pochodził z 22 grudnia 2006 roku, a datowany jako ostatni z 21 kwietnia 2040 roku. Redaktor do edycji w 2050 roku wybrał je z sylwy Mariana Pankowskiego, jak sugeruje podtytuł książki. Autor sylwy, bohater jej fragmentów a zarazem narrator, opisał w tym swoistym diariuszu niezwykłe wydarzenie – Zlot Liszniański. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie to, że jego uczestnikami były Anioły, a on ich gościem oprowadzanym po... dolinie Liszny co aż do Sanu biegła, a w niej, w tej dzieży telurycznej zastępy Aniołów, skrzydlatych i nieskrzydlatych w nieustannym ruchu.

   Jakże podobnych do ludzi!

   Całkiem po ludzku też się zachowujących. Chodzących w dżinsach

i urządzających pokaz mody metafizycznej. Organizujących konkursy literackie nie dla bab i turnieje na fraszkę ero-skatologiczną. Rozważających problemy i dylematy jako żywo zaczerpnięte z tych ziemskich, nierozwiązanych i nadal kontynuowanych, bo, w którego z Bogów my, Anioły, mamy wierzyć? W tego „milionowego”, z wieżą Babel kneblującą świętą łacinę, czy... ja wam powiem... w tego, do którego po żmudnych kalwariach droga, i którego imię Golgota! Dzielących się na WiedzakówWierzaków pod względem światopoglądowym, a pod względem płci u jednych były dziurawości, a u drugich dyndajności. Z których część podlegała próbnemu okresowi upadłości, bo pełnych jeszcze ziemskości w pogłębianiu prawdy. To, co widział bohater, miało mu wystarczyć po powrocie do rozmyślań do końca swojej drogi po Ziemi. Swoje filozoficzne rozważania podsumowujące wizytę umieścił w ostatnim tekście niedatowanym, zawierając w nim wnioski. Najważniejszym z nich było prawo człowieka do wiary i wątpienia w myśl zasady – Ufaj... i wątp! I znowu ufaj! Idea myśli wątpiącej mała obalać piramidę tradycyjnych pewności, czyli podkopywać ład, bo w nim rej wodzą pochlebcy!

   Szerzeniu tej idei ma służyć ta powieść postsekularna.

   Pierwsza polska, jak przeczytałam w okładkowym blurbie. Pomysł tematyki powieści podsunął autorowi album z aniołami oglądany w polskim konsulacie w Wiedniu, o czym wspomina w poniższym, krótkim wywiadzie.

   Autor, zgodnie z założeniami powieści postsekularnej, sprofanował w niej sacrum, wprowadzając do fabuły obrazoburczy komizm, groteskę, a nawet wulgarność, którą szczególnie było widać w przaśności konkursowych strof układanych przez Anioły:

Srała baba w garczek,

aż po lesie grzmiało!

Zatykała palcem dupę,

żeby nie śmierdziało!

Rzeczywistość zaświatów była lustrzanym odbiciem realiów ziemskich, a u jego podstaw ideologicznych leżały wartości świeckie. W przemowach postaci wykorzystał religijne interteksty biblijne, ukazując inną ich interpretację, redefiniując przy okazji dotychczasowe, tradycyjne pojęcia. Poddawał je w wątpliwość i pod dyskusję. Estetykę wzniosłości brukał śmiałymi dialogami, oskarżeniami, kłótniami i mityngami, w których Anioły ulegały człowieczym emocjom, dając upust w dosadnym słownictwie – Chuja prawda! i używając ich, jako argumentu w sporze o intencjonalność Wszechmogącego. Moc obrazoburczego tekstu dopełniały podkreślające to ilustracje Aniołów w stringach i z rogami.

   A wszystko to przesiąknięte osobistymi wątkami autobiograficznymi.

   Jako poeta, autor nie miał problemu z tekstami poetyckimi stworzonymi na potrzeby powieści. W opisach prozatorskich musiał wręcz ograniczać swoją Muzę Euterpe, by widziany San jako białe porohy wód zniewolonych, wód na sztorc, dwakroć przeczących swej naturze, stał się, innymi, potocznymi słowy ujęty, po prostu zwykłym zatorem na rzece. Lubiłam te wewnętrzne spory, który tekst miał wieść prym i która Muza miała mu przewodzić w danej chwili. Od czasu do czasu, ciemną smugą, wkradała się w niego mroczna przeszłość obozowa. Autor był więźniem niemieckich obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, Gross Rosen i Bergen-Belsen. Pamięć koszmaru przeżyć ujawniał w używanych pojęciach – komanda Aniołów, obóz, po którym się przemieszczali i dym rozwiany po Żydach, których też już nie ma. Całą filozofię powieści autor zawarł w ostatnim zdaniu – Podskórna, w żyznym rozkładzie grzybnia byłego, co czeka, czyha, gotowa melodramatyczną liryką zbanalizować mi czas obecny, kiedy ja gram w klasy, kiedy rzucam biały kamyk przed siebie na drogę, na której niebo i piekło pierworodnie bliźniacze. Cały światopogląd autora w sylwie, powieści postsekularnej, fantastycznej i tym jednym zdaniu, ujęte! Podobno po umiejętności zawierania skomplikowanych i trudnych myśli w krótkich formach poznaje się mistrza.

   Tego autora na pewno to dotyczy.

   Doceniło to jury Nagrody Literackiej Gdynia 2008, czyniąc powieść laureatką w kategorii proza.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018
Egomaniac – Vi Keeland

Egomaniac - Vi Keeland
Przełożyła Sylwia Chojnacka
Wydawnictwo Kobiece , 2018 ,  392 strony
Literatura amerykańska


   Romans romansowi nie jest równy!

   Ten zdecydowanie należy do literatury erotycznej z górnej półki. Ma w sobie wszystko to, co dobra opowieść powinna mieć czyli wyrazistych bohaterów, dynamiczną fabułę i pochłaniające uwagę wątki. Także to, co erotyk powinien zawierać obowiązkowo czyli wolno narastającą fascynację między bohaterami oraz wyważoną ilość śmiałych scen seksu. W tym zakresie w pełni spełniał swoją funkcję rozrywkową. Oprócz niej, wbrew opinii wielu czytelników, posiadał również bardzo ważne przesłanie, które zdecydowanie uczyło, podnosząc jego wartość w mojej ocenie, ale o tym na końcu.

   Historia zaczęła się nietypowo!

   Do biura adwokackiego, którego właścicielem był Drew, „włamała się” Emerie. Przynajmniej tak to odebrał na początku Drew, który właśnie wrócił po urlopie do pracy. Zastał w nim obcą kobietę, która próbowała urządzić w nim swój gabinet psychologiczny, uznając go za „włamywacza”. Starcie dwóch, silnych osobowości nie zapowiadało szczęśliwego zakończenia. Nie zapowiadało w ogóle niczego dobrego.

   Byli swoimi skrajnymi przeciwieństwami.

   On specjalista od rozwodów. Realista patrzący na świat z dużą dawką ironii i boleśnie raniącego cynizmu. Zatwardziały przeciwnik związków, które, według niego, trwały tylko do pierwszej zdrady. Fan pracy, seksu i Nationale Geographic. Dupek często zmieniający kobiety – według Emerie.

   Ona specjalistka od ratowania rozpadających się małżeństw. Romantycznie zakochana w swoim profesorze, za którym przyjechała do Nowego Jorku aż z Oklahomy. Idealistka wierząca w miłość, małżeństwo, a nawet związek na odległość. Wrzód na dupie o ciętym języku – według Drew.

   Czas jednak działał na ich korzyść!

   Przebywanie w jednym pomieszczeniu przez większość dnia skazywało ich na siebie, zmuszając do konfrontacji postaw i poglądów, w trakcie których oboje zauważali, że on ma zmysłowe usta i idealną sylwetkę, a ona seksowny tyłek i równie całą resztę. Iskry, które zaczęły się sypać kaskadami z ciętych, inteligentnych i pełnych ironicznego humoru dialogów toczonych między nimi niczym bitwy na słowa, rozpalały nie tylko uczucia pary, nie tylko podnosiły temperaturę emocji, ale i dynamikę zdarzeń. Obok naprzemiennej narracji w pierwszej osobie, pozwalającej na poznawanie oficjalnych i ukrytych myśli obojga, były głównym motorem rozwijającej się akcji w pierwszej części powieści. W części drugiej zrobiło się poważniej, bo temperaturę uczuć skutecznie zaczęły schładzać osoby trzecie, jeszcze bardziej komplikując i tak już bardzo zawikłane i pogmatwane relacje między Drew i Emerie. Błędy i złe decyzje podjęte w przeszłości zaczęły burzyć z takim trudem budowany związek. Autorka tak poprowadziła zachowania swoich bohaterów, by pokazać, że związek to nie tylko seks, którego było sporo w pierwszej części jako następstwo pożądania. To również ciężka praca na sobą, by zauroczenie rozwinęło się w miłość, w której seks nie jest podstawą, ale jednym z jej elementów, obok których pojawia się wiele innych, niezbędnych do stworzenia silnego, mocnego związku. Dużą rolę w tym procesie odegrała zawodowa wiedza Emerie, która w życiu kierowała się zasadą – Postępuj zgodnie z tym, co wyznajesz. Mów o swoich emocjach. Dziel się szczerze swoimi problemami i wątpliwościami. Wypowiadaj swoje myśli. Opisuj uczucia. To podstawa. To klucz do każdego, dobrego, udanego związku, w którym nie będzie łączył tylko seks. Zresztą szybko nudzący się bez tej ważnej oprawy. Bo tak naprawdę egomaniacy to być może (jeśli wykluczyć powody psychiczne) tylko nieufni, zrezygnowani, skrzywdzeni mężczyźni, schowani za grubym murem broniącego ich dystansu, cynizmu i seksu. A najfajniejsze jest, że to działa w obie strony.

   Egomaniaczki są wśród nas również!

   I jeszcze jedno!

   Jeśli usłyszycie, że to lekka i przyjemna lektura na plażę, to polećcie przeczytać tę powieść jeszcze raz ze zrozumieniem!  

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Egomaniac [Vi Keeland]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zwiastun książki dla niezdecydowanych.

niedziela, 29 kwietnia 2018
Mali bogowie – Paweł Reszka

Mali bogowie: o znieczulicy polskich lekarzy – Paweł Reszka
Wydawnictwo Czerwone i Czarne , 2017 , 294 strony
Literatura polska

   PSYCHIATRA: Macie do nas, lekarzy, pretensje, że jesteśmy tacy, owacy, że nie potrafimy leczyć. No to opowiem panu, jak to wygląda z mojej perspektywy.

   Rozmówca autora a zarazem dziennikarza nie był jedynym, który udzielił mu wywiadu. Autor zapisał ich dziesiątki. Z lekarzami różnych specjalizacji, rezydentami, stażystami, studentami medycyny, pracownicą związku zawodowego w ochronie zdrowia, członkiem władz Okręgowej Izby Lekarskiej, urzędnikiem Ministerstwa Zdrowia, byłym urzędnikiem Narodowego Funduszu Zdrowia. Ludźmi o różnym stażu pracy, dorobku zawodowym, działalności społecznej, z dużych szpitali i małych przychodni miast i wsi. Nie opowiadali o swoich sukcesach i osiągnięciach, bo nie o tę tematykę chodziło autorowi. Mówili przede wszystkim o rozpływających się marzeniach, o brutalnym zderzeniu się z systemem, który zmienił ich myślenie, nastawienie i postępowanie wobec swoich planów, zawodu, pracy i ostatecznie pacjenta, o trudnościach uniemożliwiających traktowanie leczonych jak podmiotu, o problemach finansowych i sposobach obejścia ich kosztem pacjenta i kosztem rozwoju zawodowego oraz własnego zdrowia, o hierarchii w środowisku lekarskim i jego hermetyczności o podłożu lobbystycznym, o rozdźwięku pokoleniowym, egocentryzmie interesów starszych lekarzy, o ponoszonych skutkach psychicznych tych, którzy nie mogli odnaleźć się w bezdusznym dla nich środowisku.

   W systemie bezwzględnym zarówno dla lekarzy, jak i pacjentów.

   Autor, rozmawiając z ludźmi związanymi ze środowiskiem medycznym, chciał dowiedzieć się dlaczego system ochrony zdrowia jest tak bezwzględny. Pacjentom każe odbijać się o mur obojętności, leżeć na korytarzach, godzinami czekać na szpitalnym oddziale ratunkowym na podstawową pomoc. Tutaj każdy czytelnik mógłby z łatwością nadal wymieniać z własnego doświadczenia kolejne pytania. Moje brzmi – dlaczego płacąc składki zdrowotne, muszę korzystać z prywatnych usług medycznych? Muszę, bo nie mam wyboru. Autor chciał zobaczyć działanie tego system od wewnątrz. Przekonać się osobiście, jak działa w praktyce. Dlatego zatrudnił się w szpitalu, obierając za miejsce obserwacji najniższy szczebel w drabinie hierarchii medycznej – sanitariusza. Przy okazji chciał przekonać się, po jakim czasie pojawią się pierwsze oznaki bezduszności wobec pacjentów. Eksperyment zabijania w nim empatii zakończył się szybkim „sukcesem”, o którym napisał – Wystarczyło ledwie kilka dyżurów, żebym zachował się w sposób, którego nie rozumiem i do dziś się wstydzę. Szybko też został zwolniony z pracy, bo dyrektor szpitala zorientowała się, że jest dziennikarzem. Z tego krótkiego „stażu” powstał Dziennik sanitariusza, którym naprzemiennie uzupełnił wywiady. Oprócz tego w swoim reportażu uczestniczącym umieścił również fragmenty Przysięgi Hipokratesa, Przyrzeczenia Lekarskiego, sprawozdania Rzecznika Praw Pacjenta z 2015 roku, informacji o kolejkach Narodowego Funduszu Zdrowia i innych okołomedycznych dokumentów. Te migawki zebrane w całość stworzyły obraz bezdusznego systemu ze zdystansowanymi lekarzami, którzy leczą na tyle, na ile on im pozwala.

   To fotograficzne odbicie rzeczywistości.

   Bez oceny i komentarzy ze strony autora. Mogłam sama przyjrzeć się faktom. Zobaczyć jak jest, a jak być powinno. Zaobserwować efekt kuli śnieżnej w procedurach medycznych i ochronie zdrowia. Prześledzić proces zmiany postawy lekarzy od pozytywnej do przystosowawczej i znieczulonej, a przede wszystkim zobaczyć ochronę zdrowia, przychodnie, szpital, wizytę lekarską z drugiej strony łóżka, kozetki, fotela i biurka.

   Poznać racje leczących.

   Usłyszeć ich głos. Ujrzeć i zrozumieć przyczyny fatalnego funkcjonowania opieki medycznej. I najważniejsze – wyciągnąć wnioski dla siebie jako pacjentki. Nie narzekać, nie przyjmować postawy roszczeniowej, mocno ograniczyć zaufanie, a już na pewno nie wylewać frustracji na lekarzy i pielęgniarki, tylko być świadomą i operatywną pacjentką. W tym systemie tylko tacy mają szansę na uzyskanie tego, do czego mają prawo. Trzeba tylko je znać. W tym kontekście nie jest to optymistyczny reportaż dla pacjenta. Wyraźnie mówi, że pacjent musi być menadżerem dla siebie samego, który zna mechanizmy systemu przeliczającego wszystko na pieniądze. Reportaż wyraźnie wskazuje, że dzisiejsza medycyna to biznes, lekarze to roboty, a pacjenci to rzeczy do naprawy. Jedyną osobą, która się nami przejmie w trakcie leczenia, jesteśmy my sami.

   Tak to wygląda z drugiej strony.

   Przerażająco, a lekarze są najmniej winni tego stanu rzeczy, chociaż to na nich w dużej mierze skupia się niezadowolenie społeczne. Zresztą autor w reportażu nie szukał winnych.

Uczynił to jednak w wywiadzie dla #dzieńdobryWP.

   Warto posłuchać.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Mali bogowie [Paweł Reszka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 28 kwietnia 2018
Detoks – Krzysztof Domaradzki

Detoks – Krzysztof Domaradzki
Wydawnictwo Czarna Owca , 2018 , 528 stron
Cykl z komisarzem Tomaszem Kawęckim , tom 1
Literatura  polska

   Łódź to kryminalny ekosystem.

   Taki wniosek można wysnuć, czytając ten kryminał. Kto Łodzi nie zna tak, jak ja, może tak pomyśleć. Kto Łódź zna i się oburzy, to znaczy, że jej tak naprawdę nie znał. Nie widział lub nie zauważał jej ciemnej strony pełnej potworów, zboczeńców, bestii, psychopatów i ludzi próbujących ich unieszkodliwić, złapać czy ubiec. Pod względem fizycznym nie różniących się od tych pierwszych.

   Nic w tym ekosystemie nie było zdrowe, proste i ładne.

   Jeśli była zbrodnia to z tych najgorszych, najbardziej podłych i wyjątkowych w swoim zboczeniu. Tutaj nie zabijało się „normalnie” i w afekcie. Tutaj skrupulatnie planowało się spektakl zabijania siekierą, rozrąbując ciało na kawałki, uprzednio je zgwałciwszy. Niekoniecznie przez człowieka. W takim miejscu również seks musiał odbiegać daleko od normy. Śledczy, przydzielony do rozwiązania sprawy, również. Komisarz Tomasz Kawęcki spełniał wszystkie kryteria żula. Był alkoholikiem traktującym siebie i innych jak gówno. Robiącym wszystko, żeby nie dało się go polubić. Workiem kości jako efektu przepijania czasu, który mógłby poświęcić na jedzenie. Wyrzygiwania resztek zalegającego w żołądku pokarmu. Kaca, który odbierał ochotę do życia, a tym bardziej do konsumowania czegokolwiek. I samotności. Kontrowersyjnym, upierdliwym wrzodem na dupie dla kolegów, ale również dla przestępców. Trzymano go tylko dlatego, że był świetnym śledczym. Mniejsza z tym, że dar bardzo wysokiej inteligencji i fenomenalnej pamięci pochodził z autyzmu albo introwertyzmu. Nieważne. Ważne, że był skuteczny.

   Niestety, również toksyczny.

   Moja nadzieja, że przydzielona mu do śledztwa partnerka, policjantka Magda Giętka, wprowadzi swoją zdrową postawą moralną i radością młodości trochę uśmiechu w ten ponury świat, że zacznie pozytywnie wpływać na komisarza Kawęckiego, bardzo szybko runęła. Nie miała szans z jeszcze jedną jego cechą – wysysał z ludzi całą energię. Kilkaset stron dalej Magda marzyła już tylko o jednym – żeby cały świat się od niej odpieprzył. Detoks Kawęckiego na czas śledztwa niczego nie ułatwiał. Wręcz pogarszał, bo nie ma niczego gorszego niż śledczy na odwyku. Pod koniec  wydarzeń balansujących na granicy życia i śmierci bohaterów, jego wygląd zewnętrzny był jeszcze gorszy niż na początku.

   Destrukcja totalna.

   Ten proces degradacji fizycznej i psychicznej dotyczył wszystkich bohaterów. Otaczał mnie tłum ludzi pokręconych, poharatanych, zdruzgotanych i potrzaskanych przez życie, w którym uzależnienie od używek, seksu, władzy, idei i pieniędzy wyznaczało normy i czas przeżycia. W świecie, w którym panował mrok, bez nadziei na odrobinę światła, bolało mnie wszystko.

   Czasami dosłownie.

   Łódź była stale zapłakanym deszczem miastem o ciemnych zaułkach, niebezpiecznych dzielnicach i podejrzanych kompleksach parkowo-leśnych, w których mogło zdarzyć się wszystko, co chory umysł mógł wymyślić. Miastem umierającym z upływu ludzi niewidzących w nim perspektyw dla siebie. Za to pełnym przygarbionych żuli wałęsających się pomiędzy śmietnikami, dziwek łapiących ostatnie zlecenia, par tulących się na zimnie i ludzi snujących się bez celu. Miejscem, w którym potencjalna przyszłość  – młodzież – z góry była skazana na powolną degradację, kiedy chude ciała zamienią się w blade szkielety poukrywane pod podartymi dresami, kiedy łyse głowy będą bały się wychylić spod kaptura, kiedy nogi zaczną odmawiać posłuszeństwa, a mózg zastąpi nasiąknięta gorzałą papka. Te ludzkie widma poruszały się w gąszczu negatywnych, ciężkich do udźwignięcia emocji. Gęstniejącym ze strony na stronę wraz z nagłymi zwrotami akcji i nowymi wątkami. W poczuciu stale czyhającego niebezpieczeństwa ze strony mordercy wymykającego się zaszufladkowaniu. O cechach charakterystycznych, ale jednocześnie mogących należeć do każdego. Umykającego dedukcji w świecie tak dwuznacznym, że bardzo łatwo mogłam pomylić kloszarda z policjantem, kryminalistę z uczciwym, a ofiarę z katem. Na tym tle, szybko doszłam do wniosku, że w tej dżungli drogę do przestępcy mógł odnaleźć tylko komisarz Kawęcki, który nie miał nic do stracenia. Nawet życia, którego nie cenił, a jedynym pięknym elementem tego mrocznego obrazu było młode ciało ładnej ofiary. Absurdalnie, groteskowo i turpistycznie.

   Perwersyjnie piękny kryminał!

   Zdania pisane kursywą cą cytatami pochodzącymi z książki.

Detoks [Krzysztof Domaradzki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1074 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi