Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
piątek, 04 września 2009
Nazywam się Czerwień – Orhan Pamuk

Nazywam się Czerwień – Orhan Pamuk
Przełożyła Danuta Chmielowska
Wydawnictwo Literackie , 2007 , 593 stron
Literatura turecka


   W ciekawy wątek kryminalny i irytujący wątek miłosny, autor wprowadził mnie w fascynujący świat dziejów miniatury tureckiej. Moja wiedza na ten temat była tak mała, że aż obraźliwa, a prorocze słowa jednego z bohaterów, że Po upływie stuleci oglądający świat przedstawiony na naszych ilustracjach niczego nie zrozumieją. Pragnący przyjrzeć się im uważniej, lecz pozbawieni cierpliwości (i dodam od siebie – wiedzy) nigdy tak naprawdę nie odnajdą sensu tych miniatur, dotyczyły właśnie mnie.
   Oglądane przeze mnie, zupełnie przypadkowo, miniatury arabskie, odbierałam jako prymitywne, płaskie, wykonane niemalże ręką dziecka.
   O moja żeż ignorancjo!
   One musiały być właśnie takie, a ich forma była podyktowana zasadami religijnymi. Miniatura nie istniała samodzielnie jako obraz, była tylko ilustracją tekstu w manuskrypcie. Brak perspektywy w rysunku, linii horyzontu był boskim widzeniem świata, w którym nikt i nic nie zajmował centralnego miejsca. Złamanie tych reguł było równoznaczne z zaprzeczeniem boskiej jedyności. Tylko Bóg mógł tworzyć, a człowiek jedynie odtwarzać jego dzieła. Sam styl iluminacji był stały, wręcz szablonowy, dopóki istniał warsztat go tworzący. Na jego czele stał mistrz, potem kilku starszych, najbardziej utalentowanych uczniów, a za nimi uczący się adepci tej sztuki. Wiedzę zdobywali od dziecka przez całe życie, często przy pomocy pięści lub kija, aby diabeł lenistwa odrodził się jako dżin inspiracji. Rysunków nie wolno było podpisywać, ponieważ były efektem pracy kilku osób. O ich pochodzeniu świadczył styl danego warsztatu i jego mistrza, na który pracował cały zespół. Talent miniaturzysty nie był najważniejszym w iluminacji. Równie ważna była jego moralność gwarantująca zachowanie reguł sztuki ilustracji. O jego mistrzostwie przede wszystkim decydowała umiejętność przedstawiania emocji w danej scenie, nie poprzez przedmioty, rośliny, zwierzęta czy ludzi. To precyzja i ilość szczegółów wyrażała cierpliwość i gorliwość, intensywność i dobór barw – miłość i gniew, subtelność kreski – tęsknotę czy smutek. Sława twórców była ograniczona, bo iluminacje były zamawiane przez sułtanów, szachów i paszów, do których dostęp mieli nieliczni i przemijała tak szybko, jak szybko ulegały zapomnieniu lub zniszczeniu manuskrypty. Ich jedyną nagrodą była ślepota jako boskie uznanie talentu.
   Dobrze znać Leonardo da Vinci i dobrze wiedzieć kim byli mistrzowie z Heratu tak pięknie przedstawiający miłość Chosrowa do Szirin. Przeglądając galerię miniatur arabskich, widzę to piękno w szczegółach, w kresce, w barwach i jednocześnie w ogromnym szacunku wobec Boga.

Nazywam się Czerwień [Orhan Pamuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Życie na drzwiach lodówki: powieść w notatkach – Alice Kuipers

Życie na drzwiach lodówki: powieść w notatkach – Alice Kuipers
Przełożyła Anna Bernarczyk
Wydawnictwo Rebis , 2008 , 232 stron
Literatura angielska


Trafiłam do kuchni mieszkania przeznaczonego na sprzedaż. Była prawie pusta. Stał w niej tylko stół i lodówka, cała oklejona karteczkami. Mimo, że czułam się niezręcznie naruszając tajemnicę czyjejś korespondencji, nie mogłam się oderwać od tych króciutkich notatek zostawionych przez poprzednie lokatorki. Wyłaniająca się historia, jaka zaczęła się opowiadać z tych pozostawionych bezładnie zdań, była na tyle początkowo ciekawa, a potem bardzo wzruszająca, że opory moralne słabły w miarę upływu czasu.
Zapracowana mama-lekarka i jej piętnastoletnia córka Claire tak bardzo zajęte każda swoim życiem, dla jednych po prostu życiem, a dla innych aż życiem, z braku czasu dla siebie, dla wspólnego bycia ze sobą, dla poprzyjaźniania się, wykorzystywały te formę komunikacji początkowo do koniecznych informacji organizujących ich dni: zakupy, porządki, miejsca pobytu, powroty do domu. Tak było do momentu, gdy mama zachorowała. Mimo, że czasu pojawiło się więcej na bycie ze sobą, karteczki nie zniknęły z drzwi lodówki. Okazały się niezastąpione przy zadawaniu trudnych pytań, bo jak napisała Claire: Czasami łatwiej zadawać ci pytanie na piśmie, na przykład o to, jak się dzisiaj czujesz albo co powiedział lekarz itp. Łatwiej napisać do córki niż popatrzeć jej w oczy i powiedzieć, że życie nie jest takie wspaniałe, jak powinno, że nie znajduje sił, żeby powiedzieć ci wprost, co mówi lekarz. Łatwiej napisać Przepraszam, mamo. Naprawdę nie chciałam wczoraj na ciebie nakrzyczeć., niż opowiedzieć o swoich emocjach w sytuacji, gdy lęk i bezsilność z nieuzasadnioną dumą trzyma za gardło i nie pozwala przejść ani jednemu słowu. Łatwiej też wyrzucić z serca uczucia w ostatnim liście zostawionym na kuchennym stole z nadzieją, że mama będzie mogła przeczytać: żebyś wiedziała(...) że cię kocham i za tobą tęsknię. Proszę nie martw się o mnie. Twoja córka. Claire.
Ze ściśniętym gardłem i ciężkim sercem zostawiłam wszystko tak jak zastałam, mając nadzieję, że nowy właściciel mieszkania postanowi pozbierać te ulotne okruchy ludzkiego życia, poukładać i wydać w formie książki, bo bardzo bym chciała, żeby tę historię przeczytało jak najwięcej mam i córek.


lodówka1

 

A u mnie życie toczy się obok lodówki.



lodówka2

 

Jednak, na wszelki wypadek, wisi jeden magnes z czekoladową sentencją.
czwartek, 27 sierpnia 2009
Anioły naprawdę istnieją – Barbara Dussler

Anioły naprawdę istnieją – Barbara Dussler
Tłumaczyła Małgorzata Mirońska
Wydawca Klub Dla Ciebie , 2006 , 351 stron
Literatura niemiecka


   Z przymrużeniem oka traktowałam teorię Louise Hay, która w swoich licznych książkach twierdzi, że każdą chorobę człowieka wywołują pośrednio czynniki zewnętrzne wpływające negatywnie na naszą psychikę. Począwszy od kataru, poprzez pasożyty układu pokarmowego, na raku skończywszy. Mam uwierzyć, że apodyktyczny charakter ojca wywołuje u jego dzieci astmę?!
Przymrużyć oka jednak nie mogłam czytając tę książkę, napisaną dwugłosem matki i jej dwunastoletniej córki, dostarczających nieświadomie dowodów na poparcie poglądów Louise Hay.
   Przeczytałam wiele książek na temat walki z rakiem, ale w żadnej nie znalazłam holistycznego podejścia do człowieka w procesie leczenia, w którym terapii poddawane jest, równolegle z ciałem, jego psychika i dusza. To bardzo żmudny i powolny proces nie tylko u osoby chorej, ale również u jego najbliższych, zdrowych fizycznie członków rodziny, w formie terapii rodzinnej. W bardzo uproszczonej formie podsumowała go Basia, bohaterka wspomnień, która na pytanie: Rak? W jaki sposób udało ci się go pokonać?, odpowiada dyktowaniem przepisu na:
"Ciasto na zdrowie":
1 albo więcej łyżek stołowych wiary w siebie
1 łyżeczka do herbaty wisielczego humoru
1 miska „prawdziwej radości życia”
szczypta egoizmu
szczypta przekory.
Całość miesza się starannie z dużą ilością miłości.

  Niby jasne, niby zrozumiałe, niby składniki łatwo dostępne, ale mimo wszystko jakie trudne do zrobienia. Zwłaszcza jeśli chodzi o „prawdziwą radość życia” i miłość. Sądząc po ilości zachorowań tylko na raka, to bardzo deficytowe i luksusowe delicje. Czyżby aż tak trudno dostępne?
  Jeśli tak, to smutne.
  Mam tylko żal do autorek? wydawcy?, o ten niefortunny, marketingowy, „anielski” chwyt w tytule. Mam uwierzyć w internetowy kontakt z aniołem o imieniu Elmer, piszącego e-maile do mamy Basi i używającego zwrotu: kochana ziemska istoto? Ale może nieważne co się kryje pod poszczególnymi składnikami „Ciasta na zdrowie”. Ważne, żeby przepis był sprawdzony. Żeby ciasto się udało. Mamie Basi i jej córeczce wyszło przepyszne. Wyszło na zdrowie.

Tutaj zobaczyłam jakimi metodami pracuje Anioł Stróż i dlaczego powinnam być mu wdzięczna za każdy upadek.
niedziela, 23 sierpnia 2009
Nie trzeba mnie zabijać - Piotr Głuchowski , Marcin Kowalski

Nie trzeba mnie zabijać – Piotr Głuchowski , Marcin Kowalski
Wydawnictwo Agora , 2008 , 283 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


   Książka-wywiad. Trudny wywiad, bo przywołujący obrazy ludobójstwa Żydów na Białorusi w czasie drugiej wojny światowej. Dwóch dziennikarzy Gazety Wyborczej, autorów książki, zaprasza do Polski Aleksa Kurzema, starszego już obecnie człowieka, byłego żołnierza batalionu Łotewskiego Legionu SS, walczącego u boku wojsk niemieckich z bolszewikami o niepodległą Łotwę, ale metodami ideologii hitlerowskiej. Oddział ten służył przede wszystkim do eksterminacji ludności żydowskiej i komunistów. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że świadkiem tych drastycznych wydarzeń był sześcioletni, żydowski chłopiec - Ilia Galperin, któremu dowódca tego oddziału darował podczas egzekucji życie. Chłopiec otrzymał nowe imię i nazwisko – Uldis Kurzemnieks, malutki mundur, mały karabin i pistolet, stając się maskotką żołnierzy.
    Ta książka to uzupełnienie biograficznej książki Maskotka, napisanej przez jego syna Marka Kurzema i jednocześnie o tyle ciekawa, że na swój sposób interaktywna. Poprzez dialog dziennikarzy z Aleksem mogłam uzyskać odpowiedzi na wiele pytań pojawiających się w trakcie rozmowy. Dzięki temu opowieść była bardziej żywa, namacalna i pokazująca proces rozumowania, zapamiętywania i wypierania z pamięci małego dziecka makabrycznych scen, ale i wydobywająca emocje temu towarzyszące w zawahaniach, niedopowiedzeniach, zamyśleniach i w wycofaniach się z rozpoczętych wątków.
   Przyglądałam się temu człowiekowi w filmie Wszystko, by żyć dołączonym do książki, analizowałam fotografie zamieszczone w książce i mimo, że znam już jego historię życia i wiem jakim cudem ocalał, to mimo wszystko zadaję sobie pytanie, nie mogąc wciąż uwierzyć w oczywiste fakty i dowody: jak to możliwe, że to piekło przetrwał sześciolatek? I nie mam na myśli przetrwania fizycznego, ale jego aspekt psychiczny, skoro mnie, osobę dorosłą, samo opowiadanie potrafiło tak bardzo przytłoczyć, obciążyć, rozkleić, rozstroić. Ja rozumiem, że zadziałał instynkt i jak sam Aleks podkreśla: dziecko nie myśli rozsądnie, logicznie, ono przyjmuje wszystko wokół, takim jakim jest, bo liczy się jedynie chęć życia, nieważne jak, byleby przeżyć. Ale mimo wszystko...  Przecież to było małe dziecko...

środa, 19 sierpnia 2009
Lektor - Bernhard Schlink

Lektor - Bernhard Schlink
Przełożyła Karolina Niedenthal
Wydawnictwo Muza , 2009 , 166 stron
Literatura niemiecka


   Hanno, bardzo mnie zirytowałaś, a konkretnie twój egoizm, który był twoim sterem w życiu. Nie wpieraj mi, że wstyd, bo wstyd to kraść. Twój niby wstydliwy problem miało miliony ludzi, którzy jednak rozwiązywali go pnąc się wytrwale po schodach życia ku górze. Ty wolałaś iść w dół, bo omijanie przeszkód było dla ciebie wygodniejsze. Nie musiałaś w to wkładać zbyt wiele wysiłku i pracy. I nie mów, że myślałaś, że da się tak żyć. Miałaś świadomość, że nauka to podstawa dalszego życia. Inaczej nie wpadłabyś w taki gniew dowiedziawszy się o wagarach Michaela. Niewinnego i uwiedzionego piętnastolatka - „chłopczyka”, jak lubiłaś do niego mówić. Proszę, nie nazywaj tego miłością, bo miłość przede wszystkim daje, a ty tylko brałaś krzywdząc ludzi. Miałaś lektora i kochanka w jednym, a potem zostawiłaś go na równi z pracą, mieszkaniem, miastem. Nie mów, że dał sobie radę. Pewnie, że dał. Dał na tyle, na ile mógł skrzywdzony psychicznie kaleka z dziurą w sercu i duszy. Wiesz, że nie mógł jej zapełnić inną kobietą? Że próba stworzenia rodziny zakończyła się rozwodem? Że nawet nie był w stanie podjąć pracy po studiach prawniczych w wyuczonym zawodzie zadowalając się byciem historykiem prawa? Tego się nie robi dzieciom mając 36 lat! Nie mów, że pomagałaś więźniarkom w obozie koncentracyjnym. Dawałaś im nadzieję na przeżycie, a potem wysyłałaś na śmierć. Mylisz litość z sadyzmem. Nie pytaj mnie, tak jak sędziego, jak ja bym postąpiła na twoim miejscu? Nie zrzucaj na mnie układania tobie życia. Trzeba było uważniej słuchać odpowiedzi sędziego: miałaś wybór. Tyle, że ty chciałaś wybierać bez ponoszenia konsekwencji. Bo tak było łatwiej i wygodniej. Nie chowaj się znowu za swoim wstydliwym problemem, bo sama sobie udowodniłaś, że można było go rozwiązać. I kiedy myślałam, że już-już coś zaczynasz rozumieć, coś uświadamiać sobie, ty po raz drugi zostawiłaś Michaela. Jak zwykle uciekłaś. Tym razem ostatecznie. Może i nie mogę żądać od ciebie rachunku, ale tam gdzie jesteś, jak sama stwierdziłaś, mają do tego prawo. Tam nie masz dokąd uciekać dalej. Tam będziesz zmuszona do odpowiedzialności za wszystkie swoje czyny. Ale może to jest tylko moje wyobrażenie. Może dla ciebie jest tylko nicość, w której nie ma sumienia takiego, jak ja. Jest tylko niebyt, w którym masz Hanno, nareszcie święty spokój.

Tutaj, dla odmiany, mogłam zobaczyć parodię zwiastuna ekranizacji tej powieści.
sobota, 15 sierpnia 2009
Lód – Jacek Dukaj

Lód – Jacek Dukaj
Wydawnictwo Literackie , 2008 , 1045 stron
Literatura polska


   Książka-omnibus i powieść-panorama. Ktokolwiek weźmie ją do ręki, znajdzie dla siebie to, co jak lód przykuje jego uwagę i pozwoli się zamrozić w tej zmarzlinie, która nie odpuści aż do odwilży, aż do końca historii.
   Nie odnalazłam siebie w Benedykcie Gierosławskim, głównym bohaterze, który rzucony w tryby historii próbuje odnaleźć w niej matematyczną logikę i samego siebie. Nie śledziłam wątków sensacyjno-politycznych i nie doszukiwałam się w nich spisków dziejowych w paraboli odwilży- rewolucji, której akcja dzieje się w Królestwie i Imperium Rosyjskim, istniejącym w czasie równoległym do tego znanego mi z książek historycznych okresu międzywojnia. Nie dałam się porwać zdarzeniom, które jak plaga nieszczęść tropiły bohaterów, wirowały wokół nich, wciągały jak tornado, czasami pozbawiając życia. Nie zatopiłam się ani w rozważaniach filozoficznych, ani w naukowych z zakresu fizyki konwencjonalnej i fizyki czarnej w odmiennych stanach rzeczywistości. Nie dałam się ponieść wyobraźni i nie zamarzłam w Kraju Lutych, wędrując z bohaterem i glacjuszami po Drogach Mamutów. Nie wzruszyłam się miłością dwojga kochanków mimo, że bezsłowne pożegnanie Benedykta i Jeleny było jednym z najbardziej poruszających jakie czytałam. Dla mnie to całe bogactwo wielowątkowości tematów, wielopłaszczyznowości zdarzeń i różnorodności postaci było tłem, efektami końcowymi, składnikami koniecznymi. Istniały po to bym mogła wsłuchiwać się w język, który pochłonął mnie całkowicie. Po pierwszych czterech zdaniach przyjemność na chwilę przymknęła mi oczy, a pamięć przywołała podobne uczucie, gdy czytałam Kyś Tatiany Tołstoj. Język przebogaty w słowa te już dawno zapomniane, te rzadko używane i te stworzone przez autora na potrzeby powieści - nieobecne w żadnym słowniku neologizmy. Mnóstwo makaronizmów, spolszczeń i zapożyczeń przede wszystkim z języka rosyjskiego, ale i z francuskiego, angielskiego i niemieckiego, a nawet z tunguskiego. Szyk wyrazów w zdaniu nadający mu przedwojenny styl i wymowę, z pisownią jak ze starodruków, a wszystko to z zaśpiewem rosyjskim. Porównania i metafory godne grafik Wojciecha Siudmaka. Takim językiem opis Irkucka skutego lodem czytałam trzy razy i nie było mi dosyć tej krainy fantasy, a charakterystyka flegmatycznego Ciecierkiewicza może stanowić za wzór, jak z nieciekawego człowieka zrobić człowieka fascynującego. Obawa autora, że tej powieści trudniej się będzie poddać w pędzie życia miejskiego zupełnie mnie nie dotyczyła. Dałam się ukołysać słowom w rytm stukających kół pociągu transsyberyjskiego, w rytm bębnów głaszatieli, w rytm dudniącego młota szalonego Tesli wykuwającego na nowo historię, całkowicie zgodnie z intencją autora, że mają swoje kołysanki dzieci, mają i ludzie dorośli. Dobrą opowieść smakuje się jak dobry tytuń czy dobrą whisky, nie należy się spieszyć, nie należy popędzać opowiadającego, nie o to tu idzie, by dognać jak najprędzej do puenty, złapać za grzbiet fabułę, poznać losy, sensy i tajemnice, nie o to wcale.
   Więc o co?
   O to, że działa czar i że zostaliśmy wyjęci z czasu i miejsca, i żebym po przeczytaniu książki, wracając do rzeczywistości, powiedziała z westchnieniem: „się zatchnęło się”.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009
To ja cię pokochałam, to ja cię zabiłam - Lisa Schroeder

To ja cię pokochałam, to ja cię zabiłam - Lisa Schroeder
Przełożyła Joanna Kwiatkowska
Wydawnictwo Klub Dla Ciebie , 2008 , 208 stron
Literatura amerykańska


   Otwierając tę książkę, w pierwszym odruchu zamknęłam ją szybko, myśląc, że omyłkowo kupiłam zbiorek poezji. Drugie spojrzenie do środka upewniło mnie, że to jednak proza. Opowieść pisana jak biały wiersz, krótkimi zdaniami, ze skondensowaną myślą czy puentą. Rozdzialiki na jedną, góra dwie strony albo tylko jako dwa wersy, zmuszające do zatrzymania się, pomyślenia, przeanalizowania, czasami do powtórnego przeczytania. Jak w wierszu. Ale już chce się czytać następny, bo przecież historia toczy się dalej. Jednak tempo trzeba zwolnić, bo choć fabuła intrygująca, kształt treści nie pozwala przyspieszyć. Zmusza do powolnego przyswajania, do myślenia, do przeżywania, do zrozumienia, do empatii. I tak do końca książki między przyspieszaniem jak w prozie a zwalnianiem jak w poezji.
   Mam wrażenie, że ten ciekawy sposób pisania książki jest wynikiem naszych czasów. Przekazać szybko w minimalnej ilości tekstu maksymalną ilość treści. Pomysł autorki na zachęcenie młodych ludzi do czytania? Chwytliwy temat, bo o tragicznej miłości nastolatków, sposobie radzenia sobie z traumą i poczuciem winy, a sama treść jak smsy dawkowane strona po stronie, tworzące jednak logiczną całość.
   Czy to kolejny zwiastun nowego typu literatury po polskim Pawiu królowej Doroty Masłowskiej? Jak opis na okładce:

Dziewczyna poznaje chłopaka.
Dziewczyna traci chłopaka.
Dziewczyna odzyskuje chłopaka...
...tak jakby.

   Dwa ostatnie wyrazy to kwintesencja tak bardzo prostych, poprzedzających je twierdzeń. Na tyle jednak kontrastowych i intrygujących, że chciałam przeczytać i dowiedzieć się DLACZEGO „tak jakby”?


Zwiastun amerykańskiego wydania książki.
czwartek, 06 sierpnia 2009
Odrodzona – Tucker Malarkey

Odrodzona – Tucker Malarkey
Przełożyła Elżbieta Łęcka
Wydawnictwo Amber , 2007 , 328 stron
Literatura amerykańska


   Jakiś czas temu ksiądz profesor Tomasz Węcławski najpierw zrezygnował z kapłaństwa, a potem odszedł z Kościoła wyrzekając się wiary katolickiej. Decyzję swojej apostazji uzasadnił w tej deklaracji, nie podając jednak konkretnych powodów. „Tygodnik Powszechny” zasugerował, że miało to związek z odkryciem nowego spojrzenia na obraz Jezusa i jego roli w wierze, z odrzuceniem jego boskiej natury. Ponieważ uczynił to tuz polskiej myśli katolickiej, uznany teolog, nauczyciel akademicki, autor około 30 publikacji naukowych, a nie szeregowy kapłan, Kościół suspendując go, na wszelki wypadek zasugerował chorobę psychiczną. Nie zdziwiła mnie ta sytuacja, bo metody radzenia sobie Kościoła z rozwiązywaniem problemów niestandardowych pozostały niezmienne (no, może poza paleniem na stosie), ale bardzo zaciekawił mnie ten nowy obraz Jezusa.
   Książka w dużej mierze nasyciła mój głód wiedzy na ten temat. Jej fabuła (podróż głównej bohaterki do Egiptu i jej irytujący mnie brak umiejętności wyboru między dwoma mężczyznami) osnuta jest na fakcie odnalezienia w 1945 roku, w Egipcie, w pobliżu starożytnego miasta Chenoboskia, ewangelii, które nie weszły w skład obecnego Nowego Testamentu. W świecie archeologów i historyków znane jako ewangelie z Nag Hammadi.
   Do końca II wieku, wszystkie istniejące ówcześnie ewangelie były przez teologów i Ojców Kościoła kolekcjonowane, redagowane, kompilowane, a co najważniejsze, uznawane za równie autentyczne i wartościowe, dopóki biskup Ireneusz z Lyonu po raz pierwszy nie oznajmił, że tylko cztery z nich są dogmatem wiary chrześcijańskiej, ponieważ wszechświat ma cztery strony, ponieważ są cztery główne wiatry, dlatego prawdziwe mogą być tylko cztery ewangelie. Na bazie takiego argumentu dał chrześcijaństwu kodeks, a sobie władzę nad nowo powstałym Kościołem. Reszta ewangelii to herezja, a ich wyznawcy to heretycy.
   To na początek, bo każda następna strona to dawkowanie faktów, które sypią się jak pustynny piasek. Powoli, kartka po kartce, ziarnko po ziarnku, jak w klepsydrze, tak aby na koniec pozostawić mnie z wiedzą, z którą nie wiadomo co zrobić?
Zapomnieć się nie da, bo będzie uwierać jak piasek w butach. Zbagatelizować też nie, bo jak patrzeć z piaskiem w oczach, który przeszkadza widzieć tak czysto jak dotychczas? Zanegować też nie, bo jak zaprzeczyć faktom archeologicznym, obficie przytaczanym i cytowanym w powieści? Uznać i przyjąć za pewnik? Wymagałoby to napisania historii na nowo, a przecież przeciętny katolik tego nie chce. On nie chce czytać i słuchać o tym, a co dopiero burzyć i budować. Nikt nie lubi uczucia usuwania się gruntu spod nóg. Dobry katolik nie pyta, lecz przyjmuje to co mu dają. Nieważne, czy coś rozumie. Tym bardziej Kościół. On też tego nie chce. Wręcz zrobi wszystko, żeby temu zapobiec. Ma w tym 2000 lat tradycji i doświadczenia.
Książka-dylemat, książka jak piasek, rozsiany w świadomości i trudny do wytrzepania z umysłu. Pozostał mi tylko jeden pewnik - cytat z Ewangelii Filipa, który jest świetną odpowiedzią na permanentnie zadawane mi pytanie - „Po co ty w ogóle czytasz?” Teraz będę mogła cytować: bo

Niewiedza jest źródłem wszelkiego zła.
Niewiedza prowadzi do śmierci.

text

 Zdjęcie pochodzi z artykułu Apokryf - cóż to takiego?, w którym Kościół ustosunkowuje się do problematyki zawartej w powieści.

niedziela, 02 sierpnia 2009
Kobieta z wydm - Kobo Abe

Kobieta z wydm - Kobo Abe
Przełożył Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo Znak, 2007 , 186 stron
Literatura japońska


   Myślę, że niezmienną popularność, pomimo upływu lat, powieść ta zawdzięcza możliwości odkrywania w niej swojej osobistej, indywidualnej i subiektywnej paraboli. Ja znalazłam taką.
   Są kobiety-femme fatale, kobiety-Matki Polki, kobiety-czarne wdowy, kobiety-modliszki, a według Kobo Abe, także kobiety-mrówkolwy. Brzmi niegroźnie, raczej ciekawie, a nawet śmiesznie, ale, uwaga!, to tylko pozory. Panowie strzeżcie się ich, a zwłaszcza tych ostatnich.
   Kobieta-mrówkolew leży sobie cierpliwie na dnie wykopanego w piasku lejka i czeka na mężczyznę-ofiarę. Powiem dosadniej - ofiarę losu. Jeśli sam do niego nie wpadnie, goniąc bezładnie za kobietami-motylami, to postara się oto rodzina kobiety. Zwabi do niej podstępem, plączącego się w pobliżu mężczyznę, ogarniętego amokiem kolekcjonowania kobiet-owadów. A mężczyzna jak to mężczyzna. Jak już jest w towarzystwie podsuwanej mu kobiety, częściej niż często, skorzysta. Przecież jutro już go tu nie będzie, bo praca, znajomi, inne kobiety i cały świat czeka na jego powrót z otwartymi ramionami i utęsknieniem przeogromnym. Szybko się jednak orientuje, że to pułapka, że na kobietę nie może liczyć, bo sama jest więźniem tradycji. Ona istnieje tylko po to, żeby ją kontynuować, podtrzymywać, celebrować, pielęgnować jak największy skarb rodu. Bez jej pracy zginie klan rodzinny i społeczność, w której funkcjonuje. Mężczyzna próbuje więc wydostać się z tego grajdołka, ale drobne, codzienne obowiązki, jak piasek sypiący się ze wszystkich stron, skutecznie mu to uniemożliwiają. Egzystencjalizm go pochłania, skutecznie przygniatając do dna życia i im bardziej się szamocze, tym bardziej zakopuje się w piasku swego losu. Postanawia więc uśpić czujność kobiety i jej rodziny, podporządkowując się ich normom i wartościom. Jednocześnie włącza swoją słynną logikę (dopiero teraz?) i wymyśla plan ucieczki. Żadnemu się to jeszcze nie udało, ale męskie ego za każdym razem jest pewne, że inni to frajerzy, a on jest macho i jemu się uda. Podstępem wydostaje się na zewnątrz i kiedy myśli, że przeżywa drugą młodość, jego kobieta czeka cierpliwie będąc wyrozumiałą dla kryzysu wieku średniego swego partnera. Wie, że wróci, a jak nie wróci to rodzina zmusi, żeby wrócił. I co robi mężczyzna na taką niesprawiedliwość losu? Znieczula się alkoholem. Tak, tak! Przyczyną jego alkoholizmu jest kobieta. To czas, kiedy jest gotów przehandlować godność własną i swojej partnerki. Od totalnej katastrofy ratuje go hobby. Dziewczyny pozwólcie mu na to. Niech sobie buduje odrzutowce wielkości Księżyca w waszej kuchni, przez co nie możecie otworzyć szafki. Najważniejsze, że dzięki temu zapomni o ucieczce i w jakiej się znalazł sytuacji. Spokojnie, przy wędce nad rzeczką albo na motorze dającym namiastkę uczucia wolności, między jednym sukcesem, a drugim pomyśli, przeanalizuje, zrobi bilans zysków i strat. Pomału zacznie wtedy odkrywać zalety dotychczasowego życia, tego związku, tej rodziny, w której pojawiły się dzieci, tej tradycji. Ciężar tych wartości do tego stopnia go obciąży i przykuje do miejsca, że „chłopu tyłek na starość oklapnie”. Z czasem pojawi się stabilizacja życiowa, a wraz z nią drabina, po której może wyjść z pułapki. Nie robi tego. Siedzi i patrzy na nią. Ciekawe co myśli?
   Nie chce mu się podnieść? Dojrzał? Zmądrzał? Przyzwyczaił się? Pokochał? A może zrozumiał, że związek z kobietą to jest zawsze bilet tylko w jedną stronę? A może myśli, że fajnie tak rozwijać się do 12 roku życia, a potem już tylko rosnąć goniąc za motylkami i skacząc z kwiatka na kwiatek, a resztą zajmą się kobiety?
   Tak, tak... Myślcie tak dalej, a już my się wami zajmiemy całym sercem i z ogromnym oddaniem. Zapraszamy na wydmy, do lasu, na łąki, nad rzekę i w każde inne ostępy przyrody.
   Czekamy na was kochane żuczki...

Japoński zwiastun ekranizacji powieści z 1964 roku.
środa, 29 lipca 2009
Woda różana i chleb na sodzie - Marsha Mehran

Woda różana i chleb na sodzie - Marsha Mehran
Przełożyła Teresa Tyszowiecka-Tarkowska
Seria z Miotłą
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 285 strony
Literatura amerykańska


   Pomna mądrych rad wyniesionych z pierwszej części powieści, że jedzenie jest jak lekarstwo i należy je dawkować w ściśle określonych porcjach, a jego składniki dobierać do temperamentu jedzącego, postanowiłam tym razem być głucha i ślepa na jedzenie w jej części drugiej, wyczuwając, wśród orientalnych zapachów, delikatną nutę drugiego dna tej historii. Zbyt poprawnej, zbyt sielankowej, zbyt łatwo i szybko przechodzącej przez umysł.
   Jest jak w bajce. Trzy siostry, skrzywdzone przez ojczyznę i bliskich, emigrantki z Iranu, przyjeżdżają do małej miejscowości irlandzkiej, w której zakładają świetnie prosperującą kawiarnię. Najmłodsza, szesnastoletnia Lejla (Ciemne Niebiosa), poznaje idealnego chłopca, któremu to związkowi nikt nie stawia przeszkód, których młodzi by nie pokonali. Średnia, Bahar (Wiosna), zafascynowana katolicyzmem, staje się aktywną wierną Kościoła. Najstarsza, Mardżan (Koral), poznaje pana na zamku, wręcz rycerza z bajki. Społeczność bardzo przychylna, przyjmuje je z otwartymi ramionami i robi wszystko, aby ich adaptacja przebiegała bez zakłóceń. Problem nietolerancji (jakiej nietolerancji?) jest zaledwie zarysowany złośliwymi plotkami roznoszonymi przez babcie z Kółka Biblijnego. No, bajka. Podręcznikowy przykład pomyślnego procesu asymilacji imigrantów z tubylcami. Nic tylko emigrować, bo na emigracji będzie znacznie lepiej niż w rodzimym, ojczyźnianym piekiełku.
   Nie przemówiło to do mnie. Nie ze mną te numery Marsho Mehran! Nie oszukasz mnie, chowając problemy za jedzeniem. Co innego widzę wokół siebie, o czym innym czytam i o czym innym słyszę w miażdżącej przewadze. Poszukałam uważniej i... znalazłam! Jedno niepozorne zdanie wypatrzone w gąszczu innych na 231 stronie: To wygląda zbyt doskonale , żeby mogło być prawdziwe. To klucz, którym niczym wędką wyłowiłam niepozorne zdania z wypowiedzi bohaterów oraz wyrazy poutykane między jednym a drugim zachwytem nad kolejna potrawą. Zebrałam te okruchy i okruszki, które spadły z suto zastawionego stołu, powoli układając je jak puzzle w jedno przesłanie:
   Spójrzcie na nas. Przybywamy do was nie z własnej woli. Boimy się was tak samo jak wy nas. Poznajmy się. Mamy wam dużo do zaoferowania. Pomóżcie nam, a my odwdzięczymy się tym, co mamy w sobie najlepszego. Żyjmy w zgodzie, budując razem przyszłość. Chcielibyśmy, aby właśnie tak wyglądała nasza adaptacja w nowym środowisku, nasze wspólne życie.
   Jestem dla autorki czytelnikiem-stołownikiem, któremu serwuje potrawy ze szczerego serca i bez nadmiernych oczekiwań licząc na moją zdolność do reagowania na różnorodne oddziaływanie potraw. Przyprawiając je nadzieją, odwagą i wiarą daje mi możliwość swobodnego wyboru tworzenia dalszego ciągu tej opowieści. Mogę tą wyciągniętą do mnie dłoń odrzucić albo uścisnąć jak mile witanego gościa. Powitać chlebem i solą w głębokim staropolskim ukłonie.
   Bajka?
   Na to pytanie autorka odpowiada w tym wywiadzie.

text

 Zdjęcie Marshy Mehran pochodzi ze strony Random House.


Woda różana i chleb na sodzie [Marsha Mehran]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A we wrześniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 967 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi