Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 18 marca 2019
Czy mnie się wydaje, czy tu jest bardzo gorąco? – Charo Izquierdo, Laura Ruiz de Galarreta

Czy mnie się wydaje, czy tu jest bardzo gorąco?: nie bój się menopauzy – Charo Izquierdo, Laura Ruiz de Galarreta
Przełożyła Katarzyna Górska
Wydawnictwo Marginesy , 2019 , 344 strony
Literatura hiszpańska

   Zgaduj-zgadula: sięgnęłaś po tę książkę, ponieważ...

   Po czym autorki wymieniły dziesięć powodów. Na siłę mogłabym podać dziesiąty – Interesujesz się sprawami związanymi ze zdrowiem. – bo mądrzy naukowcy donoszą ze swoich poletek badawczych, że na nie pracuje się całe życie, a nie w chwili kryzysu – choroby, zmiany, bólu, dysfunkcji czy złego samopoczucia. W tym podejściu coś było na rzeczy, bo w dalszej części książki przeczytałam, że, aby dobrze wyglądać i czuć się po pięćdziesiątce, trzeba zacząć pracować na to już po dwudziestce.

Gdybym jednak miała podać swój powód sięgnięcia po tę pozycję, mimo że do menopauzy trochę mi brakuje, a dołączony do książki wachlarz na uderzenia gorąca na razie wykorzystam podczas upalnych dni lata, to byłyby to słowa autorek – Bo jest to coś, co spotka cię na pewno, co czeka tuż za rogiem. Jesteś kobietą. Koniec kropka. Skoro, będąc nastolatką, z wypiekami na twarzy w sekrecie podczytywałam starszej kuzynce podręcznik z biologi do siódmej klasy, by poznać tajemnicę dojrzewania, to tym bardziej trzeba tę tajemnicę poznać w okresie przekwitania, które prędzej czy później nadejdzie. Wydawałoby się, że rynek od tamtych czasów zasypany jest publikacjami na ten temat i że można mówić wszędzie i ze wszystkimi o tym otwarcie.

   Otóż, według autorek, nie!

   Krzywda, jaką kobietom wyrządzili nasi przodkowie swoimi przekonaniami jeszcze na początku XX wieku, że menopauza to „kara za przewinienia kobiet”, i doradzano rezygnację z wszelkiej ekscytacji seksualnej, by uniknąć nagromadzenia krwi w mózgu, trwa nadal. Wtórował im sam Zygmunt Freud, który twierdził, że kobiety w okresie przekwitania są „kłótliwymi i upartymi, podłymi i sadystycznymi neurotyczkami”. Pokłosie tych poglądów zbieramy do dzisiaj.

   Menopauza to nadal temat tabu!

   Nadal się o niej nie mówi, chyba że szeptem i to na ucho. Autorki, dwie dziennikarki kochające życie – jak o sobie napisały - postanowiły to zjawisko zbadać, znaleźć przyczyny i rozwiązania, z pełną świadomością, że to zadanie zamieni się w terapię (przede wszystkim dla nas samych), a jej efektami podzielić się z milionami kobiet. Zaprosiły do współpracy i rozmów specjalistów i lekarzy oraz najbliższe przyjaciółki i kobiety, mające odwagę podzielić się własnymi doświadczeniami umieszczonymi w publikacjach, blogach, wideoblogach, a nawet piosenkach czy filmach.

   Efektem tych działań był ten poradnik.

   Szczegółowo omawiający czas przed, w trakcie i po menopauzie. Zmiany fizyczne i psychiczne zachodzące w organizmie kobiety. Charakterystyczne objawy i choroby jej towarzyszące. Profilaktykę działań je łagodzących, jak dieta z podaniem tygodniowego jadłospisu, ćwiczenia z podaniem konkretnych, czynności pielęgnacyjne (włącznie z ubiorem), badania okresowe, leczenie i przede wszystkim praca nad własnym nastawieniem i myśleniem.

   Te ostatnie były bazą motywacyjnego przesłania autorek.

   W tym zakresie w dużej mierze swoje inspiracje opierały na teorii długiego i zdrowego życia zawartej w publikacji Ikigai Hectora Garcii i Francesca Mirallesa. Nie popadały jednak w hurra-optymizm. Były bardzo racjonalne we wszystkim, podkreślając indywidualizm każdej kobiety i prawo do wybiórczości proponowanych działań, a swoje najważniejsze uwagi wyróżniały w ramce.

Według nich menopauza miała stać się sojusznikiem w cieszeniu się życiem. Nie odmłodzić i wyszczuplić ciało, ale uczynić je zdrowszym, pewniejszym siebie, radośniejszym i nadal cieszącym się seksem. Namawiały do odrzucania spełniania cudzych oczekiwań i konwenansów narzuconych przez społeczeństwo, w którym kult młodości, idealnego ciała i seksu jest obecnie wiodącym tematem włącznie z reklamami. Najwyższy czas na powitanie nowego – menopauzy. Na poznanie jej i kontrolowanie, by po prostu cieszyć się życiem w zdrowiu.

   Dobrze czuć się we własnej skórze, bez względu na wiek.

   Zdania piane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Czy mnie się wydaje, czy tu jest bardzo gorąco? [Charo Izquierdo, Laura Ruiz de Galaretta]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 17 marca 2019
Czując – Agnieszka Jucewicz

Czując: rozmowy o emocjach – Agnieszka Jucewicz
Ilustrował Arobal
Wydawnictwo Agora , 2019 , 328 stron
Literatura polska

   Emocje są rzeczywiste, są po to, żeby je przeżywać. Nie da się ich pozbyć, zdystansować do nich. Trzeba je poznać i nauczyć się z nimi postępować w taki sposób, który będzie najlepszy dla danego człowieka.

   Tak przekonuje jeden z rozmówców autorki tej książki. Od siebie dodam – również dla innych, bo ze swoimi emocjami nie żyjemy w próżni. Są podstawą naszych zachowań i jakości kontaktów interpersonalnych, wchodząc w skład naszej inteligencji, na którą składa się poziom rozwoju intelektualnego, społecznego i właśnie emocjonalnego. Od tego ostatniego zależy, czy ktoś o nas powie – Inteligentny cham lub psychopata. To od niego zależy również wychowanie naszych dzieci. Psycholog i psychoterapeutka Danuta Golec podkreśla - rodzice nie chcą dziecka niszczyć emocjonalnie, tylko są po prostu emocjonalnie głupi. Wydaje im się, że tak trzeba je wychować – wystarczy nakarmić, ubrać, dać wykształcenie, przekazać jakiś system wartości, przy tym nie rozpuszczać, karać, a wszystko to po to, żeby wyszło na ludzi. To też uszkadza, bo brakuje ciepła, zrozumienia, bo rodzic nie umie wyrazić emocji i tę nieumiejętność niestety przekazuje dalej. Można jednak ten łańcuch przerwać. Jak?

   Na to pytanie znalazłam odpowiedź w tym zbiorze rozmów.

   Autorka zaprosiła siedemnastu specjalistów – psychoterapeutów, psychologów, psychiatrów i seksuologa, by przyjrzeć się z bliska podstawowej palecie człowieczych emocji – wdzięczności, miłości, zazdrości i zawiści, krzywdzie i winie, lękowi, złości, radości, pokorze, stracie, współczuciu, wstydowi, nudzie, euforii, namiętności, bliskości, przyjemności i smutkowi. Pierwotnie drukowane w ramach cyklu Szkoła uczućWysokich Obcasach, tutaj zebrała je razem, tworząc podstawowe compendium wiedzy oraz materiał wyjściowy do pracy nad sobą. Dla każdego, bo każdy je przeżywa i okazuje na swój, indywidualny sposób, ale nie każdy potrafi je nazwać, rozróżnić, odczytać u innych, panować nad nimi, a zwłaszcza rozmawiać o nich. Specjaliści tę wiedzę porządkują, obalając wiele mitów – złość piękności szkodzidziewczynki nie powinny się złościć czy śmieje się jak głupi do sera. Wskazują na ich dualizm, pokazując stronę pozytywną i negatywną oraz ich burzące i budujące właściwości.  Pokazują wyraźne różnice między emocjami podobnymi, by nie mylić na przykład pożądania z miłością. Niemal każdy z nich, mimo że skupia się na jednej emocji, podkreśla konieczność autorefleksji. Znalezienia w sobie miejsca, w którym podda analizie przeżywane emocje i z czasem nauczy się je obsługiwać i nimi zarządzać, bo jak nie mamy takiej przestrzeni na myślenie, to zazwyczaj reagujemy impulsywnie i albo zadajemy ból innym, albo sobie – mówi Danuta Golec, dodając – to miejsce w głowie jest bardzo potrzebne. Nie wymaże tego, co się czuje, ale złagodzi dolegliwości, które z tym uczuciem się wiążą. Autorka chce, aby jej książka pełniła rolę korytarza prowadzącego do tego wewnętrznego pomieszczenia, jeśli ktoś jeszcze go nie znalazł lub lampki go rozświetlającej, jeśli już takie posiada. Dlatego te rozmowy nazywam życzliwym przewodnikiem, który prowadzi ku samorozwojowi, wskazując dalsze kierunki. Niekoniecznie czytając je po kolei, ale według własnych mocnych i słabych stron, w zależności od emocji, którą mniej albo bardziej rozumiemy lub mniej albo bardziej dajemy sobie radę.

   Całość wydana jest w pięknej oprawie graficznej.

   Każdy rozdział poprzedza rysunek ze spersonifikowaną emocją, tworząc minigalerię, którą można obejrzeć poniżej.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 16 marca 2019
Kwantechizm – Andrzej Dragan

Kwantechizm: czyli klatka na ludzi – Andrzej Dragan
Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 280 stron
Literatura polska

   To nie jest typowa książka popularno-naukowa. To jest zupa-śmietnik zawierająca moje prywatne i niezbyt ortodoksyjne spojrzenie na najciekawsze aspekty mechaniki kwantowej, teorii względności oraz współczesnej fizyki, którymi się zajmuję. Czasem jest smacznie, czego mi życzy autor na stronie tytułowej,

czasem pięknie, a czasem niebezpiecznie, ale zawsze nomen omen piekielnie przeciekawie, co ja jeszcze z tej zupy wyłowię i śmietnika wygrzebię. Wynika to z przyjętego przez autora podziału metod badawczych naszej rzeczywistości, którą nazywa klatką dla ludzi na wzór behawioralnej klatki Skinnera. Pierwsze z nich są metodami religijnymi opartymi na tezach trafiających w oczekiwania ludzi, gdzie dogmat, według Ludwiga Feuerbacha, to nic innego jak zakaz myśleniapolega ona na bezkrytycznym przyjmowaniu prawd objawionych, opisujących bez uzasadnienia, w jaki sposób konstruowana jest nasza rzeczywistość. Drugie są metodami naukowymi, które nakazują poddawać w wątpliwość wszystko, nawet te najbardziej prozaiczne i oczywiste oczywistości. Obserwować nie tylko człowieka w owej klatce, a przede wszystkim rozgryzać mechanizmy, w oparciu o które zbudowana jest nasza własna klatka Skinnera, dla niepoznaki nazywana „rzeczywistością”. Owoce tych pierwszych koją lęk ludzi przed nieznanym, zapewniając poczucie bezpieczeństwa kosztem wolności myślenia. Wyniki tych drugich dają wolność myślenia, ale zabierają poczucie bezpieczeństwa. Nieustanny człowieczy balans między wolnością a bezpieczeństwem wyznaczanym przez nasze wybory  nie jest niczym nowym, bo wspominał o nim Zygmunt Bauman w zbiorze rozmów Miłość jest warta starania, ale w kontekście poglądów autora, wręcz rewolucją w myśleniu.

   Autor wybrał naukę i jej metody.

   Trzeba się mocno trzymać drabiny własnego, wypracowanego światopoglądu zarówno religijnego, jak i ateistycznego, opartego na podręcznikowej wiedzy czyli na kłamstwie wyssanym niemalże z mlekiem matki, jak twierdzi autor, by nie spaść, ponieważ autor metodycznie, po kolei usuwa z niej szczeble, pozostawiając człowieka w kwantowym zawieszeniu i udowadniając, że nie da się uprawiać myślenia z dala od mózgu. Wydaje się tobie, że znasz naturę czasu? Otóż nie! Bach! – nie ma szczebla. Wydaje się tobie, że znasz prawa rzeczywistości? Otóż nie ma ich! I bach! – brak drugiego szczebla. Wydaje się tobie, że można udowodniać naukowo? Bzdura! Kolejny szczebel usunięty. Wydaje się tobie, że znasz prawa fizyki – bach!, bach!, bach! Nie ma kolejnych szczebli. Wszystko się tylko wydaje, więc spadasz. Chociaż nie.

   Właściwie unosisz się w kwantowej rzeczywistości.

   Nie ma żadnych praw, dogmatów, zasad, norm, a zwłaszcza geometrii euklidesowej i innych kłamstw. Jest teoria względności , teoria kwantowa i ich implikacje oraz jedyna pewność, to brak tej pewności w odniesieniu do wszystkich znanych człowiekowi wyznaczników ocen  i opisów otoczenia  - czasu, przestrzeni, ruchu i procesów zachodzących w czasoprzestrzeni.

   Istnieją tylko względność, nieprzewidywalność i prawdopodobieństwo.

   Na pozór tworzące chaos wywołany pojawiającą się niepewnością, a za nią lękiem przed nieznanym. Ale jeśli z tej nieprzewidywalności i nieokreśloności stworzy sę pewnik, dogmat, aksjomat, zasadę czy normę, to świat stoi przed nami otworem. Nic, tylko eksplorować do bólu mózgu.

   Dokładnie to robi autor!

   Jak udowadnia, to nie boli. Będąc fizykiem-teoretykiem, należy do jednego promila populacji posiadającego receptę na ciągłe wątpienie i niebranie niczego sobie do serca.

Jego praca, jak sam mówi w powyższych Kultowych rozmowach z Tomaszem Raczkiem, polega na położeniu nóg na biurku, myśleniu, zapisywaniu kartek i wyrzucaniu ich do kosza. Ten ostatni jest tak samo ważnym narzędziem pracy, jak mózg, kartka i długopis. Laptopa nie polecam, bo idzie w koszty, a podobno myślenie ma nie kosztować. Dyplomatycznie rzecz ujmując, wydaje się to trochę niekonwencjonalne, a już na pewno niepowszechne.

   Ale pamiętajmy – cały czas łamiemy schematy.

   Jeśli jednak ktoś bardzo się upiera w domaganiu się dowodów na wysoką jakość efektywność i efektowności produktów tego myślenia, to jest nią nie tylko ta publikacja. Wydawałoby się, że jej treść, układ, potoczny i przystępny język, humor i mieszanie faktów naukowych z anegdotami z życia własnego podana w formie gawędy, może sprawiać wrażenie egalitarnej, by każdy, nawet nielubiący i nieznający fizyki, zrozumiał bez bólu głowy anihilację, dylatację czasu, czarne dziury i inne „tajemnicze” pojęcia zgodnie z zasadą autora – czego nie umiałbym wytłumaczyć  własnej babci, tego po prostu nie rozumiem, a przy okazji  poczuł lekkie trzęsienie ziemi podstaw swojego światopoglądu. Jednak tak dydaktycznie, przemyślnie i przemyślanie podana, by osiągnąć efekt zrozumienia, pokory, a nawet bardzo wskazanego niedowierzania, że z punktu widzenia teorii kwantowej jesteśmy tylko nagą małpą (tej z rozprawy o naturze ludzkiej Desmonda Johna Morrisa) w klatce na ludzi. To ten samodzielnie wysnuty wniosek jest najwartościowszy w tej publikacji. A w konsekwencji pokonanie lęku przed nieznanym na rzecz myślenia. To co mnie urzekło, oprócz inteligentnie podanej treści przypominające karmienie ostrym nożem, to jej odzwierciedlenie w grafice okładkowej. Właściwie mogę ją traktować jak esencjonalną prezentację. Każdy element jest celowy, symboliczny i kompatybilny z pozostałymi, tworząc harmonijny i logiczny przekaz o jej zawartości. Włącznie z „konfliktem” metod religii i nauki. Wykorzystanie symbolu sprzężenia hermitowskiego, który niewtajemniczonym kojarzy się tylko z krzyżem - to strzał w dziesiątkę!

   To nie wszystko!

   Autor nie tylko uważa, że..., ale również tak żyje. Realizuje kilka żyć równocześnie niczym nieprzewidywalny foton, odpowiadając sobie, kim byłby, gdyby nie był fizykiem. Byłby fotografem i robił doskonałe zdjęcia, o czym mówi w swoim wykładzie. Warto posłuchać, jak to robi i dlaczego tak mało, skoro jest w tym świetny.

Byłby również reżyserem i robił doskonałe filmy, z których ten poniżej hipnotyzuje mnie najbardziej, ale polecam obejrzeć wszystkie na stronie autora.

Jedno jest pewne – zawdzięcza to mechanice kwantowej i wolności myślenia. Można je przełożyć na pozostałe nauki. Jest tego nawet pewien, pisząc – Z praw mechaniki kwantowej można wyprowadzić własności chemiczne całej tablicy Mendelejewa. Z niej zaś wynika cała chemia. A z chemii – podobno nawet biologia. Również socjologia, o czym mówił wspomniany wcześniej Zygmunt Bauman. Od siebie dodam, że na pewno pedagogika, która ma od zawsze charakter probabilistyczny, bo nie można być pewnym  osiągnięcia pożądanego efektu kształcenie. Może dlatego poglądy autora nie wstrząsnęły mną, ale zachwyciły.

   Powiem więcej!

   Utwierdziły mnie, że wspinam się po stabilnej drabinie opartej na metodach religijnych. Im bardziej autor szedł z pokorą w niepewność, nieprzewidywalność i prawdopodobieństwo, tym bardziej się odnajdywałam w tej rzeczywistości, obserwując daremne wysiłki autora (i wszystkich tęgich głów nauki) w dążeniu do pojęcia niepojętego. Dokładnie ten efekt stawiał pod ścianą ewolucjonistę Richarda Dawkinsa w Najwspanialszym widowisku świata  i dokładnie do tej granicy dochodził autor, twierdząc, że poznanie klatki na ludzi przez nagą małpę nigdy nie skończy się, a ci którzy tak twierdzą (a byli tacy!) – mylą się.

   I w tym punkcie, pod tą ścianą stoimy zgodnie i zgodni.

   Chociaż z dwóch, różnych i bardzo odległych punktów widzenia. Autora można nienawidzić  za bezczelność, arogancję, burzenie schematów, trzęsienie gruntu, zabieraniu drabiny w dążeniu do... i robienie przeciągów w klatce na ludzi.Tym autor daje radę, cytując Richarda Feynmana – Jak ci się nie podoba rzeczywistość, to sobie idź gdzie indziej. Można go też pokochać za szczerość i autentyczność, a w moim przypadku za inteligencję ostrą jak skalpel. Jedno jest pewne – nie można przejść obok jego osobowości, światopoglądu i twórczości obojętnie. Dlaczego tak się dzieje?

   Bo każe nagiej małpie przestać żuć gumę arogancji i nieco zmarszczyć czoło.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

poniedziałek, 11 marca 2019
Bestia – Peternelle van Arsdale

Bestia – Peternelle van Arsdale
Przełożył Paweł Łopatka
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 320 stron
Literatura amerykańska


   Dawno, dano temu żyły sobie dwie siostry.

   Bliźniaczki jak lustrzane odbicie – identyczne, a nieidentyczne. Ludzie zaczęli szeptać, że znamię, które posiadały, to piętno Bestii. Głód, który nawiedził wioskę, to ich sprawka, a matka, która je urodziła, to czarownica. Dzieci były niewątpliwie owocem bezbożnego obcowania z Bestią. Wieśniacy kierowani strachem wygnali całą trójkę do lasu. Tam bliźniaczki zamieniły się w sługi Bestii ulepione z błota, złych zamiarów i głodu strachu.

   W pożeraczki dusz.

   A że strachu było pod dostatkiem, nigdy nie były głodne. Nocą, kiedy było go najwięcej, nawiedzały wioski i wysysały strachliwe dusze dorosłych, oszczędzając dzieci. Jedną z ocalonych była Alys. Dziewczynka, która straciła rodziców w wieku siedmiu lat, a w wieku lat piętnastu musiała stoczyć walkę z pożeraczkami dusz, by zamknąć powiększaną przez nie otchłań. Miała wybór – stać się jedną z nich lub ocalić ludzkość.

   To mocno okrojona głębia i wielowymiarowość treści tej powieści fantasy dla młodzieży.

   Będę się jednak upierać, że to baśń dla wszystkich. Niesie ze sobą uniwersalne i ponadczasowe przesłanie o naturze zła, które wbrew pozorom nie jest Bestią. Źródłem zła są sami ludzie. Generują je strachem przed nieznanym i niepojętym, wykorzystywanym przez ludzi żądnych zemsty i władzy. Bestia jest symbolem natury ani dobrej, ani złej, z którą ludzie zamiast żyć w symbiozie, wolą ujarzmiać ją narzucaniem zakazów, nakazów, zasad i norm, w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Ostatecznie ze szkodą dla siebie. Odgradzanie się od niezrozumiałych żywiołów symbolizowała wioska Alys, z drewnianą palisadą wokół, która żyła według ścisłych zasad wiary narzucających styl życia, ubiór, hierarchię społeczną i wyznawane wartości. W tym sensie powieść przypominała mi film Osada w reżyserii Manoja Nighta Shyamalana.

   Takich symboli autorka umieściła tutaj mnóstwo.

   Odkrywając je i dekodując, odczytywałam równoległą historię mechanizmów procesów psychicznych zachodzących w człowieku oraz społecznych zachodzących w społeczeństwie, wzajemnie sprzężonych i warunkujących się.  Niszczących psychikę i osobowość dziecka, z którego wyrasta dorosły o zatwardziałym, zgorzkniałym, podłym sercu. Człowiek toksyczny i pełen chęci zemsty, której spełnienie dostarcza satysfakcji i przyjemności dających pożądane ciepło, niezaznane w dzieciństwie. Alys była bohaterką-wzorem do naśladowania dla młodego czytelnika. Autorka, poprzez ukazanie jej trudnych losów bezdomnej, prześladowanej sieroty, a potem szukającej swojej tożsamości nastolatki, pokazała, że każdy, nawet najbardziej skrzywdzony człowiek, ma wybór między dobrem a złem.  Między byciem człowiekiem a „pożeraczem dusz”. Ma zawsze szansę przerwać łańcuch dziedziczonego zła.

   To baśń z morałem.

   Niejedynym. Było ich w niej więcej, ale te smaczki odkrywania pozostawiam kolejnym czytelnikom. Ich odnajdywanie sprawiało mi ogromną przyjemność. Były ukryte pod przepiękną formą przekazu spisaną sugestywnym językiem oddającym spektrum emocji, w którym dominowały strach, lęk i niepewność. Tę atmosferę zagęszczały również plastyczne opisy zjawisk nadprzyrodzonych, lasu z aurą niebezpiecznej tajemnicy, plotki, pomówienie i głupota wyolbrzymiające fakty, a nawet rymowanka  śpiewana przez dzieci:

   Urok, piękno i mądrość powieści dostrzegł Rydley Scott, który podjął się produkcji jej ekranizacji, jak przeczytałam na okładce książki.

   Nie mogę się doczekać premiery!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zwiastun amerykańskiego wydania książki.

niedziela, 10 marca 2019
Ghostwriter – Alessandra Torre

Ghostwriter – Alessandra Torre
Przełożył Ryszard Oślizło
Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 352 strony
Literatura amerykańska

   Idealny poranek. Idealny mąż. Idealna córka. Idealne kłamstwo.

   Idealność we wszystkim. Nawet w kłamstwie, którego pilnie strzegła główna bohaterka, trzydziestodwuletnia Helena. Prawdę znała tylko ona i to ona dźwigała jej brzemię od czterech lat. Od śmierci męża i córki. Od unicestwienia jej „idealnej” rodziny. Potem przez lata czekała, aż spadnie ostrze gilotyny, pojawi się wyjście ewakuacyjne.

   I pojawiło się!

   Ze skutkiem ubocznym, jakim była śmierć. Rak dawał jej trzy miesiące życia i szansę na ujawnienie prawdy o swojej rodzinie w formie książki. Była znaną autorką piętnastu poczytnych powieści, więc nie miała z tym problemu. Miała jednak zbyt mało czasu, żeby napisać historię, która zasługuje, by poświęcić jej lata. To miała być książka jej życia. Ta najważniejsza. O dzikiej, szalonej, bezrozumnej miłości dwóch bliźniaczych, naiwnych, niewinnych dusz, która miała szansę na dożywotnie porozumienie i przyjaźń, a zakończyła się śmiertelną tragedią. Helena o pomoc w jej napisaniu poprosiła swoją największą rywalkę, której powieści nieustannie plasowały się na topie bestsellerów. W obliczu śmierci przełknęła wzajemne animozje, uszczypliwości, prześmiewcze opinie, druzgocące recenzje i złośliwe mejle, proponując jej rolę ghostwriterki. Opowieść o wspólnym pisaniu książki-wyznania zajęło Helenie większość powieści, a mimo to napięcie rosło.

   Autorka to mistrzyni suspensu!

   Mimo że spowalniała akcję zmierzającą do finałowego rozstrzygnięcia tajemnicy bohaterki, to jednak atmosfera gęstniała podsycana od czasu do czasu coraz dłuższymi wstawkami z właśnie pisanej w duecie powieści życia. Niespodziewane wydarzenia, które wprowadzała w życie umierającej Heleny, zaskakiwały, zmieniając spojrzenie na bohaterów. Z piedestałów autorytetów ściągała ich w szarą rzeczywistość ludzi z wadami, ułomnościami i sekretami, których wstydzili się, budując wokół siebie mury niedostępności. Helena w postaci mrocznego, zdystansowanego, apodyktycznego  i opryskliwego sposobu bycia, a ghostwriterka pod pseudonimem literackim ukrywającym prawdziwą tożsamość. Powoli, metodycznie, wręczała tej ostatniej elementy prawdy i minihistorie, które były, jak laski dynamitu, starannie rozmieszczone i gotowe do podpalenia. A kiedy to zrobiła, emocje eksplodowały, a dynamika akcji nabrała tempa.

   Zawrotnego!

   Maraton zakończony sprintem, na mecie którego czekało mnie pytanie – Czy Helena postąpiła słusznie? Na odpowiedź na nie autorka przygotowywała mnie przez całą historię Heleny, abym dobrze zrozumiała przyczyny jej wyborów. Dokładnie z tego powodu rozciągała fabułę, by dać mi czas na zastanowienie się. Po to kreśliła obrazy ludzi z fałszywymi maskami, pod którymi kryła się prawdziwa twarz, abym zrozumiała, że każdy nosi w sobie dwie natury – zewnętrzną i wewnętrzną. Po to konfrontowała ich postępowanie z tym, co kryli w środku, by uzyskać odpowiedź również na drugie pytanie sformułowane i umieszczone na okładce:

Ku swojemu zaskoczeniu nie miałam żadnego dylematu w jednoznacznym ocenieniu Heleny i na oba pytania odpowiedziałam zdecydowanie - nie. Nie znaczy to jednak, że na miejscu Heleny postąpiłabym inaczej.

   Ja również mam w sobie dwie natury.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Ghostwriter [Alessandra Torre]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 09 marca 2019
Wymazać siebie – Garrard Conley

Wymazać siebie: pamiętnik geja: rodzina, wiara i walka o własną tożsamość  – Garrard Conley
Przełożyła Kamila Slawinski
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 352 strony
Literatura amerykańska

   Twoja noga więcej nie postanie w tym domu, jeśli zaczniesz wcielać w czyn swoje uczucia – powiedział ojciec. - I nigdy nie skończysz studiów.

   Takie słowa usłyszał od swojego ojca Garrard, autor wspomnień. Miał dziewiętnaście lat, był na pierwszym roku studiów i właśnie wyznał rodzicom, że jest gejem. Jego rodzina należała do Kościoła Chrześcijan Baptystów misjonarzy, którym wiara zabraniała wszystkiego, co mogło odwodzić duszę od bezpośredniej komunikacji z Bogiem i Biblią. Mieszkali w tak zwanym pasie biblijnym amerykańskiego Południa, w którym normy społeczne i kulturowe oraz zasady moralne życia wyznaczała ortodoksyjna wiara. Mieszkańcy odrzucali ewolucjonizm, wierzyli w bliski koniec świata, AIDS uważali za karę za grzechy, a homoseksualizm za chorobę, którą można wyleczyć. Na dodatek ojciec autora był kaznodzieją. Garrard w ogóle nie zastanawiał się nad ultimatum ojca. Kochał swoją rodzinę, kochał Boga, wierzył w nauki swojego Kościoła, a myśl, że miałby opuścić rodziców, przyłączyć się do przyjaznej gejom społeczności i jakoś dalej żyć bez rodziny, wydawała się gorsza od samobójstwa. Nie był gotowy na wykorzenienie, ale był gotowy na wszystko, by pozostać mężczyzną, twierdząc – Zrobię wszystko, by wymazać tę część siebie.

   Poddał się terapii konwersyjnej.

   Uczestniczył w zajęciach opartych na Programie Dwunastu Kroków stosowanych powszechnie w leczeniu uzależnień, mających na celu złamanie charakteru poprzez upokarzanie, piętnowanie, straszenie i wymuszanie intymnych zwierzeń – wyjaśniła Agnieszka Graff, autorka wstępu do wspomnień, nazywając je psychicznym znęcaniem. Garrard wierzył w swoją homoseksualną chorobę i chcąc się „wyleczyć”, sumiennie uczestniczył w zajęciach „terapeutycznych” przede wszystkim dla rodziców, dla których był gwarantem przedłużenia rodu. Stale powtarzał, jak mantrę, prośbę kierowaną do Boga – Panie, pomóż mi być czystym. Proszę-pomóż-mi-być-czystym. Proszępomóżmibyćczystym. Nie potrafił jednak stłumić w sobie wątpliwości i pytań o rolę i obecność Boga w tym, co mu się przytrafiło. Po roku wewnętrznych zmagań, rozterek i nieudanych prób połączenia miłości do rodziny, Boga i własnej tożsamości, przerwał terapię, po której pozostała mu seksualna dezorientacja, liczne próby samobójcze, dwa pobyty w szpitalu psychiatrycznym, głęboka choroba dwubiegunowa typu II oraz lekki syndrom szoku pourazowego.

   „Leczenie”, które dla mnie było groteską.

   Gdyby nie fakty i prawdziwość opisywanych wydarzeń w życiu zdezorientowanego nastolatka, śmiałabym się. Czytając wspomnienia zagubionego chłopca nie dowierzałam, że ta parodia działa się naprawdę. Że ludzie w XXI wieku (autor „leczył się” w 2004 roku) opierali swoje metody terapii na kompilacji psychologii i religii, wypierając i zaprzeczając uznanej wiedzy medycznej na temat homoseksualizmu.

   Że to podejście i proceder trwa do dzisiaj!

   Po ponad dziesięciu latach autor postanowił napisać o tym, jak stał się ofiarą dochodowego interesu ludzi, którzy ówcześnie kłamali. Swoją publikacją włączył się w „wojnę” przeciwko terapii konwersyjnej, którą zaczęli potępiać ówcześni terapeuci-eksgeje i publicznie przepraszać za wyrządzone krzywdy jej uczestnikom i ich rodzinom, przyznając, że nadal są orientacji homoseksualnej i wcale się nie „wyleczyli”. Przywódca Exodusu, organizacji prowadzących ośrodki, przyznał publicznie w 2013 roku, „że zmiana jest fikcją, a obietnica zmiany – oszustwem”. Spowodowało to wprawdzie rozpad organizacji posiadającej największą sieć ośrodków terapii, ale nie wszystkich. Ziarno rzekomego wyleczenia gejów zostało zasiane i dalej kiełkuje w ośrodkach „eksgejowskich”, do których nadal kieruje się homoseksualistów. Najczęściej pod przymusem, bo chodzi o osoby bardzo młode, uzależnione materialnie i emocjonalnie od domagających się zmiany rodziców. To dla nich, dla ich obrony przed krzywdą, która spotkała autora, spisał swoje doświadczenia, obnażając absurd „leczenia” orientacji seksualnej, który nie pomaga, lecz wręcz szkodzi.

   To jednak nie koniec tej groteski.

   Trwa ona także w Polsce, gdzie również funkcjonuje przekonanie o homoseksualizmie jako wyleczalnej chorobie, podtrzymywane, według autorki wstępu, systematycznie i celowo przez Kościół katolicki. Gdzie tworzone są strony edukacyjne homoseksualizm.edu.pl, na których widnieją hasła i pojęcia prosto z traumatycznych wspomnień Garrarda. Gdzie istnieją ośrodki terapii takie, jak Odwaga w Lublinie „leczących” homoseksualistów metodami terapii podobnymi do tych stosowanych w USA, które obnażył Rafał Gębura w artykule Pacierzem w grzeszną miłość homoseksualistów oraz w rozmowie z uczestnikiem krakowskiej grupy terapeutycznej Tomaszem Pułą – Jak w Polsce „leczy się” homoseksualizm. To ważna pozycja uświadamiająca i  przestrzegająca przed popełnieniem krzywdzącego błędu wobec siebie lub bliskich o orientacji homoseksualnej. Pokazująca ostatecznie pełną miłości postawę ojca, który po wielu latach powiedział synowi to, co powinien w momencie jego coming aut’u.

   Chcę tylko, byś był szczęśliwy.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na podstawie wspomnień powstał film z Nicole Kidman i Russellem Crowe w roli rodziców Garrarda.

poniedziałek, 04 marca 2019
Pielęgniarki – Christie Watson

Pielęgniarki : sceny ze szpitalnego życia – Christie Watson
Przełożyła Ewa Borówka
Wydawnictwo Marginesy , 2019 , 320 stron
Literatura angielska

   Pielęgniarka jest ulepiona z radości i tragedii.

Tak twierdziła autorka i narratorka wspomnień o swoim zawodzie, w którym przepracowała dwadzieścia lat, dodając zaraz – Kiedy zaczynałam, sądziłam, że na zawód pielęgniarki składają się: chemia, biologia, fizyka, farmakologia i anatomia. Teraz wiem, że opieka pielęgniarska to w istocie: filozofia, psychologia, sztuka, etyka i polityka. Bardzo chciała pokazać mi tę kompilację wiedzy, ciała i ducha, namawiając – Chodźmy więc razem. Biorę głęboki wdech. Jeśli wejdziesz ze mną, zniesiemy wszystko. Weź mnie za rękę. Trzymaj mocno. Pchnijmy z całej siły drzwi i przekonajmy się, co tam zastaniemy, zmierzmy się z całą grozą i urodą życia. Złączone dłonie łatwo nie zadrżą.

   A jednak moja zadrżała!

   Nie spodziewałam się takiej huśtawki emocji, wrażeń, myśli i obrazów od zachwytu po obrzydzenie, od radości po smutek. Początek na to nie wskazywał. Wędrówkę zaczęłyśmy świtem, kiedy szybkimi krokami zmierzałyśmy prosto do szpitala, mijając nocnych imprezowiczów idących spać, jeszcze śpiącego bezdomnego w śpiworze i zmierzających w tym samym kierunku, co my, pracowników szpitala. Przyśpieszyłyśmy tuż po przekroczeniu progu poczekalni przy izbie przyjęć już pełnej pacjentów. A potem troszkę szybciej obok sklepu z pamiątkami, portierni, centrali telefonicznej, apteki prosto do pokoju socjalnego, który przypominał bardziej graciarnię z parawanem do przebrania się w szpitalny strój, niż pokój pielęgniarek. Zaskoczyło mnie jej położenie socjalne i finansowe, o którym wspomniała, a które okazało się nie tylko problemem w Polsce. Wychowując samotnie dwoje dzieci, brakowało jej na czynsz, chociaż i tak miała lepiej niż koleżanki korzystające z banku żywności i biorące kredyty chwilówki. W tym momencie opowieści była pielęgniarką ratunkową w każdej chwili gotową na sygnał pagera biec w dowolne miejsce szpitala. Z parkingiem, bufetem i klatką schodową włącznie. Wezwania do rodzącej, omdleń lub zawału serca były nie tylko okazją do pokazania systemu i procedur ratownictwa w szpitalu i jego codzienności, ale również do wspomnień od czego to pielęgniarstwo się w jej przypadku zaczęło. Jaką drogę edukacyjną musiała przejść, a potem nabrać koniecznego, brutalnego momentami doświadczenia, przyznając rację Kantowi – Nie ma wątpliwości, że cała nasza wiedza zaczyna się od doświadczenia. Dlatego o praktyce było najwięcej, ale od czasu do czasu wtrącała trochę teorii medycznej i rozważań filozoficznych na temat godności czy śmierci, cytując filozofów i autorytety medyczne.

Pędząc przez korytarze zachwycała się ich przestrzenią, a jednocześnie pokazywała plusy i minusy pielęgniarki intensywnej terapii nad noworodkiem, geriatrii, interny, psychiatrii, intensywnej opieki, chirurgii czy onkologii. W szybkim tempie kolejnych wezwań i akcji walki o życie, gdzie krew, mocz, ślina, pot, wymiociny mieszały się z kałem, a piekący smród wydzielin wyciskał łzy i wywoływał odruch wymiotny, odnajdywała godność człowieka. Ba! Pokazywała mi piękno w splątanych rurkach podłączonych do ciała człowieka i aparatury medycznej, porównując krążącą w nich krew do tańca. Dla niej to było doznanie zmysłowe, jakim jest odgłos serca, piękno błękitu i czerwieni odtlenionej i natlenionej krwi. Wzory, które malują się we wnętrzach naszych organizmów, to najcudniejsze pejzaże, jakie można sobie wyobrazić. W zaburzeniach w elektrycznej czynności serca i w przywracaniu mu prawidłowego rytmu słyszała  orkiestrę, gdzie flety grają jedno, skrzypce drugie i nikt nikogo nie słucha. Muzyka brzmi okropnie. Interwencja w postaci adenozyny lub kardiowersji elektrycznej to zawieszona w powietrzu batuta. Następuje kilka sekund ciszy, po czym wszyscy wznawiają grę, czysto i w tempie. Namacalny cud życia!

   Ta mieszanka skrajnych emocji wzmagała się!

   Zbliżałyśmy się do geriatrii, za którą czekała na nas kostnica. Zaczęłam przerywać czytanie, by ochłonąć, by uspokoić się, by wytrzeć wzbierające łzy rozmazujące litery. To tutaj, otoczone starością, obrzydliwością fizjologii ludzkiego ciała, terminalnymi chorobami, przemijaniem i śmiercią, najsilniej, najdobitniej przekazała mi wartość życia i tego, co się w nim liczy najbardziej, by spędzać życie sensownie i szczęśliwie, cenić to, co czyni nas ludźmi: nie dobra materialne, tylko miłość, dobroć, nadzieję. Ilekroć czytam tego typu opowieści ludzi związanych z życiem lub śmiercią (Bez strachu - Adam Ragiel, Magdalena Rigamonti), zawsze kończą się one apelem o docenienie kruchości życia i wzajemną miłość. Christie nie była wyjątkiem, mówiąc – Nic poza miłością się nie liczy. Mówię ci to tu i teraz, mówię o miłości do twojej żony, męża, innej ukochanej osoby, syna i córki – być może najcenniejszej – miłości do wnuczęcia. Mówię o miłości tak głębokiej, że człowiek gotów oddać za nią życie. Tak wzniosłej, że można nią przejrzeć niebiosa i wtedy nawet w nie uwierzyć. Może niektórzy z was już je widzieli. Może macie tyle szczęścia co ja. Tyle chcę powiedzieć. Kochajcie. Koniec końców liczy się tylko to. Kochajcie się.

    Przejęłam się jej dynamiczną opowieścią zwalniającą tylko przy łóżku chorego.

Jej apelem o bycie gotowym stać się podopiecznym lub opiekującym się i podczas szkolenia udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej kilka dni temu dałam naprawdę z siebie wszystko, by moi najbliżsi i młodzież, która mnie na co dzień otacza, czuli się przy mnie bezpiecznie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

niedziela, 03 marca 2019
Miłość jest warta starania – Justyna Dąbrowska

Miłość jest warta starania: rozmowy z mistrzami – Justyna Dąbrowska
Fotografie Mikołaj Grynberg
Wydawnictwo Agora , 2019 , 392 strony
Literatura polska

   Ależ intelektualna przyjemność obcowania!

   Z dwudziestoma czterema umysłami nieprzeciętnymi, niepospolitymi, wyjątkowymi, oryginalnymi, które autorka nazwała mistrzami. Biegłymi z życia i w wielu dziedzinach, które uprawiali zawodowo – aktorstwo, reżyseria, tłumaczenia, krytyka literacka czy eseistyka. Artystami wielu sztuk. Wykładowcami akademickimi i badaczami nauk zarówno ścisłych, jak i humanistycznych. Niektórzy wielu wielu profesji i uprawianych dyscyplin nauki i sztuki.

Z szybkiego przebiegu spisu nazwisk wyłowiłam kilka znanych mi już, jak uwielbiana przeze mnie Danuta Szaflarska nie tyko za umiejętności aktorskie i wykreowane role, ale i za tę pogodę ducha, którą zawsze widziałam w jej oczach. Kazimierz Kutz, który otwierał poczet mistrzów. Hanna Świda-Ziemba, której przeciekawy życiorys poznałam, czytając jej wspomnienia w Uchwycić życie.

Ku mojej ogromnej radości wypatrzyłam również Zygmunta Baumana, którego publikacje zawsze windowały mnie na wyżyny rozważań intelektualnych takich, jak Retropia czy wpisana na mój top czytanych w 2016 roku Obcy u naszych drzwi. Jego rozmowę z autorką przeczytałam kilka razy, rozkoszując się treścią, stylem przekazu i pięknem szyku budowanych zdań, wspinając się na palce intelektu, by nie uronić żadnej myśli, żadnego logicznego wywodu czy wniosku.

   Ciekawa byłam jednak wszystkich rozmów.

   Razem zebrane, a nie rozproszone na łamach Tygodnika PowszechnegoWysokich Obcasów, „Pisma” i  Gazety Wyborczej, dodatkowo uzupełnione rozmowami dotąd niepublikowanymi, stworzyły zupełnie inną jakość przekazu i przesłania. Nie indywidualną, osobną, dotyczącą tylko jednego człowieka, ale ponadczasową, zbiorową myśl polskich intelektualistów pokolenia, które powoli odchodzi. Niektóre z tych osób już nie żyją. Innym pozostało niewiele z powodu nieuleczalnej choroby. Ale to właśnie ten podeszły wiek, w połączeniu z bogatym, często traumatycznym doświadczeniem życiowym, pozwolił im na spojrzenie wstecz z dystansem i próbę odpowiedzenia na pytania, które człowiek zadaje sobie przez całe życie, ale pełne zrozumienie, wydźwięk i znaczenie odpowiedzi znajduje dopiero u jego schyłku. Chociażby to, o co warto się w życiu starać. Z perspektywy osiemdziesięciu i więcej lat wnioski stają się podpowiedziami dla tych, którzy zagubili się egzystencjalnie  lub ich poszukują w sferze filozoficznej. Odpowiedź tytułowa – miłość jest warta starania – to tylko jeden z wariantów, bo jeszcze życie samo w sobie jest tego warte, własna wewnętrzna autentyczność czy minimalizm posiadania – wymieniają po kolei mistrzowie.

   Ile osób, tyle odpowiedzi!

   Właściwie różni ich wiele – pojęcie sensu życia, śmierci, przemijania, starości, miłości, religii, ale również bagaż doświadczeń, światopogląd, otwartość na innych ludzi czy styl życia.To było przeciekawe w swojej różnorodności, bogactwie emocji jakim obdarzał ich los, pasjonujące w wiedzę z wielu dziedzin nauki i sztuki, które miały decydujący wpływ na jakość życia zawodowego i osobistego.

   Szukałam jednak punktów stycznych!

   Tych myśli, które życie sprowadzało do wspólnego mianownika pomimo tych różnic. Konkluzji, które mogłabym zaadoptować. Mądrości uniwersalne, by uniknąć nauki na błędach własnych. Wyłuskiwałam je z rozmów o rzeczach istotnych, gdy wspólnie podkreślali takie wartości, jak miłość, rodzina, przyzwoitość i sens życia, którego, według Zygmunta Baumana, tyle jest, ile potrafimy w nie wlać. Ani grama więcej, ani grama mniej. Za to, co się w środku znalazło, ponosimy odpowiedzialność.   Ale też te refleksje, które nasuwała fizjologia starzejącego się ciała, powoli ograniczającego nadal wysoką sprawność umysłu. To dlatego wszyscy pracowali mimo podeszłego wieku.

   Witalność intelektualna to była podstawowa cecha wszystkich rozmówców.

   Każdy z nich, pomimo emerytury, jeszcze pracował zawodowo lub umysłowo. Miał plany, terminy, zamierzenia i pomysły do zrealizowania. Żył raczej do przodu, niż przeszłością. Ta niewyczerpana kreatywność towarzyszyła im stale, czyniąc ich młodymi psychicznie. Wewnętrznie ujmowali sobie po kilkadziesiąt lat.

   Przestrzegałabym jednak przed bezmyślnym przyjmowaniem ich rad.

   Dosłowne kopiowanie zasady życiowej  Zygmunta Baumana, którą tworzył na swój użytek prawie wiek, by żyć, jakby się miało żyć wiecznie, ale przeżywać każdą chwilę tak, jakby miała być ostatnią, a która sama w sobie niesie sprzeczność i jest formułą bardzo trudną do realizacji, może skończyć się katastrofą i zniechęceniem. To raczej  kierunki pracy nad sobą. Podpowiedzi do budowania własnej, osobistej struktury konstrukcji światopoglądowej, a co za tym idzie – jakości życia. Drogowskazy stylu życia wskazane przez mistrzów, swoistą „starszyznę plemienną” Polaków, do której wysłuchania autorka stworzyła idealne warunki i zaprosiła do jej wysłuchania wszystkich.

   Każdy może przed nią stanąć i zaczerpnąć dla siebie tyle, ile zechce wziąć.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Przeczytaj fragment książki


sobota, 02 marca 2019
Jak kamień w wodę – Hanna Greń

Jak kamień w wodę ; Światełko w tunelu – Hanna Greń
Wydawnictwo Replika , 2017 ; tom 1 – 304 strony , tom 2 – 320 stron
Dylogia Polowanie na Pliszkę
Literatura polska

   Wzięłam udział w wyjątkowym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki!

   Z dwóch powodów. Pierwszym było miejsce spotkania, które wzbudziło mój entuzjazm. Pojechaliśmy do filii naszej biblioteki publicznej działającej w małej wsi. Jak się okazało prężnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu tamtejszej bibliotekarki. Najbardziej spodobało mi się pokłosie wydarzenia wyeksponowanego w antyramach na ścianach pomieszczeń, przywołującego przeszłość miejscowości w fotografii. Wśród nich jedno przedstawiające mieszkańców sprzed półwiecza siedzących przy stole z poczęstunkiem tak,  jak my dzisiaj, współcześnie, ale inaczej ubranych i z inną zastawą stołową. Niesamowite wrażenie dziedziczenia tradycji spotkań. A przyjęto nas bardzo gościnnie i z sercem.

Stoły uginały się od słodkich przysmaków, z których furorę robiły pączkowe oponki, bo akurat był dzień przed tłustym czwartkiem. „Uginały się” również od książek, ponieważ naszą bohaterką dyskusji była tym razem dylogia. To drugi powód tej wyjątkowości. Ku naszej uciesze, bo im więcej treści, tym więcej tematów do roztrząsań i analiz w myśl zasady – o książkach godzinami!

   A było o czym!

   Na początek próbowałyśmy zaszufladkować tę powieść i doszłyśmy do wniosku, że trochę w niej kryminału i trochę obyczajówki z wątkiem romantycznym. Z przewagą pierwszego w początkowym tomie, a drugiej w następnym. Jednak nie polecałabym jej fanom kryminałów, ponieważ dla mnie to przede wszystkim powieść obyczajowo-romantyczna, która mogłaby się zamknąć w pierwszym tomie bez jej kontynuacji. Elementy kryminalne były w niej tylko ciekawym, intrygującym tłem do ukazania losów Kornelii, głównej bohaterki całego zamieszania, na poszukiwaniu której skupiała się cała akcja. W pierwszym tomie dziewczyna przepadła zgodnie z tytułem, jak kamień w wodę, a w drugim cały czas tliło się światełko w tunelu, że odnajdzie się. Stąd tytuł dylogii – Polowanie na Pliszkę.

   Kornelię Pliszkę!

   Dziewczyny, która nie mogła chwalić swojego ogonka, jak w znanym powiedzeniu, bo nie miała łatwego dzieciństwa. Wychowywana przez rodziców-naukowców jako przypadkowy „błąd przy pracy”, którego nie można się pozbyć, ignorowana i traktowana jak persona non grata, nie znała bliskości, zrozumienia i miłości rodzicielskiej. Poniżana i wyśmiewana w szkole, stała się ofiarą fałszywych pomówień niszczących jej dobrą opinię w środowisku. Krzywdzona w domu i wśród rówieśników, nie potrafiła zaufać innym, chociaż sama rozpaczliwie pragnęła, by zaufano jej. Ale uwaga! - bez przedstawiania dowodów, niezbitych argumentów i wiarygodnych zapewnień.

   Ta silna potrzeba niszczyła jej życie.

   Była powodem problemów, jakie pojawiały się przed nią i które sama generowała. Zamiast tłumaczyć i wyjaśniać, zatajała dowody  swojej niewinności i uciekała. Od rodziny, od partnerów, przyjaznych jej osób i od najważniejszej osoby, która pojawiła się w jej życiu – podkomisarza Gerarda Skrzyńskiego. Z racji zawodu bardzo nieufnego i opierającego swoje opinie na twardych dowodach, musiał wiele nauczyć się, by Kornelia od niego nie uciekła. Właściwie cała fabuła to proces ujawniania mechanizmu budowania związku opartego na wzajemnym zaufaniu, podejmowania trudnych wyborów między powinnością zawodową a lojalnością wobec ukochanej osoby, ale również determinującego wpływu dzieciństwa na jakość życia w dorosłości. Autorka jednak pokazuje, że nigdy nie jest za późno na zmiany, na naukę, na zdobywanie nowych doświadczeń w samorozwoju, na otwieranie się na drugiego człowieka, a nawet na konieczność ryzyka w podejmowaniu decyzji. Nawet jeśli  przełamywanie w sobie barier boli, to warto.

   Chociażby po to, by być szczęśliwym. 

Jak kamień w wodę. Polowanie na Pliszkę [Hanna Greń]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Światełko w tunelu. Polowanie na Pliszkę [Hanna Greń]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1167 tytułów
Mój top czytanych w 2018
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi