Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 22 stycznia 2017
Jedz, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert



Jedz, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert
Przełożyła Marta Jabłońska-Majchrzak
Dom Wydawniczy Rebis , 2007 , 488 stron
Seria Salamandra
Literatura amerykańska


Mroczna otchłań bezdennej żałości.
Tak określiła swój stan autorka, a zarazem narratorka, opowieści o poszukiwaniu wyjścia z tej przerażającej dziury psychicznej. Pozornie powinna być spełnioną osobą. Miała męża, dom, pracę i plany na przyszłość. To, co zbudowała, w czym aktywnie uczestniczyła i co miało być zwieńczone narodzeniem dziecka, nagle okazało się dla niej obce. Nie jej drogą życia. Inne kobiety zbierały w pudełkach marzeń ubranka dla dzieci, a ona numery podróżniczo-geograficznego czasopisma Nationale Geografic. Życie, które prowadziła, nie było jej. Nie chciała go. Nie chciała dzieci. Nienawidziła go. Była zagubiona. Funkcjonowała dzięki antydepresantom, dojrzewając do decyzji, by to zmienić. Poszukała pomocy u Boga. Nie! Nie nawróciła się nagle na konkretną wiarę czy odnowiła w wierze. Traktowała tę wiarę uniwersalnie, ale o tym napiszę później. Dość, że zdecydowała się na radykalne kroki.
Rozwiodła się i ruszyła w świat!
W poszukiwaniu szczęścia. W odnalezieniu siebie. W złapaniu równowagi. Drogę ku temu wyznaczyła poprzez Włochy, w których oddała się czystej przyjemności jedzenia i nic nierobieniu. Poprzez Indie, w których szukała kontaktu z Bogiem pojmowanym przez nią bardzo szeroko. Kończąc podróż w Indonezji, w której odzyskała zaufanie do miłości. To dlatego postanowiła książce, jak sama napisała, nadać formę dźapamali, dzieląc narrację na sto osiem opowieści, czyli koralików. Ten sznur opowieści dzieli się nadto na trzy części, poświęcone kolejno Italii, Indiom i Indonezji – tym trzem krajom, które odwiedziłam podczas dwunastu miesięcy poszukiwania siebie. Nie zależało jej na poznawaniu odwiedzanych krajów. Nie traktowała ich w potocznie turystycznym znaczeniu. Były tłem dla ukazania aspektów jej samej. Zmian, przemian, walki z samą sobą, by wykorzystać do nich to, co dany kraj, ludzie w nim żyjący, miejsca, w których się zatrzymywała, miały najlepszego do zaoferowania w interesującym ją zakresie. Które najlepiej radziły sobie i od wieków były specjalistami w rozwiązywaniu określonego problemu. Czerpała z nich ofiarowaną wiedzę i umiejętności garściami. Poznawała sztukę doznawania radości w Italii, pobożności w Indiach, a w Indonezji - sztukę równoważenia jednego z drugim.
To opis trudnej drogi przemian a zarazem opowieść terapeutyczna.
Bardzo osobista i jednocześnie uniwersalna. Miliony ludzi na świecie mogą utożsamiać się z autorką. Odczuwać to, co ona. Przeżywać dokładnie te same stany depresyjne wywołane kryzysem egzystencjalnym. Wreszcie – chcieć dokładnie tego samo, co ona. Zwłaszcza ci, którzy tkwią w "mrocznej otchłani bezdennej żałości” i nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Jednak niewielu potrafi zrobić to, co ona. Wziąć lodówkę na plecy, sprzedać ją i ruszyć w świat tak, jak uczynił to Wojciech Cejrowski. Niewielu odważa się zerwać z dotychczasowym, nawet jeśli rani i boli, życiem i zacząć wszystko od nowa. Autorka pokazała, że jest to możliwe, ale, co najcenniejsze, szczerze opisała bolesne tego konsekwencje i koszty uzyskania pożądanych skutków. Ten uniwersalizm opowieści tkwił również w pojmowaniu Boga, które tak ujęła – Uważajcie, ostrzega ta opowieść, żeby nie popaść w obsesję związaną z powtarzaniem rytuałów religijnych dla zasady. Szczególnie w tym podzielonym świecie – gdzie koalicje talibów i chrześcijan nadal toczą wojnę o międzynarodowy znak handlowy, dający prawo do słowa Bóg oraz o to, kto jest w posiadaniu właściwych rytuałów, za pomocą których można do Boga dotrzeć. Co nie uniemożliwia szukania go z dotychczas wyznawaną wiarą, jeśli tylko w taki sposób chcemy do niego dotrzeć. Zachęca wprost – Bierzesz to, co działa, skądkolwiek, i podążasz w stronę światła.
Jednak najważniejszą myślą, jaką odczytałam w jej przesłaniu do wszystkich szukających równowagi w życiu, jest przekonanie, że to nie żaden książę mnie uratował; ratunek zorganizowałam sobie sama. Można nabrać przekonania, że to kolejna opowieść o tym, że to w człowieku tkwi siła do zmian, że to on sam musi chcieć i pewnie byłaby taką, gdyby nie fakt, że jest przeżyta, przewalczona, autentyczna, a przez to wytrącająca z ręki argumenty, że to fikcja, że w prawdziwym życiu tak nie zdarza się, że fajnie czytało się, ale trzeba wrócić do rzeczywistości.
To jest rzeczywistość!
Może dlatego ta opowieść zdobyła miliony czytelników na całym świecie. Powstał nawet film na jej podstawie i kontynuacja opowieści. Mnie ciekawi jedno – dla ilu z nich stała się rozświetlającym światełkiem optymizmu na krótką chwilę, a ilu zainspirowała do radykalnych zmian?
Szczególnie to ostatnie bardzo mnie interesuje.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jedz, módl się, kochaj [Elizabeth Gilbert]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Film dobrze zrealizowany, ale spłyca wiele wątków, a niektóre pomija.
sobota, 21 stycznia 2017
Sekretne życie drzew – Peter Wohlleben



Sekretne życie drzew – Peter Wohlleben
Przełożyła Ewa Kochanowska
Wydawnictwo Otwarte , 2016 , 252 strony
Literatura niemiecka


Sekretne?!
Faktycznie, bardzo tajemnicze, bo ledwo dostrzegalne to życie drzew jest dla nas. Ludzi żyjących kilka razy szybciej niż one. Jednak powiedzieć o nich tylko tyle, to tak, jak powiedzieć o Bałtyku tylko, że jest duże. Dlatego podekscytowana dodaję – fascynujące!, zdumiewające!, emocjonujące!, odkrywcze!, niesamowite!, cudowne!, fantastyczne! i wszystkie im podobne określenia! Dlaczego ja tego wcześniej nie widziałam?!
Teraz wiem.
Po pierwsze dlatego, że o tym widocznie niewidocznym świecie trzeba umieć opowiadać. Posiadać dar tłumaczenia z języka drzewnego na ludzki tak, jak autor. Niemiecki leśnik, który dostrzegł drzewa i ich problemy po wielu latach pracy wśród nich, mordując je.
Dokładnie – mordując!
Po jego opowieści nie potrafię inaczej mówić o ścinaniu drzew i innych torturach, po których powoli umierają, stojąc, a czego autor wstydzi się tego do dzisiaj. To skojarzenie, odczucie i wrażenie zawdzięczam sposobowi opowieści autora. Nadał drzewom cechy człowiecze, a ich życiu i wzrastaniu, zasady i normy społeczeństwa ludzkiego. Odchylił grubą kotarę sekretu, za którą ujrzałam drzewców stworzonych przez J. R. R. Tolkiena we Władcy Pierścieni, które mówią, widzą, czują zapachy, chorują, pomagają słabszym towarzyszom, dzielą się pokarmem z krewniakami, uczą się, ostrzegają, współdziałają z innymi organizmami, dobijając targów, śpią i cierpią na bezsenność, tańczą, krzyczą z pragnienia, ostrzegają przed niebezpieczeństwem, trują intruzów, tworzą własny savoir-vivre, leczą się, urządzają popijawy, tracą na urodzie oszpecone przez młodzieńczy trądzik, tyją, udają się do toalety oraz chronią dzieci i wychowują młodzież, dokładnie tak, jak pokazuje to dzisiejsza grafika wyszukiwarki Google (albo zbieg okoliczności, albo autorzy czytali tę książkę!) z okazji Dnia Babci.

Tworzą system społeczny oparty na solidarności w jedności współistnienia niczym w dżungli z hitu filmowego Avatar. Chłonęłam ten świat również dlatego, że autor przyśpieszył jego funkcjonowanie. To, co do tej pory było dla mnie nieruchome, niemalże martwe jak przedmiot, nagle ujrzałam w przyśpieszonym tempie. Idealna iluzja bezruchu ustąpiła dynamice zmienności.
Świat drzew ożył!
Najbardziej flegmatyczne organizmy w moim otoczeniu zaczęły się ruszać, pulsować, trawić, penetrować ziemię, tętnić pulsem soków, obserwować mnie i „przemawiać” do mnie.

Kiedy stoję przed oknem i patrzę na te moje drzewa, które towarzyszą mi od lat i na które patrzę jako pierwsze tuż po przebudzeniu, bo przekazują mi, jaka czeka mnie pogoda dzisiaj, jestem w stanie je odczytać. Ba! Nadać im indywidualne charaktery. Bo one, jak się okazuje, posiadają osobowość! Właściwie tę „baśń” powinno czytać się wśród drzew. Razem z nimi. Pod nimi. O każdej porze roku. Również w zimie, która także daje możliwości ich poznania. Bez liści widać dobrze pnie i konary, które wiele mówią swoim nachyleniem, kształtem, korą, ilością mchu i porostów, uszkodzeniami czy wielkością. Po prostu czym, a raczej - kim są. Czyta się w nich jak w otwartej księdze. Jest tylko jeden warunek.
Trzeba mieć zielone serce!
Jeśli się je ma, to nie tylko ujrzy się nieziemsko ziemski świat niczym z innej planety, ale także wzruszy. Dokładnie tak, jak napisali o tej książce rekomendujący ją na okładce Adam Wajrak i Maja Popielarska.

Najciekawszym jest to, że te bajkowe sceny autor dokumentuje faktami czerpanymi prosto z najnowszych badań naukowych. Wszystkie „bajki” są prawdziwe! Autor totalnie zmienił mi sposób patrzenia na drzewa. Widzę w nich istoty żywe, którym, mijając je po drodze, mam ochotę mówić – dzień dobry! Tym rosnącym wzdłuż chodnika, sierotom, leśnym dzieciom ulicy, współczuć piekielnie trudnych warunków życia w miejskim zgiełku, z dala od rodziny. Autor „zasadził” mnie wśród drzew i podłączył do ich systemu, pokazując moje miejsce w naturze i ucząc wobec niej pokory, bo jak mówi stare powiedzenie – nie będzie nas, będzie las.
O ile go nie wymordujemy...

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

Sekretne życie drzew [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 15 stycznia 2017
Russendisko: opowiadania – Vladimir Kaminer



Russendisko: opowiadania – Vladimir Kaminer
Przełożyli N. Klimenyuk , I. Kivel
Wydawnictwo Novoe Literaturnoe Obozrenie , 2004 , 178 stron
Literatura niemiecka


Latem 1990 roku po Moskwie rozeszły się plotki: Honecker przyjmuje Żydów!
Tak rozpoczyna swoje wspomnienia autor. Niemcy, w ramach rekompensaty za uczynione krzywdy Izraelowi, postanowili przyjąć do siebie Rosjan żydowskiego pochodzenia. Wszyscy o tym wiedzieli oprócz samego Ericha Honeckera – zauważył z rozbawieniem autor. Niemniej tak zaczęła się piąta fala emigracji Rosjan do Niemiec. Początkowo do NRD, a po upadku Muru Berlińskiego, do Berlina i dalej.
Wśród nich znalazł się autor tych 54 opowiadań.
Wprawdzie w podtytule tak określił ten zbiorek - opowiadania, ale dla mnie to przede wszystkim opowieści i retrospekcje pełne anegdot młodego Rosjanina-emigranta, który przyjechał do Niemiec, nie wiedząc tak naprawdę, dlaczego i po co. Zdał sobie z tego sprawę po jakimś czasie, kiedy wystąpił o przyznanie obywatelstwa i w ankiecie musiał wpisać powód przybycia. Ostatecznie napisał – z ciekawości. Po prostu zobaczyć, jak tu jest. Może dlatego te króciutkie, na dwie góra pięć stron, wspomnienia były pełne humoru i młodzieńczej beztroski dwudziestotrzyletniego ich narratora i jednocześnie autora. Wszystkie zdarzenia i zderzenia w nowym kraju przydarzające się jemu i jego znajomym oraz znajomym znajomych, a także całkiem obcym imigrantom i Niemcom, absurdy wynikające z różnic kulturowych, próby zaaklimatyzowania się w nowych warunkach i dostosowania się do odmiennych wymagań, emanowały energią, optymizmem i radością. Problemy były przejściowe, a trudy życia na obczyźnie nie takie straszne. Zwłaszcza po wódce. Jego dobrą i pozytywną stroną była wielokulturowość społeczeństwa berlińskiego, które autor, niczym w soczewce, skupił w swojej antologii. Przenikanie się narodowości, jej wymieszanie i życie w Berlinie razem z Niemcami ukazał jako jedną, wielką, wesołą dyskotekę o tytułowej nazwie Russendisko. To rzeczywiste miejsce w Berlinie, do którego przychodzili wszyscy mieszkańcy stolicy, a zwłaszcza Rosjanie, by zabawić się i spotkać z rodakami. Russendisko była najweselszą dyskoteką w mieście organizowaną przez autora. Stąd łaciński alfabet tytułu, jako nazwy własnej, zamiast cyrylicy.
Wszyscy chcieli po prostu żyć.
Autor zgromadził bogaty materiał wzięty prosto z życia, by móc swoje spostrzeżenia wykorzystać literacko. Spisał je po niemiecku, a w Rosji musiały być przetłumaczone na język rodzimy. Dziwnie to brzmi, ale tak, jak pogmatwane jest życie pisarza-emigranta (Rosjanin piszący po niemiecku i zaliczany do pisarzy niemieckich), tak skomplikowane są losy jego książek.
Ta pozycja wydana w Niemczech w 2000 roku, a w Rosji w 2004, to właściwie obraz początku ciekawego nurtu multi kulti w Niemczech promowanego przez tamtejszą lewicę. Może dlatego za humorem kryje się poprawność polityczna. Jednak rodacy autora nie docenili tego w pełni, zarzucając jej tu i ówdzie niedopowiedzenia. Jeden z rosyjskich blogerów - igorgag, mimo że niektóre opowiadania podobały mu się, wręcz napisał w ostatnim zdaniu wpisu Wladmir Kaminer Russendisko, że główną jej zaletą jest niewielka objętość.
Ja, nie-Rosjanka, odebrałam ją zupełnie inaczej.
Przede wszystkim jako nostalgiczne wspomnienia emigranta i dobrych czasów nurtu multi-kulti, który kilkanaście lat później, w obecnym 2017 roku, przeżywa kryzys w obliczu emigracji zalewającej Europę i łączonego z nią terroryzmu. Mam wrażenie, że skończył się czas „zabawnych” opowieści o emigrantach takich, jak w My, zdes’ emigranty Manueli Gretkowskiej czy w Życiu seksualnym muzułmanina w Paryżu Leїli Marouane. Nadchodzi czas nowych opowieści migracyjnych, które właśnie są spisywane. Jestem ich bardzo ciekawa, ale i obawiam się ich.
Myślę, że nie będzie się z czego śmiać.

Zdania pisane kursywą są tłumaczonymi przez mnie cytatami pochodzącymi z książki.

Książka on-line

Na podstawie książki powstał film, który nie stracił na humorze.
sobota, 14 stycznia 2017
Kobieta, która ukradła moje życie – Marian Keyes



Kobieta, która ukradła moje życie – Marian Keyes
Przełożyła Ewa Penksyk-Kluczkowska
Wydawnictwo Sonia Draga , 2016 , 554 strony
Literatura irlandzka


Odkryłam dawno odkrytą autorkę dobrych powieści obyczajowych!
Może dlatego, że częściej sięgam po literaturę faktu i popularnonaukową, a tym czasem umyka mi rzeczywistość beletrystyczna. A dzieje się w niej, dzieje! I to, co dawno uznane, do mnie dociera z opóźnieniem. Świadczy o tym chociażby zaskoczenie, które towarzyszyło mi podczas oglądania filmu Zanim się pojawiłeś nakręconego na podstawie powieści kolejnej, znanej pisarki Jojo Moyes. Jego główna bohaterka dramatycznej oczywiście historii miłosnej, czytała powieść właśnie Marian Keyes. Dokładnie Sushi dla początkujących. Troszkę byłam zaskoczona takim zbiegiem okoliczności. Wprawdzie czytałyśmy różne powieści, ale to nie miało znaczenia. Ważne było moje „odkrycie”.
Autorka jest znana i uznana w szerokim świecie!
W Polsce również. Przeze mnie także z małą uwagą, ale o niej na końcu. Na razie porozpływam się w zachwytach nad przyjemnie skomplikowaną fabułą, nad której logicznością czasową musiałam dobrze pomyśleć, by posklejać czas i wątki. To było najprzyjemniejsze! To pogmatwanie królowało również w życiu głównej bohaterki Stelli. Z zagrożeniem zdrowia, a nawet życia włącznie. A samą opowieść, by było jeszcze bardziej skomplikowanie, rozpoczęła w środku nadal dynamicznie rozwijających się wydarzeń.
To również było dobre!
Tworzyło atmosferę niejednoznaczności, niepewności i łamigłówki, której nie rozgryzłam do wyjaśniającego ją końca. Znaczenie tytułu powieści też nie było jednoznaczne. To uśpiło moją czujność, by znienacka zaskoczyć mnie puentą. Autorka łamała schematy złego mężczyzny i nieszczęśliwej kobiety, mówiąc – nie wszyscy mężczyźni to świnie, a kobiety naiwnie zakochane. Wykorzystała przy tym mit o kobiecej solidarności, by go brutalnie obalić, a mnie pozostawić w osłupieniu. A wszystko to podane z humorem, z lekkim przymrużeniem oka i dystansem ironii łagodzącymi niepowodzenia, porażki lub problemy.
Te małe i te duże.
Ta skomplikowana oprawa tworzyła romantyczną ozdobę i formę przekazu najważniejszej myśli, którą wypowiedziała Stella w zabawny dla siebie sposób – ...nie można mówić o miłości, dopóki wszystko jest w porządku. Dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś dramatycznego i twoje uczucie przetrwa. Miłość to nie są kwiatki i serduszka. I dobry seks też nie. W miłości ważna jest lojalność. Cierpliwość. Wspólna walka, ramię w ramię. Gdy śnieg wali ci w oczy. Na nogach masz podarte onuce. Nos ci gnije i zamarza... Spróbuj wtedy kochać takie życiowe zombie – dodam od siebie.
Dobrze znana myśl, ale jak opowiedziana!
Przeszkadzał mi w tej prawie idealnej powieści jeden wątek – świat pisarza. Nie lubię opowieści o mękach twórczych pisarzy, projektach promujących książki, wywiadach, procedurach wydawniczych i spotkaniach autorskich. Zawsze mam wrażenie, gdy na nie napotykam, że autorowi zabrakło tematu, więc pisze o najbardziej znanych mu doświadczeniach czyli o własnym warsztacie pisarskim. To dla mnie horror-temat w powieści. Nudziłam się w tych momentach - to mało powiedziane.
One mnie irytowały!
Chociaż przyznam sprawiedliwie, że były uzasadnione. Autorka wykorzystała tkwiący w nich potencjał, budując ciekawy wątek moralny. Troszkę mi tym zrekompensowała moje niezadowolenie. Ucieszyłam się więc, gdy na mojej półce odkryłam kolejną książkę tej autorki, która czekała na ten moment 16 lat! Tak mam, że kupuję książki, upycham je na półce, zapominam o nich, odkrywam je na nowo po kilku, a nawet kilkunastu latach, a one wszystko to cierpliwie, bez słowa skargi, znoszą.

Mina mi zrzedła, gdy zobaczyłam maszynę do pisania na okładce, ale, jak mawia znany kucharz Michel Moran w reklamie - to dać jej szansę!
Dobrze, dam jej szansę!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kobieta, która ukradła moje życie [Marian Keyes, Ewa Penksyk-Kluczkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 08 stycznia 2017
Monidło – Halszka Opfer



Monidło: życie po Kato-tacie – Halszka Opfer
Wydawnictwo Czarna Owca , 2011 , 224 strony
Seria Samo Życie
Literatura polska


Świadectwo ofiary przemocy domowej.
Świadectwo skrzywdzonego, a nie spowiedź osoby z poczuciem winy, jak zauważyła i podkreśliła autorka wstępu – dr hab. Ewa Jarosz. Jej wyjaśnienia są bardzo potrzebne, ponieważ można mieć wątpliwości, czy to, o czym pisze autorka, może być prawdą. Skala skumulowania zjawiska przemocy w jednej rodzinie jest tak trudna do przyjęcia i zaakceptowania, że można zacząć zadawać sobie pytania: „Czy to prawdziwe?”, „Czy tak to naprawdę wyglądało?”, „Czy ona nie przesadza?”. Dokładnie takie same, jakie zadawałam sobie, czytając jej pierwszą książkę Kato-tata, w której opisywała swoje wykorzystywanie seksualne przez własnego ojca. Wiedziałam przez co przeszła jako dziewczynka. Wiedziałam, że była wieloletnią ofiarą ojca-pedofila, a mimo to, czytając kontynuację pierwszej opowieści, nie mogłam uwierzyć w to, co opisywała.
Przypominało psychiczne piekło.
Ciężko mi się przez nie brnęło, ale chciałam wiedzieć, jak ułożyła sobie życie jako dorosła osoba? Czy uwolniła się od koszmaru dzieciństwa? Czy znalazła wolność i szczęście? Odpowiedź na te pytania znalazłam w tych czterech jej zdaniach – Mama mogła zrobić ze mną wszystko, co chciała. A ja niczym marionetka poddawałam się jej woli. Nie tylko ona pociągała za sznurki. Pozwalała na to każdemu, kto miał ochotę.
A mieli ją wszyscy!
Włącznie z jej własnymi dziećmi. Nie będę opisywać szczegółów, bo przez to cierpienie egoizmu, okrucieństwa, samolubstwa, złośliwości, poniżenia, molestowania, brutalności, egoizmu, uzależnień, bezwzględności, trzeba z autorką po prostu przejść, by zrozumieć jej bezradność i bezsilność.
To one najbardziej przerażały.
To rozpaczliwe pragnienie czułości i miłości z przeświadczeniem, że się one jej nie należą i że zawsze będzie dla innych „brudna”. W ciele dorosłej kobiety nadal chowała się mała dziewczynka. Psychologowie nazwali to syndromem Dorosłego Krzywdzonego Dziecka. To tłumaczyło zachowawczą postawę autorki i długą niemożność szukania fachowej pomocy poza rodziną. Odpowiadało również na stawiane początkowo pytania. W miarę czytania przestawały się w ogóle pojawiać. Ale ich brak burzył we mnie barierę bezpieczeństwa i konieczność przyjęcia brzemienia prawdy opowieści o okrucieństwie człowieka.
To był najtrudniejszy dla mnie moment.
Zanurzenie się w tym przytłaczającym mroku psychicznym drugiej osoby bez możliwości dystansu, jakie dawało zwątpienie i wyparcie. Pozwoliło mi to jednak nie tylko na poznanie faktów, na zrozumienie postępowania autorki, na współczucie jej całej rodzinie, ale również na dostrzeżenie promyka nadziei w tej całej historii. Faktu, że autorka znalazła w sobie odwagę, by napisać o swoim cierpieniu i to upublicznić w dwóch książkach. W dużej mierze dla siebie jako forma autoterapii, ale także dla tych, którzy tej odwagi w sobie nie znajdują z różnych powodów – boją się pamiętać, wolą nie myśleć o tym, co było i o tym, dlaczego teraz jest jak jest, boją się ponownie cierpieć, wolą zapomnieć. – jak zauważa Ewa Jarosz.
Strach!
Strach nie tylko ofiar, ale ludzi, którzy widzą cierpienie dzieci i nie reagują, bo to nie ich sprawa. Może po takim świadectwie zrozumieją, że to jak najbardziej ich sprawa.
Sprawa nas wszystkich.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Monidło [Halszka Opfer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Warto autorkę również wysłuchać.
sobota, 07 stycznia 2017
Turnus – Tomasz Łubieński



Turnus – Tomasz Łubieński
Wydawnictwo W. A. B. , 2012 , 240 stron
Seria Archipelagi
Literatura polska


Co za jazgot!?
Ale dobrze, myślę sobie, to dopiero początek początku turnusu. Może tak ma być, że w samolotach przewodnicy turystyczni zagłuszają myśli pasażerów, by ci nie skupiali się na turbulencjach lub gorzej - ewentualnej katastrofie lotniczej. Zresztą żadnemu z pasażerów lecących na Kretę to nie przeszkadzało. Myślę sobie – wytrzymam ten słowotok absolwentki Europejskiej Szkoły Turystyki o specjalności psychologii turystycznej z siedzibą w Bielsku-Białej. Nie będziemy przecież lecieć w nieskończoność. Kiedyś to się musi skończyć.
Ale gdzie tam!
Po wylądowaniu słyszałam ją nadal. W drodze do hotelu nadawała jak BBC. W hotelu również. W trakcie wycieczek tym bardziej. Zrozumiałam, że muszę ją wpisać w pejzaż Grecji, Krety i turnusu jako stały element mojego tutaj pobytu. Nie miałam wyjścia.
Musiałam ją nie tylko słyszeć, ale zacząć przede wszystkim słuchać.
Była jedynym źródłem mojej wiedzy o tym, co działo się w powieści. Jedyną narratorką komentującą wszystko i wszystkich. Łącznie z przekazami wypowiedzi pozostałych osób. Czy mi się to podobało, czy nie - jedyną autorką monologu. Początkowo irytującego, trochę głupiutkiego, delikatnie obnażającego niedostatki intelektualne i lekko odkrywającego osobowość stereotypowej blondynki. Roztrzepanej, gadatliwej, głośnej, nadpobudliwej, zdobywającej swoje miejsce w świecie własnym ciałem, ale sympatycznej, komunikatywnej, bezpośredniej i co chwilę wyrażanej w okrzyku - Mam na imię Persefona, ale mówcie mi Persi!
Potrafiła jednak budować dystans.
Poczułam go wtedy, gdy zaczęła więcej rozmawiać z jednym z turystów turnusu - Profesorem. Tak go tytułowała, chociaż nie było dowodów na jego rzeczywistą profesurę. Zresztą nikt tego nie wymagał. Wystarczyło, że był autsajderem i mądrze mówił. Pod jego wpływem Persi z trzpiotki zaczęła zamieniać się w dziewczynę, którą obdarzyłam współczuciem. Radziła sobie w życiu, jak mogła i potrafiła, a jej obecna praca była szczytem jej możliwości. W końcu nie każdy pochodzący z dysfunkcyjnego środowiska rodzinnego, wykorzystywanego w różny sposób przez bliskich i obcych, osiąga tyle, ile ona. Profesor na przykład, pomimo swoich mądrości, nadal ten szczyt zdobywał. Fizycznie, wspinając się na kreteński wierzchołek Psiloritis i duchowo.
Jego osoba stała się zagadką turnusu.
Wyprawa na górę zakończyła się zaginięciem Profesora. Czytając między wierszami w wypowiedziach Profesora, byłam pewna, że zaplanował je. Za dużo mówił o życiu i śmierci.
W tym sensie powinnam odbierać tę powieść alegorycznie.
Turnus może być człowieczym życiem lub tylko jego epizodem. Przewodniczka ideą, którą się kierujemy lub autorytetem, za którym podążamy w drodze na szczyt. Może nam się wydawać, że już go zdobyliśmy i spocząć na laurach, wypoczywając jak turyści. Możemy się zorientować, że za już osiągniętym przez nas szczytem stoi kolejny, wyższy, atrakcyjniejszy do zdobycia tak, jak Persi, która pod wpływem swojego mentora zaczęła dostrzegać więcej i dalej. A może, pomimo długiego życia, nadal go zdobywamy tak, jak Profesor.
Jakbyśmy nie zauważyli, że szczytem naszego życia nie są sukcesy, lecz... śmierć!
Co się zacznie, to się skończy i bardzo dobrze, takie jest życie. Bo przecież na tej ziemi jesteśmy turystami, każdy w danej chwili, w danym punkcie naszej biegowej trasy. Która ma ileś okrążeń... - jak uświadomiła sobie Persi. A ja dodam od siebie – i tylko jeden szczyt do osiągnięcia. Pojawienie się śmierci i tematów egzystencjalnych z nią związanych sprawiło, że monolog Persi w drugiej połowie stał się rozważaniami filozoficznymi, a język przekazu bardziej „uczony”. Nie był już drażniącym mnie jazgotem nowomowy reklam. Dziewczyna w niczym już nie przypominała trzpiotki z samolotu.
Persi stała się Persefoną.
Zdobyła świadomość, że ważne jest nie tylko, w jakim stanie ducha i ciała rozstajemy się z tym światem. Również gdzie się odbędzie ostatnie pożegnanie. To nie los za nas decyduje, lecz my sami. Powieść idealnie wpisuje się w odwieczny dyskurs o wyborze – żyj chwilą czy pamiętaj o śmierci?
Zdecydowanie wybieram to drugie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Turnus [Tomasz Łubieński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 06 stycznia 2017
Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak



Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2016 , 292 strony
Literatura polska


Brutalna powieść!
Rozpoczęła się bezwzględną sceną egzekucji dziennikarza śledczego ubitego jak psa. Przywiezionego na pole w bagażniku, wypuszczonego i zastrzelonego. Jako dziecko byłam świadkiem takiej sceny z psem zamiast człowieka. Stąd to skojarzenie. Autor swoje skojarzenie zaczerpnął z Zarządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych z 1983 roku w sprawie psów służbowych. Fragmentami tej instrukcji rozpoczynał każdą z trzech części, na jakie podzielił ten kryminał z detektywem Joachimem w roli głównej.

Wskazówki postępowania sugerowały nie tylko treść następnych rozdziałów, ale również los tych, którzy węszyli.
A głowni bohaterowie tej powieści węszyli niczym psy.
Najbardziej przygnębiającym faktem było to, że autor fabułę oparł na wydarzeniach rzeczywistych. Wykorzystał głośne zabójstwo dziennikarza śledczego Jarosława Zientary w 1992 roku. W tym też okresie osadził akcję powieści, w którym policja nazywana Firmą nie była powołana do tego, by tropić przestępców i doprowadzać ich przed sąd. Jej zasadniczą rolą było uzyskiwanie o nich informacji i wykorzystywanie ich zgodnie z interesami państwa, które Firma miała chronić. Interesy państwa nie pokrywały się z interesami wszystkich jego obywateli. Służyły tylko wybranym. Autor stworzył wprawdzie wielowątkową i dynamiczną fikcję literacką, ale w dużej mierze udało mu się odtworzyć czas przemiany ustrojowej, w którym manipulacja, zastraszanie i szantaż były podstawowymi metodami postępowania z szukającymi prawdy i grzebiącymi w przeszłości ludziom wykorzystującym stare układy, zależności i znajomości, by z różnych powodów „ustawić się” w nowej Polsce.
To dlatego zachował jej uniwersalny wymiar.
Jego bohaterowie nie posiadają imion i nazwisk. Nadał im pseudonimy pochodzące od cech charakteru lub wykonywanej profesji. Major, Ksiądz, Biznesmen, Dziennikarz, Pismak czy Ona symbolizują wszystkich ludzi o podobnych im tożsamościach, a skala zróżnicowania społecznego, stopień zaangażowania całego społeczeństwa. Ich anonimowość pozwala na dopasowanie kolejnych postaci, które niczym trybiki w maszynie, umożliwiały jej sprawne funkcjonowanie. Wszystkich przeszkadzających w jej ciągłym działaniu traktowano tak, jak psy.
Zgodnie z instrukcją.
Dlatego nie było w niej dobrych i złych bohaterów. Byli ludzie uwikłani w system zależności, ukazujący mechanizm sterowania polityką tworzącego się nowego państwa. To było w tej powieści najbardziej porażające. Ta niby fikcja, która mogła być prawdą, a przynajmniej nosiła znamiona dużego prawdopodobieństwa. Można zapytać – po co to obnażenie? Po to tylko, żeby stworzyć świetny kryminał, który się dobrze czyta?
Nie tylko.
Autor na to pytanie odpowiedział powstańczym wątkiem z historii Polski wplecionym w fabułę, w którym zawarł przesłanie tej na pozór rozrywkowej powieści – losy historii są w naszych rękach. Może nie przywrócą życia tym, których mordowano za szukanie prawdy, ale możemy i powinniśmy o nich pamiętać.
Pamięć to najlepsza broń przeciwko wszelkim systemom.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Krótka instrukcja obsługi psa [Krzysztof M. Kaźmierczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 01 stycznia 2017
Wielki błękit – Jennifer Donnelly



Wielki błękit – Jennifer Donnelly
Przełożył Patryk Dobrowolski
Wydawnictwo Zielona Sowa , 2015 , 388 stron
Cykl Saga Ognia i Wody ; tom 1
Literatura amerykańska


Tę proroczą pieśń niosły prądy wodne poprzez morza i oceany do królestwa Miromary. Podwodnej krainy rządzonej przez syrenę Izabelę. Jednak to nie ona była adresatką tajemniczego wezwania, tylko jej córka – syrenka Serafina. Szesnastoletnia następczyni tronu, która w dniu ważnego dla niej święta Diokimi, podczas którego miała przejść rytuał inicjacji, nie mogła rozpraszać się żadnymi informacjami. Zwłaszcza tak niezrozumiałymi, jak ta.
I to był jej błąd!
To nie była zwykła pieśń, ale zwiastun śmierci i początek zagłady jej królestwa. Zlekceważenie wezwania doprowadziło do tragedii w trakcie ceremonii, która zmusiła przerażoną dziewczynę do ucieczki z rodzinnych wód i mimowolne wypełnienie przepowiedni. To w jej przesłaniu kryła się cała fabuła opowieści. To Serafina była córką Moruadh, która w drodze do miejsca jej źródła, poznała pięć podobnych do niej syren. Połączyły ich wspólny cel, przyjaźń i hasło – Jeden umysł, jedno serce, jedna więź. Tylko razem, łącząc siły, mogły dokonać niemożliwego – odnaleźć talizmany mające moc pokonania zła niszczącego królestwo syren.
Początkowo myślałam, że mam przed sobą bajkę. Idealnie nakładała mi się na znany disnejowski film animowany Mała syrenka. Baśniowi bohaterowie mówiący ludzkim językiem, zwierzaki morskie pełniące rolę pupilów syren, feeria intensywnych barw prosto ze szmaragdowych lagun, migoczące w blasku promieni słonecznych drogocenne kamienie, łuski ryb, złoto, perły i śpiew syren sprawiały, że znalazłam się w baśniowym świecie położonym gdzieś w niedostępnych głębinach wodnych. Jednocześnie przekładałam sobie jego funkcjonowanie na świat ludzki tak odmienny, a jednocześnie podobny w ubiorach, zwyczajach, a przede wszystkim w emocjach.
Ten czar animacji szybko prysł!
Rzeczywistość Serafiny zaczęła dla mnie nabierać realiów wraz z pierwszą śmiercią i ucieczką dziewczyny. Nadal jednak tkwiłam w świecie fantazji świata nieistniejącego, gdzieś kilkaset metrów pod powierzchnią wody mojej wyobraźni. W towarzystwie pięciu przyjaciółek przeżywających niebezpieczne przygody, by ocalić utracone królestwo.
Nawet nie wiem, kiedy ta fantastyka stała się moją rzeczywistością.
Może to był ten moment, w którym syrena po raz pierwszy zobaczyła człowieka nazywanym przez istoty morskie terragogiem? A może wtedy, kiedy ujrzałam na szyi jednej z syren naszyjnik z tak dobrze znanych mi przedmiotów – kapsli od butelek, głowy lalki, smoczka, zapalniczki, piłeczki golfowej czy latarki. A może wtedy, gdy zdałam sobie sprawę, że zło uosabiane przez mitycznego potwora, którego chciały pokonać syreny, to tak naprawdę chciwość ludzka.
Chciwość wszystkiego!
Moim błędem tak późnego „przejrzenia na oczy” było zignorowanie mapki umieszczonej na wewnętrznej stronie okładki. Nie zaglądałam tam z dwóch powodów. Nastolatka, która namówiła mnie na przeczytanie tej ulubionej przez nią fantasy, szczelnie okleiła ją folią. Nie chciałam niszczyć tej okleiny. Ciekawość i potrzeba odpowiedzi na coraz bardziej nurtujące mnie pytanie – Gdzie ja tak naprawdę jestem i dokąd płynę z syrenami? – zmusiła mnie do zajrzenia pod okładkowe skrzydełko. Za pozwoleniem właścicielki zajrzałam do mapy i oto, co zobaczyłam.

Mój świat!
Tyle że to nie kontynenty były najważniejsze, a wody. Te słone i te słodkie. Autorka pod postacią dynamicznej przygody pełnej magii i bohaterów tak ludzkich w swoim fantastycznym wymiarze, mitologii, legend i przekazów, ukryła przesłanie ekologiczne. Wiem, że w tym momencie odzieram z powieści baśniowość, ale jej edukacyjna warstwa została pięknie ukryta w fabule, która swój racjonalizm i realizm obnaża dopiero po przeczytaniu całości. Dokładnie tak, jak powinno być w przypadku dobrze opowiedzianej baśni zakończonej mądrym morałem.
Autorce udała się ta sztuka.
Przede mną kolejna część cyklu.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Saga Ognia i Wody. Wielki błękit [Jennifer Donnelly]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 30 grudnia 2016
Naznaczona – Anne Bishop



Naznaczona – Anne Bishop
Przełożyła Emilia Skowrońska
Wydawnictwo Initium , 2016 , 523 strony
Cykl Inni , tom 4
Literatura amerykańska


Niczego się te mądre małpy nie nauczyły!
Taki przydomek zyskali w końcu ludzie w czwartej części cyklu Inni. Wręcz nie chcieli się uczyć. Zaślepieni rządzą władzy absolutnej, nie wyciągnęli wniosków z krwawych wydarzeń rozegranych w poprzedniej części. Nadal zrzeszali się w Ludzie Przede i Nade Wszystko, wierząc w słowa swojego przywódcy, że ludzie są potężni. Ludzie mają rację. Zasługują na wszystkie bogactwa tego świata. Nie powinni musieć okazywać wdzięczności za jałmużnę przyznawaną zgodnie z kaprysami zwierząt.
Nadal nie dostrzegali swojej arogancji.
Swoim egoizmem obudzili starych - pazury i kły Namid. Najstarsze i najpotężniejsze istoty, których bali się nawet terra indigena. W swojej wściekłości na głupotę ludzi zaczęli rozważać anulowanie wszelkich umów między nimi a Innymi. Nadciągające, niemalże apokaliptyczne, wydarzenia zaczęły przepowiadać wieszczki krwi – Nadzieja i Meg. To ich wizje zdominowały większą część wydarzeń w Thaisii i Lakeside.
Nadciągała zagłada.
Nikt nie wiedział, nawet wieszczki, ilu mieszkańców Namid zginie, która ludzka osada zostanie ocalona, kto przeżyje i czy przeżyje? Nawet w kartach widzących przyszłość los Lakeside stał pod znakiem zapytania. Ta nowa forma przepowiedni, którą opracowywała Meg, miała zastąpić jej nacinanie skóry podczas wieszczenia. Pozostał jeden problem – karty nie dawały jej euforii towarzyszącej krwawemu rytuałowi. Próby poszukiwania jej zamiennika w kontaktach z Simonem przewijały się przez całą opowieść. Brak doświadczenia oraz niezrozumienie zwyczajów ludzkich i wilczych utrudniało wprawdzie jej odnalezienie, ale świadome przeciąganie w czasie tego wątku przez autorkę, miało swoje uzasadnienie. Szukanie wspólnego języka, budowanie porozumienia i więzi międzygatunkowych, poznawanie zwyczajów i obyczajów, a w efekcie wzajemne zrozumienie i możliwość współistnienia wszystkich istot Namid, to najważniejszy wątek w tej części cyklu. Społeczność Lakeside była wzorcem koegzystencji, przyjaźni, a nawet miłości oraz alternatywą, a jednocześnie nadzieją, że świat może pomieścić w sobie wszystkich pod warunkiem respektowania praw każdej istoty. To w tej niewielkiej grupie była nadzieja na dalsze istnienie ludzi.
Pozostawało tylko pytanie – czy przeżyją gniew starych?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Naznaczona Inni – tom 4 [Anne Bishop]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Potęga miłości – Francine Rivers



Potęga miłości – Francine Rivers
Przełożyli Jan Kabat i Elwira Niewęgłowska
Wydawnictwo W Wyłomie , 2005 , 467 strony
Literatura amerykańska


Chciałabym tę książkę przeczytać. Może ją masz? - usłyszałam od koleżanki.
Nie miałam, ale, gdy czytelnik spragniony, wydobywam spod ziemi i dostarczam. Tak było i tym razem. Po przeczytaniu, była nią zachwycona. Podrzuciłam ją więc kolejnej koleżance. I tu zaskoczenie – nie podobała się jej, bo za dużo było w niej Boga. Zaintrygowały mnie te dwie tak skrajne postawy wobec jednej powieści. Pierwsza akceptująca ją w całości i druga podkreślająca element, który ją przekreślał.
Na pewno niepozostawiająca w obojętności.
Można albo zgodzić się z jej przesłaniem, albo odrzucić. Nie ma innej opcji. Postawy te nie mają nic wspólnego z samą powieścią jako taką, ale ze stosunkiem czytelnika do Boga i jego nakazów.
W tym sensie ta książka to swoisty test wiary.
Autorka fabułę oparła na dwóch fragmentach z Biblii. Z Nowego Testamentu wykorzystała słowa z pierwszego listu do Koryntian (1 Kor 13:13) – „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.” Natomiast ze Starego Testamentu wykorzystała los proroka Ozeasza, któremu Bóg nakazał poślubić nierządnicę. Jego przypadek ma kilka wątków, ale autorka skupiła się na jednym – pokora mężczyzny poślubiającego grzesznicę, bo tak każe mu Bóg. Z obu fragmentów wyłuskała myśl o potędze miłości, która nakazuje kochać każdego. Nawet prostytutkę.
I stworzyła przepiękną w swoim dramatyzmie opowieść.
Głównym bohaterem uczyniła Michała nomen omen Ozeasza. Mężczyznę wierzącego, rozmawiającego z Bogiem, całkowicie mu posłusznego i oddanego. Michał widział Boga we wszystkim. Widział Go w wietrze, deszczu i ziemi. Widział Go w zbożu, które rosło. Widział Boga w naturze zwierząt zamieszkujących ich dolinę. Widział go w płomieniach wieczornego ognia. Żył i pracował na swojej farmie w czasach dziewiętnastowiecznej gorączki złota w Ameryce, dostarczając do najbliższego sklepu w mieście to, co wyhodował. Podczas jednej z takich wizyt ujrzał na ulicy jedną z najdroższych prostytutek miejscowego domu publicznego i... zakochał się. Jednocześnie „usłyszał” nakaz Boga, by ją poślubił. Wbrew ówczesnym obyczajom i normom społecznym oraz wbrew sobie.
Od tego momentu zaczęła się dramatyczna historia Michała i Angel.
Burzliwa, niepewna, pełna rozmów z Bogiem i upadków, raniąca, bolesna, irytująca, niszcząca, poniżająca, rozdzierająca, ale i niezłomna, trwała, potężna, konsekwentna, budująca i podnosząca z kolan. Michał miał bardzo trudne zadanie – przekonać Angel, że miłość, którą znała i która ją niszczyła, to karykatura miłości, którą on jej ofiarowywał. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę okaleczenia psychiczne i emocjonalne dziecka odrzuconego przez ojca, ośmiolatki sprzedanej pedofilowi, nastolatki pracującej w domu publicznym i popełnione przez kobietę kazirodztwo, to w pełni można zrozumieć, przed jakim niemożliwym do pokonania stanęli oboje. Jaką walkę z wewnętrznymi demonami musieli stoczyć. Nic dziwnego, że Michał stracił wiarę i nadzieję, ale nie utracił miłości. To jej potęga sprawiła, że prostytutka ostatecznie otrzymała łaskę wiary, nadziei i miłości. Nie dominują one jednak w powieści, chociaż są w niej stale obecne. Autorce udało się uniknąć patetyczności, ckliwości i melodramatyczności. Mistrzowsko cały dydaktyzm i moralizatorstwo przesłania zatopiła w warstwie psychologicznej, w którą wyposażyła każdą z postaci. Zrównoważyła to również brutalnymi realiami ówczesnych czasów, w którym przyszło żyć kobietom amerykańskich osadników. Na tym tle tym bardziej widoczne było „szaleństwo” Michała, które można było sprowadzić do jednego kontrastu.
Święty i grzesznica.
Można się zgadzać lub nie, czy taka miłość naprawdę istnieje. Potężna, niezłomna i przebaczająca nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy, jak nakazuje Bóg. Wierzyć w nią lub jej zaprzeczać. Widzieć ją lub być na nią ślepym. Być nią obdarzonym i odrzucać ją wbrew sobie, bo Bóg tak nakazuje. Chyba na tym polega tajemnica wiary w Boga oraz zasadność jego nakazów i tylko od człowieka zależy, czy będzie żyć po bożemu, czy po swojemu – jak usłyszałam w wigilijnej homilii wygłoszonej do wiernych przez księdza. To bardzo dobry temat do rozważań w ten świąteczny czas.
Na co dzień również.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Oglądając ten amerykański trailer książki (jaka obsada aktorska i jaka muzyka!), można mieć wrażenie, że to opowieść tylko o miłości, a nie aż o miłości.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w kwietniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 913 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi