Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 24 grudnia 2016
Wilki – Adam Wajrak



Wilki – Adam Wajrak
Wydawnictwo Agora , 2015 , 272 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Przepadłam w puszczy!
Po raz pierwszy autor sprawił to komiksem dla... dzieci. Umarły Las zawierał między obrazkami wstawki rzeczywistych zdjęć z Puszczy Białowieskiej i garść przeciekawych faktów. Nie było mocnych na moje pragnienie, by znowu w niej przepaść. Musiałam sięgnąć po kolejną książkę tego dziennikarza, przyrodnika i pasjonata, by znaleźć się ponownie w jej magicznym centrum. W miejscach niedostępnych przeciętnemu człowiekowi. Poddać się opowieściom płynącym z serca, by ujrzeć niewidoczne i niedostrzegalne dla zwykłego mieszczucha. Poczuć to, co czuje autor, gdy ukazuje puszczę przez swój pryzmat patrzenia na nią z miłością. Przepaść w niej ponownie i zrozumieć niezbędną rolę wilka w niej.
Może przestać się go bać?
Autor bał się go. Przynajmniej na początku swojej przygody, bo tak nazwał ten epizod życia z wilkami w puszczy. I od tego strachu zaczął swoją opowieść. Swoje oswajanie się z wilkami. Pięknie wytłumaczył źródło tej bojaźni. Nie tylko strachu osobistego pojawiającego się w wilczej obecności, ale i tego lęku żywionego przez człowieka i ludzkość. Niemalże dziedziczonego w genach oraz przekazywanego w bajkach, podaniach, legendach i opowieściach mrożących krew w żyłach. Przy okazji tłumacząc okrutną i smutną historię losów wilka w Europie i w Polsce oraz prawdopodobną przyszłość zwierzęcia, jeśli nic nie zmieni się w traktowaniu i podejściu do niego. Dla ułatwienia poruszania się po puszczy umieścił na wyklejce mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami opisanymi w tej książce.

Oprócz fascynacji towarzyszącej opowieściom o ich stylu życia, systemie władzy w watasze, kierunkach wędrówek, sposobie polowania, rozmnażania się i wychowywania szczeniąt, licznie ilustrowanej pięknymi zdjęciami zwierząt i puszczy, musiałam też poznać jej mroczną część.

Kłusownictwo.
To zamierzone i to bezmyślne. To ta smutna rzeczywistość współczesnego wilka, ale istniejąca i składająca się na pełny obraz problemu, jakim jest dla nich człowiek i lęk przed nim. To ten moment, w którym autor przestał bać się wilków, a zaczął się nimi fascynować. Ja nie przestałam się ich bać, ale zaczęłam im współczuć i czuć się winną, że człowiek wilkowi zgotował ten los.
Zaczęłam je szanować.
O ten szacunek i pokorę wobec natury zapewne autorowi chodziło. Wzbudził je we mnie, mimo że nie poczułam z jego strony nawet cienia dydaktyzmu, chociaż uczył, przekonywał, poszerzał wiedzę, uświadamiał i zmieniał uczucia oraz nastawienie. Może dlatego, że opowiadał o wilkach poprzez własną przygodę i emocje. Poprzez historię niezwykłej trójki: siebie samego - pasjonata, Nurii – hiszpańskiej badaczki, dla której stracił głowę i serce oraz Antonii – wyjątkowego psa pomagającego im w puszczańskiej pracy.

To opowieść również o miłości.
A może przede wszystkim o miłości. Do wyjątkowej kobiety, do prastarej puszczy i do ludzi oraz zwierząt w niej żyjących. Do unikatowego miejsca na ziemi, w którym świat jeszcze ma swój pierwotny rytm i tętno życia. Bardzo osobista, a jednocześnie dostępna każdemu o otwartym sercu, czułym na wszystko, co takiemu, i jemu podobnym, miejscu, szkodzi, a nawet unicestwia.
Niezwykle ciepła!
Pozostawiła we mnie wdzięczność za zaufanie, jakim mnie obdarzył autor, wpuszczając do swojego świata, jeszcze większą tęsknotę za puszczą, podziw dla ludzi chroniących jej nienaruszalność, pokorę wobec natury i przeogromny żal do człowieka oraz poczucie winy za wszystko cośmy wilkowi uczynili i nadal czynimy.
W tym przypadku człowiek nie brzmi dumnie.

Fragment książki

Tutaj obejrzałam równie ciekawy film o wilkach.
środa, 21 grudnia 2016
Uciekinier – Łukasz Czeszumski



Uciekinier – Łukasz Czeszumski
Wydawnictwo CL Media , 2016 , 422 strony
Cykl Krew Wojowników ; Tom 1
Literatura polska


Na okładce tej książki widnieje taka oto informacja:

To zapowiedź i przedsmak tego, co wydarzy się w późniejszych tomach tego cyklu historycznego. Na razie tom go otwierający to dopiero początek opowieści.
Historii podwójnej.
Pierwszą tworzą losy Jarosława Burzyńskiego, poddanego Korony Polskiej szlacheckiego rodu o niewielkiej ilości posiadanej ziemi, ale za to o wojennej sławie, zdobywającej wprawdzie poparcie wśród wielkich hetmanów, ale i zbierającej kpiny ze strony książąt i biskupów mazowieckich, że Burzyńscy mają zamek i sławę, ale nie mają bogactwa. Mieli za to zupełnie coś innego. Coś co na przełomie wieków XV i XVI, a potem w dobie renesansu, nie było wartością powszechną i nadrzędną – honor własny i dobro Polski. Cele osobiste mazowieckiej szlachty oraz rozgrywki polityczne, w których Burzyńscy nie chcieli brać udziału, doprowadziły do rodzinnej tragedii. Jarosław, jako wyjęty spod prawa,chcąc ratować życie, musiał wyruszyć w świat, szukając zatrudnienia jako najemny wojownik. W tej części cyklu krąży po Europie, której dwie mapki autor umieścił dla mojej wygody śledzenia wędrówki głównego bohatera.

Jego losy to pasmo niekończących się przygód, niebezpiecznych wydarzeń i zaskakujących zbiegów okoliczności. Niekoniecznie dobrych dla Jarosława, ale bardzo dobrych dla mnie. Koniec jednego zdarzenia był początkiem kolejnego. Między nimi, w chwili oddechu od tempa akcji, Jarosław zamieniał się w uważnego obserwatora ówczesnej Europy, której dzieje i zachodzące zmiany społeczne determinowały jego perypetie, kierunek dalszej wyprawy, a nawet szczęście do uchodzenia z życiem i duszą na ramieniu.
Przez pryzmat jego indywidualnego losu i losów osób wszystkich stanów spotykanych na swojej drodze autor opowiedział drugą historię – opowieść o Europie u schyłku średniowiecza i na początku renesansu.
Całość mocno osadził w realiach historycznych.
Wędrując z Jarosławem mogłam prześledzić zmieniającą się sytuację polityczną i gospodarczą, ich wpływ na wszystkie stany społeczne, trudy przemian rycerstwa w arystokrację i wynikające z tego procesu skutki, zwłaszcza dla chłopstwa, w poszczególnych krajach europejskich. Czasami byłam jednak zaskakiwana elementami fantastycznymi opartymi na wierzeniach, podaniach i legendach, które z faktami historycznymi nie miały nic wspólnego, za to pokazały Europę zabobonną, wierzącą w siły nadprzyrodzone, a przez to bojaźliwą i inkwizycyjną. Autorowi udało się odtworzyć realia tamtych czasów we wszystkich aspektach społecznych. Również militarnych. Dużo w tej opowieści scen walk i bitew, w których mogłam uczyć się rodzajów ówczesnego oręża. Autor ułatwiał mi to poprzez przypisy tłumaczące „tajemnicze” nazwy. Zadbał o każdy szczegół – ubiór postaci, jedzenie, system władzy, zależności społeczne, obyczaje, zwyczaje czy wygląd wnętrz. I najważniejsze – pozostawiał mi przestrzeń, którą mogłam zapełniać obrazami.
Potrafiłam to sobie wyobrazić ze szczegółami.
Nie potrzebowałam dodatkowych wyjaśnień o wyraźnie dydaktycznym charakterze, które tu i ówdzie wtrącał autor. Dla mnie zbędne i zupełnie niepotrzebne. Rozumiałabym ten zabieg, gdyby autor nie umiał słowami oddać swoich zamierzeń. Ale on to wszystko potrafił, więc zdania stawiane niczym kropka nad „i”, irytowały mnie. Nie lubię, kiedy traktuje się mnie, dorosłego czytelnika, jak dziecko. Chyba że autor myślał również o czytelniku młodszym, bo faktycznie powieść ta nie ma ograniczeń wiekowych. Zabrakło mi również skomplikowania akcji, przeplatających się, zapętlających i otwartych wątków, które skutecznie trzymałyby moją uwagę na wodzy tylko po to, by odkryć ich wyjaśnienie chociażby na końcu opowieści. Przygody Jarosława były linearne i same w sobie rozpoczęte oraz zakończone niczym supełki na sznurze. Chociaż początek powieści, z intro wyjętym z przeszłości i prowadzącym do teraźniejszości, by poprowadzić w nieznaną przyszłość, takie zagmatwanie zapowiadało. Być może taki był zamysł autora. Nie komplikować, by lepiej ukazać ówczesną Europę. By pokazać, jak napisał w posłowiu, że koniec średniowiecza i rozwój renesansu był epoką wielkiego chaosu i kryzysu wartości. Obfitowały w konflikty, wojny domowe i religijne, a degeneracja i tyrania władców sięgała zenitu. Zdrada, ucisk i zbrodnia były ponurą codziennością.
Ten zamysł w pełni zrealizował.
Na tyle dobrze, że jestem ciekawa dalszych losów i wędrówki Jarosława w drugim tomie, tym razem we Włoszech.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki
sobota, 17 grudnia 2016
Damskie laboratorium – Angelika Gumkowska



Damskie laboratorium: przepisy na domowe kosmetyki – Angelika Gumkowska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 304 strony
Literatura polska


Tak wygląda efekt mojej ciężkiej pracy z tym i poradnikiem, i przewodnikiem. Nie jest to książka kucharska i nie jest to pucharek galaretki, ale pachnące mandarynkami żelowe mydełka. Użyłam wyrażenia „ciężkiej pracy”, ponieważ procedury przygotowywania kosmetyków w domowych warunkach przypominają gotowanie, którego nie lubię. Do tego stopnia, że autorka jeden z produktów po prostu zjadła ze smakiem. To dowód na to, jak bezpieczne są proponowane przez nią kosmetyki. Przez nią skomponowane, i co najważniejsze, sprawdzone na sobie. Jak donosi z autoironią – nadal żyje!
Jest ich aż 50!
Począwszy od kremów, balsamów, szminek poprzez olejki, maseczki, szampony, peelingi i mydła, na pastach do depilacji i perfumach skończywszy. Wybór przeogromny! Najfajniejsze jest w nich to, że autorka niuanse pozostawia kreatywności czytelniczki – kolor, zapach, konsystencja, czas planowanego zużycia i wybór – dodawać konserwanty czy nie? A jeśli tak, to jakie wybrać najbezpieczniejsze? Stopień trudności przygotowywania kosmetyków zależy od umiejętności kucharskich. Tak – kucharskich! Jak wcześniej wspomniałam, przygotowywanie receptur przypomina stosowanie przepisów. Jest tu odważanie i dawkowanie składników, podgrzewanie, schładzanie, łączenie, komponowanie oraz oczywiście mieszanie, roztrzepywanie i formowanie. Jak widać na licznie dołączanych ilustracjach, ułatwiających podglądanie etapów czynności, można pomylić je na przykład z kręceniem polewy kakaowej.

Na dodatek wiele przyrządów do ich przygotowywania znajduje się w każdej kuchni.

Zanim jednak autorka przeszła do meritum, odpowiedziała na podstawowe pytanie, które zadałam sobie, zanim zajrzałam do środka tego laboratorium – po co to robić? Po co tworzyć produkty, skoro półki w sklepach uginają się od ich ilości i różnorodności? Na dodatek są wśród nich i te dla alergików, i te ekologiczne.
Przekonała mnie dwoma argumentami.
Po pierwsze jest chemiczką z wykształcenia, która czyta i rozumie „magiczne” formuły na opakowaniach, a drogeria jest dla niej dobrze znaną dżunglą chemiczną, w której swobodnie się porusza, pisząc – Ja mam ten luksus, że „ogarniam” znaczenie hieroglifów opisujących skład, ale jak łatwo się domyślić, jestem tu w mniejszości. Efektem tego luksusu jest takie doświadczenie, a dla mnie drugi argument – ...z reguły marnuję w sklepie godzinę, analizując krem za 99,99 zł z górnej półki i ten za 15,20 – z dolnej. A po kolejnej godzinie sfrustrowana stwierdzam, że mogę wziąć pierwszy lepszy z brzegu, bo większość z nich ma podobny skład albo podobne działanie, a bujny opis na opakowaniu można włożyć między bajki. Okazuje się, że część kosmetyków zawiera sporo zbędnych i niekiedy szkodliwych składników, jak spulchniacze, silikony czy ogrom konserwantów. Czasami nawet połowa składu w ogóle nie ma znaczenia praktycznego, ale jest dodawana w celach „marketingowych” lub żeby wypełnić opakowanie. Przypomniało mi ono o publikacji Stanisława Kowalczyka Bezpieczeństwo i jakość żywności o zafałszowywaniu produktów spożywczych w celach „marketingowych”. Okazuje się, że ten zabieg dotyczy również branży kosmetycznej. Wprawdzie kosmetyków nie jemy, ale za to pochłaniamy poprzez skórę.
Co robić?
Autorka podsuwa dwa wyjścia. Pierwsze dla kobiet tak zajętych, że nawet , jeśliby chciały skorzystać z jej rad, to brak czasu na to nie pozwala i siłą rzeczy są skazane na producentów. Im dedykuje w dużej mierze rozdział wprowadzający do „tajemnic” kosmetyków oferowanych w sklepach, prawa i jego wytycznych w ich oznakowaniu, trochę rozszyfrowując skład i symbolikę na nich umieszczane, po to, by przynajmniej świadomie kupowały. Pozostałe czytelniczki zachęca do produkcji własnych kosmetyków, pisząc – Nie trzeba do tego doktoratu, wystarczy trochę zaradności i chęci, a gwarantuję, że będziesz zadowolona z efektów swojej pracy. Zatem, do roboty!
Ale nie tak zaraz i natychmiast!
Najpierw było kilka rozdziałów na temat bezpieczeństwa ich tworzenia. Wprawdzie niektóre można zjeść, ale są i takie, które wymagają podczas pracy higieny (kremy) lub dużej ostrożności (mydła). To nie jest tworzenie maseczek z płatków owsianych z dodatkiem miodu, ale prawdziwa chemia kosmetyczna. Źle dobrane składniki na przykład mydła mogą poparzyć!
Po tym wstępnym rozdziale mój entuzjazm lekko osłabł.
Szybko jednak zrozumiałam, że to konieczność i gwarancja jakości oraz bezpieczeństwa. Zwłaszcza po teście mycia rąk, do którego zagoniła mnie autorka. Odłożyłam książkę tak, jak mi kazała i pomaszerowałam do łazienki. Nie było źle, ale rewelacyjnie też nie. Wiem, co muszę zmienić i poprawić w moim nie do końca prawidłowym nawyku mycia rąk. Zniechęcały mnie też procedury receptur przypominające gotowanie, które nie sprawia mi przyjemności. Pojawiło się też pytanie o dostępność składników. Nie mieszkam w dużym mieście, w którym do wszystkiego jest dostęp, łącznie z profesjonalnymi sklepami.
Niepotrzebnie martwiłam się!
Składniki są dostępne w sklepach spożywczych, a w ostateczności ratują sklepy internetowe. Receptury są tak zróżnicowane, że można wybrać te na miarę swoich możliwości, umiejętności, potrzeb i chęci. Wybrałam najłatwiejszy w moim mniemaniu i najbezpieczniejszy – dla dzieci. Bo w kuchni jestem trochę, jak dziecko we mgle. Pamiętając o „fioletowych” ostrzeżeniach, uwagach i zachętach, których autorka nie żałowała w tekście,

wybrałam recepturę na mydło w żelu. Wszystkie składniki były dostępne w zwykłym sklepie, a mi pozostał „ból głowy”, jaki życzę sobie mieć kolor, kształt, zapach i wielkość.
Miałam ogromną frajdę!
Najlepsze jest to, że po tak pozytywnym doświadczeniu i ogromnym sukcesie „kulinarno-chemicznym” (bo dla mnie to ogromny sukces!) mam ochotę podnieść sobie poprzeczkę i spróbować skomponować własne perfumy.
Jedyny mankament to koszty.
Nie ukrywa tego autorka, ale świadomość, że wiem, co sobie aplikuję na skórę i co przenika do mojego organizmu, jest tego warta. Ogromne znaczenie ma to zwłaszcza dla matek karmiących i alergików. Poza tym, kosmetyk własnej produkcji, to dobry pomysł na oryginalny prezent.
Książka zresztą też!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 12 grudnia 2016
Co nam zostało z tamtych lat: dziedzictwo PRL – Jerzy Eisler



Co nam zostało z tamtych lat: dziedzictwo PRL – Jerzy Eisler
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 464 strony
Literatura polska


Czy niski poziom czytelnictwa w Polsce to dziedzictwo PRL?
Na to pytanie szukałam odpowiedzi w tej publikacji. Według ostatniego Raportu o stanie czytelnictwa w Polsce przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową, Polaków, którzy przeczytali w ciągu roku co najmniej 1 książkę jest 37%, a czytających intensywnie (co najmniej 7 książek w roku) 8%. W porównaniu z Czechami, którzy czytają w 84% (dane pochodzą z raportu) wypadamy bardzo blado. Są w tym raporcie próby wyjaśnienia tej różnicy. Jednak nie przemawiają one do mnie. Próbowałam sobie sama wytłumaczyć ten „fenomen”, dyskutując na ten temat z różnymi osobami. Również ze środowiska bibliotekarskiego. Doszłam do smutnego wniosku – współczesnym Polakom nie miał kto przekazać tradycji czytania. Gros inteligencji wymordowali nam Niemcy. Część rozstrzelali sowieci. Resztę dobili i spacyfikowali komuniści. W PRL do władzy doszli chłopi, robotnicy i chłoporobotnicy, wprowadzając cenzurę i socrealizm, między innymi w literaturze, skutecznie kneblując takich wielkich, jak na przykład Zbigniew Herbert. Nie było miejsca na kreatywność niezgodną z linią polityczną partii i inne „fanaberie”. Jak napisał autor tej publikacji – W Polsce Ludowej najpierw bowiem bardzo wiele zrobiono, żeby kulturę szlachecko-inteligencką ośmieszyć i zastąpić kulturą plebejsko-robotniczą. Co pojawiało się w ówczesnych księgarniach, co czytano i co polecano w prasie, prześledziłam w felietonach Wisławy Szymborskiej zebranych w jednej pozycji Wszystkie lektury nadobowiązkowe.
Nie afiszowałam się z moim wnioskiem.
Polacy są bardzo drażliwi na punkcie swoich wad. Przecież każdy szanuje książki, jest świadomy ich korzystnego wpływu na rozwój człowieka, a niektórzy wręcz je kochają, tylko... czasu brak. Bardzo częste i typowe usprawiedliwienie.
Dla mnie - wymówka!
Z jakąż ulgą, że nie jestem w tym myśleniu odosobniona, przeczytałam artykuł Między świetlaną przyszłością a obciachem, czyli rynek wydawniczy w Polsce w ostatnim numerze kwartalnika „Fanbook” (nr 4 2016).

Grzegorz Majerowicz, wiceprezes Polskiej Izby Książki, swoją wypowiedzią potwierdził mój wniosek, a przy okazji wyjaśnił ogromną różnicę poziomu czytelnictwa między Polakami a Czechami, mówiąc – „Kiedyś zadzwonił do radia Mariusz Szczygieł. Było to przy okazji dyskusji, dlaczego w Polsce czytamy mniej niż w Czechach. I on wskazał, że w Czechach jest mieszczańskie społeczeństwo z wielkimi tradycjami, gdzie w każdym domu pojawiała się półka z książkami. A my, z różnych powodów, jesteśmy bliżej społeczeństwa chłopskiego. Z innymi tradycjami.”
I o tych różnych powodach i innych tradycjach jest ten zbiór tekstów.
Niekoniecznie dobrych i pozytywnych. Autor wymienił je dopiero w ostatnim rozdziale. Dosyć przewrotnie, biorąc pod uwagę sugestię przewodniego tematu zawartego w tytule. Wbrew pozorom to mądry i przemyślany zabieg autora. Żeby spokojnie wysłuchać, jakie słabości, wady i przywary uniemożliwiające nam rozwój, odziedziczyliśmy po PRL głównie w sferze mentalnej (najwolniej i najoporniej poddającej się zmianom), nie można od nich zaczynać. Należy zacząć od ich źródła, poznać warunki je kształtujące. Prześledzić historię PRL i uwarunkowania kształtujące człowieka socjalistycznego. To dlatego tytułowy artykuł został poprzedzony 15 felietonami i esejami publikowanymi wcześniej w prasie lub księgach jubileuszowych w latach 1985-2015. Wyjątkiem są dwa teksty nigdzie niepublikowane, a będące pierwotnie odczytywanymi referatami. Wszystkie budowały obraz rzeczywistości PRL i jego społeczeństwa, na który składały się rola i funkcja wojska, Kościoła katolickiego, stalinizmu, radia, filmu, Milicji Obywatelskiej czy cenzury wszystkiego i wszystkich, a zwłaszcza wszelakiego druku. W tej pozycji pokazane na przykładzie wydań encyklopedycznych. Tę wszechstronną wiedzę wieńczył artykuł o codziennym życiu warszawiaków w okresie planu sześcioletniego oraz tekst o różnicach i podobieństwach PRL i III Rzeczpospolitej. Chociaż nie były one umieszczone na końcu książki. Autor w układzie rozdziałów nie przyjął logiki wątkowej. Przyjął kryterium chronologii czasowej – od końcowych miesięcy II wojny światowej po współczesność. Nie przeszkadzało mi to w stopniowym gromadzeniu wiedzy na temat dziedzictwa PRL, czego obawiał się autor, rezygnując z kryterium kolejności, w jakiej powstawały i ukazywały się w prasie.
Wręcz przeciwnie!
Wprowadzały ożywienie kolejnym, nowym tematem oraz to, czego nie spodziewałam się po historyku-badaczu o chłodnej, zdystansowanej, neutralnej postawie – zmienność emocji. Najsilniej odczułam je w artykule o powojennych losach żołnierzy Armii Krajowej. Jego treść mogłam porównać z wysłuchaną niedawno, trzygodzinną prelekcją Leszka Żebrowskiego, znawcą tematyki NSZ i podziemia antykomunistycznego. Merytorycznie i emocjonalnie były identyczne, choć w książkowej wersji mocno okrojone. Jedynie zasugerowane. To wniosek dla mnie, że wszystkie te artykuły nie wyczerpują tematu, a są sugestią do dalszych poszukiwań, dociekań i rozszerzeń tematu. Autor był przy tym odważny w udostępnianiu informacji (liczne cytaty źródłowe) nawet dzisiaj, a może zwłaszcza dzisiaj, niepoprawnych politycznie, burząc, między innymi, idealizm niezłomności Kościoła katolickiego i szlachetności Wojska Polskiego. Dopiero po otrzymaniu tak podstawowej i jednocześnie szerokiej wiedzy, można zrozumieć tytułowy rozdział o dziedzictwie PRL i na spokojnie, bez emocji, zrozumieć wady Polaków współczesnych.
A jest ich trochę!
Nie będę ich wymieniać, bo odbiorę przyjemność poznawania ich innym czytelnikom. Otrzymałam też odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, otwierające ten wpis, mimo że autor nie zrobił tego wprost. Zrozumiałam też, dlaczego jesteśmy tak odporni na zmiany. Zwłaszcza w sferze mentalnej, mimo że upłynęło od odzyskania niepodległości 27 lat. Biorąc pod uwagę myśl cytowanego w tej pozycji Zbigniewa Brzezińskiego, że wychodzenie Polski z systemu komunistycznego potrwa mniej więcej tak długo, jak długo system ten istniał, to znaczy ok. 45 lat, to długa droga przed nami do powszedniości półki książek w każdym domu. Zwłaszcza że, jak napisał autor, nie można bowiem w tak krótkim czasie zerwać z dziedzictwem komunizmu, który miał ambicję być jednocześnie i światopoglądem, i ideologią, i doktryną polityczną, i prądem filozoficznym, i systemem ekonomicznym, i Bóg raczy wiedzieć, czym jeszcze.
Jeśli mój początek wpisu zabrzmiał pesymistycznie, to zakończę go optymistycznie.
Po 25 latach pracy z książką i czytelnikiem doczekałam się korzystnych działań rządu, które nazwano Narodowym Programem Rozwoju Czytelnictwa na lata 2016-2020, wspartym, przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w polskich szkołach, priorytetem rozwoju czytelnictwa i kompetencji czytelniczych wśród dzieci i młodzieży. Ten ostatni już drugi rok z rzędu, mając nadzieję na kontynuację. To wiatr w żagle dla wszystkich bibliotekarzy. Może dzięki temu zmiany nabiorą tempa i nie zajmą prorokowanych, kolejnych 20 lat. Mam marzenie – zdążyć zobaczyć efekty mojej pracy.
Zobaczyć w statystykach 90% czytających Polaków.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL [Jerzy Eisler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 10 grudnia 2016
Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat – Maria i Przemysław Pilichowie



Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat – Maria i Przemysław Pilichowie
Wydawnictwo Muza Sport i Turystyka , 2016 , 447 stron
Literatura polska


Mieliśmy wielu wielkich podróżników!
To dziedzina trochę pomijana (jeśli nie zupełnie!) w rankingach najbardziej zasłużonych Polaków, w których na pierwsze miejsce wysuwają się literatura, nauka, muzyka czy nawet sport. Taka refleksja nasunęła mi się po lekturze tego opracowania i po skojarzeniu faktu, że o polskich podróżnikach, i o ich ogromnych dokonaniach dla nauki, zdarzało mi się dowiadywać ze wspomnień współczesnych globtroterów opisujących polskie ślady w odwiedzanych krajach. Takim totalnym zaskoczeniem była dla mnie postać Ignacego Domeyki przywołana przez Jarosława Fischbacha w O jeden ląd za daleko, który był i nadal jest bohaterem narodowym Chile, traktowanym do dzisiaj przez jego obywateli niemalże tak, jak osobę świętą.
Nie jest on wyjątkiem.
Wystarczy zajrzeć do słownika biograficznego polskich podróżników. Zrobili to autorzy tego opracowania i napotkali problem, który można ująć w retorycznym pytaniu – jak spośród ponad 600 nazwisk wybrać tylko kilkadziesiąt? Jakimi kryteriami przy tym się kierować? Autorzy po długich i trudnych naradach wybrali 33 podróżników zarówno bardzo znanych, jak i zupełnie zapomnianych, sugerując się ich zasługami dla poznania świata i rozwoju światowej nauki. Byłam bardzo ciekawa efektu tej trudnej selekcji. Kto zasłużył sobie na upamiętnienie w ich publikacji?
Szybko przejrzałam spis treści!
Spośród wymienionych nieobce mi było 12 nazwisk. Ale jakież to było moje ich znanie! Wiele z nich kojarzyłam tylko z nazwami geograficznymi wysp, mórz czy szczytów, jak Paweł Strzelecki, Krzysztof Arciszewski czy Aleksander Czekanowski. Inne znałam z zupełnie odmiennych dokonań – literackich (Czesław Centkiewicz, Wacław Korabiewicz) i historycznych (Mikołaj Radziwiłł, Jan Potocki), a Maurycego Beniowskiego przypominał mi jedynie poemat Juliusza Słowackiego Beniowski, nie wiedząc (o zgrozo!), że to nie jest osoba fikcyjna! Część zapamiętałam z opisów współczesnych podróżników, jak wspomniany wcześniej Ignacy Domeyko. Bardzo dobrze znałam jedynie Bronisława Malinowskiego i Bronisława Grąbczewskiego. Nadrabiając brak wiedzy w tej dziedzinie, zdążyłam sięgnąć po listy tego pierwszego ujęte w opracowaniu Historia pewnego małżeństwa i wspomnienia tego drugiego zawarte w Podróżach po Azji Środkowej. W swoich poszukiwaniach mogłam więc korzystać albo z encyklopedii, albo z opracowań biograficznych lub autobiografii.
To opracowanie jest formą pośrednią między informacją encyklopedyczną a rozbudowaną monografią.
Z tej pierwszej zachowało biogram przedstawiający podróżnika, jego pochodzenie i wykształcenie, trasę i kierunki wypraw, dokonania naukowe lub odkrywcze. Z tej drugiej zachowało temat nadrzędny, wątki osobiste, rodzinne oraz nawiązania współczesne upamiętniające ich osobę. To z tych ostatnich dowiadywałam się, gdzie nadano imię wybranego podróżnika miejscom lub instytucjom, jakie filmy i publikacje na ich temat powstały, jakie imprezy kulturalne lub sportowe ich imienia organizowano, a nawet, w jaką grę planszową można dzięki ich podróżom zagrać. Autorom udało się tę rozproszoną wiedzę zebrać przy każdym nazwisku, bogato ilustrując tekst fotografiami oraz zdjęciami map, rękopisów, a nawet rysunków samych podróżników.

Każdy rozdział rozpoczynali krótkim wstępem ogólnie zapoznającym z jego bohaterem, mottem (nierzadko jego autorstwa) oraz portretem.

Całość ułożyli chronologicznie, zaczynając od wieku XIII, na współczesności kończąc.
To była bardzo dobra decyzja.
Układ alfabetyczny nie oddałby obrazu ukazującego bardzo ważne aspekty ujęte w tle opowieści o podróżniku, a widoczne dopiero po przeczytaniu całości. Dzięki linearności w czasie mogłam śledzić zmienność kierunków podróży i ich przyczyny (zesłania Polaków na Syberię lub wybory indywidualne), powodów wypraw (polityczne, naukowe, osobiste), wyborów postaw wobec własnej tożsamości pod zaborami i w czasie rządów komunistycznych, rozwoju techniki i technologii mających wpływ na sposób i czas podróży, wiedzy - kto i gdzie był pierwszy, ponoszonych konsekwencji zdrowotnych (zarówno fizycznych jak i psychicznych), by dojść do jednego wniosku – jak wiele jest jeszcze do odkrycia, mimo że tak wiele już odkryto. W dużej mierze dzięki Polakom.
Zawirował mi ten świat!
Autorom udało się przekazać nie tylko ogrom wiedzy na temat dziedzictwa i spuścizny naukowo-badawczej Polaków, ale również ich pasję podróżowania, ekscytację nauką, ducha wypraw, niezłomności pioniera, by poznać nieznane i nazwać nienazwane. W każdym rozdziale czekała na mnie inna przygoda, kierunek podróży, trasa wyprawy, różnorodność osiągnięć i tajemnica odkrywania niezwykłego człowieka, z których największą był i nadal jest (ale w innym już znaczeniu) Jan z Kolna z XV wieku. Co ciekawe, nadal pozostający nie do końca poznanym, mimo że namalował go Jan Matejko, pisał o nim Stefan Żeromski, powstał dramat, książka dla dzieci, została nawet skomponowana opera Jan z Kolna. Interesowali się nim uczeni nie tylko polscy, ale też duńscy, francuscy, a nawet peruwiańscy. Te wszystkie opisy, wizerunki, teorie to jednak tylko fantazja.
To kolejny atut tego opracowania!
Autorzy starali się zamieszczać tylko rzetelną wiedzę, obalając mity, narosłe legendy czy dopowiadając niedomówienia. Docierali do wielu źródeł (nierzadko sprzecznych w podawanych faktach), by zbudować jednoznaczną prawdę. Jeśli nie byli jej pewni lub jej w ogóle nie zdobyli – pisali o tym wprost. Tym samym sugerowali kierunki własnych poszukiwań nie tylko czytelnikom, ale i pasjonatom podróży planującym wyprawy śladami pionierów – Polaków podróżników, odkrywców i badaczy.
A jest z czego wybierać!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 04 grudnia 2016
100 sposobów motywowania innych – Steve Chandler , Scott Richardson



100 sposobów motywowania innych – Steve Chandler , Scott Richardson
Przełożyła Magdalena Bugajska
Wydawnictwo Studio Emka , 2012 , 191 stron
Literatura amerykańska


101 sposobów motywowania innych!
Nie! Nie pomyliłam liczby! Dokładnie 101, a nie 100 widniejące w tytule. O tym dodatkowym sposobie, którego twórcy i autorzy umieścili w tekście, napiszę na końcu.
Nie jest odkryciem Ameryki twierdzenie, że dobrze zmotywowany człowiek potrafi nie tylko przenosić góry, ujmując metaforycznie, ale i położyć na szalę własne życie, ujmując dosłownie. Doceniał to Napoleon stale zaskakiwany jej siłą, o której napisał – Najbardziej zadziwiającą rzeczą, jakiej nauczyłem się o wojnie, to fakt, że ludzie chcą umierać dla wstążek.
Za tymi wstążkami kryje się sedno tego poradnika.
Wprawdzie autorzy są coachami pomagającymi menadżerom zamieniać się w liderów firm nastawionych na zyski, jednak z łatwością język biznesowy – lider, zespół, zysk – można przełożyć na pracę z zespołem niekomercyjnym funkcjonującym na przykład w placówkach oświatowych, w których istnieją odpowiednio – wychowawca, klasa, efekt. Zresztą sam autor zauważył – Nieważne, czy tresujesz delfiny, czy motywujesz swoich ludzi, wzmocnienie pozytywne to najlepszy sposób na sukces.
W pracy, w rodzinie, w życiu osobistym i rozwoju własnym!
Baza wyjściowa, czyli wiedza, na której autorzy zbudowali omawiane sposoby motywowania innych, pochodzi z psychologii. Wystarczy je tylko dostosować do swoich warunków działania. Doszukałam się tutaj wiele zasad opartych na metodach wychowawczych, również wywodzących się psychologii, z których najważniejszą i najczęściej przewijającą się w treści była metoda wpływu osobistego, mimo że autorzy ani razu tak jej nie nazwali. Bez niej w wychowaniu ani rusz!
Prosty przykład.
Jeśli chcesz zmotywować własne dziecko do niepalenia papierosów, sam musisz nie palić. Inaczej poniesiesz porażkę. Schizofrenia czynu i słowa prowadzi do dysonansu poznawczego u dziecka, a tym samym do zlekceważenia dobrej rady, jako ewidentnego oszustwa i zakłamania dorosłych. Ale to nie znaczy, że poddajemy się. Nie! Szukamy innego sposobu spośród 100 innych zaproponowanych. Autor jednak przestrzega czytelników przed tylko wiarą w treść poradnika, pisząc – Nie wierz w nic, co przeczytasz w tej książce. To przewrotne podejście, którego pierwsze, rozpoczynające zdanie bardzo mnie zaskoczyło, ma mądre uzasadnienie. Efekty pracy z tym poradnikiem nie leżą w wierze w jego przesłanie, ale w praktyce.
Porzuć wiarę, zacznij działać!
Nie wszystkie sposoby można zacząć stosować natychmiast, chociaż takie też są. Większość należy wypracować w sobie jako umiejętność, a nawet nawyk. Bez szkoleń lub warsztatów, a nawet psychoterapii (porzucenie nałogu palacza!) stosowanie niektórych sposobów nie przyniesie efektów. Ale też nie wszystkie należy stosować. Autorzy podpowiadają – Wybierz garść z tych stu sprawdzonych metod motywowania innych i skorzystaj z nich. Wypróbuj. Zobacz, co z tego wyjdzie. Przeanalizuj efekty. Dzięki temu osiągniesz to, na czym najbardziej ci zależy: zmotywujesz ludzi. Zastosowałam się do tej rady i mam efekty. Nie osiągnęłam i nadal nie osiągam ich łatwo.
Powoduje to jedna „wada” tych sposobów.
Wymagają dużego nakładu pracy od lidera, wychowawcy, nauczyciela czy rodzica. Zaangażowania lub pasji. Wynika to z prostej i jednocześnie najważniejszej zasady motywacji – Dostajesz tyle, ile sam dajesz. I znowu nie ma znaczenia komu lub czemu i w jakim związku. Autorzy mówią wprost - w każdym związku – ze zwierzakiem, rośliną w doniczce, dzieckiem i kochankiem. I tutaj mogę nawiązać do 101. sposobu motywowania innych, którego nie ma w tytule, a który pojawił się w tekście i właściwie przewija się w tle we wszystkich 100 pozostałych – aby motywować innych, trzeba samemu być zmotywowanym. Trzeba stale rozwijać siebie. Pracować nad sobą. Dawać przykład poprzez działanie czyli mniej mówić, więcej pokazywać! Autorzy są przekonani, że nic nie inspiruje i nie motywuje ludzi tak bardzo, jak dostrzeżenie, że ktoś inny zmienia się na lepsze. Najcelniej tę myśl ujął Lew Tołstoj, którego słowa poprzedzały ostatni rozdział:

I to, w tym wszystkim, jest najtrudniejsze. Mam jednak dobrą wiadomość. Jeden z autorów napisał poradnik dla chcących się zmotywować:

Nikt nie rodzi się przywódcą, to mit – twierdzą autorzy, dodając – Przywództwo jest umiejętnością, taką jak ogrodnictwo, gra w szachy albo w komputerowe gry. Można jej nauczać i można się jej nauczyć w każdym wieku, jeśli ktoś będzie chciał.
A chcenie ZAWSZE zaczyna się od siebie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 03 grudnia 2016
Monsun przychodzi dwa razy – Anna Janowska



Monsun przychodzi dwa razy – Anna Janowska
Wydawnictwo Muza , 2016 , 305 stron
Seria Reportaż
Literatura polska


...doskonały na ból żołądka, pomaga walczyć z grypą i przeziębieniem.
O jakim specyfiku mówi autorka? Nigdy nie zgadłabym, że za takimi właściwościami kryje się... pieprz!

Od tych niepozornych, a z wyglądu nieatrakcyjnych, ziarenek pieprzu wszystko się zaczęło, ale i na których wszystko może się kiedyś zakończyć. W przyszłości może być i tak, że ze względów oszczędnościowych smak pieprzu poczujemy tylko z okazji świąt, jak za czasów PRL – pomarańczy. O tym ostatnim zagadnieniu napiszę na końcu, bo nie jest za wesołe. Na razie dałam się porwać wyjątkowej trójce głównych bohaterów tego podróżniczego reportażu.

Oto pieprz, kardamon i goździki!
Zaskoczona byłam, jak wiele odkryła przede mną przygoda autorki z przyprawami na pozór znanymi, stosowanymi również w polskiej kuchni. W przypadku pieprzu – niemal powszechnie. Właściwie bez jego ostrości traci w smaku większość potraw. O tym, że Zanzibar stoi goździkami wprawiło mnie w osłupienie. Byłam na tej wyspie i w ogóle nie zwróciłam na nie uwagi, zaprzątnięta zupełnie innymi odkryciami tego niezwykłego zakątka świata. Nie wspominała o tym również Dorota Katende, pisząc o swoim życiu w Domu na Zanzibarze. To dowód na to, jak wiele umyka naszej uwadze i jak bardzo subiektywnie odkrywamy i smakujemy świat. Autorką kierowała ciekawość, nomen omen, gdzie pieprz rośnie i entuzjazm (dokładnie tego określenia użyła) do poznania procesu jego produkcji i dystrybucji. Można powiedzieć, że kierowała się zapachem przypraw, bo wspomina również o kadzidle, imbirze, kurkumie i wielu, wielu innych. Pozornie wydawało się, że we współczesnych czasach to nic trudnego, a w rzeczywistości okazało się, że nic nie jest tak proste, jak się z pozoru wydaje. Bo za pieprzem stoi cały ocean zależności...
Dosłownie i w przenośni.

Dosłownie, bo faktycznie pieprz oddziela od plantatorów i handlarzy Ocean Indyjski, a co pokazała autorka na dołączonej mapce. Zaznaczyłam te miejsca czerwonymi krzyżykami. W przenośni, bo świat pieprzu to skomplikowany system zależności atmosferycznych, geograficznych, klimatycznych, przemysłowych, handlowych, kulturowych, a nawet politycznych. Na dodatek ukazanych przez autorkę na osi czasu od czasów kolonialnych po współczesność.
To była podróż w czasie i przestrzeni!
Szlakiem ostrego pieprzu, aromatycznego kardamonu, pachnących goździków i wonnego kadzidła. Zaczynającym się w portach budujących łodzie dau, które okazały się najważniejsze w całym łańcuchu przyczyn i skutków szlaku handlowego dla przypraw, które ostatecznie pojawiają się na stołach całego świata. To te łodzie gnane monsunem, który, jak mówi tytuł, przychodzi dwa razy na Oceanie Indyjskim, były najważniejsze. W Omanie doczekały się nawet pomnika na swoją i swoich budowniczych cześć.

Te niezwykle wytrzymałe łodzie krążyły między Indiami, Półwyspem Arabskim a Afryką. Autorka poruszając się w tym trójkącie miast indyjskich, arabskich i afrykańskich, docierała dokładnie w te miejsca, do których prowadziły jakiekolwiek ślady przypraw. Zaglądała na plantacje, przyglądając się z bliska uprawom. Rozmawiała z plantatorami, poznając historię budowania fortun i przyczyn ich upadku. Przyglądała się kobietom pracującym w hurtowniach przy sortowaniu i pakowaniu. Nie zapominała przy tym o kontekstach kulturowych, historycznych i gospodarczych odwiedzanego miejsca. Poddała się nawet ajurwedycznemu oczyszczeniu organizmu, by poznać na własnej skórze działanie ziół, przypraw i korzeni.
Pachniało mi nimi intensywnie!
Opowieść mieniła się również kolorami. Nie tylko dlatego, że była bogato ilustrowana zdjęciami o nasyconych barwach malarskiej palety.

Zawdzięczała ten efekt również plastycznym obrazom malowanym słowem, które oddawały wrażenia, odczucia, przeżycia, doznania autorki niemalże zmysłowo przenosząc je na mnie, czytelniczkę-towarzyszkę w podróży. Jeśli wchodziła do warsztatu szkutniczego, to uderzał mnie dźwięk pracujących narzędzi i zapach obrabianego drewna. Jeśli zanurzała się w cień plantacji, to czułam jego chłód po skwarze żaru słońca. Jeśli był to masaż ciała, to odczuwałam rozluźnienie autorki i aromaty mikstur, kojarzone w Polsce z korzennym zapachem pierników.
Czułam relaks podróży i orzeźwienie nowością!
Niestety, z odrobiną pieprzu w tych zachwytach i słodkościach, którego współczesna historia nie kończy się szczęśliwie. System zależności tworzony przez uprawę i handel przyprawami, jaki udało się autorce dokładnie odtworzyć, to również smutny obraz stanu kondycji naszej Ziemi. Agresywna eksploatacja między innymi jej dóbr naturalnych przez człowieka doprowadziła do zmian klimatycznych i ocieplenia wód oceanicznych, a tym samym do pieprzowego kryzysu. I nie tylko. W jakimkolwiek miejscu nie znalazłaby się autorka, ten problem dotyczył miejscowego „złota” – kardamonu, alg czy goździków. To ten smutny aspekt podróżniczej przygody, o którym wspomniałam na początku, sprawił, że przeciekawa, aromatyczna, zmysłowa podróż z sielskiego poszukiwania zamienia się w pieprzowy dramat. Tragedię rodzin, społeczności, a nawet wszystkich „pieprzonośnych” państw. Nie zdziwię się, jeśli w niedługim czasie cena przypraw w sklepach zacznie systematycznie wzrastać.
Czy da się wówczas zjeść bigos bez pieprzu, angielskiego ziela i liści laurowych albo pierniki bez goździków, cynamonu i gałki muszkatołowej?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 27 listopada 2016
Gracze – Karina Obara



Gracze – Karina Obara
Wydawnictwo W.A.B. , 2010 , 316 stron
Seria Mroczna Seria
Literatura polska


Musisz przeczytać tę książkę!
Usłyszałam od koleżanki, która dodała – Zwróć uwagę na sposób napisania, bo reszta taka sobie. Po przeczytaniu mam zupełnie odmienne zdanie. I to jest bardzo dobry przykład, jak można różnorodnie odebrać powieść w zależności od czytelnika i jego preferencji. Koleżanka sięgnęła po nią jako fanka kryminałów. Skusiła się na tytuł z widniejącym na niej logo Mrocznej Serii. Fabuła nie spełniła jej oczekiwań, za to dostrzegła inną zaletę – narrację, a dokładniej strumień świadomości. Tylko ze względu na to dałam się namówić.
Faktycznie powieść napisana została na jednym wydechu.
Uwielbiam ten styl przekazu. Powód jego użycia autorka tak uzasadniła na okładkowym skrzydełku – ”Gracze” to powieść o szaleństwie nastolatków; napisałam ją takim językiem, aby to szaleństwo zobrazować. Pisałam tę książkę jednym tchem, jakbym chciała przeżyć w literaturze coś, co każdemu z nas, ojcu, matce, mogłoby się przytrafić. I tak, jak czasami bywa po rekomendacji pełnej zachwytów, trochę się rozczarowałam. Spodziewałam się języka bardziej agresywnego, mocnego wulgaryzmami, z inteligentnymi spostrzeżeniami i ripostami, skrzącym się ironią i sarkazmem. Z góry postawiłam poprzeczkę na poziomie pióra Doroty Masłowskiej.
I to był mój błąd!
Niestety, autorka nie sięgnęła aż tak wysoko. Zabrakło mi żylety ciętych myśli i igły celnych słów. Długie, wielokrotnie złożone zdania to trochę za mało na uzyskanie efektu dynamicznego, wartkiego strumienia myśli. Zabrakło mi też realizmu w odtwarzanych monologach nastolatków. Młodzież generalnie przeklina. To, co my, dorośli, słyszymy, to wierzchołek góry lodowej. Wulgaryzmy i przekleństwa są w powszechnym użyciu. Ich skromność występowania w wypowiedziach nastolatków, dodam – wściekłych, nienawidzących, wprowadzał poczucie wyciszonych emocji, chociaż miały buzować i nakręcać do skrajnego czynu, a przez to sztuczności i rozbieżności z rzeczywistością. W zderzeniu z emocjami, w której nienawiść odgrywała główną rolę, wręcz raził. Mogłoby być wścieklej.
Ale jest coś, co mnie zachwyciło - tematyka i jej przesłanie.
Głównymi bohaterami są nastolatkowie uzależnieni od gier komputerowych, którym myli się świat wirtualny z realnym. Swoją wściekłość na słabość świata, w którym rządzi prawo słabych, przenoszą na swoich rodziców i otoczenie. Są przyczyną tragedii, z powodu której cierpią nie tylko oni, ale również wszyscy zaplątani w ostatecznie kryminalną sprawę. Sposób ukazania zjawiska społecznego, jakim jest uzależnienie od Internetu, który jest problemem wychowawczym współczesnych rodziców, to największy atut tej powieści. Autorka dokładnie wypunktowała przyczyny tragedii, pozwoliła prześledzić procesy psychiczne zachodzące w nastolatkach, ukazała absurdalność samego aktu morderstwa, opisała zagubienie chłopców i pozostawienie ich samym sobie z lękami egzystencjalnymi charakterystycznymi dla okresu dojrzewania, przedstawiła środowisko więzienne i wreszcie skutki społeczne i psychiczne obciążające rodziców, rodzeństwo, środowisko rówieśnicze i wreszcie nastoletnich przestępców. To beletrystyczna wersja książki popularnonaukowej Jacka Pyżalskiego Agresja elektroniczna i cyberbullying jako nowe ryzykowne zachowania młodzieży, o której niedawno pisałam, a którą polecałam również rodzicom. Alternatywna wersja dla tych, którzy wolą przyswajać dydaktyzm treści nie w formie naukowej, ale na płaszczyźnie emocjonalnej pod przykrywką rozrywki.
Trudno jest mi jednoznacznie określić rodzaj tej powieści.
Jedni uważają ją za kryminał. Inni za thriller psychologiczny. Ja dostrzegłam w niej silny aspekt społeczny.
Wbrew pozorom to ważne.
Od tego zależy, kto będzie sięgał po nią i jakie wrażenia pozostawi po sobie. Dla fanów kryminałów będzie taka sobie, jak określiła to moja koleżanka. Miłośnicy warsztatu pisarskiego mogą się zawieść tak, jak ja. Czytelnicy powieści społeczno-obyczajowych po nią nie sięgną, jeśli nie czytają kryminałów. Dlatego nie ośmielę się jednoznacznie określić jej rodzaju, bo wszystkiego ma po trochę. Natomiast na pewno wiem, dla kogo jest ta powieść.
Dla rodziców!
Dla każdego wychowującego dzieci i młodzież. Bez względu na to, jaki rodzaj literatury preferują. Warto przeczytać profilaktycznie tę dramatyczną historię nastolatków z „dobrych domów”, by nie być zaskoczonym przez własne dotychczas „grzeczne” dziecko. Świat wirtualny to nowe środowisko wychowawcze, jak najbardziej realne, w którym nie może zabraknąć rodziców. Jak napisała autorka na okładkowym skrzydełku – w wirtualnym świecie, w którym nasze dzieci spędzają coraz więcej czasu, pewne jest tylko to, że ten świat je podnieca. Dobrze by było, żeby zawsze był przy nich ktoś, kto nad tą podnietą będzie czuwał. Od podniety do morderstwa jest tylko jedno kliknięcie w wirtualu, a potem jeden krok w realu.
Autorka świetnie to pokazała!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Gracze [Karina Obara]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 26 listopada 2016
Madonny z ulicy Polanki – Joanna Marat



Madonny z ulicy Polanki – Joanna Marat
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2016 , 480 stron
Literatura polska


Jedenaście tysięcy dziewic doczekało się kontynuacji!
Można czytać obie powieści oddzielnie, bo każda ma inne przesłanie, czas i wymiar psychologiczny, w którym się toczy. Jednak obie składają się na jeden, pełny obraz pokoleń Polaków, a właściwie gdańskich kobiet. Pierwsza część mówiła o przyczynach trudów ich wręcz cierpiętniczego życia. Druga skupiła się na ich skutkach.
Na polskich Madonnach.
Nie tych znanych z kościołów, do których zaglądałam z bohaterkami w chwilach trudnych, ciężkich i beznadziejnych z prośbą o pocieszenie i nadzieję na lżejszą przyszłość, obdarzających niemym uśmiechem, łagodnym spojrzeniem i obietnicą lepszego żywota, ale tych żyjących, realnych z piętnem bycia kobietą przekazanym przez matki, babki i prababki.
Z odziedziczonym fatum.
Wszystkie bohaterki, a jest ich sporo, dlatego nie skupiam się na jednej, ale też i nie wymieniam wszystkich imiennie, zmagają się z nim. Dźwigają brzemię przeszłości pokoleń własnych rodzin, próbując na przekór losowi odnaleźć swoje miejsce, ale przede wszystkim siebie. Niekoniecznie zgodnie z rolą, jaką wyznaczyło im społeczeństwo. Często wbrew nakazom i normom przez nie ustanawianym. Szarpią się z nim na swój sposób i na miarę własnych możliwości. Od zachowań spontanicznych po dobrze zaplanowane działania. A mimo to nie znajdują recepty na szczęście, miłość i przynajmniej dobre życie, które z uporem i na przekór zapętla się jeszcze bardziej, zasupłując kobiety w sytuacje skrajne i bez wyjścia. W beznadziejne pułapki problemów dokładające kilogramów do już dźwiganego ciężaru.
To dlatego ta powieść bardzo obciąża emocjonalnie.
Nie ma tu radosnych wieści, a jeśli są, to w parze z tragedią. Chwile ulgi i pocieszenia można znaleźć tylko u stóp gipsowej Madonny w zaciszu gdańskiego kościoła, dającej nadzieję i siłę do dalszej walki z sobą, ludźmi, rzeczywistością i z fatum. Jednak nie na tyle przytłaczającym, by mnie zniechęcić do brnięcia w to gęste, pochłaniające magnum skrajnych i silnych uczuć przeżywanych przez bohaterki. Musiałam poczuć ich ciężar, by poznać boleśnie splątaną historię losów pięciu rodzin skupiającą się w kamienicy przy ulicy Polanki. Jej mieszkańców. Samotnych popaprańców – jak określił to jeden z bohaterów.
I nie są one proste!
Rodzin z różną przeszłością i różnorodnym pochodzeniem. Zwłaszcza skłóconych Baumannów i Wichurów, z których jedna z rynsztoka, przaśna, prostacka, taka, co nie dba o wygląd, ma zęby czarne od papierosów, a dzieci traktuje jak małych niewolników – i druga jak ze starego portretu albo rodzinnej fotografii w sepii, hołdująca mieszczańskim tradycjom, zapatrzona w przeszłość, dość nieufna wobec obcych, tych inaczej pachnących i niestarannie wymawiających poszczególne głoski. To ten kontrast i to skomplikowanie ich koligacji skutecznie kusiło mnie do wzięcia na siebie ciężaru tej opowieści. Odkrywania tajemnic i niedopowiedzeń rozdział po rozdziale. Demaskowania sekretów skrytych w sobie bohaterów. Wyławiania wplątanych wątków z przeszłości mających wpływ na rozwój wydarzeń teraźniejszych. Splatania nici losów, początkowo wydawałoby się niepowiązanych ze sobą, w jeden tworzący pełny obraz „familijny” wszystkich rodzin. I wreszcie możliwość samodzielnego jego odtwarzania z własnych domysłów i wniosków oraz odkryć powiązań, koneksji czy relacji. Włącznie z wątkiem kryminalnym. To była też przyjemność czerpana z dynamicznego stylu narracji. Rozproszonego i różnorodnego. Od narratora zewnętrznego po narrację w pierwszej osobie. Od opowieści z dialogami po wewnętrzny monolog.
Aż do momentu kulminacyjnego.
Rozwiązującego wszystkich skrępowanych ze sobą losem, niczym liną, bohaterów (włącznie z mężczyznami) i wyjaśniającego wszystko to, co dotychczas niezrozumiałe. Zdawałoby się, przynoszącego jasność sytuacji kobiecych bohaterek. Ale to tylko pozory. Gdzieś we mnie kołatała się myśl, abym nie dała się im zwieść. Fatum nadal ciąży. Ujrzałam jednak również światełko w tym tunelu mroku. Wprawdzie genów nie da się wymienić, ale fatum można „odczarować”. Dołożyć starań, by marzenia małej dziewczynki Ani, a dziś dorosłej kobiety Anny, że kiedyś zostanie matką-Madonną, spełnią się. Że będzie tą matką, jakiej samej nie miała. Łagodną – a nie ostrą, nerwową i gniewną. Spokojną, a nie targaną wiecznym niepokojem i żalem. Wyrozumiałą i cierpliwą, a nie nieposkromioną złośnicą. Ile z nas, kobiet, to sobie obiecywało tak, jak Anna? Czas powalczyć o te marzenia. Czas przerwać łańcuch fatum i passę cierpienia. Bycie polską Madonną nie musi oznaczać tylko bólu, poświęcenia, rozczarowania i wyrzeczenia. Stać nas na bycie spełnioną polską Madonną.
To najważniejsza myśl, jaką pozostawiła we mnie ta opowieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zwiastun książki świetnie wprowadza w klimat powieści.
niedziela, 20 listopada 2016
1945: wojna i pokój – Magdalena Grzebałkowska



1945: wojna i pokój – Magdalena Grzebałkowska
Wydawca Agora , 2016 , 413 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Nie zaskoczyło mnie to opracowanie w jednym!
W przesłaniu opowieści o roku 1945. Znałam je już z dwóch innych – 1945: między wojną a podległością w opracowaniu Marty Markowskiej oraz Rok Zerowy: historia roku 1945 Iana Burumy. Wiedziałam więc, że to czas totalnego zamętu, niepewności, grozy, samowoli i śmierci, w którym, jak mówi bohater jednej z historii – Ja pani powiem: szczęście w 1945 roku miał ten, kto przeżył tamten rok.
Tak bardzo kruche i bezwartościowe było ówcześnie życie.
Dokładnie to pokazuje ten zbiór reportaży. Wprawdzie użyłam na początku określenia „opracowanie”, bo w historycznym sensie ono nim jest, ale składają się na niego teksty reportażowe powstałe ze śledczego charakteru sposobu zbierania materiałów do nich. Autorka nie tylko zatopiła się w drukowanych źródłach historycznych, których bibliografię znalazłam na końcu książki. Ona je brała ze sobą w trasę i podążała szlakami w nich wytyczonymi przez autorów publikacji lub wspomnień opisujących tamten tragiczny czas, w tamtym okresie.
Namęczyła się okrutnie!
Bo i nazwy miejscowości już nie te, a i ludzie powyjeżdżali lub poumierali. A jak już kogoś znalazła, to nie chciał rozmawiać. Ale kiedy już ten materiał zebrała, to powstały niesamowite historie umieszczone w poszczególnych rozdziałach. Każdy opowiadający chronologicznie od stycznia do grudnia o roku 1945, ale uwypuklający główny temat.

Rozpoczynały się swoistym słupem ogłoszeniowym, na którym autorka poumieszczała wybrane, krótkie informacje z ówczesnej prasy.

Hasłowy sposób opisu wystarczał do ukazania tła społeczno-obyczajowego wprowadzającego w codzienność ludności tamtego okresu. Mnie najbardziej poruszyło ogłoszenie matki, które niestety nie było odosobnionym.

Dopiero po tym swoistym wstępie rozpoczynała się historia opowiadana przez pryzmat wybranej tematyki i losów konkretnych ludzi – szaber, ucieczka niemieckich cywilów, przesiedleńcy z Kresów Wschodnich (unikam pojęcia „repatrianci” używane przez autorkę), dezercja Polaka/Niemca z niemieckiego wojska, zrujnowana Warszawa, sierociniec żydowski, ludzie odbudowujący nową Polskę, Polacy i Niemcy we Wrocławiu, Obóz Pracy w Łambinowicach dla Niemców, polsko-ukraińskie stosunki w Bieszczadach czy tragedia okrętu „Wilhelm Gustloff”, z którym na dno poszło pasażerów między 6,6 a 9,6 tysiąca (na „Titanicu” zginęły 1523 osoby), a o którym wiedza nie jest powszechna nawet współcześnie. Moja wyliczanka brzmi encyklopedycznie w stosunku do tego, jak rozwinęła i pokazała te zagadnienia autorka. Przede wszystkim maksymalnie nasyciła je emocjami. Jeśli był luty, to zamarzałam razem z uciekinierami przeprawiającymi się przez Zalew Wiślany. Jeśli był obóz, to odczuwałam bezsilność więźniów wobec okrucieństwa mszczących się strażników. Jeśli były przesiedlenia, to męczyłam się, widząc, jak trzydzieści tysięcy ludzi biwakuje od sześciu, siedmiu tygodni wzdłuż torów kolejowych, na przestrzeni kilku kilometrów – pod gołym niebem, cierpiąc głód i poniewierkę. Jeśli to była Warszawa, to czułam trupi odór ruin będących gigantycznym cmentarzyskiem poległych w Powstaniu Warszawskim. Nie miało dla mnie znaczenia, czy to była historia Polaka, Niemca, Żyda czy Ukraińca.
Widziałam człowieka-śmiecia!
Barachło - stąd taki tytuł jednego z rozdziałów. Zagubionego w totalnym bezprawiu i samowoli, nierozumiejącego sytuacji politycznej (jedna z bohaterek dowiedziała się o przyczynach jej losu od autorki), ponoszącego okrutne konsekwencje decyzji kilku ludzi u władzy, wykorzenionego, zmuszanego do życia na obcej dla nich ziemi, przeżywającego dramat wyboru tożsamości, tracącego rodziny, znoszącego niesprawiedliwość bezwzględnych i brutalnych czasów, w których przyszło im żyć. Autorka ten efekt uzyskała poprzez umieszczanie osobistych opowieści i wspomnień swoich rozmówców.
Skrajnie dramatycznych.
Każda z tych indywidualnych historii może być osobnym, samoistnym reportażem, ale w zbiorze składają się na całość jednego, ogólnego obrazu roku 1945, w którym wielka polityka jest tylko tłem. Delikatnie naszkicowanym tylko dla zrozumienia kontekstu toczących się wydarzeń lub podania skali zjawiska, o którym jest mowa. Dla wymagających więcej szczegółów historycznych autorka umieściła dokładne kalendarium na końcu książki. Wszystko ilustrowała licznymi zdjęciami, plakatami lub dokumentami.

Książka zdobyła nagrodę publiczności plebiscytu NIKE 2016.
To dobrze, bo, gdybym miała wybierać między laureatką Literackiej Nagrody NIKE 2016 Nakarmić kamień Bronki Nowickiej wybranej przez jury a tą pozycją, usiadłabym i płakała. To sytuacja przypominająca wybór między ulubionymi kolorami, czarnym a białym. Obie pozycje skrajnie inne, odmiennego rodzaju w formie, narracji i przekazie, trafiające do różnych odbiorców, ale obie tak samo potrzebne. Nie umiałabym i na szczęście nie muszę wybierać, która z nich bardziej zasługuje na uwagę czytelników.
Moją zdobyły obie równorzędnie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 95
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi