Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 14 lutego 2010
Jan Nowicki: droga do domu – Rafał Wojasiński

Jan Nowicki: droga do domu – Rafał Wojasiński
Wydawnictwo Nowy Świat , 2009 , 117 stron
Literatura polska


Czytałam kiedyś listy Jana Nowickiego do pomieszkującego w niebie Piotra Skrzyneckiego, daleko odbiegające od tematyki wielkiego świata filmu, w którym zaistniał jako aktor. Wiedziałam więc, czego się spodziewać sięgając po tę pozycję i nie zawiodłam się.
Otrzymałam książkę, którą mogłam czytać, oglądać, a przede wszystkim nad nią pomyśleć. Książkę-przystanek w pędzie mojego życia, podsuwającą w swoich mini-rozdziałach myśl, życiowy wniosek, refleksję osnutą na wydarzeniu lub osobie z przeszłości bohatera wspomnień, dla którego Liczy się tylko przeszłość. Bo to jest całość. Przyszłość to jest nic, nawet jeśli jest zaplanowana., zawartych w krótkich impresjach, czasami w jednozdaniowej wypowiedzi takiej jak ta:

 

 

Po której zamyślałam się na resztę wieczoru, na czas tuż przed snem, by wrócić do przemyśleń pana Jana następnego dnia, by uczyć się od człowieka. Nie od aktora wielkiego formatu, ale właśnie od człowieka: co w życiu jest najważniejsze, co liczy się najbardziej, bo jak twierdzi człowiek się gubi i czasami kundli. Pokazując mi te drogowskazy czynił to od niechcenia, jakby myślami i duchem był już u swojego przyjaciela Piotra. Jakby właśnie wrócił do punktu wyjścia, do domu zmęczony z dalekiej drogi i chciał już tylko spokoju w oczekiwaniu na podróż ostatnią, do domu stojącym na końcowej stacji kolei życia.
A wszystko to uchwycone na czarno-białych fotografiach, ukazujących pana Jana rzadko wprost, a częściej z boku, z ukosa, wychodzącego, odchodzącego, pochylonego tak jak tutaj nad książką.

 

 

Zogniskowanych raczej na jego czynnościach, przedmiotach w dłoniach, otaczającym go tle. Tak jakby już go tu nie było, jakby nie on był najważniejszy, ale to co po nim pozostanie: myśli, uczynki, przyjaciele-zwykli ludzie i ostatnie słowa: Aktor to bardzo przeciętny człowiek, im bardziej przeciętny, tym lepiej.
I pusty fotel z odłożoną przed chwilą gazetą...

 

środa, 10 lutego 2010
3maj się ; Papatki ; Pozdr – Lauren Myracle

3maj się ; Papatki ; Pozdr – Lauren Myracle
Przełożyła Anna Sak
Wydawnictwo Nasza Księgarnia , 2008 , 3maj się – 222 strony , Papatki – 244 strony , Pozdr – 291 stron
Literatura amerykańska


Oryginalna forma tekstu w postaci dialogów w komunikatorze internetowym trzech przyjaciółek ze szkolnej ławki, przeniesionych na papier, kryje za sobą osobowości: Zoe dobra jest, Maddie szalona, a słodka Angela łagodność wcielona.

 

 

 

Trzy lata "blablania" amerykańskich nastolatek, takiego jak widać powyżej, obejmuje czas całej szkoły średniej. Raj zaspokajania ciekawości o czym plotkują rówieśniczki zza oceanu, ale i dla rodziców o czym i jak mówią, co myślą i co czują ich dorastające dzieci, bo „zaufanie zaufaniem, ale kontrola musi być”, jak mawia moja znajoma, mama trójki nastolatków.
Nie byłam ciekawa, nie miałam ochoty zaglądać przez ramię autorce i pewnie nie sięgnęłabym po te nietypowe, zwariowane tytuły, gdybym nie przeczytała w blogu Wyrwał czyta..., że znajdują się na liście książek Stowarzyszenia Bibliotek Amerykańskich umieszczanych na niej wtedy, gdy podejmuje się wobec nich najwięcej prób cenzury. W tym momencie poczułam lodowy oddech ostracyzmu społecznego, bo niedawno kupiłam wszystkie części zaprzyjaźnionej młodzieży. Sprawa stała się poważna. Wręcz wagi państwowej. Niepostrzeżenie przechwyciłam ten dowód przestępstwa i zaczęłam go nie czytać, a wręcz wnikliwie studiować, uczulając wszystkie zmysły na jakiekolwiek oznaki odstępstwa od normy, dewiację i inne patologie zagrażające prawidłowemu rozwojowi psychicznemu i moralnemu nadziei naszego narodu. Od tej pory Czujność stała się moim drugim imieniem.
I... w pierwszej części nie znalazłam nic. Wszystko było jakieś takie obrzydliwie poprawne. Problemy jak każde inne tyle, że odpowiednie do grupy wiekowej: pierwsze zauroczenia, leń do nauki, zwariowane pomysły, łańcuszki szczęścia, co na siebie włożyć, wiecznie niedobrzy i nierozumiejący rodzice, legendarny i nieśmiertelny pryszcz na twarzy czy terminy zaliczania prac przedmiotowych. Aż nudno! Przeszłam jednak do następnych części, żeby nikt nie zarzucił mi, że właśnie tam było to, co z takim zacięciem tropiłam.
I było! Tyle, że dużo ciekawiej! Nareszcie działo się!
A to za sprawą samej młodzieży, która po ukazaniu się części pierwszej, pomogła autorce w napisaniu następnych, podsuwając jej tematy, pomysły, fakty z życia, dialogi i gwarowe słownictwo. I mimo, że doszły pierwsze kontakty erotyczne, inicjacja seksualna, homoseksualizm, kontakt z narkotykami i alkoholem, spotkania z policją, ucieczka z domu, to jednak wszystko zostało utrzymane w konwencji najwyższej, metodycznej poprawności wychowania z umoralniającymi wnioskami, choć muszę przyznać, że dobrze ukrytymi. Autorka dokładnie wiedziała, że młodzi nie lubią sztuczności, spoufalania się, dydaktyzmu, „rycia garów i ględzenia”.
Więc w czym rzecz?
Jedyną instytucją, świętością, autorytetem, wobec której dokonano zarzucanych książkom „bluźnierstw” był Kościół. Otworzyłam oczy na fakty, których nie dostrzegałam, skupiając uwagę na dobru moralnym młodzieży. A nie o dobro młodzieży tutaj chodziło, a o szeroko pojęte dobro Kościoła.
Bo nieważne, że Zoe tylko dzięki czujności koleżanek nie staje się ofiarą pedofila w wieku piętnastu lat. Ważne jest to, ze pedofil jest głęboko religijnym nauczycielem, wykorzystującym ruch oazowy i swoją pobożność do tego celu.
Nieważne, że Maddie radzi sobie, przy wsparciu przyjaciółek, z nałogami, zrywając z nimi. Najważniejszy jest afront uczczenia urodzin Chrystusa woreczkiem trawki.
Nieważne, że inicjacja Zoe jest (niespełnione marzenie polskiej pedagogiki) przemyślana, zaplanowana, z kochanym chłopakiem, w wieku osiemnastu lat i z podwójnym zabezpieczeniem antykoncepcyjnym. Ważniejsze jest to, że odbywa się w podziemiach kościoła.
Nieważne, że Zoe jest wierzącą, praktykującą katoliczką, otwartą na inność, próbującą zrozumieć ludzi innej wiary. Ważne jest to, że rozmawia ze Świadkami Jehowy i broni ich prawa do własnego światopoglądu, mówiąc: jakie to musi być trudne; wiesz – to chodzenie od drzwi do drzwi (...) uważam, że są dzielni. Ani ty, ani ja nie wybrałybyśmy takiego sposobu na życie, ale to nie znaczy od razu, że to zły sposób.
Mimo, że takich przykładów mogłabym wymienić więcej, to ograniczę się do tych czterech. Wystarczy. Już wszystko wiem. Mogę spać spokojnie. Moje zaufanie do Wydawnictwa Nasza Księgarnia nie zostało naruszone. W tej pewności utwierdził mnie absurd umieszczenia na tej liście Chłopca z latawcem Khaleda Hosseiniego za niedostosowanie do grupy wiekowej. I słusznie, bo to nie jest książka dla dzieci i nie wiem co ona w takim razie w ogóle robi na tej liście z tym groteskowym zarzutem? Proponuję za to umieścić na niej Kubusia Puchataka za grzech łakomstwa. Brak miodu może doprowadzić do frustracji powodującej mordercze instynkty.
Ktoś się bawi metodami Stalina, który eksterminował ludzi za pomocą zasady: dajcie mi człowieka, a znajdę paragraf. Tylko, że na tej liście zasada brzmi: dajcie mi książkę, a znajdę powód. A z boku stoi młodzież i śmieje się z nas, kłócących się dorosłych, tak jak Zoe, Maddie i Angela:

 

SnowAngel: Jesteśmy dla niej "małymi przyjaciółkami Maddie”.
Zoegirl: małymi przyjaciółkami Maddie, które wybierają się do poradni planowania rodziny...
SnowAngel: które nie mają pojęcia, prawda? Że przecież dorastamy.
Zoegirl: ale my o tym wiemy...i któregoś dnia oni też do tego dojdą.
SnowAngel: miejmy tylko nadzieję, że nie dopiero po maturze.

 

Więcej informacji na temat amerykańskiej cenzury przeczytałam w artykule Stany Zjednoczone Cenzury Marcina Wyrwała.

sobota, 06 lutego 2010
Światło na śniegu – Anita Shreve

Światło na śniegu – Anita Shreve
Przełożyła Zofia Uhrynowska-Hanasz
Wydawnictwo Świat Książki , 2008 , 239 stron
Literatura amerykańska


   Lubię śnieg, zwłaszcza, gdy wygrzeje mnie lato, a zima zwleka z nadejściem, wtedy śnieg lubię nawet bardzo i zaczynam tęsknić za jego magiczną umiejętnością pokrywania szarych, zrudziałych i łysych skutków jesieni niewinną i sterylną bielą. Świat wtedy staje się dookoła pejzażem, dla jednych monotonnym, a dla autorki tłem, na który rzuca fioletowe światło zmierzchu, dostrzega niebieską plamę zgubionej czapki, wskazuje malinową kropę budynku w oddali i pozwala znajdować... noworodka porzuconego w lesie. Jeszcze z mazią płodową i resztkami krwi.
   Muszę koniecznie dodać, że to MNIE na to pozwala i zostawia z tym znaleziskiem z dwunastolatką!
   Sprytny zabieg z jej strony. Jakby mnie znała. Jakby wiedziała, że chcę przeżyć przygodę przede wszystkim bezpieczną, chociaż ryzykowną. Tak skonstruowała narrację i tak dobrała bohaterów, żebym mogła, bez poczucia winy, złamać prawo i nie ponieść konsekwencji. Jeżeli głos rozsądku reprezentował ojciec Robert, a głos serca i ciekawości jego córka Nicky, to hulaj dusza piekła nie ma! Z dwunastolatką można wszystko, szczególnie, że to ona była narratorką. W tym wieku wiele uchodzi, zwłaszcza, że znalezienie porzuconego noworodka, daleko od domów i jej mieszkańców, stawia tyle znaków zapytania wymagających natychmiastowej odpowiedzi, stwarza tyle sytuacji koniecznych do rozwiązania, decyzji do przeforsowania przez logiczną barierę ojca i wreszcie wyborów dających radość bycia wspólnikiem przestępstwa!
   Jak nie być z Nicky i jak nie popierać ją w dążeniach do poznania, rozwiązania, odkrycia, rozłożenia na czynniki pierwsze tej tajemnicy? Chociaż przyznam się, że mną bardziej kierowała pospolita ciekawość i tęsknota za śniegiem, a Nicky szukała ciepła, przyjaźni, zrozumienia, a przede wszystkim wydostania się spod całunu żałoby, w jakiej tkwiła razem z ojcem po stracie mamy i młodszej siostry.
   A wszystko rozegrane w przepięknej, zimowej scenerii, z mokrym śniegiem za kołnierzem, zaspami powyżej metra, śnieżycą odcinającą dom od innych mieszkańców, ze zbliżającą się wigilią, z ogromną dbałością o szczegóły, kolory, zapachy czy drobne gesty w ludzkich zachowaniach, dodających dialogom dynamiki.
   I bardzo ważne – nie tylko rozwiązałyśmy zagadkę, nie tylko wszystko uszło nam na sucho, ale dowiedziałam się również co zrobić, żeby naleśniki były zawsze chrupiące.
   Informacja bezcenna. Warta poniesionego ryzyka.

wtorek, 02 lutego 2010
Ja, Tituba, czarownica z Salem - Maryse Condé

Ja, Tituba, czarownica z Salem - Maryse Condé
Przełożyła Krystyna Arustowicz
Wydawnictwo W.A.B. , 2008 , 281 stron
Seria z Miotłą
Literatura karaibska (Gwadelupa)


   Sięgając po pozycję z tej serii wiem, że randka w ciemno będzie na pewno udana. Chociaż, po tylu spotkaniach z tą serią, słowo „ciemno” mogę śmiało zastąpić słowem „pewniak”. Każda książka „z miotłą” pozostawia we mnie przesłanie do przeanalizowania, zastanowienia się, które nie daje o sobie zapomnieć.
   Tak było i z tą powieścią. Autorka opierając swoją opowieść na faktach historycznych, wykorzystała znany proces czarownic z Salem z końca XVII wieku, aby postawić swoisty pomnik, a może bardziej epitafium, osobie najbardziej skrzywdzonej i zarazem najbardziej niewinnej, jeśli nie zupełnie niewinnej, a której w księgach procesowych poświęcono tylko jedno zdanie: Tituba, niewolnica z Barbadosu, prawdopodobnie uprawiająca wudu.
   Wychowana w poszanowaniu i jedności z siłami natury, potrafiąca czerpać z nich dla dobra bliskich, animistka jakby określono ją współcześnie, stanęła bezbronna twarzą w twarz z systemem społecznym opartym na religii wypaczonej przez człowieka. Takie było Salem. Społeczność, w której grabiono, oszukiwano, kradziono, zasłaniano się imieniem Bożym, w którym będąc Murzynką można było czynić tylko zło, bo było się samym złem mając czarną skórę. W tym zderzeniu nie miała szans, tak jak nie ma szansy na obronę pięcioletnie dziecko przed dobrym pedofilem. Świadomie użyłam słowa dobry w kontekście pedofilii i wynikającej z niego sprzeczności, tak jak mieszkańcy wsi Salem nie widzieli sprzeczności między swoją dobrą religią, wywołująca histerię nienawiści, skazującą na śmierć, często męczeńską, niewinnych ludzi a swoimi uczynkami. Czy taka religia jest dobra i czy w ogóle jest jeszcze religią jaką znamy z Biblii? Zdaję sobie sprawę z ostrego porównania, ale ile idei, filozofii, ideologii dobrych z natury, pożytecznych zostało wypaczonych przez garstkę ludzi w imię władzy i pieniędzy, ale za to z miłością na ustach i przyzwoleniem większości społeczeństwa, ukrytych pod ideą religijnej miłości (sekty), dobrej pedofilii (bezsilność prawa), pomocy humanitarnej (eksport broni), troski o zdrowie (lobby firm farmaceutycznych) i każdego innego dobrego do tego hasła? Psychopaci są wśród nas i nie potrzeba ich dużo. Wystarczy jeden w wiosce, mieście, kraju, na kontynencie czy w świecie.
   Jeden.
   A skutki można liczyć w milionach ludzkich ofiar. Nieznanych bądź zapomnianych jak Tituba, ufnych jak wspomniany pięciolatek. Historia jest pełna takich historycznych faktów, a najsmutniejsze jest to, że ich lista jest stale aktualizowana. Wystarczyło, że przejrzałam blog Marii Sobolewskiej ,a zwłaszcza post Kilka słów wyjaśnienia, żebym ujrzała siebie w roli Tituby i to wielokrotnie.

 Tutaj obejrzałam krótką historię i próbę zrozumienia, co tak naprawdę wydarzyło się w Salem.

piątek, 29 stycznia 2010
Dziewczyna komendanta - Pam Jenoff

Dziewczyna komendanta: powieść – Pam Jenoff
Przełożyła Monika Łesyszak
Wydawnictwo Arlekin , 2008 , 430 stron
Literatura amerykańska


Gdybym była Amerykanką, byłabym zachwycona tą powieścią. Poleciłabym ją swojej amerykańskiej przyjaciółce mówiąc: Och, Jodie, musisz ją przeczytać! Musisz zobaczyć jak ci biedni Polacy i Żydzi byli męczeni przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej. Jak nie poddawali się terrorowi, walcząc w ruchu oporu. A kiedy było im bardzo źle, wiesz kogo cytowali? Nigdy nie zgadniesz! Naszego wielkiego prezydenta Stanów Zjednoczonych Abrahama Lincolna! Czyż to nie wspaniałe jak oni nas kochają i są nam wdzięczni za uratowanie? Ale najcudowniejsze jest to, że ich kobiety, w imię wolności ojczyzny, poświęcały swoją wierność małżeńską, oddając się wrogowi ciałem, bo najpiękniejsza w tej książce jest historia miłości między Żydówką a wysoko postawionym Niemcem, taka zakazana, niecodzienna, nieprawdopodobna, cudowna! Ile bym dała, żeby coś takiego przeżyć! Może Spielberg nakręci o tym film?
Ale jestem Polką i nie przemawia do mnie mocno naciągana we wstępie ideologia Miry Weber, abym potraktowała ją jak przypowieść o Żydówce Esterze XX wieku, bo sama historia nie jest powieścią paradokumentalną, ani osadzoną w skrupulatnie zbadanych realiach fikcją literacką.
Historię mojej ojczyzny poznawałam wręcz podskórnie, wsączała się przez całe moje życie. Siódmym zmysłem wyczuwam wszelki fałsz, kłamstwo i odchylenie. Autorka poznała ją rozumowo i mimo, że dobrze operuje faktami to jednak skażone są spojrzeniem człowieka z zewnątrz. Zniekształcanie wydarzeń historycznych dla dobra fabuły książki, naiwność w rysie logistycznym zasad konspiracji i te wyjścia do sklepu okupowanego Krakowa po pomarańcze, wszystko to i wiele innych, o których, aż przykro pisać, wytrąciły mnie z równowagi. Przywołało wspomnienie i przykre uczucia jemu towarzyszące sprzed kilku lat. Będąc w Afryce szlag mnie trafił, kiedy dowiedziałam się od uniwersyteckiego profesora, że w podręcznikach szkolnych uczy się dzieci o tym jak to nasi przyjaciele Anglicy, w dniu wybuchu wojny, popędzili natychmiast i ochoczo Polsce na ratunek. A drugi raz mnie trafił, że moje tłumaczenia, o fałszowaniu historii przez Anglików, są niewiarygodne. Słowo Polki, za którym stała krew moich rodaków, było niczym! Poczułam się zdradzona po raz kolejny. Ta bezsilność, wściekłość na Anglików, którzy wybielają dla siebie historię naszym kosztem, tyle lat po wojnie, odżyła na nowo. Tym razem w wersji amerykańskiej, dla pieniędzy.
Mam świadomość tego, że Polska nie leży w centrum świata, że cudzoziemcy mylą Poland z Holland, że nadal w odległych rejonach świata uważani jesteśmy za kolejną republikę Rosji i że nie mają zielonego pojęcia o hitlerowskich zbrodniach, bo sama kupiłam, wspomnianemu profesorowi, film o zagładzie Żydów w ośwęcimskim, przyobozowym sklepiku jako dowód rzeczowy. I to właśnie ta świadomość i ta bezsilna wściekłość, nie pozwala mi przejść obojętnie koło takich książek. Są ludzie, którzy swoją wiedzę historyczną znają właśnie z takich pozycji.
To druga książka w moim życiu, którą wyrzuciłabym do kosza i to bez bólu w sercu. Niestety, musiałam oddać ją do biblioteki i tutaj serce bolało mnie bardzo, bo ilu czytelników zobaczy i poczuje to co ja? Może lepiej było udać, że ją zgubiłam? Może byłoby to korzystniejsze? A co z innymi egzemplarzami w całym kraju?
Może przestanę o tym myśleć, bo mnie szlag trafi po raz trzeci.

   W 2009 roku ukazała się, jak wynika z opisu okładkowego, kontynuacja dalszych losów bohaterów bestsellerowej (!?) powieści, tym razem pod tytułem Żona dyplomaty, a jej recenzję przeczytałam u izusr, a której tytuł mówi wszystko: Dwie pomyłki ostatnich dni.

Dziewczyna komendanta [Pam Jenoff]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Na ostrzu noża - Miroslav Žamboch

Na ostrzu noża - Miroslav Žamboch
Przełożyła Anna Jakubowska
Ilustrował Dominik Broniek
Wydawnictwo Fabryka Słów , 2007 , tom 1 - 380 stron , tom 2 – 376 stron
Seria Obca Krew
Literatura czeska


O czym myśli dziewczyna, gdy dojrzewać zaczyna? – wiem z autopsji. A o czym myśli dojrzały mężczyzna? Już widzę popłoch w męskich oczach i w odpowiedzi ciszę. Ewentualnie, w przypływie dobrego humoru szybkie: o niczym. Obie odpowiedzi były dla mnie zawsze mocno podejrzane, jeśli nie bardzo mocno. Ta powieść udowodniła mi to. Biorąc ją do rąk, nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że otrzymam odpowiedź na to pytanie z nawiązką. Dwa tomy męskiego świata, Jego świata, z Jego regułami, w którym żyją Prawdziwi Mężczyźni. Świat, do którego czytelnik wchodzi pewnym krokiem, na dobrze znany sobie grunt, a czytelniczka, taka jak ja, z obawą, z lekkim lękiem, na grunt wrogi, mając wrażenie, że narusza tabu przekraczając próg z tabliczką u wejścia: Tylko Dla Mężczyzn. Przystanęłam więc z boku, chłonąc każde słowo, obraz, marzenie, obserwując z zaciekawieniem głównych bohaterów: Koniasza, Leda czy Bonsettiego, uosobienie Prawdziwych Mężczyzn i świata, do którego ucieka, kiedy podobno nie myśli.
Prawdziwy Mężczyzna jest wiecznym kawalerem tuż przed ożenkiem (żadna nie jest go godna) lub zaraz po nim (wredna śmiała go porzucić), słusznego wzrostu ze średnią 190 cm (co u nich jest nie tak z tą długością?), z aparycją w stylu: na pierwszy rzut oka wstrętny i niebezpieczny, z ciałem pokrytym licznymi bliznami (że niby taki waleczny i niepokonany), którego jednak nie lubi eksponować (skromny?), dlatego w ubraniu wygląda tak:
Na ostrzu noża01
I chociaż go zabili, jak widać nadal stoi! Ima się różnych zajęć, ale najczęściej jest tym od brudnej roboty ( wynoszenie śmieci to nie to samo), bo potrafi mistrzowsko posługiwać się białą bronią. Ale nie tylko. On czyta! I nie mam tu na myśli procesu składania liter, ale czytanie książek. Kradnie je innym (ale głód czytelniczy!) albo udaje się do biblioteki. Tamtejszych książek nie da się ukraść, bo są okute blachą i tak ciężkie, że bibliotekarze noszą buty obite metalem, chroniącym przed odcięciem palców przez taką spadającą księgę. (Kobiece książki mogą co najwyżej, podczas upadku, potrącić pijanego mola.)
Będąc oczytanym posiada poglądy najchętniej holistyczne: w środku wszechświata jest On, a wokół niego krążą dziedziny Jego życia. Jedną z nich jest Kobieta. Każda ma u niego szansę: mężatka, panna, zhańbiona czy dziwka (jaki wachlarz tolerancji!). Potrafi się w takiej zakochać nawet od tyłu, a zwłaszcza od pierwszego spojrzenia w zagłębienie wewnętrznej strony kolana plus dwa centymetry wyżej (to nie duże, niebieskie oczy?), a która z przodu wygląda tak:
Na ostrzu noża013
A kiedy pożądanie zostanie zaspokojone (sama do niego przylazła) to powstały problem odsuwa, żeby zdechł śmiercią naturalną, bo cóż on łowca przygód, włóczęga, wieczny ciekawski i samotnik może zaoferować takiej Kobiecie? (Refleksja rychło w czas!)
Z żalu upija się i trzeźwieje po dwóch latach (to akurat nic nowego) albo rzuca się w wir zdarzeń, wydarzeń, zadań, wyzwań, polityki, zobowiązań czyli to co Prawdziwy Mężczyzna lubi najbardziej. Realizując swoje plany pali port, o tak:
Na ostrzu noża3
Wymierza sprawiedliwość w obronie zgwałconej dziewczyny, o tak:
Na ostrzu noża04
Walczy z epidemią zarazy powodującej takie skutki:
Na ostrzu noża05
Zabija kilku niewygodnych, stojących mu na drodze, o tak:
Na ostrzu noża06
Stacza wiele śmiertelnych i wyczerpujących pojedynków, o takich:
Na ostrzu noża07
Zmęczony, poraniony, dwa razy zabity, z listem gończym na karku, udaje się na zasłużony odpoczynek czyli dobre żarełko i sen. A śni o tym:
Na ostrzu noża08
I o tym:
Na ostrzu noża09
I jeszcze o tym:
Na ostrzu noża010
Noc długa, to i sen długi, a w nim seks, seks i seks, jak mawia mój znajomy (myślałam, że żartuje), a autor potakuje głową dodając: Jak każdy mężczyzna lubił takie sny (...) ponieważ po obudzeniu nie miał wyrzutów sumienia. A po nocy spędzonej w domu publicznym – tak. Nawet szlachetna myśl, tyle, że po obudzeniu zastaje się w takiej sytuacji:
Na ostrzu noża011
Jego zaskoczenie i zdziwienie jest równe mojemu. Same mu wlazły, on nawet jedną rzęsą nie mrugnął. Gdyby mnie przy tym nie było, to powiedziałabym, że łże jak pies.
Ale byłam, widziałam, przyglądałam się z ogromną uwagą tej krainie, do której tak chętnie ucieka, rządzonej przez proste zasady, gdzie w obronie takich wartości jak miłość, honor i przyjaźń, brodzi się po kolana, po pas we krwi, ryzykując własne życie. W świecie, w którym byłabym taka (a co, też mogę sobie pomarzyć):
Na ostrzu noża012
Wycofałam się z niego powoli, chociaż z ociąganiem, z niechęcią. Dobrze mi tam było, pomimo wszystko, z jednego powodu: wszechobecnej, upajającej woni krystalicznie czystego testosteronu...
Po co go mącić kobiecym jazgotem, szczebiotliwym głosem, bombardującym permanentnie niekończącymi pytaniami, wywołującymi lawinę narzekań? Niech istnieje, niech się dzieje w głowach mężczyzn. Niech mają swoją jaskinię, do której od czasu do czasu wpuści mnie jeden z nich, obdarzony darem słowa pisanego. Niech...

wtorek, 19 stycznia 2010
I więcej nic nie pamiętam – Adina Blady-Szwajger

I więcej nic nie pamiętam – Adina Blady-Szwajger
Wydawnictwo Świat Książki , 2010 , 285 stron
Literatura polska


   Lubię, przed wejściem w treść książki, zapoznać się z jej aparatem informacyjnym. W tej zatrzymałam się na króciutkim fragmencie umieszczonym na skrzydełku i... pochyliłam głowę, żeby powstrzymać łzy, wyciszyć emocje i odpowiedzieć sobie na pytanie: czy dam radę czytać dalej? Zwłaszcza, że autorka wspomnień powstrzymywała się przed ich ujawnieniem 45 lat, wierząc, że ...to, co się stało, nie jest ani do pisania, ani do czytania.(...) Bo to wszystko są tylko słowa. A ja nie jestem literatem i nie umiem znaleźć słów, które krzyczą.
   Ale zaraz potem, na tylnej okładce, kategoryczne zdanie Marka Edelmana, jednego z jej kolegów z czasów okupacji: Książkę trzeba przeczytać.
   Posłuchałam go.
   I mimo, że ciężar faktów pochylał mi głowę nad tą historią jeszcze kilka razy, by ochłonąć, by móc czytać dalej, móc towarzyszyć jej w ofiarowywaniu dzieciom łaski cichej śmierci, w spolegliwej obecności w łagodnym i godnym odejściu w śmierci głodowej, w miłosiernej eutanazji osób dorosłych, w niesieniu pomocy łączniczki ŻOB, podszytej wszechobecnym strachem przed śmiercią, zapijanym alkoholem, brnęłam dalej, z uporem. Przyglądałam się, jak te wspomnienia odzierają z mitu szlachetnego bohaterstwa, bo niezupełnie wynikającego wyłącznie z odwagi i altruizmu. Był jeszcze zwykły, człowieczy lęk, rozpacz, depresja, chęć życia, głód, własny egoizm, próby samobójcze, tchórzostwo, aborcje. Przeżycia, które skutecznie dusiły chęć dzielenia się nimi z kimkolwiek, z nadzieją, na całkowite zapomnienie, pogrzebanie w głębinach pamięci, bo jak pracować po wojnie jako pediatra, gdy pierwsze kroki w tym zawodzie zaczęło się od zabijania dzieci? Bo przecież nie zaczyna się pracy lekarza od prowadzenia ludzi zamiast do życia – do śmierci.(...) I nic nie pomaga, że wiem, że to wszystko było właśnie po to, żeby ratować życie ludzkie, że to wszystko było konieczne...
   Tak jak koniecznym było przeczytanie tej książki, przebrnięcie przez ból i koszmar czyjegoś życia, by móc odpowiedzieć na zadawane mi pytanie: po co ty czytasz TAKIE książki?!
   Dotychczas podawałam kilka argumentów, które od niedawna zastępuję tylko jednym: po to, aby ani mnie, ani moim dzieciom, moim wnukom, prawnukom i praprawnukom nigdy nie przyszła do głowy myśl kradzieży napisu „ARBEIT MACHT FREI” znad oświęcimskiej bramy obozowej, ani żadnej rzeczy, która ich jest.
   Tyle jestem im winna, a zarazem tylko tyle... wysłuchać, przeczytać, pamiętać, przekazać.
   To nie jest ponad moje siły.

   Inni czynią dużo więcej. Na podstawie tych wspomnień Remigiusz Grzela przygotowuje program do spektaklu, w którym gra Alina Świdowska, córka autorki.
   To jest jeden z tych momentów, w którym żałuję, że mam tak daleko do Warszawy.

 A wśród nich młodziutka lekarka, która musiała zabijać...

sobota, 16 stycznia 2010
Hańba – John Maxwell Coetzee

Hańba – John Maxwell Coetzee
Przełożył Michał Kłobukowski
Wydawnictwo Znak , 2003 , 250 stron
Seria Proza
Literatura południowoafrykańska (RPA)


   Istnieją ludzie, którzy dla mnie w pewnym sensie są emocjonalnymi kalekami, a to za sprawą niskiego stopnia empatii. Nie potrafią wczuć się w położenie drugiej osoby i tym samym jej zrozumieć, jeśli sami nie przeżyli identycznych lub podobnych doświadczeń.
   Taki jest właśnie David Lurie, główny bohater powieści, profesor akademicki, którego zdecydowanie i od początku nie polubiłam. Antypatyczny, cyniczny, sceptyczny, logicznie chłodny egoista, krzywdzący innych i nie widzący w tym swojej hańby. Żyjący sobie w miarę szczęśliwie w granicach wytyczonych przez zarobki, temperament, możliwości emocjonalne, które nie są imponujące.
   Miałam więc wręcz dziką satysfakcję (taki ze mnie zimny obserwator!), gdy los postawił go po drugiej stronie, stronie ofiary, doświadczył, w łaskawości i dobrodziejstwie, okrucieństwem ze strony innych ludzi. To wystarczyło, by w nim powoli zaczęło budzić się sumienie, pozwalające na zrozumienie i skruchę, na budzenie się nowych emocji, walkę z naturą człowieczą, pokonywanie własnych emocjonalnych ograniczeń i wreszcie na zbudowanie nowego spojrzenia na swoje postępowanie, w którym wcześniej nie widział niczego złego. Ba, obudziło się w nim nawet współczucie (a może miłość?) dla zwierząt, które wcześniej lubił o tyle o ile były jadalne i smaczne.
   Ludzi z takim ukrytym kalectwem obserwuję dookoła siebie. Żal mi ich, bo wiem, że tłumaczenie, wyjaśnianie żadnej struny w ich sercach nie poruszy i w rozumach żadnych drzwi nie otworzy. Jedynie doświadczenia z ich udziałem wyposaża te osoby we wrażliwość tak bardzo potrzebną w kontaktach międzyludzkich. Żal mi ich też dlatego, że nie potrafią się uczyć na doświadczeniach innych, zwłaszcza tych bolesnych, że życie z nimi jest bardzo trudne, ale i życie samo w sobie jest dla nich przez to dużo boleśniejsze, bo musi stać się najpierw ich namacalnym udziałem, by mogło być przez nich zrozumiane, odczute.
Zrozumienie tej przypadłości bardzo ułatwia mi życie z nimi, a jednocześnie daje okazję obserwowania fascynujących zmian psychicznych i emocjonalnych w człowieku.
   Autor ten proces pokazał w mistrzowski sposób.

wtorek, 12 stycznia 2010
Szeptem – Becca Fitzpatrick

Szeptem – Becca Fitzpatrick
Przełożył Paweł Łopatka
Wydawnictwo Otwarte , 2010 , 325 stron
Cykl Szeptem ; Tom 1
Literatura amerykańska


   Piękna okładka w swoim tragicznym dynamizmie i mrocznym kolorycie, automatycznie nasuwająca szereg pytań: kim jest ta istota, co się stało i dlaczego? Odpowiedzi są ważne, bo ta scena jest brutalnym początkiem całej historii.
Po kilku pierwszych stronach, mechanizm skojarzeń podsunął mi podobieństwo do początku „Zmierzchu” Stephani Meyer, do pierwszego spotkania głównych bohaterów, tutaj Nory i Patcha (chwała tłumaczowi, że pozostawił je w oryginalnej formie, podając jego znaczenie tylko w przypisie – łata, łatka): też szkoła, też lekcja i też wspólna nauka przy jednej ławce szkolnej.
Na tym kończą się podobieństwa i żeby uciąć wszelkie spekulacje na ten temat ( a myślę, że będzie ich sporo i powieść przed tym nie ucieknie), odcinam się od nich jednym stwierdzeniem: kończy się era wampirów, zaczyna się era aniołów!
   Bo to, co wydarzyło się później, już nie było takie same.
   Nora, atrakcyjna, wrażliwa, inteligentna szesnastolatka była wyjątkową dziewczyną, o czym sama nie wiedziała, a co potem okazało się jej przekleństwem. Przyjaźniła się z Vee, rówieśniczką z ogromnym poczuciem humoru. Polubiłam ją od pierwszej, ciętej riposty, a pokochałam za jej komentarze i dialogi wywołujące mój głośny śmiech. A Patch? Mmmm, z wyglądu jak ulubione ciacho, niestety ze słodką trucizną w środku. Upadły anioł o oczach tak czarnych jak jego mroczna przeszłość i zły z natury, co i tak było dużym osiągnięciem w jego samorozwoju, bo kiedyś był bardzo, bardzo zły, na dodatek biedny, utrzymujący się z hazardu i mający jeden cel: zabić Norę, by móc stać się człowiekiem. Jednym zdaniem chłopak, który bierze wszystko, a sam nie daje nic.
Węzeł gordyjski jaki misternie uplotła autorka ze skomplikowanych relacji między postaciami powieści, tajemniczych zdarzeń następujących po sobie, a poddających w wątpliwość prawidłowe działanie zmysłów, pozornie nielogicznych zachowań bohaterów obdarzonych paranormalnymi umiejętnościami, mógł być rozwiązany tylko poprzez śmierć jednego z nich. A żeby ten węzeł jeszcze bardziej zacieśnić, zasupłać i splątać dodała wolno, bardzo wolno, budujące się uczucie miłości, przed którym broniła się Nora, a Patch wahał się mu poddać.
   Ta książka ocieka erotyzmem mimo, że nie ma w niej scen seksu, no, może poza trzema pocałunkami, z których jeden się nie liczy, a pozostałe...eee, nie napiszę. Ale dodam za to, że wszystko rozgrywa się w przestrzeni miedzy pożądaniem, a spełnieniem.  Tej przestrzeni, która pochłania każdą dziewczynę podobną do Nory (i nie tylko!).
   Tę historię połknęłam w jeden dzień, odrywając się kilkakrotnie tylko do szybkiego wypełnienia swoich obowiązków, by móc powrócić do mokrego od deszczu, ciemnego, skąpanego we mgle, nomen omen, Coldwater, by mieć znów naście lat i wierzyć w moc miłości, tej pierwszej i jedynej na śmierć i życie (dosłownie), i w swojego anioła stróża (też dosłownie).
   Czekam na więcej, a wiem, że będzie.

Szeptem [Becca Fitzpatrick]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Tutaj obejrzałam film reklamujący tę książkę, a więcej informacji można uzyskać na stronie poświęconej tej powieści: http://www.szeptem.com.pl/

 

piątek, 08 stycznia 2010
Wykreślone imię – Rhiannon Lassiter

Wykreślone imię – Rhiannon Lassiter
Przełożył Jacek Konieczny
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 329 stron
Literatura angielska


Gdyby powiedziano mi, że książka wybiera czytelnika, nie uwierzyłabym. Tyle, że mnie się to przydarzyło. Zostałam wybrana, czułam to. Leżąc na biurku, przyciągała mój wzrok ciemną czerwienią z czarnym, koronkowym nadrukiem, intrygującym tytułem, a gdy odchyliłam jej okładkę spojrzała na mnie, dosłownie, tymi oczami:

 

Oczy

 

A potem to zdanie kończące intro: Koszmar budzi się z długiego snu.
Musiałam ją mieć. To była chęć zajrzenia w nią głębiej od pierwszego wejrzenia. Niestety była już komuś obiecana, ba!, dwie osoby w kolejce. A ja, jak ślepo zakochany kundel, warowałam w jej pobliżu licząc na cud.
I zdarzył się!
Czytelnicy, jeden po drugim rezygnowali z rezerwacji, może zrażeni etykietą „dla młodzieży”. Została tylko ona, ja i jej niema obietnica ugaszenia mojego pragnienia zanurzenia się w jej kartki. Jednak pod jednym warunkiem: wyrażę chęć udziału w Grze Wyobraźni godząc się na Reguły poświęceń.
Zanim zdążyłam się zgodzić, tkwiłam już w niej po czubek głowy. Nawet nie zauważyłam, w którym momencie przekroczyłam granicę rzeczywistości z tą wymyśloną, w którym momencie istoty wymyślone stały się realnymi, w którym momencie zaczęłam się bać przedmiotów prozaicznych i wreszcie w którym momencie zrozumiałam, że nie wszystko co przyjazne, sympatyczne i miłe jest dobre i ma szlachetne zamiary. Nic nie było pewne, przewidywalne, ustalone i ostateczne – dokładnie tak jak w grze, w której zasady i jej granice dyktowała fantazja trzech dziewczyn, które stworzyły własny wyobrażony świat, jednak im to nie wystarczyło, więc spróbowały uczynić go bardziej realnym...
Mogłabym grać w nią w nieskończoność. Nie chciałam opuszczać wielkiego, rozpadającego się domu z okiennicami, pełnego zakamarków z jego niebezpiecznymi tajemnicami jak zakurzone pajęczyny skrywające myśli pająka, który w każdej chwili może wyskoczyć z cienia. Mnóstwa książek z wykreślonymi z furią, wręcz wydrapanymi imionami bohaterów jakby ktoś nienawidził szczęśliwych zakończeń, nienawidził ich do tego stopnia, ze niszczył wszystkie książki. Lasu na zboczu, który przypominał mi ten ze Skradzionego dziecka Keitha Donohue, pełnego realnie wymyślonych istot z czającym się w jego sercu nieokreślonym mrokiem, karmiącym się gniewem i poczuciem nieszczęścia. Górskiego stawu zarośniętego wodorostami, będącego wrotami do świata odbitego bez wyjścia. Lisa, mężczyzny w ciele nastolatka, pociągającego swoim człowieczeństwem i jednocześnie odpychającego swoją zwierzęcą naturą. A może na odwrót?
Ale musiałam.
I nie dlatego, że dotarłam do granic wyobraźni, że opowieść się skończyła, że zamknęłam książkę, ale dlatego, że nigdy, przenigdy nie zgodziłabym się na wykreślenie mojego imienia. Nie po tej historii. Być może następny czytelnik, wybrany przez tę książkę, ulegnie jej namowom. Będę uważnie obserwować otoczenie i jeśli ktoś nagle zniknie (to nie żart!), będę wiedziała, że uległ, dał się namówić na wyszeptanie Reguł poświęceń:

Wykreślone imiona otacza milczenia bariera –
Z bohaterem opowieść bezpowrotnie umiera.
Za każde poświecenie przyjdzie ci zapłacić:
Nie odzyskasz niczego, gdy już to utracisz.
Ukradzione słowa należy wydać,
Użyczona moc tylko tobie się przyda.
Imieniożercy musisz zaspokoić głód,
Żywymi lub martwymi – znajdziesz ich w bród.

 

 

 

A tutaj wysłuchałam Reguł poświęceń w oryginale i muszę przyznać, że z tym pogłosem robią wrażenie.
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 996 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi