Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
piątek, 09 października 2009
Byłam opętana - Fabienne Amyot



Byłam opętana: świadectwo uwolnienia przez egzorcyzm - Fabienne Amyot
Przełożyła Zofia Pająk
Wydawnictwo eSPe , 2007 , 251 stron
Literatura francuska



Bardzo chciałam przyjrzeć się przeżyciom, doznaniom, wewnętrznej walce człowieka opętanego, bo nigdy nie czytałam takich wspomnień, zwłaszcza, że Kościół katolicki podkreśla, że tak naprawdę osób opętanych wśród zgłaszających się po pomoc duchową jest niewielki procent.
Niestety, otrzymałam świetne studium kobiety mającej problemy psychiczne, wywołane gwałtem przez mężczyznę z jej rodziny, gdy była małą dziewczynką. To moment, który dla Estery (takie imię autorka przybrała w książce) jest furtką, przez którą do jej życia wkroczył szatan, a dla mnie traumą zaburzającą jej zdolność do dalszego, normalnego funkcjonowania. Od tego wydarzenia całe zło jakie spotyka Esterę jest dla niej dziełem szatana i wszystko co robi ona, jest ucieczką przed nim lub próbą walki z nim poprzez pielgrzymki do cudownych obrazów, szczątków świętych i sanktuariów. Uczestniczy w uzdrawiających rekolekcjach i procesie oczyszczenia w amazońskiej dżungli. Wyzwalanie się od cierpienia, które za każdym razem przechodzi, a od których według mnie uzależniła się, przynosi tylko krótkie wytchnienie. Chce więc egzorcyzmu, bo taką otrzymała wskazówkę we śnie. I tutaj sytuacja przypomina zachowanie hipochondryka przekonanego o istnieniu swojej choroby tylko lekarze jej nie widzą. Estera zaczyna wędrówkę od egzorcysty do egzorcysty, ale żaden jej nie odpowiada, a bo nie tak ubrany, a ona lubi kapłanów w sutannie i z dużym krzyżem na piersiach, a to egzorcyzm za krótko trwał, a to ksiądz nie miał manier Ojca Niebieskiego. A według mnie dlatego, że jeden z nich stwierdził: Ma pani jakieś problemy psychiczne i to wszystko. Z ”opętania” uwalnia ją ksiądz znaleziony we Włoszech i spełniający wszystkie warunki Estery do tego stopnia, że budzi się w niej pragnienie poślubienia Jezusa (sic!).
Nie przekonała mnie ta historia, że było to opętanie, ale przekonała mnie, że ta bardzo ciężko skrzywdzona kobieta, której psychika rozpadła się na drobne kawałki, próbowała je poskładać w całość, z góry zakładając, że możliwe jest to tylko i wyłącznie poprzez miłość Boga, bo przez tydzień trwania rekolekcji (...)zostaje całkowicie uzdrowiona z ran, które wymagałyby dziesięciu lat mozolnej psychoterapii.
Można i tak.
Tylko po co nadawać takim wspomnieniom tytuł przerastający treść książki?


Jeśli człowiek się uprze, to może zobaczyć diabła nawet w chmurach, tak jak na tym filmie.
poniedziałek, 05 października 2009
Skradzione dziecko – Keith Donohue



Skradzione dziecko – Keith Donohue
Przełożyła Adriana Sokołowska
Wydawnictwo Otwarte , 2008 , 407 stron
Literatura amerykańska



Leśne duszki, skrzaty, chochliki, elfy zawsze przywoływały z mojej pamięci obrazy z dzieciństwa, gdy leżąc pod kołdrą przykładnie podciągniętą pod brodę, z napięciem wpatrywałam się w czytającą mi baśnie nianię. Bardzo czekałam na ten moment i chociaż też bardzo szybko zasypiałam, zawsze coś jednak zdążyło zapaść w moją pamięć. Przyjemne i miłe wspomnienia aż do teraz.
Autor książki odarł z magii moje leśne skrzaty. Przypominają bardziej strzygi, zwłaszcza, gdy się uśmiechają, pokazując drobne, mleczne zęby. W dziecięcym ciele tkwią stuletni starcy, kierujący się takimi samymi emocjami jak ludzie dorośli, również tymi negatywnymi: żądzą władzy, egoizmem czy nieopanowanym popędem seksualnym. Są bezwzględne, również dla siebie nawzajem, w dążeniu do przeniknięcia do świata ludzi. Podmieniają w tym celu nie tylko dzieci, by zająć ich miejsce, ale również kradną, by przeżyć. Nareszcie wiem dlaczego giną mi skarpetki do pary podczas prania ( wcale nie wpadają za pralkę), gdzie znika towar ze sklepowych półek (to nie pracownicy czy klienci), dlaczego rano w kuchni zastaję pobojowisko, mimo, że wieczorem wszystko leżało na swoim miejscu ( nie wierzyłam, gdy tłumaczono mi, że to skrzaty), dlaczego w bibliotece w prozie znajduję poezję (to nie panie bibliotekarki w roztargnieniu czy niedbały czytelnik) i nie „diabeł ogonem nakrywa rzecz”, która mi się gdzieś zawieruszyła. Nawet, uwaga!, homoseksualizm wśród ludzi to też ich sprawka. Właściwie całe zło tego świata to ich robota. Nie polubiłam ich.
Jednocześnie było mi ich żal. Coraz trudniej było im znaleźć bezpieczne schronienie, bo lasy w jakich przyszło im żyć w naszych czasach są coraz bardziej zaśmiecone, pełne plączących się po nich ludzi, hałasu przelatujących nad nimi samolotów. Wspomnienia z dzieciństwa sprzed porwania, tęsknota za ludzkim życiem, posiadaniem własnych dzieci czy nieograniczonym dostępem do ludzkiego jedzenia wywoływały smutek i żal.
To wszystko wzbudziło we mnie niechęć, współczucie, ale i czujność. Podejrzliwie patrzę na zachwyconą mamę, której dziecko nagle objawiło niezwykłe zdolności czy na ciocię dziwującą się nad blond włosami siostrzeńca w rodzinie brunetów. I tylko ja wiem, że to nie wina listonosza czy sąsiada. Podmianki są wśród nas!


Wolę jednak poczciwego Żwirka i Muchomorka, też skrzaty, a nie kradną cudzych dzieci.
czwartek, 01 października 2009
Zawieście czerwone latarnie – Su Tong



Zawieście czerwone latarnie – Su Tong
Przełożyła Danuta Sękalska , Janina Szydłowska
Wydawnictwo MG , 2008 , 232 strony
Literatura chińska



Piękna, naga kobieta = erotyczna okładka. To pierwsze skojarzenie jakie pojawiło się po wzięciu tej książki do ręki.
Piękna, naga kobieta = bardzo cenny i wartościowy przedmiot. To drugie skojarzenie, a właściwie wniosek jaki nasunął mi się po przeczytaniu trzech opowiadań zawartych w tej książce.
Pierwsza połowa dwudziestego wieku w Chinach. To czasy, w których życie mężczyzny przebiega po torze:
narodziny - kobiety - pieniądze - kobiety - śmierć.
Kobiety, mimo, że zajmowały w ich życiu ważne miejsce i spełniały się w każdej roli, nie istniały dla nich w tej stanowiącej o człowieczeństwie.
Były kolejną zabawką erotyczną, kupowaną w miejsce popsutej, zużytej, starej, opatrzonej lub zamordowanej. A usuwano je prawie zawsze, gdy nie były wierne swemu właścicielowi tak jak wrzucona do studni Koral.
Psuły się kiedy zapadały na choroby psychiczne tak, jak Lotos, która popadła w depresję, nie mogąc pogodzić się z utratą studiów na rzecz pełnienia roli Czwartej Pani w kolekcji żon i konkubin swego pana.
Były kartą przetargową, gdy trzeba było wykupić rodzinę od nieszczęścia tak, jak Liu Suzi, która musiała spędzić z przywódcą bandy trzy doby w zamian za rezygnację z przymusowego poboru brata do lokalnej bandy, bo ojciec wychował ją tak, aby przynosiła korzyść rodzinie.
Sprowadzały choroby na mężczyzn, bo starzy ludzie wierzyli, że jeśli młody mężczyzna zachorował na tyfus to właśnie z powodu orbity z krążącą po niej satelitą zwaną kobietą. Służyły do przedłużania linii rodu, a ich wartość rosła wraz z kolejnym urodzonym synem, bo dziewczynki, jako mniej wartościowe, tego prestiżu nie podnosiły.
Były prezentami, którymi obdarowywano najbliższych tak, jak Huanzi, która trafiła w ręce syna z rąk ojca albo Jadeitowy Kwiat przerzucany od jednego mężczyzny z rodziny Liu do drugiego.
Smutne czasy i smutny obraz kobiety tych czasów. Dusza uwięziona w ciele przedmiotu, na twarzy, którego malowała się obojętność kogoś, kto zrozumiał do końca , na czym polega ludzkie życie, w jej oczach i uśmiechu czaiła się śmierć.


A tutaj mogłam zobaczyć zwiastun filmu powstałego na podstawie opowiadania tytułowego.
niedziela, 27 września 2009
Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski



Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski
Wydawnictwo Znak , 2007 , 399 stron
Seria Proza
Literatura polska



Będąc małą dziewczynką, jeszcze bez prawa głosu w dyskusji dorosłych, uwielbiałam te chwile, kiedy do domu przychodził ktoś z zewnątrz, najlepiej zupełnie obcy człowiek, bo też i zupełnie nowe historie ze sobą przynosił. Wsłuchiwałam się w nie z niesamowitą wręcz chciwością dziecka ciekawego świata, mając za nic czasami ich grozę, bo czując za sobą domowe bezpieczeństwo. Ta książka przywołała te dawne, przyjemne i ekscytujące wspomnienia.
Do drzwi głównego bohatera zapukał młody mężczyzna z chęcią kupna fasoli. Była, ale należało ją wyłuskać. Zajęcie takie jak darcie pierza, wspólne haftowanie czy dawniej przędzenie wełny, jest wręcz wymarzone do snucia opowieści. Przysiadłam się więc do tych dwóch mężczyzn i z dziecięcą ciekawością otwierającą szeroko oczy i uchylającą buzię, zanurzyłam się w obrazy kreślone bardziej w monologu starszego mężczyzny niż w dyskusji obu. I tylko doświadczenie człowieka dorosłego, pozwoliło mi się w nich odnaleźć, rozwinąć obrazy sugerowane, dopowiedzieć przemilczane, od czasu do czasu pokiwać głową i powiedzieć w duchu: tak, tak, tak było, tak to czuję, dobrze to rozumiem.
Utonęłam w opowieści jak życie ludzkie, mniej czy więcej potrzaskane, często i rozrzucone.
Opowieści niespiesznej, powolnej, sięgającej najdalszych zakątków pamięci, która jest jak studnia, im głębiej tym ciemniej.
Opowieści pełnej dygresji, wtrąceń, zaskakujących zwrotów i nawrotów do rozpoczętych wątków, bez chronologii, z której wyskakiwały historie ludzkie jak ziarna fasoli wyłuskiwanej ze strąków, z łańcucha najprzeróżniejszych zdarzeń. Przytrzymane w ręku dla dokładniejszego przyjrzenia się im, dla zatrzymania się nad jedną sytuacją, nad jednym przedmiotem czy nad jednym ludzkim zachowaniem. A każde zdarzenie wywoływało następne, a każda postać zaraz prowadzi do innego znajomego, tamten do jeszcze innego, ten znów do innego.
Opowieści do ostatniego ziarna fasoli, do odnalezienia swojego miejsca w sobie, do szarej godziny, do wzywających obowiązków, do senności, do ostatniej kartki, do zamknięcia książki...


A tutaj mogłam posłuchać fragmentów powieści czytanej przez Piotra Adamczyka.
środa, 23 września 2009
7 kolorów tęczy - Monika Sawicka



7 kolorów tęczy – Monika Sawicka
Wydawnictwo Magia Słów , 2009 , 458 stron
Literatura polska



Przyciągająca wielobarwnością uwagę okładka, tęczowy tytuł i zapewnienie autorki na skrzydełku, że po przeczytaniu tej książki ujrzę świat w kolorach tęczy – od miłosnej czerwieni po magiczne indygo, było jak syreni śpiew z podtekstem: kup mnie, kup proszę. Brzmiało to też jak zachwalanie towaru przez dilera narkotyków, z tym, że w bezpieczniejszej formie (guzik prawda! jak się okazało później). Skusiłam się, zwłaszcza po ostatnim zdaniu (które okazało się gwoździem do prawie trumny): Przytulam Cię mocno. Monika. No dobrze, jeśli sama Pisarka chce mnie rozpieszczać, to dam się przytulić. Kupiłam książkę mamrocząc pod nosem: weź mnie i tul, aż zobaczę te wszystkie kolory od jakiejś tam czerwieni do jakiegoś tam indygo.
Zaczęła od pięknej historii zakochania się przypominającej nastoletnie zadurzenie z ochami i achami jakiż to ON wyjątkowy, boski i grecki w swoich kształtach, by na następnych stronach stwierdzić, że wszyscy mężczyźni to świnie nawet w powieściach, a następnie rozłożyć romantyczną miłość na składniki chemiczne i procesy biochemiczne zachodzące w fizjologii człowieczego organizmu. Marchewka i kijek, domek z piernika i czarownica jak w bajce o Jasiu i Małgosi. Autorka najpierw karmiła mnie przepięknymi wizjami i cudownymi przypadkami w życiu, wręcz jego sielskością, po to by zaraz zalać mnie oceanem minusów tego życia.
A po co?
Po to, by tak mnie podtopionej (w domyśle przestraszonej życiem) kobiecie pomóc, a sobie dać pole do popisu i upust nagromadzonym informacjom i wiadomościom na temat afirmacji życia, a to w postaci błyskotliwej rady typu: Zrób pierwszy krok: MOŻESZ WSZYSTKO (mogę być Bogiem?) lub Każde twoje słowo to ŻYCZENIE. Wypowiadasz je, a cały Wszechświat natychmiast się do twego życzenia dostosowuje. (to nie potrzeba złotej rybki albo kwiatu paproci?) albo w postaci aforyzmów płynących szerokim strumieniem od Williama Whartona począwszy na źródłach internetowych skończywszy. Oprzytomniałam, gdy w szale pomocy zahaczającej o rady epistolograficzne, znalazło się kilka stron przedruku listów Jana Sobieskiego do Marysieńki, a ja już zaczęłam w myślach układać list zaczynający się od słów: „Jedyna duszy i serca pociecho najśliczniejszy dobrodzieju...”
Poczułam, że to już nie powieść, a poradnik napisany przez dwunastoletnią dziewczynkę (podmianki są wśród nas sic!) z przypadłością ADHD i manią ratowania jak największej ilości nieszczęśliwych (znalazłyby się dobrowolnie aż tak zdesperowane?) kobiet. A skoro takich kobiet brak to trzeba je stworzyć, bo w końcu taki talent uzdrowicielski w ciele czarownicy, jak sama bohaterka książki się określa: Jestem wielką czarownicą. (Już się boję!) Mam dostęp do ogromnych możliwości, duże zdolności, duże wyczucie, skutecznie uruchomioną intuicję, i wiem doskonale, co jest w życiu ważne i wartościowe. Posiadam dostęp do źródła prawdy. Do źródła uniwersalnej mądrości, nie może się zmarnować. Toż sam duch „biegnącej z wilkami” przez nią przemawia!
A miało być tak pięknie, szczęśliwie, przyjemnie i kolorowo.
Z kolorów zobaczyłam tylko wściekłą czerwień, czarne dno rozpaczy i mroczki przed oczyma w kolorze indygo, kiedy ledwo żywa zdołałam dobrnąć do końca książki, zagłaskana prawie na śmierć. Prawie, bo były dwa momenty, w których mogłam z przyjemnością zaczerpnąć dwa łyki powietrza. Dwa opowiadania spośród innych wydrukowanych gościnnie na końcu książki jako pokłosie literackiego konkursu: „W parku” Elżbiety Koziołkiewicz i „Serwetka dla Boga” Julianny Zofii Jonek.
Zastanawiam się tylko czy warto było dostać tęczową kulą między oczy po to tylko by zobaczyć dwie małe gwiazdki?

7 kolorów tęczy [Monika Sawicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Żeby zobaczyć tęczę niekoniecznie trzeba zaraz czytać książkę jak przekonuje projekt Masashi Kawamura.
niedziela, 13 września 2009
Małe zbrodnie małżeńskie – Eric-Emmanuel Schmitt



Małe zbrodnie małżeńskie – Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumaczyła Barbara Grzegorzewska
Wydawnictwo Znak , 2007 , 97 stron
Literatura francuska



Zanim sięgnęłam po kolejną książkę tego autora, wahałam się między przygotowaniem na ból psychiczny z nieodłączną w takim przypadku paczką chusteczek (Oskar i pani Róża , Dziecko Noego) a przygotowaniem się na wręcz fizyczny ból ( Kiedy byłem dziełem sztuki). Tym razem nie było bólu ani psychicznego, ani fizycznego. Było za to filozoficznie. Autor kazał mi się zastanowić nad istotą małżeństwa. Jaki jest jego sens skoro staje się z czasem dobrowolnym więzieniem? Klatką, w której toczy się zażarta walka na śmierć i życie. Piekło wzajemnych oszustw i oskarżeń, podchodów i manewrów wojennych prowadzących do jednego celu: kto pierwszy polegnie w tej wojnie, kto pierwszy będzie opłakiwał drugiego, kto pierwszy zostanie wdową/wdowcem? Jednym zdaniem: małżeństwo jest drogą do śmierci.
A miłość?
Miłość przemija, nie trwa wiecznie, a jej przeznaczeniem jest rozkład.
A dlaczego?
Bo człowiek jest z natury leniwy. Nie stara się, nie dba o miłość. Wierząc, że to perpetuum mobile, skazuje ją na powolne konanie, na proces zastępowania jej przyzwyczajeniem, któremu sprzyja czas.
Wniosek?
Należy kochać, ale dopóki sprawia nam to przyjemność. Wiara w permanentną miłość to szaleństwo. Kiedy mija zauroczenie należy rozejść się. Absolutnie nie popełniać małżeństwa, które w kontekście takich poglądów brzmi jak zbrodnia. Tyle autor.
A ja się pytam: po co się bawić w filozofię, która i tak przez stan ostrego zakochania się nie przebije? Racjonalizm jest ostatnim stanem umysłu w tym stanie. Proponuję, zamiast wykładów z rzeczowymi argumentami, każdej młodej parze składać przysięgę małżeńską napisaną przez Annę Kamieńską w formie wiersza:

Ślub

Biorę Ciebie za żonę
Wobec ciemności i wobec ciała
Nie ślubuję miłości
Bo było ich za wiele
Nie przysięgam wierności
Bo jest wymysłem kobiet
Nie obiecuję szczęścia
Bo cóż nim jest albo nie jest
Tak biorę sobie Ciebie
Na nietrwałość chwili i pewność odejścia
Na łączenie znaczeń
Aby być człowiekiem
Wyrok dożywotni

Ciekawe ile zakochanych par zdecydowałoby się na małżeństwo po przeczytaniu dramatu autora, a ile po propozycji przysięgi w formie tego wiersza ?

Ten filmik świetnie oddaje przesłanie tego dramatu.
środa, 09 września 2009
Kobieta w Berlinie: zapiski z 1945 roku – Anonim
http://img.iap.pl/s/232/205331/Edytor/Image/Kobieta-w-Berlinie-okladka-twarda_Anonyma,images_big,0,83-7391-301-7.jpg



Kobieta w Berlinie: zapiski z 1945 roku – Anonim
Tłumaczyła Barbara Tarnas
Wydawca Świat Książki , 2004 , 200 stron
Literatura niemiecka



Odkąd pamiętam słyszałam i czytałam wspomnienia o czasach drugiej wojny światowej opowiadane przez świadków tamtych wydarzeń, przy czym ofiarami byli wszyscy oprócz Niemców, bo tylko takie wydawano książki. W wolnej , demokratycznej Polsce po 90. roku, pojawiły się wspomnienia pisane również przez Niemców. Wzbudzały zawsze dużo kontrowersji, bo były domagające się sprawiedliwości, zadośćuczynienia, wręcz roszczeniowe, a nawet próbujące uczynić wszystkich współwinnymi ówczesnych zbrodni.
Ta książka zaskoczyła mnie zupełnie. Anonimowa autorka dziennika, opisując dzień po dniu dwa miesiące ze swojego życia, od 20 kwietnia do 22 czerwca w 1945 roku w Berlinie, koniecznie trzeba podkreślić dni z życia kobiety, w czasie wkroczenia wojsk radzieckich do miasta, nie lamentuje, nie domaga się, nie narzeka, nie epatuje cierpieniem. Wręcz przeciwnie. W bardzo chłodny sposób rejestruje fakty: gwałty, często zbiorowe, głód, przymusową pracę, codzienną śmierć, samobójstwa i permanentny lęk o życie i przeżycie. Mimo, że jest krzywdzonym człowiekiem, zdegradowanym do wojennej zdobyczy, obiektu seksualnego przechodzącego z rak do rąk pijanych żołnierzy, nie upatruje przyczyny tej sytuacji w Rosjanach. Potrafi, mimo krzywd i cierpienia, spojrzeć na swoją sytuację w szerszym kontekście, nie personalnym, ale polityczno-historycznym. Nieszczęścia dotykają i okaleczają ją osobiście, ale ma świadomość, że wszystko to zawdzięczamy Fuhrerowi, bo przewodzili nami przestępcy i hazardziści. Obarcza również odpowiedzialnością bierność Niemców, ich powszechny brak sprzeciwu i karną posłuszność, dzięki której pozwalaliśmy się prowadzić jak owce na rzeź.
Skąd u tej kobiety tak nietypowa postawa i to w gąszczu największych emocji? Myślę, że swoją umiejętność spojrzenia, bez zaangażowania emocjonalnego, na otaczającą ją rzeczywistość, zawdzięcza licznym przedwojennym podróżom po świecie, w tym również do Rosji. To odmienne spojrzenie, nie wywołujące we mnie poczucia winy, pozwoliło mi na wsłuchanie się w jej relację, na przyjrzenie się Berlinowi, ludziom i zdarzeniom po stronie dotychczasowego okupanta., na spojrzenie na Rosjan oczami Niemki: Niewiele jest w tym mieście osób, które potrafią z nimi rozmawiać, takich, które widziały ich brzozy i wioski (...) i które teraz, podobnie jak ja, są błotem pod ich żołnierskimi stopami. (...) którzy nie rozumieją ani jednego słowa po rosyjsku (...) mogą (...) wmawiać sobie, że to nie są ludzie, tylko dzikusy, zwyczajne bydło. Ja tak nie potrafię. Wiem, że to tacy sami ludzie jak my.
Ta kobieta wzbudziła we mnie szacunek, bo czy ja, w jej sytuacji, w której się znalazła, byłabym w stanie na taką pokorę, wyrozumiałość i zrozumienie? Czy potrafiłabym wznieść się ponad własny, jednostkowy egoizm i nie czyniąc osobiście nikomu krzywdy, przyjąć na siebie odkupienie win cudzych? Czy stać mnie byłoby na wypowiedzenie przez nią zdania ucinającego wszelkie obecne dyskusje dotyczące ofiar po stronie niemieckiej: Żadna z ofiar nie może nosić swoich cierpień niczym cierniowej korony. Ja w każdym razie mam uczucie, że to, co mnie spotkało, wyrównało w pewien sposób rachunek. ?


Tutaj zobaczyłam zwiastun ekranizacji tej książki.
piątek, 04 września 2009
Nazywam się Czerwień – Orhan Pamuk
Tekst alternatywny



Nazywam się Czerwień – Orhan Pamuk
Przełożyła Danuta Chmielowska
Wydawnictwo Literackie , 2007 , 593 stron
Literatura turecka



W ciekawy wątek kryminalny i irytujący wątek miłosny, autor wprowadził mnie w fascynujący świat dziejów miniatury tureckiej. Moja wiedza na ten temat była tak mała, że aż obraźliwa, a prorocze słowa jednego z bohaterów, że Po upływie stuleci oglądający świat przedstawiony na naszych ilustracjach niczego nie zrozumieją. Pragnący przyjrzeć się im uważniej, lecz pozbawieni cierpliwości (i dodam od siebie – wiedzy) nigdy tak naprawdę nie odnajdą sensu tych miniatur, dotyczyły właśnie mnie.
Oglądane przeze mnie, zupełnie przypadkowo, miniatury arabskie, odbierałam jako prymitywne, płaskie, wykonane niemalże ręką dziecka.
O mojażesz ignorancjo!
One musiały być właśnie takie, a ich forma była podyktowana zasadami religijnymi. Miniatura nie istniała samodzielnie jako obraz, była tylko ilustracją tekstu w manuskrypcie. Brak perspektywy w rysunku, linii horyzontu był boskim widzeniem świata, w którym nikt i nic nie zajmował centralnego miejsca. Złamanie tych reguł było równoznaczne z zaprzeczeniem boskiej jedyności. Tylko Bóg mógł tworzyć, a człowiek jedynie odtwarzać jego dzieła. Sam styl iluminacji był stały, wręcz szablonowy, dopóki istniał warsztat go tworzący. Na jego czele stał mistrz, potem kilku starszych, najbardziej utalentowanych uczniów, a za nimi uczący się adepci tej sztuki. Wiedzę zdobywali od dziecka przez całe życie, często przy pomocy pięści lub kija, aby diabeł lenistwa odrodził się jako dżin inspiracji. Rysunków nie wolno było podpisywać, ponieważ były efektem pracy kilku osób. O ich pochodzeniu świadczył styl danego warsztatu i jego mistrza, na który pracował cały zespół. Talent miniaturzysty nie był najważniejszym w iluminacji. Równie ważna była jego moralność gwarantująca zachowanie reguł sztuki ilustracji. O jego mistrzostwie przede wszystkim decydowała umiejętność przedstawiania emocji w danej scenie, nie poprzez przedmioty, rośliny, zwierzęta czy ludzi. To precyzja i ilość szczegółów wyrażała cierpliwość i gorliwość, intensywność i dobór barw – miłość i gniew, subtelność kreski – tęsknotę czy smutek. Sława twórców była ograniczona, bo iluminacje były zamawiane przez sułtanów, szachów i paszów, do których dostęp mieli nieliczni i przemijała tak szybko, jak szybko ulegały zapomnieniu lub zniszczeniu manuskrypty. Ich jedyną nagrodą była ślepota jako boskie uznanie talentu.
Dobrze znać Leonardo da Vinci i dobrze wiedzieć kim byli mistrzowie z Heratu tak pięknie przedstawiający miłość Chosrowa do Szirin. Przeglądając galerię miniatur arabskich, widzę to piękno w szczegółach, w kresce, w barwach i jednocześnie w ogromnym szacunku wobec Boga.


text
Miniatura wykonana w stylu starych mistrzów z Heratu, w której Chosrow, przybywszy na swym koniu, pełen miłości wyczekuje Szirin obok jej pałacu pochodzi z Galerii książki arabskiej i tam też można obejrzeć jej piękno w całości.


Nazywam się Czerwień [Orhan Pamuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Życie na drzwiach lodówki: powieść w notatkach – Alice Kuipers
Tekst alternatywny



Życie na drzwiach lodówki: powieść w notatkach – Alice Kuipers
Przełożyła Anna Bernarczyk
Wydawnictwo Rebis , 2008 , 232 stron
Literatura angielska



Trafiłam do kuchni mieszkania przeznaczonego na sprzedaż. Była prawie pusta. Stał w niej tylko stół i lodówka, cała oklejona karteczkami. Mimo, że czułam się niezręcznie naruszając tajemnicę czyjejś korespondencji, nie mogłam się oderwać od tych króciutkich notatek zostawionych przez poprzednie lokatorki. Wyłaniająca się historia, jaka zaczęła się opowiadać z tych pozostawionych bezładnie zdań, była na tyle początkowo ciekawa, a potem bardzo wzruszająca, że opory moralne słabły w miarę upływu czasu.
Zapracowana mama-lekarka i jej piętnastoletnia córka Claire tak bardzo zajęte każda swoim życiem, dla jednych po prostu życiem, a dla innych aż życiem, z braku czasu dla siebie, dla wspólnego bycia ze sobą, dla poprzyjaźniania się, wykorzystywały te formę komunikacji początkowo do koniecznych informacji organizujących ich dni: zakupy, porządki, miejsca pobytu, powroty do domu. Tak było do momentu, gdy mama zachorowała. Mimo, że czasu pojawiło się więcej na bycie ze sobą, karteczki nie zniknęły z drzwi lodówki. Okazały się niezastąpione przy zadawaniu trudnych pytań, bo jak napisała Claire: Czasami łatwiej zadawać ci pytanie na piśmie, na przykład o to, jak się dzisiaj czujesz albo co powiedział lekarz itp. Łatwiej napisać do córki niż popatrzeć jej w oczy i powiedzieć, że życie nie jest takie wspaniałe, jak powinno, że nie znajduje sił, żeby powiedzieć ci wprost, co mówi lekarz. Łatwiej napisać Przepraszam, mamo. Naprawdę nie chciałam wczoraj na ciebie nakrzyczeć., niż opowiedzieć o swoich emocjach w sytuacji, gdy lęk i bezsilność z nieuzasadnioną dumą trzyma za gardło i nie pozwala przejść ani jednemu słowu. Łatwiej też wyrzucić z serca uczucia w ostatnim liście zostawionym na kuchennym stole z nadzieją, że mama będzie mogła przeczytać: żebyś wiedziała(...) że cię kocham i za tobą tęsknię. Proszę nie martw się o mnie. Twoja córka. Claire.
Ze ściśniętym gardłem i ciężkim sercem zostawiłam wszystko tak jak zastałam, mając nadzieję, że nowy właściciel mieszkania postanowi pozbierać te ulotne okruchy ludzkiego życia, poukładać i wydać w formie książki, bo bardzo bym chciała, żeby tę historię przeczytało jak najwięcej mam i córek.


lodówka1

A u mnie życie toczy się obok lodówki.


lodówka2

Jednak, na wszelki wypadek, wisi jeden magnes z czekoladową sentencją.
czwartek, 27 sierpnia 2009
Anioły naprawdę istnieją – Barbara Dussler
Tekst alternatywny



Anioły naprawdę istnieją – Barbara Dussler
Tłumaczyła Małgorzata Mirońska
Wydawca Klub Dla Ciebie , 2006 , 351 stron
Literatura niemiecka



Z przymrużeniem oka traktowałam teorię Louise Hay, która w swoich licznych książkach twierdzi, że każdą chorobę człowieka wywołują pośrednio czynniki zewnętrzne wpływające negatywnie na naszą psychikę. Począwszy od kataru, poprzez pasożyty układu pokarmowego, na raku skończywszy. Mam uwierzyć, że apodyktyczny charakter ojca wywołuje u jego dzieci astmę?!
Przymrużyć oka jednak nie mogłam czytając tę książkę, napisaną dwugłosem matki i jej dwunastoletniej córki, dostarczających nieświadomie dowodów na poparcie poglądów Louise Hay.
Przeczytałam wiele książek na temat walki z rakiem, ale w żadnej nie znalazłam holistycznego podejścia do człowieka w procesie leczenia, w którym terapii poddawane jest, równolegle z ciałem, jego psychika i dusza. To bardzo żmudny i powolny proces nie tylko u osoby chorej, ale również u jego najbliższych, zdrowych fizycznie członków rodziny, w formie terapii rodzinnej. W bardzo uproszczonej formie podsumowała go Basia, bohaterka wspomnień, która na pytanie: Rak? W jaki sposób udało ci się go pokonać?, odpowiada dyktowaniem przepisu na:
"Ciasto na zdrowie":
1 albo więcej łyżek stołowych wiary w siebie
1 łyżeczka do herbaty wisielczego humoru
1 miska „prawdziwej radości życia”
szczypta egoizmu
szczypta przekory.
Całość miesza się starannie z dużą ilością miłości.

Niby jasne, niby zrozumiałe, niby składniki łatwo dostępne, ale mimo wszystko jakie trudne do zrobienia. Zwłaszcza jeśli chodzi o „prawdziwą radość życia” i miłość. Sądząc po ilości zachorowań tylko na raka, to bardzo deficytowe i luksusowe delicje. Czyżby aż tak trudno dostępne?
Jeśli tak, to smutne.
Mam tylko żal do autorek? wydawcy?, o ten niefortunny, marketingowy, „anielski” chwyt w tytule. Mam uwierzyć w internetowy kontakt z aniołem o imieniu Elmer, piszącego e-maile do mamy Basi i używającego zwrotu: kochana ziemska istoto? Ale może nieważne co się kryje pod poszczególnymi składnikami „Ciasta na zdrowie”. Ważne, żeby przepis był sprawdzony. Żeby ciasto się udało. Mamie Basi i jej córeczce wyszło przepyszne. Wyszło na zdrowie.


Tutaj zobaczyłam jakimi metodami pracuje Anioł Stróż i dlaczego powinnam być mu wdzięczna za każdy upadek.
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 925 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi