Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
piątek, 03 lipca 2009
Cukiereczki - Mian Mian
Tekst alternatywny



Cukiereczki - Mian Mian
Przełożyła Katarzyna Kulpa
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2007 , 234 stron
Literatura chińska



Mian Mian zaprosiła mnie do kręgu swoich przyjaciół. Częstowała cukierkami. Lubię słodycze. Usiadłam, wzięłam i spróbowałam. Zwłaszcza, że Cukiereczki były w Chinach zakazane, a zakazana słodycz tym bardziej kusi i tym rozkoszniej smakuje.
Niestety, nie tym razem.
Dostałam cukierki o popękanym szkliwie, tak jak potrzaskane było życie bohaterów książki, o smaku gorzkiego piołunu, tak jak pełne goryczy, beznadziei, bólu były ich marzenia i słone, tak jak słone były ich łzy rozpaczy i bezsilności wobec walki z samym sobą.
Każdy cukiereczek to inna historia drogi do najsłynniejszej ulicy w Pekinie, gdzie można było zaspokoić wszystkie ludzkie potrzeby: wyglądu, jedzenia, rozrywki, seksu czy głodu dzięki alfonsom, żebrakom, prostytutkom, alkoholikom, narkomanom, hazardzistom, dilerom. Taki stał się świat młodego pokolenia Chińczyków od końca lat osiemdziesiątych pod wpływem zachodniej popkultury. Nie pomógł Mur Chiński, który miał chronić przed resztą świata. Młodzi chcieli go przebić, przedostać się na drugą stronę chłonąc piękna muzykę The Doors wraz z narkotykami, AIDS i stylem życia, w którym pieniądze się zdobywa a nie zarabia. Niby nic nowego, bo to samo dzieje się w innych krajach i to od bardzo dawna, a „literatura narkotykowa” zalewa rynek wydawniczy. Przeraziło mnie tylko to, że w Chinach elementy patologiczne wyłapuje się jak szczury poprzez cykliczne, uliczne obławy i eliminuje poprzez rozstrzelanie, nawet za zwykłą kradzież. Natomiast chorych na AIDS wywozi się na bezludną wyspę, z której nikt nie wraca.
Smutno mi, że ten piękny świat Azji Wschodniej wykreowany przez Lisę See, Pearl Buck, Lian Hearn i wielu innych ma również oblicze Mian Mian. Niezmienna pozostała tylko umiejętność pięknego nazywania starymi wyrażeniami nowych zjawisk: grzeszny dług – nielegalne dziecko, wędrowne wilgi – prostytutki czy ściganie smoka – wciąganie oparów heroiny.
Smutno mi, bo przeczytałam epitafium chińskiej tradycji. Nie żałuję, bo ten nowy obraz również do niej należy.
A zaczęło się od tak niewinnego zdania: ta książka będzie o tym, jak wszystkie grzeczne dzieci dostają cukierki... i chciałoby się dodać: i idą do piekła...


text

Obrazek pochodzi ze strony V10.pl
niedziela, 28 czerwca 2009
Dwanaście - Marcin Świetlicki
Tekst alternatywny



Dwanaście - Marcin Świetlicki
Seria Polska Kolekcja Kryminalna Tom II
Wydawnictwo EMG , 2006 , 212 stron
Literatura polska



Znalazłam przepis na książkę, nieważne jaką, ważne, że książkę. Marcin Świetlicki, znany raczej jako poeta, postanowił spróbować sił w zawodzie cukiernika i upiec popularne ciasto – czyli napisać powieść, a ściślej thriller. Przynajmniej do tej kategorii zaliczył ją wydawca informując mnie o tym na tylnej okładce.
Powszechnie wiadomo, że efekt każdego produktu końcowego w kuchni zależy od jakości poszczególnych składników oraz umiejętności piekącego. Marcin Świetlicki-cukiernik wziął więc:
- 2 kg mrocznej atmosfery z miasta Breslau,
- 80 kg żywej wagi bohatera z powieści Jerzego Pilcha,
- 40 l każdego alkoholu pod ręką,
- 1 osobę seryjnego zabójcy,
- szczyptę wulgaryzmów z Achai Andrzeja Ziemiańskiego,
- składnik X.
Wszystkie półprodukty zaczął łączyć i mieszać. Mroczną atmosferę z Breslau przeniósł do Krakowa, a dokładniej do czterech klubokawiarni i gospód: Biuro, Dym, Piękny Pies i Zwis. W tym czworokącie bermudzkim umieścił, a właściwie usadził przy stolikach tychże barów bohatera, który spuchł, utył, posiwiał i zdziadział, od nadmiaru spraw życiowych i amatorsko-zawodowo-detektywistycznych. Składnikiem łączącym pozostałe uczynił seryjnego zabójcę, który morduje, celowo lub przypadkowo, swoich znajomych, wprowadzając odrobinę ożywienia w miejsce marazmu i tumiwisizmu w zaułkach ulic miasta. Zbytnią gęstość i ciężkostrawność tej mieszanki podlał wszelkiego rodzaju alkoholem oraz rozładowującymi napięcie wyrazami z języka mięsistego. Na koniec dodał tajemniczy składnik X, niczym profesor-stwórca kreskówkowych Atomówek czyli własny talent poetycki, sprawiający układanie się momentami, pisanej przez niego prozy, w strofy. Ostatecznie całość włożył w foremkę okładek i wydał między ludzi.
Otworzyłam, spróbowałam i poczułam zakalec. Gospodarz zaczął się więc krygować i uprzedzać ewentualne niezadowolenie: że on sobie tak po cichutku tylko tę historię napisał, dla siebie, żeby spróbować sprawdzić się w innym gatunku literackim. To trzeba było do szuflady napisać, żeby dojrzało jak wino, a nie od razu publikować. Że ona nie jest, nigdy nie była i nie będzie historią o alkoholu. Uważnie przeczytałam tę książkę i stron bez alkoholu i nie o alkoholu naliczyłam na palcach jednej ręki, a główny bohater nie pił, ale patrzył przez alkohol, mówił przez alkohol, czuł i myślał przez alkohol. Hohohoho! Co za kokieteria! Na zakończenie szantaż: ta historia zaciekawi tylko bezpośrednio zainteresowanych, trzeźwych i w nastroju, bo reszta to matoły. Cóż , może inni nie mają wyboru, ale ja mam, ja mogę krzyczeć: KRÓL JEST NAGI!
Jednak Pan Marcin Świetlicki wziął sobie do serca maksymę: trening czyni mistrza. Dosłownie i w przenośni. Trzecia część trylogii Jedenaście, z Mistrzem w roli głównej, otrzymała główną nagrodę w kategorii proza w konkursie Nagroda Literacka Gdyni 2009. Mam nadzieję, że Kapitule Konkursu ciasto smakowało, bo ja zdecydowanie dziękuję, więcej próbować nie będę.

Przy okazji zrobiłam sobie TEST NA ALKOHOLIZM, bo po takiej książce licho nie śpi. W podsumowaniu wyników okazało się , że takich ludzi jak ja nie ma. Na pocieszenie otrzymałam radę: zacznij pić. :/

środa, 24 czerwca 2009
Wszystkie rodziny są nienormalne - Douglas Coupland
Tekst alternatywny



Wszystkie rodziny są nienormalne - Douglas Coupland
Przełożyła Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Seria Labirynt
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2005 , 268 stron
Literatura kanadyjska



Zdarza mi się słyszeć, podczas licytacji oryginalności rodzin, stwierdzenie: moja rodzina to jest dopiero nienormalna! Zwłaszcza wśród bardzo młodych. Starsi już wiedzą, że takich rzeczy nie mówi się publicznie. Starsi zamiast opowiadać i narażać się na konsekwencje odwetu złośliwej ciotki lub siostrzeńca-kryminalisty, oglądają seriale o innych rodzinach i czytają książki o innych rodzinach. Najlepiej o nienormalnych, bo fajnie, że inni też tak mają, a nawet gorzej i wtedy jest jeszcze lepiej. Chciałam więc poznać rodzinę Drummondów, pośmiać się na miarę ironii Kurta Vonneguta i ulotnego humoru Jacka Kerouaca (jako taka była reklamowana), a może nawet razem popłakać nad ich losem.
Historia zaczyna się niewinnie. Tak gładko jak żonglerka trzema piłeczkami przez cyrkowca. Są więc rodzice: Janet i Ted oraz trójka dorosłych dzieci: Wade, Bryan i Sarah.
Autor dorzuca do tego kolejne piłki: Janet i Ted są po rozwodzie spowodowanym pojawieniem się kochanki Teda - Nickie. Zdarza się. Obecnie staje się to normą.
Łapię kolejne piłki: Wade przespał się z kochanką ojca, Sarah ma kochanka, a jej mąż kochankę. Chciałoby się krzyknąć: wszyscy wzajemnie bardzo się kochamy!
Kolejne trzy piłki: Janet, Nickie i Wade chorują na AIDS. Troje w jednej rodzinie to faktycznie nienormalne.
Jestem jednak jeszcze w stanie przyjmować kolejne piłki-fakty dorzucane szczodrze przez pisarza: żona Bryana – Shw (tak, tak to nie literówka) jest w ciąży, którą chce usunąć lub sprzedać dziecko; Ted ma raka wątroby; Sarah jest jednoręką astronautką lecącą w kosmos.
W połowie powieści autor przyspieszył z podrzucaniem faktów z gracją karabinu maszynowego: Ted postrzelił Wade’a i Janet; Wade chce zarazić AIDS Teda w ramach szantażu; Shw wpada w macki handlarzy dziećmi; cała rodzina negocjuje sprzedaż ukradzionego z trumny oryginalnego listu księcia Williama do mamy-Diany, a żona Bryana – Beth to trzeźwiejąca narkomanka i fanatyczka religijna.
Dosyć! Dosyć! Dosyć!
Ilość zdarzeń w tej rodzinie przerosła moje zdolności żonglowania. Dla mnie ta rodzina nie była nienormalna, ale anormalna.
Na koniec dostałam piłką między oczy. Jej absurdalność przebiła konkurs na oryginalność rodziny: wszyscy chorzy na AIDS zostali całkowicie uleczeni dzięki wymieszaniu krwi z prostytutką z Ugandy. Prostytutką z Afryki, gdzie AIDS AIDSA AIDSEM pogania!
Tutaj moje możliwości czytelnika-żonglera wyczerpały się. Wszystkie piłki pospadały na podłogę łącznie z książką, a ja z szumem w głowie zastanawiam się do dziś: co to był za cyrk!?
Tak na marginesie, bardzo się cieszę, że moja rodzina jest tak obrzydliwie normalna. Skaczę z radości i rozwijam transparent: ABY NORMA BYŁA NORMĄ!, bo w przeciwnym razie zamiast rodziny otrzymamy szczypiorek.


text

Obrazek pochodzi ze strony Sadurski.com
sobota, 20 czerwca 2009
Generation "P" - Wiktor Pielewin
Tekst alternatywny



Generation "P" - Wiktor Pielewin
Przełożyła Ewa Rojewska-Olejarczuk
Seria Don Kichot i Sancho Pansa
Wydawnictwo W.A.B. , 2002 , 317 stron
Literatura rosyjska



Moja przygoda z twórczością Wiktora Pielewina zaczęła się od powieści Życie owadów i Omon Ra, dzięki koleżance, która jeżdżąc do Rosji, przywoziła mi świeżynkę literatury rosyjskich młodych gniewnych. Ukułam to moje prywatne pojęcie do określania współczesnych mi pisarzy, wychowanych jeszcze w komunie, będących świadkami przemian ustrojowych i opisujących obecny świat z dużą dawką ironii.
Generation „P”, wydana w Polsce jako pierwsza powieść autora w formie książki (Omon Ra był drukowany wcześniej w odcinkach w czasopiśmie poświęconym fantastyce), po siedmiu latach trafiła do mnie jako ostatnia. Zupełnie przypadkiem, mrugnęła do mnie okładkowym kapslem z półki bibliotecznej. Wiedziałam więc czego oczekiwać, ponieważ pisarz powiela określony schemat: samotny bohater wplątany w niezależną od niego sieć zdarzeń, spisek dziejowy tajemniczych onych oraz zaskakujące, budzące grozę zakończenie. Jedyną różnicą między jego historiami jest rodzaj środowiska, w którym go umieszcza. Tym razem wybrał świat reklamy i ludzi go kreujących. No i tutaj potwierdziła się zasada, że w życiu wszystko ma swój sens, ponieważ powieść okazała się kontynuacją i rozwinięciem wątku zarysowanego we wcześniej czytanej przeze mnie książce Tomasza Piątka Pałac Ostrogskich i żeby było ciekawiej obaj bohaterowie są copywriterami.
Wiedziałam, że świat reklamy nami manipuluje, ale, że stoi za tym teoria opisująca społeczeństwo na miarę filozofii profesora Władysława Tatarkiewicza, dowiedziałam się dopiero teraz.
Według niej jestem Oranusem w target group w grze o nazwie This game has no name. Rządzi w niej czarne public relations, w skrócie pi-ar. Moim logo jest pepsi-cola. Zbudowana jestem z komórek mamony, a głównym moim zakończeniem nerwowym jest telewizor, poprzez który copywriterzy stopniowo zmieniają mój mózg w program telewizyjny oglądający program telewizyjny, a szczególnie reklamy. Uciekanie się do ich unikania czyli zappingu jest bezcelowe, bo staję się wtedy Homo Zapiens. Sterują mną wow-impulsy: oralne, analne i wypierające. Dwa pierwsze mają na celu wpojenie chęci przepuszczania przeze mnie bez umiaru pieniędzy. Trzeci ma za zadanie tłumić moje uczucia wyższe i ostatnie resztki zdrowego rozsądku. Kultura, socjologia i ekonomia są naukami, które opisują te procesy somatyczne i psychiczne Oranusa czyli mnie. Taka jestem w dużym skrócie według bujnej wyobraźni pisarza.
No horror!
Pocieszam się tylko, że nie piję pepsi, bo uważam, że to świetny środek chemiczny do czyszczenia metali. Na spoty patrzę jak na dzieła sztuki, z których zapamiętuję melodię i piękno obrazu, a nie reklamowany produkt. W sklepie zdarza się, że chcę kupić to coś z reklamy, z tą radosną muzyką, ale nie wiem dokładnie co. Może, więc nie jestem Oranusem, może jestem jeszcze nieopisanym przypadkiem Biblonusa?
Najciekawszy w twórczości Wiktora Pielewina jest jego przerażający, bolesny i okrutny realizm, pomimo zaliczania jego powieści do fantastyki. Za to właśnie go cenię. No i za to, że jest taaaaki przystojny. :D
Może kiedyś uda mi się obejrzeć ekranizację tej książki.


wtorek, 16 czerwca 2009
Pałac Ostrogskich - Tomasz Piątek
Tekst alternatywny



Pałac Ostrogskich - Tomasz Piątek
Seria Archipelagi
Wydawnictwo W.A.B. , 2008 , 308 stron
Literatura polska



Na okładce w szatańskim, bo ognistym kolorze ławka, a na odwrocie książki autor dodatkowo kusił: usiądź, jeśli jesteś zainteresowana moim osobistym życiem narkomana, zapraszam. Byłam zainteresowana!
Znajdziesz w niej odpowiedzi na wiele pytań. O tak, chciałam posiąść ten monopol na wiedzę absolutną!
Uprzedzam, że moje powieści są niezrozumiałe dla czytelników, a po ich przeczytaniu wzrasta ilość narkomanów w kraju. To fakt, z Bagna i Kokainy pamiętałam tylko duszną, bagienno-oniryczną malignę ćpuna, ale w nałóg nie wpadłam (jeszcze!). Pomyślałam: dam radę! Nie z takich opowieści wychodziło się cało. Przebrnęłam przez najbardziej obrzydliwą historię narkomanów w Ślepych torach Irvine’a Welsha, przejdę i przez lochy Pałacu Ostrogskich.
Usiadłam więc i zaczęłam słuchać: a to, że boli go życie, a to, że jest genetycznie obciążony skłonnością do nałogów, a to, że jego świat uczuć to wielka pustynia, a to, że... Oho, myślę sobie, zaczyna się typowo polskie narzekanie, a gdzie obiecana wiedza absolutna? Zrobiłam sobie herbatę (autor parzył ją co 20 zdań) i czekałam. Opłaciło się, bo zaczęły się dużo ciekawsze mini wykłady o maksi sprawach na miarę Leszka Kołakowskiego. Skoncentrowałam się więc intensywniej na toku myślowym autora, bo tli się we mnie nieokreślone przeczucie, że popaprani życiowo ludzie, posiedli tajemnice o tak porażającym ciężarze gatunkowym, że udaje się go im zmniejszyć tylko poprzez wejście w stan nieważkość, dzięki szeroko pojętym środkom odurzającym. Łudzę się więc, że może kiedyś, nareszcie coś mi zdradzą, ujawnią lub uchylą chociaż malutki rąbek tego sekretu. Pilnie więc spijałam mu wiedzę z ust, a właściwie z pióra i kiedy już, już chwytałam myśl przewodnią, a fakty jawiły mi się jako niepodważalne i układające się w logiczny ciąg, usłyszałam: Dobra, przestaję udawać głupiego. Jaja sobie robię.
Dałam się nabrać?!?
Ci z Kapituły NIKE i liczni patroni medialni też?!?
Gdzie jest haczyk? No jest!
Pojęłam, dlaczego czytelnicy nie rozumieją powieści Tomasza Piątka. Wiem, ale nie powiem. Nie da się. Tak, jak nie da się opowiedzieć dialogów Kultowej Ławeczki z serialu Ranczo. Trzeba usiąść i posłuchać...


piątek, 12 czerwca 2009
Bambino - Inga Iwasiów
Tekst alternatywny



Bambino - Inga Iwasiów
Seria Nowa Proza Polska
Wydawnictwo Świat Książki , 2008 , 350 stron
Literatura polska



Czytając książki, które w jakiś sposób dotykały osobiście innych czytelników tylko nie mnie, zawsze budziło się we mnie pragnienie otrzymania takiej historii jaką podarowała Ślązakom Małgorzata Szejnert w Czarnym ogrodzie. Nie śmiałam marzyć o dziejach bliższych i dalszych mi osób, z którymi żyłam, śmiałam się i płakałam, ale przynajmniej o znaczących dla mnie miejscach. I stał się cud! Wbrew poglądom Prezesa Kaczyńskiego, że cudów nie ma. Jak nie ma, jak są?! A Bambino?
Skojarzenie po przeczytaniu tytułu miałam jednoznacznie plażowe: Lody Bambino, lody, dla ochłody!. I tu totalne zaskoczenie. Tytułowe Bambino to bar mleczny w Szczecinie, ale nie jakimś tam Szczecinie, ale MOIM Szczecinie. To centralne miejsce powieści, w którym w różnych kombinacjach i na różne sposoby zazębiają się i splatają losy czwórki bohaterów, od powojnia do początków lat osiemdziesiątych. Zastanawiałam się dlaczego akurat ten bar, taki niepozorny w pejzażu miasta? Dlaczego nie Kaskada ze swoim spektakularnym pożarem albo ciesząca się złą sławą dzielnica Niebuszewo? Przyznaję jednak, że wybór był trafny, bo nie o miejsca w niej chodzi, a o losy ludzi określanych w nomenklaturze socjalistycznej repatriantami, z naciskiem ideologicznym na re, a dzisiaj nazywanych przesiedlonymi ( w łagodnej wersji, poprawnej politycznie) albo wypędzonymi ( w ostrzejszej wersji Eriki Steinbach). Opowiedziane oszczędnym językiem w formie bardzo krótkich zdań prostych lub ich równoważników, a nawet w postaci jednego wyrazu, czasami powtarzanym dwukrotnie dla wzmocnienia siły jego przekazu. Autorka nie ocenia, nie opisuje emocji, lecz je w ten wyrafinowany sposób wywołuje. A jest ich tyle ile zdarzeń wynikających ze spotkania Żyda - więźnia obozu koncentracyjnego z Niemką - autochtonką – czy między nimi jest możliwa miłość? Między agentem SB a ofiarą – czy jest możliwe wybaczenie? Między pochodzeniem chłopskim a inteligenckim – czy taki mezalians ma szansę na przetrwanie? Mogłabym tak wymieniać długo, a odpowiedzi na nie, za każdym razem, mogłyby być zupełnie różne, bo Pomorze Zachodnie było tyglem, w którym mieszało się niemożliwe z możliwym. Ta powieść jest tylko jedną z wersji prawdopodobnych historii. Jednym z obrazów w kalejdoskopie życia miasta.
W przypadku takich opowieści brakuje mi żywego kontaktu z pisarzem, którego mogłabym poprosić o wyjaśnienie, o rozwinięcie myśli czy o uzupełnienie osobistą dygresją. Na wiele pytań odpowiedzi znalazłam w tym artykule.
Dzisiaj nie ma już baru Bambino. Jest za to wypożyczalnia filmów Beverly Hills Video – znak obecnych czasów w komercyjnie krzykliwych kolorach. A ja, tak jak kiedyś Ania, Janek, Maria czy Ulrike, spoglądam na górę budynku. Dla tych co przyszli po nas to brzydki widok, kojarzący się z koniecznością renowacji, a dla mnie widok wywołujący ciepłe wspomnienia. Ta stara elewacja przechowuje obrazy wszystkich spieszących do baru Bambino. Widzi i mnie: studentkę z długimi, rozwianymi włosami, w szarym prochowcu, z ciężką, brązową torba przewieszoną przez ramię, wyskakującą z tramwaju na Placu Kościuszki, przebiegającą po zebrach, żeby zdążyć na zielonym, szybko wchodzącą do baru na ciepły obiad w drodze z uczelni do akademika, by popędzić dalej w życie, ustąpić miejsca następnym. Może kiedyś mojemu dziecku?
Przyglądam się temu obrazkowi z czułością i nostalgią.
Dziękuję Pani Ingo za tę książkę – historię moich dziadków i mamy oraz historie miejsc wywołujących we mnie tyle niezwykłych wzruszeń... bezcennych wzruszeń.
Jest Pani moją faworytką do nagrody NIKE 2009.


Szczecin1
Szczecin2
Szczecin3
Szczecin4
niedziela, 07 czerwca 2009
Balzakiana - Jacek Dehnel
Tekst alternatywny



Balzakiana - Jacek Dehnel
Seria Archipelagi
Wydawnictwo W.A.B , 2008 , 409 stron
Literatura polska


Ogłoszono nominacje do nagrody NIKE 2009. Ze wszystkich podanych tytułów przeczytałam tylko Marsz Polonia Jerzego Pilcha. Zachciało mi się więcej spić tej śmietanki polskiej literatury, starannie wyselekcjonowanej przez jej znawców. Szybko podreptałam do mojej ulubionej biblioteki, która jest dla mnie jak Sezamie otwórz się! Wśród nieprzebranych bogactw, wyłuskałam z półek aż trzy nominowane tytuły. Zaczęłam od książki Balzakiana i tak jak szybko zaczęłam tak szybko zakończyłam, a właściwie zatrzasnęłam książkę. Mnie, maratończyka czytelniczego, wzięto podstępem, nie uprzedzono, w słowo minipowieść ubrano i jak konia trojańskiego pod oczy podsunięto. Bo ta książka, to zbiór krótkich form literackich, a dokładnie czterech opowiadań, które częściej niż zawsze omijam szerokim łukiem, mając na nie chroniczną alergię. Uuuuu tego się MNIE, czytelniczce nie robi. Dałam więc upust moim rozchwianym emocjom, żeby przestać się miotać jak tygrys po klatce, pisząc poniższy list otwarty do autora.

Szanowny Panie Jacku,

Pana "minipowieści", jak zgrabnie Pan to ujął, to śliczne perełki tworzące piękny "mininaszyjnik". Taki naszyjnik jednak łatwo zerwać, a perełki potrafią się rozsypać i niefortunnie wpaść w głębokie szczeliny ludzkiej niepamięci. Proszę nie ripostować, że ma Pan do tej formy prawo, nie neguję, jak najbardziej Pan ma, tylko PO CO?. Ja również mam prawo wymagać i oczekiwać, a nawet żądać opasłej powieści jak rubin wielkości jaja Faberge. I wiem po co, a nawet dlaczego! Na dodatek te... "balzakiana", jak chowanie się w cieniu gwiazdy socjometrycznej. Czyżby brak wiary we własne zdolności i w możliwość pełnej autonomii? Nie chcę słyszeć, że to wariacje na temat twórczości Honoriusza Balzaka. Nie interesują mnie reprodukcje, covery czy podróbki oryginałów, za które w świecie biznesu płaci się dotkliwe kary. W sztuce natomiast wymyślono "wariacje na temat". To dobre dla grafomanów, twórców wypalonych lub artystów-rzemieślników. Pan do nich nie należy, bo posiada Pan dar: cudowną umiejętność tworzenia charakterystycznych postaci zagubionych w gęstwinie zdarzeń i losów, malowania topografii ich duszy. Wiem o czym piszę, bo czytałam Pana "Lalę", bo tegoroczna nominacja do nagrody NIKE, bo mnóstwo dobrych recenzji na temat Pana twórczości. Dlatego żądam, błagam i proszę o sagę rodzinną jak panorama z mnóstwem pięknych i brzydkich charakterów zaplątanych w wielokrotnie złożone wybory moralne. Ostatecznie może być kryminał z seryjnym mordercą, którego Pan w tak gładki sposób rozłoży na psychologiczne czynniki pierwsze. Stać Pana na to, bo nie stać na marnowanie i trwonienie talentu, na rozdrabnianie się, na stanie w cieniu innych. Proszę sięgać tam "gdzie wzrok nie sięga", gdzie inni będą pisać "dehneliana".

Z poważaniem Pana czytelniczka
clevera



Ufffff. Może uratowałam młodego, zdolnego, z przyszłością pisarza przed zmarnowaniem. W końcu od tego ma się nas - czytelników. :)

środa, 03 czerwca 2009
Klątwa siedmiu kościołów - Milos Urban
Tekst alternatywny



Klątwa siedmiu kościołów - Milos Urban
Przełożył Zbigniew Machej
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2006 , stron 248
Literatura czeska


Jeszcze nie polubiłam literatury czeskiej. Jeszcze, bo cały czas szukam. Staram się znaleźć chociaż jedną, przynajmniej jedną perełkę. Skorzystałam więc z kolejnej okazji jej znalezienia i poszłam na spotkanie, z akademickim wykładowcą literatury czeskiej, pod nazwą Co czytają Czesi? Dowiedziałam się, że Milana Kunderę (czytałam), że Bohumila Hrabala (czytałam), że Milosa Urbana. O! Nie czytałam!

Sam tytuł dosyć tajemniczy, bo w wersji oryginalnej z podtytułem powieść gotycka. Polski wydawca podtytuł wyrzucił, ale za to dorzucił wyraz klątwa. Tym bardziej ciekawe! Ognistoczerwona okładka zapraszała mnie do wejścia szerokim Mostem Karola w miasto, obiecując atmosferę duszną, mroczną, tajemniczą, z dużą dawką grozy. Nie wahałam się, dałam się wprowadzić w stare uliczki Pragi, podążałam dzielnie za głównym bohaterem, słuchając w imię wyższych celów ( znalezienie perełki literatury czeskiej), jego utyskiwań na swoje wstydliwie niemęskie imię, na traumatyczne lata szkolne i nieśmiałość wobec kobiet. Czekałam tak do końca powieści. Cierpliwie, bo jak zacznę to czytam od deski do deski, zgodnie z nazwą bloga. I co? I nic!

Klątwy nie było, za to był seryjny zabójca i jego ofiary poddane, z drobiazgową dokładnością, literackiej wiwisekcji. Nie poczułam więc grozy, tylko obrzydzenie. Most Karola to widmo, bo niby był, ale tylko na okładce. Kościoły były, nawet obiecanych siedem, ale ten siódmy tylko teoretycznie, bo w postaci zapisów w źródłach historycznych. Atmosfery duszności i mroczności więcej doznałam w Jądrze ciemności Josepha Conrada, które to przecież powieścią gotycką nie jest. Więc może dobrze się stało, że wydawca podtytuł usunął, ale za to sklasyfikował powieść jako horror. Też mogłabym z tym polemizować, ale nie będę taka drobiazgowa. Z elementów nadprzyrodzonych występowały odmienne stany świadomości głównego bohatera, który niestety, nie był mrocznym rycerzem ciemności, lecz zakompleksionym policjantem-detektywem, a to wyrzucanym, a to przyjmowanym do pracy. Największą niespodzianką okazało się zakończenie, dosłownie z innej epoki. Jednym zdaniem czeski film, a właściwie czeska książka.

Kolejne rozczarowanie, które mnie nie zniechęciło. O, nie! Nie poddaje się, bo wiem to na pewno, że:...kiedyś cię znajdę, znajdę cię... - śpiewam sobie razem z Reni Jusis.


sobota, 30 maja 2009
Aimee & Jaguar - Erica Fischer
Tekst alternatywny



Aimee & Jaguar: historia pewnej miłości, Berlin 1943 - Erica Fischer
Wydawnictwo Czarne, 2008 , stron 344
Literatura niemiecka


Zaintrygowała mnie okładka: dwie całujące się kobiety. Ręka sama wysunęła się po książkę i... żałuję, że nie przeczytałam jej jako pierwszej przed wszystkimi, które opowiadają o związkach homoseksualnych rodem z berlińskiej Parady Równości czy szaletowo-parkowej z Lubiewa Michała Witkowskiego.

Aimee i Jaguar, a tak naprawdę Lilly i Felice. Dwie kobiety: Niemka i Żydówka, a między nimi miłość: zakazana, tragiczna, wielka, jedyna i wyjątkowa. Zakazana, bo homoseksualna, bo naruszająca normy rasowe, bo Lilly to matka czwórki chłopców. Tragiczna, bo nie mająca szans na przetrwanie w Berlinie w czasie II wojny światowej. Wielka, bo ponad własne bezpieczeństwo i życie. Jedyna, bo na całe życie, po grób. Wyjątkowa, bo przydarzająca się tylko w literaturze. A jednak była, istniała, udokumentowana i utrwalona na dołączonych zdjęciach.

Początkowo czytałam ją z dystansem i z lekkim poirytowaniem, kiedy pojawiał się na stronie kolejny wiersz Felice dla Lilly. Dystans jednak malał w miarę czytania, a ja nie zauważyłam, kiedy wsłuchałam się całym sercem w ich historię, w ich dialogi, w ich listy pełne troski, bólu, bezsilności, niepewności, tęsknoty, zazdrości. Fotografie oglądałam ze łzami w oczach, bo miłość w tej opowieści przestała mieć dla mnie płeć.

Lilly zmarła mając 92 lata, przepełniona nienawiścią do rodaków-Niemców i miłością do Felice-Żydówki, kobiety, miłości jej życia.

Lilly... mam nadzieję, że nareszcie jesteście razem, na wieczność, na pohybel homofobom.




Na podstawie książki powstał film z przepiękną muzyką.To jego zwiastun.

1 ... 91 , 92 , 93 , 94 , 95
 
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi