Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
piątek, 02 lipca 2010
Maskarada – Melissa de la Cruz

Maskarada – Melissa de la Cruz
Tłumaczenie Małgorzata Kaczarowska
Wydawnictwo Jaguar , 2010 , 319 stron
Cykl Błękitnokrwiści , tom 2
Literatura amerykańska


Troszkę się obawiałam czy drugi tom tego cyklu dorówna pierwszemu. Zupełnie niepotrzebnie! Wyobraźnia autorki okazała się nie mieć granic. Jednocześnie, w trosce o moją pamięć w kilkumiesięcznym oczekiwaniu na dalszą część opowieści, przypomniała mi na początkowych stronach istotne i najważniejsze fakty o elicie błękitnokrwistych z Manhattanu. Dlatego początek tej części historii rozpoczęła spokojnymi narracjami trzech dziewczyn: Schuyler, Bliss i Mimi.
Pierwsza, pół człowiek, pół wampir, całkowicie osierocona po odejściu jej babki Cordelii, postanawia dotrzymać danej jej obietnicy i odnaleźć swojego dziadka Lawrence’a Van Alena, przebywającego na dobrowolnym wygnaniu w Wenecji, a który jako jedyny wie jak pokonać srebrnokrwistych. Pomaga jej w tym oddany zausznik-przyjaciel Oliver. Czy im się uda?
Bliss zakochana tęskni za Dylanem i wierzy, że żyje, że się odnajdzie i wróci do niej. Czy aby na pewno?
Mimi nie zmieniła się. Pozostała „czarną owcą” towarzystwa skupiając się na doprowadzeniu do ceremonii odnowienia świętej więzi Bliźniaczych Aniołów Apokalipsy z Jackiem, którego uczucia nie są już takie jednorodne, zdecydowane, jednoznaczne i na wyłączność siostry. Do jakich zakazanych czynów posunie się Mimi, by osiągnąć upragniony cel? Czy Jack będzie miał dość siły by oprzeć się zakazanemu uczuciu do Schuyler?
Na te i wiele pytań, które mnożą się w zastraszającym tempie (i dobrze!) odpowiada szybko rozgrywająca się akcja powieści. W narastającej powoli lawinie wydarzeń, wzajemnych podejrzeń, źle ulokowanych nadziei i uczuć, odkrywanych szokujących tajemnic rodzinnych, z kolejnymi ofiarami srebrnokrwistych i nowymi, niejednoznacznymi postaciami wprowadzonymi przez autorkę. A żeby opowieść uczynić bardziej tajemniczą, pisarka dopuściła do głosu czwartego narratora z historią z przeszłości w postaci wycinków prasowych takich jak ten:

 

 

 

Włożonych między kartki obecnie toczących się wydarzeń. Tylko na pozór współczesnych, bo ich początki sięgają głęboko w historię, trwają w pamięci potępionych aniołów, odradzających się w kolejnych wcieleniach i tylko nazwy z łaciny używane w ich rozmowach jak: dimidium cognatus, velox, animadvero czy materia acerbus przypominają od jak dawna przebywają na ziemskim wygnaniu , walcząc z Croatanem, Obrzydliwością, srbrnokriwstymi pożerającymi ich krew i wspomnienia, wysuszając i czyniąc więźniami szalonej świadomości.
Walka o przetrwanie trwa i przybiera coraz bardziej bezwzględne formy. A jak głosi przepowiednia Cordelii, Schuyler córka Gabrieli przyniesie nam ocalenie, którego oczekujemy.
Z podekscytowaniem zaglądam do trzeciego tomu „Objawienie”.

 


Byłam ciekawa w jaki sposób w tym tomie zostanie ozdobiona paginacja i jak widać oczywiście nawiązała tematyką do tytułu.

wtorek, 29 czerwca 2010
Tajny agent Jaime Bunda – Pepetela

 

Tajny agent Jaime Bunda: historia pewnych tajemnic – Pepetela
Tłumaczyła Zofia Stanisławska
Wydawnictwo Claroscuro , 2010 , 193 strony
Seria Strefa Cienia
Literatura angolańska


Zmniejszając okładkę tej książki i uzupełniając ją o dane osobowe oraz numer telefonu, mogłabym ją śmiało uznać za idealną wizytówkę głównego bohatera. I wizualnie, i z charakteru. Detektywa z Biura Kryminalnego w stolicy Angoli, którego bardzo wymowne przezwisko – Bunda – określające ponadprzeciętne gabaryty jego tylnej, środkowej części ciała, zastąpiło dwa, zbyt długie, nazwiska znanych i liczących się rodzin luandyjskich. Wzorującego się i czerpiącego wiedzę o pracy agenta z namiętnie czytanych kryminałów Spilane’a, Chandlera i Gardnera, mając w pamięci święte słowa ojca: Nieważne co czytasz.(...) Każda książka czegoś cię nauczy. Stosującego w życiu mądre, złote myśli lekko zmodyfikowane językiem portugalskim i brakiem znajomości łaciny, przybierające między innymi postać: prawo długo trwa i jest spragnione prawa, którego nigdy nie skojarzyłabym z oryginałem: dura lex, sed lex. Nawet kapelusz, który dla kamuflażu mógł zmieniać kolor z szarego na niebieski, był jego charakterystycznym elementem wizerunku.
I takiego największego fajtłapę, dla którego zabicie bzyczącego komara w nocy graniczyło ze sportem wyczynowym z powodu nadmiernej puszystości ciała. Bez widoków na awans. Grzejącego krzesło i obserwującego pracę kolegów, pozwalającym sobie przynieść papierosy z kiosku lub czasami kryć kolegę podczas ważnej akcji. Takiego najmniej docenianego, ledwo zauważalnego w biurze, „góra” wybrała do prowadzenia sprawy zgwałcenia i zamordowania nastoletniej dziewczyny. Muszę dodać, sprawy jak na Bunkier (tak potocznie nazywano biuro), dosyć banalnej. Na co dzień nie zajmującej się tak pospolitymi przestępstwami.
W czym rzecz?
W lupie, którą trzyma bohater. To pod nią , trzymaną w ręku uosobienia humoru, ironii, karykatury i naiwności graniczącej z głupotą, autor pokazał to czego nie widać na pierwszy rzut oka – społeczeństwo Angoli z jego warstwą rządzącą krajem, w którym trwa walka o władzę i jej bogactwa naturalne. Choroby, które tocząc elity rządzące, uniemożliwiają państwu stać się silnym i bezpiecznym miejscem dla jego mieszkańców. Szeroko pojęte koneksje, dzięki którym ludzie bez przygotowania zawodowego wspinają się po szczeblach kariery na szczyty władzy. Wszechobecna korupcja torująca drogę do osiągania osobistych celów. Nielegalny handel diamentami, bronią czy kością słoniową powiększający prywatne fortuny nielicznych. Przemyt narkotyków, najemnych żołnierzy do kolejnego zamachu czy kobiet w niewolę, również seksualną. Bezkarność ludzi polityki, doprowadzających kraj do stanu, w którym Łatwiej znaleźć kałasznikowa niż uczciwego urzędnika. Nepotyzm i kupowanie milczenia w tuszowaniu spraw niewygodnych dla rodziny osoby wpływowej.
Tak z humorem rozpoczęta opowieść kryminalna z czasem, im więcej było widać pod lupą między zdaniami i w dialogach prostych ludzi, zaczynała przybierać postać powieści społecznej z elementami groteski. Smutniej niż śmieszniej brzmiały dla mnie słowa zwykłych obywateli, że owszem, ufają władzy, ale nie mają do niej zaufania. W kraju zawieszonym między wojną a pokojem, w którym nadal ginęli ludzie, a politycy uspokajająco wyjaśniali, że to drobne potyczki, taka ironia miała drugie, głębokie dno, bardzo przystępnie opisane przez Aleksandrę Gutowską w artykule Ideologia odeszła, walka toczy się o bogactwo i władzę.
I zupełnie nie było mi do śmiechu, gdy przeczytałam końcowe słowa Gégé, nic nieznaczącej postaci w tej opowieści: Muszę wszystkim powiedzieć, że wreszcie mają dziennikarza, który opowie światu, co czują i czego chcą spychani na margines zwykli obywatele.
Mam wrażenie, że jest nim Pepetela i Wydawnictwo Claroscuro, które w czerwcu tym debiutem książkowym zapoczątkowało swoją działalność na rynku wydawniczym, a które, sądząc po ambitnych planach wydawniczych w czterech seriach, zamierza informować co dzieje się w szerokim świecie, w innych krajach, wśród obywateli, którym ten głos odebrano.

 

 

 

Pepetela to pseudonim, pod którym kryje się Artus Carlos Maurício Pestana dos Santos, a z którym wywiad można przeczytać w portalu Zbrodnia w Bibliotece. Zdjęcie pochodzi z wolnych zasobów Wkipedii.

sobota, 26 czerwca 2010
Wyprawa do Chiwy - Frederick Burnaby

Wyprawa do Chiwy: podróże i przygody w Azji Środkowej - Frederick Burnaby
Tłumaczył Tomasz Bieroń
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 345 stron
Seria Podróże Retro
Literatura angielska


Przyznaję się!
Biję się w piersi ze skruchą, że wybrałam tę książkę z czystej perfidii "ponabijania się" z autora i jego podróży. Pośmiania się z dawnych czasów kojarzących mi się z infantylnością starych filmów, ze sztywnymi pozami na zdjęciach z przeszłości czy z przedwojennymi piosenkami z charakterystyczną, przedniojęzykową wymową głoski ł. Ze stylem retro wywołującym na mojej twarzy prawostronny uśmieszek tylko jednego kącika ust mądrzejszego człowieka z XXI wieku od człowieka dziewiętnastowiecznego.
I pośmiałam się, ale nie z autora, tylko z autorem. Ten pan z oficjalnej fotografii:

 

 

 

Frederick Burnaby, który zupełnie nie przypomina zarośniętego podróżnika o gabarytach z siłą niedźwiedzia (niemal dwumetrowy wzrost) i prawie stukilową wagą, miał nieprzeciętne poczucie humoru i autoironii. Począwszy od samozdziwienia, że wybrał się w tak daleką podróż z Londynu do Chiwy, miasta leżącego w pobliżu rzeki Amu-darii, w sąsiedztwie niedalekich Indii, a na terenach dzisiejszego Uzbekistanu, w grudniu! W najbardziej niekorzystnym terminie na podróże, a jak potem komentowali tubylcy, w jedną z najcięższych zim jaką pamiętali. Po samokrytykę wyboru dnia, o którym napisał: 30 listopada 1875 roku (...) w jeden z tych przygnębiających dni, kiedy barometr ludzkiego ducha opada do poziomu bliskiego abnegacji.
A wszystko dlatego, że autor musiał koniecznie, ale to koniecznie, dowiedzieć się i zbadać naocznie, dlaczego Rosja zamknęła dostęp cudzoziemcom do tych terenów?
To się nazywa desperacja, dociekliwość i zacięcie w pasji, dodam, na koszt własny!
Wyruszył ubrany „na cebulkę” (nie było cudownych kombinezonów z materiałów kosmicznych) we wszystko co miał i mógł na siebie włożyć (co stanowiło nie lada wyzwanie i przeszkodę w razie nagłej potrzeby fizjologicznej), początkowo pociągiem, z wagonami opalanymi piecykami, tak daleko, jak daleko tory poniosły i się nagle skończyły czyli do Samary. Potem saniami w kształcie trumny, w której ledwo się z tobołami niezbędnymi w podróży mieścił. Po zamarzniętej Wołdze szerokiej jak gościniec królewski i niebezpiecznej jak poligon z saperami ćwiczącymi na niej wysadzanie lodu, przeskakując rozpadliny na tyczce w postaci okutanego tobołka z autorem wspomnień w środku, co było wesołą atrakcją dla okolicznych mieszkańców (dla mnie też!). Dla autora już mniej, ale we wszystkim widział dobre strony – posuwał się do przodu! Potem po skutej lodem i przysypanej metrowym śniegiem ziemi, ciągniętymi saniami raz przez konie, a raz przez wielbłądy (myślałam, że chodzą tylko po pustyni), by potem przesiąść się na karawanę i spać na wielbłądzim grzbiecie przywiązanym do niego czym się dało.
A wszystko to przy blisko minus 38 stopniach Celsujsza trzaskającego mrozu, przeliczając ze skali Réaumura.
Z uporem graniczącym z naiwnością pokonywał niechęć urzędników wydających pozwolenia na przejazd. Spryt wynajmowanych ludzi do pomocy ze skłonnością do oszustwa i wykorzystania niezorientowanego obcokrajowca. Lenistwo zatrudnionych pomocników, w którym najefektywniejsze okazywało się nakopanie im w tylną część ciała, skutkującym natychmiastowo z zapewnieniem poprawy na przyszłość. Odmrożenia obu dłoni, które „leczone” nacieranym śniegiem wywołało u mnie złapanie się za głowę. Niemoc językową i bezradność wpływu na tłumacza, który przekładając komplementy dla kobiet z języka rosyjskiego w poetyce tatarskiej brzmiały: Piękniejsza jesteś niźli owca z grubym ogonem. i Oblicze twe jest najkrąglejsze w całym stadzie, oddech zaś słodszy niźli zapach mięsa baraniego pieczonego na węgłach. I jak tu było mu zdobyć jakąkolwiek kobietę! A przecież mógł. Stan kawalerski mu na to mu pozwalał. Niestety, żadna ze wschodnich piękności pieczeni z serca mu nie zrobiła, jak brzmiało jedno z powiedzeń z okolic Orska. Pokonując trudy rozmrażania prowiantu zamienianego w lity lód, a czasami głód, doceniał gościnność tatarskich gospodarzy częstujących herbatą z solą i tłuszczem, tak ohydnej w smaku, że hamując odruch wymiotny , jednocześnie zachwalał jej wyśmienitość. Walcząc z brudem człowieka wiecznego tułacza i podróżnika na przekór tradycji Rosjan, którzy jemu akurat hołdowali w myśl zasady: człowiek często się myjący to dopiero musi być brudny, skoro chce kąpać się codziennie! Walcząc z lękiem przed balwierzem, który mógł jemu, niewiernemu poderżnąć gardło podczas golenia brody ku uciesze zgromadzonemu wokół nich tłumu mieszkańców Urgencza, z ogromnym zdziwieniem rozprawiających nad zaskakującym obyczajem golenia brody, a nie głowy! Próbując bezskutecznie sprostać wielkiej namiętności Rosjan do wódki, która według jednego z oficerów rosyjskich była jedyną rzeczą, dla której warto było żyć! By na koniec, po około trzech miesiącach, dotrzeć do celu podróży – Chiwy.

 

 

 

Miasta w chanacie chiwańskim w Środkowej Azji i do samego jego chana. Władcy-wasala podbitych ziem przez Rosjan, którzy poprzez grabieżczą politykę, ekspansywną religię i zakłamaną dyplomację z użyciem wojska w sytuacjach oporu, wcielali do swojego imperium ziemie w czasach, kiedy w tych rejonach na mapach nie było ustalonych granic przez rosyjskich geografów.
Tak. To była dla mnie dobra lekcja. A właściwie kilka.
Historii, z której dowiedziałam się w jaki sposób Rosja powiększała swoje terytoria na południu. Na zachodzie w podobnej sytuacji był mój ukochany kraj, z tą różnicą, że Polska jest, a chana i chiwańskiej krainy już nie ma. Także lekcja dżentelmeńskiego zachowania, w którym dystans, autoironia i szacunek wobec innych ludzi jest podstawą w kontaktach z inną kulturą, odmiennymi obyczajami i tradycją. I lekcja wytrwałości w dążeniu do celu i w pokonywaniu pojawiających się trudności, w którym humor jest podstawą optymizmu.
A wszystko to ujęte w przepięknej szacie graficznej, nawiązującej w swojej stylistyce do nazwy serii, w której tę podróżniczą opowieść wydano – Podróże Retro - logowanej takim znakiem:

 

 

 

W twardej oprawie z grzbietem obitym czerwoną tkaniną, z wyklejką przedstawiającą fragment starej mapy Imperium Rosyjskiego:

 

 

 

Ze stronicami z kredowego papieru bogato ilustrowanymi fotografiami i rycinami w kolorze sepii takiej jak ta autorstwa R.A. Bridgmana:

 

 

 

I tylko żal, że autor tak nagle zakończył wspomnienia nie opisując podróży powrotnej, żegnając się ze mną, jak na angielskiego dżentelmena przystało, kilkoma dziękczynnymi zdaniami: Był środek marca. Podróż saniami dobiegła końca. Serdecznie uścisnąłem dłoń mojemu małemu Tatarowi. To jest również moment, bym pożegnał czytelnika, dziękując mu, że towarzyszył mi w tej podróży.
Ja również dziękuję panu, panie Burnaby, za to że uwiodłeś mnie swoim humorem oraz słowem i żeś uczynił z mego serca pieczeń. Cała przyjemność po mojej stronie.

 

Książkę otrzymałam od portalu Czytadełko.
środa, 23 czerwca 2010
Anima vilis - Krzysztof T. Dąbrowski

Anima vilis - Krzysztof T. Dąbrowski
Wydawnictwo Initium , 2010 , 286 stron
Literatura polska


   Podoba mi się grafika okładki tej książki, przedstawiająca, jak się okazało później, jedną ze scen opisanych wewnątrz. Przyciągnęła mój wzrok kolorem, zaintrygowała niesioną grozą, wprowadziła w nastrój oczekiwania niesamowitości przyszłych historii. To już wystarczyło, że chciałam zajrzeć do środka. Poznać tytułowe anima vilis, które w języku łacińskim oznacza nędzną, potępioną duszę lub podłą istotę. To one łączą w swojej licznej plejadzie wszystkie zebrane w tym tomie opowiadania. Pokutują między bytami i światami, włóczą się z ciała do ciała ludzi i zwierząt, szukają zemsty i odwetu za krzywdy doznane w innych czasach, w innych powłokach cielesnych. Jednocześnie cztery z nich dodatkowo połączone są wspólnymi bohaterami: a to małą Martynką, a to psem Maksem, a to Tą Która Wiele Imion Miała oraz mniej lub bardziej fabułą opisywanych zdarzeń. Wszystko pozostałe jest różne i bardzo różnorodne zarówno w treści, w pomyśle na kanwę, w rodzajach istot w nich występujących, od kosmitów po strzygi z polskich legend, a także w gatunkach fantastyki, od horroru po fantasy z elementami science fiction. Miszmasz świata grozy, w którym najbardziej spodobało mi się „Przeznaczenie znajdzie drogę”. Może dlatego, że chciałabym być nieśmiertelna nie wzbudzając podejrzeń wieczną młodością. Móc starzeć się za każdym razem zgodnie z naturą. Odradzać się na nowo w młodym ciele. Obserwować zmieniający się świat przechodząc z ciała do ciała, za każdym razem innym, w innym środowisku, a może kraju? Chociaż z drugiej strony spychanie duszy gospodarza do roli więźnia ciążyłoby mi na sumieniu. Kuszący pomysł z dylematem. Aż żal, że to tylko opowiadanie.
    Bo autor potrafi budować napięcie. Potrafi kreślić stan psychiczny bohatera, obojętnie czy to jest mała dziewczynka, pies czy zombie. Potrafi rozśmieszyć, a nawet naśladować gwarową mowę wiejskiej kobiety czy bełkot pijaczka. Potrafi zmusić mnie do zaciskania palców w dłoniach w trakcie scen pościgów i ucieczek jak ta: Przez chwilę paznokcie tarły o beton; wyginały się i łamały z suchym trzaskiem. Oddzierały się od palców, wyrywając przy tym postrzępione płaty naskórka.
   Aż boli!
   Jednym zdaniem: potrafi wszystko w tym zakresie i jak się dowiedziałam z wywiadu z pisarzem i z jego strony autorskiej, jest uznanym mistrzem opowiadania.
    Ale dlaczego tylko opowiadania? Ja bardzo poproszę o więcej i obszerniej. Pragnę zatopić się w wyobraźni pisarza na co najmniej 300 stron litego tekstu powieści. Po tej dawce jego możliwości jestem pewna, że i to potrafi.
    Ja chcę, ja żądam, ja czekam!

sobota, 19 czerwca 2010
Prostowanie węża – Bartłomiej Butlewski

Prostowanie węża: powieść obyczajowa (tylko dla dorosłych) – Bartłomiej Butlewski
Wydawca Stowarzyszenie BOSIP , 2010 , 743 strony
Literatura polska


Onegdaj (że użyję ulubionego słowa narratora o czym napiszę później) postulowałam w otwartym liście do Jacka Dehnela o niemarnowanie talentu na opowiadania i napisanie powieści obyczajowej na miarę panoramy. Prośba została spełniona, w zupełności i aż nadto, piórem Bartłomieja Butlewskiego, ale obwarowana zasiekami umyślnie utrudniającymi mi dostęp do jej treści. Najpierw kontrastowymi, krzykliwymi barwami, które w świecie zwierząt często pełnią rolę zniechęcającą i ostrzegającą przed niebezpieczeństwem. Potem czerwoną kropą w prawym, górnym rogu okładki z napisem „dozwolone od lat osiemnastu”. Następnie zniechęcającym listem od autora umieszczonym na końcu książki, a pełniącym rolę sita, na którego dnie ma zostać wyselekcjonowany czytelnik intelektualnie dojrzały i koniecznie myślący. Również nieśmiały, obok tak niewinnego określenia „obyczajowa”, dopisek w nawiasach „tylko dla dorosłych”. By zakończyć te zasieki zaporową ceną siedemdziesięciu złotych bez jednego grosza. Pokonałam je wszystkie, przyznając wręcz, że podziałały na mnie jak płachta na byka. Im trudniej tym ciekawiej. Nie przejęłam się także uwagą, że powieść obfituje w mnóstwo słów niezrozumiałych dla przeciętnego czytelnika. W obyczajowej? A jakież w niej mogą być niezrozumiałe pojęcia? Przecież to nie książka popularnonaukowa! Co może być w niej trudnego do zrozumienia, że autor nakazuje mi zaopatrzyć się w aż słowniki?
No może! Już po kilkudziesięciu stronach zaopatrzyłam się w dwa: języka polskiego oraz wyrazów obcych i trudnych.
Powieść zaczyna się sceną rozstania dwojga kochanków tuż po akcie miłosnym. Smutną, przepełnioną tęsknotą i rozpaczą mężczyzny za wychodzącą z mieszkania kobietą. Dobry pretekst, by zaciekawić mnie kim oni są, co się stało i dlaczego?

 

 

 

Chciałam poznać całą tę wyżej pokazaną rodzinę, do której oboje należeli i związane z nią towarzysko lub zawodowo osoby. Wydarzenia będące ich udziałem, doprowadzające do początkowej sceny, relacje oficjalne między nimi, wzajemne wyobrażenia o sobie tak bardzo odbiegające od tych skrywanych, osobistych, strzeżone tajemnice rodzinne, analizowane poglądy na wszystko co niesie ze sobą życie społeczne. Zarówno te dotyczące zagadnień szeroko dyskutowanych jak eutanazja, edukacja, wychowanie seksualne, demokracja, prawa konstytucyjne niepełnosprawnych, jak i te drobne, irytujące na co dzień: wyższość konwenansów nad normami moralnymi czy przydrożne krzyże i ołtarzyki budowane w miejscu wypadku. A wszystko opowiedziane głosem narratora-intelektualisty, dodatkowo ponadprzeciętnie elokwentnego z manierą oratorską. Budujący zdania długie, wielokrotnie złożone na kilka wersów. Z upodobaniem do zwrotów sprzed wieku typu: dyscypuł, atoli, acz, naonczas, wszelako czy wonczas. Do tego z licznymi wtrąceniami z języków obcych jak ergo, clou, de facto, ad hoc, passe partout czy bodyguard. I jakby tego było mało, ze słowami, które poza środowiskiem naukowym nie mają prawa bytu w języku kolokwialnym: sedacja, prokrastynacja, ekspiracja, egeria czy eutrofia. A to tylko kilka skromnych przykładów. I co ciekawe. W ogóle mi to nie przeszkadzało. Nawet, jeśli musiałam posiłkować się którymś słownikiem. Ten piękny, napuszony język musiał taki być. Odzwierciedlał tę pożądaną przez społeczeństwo powierzchnię życia opisywanej rodziny. Pokazywał gładki, słodki lukier w okrągłych, uczonych słowach, pod którym kryła się warstwa spodnia. Ciemna strona życia, z kroplą dziegciu (a nawet łyżką) w tej beczce miodu. Wręcz tak mroczną, że jestem zmuszona wprowadzić wzorem autora, cenzurę moich wrażeń w postaci znaczka z okładki.

 

 

 

Drugie życie rodziny, które miało decydujący wpływ na jej dzieje i trwałość, toczyło się za zamkniętymi drzwiami i to niekoniecznie w sypialni, a które mogłam zobaczyć przez dziurkę od klucza ewentualnie spoza zasłaniających mi widok krzaków. Że podglądałam? Posłużę się argumentem narratora: kto bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem! Wpadki ciążowe, łapanie męża na dziecko czy posiadanie kochanka to już właściwie norma i tym akurat narrator mnie nie zaskoczył. Ale wiwisekcja życia seksualnego bez zahamowań każdego z bohaterów, gdzie rozważania na inny temat stawały się dygresjami, a nie kanwą powieści, trochę mnie zaskoczyła. A właściwie odwaga pisania o tym i to w ogromnym zbliżeniu, bez cenzury. Miałam wrażenie, że rodziną głównie kieruje jedna z największych namiętności człowieka jaką jest seks, niekoniecznie w połączeniu z miłością, która staje się wiodącym bohaterem jej życia, ważniejszym czasami od tego ostatniego. Wcielającej zasadę każdy z każdym (w dowolnym miejscu na łodzi, w kuchni, w ogrodzie, w pracy) i że nic co ludzkie nie jest im obce: oral, petting, anal, fellatio, pissing, soft sadomaso, gwałt, biseksualizm a nawet pedofilia i kazirodztwo. Boga nie ma, jest seks, a HIV gratis! Tylko, że o tym ostatnim narrator nie wspomniał. Nie mógł. Tak, jak nie zawracali sobie tym głowy opisywani przez niego bohaterowie.
Zmienia się również język opowiadającego, który gubi słowa tudzież czy ponderabilia na rzecz cipy, pipki, dziwki, rui czy pieprzenia się. A ponieważ słowa z dziedzin nauki pozostały, to byłam trochę zdziwiona, że na taką ilość spermy tryskającej, połykanej, rozmazywanej, marnowanej w grzechu Onana na co średnio trzeciej stronie, narrator nie użył tak pięknego wyrazu jak ejakulacja. A przecież, aż się o to prosiło.

Koniec cenzury.


Jednym słowem dulszczyzna XXI wieku. Życie rodziny, której grzechy i błędy zaniechania, skrzętnie skrywane, pozostawione bez rozwiązania, a nawet dziedziczone, ujawniają się w postaci czynów karalnych dopiero w sali sądowej. W której młodzież uprawia seks dla przeżycia wrażeń, przygody, towarzystwa, zabicia czasu, a również z uprzejmości i zwyczajnej sympatii. Wnikliwe studium procesów społecznych, emocjonalnych i psychicznych, podbudowanych, jak sam autor pisze, długimi latami głębokich studiów nad naturą ludzką jako sądowy biegły i mediator. Obraz współczesnej rodziny, który mnie poruszył, zaniepokoił i wywołał mnóstwo pytań, a jednocześnie sfrustrował odcięciem się autora od nich myślą: Jeśli nie zrozumiałeś do końca, co autor miał na myśli lub jakie były jego intencje, to odstąp od bezpośredniego zadawania mu tego rodzaju znanych ze szkół sakramentalnych pytań, a przeczytaj po prostu niniejszą powieść raz jeszcze, a potem jeszcze raz i jeszcze... Zachęcam. To książka wielokrotnego użytku...
I jeszcze jedno. Na tylnej okładce wydawca umieścił napis CIEKAWA KSIĄŻKA. Absolutnie to określenie do niej nie pasuje. Jest nijakie w stosunku do treści, zbyt letnie. Użyłabym terminu oryginalna, bulwersująca, obrazoburcza, a przede wszystkim OBNAŻAJĄCA KSIĄŻKA nasze społeczeństwo, współczesną rodzinę, instytucję małżeństwa i na końcu samego człowieka.

środa, 16 czerwca 2010
Ja jestem Halderd – Elżbieta Cherezińska

Ja jestem Halderd - Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 485 stron
Cykl Północna Droga , Tom 2
Literatura polska


   Prawie idealny świat Sigrun z pierwszego tomu tego cyklu został na wschodzie południowej Norwegii. Drugi tom przeniósł mnie na zachód, gdzie po sąsiedzku mieszkała jako żona jarla Helgiego, a z czasem rządziła niepodzielnie jako wdowa, Halderd. Kobieta tak różna i inna we wszystkim od lubianej przeze mnie Sigrun. Bo Halderd nie traciła czasu na haftowanie i snucie opowieści. Ona czyniła. Obserwowałam to nie tylko w szybko zachodzących zdarzeniach, w których uczestniczyła, będąc czasami ich inicjatorką, ale czułam to także w biegu powieści, tempie zachodzących zmian, rytmie języka krótkich zdań. Rzeczowych, chłodnych, obiektywnych, beznamiętnych, tylko stwierdzających i jakże bezlitośnie bolesnych w swojej prawdzie.
    I tak miało być, bo Halderd, nie mając tyle szczęścia co Sigrun, walczyła o swój lepszy byt zaciekle. Wyrąbywała, gdy było trzeba, kawałek po kawałku drogę do lepszej przyszłości. Najpierw dla siebie, a potem dla synów. Aranżowanym zamążpójściem, intrygą, srebrem, obietnicą, podstępem i swoimi względami. O której się mówiło: Wilczyca na czele watahy. Było w niej więcej cech wymaganych od mężczyzny, a niepożądanych u kobiety, potrzebnych w dążeniu do władzy, do uznania, w tęsknocie do przestrzeni, wiatru na twarzy i woni morskiej wody. Ucząc się polityki, w niedostępnym dla kobiet męskim świecie, podsłuchiwanym, obserwowanym, sondowanym, musiała kluczyć, by nikt nie domyślił się jej samodzielności w myśleniu, planowaniu, osiąganiu celów, rzucanych uroków czy skrytych morderstw. Była jak tkanina odwrócona na drugą stronę, by wszystko to co najważniejsze chować do środka. Volva Urd mawiała, że Odyn podarował jej trzy moce: szału bitewnego, szaleństwa poezji, obłąkania w magii, a na końcu pomylił się i uczynił ją kobietą.
    I tylko czasami, gdy serce pękało od bólu własnych, kobiecych pragnień, pozwalała sobie na grę na lirze, wyśpiewując w słowach pieśni to o czym nie mogła mówić, to czego nie mogła pragnąć i pożądać otwarcie, dopominać się głośno. Bo Halderd znana jako zimna Pani Ynge wbrew pozorom, nie miała serca z kamienia. Również kochała i niestety również skrycie. Miłością szaloną, potępioną, zdradliwą, bezwarunkową, cudzołożną, a przez to tragiczną zarówno dla siebie, ukochanego, jak i dla kraju, sprowadzając pośrednio do niego cudzego Boga.
    Ale nie to poruszyło mnie w tej powieści najbardziej. Moje serce ujęła przyjaźń dwóch kobiet Szczury-służacej i Halderd-pani we dworze. Niemająca prawa zaistnieć, niemożliwa, a jednak spełniona, ziszczona. Mimo, że niewidoczna, a będąca obecna w ich życiu. Jej namacalność, wymiar i bezmiar odczułam dopiero w pustce jej odejścia. Jedyna i, jak się okazało później, najważniejsza i najwierniejsza wartość w życiu Halderd.
    Ale żeby się o tym przekonać ona musiała przeżyć całe swoje życie, a ja towarzyszyć jej w nim do końca.
    Prawie tak, jak Szczura.
    Prawie...

Północna Droga.: Ja jestem Halderd [Elżbieta Cherezińska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Ten film, pomijając elementy współczesne, pięknie pokazuje przyrodę widzianą oczami Halderd. Mam wrażenie, że gdzieś ją tam zobaczę, jak ucieka na koniu z dworu, pod wiatr, na spotkanie ze swoim mężczyzną.

niedziela, 13 czerwca 2010
Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska

Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2009 , 405 stron
Cykl Północna Droga , Tom 1
Literatura polska


Powieść pisana i odczytywana zmysłami: dotyku, węchu i wzroku wyobraźni. Haftowana niespiesznie kobiecą, cierpliwą dłonią, równym, dokładnym ściegiem podszytym lękiem o najbliższych, tęsknotą oczekiwania, bólem rozstania, marzeniami, namiętnością, a gdy zabrakło nici, własnymi włosami, złotymi jak słońce. Z wplecionymi w nią niespokojnym sercem i miłością do Regina, który stał się światem Sigrun od pierwszego męskiego, bursztynowego spojrzenia. Przysłuchiwałam się opowieści tej kobiety, żony woja pochylonej nad robótką, wtulona w miękkie włosie niedźwiedziego futra, grzejąc się ciepłem kominkowego ognia, z malinowym naparem w ręku, którego aromat mieszał się z zapachem pitnego miodu i drewna jarlowego dworu.

 

 

 

Opowieści pradawnej, gdzieś na południu Norwegii, na przełomie dwóch pierwszych tysiącleci, w kraju surowym, poprzecinanym fiordami, w którym przez większość roku panuje chłód i porywiste wiatry z północy. Ale nie na ziemi Sigrun, której spolegliwe serce przepełnione ciepłymi uczuciami, z naturalną skłonnością do czynienia dobra wokół siebie, rozgrzewało miejsce w Namsen. Była tam jak migotliwy ognik świeczki w oknie nocną porą, do którego wracał jej mężczyzna i jak orzeźwiające źródło, w którym nabierał sił przed ponownym ruszeniem na wiking. Haftowała życie rodziny naznaczone porami roku, handlem, zasiewami i zbiorami, upływem młodości, narodzinami dzieci, chorobami lub śmiercią najbliższych i cyklicznymi, długotrwałymi, dalekimi wyprawami Regina, których przebieg, po jego powrocie, odczytywała palcami z nowych blizn i ran na jego ciele, wywąchiwała z zapachu dalekich krajów zachowanego w zakamarkach ubrań, z ilości krwi zakrzepłej na broni. Świat dla niej zupełnie niedostępny, z którego rozumiała jedno: Mężczyzna gnuśnieje w domu, bez miecza, bez wiatru, ale z daleka od ukochanej staje się kaleką. Podporządkowała się tej zasadzie bezwarunkowo. Właśnie do tego przygotowali ją jej rodzice: stać na straży domowego ogniska, dbać o tradycję i ciągłość rodu, być wierną mężowi i urodzić mu godnego następcę, pielęgnować wiarę przodków, szanować zielarską wiedzę wieszczki i jej dar widzenia przyszłości. W zamian otrzymując szacunek należny córce, żonie, matce, pani we dworze, a przede wszystkim namiętność, w której z nieuświadomionej seksualnie dziewczynki powoli stawała się świadomą swojego ciała i potrzeb kobietą.
Tak.
Sigrun zaprowadziła mnie również do swojej alkowy. Nie ukrywała przede mną żadnych tajemnic. Miała to szczęście kochać i być kochaną. I to jak być kochaną! Niektóre sceny czytałam kilkakrotnie rozkoszując się stylem plastyczności języka, wyobraźnią porównań za każdym razem innych, umiejętnością empatii emocji uniesień.
Ale...
Trochę mnie zaniepokoił ten wyłaniający się obrazek zbyt szczęśliwego życia, które długo opierało się zakusom złych mocy i uroków. Długo cieszyło się przychylnością Odyna. Nieuchronne się zbliżało. Czułam to w wieszczeniu volvy, w zmiennej polityce męskiego świata, tak obcej i niezrozumiałej dla Sigrun, w wietrze niosącym ziarno cudzych bogów z każdą przybywającą łodzią.
A Sigrun?
Sigrun mi to wszystko wyszyła, bym mogła poznać ten północny kraj poprzez jej osobistą i rodową historię, jej uczucia oraz jej bezgraniczną miłość do mężczyzny.
Wyhaftowany obraz wyszedł przepiękny.

 

Dołączyłam do grona fanek cyklu i jak się okazuje nie ja jedna. Z tej fascynacji powstała strona poświęcona Północnej Drodze.

 

Północna Droga.: Saga Sigrun [Elżbieta Cherezińska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 11 czerwca 2010
Węzły wojny - Krzysztof Kąkolewski

Węzły wojny – Krzysztof Kąkolewski
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 431 stron
Literatura polska


   Nieprawdą jest, że drugiej wojny światowej już nie ma. Że to miniona trauma dotycząca wyłącznie pokolenia w niej uczestniczącego. Że świat po niej jest szczęśliwy w odzyskanym czasie pokoju. Druga wojna światowa (...) jest obecna, aktualna, co więcej, w miarę oddalania się w czasie, coraz bardziej zagłębiamy się w jej wątki.
    Taką tezę postawił sobie autor pisząc w latach 70. i 80. ubiegłego wieku reportaże o zwykłych ludzkich losach i faktach historycznych z pierwszych stron gazet, tych wojennych i powojennych. O supłach, supełkach i węzłach na życiu, które zapętlały okoliczności, inni ludzie lub były zawiązywane samemu sobie, w walce o własne życie. Tak jak Irena Ch. uwikłana w pracę na rzecz gestapo i ruch oporu, ratując i mordując wiele osób. Jak partyzant Andrzej K. toczący wojnę w lasach i ginący za ojczyznę 20 lat po jej zakończeniu w reportażu Pierwszy żołnierz III wojny. Jak oświęcimscy więźniowie zamieszkujący i podejmujący pracę na terenie obozu, nie mogąc się uwolnić od miejsca swego cierpienia. Jak Marianna T. niepotrafiąca przerwać powojennych, toksycznych więzów wdzięczności za uratowanie jej życia. Jak kobieta o pseudonimie „Lawa” zapętlona między dwoma mężczyznami, dokonując wyboru unieszczęśliwiającego nie tylko całą ich trójkę, ale i później narodzone dzieci. Jak Franciszek Gajowniczek, któremu darowano życie z brzemieniem bycia wartym poświęcenia się przez jego wybawiciela Maksymiliana Kolbe. Jak Kut-morderca i Doliński-wzorowy obywatel w jednej osobie w nierozerwalnym węźle dalszego życia nawet po wojnie.
Takich historii zagmatwanych, poplątanych, uwikłanych, i co najsmutniejsze, przekazanych kolejnym pokoleniom, autor ujął w tych reportażach kilkadziesiąt. Wszystkie z piętnem dziedzictwa. Ja również taki supeł wojenny otrzymałam od mojej mamy. Ówcześnie kilkuletniego świadka eksterminacji Żydów. Obraz, który nigdy nie był moim osobistym udziałem, a który widzę ilekroć pada słowo wojna: scenę rozstrzeliwania miejscowego żydowskiego lekarza wraz z żoną i dziećmi i czerwoną krew sączącą się spomiędzy palców jego dłoni przyłożonych do twarzy.
    Ile pokoleń przeminie, by te węzły historii i przeznaczenia rozplątać, rozsupłać, wygładzić wyprostować, wyjaśnić, przeciąć?
Autor twierdzi, że mimo upływu (...) lat, sprawy te pozostaną w znacznej mierze niewyjaśnione, budząc wiele pytań, kontrowersji i wątpliwości. Zwłaszcza te najbardziej znane z historii oficjalnej, najgłośniejsze: denuncjacja „Grota”, zdrada i wydanie Niemcom Maksymiliana Kolbe czy polskich szpiegów pracujących dla okupanta.
Wbrew pozorom wojna nadal trwa, a rozsupływanie jej węzłów jest powolne lub w ogóle niemożliwe.

Jeden z reportaży w tej książce odbiega od nurtu tematycznego pozostałych. To Reportaż o reportażu zdradzający tajniki jego pisania. Ten film jest jego wizualnym uzupełnieniem.

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Żydówka Noemi – Jerzy Stegner

Żydówka Noemi – Jerzy Stegner
Wydawca Gdański Kantor Wydawniczy , 2010 , 365 stron
Literatura polska


   Ludzie cenzury, którzy pozwalali mi do tej pory czytać książki o Holokauście tylko zgodne z ich światopoglądem i przez nich akceptowane, stworzyli mi świat składający się wyłącznie z pomników na piedestałach. Smutne jest to, że na pewno nie mnie jednej. Na podstawie jedynych, słusznych wspomnień ludzi, którzy przeżyli czas okupacji, zdążyłam sobie zbudować system sądów, według których mogłam , w swoim mniemaniu, sprawiedliwie oceniać i słusznie dzielić na dobrych i złych, na bohaterów i zdrajców, na wartych pamięci i tych skazanych na zapomnienie. Do czasu. Dopóki mogły zacząć ukazywać się takie książki jak Żydówka Noemi, której nikt od lat 80. nie chciał wydać jako niepoprawnej politycznie. A kiedy to się stało, autor nie dożył tego momentu, a ja siedzę właśnie na ruinach moich wypracowanych zasad ocen, zmuszona konstruować je od nowa.
   A wszystko zaczęło się od dwóch Żydówek. Jednej zastrzelonej po aryjskiej stronie Warszawy, zimą 1942 roku przed kamienicą rodzinnego domu głównego bohatera Leszka i drugiej, znalezionej na strychu tejże kamienicy. Wcale nie wynędzniałej, brudnej, zawszonej i w łachmanach, jak wyobrażała sobie jego rodzina, ale zadbanej i przede wszystkim pięknej dziewczyny - Noemi, która po przenocowaniu odeszła. Leszek nie mogąc o niej zapomnieć, postanawia ją odnaleźć. Historia tych trudnych poszukiwań, wymagających niebezpiecznych wejść do warszawskiego getta, jest tajemnicza, pełna zaskoczeń, niespodzianek, stale zmieniających się okoliczności i osób z nimi związanych. Ale to nie ona jest najważniejsza. Jest przede wszystkim tłem do ukazania jednego z oblicz warszawskiego getta. Nie tego, które znałam do tej pory z dotychczasowych opisów: getto nędzy, zarazy, głodu i ludzkiej niewoli, o którym będą później pisać książki, kręcić filmy, grać sztuki, a tych nielicznych, ocalałych, podziwiać. Ale to getto podziemne, niewidoczne na zewnątrz, niedostępne dla niewtajemniczonych, w którym Żydzi, Polacy i Niemcy, jak bracia we wspólnym i wzajemnie korzystnym interesie, prowadzili nielegalną produkcję, nielegalny handel czy szmugiel na ogromna skalę. Drugie getto z Żydami bogaczami, u których jada się pieczone kurczaki podlewane francuskim winem, gdzie kawiorem smaruje się grzanki, gdzie gra się w karty na dolary i funty. „Moje” getto, w którym strzelano do jego mieszkańców jak do kaczek i którym pozwalano zdychać jak psom na ulicy, okazało się być również gettem, w którym Niemcy przychodzą, trzymając czapkę w ręku i prosząc o pozwolenie wejścia do mieszkania. W którym obok żebrzących w ulicznych rynsztokach czy gromadzonych do wywozu do obozów koncentracyjnych na Umschlagplatzu, bardzo dobrze prosperują luksusowe lokale z prostytutkami, w których Niemcy w cywilu, alfonsi, urzędnicy z Judenratu czy handlarze ubijają wspólny interes. Każdy swój własny, osobisty, egoistyczny. Wszystko by przeżyć, by wyrwać się z tego piekła, w którym nie ma miejsca na skrupuły i wyrzuty sumienia, gdy w grę wchodzi własne życie, przetrwanie. Nawet po trupach innych. Dosłownie.
    Autor opisując tę absurdalność podwójnej rzeczywistości nie osądza jednak jej bohaterów i nie daje takiego prawa również mnie. Wręcz uniemożliwia mi jego zdobycie usuwając wszelkie stałe punkty odniesienia. Żadna z postaci tej powieści nie jest jednoznaczna, stała w swoich poglądach i postawach, a jeśli jej się wydaje, że jest, okoliczności lub inni ludzie zmuszają ją do wyboru, do opowiedzenia się, do podjęcia decyzji. Za niezdecydowanych wybierają sami i w jednej chwili z bohatera czynią zdrajcę, a z kolaboranta patriotę.
    Właśnie tak wyglądało realne życie w okresie okupacji, bez ukrywania lub nadmiernego eksponowania którejkolwiek z jego ciemnych i jasnych stron. Nawet słownictwo wplecione w dialogi ówczesnych mieszkańców Warszawy w swoim autentyzmie były jednak niepoprawne politycznie: Żydziak, aryjak, palestyński wymoczek, Żydziątko.
I mimo, że ta historia była opowiedziana językiem niezaangażowanego narratora, zdystansowanego do uczuć i przeżyć bohaterów, naocznego świadka wykorzystanych w tej powieści faktów, to jednak scena końcowa, oparta na poznanych wydarzeniach z życia jednej z bohaterek, chwyciła mnie mocno za gardło z pytaniem: Ale co ciebie to obchodzi? Ciebie, sędziego, który patrzy na życie jak widz w kinie na film, ciebie i wszystkich tych sędziów, którzy sądzić nas będą po wojnie. I wydawać wyroki. Czy ty znasz mój ból, moje cierpienie, poniżenie, wstyd?
    Wycofuję się.
    Mogę być widzem by poznać prawdę, ale nie chcę być sędzią, a tym bardziej uczestnikiem takich czasów sprawdzających poziom człowieczeństwa w człowieku. Nie chciałabym się przekonać ile we mnie z morderczyni, zdrajczyni, prostytutki i egoistki, a ile altruistki, filantropki, siostry miłosierdzia i patriotki.
    Nigdy.

piątek, 04 czerwca 2010
Co u pana słychać? – Krzysztof Kąkolewski

Co u pana słychać? – Krzysztof Kąkolewski
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 275 stron
Literatura polska


Bardzo stereotypowe pytanie w tytule. Powszechne, popularne, sloganowe, chciałoby się rzec nudne, na które z uśmiechem odpowiadam najczęściej: A dobrze, nie narzekam!
A gdyby je zadać hitlerowskim zbrodniarzom?
Tym wysokiej rangi, z najbliższego kręgu Hitlera, którzy nie brudząc osobiście krwią rąk, zamordowali miliony ludzi? Którzy zagrożeni karą śmierci uciekli przed wymiarem sprawiedliwości pod opiekę innych państw? Którzy dzięki zrabowanym pieniądzom i rozległym koneksjom, wykpili się śmiesznie niskimi wyrokami więzienia? Używali w swoich planach „języka czasu” urzeczywistniając kwestie: będziemy brodzić po kolana we krwi, a czaszki sięgną ponad dachy? Tworzyli mózg precyzyjnej machiny zrealizowania wizji science-non-fiction, jednej, niemieckiej Europy bez granic, z rasą panów na szczycie władzy i narodami niewolników, w hierarchii której Polacy na samym dole (...) umieliby liczyć, by pełny analfabetyzm nie przeszkadzał im w wykonywaniu pracy niewykwalifikowanych robotników? I wreszcie, żyjący w latach 70. wygodnie, bezpiecznie, w dobrobycie krajów zachodnich, w szczęściu rodzinnym jako szanowani adwokaci, wybitni naukowcy, wpływowi politycy?
Autor podjął się tego zadania 30 lat po wojnie, wbrew sprzeciwowi swojego pracodawcy, wbrew odradzającym mu tego głosom czy wręcz naciskom zaniechania źle widzianego ówcześnie tematu. W atmosferze agresywnych pytań i stwierdzeń: Czy nie uczłowieczy ich pan tą rozmową? i Nie potrafiłbym się powstrzymać, żeby nie przegryźć im gardeł.
No bez przesady, pomyślałam, przecież upłynęło masę lat, ci ludzie zostali osądzeni, są już starszymi, schorowanymi ludźmi. To już historia!
Po dwóch rozmowach chciałam również przegryźć im gardło...
Musiałam przerwać czytanie, ochłonąć, schować kły i pazury, stanąć za plecami prowadzącego wywiad, zaufać jego profesjonalizmowi, by móc czytać dalej. By tak jak on opanować emocje i móc dowiedzieć się tego po co przyszedł - odkopać prawdę o kosmicznych eksperymentach w Dachau. O pierwszym kosmonaucie świata, którego męczeństwo uwieczniono w najokrutniejszym sprawozdaniu w dziejach medycyny, a w którym odnotowano: Na polecenie próbuje wstać, mówi stereotypowo: „Nie, proszę.”
Stereotypowo...w tej komorze doświadczalnej, w warunkach uszkodzonego, rozhermetyzowanego statku kosmicznego:

 

 

 

Nazwisko zbrodniarza chronionego i żyjącego w USA okrzyknięto ojcem i twórcą podstawowych praw medycyny kosmicznej. Nazwisko „osoby doświadczalnej” nie jest znane. Wiadomo tylko, że był żydowskim sprzedawcą urodzonym 1.11.1908 roku i że umierając prosił... stereotypowo...
A to tylko jedna z wytropionych i ujawnionych tajemnic, jednego wywiadu, z jednym zbrodniarzem. W sumie bezpośrednich spotkań i rozmów, na 11 reportaży zawartych w tej książce, jest dziewięć. Wszystkie budzące we mnie bestię trudną do opanowania, do okiełznania, gotową trepanować im bez znieczulenia czaszki, upewniając się doświadczalnie, czy tam w ogóle cokolwiek jest, a jeśli tak, to czy rozwinęło się zgodnie z normami natury.
Takie emocje i to 65 lat po wojnie!
Głębokie ukłony autorowi za odwagę w czasach PRL i wielkie brawa dla wydawcy za wznowienie tych jedenastu reportaży. Współcześnie też trzeba mieć odwagę przypomnieć potędze politycznej i gospodarczej świata, że u podstaw sukcesów NASA leży cierpienie i śmierć więźniów w Dachau oraz nazistowska koncepcja i skrupulatna praca „miłośnika naukowej prawdy”, wziętego pod opiekuńcze skrzydła USA.

 

Książkę otrzymałam od portalu Czytadełko.

 


Z ogromną ciekawością wysłuchałam wywiadu z autorem jak trudno i niebezpiecznie było być w czasach komunizmu reportażystą, pod koniec którego wspomina również o książce "Co u pana słychać?".

| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1074 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi