Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 29 stycznia 2017
Gniewna fala – Jennifer Donnelly



Gniewna fala – Jennifer Donnelly
Przełożył Patryk Dobrowolski
Wydawnictwo Zielona Sowa , 2015 , 359 stron
Literatura amerykańska


Tak, jak w pierwszej księdze Sagi Ognia i Wody towarzyszyła bohaterkom powieści wspólna pieśń, tak i w księdze drugiej nie mogło jej zabraknąć. Świat syren to przecież piękna muzyka i hipnotyzujący śpiew. Jednak tym razem słowa były zupełnie inne, bo poświęcone talizmanom.

To one były celem kolejnych wypraw sześciu przyjaciółek. Syrenich księżniczek z sześciu królestw mórz i oceanów świata. Od powodzenia ich wypraw zależały ich dalsze losy. Ich istnienie. Księga druga opowiadała tylko o dwóch wyprawach – głównej bohaterki Serafiny i jej przyjaciółki Neeli. Początkowo działających oddzielnie, by na koniec połączyć siły. Druga część sagi utrzymała wysoki poziom dynamiki wydarzeń, nagłych zwrotów akcji, zaskakujących niespodzianek, odkrywanych tajemnic, pomocnej magii, ucieczek przed pewną śmiercią, niebezpiecznych konfrontacji, ale i rozczarowań.
Zwłaszcza tych dotyczących natury syreniej.
Chociaż śmiało można powiedzieć – ludzkiej. Ta historia to przecież metafora świata człowieczego. Może dlatego przyjaźń i miłość była motywem przewodnim tej księgi. Nie zwróciłabym na to uwagi, bo miłość to stały motyw powieści dla młodzieży, gdyby nie podkreślenia ołówkiem uczynione przez poprzednią czytelniczkę. Nastolatkę, która podsunęła mi tę sagę. Trochę zdziwiłam się, bo dziewczyna bardzo szanuje książki. Musiała być ta myśl dla niej bardzo ważna, skoro zdecydowała się na taką „profanację”, wyróżniając te słowa – ...miłość to nie czułe słówka i rzucane mimochodem obietnice. Miłość jest trudna. Stawia przed tobą zadania i cię zmienia. Wypełnia twoje serce i czasem sprawia, że musi ono stwardnieć. Miłość wymaga wyrzeczeń... Mało w tej myśli idealizmu, za to dużo realizmu i goryczy. Trochę na pohybel tym, którzy uważają młodzieżowe fantasy za mocno nieżyciowe i wyidealizowane. A tu taka niespodzianka! Właściwie ten fragment mógłby być mottem tej części sagi. Cała fabuła ma w sobie ukryte właśnie to przesłanie, a autor zrobił wszystko, by Serafina i jej przyjaciółki boleśnie odczuły i doświadczyły go najbardziej. Wiele w tej powieści osobistych wyrzeczeń i poświęcania się dla celów wyższych. Dla dobra innych.
Pięknych wartości uczy ta saga!
Jej kontynuacja to kolejne dwa tomy.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Saga Ognia i Wody. Gniewna fala [Jennifer Donnelly]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Trailer książki.
sobota, 28 stycznia 2017
Mózg nastolatka – Francess E. Jensen , Amy Ellis Nutt



Mózg nastolatka: jak przetrwać dorastanie własnych dzieci – Francess E. Jensen , Amy Ellis Nutt
Przełożyła Katarzyna Sosnowska
Wydawnictwo W.A.B. , 2016 , 366 stron
Literatura amerykańska


Książka-koło ratunkowe dla wszystkich opiekujących się nastolatkami!
Na dodatek napisana przystępnym językiem, mimo że autorka jest neurobiologiem. Podejrzewam, że zawdzięcza to współautorce, dziennikarce. I może właśnie dlatego, miała możliwość nie tylko napisania książki, ale i zajęcia się tematem, który w jej rodzinie stał się palącym problemem. Pewnego dnia ujrzała w swoim własnym domu dwóch, obcych pasażerów ze statku kosmicznego Nostromo. Miała na myśli swoich nastoletnich synów, których nagle przestała rozumieć. Ówcześnie badała mózgi dziecięce, ale to zaskakujące ją doświadczenie adolescencji własnych dzieci, sprawiło, że zmieniła obiekt dotychczasowych dociekań naukowych.
Zajęła się mózgiem nastolatków!
Podjęła się badań, by pomóc zrozumieć nie tylko to, czym jest mózg nastolatka, lecz także, czym on nie jest i czym się dopiero staje. To, co zobaczyła, czego doświadczyła i co skonfrontowała z osobistymi doświadczeniami jako matki, zawarła w tej niepozornej, ale rewelacyjnej w przekazie, pozycji popularnonaukowej. Nie tylko dostarczyła neurologicznej wiedzy popartej dowodami naukowymi, ale również obaliła dotychczasowe mity (wielozadaniowość, buzujące hormony) i podzieliła się sprawdzonymi radami po każdym rozdziale danego tematu. Nie będę wymieniać wszystkiego, bo jest tego dużo i obszernie. Dla mnie najważniejszym był wniosek, że nastolatkowie nie są dorosłymi, mimo że wyglądają i rozmawiają jak dorośli. Pojęcie, że młodzież to młodsza wersja człowieka dorosłego o mniejszym przebiegu mózgu, to pogląd błędny, a nawet szkodliwy. Nie tylko dla nastolatków, ale również dla samych dorosłych. Tych pierwszych pozostawia bez opieki (przecież skończył 18 lat!), a tych drugich naraża na niepotrzebny stres. Wszystkich na niezrozumienie, konflikty i wojnę międzypokoleniową.
A zrozumieć należy jeden fakt!
Młodzież od dorosłych różni jedno – budowa mózgu. Tylko w jednym narządzie, ale za to strategicznym i znaczącym, ponieważ determinuje on nie tylko rozwój psychiczny, emocjonalny, fizyczny, społeczny i intelektualny, ale również przyszłość nastolatka. W jaki sposób – napiszę o tym później. Autorka, aby dobrze zwizualizować przyczynę wszystkich problemów z młodzieżą, porównała mózg nastolatka do zestawu puzzli. Otóż w zestawie młodzieżowym brakuje 20% elementów.
Pomyśleć - 20%!
To przede wszystkim niedojrzałość i nieczynność płatu czołowego odpowiedzialnego za myślenie perspektywiczne, wgląd, osąd, abstrahowanie, planowanie, samoświadomość, zdolność do oceny niebezpieczeństwa i ryzyka oraz łączenie postaw, wyborów i decyzji z ich skutkami. To stąd bierze się „ułańska fantazja” nastolatków do zachowań, których skutki są czasami drastyczne i tragiczne, o czym donoszą od czasu do czasu media. W tych szokujących odbiorców sytuacjach najczęściej dorośli zadają dwa pytania – „Czy oni nie myśleli?” i „Jak mogli to zrobić?”. Autorka odpowiada na te dotychczas retoryczne pytania, mówiąc, że nie myśleli, bo nie mieli czym. W płacie czołowym skończyła im się synapsa! A zrobili to, właśnie dlatego. To zjawisko najdobitniej opisał amerykański prawnik Steven Drizin, na którego powołuje się autorka – Młodzi działają w dużej mierze, jak osoby opóźnione umysłowo. Największe podobieństwo między tymi dwiema grupami polega na ich deficytach poznawczych. Jeśli do tego dodamy skłonność do emocjonalnych i impulsywnych zachowań oraz ryzyka, wpływ grupy rówieśniczej i łatwość uzależnień to mamy gotowy przepis na tragedię.
I tutaj autorka podkreśla rolę dorosłych!
Nauczyciele, wychowawcy, opiekunowie i rodzice mają, na delikatny czas przepoczwarzania się, dojrzewania, dorastania nastolatków, pełnić rolę nieczynnego płata czołowego. W praktyce przekłada się na bycie opiekunem, który, jak niekończącą się mantrę, wymienia i powtarza skutki ich wyborów i zachowań.
To działanie ma ogromne znaczenie w profilaktyce.
Ukazywanie skutków palenia papierosów, zażywania narkotyków, picia alkoholu i energetyków, braku snu, nadużywania technologii (telefony komórkowe i Internet), a także uprawianie sportów kontaktowych (mikrowstrząśnienia i wstrząśnienia mózgu), to nie tylko kilka rozdziałów tłumaczących ich destrukcyjny wpływ na rozwój mózgu, ale także stopniową degradację potencjału możliwości i zawężanie szans rozwoju, a tym samym zmianę przyszłości konkretnego nastolatka.
Wszystko ilustruje przykładami z życia własnej rodziny i swoich pacjentów.
Autorka daje rewelacyjne narzędzie do pracy z nastolatkami. Tłumaczy niezrozumiałe ich zachowania. Wskazuje praprzyczynę ciągu dramatycznych zdarzeń i zachowań. Przede wszystkim jednak pozwala uzbroić się w cierpliwość, która jest wręcz niezbędna w pracy z młodzieżą. Tak jak pochyla się z troską i wyrozumiałością nad osobami z różnych względów upośledzonymi, tak dokładnie w ten sam sposób należy pochylać się nad młodzieżą do mniej więcej dwudziestego roku życia.
Bez urazy droga młodzieży!
Uwaga techniczna - kolejny tłumacz, który nie rozróżnia pojęć – „nastolatki” i „nastolatkowie”.
Irytujące w trakcie czytania!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 22 stycznia 2017
Jedz, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert



Jedz, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert
Przełożyła Marta Jabłońska-Majchrzak
Dom Wydawniczy Rebis , 2007 , 488 stron
Seria Salamandra
Literatura amerykańska


Mroczna otchłań bezdennej żałości.
Tak określiła swój stan autorka, a zarazem narratorka, opowieści o poszukiwaniu wyjścia z tej przerażającej dziury psychicznej. Pozornie powinna być spełnioną osobą. Miała męża, dom, pracę i plany na przyszłość. To, co zbudowała, w czym aktywnie uczestniczyła i co miało być zwieńczone narodzeniem dziecka, nagle okazało się dla niej obce. Nie jej drogą życia. Inne kobiety zbierały w pudełkach marzeń ubranka dla dzieci, a ona numery podróżniczo-geograficznego czasopisma Nationale Geografic. Życie, które prowadziła, nie było jej. Nie chciała go. Nie chciała dzieci. Nienawidziła go. Była zagubiona. Funkcjonowała dzięki antydepresantom, dojrzewając do decyzji, by to zmienić. Poszukała pomocy u Boga. Nie! Nie nawróciła się nagle na konkretną wiarę czy odnowiła w wierze. Traktowała tę wiarę uniwersalnie, ale o tym napiszę później. Dość, że zdecydowała się na radykalne kroki.
Rozwiodła się i ruszyła w świat!
W poszukiwaniu szczęścia. W odnalezieniu siebie. W złapaniu równowagi. Drogę ku temu wyznaczyła poprzez Włochy, w których oddała się czystej przyjemności jedzenia i nic nierobieniu. Poprzez Indie, w których szukała kontaktu z Bogiem pojmowanym przez nią bardzo szeroko. Kończąc podróż w Indonezji, w której odzyskała zaufanie do miłości. To dlatego postanowiła książce, jak sama napisała, nadać formę dźapamali, dzieląc narrację na sto osiem opowieści, czyli koralików. Ten sznur opowieści dzieli się nadto na trzy części, poświęcone kolejno Italii, Indiom i Indonezji – tym trzem krajom, które odwiedziłam podczas dwunastu miesięcy poszukiwania siebie. Nie zależało jej na poznawaniu odwiedzanych krajów. Nie traktowała ich w potocznie turystycznym znaczeniu. Były tłem dla ukazania aspektów jej samej. Zmian, przemian, walki z samą sobą, by wykorzystać do nich to, co dany kraj, ludzie w nim żyjący, miejsca, w których się zatrzymywała, miały najlepszego do zaoferowania w interesującym ją zakresie. Które najlepiej radziły sobie i od wieków były specjalistami w rozwiązywaniu określonego problemu. Czerpała z nich ofiarowaną wiedzę i umiejętności garściami. Poznawała sztukę doznawania radości w Italii, pobożności w Indiach, a w Indonezji - sztukę równoważenia jednego z drugim.
To opis trudnej drogi przemian a zarazem opowieść terapeutyczna.
Bardzo osobista i jednocześnie uniwersalna. Miliony ludzi na świecie mogą utożsamiać się z autorką. Odczuwać to, co ona. Przeżywać dokładnie te same stany depresyjne wywołane kryzysem egzystencjalnym. Wreszcie – chcieć dokładnie tego samo, co ona. Zwłaszcza ci, którzy tkwią w "mrocznej otchłani bezdennej żałości” i nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Jednak niewielu potrafi zrobić to, co ona. Wziąć lodówkę na plecy, sprzedać ją i ruszyć w świat tak, jak uczynił to Wojciech Cejrowski. Niewielu odważa się zerwać z dotychczasowym, nawet jeśli rani i boli, życiem i zacząć wszystko od nowa. Autorka pokazała, że jest to możliwe, ale, co najcenniejsze, szczerze opisała bolesne tego konsekwencje i koszty uzyskania pożądanych skutków. Ten uniwersalizm opowieści tkwił również w pojmowaniu Boga, które tak ujęła – Uważajcie, ostrzega ta opowieść, żeby nie popaść w obsesję związaną z powtarzaniem rytuałów religijnych dla zasady. Szczególnie w tym podzielonym świecie – gdzie koalicje talibów i chrześcijan nadal toczą wojnę o międzynarodowy znak handlowy, dający prawo do słowa Bóg oraz o to, kto jest w posiadaniu właściwych rytuałów, za pomocą których można do Boga dotrzeć. Co nie uniemożliwia szukania go z dotychczas wyznawaną wiarą, jeśli tylko w taki sposób chcemy do niego dotrzeć. Zachęca wprost – Bierzesz to, co działa, skądkolwiek, i podążasz w stronę światła.
Jednak najważniejszą myślą, jaką odczytałam w jej przesłaniu do wszystkich szukających równowagi w życiu, jest przekonanie, że to nie żaden książę mnie uratował; ratunek zorganizowałam sobie sama. Można nabrać przekonania, że to kolejna opowieść o tym, że to w człowieku tkwi siła do zmian, że to on sam musi chcieć i pewnie byłaby taką, gdyby nie fakt, że jest przeżyta, przewalczona, autentyczna, a przez to wytrącająca z ręki argumenty, że to fikcja, że w prawdziwym życiu tak nie zdarza się, że fajnie czytało się, ale trzeba wrócić do rzeczywistości.
To jest rzeczywistość!
Może dlatego ta opowieść zdobyła miliony czytelników na całym świecie. Powstał nawet film na jej podstawie i kontynuacja opowieści. Mnie ciekawi jedno – dla ilu z nich stała się rozświetlającym światełkiem optymizmu na krótką chwilę, a ilu zainspirowała do radykalnych zmian?
Szczególnie to ostatnie bardzo mnie interesuje.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jedz, módl się, kochaj [Elizabeth Gilbert]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Film dobrze zrealizowany, ale spłyca wiele wątków, a niektóre pomija.
sobota, 21 stycznia 2017
Sekretne życie drzew – Peter Wohlleben



Sekretne życie drzew – Peter Wohlleben
Przełożyła Ewa Kochanowska
Wydawnictwo Otwarte , 2016 , 252 strony
Literatura niemiecka


Sekretne?!
Faktycznie, bardzo tajemnicze, bo ledwo dostrzegalne to życie drzew jest dla nas. Ludzi żyjących kilka razy szybciej niż one. Jednak powiedzieć o nich tylko tyle, to tak, jak powiedzieć o Bałtyku tylko, że jest duże. Dlatego podekscytowana dodaję – fascynujące!, zdumiewające!, emocjonujące!, odkrywcze!, niesamowite!, cudowne!, fantastyczne! i wszystkie im podobne określenia! Dlaczego ja tego wcześniej nie widziałam?!
Teraz wiem.
Po pierwsze dlatego, że o tym widocznie niewidocznym świecie trzeba umieć opowiadać. Posiadać dar tłumaczenia z języka drzewnego na ludzki tak, jak autor. Niemiecki leśnik, który dostrzegł drzewa i ich problemy po wielu latach pracy wśród nich, mordując je.
Dokładnie – mordując!
Po jego opowieści nie potrafię inaczej mówić o ścinaniu drzew i innych torturach, po których powoli umierają, stojąc, a czego autor wstydzi się tego do dzisiaj. To skojarzenie, odczucie i wrażenie zawdzięczam sposobowi opowieści autora. Nadał drzewom cechy człowiecze, a ich życiu i wzrastaniu, zasady i normy społeczeństwa ludzkiego. Odchylił grubą kotarę sekretu, za którą ujrzałam drzewców stworzonych przez J. R. R. Tolkiena we Władcy Pierścieni, które mówią, widzą, czują zapachy, chorują, pomagają słabszym towarzyszom, dzielą się pokarmem z krewniakami, uczą się, ostrzegają, współdziałają z innymi organizmami, dobijając targów, śpią i cierpią na bezsenność, tańczą, krzyczą z pragnienia, ostrzegają przed niebezpieczeństwem, trują intruzów, tworzą własny savoir-vivre, leczą się, urządzają popijawy, tracą na urodzie oszpecone przez młodzieńczy trądzik, tyją, udają się do toalety oraz chronią dzieci i wychowują młodzież, dokładnie tak, jak pokazuje to dzisiejsza grafika wyszukiwarki Google (albo zbieg okoliczności, albo autorzy czytali tę książkę!) z okazji Dnia Babci.

Tworzą system społeczny oparty na solidarności w jedności współistnienia niczym w dżungli z hitu filmowego Avatar. Chłonęłam ten świat również dlatego, że autor przyśpieszył jego funkcjonowanie. To, co do tej pory było dla mnie nieruchome, niemalże martwe jak przedmiot, nagle ujrzałam w przyśpieszonym tempie. Idealna iluzja bezruchu ustąpiła dynamice zmienności.
Świat drzew ożył!
Najbardziej flegmatyczne organizmy w moim otoczeniu zaczęły się ruszać, pulsować, trawić, penetrować ziemię, tętnić pulsem soków, obserwować mnie i „przemawiać” do mnie.

Kiedy stoję przed oknem i patrzę na te moje drzewa, które towarzyszą mi od lat i na które patrzę jako pierwsze tuż po przebudzeniu, bo przekazują mi, jaka czeka mnie pogoda dzisiaj, jestem w stanie je odczytać. Ba! Nadać im indywidualne charaktery. Bo one, jak się okazuje, posiadają osobowość! Właściwie tę „baśń” powinno czytać się wśród drzew. Razem z nimi. Pod nimi. O każdej porze roku. Również w zimie, która także daje możliwości ich poznania. Bez liści widać dobrze pnie i konary, które wiele mówią swoim nachyleniem, kształtem, korą, ilością mchu i porostów, uszkodzeniami czy wielkością. Po prostu czym, a raczej - kim są. Czyta się w nich jak w otwartej księdze. Jest tylko jeden warunek.
Trzeba mieć zielone serce!
Jeśli się je ma, to nie tylko ujrzy się nieziemsko ziemski świat niczym z innej planety, ale także wzruszy. Dokładnie tak, jak napisali o tej książce rekomendujący ją na okładce Adam Wajrak i Maja Popielarska.

Najciekawszym jest to, że te bajkowe sceny autor dokumentuje faktami czerpanymi prosto z najnowszych badań naukowych. Wszystkie „bajki” są prawdziwe! Autor totalnie zmienił mi sposób patrzenia na drzewa. Widzę w nich istoty żywe, którym, mijając je po drodze, mam ochotę mówić – dzień dobry! Tym rosnącym wzdłuż chodnika, sierotom, leśnym dzieciom ulicy, współczuć piekielnie trudnych warunków życia w miejskim zgiełku, z dala od rodziny. Autor „zasadził” mnie wśród drzew i podłączył do ich systemu, pokazując moje miejsce w naturze i ucząc wobec niej pokory, bo jak mówi stare powiedzenie – nie będzie nas, będzie las.
O ile go nie wymordujemy...

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

Sekretne życie drzew [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 15 stycznia 2017
Russendisko: opowiadania – Vladimir Kaminer



Russendisko: opowiadania – Vladimir Kaminer
Przełożyli N. Klimenyuk , I. Kivel
Wydawnictwo Novoe Literaturnoe Obozrenie , 2004 , 178 stron
Literatura niemiecka


Latem 1990 roku po Moskwie rozeszły się plotki: Honecker przyjmuje Żydów!
Tak rozpoczyna swoje wspomnienia autor. Niemcy, w ramach rekompensaty za uczynione krzywdy Izraelowi, postanowili przyjąć do siebie Rosjan żydowskiego pochodzenia. Wszyscy o tym wiedzieli oprócz samego Ericha Honeckera – zauważył z rozbawieniem autor. Niemniej tak zaczęła się piąta fala emigracji Rosjan do Niemiec. Początkowo do NRD, a po upadku Muru Berlińskiego, do Berlina i dalej.
Wśród nich znalazł się autor tych 54 opowiadań.
Wprawdzie w podtytule tak określił ten zbiorek - opowiadania, ale dla mnie to przede wszystkim opowieści i retrospekcje pełne anegdot młodego Rosjanina-emigranta, który przyjechał do Niemiec, nie wiedząc tak naprawdę, dlaczego i po co. Zdał sobie z tego sprawę po jakimś czasie, kiedy wystąpił o przyznanie obywatelstwa i w ankiecie musiał wpisać powód przybycia. Ostatecznie napisał – z ciekawości. Po prostu zobaczyć, jak tu jest. Może dlatego te króciutkie, na dwie góra pięć stron, wspomnienia były pełne humoru i młodzieńczej beztroski dwudziestotrzyletniego ich narratora i jednocześnie autora. Wszystkie zdarzenia i zderzenia w nowym kraju przydarzające się jemu i jego znajomym oraz znajomym znajomych, a także całkiem obcym imigrantom i Niemcom, absurdy wynikające z różnic kulturowych, próby zaaklimatyzowania się w nowych warunkach i dostosowania się do odmiennych wymagań, emanowały energią, optymizmem i radością. Problemy były przejściowe, a trudy życia na obczyźnie nie takie straszne. Zwłaszcza po wódce. Jego dobrą i pozytywną stroną była wielokulturowość społeczeństwa berlińskiego, które autor, niczym w soczewce, skupił w swojej antologii. Przenikanie się narodowości, jej wymieszanie i życie w Berlinie razem z Niemcami ukazał jako jedną, wielką, wesołą dyskotekę o tytułowej nazwie Russendisko. To rzeczywiste miejsce w Berlinie, do którego przychodzili wszyscy mieszkańcy stolicy, a zwłaszcza Rosjanie, by zabawić się i spotkać z rodakami. Russendisko była najweselszą dyskoteką w mieście organizowaną przez autora. Stąd łaciński alfabet tytułu, jako nazwy własnej, zamiast cyrylicy.
Wszyscy chcieli po prostu żyć.
Autor zgromadził bogaty materiał wzięty prosto z życia, by móc swoje spostrzeżenia wykorzystać literacko. Spisał je po niemiecku, a w Rosji musiały być przetłumaczone na język rodzimy. Dziwnie to brzmi, ale tak, jak pogmatwane jest życie pisarza-emigranta (Rosjanin piszący po niemiecku i zaliczany do pisarzy niemieckich), tak skomplikowane są losy jego książek.
Ta pozycja wydana w Niemczech w 2000 roku, a w Rosji w 2004, to właściwie obraz początku ciekawego nurtu multi kulti w Niemczech promowanego przez tamtejszą lewicę. Może dlatego za humorem kryje się poprawność polityczna. Jednak rodacy autora nie docenili tego w pełni, zarzucając jej tu i ówdzie niedopowiedzenia. Jeden z rosyjskich blogerów - igorgag, mimo że niektóre opowiadania podobały mu się, wręcz napisał w ostatnim zdaniu wpisu Wladmir Kaminer Russendisko, że główną jej zaletą jest niewielka objętość.
Ja, nie-Rosjanka, odebrałam ją zupełnie inaczej.
Przede wszystkim jako nostalgiczne wspomnienia emigranta i dobrych czasów nurtu multi-kulti, który kilkanaście lat później, w obecnym 2017 roku, przeżywa kryzys w obliczu emigracji zalewającej Europę i łączonego z nią terroryzmu. Mam wrażenie, że skończył się czas „zabawnych” opowieści o emigrantach takich, jak w My, zdes’ emigranty Manueli Gretkowskiej czy w Życiu seksualnym muzułmanina w Paryżu Leїli Marouane. Nadchodzi czas nowych opowieści migracyjnych, które właśnie są spisywane. Jestem ich bardzo ciekawa, ale i obawiam się ich.
Myślę, że nie będzie się z czego śmiać.

Zdania pisane kursywą są tłumaczonymi przez mnie cytatami pochodzącymi z książki.

Książka on-line

Na podstawie książki powstał film, który nie stracił na humorze.
sobota, 14 stycznia 2017
Kobieta, która ukradła moje życie – Marian Keyes



Kobieta, która ukradła moje życie – Marian Keyes
Przełożyła Ewa Penksyk-Kluczkowska
Wydawnictwo Sonia Draga , 2016 , 554 strony
Literatura irlandzka


Odkryłam dawno odkrytą autorkę dobrych powieści obyczajowych!
Może dlatego, że częściej sięgam po literaturę faktu i popularnonaukową, a tym czasem umyka mi rzeczywistość beletrystyczna. A dzieje się w niej, dzieje! I to, co dawno uznane, do mnie dociera z opóźnieniem. Świadczy o tym chociażby zaskoczenie, które towarzyszyło mi podczas oglądania filmu Zanim się pojawiłeś nakręconego na podstawie powieści kolejnej, znanej pisarki Jojo Moyes. Jego główna bohaterka dramatycznej oczywiście historii miłosnej, czytała powieść właśnie Marian Keyes. Dokładnie Sushi dla początkujących. Troszkę byłam zaskoczona takim zbiegiem okoliczności. Wprawdzie czytałyśmy różne powieści, ale to nie miało znaczenia. Ważne było moje „odkrycie”.
Autorka jest znana i uznana w szerokim świecie!
W Polsce również. Przeze mnie także z małą uwagą, ale o niej na końcu. Na razie porozpływam się w zachwytach nad przyjemnie skomplikowaną fabułą, nad której logicznością czasową musiałam dobrze pomyśleć, by posklejać czas i wątki. To było najprzyjemniejsze! To pogmatwanie królowało również w życiu głównej bohaterki Stelli. Z zagrożeniem zdrowia, a nawet życia włącznie. A samą opowieść, by było jeszcze bardziej skomplikowanie, rozpoczęła w środku nadal dynamicznie rozwijających się wydarzeń.
To również było dobre!
Tworzyło atmosferę niejednoznaczności, niepewności i łamigłówki, której nie rozgryzłam do wyjaśniającego ją końca. Znaczenie tytułu powieści też nie było jednoznaczne. To uśpiło moją czujność, by znienacka zaskoczyć mnie puentą. Autorka łamała schematy złego mężczyzny i nieszczęśliwej kobiety, mówiąc – nie wszyscy mężczyźni to świnie, a kobiety naiwnie zakochane. Wykorzystała przy tym mit o kobiecej solidarności, by go brutalnie obalić, a mnie pozostawić w osłupieniu. A wszystko to podane z humorem, z lekkim przymrużeniem oka i dystansem ironii łagodzącymi niepowodzenia, porażki lub problemy.
Te małe i te duże.
Ta skomplikowana oprawa tworzyła romantyczną ozdobę i formę przekazu najważniejszej myśli, którą wypowiedziała Stella w zabawny dla siebie sposób – ...nie można mówić o miłości, dopóki wszystko jest w porządku. Dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś dramatycznego i twoje uczucie przetrwa. Miłość to nie są kwiatki i serduszka. I dobry seks też nie. W miłości ważna jest lojalność. Cierpliwość. Wspólna walka, ramię w ramię. Gdy śnieg wali ci w oczy. Na nogach masz podarte onuce. Nos ci gnije i zamarza... Spróbuj wtedy kochać takie życiowe zombie – dodam od siebie.
Dobrze znana myśl, ale jak opowiedziana!
Przeszkadzał mi w tej prawie idealnej powieści jeden wątek – świat pisarza. Nie lubię opowieści o mękach twórczych pisarzy, projektach promujących książki, wywiadach, procedurach wydawniczych i spotkaniach autorskich. Zawsze mam wrażenie, gdy na nie napotykam, że autorowi zabrakło tematu, więc pisze o najbardziej znanych mu doświadczeniach czyli o własnym warsztacie pisarskim. To dla mnie horror-temat w powieści. Nudziłam się w tych momentach - to mało powiedziane.
One mnie irytowały!
Chociaż przyznam sprawiedliwie, że były uzasadnione. Autorka wykorzystała tkwiący w nich potencjał, budując ciekawy wątek moralny. Troszkę mi tym zrekompensowała moje niezadowolenie. Ucieszyłam się więc, gdy na mojej półce odkryłam kolejną książkę tej autorki, która czekała na ten moment 16 lat! Tak mam, że kupuję książki, upycham je na półce, zapominam o nich, odkrywam je na nowo po kilku, a nawet kilkunastu latach, a one wszystko to cierpliwie, bez słowa skargi, znoszą.

Mina mi zrzedła, gdy zobaczyłam maszynę do pisania na okładce, ale, jak mawia znany kucharz Michel Moran w reklamie - to dać jej szansę!
Dobrze, dam jej szansę!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kobieta, która ukradła moje życie [Marian Keyes, Ewa Penksyk-Kluczkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 08 stycznia 2017
Monidło – Halszka Opfer



Monidło: życie po Kato-tacie – Halszka Opfer
Wydawnictwo Czarna Owca , 2011 , 224 strony
Seria Samo Życie
Literatura polska


Świadectwo ofiary przemocy domowej.
Świadectwo skrzywdzonego, a nie spowiedź osoby z poczuciem winy, jak zauważyła i podkreśliła autorka wstępu – dr hab. Ewa Jarosz. Jej wyjaśnienia są bardzo potrzebne, ponieważ można mieć wątpliwości, czy to, o czym pisze autorka, może być prawdą. Skala skumulowania zjawiska przemocy w jednej rodzinie jest tak trudna do przyjęcia i zaakceptowania, że można zacząć zadawać sobie pytania: „Czy to prawdziwe?”, „Czy tak to naprawdę wyglądało?”, „Czy ona nie przesadza?”. Dokładnie takie same, jakie zadawałam sobie, czytając jej pierwszą książkę Kato-tata, w której opisywała swoje wykorzystywanie seksualne przez własnego ojca. Wiedziałam przez co przeszła jako dziewczynka. Wiedziałam, że była wieloletnią ofiarą ojca-pedofila, a mimo to, czytając kontynuację pierwszej opowieści, nie mogłam uwierzyć w to, co opisywała.
Przypominało psychiczne piekło.
Ciężko mi się przez nie brnęło, ale chciałam wiedzieć, jak ułożyła sobie życie jako dorosła osoba? Czy uwolniła się od koszmaru dzieciństwa? Czy znalazła wolność i szczęście? Odpowiedź na te pytania znalazłam w tych czterech jej zdaniach – Mama mogła zrobić ze mną wszystko, co chciała. A ja niczym marionetka poddawałam się jej woli. Nie tylko ona pociągała za sznurki. Pozwalała na to każdemu, kto miał ochotę.
A mieli ją wszyscy!
Włącznie z jej własnymi dziećmi. Nie będę opisywać szczegółów, bo przez to cierpienie egoizmu, okrucieństwa, samolubstwa, złośliwości, poniżenia, molestowania, brutalności, egoizmu, uzależnień, bezwzględności, trzeba z autorką po prostu przejść, by zrozumieć jej bezradność i bezsilność.
To one najbardziej przerażały.
To rozpaczliwe pragnienie czułości i miłości z przeświadczeniem, że się one jej nie należą i że zawsze będzie dla innych „brudna”. W ciele dorosłej kobiety nadal chowała się mała dziewczynka. Psychologowie nazwali to syndromem Dorosłego Krzywdzonego Dziecka. To tłumaczyło zachowawczą postawę autorki i długą niemożność szukania fachowej pomocy poza rodziną. Odpowiadało również na stawiane początkowo pytania. W miarę czytania przestawały się w ogóle pojawiać. Ale ich brak burzył we mnie barierę bezpieczeństwa i konieczność przyjęcia brzemienia prawdy opowieści o okrucieństwie człowieka.
To był najtrudniejszy dla mnie moment.
Zanurzenie się w tym przytłaczającym mroku psychicznym drugiej osoby bez możliwości dystansu, jakie dawało zwątpienie i wyparcie. Pozwoliło mi to jednak nie tylko na poznanie faktów, na zrozumienie postępowania autorki, na współczucie jej całej rodzinie, ale również na dostrzeżenie promyka nadziei w tej całej historii. Faktu, że autorka znalazła w sobie odwagę, by napisać o swoim cierpieniu i to upublicznić w dwóch książkach. W dużej mierze dla siebie jako forma autoterapii, ale także dla tych, którzy tej odwagi w sobie nie znajdują z różnych powodów – boją się pamiętać, wolą nie myśleć o tym, co było i o tym, dlaczego teraz jest jak jest, boją się ponownie cierpieć, wolą zapomnieć. – jak zauważa Ewa Jarosz.
Strach!
Strach nie tylko ofiar, ale ludzi, którzy widzą cierpienie dzieci i nie reagują, bo to nie ich sprawa. Może po takim świadectwie zrozumieją, że to jak najbardziej ich sprawa.
Sprawa nas wszystkich.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Monidło [Halszka Opfer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Warto autorkę również wysłuchać.
sobota, 07 stycznia 2017
Turnus – Tomasz Łubieński



Turnus – Tomasz Łubieński
Wydawnictwo W. A. B. , 2012 , 240 stron
Seria Archipelagi
Literatura polska


Co za jazgot!?
Ale dobrze, myślę sobie, to dopiero początek początku turnusu. Może tak ma być, że w samolotach przewodnicy turystyczni zagłuszają myśli pasażerów, by ci nie skupiali się na turbulencjach lub gorzej - ewentualnej katastrofie lotniczej. Zresztą żadnemu z pasażerów lecących na Kretę to nie przeszkadzało. Myślę sobie – wytrzymam ten słowotok absolwentki Europejskiej Szkoły Turystyki o specjalności psychologii turystycznej z siedzibą w Bielsku-Białej. Nie będziemy przecież lecieć w nieskończoność. Kiedyś to się musi skończyć.
Ale gdzie tam!
Po wylądowaniu słyszałam ją nadal. W drodze do hotelu nadawała jak BBC. W hotelu również. W trakcie wycieczek tym bardziej. Zrozumiałam, że muszę ją wpisać w pejzaż Grecji, Krety i turnusu jako stały element mojego tutaj pobytu. Nie miałam wyjścia.
Musiałam ją nie tylko słyszeć, ale zacząć przede wszystkim słuchać.
Była jedynym źródłem mojej wiedzy o tym, co działo się w powieści. Jedyną narratorką komentującą wszystko i wszystkich. Łącznie z przekazami wypowiedzi pozostałych osób. Czy mi się to podobało, czy nie - jedyną autorką monologu. Początkowo irytującego, trochę głupiutkiego, delikatnie obnażającego niedostatki intelektualne i lekko odkrywającego osobowość stereotypowej blondynki. Roztrzepanej, gadatliwej, głośnej, nadpobudliwej, zdobywającej swoje miejsce w świecie własnym ciałem, ale sympatycznej, komunikatywnej, bezpośredniej i co chwilę wyrażanej w okrzyku - Mam na imię Persefona, ale mówcie mi Persi!
Potrafiła jednak budować dystans.
Poczułam go wtedy, gdy zaczęła więcej rozmawiać z jednym z turystów turnusu - Profesorem. Tak go tytułowała, chociaż nie było dowodów na jego rzeczywistą profesurę. Zresztą nikt tego nie wymagał. Wystarczyło, że był autsajderem i mądrze mówił. Pod jego wpływem Persi z trzpiotki zaczęła zamieniać się w dziewczynę, którą obdarzyłam współczuciem. Radziła sobie w życiu, jak mogła i potrafiła, a jej obecna praca była szczytem jej możliwości. W końcu nie każdy pochodzący z dysfunkcyjnego środowiska rodzinnego, wykorzystywanego w różny sposób przez bliskich i obcych, osiąga tyle, ile ona. Profesor na przykład, pomimo swoich mądrości, nadal ten szczyt zdobywał. Fizycznie, wspinając się na kreteński wierzchołek Psiloritis i duchowo.
Jego osoba stała się zagadką turnusu.
Wyprawa na górę zakończyła się zaginięciem Profesora. Czytając między wierszami w wypowiedziach Profesora, byłam pewna, że zaplanował je. Za dużo mówił o życiu i śmierci.
W tym sensie powinnam odbierać tę powieść alegorycznie.
Turnus może być człowieczym życiem lub tylko jego epizodem. Przewodniczka ideą, którą się kierujemy lub autorytetem, za którym podążamy w drodze na szczyt. Może nam się wydawać, że już go zdobyliśmy i spocząć na laurach, wypoczywając jak turyści. Możemy się zorientować, że za już osiągniętym przez nas szczytem stoi kolejny, wyższy, atrakcyjniejszy do zdobycia tak, jak Persi, która pod wpływem swojego mentora zaczęła dostrzegać więcej i dalej. A może, pomimo długiego życia, nadal go zdobywamy tak, jak Profesor.
Jakbyśmy nie zauważyli, że szczytem naszego życia nie są sukcesy, lecz... śmierć!
Co się zacznie, to się skończy i bardzo dobrze, takie jest życie. Bo przecież na tej ziemi jesteśmy turystami, każdy w danej chwili, w danym punkcie naszej biegowej trasy. Która ma ileś okrążeń... - jak uświadomiła sobie Persi. A ja dodam od siebie – i tylko jeden szczyt do osiągnięcia. Pojawienie się śmierci i tematów egzystencjalnych z nią związanych sprawiło, że monolog Persi w drugiej połowie stał się rozważaniami filozoficznymi, a język przekazu bardziej „uczony”. Nie był już drażniącym mnie jazgotem nowomowy reklam. Dziewczyna w niczym już nie przypominała trzpiotki z samolotu.
Persi stała się Persefoną.
Zdobyła świadomość, że ważne jest nie tylko, w jakim stanie ducha i ciała rozstajemy się z tym światem. Również gdzie się odbędzie ostatnie pożegnanie. To nie los za nas decyduje, lecz my sami. Powieść idealnie wpisuje się w odwieczny dyskurs o wyborze – żyj chwilą czy pamiętaj o śmierci?
Zdecydowanie wybieram to drugie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Turnus [Tomasz Łubieński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 06 stycznia 2017
Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak



Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2016 , 292 strony
Literatura polska


Brutalna powieść!
Rozpoczęła się bezwzględną sceną egzekucji dziennikarza śledczego ubitego jak psa. Przywiezionego na pole w bagażniku, wypuszczonego i zastrzelonego. Jako dziecko byłam świadkiem takiej sceny z psem zamiast człowieka. Stąd to skojarzenie. Autor swoje skojarzenie zaczerpnął z Zarządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych z 1983 roku w sprawie psów służbowych. Fragmentami tej instrukcji rozpoczynał każdą z trzech części, na jakie podzielił ten kryminał z detektywem Joachimem w roli głównej.

Wskazówki postępowania sugerowały nie tylko treść następnych rozdziałów, ale również los tych, którzy węszyli.
A głowni bohaterowie tej powieści węszyli niczym psy.
Najbardziej przygnębiającym faktem było to, że autor fabułę oparł na wydarzeniach rzeczywistych. Wykorzystał głośne zabójstwo dziennikarza śledczego Jarosława Zientary w 1992 roku. W tym też okresie osadził akcję powieści, w którym policja nazywana Firmą nie była powołana do tego, by tropić przestępców i doprowadzać ich przed sąd. Jej zasadniczą rolą było uzyskiwanie o nich informacji i wykorzystywanie ich zgodnie z interesami państwa, które Firma miała chronić. Interesy państwa nie pokrywały się z interesami wszystkich jego obywateli. Służyły tylko wybranym. Autor stworzył wprawdzie wielowątkową i dynamiczną fikcję literacką, ale w dużej mierze udało mu się odtworzyć czas przemiany ustrojowej, w którym manipulacja, zastraszanie i szantaż były podstawowymi metodami postępowania z szukającymi prawdy i grzebiącymi w przeszłości ludziom wykorzystującym stare układy, zależności i znajomości, by z różnych powodów „ustawić się” w nowej Polsce.
To dlatego zachował jej uniwersalny wymiar.
Jego bohaterowie nie posiadają imion i nazwisk. Nadał im pseudonimy pochodzące od cech charakteru lub wykonywanej profesji. Major, Ksiądz, Biznesmen, Dziennikarz, Pismak czy Ona symbolizują wszystkich ludzi o podobnych im tożsamościach, a skala zróżnicowania społecznego, stopień zaangażowania całego społeczeństwa. Ich anonimowość pozwala na dopasowanie kolejnych postaci, które niczym trybiki w maszynie, umożliwiały jej sprawne funkcjonowanie. Wszystkich przeszkadzających w jej ciągłym działaniu traktowano tak, jak psy.
Zgodnie z instrukcją.
Dlatego nie było w niej dobrych i złych bohaterów. Byli ludzie uwikłani w system zależności, ukazujący mechanizm sterowania polityką tworzącego się nowego państwa. To było w tej powieści najbardziej porażające. Ta niby fikcja, która mogła być prawdą, a przynajmniej nosiła znamiona dużego prawdopodobieństwa. Można zapytać – po co to obnażenie? Po to tylko, żeby stworzyć świetny kryminał, który się dobrze czyta?
Nie tylko.
Autor na to pytanie odpowiedział powstańczym wątkiem z historii Polski wplecionym w fabułę, w którym zawarł przesłanie tej na pozór rozrywkowej powieści – losy historii są w naszych rękach. Może nie przywrócą życia tym, których mordowano za szukanie prawdy, ale możemy i powinniśmy o nich pamiętać.
Pamięć to najlepsza broń przeciwko wszelkim systemom.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Krótka instrukcja obsługi psa [Krzysztof M. Kaźmierczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 01 stycznia 2017
Wielki błękit – Jennifer Donnelly



Wielki błękit – Jennifer Donnelly
Przełożył Patryk Dobrowolski
Wydawnictwo Zielona Sowa , 2015 , 388 stron
Cykl Saga Ognia i Wody ; tom 1
Literatura amerykańska


Tę proroczą pieśń niosły prądy wodne poprzez morza i oceany do królestwa Miromary. Podwodnej krainy rządzonej przez syrenę Izabelę. Jednak to nie ona była adresatką tajemniczego wezwania, tylko jej córka – syrenka Serafina. Szesnastoletnia następczyni tronu, która w dniu ważnego dla niej święta Diokimi, podczas którego miała przejść rytuał inicjacji, nie mogła rozpraszać się żadnymi informacjami. Zwłaszcza tak niezrozumiałymi, jak ta.
I to był jej błąd!
To nie była zwykła pieśń, ale zwiastun śmierci i początek zagłady jej królestwa. Zlekceważenie wezwania doprowadziło do tragedii w trakcie ceremonii, która zmusiła przerażoną dziewczynę do ucieczki z rodzinnych wód i mimowolne wypełnienie przepowiedni. To w jej przesłaniu kryła się cała fabuła opowieści. To Serafina była córką Moruadh, która w drodze do miejsca jej źródła, poznała pięć podobnych do niej syren. Połączyły ich wspólny cel, przyjaźń i hasło – Jeden umysł, jedno serce, jedna więź. Tylko razem, łącząc siły, mogły dokonać niemożliwego – odnaleźć talizmany mające moc pokonania zła niszczącego królestwo syren.
Początkowo myślałam, że mam przed sobą bajkę. Idealnie nakładała mi się na znany disnejowski film animowany Mała syrenka. Baśniowi bohaterowie mówiący ludzkim językiem, zwierzaki morskie pełniące rolę pupilów syren, feeria intensywnych barw prosto ze szmaragdowych lagun, migoczące w blasku promieni słonecznych drogocenne kamienie, łuski ryb, złoto, perły i śpiew syren sprawiały, że znalazłam się w baśniowym świecie położonym gdzieś w niedostępnych głębinach wodnych. Jednocześnie przekładałam sobie jego funkcjonowanie na świat ludzki tak odmienny, a jednocześnie podobny w ubiorach, zwyczajach, a przede wszystkim w emocjach.
Ten czar animacji szybko prysł!
Rzeczywistość Serafiny zaczęła dla mnie nabierać realiów wraz z pierwszą śmiercią i ucieczką dziewczyny. Nadal jednak tkwiłam w świecie fantazji świata nieistniejącego, gdzieś kilkaset metrów pod powierzchnią wody mojej wyobraźni. W towarzystwie pięciu przyjaciółek przeżywających niebezpieczne przygody, by ocalić utracone królestwo.
Nawet nie wiem, kiedy ta fantastyka stała się moją rzeczywistością.
Może to był ten moment, w którym syrena po raz pierwszy zobaczyła człowieka nazywanym przez istoty morskie terragogiem? A może wtedy, kiedy ujrzałam na szyi jednej z syren naszyjnik z tak dobrze znanych mi przedmiotów – kapsli od butelek, głowy lalki, smoczka, zapalniczki, piłeczki golfowej czy latarki. A może wtedy, gdy zdałam sobie sprawę, że zło uosabiane przez mitycznego potwora, którego chciały pokonać syreny, to tak naprawdę chciwość ludzka.
Chciwość wszystkiego!
Moim błędem tak późnego „przejrzenia na oczy” było zignorowanie mapki umieszczonej na wewnętrznej stronie okładki. Nie zaglądałam tam z dwóch powodów. Nastolatka, która namówiła mnie na przeczytanie tej ulubionej przez nią fantasy, szczelnie okleiła ją folią. Nie chciałam niszczyć tej okleiny. Ciekawość i potrzeba odpowiedzi na coraz bardziej nurtujące mnie pytanie – Gdzie ja tak naprawdę jestem i dokąd płynę z syrenami? – zmusiła mnie do zajrzenia pod okładkowe skrzydełko. Za pozwoleniem właścicielki zajrzałam do mapy i oto, co zobaczyłam.

Mój świat!
Tyle że to nie kontynenty były najważniejsze, a wody. Te słone i te słodkie. Autorka pod postacią dynamicznej przygody pełnej magii i bohaterów tak ludzkich w swoim fantastycznym wymiarze, mitologii, legend i przekazów, ukryła przesłanie ekologiczne. Wiem, że w tym momencie odzieram z powieści baśniowość, ale jej edukacyjna warstwa została pięknie ukryta w fabule, która swój racjonalizm i realizm obnaża dopiero po przeczytaniu całości. Dokładnie tak, jak powinno być w przypadku dobrze opowiedzianej baśni zakończonej mądrym morałem.
Autorce udała się ta sztuka.
Przede mną kolejna część cyklu.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Saga Ognia i Wody. Wielki błękit [Jennifer Donnelly]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 98
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 925 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi