Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
czwartek, 19 sierpnia 2010
Czy ten rudy kot to pies? – Olga Rudnicka

Czy ten rudy kot to pies? – Olga Rudnicka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2009 , 232 strony
Literatura polska


Wszystko w tej kontynuacji Martwego Jeziora (no może usunęłabym te wodne cienie w tle) jest lepsze: okładka, przewrotny tytuł i sama fabuła. Ta ostatnia dzięki ogromnej dawce humoru wniesionej przez nową, główną bohaterkę Ulkę, do tej pory schowanej w cieniu swojej przyjaciółki Beaty. Polubiłam w tej dziewczynie wszystko to, co składało się na jej ogromne poczucie humoru i niebywały talent do wywoływania apokaliptycznego zamieszania wokół siebie: roztrzepanie, cywilną odwagę, łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi, miłość do zwierząt, serce na dłoni, wrażliwość na czyjąkolwiek krzywdę, talent do wplątywania się w kryzysowe sytuacje, kreatywność, pozytywne szaleństwo w oczach, nieszkodliwą naiwność, łatwowierność w kontaktach damsko-męskich, pomysłowość na granicy szaleństwa, wyobraźnię. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Po prostu idealna i oddana przyjaciółka, która w przedziwnych (ale nie dla niej samej) okolicznościach wyjaśnia tajemnicę rodową Beaty, a przy okazji, oczywiście przez zupełny przypadek, pozwala usidlić swoje serce mrukliwemu (przynajmniej na początku znajomości) przystojniakowi po przejściach.
Humor słowny i sytuacyjny, lekki i niewymuszony z wątkiem kryminalnym w powieściach pisarki, stał się powodem podejrzenia o inspiracje powieściami Joanny Chmielewskiej. Wykorzystałam spotkanie autorskie , aby ten mit potwierdzić lub obalić. I tak jak przypuszczałam, zarzuty okazały się bezpodstawne. Olga Rudnicka przyznała się do „przestępstwa” przeczytania 1 (słownie: jednej) powieści Joanny Chmielewskiej i to tuż przed ukazaniem się jej debiutanckiej powieści. Ale, jak czytam w wywiadzie autorskim, zdążyła już te luki czytelnicze uzupełnić. Poza tym przyglądając się tej rozgestykulowanej, uśmiechniętej, rozemocjonowanej dziewczynie i przysłuchując się jej wypowiedziom i opowieściom z ogromnym przymrużeniem oka, widziałam Ulkę. Aż tyle w niej było z bohaterki, a może odwrotnie? Nigdy nie pomyślałabym, żeby mając taką osobowość i własne źródło radości życia móc chcieć czerpać od innych. To się po prostu ma i potrafi lub nie. Olga Rudnicka z pewnością do takich szczęśliwców należy.

 

 

 

Pani Olga Rudnicka przyznała się, że pozowanie do zdjęć bardzo ją onieśmiela.

 

 

 

Autorka prowadzi własny blog, którego wpisy poprawiają humor.

 

Czy ten rudy kot to pies? [Olga Rudnicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 17 sierpnia 2010
Martwe Jezioro - Olga Rudnicka

Martwe Jezioro - Olga Rudnicka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2008 , 240 stron
Literatura polska


Mam wyjątkowe szczęście do wysłuchiwania historii pisanych przez los. Opowiadanych mi przez przypadkowych ludzi. Osób poznawanych i znanych tylko na czas ich trwania. Zarówno tych smutnych, przepełnionych bólem i żalem, jak i tych z radośniejszej strony życia.
Tym razem nie było przypadku. Otrzymałam oficjalne zaproszenie na spotkanie z osobą, która takie zawiłe koleje ludzkich dziejów tworzy i utrwala w słowie drukowanym.

 

 

A w nim taką informację o gościu wieczoru literackiego:

 

 

Po której przeczytaniu zwątpiłam, czy tak młoda dziewczyna potrafi stworzyć równie prawdopodobne i ciekawe historie jak te opowiadane przez przypadkowych ludzi z bagażem doświadczeń? Tego mogłam się tylko dowiedzieć sięgając po jej powieść i muszę przyznać, że „Martwe Jezioro” to udany debiut wpisujący się w literaturę popularną. Zresztą autorka ma tego świadomość, często używając na spotkaniu określenia wobec swoich powieści – moje czytadła.
Historię głównej bohaterki Beaty, od zawsze traktowanej w rodzinie jak obcą, uwikłaną w tajemnicę jej zjawienia się wśród Rostowskich, przeczytałam w jeden wieczór. Współczesna wersja Kopciuszka , ale jak się okazało po rozwikłaniu zagadki, wokół której osnuta jest fabuła, dużo tragiczniejsza niż w bajce. Myślę, że gdyby nie spotkanie autorskie, do którego zawsze czuję się zobowiązana przygotować czytelniczo, nie sięgnęłabym po nią z własnej woli, ponieważ tekst widniejący na okładce zapowiadał kryminał, a te czytam rzadko. Zapytałam wiec autorkę o tę mylącą informację. Okazało się, że nie miała na to wpływu. A efekt jest taki, że miłośnicy kryminałów mogą czuć się zawiedzeni (drugoplanowa postać detektywa i wypadek samochodowy nie czyni jeszcze z powieści kryminału), a docelowy odbiorca (nieprzepadający za tego typu książkami) może ją odrzucić w wyborze lektury. I to jest dobry przykład, jak można bardziej zaszkodzić debiutującemu pisarzowi niż mu pomóc.

 

 

A sama Pani Olga Rudnicka okazała się być komunikatywną, bezpośrednią,rozgadaną,roześmiana,niezwykle żywiołową osobą, zdystansowaną do siebie i swojej twórczości i posiadającą to co cenię u pisarzy w bezpośrednim kontakcie najbardziej - szacunek dla czytelnika.

 

 

Przede mną kontynuacja tej opowieści „Czy ten rudy kot to pies?”, leżącej w stosiku książek podpisywanych przez autorkę.

 

Martwe jezioro [Olga Rudnicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 15 sierpnia 2010
Tak trudno być mną! - Dagmara Półtorak

Tak trudno być mną! - Dagmara Półtorak
Wydawnictwo W.A.B. , 2010 , 317 stron
Literatura polska


Pędziłam na łeb, na szyję z obłędem w oczach, że przegapiłam umówioną wizytę na czas. Zdążyłam w ostatniej sekundzie, tuż przed czającą się na moje miejsce kobietą w pozycji Quasimodo, wskoczyć efektownym łukiem skoku wzwyż na fotel dentystyczny. Cała szczęśliwa, z rozdziawioną szczerym uśmiechem koparą gotową do współpracy, w której pani doktor mogła zobaczyć nie tylko panoramę 62 zębów plus 4 mądrości niczym u strzygi (obrodziło mi w tym wcieleniu, a co!), trzeci i czwarty migdał (nie jestem androidem, nie), ale i jelito grube, gdyby ewentualnie chciała dokonać resekcji wyrostka robaczkowego (niestety, nadal go mam). A co pani taka zadowolona? – usłyszałam złowieszczo dentystkę-sadystkę. Po czym pokazała mi jak szybko chodzi Internet w Netii. Nie dała mi szansy na odpowiedź. Jej strata! Niech żałuje! Nie usłyszy, że wszystko przez tę książkę, której nie wolno czytać przed umówionym spotkaniem, a już absolutnie wykluczone zaglądać do niej przed ważną, poważną uroczystością z pompą i powagą, z przemowami tonem Wojciecha Jaruzelskiego ogłaszającego stan wojenny. O pogrzebie nie wspomnę, bo to jasne samo przez się.
Nie znając powyższych mądrości, zajrzałam do środka. Uchyliłam okładkę i poczułam jak monolog z siłą tornada w stylu Hanki Bielickiej, ale w młodszym i współczesnym wydaniu, chwycił mnie za tak zwany wszarz i przykleił do twarzy banana, oczywiście Czikita. Byłam u siebie, a właściwie w rodzinie dwudziestodwuletniej studentki, która w osobistym dzienniku opisała rok ze swojego życia, a dokładniej od lutowych urodzin (które chciała przespać) do kolejnych w lutym następnego roku (których już nie chciała przespać). W rodzinie, która, według jej nie-przyjaciela Martina (Anglika polskiego pochodzenia) darzonego nie-przyjaźnią rozpoczętą rozkrwawieniem mu nosa na powitanie w Polsce, była wspaniała. Z kochającym ojczymem, cudowną matką i braćmi Michałem i młodszym Smarkiem, którzy zawsze przy niej są. Ale główna bohaterka (nie przyznała się do imienia, taka była!) patrzy na nią i swój świat przez okulary klowna z soczewkami zogniskowanymi na humorze i autoironii. Wtedy jej rodzina to Matka , paląca staniki feministka z regularnym dostępem do narzędzi chirurgicznych, zastraszony ojczym, patrzący na wszystkich jak jelonek Bambi chwilę przed tym, gdy myśliwy odstrzelił mu mamusię, jeden brat – uzależniony od Internetu przyszły klient odwykówki, drugi – stwór z piekła rodem, z przypadłością ADHD podniesioną do potęgi szóstej. A otaczająca ją rzeczywistość wynaturzona w swych rozmiarach, w której jeden palec może oznaczać sto i to zupełnie na trzeźwo, natomiast sytuacje i zachowania rodziny oraz przyjaciół są nadinterpretowane, ale prawdopodobne.
Nie ma w tym monologu zdania bez humoru słownego lub sytuacyjnego. Czyjegoś zachowania, postępowania bez komentarza ciętej ironii. Sytuacji bez puenty, po której chichrałam jak młoda bogini. I ciągle było mi mało. Momentami zachowywałam się jak mentalna sadystka, ciesząca się na widok nowych problemów w życiu narratorki. Szpital? Super! Idź, zobacz, przeżyj i opowiedz mi jak tam jest z twojego punktu widzenia, przez twój pryzmat dyżurnego satyryka kraju. Pokłócona z rodziną? Świetnie! Zamieszkaj "na waleta" w akademiku. Przypomnij mi stare, dobre czasy. Pokaż co się zmieniło (nic, karaluchy też!). Brak pieniędzy? Bosko! Jedź na dziecięcy obóz przetrwania jako wychowawczyni i dowiedz się od nich, że w twoim wieku starość nie radość. Miłość? A gdzie ona jest? Pokaż mi jak można jej nie widzieć, stojącej z boku i ciągnącej za włosy!? Po prostu - Daj mi tę moc słowa mierzenia się z szarą rzeczywistością ! – chciało mi się krzyczeć, popychając ją strumieniem świadomości w najczarniejsze jej rejony. Potrzebowałam tego pryzmatu spojrzenia jak kania dżdżu, takiego mojego, trafiającego w moją dziesiątkę, nawiązującego do skojarzeń z szeroko pojętego życia społeczno-kulturalnego otaczającego mnie świata, mojej rzeczywistości. I dostałam co chciałam: dobrą rozrywkę, metodę na spoglądanie w ślepia problemom i śmiech do łez wielkości grochu.
Nareszcie płakałam nie z poczucia smutku (co stało się niemal tradycją nad każdą ostatnio czytaną książką), ale z radości, takiej od przepony po wszystkie mięśnie brzucha i nieskoordynowane kończyny dolne i górne.
Dziewczyno, kimkolwiek jesteś i gdziekolwiek jesteś, w następnym wcieleniu chcę ciebie za siostrę, przyjaciółkę, brata lub kochanka! Ja słowo, ty słowo i będziemy miały doczesny raj!

 

 

Na skrzydełku okładki umieszczone jest zdjęcie autorki. Nie dałam się zwieść temu spojrzeniu spod grzywki. Tak naprawdę kryje się w nim przyczajony humor i ukryta ironia. Szukałam potwierdzenia tego w wywiadzie autorskimi znalazłam je!

 

Tak trudno być mną! [Dagmara Półtorak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 13 sierpnia 2010
Niania w Nowym Jorku – Nicola Kraus , Emma McLaughlin

Niania w Nowym Jorku – Nicola Kraus , Emma McLaughlin
Przełożył Rafał Śmietana
Wydawnictwo Znak , 2003 , 335 stron
Literatura amerykańska


Zupełne zaskoczenie!
Treść opowieści, a właściwie jej wymowny ciężar, zupełnie nie przystawał do frywolnej grafiki na okładce pasującej bardziej do Mary Poppins niż do głównej bohaterki Nanny i informacji gwarantującej mi dobra zabawę z narratorką o drapieżnej ironii i ciętym humorze.
A miałam taką na to ochotę!
Nic z obiecywanych mi wariacko śmiesznego opisu licznych perypetii z dziećmi. Nie było mi zupełnie do śmiechu nawet podczas opisu Nanny w stroju Tinky Winky, gramolącej się do i wygrzebującej się z auta. Nie ona i nawet nie rodzina, u której pracowała, a czteroletni chłopiec Grayer oddany pod jej opiekę, skupił całkowicie moją uwagę. Mały człowieczek odgrywający rolę kolejnego przedmiotu z instrukcją obsługi w wyposażeniu mieszkania, skrupulatnie przestrzeganą i z całym oddaniem realizowaną punkt po punkcie przez jego mamę. Odpowiednie jedzenie, kształcenie umysłu, gry, przedszkole, umawiane zabawy z rówieśnikami (też przedmiotami), zajęcia popołudniowe i czytanie (uwaga!) Szekspira przed snem. Zauważała nawet kiedy jej syn „komunikował swoje granice”. Zupełnie jakby widziała lampkę kontrolną w pralce sygnalizującej zatkany filtr. Wtedy wzywała fachowca do popsutego syna – konsultantkę. Konsultantka też chyba była popsuta, pytając czy dziecku czyta się „Wall Street Journal”, „Econimista” i „Financial Timesa”, czy rozwiązuje się z nim zadania matematyczne i ile razy w tygodniu serwuje mu się dwujęzyczne posiłki. Cokolwiek miałoby znaczyć to ostatnie. W instrukcji obsługi natomiast nie było nic o potrzebach emocjonalnych syna. W tym zakresie zaspokajały go nianie, niestety często zmieniane przez panią domu. Nic dziwnego, że u dziecka pojawiło się ssanie palca, moczenie czy koszmary senne.
Mimo to, nie narastała we mnie frustracja i wściekłość na rodziców chłopca tak, jak w Nanny, opowiadającej o życiu rodzinnym bogatej elity Nowego Jorku. Narastał za to we mnie smutek i przerażenie, że ta opowieść nie do końca jest fikcją. Zawiera spostrzeżenia i przeżycia z pracy jako opiekunki do dzieci u ponad trzydziestu nowojorskich rodzin, które zainspirowały autorki do napisania tej powieści, gdzie łysiejący panowie z brzuszkami w towarzystwie drugich lub trzecich żon, które czekają na kolejny lifting albo peeling, wszyscy niepomni swoich dzieci.
I jak ja miałam się śmiać w obliczu tej dziecięcej tragedii? Nie potrafiłam, chociaż Nanny robiła wszystko, abym spojrzała na ten problem z perspektywy przynajmniej gorzkiej satyry.
Nie udało się!
Cały czas widziałam palec w buzi Grayera i pewność w jego oczach, że Nanny, którą pokochał z całego serca, też odejdzie, zostawi go tak, jak każdy przed nią.

 

Jak informuje Wydawnictwo Znak, właśnie ukazała się na rynku książkowym kontynuacja tej powieści z o wiele ciekawszą grafiką okładki – „Powrót niani”.

 

 

 

 

 

A tutaj obejrzałam zwiastun filmu powstałego na podstawie tej powieści.

środa, 11 sierpnia 2010
A jednak... strzelę! – Elisabeth Zöller

A jednak... strzelę! – Elisabeth Zöller
Przełożyła Anna Soróbka
Wydawnictwo Zakład Narodowy im. Ossolińskich , 2009 , 104 strony
Seria Nasza Biblioteka
Literatura niemiecka


   Czaiłam się z tą książeczką jak czajnik. Niewielka objętościowo miała szansę na przemycenie i przeczytanie w miejscu, w którym wolno było tylko patrzeć i oddychać, a już absolutnie nie wolno było zwłaszcza czytać. Zastosowałam metodę śpiąco-przytomnego Indianina: jedno czujne oko przed siebie, a drugie ciekawe żurawiem pod stół.
Udało się!
    Historia, którą nieraz napisało życie, była warta ewentualnych konsekwencji przyłapania na gorącym uczynku. Seria Nasza Biblioteka skierowana do młodzieży w jakiej się ukazała, jest mi znana właśnie z takich historii. Niektóre są oparte na faktach, inne fikcyjne, ale zawsze poruszają problemy z jakimi zmagają się współcześni nastolatkowie. Zarówno te „stare” , dobrze znane rodzicom, psychologom i metodykom wychowania jak nastoletnia ciąża, narkomania, alkoholizm, depresja, patologia rodziny, jak i te, które dotkliwiej dały znać o sobie w ostatnim dziesięcioleciu: sekty, bulimia, anoreksja czy poruszany w tej opowieści mobbing szkolny wywołujący frustrację, przechodzącą w agresję skierowaną przeciw prześladowcom. Autorka opisując scenę strzelaniny w szkole o jakiej cyklicznie donoszą media z USA, Niemiec czy Norwegii , nie skupiła się tylko na jej finale. Krok po kroku ukazała proces eskalacji przemocy psychicznej i fizycznej rodzącej strach, a potem lęk. Mechanizm nieradzenia sobie z powstałym problemem, szukania różnych dróg wyjścia przez głównego bohatera Nico po omacku, by wreszcie, z braku pomocy ze strony dorosłych (rodziny, nauczycieli) wybrać najfatalniejszą w skutkach. Tragedię, o której potem sensacyjnie informują media: nastolatek wszedł do szkoły i zabił (siekierą, nożem, z pistoletu) kilku nauczycieli, wielu uczniów i na końcu popełnił samobójstwo.  Przyczyny nieznane.
    Śmiem twierdzić, że znane i to bardzo dobrze - indolencja rodziny i szkoły.
    W jakim stanie psychicznym trzeba być i w jakiej desperacji, by tak postąpić? Dlaczego nikt odpowiedzialny za tego młodego człowieka nie zauważył narastającego problemu?
    Na te i wiele innych nasuwających się pytań jakie stawia autorka, znalazłam odpowiedzi (a może wręcz oskarżenia?) w tej niepozornej książeczce i mimo, że seria jest adresowana do młodzieży, cieszyłabym się, gdyby czytali ją również dorośli w jakikolwiek sposób związani z nauczaniem i wychowywaniem dzieci i młodzieży. Uczy przede wszystkim w porę dostrzegania symptomów pojawiającego się problemu oraz niebezpieczeństwa obojętności i bagatelizowania pozornie nieszkodliwych zachowań mających moc kuli śnieżnej tak, jak w tym wierszyku Ericha Frieda Bez humoru umieszczonym jako motto na początku historii Nico:

Chłopcy
rzucają
dla zabawy
kamieniami
w żaby

Żaby
umierają
na poważnie

 A tak bawi się niewinnie nasza młodzież. W razie tragedii nikt nie skojarzy sobie jej z tą "niewinną" zabawą.

poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Złodziejka książek - Markus Zusak

Złodziejka książek - Markus Zusak
Przełożyła Hanna Baltyn
Wydawnictwo Nasza Księgarnia , 2008 , 495 stron
Literatura australijska


W tej książce jest śmierć. Na okładce, na każdej stronie snutej historii i w narracji. Pan śmierć, tak ON, który łamie wszystkie stereotypy i schematy go dotyczące. Nie ma sierpa ani kosy, ani trupiej czaszki zamiast głowy, za to jest wyposażony w dar synestezji. Widzi najpierw kolory, a potem ludzi, najpierw barwy otoczenia, a potem miejsce, w którym się znalazł. Zajmuje się wyczerpującym zajęciem przyjmowania w swoje ramiona dusz opuszczających ciało, planowanym gdzieś tam odgórnie. Ktoś musi to robić i nie ma nikogo, kto mógłby go zastąpić, dlatego czasami jest wyczerpany, zmęczony. Zwłaszcza, gdy ludzie swoim zachowaniem wywołującym wojny, dostarczają mu zajęcia w masowych ilościach. Wtedy ma ochotę wszystko to zdeptać, zmiąć gazetowe niebo i wyrzucić w kąt, ale również, przedzierając się przez gąszcz zbieranych dusz i stojących za nimi historii, ma okazję przyjrzeć się ich przeszłości. Z tego morza dusz wyłowił jedną, dziewczęcą. Dziesięcioletniej Liesel Meminger.
Dlaczego właśnie ją?
Bo kochała książki. Uwielbiała słowa niosące ze sobą nowe znaczenia, inne światy. Ceniła ich dar budowania i nienawidziła siłę niszczenia. I ilekroć śmierć ją spotykał, tylekroć właśnie je kradła. Chociaż, moim zdaniem, prawdziwej kradzieży dopuściła się tylko raz i to w słusznej sprawie.
Nie dziwię się temu wyborowi śmierci. Sama postrzegam w tłumie najpierw tych pochylonych nad książką, mających moc przykuwania mojej uwagi. Widzę zamarłą wokół nich przestrzeń, wyłączoną z otaczającego ich świata, niemal ciszę jak w oku cyklonu. Być może śmierć widział jeszcze kolor? Ciekawe jaki? Choć opowiadał dużo o barwach godziny, nieba i pory dnia, ale o tym niestety nie wspomniał. Za to pięknie opowiedział historię tej złodziejki książek, a nawet ją narysował:

 

 

 

Na tym obrazku zamieścił wszystko: Liesel, jej przyjaciela Rudy’ego, niemiecki kraj w czasie II wojny światowej, Hitlera, siebie w stosie trupów i zwyczajne życie, w którym świeci słońce. Jednym zdaniem, jak sam określił: Był to wspaniały dzień, a nazistowskie Niemcy były cudowną krainą.
Jak to możliwe?
Możliwe jeśli się ma dziesięć lat, żadnej wiedzy na temat II wojny światowej dopiero się zapisującej na kartach historii, nie rozumie się polityki świata dorosłych, posiada kochających rodziców zastępczych i wspólne , niebezpieczne z nimi tajemnice, rozkochanego w sobie przyjaciela i miłosierną zdolność przystosowywania się do warunków, których nie jest się w tak wczesnym wieku skonfrontować z tym, jak powinno być. Po prostu świat dziecka: prosty, nieskomplikowany, w którym Paranoja nastolatki jest przytłaczająca. Ulga nastolatki graniczy z euforią. Myliłam się jednak, że przejdę przez tę opowieść bez jednego wzruszenia, bez jednej łzy, mimo że śmierć robił wszystko, aby mi tego oszczędzić. Uprzedzał fakty, nie doprowadzał mojej ciekawości do granic cierpliwości, nie stopniował napięcia, wcześniej odkrywał tajemnice, uprzedzał fakty, zapowiadał rozwiązanie problemów, zdradzał końce historii, bo jak sam mówił: Tajemnice nudzą mnie i męczą. (...) To mechanizmy, które napędzają wydarzenia, interesują mnie, zadziwiają, konsternują i denerwują. Więc mnie nie zadziwiał, nie konsternował i nie denerwował. Pokazywał przeszłość i przyszłość bohaterów we wszystkich barwach, które tak lubił i poprzez które postrzegał wydarzenia. Wojnę i zaplątane, zagubione w niej dziecko.
Nie pomogło.
Bo nie w odkrytych kolorach życia tkwiła tajemnica emocji, ale w więziach międzyludzkich świata dziecięcego niszczonego przez dorosłych i w bezradności samego śmierci wobec takiego świata.
Bezsilność też wywołuje łzy.

 

Złodziejka książek [Markus Zusak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Tutaj obejrzałam film promujący tę książkę.

sobota, 07 sierpnia 2010
Fruwająca dusza – Yoko Tawada

Fruwająca dusza – Yoko Tawada
Przełożyła Barbara Słomka
Wydawnictwo Karakter , 2009, 179 stron
Literatura japońska


   Risui, młoda dziewczyna, zamiast wybrać rolę spełniającej się żony i matki w gronie rodziny u boku męża, wybrała rozwój duchowy. Wykształcenie w szkole prowadzonej przez jej założycielkę Kikyo, która przyjmowała do niej nielicznych. Miała to szczęście być wśród nich, zostać wybraną z wielu. Zdobywała wiedzę wraz z Koseki, Yubihime, Chorei i innymi dziewczętami ze swoimi zaletami, ale i wadami utrudniającymi jej pobyt w szkole o podejrzanym źródle finansowego wsparcia. A i sama Kikyo nie była bez wad. Postrzegały ją jako morowe powietrze przedostające się do serc uczennic, zatruwające je cierpieniem.
To mój prosty opis w zwykłych, lapidarnych słowach kreślących fabułę tej opowieści. W samokrytyce i kontekście piękna wizji zawartej w tej książce, nie boję się użyć nawet określenia – prozaiczno-egzystencjalny. Dokładnie takiego i jest mi z tego powodu żal, że nie mam fruwającej duszy tak, jak główna bohaterka i jej twórczyni, która z tej prozaicznej, obrzydliwie egzystencjalnej fabuły pełnej zawiści, zazdrości, sztywnych zasad i rozpasania ludzkich potrzeb i żądz, uczyniła opowieść magiczną - na poły oniryczną, na poły narkotyczną.
    Wzniosła się pod nieboskłon i spod chmur, ogarniając realny świat szkoły, zwykłe życie uczących się w niej kobiet i ich nauczycielki, zamieniła ją w baśniową krainę z wyjątkowym miejscem Szkoły, położonym w lesie medytacji z jęczącymi drzewami, wśród rozlewisk i moczarów, w którym Rytm czasu zanurza się w stawie, nocne niebo przylega do ziemi. Miejsce, w którym latająca dusza Risui i jej przyjaciółki o pięknie brzmiących imionach Czerwony Kamień, Palec Księżniczki, Poranny Dzwoneczek idą duchową Drogą Tygrysa, zgłębiając jej trzysta sześćdziesiąt Ksiąg i mając nadzieję na ujrzenie go u kresu tej wędrówki. Wtedy Lazur nieba zderzy się z bursztynową barwą ziemi, prąd powietrza wessie słowa, a wszelkie stworzenia: zwierzęta, ptaki i ludzie, przestaną rozróżniać ciepło i zimno, radość i smutek, a Tygrys przemówi. Chwila, dla której młode dziewczyny porzucają domy, a adeptki są gotowe poświęcić całe swoje życie. Do tego celu prowadzi ich pogromczyni Tygrysa, ich mistrzyni, charyzmatyczna Kikyo przypominająca roślinę, która pod dotknięciem palców rozkwita i rozsiewa wokół nasiona. A sama Risui jest w stanie przeżywać erotyczne rozkosze z ideogramem wędrowca i dostrzegać rzeczy, których ja, bez jej daru latającej duszy, nie ujrzałabym nigdy.
    Opowieść tę musiałam czytać powoli, słowo po słowie, zdanie po zdaniu, by nie umknęło mi piękno i mądrość żadnej myśli, metafory, przesłania, przekazu, skojarzenia, obrazu, wizji, snu, przywidzenia. Bym nie poczuła jak Na dnie oczu rwą mi się sieci, w które łowię litery, ale w pełni odczuła przyjemność piękna tego zdania opisującego proces czytania, a raczej jego niemożność. Nie mogłam szybko przerzucić strony i nie wolno było mi tego robić, gdy napotykałam takie zdanie: Gdy się kogoś zdradzi, jeden kręg w kręgosłupie staje się kruchy. Nie chciałam zmarnować, przeoczyć żadnego wyrażenia. Wiedziałam, że mam przed sobą wyjątkową prozę poetycką, po której myślenia, szukania, porównywania i odkrywania jej znaczeń, sensów, miałam na cały dzień. Nie pozwalałam sobie czytać szybko, bo mogłam zbagatelizować takie rady jak ta: Brzmienie własnego głosu natychmiast przywraca nas do rzeczywistości i porzucamy myśl, która jest nam niemiła.
    Wypróbowałam. Skutkuje!
    Ale oprócz tak bardzo praktycznych wskazówek, otrzymałam odpowiedź na jedno ważne pytanie dotyczące natury ludzkiej: Dlaczego starając się myślą sięgać wysoko do gwiazd, jednocześnie nurzamy się w błocie cielesności?
Czyżby i mnie się udało na moment, na malutką chwilę spojrzeć w oczy Tygrysa?


Pisarka jest znaną w Niemczech artystką. Tutaj mogłam zobaczyć fragment jej twórczości na scenie teatru.

czwartek, 05 sierpnia 2010
Skrzypce z Auschwitz - Maria Ángeles Anglada

Skrzypce z Auschwitz – Maria Ángeles Anglada
Przełożyła Anna Sawicka
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2010, 126 stron
Literatura hiszpańska (katalońska)


   To dobrze, że są pisarze, którzy poprzez swoją twórczość przejęli pałeczkę pamięci od świadków Holokaustu, więźniów obozów koncentracyjnych. Bo nadal istnieją czytelnicy chcący czytać, poznawać i zrozumieć trudną historię II wojny światowej poprzez takie opowieści jak ta. Historię Daniela, polskiego Żyda, z zawodu lutnika, który w obozie Auschwitz staje się przedmiotem zakładu o skrzynkę wina i jego życie między dwoma wysokimi rangą nazistami w administracyjnej hierarchii obozowej. Ma wykonać skrzypce tak doskonałe jak instrument Stardivariusa w określonym, nieznanym mu terminie. Ale pomimo, że Daniel, skrzypce i wyścig o życie są główną fabułą tej opowieści, to równie ważną rolę odgrywa czas, w którym się toczy. Osadzona w realiach obozu koncentracyjnego jednym przypomina, innym przekazuje wiedzę i pamięć o czarnych kartach historii tamtego okresu. Aby ją uwiarygodnić i ukazać precyzyjność działania systemu eksterminacji i jego wykonawców, autorka przed każdym kolejnym rozdziałem przedrukowała autentyczną treść z oryginalnych dokumentów obozowych. I nieważne, że było w niej trochę patosu, który mi odrobinę przeszkadzał. Może dlatego, że jestem przyzwyczajona do wspomnień surowych, szorstkich, odartych z metafor, często pisanych prostym językiem przez ludzi bez daru przekazywania słowa, zwykłych uczestników wojennych wydarzeń. Ale ważna jest dla mnie nomenklatura tamtych czasów i nie mogę zgodzić się na jej nieścisłość, która zakradła się do tej opowieści, popełnioną przez autorkę? tłumaczkę? Użyte w niej słowo łagier - Widział ją, pracującą w szwalni mundurów wojskowych Tischa, w tym raju, o którym szeptano po kątach w łagrze. - jest przynależne obozom sowieckim. Może to szczegół, ale ważny. Tak, jak ważnym jest budowanie rzetelnej wiedzy czytelników. A przecież o to głównie chodziło pisarce, która musiała poprzez jeden los, jedną, krótką historię więźnia opowiedzieć o hitlerowskim ludobójstwie. Dlatego dbam o takie szczegóły tak, jak Polacy dbają o poprawną nazwę „niemieckich obozów koncentracyjnych na terenie Polski”.

Pisarka wiedzę o trudnej sztuce tworzenia skrzypiec i jej terminologii zasięgnęła u lutnika, a ja, by móc zobaczyć, która ich część to dusza, obejrzałam ten film.

wtorek, 03 sierpnia 2010
Witajcie w Murderlandzie - Frédérique Molay

Witajcie w Murderlandzie - Frédérique Molay
Przełożyła Grażyna Majcher
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2010, 198 stron
Literatura francuska


   Uśmiech przeszedł mi w chichot, kiedy usłyszałam w wieczornych wiadomościach informację o mężczyźnie zgłaszającym na policji kradzież hełmu, miecza i innych akcesoriów jego rycerza z gry wirtualnej. Głośny śmiech urwałam w połowie, gdy z dalszej treści informacji dowiedziałam się, że wartość tych nierzeczywistych przedmiotów można przeliczyć na jak najbardziej realną, żywą gotówkę tysiąca złotych! Wyraz rozbawienia całkowicie spłynął mi z twarzy, gdy komentujący doniesienie specjalista policyjny od przestępstw internetowych zaczął roztaczać wizję ich eskalacji w przyszłości. A na dobre wystraszyłam się po przeczytaniu tego kryminału, który okazał się bardzo dobrze przemyślanym i wiarygodnie skonstruowanym przykładem tego, co może mnie spotkać w przyszłości – morderstwa internetowe. Jak najbardziej realne i śmiertelnie fizycznie odczuwalne.
    Niemożliwe?
    Też tak myślałam. A jednak autorka precyzyjnie to udowadnia. Nathan, szanowany profesor Harvardu był miłośnikiem gry wirtualnej „Island” w 3D, w której można było przybierać postać zwierzęcia albo człowieka o zmienionej tożsamości, płci, statusie, realizującego swoje potrzeby niezaspokojone w realu. W takim właśnie cyfrowym świecie funkcjonował jako awatar Nat (przy okazji dowiedziałam się skąd wzięło się to pojęcie), mający przyjaciół, znajomych, dom – własny azyl, drugie, spokojne życie. Do czasu. Do pozornie zwyczajnego wypadku samochodowego, w którym zginął awatar kobiety – Jerry. Od tego momentu życie Nata w „Island” i życie Nathana w realu zaczęło się przenikać, przeplatać, wręcz stanowić nierozerwalne jedno i to co było tylko grą, zaczęło być prawdziwą walką o życie własne i jego najbliższych w świecie rzeczywistym. Bo jak się okazuje, nieważne są powody wchodzenia ludzi do sieci ułudy, każdy ma do tego prawo, ale nieświadomość, że jest to takie samo środowisko jak w realu, z tymi samymi ludźmi wnoszącymi do niego te same emocje i potrzeby, którym anonimowość dająca poczucie pozornej bezkarności, wyzwala w nich zachowania patologiczne, mogące doprowadzić do przestępstwa, a ich ofiarą, również śmiertelną, może zostać każdy.
    Dlaczego stał się nią Nathan?
    Historia jest tak skomplikowana, nieprzewidywalna, że do końca nie odgadłam realnej i rzeczywistej tożsamości sprawcy chorego na wirtualną schizofrenię (ciekawe co na to WHO?), ani motywu zbrodni, chociaż był bardzo, bardzo prozaiczny. Tak jak prozaiczna może być zwykła zazdrość i zawiść, często nieuzasadniona, wręcz bezinteresowna. Uwolniona w Internecie wyzwala w człowieku to co najgorsze, a według autorki Ten skrawek raju wkrótce przekształci się w piekło, gdzie każdy będzie mógł wyrażać swoje najgorsze fantazje, dopuszczać do głosu najbardziej mordercze popędy. I nie będzie mi do śmiechu za kilka?, kilkanaście?, kilkadziesiąt? lat, gdy w wieczornych wiadomościach usłyszę o mężczyźnie zgłaszającym zagrożenie życia ze strony awatara.
    Nie po tej przerażająco proroczej opowieści.

Nie jestem Kasandrą, ale jak się człowiek naczyta proroczych książek, to zupełnie inaczej patrzy na tego typu gry. Zastanawiam się, co twórcy zaproponują graczom w dwudziestej z kolei wersji?

niedziela, 01 sierpnia 2010
Śpiew psa – Zwy Milshtein

Śpiew psa – Zwy Milshtein
Przełożyła Maryna Ochab
Wydawnictwo Książkowe Twój Styl , 2003, 116 stron
Literatura francuska


Treści tej krótkiej historii nie potrafiłam czytać bez wnikliwego, uważnego przyglądania się umieszczonej w niej grafice. Zarówno słowa jak i rysunki przenikają się wzajemnie i nie wiedziałam już czy więcej zobaczę w tekście czy w obrazie. Malunki autora są na każdej stronie:

 

 

 

Wciskają się w druk:

 

 

 

A czasem całkowicie go wypierają, panosząc się na całych dwóch stronach:

 

 

 

Ta swoistego rodzaju galeria obrazów i postaci sprawia wrażenie, że czasami kreska jest najważniejsza, że to ona mówi więcej, a czasami listy jakie krążą miedzy dwoma mężczyznami Karolem i Wawrzkiem oraz ich przyjaciółmi z lat młodości: Borysem, Nadine, Janine i Anną. W nich jest zawarte wszystko to, czym żyją obecnie: zazdrość o mężczyznę lub kobietę, pretensje o niezrozumienie i błędną interpretację zachowania, prośba o wsparcie finansowe, rozmowę, spotkanie, wyjaśnienie czy wstawiennictwo, rozpacz spowodowana podejrzeniem o zdradę lub jej dokonanie, dzielenie się tajemnicą zakochania lub nowej miłości i oczywiście rozmowy o wódce, cudownym napoju, tego leku ze wschodu, panaceum na wszystkie bolączki ludzkości. Dający bohaterom nadzieję na wyjście ze stanu mętu i zamętu, ale jednocześnie kradnący każdemu z nich duszę, które autor-malarz uwięził w obrazach.

 

 

 

Na tylnej okładce mogłam zobaczyć pisarza w roli malarza, a jego prace już w kolorze obejrzałam na stronie autorskiej artysty oraz w OriginalGallery.

| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w czerwcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1067 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi