Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
środa, 01 marca 2017
Gorzkie lata – Stanisława Sowińska



Gorzkie lata: z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia – Stanisława Sowińska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 354 strony
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska


Wspomnienia wysoko postawionej w aparacie władzy komunistki, w których o powojennych oddziałach partyzanckich AK pisała – bandy, od których należy uwolnić kraj.
Czy powinnam w Narodowym Dniu Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” pisać o ich „kacie”, zamiast o którymkolwiek z nich? Czy warto było tracić czas dla kogoś takiego, skoro na rynku wydawniczym mnóstwo publikacji osób represjonowanych przez reżim, który budowała? Czy warto było poświęcić jej uwagę, skoro czekał mnie V już bieg Tropem Wilczym poświęcony pamięci walczących w antykomunistycznym podziemiu?
Na wszystkie pytania odpowiedziałam sobie – tak.
Byłabym ignorantką, gdybym skupiała się tylko na jednym, politycznie poprawnym, źródle wiedzy o czasach stalinowskich w Polsce. Tego samego zdania był redaktor opracowania tej pozycji i autor wstępu do niej – Łukasz Bertram, który również zadał podobne pytanie – ...po co dziś mamy dawać głos komunistom, działaczom i funkcjonariuszom dawnego systemu, budowniczym jego podwalin, po co przejmować się ich rozterkami, porachunkami i cierpieniem? Chociażby dla obiektywnego i całościowego obrazu tamtych czasów – odpowiada – bo próba zrozumienia jakiegokolwiek doświadczenia za pomocą odwołania się do interpretacji i wrażliwości tylko wybranej – tej „lepszej” – grupy świadków, siłą rzeczy będzie kulawa, niepełna. Dlatego, czytając wspomnienia autorki, działaczki PPR, szefa Wydziału Informacji GL, oficera kontrwywiadu wojskowego, członka aktywu partyjnego, a potem szefa Biura Studiów rozpracowującego, inwigilującego i aresztującego wrogów partii, podwładną Mariana Spychalskiego i współpracownicę członków kierownictwa Zarządu Głównego Informacji, miałam bezpośredni wgląd w mechanizm działania systemu partyjnej władzy od środka, przyjrzeniu się z bliska, również od strony prywatnej, osobom decydującym o życiu i śmierci takich, jak Wiesław Gomółka, znani funkcjonariusze UB, śledczy i „kaci” – Józef Różański, Józef Dusza czy Anatol Fejgin, który lubił powtarzać – Od nas, z Informacji, ochodzi się albo do więzienia, albo na cmentarz...
Autorka trafiła do więzienia w październiku 1949 roku na fali czystki rozpętanej przez Stalina w ramach Wielkiego Terroru, a która do Polski dotarła w latach 40. i trwała do lat 50. XX wieku. W poszukiwaniu „wroga wewnętrznego” do więzienia mógł wówczas trafić każdy. I trafiali. Włącznie z Wiesławem Gomółką.
Jedną z takich ofiar Wielkiej Czystki była również autorka.
Ciekawym było obserwować ją uwięzioną przez współtowarzyszy na podstawie bezpodstawnego (według niej) oskarżenia, jako nosiciela groźnego, prawicowo-nacjonalistycznego odchylenia, antyradzieckiej dywersji, zdrajczyni partii i kolaborantki z Niemcami. Użyłam określenia „ofiara”, ponieważ oskarżenia nie znalazły potwierdzenia w faktach. Na swój sposób autorka była, w tym systemie nieprawości i podejrzliwości wszystkich o wszystko, prawa, a w trakcie wieloletniego śledztwa – niezłomna. Niezwykłym było dla mnie obserwowanie jej jako więźniarki, która z byłymi przełożonymi musiała odnaleźć się w zupełnie nowej i kuriozalnej relacji – kat i ofiara. Miałam nadzieję, że jej przemyślenia na temat partii i słuszności prowadzonej przez nią polityki, wątpliwości, podważanie jedynie słusznej ideologii, zmienią jej nastawienie do komunizmu i socjalistycznego ustroju.
Niestety – była w swojej postawie nieprzejednana.
Cierpienie, i dylematy przez nie wywołane, zupełnie nie wpłynęło destrukcyjnie na wierność partii i jej zasadom. Chociaż miała świadomość zachodzących w niej przemian, pisząc – Przechodzę proces wewnętrzny. Ciężko, boleśnie. Jaka z niego wyjdę – jeśli wyjdę w ogóle – lepsza, gorsza? W każdym razie na pewno inna niż byłam. Na pewno... Nie łudziłam się, że jej nastawienie ulegnie zmianom radykalnym, bo, jak mawiał sarkastycznie jeden ze śledczych – To nic, więzienie hartuje prawdziwego komunistę. A ona była prawdziwą komunistką. Może dlatego nie potrafiłam jej współczuć, pomimo przerażających scen znęcania się nad nią. Przede wszystkim psychicznych. Nie bito jej, a mimo to, opuszczając więzienie w grudniu 1954 roku, po pięciu latach niewoli, była psychicznym (choroba psychiczna, depresja, próby samobójcze) i fizycznym wrakiem człowieka.
Najciekawsze w tym wszystkim było obserwowanie moich emocji i reakcji na jej zwierzenia.
Na początku, kiedy narzekała na sadzanie jej w celi śledczej na niewygodnym (istna tortura dla ciała) taborecie w kącie, reagowałam sarkazmem – a co mieli powiedzieć ci, którzy siedzieli na odwróconym taborecie z jedną nogą w kiszce stolcowej? Gdy skarżyła się na niejadalne racje żywnościowe, domagając się posiłków dietetycznych ze względu na stary postrzał w jelita – mełłam w ustach najgorsze słowa. Piekielnie trudno było mi zobaczyć w niej człowieka. Zwłaszcza po takich wyznaniach „win” – Czyż nie warto, choćby dla własnego spokoju wewnętrznego, przyjąć – zasłużyłam na to, co mnie spotkało, mam za co siedzieć. Więcej samokrytyki, towarzyszko – strofuję się surowo w myślach – zrewiduj swoją przeszłość nie pod kątem śledztwa, a własnego sumienia. Czy nie było w przeszłości twojej czynów, które ogniwo za ogniwem nanizały łańcuch przykuwający cię teraz do więziennego wyrka? Ot i wnioski płynące z doświadczania samego dna komunistycznego piekła! I może to zafiksowanie w poglądach wbrew otaczającej ją brutalnej rzeczywistości, sprawiło, że z czasem zaczęło być mi jej tak po ludzku żal. Nie z powodu cierpień, które były niezaprzeczalnie potworne, ale z powodu jej ślepoty politycznej i wyborów, które doprowadziły ją do tej ciasnej, zimnej, ciemnej, śmierdzącej celi. Do stworzenia historii kobiety – jak napisał autor wstępu – słabej, znękanej, miażdżonej - zmuszonej do konfrontacji z potężnym i wszechogarniającym systemem, wtłoczonej w tryby ideologicznego obłędu i brutalnego cynizmu. Paradoksalnie – ...paranoicznego porządku budowanego, bez szczędzenia sił, na całkowitej nieprawdzie.
Kobiety, która nigdy tego nie dostrzegła.
Była tylko rozczarowana współtowarzyszami, bo, po wyjściu z więzienia, nie wróciła do wojska i polityki, a członkiem PZPR przestała być w 1976 roku na znak protestu przeciw niesprawiedliwemu, jej zdaniem, traktowaniu komunistów pochodzenia żydowskiego, bo sama była Żydówką – Chaną Zalcman. Pozostaje mi tylko dołączyć się do jej refleksji podsumowującej cały jej los, bolejącej nad fiaskiem jej życia osobistego i rozpaczającej nad fiaskiem ideałów.
Żal mi tego zagubionego człowieka...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 24 lutego 2017
Wybrany – Urszula Sowińska



Wybrany – Urszula Sowińska
Wydawnictwo W Punkt , 2017 , 303 stron
Literatura polska


Książka – nawrócenie, przypomnienie, drogowskaz.
Dla bardziej opornych – cios w splot słoneczny. Dla upartych i zapieczonych w sobie – solidny kopniak w tyłek. A za co? Ku przypomnieniu, ku napomnieniu i ku rozwadze.
Profilaktycznie!
A tragedia zaczęła się niewinnie – od niezadowolenia. Od narzekania głównego bohatera na pieski los. Na podłe życie, które nie jemu się należało. Na mierną drogę życiową, po której nie on powinien kroczyć. Nie podobała mu się. Wręcz jej nienawidził. Za ciasna dla niego była rodzinna miejscowość, z której pochodził, gdzie nikt już nie snuł żadnych planów na przyszłość, bo najzwyczajniej w świecie nie było z czego ich utkać. Brzydkie było miasto, do którego przyjechał zająć wyższy stopień w hierarchii społecznej. Obrzydliwy supermarket i praca w nim, której nie znosił od pierwszego wejrzenia; miejsca, ludzi, „obowiązków”. Niezasługujący na jego uwagę współpracownicy, od których odgradzał się murem arogancji, niechęci i wrogości. Obskurne mieszkanie zamienione na melinę przez jego pijącego współlokatora. Niegodna go dziewczyna, która śmiała ofiarować mu niechcianą miłość. Nawet matka dobrego serca nie była osobą spełniającą jego oczekiwania.
Pragnął więcej.
Miał ambicje. Chciał znajdować się po drugiej stronie, pewny siebie, zadowolony, syty brakiem przyziemnych niepokojów i strachu o następny dzień. Był przekonany, że miałby to dzięki pieniądzom, dlatego chciał należeć do elity, która dobrze zarabia, jeździ supersamochodami z superdziewczynami u boku. Był pewien, że to mu się należy, że jest do tego wybrany, a podłe życie traktuje go niesprawiedliwie i krzywdząco, skazując na nieznośną, ciężką rzeczywistość. Na życiowe bagno bez perspektyw. Chciał się z niego wydostać za wszelką cenę. W akcie desperacji posunął się do czynu łamiącego zasady moralne i prawo.
Sprowokował los, a może samego Boga.
To, co wydarzyło się potem, można nazwać bolesną lekcją życia, zemstą przez niego skrzywdzonych, a może wyrafinowaną w okrucieństwie nauczką przywracającą obiektywny punkt widzenia. Ogląd sytuacji z innej perspektywy. Analizę dotychczasowej postawy i światopoglądu. Refleksyjne spojrzenie wstecz w warunkach traumy, by ostatecznie ruszyć w życie jako zupełnie inny człowiek.
Wybrany przez Boga.
To niejedyna interpretacja tytułu. Znaczeń jest więcej, ale ich odkrywanie pozostawiam czytelnikom. Autorka inteligentnie i bez patosu podporządkowała ku temu fabułę. Idealnie odtworzyła obraz młodego, niezadowolonego, roszczeniowego człowieka, ukazując jego niechętne nastawienie do ludzi, otaczającej rzeczywistości i swojego w niej miejsca. Zaglądała do rozgorączkowanego umysłu i mrocznej duszy, wybebeszając na wierzch porażone negatywizmem myśli. Nie wzbudzał we mnie sympatii. Nie byłam w stanie nawet mu współczuć. Jego wręcz agresywne nastawienie bardziej porażało niż skłaniało do empatii. Nie chodziło tu jednak o moje negatywne czy pozytywne emocje. Moje odczucia były kwestią wtórną. Najważniejsze było adekwatne odtworzenie realiów rzeczywistości Staszka i jego stanu psychiczno-duchowego, by ostatecznie te emocje we mnie wzbudzić. Autorka użyła do tego również metafor i porównań, po których nawet zwykły bankomat wydawał się rakotwórczą naroślą miasta. Siła przekazu języka wpychała mnie bezlitośnie w „skórę” bohatera. W bagno myśli bez dna, z którego wydobyłam się z ogromną ulgą.
Ale i zaskoczeniem!
Ostatnie słowa Staszka tłumaczą tytuł powieści i są wyrazem odnalezionego sensu życia. Powieść skłania do refleksji, do przełożenia życia Staszka na własne, do zastanowienia się nad sensem własnego życia, własnymi oczekiwaniami i ambicjami.
To opowieść, która brutalnie i bez patosu odpowiada na najważniejsze pytania człowieka.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki

Wybrany [Urszula Sowińska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

środa, 22 lutego 2017
Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi – Gill Hasson



Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi – Gill Hasson
Przełożyła Małgorzata Guzowska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 175 stron
Literatura angielska


Książka ta może ci pomóc w radzeniu sobie z wszelkimi typami ludzi we wszelakich możliwych sytuacjach – a dzięki temu uczynić twoje życie mniej stresującym i o wiele łatwiejszym.
Tak obiecywała we wstępie autorka, która jest nauczycielką akademicką, trenerką i ekspertką z dwudziestoletnim doświadczeniem w zakresie rozwoju osobistego. Dałam się jej namówić, bo chciałam ułatwić sobie kontakty z innymi ludźmi. Zwłaszcza z tymi pokręconymi i pokrzywdzonymi przez życie czyli trudnymi w kontaktach.
Okazało się, że nie będzie łatwo!
Wbrew pozorom to bardzo trudna pozycja. Nie w sposobie przekazu, bo jest jasny, napisany zrozumiałym językiem, konkretny i merytoryczny, ale w przyswojeniu samej treści. Skala trudności zależy od osobowości czytającego. Im bardziej odbiorca jest zamknięty na zmiany, które ta pozycja proponuje i im bardziej przekonany, że to inni dookoła powinni się zmienić, a nie on, tym trudniej. Okazuje się, że podstawą radzenia sobie z zachowaniami ludzkimi (nie ludźmi!), to przede wszystkim rozpoczęcie zmian od siebie.
To jest najtrudniejsze!
Na tym etapie wiele osób może zrezygnować z dalszego czytania. Niewiele osób lubi zmiany we własnej osobowości. Jeśli jednak da się szansę autorce i wczyta się w jej argumentację zawartą w rozdziale rozpoczynającym publikację, to automatycznie podaruje się szansę sobie samemu, poznając odpowiedzi na kluczowe pytania – dlaczego nasze kontakty z innymi zależą od nas samych? Dlaczego to my mamy zmienić punkt patrzenia, a nie inni? Dlaczego nie jesteśmy w stanie zapanować nad innymi osobami, ale powinniśmy potrafić zapanować nad własnymi emocjami, reakcjami i zachowaniami? I najważniejsze – czy w ogóle chcemy reagować?
Bo możemy trudnych ludzi omijać szerokim łukiem!
Tak jest najłatwiej. Można wyjść ze sklepu, jeśli zirytowała nas ekspedientka lub inny klient. Można odłożyć słuchawkę, słysząc w telefonie akwizytora. Ale, jak zauważa autorka, sprawa nie jest już taka łatwa, gdy chodzi o odcięcie się od rodzica, rodzeństwa, partnera, współpracownika czy znajomego.
Bardzo słuszna uwaga!
Mnie interesowali współpracownicy. Lubię ludzi z ich wadami i zaletami. Mam w sobie wiele tolerancji na inność, którą wręcz uwielbiam i w tym zakresie nie mam problemów. Gorzej, kiedy prywatnie taki do rany przyłóż człowiek, okazuje się być współpracownikiem, którego inność zaczyna przeszkadzać albo wręcz uniemożliwiać osiągnięcie wyznaczonego przez przełożonego celu. Autorka najpierw szczegółowo omówiła rodzaje takich trudnych zachowań. Opisując zachowania od agresywnych (bezpośrednia wrogość), poprzez najpowszechniejsze bierno-agresywne (pośrednia wrogość), do biernych, ilustrowała je konkretnymi przypadkami sytuacyjnymi lub scenkami dialogowymi, po to, bym mogła dopasować sobie osoby do klasyfikacji, zrozumieć przyczyny ich zachowań, a potem wybrać własne reakcje zbudowane na bazie konkretnych technik. Przed tym jednak zaproponowała trzy testy diagnozujące moje nastawienie do innych ludzi, mój system wartości oraz moje oczekiwania wobec innych. Dopiero tak przygotowana mogłam przejść do drugiego rozdziału.
Do części pod bardzo obiecującym tytułem – Przełóżmy to na praktykę.
To tutaj poznałam ramy pożądanego zachowania rozpisane na konkretne kroki postępowania z trudnym zachowaniem, ale i radzenia sobie z własnymi emocjami i zarządzania nimi. To trudne, bo nieosiągalne tylko poprzez samo czytanie. Potrzebny jest trening z realnymi osobami. Autorka uspokoiła mnie, pisząc – Niemało masz zatem do opanowania. Ale nie musisz nauczyć się wszystkiego w jednej chwili. Nie musisz także od razu wszystkiego przekładać na praktykę w spotkaniu z trudną osobą. Na początku tego procesu samorozwoju wystarczy skupić się na jednej lub dwóch technikach. Dla kogoś, kto w ten zakres wiedzy zagłębia po raz pierwszy, może okazać się trudne, dlatego warto byłoby jednak wziąć udział w warsztatach z komunikacji interpersonalnej. Dla osób po szkoleniach w tym zakresie, przełożenie teorii będzie dużo prostsze.
Jednak najciekawszy jest ostatni rozdział!
Tłumaczy, a co przyjęłam z ulgą, że nie musimy dogadywać się z każdą trudną osobą. Wyjątkiem są ludzie „niemożliwi” – krytyczni, uporczywie negatywni, królowie patosu, skoncentrowani na sobie, moberzy i okrutnicy czyli jednym słowem – toksyczni. Dla mnie ludzie, którzy mają ewidentnie problemy z sobą. Często wymagający pomocy psychologa. Między innymi z tego powodu autorka tak bardzo podkreślała zasadę, że to nie my mamy zmieniać innych, ale zacząć zmianę od siebie. Najzwyczajniej w świecie nie mamy do tego kwalifikacji i możemy skrzywdzić i siebie, i rozmówcę. Ale możemy w takich niemożliwych zachowaniach innych chronić siebie przed tą krzywdą, stosując techniki i metody zaproponowane przez autorkę.
Najważniejszą radę wyniosłam z wniosków podsumowujących publikację.
Autorka skierowała moją uwagę na ludzi pozytywnych wokół mnie, których niezwykle ważnej roli nie dostrzegałam, jako coś oczywistego. A to właśnie oni są przeciwwagą, antidotum i motywacją dla każdego. To mogą być przyjaciele, ale również uśmiech pani w okienku biletowym. Każde pozytywne zachowanie werbalne i niewerbalne od każdego napotkanego człowieka. Autorka stawia tylko jeden warunek – jeśli chcesz mieć wokół siebie więcej pozytywnych ludzi, zacznij od tego, że sam staniesz się bardziej pozytywnym człowiekiem.
Wiem , wiem – trudne!
Ale w ten sposób autorka wróciła do punktu wyjścia swojego wykładu, w międzyczasie pokazując, jak to zrobić. Jeśli czytelnik to zrozumie (a nie jest to łatwe!), to uczyni pierwszy, ale najważniejszy, krok do świadomego i niezależnego zarządzania własnymi emocjami i zachowaniami. To jest najważniejsza rola tej pozycji. W praktyce wystarczy zacząć ćwiczyć od uśmiechu na „dzień dobry” w każdym kontakcie z inną osobą.
A potem wszystko zależy od desperacji czytelnika.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi [Gill  Hasson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Prezent dla zdesperowanych!

Wydawnictwo Naukowe PWN ufundowało prezent dla czytelników w postaci powyższej publikacji. Książkę otrzyma pierwsza osoba, która pozostawi w komentarzu wyraz chęci otrzymania jej.
niedziela, 19 lutego 2017
Diabolika – S. J. Kincaid



Diabolika – S. J. Kincaid
Przełożyła Anna Gralak
Wydawnictwo Otwarte , 2017 , 412 stron
Literatura amerykańska


Wystarczyło to ostrzeżenie umieszczone na odwrocie książki, abym zechciała, a raczej zapragnęła, wejść w tę powieść. Pociągają mnie historie o metamorfozach bestii w człowieka. Wierzę, że w każdym tkwi dobro, któremu trzeba dać szansę zaistnienia. Wydobycia się z mroków duszy i umysłu. Nastoletnia Sidonia, właścicielka diaboliki o imieniu Nemezis, również w to wierzyła. Kiedy otrzymała tę osobistą strażniczkę, zawsze powtarzała jej, że tkwi w niej światło, które jest w stanie uczynić z niej człowieka.
Nemezis w to nie wierzyła.
Była pewna, że jest humanoidem zaprogramowanym na bezkompromisową miłość tylko do Sydonii. Wytworem hodowli człowieka, którego celem i sensem życia jest jej ochrona. Nawet za cenę własnego. Maszyną do zabijania z ludzkim DNA tylko wyglądającą tak, jak człowiek. Istotą zdolną do bezgranicznego okrucieństwa i pełnej lojalności do tylko jednego człowieka. Dla Sydonii gotowa była umrzeć i zabić każdego, kto był dla niej najmniejszym zagrożeniem.
Nawet jej rodziców.
To wymykające się spod kontroli niebezpieczne zagrożenie sprawiło, że diaboliki zostały zdelegalizowane. Nemezis nie została zabita, ale odesłana na dwór cesarza. Miała tam udawać Sydonię, reprezentującą jej rodzinę. Diabolika musiała odnaleźć się w zhierarchizowanym i zdegenerowanym moralnie świecie, w którym droga na szczyt prowadziła po trupach. Musiała zabić cesarza, zanim ludzie odkryją jej prawdziwą tożsamość. Dokonał tego następca tronu – Tyrus, ale nie w tym tkwiło największe zagrożenie dla Nemezis. Tyrus zobaczył w niej coś więcej niż tylko maszynę do zabijania.
Od tego momentu nic już nie było proste.
Ani fabuła, której zmienna dynamika pochłaniała mnie stale zmieniającą się akcją. Ani życie na dworze cesarza, które stało się jeszcze bardziej skomplikowane uzależnieniami, zależnościami i uwikłaniami w sieci intryg dworskich i polityki imperium. Ani życie samej Nemezis, w której powoli zaczęło budzić się dobro i miłość.
Człowieczeństwo.
Historia byłaby zbyt prosta i naiwna, gdyby zakończyła się w momencie przemiany bestii w piękną. Horror istnienia z emocjami dopiero się zaczął. Pojawienie się dotychczas nieznanych uczuć zapoczątkowało chaos w psychice i umyśle Nemezis, która boleśnie przekonywała się, że odczuwać, to znaczy dokonywać trudnych wyborów z ich konsekwencjami, poznać smak zdrady i zawiedzionego zaufania, ale przede wszystkim odczuć pełne spektrum miłości – od szczęścia do cierpienia. Miłości, której zaczyna się nienawidzić, za to, że jest.
A mimo to – warto kochać!
Takie jest przesłanie tej historii. To niesamowite, jak autorka w powieści fantastycznej zawarła opowieść o trudnej miłości, która czyni każdego człowiekiem. Analizuje jej istotę. Pokazuje plusy i minus. Niuanse i odcienie, które niosą zarówno radość, jak i cierpienie. Tłumaczy wszystkim młodym czytelnikom, bojącym się życia i okazywania emocji, pozamykanym w sobie, „zaprogramowanym” przez dorosłych na „bestie”, którym wmawiano od dziecka, że są źli i nic dobrego z nich nie będzie, że to nieprawda.
To o nich i dla nich jest ta historia.
Bo tak naprawdę to opowieść o dziewczynie, która, dorastając, była traktowana jak potwór, więc właśnie tak o sobie myśli, o dziewczynie, która nigdy nie pozwalała sobie na uczucia, bo myślała, że nie powinna... O sile miłości, która potrafi wydobyć z każdego człowieka światło, iskrę bożą, cząstkę DNA (każdy może wstawić sobie tutaj cokolwiek podobnego), by uczynić go człowiekiem. Ale to też opowieść, że bycie człowiekiem to bardzo trudne wyzwanie obarczone odpowiedzialnością za swoje postawy, czyny i decyzje.
Bycie człowiekiem, to ciągła walka o tkwiące w nas dobro.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Diabolika [S.J. Kincaid]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Amerykański zwiastun książki dobrze oddaje naturę diaboliki.
sobota, 18 lutego 2017
Upór i przekora – Rachel Swaby



Upór i przekora: 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat – Rachel Swaby
Przełożył Krzysztof Kurek
Wydawnictwo Agora , 2017 , 311 stron
Literatura amerykańska


52 kobiety, które odmieniły naukę i świat.
Taki podtytuł widnieje na okładce książki, po przeczytaniu którego od razu pomyślałam o Marii Skłodowskiej-Curie. Uznanej za życia dwukrotnej noblistce. Szybko przejrzałam spis treści podzielony na 7 rozdziałów odpowiadającym różnym dziedzinom nauki. Ku mojemu zaskoczeniu, nie znalazłam jej w nim.
Zrozumiałam, że nie o takich kobietach będzie tutaj mowa.
Autorka miała zupełnie inną koncepcję tej książki. Założyła, że jej głównym celem będzie oddanie tą publikacją sprawiedliwości dotychczas ignorowanej części historii świata, którą współtworzyły również kobiety, a o których historia głucho milczy. Nawet obecnie, w XXI wieku. Nie tylko milczy, ale nadal dyskryminuje. Rolą tej "wojującej” pozycji miało być nie tyle nawet przypomnienie czy wydobycie z mroku konkretnych kobiet, ile stałe przypominanie o nich z myślą o współczesnych naukowczyniach poszukujących wzorców postępowania w swojej dziedzinie. Dlatego głównym kryterium doboru kobiecych postaci były znaczące osiągnięcia naukowe, które miały decydujący lub rewolucyjny wpływ na rozwój nauki, ich nowatorskie idee, przełomowe odkrycia oraz punkty widzenia doprowadziły do wstrząsających – również w sejsmologicznym znaczeniu – zmian naszego postrzegania świata oraz to, że są zupełnie zapomniane. Chociaż do dzisiaj korzystamy z ich wynalazków, odkryć i teorii. Nierzadko ratujących życie milionom tak, jak osiągnięcia biochemiczki, noblistki w dziedzinie fizjologii lub medycyny, Gertrudy Belle Elion, o której jej przełożony powiedział – za pięćdziesiąt lat okaże się, że Trudy Elion uczyniła w sumie więcej dla polepszenia ludzkiej kondycji niż Matka Teresa. Tacy przełożeni niestety byli wyjątkami. W nauce trwała ostra rywalizacja, rzadziej współpraca, między naukowcami. Pisał o tym Bronisław Malinowski w swoich listach zebranych w Historii pewnego małżeństwa i widziałam wyraźnie ten problem w powieści biograficznej o twórcy teorii ewolucji - Opowieść o Darwinie. Kto przejmowałby się w tej walce kobietami!? Zwłaszcza w czasach, kiedy nie miały nawet prawa wyborczego i obowiązywał je zakaz studiowania lub pracowania na uczelniach wyższych, a o ewentualnych ich osiągnięciach opinię publiczną jeszcze w 1964 roku informowano na łamach czasopism w ten sposób – Nagroda Nobla dla brytyjskiej żony. Co autorka nie bez irytacji skomentowała – zupełnie jakby Crowfoot Hodgkin odkryła złożone struktury substancji biochemicznych przypadkiem podczas cerowania skarpet męża. Może dlatego grafika okładkowa tej książki przekornie „wyhaftowana” jest nitką.

Włącznie z odtworzeniem lewej strony „tkaniny” pełnej supełków , wystających nitek i z igłą wbitą w robótkę.

Właściwie, po przeczytaniu tych 52 krótkich, nierzadko tragicznych, biografii naukowych Brytyjek, Amerykanek, Francuzek, Niemek, Włoszek, Austriaczek, Dunki, Kanadyjki, Rosjanki, Czeszki i Chinki, to cud, że w ogóle otrzymywały nagrody za życia, a Nagrodę Nobla w szczególności. Fakt, że czasami na to uznanie musiały długo czekać. Genetyczka Barbara McClintock Nagrodę Nobla otrzymała trzydzieści dwa lata po wielkim odkryciu, acz początkowo powszechnie ignorowanym. Patrząc na przeszkody, jakie stwarzało im życie w społeczeństwach patriarchalnych, silnie zdominowanych przez mężczyzn, trzeba było być kobietą z niezwykłym samozaparciem, uporem, przekorą (jak w tytule), konsekwencją i poświęcającą się całkowicie nauce. Często kładącą życie osobiste i rodzinne, a nawet własne, na szali nauki. By być spełnioną. By pod koniec życia powiedzieć tak, jak wspomniana już Barbara McClintock – Miałam pasjonujące i ogromnie satysfakcjonujące życie.
Chciałam zrozumieć je.
Chciałam dowiedzieć się, dlaczego te kobiety, które niedojadały i nierzadko głodowały, ciężko pracowały w laboratoriach nawet w ostatnim stadium wyniszczającej je choroby, mieszkały w skrajnych warunkach, pomijano w nagrodach uznaniowych i awansach, okradano z dorobku naukowego, wykluczano z grona naukowców, bez pensji, godziły się na to wszystko? Odpowiedzi dostarczyła mi fizyczka Maria Goeppert – Jeśli naprawdę kocha się naukę – wyznała – to pragnie się jedynie kontynuować pracę oraz neurobiolożka Rita Levi-Montalcini – Moment, w którym przestajesz pracować – stwierdziła pewnego razu – to moment, w którym umierasz. Mocne słowa!
W tym tkwiła tajemnica ich tytanicznej siły.
To ona spychała na dalszy plan potrzebę uznania, dyskryminację, poniżenie, wykluczanie i warunki pracy. Liczyła się tylko nauka i możliwość jej uprawiania. Jeśli takiej nie miały – godziły się na uwłaczające warunki albo tworzyły laboratorium we własnej sypialni. Autorka, by uniknąć wrażenia encyklopedyczności w biografiach, wyposażyła je w elementy z życia osobistego i nieformalnego wychodzące poza ramy naukowe. Często cytowała wypowiedzi naukowczyń lub ludzi nauki o nich. Nadała w ten sposób szkicom naukowym charakteru miniopowieści o osobowościach niezłomnych, które momentami nabierały cech dramatu lub sensacji.
Dla mnie na pewno odkrywczymi.
Poszerzającymi nie tylko wiedzę (znałam tylko trzy osoby), nadającą konkretnym osiągnięciom twarz i nazwisko (których świadomie nie wymieniam, by pozostawić smak odkrywania i zadziwień innym czytelnikom), ale przede wszystkim optymizm i wiarę, że każdy może osiągnąć w życiu swój cel, który sobie postawił. Wystarczy do tego już połowa determinacji bohaterek tej publikacji, by udało spełnić się. Mamy przecież dużo łatwiej niż nasze poprzedniczki. A co najważniejsze – nie potrzeba do tego wyjątkowych uzdolnień. Według Annie Jupm Cannon, wybitnej uczonej w dziedzinie astronomii – To żaden geniusz ani nic podobnego, to jedynie cierpliwość.
Cierpliwość i praca.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 15 lutego 2017
U stóp bogini – Chitra Banerjee Divakaruni



U stóp bogini – Chitra Banerjee Divakaruni
Przełożyła Urszula Gardner
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 311 stron
Literatura amerykańska


Życie to partyjka domina.
Do takiego wniosku doszedł pod koniec swojego życia jeden z bohaterów tej powieści. To jedyny męski bohater, którego wewnętrzne myśli poznałam w całej tej zdecydowanie kobiecej historii. Jej wiodącymi bohaterkami były kobiety wywodzące się z bengalskiej społeczności – babka Sabitri, jej córka Bela oraz wnuczka Tara. Ich losy i dzieje ich rodzin przypominały właśnie takie kostki domina, których układanie i dopasowywanie jednego prowadziło do drugiego, to znów do trzeciego, dokładnie tak, jak człowiek to sobie zaplanował. Po czym znienacka któraś kostka przewraca się krzywo, wydarzenia zmieniają bieg, wszyscy stają okoniem i człowiek znajduje się w sytuacji, jakiej nie przewidział, chociaż wydawało mu się, że jest taki mądry.
W dokładnie taki sposób poznawałam losy tych trzech kobiet.
Opowieść rozpoczęła Sabitri z serca Indii, która u schyłku swoich dni zaczęła pisać list do wnuczki Tary mieszkającej w USA, by ta nie rezygnowała ze studiów. Miała nadzieję, że jeśli opowie jej o swoim życiu, dziewczyna może coś zrozumie. List z czasem przyjął formę wspomnień ukazujących trudną i biedną przeszłość babki, do której uśmiechnął się los, dając szansę na zdobycie wykształcenia. Sabitri zaprzepaściła ją. Serce zagłuszyło zdrowy rozsądek, który cały czas miał przypominać słowa żegnającej ją matki:

Dobra córka to lampa pomyślności, rozświetlająca nazwisko rodziny.
Zła córka to żagiew, która przyćmiewa sławę rodziny
.

W jej opowieść powoli i naprzemiennie zaczęły wplatać się losy Beli, która uciekła z ukochanym do USA i urodzonej już tam wnuczki. Cierpliwie układałam z tych kostek domina obraz, który początkowo wymykał mi się całościowemu spojrzeniu. Następujące po sobie wydarzenia zmieniały kierunek rozwoju fabuły, ale jednocześnie dodawały kolejny, niezbędny element do tej układanki. Pod koniec opowieści było ich tak wiele, że w ostateczności zazębiły się, a wątki posplatały, tworząc obraz skomplikowanych dziejów jednej rodziny rozproszonej w czasie i przestrzeni.
Ale nadal rodziny.
Tak naprawdę to historia wielu rodzin emigracyjnych na świecie, które zostały podzielone. Ich członków przypłacających to rozluźnieniem lub zanikiem więzi rodzinnych, trudnością odnalezienia się w zupełnie odmiennych warunkach życia z dala od najbliższych, zagubieniem w wartościach, uzależnieniami czy chorobami psychicznymi. W tym sensie to smutna opowieść. Momentami przygnębiająca. Trudno było mi patrzeć na degradację psychiczną i społeczną bohaterek, kiedy ich życie rozsypywało się chaotycznie tak, jak kostki domina.
To celowy zabieg autorki.
Musiała pokazać dno tych kobiet, dla każdej inne, by podkreślić rolę więzi rodzinnych i siłę płynącą z korzeni i tożsamości rodziny, by od tego dna móc się dzięki nim odbić. To dlatego zakończenie powieści niesie ze sobą ukojenie, spełnienie i uzasadnienie stale przewracających się kostek w grze. One miały upadać, by ostatecznie stworzyć jeden obraz matczynej miłości spajającej wszystkie pokolenia. Miłości przekraczającej geograficzne i psychiczne granice. Bohaterkom dramatyczna gra w życie-domino udała się. Udowodniły, że to od nas zależy, w jaki sposób zagramy w tę grę, bo nie ważne ile czasu możemy jej poświęcić.
Ważne, jak bardzo chcemy w tej grze być i skąd czerpać do niej siły.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

U stóp bogini. Opowieść o klanie kobiet, w której cała gama uczuć rozciąga się na przestrzeni lat i kontynentów [Chitra Banerjee Divakaruni]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

poniedziałek, 13 lutego 2017
Narkotyki w kulturze młodzieżowej – Beata Hoffmann



Narkotyki w kulturze młodzieżowej – Beata Hoffmann
Oficyna Wydawnicza Impuls , 2014 , 170 stron
Literatura polska


Powiedz mi, jakiej muzyki słuchasz, a powiem ci, co bierzesz.
Taka myśl pozostała we mnie po lekturze tej książki. Można zaprotestować, że czarno widzę i nie wszyscy słuchający muzyki to ludzie zażywający psychostymulanty. Jednak fakty i wyniki badań przytaczane przez autorkę są nie do obalenia. Jak można zaprzeczyć badaczce i socjolożce Hannie Świdzie-Ziembie, podważając jej wniosek, na który powołuje się autorka – ...granica przebiega nie jak kiedyś, między tymi, co „biorą” i „nie biorą”, lecz między tymi, co sięgają po narkotyki miękkie (nieuzależnionymi) i twarde (uzależnionymi). Po takim dictum, w którym ludzie zażywający narkotyki miękkie nie są osobami uzależnionymi (sic!), mogłam sobie zakrzyknąć.
Co ja wiedziałam o narkotykach!
Świat poszedł do przodu, a ja tkwiłam w rodzajach, skutkach, objawach i w tego typu tematach niczym zadufany w sobie ekspert, a umykał mi w tym wszystkim kontekst kulturowy. A to on wyraźnie mówi, z czym się biję na co dzień. Cała para szła w gwizdek. Ta publikacja zmieniła moje nastawienie do problemu narkotyków. Zamiast walczyć z nimi - dać sobie spokój, a całą energię wkładać w tworzenie alternatyw dla nich. Równoległych propozycji dla młodzieży, które będą od nich atrakcyjniejsze.
To piekielne trudne zadanie!
Narkotyki to nie tylko chemia dająca poczucie szczęścia. To narkoświat! Element większej skomplikowanej całości, którą można nazwać stylem życia czy stanem umysłu, który zwłaszcza dla poszukującej młodzieży ma ogromne znaczenie. Żebym mogła dobrze to zrozumieć i zobaczyć oczami wyobraźni, autorka poprowadziła mnie w głąb historii ludzkości od społeczeństw przednowoczesnych do współczesności. Pokazała zmieniającą się rolę narkotyków od obowiązkowego elementu obrzędów i rytuałów religijnych pełniących rolę tabu i sacrum dostępnego tylko szamanom i kapłanom, poprzez składową światopoglądu tworzącego kontrkulturę oraz czasu narkotyków degradujących człowieka do poziomu patologii, aż do dzisiaj. Do dnia, w którym narkotyki są legalizowane w niektórych krajach, a „narkoman” to człowiek w garniturze. Wędrując w czasie, autorka wyodrębniała i szczegółowo opisywała subkultury (włącznie z analizą muzyki, tekstów piosenek oraz filmów), w których narkotyki wpisywały się w ich funkcjonowanie, zarówno na świecie, jak i w Polsce – mods, bitnicy (tak dobrze mi znani z literackiej serii Twarze Kontrkultury), punk, skinhead, rap, hip-hop czy rave. Swój przekaz licznie ilustrowała wypowiedziami osób uzależnionych od psychostymulantów.
Publikacja nie miała jednak charakteru badawczego.
Autorce nie zależało na przedstawieniu tematu do rozważań, dyskusji czy polemik. Nie chciała też ukazywać tego zjawiska społecznego jako dewiacji czy patologii. Jej celem, jak napisała we wstępie, było prześledzenie, jak zmieniała się funkcja substancji psychoaktywnych w swojej wielowiekowej historii. Zwłaszcza w kulturze młodzieżowej. Dlatego też nie zakończyła publikacji przestrogami o skutkach zażywania narkotyków. Przedstawiła obiektywne i bezwzględne fakty, pozostawiając mnie z konkretną wiedzą, a tym samym, dając mi możliwość przewidzenia dalszego rozwoju kierunków roli narkotyków w przyszłości w kontekście zmian społecznych i cywilizacyjnych, mających ostatecznie wpływ na przemiany kulturowe.
Nie są one optymistyczne!
Coraz większa tolerancja narkotyków miękkich oraz przesuwanie granicy między nimi a narkotykami twardymi. Upowszechnianie się modelu zażywania psychostymulantów jako uzasadnionego elementu kultury popularnej. Coraz częstsza orientacja na przyjemność, stająca się powoli normą społeczną. Przejmowanie przez media języka narkotykowego nawet w reklamach dla dzieci – odlotowy czy odjazdowy. Powstawanie „konopnych” czasopism, których autorka wymienia kilka tytułów. Publiczne przyznawanie się osób o uznanych autorytetach (pomijam celebrytów) do zażywania marihuany. Maskowanie szkodliwości psychostymulantów poprzez podkreślanie ich pozytywnego wizerunku czyli dezinformacyjna dychotomia w przekazie. I wiele, wiele innych zjawisk ułatwiających drogę narkotykom do młodzieży. Do czasu kiedy obudzimy się, czytając na opakowaniu suplementu diety, że jednym ze składowych jest psychostymulant. Paleta wyboru jest przeogromna.Te najczęściej zażywane obecnie autorka wymieniła i opisała w dodatkowym rozdziale umieszczonym na końcu książki. Są tam również ujęte leki.
Czarnowidztwo?
Niekoniecznie, jeśli prześledzi się treść tej publikacji i rozejrzy dookoła. Zwłaszcza wśród młodzieży. Widzę potwierdzenie zawartych w niej wniosków z badań socjologów z całego świata i Polski przytaczanych przez autorkę, które wyraźnie mówią, że narkotyki spowszedniały, a w wielu młodzieżowych grupach osoby, które nigdy nie zażyły narkotyku, stanowią zdecydowaną mniejszość. Najbardziej przerażający jest ten wniosek – Większość użytkowników substancji psychoaktywnych mieści się dziś w granicach tzw. zdrowego społeczeństwa, a narkoman bardziej przypomina współczesnego konsumenta niż „degenerata”.
Dokładnie z tym zjawiskiem kulturowym mają walczyć współcześni wychowawcy, nauczyciele, opiekunowie i rodzice młodzieży?
W obliczu tej „hydry” jednak dużo bardziej efektywne wydaje się piekielnie trudne tworzenie alternatyw dla niej. Pytanie tylko, czy współczesny pedagog jest do tego przygotowany?
Według mnie – nie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jak można walczyć z TAKIM zjawiskiem!?
sobota, 11 lutego 2017
Był sobie pies – W. Bruce Cameron



Był sobie pies: ten świat jest naprawdę pomerdany! – W. Bruce Cameron
Przełożyła Edyta Świerczyńska
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 391 stron
Literatura amerykańska


Wzruszyłam się!
Ale wzruszeniem refleksyjnym. Autor dołożył wszelkich starań, abym tę opowieść najpierw poczuła całą sobą, a potem dobrze zastanowiła się nad życiem i słowami głównego bohatera – psa, bo to on był narratorem. Wprawdzie miał różne imiona, wiele żyć, kilku właścicieli i epizod bezdomności, ale jedną miłość.
Do ludzi.
Wśród nich zdarzyła mu się ta jedna, jedyna na całe życie, a w jego przypadku, na wiele żyć – do Ethana. Najpierw chłopca, potem nastolatka i wreszcie mężczyzny, o którym, jak sam mówił - kochanie go i mieszkanie z nim było sensem całego mojego życia. Od momentu obudzenia się do momentu zaśnięcia. Ich historia przyjaźni i wzajemnej miłości była dominującą w opowieści. Na pozór o pieskim życiu. Bailey, bo tak najchętniej siebie postrzegał, nawet, gdy przydarzyło mu się być suką, opowiadał nie tylko o miłości do ludzi, ale również o trudnej drodze do ich serc. Świat widziany jego oczami nie był zabawny, lecz skomplikowany na własne życzenie przez ludzi, brutalny, niezrozumiały, alogiczny i naprawdę pomerdany, jak sugeruje podtytuł. Dzięki nietypowemu darowi (a może przekleństwu?) pamięci poprzednich wcieleń przez Baileya, autor stworzył kilka wielowątkowych losów psich i ludzkich, zapętlających się w jedną historię, która nadawała sens całości.
To w tym momencie przychodziło zrozumienie tej opowieści.
Tę historię można traktować rozrywkowo, jako wzruszającą opowieść o psie i jego doświadczeniach z człowiekiem. Jak najbardziej czytać samemu, mając nawet 100 lat, jak i wspólnie z dziećmi lub koniecznie podsunąć nastolatkowi do przeczytania. Wiek odbiorcy nie ma żadnego znaczenia, bo łączy ludzi i pokolenia. Dostarcza mnóstwo wzruszeń, emocji i empatycznego spojrzenia na pieskie życie.
Można ją również odczytać metaforycznie.
Odnieść jej przesłanie do człowieka. Bo tak na naprawdę poszukiwanie celu w życiu przez Baileya, to nic innego, jak nasze poszukiwanie sensu życia. Jak wskazywanie na budującą rolę bezinteresownej miłości do innych – zwierząt, ludzi, świata i siebie samego. Jak ważną rolę pełnią w tym wszystkim więzi rodzinne i przyjaźń. Jak doświadczanie rzeczy złych, brutalnych i niesprawiedliwych ma uzasadniony sens, który odkrywamy dopiero po latach. Jak trudne układanie życia z codziennych elementów, którego efekt zobaczymy dopiero w chwili śmierci, kiedy będziemy mogli powiedzieć tak, jak Bailey – ...czułem głównie spokój spowodowany pewnością, że całe moje życie potoczyło się tak właśnie po to, by doprowadzić mnie do tej chwili. Spełnił się sens mojego życia. Mogłabym tak wymieniać tematy do wspólnych dyskusji polekturowych bardzo długo, tak bogata jest warstwa filozoficzna ukryta pod górą emocji i dobrej rozrywki. To największa wartość tej opowieści. Dlatego, dla mnie, pod tytułem widnieje niewidzialny podtytuł tej historii:
„Był sobie człowiek”.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Był sobie pies. Ten świat jest naprawdę pomerdany [W. Bruce Cameron]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.


Za kilka dni premiera filmu powstałego na bazie tej książki. Mam nadzieję, że nie zgubi tego, co w tej opowieści najcenniejsze.
niedziela, 05 lutego 2017
Kobieca Agencja Detektywistyczna Nr 1 – Alexander McCall Smith



Kobieca Agencja Detektywistyczna Nr 1 – Alexander McCall Smith
Przełożył Tomasz Bieroń
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2004 , 184 strony
Cykl Kobieca Agencja Detektywistyczna Nr 1 ; Tom 1
Seria Salamandra
Literatura szkocka


...w rankingu sprzedaży kryminałów za rok 2003 magazynu „Bookseller” Kobieca Agencja Detektywistyczna Nr 1 znalazła się na pierwszym miejscu, pokonując dwie powieści Grishama!
Taką informację przeczytałam w krótkiej nocie umieszczonej w środku książki. Tak to jest – pomyślałam – gdy pisze się z miłości. W przypadku tej powieści, z miłości do Afryki. Autor wprawdzie jest Szkotem, ale urodzonym w Rodezji, a obecnie Zimbabwe. Jej obraz, zapach, kolory i ludzie ją zamieszkujący pozostają w każdym, kto chociaż raz odwiedził ten kontynent. Mnie również dotknęło to zjawisko nostalgii. Może dlatego tak łatwo odnalazłam się w realiach Botswany, przywołując własne wspomnienia i od razu pokochałam główną bohaterkę – mmę Precious Ramotswe. Dobrą kobietę, którą wszyscy tytułowali mma Ramotswe i która odkryła w sobie obowiązek, powołanie i sens życia - pomaganie swoim rodakom w rozwiązywaniu ich problemów. W tym celu założyła pierwszą w kraju Kobiecą Agencje Detektywistyczną Nr 1. Na dodatek prowadzoną przez nią osobiście czyli detektywa-kobietę! Sprawy, z jakimi zwracali się do niej zleceniodawcy, wywoływały we mnie rozbawienie, ale i czający się pod tą pozorną powłoką humoru, lęk i smutek. Czytając ten kryminał (chociaż nie do końca tak bym go nazwała), musiałam stale pamiętać, że w domysłach o przyczynach problemu muszę wybiegać poza „europejskie” myślenie i dedukcję. Nie bez powodu na okładce książki grafik umieścił we wnętrzu krokodyla zegarek. Mogło okazać się, że poszukiwana osoba, nie została zamordowana, ale pożarta przez dzikie zwierzę, a zaginione dziecko porwane, zamordowane i wykorzystane do amuletów czarnej magii.
Przegląd osób przychodzących do mmy Ramotswe i przynoszonych przez nich problemów czyni ten kryminał również powieścią społeczno-obyczajową.
A może przede wszystkim społeczno-obyczajową. Pod ciekawą, ale i troszkę naiwną, schematyczną i prostą warstwą kryminalną toczyło się dużo ciekawsze dla mnie życie Afrykanów. Podążając za mmą Ramotswe ulicami Gaborone czy pylistymi drogami prowincji, przypominałam sobie uroki i piękno krajobrazów Afryki, ale i problemy kraju oraz różnorodność postaw mieszkających w nim ludzi. Chociażby do tabu społecznego, o którym nie mówi się głośno, bo – jak zauważył jeden z bohaterów – nie lubimy o tym mówić, prawda? To jest rzecz, którą my, Afrykanie, najbardziej się wstydzimy. Przymykamy na to oczy. Doskonale wiemy, co się dzieje z dziećmi, które znikają. Doskonale wiemy. Przeszłość rodziny pani detektyw i jej ojca, doskonale oddawała trudny los tysięcy rodaków próbujących zwyczajnie żyć, a nawet przeżyć, a także problemy, z jakimi borykają się prości ludzie oraz elity. Spośród nich najsilniej odczułam wątek dyskryminacji kobiet wynikający z patriarchalnego modelu rodziny. Wydawałoby się, nie do zmienienia, bo pewne aspekty starego afrykańskiego porządku były nadzwyczaj słuszne i wygodne – zwłaszcza dla mężczyzn... Zdaniem mmy Ramotswe – W Afryce jest tyle cierpienia, że człowiek najchętniej wzruszyłby ramionami i poszedł dalej. Ale tak nie można, pomyślała. Tak po prostu nie można.
Dlatego pomagała tak, jak umiała.
Zrozumieniem, pochyleniem się nad każdym człowiekiem i jego problemem, konkretną pomocą, ale przede wszystkim miłością do ludzi i do kraju, którego nie zamieniłaby na żaden inny. Kochała swoją ojczyznę, Botswanę, kraj cichy i spokojny, i kochała Afrykę, ze wszystkimi nieszczęściami, jakie na nią spadały. To dlatego ta powieść ma w sobie odrobinę humoru, trochę cierpienia, ale przede wszystkim ogrom miłości wbrew wszystkim złym ludziom i wbrew wszystkiemu niepomyślnemu, co czyni ją niezwykle ciepłą, radosną i optymistyczną.
Dopiero na końcu kryminalną.
lubimyczytać.pl
Ta pozycja do dopiero początek cyklu z mmą Ramotswe. Do tej pory ukazało się kolejnych 6 części.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki


Na podstawie cyklu powstał serial emitowany przez HBO.
sobota, 04 lutego 2017
W biegu... – Marcin Wilk



W biegu...: książka podróżna: rozmowy z pisarzami (i nie tylko) – Marcin Wilk
Wydawnictwo Universitas , 2010 , 316 stron
Literatura polska


Pośpiech!
Nawet książki dostosowuje się do zawrotnego tempa życia – pomyślałam, gdy ujrzałam tę pozycję. Już biorąc ją do ręki, czułam presję uciekającego czasu. Troszkę mnie to zniechęcało do czytania. Nie chciałam wprowadzać pośpiechu do mojego książkowego świata, w którym króluje bezczas. Może dlatego tak długo czekała na moją uwagę.
Niepotrzebnie.
Właściwie całą nieprzyjemną dla mnie część jej nerwowego powstawania przejął na siebie autor. To on biegał za swoimi rozmówcami. Jak sam napisał we wstępie – Swoich rozmówców spotykałem w podróży. Większość z nich to goście, którzy odwiedzali Kraków w ciągu ostatnich – mniej więcej – 6 lat. Spotykaliśmy się po drodze. Czasem bardzo w pośpiechu. Nierzadko na chwilę, by szybko przywitać się, poznać i porozmawiać, mając za pretekst na ogół wydaną właśnie przez nich książkę. Umawiał się więc (a czasami nie) z nimi na szybką wymianę zdań, na odpowiedzi na kilka lub kilkanaście pytań. Czasami podczas biegu.
Dosłownie!
Tak było, kiedy poszedł razem z Johnem Irvingiem na wspólny trening do siłowni. Z tego pośpiechu, przebłysków myśli, łapania wypowiedzi powstał zbiór wywiadów z pisarzami i nie tylko, jak sugeruje podtytuł. Bo obok tak znanych nazwisk jak Eric-Emmanuel Schmitt, Eduardo Mendoza, Etgar Keret i wielu innych, a z polskiego podwórka – Sylwia Chutnik czy Katarzyna Grochola, byli również historycy, krytycy literatury, tłumacze, scenarzyści filmowi oraz dziennikarze.
Razem 47 rozmówców!
Przeciekawych osobowości, które poprowadziły mnie w swój odmienny od innych, a przez to różnorodny świat literatury, kultury, wyobraźni i troszeczkę życia bieżącego i prywatnego, dodającego smaku całości. Autorowi udało się jednak pogrupować te na pozór odmienne spotkania według dominującego tematu, nadającego wspólny kierunek rozmowy. Stąd 17 rozdziałów tematycznych, które nazwał podróżami. Pięknie zatytułowanymi, których istotę i treść ujął tymi słowami – Bywa to droga przede wszystkim poprzez czas, innym razem – poprzez kraje i kultury, w jeszcze innym przypadku może chodzić o introspekcję, podróż w głąb samego siebie.Wszystko dzieje się na różnych planach i w różnym tempie. Dlatego - podróż w czasie, w wyobraźni, sentymentalna, od polityki, w głąb pamięci, w pogoni za miłością, jako ćwiczenie, za utraconym głosem, do kresu rozpaczy i z kotem pod ręką. Wymieniając dla przykładu tylko niektóre.
Przepadłam w nich!
Uwielbiam spotkania z ciekawymi ludźmi i oto miałam przed sobą kwintesencję ich myśli wyłuskanych przez autora wprawdzie w biegu, ale za to teraz mogłam bez pośpiechu, na spokojnie, powoli, poobcować z ich umysłami i dać się zabrać w ich podróż. Skupić się na wątku, który w rozmowach z innymi ciekawi mnie najbardziej – książki. W tym przypadku – ich książki. Niektóre czytałam, więc z ciekawością poznawałam okoliczności ich powstawania. Nie zawsze przyjemne tak, jak było z powieścią Ericki Fischer Aimee & Jaguar. Niektóre przywołujące z przeszłości moje spotkania z pisarzami takie, jak z nieżyjącą już Moniką Szwają. Ku mojemu zaskoczeniu sporo było mi ich znanych, a teraz poznanych od innej strony. Bardziej na luzie, prywatnie, mniej oficjalnie. Natomiast ci, których nie znałam, dostarczyli mi cenną listę pozycji koniecznych do przeczytania:
1.Świadectwo skazanych na śmierć – Pia-Kristina Garde,
2.Blisko Jedenew – Kevin Vennemann,
3.Przebudzenie – Irena Matuszkiewicz,
4.Gargulec – Andrew Davidson,
5.Utalentowana – Nikita Lalwani.
Tytuły umieściłam z premedytacją, gdyby moi bliscy, czytający mój blog, mieli problem z wymyślaniem prezentu dla mnie. ;)

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Za książkę dziękuję autorce blogu GOD SAVE THE BOOK.

A tutaj posłuchałam autora, który dodał jeszcze parę ciekawych informacji.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 925 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi