Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 02 kwietnia 2017
Władimir Putin – Arleta Bojke



Władimir Putin: wywiad, którego nie było – Arleta Bojke
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 270 stron + 28 stron zdjęć
Literatura polska


Arleta Bojke!

To imię, nazwisko i twarz zna każdy, kto śledzi programy informacyjne. Szybkie, rzeczowe, logiczne i spójne komentarze z Rosji, tłumaczące rzeczywistość i mentalność naszych wschodnich sąsiadów, to jej specjalność i wizytówka. Klasę dobrego dziennikarza pokazała na Krymie i w Donbasie, gdzie w kamizelce i hełmie, jak po starszym bracie, szła do żołnierzy ukraińskich i separatystów po informacje, nie zważając na ostrzał i wymierzone w nią lufy karabinów.
Krucha dziewczyna z sercem pitbulla do walki o informację.
Po to, abym mogła wieczorem, włączając telewizyjną dawkę informacji, zobaczyć prosto z wozu transmisyjnego jej wejście na żywo i posłuchać, co dzieje się za wschodnią granicą.
Dziennikarce tej formy przekazu było mało.
Jak sama napisała – W przypadku dziennikarza telewizyjnego wiele rzeczy zostaje poza kadrem. Zwłaszcza wypowiedzi osób komentujących relacjonowane wydarzenia. To jeden z dwóch powodów powstania tego zbioru reportaży. Faktycznie jest w nim mnóstwo kontekstów i wątków poszerzających oglądany dotychczas wąski kadr okienka telewizyjnego. Komentarzy oddających nastrój ludzi z każdej strony konfliktu. Obiektywnego obrazu ukazującego nastawienie ludzi do aktualnych problemów Rosji i Ukrainy, walk na Krymie i w Donbasie, które z jednej strony wiele mi wyjaśniły, a z drugiej doprowadziły mnie do jednego wniosku – to, co dzieje się na Krymie, to bardzo skomplikowany problem, w który włączona jest Moskwa, duchowni prawosławni, Czeczeni, Tatarzy krymscy, Rosjanie, Ukraińcy oraz trudna historia tych ziem. Autorka, chcąc dobrze pokazać złożoność tego problemu, przyjęła formę reportaży, będącymi jednocześnie odpowiedziami na zadawane pytanie w postaci podtytułów, Władimirowi Putinowi. Dołączyła do nich również kilkanaście stron zdjęć z opisywanych miejsc.

Razem tworzyły quasi-wywiad.
Jak precyzuje podtytuł książki – wywiad, którego nie było. I prawdopodobnie długo jeszcze może nie być z jakimkolwiek polskim dziennikarzem. Udało to się tylko raz Adamowi Michnikowi z Gazety Wyborczej w 2002 roku. Dlaczego tak jest, odpowiada autorka we wstępie – Do rosyjskiego prezydenta zwracałam się z prośbą o wywiad wiele razy. Większość z tych próśb pozostała bez odpowiedzi. Na niektóre pisma służba prasowa Kremla zareagowała, ale informacja zawsze była taka sama: prezydent nie znajdzie czasu. Nie czekając więc ani na to, aż doradcy rosyjskiego prezydenta uznają, że warto Polsce poświęcić czas, ani na oficjalną wizytę Władimira Putina w naszym kraju (...) postanowiłam hipotetyczne pytania do rosyjskiego przywódcy potraktować jako pretekst do analizy zarówno celów, które być może zamierza osiągnąć, jak i sytuacji, którą stworzył na Ukrainie i w Syrii, jego postrzegania w świecie oraz tego, co może się jeszcze wydarzyć.
Brak nadziei na taki wywiad to drugi powód powstania tej książki.
Dziesięć złożonych pytań, jakie autorka zadała, nie do końca jednak pozostały bez odpowiedzi ze strony Władimira Putina. Na część z nich odpowiedział pośrednio podczas konferencji prasowych z dziennikarzami. Głównie zagranicznymi. Często bez polskiego udziału. Reportaże były tak ułożone, abym mogła najpierw zobaczyć problem aneksji Krymu, jego podłoże polityczno-historyczne, racje każdej ze stron konfliktu, przeanalizować przyczyny i skutki, stanowisko Zachodu, ale przede wszystkim dostrzec polityczne mistrzostwo świata Władimira Putina, którego osobie poświęciła jeden reportaż - Car. To po nim mogłam sobie odpowiedzieć na pytanie o fenomen popularności przywódcy Rosji wśród jego obywateli. Zwłaszcza na prowincji. Chociaż, sądząc po ostatnich doniesieniach o zamieszkach w Moskwie, zaczynającym lekko słabnąć. Przynajmniej w stolicy.
Jest jednak w tych reportażach coś, co bardzo mnie ujęło.
Coś, z czym borykałam się w czasach komuny, kiedy nie wolno było lubić Rosjan, a ja byłam rusofilką. Autorka rozgrzeszyła mnie z tej niepoprawności politycznej. Ukazała Rosję złożoną. Tę polityczną i tę, która fascynuje (myślę, że nie tylko mnie) od zawsze – zwykłych ludzi. Jestem jej wdzięczna za przedostatni reportaż Moja Rosja, w którym nie było wojny, polityki i nienawiści, a była ta Rosja, która da się lubić, a nawet ta, której nie da się nie lubić. Rosja przyzwoitych, zwykłych ludzi i ludzi ze stowarzyszenia Memoriał, którzy szukają prawdy o zbrodniach Stalina wbrew oficjalnej polityce Kremla, dlatego, że wierzą, tak po ludzku, iż trzeba je rozliczyć. Nie tylko dla Polaków, ale przede wszystkim dla Rosjan. I jeszcze wolontariuszy ze stowarzyszeń poszukujących ciał żołnierzy radzieckich pogrzebanych w całej Rosji, a zapomnianych przez kolejnych rządzących tak, jak i głośne niegdyś hasło – nikt nie jest zapomniany, nic nie jest zapomniane, po to, by odkopać i godnie pochować. O tym problemie czytałam również w publikacji Gogol w czasach Google’a Wacława Radziwinowicza. Takich przykładów innej, ludzkiej Rosji spoza politycznych doniesień informacyjnych, pokazuje więcej, a i tak, jak sama pisze – To tylko kilka przykładów „mojej” Rosji, Rosji, która nie musi kojarzyć się z Władimirem Putinem, imperialistycznymi zapędami i zachowaniem Rosjan spotykanych na wakacjach w Europie. To ta Rosja, którą można polubić, a przynajmniej warto pamiętać o tym, że ona też istnieje, nawet jeśli schowana za agresywną geopolityką.
Polecam tę pozycję również adeptom dziennikarstwa.
Między wierszami mogłam obserwować styl pracy autorki, cechy niezbędne do uprawiania tego zawodu, jego plusy i minusy, problemy, które trzeba umieć rozwiązać lub stawić im czoło. Emocje, które trzeba umieć opanować, pomimo że jest się mokrym od stresu. Wysnuć wniosek, że to bardzo wymagający i niebezpieczny zawód dla ludzi wyłącznie z pasją.
Tę pasję czułam w każdym zdaniu tych reportaży.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 01 kwietnia 2017
Wszystko z miłości – Megan Gressor , Kerry Cook



Wszystko z miłości: 38 romansów wszech czasów – Megan Gressor , Kerry Cook
Przełożył Tomasz Bieroń
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 328 stron
Literatura australijska


Miłość niejedno ma... cierpienie!
Z jednej strony uskrzydla, ale z drugiej te skrzydła podcina. O tych twardych realiach jej wzniosłego przeżywania jest ta książka. Zwłaszcza gdy przydarzy się osobom znanym, nietuzinkowym, do miłości nieodpowiednim, czyniąc z niej mezalians. Wtedy najbardziej zainteresowani przeżywają huragan, tornado i piekło emocji, nierzadko prowadzących do śmierci, a reszta świata śledzi ich romans, jak romantyczną powieść lub film.
A ona nie ma z nimi nic wspólnego!
Wystarczy przyjrzeć się 38 romansom znanych par zebranych w tej publikacji.

Podzielonych na sześć rozdziałów otwieranych portretem wybranych kochanków i pogrupowanych według profesji lub dziedziny ich działalności, daje przegląd historii najsłynniejszych związków począwszy od biblijnych i królewskich, poprzez ludzi pióra i sztuki, na polityce i zauroczeniach hollywoodzkich skończywszy.
Każda z nich inna!
Wyjątkowa, nietuzinkowa i niepowtarzalna tak, jak osoby ją przeżywające. Podobna i zbieżna w jednym – w poświęceniu, by ją móc przeżywać zgodnie z sercem lub rozumem. Cokolwiek bohaterowie nie wybierali, koszt zawsze był ten sam – ogrom cierpienia. To on wywoływał burze miłosne, które stawały się dla mnie opowieściami kryminalnymi, jak u gangsterskiej pary Bonnie i Clyde’a. Skandalami towarzyskimi, jak u pary homoseksualnej Oskara Wilde’a i Alfreda Douglasa, których uczucie, ujmując eufemistycznie, nie śmie wymówić swojego imienia. Wydarzeniami politycznymi, jak u Aung San Suu Kyi i Michaela Arisa. Motywacjami zabójczymi jak u pary samobójców Księcia Rudolfa i Marii Vetsery. Historiami sensacyjnymi, jak u Romana Polańskiego i Sharon Tate. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, uzupełniając listę bohaterów również o biografie w niej nieujęte.
Wszystkie przeciekawe!
Uzupełniające znane mi losy z przekazów historycznych i współczesnych mediów o nieznany dotąd punkt spojrzenia tak, jak historia trójkąta księżnej Diany, księcia Karola i Camilli Parker Bowles. Jednak dla mnie główną bohaterką tych emocjonujących i emocjonalnych opowieści była... miłość. Jej szerokie spektrum odcieni i barw nasyconych szaleństwem i zdrowym rozsądkiem. Popychająca do działania i powstrzymująca od niego. Podtrzymująca przy życiu i nakazująca go sobie odebrać. Bogaty materiał dobrze ilustrujący rozważania o naturze miłości niejednoznacznej, niejednorodnej i nieuchwytnej. A co najważniejsze – niezależnej od woli człowieka. Pojawia się, czy tego chcemy, czy nie. W tej pozycji skutecznie zabijającej wyobrażenie romantyczne wykreowane w literaturze oraz filmie i sprowadzającej na twardy grunt realiów.
Historie zawarte w niej, pomimo swojej różnorodności, nie wyczerpują (wbrew tytułowi) tematu. Ośmielam się twierdzić, że żadna z nich nie sięgnęła dna cierpienia, nawet jeśli kończyła się samobójstwem. Jest taki rodzaj miłości, która nie ma „kibiców”. Ukryta w sercu tak głęboko, że nawet osoba nią obdarzona o tym nie wie i dowiedzieć się nie może. Żyć z takim brzemieniem tajemnicy, bez nadziei na jej spełnienie się i nie popełnić samobójstwa w jej omotaniu, usidleniu i otumanieniu, to sytuacja, w której wrogiem staje się... sama miłość. By przeżyć, trzeba ją zabić. Każdy, kto jej doświadczył wychodzi z tej potyczki wzmocniony, ale i kaleki. Jednak, jak mówi poeta Alfred Tennyson – Lepiej kochać i miłość utracić, niż nie zaznać jej nigdy.
Ale to temat na zupełnie inną książkę!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 28 marca 2017
Kolejny rozdział – Agata Kołakowska



Kolejny rozdział – Agata Kołakowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 391 stron
Literatura polska


Przestraszyłam się!
Straszą mnie maszyny do pisania na okładkach. Niedawno dzieliłam się podobnymi wrażeniami, pisząc o Kobiecie, która ukradła moje życie Marian Keyes, że taka grafika zwiastuje nielubiany przeze mnie temat – niemoc twórczą głównego bohatera, który jest pisarzem.
Nie pomyliłam się!
Główna bohaterka Kalina, trzydziestodziewięcioletnia uznana pisarka, właśnie ją przeżywała. Próbowała odzyskać wenę w zaciszu niewielkiego ośrodka położonego w leśnej głuszy, z dala od cywilizacji i absorbującej ją rodziny. Minę miałam nietęgą po takim wstępie, ale moją uwagę przyciągnął drugi bohater główny – czterdziestotrzyletni Maciej. Jej agent pracujący w wydawnictwie. Naprzemienna narracja zewnętrzna opowiadająca o ich teraźniejszości zaczęła przypominać thriller z… powieścią w powieści. A właściwie opowieść w rozdziałach, które cyklicznie podsyłane im w formie mejla lub tekstu drukowanego, zaczynały powoli stawać się najważniejszym wątkiem komplikującym relacje wszystkich bohaterów powieści. Groza tekstów podsyłanych Kalinie i Maciejowi tkwiła w kalce ich życia z elementami jasnowidztwa.
Moja uwaga została złapana na ten haczyk!
Musiałam wiedzieć, kto i dlaczego w ten wymyślny, okrutny, bezwzględny i brutalny sposób prześladował parę bohaterów. Ich nadawca, podpisujący się literami XYZ , wiedział o nich bardzo dużo. Znał ukrywane przez nich fakty z przeszłości i bolesne tajemnice, jakby siedział w ich głowie i śledził każdą myśl. Najgorsze w tym było to, że ujawniał je, powodując lawinę przez lata wypieranych, przykrych wspomnień. Przez cały czas chłodno analizowałam i kalkulowałam, kto z otaczających ich osób, mógłby wpaść na ten szalony sposób prześladowania?
I dlaczego?
Nie tylko ja usilnie próbowałam rozwiązać tę zagadkę, ale również Kalina i Maciej. Razem z nimi eliminowałam kolejnych podejrzanych z ich otoczenia. A było ich sporo i każdy mógł okazać się sprawcą zamieszania zmierzającego prosto do tragedii. Światełko podejrzeń (jak się potem okazało - słusznych!) zapaliło mi się mniej więcej w trzech czwartych powieści, ale nie byłam ich pewna. Śledztwo – kto i dlaczego? – do końca trzymało mnie w niepewności.
To nie był jedyny absorbujący mnie wątek!
Dochodzenie i ujawnianie niewygodnych faktów z życia bohaterów nie tylko budowało obraz środowiska pisarzy i wydawców, ale również odkrywało ich jako zwykłych ludzi – matki, żony, kochanki, męża, ojca, przyjaciela czy syna. Dramaty z przeszłości tłumaczyły ich niezrozumiałe dla najbliższych postawy w teraźniejszości. Burzyły fasadę sukcesu, powodzenia i szczęścia rodzinnego. Ostatecznie zmuszały do refleksji i głębszego wejrzenia we… własne życie.
I o to autorce chodziło!
Dopiero po przeczytaniu powieści mogłam odpowiedzieć sobie na pytanie umieszczone na tylnej okładce.

Zaczęłabym się bać!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kolejny rozdział [Agata Kołakowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 26 marca 2017
Moce wikingów - Władysław Duczko



Moce wikingów: światy i zaświaty wczesnośredniowiecznych Skandynawów , tom 1- Władysław Duczko
Instytut Wydawniczy Erica , 2016 , 352 strony
Seria Kolekcja Europa Barbarzyńców ; Podseria Wikińska Europa
Literatura polska


Czarowny świat wikingów!
Określenie to, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu tej publikacji (dla mnie opowieści!) ma dwuznaczne i szerokie znaczenie – dosłowne i w przenośni. To efekt sposobu przekazu autora, który brutalny i bezwzględny świat wikingów ukazał magicznie. A zaczął swoją wikińską przygodę od zainteresowań wzbudzonych filmami i książkami. Dokładnie tak, jak u mnie. Oprócz beletrystyki i niezrównanej tetralogii Elżbiety Cherezińskiej Północna Droga, świetnego serialu Wikingowie (kto nie oglądał jeszcze – bardzo polecam!), wybrałam się również na zlot współczesnych wikingów w Wolinie. Tyle że autor ze swoich zainteresowań uczynił sens pracy zawodowej, której efektem jest ta pozycja. Ja natomiast stałam się czytelniczką, która takiej pozycji, uzupełniającej moją mocno beletrystyczną wiedzę, bardzo potrzebowała.
Oboje pięknie spotkaliśmy się na kartach tej książki.
Zabrzmiało trochę poetycko, mimo że piszę o książce popularnonaukowej, mocno wyrosłej na twardym gruncie nauki pełnej faktów i dowodów naukowych. A mimo to – popłynęłam w świat magii i wyobraźni pełnej... emocji! Nie bez powodu archeologów nazywają poetami nauki.
I takim poetą nauki i czarodziejem słowa autor był!
Wyjmował z grobu niewielki, niepozorny przedmiot, a czasami okruch zagubionej większości, i wyczarowywał przede mną świat, który pięknie tłumaczył mi to, co widziałam i przeczytałam wcześniej. Uzupełniał, dodawał, poszerzał i wyjaśniał na podstawie... biżuterii i ozdób, których liczne rysunki i zdjęcia ilustrowały każdy rozdział.

Troszkę zabrzmiało trywialnie. Autor miał tego świadomość, pisząc – Dla czytelnika, któremu dawni Skandynawowie kojarzą się tylko z wojownikami zajętymi krwawymi napadami i łupieniem bogatych krajów, będzie zaskoczeniem, że punkt ciężkości mojej książki umieściłem właśnie na kwestii tej kategorii znalezisk – ozdób. Jeśli jednak, za radą autora, odrzuci się współczesne skojarzenia z jej rolą, a przyjmie obowiązujące ówcześnie, wtedy te „świecidełka” nabiorą mocy sprawczej. Mocy, z której wikingowie czerpali pełnymi garściami. Dającej władzę, pozycję społeczną, przychylność bogów i ochronę ze strony zmarłych. Dla mnie mocy klucza otwierającego kolejne wrota do przeszłości, w której żyli śmiertelni razem z umarłymi i nieśmiertelnymi. Ukazana mi wiedza była tak obszerna, że autor podzielił ją na dwa tomy. Ta publikacja jest pierwszym. Jej obszerność wynika z ogromu materiału zgromadzonego przez autora w trakcie systematycznego badania znalezisk i stanowisk archeologicznych w krajach, z których pochodzili wikingowie, studiów z archeologii ogólnej i nordyckiej, historii sztuki, numizmatyki, a nawet nauki metod złotniczych. Tak bogata wiedza i doświadczenie pozwoliły autorowi na szerokie spojrzenie i udział w dyskusji o Skandynawach w kontekście słowiańskim. Duży wpływ miał też czas trwania „epoki wikingów” (opozycyjne wyrażenie autora wobec „okresu”), który trwał od początku XVIII wieku do końca wieku XI. W treści udowodnił słuszność takiego podejścia.
Ozdoby miały moc!
Na ich podstawie odtworzył hierarchiczną społeczność z bogatą kulturą o ekspansywnej naturze. Co widać na dołączonej mapce.

Ludzi zdobywających łupy, po to, by umacniać swoją pozycję poprzez... rozdawanie ich oraz zakopywać w ziemi jako depozyty dla ochrony ze strony umarłych przodków. Dla współczesnych stały się one skarbami pełnymi złota i srebra, które rozsiane po Skandynawii (odnaleziono 2750) są bogatym źródłem wiedzy. Przy okazji prawdziwą wyspą skarbów okazała się Gotlandia! Czułam w przekazie płynność wiedzy, która nie była niepodważalna i ostateczna, ale zmienna w zależności od nowych odkryć. Autor wielokrotnie przeciwstawiał się już sformułowanym teoriom, budując nowe hipotezy i potwierdzając je badaniami. Te niemożliwe do udowodnienia pozostawiał przyszłości. Otwierając każdy, kolejny rozdział, patrzyłam, jak autor wyjmuje z kapelusza kolejny artefakt i na jego podstawie rekonstruuje historię miejsca, los pogrzebanych osób, wędrówkę wikingów po Europie, krwawe wydarzenia czy rytuały religijne. A wszystko to zaklęte w jednym, małym przedmiocie i odczarowane przez poetę nauki. Mało powiedziane!
Księcia poetów nauki!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

sobota, 25 marca 2017
Samowar – Michaił Weller



Samowar – Michaił Weller
Przełożyła Barbara Pestka
Wydawnictwo Replika , 2010 , 392 strony
Literatura rosyjska


Przeciekawa, odważna i oryginalna publikacja!
Nie powieść, a właśnie publikacja, chociaż od tej pierwszej zaczyna się w niej ostatecznie przygoda intelektualna dosyć sporego kalibru. Może dlatego autor umieścił już na początku takie uprzedzenie:

Nie bez powodu. Faktycznie zawiera treści nie tyle nieprzyzwoite, co okryte zmową milczenia, całunem udawanej niepamięci i kurzem kryjącym wstyd i sromotę ZSRR. Dopiero Władimir Putin tajemnicę poliszynela i jeden z wielu sekretów swojego kraju uczynił widzialnym, wiadomym i... zaszczytnym. Mowa o inwalidach wojennych. Tych wracających z wojny ojczyźnianej bez rąk, nóg, wzroku, organów płciowych, słuchu, a czasami ze wszystkim naraz w jednym ciele. Trafiali do górnolotnie nazywanych „ośrodków” lub „sanatoriów”, które warunkami w niczym nie ustępowały łagrom GUŁagu. Wśród nich „klocki”, „pieńki” i najbardziej powszechne określenie – „samowary”. Samowarem nazywa się inwalidę, który po sam korzeń nie ma rąk ani nóg. To zapewne dlatego, że powstaje wtedy klocek z kranem na dole. – tak obrazuje swoich towarzyszy wspólnego losu narrator powieści. Po wojnie takich kadłubków było około 90 tysięcy. Wśród nich narrator - Bezręki, beznogi ogryzek wisiał z plwociną na twarzy pod delikatnym słoneczkiem i bezsilnie płakał, bezgłośnie, beznadziejnie. Ten człowiek to ja. Symbolicznie nie nazwany, bo mógł być nim każdy, o których słuch zaginął po kilkakrotnych czystkach placów, ulic i skwerów miejskich z kalek. O tym wstydliwym problemie wspomnieli Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski w swojej książce Grażdanin N.N., opisując między innymi rysunek nieżyjącego już rosyjskiego artysty Gienadija Dobrowa - Nieznany żołnierz.

Newsweek

To jeden z niewielu świadków, którego wpuszczono do „ośrodka” w latach 60. XX wieku położonego na niewielkiej wyspie Wałaam na jeziorze Ładoga, gdzie w murach monastyru utworzono Dom Inwalidów Wojny i Pracy. Efektem jego pobytu w tym, i w wielu innych obozach, była seria obrazów i grafik z lat 1973-1982 Oblicza wojny. Niektóre z nich można obejrzeć w galerii Newsweeka. To tam też w artykule Igora T. Miecika znalazłam więcej informacji na ten temat.
Autor niepokornie sekret ZSRR wydobył na światło dzienne dużo wcześniej niż W. Putin, czyniąc z „samowarów” głównych bohaterów swojej opowieści. Każdemu okradzionemu z przyszłości dał imię, nazwisko, ksywę i osobowość. Obdarzył przeszłością, uczuciami, pragnieniami i marzeniami. Zgromadzona siódemka „tobołków” w jednej sali stała się aktorami i zarazem widzami rozgrywających się przejmujących, naturalistycznych, drastycznych, bolesnych, niemoralnych, momentami obrzydliwych (włącznie z orgią seksualną z jedną kobietą) i skrajnie emocjonalnych scen. Pełnych opowieści o życiu sprzed wegetacji, bo życiem tego nie mogłam nazwać. Nie była to jednak prosta historia Mustafy z Afganistanu, Żory z zatopionej łodzi podwodnej, Starca z wojny ojczyźnianej, Gagarina z rozbitego samolotu, Kawude z łagru, Czecha z płonącego czołgu i Profesora spod gruzów Karabachu. To historia ZSRR opowiedziana poprzez skomplikowane losy ludzi z różnych warstw społecznych i przeciwstawnych opcji politycznych. Zgromadzeni w jednej sali i połączeni jednym rodzajem nieszczęścia, próbowali opisać nie tylko to, co im się przytrafiło, ale również w imię czego poświęcili swoje zdrowie i życie. Dosłownie, bo dla rodziny byli oficjalnie martwi. W swojej nieszkodliwości starali się zaszkodzić, układać plan, jak nie dać tej suce, Ojczyźnie niewdzięcznej, wypić i co trzeba w związku z tym zrobić. Spiski dziejowe i ich efekty, jak katastrofa elektrowni jądrowej w Czarnobylu, to ich robota! Wymiana ich poglądów godzonych chęcią zemsty, ale i koniecznością obrony przed realnym ich zlikwidowaniem stała się pastiszem ustroju kraju, władzy i ludzi, którzy zgotowali im ten los. Autor wprowadził w treść opowieści elementy dokumentalne, jak instrukcja obsługi z parametrami automatu Kałasznikowa, minidramat Narodzenie rewolucji z udanymi karykaturami Lenina, Stalina, Lwa Trockiego, Feliksa Dzierżyńskiego i wielu innych czołowych komunistów oraz liczne przypisy rozwijające wątki w treści lub będące uprzedzającymi kontrargumentacjami na moje ewentualnie rodzące się w trakcie czytania uwagi, myśli lub skojarzenia. Nie był przy tym dla mnie delikatny i taktowny, stawiając mnie w rzędzie głupków, dla których podawał te banały w przypisach. Bibliografii też mi poskąpił, twierdząc, że niepiśmiennemu chamowi list podróżny niepotrzebny. Zresztą siebie samego również nie oszczędzał w takich określeniach. Był jednym z tych, który kokietował mnie pozorem niezależenia mu na czytelniku, a z podaną wiedzą mogę zrobić, co zechcę. Najlepiej pobawić się nią. Nie zniechęcił mnie tymi zabiegami. Z tym większą uwagą wczytywałam się w ukryty przekaz z żalem stwierdzając, że trzeba być albo Rosjaninem, albo cudzoziemcem dobrze rozeznanym w historii ZSRR, by wyłapać wszystkie inteligentne niuanse, paralele, konotacje, nawiązania i skojarzenia czyniące z tej opowieści tekst prześmiewczy, pełen absurdów, czarnego humoru i sarkazmu. Ostrych, jak skalpel i celnych, jak laser.
By odkodować prawdę o ZSRR.
To dlatego autor w Rosji jest osobą i pisarzem kontrowersyjnym. Nieprzyzwoicie wyciągającym sromotę na widok publiczny.
Ale to nie jedyny powód!
Następny znajdował się w drugiej części publikacji pod tytułem Wszystko o życiu, która była dla mnie totalną niespodzianką! Zawarte w niej eseje filozoficzne składały się na światopogląd autora. Przyznaję - logicznie i rzeczowo przedstawiony. Od podstawowych pojęć do bardziej skomplikowanych, by ostatecznie zbudować i przedstawić własne wnioski, które można nazwać teorią samorozwoju i energoewolucjonizmu. Wyprowadził je z już znanego dorobku myśli filozoficznej, by ostatecznie poprowadzić w zupełnie nowym kierunku. Moje spostrzeżenia, że myli i błędnie utożsamia potrzeby z pragnieniami oraz powiela błąd stereotypu pochodzenia człowieka od małpy, to nic, w porównaniu z nieprzychylnymi postawami środowiska filozofów. Autor ma jednak do tego prawo. To jego książka i jego poglądy, a ja, mimo że w trakcie drugiej części mocno się irytowałam, a momentami troszkę nudziłam, to dla tej pierwszej części - warto było! Wszak autor uprzedzał – Nie dotykać – zakaz wstępu! Nie posłuchałam i wam radzę to samo – dotknijcie, wejdźcie, poczujcie, dowiedzcie się, dlaczego jest tak, jak jest i dlaczego ludzie, wiedząc, jak postępować poprawnie, dla dobra, postępują źle, sobie na szkodę? To ostatnie pytanie zadał Sokrates. Minęło dwa i pół tysiąca lat, tysiące megaumysłów i nadal brak odpowiedzi.
I chociażby dlatego, warto posłuchać próby odpowiedzi na nie podjętej przez autora o nietuzinkowym umyśle i osobowości.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dla niezdecydowanych - fragment powieści.
niedziela, 19 marca 2017
Stroiciel grzebieni – Krzysztof Niedźwiedzki



Stroiciel grzebieni – Krzysztof Niedźwiedzki
Wydawnictwo Rozpisani.pl , 2017 , 67 stron + 11 stron fotografii
Literatura polska


Okazuje się, że własny pogrzeb może być najważniejszym wydarzeniem w życiu!
Warto w tym dniu czuwać i być przytomnym, śledząc pilnie losy naszych prochów, bo nigdy nie wiadomo, dokąd zawędrują i na jakie niewygody po śmierci zostaną narażone. Jeśli ktoś pomyślał, że przecież nie jesteśmy tego świadomi i właściwie wszystko nam jedno, co będzie się działo później z naszym ciałem, to źle myśli. Boleśnie przekonał się o tym główny bohater tego opowiadania - Tadeusz, który przeoczył ten znaczący fakt. Będąc krakowianinem, zamiast w rodzinnym grobowcu na Rakowicach, został pochowany na podhalańskim cmentarzu w Murzasichlu. Okazało się, że pomyłki podczas wsypywania prochu do urny zdarzają się, a życie po życiu jest jak najbardziej realne. Tadeusz może i pogodziłby się z tym niefortunnym zrządzeniem losu, gdyby nie góralska kapela, która od tygodnia, codziennie, przez godzinę, rzępoliła mu nad grobem, zakłócając święty odpoczynek przyśpiewkami o juhasach, żyntycy, Marynie z Hrubego i góralskiej niedoli – i tak na okrągło!

Nie to, że nie lubił muzyki. Lubił! Był przecież za życia stroicielem grzebieni. Więc lubił, tylko że nie taką. I nie nad grobem! Mówiąc bez ogródek – nienawidził podhalańskiego pitolenia na skrzypcach!
Od tego momentu zaczęła się wędrówka Tadeusza po świecie żywych.
Próbował zaplanować przeniesienie na inny cmentarz z odwiedzającą grób żoną, kierownikiem cmentarza, księdzem, miejscowym góralem i wreszcie z właścicielem karczmy. Góralski świat widziany zza grobu i podany w oparach absurdu oraz czarnego humoru, śmieszy, każe przymrużać oko, bawi specyfiką myślenia i mentalności górali. Nic nie dziwi i wszystko można załatwić pomyślnie dla obu stron interesu. Nawet po śmierci.
Nawet z nieboszczykiem!
Autor opowiadania został zwycięzcą konkursu literackiego Wydaj swoich bohaterów zorganizowanego w 2016 roku przez wydawnictwo Rozpisani.pl. Przeniósł go także na deski krakowskiego Teatru KTO pod tym samym tytułem. Bilety jeszcze do nabycia! Chętnie poszłabym na przedstawienie, ale, o ironio!, mieszkam nad morzem i dlatego zazdroszczę krakowianom, że mają możliwość zobaczenia go na żywo. Zwłaszcza że przedstawienie zbiera pozytywne recenzje, a szczególnie odtwórca Tadeusza – Maciej Słota. Mnie pozostało obejrzeć rysunki Krzysztofa Krawca ilustrujące tekst,

zdjęcia z prób spektaklu umieszczone na końcu książki

i, wykorzystując nuty zamykające opowiadanie, samej zagrać sobie na skrzypcach.

A ponieważ nie umiem, poprosiłam o to zaprzyjaźnioną nastolatkę. Ona grała, a ja śpiewałam. Obie z zacięciem godnym mistrza, a może nawet górala! Tadeusz na pewno nie doceniłby tego. Ważne, że ja poczułam te góry, ten cmentarz z drewnianą kaplicą, z przepięknym widokiem na Tatry i muzyką góralską w tle.
Pomyłkom mówię zdecydowane - tak!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Stroiciel grzebieni [Krzysztof Niedźwiedzki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 18 marca 2017
Ufać zbyt mocno – Jadwiga Czajkowska



Ufać zbyt mocno – Jadwiga Czajkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 472 strony
Literatura polska


Czy można ufać zbyt mocno?
Można! Wtedy, gdy rozsądek podpowiada ostrożność, a serce tłumi go pragnieniem posiadania za wszelką cenę. O tym jest ta opowieść. Trochę przewrotna, bo bohaterką nie jest kobieta na zakręcie życiowym, skrzywdzona przez złego mężczyznę lub próbująca wydobyć się z dołka życiowego, ale dziewczyna spełniona. I to już w wieku trzydziestu jeden lat! Wykształcona, atrakcyjna, dyrektorka oddziału bankowego z „ciachem” u boku i widokiem na przyszłość. Ucieleśnienie marzeń i realny powód zazdrości tysięcy żon przy mężu.
Tak myślałam na początku.
Dopóki nie natrafiłam na tę wypowiedź Blanki, bo tak miała na imię główna bohaterka – Tak naprawdę, tato, nie czuję się spełniona, pomimo tego, co osiągnęłam zawodowo. Prawie wszystkie moje koleżanki pozakładały rodziny, wychowują dzieci, mają dla kogo gotować rosół, a ja... Wtedy ujrzałam jej pozycję i sukcesy z zupełnie innej perspektywy. Wysokie stanowisko w banku oraz chciwość i pazerność akcjonariuszy i zarządu stresowało i wymuszało od niej łamanie norm etycznych wobec klientów banku, a wobec personelu dyscypliny bezwzględnie realizującej plan sprzedażowy, dzięki czemu zyskała sobie „sławę” największej suki w mieści. W domu nikt na nią nie czekał, a zarobione pieniądze przyciągały do niej mężczyzn-pasożytów. Marzyła o tym, czego nie doceniało tysiące zazdroszczących jej kobiet – rodziny i męża, który zapewniłby jej poczucie bezpieczeństwa, pozwalając jej ewentualnie pracować dla kaprysu.
Niemożliwe stało się możliwym!
Przed Blanką pojawiła się szansa zmiany dotychczasowego życia na to wyczekiwane. Wymagało to jednak od niej zaufania do Marcela. Mężczyzny, który miał spełnić jej marzenia i dać szczęście bycia tylko żoną i matką. Który miał stać się jej skałą i filarem życiowym. I jeśli myślałam, że od tego momentu fabuła potoczy się według schematu – wykorzystanie naiwnej – to nic z tego!
Autorka przełamywała schematy życiowe, wprowadzając do fabuły zaskakujące wątki, zdarzenia i fakty. Nic nie było proste. Wręcz przeciwnie. Komplikowało się coraz bardziej, a najbardziej pojęcie zaufania. Blanka, osoba bardzo silna, rozsądna, ignorująca przesądy i gusła, pragmatyczna, o której mówiono, że zawsze sobie poradzi, która zabezpieczyła się z każdej strony, doświadczyła tego najdotkliwiej. Im bardziej walczyła z nieprzewidzianym, tym więcej zaskakujących niespodzianek ją spotykało. Niekoniecznie ze strony ludzi, a raczej z powodu splotu wydarzeń, które wymuszały na bohaterach zmiany postaw wobec Blanki. Nawet na tych o najbardziej szlachetnych zamiarach. Dynamika stale zmieniającej się akcji stawiała mnie nieustannie przed oceną postaw Blanki, ale i zmuszała do zastanowienia się, co ja zrobiłabym na jej miejscu? Co ja wybrałabym w takich okolicznościach? Jaką ja podjęłabym decyzję? Trudno było mi odpowiadać na nie, a jeszcze trudniej znaleźć w sobie odrobinę altruizmu, do którego kobieta była zmuszana. W ostateczności pozostało mi jedno, podstawowe i chyba wyjściowe pytanie do rozważań egzystencjalnych, na które nadal waham się odpowiedzieć jednoznacznie – Jak bardzo zaufać życiu? Nawet nie ludziom, bo ich zachowania i decyzje wymuszają okoliczności ważne, bardziej ważne i te najważniejsze. Nawet wbrew ich woli. Nawet na tych o najszlachetniejszych osobowościach, do których mamy pełne zaufanie.
Na tym polega trudność tej powieści, która ubrana w gęstą od wydarzeń fabułę obyczajową, czyni ją pozornie lekką, przyjemną, a momentami nawet zabawną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ufać zbyt mocno [Jadwiga Czajkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 12 marca 2017
Białoruska ruletka – Andrej Sannikau



Białoruska ruletka: opozycyjny kandydat na prezydenta o walce z dyktaturą – Andrej Sannikau
Przełożył Michał B. Jagiełło
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2016 , 292 strony + 36 stron zdjęć
Seria Oblicza XXI Wieku
Literatura białoruska


Żywe Belarus!
To hasło białoruskich opozycjonistów, którym zakończyłam wpis w 2009 roku, nadal jest aktualne, mimo że o trudnej sytuacji Białorusinów czytałam ładnych parę lat temu w książce Małgorzaty Nocuń i Andrzeja Brzezieckiego - Białoruś: kartofle i dżinsy. Tuż po trzecim i bezprawnym wyborze w 2006 roku Aleksandra Łukaszenki na prezydenta. W 2017 roku jest nim nadal, mimo że takich wyborów w międzyczasie odbyło się jeszcze kilka. Ostatnie w 2010 roku.
Wszystkie sfałszowane!
Jednak cierpliwość i konformizm wobec ostatniego dyktatora w Europie, jak powszechnie określany jest A. Łukaszenka, o których pisałam przy okazji wspomnianej już publikacji, zaczyna się kończyć. 19 grudnia 2010 roku Białorusini na mińskim Placu Niepodległości zademonstrowali swój sprzeciw i niezgodę na sfałszowane wybory.

Fot.Maria Söderberg

Jego przywódcą był opozycjonista i „przegrany” kandydat na prezydenta – Andrej Sannikau.

Protest skończył się jak zwykle – użyciem siły na rozkaz A. Łukaszenki. Urzędnicy zostali zastraszeni. Opozycja znalazła się w więzieniach. Ja trafiłem do Amerykanki. – podsumował autor wydarzenia grudniowe. Amerykanka czyli mińskie więzienie to był początek drogi zniewolenia autora z wyrokiem pięciu lat kolonii o zaostrzonym rygorze. Często zmieniano mu miejsce pobytu. W sumie zaliczył trzy więzienia, trzy kolonie i osiem etapów w ciągu szesnastu odbytych miesięcy z zasądzonej kary. Po uwolnieniu w 2012 roku napisał wspomnienia o tym, co działo się przed wyborami, w trakcie, na Placu Niepodległości i po wyborach. Stworzył również analizę dyktatury, której zawartą w treści istotę i ponadczasowość zauważył Tom Stoppard, a którego opinię przeczytałam na odwrocie książki.

Sam autor ten bandytyzm, którego stał się ofiarą, nazwał GUŁAG-iem, ale z zupełnie innym rozwinięciem tego dobrze znanego akronimu – Główny Urząd Łukaszenki Aleksandra Grigorjewicza. By nie być gołosłownym, swoje wspomnienia poprzedził wypowiedziami osób z „ekipy”, jak nazywał ludzi z opozycji, opisujących swoją sytuację prześladowanego lub uwięzionego. Wielu z nich „zmarło” (czytaj – zamordowano) w tajemniczych okolicznościach. Nie będę opisywała warunków, w jakich przetrzymywano więźniów i zasad, na jakich ich więziono. Wystarczą słowa jednego z represjonowanych w Amerykance – Szatański system, stworzony w czasach represji stalinowskich w latach trzydziestych, w tym konkretnym przybytku funkcjonuje do chwili obecnej praktycznie bez zmian. Identyczny z tym stworzonym przez STASI w NRD, którego analizę porównawczą przytoczył autor i z tym w komunistycznej Polsce, o którym czytałam jeszcze niedawno w Gorzkich latach Stanisławy Sowińskiej. Nad bezproblemowym i sprawnym przebiegiem programu tortur czuwał starszy syn Łukaszenki, Wiktor, szef służb siłowych.
Niemalże rodzinny biznes!
Jednak sam autor, posiłkując się relacjami innych, niewiele pisze o swojej gehennie tortur psychicznych i fizycznych. Jakim go poddano, dowiadywałam się z opisów innych świadków. Ten paradoks milczenia o sobie zauważyła jedna z opozycjonistek, czytając Więzienie i wolność Michaiła Chodorkowskiego – im ciężej przeżywa się uwięzienie, tym mniej emocjonalnie to się opisuje. Najwidoczniej przeżycia schowane są bardzo głęboko, na papier przelewa się tylko fakty. Ja czytałam Michaiła Chodorkowskiego Portrety z łagru i miałam dokładnie to samo odczucie.
I o tych faktach przede wszystkim jest ta na poły relacja, na poły wspomnienia autora.
Rozpoczęte momentem uwięzienia, a potem czasem zniewolenia, po których dopiero opisuje sytuację polityczną i społeczną Białorusi przed wyborami i w ich trakcie. Ukazuje ją od środka opozycji, budując obraz kraju, który zatrzymał się w rozwoju politycznym w czasach stalinowskich. Pokazał również proces zniewolenia człowieka strachem opartym na niewolniczym systemie kontraktowym, który noblistka Swietłana Aleksijewicz, autorka wstępu, nazwała banalnością zła, cytując jego definicję za Hanną Arendt – nie ma chemicznie czystego zła, zło w naszym życiu jest rozproszone, rozpylone. Oprawca i człowiek żyją w jednym ciele: „Rozumiecie... mam dzieci”, „Wstawiałem się za wami... ale podpiszcie protokół”, „Taką mamy pracę”. Oprawcy są obok nas w metrze, w kawiarni, w kolejce do kasy w supermarkecie... Zwykły człowiek... Zwykli ludzie... Jak łatwo stanąć obok nich. Znany pisarz i więzień łagrów, Warłam Szałamow, nazwał to demoralizacją oprawcy i ofiary. Autor wielokrotnie doświadczał takich sytuacji, wspominając – Jak mnie denerwuje to ciągłe usprawiedliwianie podłości: „Przecież sami rozumiecie”! Paradoks – wiezień „musiał” zrozumieć sadystyczne postępowanie strażnika, który miał przecież rodzinę, żonę i dzieci, przez więźnia, który miał również rodzinę, żonę i dziecko.
Tak podana wiedza pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego przemiany demokratyczne Białorusi stoją w miejscu i dlaczego można mieć wrażenie, że na Białorusi nie ma silnej opozycji, a reakcje społeczeństwa są konformistyczne. W dużej mierze na tak błędną interpretację rzeczywistości ma wpływ brak pełnej wiedzy na ten temat. Jak zauważa Agnieszka Knyt, autorka wprowadzenia, w Polsce informacje na ten temat są szczątkowe, tak jak w ogóle wiedza o wschodnich sąsiadach. Ta nowa seria wydawnicza Oblicza XXI Wieku pod jej redakcją, zapoczątkowana relacjami Andreja Sannikaua, ma tę lukę wypełniać. Publikować współczesną literaturę faktu – relacje ludzi, którzy znajdują się w sytuacjach granicznych, rozstrzygających o życiu lub śmierci, stają przed nieoczekiwanymi wyborami... Książki tej serii będą również przedstawiać procesy – zwłaszcza naszego regionu świata – stanowiące niejako kontynuację poprzedniego stulecia. Ma tłumaczyć współczesny świat niedoinformowanemu lub pogubionemu w sprzecznych informacjach odbiorcy.
Jestem nim, dlatego z ciekawością i głodem rzetelnej informacji czekam na kolejną pozycję.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 11 marca 2017
Grażdanin N.N. – Marta Panas-Goworska , Andrzej Goworski



Grażdanin N.N.: życie codzienne w ZSRR – Marta Panas-Goworska , Andrzej Goworski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 294 strony
Literatura polska


Bardzo trafne porównanie!
Autorzy, aby wyjaśnić celowość przyjętej formy treści zawartej w książce, użyli metafory zaczerpniętej prosto z... fizyki! Odwołali się do wielobarwnej tarczy Newtona. Wprawiona w ruch, staje się niemal biała. Według autorów dokładnie takie samo zjawisko zachodzi w historii. Poszczególne fakty i wydarzenia historyczne z upływem czasu blakną, płowieją, tracą na intensywności i kolorystyce uczuć i niegdyś wyraziste, budzące emocje kryzysy, strajki, ale również fakty z prywatnego archiwum: śluby, pogrzeby czy też pierwsze pocałunki, zamazują się i stają się niemal jednolitą całością.
Autorzy postanowili ten ruch i proces zatrzymać!
Spowolnić wirującą tarczę pamięci, rozłożyć przeszłość powojnia w ZSRR na fakty z życia codziennego i nadać im człowieczy los oraz ludzką twarz powojennego obywatela ZSRR czyli tytułowego grażdanina N.N. – nomen nescio – niewiadomego imienia.
Dosłownie!
Całość treści publikacji podzielili na rozdziały odpowiadające okresom rozwojowym człowieka – dzieciństwo, wiek młodzieńczy, studia, krok w dorosłość, wiek średni czy starość. Wypełnili je esejami pokazującymi codzienne życie Rosjan z polityką w tle, mającą determinujący wpływ na jego jakość. Wiedzę oparli na własnych doświadczeniach wyniesionych z podróży po ZSRR, na wspomnieniach Rosjan umieszczanych na stronach blogów i portali społecznościowych oraz na filmach dokumentalnych i publikacjach na ten temat. Ich obszerną bibliografię autorzy umieszczali po każdym rozdziale. Powstał przeciętny życiorys grażdanina N.N., a zarazem zbiór faktów poskładanych niczym kolaż ze wspomnień i anonimowych zdjęć, ilustrujących tekst.
A potem otrzymałam „klucz”!
To nie miało być moje dyskretne podglądanie przez dziurkę od klucza czyjegoś życia. To miało być wejście w sam jego środek i spojrzenie bohaterom esejów prosto w oczy.

Otwierałam każdy rozdział i wchodziłam, ku mojemu zaskoczeniu, w bliźniaczy świat mojego dzieciństwa i czasu dorastania, a dla wielu Polaków całego życia. Na wczesnym jego etapie jeszcze szczęśliwych, bo niczego nieświadomych, kiedy nasze narody łączyła „wieczna przyjaźń”. Życie codzienne ówczesnych Rosjan i Polaków było bardzo podobne. Różnice widoczne tylko w bohaterach oglądanych bajek przez dzieci. A i tak bajka Wilk i zając była u nas bardzo popularna, chociaż nie ona była bohaterką rozdziału „Dzieciństwo”. W „Wieku młodzieńczym” wrócił do mnie krymski obóz Artek dla pionierów, o którym opowiadały czytanki na lekcjach języka rosyjskiego. Tutaj pokazane od „kuchennej” strony czyli już nie tak różowej i entuzjastycznej. Czas studiów to temat rzeka na temat indoktrynacji, która i mnie dotknęła, a po nich praca.

W ZSRR etos szachciareczki, a u nas hasła – kobiety na traktory! No i ten alkohol, kiedy nie da się już żyć normalnie w absurdalnej rzeczywistości. Powszechne lekarstwo na ból istnienia, do tego stopnia rozpowszechniony i mający wpływ na funkcjonowanie państwa, że leczony metodą hipnozy. U nas najbardziej znanym był niezapomniany Anatolij Kaszpirowski i jego rozpoczynająca seans w TV wyliczanka – odin, dwa, tri... Tyle że Polacy leczyli wszystkie dolegliwości ciała, jakie się dało. Podobno skutecznie!

Zmęczeni pracą i życiem wyjeżdżali na darmowe „putiowki”, których reguły otrzymywania dla zwykłych śmiertelników były nie do rozgryzienia. Wczasy pracownicze w Polsce podobnie.
Najsmutniejszy był koniec życia.
Przede wszystkim dla zasłużonych w wielu dziedzinach, ale szczególnie dla inwalidów weteranów wojennych. Zapomnianych gdzieś w monastyrach zabranych zakonnikom i przekształconych w domy opieki, z których najbardziej ponurą sławą wyróżniał się Wałaamski Dom Inwalidów. Niegdysiejszy żołnierz Armii Czerwonej, rzucający się na wroga z okrzykiem: „Za rodinu, za Stalina!” (Za ojczyznę, za Stalina!), kończył w wałaamskim przybytku jako niepotrzebny i wstydliwy przedmiot. Bez rąk i nóg takimi się stawał dosłownie z piętnem „pieńka” lub „samowara”. Jak byli traktowani, to temat rozwinięty w zupełnie innej książce Michaiła Wellera „Samowar”, która jeszcze przede mną. Nie bez powodu autorzy powołali się na porównanie z Sołowkami, o piekle których czytałam w Klasztorze Zachara Prilepina.
Codzienne życie w ZSRR obejrzane z bliska nie wyglądało szczęśliwie i wesoło.
Niczego nieświadome i dlatego jeszcze szczęśliwe dziecko, z czasem, zaczynając rozumieć otaczającą je rzeczywistość, w dorosłym życiu walczy za ojczyznę na froncie pracy i wojny afgańskiej, topiąc smutek i niemoc w alkoholu, by na starość skończyć jako przedmiot w domu opieki. Z tym szczęśliwym dzieciństwem trochę polemizowałabym z autorami, którzy nie wspomnieli o losach sierot w domach dziecka w ZSRR, a o których czytałam we wspomnieniach Rubena Gallego Białe na czarnym. Mimo to i bez tego powstał smutny obraz grażdanina N. N.
Tym smutniejszy, że opowiedziany przez konkretnych ludzi.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Grażdanin N.N [Andrzej Goworski, Marta Panas-Goworska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Prezent dla ciekawych życia w ZSRR!

Wydawnictwo Naukowe PWN ufundowało prezent dla czytelników w postaci powyższej publikacji. Książkę otrzyma pierwsza osoba, która pozostawi w komentarzu wyraz chęci otrzymania jej.
niedziela, 05 marca 2017
Sympatyk – Viet Thanh Nguyen



Sympatyk – Viet Thanh Nguyen
Przełożył Radosław Madejski
Wydawnictwo Akurat , 2016 , 479 stron
Literatura amerykańska


Jestem szpiegiem, śpiochem, kretem, człowiekiem o dwóch twarzach.
Tak zaczyna się powieść o wojnie wietnamskiej. Opowieść kapitana wojsk Południa. Pisemna spowiedź głównego bohatera i narratora przed komendantem obozu dla wrogów komunizmu, o którym napisał – Był komisarzem, ale również moim bratem krwi; był moim oprawcą, ale również jedynym powiernikiem; był wrogiem, który mnie torturował, ale również moim przyjacielem. Jednak zanim trafił do celi, zdążył w 1975 roku uciec z Sajgonu do USA jako oficer sztabu generała wojsk Południa i jego najbardziej zaufany adiutant. Stamtąd, jako ukryty komunista, systematycznie słał raporty do przełożonych w Wietkongu o nastrojach wśród wietnamskich emigrantów i planowanych działaniach przez generała. Historia komunistycznego szpiega w szeregach wietnamskiej armii Południa na uchodźstwie byłaby bardzo prosta, gdyby nie fakt, że dychotomia roli agenta odgrywanej przez narratora obejmowała całą jego działalność i życie.
Również osobiste.
Z ojca francuskiego księdza katolickiego i matki Wietnamki funkcjonował na marginesie społecznym jako Euroazjata i bękart, nie przynależąc nigdzie. Jako komunista i żołnierz armii Południa musiał stale weryfikować pojęcia: lojalność, wróg, towarzysz broni. Związany przysięgą braci krwi w latach dorastania nieustannie modyfikował pojęcie przyjaźni, szukając drogi, jak zdradzić przyjaciela i jednocześnie ocalić mu życie. Urodzony w Wietnamie i wykształcony w USA stał w intelektualnym rozkroku między dwiema odmiennymi i sprzecznymi rzeczywistościami, które paradoksalnie równie sprzecznie uosabiał jako radykalny wietnamski intelektualista i jednocześnie młody Wietnamczyk zakochany w Ameryce, w którego rękach spoczywała wolność Południowego Wietnamu. Nawet samo życie, które wiódł, nie było pełne, bo nie wolne od śmierci, tworząc z nim parę nie do rozdzielenia w myśl zasady – Żyjemy naznaczeni nieuchronnością własnego rozkładu, a umieramy prześladowani wspomnieniem życia. Według narratora jego fatum dwoistości dotknęło również Wietnam - Takie samo piętno bękarta ciążyło jak klątwa na całym naszym kraju rozdartym między Północ i Południe... oraz jego społeczeństwo zmuszane do opowiadania się za którąś ze stron. Do stawiania się przeciwko samemu sobie, co nie było trudne – nie, to było po prostu niewykonalne!
Permanentna schizofrenia!
Rozdwojenie jaźni w sytuacjach podwójnych wyborów, zachowań i decyzji, w jakich się znajdował narrator, doprowadziła do wypaczenia jego psychiki. Duchy zamordowanych przez niego ofiar (nazywanych wcześniej wyeliminowanymi przeciwnikami) na stałe zagościły w jego rzeczywistości, wchodząc w polemikę z jego umysłem i doprowadzając do kolejnego rozwarstwienia. Tym razem sfery duchowej. Był ateistą, ale wierzył w duchy. Zwłaszcza te z przeszłości. Wszystko to sprawiło, że pod koniec historii bohater zaczyna wypowiadać się w liczbie mnogiej jako „my” w jednej osobie. Osobie głównego bohatera.
Symbolu narodu podzielonego.
Dwuwarstwowość opowieści, dwoistość głównego bohatera, podwójność jego losów, skomplikowała nie tylko psychiczne i moralne dylematy postaci powieści, ale również tak samo trudną historię bratobójczej wojny w Wietnamie dzielącej kraj, naród i rodziny. Autor jako dziecko uciekał przed wojskami Wietkongu, emigrując do USA. Pisząc powieść, wykorzystał własne doświadczenia z dzieciństwa, ale przede wszystkim z okresu dorastania jako uchodźca, w największej jednak mierze, czerpiąc wiedzę ze wspomnień innych, opracowań historycznych, ekspozycji muzealnych oraz filmów dokumentalnych. Dzięki temu stworzył powieść z wydarzeniami prawdziwymi, mającymi swoje odzwierciedlenie w historycznych faktach, co potwierdził w podziękowaniach umieszczonych na końcu książki. Powstał swoisty pomnik upamiętniający wojnę wietnamską widzianą oczami człowieka, który potrafił spoglądać na problem z dwóch, przeciwnych stron. To, co dla głównego bohatera było ogromnym dylematem, dla mnie, czytelniczki, było nieocenioną zaletą. Patrzyłam na konflikt interesów wielu zaangażowanych grup społecznych i krajów, jednocześnie z dwóch różnych punktów widzenia, nie gubiąc w tym wszystkim czlowieka. To najcenniejsze w tej powieści, za którą autor otrzymał Nagrodę Pulitzera.
Choć bolesna, nie była to jednak powieść martyrologiczna.
Zderzenie dwóch kultur i światopoglądów zawsze prowadzi do absurdu, groteski i czarnego humoru. Było ich tutaj mnóstwo. To one łagodziły ból istnienia narratora, to one pozwalały znosić ból fizyczny i to one sprawiły, że powieść wywoływała u mnie uśmiech. Nie bez powodu autor umieścił w książce takie motto:

Inteligentnego śmiechu z refleksją.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Sympatyk [Viet Thanh Nguyen]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 925 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi