Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
środa, 05 lipca 2017
Projekt zdrowie – Anders Hansen , Carl Johan Sundberg

Projekt zdrowie: szwedzki poradnik inteligenta – Anders Hansen , Carl Johan Sundberg
Przełożył Tomasz Oczkowski
Wydawnictwo Smak Słowa , 2017 , 248 stron
Literatura szwedzka

   Kolejna ważna, książkowa cegiełka w budowaniu mojego holistycznego podejścia do zdrowia!

   Czytając poradniki dotyczące szeroko pojętego zdrowia, doszłam do wniosku, że nie ma jednego, uniwersalnego poradnika na temat – jak żyć długo, zdrowo i szczęśliwie. Niewiele jest takich, które prawie sięgają tego ideału. Zaliczam do nich Ikigai Héctora Garcii i Francesca Mirallesa, którzy spojrzeli na ten problem całościowo, zawierając w nim wszystkie niezbędne elementy. Jednak niewyczerpująco omówili je. Między innymi czynnik zdrowia został tylko zasygnalizowany.

   Stąd moje sięgnięcie po tę pozycję.

   Jej tematyka zawęża się tylko do ruchu i kondycji fizycznej, ale za to rzetelnie, dokładnie, wyczerpująco, a przede wszystkim nowatorsko. Czyż nie brzmi rewolucyjnie taka myśl – lepiej być dobrze wyćwiczonym, lecz z nadwagą, niż nieaktywnym, choć szczupłym?! Nic dziwnego! Jej autorami są dwaj lekarze szwedzcy – profesor fizjologii i psychiatra. Przewrotnie, przedstawiając całą wiedzę, jaką zebrali, poznali i poparli najnowszymi badaniami nauk medycznych, zaczęli od truizmu:

Większość z nas wie, że ruch to zdrowie. Może nawet wszyscy. Ale nie do końca wiemy, dlaczego i jak bardzo? Wielu zdziwi się, że wpływ ruchu sięga nawet do tak dalekich obszarów, jak geny! Okazuje się, że niechęć do ruchu przekazujemy następnym pokoleniom w postaci  „genów leni kanapowych”! Autorzy w tym poradniku wskazują na niewiarygodne efekty, jakie przynosi aktywność fizyczna – znacznie bardziej kompleksowe niż utrzymywanie wagi i poprawa kondycji. To, czy zażywasz ruchu, wpływa na cały organizm, na twój mózg i twoje geny. Przewrotnie, przypuszczając, że sporo czytających to „lenie kanapowe”, proponują pigułkę na lenistwo, które traktują na równi z epidemią nadwagi i zarazą palenia nikotyny.

   Któż w tym momencie nie zrobiłby się czujny?!

   Skoro przekonują – jest taka pigułka, by zaraz dodać – nazywa się aktywność fizyczna! Jeśli z ich strony zabrzmiało to sarkastycznie, a ja poczułam zawód, że jednak ruszać się trzeba, to zaraz łagodzą to rozczarowanie kolejnym, rewelacyjnym dla mnie zdaniem – Mówiąc dokładnie, jest to tak proste, jak trzydzieści minut szybkiego spaceru dziennie. I uwaga na pocieszenie – Nie trzeba wcale uczestniczyć w maratonie lub Biegu Wazów. Nie trzeba nawet spacerować. Ważne jest, byś każdego dnia przez pół godziny wykonywał czynność, która pod względem aktywności będzie podobna do spaceru. To wspaniała wiadomość dla osób, które są przekonane, że ruch to trening, ćwiczenia i bieganie wymagające potu, krwi i łez czyli zadyszki, bólu mięśni i spocenia się.

   Brzmi rewelacyjnie!

   Bo ta pozycja jest rewolucyjna właśnie w takich odkryciach. Obala mity, powołując się na rezultaty najlepszych i najnowszych badań w dziedzinie medycyny poświęconych oddziaływaniu aktywności fizycznej i treningu na ciało człowieka. Żeby nie być gołosłownym, wszystkie źródła wiedzy, na które powołują się, umieścili w obszernej bibliografii. Dzięki temu mogą wskazywać na dotychczasowe błędne myślenie dotyczące ćwiczeń fizycznych. I tu niespodzianka dla tych, którzy lubią jednak trenować i kochają ruch!

   Ten poradnik jest również dla trenujących!

   Zawiera obszerne rozdziały na temat treningów przygotowujących do sportu wyczynowego czy maratonów. Proponują własny trening interwałowy, wywodzący się z tradycji trenerskich sportów wyczynowych. Ważnym elementem tej części treści jest uwaga dotycząca uzależnienia od ruchu! Po raz pierwszy spotkałam się z ostrzeżeniem przed takim skrajnym podejściem do sportu przez amatorów.

   Ale ta wiedza została umieszczona na końcu książki.

   W 2/3 objętości treści autorzy skupiają swoją uwagę na tych czytelnikach, którym ruszać się nie chce. Czyli na mnie! Nie lubię czynnego sportu, nie lubię się ruszać, posiadam „gen lenia kanapowego” i mam z tego powodu wyrzuty sumienia, że inni biegają, ćwiczą na siłowni lub „tańczą” zumbę. Nieśmiało tłumaczę się zawsze, że dużo chodzę, w duchu myśląc, że to argument wyjęty z kosza.

   Otóż okazało się, że nie!

   Moje wielokilometrowe codzienne chodzenie, bo nie jestem zmechanizowana, uzyskało w tym poradniku taką samą rangę ważności, jak treningi innych. Ważna jest suma ruchu, w którym liczy się każdy krok wykonany w danym dniu. I niekoniecznie trzeba się przy tym spocić! Żeby mnie jeszcze bardziej zmotywować do jakiegokolwiek ruszania się, najpierw mnie „postraszyli”, co mi grozi, jeśli nie będę się ruszać (można się przestraszyć!), a potem doszli do wniosku, że wskazywanie, jaki odsetek osób umrze przedwcześnie i jaki będzie poziom zgonów, nie motywuje bezpośrednio do zmiany stylu życia. Zaproponowali więc motywację dodatnią, ukazując cuda kuracji ruchowej.

   Zrobili to porywająco!

   Oczywiście do działania, do ruchu, do ruszania się! Ważne myśli wyodrębnili pogrubionym drukiem lub umieszczając je na szarym tle:

Pokazali również pośrednie efekty ruchu – zdrowie psychiczne i kondycja umysłowa. Okazuje się, że ćwiczenia umysłowe to za mało dla kondycji mózgu, bo:

Stąd podtytuł poradnika – poradnik inteligenta. Autorzy zwrócili uwagę niby na znaną prawdę, ale w jak motywujący sposób! Po lekturze tego poradnika mam ochotę się ruszać, nie dlatego, że muszę gdzieś coś sobie „załatwić” lub komuś oddać przysługę, ale dlatego, że miałam świadomość, co przy okazji zyskuje mój organizm. I właśnie o taki efekt motywacyjny u odbiorcy zabiegali autorzy – Jesteśmy przekonani, że im lepiej poznasz zalety aktywności fizycznej, tym chętniej będziesz się ruszać.

   I coś w tym jest!

   Skoro chętniej i więcej się ruszam, a na pytanie – „Chce ci się znowu pójść, zawrócić, odnieść, wstawać, przenieść, skoczyć po coś?” – zaczęłam odpowiadać – „Ruch to zdrowie!” ze świadomością tego, co kryje się za tym sloganem i jednocześnie żalem, że mój rozmówca tej świadomości nie posiada, chociaż niby wie.

   Polecam wszystkim „genetycznym leniom kanapowym”!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Projekt zdrowie [Anders Hansen, Carl Johan Sundberg]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 02 lipca 2017
Narratologia – Paweł Tkaczyk

Narratologia – Paweł Tkaczyk
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 160 stron
Literatura polska

   Znaczy się – Polacy piszą!

   Nie dlatego, że na rynku wydawniczym pokazują się tego typu publikacje, ale dlatego, że na trudnym sprzedażowo polskim rynku książki, ta pozycja rozeszła się jak ciepłe bułeczki w przedsprzedaży. Mój egzemplarz jest dodrukiem do pierwszego wydania.

   To cieszy!

   To trochę też smuci, że bardziej chcemy pisać i opowiadać (zwłaszcza w marketingu) niż czytać. Wprawdzie nie ma badań statystycznych potwierdzających moje przypuszczenia, ale są badania czytelnictwa. Ostatni raport Biblioteki Narodowej donosi, że czyta 37% Polaków. To niski próg do wyrównania przez piszących, a nawet możliwy do przekroczenia. Wygląda na to, że piszemy dla około 1/3 narodu. A może nawet dla samych siebie (sic!).

   I tu robi się trochę strasznie!

   Bo żeby pisanie  miało sens, ktoś te teksty musi czytać. Jeszcze fajniej byłoby, gdyby o tym dyskutować i... znowu pisać. To też należy potrafić. Wiedzieć – jak?! Po to jest ten poradnik. Dla wszystkich, bo:


Chociaż z wywiadu z autorem wynika, że jest skierowany przede wszystkim do ludzi marketingu. To pozorny wniosek. Gdyby tak było, nie sięgnęłabym po niego i nie byłabym zadowolona. A jestem! Chociaż pisarzem w konwencjonalnym znaczeniu nie jestem. Za to jestem skromną czytelniczką o ambicjach czytelniczki wytrawnej, która chce o książkach opowiadać i pisać.

   To pierwszy powód sięgnięcia po tę publikację.

   Chciałam rozebrać powieść na czynniki pierwsze, by wiedzieć, dlaczego coś mi się podoba lub nie. Znaleźć przyczynę niezadowolenia lub zachwytu. Odróżnić mistrza od rzemieślnika. Umieć nazwać element, który mnie porwał lub zniechęcił. Dostrzec plusy nawet w kiepskiej powieści, by nie skrzywdzić piszącego. Trochę się tej wiwisekcji tekstu obawiałam, mając w pamięci podobne doświadczenie z poznaniem budowy kurzego jaja na biologii. Przez długi czas nie mogłam ich jeść. Na szczęście, w przypadku powieści, moje obawy były nieuzasadnione. Nadal czytam z przyjemnością.

   Drugim powodem jest moja pisząca do szuflady lub blogująca młodzież.

   Dobrze jest podeprzeć się w pracy z nią profesjonalnym poradnikiem. Podsunąć go, wykorzystać i pomóc zrozumieć, bo na tym etapie rozwoju może być troszeczkę za trudny. Może i są łatwiejsze pozycje, ale ta posiada coś, czego nie zawierają inne, a co według mnie i autora jest bardzo ważne. Z zachwytem przeczytałam o tym we wstępie, w tym zdaniu – Musisz zrozumieć ludzki mózg, sposób funkcjonowania języka, zagłębić się w emocje, a w końcu poznać schematy opowieści.

   Emocje!

   Ważne tak samo (a  może nawet bardziej!), jak technika. Autor zrobił wszystko, aby połączyć te dwa elementy razem. Z doświadczenia wiem, że to bardzo trudne, bo wymaga empatii, zrozumienia procesów psychologicznych i umiejętności nazwania tego, co się z własnego wnętrza wyciągnęło. Moja młodzież, kiedy zorganizowałam im warsztaty pisarskie, miała z tym duży problem. Nauczana w pisaniu rozprawek włączających przede wszystkim rozumowanie logiczne, nie bardzo radziła sobie z albo odczytywaniem emocji w scenkach sytuacyjnych na prezentowanych slajdach, albo nazywaniem wrażeń i odczuć oraz ich opisywaniem.

   Ten poradnik jest dla uczniów przeciwwagą nauczania szkolnego.

   Chociaż, jak już podkreślałam,  niełatwą pozycją dla początkujących. Autor  jednak bardzo starał się, by tekst był jak najbardziej przystępny i przyjazny dla każdego. Podzielił go na siedem kroków głównych składających się na proces tworzenia opowieści. Każdy pełen „klocków”, narzędzi i schematów, by móc budować według podszeptów własnej wyobraźni. Pojęcia ważne wytłuszczał.


Czasami dołączał wizualizację w postaci schematów.


Analizował zastosowanie rad na przykładzie znanych bajek (świetnie przedstawione!), filmów i głośnych historii, w których plotka również miała miejsce jako nieocenione źródło i praprzyczyna zaistnienia i rozwoju opowieści. Punktował wady i zalety tworzonej historii. Ukazywał zagadnienia z różnych punktów widzenia - opowiadającego i odbiorcy. Tworzył opowieść, która, pomimo swojego charakteru popularnonaukowego bazującego na wiedzy z literaturoznawstwa, językoznawstwa, psychologii i kulturoznawstwa, była historią angażującą mnie emocjonalnie i intelektualnie, bo sam stosował schematy i reguły, o których pisał. Jednak samo przeczytanie tekstu, pomimo gęstości wiedzy na każdy milimetr papieru, na każdej stronie, nie nauczy tworzenia opowieści. To nie wada. To wskazówka, że należy rozdziały czytać powoli i z przerwami na przemyślenia lub ćwiczenia, do których autor zachęcał pytaniami.

   Ćwiczenia to podstawa!

   Autor podpowiadał od czego zacząć i na jakie platformy internetowe warto wejść, by móc swoje teksty weryfikować. Idealnie byłoby jednak tę pozycję połączyć z warsztatami pisarskimi. Dotyczy to zwłaszcza osób zaczynających przygodę ze słowem. Dla podkreślenia ważności tej uwagi posłużę się przykładem autora, który pokazał różnicę między  tworzeniem instrukcji budowania karmnika dla ptaków a budowania elektrowni wodnej. Taką „instrukcję” budowania karmnika napisał Vargas Llosa w Listach do młodego pisarza, którą polecam przede wszystkim czytającym. Autor natomiast napisał „instrukcję” zbudowania elektrowni wodnej. To obrazowe zestawienie pokazuje, jak trudną sztuką jest narratologia i czego dokonał autor, próbując tę sztukę ująć w słowa i przedstawić ją w postaci książki. Poradnika dla wszystkich! Sceptycy mogą powiedzieć - jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego.

    A ja odpowiadam - oto wyjątek potwierdzający regułę!

    Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Podcast - rozmowa z autorem.

Narratologia [Paweł Tkaczyk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 01 lipca 2017
Unorthodox – Deborah Feldman

Unorthodox: jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów – Deborah Feldman
Przełożyła Kamila Slawinski
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 376 stron
Literatura amerykańska

   Dokładnie rok temu na dobre odeszłam ze społeczności chasydzkiej.

   Tak rozpoczyna swoją opowieść o życiu wśród chasydów satmarskich i procesie odchodzenia ze społeczności ultraortodoksyjnej jej była członkini. Autorka wspomnień nie odnajdywała się we wspólnocie zamkniętej, hermetycznej i archaicznej. Do tego stopnia, że wolność ceniła bardziej niż przynależność do rodziny i narodu. Jak sama napisała – Chcę być wolna – nie tylko fizycznie, ale w każdy inny sposób. Chcę mieć wolność, która pozwoli zdefiniować, kim naprawdę jestem... W nowojorskim Williamsburgu, gdzie chasydzi satmarscy znaleźli miejsce na stworzenie kahału (wspólnoty), by powrócić do cudem uratowanej spuścizny z Holokaustu, odkupić winy za asymilację i syjonizm (tak uważali!) oraz zrekompensować śmierć licznych ofiar zagłady i na nowo pomnożyć swoje szeregi, nie było miejsca dla kobiety, która bardziej kochała niezależność. Wśród chasydów nie było miejsca na indywidualizm. Każde osobne życie było podporządkowane dobru społecznemu, a jednostka – społeczeństwu, które z kolei kierowało się prawami zawartymi w Torze.

   Opowieść autorki odebrałam na dwóch poziomach.

   Pierwszym - osobistym, w którym uzasadniała swoje odejście. Od czasów dzieciństwa do zerwania kontaktów z rodziną i wspólnotą podkreślała to, co jej nie odpowiadało. Co było powodem wyboru odcięcia się. Przeszkodą w samorozwoju, w dążeniu do niezależności, w hamowaniu chęci do brania losu w swoje ręce, do samostanowienia, samodzielnych wyborów i decyzji. Do bycia kobietą, która dokonuje cudów własnymi rękami, nie czekając, aż Bóg się tym zajmie. Jak przekonywała – Pożądam władzy, ale nie po to, by dyrygować innymi: chce być panią samej siebie. Jej uśmiech widoczny na zdjęciach, które otwierały w książce kolejny rozdział jej życia, krył to, czego nie było, do wydania wspomnień, widać.

   Przyznawałam jej rację.

   Chociaż tylko częściowo. To prawda, że jej życie z taką osobowością i postawą było traumatyczne i okupione zestawem chorób psychosomatycznych. W tym pochwicą jako skutek odkrycia u siebie pochwy i macicy wieku siedemnastu lat tuż przed zamążpójściem! Jednak autorka nie zmusiła mnie do negatywnej oceny chasydów. Trafiłam po prostu na jedną z tych opowieści rozliczających się z przeszłością, w której bohaterki nie odnajdywały się. Podobną historię poznałam w Córce Rabina Revy Mann. Pojawiają się jednak wśród nich również i takie, w których kobiety dobrowolnie wchodzą w świat chasydów, odnajdując wśród nich swoje miejsce i tożsamość tak, jak Rama Burshtein. Reżyserka, która nakręciła o tym film Wypełnić pustkę. Dlatego ważniejszą informacją tych wspomnień był dla mnie przekaz drugi – kulturowy.

   Fascynujący, niezwykły i wyjątkowy świat chasydów!

   Tak odmienne tło społeczne, obyczajowe i religijne wspólnoty, do której trudno wejść, a tym samym poznać z różnych stron. W tym od strony bardzo intymnej, jakim jest wychowanie seksualne i pożycie małżeńskie. Autorka zaprosiła mnie nawet do sypialni i do ginekologa! Pozwoliła mi na bezpieczne przekroczenie nieprzekraczalnego progu dla gojki. Pokazała, wbrew pozorom, zalety życia we wspólnocie. Kiedy ona widziała wady, ja dostrzegałam zalety. Cechy, których tak brakuje zindywidualizowanym społeczeństwom. To przede wszystkim zwyczaje, zachowania, obyczaje i tradycja budujące solidarność i więź międzyludzką silnie powiązane z wiarą w każdej dziedzinie życia. Bóg u chasydów jest najważniejszy i jest wszędzie! Nie w słowie, ale w czynach. Nawet w tańcu, który szczegółowo opisywała autorka, a ja zobaczyłam jego porywającą radość na stronie Forumemjot dla Polski. To także troska o siebie nawzajem od narodzin do śmierci. To również życie z dala od cywilizacji bez książek i czasopism w innym języku niż hebrajski lub jidysz, telewizji, radia i filmów w samym jej sercu – Nowym Jorku. A przede wszystkim spełnianie się w bogobojności, by sprostać przyjętej nazwie – chasyd czyli pobożny, bogobojny, czysty. To świat unikalny, odmienny, niemalże jak relikt z przeszłości, który żyje na przekór diametralnie odmiennemu otoczeniu!

   Świat, który wzbudza we mnie przede wszystkim szacunek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Polecam!

poniedziałek, 26 czerwca 2017
Arab Jazz – Karim Miské

Arab Jazz – Karim Miské
Przełożyła Gabriela Hałat
Wydawnictwo Claroscuro , 2017 , 407 stron
Literatura francuska

 Powyższą opinię przeczytałam na odwrocie książki.
Faktycznie tak jest. Powieść wymyka się klasyfikacjom, chociaż można w dużym uproszczeniu określić ją jako kryminał społeczny noir. Jednak rozbudowane tło psychologiczne nadaje jej pełniejszy wymiar. Chociaż i to podejście nie wyczerpuje wielowątkowości w kontekstach kulturowym i filozoficznym.
Może nawet politycznym w poszerzonym spojrzeniu?
Głównym wątkiem jest śledztwo dwojga policjantów, Rachel i Jeana, z komisariatu nazywanego Bunkrem w 19. dzielnicy Paryża. W mieszkaniu położonym nad Ahmedem zamordowano Laurę. Morderstwa dokonano w sposób makabrycznie sadystyczny, zadając dziewczynie piętnaście ciosów nożem w krocze z wymowną aranżacją miejsca zbrodni, pełną symboliki.
Drugim, bardzo ważnym wątkiem są bohaterowie powieści.
Każdy inny. Z odmienną osobowością ukształtowaną przez pochodzenie, narodowość, religię i bagaż trudnej przeszłości. Policjantka Rachel to aszkenazyjska Żydówka, której emocje zaczynają się jej wymykać spod kontroli. Jean to Bretończyk z głową w chmurach ukierunkowany do wewnątrz i zżerany od wewnątrz przez coś, o czym sam nie chce wiedzieć. Ahmed to Arab z borderline, chociaż sam uważa się za Francuza marokańskiego pochodzenia, cierpiący na przewlekłą depresję. Były pacjent szpitala psychiatrycznego, który żyje z renty inwalidzkiej i większość czasu spędza na czytaniu kryminałów z mordercami i psychopatami w roli głównej, kupowanych na kilogramy w miejscowym antykwariacie. Cudze okropieństwa, chora wyobraźnia innych pozwalają Ahmedowi trzymać w ryzach potwory przyczajone z tyłu głowy i podsuwają myśl, aby włączyć się nieformalnie w śledztwo i napisać Arab Jazz jako odpowiedź na White Jazz Jamesa Ellroya, którego dosłowne tłumaczenie tytułu nie będzie tak oczywiste. Denatka Laura to dziewczyna wychowana w rodzinie świadków Jehowy, która zerwała z nią kontakty, podejmując pracę jako stewardessa. Wszyscy główni bohaterowie wraz z licznymi drugoplanowymi tworzą wielokulturowy tygiel zaludniający 19. dzielnicę Paryża. Tłum mówiący wieloma językami i wymagający ode mnie znajomości zarówno francuskiego, angielskiego, arabskiego, jak i hebrajskiego. Na szczęście na poziomie podstawowym (nie ma tłumaczeń w przypisach!), ale to wystarczyło, by zrozumieć irytację śledczego Jeana – Ledwie wyjdziesz z Bunkra, słyszysz: „Salam alejkum, panie poruczniku”. „Szalom, panie komisarzu”. Kurwa, niech mnie wreszcie przeniosą do Roscoff. Nie wiem, jak ty, Rachel, ale ja dostaję od tego kręćka. Dosłownie. Na dodatek dzielnicy pełnej świątyń islamskich, chrześcijańskich i żydowskich na każdym rogu z mniej lub bardziej nawiedzonymi przywódcami religijnymi i wiernymi o przekroju narodowościowym od Afryki po Europę. Ulic składających się z rzędów sklepików, barów, pubów, restauracji, antykwariatów i zakładów usługowych prowadzonych przez białych, czarnych i kolorowych. Miejsc i podwórek, na których wspólnie dorastają dzieciaki żydowskie i muzułmańskie, bawiące się w superbohaterów na podwórku szkolnym, w collège’u odkrywają rap, zostają gwiazdami w dzielnicy... Codzienności mieszkańców opowiedzianej wieloosobową narracją przekraczającą granice czasowe, wprawiając w dynamikę widziane obrazy i nadając im rytm w tak muzyki tworzonej przez artystów z różnych nacji i w różnym stylu, składającą się ostatecznie na jedną pieśń świata. Jej kwintesencja wybrzmiewa w playliście umieszczonej na końcu książki.

 Nie ma w niej analogicznej, osobnej "readlisty", chociaż można taką stworzyć, wybierając tytuły i nazwiska z tekstu, który jest ich pełen. Książki i myśli z nich zaczerpnięte są obecne na prawie każdej stronie. Tłoczą się w sklepikach, w mieszkaniach i umysłach bohaterów nierzadko spowitych narkotycznymi oparami.
Muzyka, książki, alkohol i jointy pozwalają wszystkim przetrwać kolejny dzień.
Dzień zła pracowicie krążącego po ulicach dzielnicy i między ludźmi. Tego pospolitego, małego, otaczającego każdego i tkwiącym w każdym z nas. Czynnego i biernego. Zła, które, niczym kula śnieżna, urasta do tego uniwersalnego, ponadczasowego, towarzyszącego ludzkości od zawsze.
Pojedyncze morderstwo staje się odzwierciedleniem całej dzielnicy.
Autor, jak przeczytałam w biogramie, dorastał w Paryżu. Tworzył filmy dokumentalne poruszające między innymi zagadnienia fundamentalizmu w islamie, chrześcijaństwie i judaizmie. Ta forma dociekań i tłumaczeń skomplikowanych zjawisk społecznych w wielokulturowej i wielonarodowościowej społeczności paryskiej mu nie wystarczała, skoro napisał również powieść nagrodzoną najważniejszą francuską nagrodą literacką w gatunku kryminału - Grand prix de litérature policière, o czym przeczytałam na okładkowym skrzydełku. Pod rozrywkową warstwą kryminału spróbował opisać i prześwietlić skomplikowane problemy społeczne we współczesnym Paryżu. Mieście, które już w niczym nie przypomina lat bohemy paryskiej XX wieku, tak dobrze ukazanej w Paryskiej żonie Pauli McLain. To zupełnie inny świat, bliższy Życiu seksualnemu muzułmanina w Paryżu Leïli Marouane, w który, dzięki autorowi, wsiąknęłam na kilka godzin, by go nie tylko zobaczyć, poczuć, posłuchać i przeżyć, ale przede wszystkim zrozumieć procesy w nim zachodzące, których dramatyczne skutki relacjonują media próbujące wmówić reszcie świata, że przyczyna tkwi w religii i polityce.
Zdaniem autora – to bardzo mocno uproszczone wyjaśnienie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Z książkowej playlisty moimi są te klimaty.

niedziela, 25 czerwca 2017
Instrukcja obsługi solniczki – Szymon Hołownia

Instrukcja obsługi solniczki: felietony z „Tygodnika Powszechnego” – Szymon Hołownia
Wydawnictwo WAM , 2017 , 159 stron
Literatura polska

Otrzymałam zaproszenie!

 Kilka dni wahałam się, czy pójść na spotkanie z człowiekiem, o którym słyszałam – pluszowy katolik, celebryta, lewak. To był również powód niesięgania po żadną z publikacji, jakie wydał. Nie wiem, dlaczego tym razem skusiłam się? Może to był impuls, może moja przekora, a może „palec boży”? Chyba to ostatnie, bo tak musiało być, że ze sceptyka, a teoretycznie według niektórych nawet z wroga, zamieniłam się w wolontariuszkę Szymona Hołowni.
Ale po kolei!
Kiedy już się zdecydowałam na to spotkanie, wpadłam w panikę, że nic nie czytałam z jego opublikowanych pozycji, a ponieważ lubię być przygotowaną do tego typu spotkań, wyprosiłam książkę (za bardzo nie musiałam!) u mojej kochanej bibliotekarki z biblioteki publicznej, bo nie była jeszcze włączona do księgozbioru. Wzięłam pierwszą, jaką wyjęła z kartonu świeżej dostawy książek. Trafił mi się najnowszy zbiór felietonów z Tygodnika Powszechnego pisanych na przełomie lat 2016-2017. Autor trochę wątpił w to „odgrzewanie kotletów”, jak ujął to w swoim fejsbukowym profilu, ale z mojej perspektywy, osoby nieczytającej tego czasopisma, to miało sens. Forma książkowa to jedyny sposób, abym mogła poznać jego poglądy.
Czy było warto?
Nawet bardzo warto! Autor przywrócił mi wiarę w istnienie wierzących katolików próbujących sklejać, a nie dzielić, łączyć, a nie odgradzać się. Byłam zaskoczona samodzielnością, niezależnością i racjonalnością myśli zawartych w tych, dla jednych felietonach, dla innych kazaniach, a dla mnie refleksjach filozoficznych głęboko sięgających do fundamentów religii katolickiej.
Autor jest wierzącym katolikiem.
Nie chcę używać określeń stopniujących, bo dla mnie to podstawowe pojęcie zawiera w sobie wszystko – albo się jest wierzącym z dobrodziejstwem „całego inwentarza”, albo jest się tylko religijnym, wyskubując z ciasta rodzynki, by żyć nie po bożemu, ale po swojemu. Według własnej religii skrojonej na własną miarę. To również pogląd autora, o którym mówił na spotkaniu. Pomijam fakt, że autor często powoływał się w swoich tekstach na Nowy Testament, że nosi przy sobie Biblię i czyta ją w każdej wolnej chwili, bo to jeszcze nie czyni człowieka wierzącym.
On robi dużo więcej!
Wciela w życie fundamentalną zasadę swojej wiary. Tę podstawową. Tę najprostszą przekazaną w ewangeliach i w dekalogu - miłość bliźniego. Teoretycznie tę zasadę ujął i podkreślił w każdym z tych felietonów, które poświęcił współczesnym problemom naszych czasów. Było więc o bezdomnych, emigrantach, roli Kościoła i jego wrogach (niekoniecznie zewnętrznych!), względności biedy, patriotyzmie, papieżu Franciszku, terroryzmie i wielu, wielu innych. Ku mojemu zaskoczeniu, pomimo różnic światopoglądowych szerokości i głębokości amerykańskich kanionów, zgadzałam się z nim.
Mało tego!
Miałam wrażenie, że mówi w moim imieniu. Bronił mnie nawet, swojego „wroga” przed chrześcijańskim „jadem” rozgłośni katolickich! To pierwsze, dobre wrażenie, chociaż nie ono było najważniejsze. A może było, bo u podstaw tych jego wniosków zawsze znajdowała się miłość do drugiego człowieka, kruchość życia i nieuchronność śmierci w każdej chwili, gotowość do dialogu i chęć wypracowania konsensusu do pokojowego współistnienia i współdziałania. Z wszystkimi! Nawet, jak powiedział na spotkaniu, z ojcem Tadeuszem Rydzykiem.
Brzmi słodko!
Może dlatego, że te prawdy stały się hasłami wytartymi przez wielu tylko je wygłaszających (dostało się tutaj i politykom, i hierarchom Kościoła katolickiego!) bez pokrycia w czynach. Autor nie tylko mówi. On je również wciela w życie. Nie bez powodu między felietonami umieścił zdjęcia z komentarzami, które nie miały nic wspólnego z treścią.

Tylko pozornie były całkowicie oderwane od nich, ale po przeczytaniu całości, która była teorią na temat znajdywania środka ciężkości w trudnym życiu i w pokręconym świecie, te zdjęcia pokazywały czyny. Jego konkretną działalność na rzecz drugiego człowieka napędzaną tylko i wyłącznie miłością płynącą z wiary. Wyraźnie mówiły – nie tylko wskazuję, ale daję przykład, jak to robić.
Na spotkanie przyjechał nie celebryta, ale człowiek proszący o wsparcie dla innych.
Chłopak, który pod marynarką miał nie koszulę, ale t-shirt z logo jednego z projektów Przybij piątkę. Osoba z ogromnym poczuciem inteligentnego humoru oraz umiejętnością przekazywania wiedzy i swojej misji?, powołania?, spalania się w imię Boga i dla niego? Właściwie większość spotkania była poświęcona działalności jego dwóm fundacjom:

 Zajrzałam na ich strony internetowe i utonęłam w afrykańskiej rzeczywistości, która jest mi bliska od kilkudziesięciu lat, na kilka godzin. O wsparcie trzeba umieć prosić, bo prośba jest towarem, który w naszym skomercjalizowanym świecie trzeba umieć sprzedać. Szymon Hołownia robi to po mistrzowsku. Świetnie zna zasady public relations, aby dotrzeć do każdego potencjalnego darczyńcy. Dać szansę każdemu na ujawnienie swojej dobrej strony, która jest w każdym, według indywidualnych możliwości poprzez projekty skrojone na miarę każdego człowieka. Spośród wielu form pomocy wybrałam coś dla siebie. Posłuchajcie!

Stąd dołączone dwa banerki w bocznej szpalcie pod hasłem Wspieram i popieram oraz taki obszerny wpis bardziej o działalności autora niż o jego książce. Siła przekazu stron fundacji kryje się również we wszechstronności ukazania działalności z każdej strony i sióstr misjonarek, i autora, ale i samych dzieci poprzez zdjęcia, relacje, filmiki, opisy codzienności, sprawozdania i całkowitą transparentność działań. Faktycznie można dać się wciągnąć w życie codzienne sierocińca Kasisi. Jednak to, co przekonało mnie najbardziej, to konsekwencja Szymona Hołowni w działaniu poprzez miłość niosącą radość podopiecznym obu fundacji. Nie epatuje biedą i chorobami, chociaż są takie, ale porywa radością i szczęściem dzieciaków. Ich śmiech i miłość, jakimi są otaczane przez siostry, energia działania, jaką wnosi autor w ich życie – mówią za wszystko i o wszystkim. Zresztą, po co pisać, skoro można zobaczyć i samemu poczuć:

Więcej argumentów nie było mi potrzeba, by wesprzeć. Zwłaszcza, że ten wulkan energii trzeba podsycać. Autor nie jest psychicznym perpetuum mobile. Wiem to, bo i o chwile zwątpienia padło pytanie z sali. Ma takie, nawet nie chwile i dni, ale całe miesiące.
Jak każdy z nas.
Żałuję, że na spotkanie spóźniłam się. Zapomniałam wziąć ze sobą biblioteczną książkę i musiałam wrócić się po nią, bo liczono na złożenie w niej autografu przez autora. Stąd uchwycenie momentu prośby o wpis dla czytelników biblioteki.

fot.TOK

 I tak stałam się wolontariuszką Szymona Hołowni (chociaż w powszechnym podziale przyjętym przez nasze społeczeństwo, powinnam być jego zajadłym wrogiem i pluć jadem), o czym autor prawdopodobnie się nie dowie, ale jak napisano w Nowym Testamencie Biblii Tysiąclecia – Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa... (Mat. 6:3).
I niech tak zostanie.

Instrukcja obsługi solniczki [Szymon Hołownia]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 24 czerwca 2017
Replika: Gemma Lira – Luren Oliver

Replika: Gemma Lira – Luren Oliver
Przełożyła Monika Bukowska
Wydawnictwo Otwarte , 2017 , 398 stron
Seria Moondrive
Literatura amerykańska

Krucha Gemma w Chorowitym Ciele!
Tak widziała i nazywała siebie szesnastoletnia Gemma. Mogłam pomyśleć, że to nadinterpretacja tak charakterystyczna dla nastolatków, ale w miarę czytania zaczęłam przyznawać jej rację. Faktycznie była nieatrakcyjna. Miała nadwagę, poważne i nieustające problemy zdrowotne, których lista obejmowała aż dziewięć punktów. W tym dwie operacje serca i oszpecające ciało blizny.

 Na dodatek była szkolnym popychadłem z przezwiskiem Frankenstein oraz grzeczną i posłuszną córką nadopiekuńczej matki. Gemma pokornie znosiła swój los.
Do pewnego momentu!
Do pojawienia się w niej siły silniejszej niż strach i poczucie winy przed rodzicami do rozwiązania zagadki, która mogła wyjaśnić jej beznadziejne położenie. Ta nieodparta chęć jej wyjaśnienia zmieniła Gemmę w dziewczynę odważnie poszukującą, która dotychczas żyła w komiksie, w dwóch wymiarach, a teraz udało jej się uciec do pełnowymiarowego świata, w którym dobrze jej robiło wydawanie rozkazów, posiadanie planu, liczenie głównie na siebie i robienie tego, na co miała ochotę, bez błagania kogokolwiek o pozwolenie. Nareszcie była Gemmą, która potrafiła wsiąść do samochodu obcego chłopaka, Gemmą, która badała tajemnicze sprawy, Gemmą, która przeciwstawiła się rodzicom i okłamywała najlepszą przyjaciółkę.
Gemmą, która poznała Lirę.
Dokładnie w tym momencie urywa się opowieść Gemmy, a zaczyna historia Liry. Nie był to kolejny, następny rozdział. Książkę musiałam odwrócić, by zacząć czytać ją od nowa. Z nową okładką i ponownie od pierwszej strony.

 Poznać znaną, ale na nowo opowiedzianą wersję tym razem przez tajemniczą Lirę, pochodzącą z zakazanego miejsca, do którego próbowała dotrzeć Gemma. W ten sposób obie narracje dziewczyn złożyły się na jedną historię niosącą w sobie wiele wątków filozoficznych, z których najważniejszym było zło tkwiące w człowieku, czyniące z niego potwora zniewalającego innych w imię kontrowersyjnych, wyższych celów. Autorka wykorzystała w swojej powieści bardzo aktualne współcześnie spory bioetyczne, by ostrzec przed skutkami przekraczania barier etycznych i naruszania wartości moralnych w doświadczeniach genetycznych na tkankach ludzkich.
Przeciwstawiła im prawa człowieka do miłości i wolności.
Do takich wniosków pozwoliła mi dochodzić powoli, ukazując okrucieństwo badaczy oczami obu dziewczyn, z których jedna była córką naukowca, a druga obiektem jego doświadczeń. Jednak i ten obraz okazał się ostatecznie niejednoznaczny. To podwójne widzenie jednego problemu było zamierzone. Według autorki nie istnieje coś takiego jak obiektywny ogląd zdarzeń. Prawd jest tyle, ilu bohaterów. Autorka przedstawiła w tej powieści ich kilka w sposób niezwykle sugestywny i za każdym razem bardzo przekonujący, pozostawiając wybór tej jedynej, słusznej – mnie. Jak zwykle w jej powieściach (7 razy dziś, trylogia Delirium) nie było mi łatwo stworzyć jedną, uniwersalną i zadowalającą wszystkich prawdę. To mistrzyni wywierania wpływu emocjonalnego. Jej bohaterowie są zawsze wrażliwymi i skomplikowanymi psychologicznie osobowościami, uwikłanymi w brutalne, bezwzględne i skrajne sytuacje pozornie bez wyjścia, ale na tyle silne psychicznie, by je jednak ostatecznie znaleźć. Nigdy jednak nie są już tymi samymi osobami.
Dokładnie jest tak również w tej powieści.
I dokładnie to samo dzieje się z czytelnikiem. Ten „happy end” każdej powieści, okupiony przez czytelnika skrajnymi emocjami, jest najważniejszym momentem procesu czytania – chwilą zmiany dotychczasowego myślenia z nieświadomego na świadomy. Końcowym efektem swoistego dialogu z autorką poprzez opowieść.
Darem dla czytającego od autorki.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 


W tym zwiastunie powieści można dokładnie zobaczyć dwustronność tej książki.

Replika [Lauren Oliver]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 18 czerwca 2017
Do serca przytul psa – Dorota Sumińska , Paweł Siczyński

Do serca przytul psa – Dorota Sumińska , Paweł Siczyński
Wydawnictwo Galaktyka , 2006 , 96 stron
Literatura polska


 Uwielbiam słuchać opowieści o zwierzętach!
Nie ma znaczenia w jakiej formie. Mogą to być filmy przyrodnicze. Opowieści znajomego leśniczego. Relacje mojego wujka myśliwego, który bardziej obserwował niż polował. Poważna literatura Georga Orwella Folwark zwierzęcy. Historie z lasu o Wilkach Adama Wajraka. Komiks wymyślony dla dzieci o życiu w Umarłym lesie Adama Wajraka i Tomasza Samojlika. Czy, tak, jak w przypadku tej pozycji, krótkie opowiastki o psach domowych. Autorka miała ich w życiu tak dużo, że z czasem uzbierał się spory materiał na książeczkę dla takich maniaków, jak ja.
Wszystkie prawdziwe!
Miała więc o czym opowiadać, ponieważ, jak sama napisała we wstępie, psy były ze mną zawsze i psom poświęcam tę książkę. Również wilkom.

To od nich zaczęła opowieść trochę symbolicznie, a trochę chronologicznie w miarę pojawiania się psów w rodzinie autorki. A i dla kundla z sąsiedztwa znalazła miejsce w panteonie w większości opisanych tutaj psów rasowych. Każdy rozdział poświęciła innemu pupilowi, umieszczając jego imię w tytule i dołączając "portret".

Tekst również ilustrowała zdjęciami.

Same historie napisała sercem i z miłością, która ciepły, psi język i nie zawsze miłą woń sierści czyniła dla niej zapachem i pierwszym, przyjemnym wspomnieniem z dzieciństwa. A kiedy zaangażuje się tak, jak autorka, empatię do obserwacji zwierząt, to można zobaczyć więcej niż przeciętny człowiek. Zwłaszcza ten, który ze zwierzętami kontaktu na co dzień nie ma. Wtedy można zobaczyć w psie... osobowość. Te kilkanaście opowiastek to kilkanaście indywidualności pełne zalet i wad, ale zawsze pełne bezwarunkowej miłości do człowieka. Czasami zahaczających o ekstrawagancję, maniery, przyzwyczajenia, a nawet o cechy, o które nie podejrzewałoby się psa, jak absolutna wierność Picka swojej jedynej miłości Pusi.
Aż chciałoby się przygarnąć jakąś psinę!
Gdyby nie uwagi autorki umieszczane na zakończenie, działające jak zimny prysznic pośród zachwytów. Jako lekarz weterynarii krótko wskazywała na choroby charakterystyczne dla psów rasowych, które skutecznie studziły zapał i włączały rozsądek podpowiadający, że pies to obowiązek. W przypadku psa rasowego – podwójny, a to z powodu wad genetycznych, jakie zafundowali im hodowcy psów. To smutny wątek tych opowieści – co człowiek uczynił psu dla własnej przyjemności i pieniędzy za jego bezinteresowną miłość. Dokładnie mogłam zobaczyć i przeczytać o tym w materiale Jana Mullera Jak 100 lat hodowli zdeformowało psy.

A przede mną kolejna książka autorki tym razem z historią psa Bolka!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 17 czerwca 2017
Antyk w malarstwie XV-XXI wiek – Bożena Fabiani

Antyk w malarstwie XV-XXI wiek – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 336 strony
Literatura polska


Książka, którą oddaję w ręce Czytelników, różni się od poprzednich z serii moich "Gawęd o sztuce”, ponieważ jest poświęcona tylko jednemu tematowi, a o artystach opowiada jedynie przy okazji.
Nie zniechęciło mnie to uprzedzające w swojej skromności zdanie, ponieważ z pierwszego spotkania lekturowego (Stary Testament w malarstwie) z tą autorka wiem, że jej styl narracji nic nie traci z gawędziarskiej formy. Natomiast tematyczność przekrojowa tylko zaciekawia i wręcz zachęca.
Tym razem autorka sięgnęła po mity.
Jak sama napisała – Podjęłam próbę przybliżenia dorobku kultury antycznej na przykładach mitologii głównie w malarstwie, ale niekiedy także w rzeźbie europejskiej. A ponieważ artyści na przestrzeni wieków, zakresowo ujętych w tytule opracowania, najchętniej czerpali inspirację z epickiego poematu Owidiusza, postanowiła wybrać zaledwie garść z jego Metamorfoz zawierających ponad dwieście pięćdziesiąt mitów grecko-rzymskich opowiadanych w piętnastu księgach. Nie zapomniała przy tym o innych znawcach mitów jak moja ulubiona pani od religii - Anna Świderkówna, Zygmunt Kubiak, Robert Graves czy najbardziej znany mi Jan Parandowski, na opracowania których również się powoływała i cytowała, obok dzieła Owidiusza, w celach kontekstowych, porównawczych lub uzupełniających objaśnienia obrazów. Wyszła z założenia, że aby zrozumieć tysiące obrazów wchodzących w skład kanonu sztuki europejskiej, należy znać mitologię Greków i Rzymian. To dlatego swoje opracowanie rozpoczęła od rozdziału Z antykiem przez wieki, ukazując jego silny wpływ na szeroko pojętą kulturę aż do dzisiaj. Dla mnie to było nie tylko przypomnienie sobie mitologii poznanej w szkole średniej, żeby zrozumieć malarstwo, ale również, aby móc zrozumieć twórczość współczesnych pisarzy zainspirowanych Olimpem pełnym bogów i półbogów .
Dopiero po tym krótkim rysie historycznym przeszła do omawiania poszczególnych obrazów ilustrujących konkretny mit. Ułożyła je chronologicznie czyli od stworzenia świata. Zawsze na początku przypominając mityczną opowieść, a potem jego odzwierciedlenie w sztuce. Tak, jak uprzedzała we wstępie, przede wszystkim w malarstwie,

 ale i w kilku przypadkach, w rzeźbie.

Czasami poszerzając interpretację o życiorys twórcy. Wszystko bogato ilustrowane omawianymi dziełami sztuki. I tak, jak w Starym Testamencie w malarstwie spodobał mi się jeden obraz, tak tutaj nie powstrzymałam się przed wyrazami zachwytu miłości od pierwszego ujrzenia, których nie przytoczę, ale za to pokażę obiekt moich westchnień.

To Orfeusz i Eurydyka Camille’a Corota i jego niezwykłe, wspaniałe, genialne uchwycenie światła, które mi przekazał emocjonalnie, a o którym pisał w liście do przyjaciela: „Bądźmy posłuszni pierwszemu wrażeniu. Jeśli wzruszenie było prawdziwe, jego szczerość udzieli się innym”. I udzieliło mi się w pełnym znaczeniu tej myśli! Czyż nie na tym polega geniusz artysty?
Autorka pozostawiła mi również zagadkę!
Przy okazji omawiania mitu o Dedalu i Ikarze, wspomniała o Perdyksie, kuzynie Ikara, zaklętego w kuropatwę. Według Owidiusza, towarzyszącego upadkowi Ikara. Autorka umieściła zastanawiający mnie mocno komentarz – Czy kuropatwa pojawia się na obrazach? Ja jej nigdzie nie znalazłam. Odwracam więc kartkę, a tam, na pięknie rozłożonym obrazie,

widzę wyraźnie... kuropatwę!

Chyba że nie jest to kuropatwa, ale na innego ptaka mi nie wygląda. Poza tym artyści na obrazach kodujących mity nic nie umieszczali przypadkowo. A może autorka postanowiła dla żartu sprawdzić moją uważność, bo humoru nie można jej odmówić, skoro swoje gawędy okraszała anegdotami z życia wziętymi?
To nie koniec zaskoczeń!
Dwie niespodzianki umieściła na końcu książki. Pierwsza to przeciekawy przewodnik po Pompejach.

Właściwie prezent, ponieważ pierwotnie został on wydany w Rzymie z myślą o polskich turystach. Jest na tyle szczegółowy i obszerny, że pozwala na samodzielne zwiedzanie ruin miasta. Zwłaszcza, że posiada dołączoną mapkę. A druga niespodzianka to przewodnik po Capri.

Również zawierający mapkę i praktyczne wskazówki turystyczne.
I chociażby dlatego warto tę książkę nie tylko przeczytać dla lepszego zrozumienia antycznego kanonu w literaturze i malarstwie, ale również wziąć ze sobą w podróż do Włoch jako przewodnik.
I na koniec marzenie (pomysł?, sugestia?, a może nieśmiała prośba czytelniczki?), które nasunęło mi się po tym drugim opracowaniu tematycznym. Chciałabym posłuchać autorki opowiadającej o obrazach, w których artyści zakodowali wszelakiego rodzaju szyfry takie, jak magiczny kwadrat w miedziorycie Melancholia I Albrechta Dürera.

By Albrecht Dürer - [1], Domena publiczna, Link

Opracowanie z wątkiem detektywistyczno-sensacyjnym czyli symbolizm w malarstwie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Antyk w malarstwie [Bożena Fabiani]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 16 czerwca 2017
Początek wszystkiego – Robyn Schneider

Początek wszystkiego – Robyn Schneider
Przełożyła Aga Zano
Wydawnictwo Otwarte , 2017 , 320 strony
Literatura amerykańska

...każde życie, nieważne, jak zwyczajne, ma tę jedną chwilę, kiedy staje się wyjątkowe – chwilę, po której wydarzy się wszystko, co naprawdę ma znaczenie.
Dla Ezry, szkolnej gwiazdy sportu, tą chwilą był wypadek samochodowy, który nie tylko przekreślił jego dotychczasowe plany na przyszłość – uniwersytecki sportowiec, przewodniczący samorządu studentów, po studiach praca w korpo, w weekendy wypady ze znajomymi na narty, ale i życie osobiste. Nagle okazało się, że został sam, a przyjaciele, za jakich uważał dotychczasowych kumpli, odsunęli się od niego. Złoty chłopiec odszedł w zapomnienie.
Na jego miejscu pojawił się nowy Ezra.
Z nowym spojrzeniem na swój dotychczasowy styl życia, dostrzegając w nim płytkość, sztuczność, pozerstwo i lans. W odkrywaniu alternatywnej rzeczywistości, której nawet nie podejrzewał, że istnieje, pomagała mu Cassidy. Dziewczyna inna niż wszystkie, które znał. W niczym nie przypominała typowej nastolatki z liceum w Eastwood – blond włosy, dużo makijażu, absurdalnie drogie torebki. Ezra początkowo nawet nie bardzo wiedział, co myśleć o jej znoszonej męskiej koszuli wpuszczonej w dżinsowe szorty i o wysłużonym skórzanym worku na jej ramieniu, który wyglądał jak rekwizyt ze starego filmu.
W ogóle był bardzo zagubiony.
Stracił pozycję króla, przewodniczącego samorządu, kapitana drużyny tenisowej i dotychczasową tożsamość, a nową musiał dopiero zbudować. Odnaleźć podstawę poczucia własnej wartości, nowe miejsce w szkolnym środowisku, dostrzec inne możliwość i zdolności niż tylko umiejętności sportowe i zobaczyć przyszłość po ukończeniu szkoły. Nie przypuszczał, jak wiele będzie zawdzięczał tej niepozornej i niepasującej do znanych mu szablonów i schematów, dziewczynie.
Początkowo opowieść sprawiała wrażenie bardzo smutnej, pesymistycznej i przygnębiającej. Wypadek Ezry, utrata przyjaciół, zmiana dotychczasowego stylu życia, spadek z drabiny pozycji społecznej, utrata atrakcyjności wysportowanego ciała, wypadnięcie poza krąg grupy rówieśniczej, trudna przyjaźń z Cassidy, nie były przyjemnymi przeżyciami. Jednak ten ciąg nieszczęść doświadczanych przez nastolatka był konieczną bazą do zbudowania na niej nowego, odmiennego i alternatywnego życia. Nie napiszę, że lepszego, bo to pojęcie względne i każde może być dobre, ale na pewno zgodnego z osobowością chłopaka. Z jego prawdziwym, wewnętrznym ja. W ten sposób autorka pokazała powolny proces przemiany nastolatka tworzącego wokół siebie sztuczny wizerunek w świadomego siebie, swoich możliwości, wiedzącego, czego chce od życia, chłopaka. To dzięki temu wątkowi powieść z czasem staje się optymistyczna w ostatecznym przesłaniu, by na koniec wręcz dodać odwagi do spojrzenia na własne życie w zgodzie z sobą. Do zerwania z życiem pod dyktando innych i dla ich oczekiwań. Do nieczekania na los, który zmusi do tego, zsyłając dramatyczny moment. Do mądrych i świadomych wyborów, bo, jak głosi hasło-motto tej powieści umieszczone na dole okładki tytułowej:

To niezwykle uspakajająca, a dla zagubionych terapeutyczna, opowieść o charakterze dydaktycznym i moralizatorskim, która absolutnie nie daje tego odczuć, a mimo to osiąga cel - zostawia jedną, podstawową i ponadczasową prawdę w umyśle młodego czytelnika.
Masz wybór – życie, w którym można tylko egzystować lub go w pełni przeżyć.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Początek wszystkiego [Robyn Schneider]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książka doczekała się wielu wersji zwiastunów. Ten spodobał mi się najbardziej.

czwartek, 15 czerwca 2017
Z góry widać tylko nic – Arek Borowik

Z góry widać tylko nic: mocna rzecz o namiętnościach – Arek Borowik
Wydawnictwo Dobra Literatura , 2017 , 400 stron
Literatura polska

Totalnie pozytywne zaskoczenie!
A początkowo nie zanosiło się na to! Nic nie wskazywało, że właśnie wchodzę do labiryntu nie tylko ludzkich namiętności w mocnym wydaniu, jak uprzedza podtytuł,

ale również w świat baśni. I to baśni w wydaniu hardkorowym czyli raczej brutalniejszych w przekazie braci Grimm niż łagodniejszego Hansa Christiana Andersena. Tematu, który w literaturze uwielbiam.
A wszystko zaczęło się od zmory każdego pracodawcy.
Dobiegającego czterdziestki Strawińskiego, który firmę traktował jak ZUS, miejsce odpoczynku, idealne warunki pielęgnowania uzależnienia alkoholowego i „kanapę” do spania. Każdy rozsądny prezes zwolniłby takiego „niebieskiego ptaka”, tyle że ten ostatni miał dobry bajer na przetrwanie w miejscu pracy. Za każdym razem, po donosie kolegi lub koleżanki z biura, „sprzedawał” swojemu przełożonemu, dosłownie i w przenośni, bajkę, którą ten „łykał” i godził się na jeszcze jedną szansę. Jeszcze jedną próbę przed ostatecznym wyrzuceniem z pracy.
A ja dałam się wodzić za nos razem z szefem!
Chciałam tego kolejnego zaufania, bo wiązało się ono z następną ciekawą opowieścią, a dla mnie również zabawą w zgaduj-zgadulę – jaką baśnią inspirował się autor? A było ich wszystkich cztery, obiecując na zakończenie kolejne napisane przez siebie, a może przez samo życie?

Nie zdradzę tytułów. Nie chcę odbierać przyjemności zabawy innym czytelnikom w kojarzeniu poszczególnych, mrocznych historii z tytułami znanych bajek. Zdradzę tylko, że wcale nie jest to takie proste, bo autor opierał się tylko na ogólnych schematach, od czasu do czasu wplatając naprowadzający, jednoznacznie kojarzący się cytat ze znaną bajką. Miałam z tym problem w przypadku pierwszej historii, a ostatniej byłam pewna, kiedy spojrzałam na całość, bo z góry było widać, wbrew tytułowi, może nie całkiem nic, ale na pewno lepiej. Na odwrocie książki znalazłam taką wypowiedź:

Nie miałam takiego problemu po jej przeczytaniu. Ta książka jest o życiu współcześnie odzwierciedlonym w znanych baśniach, dlatego jest o wszystkim i dla wszystkich lubiących kopać i grzebać w psychice ludzkiej. Poszukiwać odpowiedzi, czy baśnie ułatwiają tłumaczenie skomplikowanego życia, czy to raczej życie inspiruje twórców? Czy bohaterowie to wymyślone postacie, czy raczej ludzie z krwi i kości? A jeśli to ostatnie, to z kim mogę się utożsamiać? Która z nich jest mną, a może ja nią? Obalić mit, że baśnie łagodzą brutalność rzeczywistości, a może go podtrzymać, bo to rzeczywistość brutalizuje baśnie? Takich i wiele, wiele innych tematów do przemyśleń podsuwa ta powieść.
Zachwyciła mnie również forma przekazu.
Na podobny zabieg ukazujący obóz koncentracyjny zdecydowała się również Eliza Granville w powieści Gretel i ciemność zainspirowana bajką Jaś i Małgosia. Autor wykorzystał w swojej książce aż cztery bajki. Przy czym jedna z nich spina klamrą pozostałe trzy, tworząc opowieść w opowieści. Każda pełna skrajnych emocji, brutalności i uzasadnionych wulgaryzmów, co uwidoczniło się nawet w tytule jednego z rozdziałów:

Każda z morałem, który uwypuklał jedną, konkretną przywarę ludzką – zachłanność, zazdrość czy nienasycenie. A wszystko podane z dużą dawką inteligentnego humoru. Zwłaszcza w wykonaniu Strawińskiego. Typu z gatunku „wrzodów na tyłku”, ale gdyby nie ten sprawiany przez niego ból, człowiek nie wiedziałby, że żyje. Jego inne pojmowanie otaczającego go świata, odmienny system preferowanych wartości, nieakceptowanie realiów, nonkonformistyczny styl życia, przebiegłość w jego praktykowaniu i forsowaniu, irytował mnie, ale jednocześnie wzbudzał sympatię. Polubiłam tego lawiranta, może dlatego, że człowiek sam by tak chciał, ale nie ma w sobie tyle „predyspozycji”, co Strawiński, by przeżyć w społeczeństwie całkowicie na własnych warunkach. Nie każdy może być Piotrusiem Panem i musi wybierać między kotem w butach a wilkiem albo Śnieżką a złą królową.
Podobno jestem Kopciuszkiem (psychotest z przymrożeniem oka), a marzyłoby się być taką Szeherezadą!

Z góry widać tylko nic [Arek Borowik]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w listopadzie w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 991 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi