Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
wtorek, 06 kwietnia 2010
Milion małych kawałków – James Frey

Milion małych kawałków – James Frey
Przełożył Patryk Gołębiowski
Wydawnictwo G+J Polska , 2006 , 518 stron
Seria Demony
Literatura amerykańska


Któregoś wiosennego dnia, czekając ze znajomym na autobus, wyjął on ze swojej przepastnej torby właśnie tę książkę i pokazał mi ją - sprawczynię jego ostatnich zauroczeń czytelniczych. Nie miałam ochoty na kolejną jękliwą historię z tematyki uzależnień. Byłam już po lekturze kilkunastu tytułów z ugruntowanym przekonaniem, że już wszystko wiem, wszystko pojęłam i zrozumiałam. Jednak podczas kolejnych spotkań, książka ta stała się jednym ze stałych naszych tematów, wychylając się zza innych , podskakując i krzycząc: Halo! Tutaj jestem! Ignorowałam temat, książkę i upór znajomego, aż do tego roku. Dostarczył mi ją do rąk własnych z przykazaniem, że muszę, że koniecznie i nieodwołalnie, i to w ciągu dwóch tygodni, bo wyjeżdża na długo!
Wzięłam, przeczytałam i...
James, bohater a zarazem autor książki, który w wieku 23 lat jako Narkoman, Alkoholik i Przestępca (tak się określał), mając na koncie 22 strony wykroczeń i przestępstw, ścigany w trzech amerykańskich stanach, poddał się leczeniu w ośrodku odwykowym, pokazując mi czym jest nałóg, ból i odpowiedzialność. Swojej historii nie ubarwiał przymiotnikami, nie przerysowywał, nie szukał metafor, aby przybliżyć swój świat. Opisywał go prostym językiem, w krótkich zdaniach, w ich równoważnikach, w pojedynczych wyrazach, bez ozdobników, przyjmujących czasami formę migajacego strumienia świadomości.

 

text

 

 

Wypowiadane przez niego ascetyczne zdania i pojedyncze słowa nabierały dla mnie pierwotnego znaczenia, zagubionego przeze mnie w barokowym stylu czytanych powieści, dla którego podkreślenia powielał je dwukrotnie, czterokrotnie i więcej, a dla wyrażenia wzmożonego natężenia emocji lub treści powiększał lub pogrubiał czcionkę.

 

text

 

 

To dla mnie pierwszy uzależniony podważający dotychczasowy, naukowy pogląd podejścia o przyczynach uzależnień, twierdząc, że ich źródłem nie jest defekt genetyczny i utrzymując, że jest ofiarą tylko i wyłącznie samego siebie. Samo uzależnienie nie jest też chorobą, ale procesem decyzyjnym człowieka, który wymknąwszy się spod kontroli, staje się nałogiem. Wmawianie ludziom, że nałóg to choroba, według niego, jest zrzucaniem winy braku odpowiedzialności na kogoś lub na coś. Jest w tym poglądzie bezwzględny, bezkompromisowy i konsekwentny wobec psychologii i medycyny, udowadniając mi to na każdym etapie wychodzenia z nałogu, uczenia się na nowo odpowiedzialności i podejmowania decyzji. Piekielnie trudnej walki z wewnętrzną Furią, kombinacją gniewu, wściekłości i strasznego bólu, która towarzyszyła mu od zawsze, a którą zabijał w sobie systematycznie już jako kilkulatek. Furię, którą karmił w następnych latach każdym chemicznym świństwem mogącym ją nasycić, a która cały czas krzyczała, wyła o jeszcze i o więcej. Furia, która w okresie odwyku, karmiona mogła być tylko innym bólem. Fizycznym bólem autoagresji. Scena zrywania paznokcia u nogi przekroczyła mój próg empatii. Nie byłam w stanie przeczytać tego fragmentu. Świadomie go opuszczając, uzmysłowiłam sobie, że skoro nie jestem w stanie przeczytać OPISU bólu, to nie pojmę ogromu bólu wewnętrznego. Nigdy. Udowodnił mi, że nic nie wiem. Obalił moją pewność, że wiem wszystko na ten temat.
Spokorniałam.
Od tego momentu stałam z boku jako obserwator, wiedząc, ze moje zaangażowanie emocjonalne w jego opowieść jest niepotrzebne. Mogłam tylko przyglądać się jego zmaganiom z wewnętrznymi demonami i powtarzać jak mantrę: wiem, że nic nie wiem.
Ta książka, pomimo mrocznego ciężaru życia, jest również jedną z najpiękniejszych opowieści o miłości w świecie brudu. Tej najczystszej, duchowej, bez spełnienia fizycznego, gotowej do poświęceń, która nie miała prawa się zdarzyć Narkomanowi, Alkoholikowi i Przestępcy i Narkomance, Prostytutce.
Opowieść, która mnie bolała i wzruszała, i którą będę jako pierwszą wskazywać innym do przeczytania z tej tematyki, ze wskazaniem na pokorne nastawienie: wiem, że nic nie wiem, by dopiero potem móc czytać resztę.

 

 

 

Tutaj obejrzałam adaptację fragmentu powieści, a dokładnie początek, moment przyjęcia James'a do kliniki odwykowej.
piątek, 02 kwietnia 2010
Wicked - Gregory Maguire

Wicked: życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu - Gregory Maguire
Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska
Wydawnictwo Initium , 2010 , 463 strony
Literatura amerykańska


   La voilà!
   Magiczna książka, która wciągnęła mnie krok po kroku w swoją przebogatą, wielowątkową i wieloaspektową politycznie, psychologicznie, społecznie i filozoficznie opowieść.
   Pierwszym była scena z okładki. Jak można łamać zasady dobrego wychowania, szepcząc w mojej obecności na ucho drugiej osobie tajemnice, które koniecznie chcę znać?
   Drugi krok to ten czerwony uśmiech spod czarnego ronda na zielonej twarzy z lekko uniesionym lewym kącikiem ust. Jak mam się oprzeć takiej dawce ironii, wyzwalającej całe pokłady mojej wyobraźni?
   Trzeci krok to mapa na stronie 8 i 9 pokazująca Krainę Oz w całej geograficznej okazałości. Uwielbiam takie wprowadzające „pomoce”. Zwłaszcza, że (niech mi 100 lat żyje tłumacz!) znajdujące się na niej nazwy zostały spolszczone. To dla mnie ważne, bo pamiętam, jak czytając Silmarillion J.R.R.Tolkiena, poległam w ich zapamiętywaniu w połowie powieści. A tutaj miałam tak swojsko brzmiące nazwy jak Osiadłe Niedole, Złewody, Wędrowne Ugory czy Górę Widelcowej Łyżki. Korzystałam z niej często, wędrując po ścieżkach życia głównej bohaterki, powszechnie znanej jako Zła Czarownica z Zachodu z bajki o Dorotce L. Franka Bauma. A życie, muszę przyznać, miała bardzo ciekawe i zupełnie, ale to zupełnie inne niż do tej pory wmawiały mi wszystkie bajki świata z czarownicą w tle.
   I taki był zamysł autora.
   Skusić mnie małymi krokami, zainteresować postacią, która w bajkach traktowana jest często marginalnie i jednoznacznie. Zmusić mnie w podstępny sposób do zastanowienia się skąd się bierze zło , bo ono zawsze było i nigdy nie dowiadujemy się, jak to się stało, że czarownica zrobiła się zła ani czy był to dla niej właściwy wybór? Opisał mi jej całe życie: narodziny, naukę w szkole, czas młodości i wiek dojrzałości. Wskazywał palcem jak magik momenty, w których pojawiały się wydarzenia, okoliczności, osoby, przedmioty wpływające na światopogląd, osobowość, postawę, zachowanie czy decyzje Fabaly, bo takie imię miedzy innymi nosiła Czarownica, ukazując tym samym pozorność dobra i pozorność zła oraz płynność granicy między nimi. Wytknął moją lekkomyślność w wystawianiu jednoznacznych ocen na podstawie stereotypów, zaufanie zasadzie słuszności większości, bezgraniczną wiarę w stałość dobra, bo urodzić się z talentem czy inklinacją do dobra to też dewiacja. Zburzył mi dotychczasowe, ustalone życiowe zasady, pod maską baśni (gatunek literacki też okazał się pozornym), nie dając mi gotowej odpowiedzi, ale też i nie łudziłam się, że poda mi ją przygotowaną na talerzu, skoro sam spędził dwa lata na rozmowach z najbliższymi na temat natury zła, by móc napisać tę historię. Dał mi za to do ręki narzędzia w postaci mnóstwa własnych przemyśleń, wniosków, teorii, idei za pomocą których jak miotłą i szufelką sama muszę teraz posprzątać ten gruz. A kiedy już sobie poukładam ten cały bałagan, słowo „dlaczego”, będzie moim stałym towarzyszem w dalszym odkrywaniu świata, mojej Krainy Ziemi, a zwłaszcza w poznawaniu jej mieszkańców. W tym ludzi i Ludzi.

poniedziałek, 29 marca 2010
Światła pochylenie – Laura Whitcomb

Światła pochylenie – Laura Whitcomb
Tłumaczenie Joanna Bogunia , Dawid Juraszek
Wydawnictwo Initium , 2010 , 231 stron
Literatura amerykańska


   Ujrzawszy wannę na okładce tej książki skojarzyłam ją ze śmiercią. Ostatnio kryminały upodobały sobie ten motyw i faktycznie przeczucie mnie nie myliło, ale tylko częściowo. Bo ta powieść to nie kryminał, a śmierć w niej jest tylko progiem, za którym istnieje nieżycie. Granicą, za którą czeka wielka niewiadoma, z którą autorka powoli mnie oswajała, przypominając mi tym samym informację szeptaną sobie na ucho przez ludzi: nie chodź z dzieckiem na cmentarz, które łatwo staje się ofiarą nawiedzeń przez krążące po nim dusze zmarłych. Brutalnie i bezlitośnie wciągnęła mnie razem z Helen, bohaterką historii, w głąb grobowego lochu pokazując czym jest indywidualne piekło, w którym ból wypalanego wodą gardła, cierpienie rozsadzające żebra w drzazgi, a uszy wypełnia upiorne wycie, każe pazurami wydrapywać ziemię i zmurszałe deski, by wydobyć się na powierzchnię i uczepić się Żywego. Niekoniecznie na cmentarzu i niekoniecznie małego dziecka. To może być but przypadkowo stojącego mężczyzny, głos staruszki szepczącej modlitwę, fałd kobiecej spódnicy, to równie dobrze mogę być ja, by móc wyczołgać się, wydobyć z piekła, uwolnić od bólu i ukoić przerażenie, pozwolić z ulgą, by ta najgorsza chwila stała się więzieniem na wieczność, a największą radość (...) w życiu Bóg pokazywał zza krat, by móc żyć-nie żyć w symbiozie z Żywymi w ich świecie jako Światło.  Koegzystować, przestrzegając bezwzględnie zasad pozwalających na pozostanie na „powierzchni”: nie mieć życzeń, trzymać się blisko gospodarza nawiedzenia, cieszyć się pożyczonym istnieniem, być mu wiernym i starać się mu pomagać. A wszystko po to, by trwać w tym stanie jak najdłużej, zmieniając gospodarzy tylko wtedy, gdy zabierała ich śmierć, trwać w lęku przed ponownym wciągnięciem w dół, przed koniecznością przejścia przez osobiste piekło na jego drugą stronę, nawet za cenę bycia tylko biernym obserwatorem, zdolnym jedynie emocjami poruszyć nieznacznie fałdę na zasłonie, zaszeleścić leżącymi kartkami, zakołysać mijanym kwiatem. Nic więcej. Bez słów, bez kontaktu wzrokowego, bez odczuwania smaku, zapachu i dotyku z otaczającymi ją ludźmi. Tylko obserwować.
   Tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego stanu zawieszenia Helen, że byłam tak samo zaskoczona i jednocześnie przerażona jak ona, która po 130 latach poczuła na sobie skupiony, wodzący uważnie za nią wzrok siedemnastoletniego Billy'ego, na którego wcześniej nie zwracała uwagi. Z niewidzianej stała się widzianą, z obserwującej zamieniła się w obserwowaną, z roli podglądacza przeszła do roli podglądanej. To zaskoczenie przerodziło się w ciekawość i w zainteresowanie się tym który widzi to, czego nie widzą inni, z którym nareszcie mogła rozmawiać, spędzać czas na tyle, na ile pozwalała jej nić zależnej więzi, którego zanim się zorientowała, zaczęła pożądać całą swoja nagą duszą, łamiąc regułę wierności. A to dopiero początek tej historii, niezwykłego uczucia narodzonego pomiędzy dwoma światami, po dwóch stronach bariery, pomiędzy dwiema rozbieżnymi ścieżkami życia i nieżycia, w przeszłości i teraźniejszości, pomiędzy różnymi indywidualnymi piekłami stwarzanymi nieświadomie sobie samym i przez ich najbliższych, koegzystujących obok siebie, przenikających się wzajemnie strzępkami obrazów sprzed śmierci, płynnego przechodzenia z jednego świata w drugi, z jednej świadomości w inną. Autorka tak hipnotyzowała mnie słowem, wprowadzając w oniryczny stan z rozmytą granicą jawy i snu, życia i nieżycia, że od połowy powieści straciłam poczucie miejsca i czasu w dążeniu poznania jej zakończenia. Zakończenia, które wprawiło mnie w stan zamyślenia nad dedykacją, a dla mnie bardziej mottem, poprzedzającą powieść:

Mojej matce, która była zarazem Życiem i Światłem – pierwszej obrończyni, wzorowi jasności i wybaczania.

Światła pochylenie [Laura Whitcomb]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Tutaj obejrzałam film promocyjny książki.

 

czwartek, 25 marca 2010
Wampir z Ropraz – Jacques Chessex

Wampir z Ropraz – Jacques Chessex
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 90 stron
Seria Inne Historie
Literatura szwajcarska


   Czytanie książki z okładkową notatką zakończoną zdaniem: Książka dla wymagających czytelników o silnych nerwach., o godzinie 23, w pustym mieszkaniu (cała chata dla mnie, a ja czytam!), nie było dobrym pomysłem. Nie wiem co mnie podkusiło zaryzykować spokój błogiego snu na rzecz koszmaru nocnego, zwłaszcza, że początek wprowadzający w opowieść był tak upiorny,że aż wymarzony dla sadysty-psychopaty.
   Wkroczyłam do krainy, gdzie Odludne domostwa rozproszone wśród mrocznych drzew, ciasne miasteczka o niskiej zabudowie. Brak przepływu idei, tradycja przytłacza, nowoczesnej higieny się nie zna. Skąpstwo, zabobon (...) gdzie panoszy się czarnoksięstwo, a w gospodarstwach ludzie często się wieszają. W stodole. Na belce pod kalenicą, a na cmentarzu takiej społeczności odnalezione, wykopane ciało młodziutkiej Rosy, zmarłej kilka dni wcześniej.
   Ale, żeby tylko wykopane!
   Ono zostało zgwałcone, okaleczone, rozczłonkowane, rozwłóczone i... dalszych szczegółów oszczędzę, bo ciężko się czytało (na szczęście nic nie jadłam), a jeszcze ciężej napisać o tym. I byłby z tego świetny horror, gdyby nie rzeczywiste wydarzenie w tytułowym Ropraz w 1903 roku, wykorzystane przez autora nie po to, by mnie straszyć i karmić głód sensacji podnoszącej adrenalinę, ale by pokazać psychopatyczne owoce społeczeństwa jako jawne przypomnienie wstydliwych sekretów każdego z okolicznych miasteczek. Przemilczane, skrywane brudy. Alkohol. Zabobon. Kazirodztwo. Odwieczne akty potajemnego nierządu w oborach i stajniach. Notoryczne okrucieństwo wobec oszalałych ze strachu zwierząt. Tuszowane zabójstwa. Przyczajona zemsta. Zemsta, która zaczęła polować na sprawcę, niekonieczne rzeczywistego.
   Mija 100 lat, a w moim kraju Wydarzenia Polsatu donoszą o podobnej historii w Zielonej Górze. Sprawca gwałci kobiety, nawet w obecności małych dzieci, posuwając się do okaleczania ofiar. W mieście zaczyna pojawiać się psychoza. Taksówkarze przeżywają ożywienie w interesie, wożąc kobiety po mieście, bojące się samodzielnie poruszać poza domem. Wszyscy szukają wampira według portretu pamięciowego zrekonstruowanego na podstawie zeznań poszkodowanych.

   Liczba ofiar rośnie lawinowo, również poza Zieloną Górą.
   Cała Polska żyje problemem!
   Problemem, który jak się okazało później, w połowie, a może w większej części został rozdmuchany przez same „ofiary”, które napady wymyśliły i aby uwiarygodnić oskarżenia, dokonały samookaleczeń o czym donoszą nagłówki w mediach: Pięć kobiet wymyśliło sobie gwałty , Świdnica: 16-latka okaleczyła się i wymyśliła gwałt .
   Jestem tym przerażona, bo idąc tokiem rozumowania autora książki, musiałam zadać sobie pytanie: jakim jesteśmy społeczeństwem, skoro rodzimy nie tylko zbrodniarzy, ale i ofiary chcące nimi być?! Czy to jest powtórka z Ropraz, czy problem podlegający ewolucji, który wiecznie gnije w najniższych, skrzętnie skrywanych pokładach życia społecznego, by od czasu do czasu wypłynąć cuchnącą, ropną wydzieliną na zewnątrz, za każdym razem coraz bardziej smrodliwą?
   I to był dopiero koszmar jaki zafundowałam sobie nie tylko przed snem i nie tylko na noc, ale na całe życie.
   Faktycznie, książka dla ludzi wymagających i o silnych nerwach, jednak nie przypuszczałam w jakże odmiennym znaczeniu.

Wampir z Ropraz [Jacques Chessex]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 21 marca 2010
Mozaika rodzinna – Maria Diatłowicka

Mozaika rodzinna – Maria Diatłowicka
Wydawnictwo Nowy Świat , 2010 , 392 strony
Literatura polska


Szczęśliwa rodzina, która doczekała się kronikarza rodzinnego, ale szczęśliwsza ta, której kronikarz okazał się człowiekiem o wnikliwym umyśle z analityczną umiejętnością rozpatrywania jej dziejów na tle historii kraju, w którym przyszło jej żyć z pokolenia na pokolenie.
Ród Reiffów i rodzin z nim spokrewnionych doczekał się takiej osoby w piątym pokoleniu, a którego dzieje autorka wspomnień i kronikarz rodzinny w jednej osobie, rozpoczyna od przepięknego zdania: Wywodzimy się z Królestwa Wirtembergii położonego u podnóża Alp, znanego jeziora Bodeńskiego i pięknych krajobrazów Szwarcwaldu.
Czyż można zacząć piękniej?
Ale to sielskie piękno kończy się wraz z przybyciem w 1835 roku do Warszawy, do ówczesnej Polski pod zaborami, protoplasty rodu, Niemca-protestanta Johanna Georga (później spolszczonego na Jana) Reiffa, żeniącego się z Polką-katoliczką Julią Wójcikowską, potępioną i wyklętą za ten mezalians narodowościowy i religijny przez jej rodzinę. Od tej pory poczucie inności wniesione przez Johanna Georga i niezwykły hart ducha Julii stale towarzyszyły następnym pokoleniom. Mariaż niemieckich zalet jak pracowitość i solidność z polskimi zaletami umiłowania wolności, odwagi, niezależności, gościnności, bezinteresowności okazał się bezcenny i zbawienny nie tylko dla rodziny, ale przede wszystkim dla Polski. Ta mieszanka cech pozwoliła na przetrwanie burzliwych dziejów kraju, w którym przyszło im żyć, a który pokochali ponad pracowicie gromadzone majątki, zdrowie czy życie kładzione na szalę walki o niepodległość. Każde pokolenie, które w miarę upływu czasu ulegało polonizacji, pozostawiało po sobie dumną kartę historii, z których jak z elementów, autorka ułożyła przepiękną mozaikę przedstawiającą szeroką panoramę historii Polski począwszy od powstań pod zaborami aż po czas Solidarności.
Moje początkowe rozczarowanie, że nie jest to zbiór opowiastek, anegdot, dramatów sercowych, plotek i skandali „czarnych owiec” ograniczonych do granic więzów rodzinnych, zamieniało się w miarę czytania, w coraz większy podziw dla szerokiej analizy sytuacji politycznej, gospodarczej czy społecznej polskiego społeczeństwa ze szczególną troską zamalowywania „białych plam” historii oficjalnej. Autorka, socjolog z wykształcenia, korzystała nie tylko ze wspomnień własnych i krewnych, ale również ze źródeł archiwalnych różnorodnych instytucji czy książek historycznych, stwarzając swoistego rodzaju vademecum-repetytorium polskiej historii, dla którego dzieje rodu Reiffów stanowiły kanwę dla ukazania szeroko pojętego patriotyzmu, bez względu na pochodzenie, poglądy polityczne czy wyznanie. Sagę rodzinną, w której wszystko, począwszy od obyczajów, zwyczajów, wychowania, postaw przesiąknięte było miłością do Ojczyzny. Miłością, której znaczenie w obecnych czasach jest według autorki mocno zdewaluowane, spłycone, zagubione w indywidualnym hedonizmie współczesnych Polaków. Odważny wniosek, ale niepospolita historia rodziny jest rękojmią pełnego prawa do takich poglądów i do zadania przez nią pytania: Czy zatem należy pogodzić się z nowym stanem rzeczy, upodobnić do świata ceniącego siłę, pieniądze, prymitywizm i pospolitość czy też starać się ocalić z przeszłości to, co najcenniejsze, a wiec dobrowolnie skazywać się na odmienność?
Po lekturze tej książki jestem pewna, że warto i często skazuję się na tę odmienność, chociażby w obronie naszej polszczyzny, kiedy próbuję wyrywać z korzeniami słowny chwast „zajebiście” z mowy zaprzyjaźnionej młodzieży. Mordercza praca, ale chciałabym, żeby za 100 lat ta nasza polska mozaika również była piękna, tak piękna jak mozaika rodzinna pani Marii.

 

text
Protoplaści rodu Reiffów - Jan i Julia. Książka wzbogacona jest licznymi fotografiami rodzinnymi oraz drzewem genealogicznym, bardzo ułatwiającym mi orientowanie się w gąszczu licznych rozgałęzień rodzinnych.

 

Mozaika rodzinna [Maria Diatłowicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 17 marca 2010
Błękitnokrwiści - Melissa de la Cruz

Błękitnokrwiści: tom I – Melissa de la Cruz
Tłumaczenie Małgorzata Kaczarowska
Wydawnictwo Jaguar , 2010 , 320 stron
Literatura amerykańska


Fala tematyki o wampirach nie słabnie. Ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Przekonałam się o tym w Empiku, przeglądając ranking najczęściej kupowanych książek z tego zakresu. Wampiry i upadłe anioły królują. Młodzież nadal chce o nich czytać, ale... ale... ale...już nie rzuca się na każdy nowy tytuł bezmyślnie. Zbyt wiele książek okazało się „infantylnymi i naiwnymi” jak określiła je moja zaprzyjaźniona młodzież. Nastolatki zaczynają uważnie wybierać, a to oznacza, że każda nowa pozycja, chcąca przyciągnąć ich uwagę, musi przynajmniej dosięgnąć poprzeczki (trudno mi jest wyobrazić sobie tytuł ją przeskakującą), dość wysoko postawionej przez „Zmierzch” Stephenie Meyer , Szeptem Becki Fitzpatrick czy „Naznaczoną” Cast P. C. I i Cast Kristin.
Myślę, że „Błękitnokrwiści” mają szansę na dołączenie do nich.
Autorka wiedziała dobrze, że odkrywanie świata wampirów byłoby dla mnie nudne, bo już sporo o tym czytałam, bo już to było, ale towarzyszenie Schuyler, niczego nieświadomej piętnastolatce, uczennicy elitarnej szkoły na Manhattanie dla obrzydliwie bogatych dzieciaków, wyglądającej na tle ich markowych ciuchów jak drezdeńska lalka w stroju czarownicy, w jego poznawaniu, w uchylaniu tajemnicy swojego rodowego pochodzenia, w coraz głębszym wchodzeniu w wir zagadek, stającym się powoli światem tajemniczym i nieodgadnionym również dla mnie, jest już ciekawe. Ciekawszym staje się też świat podzielony nie na wampiry i ludzi z odwiecznym konfliktem między nimi, ale świat podzielony na błękitnokrwistych (bogatą elitę wampirów), czerwonokrwistych (familiantów i zauszników) i... tych trzecich. Groźną siłę będącą niewiadomą, i co zaskakujące i jednocześnie bardzo niebezpieczne, potrafiącą uśmiercać (jak dotychczas nieśmiertelnych) błękitnokrwistych, stanowiącą zagadkę i dla mnie, i dla Schuyler oraz jej przyjaciół. Ale zaraz... czy na pewno przyjaciół? Tych znaków zapytania pojawia się bardzo wiele, a każda odpowiedź na nie odsłania kolejny, jeszcze bardziej skomplikowany labirynt wydarzeń wymagających natychmiastowego wyjaśnienia przez młodych. Wbrew własnemu rozsądkowi i wbrew nakazom-zakazom starszych, strzegących tajemnicy mającej swój początek na statku „Mayflower” przybyłym do Nowego Świata w 1620 roku. Nic nie jest wiadome, a każdy nowy, odkryty fakt zmienia zastane stosunki, sympatię, kontakty towarzyskie i rodzinne, przyjaźnie i rodzącą się miłość wśród bohaterów o 180 stopni.
I właśnie w tym tkwi siła tej opowieści, która trzymała mnie do ostatniej kartki, by na końcu stwierdzić, że nic nie wiem na pewno, trochę się domyślam, dużo podejrzewam, i że czekam na kolejną część „Maskarada”, mającą się ukazać już w maju.

 

text

 

 

Wspomnę jeszcze tylko o małym drobiazgu, który mnie urzekł - ozdobna paginacja, która nadała książce nie tylko estetyczny wygląd świetnie współgrając z okładką, ale i wprowadziła w klimat książki:

 

text

 

 

Na stronie pośwęconej serii Błękitnokrwiści można poczytać więcej na temat książki i nie tylko, a także przeczytać jej fragment.

sobota, 13 marca 2010
Oskarżony pluszowy M. - Clifford Chase

Oskarżony pluszowy M.: filozoficzna powieść o miłości, samotności i wolności – Clifford Chase
Przełożyła Anna Kołyszko
Wydawnictwo Amber , 2007 , 253 strony
Literatura amerykańska


Jaki miś jest, zobaczyłam na tym zdjęciu z kartoteki policyjnej:

 

text

 

 

Widok zagubionego i ze strachem w szeroko otwartych, szklanych oczach, pluszowego Winkiego, głównego bohatera zamieszania, a dokładnie Misia Blinkiego z Zamykanymi Oczami, wywołał we mnie wyłącznie ciepłe uczucia: chęć objęcia, przytulenia, poklepania, pocieszenia, podrapania za uchem, a przede wszystkim przyjemne wspomnienie własnego misia z dzieciństwa. Lekko „odklejonego” nawet od społeczności misiowej ze względu na swoje czerwone futerko. Miś, który tulił w potrzebie, pocieszał w kłopotach i był powiernikiem wszystkich dziecięcych trosk. Przytulanka, która doczekała się Dnia Pluszowego Misia obchodzonego 25 listopada.
Taki miś został oskarżony przez prokuratora o popełnienie 10678 (słownie: dziesięciu tysięcy sześciuset siedemdziesięciu ośmiu!) przestępstw począwszy od podszywania się pod kobietę, aż do terroryzmu włącznie, a wszystkie starannie obmyślane i wykonane, by zadać dotkliwy cios, a co potwierdziła naukowo kryminalistyczna mikrospektralna analiza wysokiej rozdzielczości, cokolwiek miałoby to znaczyć. Odczytanie wszystkich zarzutów zajęło sędziemu pięć godzin i czternaście minut!
Przeciwstawienie sobie tych dwóch światów: gorących uczuć i zimnego prawa doprowadziło do absurdu. Śledziłam ten groteskowy los Winkiego i tak znajomo wyglądające zdarzenia będące jego udziałem. Przypominały tę cześć otaczającej mnie codzienności, która jest źródłem natchnienia dla satyryków.
Nie winiłabym jednak samego prawa o taki stan rzeczy. Prawo jest dobre, jest potrzebne, tylko ludzie je stosujący zapominają, że sztywne wytyczne to nie wszystko. Że prawo ma regulować życie społeczeństwa, a nie je ostatecznie uregulować. Elastyczność i odrobina zdrowego rozsądku ze szczyptą uczuć to podstawa jego interpretacji. Ale może to za trudne dla niektórych strażników prawa? Zakopani wśród kodeksów, żyjący pośród paragrafów, zapomnieli o uczuciach i o swoich misiach. Nie chcę myśleć o takich, którzy tych misiów nigdy nie mieli...
Wtedy taki człowiek-miś dostawszy się w tryby sprawiedliwości uwierzy, że skoro mu coś zarzucają to musi być naprawdę bardzo złym, okropnym i podłym w myśl zasady: kłamstwo powtarzane wielokrotnie staje się prawdą.
Jak więc żyć w tym rwącym nurcie życia i paradoksu, emocji i prawa?
Znalazłam podpowiedź właśnie w tej powieści.

 

Oskarżony pluszowy Miś [Clifford Chase]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

 

Nie dziwię się wokaliście, że nie chce dziewczyny, która wydłubuje sianko z misia (uj, niedobra!), ale podziwiam go za pojemność płuc. Po pierwszej zwrotce wciągam powietrze uszami, nie mając czasu na wdech.
wtorek, 09 marca 2010
Tajemnica człowieka z blizną – Paweł Beręsewicz

Tajemnica człowieka z blizną – Paweł Beręsewicz
Ilustrowała Olga Reszelska
Wydawnictwo Literatura, 2010 , 183 strony
Seria To Lubię
Literatura polska


Gdyby ten poniższy rysunek

 

text

 

 

został umieszczony na okładce, wystraszyłby mnie, a co dopiero dziecko, które pomyślałoby: błeee, znowu historia i nieśmiertelne twierdzenie dorosłych : ”A jak ja byłem w twoim wieku to....”, ale ludzie (uwielbiam taką kompetencję i profesjonalizm) kierujący projektem jej wydania, mądrze umieścili go w środku, eksponując na okładce tajemniczego brodacza. Tak jak autor tej książki ( a może było odwrotnie?) sprytnie ukrył ważne informacje jego dotyczące w treści opowieści, wysuwając na plan pierwszy szafę. O, tę:

 

text

 

 

kryjącą w swoim wnętrzu przysłowiowego nieboszczyka, bo jak pisarz twierdzi: każda rodzina ma jakiegoś trupa w szafie, jak mawiają Anglicy.
Ja, osoba dorosła, dałam się złapać na ten haczyk, myśląc, że mam przed sobą opowieść z wątkiem co najmniej sensacyjnym jeśli nie nawet kryminalnym, a co dopiero dziecko! Wiedzione wiecznie nienasyconą ciekawością, zrobi wszystko czyli przeczyta książkę (i o to chodzi), żeby zobaczyć tego trupa na własne oczy. Tak jak zrobił wszystko główny bohater, dwunastoletni Jasiek, żeby rozwiązać tajemnicę rodzinną, wpadając po uszy w lawinę bardzo tajemniczych zdarzeń, by tropiony zwierz w ostatniej chwili robił gwałtowny zwrot i dawał nura w krzaki, a szkielet w naszej szafie chichotał, aż klekotały kości. W lawinę piętrzących się pytań czekających niecierpliwie na odpowiedź, zaskakujących informacji o najbliższych krewnych i, co najciekawsze, o własnych rodzicach sprzed ery pojawienia się tropiącego te sensacje, czyli Jaśka, w ich życiu. Poniżej, we własnej osobie:

 

text

 

 

Założę się, że taka książka nie powędruje na półkę, jako kolejna przeczytana fajna przygodówka, ale stanie się powodem tym razem lawiny pytań do własnych rodziców o stan wojenny, o komunizm, o ZOMO, o Solidarność. To te treści pozostaną w umyśle dziecka, tak jak we mnie wywołały lawinę wspomnień i skojarzeń, wzmocnionych grafiką Olgi Reszelskiej, a przypominającą przygody ilustrowane przez Bohdana Butenkę.
Całość (i treść, i rysunki) przeniosła mnie w stary, dobrze znany mi świat z elementami nowości, ale dzieciaki będą wchodzić we współczesny sobie świat z elementami historii.
A teraz ściszam głos, żeby dzieci nie usłyszały: świetna książka na prezent godząca często rozbieżne interesy obdarowującego i obdarowywanego, która bawi, uczy i rozśmiesza, bo zapomniałam dodać o bardzo ważnej rzeczy. O niezwykłym humorze skrzącym się z każdej strony tej historii.

piątek, 05 marca 2010
Najwspanialsze widowisko świata - Richard Dawkins

Najwspanialsze widowisko świata: świadectwa ewolucji – Richard Dawkins
Przełożył Piotr J. Szwajcer
Wydawnictwo CiS , 2010 , 551 stron
Literatura angielska


Autor znany w Polsce z wielu publikacji popularnonaukowych, a przede wszystkim z „Boga urojonego”, napisał kolejną książkę, poświęconą tym razem ewolucjonizmowi, z czterech powodów.
Po pierwsze (i w pełni to rozumiem) dla uczczenia dwóch rocznic: 200 lat urodzin ojca ewolucjonizmu Karola Darwina oraz 150 lat ukazania się jego dzieła „O powstawaniu gatunków”.
Po drugie (tutaj jestem zaskoczona statystykami) w celu wypełnienia luki w wiedzy u niemal 40% Amerykanów i niewiele mniej Europejczyków (w Polsce 33%) przyjmujących, że my (a również całe życie na Ziemi) zostaliśmy stworzeni przez Boga z grubsza dziesięć tysięcy lat temu (...), a ludzie spacerowali sobie wśród dinozaurów. To nie żart. Jak podaje autor, w Ameryce istnieją muzea z osiodłanymi dinozaurami!
Po trzecie do walki z różnymi, konserwatywnymi ruchami religijnymi, chcącymi (to dla mnie szok) wyrzucić naukę o ewolucjonizmie ze szkolnych programów nauczania. Polska nie jest w tym odosobniona, o czym przeczytałam w artykule Element przypadku.
I po czwarte, i najważniejsze (a dla mnie najciekawsze i najniebezpieczniejsze dla mojego światopoglądu) dla ateistów by ich utwierdzić w swoich przekonaniach, dla czytelników wahających się lub poszukujących, by ich wyprowadzić z tego stanu i dla wierzących, by poważnie zachwiać ich światopoglądem. By, obrazowo rzecz ujmując, do człowieka szykującego się do skoku z parapetu wieżowca, głęboko wierzącego, że wyrosną mu skrzydła i pofrunie, powiedzieć, a przede wszystkim udowodnić mu, że spadnie zabijając się. Bo o tym jest ta książka i taki był też zamysł autora - o faktach empirycznych, świadectwach, dowodach ewolucji, które potwierdzają, że teoria ewolucji jest faktem, faktem równie niezaprzeczalnym, jak inne naukowe fakty.
A wszystko napisane przystępnym, wręcz przyjaznym stylem, bez nadmiernej naukowości językowej, ale z zachowaniem podstawowych pojęć oraz zjawisk i teorii, zawsze wyjaśnionymi i wytłumaczonymi przez autora lub tłumacza. Czułam, że autorowi zależy na zrozumieniu jego wywodów, a tym samym na mnie, czytelniku, odwołując się do mojej wiedzy z biologii, geografii, historii i chemii wyniesionej ze szkoły średniej. Ubarwionych fascynującymi przykładami z otaczającego mnie świata, ilustrowanych rysunkami i kolorowymi fotografiami, z odrobiną humoru, bezpośredniego zwracania się do mnie, dającymi złudzenie uczestnictwa w wykładach wielkiego pasjonata ewolucjonizmu, a których fragment można poczytać w artykule Piekielna drabina.
Treść tej książki nie tyle przekonała mnie do ewolucjonizmu, bo byłam go pewna również przed jej czytaniem (dała mi ją nauka w biologiczno-chemicznej klasie o rozszerzonym programie nauczania z biologii i chemii)), ile postawiła mnie przed dylematem żaby ze znanego kawału, rozdartej niemocą bycia jednocześnie w osobnych grupach: mądrych i pięknych. Boleśnie uświadomiła mi, że wbrew logice, jestem jednocześnie ewolucjonistką jak i kreacjonistką, nie posiadając żadnego wypracowanego punktu styczności między tymi wykluczającymi się poglądami! Jak mogłam przez tyle lat mojego życia być pewną, że świat ulega ewolucji od miliardów lat, a jednocześnie wierzyć, że Bóg stworzył go w kilka dni przed kilkunastoma tysiącami lat i nie widzieć tej rozbieżności?!
No jak?!?
Dałam sobie z tym radę po kilku dniach intensywnych poszukiwań (prawie wpadłam pod samochód w tym zamyśleniu), wykorzystując jedno bardzo szczere zdanie autora: Ta książka mówi o świadectwach ewolucji i dlatego od razu muszę przyznać, że nie dysponuję żadnymi świadectwami zdarzenia, które zapoczątkowały ewolucję na naszej planecie.
Koniec, kropka, a konkretnie ta poniżej, w środku (no, może kwadracik).

 

text

 

 

Na tym kołowym „drzewie ewolucji” Hillisa (zaglądając pod ten link ujrzałam go w formie tatuażu i nie tylko) zaznaczyłam w środku punkt (oj, nie byłby zadowolony autor z takiej profanacji jego drzewa), w którym kończy się logika naukowa, a zaczyna się wiara. Punkt styczności obu poglądów. Mogę powiedzieć, że weszłam na wspomniany wcześniej parapet wieżowca i pomyślałam: wiem, że skacząc w dół się zabiję (ewolucjonizm) i wierzę, że pofrunę (kreacjonizm), może niekoniecznie wyrosną mi skrzydła, ale wbrew prawom fizyki - po prostu lewitując! Przecież to „cud”, którego istnienie jest faktem! Udokumentowanym i udowodnionym!
Jak „przełożyć” to na punkt styczności?
Najlepiej ujął to współpracujący wcześniej z autorem teolog lord Harris: Dziś nie ma już nad czym „debatować”. Ewolucjonizm jest faktem i z chrześcijańskiej perspektywy jest jednym z najwspanialszych dzieł bożych.
I chciałoby się powtórzyć za Adamem Mickiewiczem: „czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko”, a zaraz potem za Williamem Szekspirem: „są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom”.
I tutaj pojawia się kolejne pytanie, a właściwie lawina pytań. Skoro ja, przeciętny czytelnik potrafiłam wypracować sobie kompromis miedzy dwoma skrajnymi i pozornie wykluczającymi się poglądami, to dlaczego nie potrafią tego dużo mądrzejsi i bardziej uczeni ode mnie? A może nie o kompromis im chodzi? Może go wręcz nie chcą? Dlaczego skrajnym kreacjonistom i historycznym negacjonistom zależy na wychowywaniu społeczeństwa w wiedzy z okresu średniowiecza? Czy łatwiej nim manipulować dla własnych celów?
Pozostawiam te pytania retorycznymi.
To ważna książka dla mnie, ale i dla wszystkich ludzi bez względu na wyznawany światopogląd, dla naszego dobra, dla pokojowego współistnienia.
Dla mnie, w moim topie pięciu najlepszych, czytanych w tym roku.

poniedziałek, 01 marca 2010
Gone - zniknęli: Faza druga: głód – Michael Grant

Gone - zniknęli: Faza druga: głód – Michael Grant
Przełożył Jacek Drewnowski
Wydawnictwo Jaguar , 2010 , 544 strony
Cykl Gone ; Tom 2
Literatura amerykańska


Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej. W skrócie ETAP – świat bez dorosłych, a według niektórych i bez Boga, w którym skończyła się jedność z części pierwszej, a zaczął się czas podziałów w części drugiej. Na ludzi Sama stojących po stronie dobra większości dzieci i Caine’a stojących po stronie elity wybranych. Na tych, którzy poczuli się dorośli i odpowiedzialni w próbie zapanowania nad powstałym chaosem i na tych, którzy pozostali dziećmi obarczającymi starszych swoimi problemami i roszczeniami. Na tych normalnych, zakładających Ekipę Ludzi i tych zmutowanych nazywanych pogardliwie trollami, odmieńcami lub mupami. Na tych, którzy próbowali się dostosować do zaistniałych warunków i tych, którzy sobie z nimi nie poradzili, uciekając w świat alkoholu, narkotyków i przemocy. Na tych realizujących własne cele, dyktowane egoistycznymi potrzebami i altruistów dążących do realizacji celów z myślą o całej dziecięcej społeczności.
A w samym środku tych ścierających się grup i jednostek - Sam, mający pod opieką 331 dzieci, a przeciwko sobie agresywną grupę Caine’a. Trudny czas dla piętnastolatka, w którym niektórzy zyskali całkiem nową osobowość. Jedni zmieniali się na lepsze, a drudzy na gorsze. Czas, w którym dawno skończyły się chipsy, ciastka i cukierki, a pojawiło mięso kotów i trawa, a swąd palonego ludzkiego ciała powodował napływanie śliny do buzi. Dziecięcy tłum był głodny, pełen desperacji i bardzo niecierpliwy, ale nie jedyny w ETAP-ie. Kryjąca się w starej sztolni Ciemność była dużo bardziej głodna i niecierpliwa, a przy tym bezwzględna w wykorzystywaniu zwierząt i ludzi do nakarmienia jej.
A wszystko to ukazane w szybko po sobie następujących wydarzeniach, często prowadzonych wielotorowo, wielowątkowo, z niespodziewanymi i nieprzewidywalnymi w skutkach zwrotami akcji podejmowanych przez bohaterów. Tempo przybierające na sile, w miarę zbliżania się do końca powieści, potęgowało odliczanie czasu do zera, rozpoczynające każdy rozdział ze stale nasuwającym się pytaniem: Czym będzie ta "godzina zero"? Ku czemu zdąża uciekający czas? Co się ma wydarzyć na końcu powieści?
I w ogóle do czego zdolny jest autor w następnych częściach serii? Czy przekroczy granicę zachowań ekstremalnych? Co podsunie mu wyobraźnia, która zdawałoby się nie ma granic? Co przyniesie „Faza trzecia – kłamstwa”, planowana na jesień?

 

Wcześniej pisałam o Fazie pierwszej: niepokój.

 

Głód

 

 

Wydawnictwo Jaguar na swojej stronie stworzyło specjalną podstronę dla fanów serii Gone.

 

 

 

Tutaj mogłam zobaczyć i wysłuchać autora serii Gone.
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w lutym w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1019 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi