Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
wtorek, 15 sierpnia 2017
Chata – William Paul Young

Chata – William Paul Young
Przełożyła Anna Reszka
Wydawnictwo Nowa Proza , 2009 , 282 strony
Literatura kanadyjska

   Dlaczego jest tyle zła na świecie?

   Dlaczego Bóg pozwala na cierpienie śmiertelnie chorego dziecka? A co z chciwcami, którzy wyzyskują biednych? Z tymi, którzy wysyłają dzieci na wojnę? Co z mężami bijącymi żony? Co z ojcami bijącymi synów tylko dlatego, że chcą złagodzić własną udrękę? Co z dziećmi mordowanymi przez własnych rodziców? Co z wojnami, w których giną niewinni cywile? Dlaczego Bóg na to pozwala? Dlaczego nie odwróci losu? Dlaczego nie ulży w bólu?

    Dlaczego, dlaczego, dlaczego...

    Bardzo często zdarza mi się słyszeć tego typu pytania w rozmowach o życiu. Odpowiedzieć na nie zdaniem jednego z bohaterów tej powieści – Może masz niewłaściwe pojęcie o Bogu. – byłoby zamachem na ich wiarę. Nikt nie lubi trzęsienia gruntu, na którym stoi. Lepiej podsunąć takim zmagającym się i pogubionym w swoim światopoglądzie religijnym tę książkę. Stoi sobie na mojej półce (aż trudno uwierzyć!) 17 lat i robi dobrą robotę! Nie liczyłam, ilu osobom ją pożyczyłam (ostatnio, po ekranizacji powieści, częściej na ich prośbę), ale za każdym razem wracała do mnie z zachwytem na twarzy oddającego i brakiem słów ogarniających jej przesłanie.

   Wiedziałam jedno – troszeczkę pomogłam!

   Powieść rozpoczyna się bardzo prozaicznie, bo sensacyjnie. Mackowi, szczęśliwemu mężowi i ojcu trojga dzieci, ginie najmłodsza córka Missy. Zakrwawiona sukienka odnaleziona w odludnej chacie sugeruje, że dziewczynka prawdopodobnie nie żyje. Jej porwanie rozpoczyna w rodzinie czas Wielkiego Smutku i początek rozpadu więzi rodzinnych. Po kilku latach od tragedii i symbolicznym pochowaniu Missy, Mack znajduje w skrzynce pocztowej list z zaproszeniem do chaty.

   TEJ chaty.

   Wyrusza do niej, rozpoczynając, jak dla mnie, najmniej przemawiającą do mnie część tej powieści, spotkanie z Bogiem w trzech osobach – starszą Murzynką (Bój Ojciec), młodym mężczyzną (Jezus) i młodą kobietą (Duch Święty). To moment, w którym czytelnik otrzymuje wiedzę na temat dogmatu Trójcy Świętej i boskości Jezusa. Dla większości chrześcijan to ważne, a dla reszty wierzącej inaczej, treść przez którą warto przebrnąć, żeby przejść do najważniejszej części tej historii.

   Dla mnie najistotniejszej.

   Rozmowy Macka z Bogiem, a raczej z poszczególnymi jego uosobieniami, który praktycznie i obrazowo tłumaczy mu fundamentalne prawdy wary - swoją rolę w stworzeniu świata i człowieka, roli człowieka, jego drogi, wyborów, wolnej woli i pragnienia niezależności, istocie dobra oraz  zła i jego sposobów i przyczyn pojawiania się na świecie, roli cierpienia, którego symbolem są łzy, sens oceny innych (w tym Boga) i wymierzania sprawiedliwości za życia w stałym odnoszeniu się do cierpienia i strat, jakie są udziałem Macka. Autor w tych rozważaniach i dialogach między Bogiem a cierpiącym mężczyzną sięga do korzeni  wiary ewangelików. Nie bez powodu w powieści pojawia się Biblia Gedeona. Sam jest synem misjonarzy wychowanym wśród plemion zamieszkujących Nową Gwineę. Również doświadczonym stratą, którą przepracował, a swoimi przemyśleniami i wnioskami dzieli się w postaci tej powieści. Nawiązuje metaforycznie do „chaty”, miejsca bólu straty noszonego w sobie, który jest doświadczeniem prawie każdego człowieka. Czyni z niego płaszczyznę porozumienia i punkt wyjścia do zrozumienia podstawowych i, wbrew pozorom, dla wielu trudnych zagadnień wiary. Wymagającej i bezkompromisowej. Może dlatego jest tak skuteczny w swoim przesłaniu,  sądząc po zachwycie oddających mi pożyczoną książkę. Co zaskakuje, dla żadnego z czytających katolików nie miało znaczenia protestanckie nachylenie powieści, w której autor wyraźnie odrzuca Kościół jako instytucję, jego system władzy oparty na hierarchii duchownych oraz ich pośrednictwo w komunikacji z Bogiem. Liczyło się to nowe spojrzenie na Boga i rolę człowieka w jego planach.

   Jeśli jednak ktoś ma wypracowany światopogląd religijny, w którym dominuje bezwarunkowa pokora, posłuszeństwo i poddanie się woli Boga. Jeśli ktoś jest w każdej chwili gotowy na śmierć. Jeśli ktoś zawsze przedkłada miłość do Boga nad grzeszną miłość (cudzołóstwo, rozpusta) do drugiego człowieka. Jeśli ufa Bogu, widząc codzienne cierpienie i śmierć własnego dziecka lub innej, kochanej osoby. Jeśli ktoś nie zadaje pytań zaczynających się od „dlaczego” w tragicznych, traumatycznych momentach  życia – ten może nie czytać tej powieści. Wyda mu się hollywoodzkim przekazem dla niedojrzałych w wierze. Pierwszym stopniem wtajemniczenia dla początkujących.

   Sądząc po zawrotnej popularności książki w świecie, jednak bardzo potrzebnym.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Chata [William Paul Young]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj wysłuchałam autora opowiadającego o swojej powieści.

niedziela, 13 sierpnia 2017
Podróż w trzech smakach – Layne Mosler

Podróż w trzech smakach: przepyszne opowieści z Buenos Aires, Nowego Jorku i Berlina – Layne Mosler
Przełożyła Kinga Markiewicz
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 488 stron
Literatura amerykańska

   Idealna książka na wakacje!

   Czytałam ją jak powieść, chociaż jest zapisem wspomnień autorki o walce o realizację własnych marzeń. A śniła jej się własna restauracja w stylu amerykańskiego Zachodniego Wybrzeża, wariacja na temat White Dog. Zatrudniła się jako kucharz liniowy, by nabyć wiedzę i doświadczenie. Miała nadzieję, że będzie to jej ostatnie miejsce pracy przed stworzeniem biznesplanu.

   Niestety poległa!

   Szybko okazało się, że tę bitwę przegrała, ale nie walkę. Zanim jednak doszła do wniosku, że zmarnowała całą dekadę na realizację chybionego pomysłu, znalazła nowy. Nie wiedziała, co chciała robić i dokąd pojechać, ale wiedziała jedno – musiało być związane z jedzeniem.

   I wymyśliła!

   Przypadek podsunął jej pomysł, który zaprowadził ją najpierw do Buenos Aires, potem do Nowego Jorku, by zakończyć podróż w Berlinie. Postanowiła podczas jazdy taksówką, wypytywać kierowców o ich ulubione miejsce posiłku. Bary, punkty i restauracje z dobrym , niedrogim jedzeniem, dostępnym dla wszystkich, ale nie przygotowywanym w sieciówkach. Swoje doświadczenia, przygody i doznania kulinarne opisywała w blogu Taxi Gourmet. Pomysł wydawał się trafiony i prosty, chociaż to ostatnie nie do końca. Okazało się, że nic nie było aż tak łatwe, zwłaszcza gdy w grę weszła miłość do tancerza tanga i samo tango. Jedno i drugie nie pokochało jej.

   Przeniosła się do Nowego Jorku!

   Tutaj odwróciła role. Zdobywając licencję taksówkarza (szalona dziewczyna!), tym razem to przewożonych pasażerów prosiła o wskazanie ich ulubionego miejsca z dobrym jedzeniem. To też nie okazało się proste. Musiała zapomnieć o wolnym duchu Argentyńczyków i dostosować się do praktycyzmu nowojorczyków. W poszukiwaniu kulinarnych skarbów godnych jej podniebienia wybierała się nawet do Queens, Brooklynu i Bronxu okrytych złą sławą. Ale to właśnie tam odkryła kulinarne Eldorado kuszące smakami całego świata – Małej Odessy na Brighton, Neapolu na Arthur Avenue, Bogoty na Jackson Heights, Buchary w Rego Park czy Kalkuty na Sunnyside.

   Ale i to miasto jej nie pokochało!

   Z wzajemnością! I tak trafiła do Berlina, gdzie z ulgą odkryła cudowne słowo Lebenskünstler niemające odpowiednika w angielskim, a które dokładnie ją określało, nadając sens jej stylowi życia, a także odnalazła swoje miejsce na ziemi, dom i mężczyznę życia. Też taksówkarza!    

   Narodziła się „mistrzyni życia”!

   Wbrew tytułowym sugestiom jedzenie nie dominowało w opowieściach autorki. Wiedzę szczegółową o daniach, ich składnikach, sposobach podawania i miejscu jego przyrządzania doczytywałam w jej blogu kulinarnym.  W opowieści jedzenie traktowała raczej jako pretekst i tło swoich przygód. Jako tylko motyw podróży, w której szukała przede wszystkim siebie i swojej drogi życia, na które nie chciała tylko zarabiać, ale w pełni go przeżywać, próbując wszystkiego i w wielu miejscach.

   To opowieść przede wszystkim o życiu z pasją!

   I z taką też pasją człowieka poszukującego, przeżywającego wzloty i upadki, sukcesy i porażki, radości i smutki, pewności i niepewności ją napisała. Przekazała ogromny potencjał pozytywnego nastawienia do życia i do pokonywania przeszkód, barier, schematów, uprzedzeń i granic. Dobry przykład czerpania wiedzy i umiejętności z każdego miejsca pobytu, by z powodzeniem wykorzystać je w kolejnym i wśród nowych ludzi. Siłę odwagi w podejmowaniu szalonych, a nawet nieodpowiedzialnych decyzji w opinii innych osób.

   Moc przyciągania, która sprawiła, że przeczytałam ją na jednym wydechu, w jeden dzień!

Zdania piane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Podróż w trzech smakach. Przepyszne opowieści z Buenos Aires, Nowego Jorku i Berlina [Layne Mosler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 11 sierpnia 2017
Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem – Oliver Sacks

Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem – Oliver Sacks
Przełożyła Barbara Jarząbska-Ziewiec
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2017 , 309 stron
Literatura amerykańska

   Jak można pomylić człowieka z przedmiotem?!

   Zaskakujący tytuł przypisałam szalonej wyobraźni autora z jeszcze bardziej wydumaną opowieścią. Nie przypuszczałam, że wejdę w świat chorób fascynująco opowiedzianych i dowiem się, że takie pomyłki w tym świecie to norma. Są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom – wiedział o tym William Szekspir, umieszczając tę myśl w Hamlecie. Podobne Adam Mickiewicz w Romantyczności – Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko.

   Skąd nagle to nawiązanie do romantyzmu?

   Z nawiązania autora-neurologa do romantyzmu w swoich rozważaniach wstępnych ukazujących neurologię i jego pacjentów z zaburzeniami pracy mózgu niemalże jak podróże w głąb nieznanych lądów, gdzie wszystko jest nowe, inne, a nawet piękne! Połączył to, co naukowe, i to, co romantyczne w jedno. To jego holistyczne nastawienie przywróciło „przypadkowi” i jednostce chorobowej człowieczeństwo. Nie pozwoliło też na bezmyślne porównywanie mózgu do komputera. Pozwoliło za to na poznanie historii osoby chorej, jej przeżyć, doznań i skojarzeń, zmagań z chorobą, walki o jej przetrwanie oraz odkrycie nieznanych przestrzeni świadomości zdrowemu człowiekowi. Autor swoich pacjentów uczynił przewodnikami po dziejach choroby i krainach świadomości niczym z bajki, które łączą się w jedno u zbiegu faktu i baśni, a co rosyjski neuropsycholog Aleksandr Łuria, na którego badania autor często się powoływał, nazwał „romantyczną nauką”. Dzięki takiemu „romantycznemu” podejściu mogłam nie tylko poznać najważniejsze zaburzenia wywołane nieprawidłową pracą mózgu o różnym podłożu uszkodzeń, ale także przekonać się, że neurologia może być „ludzka”.

   Autor całość wiedzy podzielił na cztery rozdziały, w których pogrupował choroby wynikające ze strat, nadmiarów, uniesień i powrotów oraz prostego odbioru przez umysł. W tym kontekście agnozja, amnezja, fantom, afazja, zespół Tourette’a i Korsakowa czy muzyczna epilepsja brzmiały, jak tytuły bohaterów opowieści z Baśni tysiąca i jednej nocy snutych przez autora niczym Szeherezada. I dokładnie taki był jego zamysł, o czym świadczy motto umieszczone w książce.

Do tego stopnia, że niektóre choroby nie były dla pacjentów „dopustem bożym”, ale darem pozytywnie wpływającym na psychikę, a w konsekwencji na ich życie, czyniąc je pełniejszym, ciekawszym i sensowniejszym. Ba! Niektórzy nie chcieli być z nich wyleczeni! Stając się geniuszami w innej dziedzinie, pozbawienie choroby czyniło ich kalekami. Mistyków i wizjonerów osoby tylko chore na epilepsję lub migrenę. Artystów - ludzi bez weny i natchnienia.  Ale nie wszyscy mają to szczęście stać się znanymi i uznanymi. Większość zapełnia szpitale psychiatryczne. To właśnie do nich dociera autor, ukazując bogactwo przeżyć, doznań, odmiennych procesów myślowych, a przez to fascynujących.

   Przede wszystkim jednak zbliża!

   Oswaja choroby, nadając im status normalności, a nawet atrakcyjności w swojej odmienności i, najważniejsze dla mnie, wskazuje płaszczyznę komunikacji z osobą chorą. Potwierdza sens mojej pracy, kiedy idę z młodzieżą do ośrodka Warsztatu Terapii Zajęciowej, by wspólnie z jego uczestnikami odkrywać świat książki, niwelując granice zdrowia i choroby. Nie ma różnic. Są opowieści i wspólne ich doświadczanie. Na tym spotkaniu przeżywaliśmy kolejne wcielenia i losy Baileya w Był sobie pies W. Bruce'a Camerona.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.



środa, 09 sierpnia 2017
Otolit – Katarzyna Gondek

Otolit – Katarzyna Gondek
Wydawnictwo Świat Książki , 2015 , 188 stron

Seria Nowa Proza Polska
Literatura polska
   

   Powieść psychologiczna.

   Wymagająca intelektualnie i wyczerpująca emocjonalnie. Ale chciałam właśnie takiej do poodczuwania i do pozastanawiania się. Tematyka klasyczna – trudne relacje między matką a córką. Opis - tworzony na wiele sposobów i różną narracją, by ułatwić mi zrozumienie problemu głównej bohaterki.

   I tylko bohaterka okazała się oporna.

   Ola, bo tak miała na imię, wolała milczeć niż mówić o sobie i wyjaśniać swoje trudne kiedyś, a obecnie nieistniejące relacje z Matką. Stroniła od ludzi. Agresywnie reagowała na zainteresowanie obcych. Unikała odpowiedzi na pytania zawoalowane lub zadane wprost. Wychodziła z założenia, że jej milczenie nie musi i nie chce się odzywać. Jest samo sobie władcą i więzieniem. Nic się nie zmieniło, więc nie ma po co wołać go teraz na mróz i śnieżycę. Niech siedzi w „dawno, dawno temu” i czeka na lepszy czas. Na jakąś odwilż.

   Metaforycznie przyszła nagle.

   W środku zimy i śnieżycy w postaci policyjnej informacji o zaginięciu Matki. Z niechęcią pomyślała – Matki mojej nie ma. Nie ma mojej Matki. Matki mojej brakuje. Matkę moją należy odnaleźć i przywrócić. To nie znaczy wcale, że z Matką moją należy się spotkać tak zwaną twarzą w twarz. Należy wskazać miejsce jej pobytu i udać się z powrotem do swojego życia.

   Ale tak się nie stało.

   Powrót do Miasta, z którego uciekła „tysiąc lat temu” i którego nieużywaną przez nią nazwę formalną zastąpiła nieformalną - Otolit, wciągnęło ją w swój ślimaczo-muszlowy kształt zbudowany z murów, budząc bolesną przeszłość i dramatyczną historię ucieczki od Matki. Oli z Otolitu. Teraz - podróż powrotną Oli do Otolitu, do przeszłości i w głąb siebie – duszy, umysłu i psychiki. Ola mogła stawiać opór, ale narracja w pierwszej osobie pozwoliła mi na wniknięcie w jej umysł i retrospekcyjną wędrówkę razem z nią po jego labiryncie i dosłownym labiryncie z miejskich murów Miasta.

   Nie było łatwo!

   Tak jak nie jest łatwo okiełznać rozedrgane myśli, a jeszcze bardziej wzburzone emocje człowieka zranionego, który zmuszony jest do ponownego rozdrapywania ran. Ich dynamika i rozchwianie nie pozwalały mi na ustalenie pewników, znalezienie punktów stałych i prawd ostatecznych. Nadinterpretacja faktów i nadwrażliwość Oli na Otolit i jego mieszkańców wymieszana z nierealnymi wizjami z przeszłości i zniekształconymi wydarzeniami teraźniejszymi w czasie, który mógł dziać się teraz i tutaj lub sto lat temu, a nawet dawno, dawno temu, zmusiły mnie do wolniejszego śledzenia toku myślenia kobiety. Do wyselekcjonowania jej swoistego kodu komunikacji pełnego powtórzeń i zatartych granic pojęć i czasu. Do odkodowywania indywidualnego i osobistego języka przekazu. Do wieloznaczności używanych słów, by z mieszanki fikcji i faktów wydobyć ponadczasową, uniwersalną, krwawiącą prawdę jednostki.

   Czułam się, jak psycholog z pacjentką na kozetce.

   Cierpliwie pozwalałam na tworzenie intymnego obrazu pełnego symboliki, pokrytego grubą warstwą patyny nieufności, uprzedzeń i niechęci, by powoli, rozebrać słowo po słowie, zdanie po zdaniu, cegła po cegle powstały mur i odsłonić potrzaskaną historię rodziny Oli. Tragedię miłości, a potem nienawiści do Matki, po której pozostała krwawa dziura, w którą wpadło co dobre i co złe w pamięci, zrosło, się zabliźniło i trwa. Pozostała tylko martwa tkanka blizny.

   Ale nie tylko!

   To opowieść również o losie Matki, która stworzyła i ukochała Otolit. Kobiety nietypowej, ogarniętej pasją ochrony Miasta, jego murów i przeszłości, która zamieniła się w chorobę wykluczającą ją z miejscowej społeczności, ściągając na siebie ostracyzm.

   To również opowieść o mieszkańcach Otolitu, których Matka uznała ostatecznie za złych, podłych, zawistnych. Ludziach żyjących w piekle małomiasteczkowych plotek, kłamstw i podłości i wciągających do tego piekła innych. Tworzących innym nowe życie z błota informacji, które wymieszane z czymkolwiek miało spełniać ich wyobrażenia. Pasować do piekła.

   Nieprzystających wyrzucali poza obręb murów Otolitu.

   To dla nich i do nich skierowana jest ta opowieść. Jej przesłanie widać w motcie:

   I o tym znoju budowania murów i jeszcze większym jego kruszenia opowiedziała mi kobieta z Miasta.

   Ola z Otolitu i wielu innych miast i miasteczek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Otolit [Katarzyna Gondek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Gejsza z Osaki – Józef Gawłowicz

Gejsza z Osaki – Józef Gawłowicz
Ilustrowała Małgorzata Wierzchoń
Wydawnictwo Hogben , 2016 , 94 stron , wydanie 3 poprawione
Literatura polska

   Otrzymałam zaproszenie!

   Na spotkanie z „wilkiem morskim” o ciekawej przeszłości i chlubnej pracy zawodowej, bo nie tylko pływał po morzach i oceanach świata, ale również był tajnym agentem paryskiej Kultury Jerzego Giedroycia, wykładowcą w szczecińskiej Akademii Morskiej, kapitanem portu w Szczecinie i Świnoujściu oraz dyrektorem szczecińskiego Urzędu Morskiego – jak przeczytałam w zaproszeniu. Ale to, co mnie zainteresowało i skłoniło do jego skorzystania, to napisane przez niego książki o tematyce marynistycznej. Ku mojemu zaskoczeniu, gość spotkania przywitał nas w sali wystawowej pałacu, należącego niegdyś do rodziny Wirtembergów.

Okazało się, że przywiózł ze sobą fragment prywatnej kolekcji.  Mnóstwo przedmiotów i obrazów z podróży po świecie. Wśród nich manuskrypt maronickiej Biblii w skórzanej oprawie napisanej w języku arabskim.

Bajeczny dzban na wino ze złoconej miedzi z emalią pamiętający chińską Dynastię Ming.

Oraz bardzo dużo obrazów, pasteli i grafik artystów z Polski, Brazylii, Urugwaju, Japonii, Chin i Afryki. Każdy ze swoją przeciekawą historią, jak choćby obraz Beduini w walce Alberta Gartmana. Mistrza odmalowywania pyłu bitewnego do tego stopnia, że panie sprzątające myliły ten artyzm z kurzem, który trzeba koniecznie wytrzeć, by obraz „przejrzał”.

Część z tych opowieści opisał i wydał w formie książek. Mnie zaciekawiła historia znajomości z gejszą. Dziewczyna była prezentem Japończyków dla autora za nie całkiem legalne przekierowanie ładunku ziarna kukurydzy do Osaki zamiast do Związku Radzieckiego. Nie przypuszczał, że ten mały sabotaż w czasach komuny stanie się początkiem niezwykłej znajomości. Ponieważ towar okazał się najwyższej klasy, to i wdzięczność Japończyków również. Podarowali mu orjanę, gejszę o wychowaniu księżniczki aż na dwie doby! Opowieść „odwijania” prezentu z opakowania autor zakończył na wspólnej kąpieli, odsyłając zainteresowanych dalszą częścią do właśnie tej książki.

   Tylko kamień nie byłby ciekawy!

   Nabyłam i przeczytałam w bardzo krótkim czasie nie tylko dlatego, że miała objętość nowelki, ale również dlatego, że okazała się ciekawszą i dużo bardziej skomplikowaną historią niż zapowiadał autor. Co ciekawe, to nie były wspomnienia, ale opowieść oparta na faktach i własnych doświadczeniach, którymi obdarzył głównego bohatera, kapitana Pawła Siwickiego. Jego zbeletryzowana, japońska love story miała wszystkie cechy miłości romantycznej, a przez to tragicznej i smutnej. Może dlatego nie opowiedział jej do końca publicznie. Nie było potrzeby rozdrapywać starych ran przed obcymi ludźmi. To wspomnienia bardzo intymne, zatopione nie tylko w kulturze i tradycji japońskiej, ale również w świecie uczuć dwojga ludzi, których dzieliło wszystko oprócz miłości. Nie kończącej się szczęśliwie, ale jak mawiają marynarze – życie  każdego marynarza jest łańcuchem niedokończonych miłości. Niespełnionej (co nie znaczy, że nie skonsumowanej!), prawie nierealnej, nie mającej prawa się wydarzyć, ale o której prawdziwości świadczy osoba kapitana, jego wspomnienia i dołączone zdjęcie symbolu ich miłości – kashiry, zakuwki do rękojeści samurajskiego miecza ze złotymi, trzema żurawiami.

   Tragizm miłości ukryty w niepozornym przedmiocie.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 05 sierpnia 2017
Wędrówka z Ablem – Anna Badkhen

Wędrówka z Ablem: podróż z nomadami przez afrykańską sawannę – Anna Badkhen
Przełożyła Maria Białek
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 388 stron
Literatura amerykańska

   Wędrówką jedną życie jest człowieka!

   Tak pisał i śpiewał Edward Stachura. Diogenes w chodzeniu upatrywał lekarstwo na wszystko. Współcześni lekarze szwedzcy w pozycji popularnonaukowej Projekt zdrowie na nowo odkrywają, że ruch to zdrowie. A Zbigniew Herbert zachęcał:

Ten cytat, otwierający przepiękną i wielowymiarową (filozoficzną, kulturową, psychologiczną, literacką, polityczną, geograficzną) relację wędrówki autorki z Fulanami, zapowiadał dość nietypową publikację w jej dorobku. Zastanawiałam się - skąd u tej reportażystki wojennej nagłe zainteresowanie „nudną” marszrutą? Czyżby chęć ucieczki od coraz bardziej niezrozumiałego świata, którego twarz nienawiści poznawała w punktach zapalnych Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej i Afryki? A może chęć nauki? Potrzeba zaczerpnięcia  z wiedzy kultury inaczej postrzegającej świat, którą można zdobyć tylko dzięki bardzo długiej wędrówce z ludźmi wędrującymi od zawsze? W jakiejś mierze zmęczenie materiału czyli psychiki też, ale głównym powodem był (nigdy nie zgadłabym!) zawód miłosny. Pustkę pozostawioną przez ukochanego postanowiła zachodzić. Szukała więc nie tylko wiedzy, lecz także swoistego uzdrowienia. Weszła do rodziny wędrującego ludu Fulanów, przyjęła imię Anna Ba i spróbowała zsynchronizować własne tempo z metrum udoskonalanym przez kolejne tysiąclecia. Chciała poruszać się wraz z przegonem (tak określała wędrówkę z bydłem) po Sahelu, której wielomiesięczną  trasę umieściła na dołączonych mapkach:

Pragnęła poddać się cyklowi pojawiających się kolejnych gwiazdozbiorów, których konstelacje oznaczały nadejście miesięcy pełnych wiatrów, tygodni mżawki lub dni ulew, początek bezlitosnych upałów albo wilgotnych nocy. Ten rytm nadała swoim wspomnieniom, zaczynając od Wyczekiwania na deszcz, a potem Pory deszczowej, by zakończyć Przeprawą. Autorka była w nich bardzo uważną i empatyczną obserwatorką, ale nie mogę napisać, że reporterką. Bardzo osobisty ton opowieści o życiu wraz z Fulanami czyniła ją bardzo intymną, nostalgiczną, zmysłową w opisach, delikatną, liryczną, poetycką. Wręcz na granicy realizmu magicznego. Tę kruchość podkreślały dodatkowo rysunki o delikatnej kresce ludzi, zwierząt i krajobrazów.

W swoich retrospekcjach często sięgała do własnych doświadczeń w innych krajach, z innymi ludźmi, by porównać i pokazać różnice, choć częściej podobieństwa. Sięgała do myśli filozoficznej lub dzieł znanych reportażystów, pisarzy i podróżników, spośród których często cytowała Ryszarda Kapuścińskiego. Prozę życia zaczarowywała opowiadaniami, legendami i mitami pełnymi dżinów, wakuli, pyłowych diabłów i wodnych demonów. Ale to z Biblii wyłuskała historię Kaina i Abla, by tego ostatniego przedstawić jako protoplastę ludów wędrownych i umieścić symbolicznie w tytule. Spoglądając na zjawisko wędrówki, sięgała do prehistorii, by cały ten mikrokosmos zmieścić w osobie Umaru – głowie fulańskiej rodziny. Zauważała i doceniała wyjątkowość i niecodzienność obcowania z żywą historią nomadów, których księżycowy krajobraz Sahelu został wyrzeźbiony z cykli – rytmu zaczerpywanego i wypuszczanego powietrza, dobowych procesji ciemności i światła, tygodni zabójczego skwaru i deszczowej absolucji, klęski suszy i głodu na zmianę z okresami urodzaju i dostatku, na którym przewodnik wędrówki Umaru szukał wskazówek na nocnym niebie, kierując się innymi koordynatami, skalibrowanymi w w inny sposób, powołanymi do istnienia miliardy lat przed powstaniem Ziemi.

   To wszystko sprawiało, że chciałam tam z nimi być!

   Chciałam wędrować razem z nimi. Poczuć się cząstką prehistorii. Złapać jeden rytm bicia serca całej ludzkości od pradziejów. Pochłaniać mądrość Umaru i jego rodziny. Leżeć pod gwiazdami afrykańskiego Sahelu, czekając na wyzwolenie, oświecenie, spokój umysłu, ukojenie duszy.

   Nic z tego autorka nie osiągnęła.

   Piękno i uroda widzianych obrazów potęgowały jej ból serca. Przez liryzm jej opisów od czasu do czasu, przebijały się, początkowo nieśmiało, a  potem z coraz większą częstotliwością, wyrazistością i siłą, brzydkie plamy przypominające nierealny kleks współczesności w starożytnej scenerii. Głód, terroryzm, choroby, bydłokrady z bronią palną, rozbite rodziny uciekające przed wojną, wysoka umieralność dzieci, utrata starej wiedzy i zanik tradycji, ucieczka młodych do miast, zmiany klimatyczne, o których Fulanie nigdy nie słyszeli, ale umieli opisać ich symptomy z naukową precyzją. Jeśli do tego momentu miałam problem z rozstrzygnięciem sporu o istnienie lub nie istnienie globalnego ocieplenia, to Fulanie rozwiali moje wątpliwości, opowiadając o tym, że w ostatnich latach wiatr stał się gorętszy, silniejszy i niósł ze sobą więcej piasku z Sahary. O tym, że opady deszczu, na które nigdy nie można było liczyć, stały się jeszcze bardziej kapryśne. O tym, że susze, z ktorymi zawsze trzeba było się liczyć, teraz nawiedzały busz z coraz większą częstotliwością. O tym, że pory roku, kiedyś posłuszne gwiazdom, teraz wypadły z torów.

   Oto wiarygodne źródło prawdy!

   Ujrzałam, co straciłam. Co, my, jako ludzkość, straciliśmy i tracimy z każdym dniem i z każdym krokiem naszej wędrówki. Pozostało słabe bydło. I człowiek: oszołomiony, głodny, kurczowo trzymający się tradycji, która zdawała się gwałtownie przegrywać z tym, co nowe, i znajdować się na drodze do samowymarcia.

   Tak pięknie rozpoczęta wędrówka ku uzdrowieniu jednostki okazała się koszmarnym marszem ku samozagładzie ludzkości.

   Byłam zrozpaczona, rozczarowana i wściekła, ale też pod urokiem sposobu narracji, bym właśnie tak się poczuła. Bym przejrzała. I pewnie smutek, który ogarnął mnie po tej wędrówce z autorką i Fulanami, pozostałby we mnie na długo, siejąc ziarno defetyzmu, gdyby nie przebłysk optymizmu i nadziei na uratowanie siebie poprzez wzajemne wędrówki w nasze życia. Towarzyszenie, wspólne wędrowanie, przenikanie i odnajdywanie jednego, wspólnego rytmu serc. Nasza wędrówka, nasz ruch naprzód, nieregularny, wrażliwy, nieustanny, ma cel – podniesienie na duchu, wybawienie, zbilansowanie ideału wytrzymałości praktyką miłości. Znowu miłość, kolejna pozycja i autor, podkreślający jej rolę i znaczenie w naprawianiu świata.

   Wyznacznik przetrwania nas i naszego świata.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Wędrówka z Ablem. Podróż z nomadami przez afrykańską sawannę [Anna Badkhen]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Nigdy nie słyszałam tej piosenki w takiej aranżacji.

środa, 02 sierpnia 2017
Ambasadorowa – Edyta Włoszek

Ambasadorowa – Edyta Włoszek
Wydawnictwo Dlaczemu , 2017 , 288 stron

Literatura polska

   Zastanawiałam się, czy jeśli gwałci mąż, a nie obcy, robi to różnicę.

   Nie uderzyła mnie tak drastyczność czynu, nad którym zastanawiała się główna bohaterka opowieści – Ewa, co skala nieświadomości kobiety, w jakim patologicznym związku żyje!

   Na pozór godnym pozazdroszczenia!

   Była żoną ambasadora Łotwy w placówce dyplomatycznej w Rzymie. Pełniła rolę, o której niejedna osoba marzyła (zwłaszcza w czasach komuny, bo w tym czasie dzieje się akcja powieści), kojarząc ją z przyjęciami, bankietami, limuzynami, willami, przywilejami dla osób VIP i kontaktami z nazwiskami z pierwszych stron mediów. Dokładnie tak myślała matka Ewy, która zrobiła wszystko, by jej córka mogła pełnić funkcję ambasadorowej. Poznała z dyplomatą Wiktorem, zaaranżowała spotkania i namówiła ją do małżeństwa z nim. Rozczarowanie, najpierw Ewy, a potem matki, przyszło bardzo szybko, bo kilka dni po ślubie, ale jego skala rosła powoli. Na tyle wolno, by mogła doświadczyć całego wachlarza rodzajów przemocy fizycznej, psychicznej i finansowej, który usatysfakcjonowaną zawodowo i finansowo, otwartą na nowe możliwości, ciekawą świata z powodzeniem funkcjonującą wśród ludzi osobę zamienił w niewolnicę powtarzającą, jak mantrę – ja winna, ja winna. Proces ten był też na tyle rozłożony w czasie, bym mogła prześledzić krok po kroku uzależnianie i zniewalanie człowieka przez psychopatę.

   Tresowanie ofiary.

   Na pewno byłaby to kolejna powieść obyczajowo-społeczna opisująca przemoc domową, gdyby nie fakt, że powstała na bazie doświadczeń osoby realnej. Ambasadorowa to ona. Publikując swoje wspomnienia w formie powieści, miała dwa cele. Po pierwsze zmierzyć się ostatecznie z przeszłością po zakończeniu psychoterapii. Po drugie pomóc jej podobnym, uzależnionym od innych osób, bo w jej przypadku była nią również własna matka. W rozmowie z autorką powieści, podkreśliła – Chcę ostatecznie się z tym zmierzyć. Napisz to dla mnie. Myślę też o wszystkich innych kobietach, którym wydaje się, że nie potrafią być wolne. Niech uwierzą, że gdy znajdą w sobie dość odwagi, im też uda się żyć własnym życiem. To nie przyjdzie od razu, ale każda chwila jest tego warta. Chcę im pokazać, że nawet z takiego dna, na jakim ja się znalazłam, można się odbić i walczyć.

   Faktycznie – można!

   W tym sensie to bardzo optymistyczna, wbrew koszmarnej zawartości, historia, która daje nadzieję i pokazuje możliwości wyjścia nawet z najbardziej bezwyjściowej sytuacji. Z takimi problemami w Polsce boryka się wiele kobiet, o czym świadczą statystyki policyjne, które i tak są mocno nieadekwatne, biorąc pod uwagę praktykę ukrywania przemocy domowej przez ofiary w czterech ścianach domu. Ta pozycja objęta patronatem Centrum Praw Kobiet ma ukazać również przemoc domową w innym świetle i obalić mit, jakoby zachodziła tylko w środowiskach ubogich i uzależnionych od używek. Dobrym przykładem, że może dotyczyć każdej rodziny, świadczy głośna ostatnio sprawa żony posła, Karoliny Piaseckiej, która ujawniła taśmy z przemocy domowej. Mnie wystarczyło z godzinnego nagrania tylko 13 minut, by poczuć 5 kilogramów ciężaru nieszczęścia w sobie. Okropne uczucie. Nie byłam w stanie słychać więcej. Opublikowanie tych nagrań, to dowód na to, że kobiety są coraz bardziej świadome swojej wartości oraz siły i odważnie walczą o siebie i dzieci. Niektórym jednak trzeba pomóc wydostać się z takiego piekła.

   Stąd ogromna ważność i pożyteczność społeczna tej pozycji.

   Dlatego też dołączono do niej Konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, a na okładkowym skrzydełku umieszczono podstawowe dane kontaktowe dla poszukujących pomocy.

Przyłączam się do tej kampanii, nagłaśniam, piszę o tym i niech to będzie mój wkład w pomoc ofiarom przemocy domowej.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.



poniedziałek, 31 lipca 2017
Dzienniki: tom I 1911-1913 – Michał Römer

Dzienniki: tom I 1911-1013 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 708 stron + 40 stron zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska

    Niezwykły dokument nieprzeciętnego człowieka!

   Po raz pierwszy z dziennikami Michała Piusa Paschalisa von Römera spotkałam się w kwartalniku Karta. Przedstawiono w nim tylko jeden, wyłuskany z zapisów, wątek – romans z Anną. Właściwie można go nazwać mezaliansem, a nawet skandalem. Oto prawnik, publicysta, redaktor i wydawca, wolnomularz, szlachcic ziemiański, jakim był w latach 1911-1913, pomaga młodziutkiej, dziewczynie, według ówczesnego prawa jeszcze niepełnoletniej i dekadę młodszej od siebie Łotyszce, wydostać się z domu publicznego, zakochuje się w niej, by z czasem uczynić z niej towarzyszkę życia, nazywając nawet żoną. Wszystko oczywiście w głębokiej konspiracji przed konserwatywną rodziną, co nie zmienia planów na sformalizowanie związku po śmierci rodziców. Te trzy lata opisane w pierwszym tomie to właściwie prawie cała historia życia z Anną, ponieważ niedługo potem dziewczyna umiera. O ile w kwartalniku dzieje ich miłości są tylko zarysowane i  raczej sprawiające wrażenie zauroczenia i przelotności, o tyle w dziennikach ich miłość nabiera cech dojrzałych dwojga ludzi stworzonych dla siebie. Przechodzi od zauroczenia i zakochania do przywiązania o podłożu psychologicznym, w którym fizyczna namiętność przestaje odgrywać dominującą rolę. Anna staje się dla niego powietrzem, inspiracją i cząstką jego samego, co szczerze wyznaje – W Annie mojej kocham właśnie człowieka, kocham to niepospolite bogactwo jej duszy tragicznej, która streszcza dla mnie świat cały i daje mi pełnię wizji kontemplacyjnej oraz doskonały wyraz rozwoju wszystkich władz ludzkich. Była dla niego mikroświatem, jego Anniń, a on mężczyzną, który wiedział, jak kochać kobietę i jak to wyrazić. Nawet z przeszłością prostytutki. Polecam zwłaszcza panom te wyznania, a jest ich sporo, do wzorowania się. Dokładnie tym kobiety chcą być dla mężczyzny, to dokładnie słyszeć i dokładnie w tak pięknych wyznaniach! Pisanie o tak intymnych sprawach, bo autor pozwala zajrzeć sobie do alkowy oraz do domu publicznego, z którego usług od czasu do czasu korzysta, przegrywając walkę z naturą, nad czym ze wstydem ubolewa, świadczy o bardzo osobistym charakterze dzienników.

   Szczerze i z serca pisanych.

   Czynił to właściwie od dziecka, ale wcześniejsze zapiski nie zachowały się, a swoją systematyczność i zwartość wątków osiągnęły dopiero, gdy autor był tuż po trzydziestce. W oryginale jego zapiski pisane po polsku liczą 39 woluminów z lat 1911-1945 przechowywanych w litewskich bibliotekach. Przez Ośrodek Karta wydanych w 6 obszernych tomach. Ostatni ukaże się w 2018 roku.  

   Tom I, w którego świat zatopiłam się na kilka dni, to czas życia w Wilnie z Anną i pomieszkującymi u niego członkami rodziny, których mogłam poznać na licznych fotografiach umieszczonych na 20 stronach wkładki, na końcu książki.

To również czas młodego prawnika, który rozwija się zawodowo, kocha i planuje, zapisując przez trzy lata, niemal codziennie, a na pewno systematycznie, jedną stronę (taki narzucił sobie limit), swoje wrażenia, obserwacje, spostrzeżenia, opinie i opisy zdarzeń osobistych lub wydarzeń społeczno-politycznych, będąc ich uczestnikiem lub świadkiem. Jest człowiekiem wykształconym, chłonnym intelektualnie, znającym wiele języków, więc jego narracja jest bogata, potoczysta, płynna, a przy tym bardzo wnikliwa, logiczna, spostrzegawcza, drobiazgowa, analityczna, krytyczna, rozważna i obiektywna, chociaż nadal subiektywna. Wyraźnie uwidocznia się to w jego poglądach, które na ówczesne czasy były bardzo postępowe, a przez to zaledwie jaśniejące malutką plamką humanizmu na tle ciemnej mapy gęstej od narastającego nacjonalizmu i antysemityzmu różnych frakcji politycznych ze wszystkich stron narodowościowych. Jego idea krajowości oparta na demokracji i wyrażająca się w jedności  łączącej różnorodność, wielokulturowość i wielowyznaniowość wszystkich narodów zamieszkujących obecną Litwę, nie miała zbyt wielu zwolenników.

    A mimo to walczył!

    Służyła temu również jego działalność publicystyczna i wydawnicza. Oddawał się swojej idei całym sercem ku rozpaczy ojca, który uważał go za niepoprawnego marzyciela, za wielkie stare dziecko i  ku zgorszeniu klerykalno-nacjonalistycznej rodziny. Jego szczegółowe relacje z procesów i wydarzeń politycznych rozgrywających się wokół niego, budowały obraz ostro ścierających się poglądów i narastających ideologii, które wkrótce miały zmienić tę część Europy w kraj totalitarny. I jak na „wyrodnego” syna szlachty ziemiańskiej przystało przyczyn tego stanu rzeczy upatrywał w obłudnej mentalności arystokracji i jeszcze bardziej obłudnym klerykalizmie duchownych. Za swój obowiązek uważał zwalczanie zarazków nacjonalizmu, klerykalizmu i antysemityzmu, który nazywał antysemityzmem szlachecko-klerykalnym. Ten wątek światopoglądowy to niezwykła okazja do prześledzenia ostrej walki poglądów ówczesnych Polaków przed odzyskaniem niepodległości.

   Nie napawają one dumą.

   Dla mnie to przede wszystkim potwierdzenie głęboko zakorzenionego antysemityzmu podsycanego przez Kościół katolicki, determinującego przyszły, tragiczny los Żydów i jego skutków odczuwanych jeszcze w XXI wieku. Jednak największym zaskoczeniem dla mnie (co świadczy o wnikliwości umysłu autora) była kwestia rosyjskości Krymu, który naświetlił przy okazji wątku podróżniczego. Autor czasami sam, czasami z Anną, podróżował do wielu miast - Rygi, Warszawy, Lublina, Kijowa, a nawet na Krym - malując przepiękne widokówki miast, które w takim wymiarze przeminęły. Był w tym tak szczegółowy, że czułam odór fekaliów z rynsztoka, zapach kurzu i nagrzanych ścian. To tutaj natrafiłam na bardzo prorocze zdanie – Krym może jeszcze w przyszłości stworzyć nie mniejsze niespodzianki i komplikacje w stosunkach międzynarodowych europejskich, niż te, jakie wciąż wybuchają na Bałkanach. Musiał minąć wiek, abym stała się świadkiem spełnienia jego przenikliwych zapowiedzi.

   Lubiłam te podróże również ze względu na malownicze opisy krajobrazów.

   Najpiękniej pisał o swoim kraju, bo z miłością. Zwłaszcza do rodowych Bohdaniszek, które często odwiedzał i których urok dostrzegał nawet w mgłach, odnotowując  – Bohdaniszki, położone na cyplu wysokiego płaskowzgórza nad rozległą przestrzenią dolin, bagien i jezior, mają mgły pod dostatkiem. Podnoszą się one i płyną tu na suche płaskowzgórza i pagórki – od strony południowej, to znaczy od niziny krewieńskiej, od błotnistych łąk i bagien pakieńskich, od bliskiego jeziora Sortys, tworzącego w naszej okolicy ogromny zbiornik wód. Ładne są mgły nastrojowe, a jeszcze ładniejsze misterne opary, płynące z miejsc mokrych i formujące stopniowo mgłę. W zmieniających się porach roku za każdym razem inne – śnieżne zimą, słoneczne latem, deszczowe jesienią i zielone wiosną, która dopełnia zwycięstwa nad szczątkami zimy. Resztki śniegu, zwiędłe i brudne, topnieją pod płotami, w cieniu zarośli, po rowach i na północ zwróconych zboczach pagórków. Zwinne raźne strumyki i ruczaje kończą pełnić swą misję wiosenną. Ziemia pachnie, odurza, ciepły wiatr upowszechnia wiosnę, trawka już skromnie kiełkuje, wynurzając zwycięskie młode pędy ponad jednolite szare tło wymarłej flory zeszłorocznej. Na łąkach błękitnieją wielkie tafle wód. Nad tęgim wiośnianym skupieniem natury, nad jej szlachetną powagą twórczą góruje krzykliwy zgiełk licznego ptactwa z melodyjnymi tonami poszczególnych gwizdań, rzeźbiących się na tle mieszanego chóru. Te opisy połączone z przekazem obyczajów i zwyczajów, często powiązane z praktykami religijnymi, tworzyły tętniące życiem sceny codzienności z pogrzebami, chorobami, procesami sądowymi, akcjami dobroczynnymi i kulturalnymi, zebraniami stowarzyszeniowymi, wiecami, dyskusjami, skandalami, spotkaniami z przyjaciółmi, współpracownikami i rodziną przy wielkanocnym lub wigilijnym stole, na których indyczka nadziewana, prosie nadziewane, szynka pieczona w chlebie, głowizna, dwa cietrzewie, dwie pieczenie wołowe, cielęcina i odgotowana wędzona szyneczka barania; z ciast dwie żółte babki drożdżowe, jedna babka chlebowa, tort orzechowy, tort wiedeński (z dwóch warstw ciasta biszkoptowego, wyłożony marcepanem i konfiturami z głogu), dwa mazurki cygańskie z bakalii, jeden z zaprawą czekoladową, a drugi bez takowej, dwie bułki szafranowe – jedna słodka, druga przaśna oraz kilka bułek białych. Poza tym jaja kolorowe, ser i rozmaite zaprawy. To opisy również pełne relacji opartych na zasadach i normach społecznych, konwenansów, zależności i koneksji, ale i kruchości zdrowia i życia w czasach, w których na suchoty nadal umierano powszechnie. Nie jestem w stanie opisać i przekazać bogactwa treści zawartych w tych dziennikach. Wielości i różnorodności wątków, tematów i zagadnień. Każdy, w zależności od zainteresowań, znajdzie coś dla siebie.

   Mnie zachwycało wszystko!

   Relacje nie tylko oddane w szczegółach, ale pozwalające spojrzeć mi na wspólną przeszłość Polski i Litwy z perspektywy człowieka XXI wieku na marzenia osoby chcącej zachować stan obecny kraju, który ukochała.

Która kształtnym, ale niezbyt czytelnym pismem (chylę czoła przed edytorami), przeniosła mnie w początki wieku XX, by pokazać wycinek historii mojego kraju, którego już nie ma, a który ożywa na stronach tego dziennika.

   Piękny byłby z tego serial!

   Zdania piane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 1911–1913. Tom 1 [Michał Römer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 25 lipca 2017
Sankofa – Tomasz Gaj OP , Magdalena Pajkowska

Sankofa: nie zmarnuj życia – Tomasz Gaj OP , Magdalena Pajkowska
Wydawnictwo W drodze , 2017 , 288 stron

Literatura polska

   Sankofa to dla mnie nowe pojęcie i idea.

   Nie wystarczyło mi wytłumaczenie w książce, że to myśl zawarta w afrykańskim aforyzmie i oznacza, że świadomie patrzę w tył, by mądrze przeżyć i pójść ku przyszłości ze świadomością, skąd wyszedłem, kogo na mojej drodze spotkam. Poszperałam w Internecie i dowiedziałam się, że sankofa to ptak, którego w rzeczywistości nie ma. Jest mitem symbolizującym ideę afrykańskiego ludu Akan, która, cytując za Wikipedią, brzmi – Musimy powrócić i odzyskać swoją przeszłość, abyśmy mogli zrozumieć, po co i w jaki sposób staliśmy się tym, kim jesteśmy dziś. Natomiast na stronie Carter G. Woodson Center znalazłam dosłowne wyjaśnienie wyrazu, które okazało się być połączeniem trzech innych znaczeń: san – powracać, ko – iść, fa – patrzeć, szukać, brać. Graficznie przedstawiana jest jako ptak, którego stylizacji wyglądu jest ogrom, co widać na niewielkim tylko wycinku poniższego zrzutu ekranu otrzymanego po wpisaniu pojęcia w wyszukiwarkę:

To dlatego symbolicznym przewodnikiem po książce, poprzedzającym każdy rozdział, jest ptak. Nie jest to wprawdzie sankofa, tylko nasz wróbel.

Ale nie o takie niuanse chodzi.

   Chodzi o samo przesłanie.

   Autorzy - dominikanin, zakonnik, ksiądz, psycholog i psychoterapeuta oraz mężatka, matka, polonistka, dziennikarka, lektorka i tłumaczka - wykorzystali afrykańską myśl, która dyskretnie, jak delikatna nić, przewija się przez kolejne rozdziały. Towarzyszy im w dwunastu rozmowach podejmujących różnorodną tematykę. Od czysto psychologicznych zagadnień sięgających głęboko  do wewnętrznego „ja”, samooceny, uczuć i emocji, poprzez rolę rozmów, konfliktów i odpoczynku, na powołaniu skończywszy. Każdą z rozmów poprzedza wstęp opisujący zdarzenie wzięte z życia jednego z autorów, sygnalizujący tematykę spotkania. Pada w nich mnóstwo pytań, ale i wiele odpowiedzi lub wspólnych ich poszukiwań. Niosą ze sobą bardzo dużo podstawowej wiedzy psychologicznej, tyleż samo zagadnień religijnych oraz płaszczyzn, na których jedno z drugim pięknie łączą. To w tych momentach rozmówcy konfrontowali teorię z praktyką czyli z własnymi, osobistymi zdarzeniami i przeżyciami. Czynili charakteryzujące ich różnice – atutami. Te nieśpieszne rozmowy, pełne wzajemnego słuchania, wymiany myśli, wnikliwych obserwacji, poszukiwań, zestawień perspektyw, odmiennych lub identycznych wniosków mają, według autorów, inspirować czytelnika do dalszych, własnych poszukiwań.

   Do znalezienia lub odnalezienia własnej drogi.

   Ich pełne psychologicznej i teologicznej wiedzy rozmowy mają w tym pomóc. Mają być drogowskazem, jak nie zmarnować życia. Jak czerpać, zgodnie z ideą sankofy, z przeszłości, z własnego „ja”, by w pełni przeżywać teraźniejszość i z nadzieją odkrywać przyszłość.

   Ale przede wszystkim poznać, zrozumieć i pokochać siebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Sankofa [Magdalena Pajkowska, Tomasz Gaj]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 23 lipca 2017
Co zdarzyło się w Lake Falls – Artur K. Dormann

Co zdarzyło się w Lake Falls – Artur K. Dormann
Przełożył Konrad Potrzebowski
Wydawnictwo Lemoniada.pl , 2017 , 400 stron
Seria Dark Lemon
Literatura amerykańska


   Lake Falls to było dobre miejsce do rozpoczęcia nowego życia.

  Tak wydawało się Vic, którą zauroczyło niewielkie miasteczko położone nad jeziorem, którego głęboki granat odbijał w swoim lustrze strome północne stoki Appalachów, zdawałoby się, wyrastające prosto z wody. Niesamowity widok ze starego, drewnianego domu górującego nad okolicą nasuwał jedną myśl – warto było zestarzeć się tutaj. Rozpocząć życie od nowa. Zapomnieć o koszmarach z przeszłości w jednej z tych niezwykłych dolin głęboko ukrytych przed zewnętrznym bałaganem świata. Urok miejsca dobrze maskował równie głęboko ukryte demony tej okolicy, dodatkowo okryte zmową milczenia miejscowych. W tym momencie byłam mocno zaintrygowana.

   Zanosiło się na dobry thriller!

   I dramat, bo nagle to nowe życie Vic zaczęło się sypać. Najpierw rozchorowała się jej córeczka, u której wykryto glejaka mózgu. Potem dowiedziała się, że wymarzona kotlina wraz z miasteczkiem ma być zalana wodą. Pośrednik w zakupie nieruchomości „zapomniał” dodać, że w okolicy zaplanowano budowę elektrowni wodnej.

   A potem pojawił się Obcy.

   Długo zastanawiałam się, czy użyć słowa wampir, wiedząc, że mogę w tym momencie zniechęcić wiele osób. Ale po pierwsze, to nie jest nowa powieść na polskim rynku wydawniczym, ale jej wznowienie tym razem przez młodziutkie  wydawnictwo Lemoniada.pl. Jej pierwsze wydanie ukazało się w 2012 roku z taką okładką.

Od tego czasu powieść została dobrze opisana przez czytelników, którzy wampirzej strony historii nie ukrywali, odmieniając to pojęcie przez wszystkie przypadki. Po drugie, powieść łamie dotychczasowe schematy dobrze utrwalone przez tego typu literaturę. Główną bohaterką nie jest nastolatka lub naiwna kobieta, ale twardo trzymająca się faktów lekarka, matka śmiertelnie chorej dziewczynki i kobieta skrzywdzona przez mężczyznę i zawiedziona małżeństwem, która powiedziała sobie stanowczo – Żadnych miłostek, romansów, przygód ani stałych związków. I jeśli nawet romans nawiązał się, to jego przebieg i finał wynikał z wyboru między zdrowiem i życiem córki a konsekwencjami zawartej umowy z mrocznymi siłami. Cena, którą musiała zapłacić za wyrwanie córki ze szponów śmierci była bardzo wysoka. Stałe pozostawanie w jej cieniu zmieniało ją i jej coraz bardziej bezwzględne i egoistyczne decyzje . Manipulowana przez dwie przeciwstawne siły, wplątana w beznadziejnie zawikłaną sytuację nie umiała znaleźć rozwiązania. Szarpała się wewnętrznie, stając się złą, samolubną kobietą pozbawioną sumienia i zasad. A decyzje musiała podejmować w każdym momencie stale zmieniających się kierunków wydarzeń w bardzo dynamicznej akcji fabuły.

   To czyniło z tej powieści nie romans, a przede wszystkim thriller.

   Jego przesłaniem było ukazanie roli wolnej woli w życiu człowieka, która nie dawała wolności. Autor wkładając w usta Vic słowa – Branie odpowiedzialności za każdą decyzję i ponoszenie jej konsekwencji jest ciężarem, któremu człowiek rzadko jest w stanie podołać. – czyni z niej przekleństwo. Najbardziej uwidocznił to w zaskakującym i przerażającym zakończeniu opowieści.

   Pozostałam z myślą, że decyzja podjęta w dobrej wierze i dla dobra drugiego człowieka, może uśmiercać innych i stać się przekleństwem decydującego. Dał mi też szansę powrotu do momentu wyboru i odpowiedzenia sobie na pytanie – czy postąpiłabym tak samo, jak Vic? Bohaterka nie miała problemu z odpowiedzią.

   Ja, tak!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Co zdarzyło się w Lake Falls [Artur K. Dorman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 996 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi