Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
piątek, 06 stycznia 2017
Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak



Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2016 , 292 strony
Literatura polska


Brutalna powieść!
Rozpoczęła się bezwzględną sceną egzekucji dziennikarza śledczego ubitego jak psa. Przywiezionego na pole w bagażniku, wypuszczonego i zastrzelonego. Jako dziecko byłam świadkiem takiej sceny z psem zamiast człowieka. Stąd to skojarzenie. Autor swoje skojarzenie zaczerpnął z Zarządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych z 1983 roku w sprawie psów służbowych. Fragmentami tej instrukcji rozpoczynał każdą z trzech części, na jakie podzielił ten kryminał z detektywem Joachimem w roli głównej.

Wskazówki postępowania sugerowały nie tylko treść następnych rozdziałów, ale również los tych, którzy węszyli.
A głowni bohaterowie tej powieści węszyli niczym psy.
Najbardziej przygnębiającym faktem było to, że autor fabułę oparł na wydarzeniach rzeczywistych. Wykorzystał głośne zabójstwo dziennikarza śledczego Jarosława Zientary w 1992 roku. W tym też okresie osadził akcję powieści, w którym policja nazywana Firmą nie była powołana do tego, by tropić przestępców i doprowadzać ich przed sąd. Jej zasadniczą rolą było uzyskiwanie o nich informacji i wykorzystywanie ich zgodnie z interesami państwa, które Firma miała chronić. Interesy państwa nie pokrywały się z interesami wszystkich jego obywateli. Służyły tylko wybranym. Autor stworzył wprawdzie wielowątkową i dynamiczną fikcję literacką, ale w dużej mierze udało mu się odtworzyć czas przemiany ustrojowej, w którym manipulacja, zastraszanie i szantaż były podstawowymi metodami postępowania z szukającymi prawdy i grzebiącymi w przeszłości ludziom wykorzystującym stare układy, zależności i znajomości, by z różnych powodów „ustawić się” w nowej Polsce.
To dlatego zachował jej uniwersalny wymiar.
Jego bohaterowie nie posiadają imion i nazwisk. Nadał im pseudonimy pochodzące od cech charakteru lub wykonywanej profesji. Major, Ksiądz, Biznesmen, Dziennikarz, Pismak czy Ona symbolizują wszystkich ludzi o podobnych im tożsamościach, a skala zróżnicowania społecznego, stopień zaangażowania całego społeczeństwa. Ich anonimowość pozwala na dopasowanie kolejnych postaci, które niczym trybiki w maszynie, umożliwiały jej sprawne funkcjonowanie. Wszystkich przeszkadzających w jej ciągłym działaniu traktowano tak, jak psy.
Zgodnie z instrukcją.
Dlatego nie było w niej dobrych i złych bohaterów. Byli ludzie uwikłani w system zależności, ukazujący mechanizm sterowania polityką tworzącego się nowego państwa. To było w tej powieści najbardziej porażające. Ta niby fikcja, która mogła być prawdą, a przynajmniej nosiła znamiona dużego prawdopodobieństwa. Można zapytać – po co to obnażenie? Po to tylko, żeby stworzyć świetny kryminał, który się dobrze czyta?
Nie tylko.
Autor na to pytanie odpowiedział powstańczym wątkiem z historii Polski wplecionym w fabułę, w którym zawarł przesłanie tej na pozór rozrywkowej powieści – losy historii są w naszych rękach. Może nie przywrócą życia tym, których mordowano za szukanie prawdy, ale możemy i powinniśmy o nich pamiętać.
Pamięć to najlepsza broń przeciwko wszelkim systemom.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Krótka instrukcja obsługi psa [Krzysztof M. Kaźmierczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 01 stycznia 2017
Wielki błękit – Jennifer Donnelly



Wielki błękit – Jennifer Donnelly
Przełożył Patryk Dobrowolski
Wydawnictwo Zielona Sowa , 2015 , 388 stron
Cykl Saga Ognia i Wody ; tom 1
Literatura amerykańska


Tę proroczą pieśń niosły prądy wodne poprzez morza i oceany do królestwa Miromary. Podwodnej krainy rządzonej przez syrenę Izabelę. Jednak to nie ona była adresatką tajemniczego wezwania, tylko jej córka – syrenka Serafina. Szesnastoletnia następczyni tronu, która w dniu ważnego dla niej święta Diokimi, podczas którego miała przejść rytuał inicjacji, nie mogła rozpraszać się żadnymi informacjami. Zwłaszcza tak niezrozumiałymi, jak ta.
I to był jej błąd!
To nie była zwykła pieśń, ale zwiastun śmierci i początek zagłady jej królestwa. Zlekceważenie wezwania doprowadziło do tragedii w trakcie ceremonii, która zmusiła przerażoną dziewczynę do ucieczki z rodzinnych wód i mimowolne wypełnienie przepowiedni. To w jej przesłaniu kryła się cała fabuła opowieści. To Serafina była córką Moruadh, która w drodze do miejsca jej źródła, poznała pięć podobnych do niej syren. Połączyły ich wspólny cel, przyjaźń i hasło – Jeden umysł, jedno serce, jedna więź. Tylko razem, łącząc siły, mogły dokonać niemożliwego – odnaleźć talizmany mające moc pokonania zła niszczącego królestwo syren.
Początkowo myślałam, że mam przed sobą bajkę. Idealnie nakładała mi się na znany disnejowski film animowany Mała syrenka. Baśniowi bohaterowie mówiący ludzkim językiem, zwierzaki morskie pełniące rolę pupilów syren, feeria intensywnych barw prosto ze szmaragdowych lagun, migoczące w blasku promieni słonecznych drogocenne kamienie, łuski ryb, złoto, perły i śpiew syren sprawiały, że znalazłam się w baśniowym świecie położonym gdzieś w niedostępnych głębinach wodnych. Jednocześnie przekładałam sobie jego funkcjonowanie na świat ludzki tak odmienny, a jednocześnie podobny w ubiorach, zwyczajach, a przede wszystkim w emocjach.
Ten czar animacji szybko prysł!
Rzeczywistość Serafiny zaczęła dla mnie nabierać realiów wraz z pierwszą śmiercią i ucieczką dziewczyny. Nadal jednak tkwiłam w świecie fantazji świata nieistniejącego, gdzieś kilkaset metrów pod powierzchnią wody mojej wyobraźni. W towarzystwie pięciu przyjaciółek przeżywających niebezpieczne przygody, by ocalić utracone królestwo.
Nawet nie wiem, kiedy ta fantastyka stała się moją rzeczywistością.
Może to był ten moment, w którym syrena po raz pierwszy zobaczyła człowieka nazywanym przez istoty morskie terragogiem? A może wtedy, kiedy ujrzałam na szyi jednej z syren naszyjnik z tak dobrze znanych mi przedmiotów – kapsli od butelek, głowy lalki, smoczka, zapalniczki, piłeczki golfowej czy latarki. A może wtedy, gdy zdałam sobie sprawę, że zło uosabiane przez mitycznego potwora, którego chciały pokonać syreny, to tak naprawdę chciwość ludzka.
Chciwość wszystkiego!
Moim błędem tak późnego „przejrzenia na oczy” było zignorowanie mapki umieszczonej na wewnętrznej stronie okładki. Nie zaglądałam tam z dwóch powodów. Nastolatka, która namówiła mnie na przeczytanie tej ulubionej przez nią fantasy, szczelnie okleiła ją folią. Nie chciałam niszczyć tej okleiny. Ciekawość i potrzeba odpowiedzi na coraz bardziej nurtujące mnie pytanie – Gdzie ja tak naprawdę jestem i dokąd płynę z syrenami? – zmusiła mnie do zajrzenia pod okładkowe skrzydełko. Za pozwoleniem właścicielki zajrzałam do mapy i oto, co zobaczyłam.

Mój świat!
Tyle że to nie kontynenty były najważniejsze, a wody. Te słone i te słodkie. Autorka pod postacią dynamicznej przygody pełnej magii i bohaterów tak ludzkich w swoim fantastycznym wymiarze, mitologii, legend i przekazów, ukryła przesłanie ekologiczne. Wiem, że w tym momencie odzieram z powieści baśniowość, ale jej edukacyjna warstwa została pięknie ukryta w fabule, która swój racjonalizm i realizm obnaża dopiero po przeczytaniu całości. Dokładnie tak, jak powinno być w przypadku dobrze opowiedzianej baśni zakończonej mądrym morałem.
Autorce udała się ta sztuka.
Przede mną kolejna część cyklu.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Saga Ognia i Wody. Wielki błękit [Jennifer Donnelly]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 30 grudnia 2016
Naznaczona – Anne Bishop



Naznaczona – Anne Bishop
Przełożyła Emilia Skowrońska
Wydawnictwo Initium , 2016 , 523 strony
Cykl Inni , tom 4
Literatura amerykańska


Niczego się te mądre małpy nie nauczyły!
Taki przydomek zyskali w końcu ludzie w czwartej części cyklu Inni. Wręcz nie chcieli się uczyć. Zaślepieni rządzą władzy absolutnej, nie wyciągnęli wniosków z krwawych wydarzeń rozegranych w poprzedniej części. Nadal zrzeszali się w Ludzie Przede i Nade Wszystko, wierząc w słowa swojego przywódcy, że ludzie są potężni. Ludzie mają rację. Zasługują na wszystkie bogactwa tego świata. Nie powinni musieć okazywać wdzięczności za jałmużnę przyznawaną zgodnie z kaprysami zwierząt.
Nadal nie dostrzegali swojej arogancji.
Swoim egoizmem obudzili starych - pazury i kły Namid. Najstarsze i najpotężniejsze istoty, których bali się nawet terra indigena. W swojej wściekłości na głupotę ludzi zaczęli rozważać anulowanie wszelkich umów między nimi a Innymi. Nadciągające, niemalże apokaliptyczne, wydarzenia zaczęły przepowiadać wieszczki krwi – Nadzieja i Meg. To ich wizje zdominowały większą część wydarzeń w Thaisii i Lakeside.
Nadciągała zagłada.
Nikt nie wiedział, nawet wieszczki, ilu mieszkańców Namid zginie, która ludzka osada zostanie ocalona, kto przeżyje i czy przeżyje? Nawet w kartach widzących przyszłość los Lakeside stał pod znakiem zapytania. Ta nowa forma przepowiedni, którą opracowywała Meg, miała zastąpić jej nacinanie skóry podczas wieszczenia. Pozostał jeden problem – karty nie dawały jej euforii towarzyszącej krwawemu rytuałowi. Próby poszukiwania jej zamiennika w kontaktach z Simonem przewijały się przez całą opowieść. Brak doświadczenia oraz niezrozumienie zwyczajów ludzkich i wilczych utrudniało wprawdzie jej odnalezienie, ale świadome przeciąganie w czasie tego wątku przez autorkę, miało swoje uzasadnienie. Szukanie wspólnego języka, budowanie porozumienia i więzi międzygatunkowych, poznawanie zwyczajów i obyczajów, a w efekcie wzajemne zrozumienie i możliwość współistnienia wszystkich istot Namid, to najważniejszy wątek w tej części cyklu. Społeczność Lakeside była wzorcem koegzystencji, przyjaźni, a nawet miłości oraz alternatywą, a jednocześnie nadzieją, że świat może pomieścić w sobie wszystkich pod warunkiem respektowania praw każdej istoty. To w tej niewielkiej grupie była nadzieja na dalsze istnienie ludzi.
Pozostawało tylko pytanie – czy przeżyją gniew starych?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Naznaczona Inni – tom 4 [Anne Bishop]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Potęga miłości – Francine Rivers



Potęga miłości – Francine Rivers
Przełożyli Jan Kabat i Elwira Niewęgłowska
Wydawnictwo W Wyłomie , 2005 , 467 strony
Literatura amerykańska


Chciałabym tę książkę przeczytać. Może ją masz? - usłyszałam od koleżanki.
Nie miałam, ale, gdy czytelnik spragniony, wydobywam spod ziemi i dostarczam. Tak było i tym razem. Po przeczytaniu, była nią zachwycona. Podrzuciłam ją więc kolejnej koleżance. I tu zaskoczenie – nie podobała się jej, bo za dużo było w niej Boga. Zaintrygowały mnie te dwie tak skrajne postawy wobec jednej powieści. Pierwsza akceptująca ją w całości i druga podkreślająca element, który ją przekreślał.
Na pewno niepozostawiająca w obojętności.
Można albo zgodzić się z jej przesłaniem, albo odrzucić. Nie ma innej opcji. Postawy te nie mają nic wspólnego z samą powieścią jako taką, ale ze stosunkiem czytelnika do Boga i jego nakazów.
W tym sensie ta książka to swoisty test wiary.
Autorka fabułę oparła na dwóch fragmentach z Biblii. Z Nowego Testamentu wykorzystała słowa z pierwszego listu do Koryntian (1 Kor 13:13) – „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.” Natomiast ze Starego Testamentu wykorzystała los proroka Ozeasza, któremu Bóg nakazał poślubić nierządnicę. Jego przypadek ma kilka wątków, ale autorka skupiła się na jednym – pokora mężczyzny poślubiającego grzesznicę, bo tak każe mu Bóg. Z obu fragmentów wyłuskała myśl o potędze miłości, która nakazuje kochać każdego. Nawet prostytutkę.
I stworzyła przepiękną w swoim dramatyzmie opowieść.
Głównym bohaterem uczyniła Michała nomen omen Ozeasza. Mężczyznę wierzącego, rozmawiającego z Bogiem, całkowicie mu posłusznego i oddanego. Michał widział Boga we wszystkim. Widział Go w wietrze, deszczu i ziemi. Widział Go w zbożu, które rosło. Widział Boga w naturze zwierząt zamieszkujących ich dolinę. Widział go w płomieniach wieczornego ognia. Żył i pracował na swojej farmie w czasach dziewiętnastowiecznej gorączki złota w Ameryce, dostarczając do najbliższego sklepu w mieście to, co wyhodował. Podczas jednej z takich wizyt ujrzał na ulicy jedną z najdroższych prostytutek miejscowego domu publicznego i... zakochał się. Jednocześnie „usłyszał” nakaz Boga, by ją poślubił. Wbrew ówczesnym obyczajom i normom społecznym oraz wbrew sobie.
Od tego momentu zaczęła się dramatyczna historia Michała i Angel.
Burzliwa, niepewna, pełna rozmów z Bogiem i upadków, raniąca, bolesna, irytująca, niszcząca, poniżająca, rozdzierająca, ale i niezłomna, trwała, potężna, konsekwentna, budująca i podnosząca z kolan. Michał miał bardzo trudne zadanie – przekonać Angel, że miłość, którą znała i która ją niszczyła, to karykatura miłości, którą on jej ofiarowywał. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę okaleczenia psychiczne i emocjonalne dziecka odrzuconego przez ojca, ośmiolatki sprzedanej pedofilowi, nastolatki pracującej w domu publicznym i popełnione przez kobietę kazirodztwo, to w pełni można zrozumieć, przed jakim niemożliwym do pokonania stanęli oboje. Jaką walkę z wewnętrznymi demonami musieli stoczyć. Nic dziwnego, że Michał stracił wiarę i nadzieję, ale nie utracił miłości. To jej potęga sprawiła, że prostytutka ostatecznie otrzymała łaskę wiary, nadziei i miłości. Nie dominują one jednak w powieści, chociaż są w niej stale obecne. Autorce udało się uniknąć patetyczności, ckliwości i melodramatyczności. Mistrzowsko cały dydaktyzm i moralizatorstwo przesłania zatopiła w warstwie psychologicznej, w którą wyposażyła każdą z postaci. Zrównoważyła to również brutalnymi realiami ówczesnych czasów, w którym przyszło żyć kobietom amerykańskich osadników. Na tym tle tym bardziej widoczne było „szaleństwo” Michała, które można było sprowadzić do jednego kontrastu.
Święty i grzesznica.
Można się zgadzać lub nie, czy taka miłość naprawdę istnieje. Potężna, niezłomna i przebaczająca nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy, jak nakazuje Bóg. Wierzyć w nią lub jej zaprzeczać. Widzieć ją lub być na nią ślepym. Być nią obdarzonym i odrzucać ją wbrew sobie, bo Bóg tak nakazuje. Chyba na tym polega tajemnica wiary w Boga oraz zasadność jego nakazów i tylko od człowieka zależy, czy będzie żyć po bożemu, czy po swojemu – jak usłyszałam w wigilijnej homilii wygłoszonej do wiernych przez księdza. To bardzo dobry temat do rozważań w ten świąteczny czas.
Na co dzień również.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Oglądając ten amerykański trailer książki (jaka obsada aktorska i jaka muzyka!), można mieć wrażenie, że to opowieść tylko o miłości, a nie aż o miłości.
sobota, 24 grudnia 2016
Wilki – Adam Wajrak



Wilki – Adam Wajrak
Wydawnictwo Agora , 2015 , 272 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Przepadłam w puszczy!
Po raz pierwszy autor sprawił to komiksem dla... dzieci. Umarły Las zawierał między obrazkami wstawki rzeczywistych zdjęć z Puszczy Białowieskiej i garść przeciekawych faktów. Nie było mocnych na moje pragnienie, by znowu w niej przepaść. Musiałam sięgnąć po kolejną książkę tego dziennikarza, przyrodnika i pasjonata, by znaleźć się ponownie w jej magicznym centrum. W miejscach niedostępnych przeciętnemu człowiekowi. Poddać się opowieściom płynącym z serca, by ujrzeć niewidoczne i niedostrzegalne dla zwykłego mieszczucha. Poczuć to, co czuje autor, gdy ukazuje puszczę przez swój pryzmat patrzenia na nią z miłością. Przepaść w niej ponownie i zrozumieć niezbędną rolę wilka w niej.
Może przestać się go bać?
Autor bał się go. Przynajmniej na początku swojej przygody, bo tak nazwał ten epizod życia z wilkami w puszczy. I od tego strachu zaczął swoją opowieść. Swoje oswajanie się z wilkami. Pięknie wytłumaczył źródło tej bojaźni. Nie tylko strachu osobistego pojawiającego się w wilczej obecności, ale i tego lęku żywionego przez człowieka i ludzkość. Niemalże dziedziczonego w genach oraz przekazywanego w bajkach, podaniach, legendach i opowieściach mrożących krew w żyłach. Przy okazji tłumacząc okrutną i smutną historię losów wilka w Europie i w Polsce oraz prawdopodobną przyszłość zwierzęcia, jeśli nic nie zmieni się w traktowaniu i podejściu do niego. Dla ułatwienia poruszania się po puszczy umieścił na wyklejce mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami opisanymi w tej książce.

Oprócz fascynacji towarzyszącej opowieściom o ich stylu życia, systemie władzy w watasze, kierunkach wędrówek, sposobie polowania, rozmnażania się i wychowywania szczeniąt, licznie ilustrowanej pięknymi zdjęciami zwierząt i puszczy, musiałam też poznać jej mroczną część.

Kłusownictwo.
To zamierzone i to bezmyślne. To ta smutna rzeczywistość współczesnego wilka, ale istniejąca i składająca się na pełny obraz problemu, jakim jest dla nich człowiek i lęk przed nim. To ten moment, w którym autor przestał bać się wilków, a zaczął się nimi fascynować. Ja nie przestałam się ich bać, ale zaczęłam im współczuć i czuć się winną, że człowiek wilkowi zgotował ten los.
Zaczęłam je szanować.
O ten szacunek i pokorę wobec natury zapewne autorowi chodziło. Wzbudził je we mnie, mimo że nie poczułam z jego strony nawet cienia dydaktyzmu, chociaż uczył, przekonywał, poszerzał wiedzę, uświadamiał i zmieniał uczucia oraz nastawienie. Może dlatego, że opowiadał o wilkach poprzez własną przygodę i emocje. Poprzez historię niezwykłej trójki: siebie samego - pasjonata, Nurii – hiszpańskiej badaczki, dla której stracił głowę i serce oraz Antonii – wyjątkowego psa pomagającego im w puszczańskiej pracy.

To opowieść również o miłości.
A może przede wszystkim o miłości. Do wyjątkowej kobiety, do prastarej puszczy i do ludzi oraz zwierząt w niej żyjących. Do unikatowego miejsca na ziemi, w którym świat jeszcze ma swój pierwotny rytm i tętno życia. Bardzo osobista, a jednocześnie dostępna każdemu o otwartym sercu, czułym na wszystko, co takiemu, i jemu podobnym, miejscu, szkodzi, a nawet unicestwia.
Niezwykle ciepła!
Pozostawiła we mnie wdzięczność za zaufanie, jakim mnie obdarzył autor, wpuszczając do swojego świata, jeszcze większą tęsknotę za puszczą, podziw dla ludzi chroniących jej nienaruszalność, pokorę wobec natury i przeogromny żal do człowieka oraz poczucie winy za wszystko cośmy wilkowi uczynili i nadal czynimy.
W tym przypadku człowiek nie brzmi dumnie.

Fragment książki

Wilki [Adam Wajrak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj obejrzałam równie ciekawy film o wilkach.
środa, 21 grudnia 2016
Uciekinier – Łukasz Czeszumski



Uciekinier – Łukasz Czeszumski
Wydawnictwo CL Media , 2016 , 422 strony
Cykl Krew Wojowników ; Tom 1
Literatura polska


Na okładce tej książki widnieje taka oto informacja:

To zapowiedź i przedsmak tego, co wydarzy się w późniejszych tomach tego cyklu historycznego. Na razie tom go otwierający to dopiero początek opowieści.
Historii podwójnej.
Pierwszą tworzą losy Jarosława Burzyńskiego, poddanego Korony Polskiej szlacheckiego rodu o niewielkiej ilości posiadanej ziemi, ale za to o wojennej sławie, zdobywającej wprawdzie poparcie wśród wielkich hetmanów, ale i zbierającej kpiny ze strony książąt i biskupów mazowieckich, że Burzyńscy mają zamek i sławę, ale nie mają bogactwa. Mieli za to zupełnie coś innego. Coś co na przełomie wieków XV i XVI, a potem w dobie renesansu, nie było wartością powszechną i nadrzędną – honor własny i dobro Polski. Cele osobiste mazowieckiej szlachty oraz rozgrywki polityczne, w których Burzyńscy nie chcieli brać udziału, doprowadziły do rodzinnej tragedii. Jarosław, jako wyjęty spod prawa,chcąc ratować życie, musiał wyruszyć w świat, szukając zatrudnienia jako najemny wojownik. W tej części cyklu krąży po Europie, której dwie mapki autor umieścił dla mojej wygody śledzenia wędrówki głównego bohatera.

Jego losy to pasmo niekończących się przygód, niebezpiecznych wydarzeń i zaskakujących zbiegów okoliczności. Niekoniecznie dobrych dla Jarosława, ale bardzo dobrych dla mnie. Koniec jednego zdarzenia był początkiem kolejnego. Między nimi, w chwili oddechu od tempa akcji, Jarosław zamieniał się w uważnego obserwatora ówczesnej Europy, której dzieje i zachodzące zmiany społeczne determinowały jego perypetie, kierunek dalszej wyprawy, a nawet szczęście do uchodzenia z życiem i duszą na ramieniu.
Przez pryzmat jego indywidualnego losu i losów osób wszystkich stanów spotykanych na swojej drodze autor opowiedział drugą historię – opowieść o Europie u schyłku średniowiecza i na początku renesansu.
Całość mocno osadził w realiach historycznych.
Wędrując z Jarosławem mogłam prześledzić zmieniającą się sytuację polityczną i gospodarczą, ich wpływ na wszystkie stany społeczne, trudy przemian rycerstwa w arystokrację i wynikające z tego procesu skutki, zwłaszcza dla chłopstwa, w poszczególnych krajach europejskich. Czasami byłam jednak zaskakiwana elementami fantastycznymi opartymi na wierzeniach, podaniach i legendach, które z faktami historycznymi nie miały nic wspólnego, za to pokazały Europę zabobonną, wierzącą w siły nadprzyrodzone, a przez to bojaźliwą i inkwizycyjną. Autorowi udało się odtworzyć realia tamtych czasów we wszystkich aspektach społecznych. Również militarnych. Dużo w tej opowieści scen walk i bitew, w których mogłam uczyć się rodzajów ówczesnego oręża. Autor ułatwiał mi to poprzez przypisy tłumaczące „tajemnicze” nazwy. Zadbał o każdy szczegół – ubiór postaci, jedzenie, system władzy, zależności społeczne, obyczaje, zwyczaje czy wygląd wnętrz. I najważniejsze – pozostawiał mi przestrzeń, którą mogłam zapełniać obrazami.
Potrafiłam to sobie wyobrazić ze szczegółami.
Nie potrzebowałam dodatkowych wyjaśnień o wyraźnie dydaktycznym charakterze, które tu i ówdzie wtrącał autor. Dla mnie zbędne i zupełnie niepotrzebne. Rozumiałabym ten zabieg, gdyby autor nie umiał słowami oddać swoich zamierzeń. Ale on to wszystko potrafił, więc zdania stawiane niczym kropka nad „i”, irytowały mnie. Nie lubię, kiedy traktuje się mnie, dorosłego czytelnika, jak dziecko. Chyba że autor myślał również o czytelniku młodszym, bo faktycznie powieść ta nie ma ograniczeń wiekowych. Zabrakło mi również skomplikowania akcji, przeplatających się, zapętlających i otwartych wątków, które skutecznie trzymałyby moją uwagę na wodzy tylko po to, by odkryć ich wyjaśnienie chociażby na końcu opowieści. Przygody Jarosława były linearne i same w sobie rozpoczęte oraz zakończone niczym supełki na sznurze. Chociaż początek powieści, z intro wyjętym z przeszłości i prowadzącym do teraźniejszości, by poprowadzić w nieznaną przyszłość, takie zagmatwanie zapowiadało. Być może taki był zamysł autora. Nie komplikować, by lepiej ukazać ówczesną Europę. By pokazać, jak napisał w posłowiu, że koniec średniowiecza i rozwój renesansu był epoką wielkiego chaosu i kryzysu wartości. Obfitowały w konflikty, wojny domowe i religijne, a degeneracja i tyrania władców sięgała zenitu. Zdrada, ucisk i zbrodnia były ponurą codziennością.
Ten zamysł w pełni zrealizował.
Na tyle dobrze, że jestem ciekawa dalszych losów i wędrówki Jarosława w drugim tomie, tym razem we Włoszech.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki
sobota, 17 grudnia 2016
Damskie laboratorium – Angelika Gumkowska



Damskie laboratorium: przepisy na domowe kosmetyki – Angelika Gumkowska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 304 strony
Literatura polska


Tak wygląda efekt mojej ciężkiej pracy z tym i poradnikiem, i przewodnikiem. Nie jest to książka kucharska i nie jest to pucharek galaretki, ale pachnące mandarynkami żelowe mydełka. Użyłam wyrażenia „ciężkiej pracy”, ponieważ procedury przygotowywania kosmetyków w domowych warunkach przypominają gotowanie, którego nie lubię. Do tego stopnia, że autorka jeden z produktów po prostu zjadła ze smakiem. To dowód na to, jak bezpieczne są proponowane przez nią kosmetyki. Przez nią skomponowane, i co najważniejsze, sprawdzone na sobie. Jak donosi z autoironią – nadal żyje!
Jest ich aż 50!
Począwszy od kremów, balsamów, szminek poprzez olejki, maseczki, szampony, peelingi i mydła, na pastach do depilacji i perfumach skończywszy. Wybór przeogromny! Najfajniejsze jest w nich to, że autorka niuanse pozostawia kreatywności czytelniczki – kolor, zapach, konsystencja, czas planowanego zużycia i wybór – dodawać konserwanty czy nie? A jeśli tak, to jakie wybrać najbezpieczniejsze? Stopień trudności przygotowywania kosmetyków zależy od umiejętności kucharskich. Tak – kucharskich! Jak wcześniej wspomniałam, przygotowywanie receptur przypomina stosowanie przepisów. Jest tu odważanie i dawkowanie składników, podgrzewanie, schładzanie, łączenie, komponowanie oraz oczywiście mieszanie, roztrzepywanie i formowanie. Jak widać na licznie dołączanych ilustracjach, ułatwiających podglądanie etapów czynności, można pomylić je na przykład z kręceniem polewy kakaowej.

Na dodatek wiele przyrządów do ich przygotowywania znajduje się w każdej kuchni.

Zanim jednak autorka przeszła do meritum, odpowiedziała na podstawowe pytanie, które zadałam sobie, zanim zajrzałam do środka tego laboratorium – po co to robić? Po co tworzyć produkty, skoro półki w sklepach uginają się od ich ilości i różnorodności? Na dodatek są wśród nich i te dla alergików, i te ekologiczne.
Przekonała mnie dwoma argumentami.
Po pierwsze jest chemiczką z wykształcenia, która czyta i rozumie „magiczne” formuły na opakowaniach, a drogeria jest dla niej dobrze znaną dżunglą chemiczną, w której swobodnie się porusza, pisząc – Ja mam ten luksus, że „ogarniam” znaczenie hieroglifów opisujących skład, ale jak łatwo się domyślić, jestem tu w mniejszości. Efektem tego luksusu jest takie doświadczenie, a dla mnie drugi argument – ...z reguły marnuję w sklepie godzinę, analizując krem za 99,99 zł z górnej półki i ten za 15,20 – z dolnej. A po kolejnej godzinie sfrustrowana stwierdzam, że mogę wziąć pierwszy lepszy z brzegu, bo większość z nich ma podobny skład albo podobne działanie, a bujny opis na opakowaniu można włożyć między bajki. Okazuje się, że część kosmetyków zawiera sporo zbędnych i niekiedy szkodliwych składników, jak spulchniacze, silikony czy ogrom konserwantów. Czasami nawet połowa składu w ogóle nie ma znaczenia praktycznego, ale jest dodawana w celach „marketingowych” lub żeby wypełnić opakowanie. Przypomniało mi ono o publikacji Stanisława Kowalczyka Bezpieczeństwo i jakość żywności o zafałszowywaniu produktów spożywczych w celach „marketingowych”. Okazuje się, że ten zabieg dotyczy również branży kosmetycznej. Wprawdzie kosmetyków nie jemy, ale za to pochłaniamy poprzez skórę.
Co robić?
Autorka podsuwa dwa wyjścia. Pierwsze dla kobiet tak zajętych, że nawet , jeśliby chciały skorzystać z jej rad, to brak czasu na to nie pozwala i siłą rzeczy są skazane na producentów. Im dedykuje w dużej mierze rozdział wprowadzający do „tajemnic” kosmetyków oferowanych w sklepach, prawa i jego wytycznych w ich oznakowaniu, trochę rozszyfrowując skład i symbolikę na nich umieszczane, po to, by przynajmniej świadomie kupowały. Pozostałe czytelniczki zachęca do produkcji własnych kosmetyków, pisząc – Nie trzeba do tego doktoratu, wystarczy trochę zaradności i chęci, a gwarantuję, że będziesz zadowolona z efektów swojej pracy. Zatem, do roboty!
Ale nie tak zaraz i natychmiast!
Najpierw było kilka rozdziałów na temat bezpieczeństwa ich tworzenia. Wprawdzie niektóre można zjeść, ale są i takie, które wymagają podczas pracy higieny (kremy) lub dużej ostrożności (mydła). To nie jest tworzenie maseczek z płatków owsianych z dodatkiem miodu, ale prawdziwa chemia kosmetyczna. Źle dobrane składniki na przykład mydła mogą poparzyć!
Po tym wstępnym rozdziale mój entuzjazm lekko osłabł.
Szybko jednak zrozumiałam, że to konieczność i gwarancja jakości oraz bezpieczeństwa. Zwłaszcza po teście mycia rąk, do którego zagoniła mnie autorka. Odłożyłam książkę tak, jak mi kazała i pomaszerowałam do łazienki. Nie było źle, ale rewelacyjnie też nie. Wiem, co muszę zmienić i poprawić w moim nie do końca prawidłowym nawyku mycia rąk. Zniechęcały mnie też procedury receptur przypominające gotowanie, które nie sprawia mi przyjemności. Pojawiło się też pytanie o dostępność składników. Nie mieszkam w dużym mieście, w którym do wszystkiego jest dostęp, łącznie z profesjonalnymi sklepami.
Niepotrzebnie martwiłam się!
Składniki są dostępne w sklepach spożywczych, a w ostateczności ratują sklepy internetowe. Receptury są tak zróżnicowane, że można wybrać te na miarę swoich możliwości, umiejętności, potrzeb i chęci. Wybrałam najłatwiejszy w moim mniemaniu i najbezpieczniejszy – dla dzieci. Bo w kuchni jestem trochę, jak dziecko we mgle. Pamiętając o „fioletowych” ostrzeżeniach, uwagach i zachętach, których autorka nie żałowała w tekście,

wybrałam recepturę na mydło w żelu. Wszystkie składniki były dostępne w zwykłym sklepie, a mi pozostał „ból głowy”, jaki życzę sobie mieć kolor, kształt, zapach i wielkość.
Miałam ogromną frajdę!
Najlepsze jest to, że po tak pozytywnym doświadczeniu i ogromnym sukcesie „kulinarno-chemicznym” (bo dla mnie to ogromny sukces!) mam ochotę podnieść sobie poprzeczkę i spróbować skomponować własne perfumy.
Jedyny mankament to koszty.
Nie ukrywa tego autorka, ale świadomość, że wiem, co sobie aplikuję na skórę i co przenika do mojego organizmu, jest tego warta. Ogromne znaczenie ma to zwłaszcza dla matek karmiących i alergików. Poza tym, kosmetyk własnej produkcji, to dobry pomysł na oryginalny prezent.
Książka zresztą też!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 12 grudnia 2016
Co nam zostało z tamtych lat: dziedzictwo PRL – Jerzy Eisler



Co nam zostało z tamtych lat: dziedzictwo PRL – Jerzy Eisler
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 464 strony
Literatura polska


Czy niski poziom czytelnictwa w Polsce to dziedzictwo PRL?
Na to pytanie szukałam odpowiedzi w tej publikacji. Według ostatniego Raportu o stanie czytelnictwa w Polsce przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową, Polaków, którzy przeczytali w ciągu roku co najmniej 1 książkę jest 37%, a czytających intensywnie (co najmniej 7 książek w roku) 8%. W porównaniu z Czechami, którzy czytają w 84% (dane pochodzą z raportu) wypadamy bardzo blado. Są w tym raporcie próby wyjaśnienia tej różnicy. Jednak nie przemawiają one do mnie. Próbowałam sobie sama wytłumaczyć ten „fenomen”, dyskutując na ten temat z różnymi osobami. Również ze środowiska bibliotekarskiego. Doszłam do smutnego wniosku – współczesnym Polakom nie miał kto przekazać tradycji czytania. Gros inteligencji wymordowali nam Niemcy. Część rozstrzelali sowieci. Resztę dobili i spacyfikowali komuniści. W PRL do władzy doszli chłopi, robotnicy i chłoporobotnicy, wprowadzając cenzurę i socrealizm, między innymi w literaturze, skutecznie kneblując takich wielkich, jak na przykład Zbigniew Herbert. Nie było miejsca na kreatywność niezgodną z linią polityczną partii i inne „fanaberie”. Jak napisał autor tej publikacji – W Polsce Ludowej najpierw bowiem bardzo wiele zrobiono, żeby kulturę szlachecko-inteligencką ośmieszyć i zastąpić kulturą plebejsko-robotniczą. Co pojawiało się w ówczesnych księgarniach, co czytano i co polecano w prasie, prześledziłam w felietonach Wisławy Szymborskiej zebranych w jednej pozycji Wszystkie lektury nadobowiązkowe.
Nie afiszowałam się z moim wnioskiem.
Polacy są bardzo drażliwi na punkcie swoich wad. Przecież każdy szanuje książki, jest świadomy ich korzystnego wpływu na rozwój człowieka, a niektórzy wręcz je kochają, tylko... czasu brak. Bardzo częste i typowe usprawiedliwienie.
Dla mnie - wymówka!
Z jakąż ulgą, że nie jestem w tym myśleniu odosobniona, przeczytałam artykuł Między świetlaną przyszłością a obciachem, czyli rynek wydawniczy w Polsce w ostatnim numerze kwartalnika „Fanbook” (nr 4 2016).

Grzegorz Majerowicz, wiceprezes Polskiej Izby Książki, swoją wypowiedzią potwierdził mój wniosek, a przy okazji wyjaśnił ogromną różnicę poziomu czytelnictwa między Polakami a Czechami, mówiąc – „Kiedyś zadzwonił do radia Mariusz Szczygieł. Było to przy okazji dyskusji, dlaczego w Polsce czytamy mniej niż w Czechach. I on wskazał, że w Czechach jest mieszczańskie społeczeństwo z wielkimi tradycjami, gdzie w każdym domu pojawiała się półka z książkami. A my, z różnych powodów, jesteśmy bliżej społeczeństwa chłopskiego. Z innymi tradycjami.”
I o tych różnych powodach i innych tradycjach jest ten zbiór tekstów.
Niekoniecznie dobrych i pozytywnych. Autor wymienił je dopiero w ostatnim rozdziale. Dosyć przewrotnie, biorąc pod uwagę sugestię przewodniego tematu zawartego w tytule. Wbrew pozorom to mądry i przemyślany zabieg autora. Żeby spokojnie wysłuchać, jakie słabości, wady i przywary uniemożliwiające nam rozwój, odziedziczyliśmy po PRL głównie w sferze mentalnej (najwolniej i najoporniej poddającej się zmianom), nie można od nich zaczynać. Należy zacząć od ich źródła, poznać warunki je kształtujące. Prześledzić historię PRL i uwarunkowania kształtujące człowieka socjalistycznego. To dlatego tytułowy artykuł został poprzedzony 15 felietonami i esejami publikowanymi wcześniej w prasie lub księgach jubileuszowych w latach 1985-2015. Wyjątkiem są dwa teksty nigdzie niepublikowane, a będące pierwotnie odczytywanymi referatami. Wszystkie budowały obraz rzeczywistości PRL i jego społeczeństwa, na który składały się rola i funkcja wojska, Kościoła katolickiego, stalinizmu, radia, filmu, Milicji Obywatelskiej czy cenzury wszystkiego i wszystkich, a zwłaszcza wszelakiego druku. W tej pozycji pokazane na przykładzie wydań encyklopedycznych. Tę wszechstronną wiedzę wieńczył artykuł o codziennym życiu warszawiaków w okresie planu sześcioletniego oraz tekst o różnicach i podobieństwach PRL i III Rzeczpospolitej. Chociaż nie były one umieszczone na końcu książki. Autor w układzie rozdziałów nie przyjął logiki wątkowej. Przyjął kryterium chronologii czasowej – od końcowych miesięcy II wojny światowej po współczesność. Nie przeszkadzało mi to w stopniowym gromadzeniu wiedzy na temat dziedzictwa PRL, czego obawiał się autor, rezygnując z kryterium kolejności, w jakiej powstawały i ukazywały się w prasie.
Wręcz przeciwnie!
Wprowadzały ożywienie kolejnym, nowym tematem oraz to, czego nie spodziewałam się po historyku-badaczu o chłodnej, zdystansowanej, neutralnej postawie – zmienność emocji. Najsilniej odczułam je w artykule o powojennych losach żołnierzy Armii Krajowej. Jego treść mogłam porównać z wysłuchaną niedawno, trzygodzinną prelekcją Leszka Żebrowskiego, znawcą tematyki NSZ i podziemia antykomunistycznego. Merytorycznie i emocjonalnie były identyczne, choć w książkowej wersji mocno okrojone. Jedynie zasugerowane. To wniosek dla mnie, że wszystkie te artykuły nie wyczerpują tematu, a są sugestią do dalszych poszukiwań, dociekań i rozszerzeń tematu. Autor był przy tym odważny w udostępnianiu informacji (liczne cytaty źródłowe) nawet dzisiaj, a może zwłaszcza dzisiaj, niepoprawnych politycznie, burząc, między innymi, idealizm niezłomności Kościoła katolickiego i szlachetności Wojska Polskiego. Dopiero po otrzymaniu tak podstawowej i jednocześnie szerokiej wiedzy, można zrozumieć tytułowy rozdział o dziedzictwie PRL i na spokojnie, bez emocji, zrozumieć wady Polaków współczesnych.
A jest ich trochę!
Nie będę ich wymieniać, bo odbiorę przyjemność poznawania ich innym czytelnikom. Otrzymałam też odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, otwierające ten wpis, mimo że autor nie zrobił tego wprost. Zrozumiałam też, dlaczego jesteśmy tak odporni na zmiany. Zwłaszcza w sferze mentalnej, mimo że upłynęło od odzyskania niepodległości 27 lat. Biorąc pod uwagę myśl cytowanego w tej pozycji Zbigniewa Brzezińskiego, że wychodzenie Polski z systemu komunistycznego potrwa mniej więcej tak długo, jak długo system ten istniał, to znaczy ok. 45 lat, to długa droga przed nami do powszedniości półki książek w każdym domu. Zwłaszcza że, jak napisał autor, nie można bowiem w tak krótkim czasie zerwać z dziedzictwem komunizmu, który miał ambicję być jednocześnie i światopoglądem, i ideologią, i doktryną polityczną, i prądem filozoficznym, i systemem ekonomicznym, i Bóg raczy wiedzieć, czym jeszcze.
Jeśli mój początek wpisu zabrzmiał pesymistycznie, to zakończę go optymistycznie.
Po 25 latach pracy z książką i czytelnikiem doczekałam się korzystnych działań rządu, które nazwano Narodowym Programem Rozwoju Czytelnictwa na lata 2016-2020, wspartym, przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w polskich szkołach, priorytetem rozwoju czytelnictwa i kompetencji czytelniczych wśród dzieci i młodzieży. Ten ostatni już drugi rok z rzędu, mając nadzieję na kontynuację. To wiatr w żagle dla wszystkich bibliotekarzy. Może dzięki temu zmiany nabiorą tempa i nie zajmą prorokowanych, kolejnych 20 lat. Mam marzenie – zdążyć zobaczyć efekty mojej pracy.
Zobaczyć w statystykach 90% czytających Polaków.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL [Jerzy Eisler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 10 grudnia 2016
Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat – Maria i Przemysław Pilichowie



Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat – Maria i Przemysław Pilichowie
Wydawnictwo Muza Sport i Turystyka , 2016 , 447 stron
Literatura polska


Mieliśmy wielu wielkich podróżników!
To dziedzina trochę pomijana (jeśli nie zupełnie!) w rankingach najbardziej zasłużonych Polaków, w których na pierwsze miejsce wysuwają się literatura, nauka, muzyka czy nawet sport. Taka refleksja nasunęła mi się po lekturze tego opracowania i po skojarzeniu faktu, że o polskich podróżnikach, i o ich ogromnych dokonaniach dla nauki, zdarzało mi się dowiadywać ze wspomnień współczesnych globtroterów opisujących polskie ślady w odwiedzanych krajach. Takim totalnym zaskoczeniem była dla mnie postać Ignacego Domeyki przywołana przez Jarosława Fischbacha w O jeden ląd za daleko, który był i nadal jest bohaterem narodowym Chile, traktowanym do dzisiaj przez jego obywateli niemalże tak, jak osobę świętą.
Nie jest on wyjątkiem.
Wystarczy zajrzeć do słownika biograficznego polskich podróżników. Zrobili to autorzy tego opracowania i napotkali problem, który można ująć w retorycznym pytaniu – jak spośród ponad 600 nazwisk wybrać tylko kilkadziesiąt? Jakimi kryteriami przy tym się kierować? Autorzy po długich i trudnych naradach wybrali 33 podróżników zarówno bardzo znanych, jak i zupełnie zapomnianych, sugerując się ich zasługami dla poznania świata i rozwoju światowej nauki. Byłam bardzo ciekawa efektu tej trudnej selekcji. Kto zasłużył sobie na upamiętnienie w ich publikacji?
Szybko przejrzałam spis treści!
Spośród wymienionych nieobce mi było 12 nazwisk. Ale jakież to było moje ich znanie! Wiele z nich kojarzyłam tylko z nazwami geograficznymi wysp, mórz czy szczytów, jak Paweł Strzelecki, Krzysztof Arciszewski czy Aleksander Czekanowski. Inne znałam z zupełnie odmiennych dokonań – literackich (Czesław Centkiewicz, Wacław Korabiewicz) i historycznych (Mikołaj Radziwiłł, Jan Potocki), a Maurycego Beniowskiego przypominał mi jedynie poemat Juliusza Słowackiego Beniowski, nie wiedząc (o zgrozo!), że to nie jest osoba fikcyjna! Część zapamiętałam z opisów współczesnych podróżników, jak wspomniany wcześniej Ignacy Domeyko. Bardzo dobrze znałam jedynie Bronisława Malinowskiego i Bronisława Grąbczewskiego. Nadrabiając brak wiedzy w tej dziedzinie, zdążyłam sięgnąć po listy tego pierwszego ujęte w opracowaniu Historia pewnego małżeństwa i wspomnienia tego drugiego zawarte w Podróżach po Azji Środkowej. W swoich poszukiwaniach mogłam więc korzystać albo z encyklopedii, albo z opracowań biograficznych lub autobiografii.
To opracowanie jest formą pośrednią między informacją encyklopedyczną a rozbudowaną monografią.
Z tej pierwszej zachowało biogram przedstawiający podróżnika, jego pochodzenie i wykształcenie, trasę i kierunki wypraw, dokonania naukowe lub odkrywcze. Z tej drugiej zachowało temat nadrzędny, wątki osobiste, rodzinne oraz nawiązania współczesne upamiętniające ich osobę. To z tych ostatnich dowiadywałam się, gdzie nadano imię wybranego podróżnika miejscom lub instytucjom, jakie filmy i publikacje na ich temat powstały, jakie imprezy kulturalne lub sportowe ich imienia organizowano, a nawet, w jaką grę planszową można dzięki ich podróżom zagrać. Autorom udało się tę rozproszoną wiedzę zebrać przy każdym nazwisku, bogato ilustrując tekst fotografiami oraz zdjęciami map, rękopisów, a nawet rysunków samych podróżników.

Każdy rozdział rozpoczynali krótkim wstępem ogólnie zapoznającym z jego bohaterem, mottem (nierzadko jego autorstwa) oraz portretem.

Całość ułożyli chronologicznie, zaczynając od wieku XIII, na współczesności kończąc.
To była bardzo dobra decyzja.
Układ alfabetyczny nie oddałby obrazu ukazującego bardzo ważne aspekty ujęte w tle opowieści o podróżniku, a widoczne dopiero po przeczytaniu całości. Dzięki linearności w czasie mogłam śledzić zmienność kierunków podróży i ich przyczyny (zesłania Polaków na Syberię lub wybory indywidualne), powodów wypraw (polityczne, naukowe, osobiste), wyborów postaw wobec własnej tożsamości pod zaborami i w czasie rządów komunistycznych, rozwoju techniki i technologii mających wpływ na sposób i czas podróży, wiedzy - kto i gdzie był pierwszy, ponoszonych konsekwencji zdrowotnych (zarówno fizycznych jak i psychicznych), by dojść do jednego wniosku – jak wiele jest jeszcze do odkrycia, mimo że tak wiele już odkryto. W dużej mierze dzięki Polakom.
Zawirował mi ten świat!
Autorom udało się przekazać nie tylko ogrom wiedzy na temat dziedzictwa i spuścizny naukowo-badawczej Polaków, ale również ich pasję podróżowania, ekscytację nauką, ducha wypraw, niezłomności pioniera, by poznać nieznane i nazwać nienazwane. W każdym rozdziale czekała na mnie inna przygoda, kierunek podróży, trasa wyprawy, różnorodność osiągnięć i tajemnica odkrywania niezwykłego człowieka, z których największą był i nadal jest (ale w innym już znaczeniu) Jan z Kolna z XV wieku. Co ciekawe, nadal pozostający nie do końca poznanym, mimo że namalował go Jan Matejko, pisał o nim Stefan Żeromski, powstał dramat, książka dla dzieci, została nawet skomponowana opera Jan z Kolna. Interesowali się nim uczeni nie tylko polscy, ale też duńscy, francuscy, a nawet peruwiańscy. Te wszystkie opisy, wizerunki, teorie to jednak tylko fantazja.
To kolejny atut tego opracowania!
Autorzy starali się zamieszczać tylko rzetelną wiedzę, obalając mity, narosłe legendy czy dopowiadając niedomówienia. Docierali do wielu źródeł (nierzadko sprzecznych w podawanych faktach), by zbudować jednoznaczną prawdę. Jeśli nie byli jej pewni lub jej w ogóle nie zdobyli – pisali o tym wprost. Tym samym sugerowali kierunki własnych poszukiwań nie tylko czytelnikom, ale i pasjonatom podróży planującym wyprawy śladami pionierów – Polaków podróżników, odkrywców i badaczy.
A jest z czego wybierać!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wielcy polscy podróżnicy, krórzy odkrywali świat [Maria Pilich, Przemysław Pilich]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 04 grudnia 2016
100 sposobów motywowania innych – Steve Chandler , Scott Richardson



100 sposobów motywowania innych – Steve Chandler , Scott Richardson
Przełożyła Magdalena Bugajska
Wydawnictwo Studio Emka , 2012 , 191 stron
Literatura amerykańska


101 sposobów motywowania innych!
Nie! Nie pomyliłam liczby! Dokładnie 101, a nie 100 widniejące w tytule. O tym dodatkowym sposobie, którego twórcy i autorzy umieścili w tekście, napiszę na końcu.
Nie jest odkryciem Ameryki twierdzenie, że dobrze zmotywowany człowiek potrafi nie tylko przenosić góry, ujmując metaforycznie, ale i położyć na szalę własne życie, ujmując dosłownie. Doceniał to Napoleon stale zaskakiwany jej siłą, o której napisał – Najbardziej zadziwiającą rzeczą, jakiej nauczyłem się o wojnie, to fakt, że ludzie chcą umierać dla wstążek.
Za tymi wstążkami kryje się sedno tego poradnika.
Wprawdzie autorzy są coachami pomagającymi menadżerom zamieniać się w liderów firm nastawionych na zyski, jednak z łatwością język biznesowy – lider, zespół, zysk – można przełożyć na pracę z zespołem niekomercyjnym funkcjonującym na przykład w placówkach oświatowych, w których istnieją odpowiednio – wychowawca, klasa, efekt. Zresztą sam autor zauważył – Nieważne, czy tresujesz delfiny, czy motywujesz swoich ludzi, wzmocnienie pozytywne to najlepszy sposób na sukces.
W pracy, w rodzinie, w życiu osobistym i rozwoju własnym!
Baza wyjściowa, czyli wiedza, na której autorzy zbudowali omawiane sposoby motywowania innych, pochodzi z psychologii. Wystarczy je tylko dostosować do swoich warunków działania. Doszukałam się tutaj wiele zasad opartych na metodach wychowawczych, również wywodzących się psychologii, z których najważniejszą i najczęściej przewijającą się w treści była metoda wpływu osobistego, mimo że autorzy ani razu tak jej nie nazwali. Bez niej w wychowaniu ani rusz!
Prosty przykład.
Jeśli chcesz zmotywować własne dziecko do niepalenia papierosów, sam musisz nie palić. Inaczej poniesiesz porażkę. Schizofrenia czynu i słowa prowadzi do dysonansu poznawczego u dziecka, a tym samym do zlekceważenia dobrej rady, jako ewidentnego oszustwa i zakłamania dorosłych. Ale to nie znaczy, że poddajemy się. Nie! Szukamy innego sposobu spośród 100 innych zaproponowanych. Autor jednak przestrzega czytelników przed tylko wiarą w treść poradnika, pisząc – Nie wierz w nic, co przeczytasz w tej książce. To przewrotne podejście, którego pierwsze, rozpoczynające zdanie bardzo mnie zaskoczyło, ma mądre uzasadnienie. Efekty pracy z tym poradnikiem nie leżą w wierze w jego przesłanie, ale w praktyce.
Porzuć wiarę, zacznij działać!
Nie wszystkie sposoby można zacząć stosować natychmiast, chociaż takie też są. Większość należy wypracować w sobie jako umiejętność, a nawet nawyk. Bez szkoleń lub warsztatów, a nawet psychoterapii (porzucenie nałogu palacza!) stosowanie niektórych sposobów nie przyniesie efektów. Ale też nie wszystkie należy stosować. Autorzy podpowiadają – Wybierz garść z tych stu sprawdzonych metod motywowania innych i skorzystaj z nich. Wypróbuj. Zobacz, co z tego wyjdzie. Przeanalizuj efekty. Dzięki temu osiągniesz to, na czym najbardziej ci zależy: zmotywujesz ludzi. Zastosowałam się do tej rady i mam efekty. Nie osiągnęłam i nadal nie osiągam ich łatwo.
Powoduje to jedna „wada” tych sposobów.
Wymagają dużego nakładu pracy od lidera, wychowawcy, nauczyciela czy rodzica. Zaangażowania lub pasji. Wynika to z prostej i jednocześnie najważniejszej zasady motywacji – Dostajesz tyle, ile sam dajesz. I znowu nie ma znaczenia komu lub czemu i w jakim związku. Autorzy mówią wprost - w każdym związku – ze zwierzakiem, rośliną w doniczce, dzieckiem i kochankiem. I tutaj mogę nawiązać do 101. sposobu motywowania innych, którego nie ma w tytule, a który pojawił się w tekście i właściwie przewija się w tle we wszystkich 100 pozostałych – aby motywować innych, trzeba samemu być zmotywowanym. Trzeba stale rozwijać siebie. Pracować nad sobą. Dawać przykład poprzez działanie czyli mniej mówić, więcej pokazywać! Autorzy są przekonani, że nic nie inspiruje i nie motywuje ludzi tak bardzo, jak dostrzeżenie, że ktoś inny zmienia się na lepsze. Najcelniej tę myśl ujął Lew Tołstoj, którego słowa poprzedzały ostatni rozdział:

I to, w tym wszystkim, jest najtrudniejsze. Mam jednak dobrą wiadomość. Jeden z autorów napisał poradnik dla chcących się zmotywować:

Nikt nie rodzi się przywódcą, to mit – twierdzą autorzy, dodając – Przywództwo jest umiejętnością, taką jak ogrodnictwo, gra w szachy albo w komputerowe gry. Można jej nauczać i można się jej nauczyć w każdym wieku, jeśli ktoś będzie chciał.
A chcenie ZAWSZE zaczyna się od siebie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 927 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi