Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 15 sierpnia 2009
Lód – Jacek Dukaj
Tekst alternatywny



Lód – Jacek Dukaj
Wydawnictwo Literackie , 2008 , 1045 stron
Literatura polska



Książka-omnibus i powieść-panorama. Ktokolwiek weźmie ją do ręki, znajdzie dla siebie to, co jak lód przykuje jego uwagę i pozwoli się zamrozić w tej zmarzlinie, która nie odpuści aż do odwilży, aż do końca historii.
Nie odnalazłam siebie w Benedykcie Gierosławskim, głównym bohaterze, który rzucony w tryby historii próbuje odnaleźć w niej matematyczną logikę i samego siebie. Nie śledziłam wątków sensacyjno-politycznych i nie doszukiwałam się w nich spisków dziejowych w paraboli odwilży- rewolucji, której akcja dzieje się w Królestwie i Imperium Rosyjskim, istniejącym w czasie równoległym do tego znanego mi z książek historycznych okresu międzywojnia. Nie dałam się porwać zdarzeniom, które jak plaga nieszczęść tropiły bohaterów, wirowały wokół nich, wciągały jak tornado, czasami pozbawiając życia. Nie zatopiłam się ani w rozważaniach filozoficznych, ani w naukowych z zakresu fizyki konwencjonalnej i fizyki czarnej w odmiennych stanach rzeczywistości. Nie dałam się ponieść wyobraźni i nie zamarzłam w Kraju Lutych, wędrując z bohaterem i glacjuszami po Drogach Mamutów. Nie wzruszyłam się miłością dwojga kochanków mimo, że bezsłowne pożegnanie Benedykta i Jeleny było jednym z najbardziej poruszających jakie czytałam. Dla mnie to całe bogactwo wielowątkowości tematów, wielopłaszczyznowości zdarzeń i różnorodności postaci było tłem, efektami końcowymi, składnikami koniecznymi. Istniały po to bym mogła wsłuchiwać się w język, który pochłonął mnie całkowicie. Po pierwszych czterech zdaniach przyjemność na chwilę przymknęła mi oczy, a pamięć przywołała podobne uczucie, gdy czytałam „Kyś” Tatiany Tołstoj. Język przebogaty w słowa te już dawno zapomniane, te rzadko używane i te stworzone przez autora na potrzeby powieści - nieobecne w żadnym słowniku neologizmy. Mnóstwo makaronizmów, spolszczeń i zapożyczeń przede wszystkim z języka rosyjskiego, ale i z francuskiego, angielskiego i niemieckiego, a nawet z tunguskiego. Szyk wyrazów w zdaniu nadający mu przedwojenny styl i wymowę, z pisownią jak ze starodruków, a wszystko to z zaśpiewem rosyjskim. Porównania i metafory godne grafik Wojciecha Siudmaka. Takim językiem opis Irkucka skutego lodem czytałam trzy razy i nie było mi dosyć tej krainy fantasy, a charakterystyka flegmatycznego Ciecierkiewicza może stanowić za wzór jak z nieciekawego człowieka zrobić człowieka fascynującego. Obawa autora, że tej powieści trudniej się będzie poddać w pędzie życia miejskiego zupełnie mnie nie dotyczyła. Dałam się ukołysać słowom w rytm stukających kół pociągu transsyberyjskiego, w rytm bębnów głaszatieli, w rytm dudniącego młota szalonego Tesli wykuwającego na nowo historię, całkowicie zgodnie z intencją autora, że mają swoje kołysanki dzieci, mają i ludzie dorośli. Dobrą opowieść smakuje się jak dobry tytuń czy dobrą whisky, nie należy się spieszyć, nie należy popędzać opowiadającego, nie o to tu idzie, by dognać jak najprędzej do puenty, złapać za grzbiet fabułę, poznać losy, sensy i tajemnice, nie o to wcale.
Więc o co?
O to, że działa czar i że zostaliśmy wyjęci z czasu i miejsca, i żebym po przeczytaniu książki, wracając do rzeczywistości, powiedziała z westchnieniem: „się zatchnęło się”.



Tutaj mogłam zobaczyć Irkuck współczesny i ten z czasów powieści, a na fotografii osoby jakby żywcem wyjęte z książki.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
To ja cię pokochałam, to ja cię zabiłam - Lisa Schroeder
Tekst alternatywny



To ja cię pokochałam, to ja cię zabiłam - Lisa Schroeder
Przełożyła Joanna Kwiatkowska
Wydawnictwo Klub Dla Ciebie , 2008 , 208 stron
Literatura amerykańska



Otwierając tę książkę, w pierwszym odruchu zamknęłam ją szybko, myśląc, że omyłkowo kupiłam zbiorek poezji. Drugie spojrzenie do środka upewniło mnie, że to jednak proza. Opowieść pisana jak biały wiersz, krótkimi zdaniami, ze skondensowaną myślą czy puentą. Rozdzialiki na jedną, góra dwie strony albo tylko jako dwa wersy, zmuszające do zatrzymania się, pomyślenia, przeanalizowania, czasami do powtórnego przeczytania. Jak w wierszu. Ale już chce się czytać następny, bo przecież historia toczy się dalej. Jednak tempo trzeba zwolnić, bo choć fabuła intrygująca, kształt treści nie pozwala przyspieszyć. Zmusza do powolnego przyswajania, do myślenia, do przeżywania, do zrozumienia, do empatii. I tak do końca książki między przyspieszaniem jak w prozie a zwalnianiem jak w poezji.
Mam wrażenie, że ten ciekawy sposób pisania książki jest wynikiem naszych czasów. Przekazać szybko w minimalnej ilości tekstu maksymalną ilość treści. Pomysł autorki na zachęcenie młodych ludzi do czytania? Chwytliwy temat, bo o tragicznej miłości nastolatków, sposobie radzenia sobie z traumą i poczuciem winy, a sama treść jak smsy dawkowane strona po stronie, tworzące jednak logiczną całość.
Czy to kolejny zwiastun nowego typu literatury po polskim „Pawiu królowej” Doroty Masłowskiej? Jak opis na okładce:

Dziewczyna poznaje chłopaka.
Dziewczyna traci chłopaka.
Dziewczyna odzyskuje chłopaka...
...tak jakby.
Dwa ostatnie wyrazy to kwintesencja tak bardzo prostych, poprzedzających je twierdzeń. Na tyle jednak kontrastowych i intrygujących, że chciałam przeczytać i dowiedzieć się DLACZEGO „tak jakby”?



Zwiastun amerykańskiego wydania książki.
czwartek, 06 sierpnia 2009
Odrodzona – Tucker Malarkey
Tekst alternatywny



Odrodzona – Tucker Malarkey
Przełożyła Elżbieta Łęcka
Wydawnictwo Amber , 2007 , 328 stron
Literatura amerykańska



Jakiś czas temu ksiądz profesor Tomasz Węcławski najpierw zrezygnował z kapłaństwa, a potem odszedł z Kościoła wyrzekając się wiary katolickiej. Decyzję swojej apostazji uzasadnił w tej deklaracji, nie podając jednak konkretnych powodów. „Tygodnik Powszechny” zasugerował, że miało to związek z odkryciem nowego spojrzenia na obraz Jezusa i jego roli w wierze, z odrzuceniem jego boskiej natury. Ponieważ uczynił to tuz polskiej myśli katolickiej, uznany teolog, nauczyciel akademicki, autor około 30 publikacji naukowych, a nie szeregowy kapłan, Kościół suspendując go, na wszelki wypadek zasugerował chorobę psychiczną. Nie zdziwiła mnie ta sytuacja, bo metody radzenia sobie Kościoła z rozwiązywaniem problemów niestandardowych pozostały niezmienne (no, może poza paleniem na stosie), ale bardzo zaciekawił mnie ten nowy obraz Jezusa.
Książka w dużej mierze nasyciła mój głód wiedzy na ten temat. Jej fabuła (podróż głównej bohaterki do Egiptu i jej irytujący mnie brak umiejętności wyboru między dwoma mężczyznami) osnuta jest na fakcie odnalezienia w 1945 roku, w Egipcie, w pobliżu starożytnego miasta Chenoboskia, ewangelii, które nie weszły w skład obecnego Nowego Testamentu. W świecie archeologów i historyków znane jako ewangelie z Nag Hammadi.
Do końca II wieku, wszystkie istniejące ówcześnie ewangelie były przez teologów i Ojców Kościoła kolekcjonowane, redagowane, kompilowane, a co najważniejsze, uznawane za równie autentyczne i wartościowe, dopóki biskup Ireneusz z Lyonu po raz pierwszy nie oznajmił, że tylko cztery z nich są dogmatem wiary chrześcijańskiej, ponieważ wszechświat ma cztery strony, ponieważ są cztery główne wiatry, dlatego prawdziwe mogą być tylko cztery ewangelie. Na bazie takiego argumentu dał chrześcijaństwu kodeks, a sobie władzę nad nowo powstałym Kościołem. Reszta ewangelii to herezja, a ich wyznawcy to heretycy.
To na początek, bo każda następna strona to dawkowanie faktów, które sypią się jak pustynny piasek. Powoli, kartka po kartce, ziarnko po ziarnku, jak w klepsydrze, tak aby na koniec pozostawić mnie z wiedzą, z którą nie wiadomo co zrobić?
Zapomnieć się nie da, bo będzie uwierać jak piasek w butach. Zbagatelizować też nie, bo jak patrzeć z piaskiem w oczach, który przeszkadza widzieć tak czysto jak dotychczas? Zanegować też nie, bo jak zaprzeczyć faktom archeologicznym, obficie przytaczanym i cytowanym w powieści? Uznać i przyjąć za pewnik? Wymagałoby to napisania historii na nowo, a przecież przeciętny katolik tego nie chce. On nie chce czytać i słuchać o tym, a co dopiero burzyć i budować. Nikt nie lubi uczucia usuwania się gruntu spod nóg. Dobry katolik nie pyta, lecz przyjmuje to co mu dają. Nieważne, czy coś rozumie. Tym bardziej Kościół. On też tego nie chce. Wręcz zrobi wszystko, żeby temu zapobiec. Ma w tym 2000 lat tradycji i doświadczenia.
Książka-dylemat, książka jak piasek, rozsiany w świadomości i trudny do wytrzepania z umysłu. Pozostał mi tylko jeden pewnik - cytat z Ewangelii Filipa, który jest świetną odpowiedzią na permanentnie zadawane mi pytanie: „Po co ty w ogóle czytasz?” Teraz będę mogła cytować: bo

Niewiedza jest źródłem wszelkiego zła.
Niewiedza prowadzi do śmierci.



text

Zdjęcie pochodzi z artykułu Apokryf - cóż to takiego?, w którym Kościół ustosunkowuje się do problematyki zawartej w powieści.
niedziela, 02 sierpnia 2009
Kobieta z wydm - Kobo Abe
Tekst alternatywny



Kobieta z wydm - Kobo Abe
Przełożył Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo Znak, 2007 , 186 stron
Literatura japońska



Myślę, że niezmienną popularność, pomimo upływu lat, powieść ta zawdzięcza możliwości odkrywania w niej swojej osobistej, indywidualnej i subiektywnej paraboli. Ja znalazłam taką.
Są kobiety-femme fatale, kobiety-Matki Polki, kobiety-czarne wdowy, kobiety-modliszki, a według Kobo Abe, także kobiety-mrówkolwy. Brzmi niegroźnie, raczej ciekawie, a nawet śmiesznie, ale, uwaga!, to tylko pozory. Panowie strzeżcie się ich, a zwłaszcza tych ostatnich.
Kobieta-mrówkolew leży sobie cierpliwie na dnie wykopanego w piasku lejka i czeka na mężczyznę-ofiarę. Powiem dosadniej - ofiarę losu. Jeśli sam do niego nie wpadnie, goniąc bezładnie za kobietami-motylami, to postara się oto rodzina kobiety. Zwabi do niej podstępem, plączącego się w pobliżu mężczyznę, ogarniętego amokiem kolekcjonowania kobiet-owadów. A mężczyzna jak to mężczyzna. Jak już jest w towarzystwie podsuwanej mu kobiety, częściej niż często, skorzysta. Przecież jutro już go tu nie będzie, bo praca, znajomi, inne kobiety i cały świat czeka na jego powrót z otwartymi ramionami i utęsknieniem przeogromnym. Szybko się jednak orientuje, że to pułapka, że na kobietę nie może liczyć, bo sama jest więźniem tradycji. Ona istnieje tylko po to, żeby ją kontynuować, podtrzymywać, celebrować, pielęgnować jak największy skarb rodu. Bez jej pracy zginie klan rodzinny i społeczność, w której funkcjonuje. Mężczyzna próbuje więc wydostać się z tego grajdołka, ale drobne, codzienne obowiązki, jak piasek sypiący się ze wszystkich stron, skutecznie mu to uniemożliwiają. Egzystencjalizm go pochłania, skutecznie przygniatając do dna życia i im bardziej się szamocze, tym bardziej zakopuje się w piasku swego losu. Postanawia więc uśpić czujność kobiety i jej rodziny, podporządkowując się ich normom i wartościom. Jednocześnie włącza swoją słynną logikę (dopiero teraz?) i wymyśla plan ucieczki. Żadnemu się to jeszcze nie udało, ale męskie ego za każdym razem jest pewne, że inni to frajerzy, a on jest macho i jemu się uda. Podstępem wydostaje się na zewnątrz i kiedy myśli, że przeżywa drugą młodość, jego kobieta czeka cierpliwie będąc wyrozumiałą dla kryzysu wieku średniego swego partnera. Wie, że wróci, a jak nie wróci to rodzina zmusi, żeby wrócił. I co robi mężczyzna na taką niesprawiedliwość losu? Znieczula się alkoholem. Tak, tak! Przyczyną jego alkoholizmu jest kobieta. To czas, kiedy jest gotów przehandlować godność własną i swojej partnerki. Od totalnej katastrofy ratuje go hobby. Dziewczyny pozwólcie mu na to. Niech sobie buduje odrzutowce wielkości Księżyca w waszej kuchni, przez co nie możecie otworzyć szafki. Najważniejsze, że dzięki temu zapomni o ucieczce i w jakiej się znalazł sytuacji. Spokojnie, przy wędce nad rzeczką albo na motorze dającym namiastkę uczucia wolności, między jednym sukcesem, a drugim pomyśli, przeanalizuje, zrobi bilans zysków i strat. Pomału zacznie wtedy odkrywać zalety dotychczasowego życia, tego związku, tej rodziny, w której pojawiły się dzieci, tej tradycji. Ciężar tych wartości do tego stopnia go obciąży i przykuje do miejsca, że „chłopu tyłek na starość oklapnie”. Z czasem pojawi się stabilizacja życiowa, a wraz z nią drabina, po której może wyjść z pułapki. Nie robi tego. Siedzi i patrzy na nią. Ciekawe co myśli?
Nie chce mu się podnieść? Dojrzał? Zmądrzał? Przyzwyczaił się? Pokochał? A może zrozumiał, że związek z kobietą to jest zawsze bilet tylko w jedną stronę? A może myśli, że fajnie tak rozwijać się do 12 roku życia, a potem już tylko rosnąć goniąc za motylkami i skacząc z kwiatka na kwiatek, a resztą zajmą się kobiety?
Tak, tak... Myślcie tak dalej, a już my się wami zajmiemy całym sercem i z ogromnym oddaniem. Zapraszamy na wydmy, do lasu, na łąki, nad rzekę i w każde inne ostępy przyrody.
Czekamy na was kochane żuczki...



Japoński zwiastun ekranizacji powieści z 1964 roku.
środa, 29 lipca 2009
Woda różana i chleb na sodzie - Marsha Mehran
Tekst alternatywny



Woda różana i chleb na sodzie - Marsha Mehran
Przełożyła Teresa Tyszowiecka-Tarkowska
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 285 strony
Literatura amerykańska



Pomna mądrych rad wyniesionych z pierwszej części powieści, że jedzenie jest jak lekarstwo i należy je dawkować w ściśle określonych porcjach, a jego składniki dobierać do temperamentu jedzącego, postanowiłam tym razem być głucha i ślepa na jedzenie w jej części drugiej, wyczuwając, wśród orientalnych zapachów, delikatną nutę drugiego dna tej historii. Zbyt poprawnej, zbyt sielankowej, zbyt łatwo i szybko przechodzącej przez umysł.
Jest jak w bajce. Trzy siostry, skrzywdzone przez ojczyznę i bliskich, emigrantki z Iranu, przyjeżdżają do małej miejscowości irlandzkiej, w której zakładają świetnie prosperującą kawiarnię. Najmłodsza, szesnastoletnia Lejla (Ciemne Niebiosa), poznaje idealnego chłopca, któremu to związkowi nikt nie stawia przeszkód, których młodzi by nie pokonali. Średnia, Bahar (Wiosna), zafascynowana katolicyzmem, staje się aktywną wierną Kościoła. Najstarsza, Mardżan (Koral), poznaje pana na zamku, wręcz rycerza z bajki. Społeczność bardzo przychylna, przyjmuje je z otwartymi ramionami i robi wszystko, aby ich adaptacja przebiegała bez zakłóceń. Problem nietolerancji (jakiej nietolerancji?) jest zaledwie zarysowany złośliwymi plotkami roznoszonymi przez babcie z Kółka Biblijnego. No, bajka. Podręcznikowy przykład pomyślnego procesu asymilacji imigrantów z tubylcami. Nic tylko emigrować, bo na emigracji będzie znacznie lepiej niż w rodzimym, ojczyźnianym piekiełku.
Nie przemówiło to do mnie. Nie ze mną te numery Marsho Mehran! Nie oszukasz mnie, chowając problemy za jedzeniem. Co innego widzę wokół siebie, o czym innym czytam i o czym innym słyszę w miażdżącej przewadze. Poszukałam uważniej i... znalazłam! Jedno niepozorne zdanie wypatrzone w gąszczu innych na 231 stronie: To wygląda zbyt doskonale , żeby mogło być prawdziwe. To klucz, którym niczym wędką wyłowiłam niepozorne zdania z wypowiedzi bohaterów oraz wyrazy poutykane między jednym a drugim zachwytem nad kolejna potrawą. Zebrałam te okruchy i okruszki, które spadły z suto zastawionego stołu, powoli układając je jak puzzle w jedno przesłanie:
Spójrzcie na nas. Przybywamy do was nie z własnej woli. Boimy się was tak samo jak wy nas. Poznajmy się. Mamy wam dużo do zaoferowania. Pomóżcie nam, a my odwdzięczymy się tym, co mamy w sobie najlepszego. Żyjmy w zgodzie, budując razem przyszłość. Chcielibyśmy, aby właśnie tak wyglądała nasza adaptacja w nowym środowisku, nasze wspólne życie.
Jestem dla autorki czytelnikiem-stołownikiem, któremu serwuje potrawy ze szczerego serca i bez nadmiernych oczekiwań licząc na moją zdolność do reagowania na różnorodne oddziaływanie potraw. Przyprawiając je nadzieją, odwagą i wiarą daje mi możliwość swobodnego wyboru tworzenia dalszego ciągu tej opowieści. Mogę tą wyciągniętą do mnie dłoń odrzucić albo uścisnąć jak mile witanego gościa. Powitać chlebem i solą w głębokim staropolskim ukłonie.
Bajka?
Na to pytanie autorka odpowiada w tym wywiadzie.


text

Zdjęcie Marshy Mehran pochodzi ze strony Random House.


Woda różana i chleb na sodzie [Marsha Mehran]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 25 lipca 2009
Zupa z granatów - Marsha Mehran
Tekst alternatywny



Zupa z granatów - Marsha Mehran
Przełożyła Jolanta Kozak
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2008 , 294 strony
Literatura amerykańska



Talent malarski to dar, który posiadają wybrani. Dzięki nim nie muszę malować sama sobie obrazów, żeby karmić się ich pięknem czy delektować światłocieniem. Niestety, ze sztuką kulinarną jest inaczej, a skutki tworzenia przez dyletantów czegoś do zjedzenia prowadzą do katastrofy. Jestem jednym z nich.
Takiemu amatorowi jak ja dać do ręki Zupę z granatów to wyposażyć dziecko w granat bojowy. Było nerwowo i niebezpiecznie, bo Polak jak głodny to zły. W kuchni pobojowisko. Droga tapczan-szafki kuchenne-lodówka oznaczona jak ścieżka wojenna resztkami jedzenia, noszonego w pośpiechu podczas kolejnego kursu z talerzykiem, a czasami i bez, bo w zębach i w garści. A kursów było jak na pętli tramwajowej w godzinach szczytu.
Zaczęło się od tego, że byłam głodna, a książka była głównie o jedzeniu. Przepis gonił przepis, a jeden apetyczniejszy, ciekawszy i bardziej egzotyczny od drugiego, które wyczarowywały trzy siostry, uciekinierki z Iranu w swojej Cafe Babilon. Najgorsze było to, że nie mogłam pozachwycać się fizycznie ich różnorodnym zapachem, subtelnością smaków i kontrastem barw. Mogłam sobie tylko popatrzeć jak Pascal gotuje, a potem te cudeńka zjada z gośćmi. O nie! Niedoczekanie wasze! Postanowiłam sama sobie ugotować. No choćby taką zupę z czerwonej soczewicy. Żaden problem! No może poza tym, że nie miałam ziaren czarnuszki, o soczewicy i to czerwonej, już nie wspominając. Podobno niezbywalnego i podstawowego składnika. Bez niego ani rusz. Nie szkodzi, bo wśród składników wypatrzyłam głodnymi oczami rosół z kury. Aaaaa to miałam. Z proszku sobie zrobiłam. Może to nawet koło zupy z soczewicy nie leżało, ale zupą było i to błyskawiczną i też smaczną. No, ale po tym wodospadzie zaczęło mi chlupotać w żołądku. Pomyślałam, że przydałoby się wrzucić coś treściwego do tego jeziorka. Dolme - gołąbki, które zaserwowały siostry były jak znalazł. Tylko skąd ja miałam wziąć do ich przyrządzenia jagnięcinę?! Nieważne, w lodówce znalazłam mięso i to gotowe do zjedzenia, bo w postaci kabanosa. Wtrząchnęłam, żeby przestało chlupotać. Wprawdzie przestało, ale zachciało się słodkiego, bo na kolejnej stronie siostry pokazywały sposób przyrządzania słodkich gusz-e fil – słoniowych uszu czy bakławy. Cokolwiek miałoby to znaczyć, chciałam tego. Natychmiast! No tak, ale wody różanej to ja nie znalazłam w mojej polskiej kuchni. Znalazłam za to czekoladę z orzechami. Też słodkie, a orzechy jak najbardziej egzotyczne. Ledwo zjadłam, a już pić mi się zachciało, bo siostry podsuwały mi kolejny przepis na dugh - napój jogurtowy. Tylko skąd ja wezmę świeżej mięty? Taaak, chciałam kupić w doniczce, ale koleżanka spojrzała z ukosa, że co ja tam będę kupować, skoro ona przyniesie mi ze swojego ogródka za darmo. Przynosi do dziś. O żesz ty... resztę myśli zmęłłam w ustach. Na szczęście w lodówce stał kuzyn jogurtu – kefir. Popijając go, z uśmiechem Kota z Cheshire na twarzy, dokończyłam powieść.
No, same korzyści z tej książki. Jadłam bardzo orientalne potrawy (nie ma to jak siła wyobraźni i trochę inwencji), zrobiłam inwentaryzację w kuchni i wyjadłam resztki z lodówki (hurra!! można iść na zakupy).
No, może prawie same korzyści. Bo jak sobie wyobraziłam, co ja do tego szklanego naczynia Marioli Bojarskiej z programu Agentka do zadań specjalnych dla łakomych dziewczynek wrzuciłam, to zrobiło mi się bardzo bardzo niedobrze i musiałam pić bardzo bardzo tradycyjny napar z mięty, z bardzo bardzo polskiego Herbapolu.
Zawsze powtarzałam, powtarzam i będę powtarzać, że ja tylko pięknie jem i czytam, a smacznie gotują kucharze i pasjonaci gotowania. Tacy jak zemfiroczka. Przeczytała książkę i ugotowała zupę z granatów.


Zupa z granatów [Marsha Mehran]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 20 lipca 2009
Nie opuszczaj mnie - Kazuo Ishiguro
Tekst alternatywny



Nie opuszczaj mnie - Kazuo Ishiguro
Przełożył Andrzej Szulc
Seria Pi
Wydawnictwo Albatros , 2005 , 320 stron
Literatura angielska



Jest lato. Czas relaksu, radości, wakacyjnych zauroczeń, więc wiele obiecywałam sobie po tak nostalgicznym tytule. Takim samym, jaki posiada przepiękna piosenka Jacues’a Brela Ne me quitte pas. W Polsce śpiewana przez Edytę Górniak, a dla mnie najlepiej wykonywany cover po polsku.
Niestety, nastrój prysnął już na drugiej stronie pierwszej kartki. Jeszcze próbowałam ubłagać autora: nie.. proszę... nie rób mi tego... tylko nie dzieci. A on bezlitośnie zaczął rzucać w zdania wyrazy jak czarne kamienie: dawca, donacja, klon, zejście. Pozwolił na powolne oswojenie się z bohaterami, z ich dzieciństwem, problemami dorastania, radościami i smutkami, marzeniami, pragnieniami, z ich pierwszymi miłościami. Kiedy zrozumiałam ich człowieczeństwo, kiedy ich pokochałam (bo jak nie kochać dzieci, które nie mają rodzin?), kazał mi ich zabijać, jeden po drugim. Mogłam to robić na raty, jak w filmie Walka o ogień. Wycinać sobie kawałek po kawałku, w zależności od potrzeby, aż do zejścia dawcy. Zmusił mnie do życia w kraju George’a Orwella, w którym wszyscy są równi, ale niektórzy równiejsi. W świecie, w którym najważniejszą zasadą było: nie zabijaj, ale zrób to, jeśli ma to uratować życie twoje, twojej śmiertelnie chorej żony, dziecka, mamy.
Taki świat mnie czeka?
Chcę pozostać w dotychczasowym, gdzie wartości moralne są jednoznaczne, proste i klarowne, gdzie nie zabijaj nie ma odcieni szarości.
Proszę, Świecie, zatrzymaj się, pozwól dokonywać prostych wyborów.
Nie opuszczaj mnie...


text

Obrazek pochodzi z artykułu Klonowanie dzieci tuż-tuż.
czwartek, 16 lipca 2009
Smokobójca - Tomasz Pacyński
Tekst alternatywny



Smokobójca - Tomasz Pacyński
Wydawnictwo Fabryka Słów, 2006 , 387 stron
Literatura polska



Zachciało mi się bajek dla dorosłych, tych grzecznych, dla kamuflażu nazywanych literaturą fantasy, żeby dzieci nie pomyślały, że starsi im czegoś zazdroszczą. Chciwie sięgnęłam po Smokobójcę, licząc na wiele, a może nawet na dużo więcej.
Trafiłam do świata, w którym kłobuków, utopców i strzyg na kopy, ale i smoków od groma i ciut ciut i to gadających. Przyczepiłam się więc do rycerza, który miał konia, zbroję i specjalny arsenał do zabijania gadziny: kuszę z magicznymi bełtami i balistę. Wpadł pod Krakowem zabijając ulubioną maskotkę jego mieszczan. Otruł gada, nadzianą siarką i saletrą, owcą, zamiast stanąć honornie do walki. Przyszło mu więc pożegnać się z życiem, kładąc głowę pod topór, na kruczym kamieniu. Uratowała go zasuszona dziewica, narzucając jakąś szmatę i drąc się przeraźliwie: Mój ci on! Mój ci!. Ustąpiłam. Niech ma! Będzie miała minę jak się dowie, że to zwykły szewczyk-dratewka, który w posiadanie tytułu rycerza wszedł zadając skrytobójczą śmierć prawowitemu właścicielowi, a smoki zabijał cudzymi rękoma, sobie przypisując zwycięstwa. Może jednak zasuszonej dziewicy wszystko jedno jaki rycerz, byle były jakieś troki od spodni to znaczy jakieś oczka od zbroi. To niech ma i się udławi jak, nie przymierzając, ten smok spod Krakowa.
Poszłam sobie godnym krokiem do innej bajki, w której w smoki nie wierzono, ale za to wierzono w demony. Zrobiło się ciemno, straszno, krwisto i rzeźniczo.
Szybko przeskoczyłam do następnej bajki, patrząc przez lewe ramię, czy jakiegoś demona za sobą nie wlokę. Wylądowałam na czterech... łapach. Stałam się kotem i to nie byle jakim, ale kotem czarownicy. Długo się nią nie nacieszyłam. Wywlekli mi ją z naszej wieży, źli ludzie, na stos.
Zakradłam się więc na następną stronę, do świata dziewczynki-odmieńca, bawiącej się kukiełkami i nieświadomej tego, że uprawia woodoo. Uuuuu co tam się działo! Wyobraźnia tego dziecka nie znała granic. Uciekłam stamtąd szybko, nie chcąc stać się bezwolną lalką w jej rękach.
Z ulgą zamknęłam książkę, bo jeszcze kilka bajek, a jak nic, popadłabym w schizofrenię. Ile i jak szybko można zmieniać nastroje, emocje i okoliczności, a każde następne groźniejsze i bardziej niebezpieczne od poprzednich? Ja zabraniam umieszczać tyle bajek w jednej książce. Grozi to kalectwem psychicznym, a i przywleczeniem czego złego do rzeczywistości. Potem człowiek zaczyna ni z tego ni z owego szyć pacynkę przypadkowo podobną do szefa, bo a nuż zadziała? Albo bawić się w smoka. To nic, że z papieru. Ważne, że się rusza i to jak!



niedziela, 12 lipca 2009
Białoruś: kartofle i dżinsy - Małgorzata Nocuń , Andrzej Brzeziecki
Tekst alternatywny



Białoruś: kartofle i dżinsy - Małgorzata Nocuń , Andrzej Brzeziecki
Wydawnictwo Znak, 2007 , 228 stron
Literatura polska



Płynąc promem do Szwecji poznałam Andrieja, Białorusina, lekkoatletę, którego celem był udział w międzynarodowych zawodach sportowych organizowanych w Norwegii. Rozmowa z nim zaczęła się od tego samego pytania, którym rozpoczyna się książka-reportaż: Dlaczego Białorusini rozmawiają po rosyjsku, nie macie własnego języka? Andriej uśmiechnął się i wzruszył ramionami, a potem było miło, sympatycznie i wesoło.
Tak też zaczyna się opowieść o Białorusi. Wesoło jak w komedii, bo kariera polityczna Aleksandra Łukaszenki przypomina karierę Nikodema Dyzmy. Dyrektor sowchozu, słynącego z uprawy kartofli, bijący swoich podwładnych , o posturze i mentalności bazarowej baby, wzbudzający niedowierzanie i prowokujący podśmiewywanie się z wiejskiego głupka opozycji i pozostałych deputowanych w rządzie. Wśród wyborców zdobył jednak zaufanie. Jako syn ludu, mówiący prostym i ekspresyjnym językiem, obiecywał suwerenny, szczęśliwy, demokratyczny kraj pod swoimi rządami. A ludzie stali i słuchali. Po ich policzkach ciekły łzy.
Po zdobyciu prezydentury przestano żyć ironią, bo pojawiły się jaskółki groteski: zbieranie kwitów, wspieranie ideologii poglądami Hitlera, dymisjonowanie ministrów, przesuwanie terminów wyborów, pobicia opozycjonistów. Z czasem, niezauważalnie absurd przeszedł w dramat jak w dobrym thrillerze: likwidacja symboli narodowych, rugowanie języka białoruskiego, znikanie niewygodnych dziennikarzy i opozycjonistów, zamykanie gazet, powołanie gwardii przybocznej szkolącej się na kryminalistach, często z ich śmiertelnym zejściem, fałszowanie wyborów i referendów, stworzenie szwadronu śmierci, wykonującego wyroki na rozkaz z góry.
Zrozumiałam dlaczego Andriej nie podjął tematu. Bał się tak, jak boi się większość narodu, która woli się cieszyć tym co jest, byle nie było wojny, bo demokracja to chaos.
Młode pokolenie, dla którego znakiem wolności jest kolor dżinsu, nauczyło się żyć obok państwa kartofli: rozmawiać w alternatywnym języku białoruskim, kończyć alternatywne liceum z wykładowym białoruskim, słuchać alternatywnej muzyki, chodzić do alternatywnego teatru, czytać alternatywne książki. Żyć w podziemiu Niezależnej Republiki Marzeń – N.R.M. To również nazwa zespołu, który śpiewa po białorusku o schizofrenicznej Białorusi.
Jako Polka z historią swojego narodu jestem całym sercem z nimi. Wytrzymajcie!
ŻYWIE BELARUS!


Miensk-Minsk


Przekład Jan Maksymiuk


Drodzy mińszczanie i goście stolicy,
chcę wam się zwierzyć z pewnej tajemnicy:
Mówiąc krótko, to dziw, ale „c’est la vie”,
żyjemy w stolicy jak ród dwojga krwi.


Refren:
Żyjemy jednocześnie
w dwóch rewirach,
Od rozdwojenia jaźni
mamy świra.
Dlaczego nie możemy
sobie uszyć
z Mieńska i Mińska jednej
miejskiej koszuli?


Miasto Mieńsk to pierwsze z owych dwojga miast,
dziś nie ma go na mapach ziem i gwiazd.
To miasto żyje w sercu, żyje w głowie
niektórych z miasta, co się Mińskiem zowie.
W tym Mińsku musisz być zameldowany
i masz z betonu pałac i parkany,
kamienic zrujnowanych zwidne cienie,
i twego dzieciństwa przeminione dnie.


Refren:
Żyjemy jednocześnie
w dwóch rewirach,
Od rozdwojenia jaźni
mamy świra.
Dlaczego nie możemy
sobie uszyć
z Mieńska i Mińska jednej
miejskiej koszuli?


W Mińsku są ulice, że tylko się schować,
na przykład Kolektorska i Bazowa –
tu naród twój posłuszny wykonuje
wielkie zadanie i swą dolę kuje.
A w Mieńsku tak przyjemnie iść i marzyć,
kiedy w sklepikach światła się rozjarzą.
Tam się wieże kościołów pną do góry,
tam bruk i dachówka, podwórza i mury.


Refren:
Żyjemy jednocześnie
w dwóch rewirach,
Od rozdwojenia jaźni
mamy świra.
Dlaczego nie możemy
sobie uszyć
z Mieńska i Mińska jednej
miejskiej koszuli?


W Mińsku wszystko się miesza, chleb i maca,
Wielki Październik i Bogurodzica,
pijana łza i taka mjuzik-sieczka,
że na nic actimel i kościelna świeczka.
No a na Mieńsk nie można nic poradzić,
nie można go zrujnować lub wysadzić,
Twój Mieńsk nie spłonie i nie zgnije,
a będzie w tobie żyć, dopóki ty żyjesz.
wtorek, 07 lipca 2009
Mój świat jest kobietą: dziennik lesbijki - Magdalena Okoniewska
Tekst alternatywny



Mój świat jest kobietą: dziennik lesbijki - Magdalena Okoniewska
Wydawnictwo Jacek Santorski & Co , 2004 , 389 stron
Literatura polska



O Matko! O Matko, żeby nie krzyknąć: o Boże! Wiem, wzywam nadaremnie, ale jak tu nie grzeszyć, skoro autorka próbuje zmienić mi orientację seksualną. Siedzi w swoim świecie Seksmisji, w którym widzi tylko kobiety, rozmawia tylko z kobietami, mówi tylko o kobietach, żyje tylko z kobietami, wmawiając mi, że wszystkie kobiety są lesbijkami. Jeśli natomiast nie są to: po primo – nie wiedzą, że są, a po secundo – jeśli wiedzą, to się tej wiedzy wypierają. W obu przypadkach kobiety trzeba ratować. Uwalniać z klatek małżeństw, wyciągać z klasztorów, ostrzegać przed mężczyznami, którzy są zbędnym balastem tego świata, a w ogłupiającej prasie kobiecej umieszczać rady typu: najlepszym lekarstwem na wszelakie nieszczęścia jest rzucenie faceta, jako głównej ich przyczyny i bycie sobą czyli lesbijką. Zwłaszcza te, które mają na imię Agnieszka, Kaśka, Aśka, Magda lub Marta, bo to statystycznie najpopularniejsze imiona wśród le(a)sek z branży. Nic nie da więcej wolności i szczęścia niż miłość u boku kobiety, bo ona jest taka ładna, gładka, okrągła, przytulna, jędrna, mięciutka jakby stworzona według zasad Feng Shui, i dająca najwięcej rozkoszy, gdy jest się z nią ciało przy ciele, kobieta w kobiecie... STOP! Wróć! KOBIETA W KOBIECIE?!? Jak to..."w"?!? Tak bez... ten tego? W?!?
Manuela Gretkowska twierdzi w My zdies’ emigranty, że najpiękniejsze co ma w sobie kobieta to mężczyzna! Której wierzyć, skoro obie są kobietami? Chociaż Kopernik też była kobietą, a potem się okazało, że jednak mężczyzną.
No nie wiem, nie wiem...
Tezę Manueli mogę sobie wyobrazić dokładnie, ze szczegółami, a nawet wypraktykować, bo mężczyzna jest bardzo prosty w obsłudze. Posiada przecież tylko jedną dźwignię. Natomiast tezy Magdaleny nie mogę sobie zwizualizować, a już na pewno wypraktykować przy tylu guziczkach jak w kokpicie samolotu. Trzeba być niezłym pilotem, żeby się w tym połapać i polecieć do nieba. Żeby chociaż jakąś instrukcję zostawiła, więcej szczegółów podała albo jakieś zdjęcie dołączyła, no w ostateczności odręczny rysunek. A tu nic! To ja chromolę taką tezę, która leży i kwiczy, bo się potknęła o taki malusieńki szczególik, który czyni tak WIELKĄ RÓŻNICĘ.


Mój świat jest kobietą. Dziennik Lesbijki [Magdalena Okoniewska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w kwietniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 913 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi