Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 31 marca 2018
Zapomniana historia nauki – Krzysztof Rejmer

Zapomniana historia nauki: czyli fantazje i facecje naszych dziadków – Krzysztof Rejmer
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 , 352 strony
Literatura polska

   Historia nauki może być wyprawą w krainę pouczającej baśni!

   Pod warunkiem, że zboczy z drogi utartej, znanej i jedynie słusznej, wytyczonej przez idee i autorytety. Autor dokładnie to zrobił! Skręcił na „śmietnisko” historii nauki. Zagłębił się w odrzucone losy ludzi zapomnianych, wzgardzonych, odsuniętych na margines, a nawet przeklętych. W gąszcz wynalazków potępionych przez im współczesnych. W rzeczywistość tajemniczych i fantastycznych opowieści, w których drzewo-ludojad, Irokezi Europy, nietoperz Adlera, glacjalna kosmologia, drzewo rodzące bernikle, warzywne jagnię, ornitoptery, telemobiliskop czy poniższy nasłuchownik akustyczny były tak rzeczywiste, jak nam obecne samoloty, promy kosmiczne i Yeti.

To świat idei lub rzeczy, które stwarzane, budowane lub odkrywane przez człowieka, skazywały siebie i ich twórcę na klęskę, utratę zmysłów, życie w nędzy, a nawet śmierć. W tej rzeczywistości królowała jedna, bezwzględna zasada, którą przed śmiercią wypowiedział Otto Lilienthal – dla postępu ponosić trzeba ofiary.

   I ponosili.

   Za życia, a czasami nawet długo po śmierci. Można wysnuć z tych faktów wniosek, że to smutna historia daremnego wysiłku. Meandrów nauki prowadzących na manowce. Bajek i zmyśleń skutecznych w zadziwianiu mnie swoją efektowną niedorzecznością, karykaturą i deformacją realiów. Ba! Dobra okazja wyłuskania powodów do pośmiania się z naiwności ludzkiej! Jednak im bardziej poznawałam te ślepe zaułki człowieczej myśli, tym bardziej nabierałam przekonania, że bez tego pogardzanego wstępu do nauki, tego swoistego falstartu pionierów badań, myśl ludzka nie popchnęłaby człowieka do postawienia pierwszego kroku na Księżycu. To tutaj, w tym zapomnianym świecie przegranych, można tak naprawdę zobaczyć ból rodzących się idei, dających podwaliny do tych później uznanych sukcesów. To tutaj można poznać nie tylko pełną historię cywilizacji czy codzienności, ale również historię uporu i dążenia człowieka do eksploracji i poznawania, które karmione lękami i niewiedzą, pomimo ofiar, wpływają ostatecznie na proces rozwoju i postępu nauki. To tutaj w szkicowaniu profilu psychologicznego człowieka poszukującego, można dostrzec jego uniwersalność i ponadczasowość. Wysnuć wniosek, że człowieka z przeszłości i współczesnego łączą te same pożywki – lęk i niewiedza. Że rządzą nim te same cechy eksploratora, co jego przodków. W efekcie, jak pięknie ujął ten ponadczasowy proces autor – Homunkulus przeniósł się z retorty alchemika do plemnika Hartsoekera, potem miał rysy inteligentnego i bezdusznego robota, a dziś skrzyżowawszy się z Frankensteinem, naznaczony bruzdą dotykową, odżywa w absurdalnych oskarżeniach miotanych przez ludzi niekompetentnych i zaślepionych przeciwko inżynierii genetycznej i zapłodnieniu in vitro. Przypomina to sytuację teologa i językoznawcę z XVIII wieku, Christiana Konrada Sprengela, którego usunięto ze szkoły, a egzemplarze jego książki zniszczono, ponieważ nauczał dzieci, zgodnie z własnym odkryciem, że rośliny zapylają owady. Potrzeba było dopiero Karola Darwina, by ten fakt odkryto na nowo. W tym sensie te niewinne „fantazje i facecje” obnażają nas samych. Człowiecze ułomności - lęki, pazerność, zakłamanie, żądzę władzy, ale i szlachetność – niezłomność, poświęcenie, altruizm, nadzieję i wiarę.

   Cali my!

   Dokładnie o ten obraz, zbudowany na bazie odpowiedzi na postawione sobie pytania o naszych przodków i przeszłość, chodziło autorowi – Do czego dążyli i dlaczego? Jakimi sposobami?Jacy byli i w jakim chcieli żyć świecie? Czy ich porażki wynikały wyłącznie z ich niewiedzy, a sukcesy z ich umiejętności? Czy siła woli i charakter plus umiejętności i wiedza to już wszystko? Co sprawia, że czasem z uporem błądzimy we mgle? I czego możemy się nauczyć, poznając historię ludzkiej wyobraźni i jej skłonności do wędrowania na manowce? Również o odpowiedź najważniejszą, podnoszącą rangę historii „przegranej” – A może manowce niekoniecznie są tym, czym być się zdają?

   Dla mnie były też bajkami na dobranoc!

   Najlepiej czytane przez Jana Kobuszewskiego. Tuż przed snem zanurzałam się w świat fantazji człowieczej, któremu autor nadawał formę eseju. Pozwalało to mu na swobodne traktowanie tematu z umieszczaniem własnych wniosków i subiektywnych przekonań, z którymi nie do końca się zgadzałam. Powoływał się przy tym na źródła dokumentalne, umieszczając krótkie lub bardzo długie cytaty z listów, pamiętników, nekrologów czy słowników. Przybliżał w ten sposób nie tylko styl wysławiania się, ale i próby definiowania rzeczy i pojęć, które do prostych nie należały. Mogłam się o tym przekonać, czytając definicję śruby stworzoną przez staropolskiego twórcę terminologii matematycznej, Stanisława Solskiego – pochylność albo gorzystość ustawiczna, ktorey gorzystości długość iest obwod iednego gwintu, a wysokość odstąpienia końca gwintu iednego od bazy, na którey szroba do pionu stoi. Litości dla ówczesnych uczniów tak podanej wiedzy! Byłam autorowi wdzięczna za tę możliwość osobistego wglądu w dokumenty. Również za ilustracje dołączone do tekstu.

   Wróciłam z tej wyprawy z obrazem już nie takiej idealnej i prostej historii myśli ludzkiej, bo wzbogaconej o konteksty pomijane i o emocje odrzucane. I tak, jak autorowi trudno było przestać pisać, bo wybór materiałów, jak napisał w zakończeniu, zapomnianych lub zlekceważonych przez świat, krótkich i długich wątków poupychanych w pamięci i szufladach, zapisanych na pożółkłych kartkach albo na pendrive’ach i dyskach komputerów miał przeogromny, tak mnie trudno było rozstać się z fantastyczną przygodą. Na szczęście ma ona swój dalszy ciąg w mojej teraźniejszości dziejącej się w moim życiu. Idei  ścierających się, odrzucanych i ogłaszanych sensacji, jak choćby ostatnio o nowym organie w ciele ludzkim - interstitium. Przyglądając się temu i mając w pamięci wnioski płynące z lektury tej publikacji, mogę dostrzec zarys przyszłości nauki, której podwaliny dzieją się tu i teraz. Zgodnie z nadal aktualną myślą Cypriana Kamila Norwida, którą podkreślał autor – Przeszłość - jest  dziś, tylko cokolwiek dalej...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zapomniana historia nauki czyli fantazje i facecje naszych dziadków [Krzysztof Rejmer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 29 marca 2018
Nigdy Nigdy – Jurek Zielonka

Nigdy Nigdy – Jurek Zielonka
Wydawnictwo Poławiacze Pereł , 2018 , 144 strony
Seria Zmutowany Toster
Literatura  polska

   Kategoryczne „nigdy” w tej powieści dla młodzieży ma wiele znaczeń.

   Odkrywanie ich przy okazji śledzenia losów bohaterki to najważniejsza lekcja życia o życiu. Zarówno dla piętnastoletniej Agaty, jak i młodego czytelnika, który może się z nią utożsamiać. Chociaż nie do końca tyko dla młodzieży. Dla starszych również, o czym świadczy wzruszenie, które towarzyszyło mi w końcowej części książki. Ciekawie wydanej graficznie. W zielonej tonacji licznych rysunków, oddających w sposób minimalistyczny i symboliczny zawartość treści.

Od czasu do czasu zaskakując zalewem zieleni obu stron.

   Ale po kolei!

   Agata jest typową nastolatką, którą wychowuje babcia. Ojca ostatni raz widziała, gdy miała sześć lat. Mama zginęła w wypadku. To z tego powodu czuje się odpowiedzialna za młodszą, dziewięcioletnią siostrę Milkę, która jest jej zdaniem beznadziejnie łatwowierna i nie zna się na ludziach. W to jej w miarę ustabilizowane środowisko rodzinne, szkolne i rówieśnicze nagle wdziera się ojciec z dalekiej Australii, zapraszający córki do siebie na wakacje. Agata oczywiście jest bardzo negatywnie nastawiona do tego pomysłu, obwiniając o rozpad rodziny i śmierć mamy właśnie ojca. Pod wpływem namowy babci godzi się jednak na wyjazd, obiecując, że nigdy nie da się przekupić, a jak wróci do rodzinnego Wrocławia, to już nigdy nie wybierze się w żadną podróż. Nigdy też... i tutaj mogłabym wymieniać dosyć długo, czego absolutnie nie zrobi ta dziewczyna.

   Nigdy było wizytówką jej charakterystycznej i niezmiennej postawy wobec jakichkolwiek zmian!

   Nie przewidziała, bo to „nigdy” na to jej nie pozwalało, że trafi do krainy Nigdy Nigdy, która oznaczała dosłownie Australię z jej niezaludnionymi terenami bez szansy na ucieczkę, o której zaczęła myśleć tuż po przylocie do Perth. Oznaczała również metaforyczny świat historii swojej rodziny, w który wkroczyła z zaciętością detektywa odkrywającego nieznane jej dotąd fakty, diametralnie zmieniające wyidealizowany obraz matki i negatywny ojca. To również kraina własnego wnętrza i wyprawy w głąb siebie, z której Agata wróciła inna, odmieniona, więcej rozumiejąca, bardziej tolerancyjna i zauważająca wokół siebie innych ludzi, ich wersje wydarzeń i  ich emocje.

   Agata nauczyła się, żeby nigdy nie mówić nigdy!

   Autor stworzył postać nastolatki, idealnie przedstawiając i uwypuklając cechy osobowości charakterystyczne dla okresu dojrzewania – emocjonalność, skrajność w ocenie, bezkompromisowość, wyczulenie na sprawiedliwość, potrzebę bezpieczeństwa, skupienie na sobie graniczące z egoizmem, nadinterpretacja zachowań innych na własną niekorzyść, przypisywanie złych intencji innym, a przede wszystkim niedopuszczanie do istnienia sytuacji niejednoznacznych. Tych wszystkich zdarzeń i wydarzeń, które nie mieszczą się w czarno-białym świecie nastolatka. Jej wyprawa do krainy Nigdy Nigdy w wielu jej wymiarach  - geograficznym, emocjonalnym, psychicznym, rodzinnym – była bolesną lekcją życia o życiu. Ten dydaktyzm autor inteligentnie ukrył w dynamicznie rozwijającej się fabule, której kierunki pojawiających się wątków dyktowało skomplikowanie życia. Agata podążając za nimi, budowała napięty świat emocji nastolatki i jej trudnych stosunków z ojcem, doprowadzając do katharsis, który mnie wzruszył. Irytujące postępowanie nastolatki, nagle nabrało sensu, wymuszając z mojej strony pełne zrozumienie jej zachowania. To prosta historia o nieprostych sprawach i trudnych problemach przydarzających się każdej rodzinie z ogromnym ładunkiem emocji, która jest dobrym sposobem dla nastolatków na zrozumienie siebie i innych, a dla dorosłych na zrozumienie postaw i zachowań nastolatków radzących sobie na swój sposób z przytłaczającą ich rzeczywistością w poszukiwaniu bezpieczeństwa i miłości.

   Tylko tyle i aż tyle!

   A przede mną kolejna powieść z lajtowo brzmiącej serii Zmutowany Toster o sprawach najważniejszych i w ogóle nielajtowych. O niezwykłych historiach, które mogą się przydarzyć także i Tobie, jak przeczytałam na okładkowym skrzydełku.

poniedziałek, 26 marca 2018
Moda Polska WARSZAWA - Ewa Rzechorzek

Moda Polska WARSZAWA - Ewa Rzechorzek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  470 stron
Literatura polska

   Nie ma kobiet źle ubranych i nieładnych, są tylko takie, które nie dbają o siebie, i takie, które na pewno by się podobały, gdyby... - przestrzegał elementarz elegancji w czasach PRL.

   Stworzyła go Jadwiga Grabowska. Kobieta tyleż nietuzinkowa i wyjątkowa, co kontrowersyjna i trudna we współpracy, o czym „uprzejmie donosili” kontrolerzy i jej współpracownicy. Miała charakter! Miała charyzmę! Miała przede wszystkim wizję kobiety „odbudowywanej” po koszmarze wojny. Myślę, że po inspirację nie sięgnęła do psychologii, by wiedzieć, że ubiór i makijaż to jeden z elementów terapii kobiety upodlonej, zniszczonej psychicznie, której odebrano poczucie własnej wartości. Nie bez powodu w jednym z obozów koncentracyjnych, zaraz  po jego  wyzwoleniu, rozdawano więźniarkom szminki i odzież. Myślę, że podpowiedziała jej to intuicja wynikająca z osobistych przeżyć podczas okupacji niemieckiej (była Żydówką) oraz własnej obserwacji kobiet, które spotykała tuż po wojnie. O jednej z nich wspominała – Na alei Zielenieckiej Grabowska wpada na dawną znajomą, „kobietę znaną przed wojną ze swojej elegancji”. Teraz z wyglądu to nędzarka.  „Wtedy to chyba zrodził się pomysł, żeby zająć się właśnie kobiecym ubiorem, żeby pomóc w miarę możliwości warszawiankom w odzyskaniu ich dawnego wyglądu, szyku i elegancji. Dokładnie takiej osoby potrzeba było, by ostatecznie powstała Moda Polska. Ikona, wyznacznik, a przede wszystkim dydaktyk wzorów, kolorów, stylów, trendów dla szyjących i ubierających Polaków w PRL-u. Według autorki jej filozofia była taka – ”masy” powinny być edukowane w zakresie kultury ubioru, projektanci są Pigmalionami, artystami, misjonarzami wywierającymi na te masy wpływ; ich dłutem są dydaktyczne kolekcje, laboratoryjne tkaniny, salony, punkty usługowe i pokazy...

   Jak było naprawdę?

   Częściowo tak było. Tworząc ekskluzywną wyspę odzieżową dla wybranych i uprzywilejowanych, jednocześnie narzucała trendy modowe ulicy. Wystarczy wspomnieć szał krempliny, rękawy wywijane w marynarkach męskich zapoczątkowane przez Jerzego Antkowiaka czy modę na dzianinę wprowadzoną przez Krystynę Dziak. Prawie w każdym domu ktoś dziergał na drutach czapki, spódnice czy swetry.

Nie byłam świadoma pochodzenia tych elementów mody dostosowywanych przez przeciętnego Polaka do własnych możliwości. Dopiero teraz , po przeczytaniu tej publikacji, wiele rzeczy i wspomnień z dzieciństwa poukładało mi się w logiczną całość. Z drugiej strony ulica nie do końca poddawała się temu dyktatowi, nad czym Jadwiga grabowska ubolewała. Najlepiej zderzenie tych dwóch światów oddaje zdjęcie klientek  w sklepie.

Czułam atmosferę tamtych lat, tamtego kolorowego szaleństwa i pasji projektantów na przekór siermiężnej rzeczywistości socjalistycznej. Bo i z pasją autorka pisała o historii Mody Polskiej. Nie tylko dlatego, że posiada wykształcenie w tej dziedzinie, ale również jest kolekcjonerką  między innymi pamiątek po przedsiębiorstwie Moda Polska: odzieży, dodatków, elementów wystroju salonów firmowych – jak przeczytałam w biogramie na okładkowym skrzydełku. Kolorowe zdjęcia części tej kolekcji dołączyła osobno na końcu książki.

Ich zdobywanie zajęło autorce kilka lat. Opłacało się, bo wiele z nich wzbogaca tę publikację ikonograficznie. Na ich ślady wpadała dzięki dokumentom archiwalnym, które prowadziły ją również do ludzi w różny sposób związanych z Modą Polską. Nie tylko tych znanych projektantów i dyrektorów opowiadających o modzie, wybiegach i kolekcjach, ale również do tak zwanych pszczół – konstruktorów, krawców, technologów, modeli, magazynierów, sklepowych, dekoratorów, chałupników, fotografów i całego sztabu biurowego. Ludzi opisujących produkcję od podstaw. Malujących ręcznie jedwab czy siedzących przy maszynie do szycia.

Detektywistyczny styl narracji autorki sprawiał wrażenie wspólnego odkrywania przeszłości i budowania zawiłej drogi rozwoju i upadku Mody Polskiej oraz losów ludzi ją tworzących. Stąd częste cytaty w postaci fragmentów wspomnień, listów, dokumentów z akt osobowych, tekstów z artykułów, wypowiedzi świadków, pamiętników, a nawet uchwał Rady Ministrów PRL.

   Jak każdy, środowisko to podlegało kontroli partyjnej.

   To bardzo ciekawy aspekt tego opracowania. Mogłam obserwować walkę artystycznej wizji z siermiężnymi wytycznymi partii tuż po wojnie, późniejszymi wymaganiami, by moda odzwierciedlała radośniejsze życie w krajach budujących socjalizm i późniejszymi ograniczeniami w czasach kryzysu gospodarczego.

   Tekst ilustrowała bardzo licznymi zdjęciami.

   Mogłam przyjrzeć się opisywanym ubiorom na wybiegu,

jego projektom rysunkowym,

okładkom katalogów lub czasopism,

czy ludziom Mody Polskiej uchwyconych w sytuacjach oficjalnych i prywatnych.

   Mody Polskiej już nie ma!

   Pozostanie w pamięci ludzi dopóki będą żyli, dokumentach, odzieży i w tej publikacji będącej szerokim i wnikliwym spojrzeniem na Modę Polską. Jest jeszcze coś, co po niej zostało, a właściwie po jej głównej twórczyni – Jadwidze Grabowskiej. To przytoczony na początku elementarz elegancji.

   Nadal aktualny!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Moda Polska WARSZAWA [Ewa Rzechorzek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 25 marca 2018
Ojcze nasz – Papież Franciszek

Ojcze nasz: Franciszek w rozmowie z Markiem Pozzą – Papież Franciszek
Przełożyła Maria Dobosz
Wydawnictwo Znak , 2018 ,  160 stron
Literatura watykańska

   ... i nie wódź nas na pokuszenie...

   Ten wers z najpopularniejszej wśród katolików modlitwy Ojcze nasz, przekazanej przez Jezusa i zapisanej w Ewangelii Św. Mateusza, narobił ostatnio medialnego szumu. Powtarzany przez miliony wiernych od czasu jego przetłumaczenia na język polski  nie wzbudzał do tej pory żadnych podejrzeń, uwag, a tym bardziej protestów. A może wzbudzał, ale któż ośmieliłby się podważyć coś, co zostało ustalone odgórnie. Wygląda na to, że nawet hierarchowie Kościoła nie mieli na tyle odwagi (nie wierzę, że nikt nie zauważył nieadekwatności i niedokładności przekładu), skoro zrobił to dopiero Papież Franciszek, mówiąc wprost – To tłumaczenie nie jest dobre. Jeśli weźmiemy ostatnie wydanie Biblii zatwierdzone przez Konferencję Episkopatu Włoch, czytamy w nim: „nie dopuść, byśmy ulegli pokusie” (Łk. 11, Mt 6, 13). Także Francuzi zmienili tekst tłumaczenia na: „nie pozwól mi, bym uległ pokusie”.

   Inni już zmienili, a w Polsce?

   Przysłuchując się mszom, nie zauważam tych zmian. A może będą, tylko wymaga to czasu? Na razie ukazała się ta pozycja, która całe to zamieszanie wyjaśnia. Sam Papież Franciszek interpretuje w niej modlitwę wers po wersie. Analizę ujęto w formie wywiadu, a raczej rozmowy, którą poprowadził ks. Marco Pozza dla stacji TV2000 w Domu Świętej Marty 4 sierpnia 2017 roku. Ksiądz wyjątkowy, bo o  szczególnych doświadczeniach. Jego parafią jest więzienie, a parafianami są jego więźniowie, na których losy i przemyślenia często się powoływał. Spotkanie rozpoczyna przedmowa Papieża Franciszka rozważająca pojęcie Ojca, która jest fragmentem homilii wygłoszonej w Domu Świętej Marty 20 czerwca 2013 roku i opublikowanej pod tytułem Nie możemy modlić się do Ojca, jeśli mamy wrogów w sercu. Sama rozmowa podzielona jest na tyle rozdziałów, ile wersów zawiera modlitwa. Każdy poprzedza grafika całej modlitwy z podkreślonym wersem, którego rozmowa dotyczy.

Poszczególne części rozmowy zamykają fragmenty rozważań wygłoszonych przez Papieża Franciszka przed modlitwą Anioł Pański lub podczas audiencji generalnych w latach 2014-2017. Każdy tematycznie adekwatny do analizowanego wersu. Rozmowy z dociekaniami interpretacyjnymi ilustrowane są również licznymi przykładami z osobistych doświadczeń obu rozmówców. Zarówno tych z pracy kapłańskiej, jak i tych z własnego życia z częstymi odniesieniami do własnych emocji. To dodatkowy walor publikacji, w której można poznać wiele ciekawych historii z dzieciństwa i młodości Papieża Franciszka oraz uczucia, które towarzyszą mu podczas odmawiania Ojcze nasz. Całość w przystępny i jasny sposób przybliża trudne zagadnienia teologiczne, nadając modlitwie głębi poprzez konteksty i sens wypowiadanych wersów, które w pędzie życia spłyciły się do obowiązku, a w konsekwencji do bezmyślnego odmawiania. Idealny prezent dla dziecka z okazji Sakramentu Pierwszej Komunii Świętej.

   Pozycja obowiązkowa dla każdego katolika.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

sobota, 24 marca 2018
Słodziutki biografia cukru – Dariusz Kortko , Judyta Watoła

Słodziutki biografia cukru – Dariusz Kortko , Judyta Watoła
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  384 stron
Literatura polska

   Słodki, słodziutki, sweetie...  My precious...

   Tak pięknie określamy naszego mordercę i kata. Ten ostatni zwrot, który wypowiadał Gollum znany z Władcy Pierścieni Johna Ronalda Reuela Tolkiena, najlepiej oddaje zgubną i jednostronną miłość człowieka do... cukru. Jego przebiegłe działanie precyzyjnie obrazuje wyraźna i drastyczna przemiana miłego hobbita Smeagola w monstrum o nowym imieniu Gollum. Idealny obraz słodkiego uzależnienia. Sięgnę jednak po porównanie, które oddaje dużo groźniejszy aspekt słodziutkiego, a raczej skutek. Po bojowy gaz o zapachu fiołków. Po jego rozpyleniu człowiek wdycha z przyjemnością kwiatowy aromat. Im więcej i pełniejszą piersią, tym szybciej umiera. Dokładnie tak samo jest z mechanizmem psychologicznym w przypadku cukru, który ostatecznie zabija. Dokładnie takim mocnym i jednoznacznym akcentem zakończyli swój reportaż autorzy.

   Ja od tego końca zaczęłam.

   Z premedytacją właśnie od morderczego skutku. Od śmierci niesionej słodyczą, by przebić się przez watę cukrową, batoniki, Coca-Colę zalewające mózg, wątrobę, trzustkę i metaforycznie oczy, by zadać pytanie hamletowskiego pokroju, które otrzymałam w czarnej kopercie razem z książką i lizakiem.

Ten ostatni o hipnotyzującym kształcie miał pełnić rolę testu sprawdzającego moją odporność na treść książki. Odpowiedzieć sobie na pytanie – czy ze świadomością, że cukier to trucizna, skuszę się na niego? Zdradzę od razu, że nie złamałam się, ale miałam ułatwione zadanie. Słodziutki trafił, jak kosa na kamień. Od dawna unikami cukru, soli i alkoholu. Pisałam o tym przy okazji świetnej pozycji  kulinarnej Love Vegan, stworzonej dla takich „wybrednych” konsumentów, jak ja. Wydawałoby się, że mogłabym nie czytać takich uświadamiających publikacji, skoro mam wystarczającą wiedzę na temat szkodliwości, a raczej śmiercionośności cukru.

   Otóż nie!

   Cukier uzależnia szczury (podobno nie ma dowodów na to, że również ludzi, ale ja naukowcom nie wierzę, podejrzewając wpływ lobbystów), ponieważ pobudza te same ośrodki nagrody, co nikotyna, kokaina i seks. Jest o tyle groźniejszy od nich, że nie można go całkowicie odstawić. Z dwóch powodów. Po pierwsze - mózg żywi się nim, a po drugie - cukier jest we wszystkim. Nie ma go chyba tylko w wodzie. Jeść więc trzeba, a problem tkwi w nieumiejętności jego ograniczania i selekcjonowania. Dlatego związek człowieka z cukrem jest silniejszy niż z kokainą, co udowodniły badania nad zwierzętami. Dlatego śmiem twierdzić, że cukroholicy są wśród nas. Powiem więcej – jestem jedną z nich i czytam takie pozycje, by wzmacniać swoją motywację, bo jest piekielnie ciężko poruszać się w gąszczu sklepów z półkami towarów pełnych cukru, piekarń, pączkarni i cukierni kuszących przyjemnością rozpływającego się ciasta w ustach czy reklam bombardujących obietnicą rozkoszy płynącej ze słodyczy produktu.

   Ta książka jest dla mnie kołem ratunkowym, kiedy zaczynam tonąć!

   Kołem solidnym! Autorzy tworząc je, zrobili to doskonale! Nie moralizowali, nie straszyli, nie przejmowali roli mentorów. Powolutku, nieśpiesznie, dekada po dekadzie, wiek po wieku pokazali historię miłości człowieka do cukru. Zauroczenie nim, zachwyt, a potem niechętne odkrywanie jego złych stron. Przedstawili fakty, kluczowe daty, dane statystyczne, wydarzenia historyczne mające wpływ na jego rozprzestrzenianie się po świecie i powolne, ale skuteczne wnikanie w każdą sferę życia społecznego, wywierając wpływ nie tylko na kondycję fizyczną człowieka, ale i jego kulturę, politykę, gospodarkę, a nawet demografię. Wszystko ilustrowane licznymi zdjęciami, rysunkami i rycinami.

   Słodziutki bardzo narozrabiał!

   Na jego sznurkach chodzili królowie i przywódcy polityczni. Uzależniał decydentów, wpływając na ich wybory, które kształtowały mapy polityczne świata. Obserwowałam jego rosnącą moc od czasów jego odkrycia do dzisiaj. Śledziłam jego próchniczą i cukrzycową działalność niczym opowieść sensacyjną rozciągniętą chronologicznie w czasie z licznymi dygresjami rozwijającymi główne wątki. Autorzy powoływali się nie tylko na źródła historyczne, ale również na wywiady z lekarzami, diabetykami, dietetykami, chorymi na cukrzycę, a nawet z językoznawcami. To szerokie podejście do słodkiego tematu ukazało jego bohatera wszechstronnie. Od strony bardzo widocznej, bo przyjemnej i tej niewidocznej, bo mrocznej. Z przeciekawej perspektywy historycznej i przerażającej perspektywy medycznej. Z barykady walki o zyski przynoszone przez cukier oraz insulinę i barykady walki naukowców i lekarzy o zdrowie ludzi. Od bardzo znanego hasła wymyślonego przez Melchiora Wańkowicza

po mniej znane hasło umieszczone przez autorów na końcu książki, które odebrałam jak wieko nałożone na trumnę.

Skleconą własnymi rękoma, do której dobrowolnie się kładziemy i jeszcze to wieko samodzielnie zasuwamy nad sobą.

   To wystarczy, by w słodziutkim zobaczyć trupią czaszkę!

   Taką, jaką usypano na okładce książki. Dokładnie do takiego wniosku czytelnik sam dojdzie, a mocny akcent obrazkowy autorów wybrzmi, jak odgłos wieka.

   Czas umierać?

   Nie! Autorzy poświęcają osobny rozdział na poszukiwanie odpowiedzi na pokazane wcześniej hamletowskie pytanie i drugie – jak przestać  tyć? Żeby nie zakończyć wpisu grobowo, przytoczę jeden z pomysłów diabetologa prof. Leszka Czupryniaka, który nie jest tak do końca całkiem śmieszny – powinnyśmy jeść nago przed lustrem!

   Pozycja obowiązkowa dla KAŻDEGO!

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 19 marca 2018
Ślepy archeolog – Marta Guzowska

Ślepy archeolog – Marta Guzowska
Wydawnictwo Marginesy , 2018 ,  400 stron
Literatura polska

   Zaskakująca scena początkowa!

   Na posterunku policji w Agios Nikolaos na Krecie przesłuchiwany Tom Mara przyznaje się do zamordowania dwóch kobiet. Oliwii będącej jego główną konserwatorką i Mony swojej asystentki i kochanki. Ba! On się domaga już i natychmiast uznania jego winy! Wywiad wstępny uznaje za zbędny. Wręcz wkurzający!

   Coś mi tu nie grało!

   Byłam tak samo ciekawa co, jak przesłuchująca go policjantka, a jeśli ktoś kogoś wkurzał, to na pewno Tom. Wysoki blondyn ubierający się na czarno, zawsze z czarnymi okularami na twarzy. Archeolog, który kierował pracami wykopaliskowymi na Krecie. Szef Kreteńskiego Centrum Badań Archeologicznych. Inteligentny, opanowany mężczyzna, który miał narzeczoną i poukładany świat wokół. Szczęśliwy człowiek, jak sam o sobie mówił.

   Tacy nie zabijają z dnia na dzień!

   I to dwie osoby. Zwłaszcza że Tom bardzo dbał o swój status quo. Musiał. Był ślepy. Nie niewidomy, niewidzący czy upośledzony wzrokowo, ale właśnie ślepy i używania dokładnie takiego określenia domagał się od innych. W pierwszym momencie pomyślałam – super! Jawił mi się niczym istota z nadprzyrodzonymi mocami, która wyostrzonymi zmysłami słuchu, węchu i dotyku, potrafiła nie tyle normalnie funkcjonować, co czerpać z życia pełnymi garściami. Za tę postawę, wbrew przeciwnościom losu, gotowa byłam się w nim zakochać! Dobrze że tego nie zrobiłam, bo potem okazało się, że z tym jego bohaterstwem wcale nie jest tak optymistycznie. Zauroczenie mijało wraz z informacjami o jego ułomnościach. Był człowiekiem, któremu wydawało się, że świat należy do niego, a on nad nim całkowicie panuje. Wystarczy wsłuchać się w natężenie dźwięku, wyczuć rodzaj woni, policzyć kroki, ustalić czas, odbierając ciepło promieni słonecznych, logicznie pomyśleć, stworzyć abstrakcyjną mapę topograficzną w umyśle i perfekcyjnie poruszać się po niej niczym robot.

   Nic z tego!

   Okazało się, że jego ślepota dotyczyła nie tylko oczu, ale również sfery emocjonalnej i społecznej. Był totalnie ślepy (nie niewidomy!), ale dokładnie ślepy na to, co działo się w sferze kontaktów międzyludzkich. Wraz z morderstwami runął mu nie tylko precyzyjnie poukładany świat osobisty, ale również moje wyobrażenie o nim. Z superbohatera stał się przeciętnym mężczyzną z powszechnie przynależną mu cechą – egoizmem.

   Muszę się jednak do czegoś przyznać!

   Również okazałam się egoistką, co udowodniła mi autorka. Poprzez narrację w pierwszej osobie wcieliła mnie w bohatera, potęgując to uczucie jego kalectwem. Zamknęła w ciemnym pudełku i zdała mnie tylko na odbiór świata i rozumowanie Toma. Z jednej strony sprawiło mi ogromną przyjemność odkrywanie świata ciemności bez udziału wzroku, a z drugiej okazję do przekonania się, czy w dokładnie jego sytuacji czułabym inaczej? Więcej „zobaczyła”? Była mądrzejsza? Otóż nie!

   Byłam dokładnie taka sama!

   Egoistyczna, jednokierunkowa w myśleniu, zagubiona i bardzo, bardzo zirytowana. Z przyjemnością wrzeszczałam słowami Toma na jego rozmówców, a scena z Anniką, próbującą mi pomóc, doprowadziła mnie do szewskiej pasji! No proszę, co potrafiła zrobić autorka ze spokojną czytelniczką! Tom też był spokojny. Do czasu! Do momentu wciągnięcia w chorą grę esemesowych pytań i zadań-zagadek. Skupiałam się tylko i wyłącznie na ich rozwiązywaniu. Myliłam miłość z wygodą i pożądaniem, broniąc nomen omen ślepo podjętych decyzji. Dążyłam do celu, nie licząc się z uczuciami przyjaciół i współpracowników oraz nie biorąc ich rad pod uwagę. W zadufaniu bagatelizowałam ostrzegawcze sygnały i istotne informacje. Kręciłam i usprawiedliwiałam złe uczynki innych, by mieć święty spokój. Kobiety mnie denerwowały! Na dodatek kłamałam, tworząc kilka wersji wydarzeń tego, co tak naprawdę wydarzyło się w ciągu ostatnich pięciu dni. W efekcie grałam i irytowałam się.

   Czyli świetnie się bawiłam!

   Dokładnie tak, jak przewidziała autorka w posłowiu. Przygotowała mi swoisty test.  Stworzyła zagmatwaną historię morderstw w kilku wersjach. Umieściła ją w środowisku archeologów, odsłaniając tajniki bardzo ciekawego zawodu, którego specyfika dostarczała  dodatkowych wątków sensacyjnych. Wprowadziła bohatera, który stał się właściwie antybohaterem, o czym zorientowałam się z byt późno, by pozytywnie zdać test. Wplątała w wydarzenia  kobiety, które były równie wkurzające i zakłamane, jak Tom. Naprzemiennością czasu narracji wprowadziła tempo i dynamikę, które nie pozostawiały mi chwili na krytyczne, odmienne myślenie, ale za to na pastwę impulsywnych emocji. Test zakończyła trzęsieniem ziemi w logice rozumowania, jak i dosłownym. Gdy ziemny kurz opadł, a emocje ostygły, wtedy dopiero mógł wyraźnie  wybrzmieć sens słów Toma – Bo byłem cholernie głupi i nie dostrzegałem tego, co się dzieje wokół mnie. A gdy już dostrzegłem, nie rozumiałem. Zupełny ślepiec...

   Autorka udowodniła mi, że łatwo oceniać postępowanie innych, stojąc z boku, ale jeśli znajdzie się na ich miejscu, w ich sytuacji, okazujemy się dokładnie takimi samymi.

   Ślepymi!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ślepy archeolog [Marta Guzowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

A tutaj wysłuchałam wywiadu z autorką.

niedziela, 18 marca 2018
Istota ryżu – Michael Booth

Istota ryżu: o duszy japońskiego jedzenia – Michael Booth
Przełożyła Magdalena Rabsztyn-Anioł
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  382 strony
Literatura angielska

   Samozwańczy beznadziejny japanofil, ewidentnie winny fetyszyzowania wielu aspektów japońskich kulinariów i kultury – jak sam siebie określił autor – wybrał się do Japonii po raz drugi!

   Pierwszy raz odwiedził ją w 2007 roku, a efektem tego była książka Sushi i cała reszta, która doczekała się ekranizacji w postaci serialu.

Autor często powoływał się na odcinki tego filmu, żartując ze sposobu ich realizacji, nadinterpretacji i przekłamań w przygodach kulinarnych, które nie miały miejsca w rzeczywistości, ale które stały się inspiracjami do zrealizowania w drugiej podróży w 2016 roku. Po dziesięciu latach, czując niedosyt, postanowił wybrać się ponownie, by wniknąć głębiej w kulturę jedzenia, zobaczyć  to, co ominął wcześniej i lepiej poznać Japończyków. Podróż nie miała jednak chronologicznego przełożenia na układ książki. W rzeczywistości częściowo przebiegała w trzech wizytach rodzinnych z żoną i dwoma synami, a częściowo w pojedynkę. Różnymi środkami transportu – samolotem, samochodem, pociągiem, rowerami, autobusem, kolejką tyrolską, rozmaitymi promami, łódkami, kamperem, a nawet maszyną do sadzenia ryżu. Do różnych zakątków Japonii. Tej najczęściej odwiedzanej przez turystów i tej „innej Japonii”, jak nazywają ją sami Japończycy, ta ciemna strona księżyca, miejsce duchów i legend, upiorów i demonów, w którym powstaje wiele mitów i baśni kraju. Przemieszczając się z podzwrotnikowej wyspy Okinawa położonej na południu na chłodną wyspę północy – Hokkaido. Z zatłoczonego i najpopularniejszego miasta Tokio do mniej lub w ogóle nieznanego Matsue – Miasta Wody. Jedynym wyznacznikiem dokąd się uda lub zboczy z zaplanowanej trasy i czym tam dotrze, była potrawa lub jej unikalny składnik albo wyjątkowe miejsca jej spożywania, które mają swój ranking Tabelog tworzony przez konsumentów. Autorowi jednak nie chodziło o wyrafinowany pejzaż kulinarny, który może zachwycić, zadziwić i przerazić jednocześnie, ale przede wszystkim o tradycyjną kuchnię japońską washoku, której w 2013 roku UNESCO przyznało status „niematerialnego dziedzictwa kulturowego”. To dokładnie ten azymut prowadził autora do jaskiń, w których przechowywano trunek awamorihabu w środku czyli wężem. Próbowałam ten rodzaj alkoholu, ale dopiero teraz dowiedziałam się, co tak naprawdę piłam, poznając dokładnie całą sztukę procesu jego produkcji. Otóż - i tutaj cytat dla osób o mocnych nerwach najpierw przez kilka miesięcy są głodzone, patroszone i marynowane w alkoholu, chociaż w niektórych miejscach zamraża się węże żywcem, żeby je unieruchomić, następnie usuwa się wnętrzności – cały czas żyją – i zszywa. Kiedy zwierzętom wraca przytomność, co zrozumiałe, nie są z takiego obrotu spraw zadowolone i umierają w paroksyzmie agresji – a o tę pozę chodzi producentom awamori habuschu, ponieważ wygląda ładnie i dramatycznie w butelce. Mnie bardziej przypominał eksponat laboratoryjny zatopiony w zzieleniałym formaldehydzie, ale w smaku miał to nieporównywalne coś. W tym momencie stwierdziłam, że moja raz przyjęta zasada sprawdza się lepiej, by móc zjeść i wypić, kierując się smakiem, a nie uprzedzeniami kulturowymi – najpierw zjeść, a potem pytać, co się zjadło i wtedy prosić lub nie o dokładkę.

   Autor przyjął inną zasadę!

   Musiał wiedzieć dokładnie i ze szczegółami, a nawet kontekstem historycznym, z jakich składników, jak przygotowywanych i jakim procesom obróbki poddanych było to, co serwowano mu na talerzu, w misce, na patyku, w filiżance czy prosto z wnętrzności rozpłatanego zwierzęcia. Dlatego z jaskiń, wędrował na farmy hodowlane, do sal produkcyjnych, wypływał w morze lub  wchodził w wodne pole ryżowe. Nie tylko konsumował nie zawsze z zachwytem, jeśli na przykład próbował ryby poddanej kilkuletniej fermentacji, ale również pracował fizycznie przy produkcji, sadząc ryż, patrosząc jeżowce lub gotując. Używał przy tym japońskiej nomenklatury, ale z objaśnieniami, nie zapominając o bardzo przydatnym słowniczku umieszczonym na końcu książki. To samo czynił z opisami smaku, odwołując się do porównań kulinarnych znanych przeciętnemu odbiorcy europejskiemu.

   Miałam ochotę na wszystko!

   Nawet na tōfuyō (tofu), które synowie obwołali „złem absolutnym” i „diabelską kupą”! Nawet na rybę, która przeleżała w lodówce osiem lat! Nawet na herbatę z odchodów jedwabników karmionych liśćmi morwy! Najbardziej jednak zamarzyło mi się to, czego autor nie cierpiał, bo nie widział sensu w patrzeniu na starszą kobietę, której zrobienie czarki matchy zajmuje dwie godziny, czyli uczestnictwo w ceremonii picia herbaty. Trochę mnie ta niecierpliwość autora zdziwiła, bo drugim celem jego podróży było to, co ujął w tytule oryginalnym The Meaning of Rice, a co tłumacz polski przełożył na „istotę ryżu”. Jak znaleźć coś bez kontekstu? To tak, jakby  z góry odrzucił to, czego szukał! Chociaż był blisko, bo znalazł kaizen – ciągłe, stopniowe, wieloletnie udoskonalanie praktykowane już tylko przez shokuninów czyli mistrzów rzemiosła. Odkrywał tę „istotę” nie tylko dla siebie i czytelników, ale przede wszystkim dla synów. Chciał im pokazać dowody determinacji i oddania w wykonywaniu czynności w uprawianym rzemiośle czy sztuce kulinarnej przechodzącym z pokolenia na pokolenie. Zabrakło mi tutaj jednego słowa ujmującego tę istotę, a które celnie oddaje i opisuje to zjawisko obserwowane chyba tylko w Japonii – ikigai. Pisali o nim autorzy badający tajemnicę długowieczności Japończyków w publikacji pod takim właśnie tytułem Ikigai.

   Autor miał przy tym świadomość przemijania tego, co jeszcze zdążył zobaczyć, doświadczyć, uchwycić oraz zatrzymać w słowie i druku. Nie bez powodu powoływał się na wspomnienia  podróżników z innych wieków, porównując je ze stanem obecnym. Z niepokojem zauważał, że wiele regionalnych tradycji kulinarnych może zostać utraconych na zawsze w ciągu jednego pokolenia z powodu niecierpliwość, braku zainteresowań, zmiany upodobań smakowych i niewiedzy. Do tego Japonia, jak każdy inny kraj, zmaga się z mrocznym aspektem swojej kultury – przestępczość, korupcja, bieda, izolacja, ubóstwo, wysoki wskaźnik samobójstw i bezrobocia, rosnąca nierówność ekonomiczna, głęboko zakorzeniona nierówność płci, oraz karōshi czyli zapracowanie się na śmierć, do tego zmiany klimatyczne, chemizacja wód, gleby i żywności. Pomimo tych wszystkich zagrożeń autor jest dobrej myśli, pokładając nadzieję w shokuninach jako antidotum na szerzący się indywidualizm i wiek narcyzmu, którzy odnajdują złoty środek pomiędzy jednostką a zbiorowością, pomiędzy tym, co egoistyczne a tym, co altruistyczne.

   A ja zastanawiam się nad „istotą” polskiej kuchni i w ogóle, czy ją mamy? Obserwując gotowanie w terenie w różnych zakątkach Polski przez uwielbianych przeze mnie Karola Okrasę i Roberta Makłowicza, mam wrażenie, że jak najbardziej, że tak, że posiadamy. Tylko z określeniem byłoby trudniej, bo niby „istota kaszy”? Brzmi jakoś przaśnie, ale może tak ma być? Do wyrafinowanych nasze jedzenie wszak nie należy.

   Chociaż to kwestia gustu, który podobno nie podlega dyskusji!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Istota ryżu [Michael Booth]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Podobno japońskie jedzenie jest takie smaczne dzięki umami i o tym jest ten film.

sobota, 17 marca 2018
Spaceman – Mike Massimino

Spaceman: jak zostać astronautą i uratować oko na Wszechświat  – Mike Massimino
Przełożył Krzysztof Bednarek
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  336 stron
Literatura amerykańska


      Można historię o Mike’u Massiminie zacząć z przytupem. 

   Oto amerykański astronauta, który dwukrotnie poleciał w kosmos. Raz w 2002 roku wahadłowcem Columbia. Drugi raz w 2009 roku promem Atlantis. Obie misje do Kosmicznego Teleskopu Hubble’a, którego rolę w podtytule ujęto jako „oko na Wszechświat”. Zespołowy rekordzista spacerów w kosmosie i pionier tweetów z kosmosu. To robi wrażenie! Od opisu pierwszego startu w przestrzeń kosmiczną rozpoczął również swoją opowieść. Pełną napięcia, wielkich niewiadomych, emocji i ciekawości tych wyjątkowych chwil dostępnych nielicznym.

   Wybranym!

   To w tym słowie mieścił się drugi wymiar tej opowieści. Kim trzeba być, skąd pochodzić, jakie drogi wybrać, by nim zostać? Ten aspekt ciekawił mnie najbardziej. Pilnie śledziłam jego losy, ścieżki naukowe i zawodowe, kierunki rozwoju osobistego, uwidaczniające się cechy charakteru, które summa summarum doprowadziły go do roli astronauty. Doszłam do wniosku, że nie ma jednej, sprawdzonej recepty, co potwierdził autor, pisząc – Z zostaniem astronautą jest tak, że nikt nie jest ci w stanie powiedzieć, jak to zrobić. Nie potrafią tego powiedzieć nawet w NASA, bo szanse, że rzeczywiście zostaniesz astronautą, są tak niewielkie. Wszyscy cię zachęcają, ale nikt nie ma żadnej niezawodnej rady. Astronautą może zostać każdy i jednocześnie nie wszyscy. Autor jest tego absurdu świetnym przykładem. Swoje dzieciństwo i dorastanie opisał jako totalne zaprzeczenie kandydata na loty w kosmos. Równie dobrze mógł mówić wszystkim dookoła, że chce zostać Spider-Manem. Reakcje otoczenia byłyby jednakowe, bo jak, do licha, można zostać Spider-Manem? – puentował żartobliwie.

   A mimo to został nim!

   Jak to osiągnął? O tym właśnie była jego opowieść. Bardzo emocjonująca i emocjonalna! Sinusoida upadków i powstań z kolan, zniechęceń i nadziei, zagubienia i odnajdywania się, na której dominował upór, konsekwencja i bardzo ciężka, długoletnia praca – umysłowa, fizyczna i psychiczna. Autor szarpał moimi emocjami od zadziwień, zachwytów i radości po smutek, łzy bezsilności i czarne dziury beznadziei. Nigdy nie wiedziałam, co czeka mnie za rogiem kolejnej strony. Czasami doprowadzał mnie do apogeum ciekawości i niepewności, by zakończyć opowieść ulgą i chęcią uduszenia go za to. Scenom z kosmosu nadawał charakter zachwytów estetycznych z elementami thrillera, w których stawką była nie tylko reputacja, ale i losy świata. Ratowałam go razem z nim, sekundując wszystkim powierzonym czynnościom. Za to też chciałam go udusić z wdzięczności. Umiał przy tym to katharsis chwili zamienić w żart. To dzięki tej komunikatywności i poczuciu humoru, został wybrany! O ironio losu – kilkadziesiąt lat morderczej pracy, nauki, badań, by w momencie selekcji zaważyła cecha charakteru, którą posiadał od urodzenia! Cudowna cecha tak mocno przebijająca się na kartach książki.

   To opowieść również o samorozwoju.

   O chłopcu, który miał marzenie. Wiedział dokąd chce iść, ale nie wiedział, którędy tam dojść. To nieustępliwe, aktywne szukanie i wykorzystywanie każdej możliwości było przede wszystkim wskazówką, jakim trzeba być człowiekiem, by w życiu osiągać wyznaczane sobie cele. W tym sensie to bardzo motywująca i inspirująca opowieść. Świat, ba!, kosmos należy do każdego – skutecznie przekonywał mnie autor. Wystarczy chcieć, działać i czekać na swoją szansę. Na uchylenie się drzwi, bo dopóki pozostawały otwarte, choćby przeświecała tylko szczelina, wiedziałem, że nie przestanę próbować – zapewniał autor. A przy okazji realizować marzenia drugie i kolejne, bo zrealizowane torują drogę następnym tak, jak w przypadku Mike’a, który zagrał z drużyną Metsów na miejscu dla miotacza, a potem w serialu telewizyjnym, został mówcą inspirującym i wreszcie napisał tę książkę. W marcu spotkał się również z polskimi czytelnikami w warszawskim Centrum Nauki Kopernik.

Nieustannie wykorzystując swoje liczne talenty, próbuje zatrzymać człowieka w pędzie życia, by pokazać Ziemię z kosmosu, w którym pobyt zmienił mu postrzeganie naszej planety na tle wszechświata, ale i człowieczej roli w nim. Swoją sugestywną opowieścią uniósł mnie wysoko razem ze sobą i pokazał to, co sam widział, czuł i myślał. Tę zmianę dystansu patrzenia z egoistycznego „ja” tu na Ziemi na „my” we wszechświecie. Przy okazji obalając mit ideału człowieka osiągającego sukces w pojedynkę. Praca w zespole i bycie cząstką całości to wartości i warunki powodzenia, które stale podkreślał.

   To nie koniec jego marzeń!

   Kolejnym jest dotarcie do najmłodszych pokoleń – Marzę, że niektórzy z owych młodych ludzi, którzy tak sobie klikają, może dowiedzą się o tej książce i znajdą sposób, żeby trafiła w ich ręce – a kiedy to się stanie, dowiedzą się, że nawet jeżeli jesteś chudym chłopcem z Long Island mającym lęk wysokości, to jeśli marzysz o spacerowaniu wśród gwiazd, jesteś w stanie to osiągnąć. Dowiedzą się, że tak naprawdę w życiu ważne są odnalezienie celu i oddanie w służbie innym oraz powołaniu większemu od „ja”. Piękne marzenie o wartościach mało popularnych wśród młodzieży, które podzielam, a które można realizować na różne sposoby. Mike wybrał bezpośrednie spotkania z czytelnikami, ja, by mu to ułatwić, pisząc o nim i o jego książce. Każdy na miarę swoich możliwości.

   Razem można więcej – jak ująłby to Mike.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Spaceman. Jak zostać astronautą i uratować nasze oko na Wszechświat [Mike Massimino]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 11 marca 2018
Martwa natura – Louise Penny

Martwa natura – Louise Penny
Przełożył Kamila Slawinski
Wydawnictwo Poradnia K , 2018 , 327 stron
Seria Inspektor Gamache ; Tom 1
Literatura  kanadyjska

   Zło nie rzuca się w oczy i zawsze jest ludzkie. Dzieli z nami łoże, je przy naszym stole.

   Wokół tej myśli pochodzącej z poezji Wystana Hugha Audena autorka zbudowała misterną fabułę z atmosferą thrillera. Trzeba być nie lada mistrzem pióra, żeby w zwyczajności skutecznie ukryć grozę zła. Zrobić to tak, by było obecne i jednocześnie niewidzialne. Transparentnie wkomponować je w tło obrazu, któremu należy się bardzo dobrze przyjrzeć, wnikliwie przeanalizować, szczegółowo poznać okoliczności jego powstania, by wyłonić jeden element niepasujący. Czynnik budzący zło z letargu.

   Autorka taki obraz namalowała słowami.

   Piękne, urocze, niewielkie, kanadyjskie miasteczko Three Pines niedaleko Montrealu. Położone wśród gór wzbudzało zachwyt i wrażenie sielskości i niemalże senności. Ale to właśnie tutaj, w jego przepięknie ubarwionym lesie paletą jesiennych, zmieniających kolor klonowych liści, znaleziono martwą Jane Neal. Emerytowaną nauczycielkę. Znaną, lubianą, życzliwą wszystkim i posiadającą grono oddanych przyjaciół. Każdemu z nich mogłam się dobrze przyjrzeć. Poznać rodzinę i przeszłość. Zaobserwować nawyki, pasje, styl życia, poglądy i zachowanie oddające charakter i osobowość. A mimo to, nie potrafiłam wyłonić sprawcy. A przecież wiedziałam to, czego nie chcieli przyjąć do wiadomości mieszkańcy miasteczka, a co nadinspektor Armand Gamache przekazywał swoim współpracownikom – myśl z Ewangelii św. Mateusza –I będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Oddelegowany z Sûrét du Québec uosabiał niemalże ideał klasycznego śledczego. Stateczny, opanowany, cierpliwy, kulturalny, rozważny, z wieloletnią praktyką zawodową i niemalże stuprocentowymi wynikami w rozwiązywaniu spraw, bez awansu od dwunastu lat, a mimo to szczęśliwy człowiek. Jeśli miał jakieś wady, to znał je tylko on. A jeśli autorka je zdradzała, to tylko po to, by nadać mu rys człowieczeństwa. Do pomocy i zrównoważenia charakteru przydzielono mu ambitną agentkę Nichol, której zależało na sukcesie. Niestety, według Gamache’a, arogancką, zadufaną w sobie, posiadającą wprawdzie mózg, ale niepotrafiącą go używać, desperacko próbującą coś udowodnić sobie i innym, a jednocześnie odbierającą każdą radę jako krytykę, a każdą krytykę jako katastrofę. Jednak nie irytowała mnie, mimo że bardzo się starała, z dwóch powodów. Po pierwsze pozytywnie zaburzała (dla mnie, ale nie dla niej!) monotonną i przewidywalną rutynę nadinspektora, a po drugie i najcenniejsze dla dochodzenia, dzięki łamaniu wszelkich reguł ruszała śledztwo z miejsca, w którym co jakiś czas utykało, jak w martwym punkcie.

   Nic na tym słowem malowanym obrazie nie było przypadkowe!

   Wszystkie jego elementy miały określone przeznaczenie i rolę do odegrania, wchodząc w skład niewidzialnych zależności, uwikłań i więzi rodzinnych oraz towarzyskich. To one decydowały o logice i toku dochodzenia. Ich praprzyczyną autorka uczyniła problemy psychiczne (przemoc w rodzinie, brak więzi rodzinnych) i społeczne (homofobia), które dobrze  wkomponowała w tło wydarzeń. Dopiero zebranie wszystkich tych elementów przez nadinspektora Gamache’a, połączenie w całość dzięki niezawodnej intuicji i wieloletniemu doświadczeniu w wydziale zabójstw z odrobiną arogancji agentki Nichol, udało się odkryć twarz zabójcy.

   Była ukryta pod maską martwej natury.

   Tacy ludzie są wśród nas. Martwi za życia. Z osobowością przetrwalnikową, która, jeśli się nie zmienia i nie ewoluuje, staje się niedojrzała i niebezpieczna dla najbliższych. Która popełnia zło „dekady wcześniej, zanim faktycznie mają miejsce.” Zanim ujawnią się fizycznie. Dokładnie to przytrafiło się w społeczności uroczego miasteczka Three Pines. Dokładnie to może przydarzyć się i przydarza (sądząc po doniesieniach medialnych) każdej społeczności na świecie.

   Kryminał w dobrym, klasycznym stylu.

   Pierwszy raz ukazał się cztery lata temu pod zupełnie innym tytułem – Martwy punkt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Martwa natura [Louise Penny]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Na podstawie serii z nadinspektorem Gamachem powstał serial. Tutaj zwiastun pierwszego odcinka i tomu.

sobota, 10 marca 2018
Błąd Darwina – Jerry Fodor , Massimo Piattelli-Palmarini

Błąd Darwina – Jerry Fodor , Massimo Piattelli-Palmarini
Przełożył Marcin Gokiel
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 , 298 strony
Seria Myśleć
Literatura  amerykańska
  

   Proponujemy więc czytelnikom i czytelniczkom, by gdy kolejny raz usłyszą, że prawdziwość adaptacjonizmu wynika wprost ze „światopoglądu naukowego”, ugryźli interlokutora bądź interlokutorkę w kostkę. – radzą autorzy.

   „Świetna” rada wydawałoby się na początku zanim poznałam ich subtelne poczucie humoru, wyrosła na jeszcze świetniejszej  argumentacji (tu już na poważnie), że teoria ewolucji - według nich – jest błędna! Te zarzuty tym razem nie pojawiły się w obozie kreacjonistów. To byłoby niczym nowym. „Zdrada” nastąpiła we własnym obozie. Wśród ateistów broniących teorii Karola Darwina. Naukowca, który stoczył niemałą bitwę, a nawet wojnę ze współczesnymi sobie badaczami o swoje poglądy, którą opisał  Irving Stone w Opowieści o Darwinie. A kiedy środowisko naukowe wreszcie zaakceptowało i przyjęło je, to tak bardzo się zasiedziały w niezmienionej formie, że zaczęły przeszkadzać w rozwoju nauki. Ba! Wręcz szkodzić! Tak utrzymują autorzy, rozpoczynając swoją publikację deklaracją – To nie jest książka o Bogu, inteligentnym projekcie ani o kreacjonizmie. Obaj trzymamy się od tych spraw z daleka i uznaliśmy, że warto z góry zadbać w tej kwestii o jasność. Określili się przy tym światopoglądowo – Obaj uważamy się za zdecydowanych, zadeklarowanych, zarejestrowanych, sprawdzonych i bezkompromisowych ateistów. Pierwszy – filozof i psycholog poznawczy, a drugi – kognitywistyk,  w swojej publikacji śmiało stawiają kilka wywrotowych tez dla ewolucjonistów i neodarwinistów, z których podstawowym i głównym tej pracy jest twierdzenie, że w teorii doboru naturalnego tkwi błąd. Niezauważalny powszechnie, ponieważ w ogólnym rozgardiaszu i specjalizacji naukowej trudno dostrzegalny. Również dlatego, że, aby go zrozumieć, trzeba odnieść się, a nawet przenieść się w rozważaniach, na grunt innych dziedzin, niekoniecznie pokrewnym biologii, a potem również rozumowanie na grunt filozofii. To wyprowadzenie rozumowania odwrotnego w darwinizmie i pomieszanie w nim twierdzeń doprowadziło do niepoprawności. Autorzy postanowili dokładnie to przeanalizować i przedstawić w sposób logiczny i jasny tak, by czytelnik zrozumiał, na czym polegał błąd przede wszystkim w teorii doboru naturalnego, a dokładniej w błędnym ujęciu jego mechanizmu przyczynowego, które uczyniło – według autorów – teorię doboru naturalnego Karola Darwina... pustą! Nie będę przytaczała tego pasjonującego, drobiazgowego i rzeczowego ciągu dowodowego wraz z jego odkrywczymi, innowacyjnymi i rewolucyjnymi wnioskami. Pozostawiam tę przyjemność śledzenia i zaskoczeń argumentów przemawiających za tezą autorów, czytelnikom. Fascynująca była dla mnie również sama walka na argumenty naukowców z różnych dziedzin, w której zaciętość niczym nie ustępowała tej sprzed wieków z udziałem Karol a Darwina. Tym razem współcześni bronili status quo teorii ewolucji. Ich wypowiedzi i kontrargumenty autorzy umieścili na końcu książki, a ich lektura pozwoliła mi na przyjemne zanurzenie się w atmosferę „burzy mózgów” zarówno przeciwników, jak i zwolenników argumentów autorów. Badaczy bardzo otwartych w swoich poglądach, kładących nacisk przede wszystkim na rozwój nauki, na prawo do poddawania w wątpliwość i pod dyskusję każdego zauważonego problemu, na prawdę naukową, której, według Bernarda Stieglera, w środowisku akademickim jest coraz mniej, o czym alarmował we Wstrząsach. Autorzy mieli świadomość, z jakimi siłami opozycji przyjdzie się im zmierzyć, pisząc – Otóż nasi koledzy niejednokrotnie przekonywali nas, że nawet jeśli Darwin popełnił zasadniczy błąd, uznając dobór naturalny za główny mechanizm ewolucji, to nie powinno się o tym mówić, a już na pewno nie publicznie. Podejmowanie tego rodzaju działań jest równoznaczne – nawet jeśli nie to było ich celem – z dołączeniem do Sił Ciemności, które zmierzają do obalenia autorytetu nauki. Nic dziwnego, że książkę wydaną po raz pierwszy w USA w 2010 roku przyjęto bardzo źle.

   Samo opracowanie nie jest lekkie w odbiorze.

   Wymaga skupienia (to nie jest pozycja do czytania w autobusie) i znajomości podstaw biologii, filozofii i logiki oraz języka naukowego tych dziedzin. Zwłaszcza że autorzy, aranżując interdyscyplinarną dyskusję, zaglądają również do nauk wspierających ich argumenty takich, jak: fizyka, chemia, matematyka, semantyka czy  psychologia w jej behawiorystycznej odsłonie. Opierali się w niej na najnowszych odkryciach empirycznych w badaniach naukowych opublikowanych w ciągu ostatnich pięciu lat w specjalistycznych czasopismach biologicznych, które (słusznie) były prezentowane przez autorów jako innowacyjne. W ten sposób, wbrew pozorom, chcieli pomóc pozbyć się zdeklarowanym darwinistom „ducha w maszynie” (Boga, Matki Natury, Samolubnych Genów, Ducha Świata, swobodnych intencji, fantomowych hodowców i tak dalej, i tym podobnych), którego przemycają w niejawnych odwołaniach do wyjaśnień intencjonalnych, będąc tego zupełnie nieświadomymi. Dla autorów to niedopuszczalne, by biologia ewolucyjna odwoływała się do intencjonalności. Faktycznie – to bardzo nielogiczne!

   Dla mnie to moment, w którym, jako kreacjonistka, miałam najwięcej satysfakcji.

   Autorzy wymiatając argumentami starą teorię, pozostawiali pustkę, której nie potrafili wypełnić lub zastąpić inną. Dochodzili do ściany niewiedzy, przy której rozkładali ręce, tłumacząc bezradność brakiem większej ilości danych, które czekają dopiero na odkrycie. Ujęli ten fakt rozbrajającym stwierdzeniem  – jak to się mówi: potrzebne są dalsze badania. Dokładnie takiej postawy u naukowców oczekuję – odwagi w przyznaniu się do niewiedzy niż brnięcie w teorie zastane, chociaż niekonieczne prawdziwe. Tym samym niczego nowego dla mnie osobiście nie wnieśli. Wręcz przeciwnie – utwierdzili, że każda droga ewolucjonisty prowadzi do intencjonalności, a stwierdzenie, że dobór naturalny działa sam z siebie (dokładnie użyli sformułowania - to coś, co po prostu się dzieje), nie przekonuje mnie, bo pojawia się kolejne pytanie – dlaczego działa i co lub kto za tym stoi? Jak królik z kapelusza, znowu pojawia się pytanie o intencję? Obawiam się, że to stały lejtmotyw darwinistów wyskakujący zawsze na końcu ich dedukcji. Dokładnie do takiego samego wniosku doszłam po lekturze Najwspanialszego widowiska świata Richarda Dawkinsa.

   Czytając literaturę „z obozu wroga”, coraz bardziej ulegam przekonaniu, że nauka, próbując przybliżyć nas do wyjaśnienia tajemnicy przyczyny pojawienie się życia i praw nim rządzących, tak naprawdę próbuje wyjaśnić jego intencję.

   Intencję, której istnienie odrzuca!

   Podziwiam ten hart ducha człowieczego umysłu, tę nadzieję pokładaną w metodach i narzędziach naukowych, to konsekwentne dociekanie w wyjaśnianiu niewiadomego, tę walkę o tożsamość ludzkości, by ostatecznie dowiedzieć się, że skomplikowanie naszego świata na wyjściu jest jeszcze bardziej skomplikowane niż na wejściu.

   I to jest w nauce najpiękniejsze!

   Ta pozycja to potwierdza. Zmusza także do myślenia. Uczy krytyczności. Taka jest idea całej serii o wymownej nazwie – Myśleć, w której skład wchodzi ta pozycja. Na wewnętrznej stronie okładki mogłam zapoznać się z pozostałymi jej tytułami.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Błąd Darwina [Jerry Fodor, Massimo Piattelli-Palmarini]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1074 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi