Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Arab Jazz – Karim Miské

Arab Jazz – Karim Miské
Przełożyła Gabriela Hałat
Wydawnictwo Claroscuro , 2017 , 407 stron
Literatura francuska

 Powyższą opinię przeczytałam na odwrocie książki.
Faktycznie tak jest. Powieść wymyka się klasyfikacjom, chociaż można w dużym uproszczeniu określić ją jako kryminał społeczny noir. Jednak rozbudowane tło psychologiczne nadaje jej pełniejszy wymiar. Chociaż i to podejście nie wyczerpuje wielowątkowości w kontekstach kulturowym i filozoficznym.
Może nawet politycznym w poszerzonym spojrzeniu?
Głównym wątkiem jest śledztwo dwojga policjantów, Rachel i Jeana, z komisariatu nazywanego Bunkrem w 19. dzielnicy Paryża. W mieszkaniu położonym nad Ahmedem zamordowano Laurę. Morderstwa dokonano w sposób makabrycznie sadystyczny, zadając dziewczynie piętnaście ciosów nożem w krocze z wymowną aranżacją miejsca zbrodni, pełną symboliki.
Drugim, bardzo ważnym wątkiem są bohaterowie powieści.
Każdy inny. Z odmienną osobowością ukształtowaną przez pochodzenie, narodowość, religię i bagaż trudnej przeszłości. Policjantka Rachel to aszkenazyjska Żydówka, której emocje zaczynają się jej wymykać spod kontroli. Jean to Bretończyk z głową w chmurach ukierunkowany do wewnątrz i zżerany od wewnątrz przez coś, o czym sam nie chce wiedzieć. Ahmed to Arab z borderline, chociaż sam uważa się za Francuza marokańskiego pochodzenia, cierpiący na przewlekłą depresję. Były pacjent szpitala psychiatrycznego, który żyje z renty inwalidzkiej i większość czasu spędza na czytaniu kryminałów z mordercami i psychopatami w roli głównej, kupowanych na kilogramy w miejscowym antykwariacie. Cudze okropieństwa, chora wyobraźnia innych pozwalają Ahmedowi trzymać w ryzach potwory przyczajone z tyłu głowy i podsuwają myśl, aby włączyć się nieformalnie w śledztwo i napisać Arab Jazz jako odpowiedź na White Jazz Jamesa Ellroya, którego dosłowne tłumaczenie tytułu nie będzie tak oczywiste. Denatka Laura to dziewczyna wychowana w rodzinie świadków Jehowy, która zerwała z nią kontakty, podejmując pracę jako stewardessa. Wszyscy główni bohaterowie wraz z licznymi drugoplanowymi tworzą wielokulturowy tygiel zaludniający 19. dzielnicę Paryża. Tłum mówiący wieloma językami i wymagający ode mnie znajomości zarówno francuskiego, angielskiego, arabskiego, jak i hebrajskiego. Na szczęście na poziomie podstawowym (nie ma tłumaczeń w przypisach!), ale to wystarczyło, by zrozumieć irytację śledczego Jeana – Ledwie wyjdziesz z Bunkra, słyszysz: „Salam alejkum, panie poruczniku”. „Szalom, panie komisarzu”. Kurwa, niech mnie wreszcie przeniosą do Roscoff. Nie wiem, jak ty, Rachel, ale ja dostaję od tego kręćka. Dosłownie. Na dodatek dzielnicy pełnej świątyń islamskich, chrześcijańskich i żydowskich na każdym rogu z mniej lub bardziej nawiedzonymi przywódcami religijnymi i wiernymi o przekroju narodowościowym od Afryki po Europę. Ulic składających się z rzędów sklepików, barów, pubów, restauracji, antykwariatów i zakładów usługowych prowadzonych przez białych, czarnych i kolorowych. Miejsc i podwórek, na których wspólnie dorastają dzieciaki żydowskie i muzułmańskie, bawiące się w superbohaterów na podwórku szkolnym, w collège’u odkrywają rap, zostają gwiazdami w dzielnicy... Codzienności mieszkańców opowiedzianej wieloosobową narracją przekraczającą granice czasowe, wprawiając w dynamikę widziane obrazy i nadając im rytm w tak muzyki tworzonej przez artystów z różnych nacji i w różnym stylu, składającą się ostatecznie na jedną pieśń świata. Jej kwintesencja wybrzmiewa w playliście umieszczonej na końcu książki.

 Nie ma w niej analogicznej, osobnej "readlisty", chociaż można taką stworzyć, wybierając tytuły i nazwiska z tekstu, który jest ich pełen. Książki i myśli z nich zaczerpnięte są obecne na prawie każdej stronie. Tłoczą się w sklepikach, w mieszkaniach i umysłach bohaterów nierzadko spowitych narkotycznymi oparami.
Muzyka, książki, alkohol i jointy pozwalają wszystkim przetrwać kolejny dzień.
Dzień zła pracowicie krążącego po ulicach dzielnicy i między ludźmi. Tego pospolitego, małego, otaczającego każdego i tkwiącym w każdym z nas. Czynnego i biernego. Zła, które, niczym kula śnieżna, urasta do tego uniwersalnego, ponadczasowego, towarzyszącego ludzkości od zawsze.
Pojedyncze morderstwo staje się odzwierciedleniem całej dzielnicy.
Autor, jak przeczytałam w biogramie, dorastał w Paryżu. Tworzył filmy dokumentalne poruszające między innymi zagadnienia fundamentalizmu w islamie, chrześcijaństwie i judaizmie. Ta forma dociekań i tłumaczeń skomplikowanych zjawisk społecznych w wielokulturowej i wielonarodowościowej społeczności paryskiej mu nie wystarczała, skoro napisał również powieść nagrodzoną najważniejszą francuską nagrodą literacką w gatunku kryminału - Grand prix de litérature policière, o czym przeczytałam na okładkowym skrzydełku. Pod rozrywkową warstwą kryminału spróbował opisać i prześwietlić skomplikowane problemy społeczne we współczesnym Paryżu. Mieście, które już w niczym nie przypomina lat bohemy paryskiej XX wieku, tak dobrze ukazanej w Paryskiej żonie Pauli McLain. To zupełnie inny świat, bliższy Życiu seksualnemu muzułmanina w Paryżu Leïli Marouane, w który, dzięki autorowi, wsiąknęłam na kilka godzin, by go nie tylko zobaczyć, poczuć, posłuchać i przeżyć, ale przede wszystkim zrozumieć procesy w nim zachodzące, których dramatyczne skutki relacjonują media próbujące wmówić reszcie świata, że przyczyna tkwi w religii i polityce.
Zdaniem autora – to bardzo mocno uproszczone wyjaśnienie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Z książkowej playlisty moimi są te klimaty.

niedziela, 25 czerwca 2017
Instrukcja obsługi solniczki – Szymon Hołownia

Instrukcja obsługi solniczki: felietony z „Tygodnika Powszechnego” – Szymon Hołownia
Wydawnictwo WAM , 2017 , 159 stron
Literatura polska

Otrzymałam zaproszenie!

 Kilka dni wahałam się, czy pójść na spotkanie z człowiekiem, o którym słyszałam – pluszowy katolik, celebryta, lewak. To był również powód niesięgania po żadną z publikacji, jakie wydał. Nie wiem, dlaczego tym razem skusiłam się? Może to był impuls, może moja przekora, a może „palec boży”? Chyba to ostatnie, bo tak musiało być, że ze sceptyka, a teoretycznie według niektórych nawet z wroga, zamieniłam się w wolontariuszkę Szymona Hołowni.
Ale po kolei!
Kiedy już się zdecydowałam na to spotkanie, wpadłam w panikę, że nic nie czytałam z jego opublikowanych pozycji, a ponieważ lubię być przygotowaną do tego typu spotkań, wyprosiłam książkę (za bardzo nie musiałam!) u mojej kochanej bibliotekarki z biblioteki publicznej, bo nie była jeszcze włączona do księgozbioru. Wzięłam pierwszą, jaką wyjęła z kartonu świeżej dostawy książek. Trafił mi się najnowszy zbiór felietonów z Tygodnika Powszechnego pisanych na przełomie lat 2016-2017. Autor trochę wątpił w to „odgrzewanie kotletów”, jak ujął to w swoim fejsbukowym profilu, ale z mojej perspektywy, osoby nieczytającej tego czasopisma, to miało sens. Forma książkowa to jedyny sposób, abym mogła poznać jego poglądy.
Czy było warto?
Nawet bardzo warto! Autor przywrócił mi wiarę w istnienie wierzących katolików próbujących sklejać, a nie dzielić, łączyć, a nie odgradzać się. Byłam zaskoczona samodzielnością, niezależnością i racjonalnością myśli zawartych w tych, dla jednych felietonach, dla innych kazaniach, a dla mnie refleksjach filozoficznych głęboko sięgających do fundamentów religii katolickiej.
Autor jest wierzącym katolikiem.
Nie chcę używać określeń stopniujących, bo dla mnie to podstawowe pojęcie zawiera w sobie wszystko – albo się jest wierzącym z dobrodziejstwem „całego inwentarza”, albo jest się tylko religijnym, wyskubując z ciasta rodzynki, by żyć nie po bożemu, ale po swojemu. Według własnej religii skrojonej na własną miarę. To również pogląd autora, o którym mówił na spotkaniu. Pomijam fakt, że autor często powoływał się w swoich tekstach na Nowy Testament, że nosi przy sobie Biblię i czyta ją w każdej wolnej chwili, bo to jeszcze nie czyni człowieka wierzącym.
On robi dużo więcej!
Wciela w życie fundamentalną zasadę swojej wiary. Tę podstawową. Tę najprostszą przekazaną w ewangeliach i w dekalogu - miłość bliźniego. Teoretycznie tę zasadę ujął i podkreślił w każdym z tych felietonów, które poświęcił współczesnym problemom naszych czasów. Było więc o bezdomnych, emigrantach, roli Kościoła i jego wrogach (niekoniecznie zewnętrznych!), względności biedy, patriotyzmie, papieżu Franciszku, terroryzmie i wielu, wielu innych. Ku mojemu zaskoczeniu, pomimo różnic światopoglądowych szerokości i głębokości amerykańskich kanionów, zgadzałam się z nim.
Mało tego!
Miałam wrażenie, że mówi w moim imieniu. Bronił mnie nawet, swojego „wroga” przed chrześcijańskim „jadem” rozgłośni katolickich! To pierwsze, dobre wrażenie, chociaż nie ono było najważniejsze. A może było, bo u podstaw tych jego wniosków zawsze znajdowała się miłość do drugiego człowieka, kruchość życia i nieuchronność śmierci w każdej chwili, gotowość do dialogu i chęć wypracowania konsensusu do pokojowego współistnienia i współdziałania. Z wszystkimi! Nawet, jak powiedział na spotkaniu, z ojcem Tadeuszem Rydzykiem.
Brzmi słodko!
Może dlatego, że te prawdy stały się hasłami wytartymi przez wielu tylko je wygłaszających (dostało się tutaj i politykom, i hierarchom Kościoła katolickiego!) bez pokrycia w czynach. Autor nie tylko mówi. On je również wciela w życie. Nie bez powodu między felietonami umieścił zdjęcia z komentarzami, które nie miały nic wspólnego z treścią.

Tylko pozornie były całkowicie oderwane od nich, ale po przeczytaniu całości, która była teorią na temat znajdywania środka ciężkości w trudnym życiu i w pokręconym świecie, te zdjęcia pokazywały czyny. Jego konkretną działalność na rzecz drugiego człowieka napędzaną tylko i wyłącznie miłością płynącą z wiary. Wyraźnie mówiły – nie tylko wskazuję, ale daję przykład, jak to robić.
Na spotkanie przyjechał nie celebryta, ale człowiek proszący o wsparcie dla innych.
Chłopak, który pod marynarką miał nie koszulę, ale t-shirt z logo jednego z projektów Przybij piątkę. Osoba z ogromnym poczuciem inteligentnego humoru oraz umiejętnością przekazywania wiedzy i swojej misji?, powołania?, spalania się w imię Boga i dla niego? Właściwie większość spotkania była poświęcona działalności jego dwóm fundacjom:

 Zajrzałam na ich strony internetowe i utonęłam w afrykańskiej rzeczywistości, która jest mi bliska od kilkudziesięciu lat, na kilka godzin. O wsparcie trzeba umieć prosić, bo prośba jest towarem, który w naszym skomercjalizowanym świecie trzeba umieć sprzedać. Szymon Hołownia robi to po mistrzowsku. Świetnie zna zasady public relations, aby dotrzeć do każdego potencjalnego darczyńcy. Dać szansę każdemu na ujawnienie swojej dobrej strony, która jest w każdym, według indywidualnych możliwości poprzez projekty skrojone na miarę każdego człowieka. Spośród wielu form pomocy wybrałam coś dla siebie. Posłuchajcie!

Stąd dołączone dwa banerki w bocznej szpalcie pod hasłem Wspieram i popieram oraz taki obszerny wpis bardziej o działalności autora niż o jego książce. Siła przekazu stron fundacji kryje się również we wszechstronności ukazania działalności z każdej strony i sióstr misjonarek, i autora, ale i samych dzieci poprzez zdjęcia, relacje, filmiki, opisy codzienności, sprawozdania i całkowitą transparentność działań. Faktycznie można dać się wciągnąć w życie codzienne sierocińca Kasisi. Jednak to, co przekonało mnie najbardziej, to konsekwencja Szymona Hołowni w działaniu poprzez miłość niosącą radość podopiecznym obu fundacji. Nie epatuje biedą i chorobami, chociaż są takie, ale porywa radością i szczęściem dzieciaków. Ich śmiech i miłość, jakimi są otaczane przez siostry, energia działania, jaką wnosi autor w ich życie – mówią za wszystko i o wszystkim. Zresztą, po co pisać, skoro można zobaczyć i samemu poczuć:

Więcej argumentów nie było mi potrzeba, by wesprzeć. Zwłaszcza, że ten wulkan energii trzeba podsycać. Autor nie jest psychicznym perpetuum mobile. Wiem to, bo i o chwile zwątpienia padło pytanie z sali. Ma takie, nawet nie chwile i dni, ale całe miesiące.
Jak każdy z nas.
Żałuję, że na spotkanie spóźniłam się. Zapomniałam wziąć ze sobą biblioteczną książkę i musiałam wrócić się po nią, bo liczono na złożenie w niej autografu przez autora. Stąd uchwycenie momentu prośby o wpis dla czytelników biblioteki.

fot.TOK

 I tak stałam się wolontariuszką Szymona Hołowni (chociaż w powszechnym podziale przyjętym przez nasze społeczeństwo, powinnam być jego zajadłym wrogiem i pluć jadem), o czym autor prawdopodobnie się nie dowie, ale jak napisano w Nowym Testamencie Biblii Tysiąclecia – Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa... (Mat. 6:3).
I niech tak zostanie.

sobota, 24 czerwca 2017
Replika: Gemma Lira – Luren Oliver

Replika: Gemma Lira – Luren Oliver
Przełożyła Monika Bukowska
Wydawnictwo Otwarte , 2017 , 398 stron
Seria Moondrive
Literatura amerykańska

Krucha Gemma w Chorowitym Ciele!
Tak widziała i nazywała siebie szesnastoletnia Gemma. Mogłam pomyśleć, że to nadinterpretacja tak charakterystyczna dla nastolatków, ale w miarę czytania zaczęłam przyznawać jej rację. Faktycznie była nieatrakcyjna. Miała nadwagę, poważne i nieustające problemy zdrowotne, których lista obejmowała aż dziewięć punktów. W tym dwie operacje serca i oszpecające ciało blizny.

 Na dodatek była szkolnym popychadłem z przezwiskiem Frankenstein oraz grzeczną i posłuszną córką nadopiekuńczej matki. Gemma pokornie znosiła swój los.
Do pewnego momentu!
Do pojawienia się w niej siły silniejszej niż strach i poczucie winy przed rodzicami do rozwiązania zagadki, która mogła wyjaśnić jej beznadziejne położenie. Ta nieodparta chęć jej wyjaśnienia zmieniła Gemmę w dziewczynę odważnie poszukującą, która dotychczas żyła w komiksie, w dwóch wymiarach, a teraz udało jej się uciec do pełnowymiarowego świata, w którym dobrze jej robiło wydawanie rozkazów, posiadanie planu, liczenie głównie na siebie i robienie tego, na co miała ochotę, bez błagania kogokolwiek o pozwolenie. Nareszcie była Gemmą, która potrafiła wsiąść do samochodu obcego chłopaka, Gemmą, która badała tajemnicze sprawy, Gemmą, która przeciwstawiła się rodzicom i okłamywała najlepszą przyjaciółkę.
Gemmą, która poznała Lirę.
Dokładnie w tym momencie urywa się opowieść Gemmy, a zaczyna historia Liry. Nie był to kolejny, następny rozdział. Książkę musiałam odwrócić, by zacząć czytać ją od nowa. Z nową okładką i ponownie od pierwszej strony.

 Poznać znaną, ale na nowo opowiedzianą wersję tym razem przez tajemniczą Lirę, pochodzącą z zakazanego miejsca, do którego próbowała dotrzeć Gemma. W ten sposób obie narracje dziewczyn złożyły się na jedną historię niosącą w sobie wiele wątków filozoficznych, z których najważniejszym było zło tkwiące w człowieku, czyniące z niego potwora zniewalającego innych w imię kontrowersyjnych, wyższych celów. Autorka wykorzystała w swojej powieści bardzo aktualne współcześnie spory bioetyczne, by ostrzec przed skutkami przekraczania barier etycznych i naruszania wartości moralnych w doświadczeniach genetycznych na tkankach ludzkich.
Przeciwstawiła im prawa człowieka do miłości i wolności.
Do takich wniosków pozwoliła mi dochodzić powoli, ukazując okrucieństwo badaczy oczami obu dziewczyn, z których jedna była córką naukowca, a druga obiektem jego doświadczeń. Jednak i ten obraz okazał się ostatecznie niejednoznaczny. To podwójne widzenie jednego problemu było zamierzone. Według autorki nie istnieje coś takiego jak obiektywny ogląd zdarzeń. Prawd jest tyle, ilu bohaterów. Autorka przedstawiła w tej powieści ich kilka w sposób niezwykle sugestywny i za każdym razem bardzo przekonujący, pozostawiając wybór tej jedynej, słusznej – mnie. Jak zwykle w jej powieściach (7 razy dziś, trylogia Delirium) nie było mi łatwo stworzyć jedną, uniwersalną i zadowalającą wszystkich prawdę. To mistrzyni wywierania wpływu emocjonalnego. Jej bohaterowie są zawsze wrażliwymi i skomplikowanymi psychologicznie osobowościami, uwikłanymi w brutalne, bezwzględne i skrajne sytuacje pozornie bez wyjścia, ale na tyle silne psychicznie, by je jednak ostatecznie znaleźć. Nigdy jednak nie są już tymi samymi osobami.
Dokładnie jest tak również w tej powieści.
I dokładnie to samo dzieje się z czytelnikiem. Ten „happy end” każdej powieści, okupiony przez czytelnika skrajnymi emocjami, jest najważniejszym momentem procesu czytania – chwilą zmiany dotychczasowego myślenia z nieświadomego na świadomy. Końcowym efektem swoistego dialogu z autorką poprzez opowieść.
Darem dla czytającego od autorki.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 


W tym zwiastunie powieści można dokładnie zobaczyć dwustronność tej książki.

niedziela, 18 czerwca 2017
Do serca przytul psa – Dorota Sumińska , Paweł Siczyński

Do serca przytul psa – Dorota Sumińska , Paweł Siczyński
Wydawnictwo Galaktyka , 2006 , 96 stron
Literatura polska


 Uwielbiam słuchać opowieści o zwierzętach!
Nie ma znaczenia w jakiej formie. Mogą to być filmy przyrodnicze. Opowieści znajomego leśniczego. Relacje mojego wujka myśliwego, który bardziej obserwował niż polował. Poważna literatura Georga Orwella Folwark zwierzęcy. Historie z lasu o Wilkach Adama Wajraka. Komiks wymyślony dla dzieci o życiu w Umarłym lesie Adama Wajraka i Tomasza Samojlika. Czy, tak, jak w przypadku tej pozycji, krótkie opowiastki o psach domowych. Autorka miała ich w życiu tak dużo, że z czasem uzbierał się spory materiał na książeczkę dla takich maniaków, jak ja.
Wszystkie prawdziwe!
Miała więc o czym opowiadać, ponieważ, jak sama napisała we wstępie, psy były ze mną zawsze i psom poświęcam tę książkę. Również wilkom.

To od nich zaczęła opowieść trochę symbolicznie, a trochę chronologicznie w miarę pojawiania się psów w rodzinie autorki. A i dla kundla z sąsiedztwa znalazła miejsce w panteonie w większości opisanych tutaj psów rasowych. Każdy rozdział poświęciła innemu pupilowi, umieszczając jego imię w tytule i dołączając "portret".

Tekst również ilustrowała zdjęciami.

Same historie napisała sercem i z miłością, która ciepły, psi język i nie zawsze miłą woń sierści czyniła dla niej zapachem i pierwszym, przyjemnym wspomnieniem z dzieciństwa. A kiedy zaangażuje się tak, jak autorka, empatię do obserwacji zwierząt, to można zobaczyć więcej niż przeciętny człowiek. Zwłaszcza ten, który ze zwierzętami kontaktu na co dzień nie ma. Wtedy można zobaczyć w psie... osobowość. Te kilkanaście opowiastek to kilkanaście indywidualności pełne zalet i wad, ale zawsze pełne bezwarunkowej miłości do człowieka. Czasami zahaczających o ekstrawagancję, maniery, przyzwyczajenia, a nawet o cechy, o które nie podejrzewałoby się psa, jak absolutna wierność Picka swojej jedynej miłości Pusi.
Aż chciałoby się przygarnąć jakąś psinę!
Gdyby nie uwagi autorki umieszczane na zakończenie, działające jak zimny prysznic pośród zachwytów. Jako lekarz weterynarii krótko wskazywała na choroby charakterystyczne dla psów rasowych, które skutecznie studziły zapał i włączały rozsądek podpowiadający, że pies to obowiązek. W przypadku psa rasowego – podwójny, a to z powodu wad genetycznych, jakie zafundowali im hodowcy psów. To smutny wątek tych opowieści – co człowiek uczynił psu dla własnej przyjemności i pieniędzy za jego bezinteresowną miłość. Dokładnie mogłam zobaczyć i przeczytać o tym w materiale Jana Mullera Jak 100 lat hodowli zdeformowało psy.

A przede mną kolejna książka autorki tym razem z historią psa Bolka!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 17 czerwca 2017
Antyk w malarstwie XV-XXI wiek – Bożena Fabiani

Antyk w malarstwie XV-XXI wiek – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 336 strony
Literatura polska


Książka, którą oddaję w ręce Czytelników, różni się od poprzednich z serii moich "Gawęd o sztuce”, ponieważ jest poświęcona tylko jednemu tematowi, a o artystach opowiada jedynie przy okazji.
Nie zniechęciło mnie to uprzedzające w swojej skromności zdanie, ponieważ z pierwszego spotkania lekturowego (Stary Testament w malarstwie) z tą autorka wiem, że jej styl narracji nic nie traci z gawędziarskiej formy. Natomiast tematyczność przekrojowa tylko zaciekawia i wręcz zachęca.
Tym razem autorka sięgnęła po mity.
Jak sama napisała – Podjęłam próbę przybliżenia dorobku kultury antycznej na przykładach mitologii głównie w malarstwie, ale niekiedy także w rzeźbie europejskiej. A ponieważ artyści na przestrzeni wieków, zakresowo ujętych w tytule opracowania, najchętniej czerpali inspirację z epickiego poematu Owidiusza, postanowiła wybrać zaledwie garść z jego Metamorfoz zawierających ponad dwieście pięćdziesiąt mitów grecko-rzymskich opowiadanych w piętnastu księgach. Nie zapomniała przy tym o innych znawcach mitów jak moja ulubiona pani od religii - Anna Świderkówna, Zygmunt Kubiak, Robert Graves czy najbardziej znany mi Jan Parandowski, na opracowania których również się powoływała i cytowała, obok dzieła Owidiusza, w celach kontekstowych, porównawczych lub uzupełniających objaśnienia obrazów. Wyszła z założenia, że aby zrozumieć tysiące obrazów wchodzących w skład kanonu sztuki europejskiej, należy znać mitologię Greków i Rzymian. To dlatego swoje opracowanie rozpoczęła od rozdziału Z antykiem przez wieki, ukazując jego silny wpływ na szeroko pojętą kulturę aż do dzisiaj. Dla mnie to było nie tylko przypomnienie sobie mitologii poznanej w szkole średniej, żeby zrozumieć malarstwo, ale również, aby móc zrozumieć twórczość współczesnych pisarzy zainspirowanych Olimpem pełnym bogów i półbogów .
Dopiero po tym krótkim rysie historycznym przeszła do omawiania poszczególnych obrazów ilustrujących konkretny mit. Ułożyła je chronologicznie czyli od stworzenia świata. Zawsze na początku przypominając mityczną opowieść, a potem jego odzwierciedlenie w sztuce. Tak, jak uprzedzała we wstępie, przede wszystkim w malarstwie,

 ale i w kilku przypadkach, w rzeźbie.

Czasami poszerzając interpretację o życiorys twórcy. Wszystko bogato ilustrowane omawianymi dziełami sztuki. I tak, jak w Starym Testamencie w malarstwie spodobał mi się jeden obraz, tak tutaj nie powstrzymałam się przed wyrazami zachwytu miłości od pierwszego ujrzenia, których nie przytoczę, ale za to pokażę obiekt moich westchnień.

To Orfeusz i Eurydyka Camille’a Corota i jego niezwykłe, wspaniałe, genialne uchwycenie światła, które mi przekazał emocjonalnie, a o którym pisał w liście do przyjaciela: „Bądźmy posłuszni pierwszemu wrażeniu. Jeśli wzruszenie było prawdziwe, jego szczerość udzieli się innym”. I udzieliło mi się w pełnym znaczeniu tej myśli! Czyż nie na tym polega geniusz artysty?
Autorka pozostawiła mi również zagadkę!
Przy okazji omawiania mitu o Dedalu i Ikarze, wspomniała o Perdyksie, kuzynie Ikara, zaklętego w kuropatwę. Według Owidiusza, towarzyszącego upadkowi Ikara. Autorka umieściła zastanawiający mnie mocno komentarz – Czy kuropatwa pojawia się na obrazach? Ja jej nigdzie nie znalazłam. Odwracam więc kartkę, a tam, na pięknie rozłożonym obrazie,

widzę wyraźnie... kuropatwę!

Chyba że nie jest to kuropatwa, ale na innego ptaka mi nie wygląda. Poza tym artyści na obrazach kodujących mity nic nie umieszczali przypadkowo. A może autorka postanowiła dla żartu sprawdzić moją uważność, bo humoru nie można jej odmówić, skoro swoje gawędy okraszała anegdotami z życia wziętymi?
To nie koniec zaskoczeń!
Dwie niespodzianki umieściła na końcu książki. Pierwsza to przeciekawy przewodnik po Pompejach.

Właściwie prezent, ponieważ pierwotnie został on wydany w Rzymie z myślą o polskich turystach. Jest na tyle szczegółowy i obszerny, że pozwala na samodzielne zwiedzanie ruin miasta. Zwłaszcza, że posiada dołączoną mapkę. A druga niespodzianka to przewodnik po Capri.

Również zawierający mapkę i praktyczne wskazówki turystyczne.
I chociażby dlatego warto tę książkę nie tylko przeczytać dla lepszego zrozumienia antycznego kanonu w literaturze i malarstwie, ale również wziąć ze sobą w podróż do Włoch jako przewodnik.
I na koniec marzenie (pomysł?, sugestia?, a może nieśmiała prośba czytelniczki?), które nasunęło mi się po tym drugim opracowaniu tematycznym. Chciałabym posłuchać autorki opowiadającej o obrazach, w których artyści zakodowali wszelakiego rodzaju szyfry takie, jak magiczny kwadrat w miedziorycie Melancholia I Albrechta Dürera.

By Albrecht Dürer - [1], Domena publiczna, Link

Opracowanie z wątkiem detektywistyczno-sensacyjnym czyli symbolizm w malarstwie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
piątek, 16 czerwca 2017
Początek wszystkiego – Robyn Schneider

Początek wszystkiego – Robyn Schneider
Przełożyła Aga Zano
Wydawnictwo Otwarte , 2017 , 320 strony
Literatura amerykańska

...każde życie, nieważne, jak zwyczajne, ma tę jedną chwilę, kiedy staje się wyjątkowe – chwilę, po której wydarzy się wszystko, co naprawdę ma znaczenie.
Dla Ezry, szkolnej gwiazdy sportu, tą chwilą był wypadek samochodowy, który nie tylko przekreślił jego dotychczasowe plany na przyszłość – uniwersytecki sportowiec, przewodniczący samorządu studentów, po studiach praca w korpo, w weekendy wypady ze znajomymi na narty, ale i życie osobiste. Nagle okazało się, że został sam, a przyjaciele, za jakich uważał dotychczasowych kumpli, odsunęli się od niego. Złoty chłopiec odszedł w zapomnienie.
Na jego miejscu pojawił się nowy Ezra.
Z nowym spojrzeniem na swój dotychczasowy styl życia, dostrzegając w nim płytkość, sztuczność, pozerstwo i lans. W odkrywaniu alternatywnej rzeczywistości, której nawet nie podejrzewał, że istnieje, pomagała mu Cassidy. Dziewczyna inna niż wszystkie, które znał. W niczym nie przypominała typowej nastolatki z liceum w Eastwood – blond włosy, dużo makijażu, absurdalnie drogie torebki. Ezra początkowo nawet nie bardzo wiedział, co myśleć o jej znoszonej męskiej koszuli wpuszczonej w dżinsowe szorty i o wysłużonym skórzanym worku na jej ramieniu, który wyglądał jak rekwizyt ze starego filmu.
W ogóle był bardzo zagubiony.
Stracił pozycję króla, przewodniczącego samorządu, kapitana drużyny tenisowej i dotychczasową tożsamość, a nową musiał dopiero zbudować. Odnaleźć podstawę poczucia własnej wartości, nowe miejsce w szkolnym środowisku, dostrzec inne możliwość i zdolności niż tylko umiejętności sportowe i zobaczyć przyszłość po ukończeniu szkoły. Nie przypuszczał, jak wiele będzie zawdzięczał tej niepozornej i niepasującej do znanych mu szablonów i schematów, dziewczynie.
Początkowo opowieść sprawiała wrażenie bardzo smutnej, pesymistycznej i przygnębiającej. Wypadek Ezry, utrata przyjaciół, zmiana dotychczasowego stylu życia, spadek z drabiny pozycji społecznej, utrata atrakcyjności wysportowanego ciała, wypadnięcie poza krąg grupy rówieśniczej, trudna przyjaźń z Cassidy, nie były przyjemnymi przeżyciami. Jednak ten ciąg nieszczęść doświadczanych przez nastolatka był konieczną bazą do zbudowania na niej nowego, odmiennego i alternatywnego życia. Nie napiszę, że lepszego, bo to pojęcie względne i każde może być dobre, ale na pewno zgodnego z osobowością chłopaka. Z jego prawdziwym, wewnętrznym ja. W ten sposób autorka pokazała powolny proces przemiany nastolatka tworzącego wokół siebie sztuczny wizerunek w świadomego siebie, swoich możliwości, wiedzącego, czego chce od życia, chłopaka. To dzięki temu wątkowi powieść z czasem staje się optymistyczna w ostatecznym przesłaniu, by na koniec wręcz dodać odwagi do spojrzenia na własne życie w zgodzie z sobą. Do zerwania z życiem pod dyktando innych i dla ich oczekiwań. Do nieczekania na los, który zmusi do tego, zsyłając dramatyczny moment. Do mądrych i świadomych wyborów, bo, jak głosi hasło-motto tej powieści umieszczone na dole okładki tytułowej:

To niezwykle uspakajająca, a dla zagubionych terapeutyczna, opowieść o charakterze dydaktycznym i moralizatorskim, która absolutnie nie daje tego odczuć, a mimo to osiąga cel - zostawia jedną, podstawową i ponadczasową prawdę w umyśle młodego czytelnika.
Masz wybór – życie, w którym można tylko egzystować lub go w pełni przeżyć.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

W konkursie zorganizowanym przez wydawnictwo do wygrania jest aż 100 egzemplarzy tej książki. Zachęcam!

Książka doczekała się wielu wersji zwiastunów. Ten spodobał mi się najbardziej.

czwartek, 15 czerwca 2017
Z góry widać tylko nic – Arek Borowik

Z góry widać tylko nic: mocna rzecz o namiętnościach – Arek Borowik
Wydawnictwo Dobra Literatura , 2017 , 400 stron
Literatura polska

Totalnie pozytywne zaskoczenie!
A początkowo nie zanosiło się na to! Nic nie wskazywało, że właśnie wchodzę do labiryntu nie tylko ludzkich namiętności w mocnym wydaniu, jak uprzedza podtytuł,

ale również w świat baśni. I to baśni w wydaniu hardkorowym czyli raczej brutalniejszych w przekazie braci Grimm niż łagodniejszego Hansa Christiana Andersena. Tematu, który w literaturze uwielbiam.
A wszystko zaczęło się od zmory każdego pracodawcy.
Dobiegającego czterdziestki Strawińskiego, który firmę traktował jak ZUS, miejsce odpoczynku, idealne warunki pielęgnowania uzależnienia alkoholowego i „kanapę” do spania. Każdy rozsądny prezes zwolniłby takiego „niebieskiego ptaka”, tyle że ten ostatni miał dobry bajer na przetrwanie w miejscu pracy. Za każdym razem, po donosie kolegi lub koleżanki z biura, „sprzedawał” swojemu przełożonemu, dosłownie i w przenośni, bajkę, którą ten „łykał” i godził się na jeszcze jedną szansę. Jeszcze jedną próbę przed ostatecznym wyrzuceniem z pracy.
A ja dałam się wodzić za nos razem z szefem!
Chciałam tego kolejnego zaufania, bo wiązało się ono z następną ciekawą opowieścią, a dla mnie również zabawą w zgaduj-zgadulę – jaką baśnią inspirował się autor? A było ich wszystkich cztery, obiecując na zakończenie kolejne napisane przez siebie, a może przez samo życie?

Nie zdradzę tytułów. Nie chcę odbierać przyjemności zabawy innym czytelnikom w kojarzeniu poszczególnych, mrocznych historii z tytułami znanych bajek. Zdradzę tylko, że wcale nie jest to takie proste, bo autor opierał się tylko na ogólnych schematach, od czasu do czasu wplatając naprowadzający, jednoznacznie kojarzący się cytat ze znaną bajką. Miałam z tym problem w przypadku pierwszej historii, a ostatniej byłam pewna, kiedy spojrzałam na całość, bo z góry było widać, wbrew tytułowi, może nie całkiem nic, ale na pewno lepiej. Na odwrocie książki znalazłam taką wypowiedź:

Nie miałam takiego problemu po jej przeczytaniu. Ta książka jest o życiu współcześnie odzwierciedlonym w znanych baśniach, dlatego jest o wszystkim i dla wszystkich lubiących kopać i grzebać w psychice ludzkiej. Poszukiwać odpowiedzi, czy baśnie ułatwiają tłumaczenie skomplikowanego życia, czy to raczej życie inspiruje twórców? Czy bohaterowie to wymyślone postacie, czy raczej ludzie z krwi i kości? A jeśli to ostatnie, to z kim mogę się utożsamiać? Która z nich jest mną, a może ja nią? Obalić mit, że baśnie łagodzą brutalność rzeczywistości, a może go podtrzymać, bo to rzeczywistość brutalizuje baśnie? Takich i wiele, wiele innych tematów do przemyśleń podsuwa ta powieść.
Zachwyciła mnie również forma przekazu.
Na podobny zabieg ukazujący obóz koncentracyjny zdecydowała się również Eliza Granville w powieści Gretel i ciemność zainspirowana bajką Jaś i Małgosia. Autor wykorzystał w swojej książce aż cztery bajki. Przy czym jedna z nich spina klamrą pozostałe trzy, tworząc opowieść w opowieści. Każda pełna skrajnych emocji, brutalności i uzasadnionych wulgaryzmów, co uwidoczniło się nawet w tytule jednego z rozdziałów:

Każda z morałem, który uwypuklał jedną, konkretną przywarę ludzką – zachłanność, zazdrość czy nienasycenie. A wszystko podane z dużą dawką inteligentnego humoru. Zwłaszcza w wykonaniu Strawińskiego. Typu z gatunku „wrzodów na tyłku”, ale gdyby nie ten sprawiany przez niego ból, człowiek nie wiedziałby, że żyje. Jego inne pojmowanie otaczającego go świata, odmienny system preferowanych wartości, nieakceptowanie realiów, nonkonformistyczny styl życia, przebiegłość w jego praktykowaniu i forsowaniu, irytował mnie, ale jednocześnie wzbudzał sympatię. Polubiłam tego lawiranta, może dlatego, że człowiek sam by tak chciał, ale nie ma w sobie tyle „predyspozycji”, co Strawiński, by przeżyć w społeczeństwie całkowicie na własnych warunkach. Nie każdy może być Piotrusiem Panem i musi wybierać między kotem w butach a wilkiem albo Śnieżką a złą królową.
Podobno jestem Kopciuszkiem (psychotest z przymrożeniem oka), a marzyłoby się być taką Szeherezadą!

niedziela, 11 czerwca 2017
Co nas drażni, co nas wkurza – Joe Palca , Flora Lichtman

Co nas drażni, co nas wkurza – Joe Palca , Flora Lichtman
Przełożyła Olga Siara
Przedmowy do polskiego wydania Artur Andrus , Tomasz Grzyb
Ilustracje Marcin Wicha
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 253 strony
Literatura amerykańska

24 września 2010 roku istniało ponad 6,8 miliarda opinii na temat tego, co jest najbardziej irytującą rzeczą na świecie.
Tak stwierdzili autorzy tej publikacji - psycholog i dziennikarka naukowa. Można wysnuć wniosek, że porwali się z motyką na słońce, a jednak udało im się wyłuskać z oceanu opinii tę jedną, uniwersalną, powszechną i wkurzająca większość ludzkości. To...

Tak! To słuchanie obcej rozmowy przez komórkę. Oprócz tego przytoczyli ranking pozostałych, drażniących czynników, z których mnie najbardziej porusza dźwięk skrobania metalu, a zupełnie nie przeszkadza odgłos pocierania o siebie dwóch kawałków styropianu. Właściwe mój osobisty ranking mocno różni się od tego podanego przez autorów. Jednak nie o wyliczenie czynników skutecznie wyprowadzających człowieka z równowagi chodziło w tej publikacji.
Jej głównym celem było opisanie tego zjawiska z perspektywy naukowej.
Zadanie dosyć trudne, biorąc pod uwagę, że irytacja jest prawdopodobnie najczęściej doznawaną i zarazem najsłabiej zbadaną ludzką emocją. Dlatego autorzy w swoich rozważaniach powoływali się na wiedzę ze wszystkich dyscyplin naukowych, przytaczając najnowsze dane, odkrycia i ustalenia. Często cytując konkretnych badaczy. Dodatkowo tematykę komplikował fakt, że irytacja przez wielu naukowców była odmiennie definiowana z powodu jej subiektywności i zależności od kontekstu. Aby ułatwić sobie pracę, podzielili treść na rozdziały odpowiadające przyjętej klasyfikacji, której bazą był charakter źródła irytacji – dźwięk, woń czy łamanie norm społecznych. W każdym dociekali przyczyny, doszukując się drażliwości w genach, budowie fizycznej, procesach psychologicznych, właściwościach fizycznych i chemicznych czynnika, a nawet w uwarunkowaniach kulturowych.
Nie budowali jednak wniosków ostatecznych.
Raczej wytyczali nowe ścieżki dociekań. Stawiali nowe pytania. Otwierali kolejne drzwi do terenów badawczych. To co mnie najbardziej zaciekawiło, to rady dotyczące przynajmniej ograniczenia skali irytacji, bo aktywne ignorowanie czegoś, co nas irytuje, jest zwyczajnie niemożliwe. Autorzy proponują w miejsce tej najpowszechniejszej metody kilka innych. Dla mnie już sama treść tego opracowania przynosi ulgę. Uświadomienie sobie dzięki niej, dlaczego coś mnie irytuje, wyzwala we mnie większą dozę tolerancji. Zwolniła mnie też z katowania się bluesem, bo przecież, jak nie jest piękny, jak jest! Przynajmniej tak twierdzą jego miłośnicy. Otóż są tacy, jak ja, dla których ma czelność nie być i jest to udowodnione naukowo w tej publikacji. Stąd nasze sympatie i antypatie w wyborach muzycznych. Jednak autorzy ostrzegają – Możecie wypróbować te wszystkie strategie, ale z naszych szeroko zakrojonych badań wynika, że żadna z nich nie sprawdza się do końca. Przynoszą co najwyżej chwilową ulgę... Na pocieszenie dodaje – Ostatnią deską ratunku może być myśl, że złe uczucia – ogólnie rzecz biorąc – zwykle wcale nie są takie złe. Sygnalizują, że pojawił się jakiś problem... Są nieodłącznym elementem procesów psychologicznych na równi z innymi emocjami, jak niepokój, smutek czy złość – wszystkie te emocje są dobre, to znaczy użyteczne, jeśli zostają wyrażone we właściwym stopniu w odpowiedniej sytuacji.
Inaczej od irytacji prosta droga do furii.
Jak na temat przystało, sama oprawa graficzna książki z humorem próbowała mnie zirytować. Najpierw wściekle pomarańczowym kolorem okładki, której brązowy kolor w Internecie ma się nijak do tego w realu.

Potem wnerwiającym wszystkich użytkowników komputerów „wczytywaniem” tekstu,

 a następnie, odmierzającą czas rozpoczęcia kolejnego rozdziału, ikonką klepsydry.

Na szczęście narosłe „napięcie” rozładowują humorystyczne rysunki ilustrujące omawiane zagadnienia

oraz ostatnie zdanie autorów – Jeśli waszym największym zmartwieniem jest mimowolne podsłuchiwanie irytującego semilogu, to podziękujcie losowi i kupcie sobie zatyczki do uszu. Dlatego dziękuję z całego serca za takie problemy, a jeśli chodzi o zatyczki, to dam radę bez.
Po prostu – nirwana.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Paradoks - nie lubimy być poirytowani, ale najwyraźniej przyjemnie nam się myśli o tym, co nas irytuje. - twierdzą autorzy książki. Coś w tym jest, kiedy posłucha się najbardziej wkurzonego Polaka - Wojciecha Cejrowskiego. Mnie rozbawił!

sobota, 10 czerwca 2017
Dzika energia – Marina i Siergiej Diaczenko

Dzika energia: Lana: powieść – Marina i Siergiej Diaczenko
Wydawnictwo Teza , 2006 , 416 stron
Literatura ukraińska

Pracuję jako piksel.
Już to pierwsze zdanie, rozpoczynające opowieść o dziewczynie, która żyje w świecie zniewolonych ludzi, budzi zaciekawienie. Żyć jako kropka i przewodnik rytmu w wielkim pokazie wśród syntetyków i dla uzależnionych od codziennej dawki energii dostarczanej przewodami z Zakładu, na którą muszą sobie zapracować, musi być ciekawie. Musi być też strasznie, skoro bez niej umierają. W beznadziejnie ponurym, mrocznym mieście, gdzie panuje deficyt energii, a słońce świeci tylko 20 minut na dobę. Ulice patroluje policja energetyczna, wyłapując tych, którzy handlują, produkują lub pobierają energię nielegalną, a z człowiekiem, którego na tym złapią, energetyczna policja może zrobić cokolwiek: bić, szydzić, zabić...
Główna bohaterka tego nie dostrzegała, dopóki nie poznała dzikich.
Wyjątkowych ludzi mieszkających na szczytach wież, którzy nie potrzebowali energii z zewnątrz. Mieli ją w sobie. Czerpali ją z własnego serca, które wybijało rytm energii dzikiej, bo dziki żyje z miłością – i umiera bez strachu! Od tego momentu rozpoczęła się przemiana dziewczyny w niezależną, świadomą, silną własną energią, pewną swoich postanowień osobę, która, w trakcie walki z energetycznym reżimem, zyskuje imię – Lana. Jej hasłem życiowym stało się przekonanie – Ja nie chcę i nie będę żyć w takim świecie. Zmienię go... albo umrę, próbując zmienić. Jej droga do serca Zakładu to metafora odzyskiwania niezależności od systemu i tożsamości. Pasmo szybko następujących po sobie wydarzeń tworzących dynamiczną przygodę pełną napięcia, emocji i odkrywanych światów istniejących poza miastem. Dzikich, jak ona. Pierwotnych terenów zamieszkiwanych przez ludzi czerpiących energię z natury i jej żywiołów. Muzyka, rytm, natura i bicie serca powoli stapiały się w jedną sprawę. W walkę o przyszłość ludzkości, przyjaciół i siebie.
Nie bez powodu.
Powieść powstała jako jeden z elementów kampanii autorstwa ukraińskiej, wszechstronnej artystki – Rusłany. W Polsce znanej jako zwyciężczyni 49. Konkursu Piosenki Eurowizji. Piosenkarka poprosiła jednych z najlepszych, ukraińskich pisarzy fantastyki o napisanie dla niej książki. Powieści, która przekazywałaby jej pasję i moc muzyki do podnoszenia ludzi z kolan. Wyprowadzania z życiowych zakrętów na prostą. Pomagania odnajdywania energii do życia w sobie. Wyrywania z emocjonalnego, „energetycznego kryzysu”. Czasu, w którym człowiekowi ciemno, mroczno i zimno nawet w najjaśniejszy i najcieplejszy, słoneczny dzień. Którzy zgubili własną energię i rytm serca wśród syntetycznego jedzenia (w tym używek!), syntetycznej muzyki i syntetycznych uczuć.

 

 

Oprócz książki, na odwrocie której widnieje jej „dziki” wizerunek utożsamiający charakter powieści, stworzyła również muzykę, teledyski, rock operę i styl ubierania się, prezentowany na scenie.

 

YouTube

 

Rusłana miała nadzieję, że porwie za sobą wszystkich bez względu na wiek, którzy będą chcieli powielić zakodowaną w powieści jej filozofię i styl życia. Nie wiem, czy jej się to udało w ojczystej Ukrainie. Wiem natomiast, że w Polsce książka, która ukazała się w 2009 roku, nie porwała czytelników do tak radykalnej zmiany, chociaż sama w sobie jest bardzo energetyczna i optymistyczna. Jeśli nie powiedzieć – profilaktyczna w warstwie psychologicznej metamorfozy Lany. Inna rzecz, że wydanie polskiej (dla mnie chłodnej i sterylnej) okładki nie porywa i zupełnie nie oddaje treści.

 

 

Powieść-metafora, w której do walki o człowieka staje cywilizacja i tradycja.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki w moim tłumaczeniu z języka rosyjskiego.

 

Książka on-line

 

 

To jeden z teledysków nagranych przez Rusłanę.

niedziela, 04 czerwca 2017
13 powodów – Jay Asher

13 powodów – Jay Asher
Przełożyła Aleksandra Górska
Wydawnictwo Rebis , 2017 , 272 stron , 16 stron zdjęć
Literatura amerykańska

Była sobie mądra książka w wielu wcieleniach graficznych!

 

 

Nic się nie działo, gdy ukazała się po raz pierwszy w 2009 roku w serii Salamandra z zakapturzoną postacią na okładce. Nic, kiedy wznawiano ją kolejny raz z bujającą się dziewczyną na huśtawce. Ziemia zadrżała, kiedy pojawiło się wydanie dziewiąte z okładką filmową i zdjęciami z serialu wewnątrz.

 

 

To właśnie 13 odcinków ekranizujących tę powieść młodzieżową było przyczyną trzęsienia ziemi. Kontrowersji narosłych zarówno wśród młodzieży (moi nastolatkowie twierdzą, że film nie jest dla osób mających problemy emocjonalne, o słabej konstrukcji psychicznej lub chorujących na depresję), jak i dorosłych – rodziców i psychologów.
Nie zamieszanie jednak skłoniło mnie do sięgnięcia po ten tytuł.
Przekonała mnie do tego moja młodzież, która, przy okazji dyskusji o śmierci, stwierdziła – Tę książkę powinni przeczytać nauczyciele. Zapytałam – dlaczego? Bo taki dokładnie jest nasz świat! – odpowiedziała. A potem przyszedł do mnie nastolatek, który skończył oglądać serial późną nocą, a na drugi dzień nie był tym samym chłopakiem. Tak cię siekło? – zapytałam. Tak – odpowiedział. Nie mogłam otrzymać lepszej motywacji.
Musiałam do niego zajrzeć.
Głównym bohaterem był Clay,

 

 

który otrzymuje anonimową paczkę zawierającą 7 kaset magnetofonowych. Znajdują się na nich przemyślenia Hannah dedykowane 13 jej rówieśnikom ze szkoły. Dziewczyny, która dwa tygodnie wcześniej popełniła samobójstwo. W miarę odsłuchiwania kaset z głosem zza grobu, Clay poznaje przyczyny dramatycznej decyzji koleżanki. 13 powodów, dla których warto było umrzeć. Jednym z nich miał być Clay.
Przeczytałam tę historię naprzemiennie opowiadaną przez Claya i Hannah, starając się wczuć w sytuację nastolatków, ich postrzeganie świata, sposoby rozwiązywania problemów, ich wrażliwości i umiejętności lub ich braku radzenia sobie z sytuacjami trudnymi. Doszłam do wniosku, że rzeczywistość, w której funkcjonowali, nie różniła się niczym od tej dorosłych. Zakłamanie, pozerstwo, plotki, molestowanie, przemoc, agresja, egoizm, bezmyślność, głupota, depresja, gwałt, seksizm, wykorzystanie, interesowność, przedmiotowość traktowania dziewcząt, alkohol, złośliwość, ośmieszające żarty, zemsta, bezduszność, brak poczucia bezpieczeństwa – w szkole, w domu oraz wśród rówieśników i wreszcie śmierć. Dżungla negatywnych emocji i komunikatów, w której trzeba funkcjonować na co dzień i przeżyć. Dosłownie. Świat, który nabiera zupełnie innego wymiaru dla tych dorosłych, którzy nastolatków postrzegają jako niefrasobliwych młodych, niemających poważnych problemów. Świat postrzegany przez nadwrażliwość okresu dojrzewania, która w dżungli przetrwania skazuje na „granie” pod ludzi, by za wszelką cenę należeć do grona rówieśników i być „w porzo”. Świat, który się wali, gdy nieumiejętność radzenia sobie z narastającym problemem przerasta możliwości psychiczne nastolatka.
Autor w konfesyjnej narracji Hannah pokazał szczegółowo mechanizm „śnieżnej kuli”, który niewinny początek zamienia w tragedię. Symptomy depresji i rozwój choroby zmieniającej zadowoloną z życia nastolatkę w osobę chorą psychicznie z myślami samobójczymi. Ciąg zaniechań i zachowań prowadzących do krzywdy drugiego człowieka, a w ostateczności do jego śmierci.
To ma być świat „beztroskiego” nastolatka?
Dokładnie tak – mówi autor. To dlatego ta powieść cieszy się tak dużą popularnością, a film jeszcze większą. Dokładnie przylega do myśli i uczuć młodych. Mogą utożsamić się z jednym z bohaterów. Odnaleźć sytuacje (a jest ich cała masa!), w której przynajmniej raz byli ofiarą, pamiętając, jak bardzo bolało i jak bardzo czuli się bezsilni. Pamiętają również bardzo dobrze reakcję dorosłych. To chyba jeden z najbardziej realnych i brutalnych obrazów życia szkoły jaki stworzono fikcyjnie. Nie szkodzi, że amerykański. Warstwa emocjonalna i zasady komunikacji społecznej są dokładnie takie same. Śmierć też jest identyczna. Poza tym mnóstwo w tej powieści „złotych myśli”, trafiających w osądy młodych, które wyłuskane z treści zaczynają krążyć w Internecie. Chociażby taka, jak ta – ...rzecz w tym, że gdy wybierasz kogoś na obiekt żartów, ponosisz odpowiedzialność, kiedy ma to wpływ na zachowanie innych ludzi. I najważniejsze – rola dorosłych i ich wizerunek w tej historii.
Nie wstrząsnęła mną ta opowieść.
Nie wstrząsa coś, co się dobrze zna z doświadczenia zawodowego. Odebrałam ją raczej jako krzyk nastolatków, którzy zarzucają dorosłym jedno – Woleli nam wbijać do głowy, ile jest X do π, zamiast pomagać lepiej zrozumieć siebie i innych. Dokładnie tego w tym szalonym świecie oczekują młodzi.
Większej uwagi.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Trzynaście powodów [Jay Asher]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Po książce, warto obejrzeć serial, nad realizacją którego czuwał autor powieści.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 97
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w sierpniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 958 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi