Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
czwartek, 31 maja 2018
Topory i sejmitary – Radosław Lewandowski

Topory i sejmitary – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2017 , 432 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 3
Literatura  polska
  

   Kolejna niespodzianka!

   Tym razem kierunek Wielkiej Przygody z wikingiem Oddim Asgotssonem zapowiadało słowo, którego nie znałam – sejmitary. Szybko wrzuciłam pojęcie do wyszukiwarki i oto, co mi wyskoczyło!

Wikipedia

Broń biała rzadko wykorzystywana w literaturze, za to często w grach komputerowych. Ze skrzyżowania północnych toporów i południowych sejmitarów powstała tym razem nie tylko dynamiczna i ciekawa poznawczo opowieść, ale przede wszystkim mieszanka już nie tylko dwóch kultur (wikińskiej i indiańskiej), jak było w drugim tomie Najeźdźcy z Północy, ale kilku, które bohaterowie pod dowództwem Oddiego, napotykali na swojej trudnej i bardzo niebezpiecznej drodze. A szlak wiódł przez rzeki, jeziora i lasy od szwedzkiej Birki do ówczesnego Miklagardu. Bardzo znanego miasta w X wieku i obecnie, ale nie zdradzę jego współczesnej nazwy, ponieważ samodzielne kojarzenie i konfrontowanie wiedzy z historii było dla mnie jedną z zabaw logicznych, jakie dostarczała mi opowieść. Historycznymi zagadkami, które uwielbiałam rozwiązywać, korzystając z podpowiedzi opisowych autora. Nie chcę zabierać tej przyjemności kolejnym czytelnikom. A okazji do odkrywania i zgadywania napotykałam mnóstwo, bo i szlak był bardzo długi. Od Morza Bałtyckiego do Morza Czarnego, jak pokazywała mapka umieszczona na wewnętrznej stronie okładki.

Mijane osady, grody i miasta były jednocześnie tytułami rozdziałów. Oddi wyruszył w tę ryzykowną podróż w nieznane motywowany zemstą. Po przybyciu do rodzinnej Birki dowiedział się, że jego matkę zamordowano, a czternastoletnią siostrę Jofriddę sprzedano w niewolę, wywożąc aż do Gardariki. Chęć jej odnalezienia lub pomszczenia ewentualnej jej śmierci była jedynym powodem wyprawy. Dla jego drużyny współtowarzyszy, która powiększyła się o jomswikingów z Jomsborga, również okazją do zdobycia łupów i wzbogacenia się.

   Ich wędrówka przypominała mi reguły baśni i gry komputerowej.

   Zawierała sporo ich elementów. Wyprawa w nieznane miała jasno określony cel, bardzo trudny do osiągnięcia. Zdobywanie kolejnych etapów podróży przypominało wchodzenie na kolejny level. Cele etapowe były uzależnione od skrajnych warunków spełnianych na poprzednich etapach. Powodzenie było uzależnione od umów, negocjacji lub zadań stawianych przez kluczowe postacie rozwijającej się akcji. Bohaterowie pozytywni i negatywni ścierali się w walce o dobro, w której siła fizyczna liczyła się tak samo, jak spryt i logiczne myślenie. W tyglu kultur pojawiali się bohaterowie, do których nie mogłam się przywiązywać, bo sukcesy wymagały ich ofiar w wyniku zdrady, walk, bitew, potyczek czy patologicznych działań psychopatów posiadających władzę. Sceny sadyzmu autor doprowadził do perfekcji. Czułam niemalże fizycznie zadawany ból i cierpienie. To w nich widać kunszt operowania słowem, by oddać to, co podsunie autorska wyobraźnia. A wszystko to zatopione w w atmosferze nieznanych, ale pięknych rzek, jezior, osad i lądów zamieszkiwanych przez ludy tworzące przebogatą mieszankę współistniejących ze sobą kultur. Ludzi o odmiennych systemach wartości, różnych językach, obyczajach i wierzeniach. Te ostatnie często ze sobą konfrontowanych i porównywanych, by ukochana Oddiego podsumowała to zjawisko dającym do myślenia, jednym pytaniem – może to wszystko było kiedyś jednym? Spośród wierzeń, które reprezentowali pojawiający się bohaterowie, najbardziej zainteresowała mnie wiara naszych przodków. Autor wplótł w historie wyprawy wątek z niewolnikiem Dobrogostem. Synem żercy służącym w przedchrześcijańskiej kątnicy w Płocku. Uczynił z niego źródło o ówczesnym systemie wierzeń słowiańskich, którego wyznawcy w XI wieku w Polsce trzykrotnie powstawali przeciwko ekspansywnemu chrześcijaństwu. To tutaj dowiedziałam się, że bociany przynoszące dzieci, a pierwotnie zaszczepiające duszę w narodzonych, są echem wierzeń naszych praojców. Te i inne fakty zawarte w powieści autor tradycyjnie zaczerpnął z materiałów źródłowych, o czym napisał w posłowiu omawiającym rys historyczny w fabule. Dzięki temu mogłam oddzielić prawdę od fikcji literackiej. Przede mną ostatnia część tetralogii o wiele obiecującym tytule – Kraina Proroka. Znowu będzie się działo!

   I bardzo dobrze!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wikingowie. Topory i sejmitary [Radosław Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 27 maja 2018
Dzienniki: tom III 1916-1919 – Michał Römer

Dzienniki: tom III  1916-1919 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 850 stron
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  polska


   Kolejne cztery lata z życia Michała Römera!

   Jakże fascynujące! Nie tylko dlatego, że żył w ciekawych czasach, o ile można tak określić I wojnę światową i wir powojnia. W wielu miejscach Polski zaborowej i wyzwalanej, Rosji rewolucyjnej i bolszewickiej oraz Litwy domagającej się niepodległości. Wśród ludzi miękkich i spiżowych, których nazwiska zapisały się w polskiej historii. Ale przede wszystkim dlatego, że potrafił to opisać. Oddać ducha zawieruchy i niepewności tamtych czasów, w których rozpętały się jakieś siły ogromne ludzkiego żywiołu, masy ludzkie, jak może nigdy od czasów barbarzyństwa, od okresów wielkich wędrówek narodów, wyjarzmione z wszelkich pęt, wolne od karbów organizacyjnych ścisłego mechanizmu gospodarczego i politycznego, który się rozpada w gruzy.

   Pierwsze dwa lata mogłam nazwać legionowymi.

   Autor, szukając możliwości realizacji swojego pomysłu utworzenia kompani litewskiej w ramach brygad polskich, wstąpił do Legionów, do I Brygady Józefa Piłsudskiego. Nie dla awansu, kariery wojskowej i zaszczytów, ale dla pośrednich dróg dążenia do ambicji, której zarówno wiara jak i temperament, streszcza się do spraw Litwy. Ukochał ją ponad życie, przepięknie wyznając jej miłość – O, Litwo moja, jakże ciężko opłacam moją miłość ku Tobie! Każdy mój krok ku Tobie i dla Ciebie kosztuje mnie tragedię. Jest to ofiara cicha, ofiara zamknięta w sączących ranach serca, których nikt ne widzi... To czas, w którym jego wyważona i drobiazgowa analiza politycznej sytuacji Polski i Litwy oraz wnikliwy komentarz polityki prowadzonej przez J. Piłsudskiego zajmowały zdecydowanie najwięcej miejsca w dzienniku. Mogłam jednak prześledzić również losy legionistów, których autor był trochę nietypowym przedstawicielem wśród szeregowców ze względu na pochodzenie i wykształcenie, od walk frontowych, poprzez rekonwalescencję w szpitalu, po tragiczny pobyt w skrajnych warunkach w niemieckim obozie jenieckim, w którym z człowieka z nadwagą zamienił się w ciało ze skóry i kości. Autor wiele stron poświęcił samym Legionom. Stosunkom w nich panującym, zaopatrzeniu, hierarchii, warunkom bytowym, przekrojowi społecznemu, nastawieniom politycznym, a także wewnętrznym buntom i nieposłuszeństwom wobec Niemców włącznie z kryzysem przysięgowym. To także czas bardzo intensywnych poszukiwań kontaktów przez autora z każdym, kto miał potencjalny wpływ na losy Litwy. Docierał na szczyty. W tym do J. Piłsudskiego, z którym rozmowa nie była pierwszą, ani ostatnią. Ciekawym było wysłuchać osobistych spostrzeżeń na temat nie tylko Naczelnika, którego poważał, wielbił i szanował, ale i Władysława Sikorskiego, którego cenił trochę mniej, uważając go za karierowicza, intryganta i parweniusza. Posunął się nawet do porównania obu, pisząc – to jakby zestawienie pawia z orłem w głupocie natury ludzkiej.  

   Chociażby dla takich subiektywnych smaczków, odzierających ze złota ludzkie pomniki, uwielbiam dzienniki i wspomnienia świadków minionych lat.

   Te osobiste uwagi i opinie nie były tylko jednostronne czy tylko negatywne. Charakterystyczną cechą autora był jego obiektywizm w ocenianiu ludzi, zjawisk, idei czy wydarzań. Zawsze podawał zarówno plusy, jak i minusy, oddając całościowy ich obraz. Tak było również z uwielbianym przez niego J. Piłsudskim, w którym doceniał geniusz i umiejętność czynu, ale zarzucając mu wiele wad. Pozostałe dwa lata to praca sędziego w odradzającym się polskim sądownictwie. Najpierw w Kolnie, potem w Łomży, by zakończyć wędrówkę zawodową poszukiwaniem swojego miejsca w Kownie.

   Ta część autorskich relacji z codzienności demokraty i arystokraty kultury polskiej miłującego Ojczyznę Litwę o bardzo skomplikowanym pojęciu własnej tożsamości dla współczesnego odbiorcy, nie tylko przybliżyła mi obraz chaosu panującego w Polsce i Europie Wschodniej, nie tylko ukazała gigantyczny trud odradzania się państwowości polskiej i ustalania jej granic, ale także umowność daty odzyskania niepodległości przez Polskę. Tak naprawdę był to rozciągnięty w czasie okres burzliwych przemian, w których bezprawie, bandytyzm, głód, inflacja, bieda i walka polityczna o świadomość ludzi, dominowały nad początkowymi próbami wprowadzania ładu w nieustabilizowanej politycznie sytuacji. To także trudny czas dla samego autora rozdartego między własnymi poglądami określanymi jako krajową ideę obywatelskiego współżycia współnarodowościowego a pobytem w Polsce bez możliwości powrotu do Wilna na wyraźny zakaz ojca, uważającego go za socjalistę i litwofila. Ten tom, jak żaden z dwóch początkowych (tom I i tom II), wytłumaczył mi to, czego nie rozumiał jego ojciec oraz mój dysonans emocjonalny i rozumowy, który pojawia się za każdym razem, kiedy zaczynam mówić słowami Adama Mickiewicza – Litwo, Ojczyzno moja... To skomplikowanie tożsamościowe widniejące w inwokacji Pana Tadeusza bardzo pięknie wytłumaczył autor, mając świadomość, że jego głos jest odosobniony w zalewającej go fali nacjonalizmu z każdej strony. Zamieniając z czasem czyn na rolę tylko obserwatora i analityka społecznego, jak sam siebie określił, precyzyjnie i obszernie tłumaczył ideę, która nie miała szansy się ziścić. Nie w tym czasie i nie wśród takiej burzy politycznej  w każdym z państw walczących o niepodległość. Autor myślą przerósł epokę. Chciał czegoś na kształt Unii Europejskiej. To nie miało szansy spełnienia się!

   Nakreślił za to obraz człowieka czynu i myśli.

   Szlachetnego, prawego, tolerancyjnego, któremu zarówno bliski był Litwin, Białorusin, Polak litewski i każdy inny mający problem z określeniem swojej narodowości, o dowolnym wyznaniu i poglądach politycznych. Chcący żyć i współistnieć z nimi w jednym kraju - Litwie. Ta jego wędrówka po Europie Wschodniej w poszukiwaniu możliwości urzeczywistnienia swojej idei była okazją do przyjrzenia się społecznościom ją zamieszkującym. Ich postawom politycznym, poziomem życia, głębokim podziałom, rozbieżnościom interesów mieszczan i chłopów, skutkom wojny, a przede wszystkim skali zróżnicowania pod każdym względem.

   Ten chaos autor potrafił uładzić.

   Przedstawić, sklasyfikować, wytłumaczyć, ukazać z każdej strony, przeanalizować, wybiegając myślą ponad podziały, a nawet czas, skomentować każde zjawisko społeczne, uzasadniając jego źródło, przyczyny i skutki. Był wszechstronny, bo interesował się wszystkim. Przeciekawe były jego wzmianki na przykład na temat pochodzenia nazwisk Kurpiów, wulgaryzmów i wyrażeń  używanych przez legionistów czy gwary chłopskiej. Te krótkie wywody śmiało mogłabym nazwać językoznawczymi. Przy okazji dowiedziałam się, skąd pochodzi słowo, które słyszałam tylko u moich dziadków – nasermater. Teraz wiem, że to wulgaryzm łacińsko-polskiego mariażu. Dzisiaj już niesłyszany, w przeciwieństwie do zajebistego, który obecnie robi szaloną karierę. Nie zabrakło również zwierzeń intymnych z przygód z prostytutkami, wobec których zmienił idealistyczną postawę z opiekuńczej i braterskiej na zdystansowaną. No cóż, autor dobiega czterdziestki! A wszystko to przekazane jak zwykle przepiękną polszczyzną człowieka elokwentnego, którego długie zdania, wielokrotnie złożone, wprawiały mnie w zachwyt, ale i wymagały uważności, by nie zatracić w nich rozwijanego wątku.

   Uwielbiam ten czas spędzany z Michałem Rōmerem, a każdy następny tom utwierdza mnie w przekonaniu o jego niezwykłości, nietuzinkowości i niepospolitości pod każdym względem.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 21 maja 2018
Spacerownik: Centrum Nauki „Kopernik” – Dariusz Bartoszewicz , Piotr Cieśliński

Spacerownik: Centrum Nauki „Kopernik” – Dariusz Bartoszewicz , Piotr Cieśliński
Wydawnictwo Agora , 2011 , 272 strony
Literatura polska
 

   Nareszcie!

   Stał sobie ten przewodnik na półce siedem lat, czekając na okazję wykorzystania go. Wreszcie doczekał się! Przeczytałam go, a bardziej obejrzałam, bo więcej w nim fotografii i rysunków niż tekstu, tuż przed wyprawą do Centrum Nauki „Kopernik”.

A właściwie przed eksplorowaniem go, bo to wyjątkowe miejsce dla lubiących poznawać i odkrywać samodzielnie. CNK ma jeden cel – zaspokoić potrzebę poszukiwania wiedzy, oddziałując na wszystkie zmysły człowieka i w efekcie zaangażować do pracy umysł. Po co? By stać się obywatelem świata z poczuciem współodpowiedzialności za jego losy w bliższej, dalszej i najdalszej przyszłości. By nie być biernymi konsumentami wytworów cywilizacji sterowanej przez elity, na które nie mamy wpływu. By wreszcie odpowiedzieć sobie na bardziej podstawowe pytanie: jak przeżyć z dnia na dzień? Do takich przemyśleń ma skłonić rewolucja kopernikańska według prof. Aleksandra Wolszczana, autora krótkiego wstępu do spacerownika. W tym miejscu skończyła się powaga pozycji, a zaczęła przyjazna narracja autorów z odrobiną humoru.

   Początkowe rozdziały zawierały podstawowe informacje statystyczne o CNK, pochodzeniu jego nazwy, architekturze budynku, jego usytuowaniu w Warszawie i środowisku go otaczającym, organizacji pracy oraz o savoir-vivre kopernikańskim. Dopiero po tej ogólnej wiedzy mogłam zajrzeć do wnętrza, którego zawartość autorzy podzielili na osiem rozdziałów odpowiadających strefom w CNK. Każdy rozdział poprzedzała mała mapka z zaznaczonym obszarem prezentacji.

Tekst uzupełniały dodatkowe, krótkie informacje o ludziach, pojęciach, ideach lub wydarzeniach związanych tematycznie, wyraźnie wyróżnionych ikonką oraz tłem tekstu.

Na stronach tytułowych rozdziałów zawsze podawano liczbę eksponatów, stąd wiem, że autorzy zaprezentowali tylko ich niewielką część. Jednak na tyle atrakcyjną, że miałam ochotę zobaczyć wszystko! Jeden z rozdziałów przeznaczono dla rodziców, którzy chcieliby pokazać świat nauki dzieciom. To specjalnie dla maluchów do lat sześciu stworzono galerię BZZZ!, w której mogą wyszaleć się, angażując się w gry, zabawy, pokazy i zagadki.

Było w tym spacerowniku wszystko to, co niezbędne do poznawania CNK. A mimo to, po wejściu do środka, okazało się, że bilety wyprzedano. Na szczęście mogłam zaprogramować robot,

zwiedzić galerię o Kosmosie, poobserwować wahadło Foucaulta i obejrzeć ogród na dachu CNK.

Niby niewiele, jak na ofertę pokazaną w spacerowniku, a zajęło mi to ponad godzinę. Stąd wnioski na przyszłość – na zwiedzanie CNK trzeba przeznaczyć cały dzień, a bilety kupić z wyprzedzeniem. Można on-line.

   Pewnie znowu za jakieś kilka lat!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Spacerownik po Centrum Nauki „Kopernik” [Dariusz Bartoszewicz, Piotr Cieśliński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Obserwacja tylko wahadła Foucaulta zajmuje dużo czasu, a tutaj można je obejrzeć "na skróty".

niedziela, 20 maja 2018
Nieodgadniony – Maureen Johnson

Nieodgadniony – Maureen Johnson
Przełożył Paweł Łopatka
Wydawnictwo Poradnia K , 2018 , 448 stron
Trylogia Nieodgadniony ; Tom 1
Literatura  amerykańska

   Kaskada niewyjaśnionych morderstw!

   Zaczęło się od żony i córki właściciela kompleksu szkolnego dla młodzieży zwanym Akademią Ellinghama. Albert Ellingham założył ją dla wyjątkowych uczniów, którzy mieli uczyć się w niej we własnym tempie, własnymi metodami. W jego przekonaniu nauka miała być fantastyczną zabawą, dlatego zapraszał do siebie wybranych nastolatków, którym gwarantował naukę bez ograniczeń, z dostępem do wszystkiego i to za darmo! Na to wyjątkowe miejsce wybrał zbocze niezamieszkałej góry w Vermont zwanej Toporzyskiem, zamieniając je w sielsko-bajeczny kampus z licznymi ścieżkami, które przecinały posiadłość bez ładu, sensu i jakiegokolwiek kierunku. Od czasu do czasu można było natknąć się na liczne posągi, tunele, fałszywe okna lub drzwi donikąd. W sercu tego niezwykłego terenu z bujną roślinnością wznosiła się posiadłość założyciela. Uczniowie mieszkali w rozrzuconych wokół domach przypominających zamki. Plan tego miejsca rodem z krainy fantasy znalazłam na początku książki.

Jednak szkoła, która miała zasłynąć z intelektualnego geniuszu, zasłynęła z morderstw. Mglisty, kwietniowy wieczór 1936 roku na zawsze wpisał się w mroczną historię akademii. W tym dniu porwano Iris i Alice Ellingham. Żonę i trzyletnią córkę założyciela szkoły. Ich porwanie poprzedził list nadesłany do rezydencji, którego treść składała się z liter wyciętych z czasopism.

Podpisał go Nieodgadniony.

   To nie koniec dramatu.

   W tym samym czasie zaginęła jedna z uczennic – Dolores. Po kilkudziesięciu latach do tej elitarnej szkoły kształcącej geniuszy, radykalnych myślicieli i racjonalizatorów trafiła Stevie z zamiarem rozwiązania zagadki morderstw sprzed lat. Dziewczyna interesowała się morderstwami, pasjami czytała kryminały, a jej marzeniem było... stanąć nad zwłokami. Nie musiała długo czekać na jego spełnienie się.

   Do zaplanowanych do rozwiązania zagadek musiała dołączyć nową zbrodnię.

   Wydawałoby się, że niedorzecznością było wybrać na śledczą nastolatkę z atakami paniki leczącą się antydepresantami. Zwłaszcza że zbrodnię popełnioną przed laty próbowali bezskutecznie rozwikłać specjaliści – detektywi i FBI. Jednak był to świetny pomysł na stworzenie kryminalno-sensacyjno-przygodowej fabuły dla młodzieży, która lubi rozwiązywać zagadki, przemierzać mroczne i tajemnicze miejsca oraz poznawać nietypowych nastolatków mocno odstających sposobem i stylem życia lub umiejętnościami we własnym środowisku rówieśniczym. Możliwość przebywania wśród nich razem z wątpiącą w siebie Stevie, z którą łatwo się utożsamić, było okazją do przeżycia niezwykłych intryg, w których liczyła się przede wszystkim zdolność logicznego myślenia, szybkość skojarzeń i łączenia faktów, spostrzegawczość oraz umiejętność dyplomatycznego unikania sytuacji trudnych i kłopotliwych. Nie zabrakło również wątku zauroczenia, który dla dziewczyny był zupełnie czymś nowym w jej życiu. Przede wszystkim uczącym otwierania się emocjonalnego na drugiego człowieka. W tej powieści, która jest pierwszą częścią trylogii, nie ma rozwiązań. Są za to piętrzące się tajemnice, kolejne morderstwa, a przede wszystkim poznawanie siebie w trudnych sytuacjach oraz pokonywanie własnych lęków i ograniczeń w skrajnych okolicznościach. Również uczenia się wiary we własne możliwości bez względu na skalę tragedii. Stevie pięknie pokazuje, że nietypową i niedocenianą osobowość w odmiennych warunkach można uznać za atut. Czy to wystarczy, by rozwiązać mnożące się zagadki morderstw w gęstniejącej atmosferze wzajemnej nieufności wszystkich mieszkańców Akademii Ellinghama?

   Przekonamy się o tym w kolejnych częściach.

Nieodgadniony [John Green]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Bardzo dobry zwiastun książki.

niedziela, 13 maja 2018
Najeźdźcy z Północy – Radosław Lewandowski

Najeźdźcy z Północy – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2016 , 415 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 2
Literatura  polska
  

   Szalony pomysł!

   Zwiastowały go postacie na okładce – Indianina i Wikinga. Zastanawiałam się, czy można połączyć dwie, tak odmienne kultury? Autor udowodnił, że można! W historii zdarzały się takie przypadki, które skrupulatnie wykorzystał w drugim tomie tetralogii Wikingowie. Rozwinął w nim wątek ucieczki Oddiego Asgotsona przed oddziałem pościgowym konunga Eryka Zwycięskiego zapoczątkowany w pierwszym tomie Wilcze dziedzictwo. Rzucił nastoletniego chłopca, ale zaprawionego w boju i przez trudne życie z ojcem, w głąb dzisiejszej Kanady. W rejon Półwyspu Labradorskiego i Nowej Fundlandii w czasie zimowym. Opisy krajobrazów, ich szczegółowość i metafory sprawiły, że mogłam z przyjemnością zachwycać się nimi razem z Oddim. Korzystać z podsuwanych mi map, by samodzielnie tworzyć krajobrazy w wyobraźni.  Te na powierzchni wyspy pełnej lasów i te w głębi mrocznych jaskiń. Zgodnie z dedykacją umieszczoną przez autora na początku książki.

Dosłownie również, ponieważ na wewnętrznej stronie okładki widniała mapa wyspy, po której wędrował, skradał się, uciekał lub gonił Oddi.

Sił i odwagi uciekinierowi dodawała jedna myśl – chciał przeżyć, by wrócić do Szwecji i uwolnić matkę oraz siostrę. Był przekonany, że ojciec zginął, więc ciężar odpowiedzialności za losy bliskich spoczął na nim. Zdany na własne siły, a w większej mierze na szczęście, dokładnie je wykorzystał w pierwszej potyczce z tubylcami. Ratując gwałconą dziewczynę z plemienia Beothuków przed śmiercią ze strony gwałcących ją Indian z plemienia Mikmaków, wkupił się w łaski jej ojca i wodza oraz samej uratowanej. Ten niebezpieczny, ale udany początek rozpoczął życie Oddiego wśród Indian. Ciągłą konfrontację stylu życia, wierzeń, obyczajów dwóch kultur, w której Oddi często musiał ustępować, by przeżyć. Nawet jego bogowie nie mieli już tak wielkiej władzy na obcej ziemi. Jego umiejętności walki i wiedza taktyczna bardziej sprawdzały się w starciach, potyczkach i bitwach z innymi plemionami niż w życiu codziennym. Był jednak otwarty na wiedzę nowych przyjaciół, którzy przyjęli go do swego plemienia. Wśród których stracił serce dla uratowanej przez niego Shaa-naan-dithit, jednocześnie cały czas myśląc o pozostawionych w Szwecji bliskich. Pobyt na obcej ziemi bardzo go zmienił. Wyspa go zmieniła, ukochana Shaa-naan- dithit i Wielki Duch. Nie Odyn, ale Manitou.

   Oddi stał się silniejszy i bardzo niebezpieczny.

   Można potraktować tę część tetralogii jako przeciekawy przewodnik po kulturze indiańskiej i wikińskiej. Zwłaszcza że autor rozdziały poprzedzał cytatami myśli znanych wodzów i czarowników Ameryki Północnej, które wprowadzały i jednocześnie podsumowywały ich treść, zawierając ponadczasową wiedzę o świecie i roli człowieka w nim.

   Można również potraktować tę część jako pełną krwawych, dynamicznych przygód inicjację w dorosłość Oddiego, którego ukształtowało nie tylko własne dziedzictwo, ale również nowo poznana kultura. Jej filozofia poszerzyła jego horyzonty myślowe i pokazała świat z odmiennej perspektywy, zmieniając pojmowanie winy za los, którego doświadczał. Był przekonany, że to on sam jest odpowiedzialny za wszystko, co go spotyka. Nie świat i inni ludzie, jak do tej pory myślał, ale on sam. Zmiana świadomości  radykalnie zmieniła również jego postawę. Z uciekiniera przed Erykiem Zwycięskim na wojownika, który wypłynął mu na spotkanie.

   Będzie się działo w tomie trzecim!

Wikingowie. Najeźdźcy z Północy [Radosław  Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 12 maja 2018
Norma - Sofi Oksanen

Norma - Sofi Oksanen
Przełożyła Katarzyna Aniszewska
Wydawnictwo Znak , 2018 ,  397 stron
Literatura fińska

   Oczyszczeniem autorki byłam zachwycona!

   Miała w sobie nutę pociągającej niepewności i czyhającego zagrożenia, którą określiłabym atmosferą thrillera. W przypadku tej powieści posunęłabym się w tym określeniu jeszcze dalej. Aż do powieści kryminalnej.

   Bo była zbrodnia!

   Nawet więcej niż jedna. To od pogrzebu jednej z ofiar rozpoczęła się opowieść. Chciałabym napisać o prawie trzydziestoletniej Normie, ale nie do końca tylko o kobiecie noszącej to imię. Myślę, że autorka nieprzypadkowo wybrała właśnie takie, próbując nadać światu jej wyborami i zachowaniem jakąś równowagę lub przynajmniej wskazać na brak tej normy. Standardu równości możliwości między mężczyznami a kobietami. Bo z jednej strony można odczytać tę powieść jako historię rodzinnej mafii, którą rządził senior rodu Lambertów, Max. To on decydował o kierunkach rozwoju biznesu opartego na handlu kobiecymi włosami, macicami i rodzącymi się z nich dziećmi, ukrytego pod działalnością zakładów fryzjerskich. To on wydawał wyroki mentalnej lub fizycznej śmierci na niepokornych, nawet jeśliby miała to być jego żona, syn lub córka. Matka Nory, której pogrzeb rozpoczął powieść, taką ofiarą była, chociaż oficjalnie popełniła samobójstwo, rzucając się pod pociąg w helsińskim metrze. Norma na własną rękę próbowała rozwikłać tę zagadkę. Dochodząc prawdy, musiała postępować bardzo ostrożnie, by nie tylko jej się to udało, ale również, by ochronić własną tajemnicę. Była odmieńcem, którego losów „innej” chciała oszczędzić jej matka, kierując do niej te słowa – Masz prawo wiedzieć, jak może wyglądać życie takich ludzi jak ty, masz prawo usłyszeć o niebezpieczeństwach, jakie inni napotykali na swojej drodze. Ta wspólna tajemnica była tym elementem całej historii, który wprowadzał otoczkę niezwykłości, nadzwyczajności, momentami nadprzyrodzoności, a jednocześnie prawdopodobieństwa tak charakterystycznego dla prozy autorki. To się w jej stylu przekazu nie zmieniło, chociaż temat obrała sobie tym razem bardzo współczesny i aktualny – biznes oparty na kobiecie i jej ciele. Zdiagnozowała go szczegółowo w powieści, sprowadzając do krótkiej, syntetycznej myśli podsumowującej, ujętej w trzech zdaniach – Ten, kto włada marzeniami, włada światem. Ten, kto rządzi włosami, rządzi i kobietami. Ten, kto kieruje ich płodnością, kieruje również mężczyznami. Ten kto zadowala kobiety, zadowala i mężczyzn; a ten, kto manipuluje ludźmi, którzy marzą o włosach i o dzieciach, jest ich królem.

   „Król” Max Lambert był tylko fikcyjnym przedstawicielem rzeczywistej reguły w realnym świecie.

   Pomimo upływu czasu i zmian na korzyść kobiet, ruchów emancypacyjnych i feministycznych, które wywalczyły równouprawnienie wobec mężczyzn, wprowadzenia tych samych praw i możliwości co mężczyźni, nadal – tłumaczyła matka Normie – nie czerpiemy z nich jednakowych korzyści. Oddajemy wszystko, co mamy, na materiały w przemyśle kosmetycznym, ciężko pracujemy, pozwalamy wykorzystywać nasze twarze, włosy, łona, piersi, a pieniądze, które nam się należą, jakoś ciągle lądują w kieszeniach mężczyzn. To oni przewodzą, posiadają, to oni kupują natychmiast każdą, ledwo prosperująca firmę.

   Na diagnozie problemu autorka nie poprzestała.

   Wskazała wyjście. Była nią Norma, matka Nory, córka Maksa - Margot i każda inna kobieta, której próba buntu nie udała się. Autorka, wykorzystując przekaz biblijny o sile Samsona mającej źródło w długich włosach, dokładnie w ten artefakt wyposażyła swoje bohaterki. Kobiety istniejące od zawsze, a które na przestrzeni wieków były uwieczniane chociażby w malarstwie tak, jak słynna muza prerafaelitów – Elizabeth Siddal, której postać autorka wplotła w fabułę. Norma miała być taka, jak ona.

Wikipedia

Autorka wyposażyła je w moc przekazywaną z pokolenie na pokolenie. W siłę tkwiącą symbolicznie we włosach, które łączyły wszystkie kobiety w swoim dążeniu do wolności, do decydowania o własnym losie, do pracy na własny rachunek, do samodzielnego i niezależnego życia od nikogo. W każdej z nich tkwiła pramatka Ewa, która do nich przemawiała, dawała oparcie, podpowiadała, co czynić i wyznaczała kierunki postępowania. To dlatego prababka Normy, po której odziedziczyła tajemnicę włosów, miała na imię Eva, a bohaterki powieści „słyszały” jej głos, „rozmawiając” z nią. Ta nić porozumienia na granicy intuicji i zmysłów była tak cienka, a zarazem tak silna, jak włos.

   Mogłabym zarzucić autorce, że była w tej powieści bardzo chaotyczna.

   Jednak nie zrobię tego. Myślę, że to z jej strony celowy zabieg. Sposób oddania chaosu w głowie i mętliku w myślach kobiecych postaci, by ukazać ich ból zniewolenia, lęk, strach, brak poczucia bezpieczeństwa, nieustanne szarpanie się w klatce męskich, poniżających zasad, stałość zagrożenia i wszystkie negatywne emocje, którym musiały sprostać w walce o siebie i swoją rolę w rodzinie oraz społeczeństwie. Tę dynamikę rozedrganych myśli miała potęgować również naprzemienność głosu narratora zewnętrznego opisującego teraźniejszość Nory i głosu jej matki „zza grobu” odtwarzanego z pendrive’a, ujęta w dwunastu rozdziałach skandowanych wyliczanka od pierwszego do ostatniego - jeden, dwa, trzy...

   Autorka ponownie zaskoczyła mnie!

   Formą, sposobem i tematem przekazu, które zwolennikom klasycznej prozy mogą się nie spodobać, jednocześnie pozostając niezmienną w swojej charakterystycznej cesze – misternym budowaniu atmosfery tajemnicy i zagrożenia.

   Potwierdziła, że jest oryginalną komentatorką ludzkiej rzeczywistości.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

poniedziałek, 07 maja 2018
Uchwycić życie – Hanna Świda-Ziemba

Uchwycić życie: wspomnienia, dzienniki i listy 1930-1989 – Hanna Świda-Ziemba
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 348 stron + 36 zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  polska

   Niezwykłe i nadal potrzebne spojrzenie na świat!

   Świadomie nie użyłam słowa „życie” lub „osobowość”, ale właśnie ten pryzmat postrzegania rzeczywistości osadzony w dopiero drugiej kolejności -  życiu, będącym wyrazem wartości. Okruchach chwil i myśli rozproszonych w listach do najbliższych, tekstach publicystycznych, wywiadach, nagraniach biograficznych i dziennikach, będących emocjonalnym i żywym zbliżeniem rozwoju osobowości i postaw życiowych bohaterki biografii, które zmieniały się w miarę dorastania tak, jak charakter pisma. I tak, jak pismo nie zmieniało się w jego zasadniczej, charakterystycznej części, tak nie zmieniały się wartości determinujące jej wybory, decyzje i zachowania.

   Wierna im do końca.

   Przedstawicielka polskiej, zróżnicowanej inteligencji  w postawach wobec komunizmu po wojnie, która jako dziecko przeżyła okupację bolszewicką i niemiecką w Wilnie. Była świadkiem formowania się PRL i kolejnych w nim zmian, a potem  budowy nowej Polski po 1989 roku, chociaż jej biografia obejmuje lata 1930-1989. Spośród wielu zdjęć rodzinnych dołączonych do tekstów wybrałam najbardziej mi bliskie – w roli nauczycielki statystyki. Ujęcie, które przypomina mi moje koleżanki i moich kolegów, kiedy wchodzę do klasy tuż po zakończonej lekcji i widzę ich pochylonych nad papierami. Różnicę widać tylko w braku komputerowego monitora na stole.

Bardzo trudne zadanie miał autor opracowania Dominik Czapigo – uchwycić i scalić to życie w jego rozmigotaniu. Udało mu się jednak je zatrzymać i oddać kotłujące się w nim emocje i burzę myśli. Wyłowić z morza rozproszonych informacji w różnorodnej formie i stworzyć jednolitą, chronologicznie podaną biografię człowieka pracowitego. Również nad sobą. Jej życie było dla mnie odpowiedzią na pytanie o sposoby przetrwania w czasach dwóch totalitaryzmów – faszystowskim i komunistycznym – z podniesioną głową. Bycia niezmiennie przyzwoitym w skrajnych warunkach sprzyjających ujawnianiu się w człowieku „bestii”.

   W czasach okupacji niemieckiej wprawdzie była dzieckiem, ale za to jakim!

   Dziewczynką myślącą, ciekawą i pragnącą działać. W opinii koleżanki – obustronna – to jest z jednej strony żywa i chuliganowata, a z drugiej - ma sens w głowie. Już wtedy miała sprecyzowane poglądy na dziejące się zmiany i wydarzenia historyczne. Nienawidziła bolszewików i koniecznie chciała bronić, a nawet zginąć dla Polski. W desperacji chęci czynu zostawiła mamie list pożegnalny, w którym napisała  – Każdy musi służyć Ojczyźnie, jak umie. Chcę zostać dzieckiem pułku. Uciekam na wojnę. Jej dzienniki pisane na gorąco dostarczały mi przede wszystkim emocji, których raczej już nie spotykałam w zdystansowanych wspomnieniach z nagrań po latach. Oczywiście z wyprawy na wojnę nic nie wyszło, ale taka postawa dziesięciolatki mówiła wiele o jej sposobie myślenia, kształtującej się osobowości i przyjętym systemie wartości, którego, była tego pewna, nie zmieni, pisząc  – Jak kiedyś będę dorosła, to pomyślę, że jak miałam lat 10, to to było samo.

   Słowa dotrzymała!

   Jakim cudem? Przecież w dorosłości „zapomina się” o ideałach i marzeniach. Zwłaszcza że w jej przypadku skutecznie pomagał w tym komunizm sprzyjający konformizmowi i wyzwalaniu cech przynajmniej przystosowawczych. Przyglądałam się tym zmianom, ambitnym spełnianiu się wbrew warunkom, jej wewnętrznej walce, postawom i ponoszonym kosztom, z ogromnym zaciekawieniem. Jej dojrzewaniu, w którym była wierna wartościom wyniesionym z dzieciństwa. Przede wszystkim jednak nasilającej się ciekawości świata, ludzi i mechanizmów nimi rządzących. W dzieciństwie chciała być artystką lub adwokatką, by bronić innych. Została socjologiem, bo tylko ta nauka dawała jej możliwość widzenia rzeczywistości inaczej niż się powszechnie uważało, a jedno zjawisko ujrzeć skrajnie odmiennie w zależności od patrzącego. A mimo to, u schyłku życia, miała poczucie niewykorzystanego wewnętrznego potencjału. Zaprzepaszczenia możliwości. Byciem człowiekiem „urwanego lotu”, którym określała swoje pokolenie, a któremu system odebrał prawo do rozwoju według własnych planów, wysysając energię do działania. Powoli zmieniał w konformistów, popadających w stan ”żadności” i beznadziei. Tę gorycz widać było w krytycznym opisie społeczeństwa po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku, dzielącym je na wyalienowanych polityków i resztę. Zapewniała, że w równoległym życiu byłaby publicystką i działaczką społeczną, mówiąc w wywiadzie – Myślałam o stworzeniu domu dziecka dla sierot, myślałam o pracy dla niewidomych, o naprawie szkolnictwa. Tymczasem Peerel prawie zupełnie mi tę aktywność społeczną uniemożliwił. Bo miałam na nią wiele pomysłów, ale do tego trzeba było wolności. Nie chciałam funkcjonować pod dyktando systemu. Ale nigdy nie miałam skłonności, żeby usiąść i ubolewać. Życie musiało mieć dla niej wartość bez względu na warunki egzystencji. Może dlatego nie do końca była zadowolona z własnych osiągnięć, mimo że osiągnęła bardzo dużo. Jej dorobek naukowy i intelektualny z własną filozofią życiową opartą na tym pierwszym, najzwięźlej ujęła w listopadowym  wpisie z 1996 roku, któremu autor opracowania trafnie nadał rolę pięknego postscriptum. W swoich poglądach, odchodząc od wrogości do relatywizmu i tolerancji, stała się dla mnie ważnym komentatorem świata, historii i postaw Polaków. Pięknie potrafiła tłumaczyć zawiłości zjawisk społecznych, w których tak wielu się pogubiło, sądząc po przerażających mnie doniesieniach medialnych z ulic polskich miast. Jej dorobek intelektualny jest ponadczasowy. Jej myśli i analizy zawarte w artykułach i wywiadach, pierwotnie opublikowane w Tygodniku PowszechnymGazecie Wyborczej w latach 1998 i 2010, a dołączone do biografii, nadal są aktualne – antysemityzm Polaków, celowość Powstania Warszawskiego, krzyż jako symbol zawłaszczania, patriotyzm, lustracja czy katastrofalny brak wiedzy historycznej Polaków. Jej trafna myśl sprzed siedemnastu lat, idealnie oddaje przyczyny tego, co dzieje się obecnie w Polsce – ...człowiek odpowiedzialny musi znać i rozumieć historię swojego narodu. Po pierwsze bowiem, w historii ujawniają się uniwersalne mechanizmy społeczne, które dają podstawę rozumienia aktualności, a niekiedy mogą stanowić groźne ostrzeżenie. Po drugie zaś, istnieje zjawisko społecznego dziedziczenia postaw. Historia jest procesem ciągłym, aktualność zawiera w sobie przeszłość. Trzeba zatem wiedzieć, co z historii narodu pragnie się kontynuować, a co zdecydowanie potępić i zwalczać.

   Ja nazywam to wrażliwością historyczną.

   Ile jej mamy, wyraźnie widać na ulicach z jawnie maszerującymi neofaszystami. Mamy z tym poważny problem. Rola takich ludzi, komentatorów rzeczywistości, jest nieoceniona, a dzisiaj na wagę złota. Zwłaszcza wśród nieczytającego społeczeństwa (64% Polaków nie czyta!), czerpiącego wiedzę z egalitarnych lub zmanipulowanych w przekazie mediów, w których na rolę komentatora wybiera się polityków i celebrytów, bo są bardziej „medialni”. Dlatego tak ważne są tego typu publikacje, oddające głos kompetentnym komentatorom, którzy wiedzą, co mówią i mają świadomość odpowiedzialności za słowa. Tylko przez słowo da się coś zrobić. Są takie rzeczy, że wszystko tonie w hałasie medialnym, a jeżeli chce się przez ten hałas przebić, to trzeba robić to, co jest najbardziej wartościowe, ważne i pożyteczne. Nigdy nie wiadomo, kiedy ziarno da o sobie znać. Co robić? Podejmować nieustannie dyskusję o przeszłości, a do niej potrzebny nam jest rzetelny i wielowymiarowy opis tamtych czasów. – podpowiada bohaterka biografii. Jest jedną z wielu, która dokładnie nam to daje w swoim dorobku naukowym.

   Korzystajmy z tego, by się nie pogubić w tym medialnym hałasie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989 [Hanna Świda-Ziemba]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 05 maja 2018
Wilcze dziedzictwo – Radosław Lewandowski

Wilcze dziedzictwo – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2017 , 432 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 1
Literatura  polska

   Uwielbiam świat wikińskich wojów!

   Najciekawszy jest w jego przedstawianiu indywidualizm twórczy autora. Filmowy serial Wikingowie wyreżyserowany przez Michaela Hirsta pokazywał brutalną rzeczywistość zarówno mężczyzn, jak i kobiet w ówczesnej Skandynawii. Pochłonął mnie totalnie! Saga Północna Droga to przede wszystkim zmysłowy świat kobiety słabej fizycznie, ale silnej psychicznie w męskim patriarchacie. Może dlatego, że stworzyła ją kobieta, Elżbieta Cherezińska. Również pochłonął mnie totalnie. Pozycja popularnonaukowa Moce wikingów Władysława Duczki, pozwoliły mi oddzielić prawdę historyczną od fikcji literackiej.

   Byłam ciekawa kolejnej wersji o wikingach!

   Z niecierpliwością sięgnęłam po pierwszy tom tetralogii i już po pierwszych stronach prologu  powieści wiedziałam, że czeka mnie przede wszystkim brutalna przygoda skąpana we krwi, balansująca na cienkiej granicy realiów i wierzeń. Początkowo trudno było mi wskazać głównych bohaterów, ponieważ powieść składała się z czterech, wyraźnie oddzielnych ksiąg. Każda wprowadzająca nowe losy kolejnych bohaterów lub umieszczona w odmiennych realiach geograficznych. Z czasem zrozumiałam, że opisanie wielu, ale znaczących dla fabuły wydarzeń dziejących się w pierwszej połowie X wieku, było ważnym i decydującym o kierunkach jej dalszego rozwoju, początkiem wielu wątków, z których dwa były wiodące – dwie wyprawy wikingów ze skandynawskiej Birki. Obie zaznaczone na mapkach umieszczonych na wewnętrznych stronach okładek.

Jedna do Grenlandii pod wodzą Asgota z Krwawą Tarczą, landmana władającego wielkimi połaciami ziemi i stormana z północnej Szwecji, kuzyna samego Eryka Zwycięskiego, trzeciego w linii pretendentów do jego tronu. Druga do królestwa Leóna, w której władał protektor Aragonii , Nawarry i Katalonii Ramiro II. Pierwsza była ucieczką wikinga-renegata obciążonego klątwą Lokiego, który skierował miecz przeciwko własnym braciom, a zarazem pionierską w zakładaniu nowych osad na obcej ziemi. Druga wyprawą najemną szwedzkiego konunga Erika Zwycięskiego przeciwko maurom. W pierwszej bohaterem był syn Asgota z Czerwoną Tarczą, Oddi, , który bardziej kristmadzkiego papara przypomina, a nie wodza wikingów, jego iryjska matka tak napsuła mu w głowie, że częściej po pergamin i inkaust sięga niż po miecz i tarczę. W drugiej Eric Ericsson, syn Eryka Zwycięskiego, truhtina szwedzkiego i Sygrydy Storådy, córki konunga Wenedów Mieszka I i Siostry Bolesława Chrobrego. Obaj nastoletni o bardzo różnych osobowościach, z odmienną przeszłością i rysującą się przyszłością. Na Oddim ciążyła klątwa Jörmunganda, w której popadnięcie  świadkiem byłam w prologu i nienawiść ojca, uważającego go za bezwartościowego potomka. Przyczyna zdrady Asgota i sprawca przymusowej wyprawy. Z kolei Eric Ericsson był synem kochanym. Zwłaszcza przez matkę, dla której prowadził dziennik z wyprawy dyktowany paparowi, bo sam był niepiśmienny. Dzięki jego narracji pierwszoosobowej oglądałam rzeczywistość widzianą oczami dojrzewającego i buntującego się chłopca, który żył przygodą i nieznanym. Gotowym na wszystko, byle tylko być tam, gdzie najgoręcej, najniebezpieczniej, najciekawiej, a czasami najkrwawiej.

   Ta wielość bohaterów i wątków w pierwszej części cyklu była konieczna do ukazania przebogatej kultury i życia społecznego wikingów. Ich obyczajów, wierzeń, ubiorów, uzbrojenia, sposobów walki, polityki między jarlami i z obcymi. To był, pomimo jednorodności, bardzo zróżnicowany świat. Autor ukazał go bardzo mocno osadzonym w tradycji i mitologii, ale jednocześnie czerpiącym dla siebie, na własnych warunkach, to, co najkorzystniejsze  – złoto, niewolników i sojuszników. Tylko bogowie byli niezmienni. To przede wszystkim męski świat honoru, w którym kobiety były jednym z wielu elementów ich życia. Absurdalnie bardzo ważnym, ale mało cenionym. Rzeczywistość, którą wypełniały bitwy, walki i pojedynki na miecze i słowa o dumę, bogów, złoto, kobiety, ziemie, przywództwo i władzę. Bardzo dynamiczny wielością scen militarnych skąpanych we krwi, pocie i urynie. Autor wykorzystywał niektóre fakty historyczne, wokół których obudował fabułę. Opisy wzbogacił terminami skandynawskimi i mitologicznymi, które umieścił w słowniku na końcu książki, a dialogi „kwiecistymi” określeniami metaforycznymi, które pełniły rolę wyzwisk, przekleństw, sposobu okazywania skrajnych emocji lub dobrego humoru.

   Pierwsza część wprowadzająca w niebezpieczne przygody i  skomplikowane losy dwóch chłopców wśród twardych wojów, pozostawiła we mnie niedosyt. Ciekawą zapowiedź dalszego, które czekało na mnie w kolejnych częściach. Ich grafika okładkowa wprawiła mnie w zachwyt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wikingowie. Wilcze dziedzictwo [Radosław Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 03 maja 2018
Właśnie Izrael – Eli Barbur , Krzysztof Urbański

Właśnie Izrael: gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela – Eli Barbur , Krzysztof Urbański
Wydawnictwo Poradnia K , 2016 , 272 strony
Literatura polska

   Gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela.

   Ten podtytuł idealnie oddaje charakter tej publikacji. Gadany, bo w formie trochę wywiadu, trochę rozmowy, a trochę przyjacielskiej pogawędki między dwoma dziennikarzami bardzo dobrze znającymi realia zarówno izraelskie, jak i polskie. Eli Barbur to wnuk jednego z założycieli państwa Izrael. Krzysztof Urbański to Polak często bywający w Izraelu i gruntownie znający ten kraj – jak przeczytałam w krótkim biogramie na okładkowym skrzydełku. Obaj na tyle profesjonalni, z ogromną i szeroką wiedzą, by móc się nią wymieniać, uzupełniać, tu i ówdzie ubarwiać anegdotą lub ciekawostką i od czasu do czasu otwierać mi buzię z zadziwienia lub zaskoczenia. Dodatkowo licznie ilustrowaną zdjęciami.

  Bo co ja wiedziałam o współczesnym Izraelu?

  Jakieś strzępki informacji z doniesień mass mediów. Jakieś migawki zdjęć z ataków terrorystycznych. Trochę literatury o problemach współczesnych kobiet w Izraelu opisywanych przez Ornę Donath w Żałując macierzyństwa, a z drugiej o ciemnej stronie życia w Tel Awiwie z opowiadań pisarzy współczesnych Tel Awiw Noir. Gdzieś między nimi zaplątała się powieść o romantyku Benjamina Tammuza Minotaur. Tyle i mało, ale jak się później okazało, mało też literatury hebrajskiej, godnej uwagi, w Polsce się ukazuje. Lubianego i popularnego w Polsce Edgara Kereta, Eli Barbur do niej nie zaliczył. Jego pogląd na temat twórczości tego pisarza mnie obraził i zirytował, ale o tym na końcu. Chcę zachować chronologię rozmowy o bardzo skomplikowanych i trudnych sprawach, by nie zgubić się w natłoku ogromnej ilości wątków. Rozmowa zaczęła się od powstania państwa Izrael, poprzez jego zasiedlanie, rozbudowę, formowanie się rządu, a zakończyła na współczesności, która geograficznie, na dołączonej mapie, wygląda tak:

W tej historycznej pigułce dynamicznych zmian geograficznych, demograficznych, politycznych i gospodarczych pod wpływem kolejnych fal emigrantów z różnych stron świata, które zresztą trwają do dzisiaj, widziałam stale obecną nadzieję, ale i cechę, która nieustępliwie, a nawet krwawo, wyrąbywała Żydom swoje miejsce na Ziemi Świętej – skrajny upór. Eli Barbur potwierdził to w podsumowującym rozmowę zdaniu – ...tak naprawdę Izrael w dużym stopniu powstał z desperacji, szaleństwa, rozpaczy i niezwykłej determinacji garstki ludzi... Może dlatego, że doświadczyli makabrycznych skutków braku własnego państwa. Bezdomności narodu osamotnionego w świecie. Bezpaństwowości, a tym samym nieliczenia się i nieistnienia w świecie polityki, która skutkowała Holocaustem. Teza Henryka Schönkera zawarta w Dotknięciu anioła, której zaprzeczali historycy, dopóki nie pojawiły się dowody, zabrzmiała i tutaj. Została wyrzucona na margines, co autorzy czynili często, jeśli myśl była warta wyróżnienia.

Pamięć tragicznej przeszłości była  motorem walki, jaką toczyli od początku przybywający Żydzi. Ocaleńcy z Holokaustu, których rzucano na front niemal od razu po tym, jak schodzili ze statków. Teraźniejszość tę gotowość stale podtrzymuje w kolejnych intifadach, wojnach, kryzysach i zamachach bombowych. Izrael jawił mi się pełnym sprzeczności. Wypełniony żołnierzami,

zasiekami i murami,

zdawałoby się niemożliwym do normalnego życia, które jednak toczyło się.

W atmosferze stanu wojennego żyje prawie dziewięć milionów Żydów pochodzących ze stu i jeden narodów, jak sami o sobie mówią. W kraju, w którym religia ma ogromne, wręcz decydujące znaczenie, w którym rabini nie pozwolili na uchwalenie konstytucji, a jednocześnie małżeństwa homoseksualne są w nim legalne, a geje i lesbijki mogą adoptować dzieci. To jedno z wielu zaskoczeń.

   A było ich dużo więcej!

   Mnie najbardziej zaciekawiły rozmowy o kulturze, a szczególnie o literaturze. O tym, co Izraelczycy czytają i co piszą. Niewiele mam ich przeczytanych, z których okazało się, że Edgar Keret jest najmniej godnym uwagi. Dobrze byłoby, gdyby autor na tej opinii zakończył wypowiedź. Jednak nie! Konsekwentnie rozwinął temat, mówiąc – Moim zdaniem jego opowiadania to najwyżej skecze dla niezbyt sprawnych myślowo małolatów. Ha! Kolejne zaskoczenie z cyklu – rozdziaw buzię i tak trzymaj! Na szczęście polski dziennikarz stanął w jego obronie, bo przecież ja nie mogłam, chociaż bardzo chciałam, ale ta uwaga ostatecznie okazała się cenną. Podsunęła mi myśl, którą kieruję do polskich wydawców – proszę skorzystać z sugestii nazwisk pisarzy Eliego Barbury, których twórczość warto podsunąć polskim czytelnikom – Noemi Regen, Jochi Brandes, Orly Cestel-Bloom, Anat Einhar, Sami Berdugo czy Ilai Rowner. Bardzo chciałabym, aby wydawnictwa wzięły je pod uwagę w swoich planach wydawniczych ku lepszemu zrozumieniu siebie nawzajem Polaków i Żydów. Zwłaszcza teraz, kiedy neofaszyzm podnosi łeb.

   Bardzo proszę o to.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Właśnie Izrael. „Gadany” przewodnik po historii i teraźniejszości Izraela [Eli Barbur, Krzysztof Urbański]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Wiedzę z książki uzupełniłam filmem.

środa, 02 maja 2018
Dotknięcie anioła – Henryk Schönker

Dotknięcie anioła – Henryk Schönker
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 440 stron , wydanie 5
Seria Żydzi Polscy
Literatura  polska

   Kolejne świadectwo ocalenia z Holocaustu.

   Cudowne – tak twierdzi autor. Że gdyby nie dobrzy ludzie na jego drodze, niewytłumaczalne zdarzenia, przychylne postawy przypadkowych świadków, nie byłoby ani jego, ani jego rodziców i siostry. Uważał, że przez cały okres okupacji, czuwała nad nim Opatrzność. Że jego ocalenie było dotknięciem anioła. Był pewien, że przynajmniej jednego w ludzkim ciele spotkał na swojej drodze i było to spotkanie rzeczywiście niesamowite i niewytłumaczalne.

   Początkowo myślałam, że ma na myśli zbiegi okoliczności, ale w miarę czytania zrozumiałam, że miał wiele racji w swoich przekonaniach. To, o czym z takim przejęciem opowiadał, nasuwało jeden wniosek – faktycznie to było cudowne ocalenie. Owszem, z jednej strony zawdzięczał to ojcu, który posiadał niezwykłą umiejętność przetrwania. Mieszała się w nim intuicyjna dusza artysty i praktyczny umysł przedsiębiorcy. Kalkulował logicznie i słuchał instynktu. Te cechy okazały się niezbędne w czasie okupacji niemieckiej, kiedy ich los zamożnych ludzi zamienił się w zaszczute, uciekające, bezbronne, samotne zwierzęta.

   Tym bardziej jako rodzina. Nie w okupowanej Polsce z eksterminacyjną polityką wobec Żydów. A mimo to ich wędrówka od rodzinnego Oświęcimia, w którym ojciec autora był szanowanym i poważanym właścicielem fabryki nawozów sztucznych przez Kraków, Wieliczkę, getto w Tarnowie i Bochni, obóz koncentracyjny w Bergen-Belsen, Trōbitz i ponownie do Oświęcimia, była pod specjalną ochroną. Być może ten ciąg małych cudów ratujących ich od śmierci w beznadziejnych sytuacjach, pułapkach bez wyjścia, rozpoczął cud jego narodzin. Właściwie miałem umrzeć, zanim się narodziłem – tym wstrząsającym wyznaniem rozpoczął autor opowieść o sobie. Jego mama po pierwszym porodzie kalekiego syna, nie chciała mieć więcej dzieci. Jednak, jakimś cudem, nie zorientowała się, że jest w ciąży. Jak to możliwe? Zdarza się, więc przytrafiło się również autorowi.   

   Miał widocznie żyć.

   A może jego ocalenie wyprosił rabin-cudotwórca? Rodzina autora jako jedyna została pobłogosławiona spośród żegnającego go tłumu słowami – Życzę ci, abyście ty, twoja żona i twoje dzieci zostali przy życiu i aby udało się wam szczęśliwie przejść przez wojnę.  Nie wiadomo czy miało to wpływ. Można gdybać. Można i w ten sposób szukać uzasadnienia tego ocalenia. Jeśli jednak dobrze wsłuchać się w opowieść autora o tułaczce, głodzie, wszach, chorobach, poniżeniu, wszechobecnej i powszechnej śmierci, okrucieństwie, to można pośród tego morza nienawiści i łez postrzegać dobre uczynki, gesty, słowa, sploty okoliczności jako małe cuda ratujące życie. Ale można również nie móc wytłumaczyć racjonalnie poczucia obecności fizycznej siły zmuszającej do mówienia wbrew swoim myślom, do czynów ponad siły lub jej paraliżującej mocy unieruchamiającej ręce i nogi w obliczu skrajnego niebezpieczeństwa. Jak to wytłumaczyć, skoro autor sam do dzisiaj nie jest w stanie tego pojąć? Słowo cud samo cisnęło się na usta. Miałam wrażenie, że ta opowieść, w jakimś sensie, posiadała wymiar metafizyczny.

   Stałej obecności czegoś, co czuło się pozazmysłowo.

   Na pewno był wybrany. Tylko do czego? Chociażby po to, by spisać swoje wspomnienia jako świadka Holocaustu. Uczynił to dopiero po ponad sześćdziesięciu latach pod wpływem namowy Haliny Zawadzkiej, autorki Ucieczki z getta. Ta pozycja to już jej piąte wydanie. Pierwsze wzbudziło kontrowersje i niedowierzanie wśród historyków. Nie ze względu na wyjątkowe losy osobiste jego i jego rodziny, ale z powodu zupełnie nowej informacji w nich zawartej, dotychczas nieznanej historykom. Autor twierdził, że Oświęcim mógł stać się symbolem ocalenia Żydów, a nie miejscem ich zagłady. Opisał powstanie w Oświęcimiu Biura Emigracji do Palestyny dla wszystkich Żydów chcących opuścić okupowaną Polskę. W celu omówienia szczegółów, delegacja Żydów, wśród których znalazł się ojciec autora, udała się do Berlina na rozmowy z kierownikiem Referatu Żydowskiego Adolfem Eichmannem. Niemcom zależało, aby jak największa liczba Żydów wyjechała z Polski. Chcieli wręcz pozbyć się Żydów. Tylko że świat ich nie chciał. Dla Niemców był to swoisty test na dowolność rozporządzania ich dalszymi losami i gwarancją, że nikt się za nimi nie wstawi, gdy zaczną ich mordować. Dokładnie tak się stało.

   ŻYDZI W POLSCE ZOSTALI SAMI. – dużymi literami podkreślił ten fakt autor.

   Tym samym obciążył moralnie nie tylko sprawców Holocaustu, ale również cały świat. W pierwszych wydaniach książki nie miał na te „rewelacje” dowodów. Stały się one uznanym faktem w trzecim wydaniu, dzięki badaniom dr. Artura Szyndlera, który znalazł dwa dokumenty je potwierdzające, a których oryginały znajdują się w nowojorskim archiwum American Jewish Joint Distribution Committee. Oba zostały umieszczone w aneksie na końcu książki. Te dokumenty potwierdzające prawdziwość opowieści autora totalnie zmieniają spojrzenie na przyczyny Holocaustu i odpowiadają na stale zadawane pytanie – dlaczego zagłada Żydów była możliwa?

   Nie była to jednak opowieść o złych Niemcach i dobrych Żydach.

   Autor nie dzielił ludzi ze względu na narodowość. Podzielił ich na dobrych i złych, gdzie Niemiec ratował Żyda, Żyd pomagał Niemce, a Polak Żydowi. Wszystko rozgrywało się w świecie emocji bardzo wrażliwego dziecka, które w momencie wybuchu wojny miało osiem lat. Uczuć skrajnych, zmuszających mnie do przerywania lektury. I nie akty nieludzkiej agresji to sprawiały, ale szlachetne postawy osób, które na czarnym tle nienawiści wzruszały do łez przejawem dobroci. Dotknięciem anioła, jak określał to autor. To był ten wymiar duchowy wspomnień. Kiedy spoglądałam całościowo na los bohatera, niezwykle dojrzałego dziecka, widziałam wyraźnie, że nic w nim nie było przypadkowe. Wszystko miało swój sens i cel. Każdy człowiek i dobry, i zły , każdy czyn i dobry, i zły, słowo, gest i każde wydarzenie radosne i tragiczne służyło jednemu - ocaleniu. Ten wymiar duchowy w skrajnych warunkach egzystencji można przełożyć na każde życie. Również na nasze współczesne w warunkach pokojowych. Wszystko dzieje się podobnie, chociaż czasami zadajemy sobie pytanie - dlaczego to mnie spotyka lub mnie się przydarza? Patrząc na cierpienia dziecka wojny można powiedzieć, że służyło to ocaleniu. Patrząc na losy dzieci pokoju można powiedzieć, że zdaniu egzaminu z życia, by ocalić naszą duchowość. Nasze człowieczeństwo. Po to ocalał, by nam to pokazać.

   Do takich refleksji metafizycznych zmuszają życie autora i jego wspomnienia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dotknięcie anioła [Henryk Schonker]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Na podstawie wspomnień powstał fabularyzowany dokument pod tym samym tytułem Dotknięcie anioła, do którego obejrzenia namawiam.

 
1 , 2
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w czerwcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1067 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi