Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 26 listopada 2018
Pod podszewką – Sylwia Stano , Zofia Karaszewska

Pod podszewką – Sylwia Stano , Zofia Karaszewska
Wydawnictwo Marginesy , 2018 , 392  strony
Literatura  polska
   

   Przeżyłam oryginalną przygodę intelektualno-estetyczną!

   Jeszcze większą przyjemność i radość tworzenia jej miały autorki projektu, znane przede wszystkim jako prowadzące blog Książniczki mają zdanie, które nazwały go „kolekcją literacką”. W tym niewielkim wyrażeniu autorki połączyły świat literatury i mody. Pozornie nie do pogodzenia w powszechnym pojmowaniu – książki i ciuchy albo jeszcze lepiej – czytelnicy i szafiarki. A jednak! Udało się! Do przedsięwzięcia zaprosiły projektantkę Justynę Ołtarzewską, fotografa Michała Jaworskiego i... psychologa! Dokładnie profilera kryminalnego – Piotra Szarotę. To ich komentarze, rozwinięcia i opinie, wplatane w wypowiedzi pisarzy zaproszonych do kreowania siebie w stroju, wyjaśniały proces tworzenia, historię konkretnego elementu garderoby, a także cechy psychologiczne osobowości osoby je wybierającej. Pisarze mieli ich pełny wybór, włącznie z krojem, kolorem i rodzajem materiału, z którego miały być wykonane.

  Lista znanych i lubianych wprawiła mnie w euforię!

To pod ich podszewki sukienki, marynarki, kamizelki, tiszertu, bluzy, spódnicy, trencza, kombinezonu, kaszkietu, skarpetek, a nawet bielizny męskiej i koszuli nocnej damskiej, zaglądały autorki. Pierwsze spotkanie z każdym pisarzem poprzedzało monochromatyczne zdjęcie portretowe.

Tylko biała twarz wyłaniająca się z mroku czerni. Temat mody, ubioru, trendów, preferencji, noszenia ulubionego stroju podczas pisania, do pracy lub na spotkania autorskie, rozwijał wątki w kierunki przez jednych zupełnie niekontrolowane, jak u Jakuba Małeckiego, który co chwilę napominał sam siebie – Boże, dlaczego ja wam o tym wszystkim mówię? U innych skupiały się na pasjach kształtujących i wpływających na ich styl życia. To w tych momentach dowiadywałam się o mało znanych lub w ogóle nieznanych, a mających znaczenie dla twórczości, faktach. Boksowaniu Grażyny Plebanek, jodze Katarzyny Tubylewicz czy wyciskaniu Łukasza Orbitowskiego i Jakuba Małeckiego. Były one wyraźne, ale dyskretnie, wdrukowane lub wszyte w strój. Chociaż strój to za mało powiedziane. Trudno tak nazwać skarpetki Michała Rusinka. Oczywiście z wydzierganymi książkami.

Książkowy motyw był najpowszechniejszym elementem projektu umieszczanym na lamówce, dole halki, mankietach czy podszewce kamizelki.

Co ciekawe, nie zawsze w formie książki. U Jacka Dehnela był nim druk Gutenberga na białej koszuli. U Marty Guzowskiej był nadrukiem glinianych tabliczek z pismem linearnym na podszewce trencza. Fani jej kryminałów wiedzą dlaczego. U Jakuba Małeckiego haiku na rękawku tiszertu. U Agnieszki Wolny-Hamkało był nim wiersz nadrukowany na wewnętrzną kieszonkę marynarki.

Największym zaskoczeniem wśród tych oryginalnych podejść do zadania okazały się dla mnie postawa i wyobraźnia Janusza Leona Wiśniewskiego. Zaprojektował małą czarną z bikini pod spodem. Nie, nie dla siebie. Dla kobiety. Chociaż dla fanów jego powieści, zwłaszcza kobiet, niespodzianką może to nie być.

   Gotowy efekt pracy wszystkich uczestników wieńczył każde spotkanie z pisarzem.

   W pierwszym odruchu zaczęłam szybko przeglądać te zdjęcia finalne. Palącą ciekawość udało mi się zatrzymać na trzeciej osobie z kolei. Postanowiłam dawkować sobie tę przyjemność, by przejść przez cały proces od czarno-białego zdjęcia „przed” do kolorowego „po”. Zupełnie inaczej patrzyłam wtedy na sukienkę Olgi Tokarczuk, w której wystąpiła na gali wręczania Nagrody Bookera.

To nie tylko sukienka. To również opowieść o wszechświecie i ze wszechświatem nadrukowanym na białą halkę i o prawie stuletnich butach. Nie sposób opisać i pokazać wszystkich. Nawet nie mam takiego zamiaru. Z premedytacją uchylam tylko rąbka zawartości. Dokładnie tak, jak czyniły to autorki, anonsując odchylonym rogiem kartki kolejną postać. Na przykład pająkiem na czerwonym tle.

Fani kryminałów Katarzyny Bondy na pewno od razu skojarzą go z jej Czerwonym pająkiem. Dlatego mój wpis to tylko malutka cząstka bogactwa przeżyć, jakie niesie ze sobą ta książka. A przyznam się, że miałam opory przed jej sięgnięciem, ponieważ nie lubię i nie mam potrzeby widzieć twarzy osoby, której świat wyobraźni poznałam poprzez słowa. Wizerunek fizyczny automatycznie tworzy we mnie barierę schematów i stereotypów, stając w opozycji do komunikacji umysłu bez granic.

   Ta książka je we mnie przełamała!

   To fascynujący ludzie, dla których pisanie to jeden z elementów, z którego zbudowali swój styl życia. Współczesny pisarz nie ma nic wspólnego z abnegatem w marynarce w kratę, w okularach, ćmiącym papierosa. Dzisiejszy pisarz wygląda między innymi tak:

A pod podszewką jego bielizny, kryje się... przebogaty świat intelektualny. Współcześni pisarze bardzo dobrze rozumieją, że czytelnicy lubią widzieć, a promocja czytelnictwa musi sięgać po wizualne metody i sposoby marketingowe, by namówić do czytania aż 62% nieczytających Polaków. To ma sens. Przekonałam się o tym, organizując dla młodzieży spotkanie autorskie z Krzysztofem Pyzią. Pokazanie jej zdjęć pisarza (a jest stylowym ciachem) przed spotkaniem podniosło temperaturę oczekiwania o kilka stopni, czego nie uczyniły jego świetnie napisane i ciekawsze książki.

   Co ja z tego wyniosłam?

   Dwie rzeczy. Pierwsza to słuszność bycia sobą, a nie spełnianie oczekiwań innych nie tylko w ubiorze, ale we wszystkim. Bycia jak Sylwia Hutnik, która o siebie walczyła od lat szkolnych, by być kolorowym ptakiem. By być tym, kim jest teraz. Porównując jej monochromatyczne zdjęcie portretowe umieszczone na początku postu z tym ostatecznym w projekcie, zwalniam się z komentarza. Wszystko widać, a pod podszewką i w książkach całą resztę.

A drugą rzecz, to bezcenne rady zawodowej krytyczki literackiej, z których najważniejszą jest ostatnia. Polecam szczególnie debiutującym pisarzom, „gniewającym się” na krytyczne (nie mylić z krytykanctwem!) wpisy blogerów książkowych.

   Projekt pozostawił mnie w ogromnym niedosycie!

   Chciałabym posłuchać i ujrzeć w nim Elżbietę Cherezińską, Jakuba Żulczyka i Sebastiana Fabijańskiego. Wiem, że ten ostatni to aktor, ale co stoi na przeszkodzie, połączyć w innym projekcie, inną muzę (film), innych ludzi i stworzyć „kolekcję filmową”?

   Czekam!  

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 25 listopada 2018
Jej ciało i inne strony – Carmen Maria Machado

Jej ciało i inne strony – Carmen Maria Machado
Przełożyła Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  272 strony
Literatura  amerykańska

   Mocne słowa umieściła autorka jako motto do swoich ośmiu opowiadań.

   Kiedyś przyznałabym jej całkowitą rację, bo nie miałam punktów odniesienia. Po lekturze Coraz lepiej Marka Judery’ego nie dramatyzuję i nie popadam w generalizację, nadinterpretację i skrajności. Z takim wyolbrzymieniem sytuacji kobiety współczesnej spotkałam się również w opisie umieszczonym na okładce książki – O horrorze bycia kobietą. Owszem, nie zaprzeczam, że i tak jest, ale umówmy się, że nie powszechnie, a marginalnie i patologicznie. Natomiast w krótkim biogramie umieszczonym na wyklejce przeczytałam z kolei określenie opisujące same opowiadania – „dziwaczne”.

Nie lubię tego słowa. Raczej odmienne, nowatorskie, łamiące schematy czyli po prostu inne. Dziwaczne odpycha, dystansuje i przywołuje uczucie niepewności podszytej obawą. Inne przyciąga uwagę i zaciekawia, wywołując chęć głębszego poznania. Ale to wszystko za mało, żeby określić prozę autorki ujętą w tym zbiorze.

   Jest aż tak inna!

   Narratorka w opowiadaniu Rezydentka uchyla rąbek tajemnicy kreacji – tak naprawdę wierzę, że jeśli mam jakiś talent, to nie pochodzi on od żadnej muzy czy twórczego ducha, ale z umiejętności manipulowania proporcjami i czasem. Również łączenia gatunków i stylów przekazu. Mieszania fikcji i rzeczywistości. To dlatego każde opowiadanie zaskakuje i nad każdym mogę rozpisywać się, doszukując się w nich nowych wątków do analizy i kolejnych zagadnień wartych rozwinięcia. To idealna materia do dyskusji.

   Jedno je łączy – spojrzenie kobiety.

   Do wewnątrz i na zewnątrz. Spod firanek rzęs poznaję jej myśli, emocje, doświadczenia, retrospekcje, poglądy pełne zdumiewających skojarzeń, pięknych w urodzie i brzydocie opisów, zaskakujących porównań, w których krew płynie jej po przedramieniu jak czerwone wstążki opadające ze słupa majowego. Scen, w których szczegół staje się głównym bohaterem, by nagle zająć miejsce jednego z elementów tworzących cały obraz. By to, co niewidoczne było widzialne, a to co widzialne zostało zobaczone. Często zaskakując końcową forma przekazu, której zupełnie nie spodziewałam się. Tak było w Mężowskim szwie. Przedmiotem była zielona wstążka na szyi żony. Jedyny element należący tylko do niej. A potem było, w miarę pożycia małżeńskiego, jak w piosence To tylko tango śpiewanej przez Korę, autorkę słów – „oddałam ci serce, oddałam ci ciało, ty czekasz i mówisz to mało, to mało”. Obie mówią różnymi językami muz, ale o tym samym.  To subtelnie przepiękny obraz walki w małżeństwie między mężem zawłaszczającym i podporządkowującym wszystko w żonie a kobietą broniącą ostatniego bastionu niezależności jak niepodległości. Nie zdradzę zakończenia, które jest tak zaskakujące, jak cięcie topora katowskiego, jednocześnie stając się alegorią pełną symboliki. Spojrzenie w niektórych opowiadaniach bohaterka kieruje również na zewnątrz, skupiając się na problemach współczesnych kobiet. Jest ono ambiwalencją odczuć między opresyjnością ciała, które staje się ofiarą konwenansów, zasad, reguł i norm społecznych narzucających schematy ubioru, wyglądu, figury i uzależniających poczucie szczęścia u kobiety. Przedmiotem ustawianym, modelowanym i wykorzystywanym seksualnie przez posiadających władzę decydowania za nie. Tak mocno zniewolonym, że nawet po zrzuceniu „czaru” uzależnienia, nadal zachowującym się jak niewolnice. To krytyka postaw samych kobiet zawarta w opowiadaniu Prawdziwe kobiety nie mają ciała.

   Z drugiej strony ciało to również źródło przyjemności.

   Tej płynącej z miłości opartej na uczuciach, stawiających ją ponad podziałami i czyniących ją uniseksualną. Ale także płynącej z seksu, który w opowiadaniach jest bardzo fizyczny, wręcz fizjologiczny oraz pornograficzny i przede wszystkim lesbijski. Te osiem historii kobiet pokazanych w formie opowiadań, poklatkowego scenariusza serialu filmowego, wspomnianej wcześniej alegorii, a nawet swoistej bajki z morałem gęsto przenikają elementy fantastyczne i magiczne. To one stwarzają pole do własnej interpretacji przekazu, samodzielnych wniosków, przemyśleń i osobistych porównań, które wymusza na czytelniku autorka. Zaprasza także do interaktywnego udziału w wydarzeniach, zachęcając w Mężowskim szwie – Jeśli czytasz to opowiadanie na głos, daj słuchaczom nóż i poproś, żeby przecięli delikatny płat skóry między twoim palcem wskazującym a kciukiem. Potem im podziękuj. To brutalne wciąganie w proces twórczy przez autorkę może przerażać albo rozbawić. Na pewno uzmysławia ból kobiety cierpiącej poprzez próbę przełamywania bariery książka/czytelnik.

   A wszystko to na tle piękna natury!

   To chwile wytchnienia dla kobiet-bohaterek, ale i czytelnika. Na moment można odwrócić wzrok od czyśćca życia (nie chcę używać słowa piekło, by nie popaść w skrajność) i zaczerpnąć energii do dalszego trwania z urody świata. Świata, który zupełnie nie odczułby naszego zniknięcia z naszymi człowieczymi problemami, bo Ziemia dalej będzie się kręcić, nawet bez ludzi. Może tylko będzie się kręcić nieco szybciej.

  Może poczułaby nawet ulgę.

  Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jej ciało i inne strony. Opowiadania [Carmen Maria Machado]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Fascynuje mnie tematyczna korelacja świata muzyki i literatury mówiących różnymi językami, ale o tym samym. Autorka rozwinęła w opowiadanie skondensowany tekst Kory. Wybrałam obraz statyczny tylko okładki, żeby dobrze wsłuchać się w tekst.

sobota, 24 listopada 2018
Urzędnik – Sławek Michorzewski

Urzędnik – Sławek Michorzewski
Wydawca Oficyna  4eM , 2018 , 408  stron
Literatura  polska
   

   Zachęciły mnie te słowa autora umieszczone na początku książki niczym motto:

   Ja miałam bal!

   A raczej perwersyjny rollercoaster bez trzymanki. Wymieszanie z poplątaniem kryminału, sensacji i komedii pełnej czarnego humoru opartego na absurdzie, w którym nie było żadnych zasad. O, przepraszam! Były – prawa Murphy'ego. Zasady, które napędzały ciąg przyczyn i skutków prowadzących ostatecznie do przeznaczenia, jakim była życzeniowa zemsta na urzędniku skarbowym. Najbardziej nielubianym pracowniku, o którym krążą żarty, a które autor przypomina w filmie poniżej.

   To właśnie ten urzędnik stał się mimowolną iskrą inicjującą opowieść.

   Bezwzględny mistrz w egzekwowaniu prawa, skarbowy pogromca nieuczciwych podatników, oddany sercem w ściganiu „przestępców” podatkowych, który uważał , że nie ma uczciwych podatników. Wszyscy Polacy to bydlaki. U każdego można znaleźć coś , o co można się zaczepić, i później go zdeptać. Wyzuty z uczuć i zimny niczym własne nazwisko – Sopel. To on doprowadził do bankructwa dobrze prosperującą firmę rodziny Gołębiów, której właściciel, mąż i ojciec pięciorga dzieci musiał zmienić branżę na faktycznie złodziejską, by wykarmić najbliższych. Zbieg okoliczności, przypadek, zrządzenie losu, spełnienie się powiedzenia – nie czyń bliźniemu, co tobie nie miłe, a może prawo Murphy'ego, sprawiły, że uczciwa gwiazda urzędu skarbowego została wplątana w aferę uprawy marihuany należącej do szefa trójmiejskiej mafii. Niejakiego Jajco, którym z kolei kierowała jego matka – Balbina Ptyś. Kobieta niebojąca się zabić własnego męża, by zrealizować plan kradzieży bezcennych obrazów z muzeum. W tę operację zostali wplatani wszyscy bohaterowie tej komedii kryminalnej, w której nadinterpretacja, kłamstwa, przeinaczenia,  fałszywe domysły i złe wnioski piętrzyły ilość wydarzeń napędzających szaloną dynamikę akcji o nieprzewidywalnych kierunkach rozwoju licznych wątków. Włącznie z neutralnymi postaciami, jak matka pani Gołębiowej, która z powodu zbyt napiętej sytuacji wróciła do nałogu alkoholizmu, by ostatecznie wyłonił się zwycięzca w wyścigu do ogromnych pieniędzy i dostatniego życia w raju bez podatków. W myśl zasady – ostatni będą pierwszymi.

   Jednak nie zawsze było mi do śmiechu.

   Nie dlatego, że absurdy sytuacyjne, słowny humor czy sarkastyczne riposty mnie nie bawiły, bo tak też było. Nieraz uśmiechałam się pod nosem rozbawiona kuriozalnymi wyczynami i tokiem myślenia bohaterów, ale towarzyszyła mi też awersja. Nie chodzi o morderstwa i gęsto ścielące się trupy, ale o momenty, w których fizjologia ciała ludzkiego wymykała się spod kontroli, „ubarwiając” scenę. W tych momentach groza groteski zamieniała się w obrzydzenie. Czasami niemalże w fizyczny ból obitej głowy uderzanej nasty raz w to samo miejsce czy przymarzniętego ucha odmrażanego ciepłem własnej krwi z rozerwanego palca.

   Ta mieszanka emocji była jednak pociągająca i odurzająca jak każda opowieść noir.

   Działała odpychająco i jednocześnie przyciągająco niczym perwersyjne narzędzie do zadawania bólu odbioru połączonego z przyjemnością czytania. Brutalne życie ubrane w komedię kryminalną.

   Bal, prędzej czy później, każdego z nas.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Urzędnik [Sławek Michorzewski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Z wywiadu z autorem dowiedziałam się, że książka ma być wydana w Anglii i USA.

poniedziałek, 19 listopada 2018
Enola Holmes: sprawa zaginionego markiza – Nancy Springer

Enola Holmes: sprawa zaginionego markiza – Nancy Springer
Przełożyła Elżbieta Gałązka-Salamon
Wydawnictwo Poradnia K , 2018 , 238 stron
Cykl Enola Holmes ; Część 1
Literatura  amerykańska

   Sherlock Holmes miał siostrę!

   Dużo młodszą Enolę wychowywaną przez ich matkę, która... zaginęła! Pewnego, lipcowego dnia nie wróciła do domu w Ferndell Hall. W dniu czternastych urodzin córki. Enola zadepeszowała do braci, bo był jeszcze najstarszy Mycroft, mieszkających w Londynie, oczekując pomocy. Spotkanie rodzeństwa nie przyniosło, według nastolatki, zdecydowanych działań ze strony mężczyzn. Postanowiła wyjechać do Londynu.

   Chciała sama poszukać mamy.

   Jej brat był Jedynym na Świecie Prywatnym Detektywem, więc ona chciała zostać Jedyną na Świecie Prywatną Perdytorystką. Specjalistką w znajdywaniu wszystkiego co zaginione. Przeznaczenie samo podsunęło jej gazetę z informacją o prawdopodobnym uprowadzeniu dwunastoletniego lorda Tewksbury’ego. Jedynego dziedzica  fortuny Basilwetherów. Enola od zawsze lubiła rebusy, szarady i anagramy tak, jak jej matka. Uwielbiała bawić się w znajdywanie kolorowych kamyków czy ptasich gniazd. Tym razem zguba był dużo cenniejsza, a ona zapragnęła być jej znalazczynią. Zaimponować starszym braciom.

   Od tego momentu wydarzenia nabrały tempa.

   Enola to bardzo inteligentna dziewczyna, która uwielbiała zagadki i nie bała się podjąć ryzyka, by je rozwiązać. Te cechy posiadła dzięki mamie, która zawsze powtarzała, że da sobie radę sama. Miały wspólny, sekretny kod do porozumiewania się. Jego zasady działania autorka umieściła na końcu książki. Młody czytelnik może nie tylko nauczyć się szyfrowania i rozszyfrowywania wiadomości niedostępnych innym, nie tylko logicznego myślenia i przewidywania, nie tylko przeżywać przygody, ale utożsamić się z Enolą. Być odważną, kreatywną, myślącą, a przede wszystkim samodzielną nastolatką, niebojącą się łamać schematów i konwenansów. Nie bez powodu jej mama wybrała dla niej imię Enola. Czytane wspak tworzy angielskie słowo „alone” czyli „sama”. Akcja umieszczona w zaułkach, mrocznych dzielnicach i portowych dokach dziewiętnastowiecznego Londynu, nadawała tajemniczości i grozy, a podstępni oszuści i złodzieje z szemranego towarzystwa, poczucie czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa. Poza tym Enola posiadała umiejętność, której nie miał jej słynny brat – potrafiła odczytywać mowę ciała i język sygnałów znanych tylko kobietom. Sherlock Holmes nie miał szansy, aby ją w tym przewyższyć. Oczywiście wątek poszukiwania mamy nie został zamknięty, ponieważ to pierwsza część cyklu z Enolą w roli nastoletniej perdytorystki, ale zarazem zapowiedź dalszych jej przygód w kolejnych częściach. Dziewczyny odważnej i bardzo samodzielnej, która daje przykład, że można wszystko, jeśli bardzo się tego chce. Wbrew zasadom, na przekór przytłaczającej sławie brata i mężczyznom, którzy uważają się za lepszych w myśleniu.

   Dziewczyny górą!

Na podstawie cyklu powstaje serial, w którym Enolę zagra Millie Bobby Brown znana z serialu Stranger Things.

niedziela, 18 listopada 2018
Przemytnicy życia – Bernard Konrad Świerczyński

Przemytnicy życia – Bernard Konrad Świerczyński
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 162 strony
Literatura  polska
  

  Jakże popularne było wówczas w getcie powiedzenie, że po wojnie należy w Warszawie postawić pomnik Nieznanego Szmuglera.

   Do tej wyjątkowej i specyficznej grupy w czasie okupacji niemieckiej należał autor tych wspomnień. Dorastał w pobliżu Kercelaka.

Wychowywał się wśród polskich i żydowskich tragarzy, handlarzy i hurtowników. Pracował z nimi jeszcze jako uczeń gimnazjum. Mówił ich slangiem cwaniaka-warszawiaka i uczył się życia. Wychowywał w sobie człowieka, który gardził wszystkim co głosi, że jeden człowiek jest lepszy od drugiego i jeden naród lepszy od drugiego. Prowadził go honorny kodeks przyzwoitego człowieka, by w każdej sytuacji zachować się jak należy.

   Takiego zastała go wojna.

   Właśnie ukończył gimnazjum i dziewiętnaście lat, ale jego świat trwał nadal. Z tą samą jednością i solidarnością ludzką oraz honornym kodeksem postępowania. Zmieniły się tylko warunki działania i rodzaj „towaru”. Było ciężej, niebezpieczniej, głodniej, z murem między stroną aryjską a żydowską. Szmuglował wespół z Żydami i Polakami tony żywności i przemycał ludzi.

Znał wszystkie wachy i miejsca przerzutów zaznaczone na dołączanych mapkach.

Brał udział w akcjach przerzutowych i przemytniczych, przechowywał i karmił Żydów. Miał przeciw sobie najokrutniejszy aparat policyjny świata i ludzi złych – własnych rodaków. Był wielokrotnie szmalcowany i okradany przez „hieny”. Widział okrucieństwo i horror okupacji.

   Jednak w opowieści nie czułam tego.

   Miałam raczej wrażenie, że uczestniczę w przygodzie awanturniczo-sensacyjnej z odrobiną wątku romantycznego. Autor pokochał Halinę, Żydówkę, z którą potem ożenił się.

W zabawie, w której humor, brawura i adrenalina tworzyły normę. W której śmiechu było co niemiara, a czasem i strzelanina. W której balansowanie na granicy życia i śmierci nazywał najprzeróżniejszymi okupacyjnymi obowiązkami.

   Miałam przed sobą totalnie odmienne podejście do realiów okupacji!

   Bez powagi sytuacji, rozwagi i cierpienia, które dominowały w do tej pory czytanych przeze mnie wspomnieniach świadków lub opracowaniach historycznych. Autor miał tego świadomość, pisząc – Kilkakrotnie zamierzałem przerwać pisanie, częstokroć bowiem przedstawione fakty przypominają film przygodowy, nieoddający grozy, barbarzyństwa i bohaterstwa tamtych dni. Ale ja żyłem w takich, jak opisywane, warunkach, współdziałałem z takimi, jak opisywani tu, ludźmi. Był nastolatkiem i rządziły nim prawa młodości. Może właśnie dzięki temu przetrwał i przeżył? Wiem jedno. Miał prawo do takiego przedstawienia faktów, do właśnie takiego spojrzenia, bo to były jego emocje, jego postrzeganie świata, jego przeżycia i jego sposób na radzenie sobie z otaczająca go rzeczywistością.

   Nie uczynił jednak siebie ich głównym bohaterem.

   Pozostał w roli narratora, który w kolejnych rozdziałach opowiadał o Stefanie, Antku, Chaimie, Kaziu, Zygmuncie i wielu innych bezimiennych. Cichych bohaterów, którzy nie zastanawiali się nad tym, czy ich pomoc  była zgodna z dziesięciorgiem przykazań, Biblią czy Talmudemdla realizacji której nie jest potrzebna żadna pobudka patriotyczna, religijna czy moralna, działali odruchowo, jakby reagowali na klęski żywiołowe, niosąc pomoc ofiarom katastrofy kolejowej. Wojna była dla nich takim żywiołem i taką katastrofą. A jak trzeba było pojechać do Treblinki za Chaimem, to Stefan to zrobił. Jak się okazuje, nie tylko rotmistrz Witold Pilecki dokonał takiego czynu. Autor otrzymał medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Wielu jemu podobnych zostało uhonorowanych najwyższym, hitlerowskim wymiarem kary. Chciał tymi wspomnieniami ich przypomnieć i nadać sens ich życiu. Oddać hołd przyjaciołom, którzy odeszli, żołnierzom w walce z upodleniem o godność człowieka - Polakom i Żydom. A także wskazać na niektóre społeczne korzenie umacniające nas w tej walce.

   W kontekście tych wspomnień myśl o pomniku Nieznanego Szmuglera przestaje być tylko żartobliwym powiedzeniem.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

O książce opowiada redaktor publikacji.

sobota, 17 listopada 2018
Amerykanin w Warszawie - Hugh S. Gibson

Amerykanin w Warszawie: 1919-1924 Niepodległa Rzeczpospolita oczami pierwszego ambasadora Stanów Zjednoczonych – Hugh S. Gibson
Wybór i opracowanie Vivian Hux Reed, M. B. B. Biskupski, Jochen Bōhler, Jan-Roman Potocki
Przełożył Andrzej Ehrlich
Wydawnictwo Znak Horyzont , 2018 , 670 stron
Literatura  amerykańska

   Rozbawiłoby Cię, gdybyś zobaczyła, jakie stanowisko mi zaproponowano...

   Tymi słowami pisał w liście do matki Hugh Simons Gibson. Pierwszy ambasador USA w niepodległej Polsce. Po Hondurasie, Londynie, Waszyngtonie, Kubie i Belgii, Polska, która nie istniała, a dopiero wyłaniała się z nicości, mogła rozbawić. Trzydziestosześcioletniego polityka odradzanie się państwa zaciekawiło. Potraktował to jako wyzwanie. Chciał wspierać nasz kraj w umacnianiu demokracji, którą uważał za niezbędną do budowania pokoju na świecie. Do Warszawy przybył w kwietniu 1919 roku i pozostał w niej z kilkoma przerwami aż do 1924 roku. Swój pracowity pobyt dokumentował na bieżąco w pismach urzędowych jak tygodniowe raporty, telegramy i komunikaty oraz w listach do polityków, przyjaciół oraz w większości do matki. Ułożone naprzemiennie, ale chronologicznie, tworzyły kronikę ówczesnych wydarzeń, która początkowo była tylko pracą dyplomową na amerykańskim uniwersytecie w Oregonie. Jej potencjał historyczny oraz wyjątkowość wnikliwego i inteligentnego przekazu dostrzegł jeden z inicjatorów wydania jej również w Polsce – Jan-Roman Potocki, z którym wywiad i film o Hugh S. Gibsonie wysłuchałam i obejrzałam z ogromnym zaciekawieniem.

   To bardzo ważne źródło informacji świadka ówczesnych lat.

   O dramatycznej sytuacji Polski wnikliwie analizowanej pod względem ekonomicznym i politycznym. Muszę przyznać, że autor był bardzo spostrzegawczy, wyważony, merytoryczny i obiektywny w swoich opisach, ocenach, osądach i wnioskach oraz trafny w swoch przewidywaniach. Punktował nasze słabości, ale i podkreślał zalety. Rzetelnie i racjonalnie charakteryzował ówczesnych twórców państwa polskiego, dodając kolorytu ich charakterom nieznanym z not encyklopedycznych. Przedstawiał polską politykę w ówczesnych warunkach tworzącego się państwa polskiego, widząc jej słabości, ale i dostrzegając negatywne wpływy czynników zewnętrznych, niezależnych od ówczesnego rządu. Po raz pierwszy, pomimo wielu przeczytanych przeze mnie publikacji na ten temat (Polski wir I wojny, Zawadiaka, Dzienniki 1916-1919 - to tylko niektóre), „zobaczyłam” i niemalże poczułam, z jakim koszmarnym chaosem pod każdym względem zmierzyli się ówcześni Polacy. Wszyscy. Tej tragedii sytuacji opisanych na ponad sześciusetstronicowych kartach nie da się ująć w kilku zdaniach. Przypomina mi to sytuację, w jakiej znalazł Hugh S. Gibson w Klubie Bankierów w Nowym Jorku, o której napisał – Byłem mocno skonsternowany, kiedy poproszono mnie, żebym powiedział wszystko o Polsce. Moja konsternacja była tym większa, gdy mnie poproszono, żebym zrobił to w ciągu jakichś pięciu minut...

   Ja czuję podobną niemoc przekazania tego, co sobie uświadomiłam.

   Napiszę zatem krótko – odrodzenie się Polski uważam za cud! A mimo to, mimo trudnych warunków pracy (również materialnych i bytowych!), mimo przeciwności organizacyjnych, mimo że większość pracowników państwowych pozostaje tak zajęta zarabianiem na życie łapówkami, że nie mają czasu zajmować się regularnymi sprawami rządowymi, a sam pierwszy rząd stanowił dziwną mieszaninę agitatorów politycznych, reformatorów, dziennikarzy, muzyków, malarzy, poetów, chłopów i właścicieli ziemskich, wraz z masą ludzi, którzy zostali zaangażowani jedynie ze względu na to, że nie mieli pracy, mimo że proponowano mu prestiżowe stanowisko podsekretarza stanu, wybierał i stawiał na Polskę, bo mógł zrobić o wiele więcej dobrego w Polsce niż w Waszyngtonie.

   Pokochał ją!

   Tę sympatię ujawniał w listach do matki wyróżnionych kursywą. To w nich, bez sztywnych zasad dyplomacji, mógł pozwolić sobie na osobiste refleksje i ukazać ten sam obraz raportowanego wydarzenia czy zagadnienia w bardziej swobodnym stylu, nacechowanym ogromnym poczuciem inteligentnego humoru. To dzięki tej cesze, którą między innymi zjednał sobie Polaków, wyprawa do Gdańska przez Olsztyn nabrała cech awanturniczej przygody. To w tych listach kryły się emocje, którym dawał upust. To tutaj mógł zwierzyć się z osobistych wrażeń ze spotkań i rozmów z ówczesnymi rządzącymi (dla mnie bezcennymi!), które nabierały cech stosunków przyjacielskich, a nie tylko dyplomatycznych. To w nich widziałam Polskę międzywojenną opisywaną podczas wypraw na front, do Wilna czy polską wieś, by zobaczyć jego oczami ówczesnych Polaków – arystokrację, chłopów i zwykłych urzędników na prowincji. Ich ubiór, mieszkania, historie rodzinne, zagrody, codzienność życia, różnice stanów, postawy, a przede wszystkim mentalność. Również odwieczny problem antysemityzmu, który z punktu widzenia niezaangażowanego obserwatora był bardzo ciekawym spojrzeniem ukazującym mechanizm narastającego problemu napędzanego emocjami z obu stron.

   Miałam wrażenie, że niewiele się od tamtych czasów zmieniło.

   Może złagodnieliśmy w reakcjach, bo nie wyrywamy przemawiającym posłom czytanych tekstów, nie zabijamy wybranych większością głosów prezydentów, nie wysyłamy członków komisji śledczych z bronią do domów przesłuchiwanych, nie kierujemy się tylko emocjami, a więcej rozsądkiem (mniej poetów i kompozytorów, a więcej zawodowych polityków), ale poza tym jest podobnie. Najbardziej podobnie w braku umiejętności uczenia się na błędach. Ostatnie wpisy, podsumowujące, odczytywałam ze smutkiem – Im bardziej zastanawiam się nad tą sprawą, tym bardziej dochodzę do przekonania, że główną siłą determinującą upadek Polski w XVIII wieku był ten sam problem, który obecnie powoduje, że człowiek zadaje sobie pytanie, czy nowa Rzeczpospolita Polska zdoła długo przetrwać, skoro rząd jest niezdyscyplinowaną masa funkcjonariuszy prowadzących własną grę bez zwracania uwagi na prawa czy interesy kraju, dlatego należy się obawiać, że pokusa żerowania na zdemoralizowanej Polsce w przyszłości będzie równie duża, jak była w przeszłości.

   Prorocze słowa w kontekście nadeszłej w 1939 roku II wojny światowej!

   Nie chcę wieszczyć katastrofy. Nie chcę brzmieć jak defetystka. Nie chcę być Kasandrą. Jednak historia, jak zauważył Hugh S. Gibson, lubi się powtarzać. Jeśli nie chcemy słuchać mądrych i życzliwych nam ludzi z zewnątrz, to posłuchajmy słów drugiego prezydenta Rzeczypospolitej Stanisława Wojciechowskiego – W imieniu Rzeczypospolitej apeluję do was, obywatele, starajcie się dojść do zgody w sprawach dotyczących powszechnego dobra. Jest to pierwszym warunkiem prawdziwego wykonania praw konstytucyjnych, poprawy naszego życia gospodarczego i wychowania ludzi godnych miana Polaków. Pozostaje pytanie – czy w ciągu stu lat niepodległości nauczyliśmy się stawać ponad własnymi interesami dla dobra powszechnego?

   Odpowiedź można znaleźć w tym niezwykłym świadectwie tamtych wzniosłych, ale i dramatycznych lat.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

  Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

niedziela, 11 listopada 2018
Strefy cyberwojny – Agata Kaźmierska , Wojciech Brzeziński

Strefy cyberwojny – Agata Kaźmierska , Wojciech Brzeziński
Wydawca Oficyna  4eM , 2018 ,  240 stron
Literatura  polska
 

   Wszystko w Internecie sprowadza się do zysku!

   Do zarabiania pieniędzy. Nowe technologie wykorzystuje się do tego z premedytacją, angażując je do wykorzystania w tym celu każdej sfery naszego życia. Każdej. Facebook, Tweeter i inne tego typu portale nie służą propagowaniu prawdy albo szerzeniu zasad demokracji. One służą zarabianiu pieniędzy. A RODO im tylko w tym bardziej pomaga. Można o tym również posłuchać w wywiadzie z autorami poniżej.

Nad biznesem w Internecie czuwają ludzie podobni demiurgom, którzy użytkowników poprzez algorytmy urabiają niczym plastelinę. Ta ludzka plastelina ma coś bardzo cennego – uwagę. Najbardziej pożądany zasób, o który wszyscy rywalizują. Uwaga napędza ruch w internecie, a ruch to pieniądze. Taki jest ten model biznesowy.

   A jego bardzo ważnym elementem jest próżność.

   Autorzy będący dziennikarzami, od dawna obserwowali , jak na masową skalę zaczęły się pojawiać boty, trollkonta, fake newsy i to, jak nowe media wykorzystywane są w kampaniach politycznych. I o tych manipulacjach i naszej podatności na nie, a także o zagrożeniach i pułapkach, w które wpadamy, napisali w tej alarmistycznej publikacji pod dosyć mocnym tytułem. Tak myślałam na początku, że zbyt mocnym. Po lekturze jestem świadoma, że w cyberprzestrzeni toczy się bezpardonowa wojna, a autorzy punktują jej obszary, abym miała świadomość, jak ona wpływa na moje życie i jak mnie zmienia.

   Abym miała wybór.

   Nie dlatego, że ktoś może włamać się na moje konto i je wyczyścić, o czym czytałam w Hakerze, czy opanować mój komputer, ściągnąć pliki lub podejrzeć przez kamerkę, ale dlatego, że moje wybory mogą nie być moimi wyborami. Moimi decyzjami. A ja nie będę tego nawet świadoma, że ulegam „demiurgom”, którzy za pomocą algorytmów wpływają na to, co kupię, na jaką stronę zajrzę, co pomyślę i kogo wybiorę w wyborach prezydenckich. Wystarczy komentarz, lajk, subskrypcje, zakupy, a nawet wypełniony dla zabawy quiz. Te ślady wystarczą do zmanipulowania w dowolnym celu, który zawsze ma cel nadrzędny – zysk. Tak było w przypadku wyborów prezydenckich w USA, na które jako przykład powołują się autorzy. Donald Trumph wygrał, bo na jego wyborcach można było zarobić więcej niż na wyborcach Hilary Clinton. Brzmi kuriozalnie? Autorzy do każdego rozdziału podają pełną bibliografię źródeł. Świetnym przykładem manipulacji internautami jest fenomen Paula Hornera. Króla fake newsów, o których amerykański dziennikarz David Kusher napisał – Fake news to tylko symptom. Chorobą jest atrofia zachowania należytej staranności, sceptycyzmu i krytycznego myślenia. Jeśli wziąć to kryterium pod uwagę, to nasze społeczeństwo jest bardzo ciężko chore, bo zaraz potem czytam wyniki badań Europarlamentu z listopada 2017 roku – ufamy informacjom na portalach społecznościowych mocniej niż jakikolwiek naród w Unii Europejskiej. To aż 53% społeczeństwa! Raj dla „demiurgów”.

   Najbardziej zaniepokoiły mnie jednak dwa ostatnie rozdziały poświęcone młodzieży.

   Porażające statystykami, smutne skutkami i bijące na alarm. Chociażby z tego powodu to obowiązkowa lektura dla ludzi wychowujących dzieci i młodzież, bo rośnie nam iPokolenie, o którym bardzo mało wiemy. Autorzy je charakteryzują i podają dane statystyczne, które przygnębiły mnie. Można je również poznać w filmie umieszczonym na końcu wpisu. Tutaj ograniczę się tylko do zacytowania jednego przerażającego zdania – ...w Polsce co trzy dni zabija się dzieciak. Okazuje się, że samobójstwo wśród dzieci i młodzieży jest skutkiem „wychowania” przejętego przez  Internet. Jean M. Twenge twierdzi wprost – Mamy przekonujące dowody, że urządzenia, które umieszczamy w dłoniach nastolatków, mają głęboki wpływ na ich życie i bardzo ich unieszczęśliwiają. IPokolenie to krucha psychicznie, skłonna do depresji i samotna wśród ludzi generacja potencjalnych samobójców. Śmiem twierdzić, że dorośli tego nie zauważają albo świadomie popełniają błąd zaniechania.

   Autorzy jednak nie negują technologii jako takiej.

   Wręcz przeciwnie. Często podkreślają jej neutralność, pisząc – W ostatecznym rozrachunku, to nie technologia jest źródłem naszych problemów. Jesteśmy nim my sami. Stworzyliśmy narzędzia i mamy obowiązek zrozumieć, co robią z naszym światem i nami samymi. Namawiają do włączenia krytycznego myślenia, do nieudostępniania po kawałeczku naszego prywatnego życia, do czuwania nad naszymi dziećmi i do rozumnego korzystania z technologii. Podają nie tylko bogaty materiał do przemyślenia, w którym punktują najważniejsze dla nas zagrożenia i pułapki, ale również obszerną bibliografię uzupełniającą tę wiedzę. Myślę, że w dużej mierze podatność na manipulacje ma swoje źródło również w bardzo niskim poziomie czytelnictwa Polaków. Bądźmy homo sapiens również w Internecie – zachęcają autorzy.

   I czytajmy! – dodaję od siebie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 10 listopada 2018
Jeszcze dzień życia – Ryszard Kapuściński

Jeszcze dzień życia – Ryszard Kapuściński
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  184 strony
Literatura  polska

   Wiesz, reportaż i realistyczna powieść to chyba dwa brzegi tej samej rzeki.

   Te słowa usłyszał autor wstępu do tego reportażu Mirosław Ikonowicz. To właśnie w tym krytykowanym przez innych podejściu tkwi siła jego przekazu i relacji. Dla jednych niedopuszczalne beletryzowanie reportażu, a dla innych (w tym mnie) sposób przekazywania nie tylko informacji, ale i emocji.

   Autor jest w tym mistrzem!

   To dlatego po ponad czterech dekadach od pierwszego wydania w 1976 roku, jego reportaż nadal żyje. Nadal znajduje czytelników. Ba! Inspiruje reżyserów, którzy na jego podstawie stworzyli animowany dokument. Sama jego treść opiera się na faktach, kiedy w Polsce rządziła komuna, a w Afryce kraje kolonialne odzyskiwały w krwawych wojnach domowych niepodległość. To był gorący dosłownie i w przenośni rok 1975.

Autor jako jedyny korespondent z bloku wschodniego został wysłany do Angoli. Kraju, który zrzucał portugalskie kajdany. 11 listopada miał być podpisany akt niepodległościowy. Swoją realcję-opowieść z tego wydarzenia zawarł w czterech częściach. Każda odpowiadała poszczególnym etapom procesu wyzwalania. Od ucieczki Portugalczyków po krwawe budowanie nowego porządku politycznego. Każda niosąca odmienne obrazy i całą paletę emocji wojny domowej. Warstwa informacyjna była bardzo ważna. Umieszczana głównie w depeszach i w czwartej części mającej charakter encyklopedyczny, dostarczyła mi podstawowej wiedzy na temat historii Angoli, chaosu wywołanym opuszczaniem go przez Portugalczyków i innych cudzoziemców, sytuacji gospodarczej, ścierania się opcji politycznych z socjalistami i kapitalistami w tle, walk na froncie czy formułowania się nowego rządu.

   Ale jak to zostało podane!

   Chaos, upał, bezsilność, choroby, strach, niepewność, głód i śmierć to silny przekaz zbudowany między innymi za pomocą realizmu magicznego pełnego symboliki. W jego centrum umieszczał przedmioty, ludzi, sytuacje, na które inni patrzyli, ale nie widzieli. Autor precyzyjnie wyłuskiwał je z otoczenia i czynił z nich głównych bohaterów narracji.

Angoli nie opuszczali ludzie, ale drewniane miasto zbudowane ze skrzyń z ich dobytkiem ładowanym na statki. Drewniane miasto opuszczające miasto kamienne – Luandę, było samo w sobie odrębną opowieścią w tym reportażu. Jego opis skupiający się na szczegółach i przepełniony ironią wynikającą z absurdu przemawiał bardziej niż sucha notatka, ściągająca mnie do realiów zawartych w depeszy. Ten kontrast był potrzebny po to, by móc porównać te dwa style przekazu i docenić ich uzupełniającą się rolę. Połączyć dwa brzegi tej samej rzeki.

   Przede wszystkim, by poczuć emocje!

   Było ich ponad ludzką odporność psychiczną. Pojawiały się, kiedy autor widział wycelowaną w siebie broń.

Kiedy ich dwudziestoletnia przewodniczka, żołnierka Carlotta, ginie.

Kiedy na każdym kilometrze drogi można było wpaść w zasadzkę, bo to była przede wszystkim wojna zasadzek. Kiedy upał i brak wody odbierał chęć działania. Kiedy choroby i gorączka trawiły ciało. Kiedy jego towarzysz na froncie z ulgą mówił pod koniec dnia – Jeszcze dzień życia. Od słowa „kiedy” mogłabym wymieniać kolejne zdania dosyć długo, czerpiąc z tej kopalni bez dna.

   Po co?

   By pamiętać, że historia uczy nie tylko poprzez przez fakty, które można zapomnieć, ale również przez emocje, które zostają w odbiorcy na zawsze. Że śmierć jednego człowieka to tragedia, ale śmierć miliona to już tylko statystyka. Od takich właśnie odczarowań mamy reportażystów. Autor w ukazywaniu aspektu człowieczeństwa w wojnie i emocjonalnego wywierania wpływu na czytelnika jest nauczycielem ponadczasowym. Jak widać nie tylko innych dziennikarzy. To najnowsze, filmowe wydanie reportażu o tym świadczy. Bogato ilustrowane kadrami z filmu oddaje sens jego przytoczonych na początku słów. Z rzeczywistości można zrobić film, a z Carlotty bohaterkę animowaną.

Ale nikt nie zaprzeczy, że tak było i że dziewczyna istniała. Żyła i zginęła za wolną Angolę.

   Nadal żyje na kartach tej książki.

   To też obraz pracy reportera w tamtych czasach. Człowieka, który szedł pod prąd uciekających ludzi. Docierał na front. Ryzykował życiem dla informacji. Dla którego wszystko było fascynującą, wciągającą go zagadką. Który chciał obraz statyczny i statystyczny wojny, zamienić w rzeczywistość o żywym, zdziwaczałym, wypaczonym, wstrętnym i brudnym wnętrzu. Dla którego pasja była podstawą zawodu reportera.

   Dla którego To nie jest zawód dla cyników.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jeszcze dzień życia [Ryszard Kapuściński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zwiastun animowanego dokumentu stworzonego na podstawie reportażu.

poniedziałek, 05 listopada 2018
Kiedy ciebie nie ma – Lisa Jewell

Kiedy ciebie nie ma – Lisa Jewell
Przełożyła Danuta Śmierzchalska
Wydawnictwo Edipresse , 2018 ,  304 strony
Literatura  angielska

   Thriller, który mnie wzruszył!

   A miałam się przecież bać, co zapowiadała piękna i mroczna oprawa, w której go otrzymałam.

Miałam z niepewnością dążyć do rozwiązania zagadki i zgodnie z regułami dreszczowca poczuć mieszankę ekscytacji i lęku. I tak było! Ale że w pakiecie otrzymam jeszcze wzruszenie? Że powieść zakończę z oczami pełnymi łez żalu i bezsilności?

   Tego nie podejrzewałam!

   Po doczytaniu ostatniego zdania długo zastanawiałam się, analizując konstrukcję fabuły, w jaki sposób autorka tego dokonała? Jak udało połączyć się jej  rozrywkę z przeżyciem emocjonalnym. Otworzyć we mnie drzwi do aż takich uczuć? Do łez!

    Autorka wykorzystała historię, jakich wiele – zaginięcie dziewczyny. Niedawno czytałam z takim samym motywem powieść Susan Lewis Odkąd odeszła i dobrze się przy niej bawiłam. Nie wzruszyłam się, kiedy czytałam autentyczne wspomnienia porwanych - 3096 dni Nataschy Kampusch czy Nadzieja amerykańskich nastolatek. Towarzyszyły mi raczej ciekawość i współczucie. W powieści autorki porwaną też była nastolatka. Piętnastoletnia Ellie. Ambitna, lubiana i rozpieszczana przez najbliższych. Po dwóch latach poszukiwań policja zaniechała ich. Po dziesięciu przypomniano tę historię w programie telewizyjnym, po którym odnaleziono szczątki dziewczyny. Jej matka, Laurel, wydawałoby się wreszcie zaznała spokoju, a sprawa została wyjaśniona już na kilku początkowych stronach.

   Gdyby nie pojawił się Floyd.

   Mężczyzna z dziewięcioletnią córką Poppy. Bardzo, bardzo podobną do Ellie. Od tego momentu zaczęła się opowieść analizująca zniknięcie Ellie z punktu widzenia bohaterów zaangażowanych w tragedię – Laurel, korepetytorki Ellie, Floyda i samą zaginioną. Powoli, na podstawie ich naprzemiennych wspomnień, budowałam obraz dramatu z tragicznymi postaciami. Autorka nie ograniczyła się jednak tylko do jej rekonstrukcji. Zbudowała wokół bohaterów ich historie czyniące je tylko ludźmi. Z ich zaletami i wadami. Na wskroś przeciętnymi. Mogłam je odebrać jako usprawiedliwienie ich patologicznych czynów i destrukcyjnych zachowań, ale takie historie posiadały również ofiary. Tak naprawdę niczym nieróżniące się od swoich katów.

   Nawet Ellie miała sobie wiele do zarzucenia.

   Autorka ukazała w bardzo emocjonalny sposób zjawisko popełniania zbrodni przez przeciętnych ludzi. Znajomych, sąsiadów, a nawet nam najbliższych. Także moc urazów psychicznych, powodujących efekt kuli śnieżnej toczącej się do zbrodni.

   Zbrodni, której nie byłoby, GDYBY...

   Gdyby Ellie nie była zbyt ambitna i uparta. Gdyby Laurel szczerze rozmawiała z córką. Gdyby korepetytorka Ellie nie pragnęła być kochaną za wszelką cenę. Gdyby Floyd był bardziej asertywny wobec kobiet. Tymi „gdyby” zaczęła się opowieść. To one, już po fakcie, zmuszały każdego  z bohaterów do zweryfikowania swoich priorytetów i wartości, a w konsekwencji postępowania. Do żalu za popełnione czyny, których nie można było już cofnąć. Tak naprawdę nie było w tej powieści jednej ofiary. Wszyscy bohaterowie nimi byli. I sugestia autorki – każdy może nią być. Dlatego wszystkich było mi żal.

   Jednak najbardziej Ellie.

   To ona, jej cierpienie, dziecka skrzywdzonego i bestialsko wykorzystanego przez dorosłych, wzbudziła we mnie największe emocje. Jej pośmiertny list rozłożył mnie na łopatki. Czytałam go ze łzami w oczach.

   Emocjonujący thriller, do którego czytania należy dołączyć w pakiecie chusteczki.

niedziela, 04 listopada 2018
Kryształowi: świeża krew – Joanna Opiat-Bojarska

Kryształowi: świeża krew – Joanna Opiat-Bojarska
Wydawnictwo Muza , 2018 , 414 stron
Cykl Kryształowi ; Część 1
Literatura  polska
 

   Narkotyki, krymusie, antki (albo czarni) i kryształowi.

   Tak nieformalnie i w skrócie nazywają siebie fusze czyli funkcjonariusze policji w zależności od funkcji, jaką pełnią w firmie. Ten kolokwializm językowy jest odbiciem nieformalnej strony struktur policji świetnie ukazanych w tej powieści kryminalno-sensacyjnej. Miałam wrażenie, że weszłam w świat Drogówki Wojciecha Smarzowskiego i Pitbulla Patryka Vegi. Nie bez powodu jeden z aktorów grający w tych filmach tak rekomenduje na okładce początek tego cyklu:

    Przyznaję mu całkowitą rację!

   W ten brutalny świat weszłam razem z Driverem. Nowym fuszem wśród antków. Ale narracja nie ograniczała się tylko do jego spojrzenia. Przenosiła się, a raczej przeskakiwała, po kolei z postaci na postać, które grały najważniejsze, kluczowe role w toczącej się dynamicznie akcji. Jak w filmie – klatka po klatce. Ich podwójne, a nawet potrójne role w policji oraz w życiu osobistym i intymnym, splatały się ze sobą, tworząc misterną sieć układów, powiązań i zależności osobistych oraz zawodowych, w których przyjaźń i lojalność była pozorem. Oficjalnych i nieoficjalnych. Formalnych i nieformalnych. Prawych i przestępczych. Pełną przemocy, brutalnej walki o władzę, wpływy, pieniądze, kobiety.

   I życie.

   Bez względu na wydział, w którym pracowali. Ten chaos wymykający się spod kontroli mogli opanować tylko kryształowi. Tam jeszcze pracowali fusze, którzy wyznawali dawno zapomnianą w innych wydziałach zasadę – stróże prawa mieli strzec obywateli i siebie, a nie strzec siebie i strzyc obywateli. Ich jawne interwencje przysparzały im kretów wśród fuszy, bo każdy policjant spoglądał na nich jak na śmiertelnych wrogów, którzy śmieli atakować jednego z watahy. Ich z kolei niejawne interwencje zrywały układy, burzyły zależności, wystawiały na próbę przyjaźnie i ukazywały watahę jako jeden organizm tylko w firmowej akcji. A tak naprawdę skorumpowanych i uzależnionych od świata przestępczego siatkę ludzi, gdzie każdy zachowywał pozory i każdy dawkował informacje.

   I te genialne dialogi!

   Piekielne inteligentne, żywe, energetyczne i pod napięciem. Puentujące, punktujące i pełne celnych, skondensowanych metafor, w których wulgaryzmy w ogromnej ilości były na miejscu. Bardzo na miejscu! Bolesne do bólu w ukazywaniu prozy życia, o ludziach, którzy w grze zapomnieli, co to jest miłość, chociaż bardzo jej pragnęli. Mroczność i beznadziejność rzeczywistości podkreślały akcje rozgrywane najczęściej w nocy lub po zmroku. To one wyparły wszystkie dobre emocje, degradując miłość do seksu, pożądania i karty przetargowej w interesach. Tutaj wszystko było na sprzedaż i do kupienia, a ból protestu emocji próbujących wydostać się z obolałej psychiki tłumiono alkoholem, lekami, seksem, układem, maklą żutą przed akcją, narkotykami lub kolejną dziarą najlepiej na kościach, by zagłuszyć wyrzuty sumienia i ból egzystencjalny.

   Jeden wkurw na cały świat, w którym jedynym słowem asertywnym było – „wypierdalaj”!

  Nie mogłam uwierzyć, że tak mocny, skondensowany i brutalny tekst mogła napisać kobieta. Początkowo bezwiednie wracałam do okładki, by upewnić się, że nazwisko należy do kobiety, że może źle przeczytałam, może przeoczyłam. A potem przestałam się dziwić. Tak emocjonującą i emocjonalną powieść mogła napisać tylko kobieta, która nie planuje, ale włącza emocje, bo w ich wyrażaniu jest lepsza od mężczyzn i ostro jedzie na nich. A ja po tych dialogach razem z nią. Ja nie przeczytałam książki. Ja obejrzałam kolejny film Patryka Vegi i Wojciecha Smarzowskiego w nowej odsłonie z Sebastianem Fabijańskim w roli Drivera.

   Świetny początek cyklu dla fanów filmów tych dwóch reżyserów.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

Kryształowi. Tom 1. Świeża krew [Joanna Opiat-Bojarska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 
1 , 2
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1129 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi