Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 04 września 2010
Dziewczyny z Hex Hall – Rachel Hawkins

Dziewczyny z Hex Hall – Rachel Hawkins
Przełożyła Agnieszka Fulińska
Wydawnictwo Otwarte , 2010 , 303 strony
Cykl Dziewczyny z Hex Hall ; Tom 1
Literatura amerykańska


Z rezerwą zaczęłam czytać tę książkę. No bo cóż jeszcze można wymyślić w świecie magii wypełnionym po brzegi przez bajarzy istotami o nadludzkich mocach? I faktycznie, pełno w niej demonów, elfów, czarodziejek, czarownic, czarnoksiężników, wilkołaków, duchów, a nawet wampirów. Nic nowego, pomyślałam. I niesłusznie, bo autorka zaskoczyła mnie sprytnym posunięciem przypominającym cykl filmów animowanych "X-man ewolucja". Uczłowieczyła je, dając im osobowość ludzką, czasami również postać, wyposażyła w naście lat, problemy oraz potrzeby temu wiekowi przynależne i charakterystyczne oraz zebrała tę wybuchową mieszankę osobowości w jednym miejscu, a samą akcję umieściła we współczesnym mi czasie. W Hekate Hall przypominającym ośrodek szkolno-wychowawczy nazywany przez mieszkającą i uczącą się w nim młodzież poprawczakiem lub Hex Hall dla nieprzystosowanych dziwolągów. Prodigi w ludzkim społeczeństwie chcące się, za pomocą stowarzyszeń do walki z takimi odmieńcami, całkowicie z nich oczyścić. Dzięki takiemu zabiegowi nie tylko magia w tej powieści była dla mnie pociągająca, spychająca na niebezpieczne manowce mojej wyobraźni wiele wątków, nadająca im niezwykle tajemniczy i pokrętny rozwój, ale również relacje między bohaterami tej zawiłej, pełnej zagadek historii. Rodzinne, przyjacielskie, społeczne i miłosne oraz mechanizmy i emocje nimi rządzące: zależności od pozycji w grupie, władzy nadanej przez moc, nienawiści skłaniającej do złośliwości i prześladowań, współzawodnictwa w zdobywaniu kolejnych stopni wtajemniczenia, zazdrości o chłopaka, zakazanej miłości, sympatii pokonującej barierę podziałów czy trudnej przyjaźni. Wszystko to, co jest tak bliskie współczesnym nastolatkom. Ile bym dała, żeby tam być! Poznać zmiennokształtnych i magicznych, poklepać po karku zaprzyjaźnionego wilkołaka, być uczoną przez nauczyciela-wampira, słyszeć mowę zmanierowanych elfów, iść za kuszącym cieniem zjawy, móc chodzić w powietrzu i oczywiście zawiesić oko na przystojniaku, który potrafi coś więcej niż tylko zręcznie dryblować piłką.
Sophie, której niezamierzona aspołeczność spowodowana magicznymi zdolnościami skazała na wieczną tułaczkę przez kilkanaście stanów, w ostateczności w wieku szesnastu lat trafiła właśnie do tego wyjątkowego miejsca i jak się okazało, o cztery lata za późno. Nic nie wiedząc o swoich zdolnościach, o ojcu i jego rodzinie, po której odziedziczyła nazwisko i przeklętą odmienność, o świecie jej podobnych istot, zdobywanie tych informacji i powolne nadrabianie brakującej wiedzy było wyjątkowo trudne, bolesne i bardzo niebezpieczne. Przy okazji zaplątała się w intrygi snute przez najbardziej wpływowe trio czarownic, zadurzyła się po uszy w najseksowniejszym chłopaku należącym do innej dziewczyny i zaprzyjaźniła się ze współlokatorką, szkolnym wyrzutkiem Jenny – wampirem. I może te dwa obowiązkowe lata do opuszczenia ośrodka upłynęłyby w miarę spokojnie, gdyby nie morderstwa nastoletnich czarownic, które wywołały panikę wśród młodzieży i niepokój wśród nauczycieli. Ktoś chciał zniszczyć ich świat, odebrać prawo do istnienia.
Tempo akcji, nowe pojawiające się znienacka wątki, zmienność osobowości postaci, niepewność ich natury, mnóstwo tajemnic, zagadek, niedopowiedzeń i skomplikowane dzieje zakazanego uczucia to siła tej nieprzewidywalnej historii, na której dalszy ciąg mam ochotę.
A ze zdobytych informacji na oficjalnej stronie cyklu wiem, że ciąg dalszy nastąpi. Ten tom to dopiero pierwsza część losów Sophie, desperacko próbującej się w tym magiczno-realnym świecie odnaleźć.

Tutaj obejrzałam film promujący tę powieść.

 

czwartek, 02 września 2010
Klub Matek Swatek - Ewa Stec

Klub Matek Swatek - Ewa Stec
Wydawnictwo Otwarte , 2010 , 394 strony
Literatura polska


Moja babcia była swatką. Sama wyszła za mąż w wieku piętnastu lat za trzydziestoletniego wówczas dziadka (bardzo szczęśliwie), uważając małżeństwo za sens życia każdego człowieka (no, może oprócz duchownych), a kobiety zwłaszcza. Traktowała kojarzenie par jak misję. Zajęcie i posłannictwo dzisiaj już zapomniane, ale kiedyś bardzo pożyteczne. W świecie bez Internetu, z większą ludzką nieśmiałością do świata i płci przeciwnej, z bardziej sztywnymi i surowymi normami społecznymi, było co robić, o kogo zabiegać, kogo kojarzyć. Kiedy poszłam do szkoły podstawowej, ilekroć ją odwiedzałam, na powitanie zawsze padało pytanie: A kawalera masz? W szkole średniej pytanie zmodyfikowała na: A za mąż kiedy wychodzisz? Na studiach byłam dla niej przypadkiem skazanym na ofiary losu, resztki z pańskiego stołu. W jej wizji życia najlepsze partie były zajęte. Nie dożyła do obecnych czasów, w których spory odsetek singli w naszym społeczeństwie dałby jej zajęcia w nadmiarze, które traktowała jak swoje posłannictwo. Tę rolę przejęły biura matrymonialne, a w tej powieści matki zaniepokojone przedłużającą się wolnością swoich dzieci. Energiczne kobiety, które w oczekiwaniu na szczęście synów i córek? Nie! Na upragnione wnuki, straciły cierpliwość do „fanaberii” singli i założyły Klub Matek Swatek, oferując swoje usługi poprzez takie ogłoszenie:

 

 

Zdesperowana Beata, matka trzydziestoletniej Anki, nauczycielki (ech ten stereotyp starej panny nauczycielki) nauczania początkowego, trafiła tam w jednym, określonym celu: znaleźć mężczyznę życia dla swojej opornej córki, wydać ją za mąż, a potem zostać szczęśliwą babcią. Przyzwyczajona do stałego nadzoru i kontroli życia swojego dziecka, nie widziała problemu ponownej ingerencji w jej sprawy, tym razem intymne. Nie było ważne czego chciała jej córka, jakie było jej pojęcie szczęścia, ona tylko dbała aktywnie o przyszłość swojego potomstwa. Wraz z pozostałymi członkiniami w wieku (jak się same nazywały) menopauzalnym w rozkwicie, zaczęła działać na rzecz przyspieszenia szczęśliwych przypadków, zdarzeń i nowych, „spontanicznych” znajomości. Problemy jakie z tego wyniknęły włącznie z wątkiem sensacyjno-śledczo-kryminalnym, perypetie przez jakie przechodziła Anka, niebezpieczne sytuacje jakie stwarzały podekscytowane tajno-spiskowym działaniem starsze panie, iskrząca ironia i złośliwości na styku świata męsko-damskiego w odwiecznej wojnie płci (szczególnie widziane oczami szkolnych dzieci bohaterki) oraz skomplikowany rozwój uczucia między Anką a poznanym przypadkowo (bez zasługi starających się „swatek” jak na złość) mężczyzną, stworzyły z tej historii dobrą komedię romantyczną z morałem: nasze pojęcie szczęścia może się różnić od rozumienia szczęścia przez innych, a chęć pomocy może przynieść więcej szkody niż pożytku.
Swatką trzeba się urodzić, a samo swatanie jest wyjątkowo misterną, delikatną sztuką łączenia ludzi w pary. Żadne biura matrymonialne ani Kluby Matek Swatek jej nie zastąpią. Życie i tak napisze swój scenariusz i lepiej mu w tym nie przeszkadzać. Zwłaszcza, kiedy jest się bezduszną instytucją lub matką-amatorem tej trudnej sztuki strzelania z łuku Kupidyna.

 

Z zaciekawieniem przeczytałam wywiad z autorką powieści, której fragment można przeczytać na stronie wydawnictwa Otwarte.

wtorek, 31 sierpnia 2010
I boję się snów – Wanda Półtawska

I boję się snów – Wanda Półtawska
Wydawca Edycja Świętego Pawła , 2009 , 216 strony
Literatura polska


I bała się snów. Ciemności, która jak pajęczyna oplatała jej umysł wyłapując koszmary z przeszłości. Widziała wtedy w nich olbrzymiego pająka z kosmatymi nogami i twarzą chirurga Fischera, swojego kata, ciągnącego ją za prawą nogę, tę ropiejącą w gipsie, w głąb horroru, o którym nie chciała mówić, opowiadać i myśleć. Ale w naturze nic nie ginie, tym bardziej w psychice człowieka. Wyparte z pamięci, zepchnięte do podświadomości wyłaziły z umysłu, a w nich ona jak mucha, stale uciekająca przed pająkiem-oprawcą w czasie snu. Przy tym jaskrawość tych snów i jakaś olbrzymia plastyczność sprawiały, że nie można było odróżnić czy to sen, czy dalszy ciąg obozu. Więc nie chciała spać, nie mogła. Zaczęła cierpieć na bezsenność ciągnącą się tygodniami, dopóki jej dawna nauczycielka nie poradziła: Wiesz, a spróbuj to napisać. Może pomoże? I zaczęła pisać, tylko dla siebie, do szuflady. O eksperymentach medycznych prowadzonych na więźniarkach obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, o lęku przed utratą życia, cierpieniu bez znieczulenia na stole operacyjnym, bólu jątrzących się ran, gorączce walczącego ciała z infekcją, głodzie na granicy śmierci, ukrywaniu się w obozie i graniu w straszną grę w chowanego do wyzwolenia obozu, w której stawką było życie w ostatecznej likwidacji wszystkich „królików doświadczalnych”. Świadków tych zbrodniczych badań, które na całe życie pozostawiły blizny w psychice i na nogach tych kobiet.

 

 

 

Ale było coś, co mnie urzekło w koszmarze tych wspomnień. Niezwykły, jak na obozowe warunki, obraz przyjaźni między dwiema dziewczynami: autorką wspomnień Wandą i spotkaną w więzieniu Krysią. Bezinteresownej, bezgranicznej, siostrzanej i co ciekawe ratującej życie obu dziewczynom. To ona pomogła im trwać. Wzajemna troska mobilizowała do walki o przetrwanie. Odpowiedzialność jedna za drugą nie pozwalała zrezygnować z życia, poddać się beznadziei. Wyjątkowe, niezwykłe oddanie się drugiemu człowiekowi w morzu jednostkowego egoizmu w wyścigu ku życiu.
Krysia swoje wspomnienia umieściła w zbiorowym wydaniu przeżyć współwięźniarek w książce pod wspólnym tytułem „Ponad ludzką miarę” , którą czytałam bardzo dawno temu. Wanda swoje wspomnienia, spisane tuż po wojnie, wydała osobno w latach 60. Obie książki tworzą dopełniającą się całość wstrząsającego dokumentu doświadczeń klinicznych w zakażeniach oraz operacjach kostnych, mięśniowych i nerwowych na więźniarkach obozu koncentracyjnego w Ravensbrück.

 

 

Portret autorki wykonany 6.08.1943 roku w obozie przez współwięźniarkę Jadwigę Pietkiewiczową.

niedziela, 29 sierpnia 2010
Przedostatnie marzenie – Angela Becerra

Przedostatnie marzenie – Angela Becerra
Przełożyła Elżbieta Komarnicka
Wydawnictwo Świat Książki , 2008 , 492 strony
Literatura hiszpańska


   Magia, czułość i namiętność – kusił napis na książce.
    Obiecanki, cacanki, a czytelnikowi radość! – odpowiadam. A zaczęło się tak tajemniczo i zachęcająco. Zaryzykowałabym nawet określenie romantycznie i arcyciekawie, o ile scena podwójnego samobójstwa sędziwych kochanków splecionych w miłosnych objęciach i z wyrazami szczęścia na twarzy , w strojach weselnych, gdzie welon panny już nie takiej młodej ścielił się po wszystkich pomieszczeniach mieszkania, od razu na pierwszej stronie może taką być. Raczej przyczyny i dochodzenie do nich, zbadanie, co tak bardzo łączyło dwoje starych ludzi, że zdobyli się na taki krok.(...) Jaki rodzaj miłości można przeżywać w wieku osiemdziesięciu lat, żeby tak umrzeć? Razem z inspektorem Ulladą uwielbiającym oglądać i płakać na filmie Co się zdarzyło w Madison County i szukać romantyzmu w protokole sekcji zwłok (tutaj zapaliła mi się pierwsza lampka ostrzegawcza!), zaczęłam grzebać w przeszłości kochanków. Węszyłam jak pies tropiący, śledziłam losy głównych bohaterów, aż zgubiłam ślad i inspektora, zatrzymując się myślami w lodówce i przegrzebując jej zawartość w poszukiwaniu dobrego żarełka, dopóki słowo „ślub” nie ściągnęło mnie z powrotem do Barcelony, miejsca akcji. Ślub? Jaki? Gdzie?! Przecież było samobójstwo, prawie seryjne! I co ja robię na 10. stronie? Zaczęłam czytać jeszcze raz. Jednak ślub. W trumnach! Może jakiś hardcorowy, oryginalny – pomyślałam tolerancyjnie – państwo młodzi w trumnach, a weselnicy w strojach żałobnych? Czytam jeszcze raz. Nie. Najprawdziwszy, poważny ślub nekrofilski. Nieboszczycy (wspomniani wcześniej samobójcy) w trumnach, a welon „panny młodej” tym razem ścielił się przez cały kościół. Brwi uniosły mi się w zadziwieniu pod nasadę grzywki i gdyby nie włosy, zjechałyby mi na potylicę. A potem czytam, że po ceremonii ślubnej odbył się pogrzeb tego wesela! Szybko zamknęłam książkę, bojąc się, że brwi zostaną mi z tyłu na wieczność, nie mogąc w zadziwieniu znaleźć drogi powrotnej nad oczy i będę napięta jak po liftingu. Odłożyłam przestraszona książkę, przez cały dzień tłumacząc sobie, że może powinnam dać się powoli wprowadzić w treść, w atmosferę, przyzwyczaić do stylu (egzaltowanego!), języka (elfów!), do wyobraźni pisarki. Zwłaszcza wyobraźni – skwapliwie skwitowało to ostatnie moje drugie, sceptyczne i zniechęcone ja. Uzbroiłam się więc w cierpliwość, stoicki spokój i opanowanie. Zwiększyłam sobie pojemność wyobraźni wirtualnej (realnej mi zabrakło) i zajrzałam ponownie do książki, która zdążyła po 10 stronach stać się moim prywatnym wyzwaniem czytelniczym.
    Nic z tego!
    Już po chwili w zaskoczeniu lewa brew uniosła mi się ku górze, że ta wielka, ponadczasowa, obiecywana miłość to zadurzenie czternastolatki i dwa lata starszego od niej chłopca. Prawy kącik ust uniósł mi się w półuśmiechu, kiedy zapewniana magia była objawieniami ukochanej pod postacią Matki Boskiej sunącej w powietrzu, utkanej z powietrza. Chłopak daaaawno musiał nie być u okulisty. W sceptycznym grymasie rozjechały mi się zaciśnięte usta, kiedy czytałam o namiętności jednego pocałunku przez całą noc, rozkrwawiającego wargi kochanków. Nie wiem czy to ostatnie słowo nie jest nadużyciem sądząc po ich miłosnych dokonaniach.
    Skrajności w opisywaniu skali zdarzeń i cech bohaterów w tym dwutorowo rozgrywającym się czasie powieści (współcześnie oraz w latach 30. i późniejszych) były zawsze rażąco kontrastowe. Nic nie było dobre, piękne czy znane, ale najlepsze, najpiękniejsze i najsłynniejsze. Przedrostek „naj” robił w powieści oszałamiającą, cudowną, najwspanialszą i niespotykaną w całym wszechświecie karierę, używając ulubionych określeń narratora. Kontrast między dobrem a złem był porażający, abym przez przypadek nie pomyliła jednego z drugim. Prawdopodobieństwo zdarzeń i zachowań bohaterów niemożliwa do zaistnienia lub spełnienia. Moja wyobraźnia nie dorównywała autorce, chociaż bardzo się starałam zobaczyć napiętą i młodą skórę na szyi osiemdziesięcioletniej staruszki, akt miłosny w pozycji leżącej na klawiszach fortepianu wygrywający muzykę (może jakaś niestandardowa szerokość klawiszy?), serdeczną sól na policzkach, dozgonną miłość barwiącą siatkówkę oczu, trzydziestodwuletniego prawie chłopaka (nie mężczyznę), samostrojący się fortepian czy wskrzeszenie umarłego w śpiączce człowieka. Naprawdę bardzo się starałam, ale przy natłoku takich scen, dalsze napinanie mózgu groziło udarem. Czytanie powieści przeszło w czytanie bajki.
    Pożyczyłam tę książkę od mojej zaprzyjaźnionej młodzieży, która opowiadała mi o niej ze wzruszeniem w głosie i łzami w oczach. To mój drugi romans w ostatnim roku. O pierwszym napisałam frapująco, jak określiła to bsmietanka, a drugi sarkastycznie, jak sama to określam. Muszę prawdzie spojrzeć w oczy i wysnuć bolesny wniosek – wapnieję! Postarałam się więc wyłuskać chociaż jedną myśl godną zapamiętania i znalazłam ją: Czas jest jak sęp, który wydziobuje nam życie. Ale zaraz odezwało się we mnie to drugie, złośliwe ja i sparafrazowało: Są książki jak sępy, które wydziobują mi czas. Potrzebuję romansu-antidotum na potwierdzenie, że nadal żyje we mnie dusza romantyczna. Jest taki, który przywróci mi tę pewność?

piątek, 27 sierpnia 2010
Porozmawiaj ze mną - Eduardo Mendicutti

Porozmawiaj ze mną - Eduardo Mendicutti
Przełożyła Bogumiła Wyrzykowska
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2010 , 280 stron
Literatura hiszpańska


   Nerczan odkąd pamięta stale mówił. Bardzo dużo. Nie lubił nie mówić. Nie lubił ciszy nasączonej goryczą myśli, w której podniebienie robi się szorstkie jak druciak, język i usta puchną, a zęby pękają. Uważał, że Mówienie jest jak zamiatanie domu. Jak mycie szyb (...) Jak wietrzenie sypialni albo usuwanie nalotu z wanny. Więc mówił. Musiał. Zabijał dźwiękiem słów zwodniczą, fałszywą ciszę, skrywającą jego myśli, poglądy, pragnienia, emocje i jego samego. Odwróconego, kochającego inaczej, cerowaną dziurę, geja jak nazywali go inni. Gównianą ciotę jak pogardliwie określał go ojciec, do końca życia niepogodzony z odmiennością syna. Ale to mówienie było tak naprawdę jak gadanie niemowy, bez składu i ładu tylko po to, żeby trzymać fason z braku innego sposobu na przetrwanie, na dożycie do tych 76. urodzin, kiedy nie ma się już nic do stracenia i czasów, w których nareszcie można być widocznym i słyszanym, nareszcie zacząć opowiadać o sobie i jemu podobnych. Żyjących na marginesie hiszpańskiego społeczeństwa lub ukrywających się w szanowanych rolach społecznych: ojców, mężów, księży, urzędników. Znakomitości we wszystkich profesjach, nie tylko w dziedzinie dekorowania wystaw, makijażu, robienia manikiuru w czym specjalizował się Nerczan. Dożycie do czasów, w których homoseksualista może mieć ulicę swojego imienia. Nie byle jaką ulicę, ale tę, która do tej pory była dla niego symbolem własnego cierpienia, posiadającą wymowną nazwę: Milczenia.
    Walka o zmianę nazwy, osobista konkwista w imieniu jemu podobnych, zadośćuczynienie dla wielu tych, którym było ciężko tylko dlatego, że byli tacy, jacy byli, stała się dla głównego bohatera okazją do gorzkich wspomnień, do stawiania retorycznych pytań, porównań dawnych czasów z nowymi, podsumowań własnego życia i podwójnej moralności mieszkańców miasta Al Algaidy, w którym żyje. Jego monolog wspomnień przeplatany komentarzami do wydarzeń współczesnych czy wykonywanych właśnie czynności, emocjonalny, serdeczny, szczery, z odrobiną humoru, mówiony językiem charakterystycznym tylko dla Nerczana, pełnym ciepłych zwrotów i określeń kierowanych do bliskich, neologizmów rozumianych tylko przez niepełnosprawną siostrę Antonię, zagęszczony (i tu uwaga!) gwarą śląską, wtrąceniami z języka angielskiego i hiszpańskimi nazwami ulic, nazwisk czy imion, uzależnił mnie jak narkotyczna mieszanka.
    Całość tworzy niezwykle barwną osobowość starszego pana, która mnie zauroczyła. Tak inna od stereotypu współczesnego homoseksualisty kreślonego w dotychczas czytanej przez mnie literaturze. Chciałam go słuchać. Chciałam wiedzieć co myśli, co czuje i dlaczego, gdy był małym chłopcem, próbował dokonać samokastracji. A to pierwszy krok do rozmowy, do dialogu, do spełnienia tytułowej prośby - porozmawiaj ze mną...
    Chętnie.

Nie znam hiszpańskiego, abym mogła dowiedzieć się co mówi o książce jej autor, ale podoba mi się okładka sugerująca, poprzez inny pryzmat niż wydanie polskie, jej zawartość. Chciałabym też posłuchać jej czytanej przez lektora i wiem, że ten, który podejmie się tego wyzwania, będzie musiał być bardzo dobrym aktorem, bo ten monolog to wyzwanie dla umiejętności zawodowych. Ja chciałabym go usłyszeć w wykonaniu Artura Barcisia.

środa, 25 sierpnia 2010
Jak elegancko rozstać się z zakochaną kobietą - Adam Soboczynski

Jak elegancko rozstać się z zakochaną kobietą: albo o sztuce nakładania masek – Adam Soboczynski
Przełożyła Małgorzata Bochwic-Ivanovska
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2010 , 158 stron
Literatura niemiecka


Dawno temu czytałam bardzo ciekawą książkę z zakresu psychologii społecznej „W co grają ludzie” Erica Berne’a, dlatego zaintrygował mnie ten chwytliwy tytuł. Bezpośredni i nieukrywający treści, sugerujący mi jej łatwość i dostępność skierowaną do każdego.
I takim ten swoisty poradnik jest.
Nie aspiruje do książki popularnonaukowej, nie posługuje się terminami naukowymi, nie wyjaśnia mechanizmów relacji międzyludzkich, a sam autor nie jest socjologiem czy psychologiem z wykształcenia. Jest dziennikarzem i z racji wykonywanego zawodu ma okazję obserwować i przyglądać się zachowaniom ludzi, ich misternej sztuce nakładania masek w różnorodnych sytuacjach. Nasuwające się wnioski i przemyślenia zebrał i umieścił w postaci prostych rad w 33 krótkich opowiastkach o tym, jak zręcznie unikać intryg i życiowych pułapek, bo według niego życie jest polem minowym, na którym udawanie warunkuje awans społeczny, a współcześnie sukces (jakikolwiek - od małego do spektakularnego) osiąga tylko człowiek elastyczny, mobilny, szybko reagujący i łatwo adaptujący się do zmiennych warunków społecznych, będący jak kameleon, przybierający kolor kamienia, na którym siedzi. Niektóre z opowiadań kończy podsumowaniem i radą, w innych obszerniej omawia problem ukazując jego złożoność, by z kilkoma pozostawić czytelnika sam na sam ze zdobytą wiedzą do przemyślenia i do samodzielnego wysnucia wniosku. Wszystkie natomiast zawierają inscenizacje sytuacji powszechnie spotykanych zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym, a czytający je może się samemu w nich odnaleźć czy utożsamić z ich bohaterami. Ci ostatni łączą wszystkie opowiadania, stwarzając iluzję opowieści w obrębie jednej, ale różnorodnej grupy społecznej oraz okazję do ujrzenia opisywanego problemu z wielu punktów widzenia jej członków. Jednocześnie ukazuje bardzo ważny aspekt moralny ludzkiego postępowania: to co dla jednego jest drogą do osiągnięcia celu, dla innego może być krzywdzącą go manipulacją. Wybór i umiejętność łączenia tych dwóch pozornie sprzecznych ze sobą interesów - nie dać sobie zaszkodzić, ale i oszczędzić innych - świadczy o wirtuozerii w sztuce zakładania masek.
Jak to osiągnąć?
Na to pytanie odpowiada autor tej książki, przekonany i przekonujący, że Cholerycy to przeżytek, przyszłość należy do czarujących.

 

 

W Niemczech autor zadebiutował książką, znaną zwłaszcza wśród tamtejszej Polonii, "Polski Tango: podróż przez Niemcy i Polskę", a ponieważ nie doczekała się tłumaczenia, przeczytałam o niej w artykule Czarodziejskie słówko "załatwić", przedrukowanym z Süddeutsche Zeitung.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Dom na Zanzibarze – Dorota Katende

Dom na Zanzibarze – Dorota Katende
Wydawnictwo Otwarte , 2009 , 286 stron
Literatura polska


Nie będę obiektywna pisząc o tej książce. Nie mogę. Nie pozwalają mi na to własne wspomnienia z ponad miesięcznego pobytu na Zanzibarze.

 

 

Właśnie dlatego zabrałam ją z księgarskiej półki w pewien szary, deszczowy, październikowy dzień. Chciałam odnaleźć dobrze znane sobie miejsca, porównać wrażenia, zachwyty, zadziwienia.
Znalazłam to wszystko z naddatkiem dopiero w to lato, kiedy nad Polskę zawitało upalne, afrykańskie powietrze znad tego kontynentu. To najbardziej dla mnie odpowiedni moment na wspomnienia, na powrót intensywnych wrażeń.
Zanurzyłam się w gorące powietrze wyspy skąpanej w słońcu, które umożliwia wyjście z domu na zakupy dopiero po godzinie piętnastej. Znowu widziałam przed sobą zachód słońca w porcie równo o godzinie osiemnastej, mając za sobą fort Kamiennego Miasta, z którego dawniej wywożono Afrykańczyków z kontynentu w świat, w niewolę. Przyglądałam się gwarowi bazaru spowitego ciemnością nocy rozświetlonej oliwnymi lampkami, dymem pieczonego mięsa kalmarów, wonią intensywnych aromatów przypraw, popijając świeżo wyciśnięty sok z trzciny cukrowej. Słyszałam wołanie muezina wzywające wiernych do modlitwy o piątej nad ranem, wybudzającym mnie z głębokiego snu przez pierwszy tydzień pobytu. Leżąc wsłuchiwałam się w ten śpiewny ton, czując historię tysięcy lat w jego niezmienności. Znowu poczułam zapachy kadzidła, wonnych olejków, drewna czy owoców, które można było kupić, w przeliczeniu na złotówki, za grosze od przydrożnych sprzedawców. Szaloną jazdę, jak na moje standardy bezpieczeństwa, miejscowym środkiem komunikacji, do którego można było wsiąść i wysiąść w dowolnym punkcie trasy, a obsługujący, sobie tylko znanym systemem uderzeń metalowym przedmiotem w obudowę samochodu, sygnalizował potrzeby pasażerów, a nawet kierunek jazdy. I też czując się naga tak, jak autorka wspomnień, wśród noszących chusty na głowach kobiet, kupiłam tradycyjną kangę, próbując w niej chodzić jak mieszkanka wyspy, starając się nie wyróżniać „golizną” w tłumie, jednocześnie żałując, że nie mogłam sobie kupić również charakterystycznego kołysania biodrami podczas chodzenia. Z tym niestety trzeba się już urodzić.
I to jedzenie!
Nowe smaki: ryby królewskiej, sambusi czy słodkiego jak cukier ziemniaka. Zapach ryżu basmati z tegorocznych zbiorów. Mix doznań potraw, których nazw nie byłam w stanie zapamiętać. Owoce próbowane pierwszy raz w życiu czy choćby te znane mi z Polski, a smakujące trochę inaczej, pełniej, bardziej słodko w niespiesznym dojrzewaniu w słońcu i miejscu, w którym wyrosły. Zrobiłam sobie również ozdobny tatuaż henną na dłoniach:

 

 

O którym opowiada autorka opisując zwyczaje i obyczaje Zanzibarczyków. Ludzi niezwykle uprzejmych, przyjaznych, uczciwych, otwartych i komunikatywnych.
To tylko drobna część morza wspomnień wydobytych przez autorkę z mojej pamięci muzungu, człowieka będącego tam tylko chwilę, przejazdem. Bo jak się okazuje trochę inaczej wygląda tam życie, gdy tak jak autorka, zamieszka się na stałe, kupując kawałek ziemi i budując na niej dom, próbując jednocześnie wtopić się w miejscową społeczność. Nie jest lekko w tym raju. Trzeba zawsze pamiętać, że jest się przede wszystkim gościem w kulturze, w której świadomość krzywd uczynionych przez białych jest duża. O tym też jest w tej opowieści.
Ta książka oprócz walorów podróżniczych, poznawczych jest również historią o niezwykłej kobiecie. O poszukiwaniu przez nią celu w życiu, jego sensu, własnego szczęścia, kawałka raju na ziemi, o spełnianiu marzeń i pragnień, o trudnej drodze do samorealizacji. Na swój sposób trochę nawet ekshibicjonistyczna, zwłaszcza w odkrywaniu bardzo prywatnych, intymnych spraw z życia małżeńskiego z kolejnymi czterema partnerami. Ale może na tym polega siła jej przesłania. Na szczerości do bólu, na umożliwieniu utożsamienia się milionom czytelniczek z bohaterką w sięganiu do gwiazd. Bo można tak, jak Wojciech Cejrowski sprzedać lodówkę i wyruszyć w świat po przygodę, a można kupić kawałek ziemi na końcu świata, zbudować tam dom i zacząć zupełnie nowe życie, znajdując tam szczęście. Pani Dorota je znalazła. Uporem, determinacją, konsekwencją i odrobiną szaleństwa z zagubionej, zrezygnowanej, nieszczęśliwej, zawiedzionej kobiety, potwornie zmęczonej, od czternastu lat nieprzerwanie pracującej, rodzącej i wychowującej dzieci, zamieniła się w spełnioną kobietę. Mającą wszystko o czym marzyła: dom na rajskiej wyspie, własne biuro turystyczne Safari Travel, szczęśliwe dzieci i miłość kochanego mężczyzny.

 

 

Kto by pomyślał, że jest to ta sama kobieta? Na początku swojej przygody życia i w czasie jej trwania.
No i ta oprawa graficzna książki!
Piękna i egzotyczna. Z dużą ilością fotografii. Biorąc ją do rąk miałam wrażenie, że spomiędzy wysuszonych do szarości stron od słońca i wiatru, zaraz wysypie się plażowy piasek:

 

 

Dokładnie taki, jak kolor palmowych pni i ich suchych liści używanych do pokrycia dachów:

 

 

Ta książka na swój sposób zawiera również taką moją odrobinę słońca, kawałek Afryki, skrawek miejsca, z którego przywiozłam same dobre wspomnienia. Od czasu do czasu otwieram stronę Dom na Zanzibarze tylko po to, by posłuchać szumu oceanu.

 

Dla zobiektywizowania moich wrażeń przeczytałam recenzje na nie - Padmy i na tak - Miss Jacobs Library.

 

Dom na Zanzibarze [Dorota Katende]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 21 sierpnia 2010
Tak daleko jak nogi poniosą - Josef Martin Bauer

Tak daleko jak nogi poniosą - Josef Martin Bauer
Przełożył Wojciech Szreniawski
Wydawnictwo Sprzedaż Dobrej Książki , 2010 , 344 strony
Literatura niemiecka


O jej istnieniu dowiedziałam się od Matylda_ab, która zostawiła mi informację o ekranizacji tej powieści w komentarzu do mojego wpisu o podobnej tematyce - ucieczka więźnia z łagru opisanego przez Sławomira Rawicza w powieści Długi marsz. Kiedy więc zobaczyłam jej tytuł w katalogu Klubu Dla Ciebie, wybór był szybki i zdecydowany. Musiałam ją mieć!
Sama książka okazała się być nietypową. Autor napisał właściwie powieść opartą na faktach z narratorem opowiadającym o losie głównego bohatera, a nie bezpośrednią relację uczestnika ucieczki w postaci wspomnień czy dziennika. Główny bohater ma zmienione nazwisko zgodnie z życzeniem pierwowzoru. Do połowy opowieści nie wiedziałam też, który z pojmanych niemieckich jeńców wojennych w 1945 roku i wiezionych do łagru na Przylądek Dnieżniewa Półwyspu Czukockiego na wschodnim krańcu Azji, zostanie tym, któremu uda się uciec. Zwłaszcza, że nie był jedynym próbującym zbiec. Sam łagier odbiegał od znanych mi z opisów w literaturze. Mieścił się w górze z rudą ołowiu. To w niej mieszkali jeńcy. Tania siła robocza żyjąca jak krety w wydrążonych kawernach i ręcznie pracująca w niżej położonych sztolniach, wydobywając na powierzchnię rudę. Sami więźniowie wychodzili rzadko. Czasami miesiącami nie widywali słońca, nieba i horyzontu cierpiąc na klaustrofobię i ołowicę. Jedyną drogą do dłuższego pobytu na świeżym powietrzu, oprócz śmierci, była choroba i pobyt w szpitalnym budynku położonym w pobliżu góry. Tam pracował niemiecki lekarz, również jeniec i to on pomógł uciec z obozu głównemu bohaterowi. To on wybrał go do roli zbiega uznając, że miłość do żony i dzieci kandydata będzie wystarczająco silnym motywem gwarantującym powodzenie ucieczki. Nie mylił się, chociaż nie przewidział, że potrwa ona aż trzy lata i dwa miesiące, od końca 1949 do 1952 roku, obejmując dystans 14 tysięcy kilometrów.
Dlaczego tak długo, skoro niemiecki lekarz w najgorszej wersji przewidywał dwa lata?
Nie przewidział jednego. Nie mógł, bo nie znał Syberii i jej niebezpiecznego wpływu na psychikę człowieka, który się w niej zatracił. Po skrajnie trudnym i ciężkim okresie balansowania na granicy śmierci i życia w ekstremalnych warunkach takiego zimnego pustkowia:

 

 

tak dobrze przystosował się do dyktowanych przez naturę warunków, tak rozsmakował się w poszukiwaniu złota, w polowaniu na dzikie zwierzęta, że zapomniał dokąd i po co szedł. Odkrył w sobie ochotę do zyskownej przygody polowania i im większy staje się stos niegarbowanych skór na saniach z poczwórnym zaprzęgiem, tym mniej czuje ziąb, obcość, zagrożenie i beznadziejność. Bo Syberia zatrzymuje ludzi dla siebie. Zabiega o nich, zachwyca straszliwą surowością, a nienawiść i strach przemienia w dziwaczną miłość. Pochwyceni zapominają o swej tęsknocie. Od tego momentu powieść nabrała cech bardzo dobrej sensacji: ciągłej ucieczki nie tylko przed funkcjonariuszami MWD, ale i innymi zbiegami, układów z ludźmi wyjętymi spod prawa, ukrywania się wśród ludów Jakutów i Korjaków, stałej niepewności okazywanej przyjaźni i życzliwości, konieczności walki o życie i byt. Nauczył się żyć jak zbój. Kłamać jak Ormianin. Kraść jak łajdak na warunkowym. i zabijać za bryłkę złota. Żył jak motłoch, z odpadów porządku i nadużywając dobroci innych. Tak wyglądał człowiek, nadporucznik, mężczyzna z dobrego domu, żonaty, ojciec dwojga dzieci, wychowany w uczciwości, gotów niegdyś zrobić wszystko dla rodziny i powrotu do ojczyzny, po ponad dwóch latach tułaczki.
Do Niemiec wrócił przedostając się przez granicę z Iranem i tam, w najbliższym miasteczku, zgłaszając się na policyjną komendę, poprosił o azyl błagając, by władze nie wydały go Rosjanom. Był wolny, ale nie wrócił taki, jakim był przedtem. Po latach życia w ołowiu stracił zdolność rozróżniania kolorów. A długie miesiące spędzone w samotności i wśród dzikich zwierząt zmieniły jego sposób odbierania świata. Ciągła obawa, lęk i strach, odczuwany do dziś, nadal nie pozwalają mu na ujawnianie swojego prawdziwego nazwiska.
Fascynująca ucieczka ku wolności okupionej dalszym życiem w ukryciu, z ranami na duszy i bliznami na ciele.

 

 

Tutaj zobaczyłam fragmenty wspomnianej wcześniej ekranizacji tej powieści.

czwartek, 19 sierpnia 2010
Czy ten rudy kot to pies? – Olga Rudnicka

Czy ten rudy kot to pies? – Olga Rudnicka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2009 , 232 strony
Literatura polska


Wszystko w tej kontynuacji Martwego Jeziora (no może usunęłabym te wodne cienie w tle) jest lepsze: okładka, przewrotny tytuł i sama fabuła. Ta ostatnia dzięki ogromnej dawce humoru wniesionej przez nową, główną bohaterkę Ulkę, do tej pory schowanej w cieniu swojej przyjaciółki Beaty. Polubiłam w tej dziewczynie wszystko to, co składało się na jej ogromne poczucie humoru i niebywały talent do wywoływania apokaliptycznego zamieszania wokół siebie: roztrzepanie, cywilną odwagę, łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi, miłość do zwierząt, serce na dłoni, wrażliwość na czyjąkolwiek krzywdę, talent do wplątywania się w kryzysowe sytuacje, kreatywność, pozytywne szaleństwo w oczach, nieszkodliwą naiwność, łatwowierność w kontaktach damsko-męskich, pomysłowość na granicy szaleństwa, wyobraźnię. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Po prostu idealna i oddana przyjaciółka, która w przedziwnych (ale nie dla niej samej) okolicznościach wyjaśnia tajemnicę rodową Beaty, a przy okazji, oczywiście przez zupełny przypadek, pozwala usidlić swoje serce mrukliwemu (przynajmniej na początku znajomości) przystojniakowi po przejściach.
Humor słowny i sytuacyjny, lekki i niewymuszony z wątkiem kryminalnym w powieściach pisarki, stał się powodem podejrzenia o inspiracje powieściami Joanny Chmielewskiej. Wykorzystałam spotkanie autorskie , aby ten mit potwierdzić lub obalić. I tak jak przypuszczałam, zarzuty okazały się bezpodstawne. Olga Rudnicka przyznała się do „przestępstwa” przeczytania 1 (słownie: jednej) powieści Joanny Chmielewskiej i to tuż przed ukazaniem się jej debiutanckiej powieści. Ale, jak czytam w wywiadzie autorskim, zdążyła już te luki czytelnicze uzupełnić. Poza tym przyglądając się tej rozgestykulowanej, uśmiechniętej, rozemocjonowanej dziewczynie i przysłuchując się jej wypowiedziom i opowieściom z ogromnym przymrużeniem oka, widziałam Ulkę. Aż tyle w niej było z bohaterki, a może odwrotnie? Nigdy nie pomyślałabym, żeby mając taką osobowość i własne źródło radości życia móc chcieć czerpać od innych. To się po prostu ma i potrafi lub nie. Olga Rudnicka z pewnością do takich szczęśliwców należy.

 

 

 

Pani Olga Rudnicka przyznała się, że pozowanie do zdjęć bardzo ją onieśmiela.

 

 

 

Autorka prowadzi własny blog, którego wpisy poprawiają humor.

 

Czy ten rudy kot to pies? [Olga Rudnicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 17 sierpnia 2010
Martwe Jezioro - Olga Rudnicka

Martwe Jezioro - Olga Rudnicka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2008 , 240 stron
Literatura polska


Mam wyjątkowe szczęście do wysłuchiwania historii pisanych przez los. Opowiadanych mi przez przypadkowych ludzi. Osób poznawanych i znanych tylko na czas ich trwania. Zarówno tych smutnych, przepełnionych bólem i żalem, jak i tych z radośniejszej strony życia.
Tym razem nie było przypadku. Otrzymałam oficjalne zaproszenie na spotkanie z osobą, która takie zawiłe koleje ludzkich dziejów tworzy i utrwala w słowie drukowanym.

 

 

A w nim taką informację o gościu wieczoru literackiego:

 

 

Po której przeczytaniu zwątpiłam, czy tak młoda dziewczyna potrafi stworzyć równie prawdopodobne i ciekawe historie jak te opowiadane przez przypadkowych ludzi z bagażem doświadczeń? Tego mogłam się tylko dowiedzieć sięgając po jej powieść i muszę przyznać, że „Martwe Jezioro” to udany debiut wpisujący się w literaturę popularną. Zresztą autorka ma tego świadomość, często używając na spotkaniu określenia wobec swoich powieści – moje czytadła.
Historię głównej bohaterki Beaty, od zawsze traktowanej w rodzinie jak obcą, uwikłaną w tajemnicę jej zjawienia się wśród Rostowskich, przeczytałam w jeden wieczór. Współczesna wersja Kopciuszka , ale jak się okazało po rozwikłaniu zagadki, wokół której osnuta jest fabuła, dużo tragiczniejsza niż w bajce. Myślę, że gdyby nie spotkanie autorskie, do którego zawsze czuję się zobowiązana przygotować czytelniczo, nie sięgnęłabym po nią z własnej woli, ponieważ tekst widniejący na okładce zapowiadał kryminał, a te czytam rzadko. Zapytałam wiec autorkę o tę mylącą informację. Okazało się, że nie miała na to wpływu. A efekt jest taki, że miłośnicy kryminałów mogą czuć się zawiedzeni (drugoplanowa postać detektywa i wypadek samochodowy nie czyni jeszcze z powieści kryminału), a docelowy odbiorca (nieprzepadający za tego typu książkami) może ją odrzucić w wyborze lektury. I to jest dobry przykład, jak można bardziej zaszkodzić debiutującemu pisarzowi niż mu pomóc.

 

 

A sama Pani Olga Rudnicka okazała się być komunikatywną, bezpośrednią,rozgadaną,roześmiana,niezwykle żywiołową osobą, zdystansowaną do siebie i swojej twórczości i posiadającą to co cenię u pisarzy w bezpośrednim kontakcie najbardziej - szacunek dla czytelnika.

 

 

Przede mną kontynuacja tej opowieści „Czy ten rudy kot to pies?”, leżącej w stosiku książek podpisywanych przez autorkę.

 

Martwe jezioro [Olga Rudnicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w październiku w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1105 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi