Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 19 listopada 2016
Nakarmić kamień – Bronka Nowicka



Nakarmić kamień – Bronka Nowicka
Wydawnictwo Biuro Literackie , 2016 , 53 strony , wydanie 2
Literatura polska


Otrzymałam zaproszenie!

Co za gość! Tegoroczna laureatka Literackiej Nagrody NIKE – Bronka Nowicka.

Byłam podekscytowana. Nie przypuszczałam, że w trakcie spotkania zamieni się ono w zachwyt osobowością, a raczej umysłem autorki. Dobrze, że wybrałam się na to spotkanie. Uzmysłowiło mi ono, jak można zarżnąć własną interpretacją wiersze. Nie!
Nie wiersze!
To nie są wiersze sensu stricto. Autorka wzbraniała się przed używaniem takiego określenia. Nawet nie etiudy, proza poetycka czy utwory. Wybrała dla nich zupełnie nieliterackie pojęcie – moduły. Jest ich 44 ręcznie wypisanych przez autorkę w Spisie rzeczy.

Dlatego nie rozmawialiśmy o tomiku wierszy, a o zbiorze modułów. Brzmi matematyczno-fizycznie. I coś w tym jest, bo oddaje styl przekazu autorki opowiadającej o swojej działalności artystycznej, jak i samych modułów. Te ostatnie to tylko literacka cząstka jej twórczego dorobku. Autorka jest reżyserką tworzącą między innymi, i tu pojawiają się dwa jej neologizmy, tomografiki i tomovidea. Medium do ich tworzenia uczyniła tomograf komputerowy. I już wykorzystanie takiego medycznego narzędzia do pracy, intryguje. Powstają z tego obrazy i wystawy, które można obejrzeć w galerii dołączonej do artykułu o niesamowicie przewrotnym, wieloznacznym i sugestywnym tytule Rzeczy istoty. Powstają z tych obrazów również obrazy ruchome – filmy. Prezentacja, którą pokazała na spotkaniu wzmogła mój apetyt na więcej, a który zaspokoiłam w Internecie. Przy tym używała bardzo nasyconego treścią języka – logicznego, skondensowanego, nabrzmiałego emocjami, a przy tym precyzyjnego i klarowanego w przekazie.
To było preludium do modułów.
Ciekawe, odkrywcze, ale i niezbędne uzupełnienie, komentarz i jednocześnie pomoc, by zrozumieć syntezę podejścia do tematyki modułów. By nie zarżnąć ich nadinterpretacją.
Do istoty rzeczy i jednocześnie rzeczy istoty.
Nie człowiek, nawet nie piękno rzeczy martwych, ale brzydkie, stare, powszechne lub zniszczone przedmioty tak, jak lalka na okładce książki. Ale to ona wbrew martwocie, żyje. Tętni emocjami, kłębi się wspomnieniami, boli pamięcią pozostawionymi w niej przez małą dziewczynkę tulącą się do niej w cmentarnym grobowcu w czasie wojny. Stąd tytułowy kamień i dziewczynka (niemalże główna bohaterka, jeśli mogę taką wskazać), która, wkładając go do buzi, próbuje go ożywić, nasączyć, napoić, nakarmić wrażeniami ludzkimi. Jest w tych modułach gęsto od rzeczy i duszno od emocji.
Boleśnie.
Okładkowa lalka to dla mnie nie zniszczona zabawka, ale obraz-wspomnienie w niej przechowywane. Lalka-strach. Każdy moduł to właśnie takie doświadczenie lub historia pełna i skończona, jednak w konfiguracji z pozostałymi tworzą kolejną całość. Nową jakość. Niemalże opowieść o rodzinie – matce, ojcu, prababci, dziewczynce i kamieniu z wątkami, które niczym nić fastrygują ze sobą moduły. Chociaż może powinnam użyć chemicznego określenia – wiązania.
To był dla mnie fascynujący nowym spojrzeniem świat.
Intrygujący też fascynacją autorki, którą potrafiła emocjonalnie i rozumowo podzielić się, przekazać. A nie jest mi łatwo polubić rzeczy, do których się nie przywiązuję, od których stronię, których nie gromadzę, na rzecz ciekawszych dla mnie ludzi. Moimi rzeczami-kamieniami są wpisy, które muszę co jakiś czas wypluć z umysłu, wystukać na klawiaturze, by zrobić miejsce następnym wytrącającym się chemicznie z moich myśli. Totalnie odmienne światy, mój i autorki, i może dlatego mistrzostwo pokazania swojego przez autorkę tak mnie poruszyło. Jego kreatywność i poetyckość. Zwłaszcza zbiór torebek herbacianych po wcześniej wypijanej herbacie z autorką, a potem gromadzonych ze zdjęciami osób ją pijących. O czym więcej w wywiadzie z autorką Chciałabym, żeby żywi ludzie byli mniej martwi.
Ale uwaga!
Można utopić się w bezmiarze tych rzeczy. Chroni nas przed tym nasza skóra. I dobrze! Nie do końca chciałam w nie wsiąkać. Bolała mnie „studia”, zawstydzała „szafa”, kaleczyło „mydło”, przerażały „nożyczki”, by wytchnienie znaleźć pod „stołem” dającym poczucie bezpieczeństwa.
Dobrze, że mam skórę.
Tylko, jakiej grubości trzeba ją mieć, by samemu nie zamienić się w kamień?

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Nakarmić kamień [Bronka Nowicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Nie udało mi się uchwycić obrazu jakościowo, ale najważniejszy jest głos autorki, która czytała nam swoje moduły.
niedziela, 13 listopada 2016
Umrzeć w deszczu – Aleksander Sowa



Umrzeć w deszczu – Aleksander Sowa
Wydawnictwo Poligraf , 2009 , 144 strony , wydanie 2
Literatura polska


Powieść konfesyjna.
Spowiedź, historia, los, dzieje, opowieść, a dla mnie monolog człowieka, który chce popełnić samobójstwo. Jest zdecydowany. Pewny swojego planu. Ma jedno, ostatnie życzenie przed śmiercią. Chce, by ktoś go wysłuchał. Wybiera dziennikarkę i proponuje jej ostatni wywiad, pozwalając zostać również świadkiem jego odchodzenia. Czyni z niej swoisty list pożegnalny. Stawia tylko jeden warunek – ma go nie oceniać. Dla mnie, świadka ich rozmowy i spotkania w cztery oczy w mieszkaniu mężczyzny, nie było to trudne. Zresztą Artur, bo tak miał na imię, nie dawał ku temu powodów. To raczej okoliczności czyniły jego życie nie do życia. Jednak jako czytelniczka muszę to zrobić. Może nie ocenić samo życie, ale jego sposób opowiedzenia.
Najlepiej pasuje tu określenie – depresyjny.
Nie powinno to dziwić. Jeśli ktoś chce popełnić samobójstwo, najprawdopodobniej jest w stanie depresji, więc sposób narracji nie może być optymistyczny. Jednak ta depresyjność jest potwornie defetystyczna, piętnująca los i z góry określająca kierunek rozwoju zdarzeń. Ta nużąca przewidywalność i pewność, że każde następne zdarzenie i okoliczność pojawiające się w życiu Artura, około czterdziestoletniego fotoreportera, zakończą się znowu tragicznie, wprowadzała monotonię i beznadzieję. Kolejne osoby pojawiające się w otoczeniu mężczyzny wywoływały we mnie tylko jedno pytanie – kiedy i jak umrą?
Śmierć.
To stała towarzyszka Artura. W życiu osobistym w Polsce, w Czechach czy w Holandii i w życiu zawodowym w wojennym Sarajewie, do którego uciekł z Europy, a w którym dowiedział się tylko, jak wojna pierze mózg, jak zmienia światopogląd i jak straszna jest zawsze. Straszna dlatego, że prowadzona jest przez kilkunastu, dotyczy milionów, niosąc ze sobą ból, cierpienie i tragedie jednostek, mnożonych i potęgowanych przez tysiące istnień, zabranych na zawsze. Nagromadzenie tej wszechobecnej i niemalże powszedniej śmierci w życiu mężczyzny, było tak przytłaczające w finale, że aż groteskowe i absurdalne.
Współczesny Hiob?
Żyją tacy ludzie, jak Artur? A może właśnie już nie żyją i dlatego o nich nie wiem? Makabryczne nagromadzenie nieszczęścia w życiu jednego człowieka budził we mnie sprzeciw. Ale, ok! Takie było życie Artura. To jego opowieść. Szczera do bólu w sferze psychicznej i ekshibicjonistyczna w sferze seksualnej. Śmiałe sceny pornograficzne miały tę zaletę, że były zmysłowe, odważne, realne i za każdym razem inne w przypadku każdej, następnej kobiety pojawiającej się w sercu i łóżku Artura. To trudny materiał dla wielu doświadczonych pisarzy, jednak debiutant sobie z nim poradził. To z powodu tych scen nazwałabym tę opowieść monologiem, w którym można posunąć się do naruszenia tabu własnego świata seksualnego. W opowieści drugiemu człowiekowi, twarzą w twarz, a zwłaszcza dziennikarce, raczej nie wnika się w szczegóły fizycznego seksu, w którym dolna warga wspinała się na maleńki, sterczący guziczek jej sutka. Chciałoby się raczej powiedzieć – ok, stary, daruj sobie szczegóły! Interesowałaby mnie raczej warstwa psychologiczna związków postaci.
Ale to opowieść Artura!
Tak chciał. Dokładnie w taki sposób. I mimo że nie do końca był idealny w płynności narracji i budowaniu zdań, na dodatek przewidywalny, smutny, nieszczęśliwy, depresyjny, monotematyczny, zniechęcający, to było coś, co nie pozwalało mi odejść od niego. Porzucić tę książkę. To silna potrzeba poznania odpowiedzi na pytanie, które towarzyszyło mi od pierwszej strony.
Dlaczego chciał umrzeć?
Dowiedziałam się tego, ale też zrozumiałam, że jednostkowe doświadczenie z Arturem można rozszerzyć na wszystkich samobójców. Mogą się różnić samym życiem, losami, zdarzeniami, przyczynami i powodami tkwiącymi w ich odmiennej i różnorodnej egzystencji, ale sfera emocjonalna pozostaje dokładnie ta sama. Osiągnięcie dna totalnego smutku pokazanego w historii Artura, to zrozumienie każdego samobójcy.
Nie jest to dla mnie równoznaczne z akceptacją.
Nie zgodzę się z autorem, który w wywiadzie do odsłuchania pod wpisem, twierdzi, że to książka dla kobiet. Biorę stronę męskich czytelników, którzy tak nie twierdzą, co sam przyznaje. W ogóle nie dzieliłabym tutaj czytelników ze względu na płeć. Nie wiem dla kogo jest ten rodzaj powieści. Za to wiem dla kogo nie jest.
Na pewno nie dla osób mających myśli samobójcze.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Umrzeć w deszczu [Aleksander Sowa]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj wysłuchałam wywiadu z autorem książki.
sobota, 12 listopada 2016
Stary Testament w malarstwie – Bożena Fabiani



Stary Testament w malarstwie – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 296 stron
Literatura polska


Uwielbiam mowę obrazów!
Poszukiwanie, zauważanie, analizowanie i odkodowywanie ich „mowy”. Tę radość z przyjemnej nauki poprzez zabawę znalazłam między innymi w Historii urody Gorgesa Vigarella i Łakomstwie Florenta Quelliera. Nastawiłam się więc na kolejne, semantyczne podejście tej pozycji do malarstwa tym razem w odniesieniu starotestamentowym. Jednak autorka już we wstępie ostudziła mój entuzjazm, pisząc – Wiele jest obszernych opracowań i pięknych albumów z objaśnieniami, jak oglądać obrazy o tematyce biblijnej; daleka jestem od ich powielania. Dobrze, że mnie uprzedziła, bo uniknęłam niepotrzebnego zawodu i rozczarowania, wpadając za to w zachwyt, że o obrazach można mówić zupełnie inaczej. Równie ciekawie i odkrywczo!
Co tam mówić!
Opowiadać? Też nie. To za mało powiedziane. Gawędzić! To bardzo dobre i adekwatne określenie charakteru przekazu tej książki. Jest w niej wszystko to, co kojarzy się z niezobowiązującym spotkaniem z osobą posiadającą przebogatą wiedzę i talent do snucia opowieści. Jest w niej przede wszystkim osobiste podejście autorki w doborze obrazów do epizodów biblijnych, kierującej się subiektywnym poczuciem urody, fascynacją czy zachwytem. Jest też podejście emocjonalne wyrażane w słowach – „uwielbiam tego”, „wolę to” czy „nie przepadam za tamtym”. Jest również miejsce na poetycką parafrazę własnego autorstwa (jest poetką!) zastępującą gawędę utworem wierszowanym opisującym dramat Hioba.

Jest także czas na skojarzenia obrazu z własnymi doświadczeniami przytaczanymi jako ciekawe zdarzenia uzupełniające temat, które rozpoczyna niemal jak opowieść w opowieści – a było to tak: całkiem niedawno... Jest również partnerstwo z czytelnikiem we wspólnej wędrówce, podczas której autorka nie boi się „przyznać”, że nie wie, nie zna czy nie miałam pojęcia, ile przegapiam, inspirując słuchacza do własnych poszukiwań, poszerzeń i rozwijania tematu. Zachęcając do oglądania obrazów i ich zbliżonych fragmentów z lupą w ręku nie tylko tych ilustrujących tekst w książce,

ale również w Internecie, bo tam można je powiększyć i zobaczyć znacznie wyraźniej, a jak napisał już przed wiekami uczony Grek, Epiktet z Hieropolis: „zobaczyć jakąś rzecz znaczy więcej , niż sto razy o niej usłyszeć”, czy – tu dodam od siebie – przeczytać – zapewnia autorka. I dobrze wie, co pisze, więc pracowałam z lupą i faktycznie widziałam więcej niż wydawało mi się na początku. Jakąż ja miałam frajdę! Dba przy tym o dobry nastrój spotkania, wprowadzając odrobinę humoru treściami i obrazami na pozór niezwiązanymi z tematem. I nie robi tego z roztargnienia, lecz żeby wywołać uśmiech na twarzy Czytelnika, a przy okazji pokazać niebywałą skalę zainteresowań autora. Na przykład. Dlatego ni stąd ni zowąd pojawia się w poważnej tematyce biblijnej... Czerwony Kapturek!

Swobodnie dobiera sobie przy tym artystów mniej znanych, ale ważnych lub ciekawych, którzy nareszcie mogli zaistnieć w tym konkretnym opracowaniu albo po prostu „nie zmieścili się” w poprzednich publikacjach, których autorka ma w swoim dorobku kilka. Na pozór można odnieść wrażenie chaosu, jak to przy gawędzie.
Ale to złudne wrażenie!
Każda „gawęda” ma linearny i równoległy charakter w stosunku do chronologii biblijnej i schemat porządku narracji. Najczęściej rozpoczyna króciutkim wstępem, a czasami od razu przechodzi do informacji o epizodzie z Biblii inspirującym artystów. Często przytacza konkretny cytat. Dopiero potem następuje poszukiwanie wizualizacji opisu w malarstwie. Ale nie tylko! Wbrew sugestywnemu tytułowi autorka szuka przedstawień artystycznych również w mozaikach, freskach, witrażach i rzeźbach.

Prawdą jest jednak, że malarstwo wiedzie prym. O prezentowanych działach opowiada szeroko i kontekstowo. Nie tylko interpretuje, pokazuje, zwraca uwagę, analizuje, zestawia i porównuje obrazy, ale również przedstawia proces ich powstawania i jego okoliczności, późniejszą historię i współczesne miejsce przechowywania lub eksponowania, życie jego twórcy jako krótki, uzupełniający dodatek, ale również podejście autora do tematu uwarunkowane epoką, w której przyszło mu tworzyć.
Powolutku powstawała opowieść malowana obrazem.
Nawet nie wiem, kiedy i w jaki sposób zaczęłam dostrzegać zmieniająca się perspektywę patrzenia i głębi obrazu, cielesnego aktu człowieka, dynamikę, żmudną walkę z materią w oddawaniu trudnej natury wody i coraz śmielsze ukazywanie przez artystów własnej interpretacji scen biblijnych. Zmiany te zauważałam zwłaszcza w ukazywaniu emocji. Od sztuki umownej, statycznej po emanującą, ekspresyjną, dynamiczną. Ale to, co urzekło mnie najbardziej, to, toczące się na pierwszym planie i w tle, dzieje ludzkości ukazane poprzez trud życia człowieczego. Często widziany tylko pod lupą na trzecim, czwartym planie, a nawet na dalekim horyzoncie pejzażu.
Uwielbiam takie obrazy!
Ze szczegółami i szczególikami „ukrytymi” między maźnięciami pędzla, w kropce, która okazuje się być człowiekiem tak, jak na obrazie Wieża Babel Pietera Bruegela starszego.

W efekcie nie wiem, bo nie mierzyłam, czy więcej czasu zajęło mi oglądanie obrazów, czy „słuchanie” o nich. Całkowicie pochłonął mnie świat ukazany przez autorkę. Nie byłam przygotowana na jego koniec. Nagły, wręcz wyrywający mnie z niego. Miałam żal, że nie pożegnała się ze mną kilkoma słowami zakończenia. Że po wspólnej, pasjonującej wędrówce zabrakło podsumowania. Tak na „do widzenia” w następnej książce, bo podejrzewam, że będą. Że znowu znajdzie się dobra dusza i autorkę namówi na kolejny temat tak, jak było w przypadku tej pozycji. Na pocieszenie przejrzałam jeszcze raz, tym razem bogatsza o nową wiedzę, obrazy w kolorze umieszczone na końcu książki. Hiob wyszydzany przez żonę George’a de la Toura zahipnotyzował mnie.

Uwielbiam ogień i to, co robi z mrokiem wokół. I wiem, że zrzędząca żona to ucieleśnienie charakteru artysty. Tyle mojego, bo obrazu na własność mieć nie mogę.
I dobrze!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 11 listopada 2016
Lektor z pociągu 6.27 – Jean-Paul Didierlaurent



Lektor z pociągu 6.27 – Jean-Paul Didierlaurent
Przełożyła Beata Geppert
Wydawnictwo W.A.B , 2015 , 159 strony
Seria Don Kichot i Sancho Pansa
Literatura francuska


Książka o książce.
O potędze miłości do słowa drukowanego i o jego profanach. Tych pierwszych jest więcej. Ale nie w ilości ich moc, a w jakości. Są niepozorni tak, jak główny bohater Guylain, który zdobył miano dziwnego faceta z szacunkiem niegroźnego wariata czytającego fragmenty tekstów pasażerom w drodze do pracy tytułowym pociągiem 6.27. Zapomniani przez świat tak, jak mieszkańcy domu spokojnej starości Rezydencja Glicynie, uwielbiający spotkania z czytającymi im gośćmi. Ekscentryczni tak, jak wartownik i aleksandrynofil Yvon, który osiągnął mistrzostwo w deklamowaniu dwunastozgłoskowcem komunikatów i poleceń podjeżdżającym do jego budki wartowniczej kierowcom lub zaglądającym do niej znajomym. Kalekiego tak, jak Giuseppe, którego nogi zostały zmielone z papierową pulpą i „wydane” w postaci książki, której pełny nakład starał się zebrać w mieszkaniu, by w ten symboliczny, ale namacalny sposób, wróciły do niego. Samotni tak, jak dziewczyna pracująca w szalecie domu towarowego i potajemnie pisząca dziennik, by nie razić swoim „wysokim hobby” klientów, bo łatwiej zostawić napiwek kobiecie, która ssąc skuwkę długopisu, mozolnie próbuje znaleźć dziesięć różnic między obrazkami w ostatnim numerze czasopisma modowego, niż tej samej kobiecie wpatrzonej w ekran laptopa najnowszej generacji.
Wszyscy w jakiś sposób doświadczeni przez życie.
Wprawdzie zniekształceni przez normy społeczne, ale wyposażeni w wartość, która ich łączy symbolicznie i dosłownie – miłość do słowa pisanego, drukowanego, tworzonego, mówionego, słuchanego lub czytanego, pozwalająca na budowanie poczucia własnej wartości i ostatecznie dobrych relacji z innymi ludźmi. Pomagająca w monotonii życia znaleźć cel i drogę do niego, a nawet łagodzić nienawiść do jego uciążliwych aspektów. Chroniąca przed zatopieniem się w jego szarości, rutynie, beznadziei i zwątpieniu w dobro.
Na przekór profanom.
Tym, którzy to słowo deprecjonują, unicestwiają, niszczą, poniżają, zniekształcają i mielą. To ostatnie działanie – dosłownie. Guylain, wielki pasjonat książek, ich promotor wśród przypadkowych współpasażerów, lektor w domu spokojnej starości, o ironio losu!, pracuje w miejscu, gdzie codziennie popełnia się czyste ludobójstwo na książkach. Jest ich katem w Przedsiębiorstwie Przetwórstwa i Recyklingu Naturalnego włączającym przycisk Zerstora 500. Maszyny zniszczenia, którą nazwał Onym, a która miała za zadanie jedno – zgniatać, walcować, miażdżyć, kruszyć, rozszarpywać, szatkować, ćwiartować, mielić... książki. Nienawidzi właściciela zakładu, któremu zależy jedynie na rosnącym wykresie zysków i brzydzi się swoim pomocnikiem w zbrodni czerpiącemu z destrukcji książek i cierpienia Guylaina wręcz perwersyjną przyjemność.
Ten kontrast boli!
Zadawałam sobie pytanie – dlaczego nie zmieni pracy?! To byłby zbyt łatwy zabieg ze strony autora, a nie o to mu chodziło. Miało boleć, by uczyć. Świat jest pełen sprzeczności, w których waży się dobro ze złem. Od nas zależy, od naszej postawy, które z nich przejmie kontrolę nad człowiekiem. Unikanie to ucieczka. Przeciwstawienie mu się to walka. To dlatego każdy z bohaterów na swój sposób walczy wbrew niechęci innych, wbrew uprzedzeniom, niepochlebnej opinii lub negatywnym określeniom, zyskując ostatecznie szacunek, miłość, spełnienie, godność, uznanie, sens życia czy bycie potrzebnym. To klasyczny motyw wielu powieści, ale w tej, świeżym jest jego ujęcie w kontekście książki i słowa. Autor nadał im wartość niezwykle pozytywną, budującą, odnawiającą, mnożącą dobro, miłość i szczęście i, co najważniejsze, niemożliwą do unicestwienia, bo trwającą dopóty, dopóki żyje jeden czytający człowiek.
Jeszcze książka nie zginęła, póki my, czytelnicy, żyjemy!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Lektor z pociągu 6:27 [Jean-Paul Didierlaurent]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 06 listopada 2016
Zawód: Wiedźma – Olga Gromyko



Zawód: Wiedźma – Olga Gromyko
Przełożyły Marina Makarevskaya i Małgorzata Kaczorowska
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2016 , 544 strony
Cykl Kroniki Belorskie ; Tom 1
Literatura białoruska


Uśmiałam się!
Dobrze się bawiłam, mimo że sięgnęłam po fantasy. A w niej generalnie mało jest powodów do śmiechu. Moce nadprzyrodzone znikają człowieka. Krew i posoka się leje. Obozy walczące o moce i władzę mielą w swoich trybach mniejsze płotki i większe rekiny. Mniej więcej właśnie taki świat stworzyła autorka.
Krainę ludzi i krainę wampirów.
Jeśli ktoś po ostatnim słowie lekko się skrzywił, to za ripostę posłużę się cytatem, dyskretnie, ale widocznie, umieszczonym przez autorkę przed wprowadzeniem do powieści.

Krainę, w której elfy mają wysokie trawy. Krasnoludy – skały. Wałdacy – kopce wyrzuconej na powierzchnię ziemi. Driady – sięgające chmur dęby. Druidzi – kamienne kręgi. Ludzie – rozsypujące się mury, fosy z zatęchłą wodą i zwodzone mosty, a wampiry bezsensowne, drżące osiki. Był więc ludzki Starmin i była wampirza Dogewa niewchodzące sobie w drogę do momentu pojawienie się dziwnych, a nawet morderczych zjawisk w tej ostatniej. Zaczęli ginąć jej mieszkańcy i , o zgrozo!, przysyłani na pomoc magowie ze Starminu. Ci ostatni niekomfortową sytuację wzajemnych podejrzeń postanowili rozwiązać wbrew logice za pomocą Wolhy Rednej. Osiemnastoletniej adeptki VIII roku Katedry Magii Praktycznej w Starmińskiej Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Nastolatki trochę szalonej, trochę upartej i przekornej, trochę ciekawskiej, a na pewno złośliwej i wrednego, bezpośredniego charakteru. Jeśli nie powiedzieć – bezczelnej. Nic bardziej zastanawiającego – wysyłać tak niedyplomatycznie nastawioną do życia i na dodatek niedoświadczoną w magii praktycznej dziewczynę w paszczę lwa, a raczej pod kły wampira. Wolha też to czuła, zauważając – Summa summarum, wyglądało na to, że wysłano mnie do łapania zagadkowej pomroki z wyposażeniem na wampiry. Coś tu było mocno nie tak.
I to bardzo mocno!
Miała rację, bo to bardzo inteligentna i sprytna osoba była. Na tyle cwana, by nie dać się wypić, rozwiązać zagadkę detektywistyczną z trupami w tle, a na dodatek zdobyć przyjaciół, którzy nie mieli prawa się nimi stać. Kto wie? Może nawet rozkochać w sobie wampira? Jeśli ktoś pomyśli w tym momencie, że zdradziłam koniec powieści, to się myli. To dopiero początek przygód niezwykłej czwórki: wiedźmy Wolhy, wampira Lena, trolla Wala i mantykory Tyśki. Mocnego i morderczego zespołu wywołującego lawinę niebezpiecznych wydarzeń pełnych lesz, mawek, wodników, głuwców, podkamieńców i wielu, wielu innych stworów, dziwadeł i zjaw, z którymi zwykły człowiek nie miał najmniejszych szans. Bo niespokojne czasy nastały. Nie ma ratunku przed wszelakimi potworami. Tu nietoperze dziecko ukradną, tam kleszczec się pojawi w chaszczy. Na moczarach w nocy mawki wyją, drapią w domki strażnicze, a na cembrowinie studni przesiaduje wodnik gotowy topić każdego chcącego się z niej napić. Jak przeżyć w taki ciężki czas? – powiadali chłopi. To im z pomocą szła grupa przyjaciół, rozprawiając się z okoliczną pomroką niewiadomego pochodzenia.
Ale to przy okazji!
Tak naprawdę mieli wspólny cel, chociaż różne pobudki jego osiągnięcia. Usługi ze zdolności wampira, trolla i mantykory oraz bakalarki magii praktycznej, na które czekały uroczyska ze strzygami, zrzędliwe smoki, nieśmiałe bazyliszki i ogólnie naprawianie umiarkowanie przyjemnych sytuacji zlecanych przez umęczoną ludność, były tłem do wielkiej przygody. Dla mnie z kolei tłem była przygoda. Bardzo dynamicznym, zmiennym i tajemniczym, nie przeczę, ale jednak tłem dla skrzącego się w tej historii humoru.
Komizm to największy atut tej powieści!
Wolha Redna to z rozbawieniem i z przymrużeniem oka patrząca na życie dziewczyna. Zawsze z gotową ripostą na zaczepki innych. Zawsze z ciętą uwagą wobec spotykających ją sytuacji. Zawsze z celnym komentarzem do nagle pojawiających się i rozwijających się w tempie geometrycznym wydarzeń. A ponieważ jest narratorką opowieści, jak łatwo się domyślić, świat przygody został dokładnie przefiltrowany przez jej ironiczne, kpiarskie, a czasami cyniczne spojrzenie na rzeczywistość. Często i gęsto posługuje się obrazowymi skojarzeniami, metaforami i porównaniami, by oddać absurd zdarzeń oraz komizm słowny czy sytuacyjny. W efekcie nie tylko uśmiechałam się pod nosem, ale głośno śmiałam. Polubiłam tę wredotę całym sercem, bo w gruncie rzeczy dobra z niej była dziewczyna. Honorowa i wbrew pozorom, wrażliwa dusza. Nie mogłam doczekać się, kiedy znowu otworzę książkę, by pobyć trochę w jej inteligentnie złośliwym towarzystwie. Kiedy razem pośmiejemy się z absurdów jej życia, tak bardzo wspólnych z moim realnym.
Może nawet z siebie samych?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 01 listopada 2016
To normalne! – Enrico Gnaulati



To normalne!: dlaczego zwyczajne zachowania naszych dzieci nazwano ADHD, autyzmem i innymi zaburzeniami – Enrico Gnaulati
Przełożyła Iga Noszczyk
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 335 stron
Literatura amerykańska


ADHD to podobno ściema!
Ktoś podobno to sobie wymyślił! Podobno nie ma takiej choroby! Takie ostatnio informacje docierają do mnie zewsząd. Takie tytuły widziałam w mass mediach. Takie tytuły migały mi na okładkach ostatnio wydawanych książek. I wreszcie takie zdania słyszałam wśród zaprzyjaźnionych nauczycieli rzucane, jako rewelacje z ostatniej chwili, w trakcie rozmowy.
Podobno!
Dla mnie to było kluczowe słowo, które okazało się wierzchołkiem góry lodowej większego problemu z gruntem grząskim i bardzo głęboko położonym. Odważyłam się go zbadać, bo chciałam wiedzieć, jak naprawdę jest z tym ADHD? Jest czy go nie ma? Wybrałam do tego celu tę pozycję amerykańskiego psychologa, a zaważył na tym mocno intrygujący podtytuł, który wiele sugerował i jeszcze więcej dawał do myślenia – Dlaczego zwyczajne zachowania naszych dzieci nazwano ADHD, autyzmem i innymi zaburzeniami. Najważniejsze, że nie epatował skrajnością. Chciałam pozycji wyważonej i podchodzącej zdroworozsądkowo do zagadnienia.
I dokładnie to dostałam!
Ten niezwykle racjonalnie myślący człowiek od jakiegoś czasu przyglądał się z niepokojem swoim zdiagnozowanym przez psychiatrów małym pacjentom, których ilość w jego gabinecie rosła w zastraszającym tempie. Mało tego! W większości przypadków podważał diagnozę specjalistów, widząc nie chore psychicznie czy umysłowo dzieci, ale normalne, tyle że trudniejsze w przebiegu ich rozwoju lub dojrzewania. Statystyki ogólnokrajowe USA potwierdzały jego obserwacje. Wynikało z nich, że ADHD jest tak powszechne jak zwykły katar – można je zdiagnozować u co dziesiątego dziecka. Niemal tyle samo dzieci leczy się na ADHD co na przeziębienie – alarmowały - z czego aż trzydzieści do czterdziestu procent – w wieku dorosłym nie wykazuje już żadnych symptomów tej choroby. A przypomnijmy – ADHD to trwająca przez całe życie destrukcyjna i rujnująca choroba umysłowa. Leczona stymulantami na bazie, między innymi, amfetaminy. To nie było normalne według autora. Szczyt absurdu dostrzegł na jednym z portali poświęconemu ADHD, w którym udowadniano, że Kubuś Puchatek cierpi na ADHD, nie wspominając o jego rozbrykanym przyjacielu, Tygrysku. Tak! Królik też miał ADHD! Szalę cierpliwości wobec krzywdy wyrządzanej bezbronnym dzieciom przeważył przypadek dwuletniego dziecka, u którego zdiagnozowano ciężką chorobę psychiczną (sic!) leczoną stymulantami doprowadzającymi go do śmierci.
Autor powiedział – dość!
I zabrał głos w wojnie między dwoma obozami – tych, którzy twierdzili, że ADHD jest totalnym, stuprocentowym oszustwem a tymi, którzy upierali się przy fakcie jego bezsprzecznego istnienia. W tym celu napisał tę książkę, która, według niego, ma być przeciwwagą dla wciąż narastającej w naszym amerykańskim społeczeństwie tendencji do postrzegania wszystkich zachowań dziecka w kategoriach medycznych, do szufladkowania różnych normalnych reakcji stresowych naszych dzieci jako dowodów wspierających poważne diagnozy psychiatryczne. Swoim opracowaniem powiedział – Owszem, ADHD istnieje tak, jak autyzm i zaburzenia dwubiegunowe. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Problem jednak polega na nadużywaniu, nadinterpretowaniu i wykorzystywaniu tych chorób przez rodziców, nauczycieli, psychiatrów, młodzież i koncerny farmaceutyczne.
Każda grupa do własnych, egoistycznych celów.
Rodzice chcą mieć lżej w trudnej sztuce wychowania, wierząc, że „cudowna pigułka” rozwiąże teraz i natychmiast problem, z którym nie dają sobie rady.
Nauczyciele chcą pozbyć się problemu dziecka niewpisującego się w pożądany wzór zachowania – potulnego, posłusznego, pojętnego i uległego ucznia, kierując go do psychiatry.
Psychiatrzy chcą patrzeć na pacjenta od strony medycznej i w kategoriach choroby, ślepnąc na humanistyczne, zdroworozsądkowe wyjaśnienie problematycznych dziecięcych zachowań, za to dobrze widząc chorobę i sposób jej wyleczenia za pomocą chemii.
Młodzież chętnie przypisuje sobie ADHD i inne zaburzenia, czyniąc z nich modę na chorobę i sposób na lans. Jawnie obnosi się z nimi, umieszcza jako jedną z cech na profilach społecznościowych, wpisuje w żargon, tworzy piosenki i zaczytuje się bezkrytycznie w poradnikach ”dla idiotów”, w których udziela się rad.
I wreszcie koncerny farmaceutyczne, które nakręcają to zjawisko poprzez swoje, niekoniecznie prawdziwe, teorie, przeliczając je na zysk. Wszyscy przedstawiciele farmaceutyczni wiedzą o tym, że dziecko jest klientem, na którym można bardzo dobrze zarobić, bo lekarze, rodzice i nauczyciele wymagają od niego, by – po prostu – wzięło tabletkę i się rozchmurzyło.
Błędne kolo szaleństwa!
Zależności, w którym wszyscy zyskują oprócz dziecka. Autor poświęcił kilka rozdziałów na temat katastrofalnych skutków fizycznych (łącznie ze śmiercią), emocjonalnych, intelektualnych i społecznych, jakie niesie ze sobą zła diagnoza.
Prawidłowa diagnostyka to podstawa!
Nastawiona nie na pozbywanie się problemu z trudnym dzieckiem czy pacjentem, a na ujrzenie w nim rozwijającego się człowieka, który ma normalne problemy we wrażliwym okresie życia. Tego naturalnego okresu dojrzewania, którego łączy wiele cech wspólnych z zaburzeniami charakterystycznymi dla chorób psychicznych. Wykorzystywanie ich niewielkiego spektrum dla ułatwienia sobie wychowania czy nauczania to zbrodnia. Autor poświęcił dużo miejsca na wytłumaczenie specyfiki okresu adolescencji, pojęcia „normy” w tym burzliwym okresie, czynników mu sprzyjających i hamujących, wnioskując jedno – problematyczne zachowania nastolatków to NORMA! Zwłaszcza, że są potęgowane przez specyfikę dojrzewania w XXI wieku.
Dla mnie to rewelacyjna dawka wiedzy!
Coś, czego nie było, bo kilka dekad temu nie miało prawa w nich być, w akademickich podręcznikach guru wychowania Michała Godlewskiego czy Heliodora Muszyńskiego, a co autor podkreślił jako czynnik mający ogromny wpływ na współczesnego nastolatka – technologia informacyjna i komunikacyjna. Nowe technologie powodują zmianę stylu życia, a nastoletnia kultura zmieniła się tak bardzo, że już prawie w ogóle nie potrafimy jej zrozumieć. To kultura, w której otwarta, swobodna i natrętna autopromocja nie powoduje już zdziwionego uniesienia brwi; kultura, w której codziennością są „efektowne zerwania”, „świrowanie”, „seksemesy”. Łatwy dostęp do internetu, iPodów, komórek, konsol i telewizji kablowej powoduje, że nastolatki nieustannie doświadczają form ekspresji, w których dominują hałas, sprośność, przemoc i wściekłość. To pokolenia urodzone począwszy od lat 80. XX wieku i od urodzenia poddane immersji nowym mediom, a które Jacek Pyżalski w swojej pracy badawczej Agresja elektroniczna i cyberbullying nazwał „tubylcami cyfrowymi” w odróżnieniu od starszych pokoleń – „imigrantów cyfrowych”. To pokolenia, w wychowaniu których musi wziąć się pod uwagę cechy, które wcześniej nie występowały – wzrost samooceny, krzyk jako moda, jawna seksualność i deprywacja snu.
Tę książkę powinien przeczytać każdy pedagog!
Mimo że ta pozycja jest przeznaczona przede wszystkim dla rodziców, do których autor zwraca się bezpośrednio, prosząc o zdrowy rozsądek i jako do tych, dla których dobro własnego dziecka jest najważniejsze. To oni mogą i mają prawo zakwestionować sugestie nauczycieli i diagnozę psychiatrów, szukając pomocy u psychologów potrafiących pomóc przejść im przez trudniejszy niż u innych dzieci, proces rozwoju i dojrzewania. Poświęca temu ostatnie rozdziały, w których można znaleźć praktyczne, warsztatowe wręcz porady, jak radzić sobie w komunikacji z dzieckiem i jak organizować proces wychowawczy jako jego inżynier, animator, reżyser czy menadżer. Ilustruje je licznymi przykładami z własnej praktyki zawodowej. A wszystko to po to, by byli w stanie uchwycić nawet najdelikatniejsze przejawy dziecięcych oczekiwań, a dziwne reakcje umieli powiązać z osobowością dziecka i z okolicznościami życiowymi i żeby potrafili je odróżnić od prawdziwych problemów psychicznych.
To co spodobało się mi najbardziej, to podkreślanie płciowości w wychowaniu, jako czynnika go determinującego. W opozycji do wszechobecnego gender. Autor w nosie ma posądzenie o seksizm. Wręcz wskazuje na konieczność brania go pod uwagę w wychowywaniu chłopców i dziewczynek.
Dlaczego? – odsyłam do książki.
Może ktoś zauważyć, i słusznie, że autor opisuje zjawisko z rzeczywistości amerykańskiej. Ale jak historia wychowania pokazuje i globalizacja ułatwia, to tylko kwestia czasu, kiedy stanie się naszą, polską rzeczywistością. Wystarczy przyjrzeć się rozdmuchanemu u nas zjawisku dysleksji, które wykorzystuje się przez nauczycieli i rodziców do „ulżenia” sobie i dziecku w nauce szkolnej. Zaburzeniu, z którym w szkole ponadgimnazjalnej nie robi się nic, poza stawianiem bardziej „wyrozumiałych” ocen i zaznaczeniem tej dysfunkcji na arkuszu maturalnym. Nie znam żadnego tak zdiagnozowanego nastolatka lub nastolatki spośród mojej zaprzyjaźnionej młodzieży, którzy pracowaliby dodatkowo nad zminimalizowaniem dysfunkcji w domu lub w szkole. Nie wiem, jak to wygląda w szkole podstawowej i gimnazjum. Na szczęście dla dzieci, nie „leczy” się jej lekami. Śmiem twierdzić, że to „jaskółka” plagi, która właśnie ogarnęła USA, a do nas dociera w postaci „rewelacji”, że ADHD to ściema.
Czytajmy takie wyważone książki i bądźmy przygotowani, zamiast powtarzać bezmyślnie „rewelacje” z mediów.
Uwaga techniczna do tłumaczki!
To kolejna pozycja (zaczyna mnie to bardzo irytować!), w której tłumacz nie rozróżnia pojęcia „nastolatkowie” i „nastolatki”, a Internet pisze małą literą. Stąd cytaty z błędem, które zobowiązują do dosłowności, bez prawa nanoszenia poprawek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To normalne! [Enrico Gnaulati]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 31 października 2016
Umarły Las – Tomasz Samojlik , Adam Wajrak



Umarły Las – Tomasz Samojlik , Adam Wajrak
Wydawca Agora , 2016 , 128 stron
Literatura polska


Wcale nie jest taki umarły ten las!
Wręcz przeciwnie! Tętni życiem. Obfituje w pożywienie. Kusi tajemnicą i przygodą. Czai się niespodziankami i sekretami do odkrycia. Każdy jego zakątek jest zamieszkany. Każda jego część pełni konkretną funkcję. Każde jego miejsce odgrywa określoną rolę. A wszystkie, nawet te najmniejsze i niepozorne, bardzo ważne, niezbędne i potrzebne w całym ekosystemie leśnym. Można w nim zobaczyć i dowiedzieć się o wiele więcej niż w tych wszystkich nudnych wymuskanych laskach, gdzie nie ma próchna i kornika, martwych drzew, wykrotów, dziupli, zgnilizny i zwierząt, które żyją tylko i wyłącznie w „umarłym lesie”.
Dokładnie tego mają dowiedzieć się dzieci o na pozór martwym lesie.
Do takiego wspólnego wniosku doszli dwaj pasjonaci przyrody dzikiej, naturalnej, pozostawionej samej sobie. Jeden z bogatą wiedzą o niej. Drugi ze zdolnościami plastycznymi potrafiący ją graficznie przedstawić. Obaj z pomysłem na opowieść przygodową dla młodszych i najmłodszych dzieci z głęboko ukrytą wiedzą dydaktyczną, lekko i niepostrzeżenie przyswajaną wraz z rozwojem fabuły. Przedstawili ją w formie komiksu w konwencji westernu. Umarły Las to miasteczko w puszczy na Dzikim Wschodzie.

To do niego przybywa nowy szeryf, dzięcioł trójpalczasty o imieniu Triko.

Nie ma lekko w obejmowaniu funkcji. Popełnia gafę za gafą, nie znając realiów Umarłego Lasu oraz zwyczajów jego mieszkańców, które mogą albo rozbawić, albo przyprawić o gęsią skórkę. Zwłaszcza, gdy zajrzy się do dziupli Mogiłczyka czyli sóweczki zwyczajnej. Stary szeryf, dzięcioł czarny o imieniu Markus, nie śpieszy mu z pomocą, podejrzewając Triko o przekręt. Mieszkańcy lasu nie są przychylni nowemu uzurpatorowi z podejrzaną odznaką szyszeczki, a banda szpaków szykuje napad na Umarły Las, by przejąć go w swoje posiadanie.

Mały czytelnik nie tylko przeżywa przygody wraz z nowym szeryfem Triko, jego niekończące się porażki w zaprowadzeniu porządku, śledząc wątki sensacyjne, ale poprzez zabawę, pełną humoru słownego i sytuacyjnego, poznaje specyfikę lasu naturalnego.

Obserwuje mechanizmy życia i śmierci nim rządzące (autorzy nie kryją brutalności łańcucha pokarmowego!), do którego rzadko, a może wcale nie ma okazji zajrzeć. Wszyscy bohaterowie mają swoje pierwowzory w rzeczywistości puszczańskiej. Ich nawyki, zachowanie, sposób zdobywania pożywienia, „ubiór”, a nawet „cechy charakteru” tworzące osobowość postaci, mają potwierdzenie w rzeczywistości. Humanizacja zwierząt to dobry pomysł na stworzenie płaszczyzny do zrozumienia ich zachowań i prawa do życia w środowisku naturalnym. Ich pełną listę można zobaczyć już na początku opowieści, a dodatkowo również w formie naklejek.

Dziecko może samodzielnie budować charakterystykę postaci, czytając i oglądając uważnie komiks, ale może również sprawdzić prawidłowość swoich wniosków w rozdziałach pod wiele mówiącym tytułem Wajrak opowiada oraz porównać kreskówkę z rzeczywistymi zdjęciami z puszczy.

U dołu tych rozdziałów informacyjnych uważny mały czytelnik odkryje równoległą historię wyprawy autorów przedzierających się przez puszczę, z których jeden czuje się w niej, jak ryba w wodzie, a drugi, jak niezdarny adept sztuki przetrwania. Nietrudno zgadnąć, który jest którym.

To bardzo dobry pomysł!
Te wstawki informacyjne z realnymi zdjęciami umożliwiają nie tylko uzupełnienie, poszerzenie, a może nawet w ogóle zdobycie nowej wiedzy o lesie na pozór martwym, jego mieszkańcach i roli w ekosystemie, przez dzieci samodzielnie czytające, ale także przez te nieczytające, jednak mogące zaprosić do wspólnego czytania mamę, dziadka czy starsze rodzeństwo. Każdego dorosłego świadomego korzyści płynących z czytania dzieciom, chcącego przekazać dziecku nie tylko wiedzę, szacunek do przyrody, ale i wyjaśnić trudne problemy dorosłych z ekologią. Na przykład, dlaczego ekolodzy bronią lasów przed wycinką? To również dobry początek wspólnej przygody w rzeczywistym lesie. Pomysł na wycieczkę do naturalnego lasu, by odnaleźć podobne miejsce i jego mieszkańców.
Z książką w plecaku!
Można ją śmiało zabrać ze sobą. Książka nie ulegnie tak szybko zniszczeniu lub zaczytaniu, ponieważ jest wydana w twardej oprawie, a kartki są lekko sztywne i grubsze od standardowych. Solidnie przyszyte do kapitałki.
Dla mnie to wymarzona książka do czytania z moimi jeszcze nieczytającymi lub dopiero uczącymi się czytać dziećmi, które zapraszają mnie kilka razy w roku do wspólnego czytania. Ostatnio była to Cholera i inne choroby, której treść poszerzyłam o zabawę z mikroskopem. Tutaj mogę wykorzystać do zabawy edukacyjnej naklejki jako nagrody w konkursie. Jeszcze pomyślę nad jego rodzajem, ale potencjał i materiał do wykorzystania jest idealny.
To nie koniec przygody!
Opowieść ma koniec otwarty. Kontynuację przygód, która ma odpowiedzieć na wszystkie niewyjaśnione pytania, autorzy obiecują w drugiej części Nieumarły Las, która ma się ukazać w 2017 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 30 października 2016
Neger, Neger... – Hans-Jürgen Massaquoi



Neger, Neger...: opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech – Hans-Jürgen Massaquoi
Przełożyła Anna Bańkowska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2016 , 568 stron
Seria Świadectwa XX Wiek: Niemcy
Literatura amerykańska


Jak to możliwe?
Jakim cudem?!
W jaki sposób?!
Te i wiele podobnych pytań pojawiło się w moim umyśle w momencie ujrzenia tej okładki, których źródłem był przede wszystkim umieszczony na niej podtytuł – Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech. Dokładniej w latach 1926-1948, kiedy wyjechał z Niemiec do kraju ojca – Liberii. Nie mógł ukryć koloru skóry tak, jak Żydzi obrzezania pod ubraniem. A i to pod warunkiem, że posiadali „dobry” wygląd.

Fot. Z kolekcji H.-J. Massaquoia.

Autor wspomnień był Mulatem. A być nie-Aryjczykiem w kraju owładniętym ideą czystości rasy oznaczało zostać pozbawionym praw obywatelskich i żyć w ciągłym zagrożeniu sterylizacją, eksperymentami paramedycznymi, więzieniem czy obozem koncentracyjnym, wreszcie śmiercią. – przypomina autorka wstępu od Wydawcy, Maria Krawczyk. Autor był synem niemieckiej pielęgniarki Berthy Betz i najstarszego syna liberyjskiego konsula generalnego w Hamburgu, Al-Haja Massaquoiego. Sielanka życia pod opieką kochającego dziadka i jego afrykańskiej rodziny, dla których był centrum świata, skończyła się wraz z powrotem rodziny do Afryki. Bertha wraz z synem pozostała w Niemczech, w których Hitler właśnie dochodził do władzy. Wybierając pozostanie w kraju ze względu na słabe zdrowie syna, nie miała pojęcia, że wybierała tylko między dwiema formami śmierci – śmierci syna w wyniku choroby i braku odpowiedniej opieki medycznej w Liberii lub śmierci z rąk nazistów.
Tej drugiej nie była wtedy świadoma.
Sam autor o swojej inności w negatywnym kontekście zorientował się po przeprowadzce do robotniczej dzielnicy Hamburga – Barmbeku. O tym, że nazizm wyklucza go ze środowiska „prawdziwych” Niemców, dowiedział się w szkole, ale tłumaczył to sobie tym, że padł ofiarą nadgorliwego pionka, który nadużył swojej władzy i wypaczył wielki plan Führera. A o tym, że Hitler stoi na czele opresyjnego nazizmu, jako nieskończenie zły, zdeprawowany psychopata, uświadomił sobie dopiero jako nastolatek. Jak sam tłumaczył, byli zbyt młodzi i naiwni, by postrzegać wszystko w szerokiej perspektywie, pozostawaliśmy całkowicie obojętni na wizualny paradoks: chłopak o wyraźnie afrykańskich genach bawi się w braterskiej harmonii z blondynami w nazistowskich mundurkach, mając na swojej kamizelce naszytą odznakę swastyki. Tak silna i skuteczna była propaganda nazistów w narzucaniu polityki rasowej Hitlera, skoro ulegały jej same ofiary, zanim zaczęły zauważać, że grają w grę „przetrwanie”, w której są ścigani.
Jakim cudem ją wygrał?
Odpowiedzi szukałam cały czas, śledząc jego życie jako dziecko wśród robotników i ich dzieci w Barmbeku, które szkołę życia autora rozpoczęły od tytułowych słów zaczerpniętych z dziecięcej piosenki Neger, Neger, Schornsteinfeger (dosł. Murzynie, Murzynie, kominiarzu). Szukałam ich również w czasie dorastania, kiedy autor stawał się nastolatkiem o takich samych potrzebach, jak jego rówieśnicy – przynależności do grupy rówieśniczej, poczucia własnej wartości, bycia akceptowanym, kochanym i kochającym - w warunkach ich niemożności zaspokojenia i spełnienia. Wypatrywałam odpowiedzi w jego dosyć szybkim okresie wchodzenia w dorosłość – pracy, pierwszych miłościach i przeżyciach w bombardowanym, płonącym i głodującym Hamburgu. Im bardziej poznawałam skrajne i ekstremalne życie autora w piekle nazizmu, wojny i okupacji, tym bardziej upewniałam się w przekonaniu, że odpowiedź tkwi w osobowości autora.
Był wyjątkowy!
Ostrożny, szybko się uczący, przewidujący, inteligentny, o silnej woli, dobry i otwarty pomimo warunków, w jakich musiał żyć. Te pożądane cechy nie pojawiły się nagle. To wpływ i praca wychowawcza mądrej matki, która pomagała je w nim kształtować, rozwijać i trwać.

Fot. Z kolekcji H.-J. Massaquoia.

To ona i jej „mądrości”, jak nazywał matczyne rady autor, były przeciwwagą dla ideologii nazistów. To ona tłumaczyła otaczające ich zło i dotykające ich absurdy. To ona była stałym punktem odniesienia moralnego. To ona stała za nim murem w ekstremalnych sytuacjach, narażając własne życie. I wreszcie to ona była niewyczerpanym źródłem niezbędnej i bezinteresownej miłości oraz akceptacji, których brakowało wokół.
To pierwsza odpowiedź na moje pytania.
Sam autor podsunął mi kolejne dwie, pisząc – Jeżeli ja, autentyczny nie-Aryjczyk uniknąłem eksterminacji, sterylizacji czy medycznych eksperymentów w którymś z hitlerowskich obozów śmierci, to stało się tak głównie dzięki dwóm szczęśliwym przypadkom. Po pierwsze – małej, w stosunku do Żydów, liczbie czarnych, których przesunięto na dalsze miejsce w kolejce do eksterminacji. Po drugie – nieoczekiwanie szybkim postępom wojsk alianckich, które wymusiły na Niemcach skupienie się na walce o przetrwanie. Kolejną odpowiedź znalazłam w rozdziale o wszystko mówiącym tytule – Ratunek w książkach. To ich kompensacyjny świat stał się tarczą obronną przed zalewem nazistowskiej propagandy, dostarczając nie tylko rozrywki, możliwość ucieczki od rzeczywistości, ale przede wszystkim informacji, która nie pozwalała na bezmyślne poddanie się ogłupiającej dzieci i młodzież propagandzie nazistowskiej. Jak sam przyznawał – Czytanie stało się dla mnie skutecznym buforem przeciwko ciągłym rasistowskim atakom ludzi pokroju Wriedego. I chociaż nie w pełni zdawałem sobie z tego sprawę, było moim niezawodnym sposobem na przetrwanie. Takich i im podobnych odpowiedzi znalazłam jeszcze kilka w tej autobiografii. Nie chcę wymieniać wszystkich, pozostawiając przyjemność samodzielnego wysnuwania wniosków innym czytelnikom. Wspomnę tylko o jeszcze jednym. Dla mnie najważniejszym, bo czyniącym małe cuda w sytuacjach, w których autor żegnał się z życiem.
To dobrzy Niemcy.
W tych wspomnieniach wokół autora trwał ogrom zła, ale pojawiali się wokół niego również przyzwoici Niemcy, którzy nie zgubili siebie i swoich poglądów pod wpływem propagandy Hitlera. Którzy oparli się pokusie pójścia z prądem rasowego szaleństwa. Na podstawie własnych doświadczeń podzielił Niemców na dwie grypy – zatwardziałych wyznawców Hitlera, którzy nie uwierzyli w zwycięstwo aliantów dopóki nie zobaczyli na ulicach ich wojska i przeciwników hitlerowskiego reżimu, którzy przewidywali jego klęskę już od chwili wybuchu wojny takich, jak Friedrich Kellner, autor Dziennika sprzeciwu. Tych drugich było zbyt mało, by przeciwstawić się opresyjnemu reżimowi, ale wystarczająco dużo, by pomóc przeżyć autorowi.
Kolejnym cudem jest spisanie i wydanie tych wspomnień.
Autor nie miał takiego zamiaru, obawiając się posądzenia o egocentryczną próżność. Uczynił to pod wpływem nacisków osób, które, poza ekstremalną sytuacją ludzką, dostrzegły w tym absurdzie istnienia wbrew istnieniu bardzo ważną rzecz, o której autor napisał – doświadczenia czarnoskórego chłopaka, który dorastał i wkraczał w wiek męski w nazistowskich Niemczech, naocznego świadka i ofiary zarówno prześladowań na tle rasowym, jak alianckiego bombardowania, który następnie spędził kilka lat w Afryce, są tak niezwykłe, że jako dziennikarz mam obowiązek podzielić się swym specyficznym spojrzeniem na Holokaust. Dlatego te wspomnienia to bogate, unikalne źródło wiedzy na temat polityki rasowej i rasizmu dla historyków, socjologów i innych badaczy nauk społecznych. Jak zauważyła autorka posłowia prof. dr hab. Anna Wolff-Powęska – Wojenne losy czarnoskórych obywateli III Rzeszy nie są przedmiotem odrębnych badań. Ślady ich obecności w obozach koncentracyjnych, jenieckich oraz pracy przymusowej na obszarze Rzeszy lub na terenach okupowanych można znaleźć jedynie w pojedynczych dokumentach muzealnych, wystawienniczych, w literaturze wspomnieniowej ich towarzyszy obozowych lub – jak chociażby w przypadku Francji – sojuszników z ruchu oporu. To temat, który nadal czeka na swojego badacza.
Dla mnie to unikatowe „przeżycie” wojny w III Rzeszy.
W obozie wroga widzianym od wewnątrz oczami jego ofiary. Zobaczyłam rozwój ideologiczny III Rzeszy, sposoby i mechanizmy propagandy zmuszające do uczestnictwa w narzuconym reżimie, konsekwencje jego odmowy, system szkolnictwa i polityki socjalnej zmuszające do uległości i wreszcie bierny opór części Niemców, którzy nie chcieli poddać się działaniom Hitlera. Zwłaszcza wśród robotników i młodzieży. To tutaj po raz pierwszy dowiedziałam się o istnieniu opozycyjnego Swingjugend – nieformalnej subkulturze młodzieżowej, przy której bladła atrakcyjność powszechnego i jedynie słusznego Hitlerjugend. To również wyjątkowo szerokie spojrzenie na rasizm jako zjawisko ponadczasowe prowadzące do jednego – nienawiści i śmierci. Przeżył go w nazistowskich Niemczech jako podczłowiek. Obserwował go jako świadek w Afryce. Przeciwstawiał się mu aktywnie walcząc o zniesienie dyskryminacji rasowej w USA. Może dlatego w jego wspomnieniach nie ma nienawiści i chęci odwetu, a raczej potrzeba zrozumienia tego, co go spotkało w dzieciństwie i w okresie dorastania już z perspektywy dorosłego człowieka, który nadal kochał swoją ojczyznę – Niemcy. Nie ma w nich również użalania się na sobą. Zamiast tego były fakty, emocje im towarzyszące, wnikliwa analiza, ukazywanie absurdów rzeczywistości, które wręcz wywoływały u mnie uśmiech, a nawet rozbawienie komizmem sytuacji. Ale to nie oznaczało, że autor był wolny od obaw, lęku i strachu. Towarzyszyły mu bez przerwy. I nie zawsze chodziło o lęk przed śmiercią. To nie zawsze był taki zwykły strach , jak przed śmiercią od bomby albo w nazistowskim obozie zagłady, tu chodziło o lęk przed wyśmianiem, poniżeniem, odarciem z godności, przed poczuciem, że jestem istotą niższego rzędu, kimś gorszym od ludzi, wśród których przyszło mi żyć – pisał po latach. W okresie dorastania zabójczy dla kształtującej się psychiki. A mimo tego wszystkiego wyrósł na przyzwoitego człowieka. Nadal zastanawiam się, jak to możliwe?!
A jednak!

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na podstawie wspomnień autora w 2005 roku powstał film.
sobota, 29 października 2016
Agresja elektroniczna i cyberbullying – Jacek Pyżalski



Agresja elektroniczna i cyberbullying jako nowe ryzykowne zachowania młodzieży - Jacek Pyżalski
Oficyna Wydawnicza Impuls , 2012 , 317 stron
Literatura polska


Miecz o dwóch ostrzach.
Tak Internet nazwał, cytowany przez autora, Zheng Yan, profesor zajmujący się psychologią wychowawczą na amerykańskim Uniwersytecie Harwardzkim, który ujął w tej metaforze zarówno pozytywne, jak i negatywne konsekwencje społeczne, jakie ze sobą niesie. Autor w swoim opracowaniu skupił się przede wszystkim na tych negatywnych. Przy czym Internet uznał za nowe narzędzie realizacji zjawisk negatywnych, do których należy agresja elektroniczna. W swoich rozważaniach teoretycznych i badaniach zawęził ją do cyberbullyingu czyli przemocy elektronicznej zachodzącej tylko w środowisku szkolnym. Zanim jednak zaczął posługiwać się charakterystycznymi pojęciami związanymi z tematem, przytoczył wyczerpującą dawkę współczesnej wiedzy na ten temat w kilku pierwszych rozdziałach. W treści powołał się na badaczy nauk społecznych z całego świata, a tym samym wprowadził w świat nowych mediów i komunikacji zapośredniczonej, podkreślając przy tym jedność świata wirtualnego i rzeczywistego oraz standardowość procesów społecznych w nich zachodzących, jedynie przeniesionych do świata Internetu. To bardzo ważna uwaga, która nie pozwala na negowanie i piętnowanie Internetu jako takiego, wskazując jedynie na pojawienie się nowego środowiska socjalizującego młodzież.
Rozwój technologiczny trwa!
Nie było, nie ma i nie będzie takiego człowieka, który by go powstrzymał. Jak zauważył autor – wszystkie media na przestrzeni ostatnich dwustu lat, tj.: telegraf, telefon, radio, film i telewizja, bywały oskarżane o wiele bardzo niekorzystnych zjawisk (np. osłabienie więzi społecznych), przy równoległym świętowaniu i apoteozie możliwości, które przynosiły. Dlatego zamiast demonizować Internet, należy mu się bardzo dobrze przyjrzeć.
I dokładnie to zrobił autor!
Nominowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego do europejskiej akcji badającej zjawisko cyberbullyingu przeprowadził badania pod tym kątem wśród polskiej młodzieży, studentów i nauczycieli. Pozyskał nie tylko możliwość współpracy z czołowymi naukowcami badającymi to zagadnienie, ale i dostęp do najnowszych wyników ich prac. Doświadczenia i wnioski swojej czteroletniej pracy badawczej umieścił w drugiej części tej monografii. Szczegółowo opisał metodykę i procedury badawcze, ale co najważniejsze, sformułował teorię dotyczącą agresji elektronicznej, którą nazwał teorią ABACUS. Dla mnie najważniejszym i najbardziej przydatnym okazało się skonstruowanie praktycznych rozwiązań w zakresie profilaktyki i interwencji w przypadku agresji elektronicznej. „Nowy” cyberbullying to nic innego, jak dobrze znana przemoc szkolna (bullying) przeniesiona do świata wirtualnego. Odczarował zjawisko, które metaforycznie autor nazwał za cytowanym Quingiem Li – starym winem w nowej butelce.
To bardzo dobra wiadomość!
Zwłaszcza dla przerażonych i bezradnych osób odpowiedzialnych za wychowanie młodzieży. Autor daje im do ręki sprawdzone metody wychowawcze, zamiast restrykcyjnych i ograniczających dostęp do Internetu. Wymaga to jednak ze strony dorosłych zajrzenia do niego jako nowego pola działań wychowawczych, w którym stare metody w nowym środowisku mogą przynieść zamierzony efekt – świadome i odpowiedzialne korzystanie przez młodzież z nowych mediów.
To trudne!
Biorąc pod uwagę międzypokoleniową lukę cyfrową istniejącą między tubylcami cyfrowymi (ludzie urodzeni w latach 80. XX wieku i poddani immersji nowym mediom) a imigrantami cyfrowymi urodzonymi wcześniej, zjawisko cyberbullyingu póki co rozwija się bez przeszkód i nie daje objawów w realu. A jeśli już, to jest również skutkiem w postaci samobójczej śmierci. To właśnie fala samobójstw wśród norweskich nastolatków skłoniła badaczy nauk społecznych do zgłębienia tego zjawiska. Ofiary cyberbullyingu bardzo rzadko proszą o pomoc dorosłych. Wyniki badań polskich autorów wskazują, że jedynie co dziesiąta ofiara przemocy online informuje o tym rodziców, a bardzo nieliczni – nauczycieli. – podkreśla autor. Budujące jest to, że w obecnym roku szkolnym jednym z priorytetów w polskich szkołach jest technologia informacyjna i komunikacyjna. Ta praca badawcza i wynikające z niej wnioski idealnie wpisują się w ten priorytet, czyniąc z niej lekturę obowiązkową dla wszystkich wychowujących dzieci i młodzież.
Również rodziców.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Agresja elektroniczna i cyberbullying jako nowe ryzykowne zachowania młodzieży [Jacek Pyżalski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 25 października 2016
Świat Ruty – Iwona Żytkowiak



Świat Ruty – Iwona Żytkowiak
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2016 , 296 strony
Literatura polska


Tak, to zdecydowanie świat Ruty.
Wprowadzała mnie do niego zachęcającym – To ja – Ruta. Ciałem i duchem jestem. Pogrążałam się w nim całym umysłem. Otwierałam szeroko oczy wyobraźni, chłonąc każde zdanie, każde słowo i każdy obraz nimi tworzony. Rozpływałam się w nim, rozkoszując się nie tylko urokiem widoku, ale i mocą oraz szykiem słów go malującym. Dobrze mi w nim było. Przyjemnie, lekko, spokojnie i bezpiecznie.
Mało mi go było.
Bo Ruta nieczęsto i nie na długo do niego zapraszała. Chętniej zamykała się w nim sama. Zatrzaskiwała. Uciekała w siebie. Odpoczywała w nim od ziemskiego życia. Od zła wokół i ludzi go czyniących. Ku mojemu żalowi kursywa wyróżniająca go w tekście szybko się kończyła. Jej świat zewnętrzny w dużej mierze opowiedzieli mi jej najbliżsi – matka Estera, ojciec Anzelm, opiekunka ojca – Berta, dobra Wikta i zupełnie przypadkowa, obca osoba – Irena. Kobieta na zakręcie życia.
Nie lubiłam tego świata.
Był Ireny i wszystkich bohaterów powieści, a także mój. Pełen nienawiści, nietolerancji, zdrady, niewierności, egoizmu, zawiści, cierpienia, bólu, lęku i łez. Krzywdzący ludzi przez ludzi. Teraz i w przeszłości. Ale to właśnie w nim toczyły się losy wszystkich bohaterów. To w nim Ruta była ciałem i to od niego uciekała duchem. Irena stanowiła współczesne spoiwo łączące wszystkie historie-losy z przeszłości i teraźniejszości.
Tę rolę narzucił jej przypadek.
Ruta dosłownie wyłoniła się z mgły prosto pod koła samochodu Ireny, by również z mgły pamięci, tym razem w przenośni, pozwolić wyłonić swoją historię za sprawą Ireny. Smutną i ponadczasową, przybierającą kształt pięknie skomponowanej opowieści z okrutnym i aktualnym przesłaniem umieszczonym na tytułowej okładce:

Wystarczyła jedna powieść, by autorka ukazała swoje wszechstronne zdolności snucia historii elastycznym piórem. Z lekkością ujmowała myśli w odpowiednie zdania, by dopasować je do charakteru postaci (a było ich trochę!), rodzaju opisu lub przekazu (realny, poetycki, metafizyczny, kolokwialny w przypadku dialogu) czy narracji płynnie przechodzącej z wewnętrznego ja w obserwatora zewnętrznego. To uzasadnione połączenie poetyckości świata wewnętrznego Ruty, w którym z zachłanną przyjemnością zatapiałam się i niechętnie wynurzałam, z realiami życia współczesnej kobiety, której bliżej było do brutalnej prozy życia niż poezji duszy czy to umiejętne połączenie powieści obyczajowej z wątkiem śledczym, społecznej z powieściami historyczną i psychologiczną, upewniło mnie, że autorka jest dojrzała i wszechstronna w swoim warsztacie pisarskim. Jest w stanie napisać każdy rodzaj powieści osobno albo wszystkie naraz tak, jak w przypadku tej historii. I będzie to dobre! I będzie to pełne!
Bo jest w tej opowieści również przesłanie.
Mówiące nie tylko o echach nienawiści i traumy wojny oraz okupacji niemieckiej dziedziczonych przez dzieci po rodzicach i dziadkach uczestniczących w nich, o czym tak przejmująco pisała Anna Janko w Małej Zagładzie. Nie tylko o trudnych i skomplikowanych dziejach Żydów, Polaków, Niemców i Cyganów, z których autorka nie do rozwiązania splotła węzeł gordyjski, ale i o ponadczasowej potrzebie tożsamości każdego człowieka, bo człowiek musi być skądś. Nie może wypaść sroce spod ogona. Człowiek musi mieć swoją opowieść. Genealogię. Bo nawet jeśli jest trawą albo chwastem natrętnym, to i tak ma swoje miejsce i przeszłość, i historię. Taką czy inną. Korzenie. Choćby pokiereszowane, choćby potargane, bo wciąż i wciąż wyrywane. Ale przecież nie jest znikąd. A nawet jeśli jest z mgły tak, jak Ruta, to można ją rozwiać tak, jak zrobiła to Irena.
Jestem zauroczona tą powieścią!
Może dlatego mam trochę żal do wydawcy, że nieadekwatnie dobrał grafikę okładki do treści. Patrzę na te kobiece włosy i dziwię się, jak można było tak skrzywdzić powieść, autorkę, mnie i potencjalnych czytelników, którzy nie sięgną po nią, bo nie sięgają po tak lekko „wyglądające” książki. Są tacy! Mądra literatura zasługuje na ambitne okładki sugerujące coś więcej niż tylko rozrywkę. Może też dlatego odkrywam tę utalentowaną pisarkę dopiero teraz, kiedy na rynku wydawniczym ukazuje się właśnie jej już 6! powieść, nie licząc tomiku poezji. Obiecuję sobie, że będę ślepa na monotematyczne i wszechobecne okładki z wyeksploatowanymi ciałami kobiecymi, jeśli tylko zobaczę na nich nazwisko autorki. Właściwie dla mnie może nic na niej nie być poza tytułem i nazwiskiem.
Wystarczy mi nawet samo nazwisko!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 95
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi