Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
czwartek, 05 maja 2016
Historia Bez Cenzury – Wojciech Drewniak



Historia Bez Cenzury – Wojciech Drewniak
Wydawca HBC , 2016 , 302 strony
Literatura polska


To ostrzeżenie już wystarczyło, żebym jednak zajrzała do środka, bo jeśli rzeczywiście będę żałować? Zwłaszcza że niedawno mój zaprzyjaźniony nastolatek z fascynacją malująca się na twarzy opowiadał mi o „zajebistych” (to jego określenie) filmach na YouTube opowiadających polską historię w niewybredny i dosadny, ale przede wszystkim humorystyczny, sposób. Obiecałam mu, że zajrzę na profil kanału Historia Bez Cenzury.
I trochę się przestraszyłam!
Ale i pośmiałam, bo humor ma coś z Monty Pythona, a także bardzo zaciekawiłam, czy tak samo będzie w wersji drukowanej? Czyli szybko, zabawnie, skondensowanie i wulgarnie? Tak, tak – autor nie cenzuruje również doboru słów, chociaż te większego kalibru maskuje efektami specjalnymi. Na pewno nieocenzurowana jest historia podana w luzackiej formie, chociaż opisywane fakty już takie nie są. Jak autor podsumowuje we wstępie – ...cała ta Historia Bez Cenzury to supersprawa, bo pokazujemy historię inaczej, tak, że nasz program uczy jak szlag i bawi jak cholera. Ma ogromną oglądalność i skutecznie przekonuje dotychczas zrażonych i nieprzekonanych przez szkołę, że poznawanie historii może być najwspanialszą rozrywką, ale i powodem do dumy, bo gdzieś pod tą warstwą nudnych, podręcznikowych bredni, umyka chyba najważniejsze – mamy z czego być dumni! Ma też solidne, bo merytoryczne i formalne podstawy, by o niej opowiadać – jest absolwentem historii na UMCS w Lublinie, o czym przeczytałam w wywiadzie Naga Prawda.
W takim razie, w obliczu takiego sukcesu, po co ta książka?
Podobne pytanie zadał sobie autor, odpowiadając na nie – bo internauci chcą więcej na dany temat, a filmy są za krótkie. Potwierdzenie tego znalazłam w komentarzach umieszczonych pod filmikami, w których internauci wytykali „maliznę”. Chcieli obszerniej. Ku żalowi autora czas nie jest z gumy. Nie potrafi nasycić kilkunastu minut absolutnie wszystkimi faktami bez zrobienia dwugodzinnego filmu. Pyta – kto by to oglądał?!
A w książce może!
Otrzymał możliwość pisania tyle i tak długo, aż poczuł – OK, Wojtas, to chyba wszystko. W ten sposób upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze mógł dać żądnym wiedzy więcej w wersji full wypas. Po drugie „oglądaczy” zachęcić do czytania. I tym drugim autor bardzo zaplusował u mnie. A że czytelnik przyzwyczajony do cierpliwego czytania, które czasu wymaga, w przeciwieństwie do odbiorcy szybkich przekazów obrazkowych, który czasu na czytanie nie ma, to stworzył dziesięć pełnych biogramów (biografia to za obszerne słowo) znanych przywódców narodu polskiego – Władcy Z jajami, Na Krzywy Ryj, Bigamisty Wielkiego, Władka-Niedźwiadka, Jagielońskiego Twardziela, Ruskiego Koszmara, Rycerza, Który Został Królem, Jebakinga, Cioty Na Tronie i JP Na 102%. Każdy poprzedzony satyrycznym portretem bohatera z użyczoną twarzą autora.

Z przekory nie zdradzę, kto z dobrze znanych postaci historycznych kryje się pod tymi autorskimi określeniami i bardzo trafnymi pseudonimami. Ich losy, działalność i osobowość autor wykorzystał do napisania historii może nie na nowo, ale na pewno z innego punktu widzenia, uzupełniając ją faktami niewykorzystywanymi przez Historię Wielką i Poważną. No bo po co komu wiedzieć, który z władców Polski gwałcił, kastrował mężczyzn i wycinał cudzołożnicom wargi sromowe, przybijając je nad drzwiami domostwa? Autor stwierdził, że jest komuś na coś jednak to wiedzieć i jak widać po fanach, nie mylił się. Naród polski wiedzieć chce. A ponieważ w filmach im tego mało, więc dostali jeszcze książkę. Chociaż muszę przyznać, że ciężko było mi przełknąć, kto dostał wpierdol, po czyjej śmierci wszystko się spieprzyło, kto posunął się do skurwysyństwa, który z nich dymał czyją córkę, a kto rozwiązał parlament w przysłowiowy piździec. Ale te „ubarwienia” narracyjne, w książce jednak ocenzurowane i podane w dawce lajtowej (nie ma w niej „kur” i kogutów), trafiają do młodzieży, bo to ich język potoczny. Ale autor uprzedzał, książkę oznaczył i w tekście przypomniał – Trochę dystansu, drogie panie, kierując to zdanie przede wszystkim do feministek.
Nabrałam więc dystansu i...
Świetnie bawiłam się! Z uśmiechem na ustach poznawałam grzechy, grzeszki i cnoty wielkich znanych, a jakoby mi jednak nieznanych. Filmową wersję mogłam obejrzeć od razu, dzięki kodowi dostępu umieszczonemu na końcu każdego rozdziału.

Odkrywałam na nowo przede wszystkim człowieka, który pił, uprawiał seks, kochał, mordował, cudzołożył i gubił się, jak każdy w życiu, próbując ugrać coś dla Polski. Dla mnie takim odkryciem był Stefan Batory, który się nie pierdzielił! (Mam ubaw z naśladowania autora!) Nabrałam do niego ogromnego szacunku, mimo że Polakiem nie był. A ja myślałam, że był!!! Najcenniejsze w tej książce jest to, że nie ma w niej narzekania, męczeństwa i martyrologii.
Wręcz przeciwnie!
Fajni byliśmy i niejednemu z dupy jesień średniowiecza zrobiliśmy! O proszę, jak się zdystansowałam! Obala przy tym mity o cudach w historii, na które uwielbiamy się powoływać. Nie było żadnych cudów! – grzmi autor. Zwłaszcza nie było tego najsłynniejszego „cudu nad Wisłą”! Bo to nie był żaden „cud”, wszystko było idealnie przygotowane, a to określenie było wymyślone przez ludzi, którzy chcieli umniejszyć rolę Polaków w uratowaniu Europy przed komunistyczna szarańczą. – no proszę, jakie zabobony nam wmówiono, a Poważni Historycy powtarzają je do dzisiaj w szkolnych podręcznikach. Zapracowaliśmy sobie na efekt bitew, wojen i traktatów pokojowych ciężkim trudem i inteligencją! W miarę czytania rosła we mnie duma z mojego narodu i w tym sensie przypomina mi inną publikację Polskie Imperium. Nie ma w niej dat i wielkiej polityki, jest za to seks, przemoc, chciwość na władzę i pieniądze jako przyczyny wszelkich działań, których te pierwsze są tylko skutkiem ubocznym. A właśnie tylko o tych skutkach ubocznych mówi się w szkołach, bo mówienie o seksie jest wstydliwe, ryzykowne i zamiast tego lepiej zasypać biednych uczniów wiadrem dat i postanowień pokojowych. A najlepiej szklanka wody zamiast!
Robi się więc nudno...
Pytanie czy to rewolucyjne podejście autora i sugestie bardziej efektywnego nauczania historii przyjęłoby się w szkołach? Myślę, że wymagałoby to reformy systemu edukacji nauczycieli historii. W hardkorowej wersji autora sprawdza się. W lajtowej wersji szkolnej – nie wiem, bo nie znam takiego historyka. A jeśli nawet jest, to pewnie siedzi cicho, żeby larum w Polsce nie podniesiono i od braku patriotyzmu nie wyzwano, a może nawet z pracy wyrzucono. Ale jeśli nie siedzi cicho, to zazdroszczę jego uczniom. Bo o historii można mówić ciekawie i zajmująco, a autor, pasjonat i samorodny talent, udowadnia to.
I jeszcze jedno słowo do nauczycieli-historyków.
Warto zajrzeć do internetowej i drukowanej wersji Historii Bez Cenzury, aby być przygotowanym na „dziwne” pytania uczniów oraz zaskakujące określenia i oceny wydarzeń, faktów czy postaci historycznych, nie tylko po to, by być na propsie z młodzieżą, ale i po to, by móc wejść w dyskusję z uczniem bez poczucia zamachu na dotychczasową wiedzę i własny autorytet. Aby Stanisław August „Ciota” Poniatowski był świetnym punktem wyjścia do dyskusji i opowieści o historii, a nie źródłem konfliktu i niepowodzenia szkolnego.
Dla mnie było wprawdzie hardkorowo, ale nie żałuję! Powiem więcej – kilka wieczorów spędzę z kanałem Historia Bez Cenzury, bo mam trochę do nadrobienia i parę tematów do rozwinięcia z moim nastolatkiem-fanem tego kanału.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Historia bez cenzury [Wojciech Drewniak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

A wszystko zaczęło się od tego pierwszego odcinka.
niedziela, 10 stycznia 2016
Tak to widzę – Irosław Szymański



Tak to widzę – Irosław Szymański
Ilustrował Jerzy Lipiec
Krajowa Agencja Wydawnicza , 1987 , 200 stron
Literatura polska


Boleśnie przekonałam się, że pokolenia dzieli również poczucie humoru.
Że różnimy się w nim narodami, że i czas może wpłynąć na jego odbiór, ale że dzisiejsi nastolatkowie mają zupełnie inne poczucie humoru niż ich rodzice czy dziadkowie? – tego się nie spodziewałam. Może rację ma autor, który na odwrocie książki tak ją rekomenduje:

Nie znałam kabaretu Loża 44, dla którego powstawały teksty autora. Sama dziwię się temu – jak to było możliwe? Kiedy przypominam sobie, kto w latach 80. ubiegłego wieku (jak to brzmi!) mnie rozśmieszał, to pojawia się kilka nazwisk – Bohdan Smoleń, Bronisław Opałka w roli Genowefy Pigwy, Zenon Laskowik czy Jan Pietrzak.
Teksty Loży 44 odkryłam niedawno i przypadkowo.
W trakcie imprezy czytelniczej - Noc Bibliotek. Każdy zaproszony uczestnik maratonu nocnego czytania miał przynieść ze sobą ulubioną książkę. Jej fragmenty mieliśmy czytać po kolei przez pięć minut aż do świtu. Teoretycznie! Wszyscy zgodnie kolejkowe czytanie zatrzymaliśmy na filigranowej, starszej pani, która przyniosła właśnie tę pozycję. Nie chcieliśmy już czytać! Chcieliśmy słuchać tylko jej interpretacji (a robiła to w sposób dystyngowany) tekstów Irosława Szymańskiego. Byłam tak zachwycona inteligentnym humorem, aluzyjnością, sugestywnością i sprytnym kamuflażem treści przemycanych do odkrycia absurdów rzeczywistości PRL-u (ale nie tylko), że wyszperałam sobie tę książkę na rynku wtórnym, by mieć ją na własność. Wprawdzie wszystkie teksty kabaretu Loża 44 można przeczytać na jego stronie internetowej Loża 44, ale wydane w formie książkowej mają w niej nadaną logiczną kompozycję i spójną całość. A poza tym są bogato ilustrowane zdjęciami wykonawców oraz niezwykle inteligentnymi rysunkami Jerzego Lipca,

Całość tekstu naśladuje formułę programu telewizyjnego z podanymi godzinami emisji audycji.

W książce są one jednocześnie tytułami rozdziałów, które rozpoczynają się od godziny 8:10, a kończą o godzinie 23:05. Ich tematyka jest tak szeroka, jak samo życie. Poruszają i omawiają w krzywym zwierciadle humoru, ironii i absurdu zwykłą codzienność przeciętnego obywatela w PRL, który ma zainteresowania, pasje, chodzi do lekarza, ogląda TV, spogląda w przeszłość i martwi się o duszę swoją w przyszłości, wstępując do piekieł. Wszystkie są komentarzem jego otoczenia, kluczem do ujrzenia go na nowo, które publikowane w programach telewizyjnych zostały zebrane tutaj w spójną całość. Jak napisał autor wstępu Franciszek Piątkowski – zbiór, który w całości jest zaproszeniem do gry, do łamania szyfrów i myślenia ze śmiechem.
Właśnie – myślenia!
Humor, żart, ironia, a nawet sarkazm jest po coś. Przynajmniej ja mam takie wyobrażenie, bo tak było od zawsze. Sokrates był tym, który odpowiedział ironią na celebrowaną uczoność sofistów. Franciszek Rabelais odpowiedział w swojej twórczości na celebrowaną i sztywną dworską etykietę. W skostniałych klasyków z oświeceniowych salonów uderzył ironiczny ton romantyków. Ironia Norwida była wyzwaniem rzuconym faryzejskim regułom gry i głupstwom zmarmurzonym na piedestałach. – zauważa autor wstępu, z którym się zgadzam. Te teksty są tej tradycji kontynuacją. Zmuszają do szukania drugiego dna. Do rozbierania tekstów na czynniki pierwsze i dopasowywania ich do skojarzeń z rzeczywistością, by ujrzeć ją bardziej ostro, dużo bardziej wyraźnie.
I wpadł mi do głowy pewien pomysł!
Podzielę się tymi tekstami z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą - pomyślałam. Poczytamy sobie, pośmiejemy się, poopowiadam im o życiu nastolatki w PRL. Zorganizowałam dwa spotkania podobne do tego, w którym sama brałam udział, z tą różnicą, że tutaj jedynym bohaterem była ta książka. Spośród bogactwa materiału wybierałam po kolei te najbardziej uniwersalne, by potem przejść do tych bardziej hermetycznych. Miałam świadomość, że nie każdy nastolatek zna niuanse rzeczywistości lat 70. i 80. i nie każdy będzie wiedział, co to jest na przykład asygnata. Wybór padł na Studio Sport,

Pamiętnik znaleziony w kaftanie i tekst, nad którym popłakałam się ze śmiechu – Z poradnika działkowicza.
I na tych trzech tekstach zakończyło się czytanie – niestety!
Rozmowa zeszła na zupełnie inne tematy bez zainteresowania pozostałą treścią. Przeżyłam zupełnie odwrotną sytuację do tej, w której uczestniczyłam w towarzystwie ludzi dorosłych. Zaskoczyło mnie to, ale i zasmuciło. Poczucie humoru współczesnych nastolatków jest zupełnie inne niż starszych pokoleń. Nie bawi ich myślenie podczas śmiechu. Wolą humor przaśny, dosadny, szybki, bezpośredni, mocny i wulgarny w przesłaniu i języku.
Rechot z demotywatorów.
Zastanawiam się, co będą prezentowały kabarety, by wzbudzić śmiech (o refleksji mogę pomarzyć), kiedy za kilka, kilkanaście lat dzisiejsi nastolatkowie, jako dorośli, zasiądą na widowni. Chyba nawet nie jestem tego ciekawa.
Tak to widzę.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Całość książki

Loża 44 w skeczu U dentysty.
sobota, 08 sierpnia 2015
Kuba i Mela: dodaj do znajomych – Maciej Orłoś , Henryk Sawka



Kuba i Mela: dodaj do znajomych – Maciej Orłoś , rysunki Henryk Sawka
Wydawnictwo Jaguar , 2012 , 261 stron
Cykl Dodaj Do Znajomych , część 1
Literatura polska


Książka familijna!
Mogą być filmy familijne i kino familijne, to mogą być również książki familijne i czytanie familijne. A ta jest zdecydowanie i wybitnie rodzinna. Przeznaczona i dla dzieci, i dla dorosłych, a najlepiej dla całej rodziny, do czytania osobno lub wspólnie. Ale o tym wszystkim jeszcze nie wiedziałam, kiedy otrzymałam ją w prezencie z różową wstążeczką zamotaną na okładce:

Nie zraziła mnie pierwsza myśl, że to książka dla dzieci. Wręcz przeciwnie. Ucieszyłam się z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że to moja druga książka w życiu otrzymana w prezencie, bo najbliżsi boją się mi kupować, myśląc, że już wszystko przeczytałam. Patrząc na moją patową sytuację satyrycznym okiem Henryka Sawki, kupowanie książek dla mnie w mojej rodzinie wygląda dokładnie tak:

Po drugie, dlatego że na okładce widniało nazwisko rysownika satyrycznego, jako współautora. Liczyłam więc na sporą dawkę dobrego humoru. I był! Z nawiązką!
A to dzięki dwojgu bohaterom – rodzeństwu Kuby i Meli.
Kuba , uczeń klasy czwartej, bardzo nie lubił chichotów dziewczynek, ale jak każdy lubił wakacje. Marzył o smartfonie, iPadzie i najnowszym PSP, żeby nie odstawać od średniej klasowej i móc z chłopakami robić to, co uwielbiał najbardziej – kawały, psikusy i żarty.

Zwłaszcza nauczycielom i to tym najbardziej lubianym, bo mającym poczucie humoru. A jak ktoś je ma, to najgłupszy wygłup zrozumie, a reszta się upiecze.
Mela, jego siostra, pierwszoklasistka, która uważała się za dużo starszą, bo mniej dziecinną niż inni w klasie, miała odmienne zdanie na temat poczucia humoru dorosłych. Najlepszym przykładem byli ich właśni rodzice, z którymi rozmowy były trudne, bo zapomnieli, jak to było, jak byli młodzi, to znaczy mali. Poza tym lubiła Kubę, chociaż jej dokuczał i jak każda dziewczynka, nie chciała być brzydka.

Naprzemienne komentarze Kuby i Meli do ich życia rodzinnego, rzeczywistości szkolnej, obowiązków, rówieśników, rodziców i siebie nawzajem, budowały humorystyczne spojrzenie na wszystko, co ich poruszało, dotyczyło, angażowało, zastanawiało, intrygowało i absorbowało. Uważali, że mają trudne życie z dorosłymi, a rodzice nie bardzo potrafią zrozumieć ich punkt widzenia i dostrzec ich racje, mimo że bardzo starają się być dobrymi rodzicami.
To spojrzenie na życie jednej rodziny oczami jej dzieci stwarza dobrą okazję dla wszystkich, bez względu na wiek, do pośmiania się i zbudowania dystansu wobec opisywanego „problemu” oraz możliwość porównania z własną rodziną i ujrzenia ją w innym kontekście. Zwłaszcza że tekst ilustruje sam mistrz satyry, który umiejętnie podkreśla komiczność sytuacji nie tylko z udziałem dzieci, ale i dorosłych, eksponując ich przywary:

To pierwsza część cyklu o codziennych przygodach oraz domowych i szkolnych perypetiach Kuby i Meli – jak przeczytałam na okładce książki. Jej kolejna część to:

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kuba i Mela. Dodaj do znajomych [Maciej Orłoś]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
środa, 22 lipca 2015
Nastolatki pod mikroskopem – Jan Weiler



Nastolatki pod mikroskopem – Jan Weiler
Przełożyła Barbara Tarnas
Wydawnictwo Amber , 2014 , 119 stron
Literatura niemiecka


Przebój wśród czytelników niemieckich!
Na okładce książki przeczytałam taką rewelację:

A w Polsce cisza...
Przypadkiem wyłowiłam ją z tej ciszy bibliotecznych półek. Trochę z powodów zawodowych, a trochę z powodu tytułu. Byłam przekonana, że to pozycja popularnonaukowa o wyspecjalizowanym podejściu do procesu dojrzewania, zawężonym tylko do dziewcząt. Czyżby metodycy wychowania zaczęli uważać, że młodzież w procesie dojrzewania tak bardzo się różni, że nadszedł czas podziału na płeć? I dlaczego akurat dziewczęta, a nie chłopcy? A może chłopcy są mniej skomplikowani , bo w myśl powszechnej, niepisanej zasady – Mężczyzn wystarczy urodzić, potem już tylko rosną?
Takie to myśli towarzyszyły mi w drodze powrotnej.
I zupełnie niepotrzebnie, bo w domu mogłam całkowicie zapomnieć o moich rozważaniach. Po wstępnym przejrzeniu zawartości okazało się, że to błąd semantyczny, merytoryczny i gramatyczny. I to tylko w jednym słowie! Bo treść dotyczy młodzieży obojga płci, a nie tylko dziewcząt, jak sugerował tytuł. Sprawdziłam to z tytułem oryginalnym, którego niemiecką okładkę wraz autorem znalazłam na stronie Cineplex:

Dosłownie oznacza proces dojrzewania. Można go zastąpić jednym słowem fachowym – adolescencja. Takie dosłowne tłumaczenie przyciągałoby specjalistów od wychowania, a odstraszało tych, dla kogo jest ona przeznaczona.
Przede wszystkim dla rodziców nastolatków obojga płci.
Dlatego tytuł powinien brzmieć – Nastolatkowie pod mikroskopem. Ale, jak się okazuje w moim przypadku, błąd w tytule też może być powodem sięgnięcia po tę pozycję. I nie żałuję, bo może wiele nowego się nie dowiedziałam, ale za to świetnie się z nią bawiłam! I taka też jest jej podstawowa rola.
To miłosierny odstresowywacz zestresowanych rodziców wychowywaniem nastolatków.
Zawiera opowiastki z życia znanego i popularnego w Niemczech dziennikarza i pisarza, który zmaga się tak, jak inni rodzice, z wychowywaniem dorastających dzieci – piętnastoletniej Carli i dwunastoletniego Nicka. I to z tego powodu ta pozycja cieszyła się takim powodzeniem wśród Niemców. Każdy chciał zajrzeć do prywatnego życia osoby znanej i przekonać się, jak radzi sobie z własnymi dziećmi. W Polsce ten czynnik nie miał znaczenia. Autor nie jest znany. O powodzeniu publikacji w Polsce może zadecydować tekst.
Tylko że najpierw trzeba go odkryć!
A jest tego wart, bo dawno tak się nie uśmiałam w głos podczas czytania. Każdy rozdział serwował sporą dawkę żartu i humoru. Śmiałam się z Carli, jej ojca i z samej siebie, kiedy patrzyłam na codzienne, prozaiczne zmagania rodzica z nastolatką w sztuce wychowywania widzianej z przymrużeniem oka. Nie pouczał, nie dawał dobrych rad, nie dowartościowywał się kosztem czytelnika, podkreślając swoją sprawność pedagogiczną. Wręcz przeciwnie. Był uważnym obserwatorem z ogromnym poczuciem humoru, który próbował zrozumieć zachowanie i postawy Carli i jej przyjaciół, złapać nić porozumienia, próbując przy tym wyegzekwować swoje zasady. Z różnym skutkiem. Czasami ponosząc totalną klęskę, a czasami otrzymując słodki buziak w najmniej oczekiwanym momencie na sukcesy wychowawcze, ale zawsze z jednym wnioskiem – Człowiek wędruje po omacku przez okres dojrzewania własnego dziecka i po jakimś czasie zaczyna podejrzewać, że ten etap trwa chyba dłużej niż druga wojna światowa. Czasami w tym błądzeniu i stosowaniu metod prób i błędów, swoim działaniom nadawał zabawową rangę eksperymentu badawczego, zamieniając metaforycznie pokój córki w laboratorium, nastolatkę w obiekt badawczy, a siebie w naukowca. W ten sposób przeanalizował bezskuteczne budzenie, a raczej permanentne spanie nastolatka, gospodarowanie pieniędzmi, a raczej ich trwonienie, efektywne wykorzystywanie czasu, a raczej jego zabijanie, utrzymywanie porządku, a raczej artystycznego bałaganu i sprawy męskie, a raczej dziewczęco-chłopięce. Było ciekawie, zabawnie i przewrotnie, bo okazywało się, że sam stawał się królikiem doświadczalnym, na którym to córka przeprowadzała swoje eksperymenty. Głównie przesuwania granic, wytrzymałości barier i cierpliwości rodzica.
Jak ja się w tych scenach odnajdywałam!
Podwójnie! Widziałam siebie jako nastolatkę i siebie jako mamę nastolatki. Nić porozumienia zarówno z Carlą, jak i jej ojcem, sprawiała, że śmiałam się razem z autorem. Może mi było łatwiej (bo ten czas mam już za sobą) śmiać się, patrząc na te dobrze znane sytuacje, w których dzieci z radosnych, ciekawych świata i cudownie grzecznych aniołków przeobraziły się w wiecznie niezadowolone, mrukliwe nieprzeniknione osoby. Odgrodzone od świata stale zamkniętymi drzwiami do swojego pokoju, w którym, jeśli już się do niego cudem wejdzie, trzeba mieć cierpliwość i poczekać, aż się wygrzebie na światło dzienne ze stosów ciuchów i pustych kubków po jogurtach. A i tak nie ma gwarancji, że znajdzie się wspólny język porozumienia.
Może musi minąć trochę czasu, by spojrzeć na ten przeszły czas z dystansem?
Niekoniecznie. To pozycja przede wszystkim dla rodziców aktualnie wychowujących nastolatków, którym wprawdzie nie do śmiechu, ale te historie z życia wzięte niosą coś bardzo cennego. Po pierwsze pokazują, że z tym problemem nie jest się samym we wszechświecie i dotyczy on zdecydowanej większości rodziców. W tym tak sławnych, jak autor. Po drugie zmiana osobowości dziecka nie oznacza końca miłości do rodziców, o co ci ostatni często zaczynają podejrzewać swoje pociechy. Po trzecie łagodzi humorem problemy urastające do rangi apokaliptycznych, wprowadzając dystans i racjonalny pryzmat spojrzenia na wychowanie. Wreszcie, po czwarte i najważniejsze – zachęca do wyłączenia emocji, jako najgorszego doradcy w wychowaniu i zastąpienia ich dystansem z odrobiną humoru.
I chociażby z tych powodów warto sięgnąć po tę pozycję.
Cudownie zamienia horror życia z nastolatkami pod jednym dachem może nie w komedię, ale na pewno w przejściową sytuację, którą można przejść dużo łagodniej, stosując dystans. I jeśli czegokolwiek uczą doświadczenia autora, z którymi się w niej hojnie dzieli, to właśnie tego - dystansu.
Na zakończenie przytoczę moją ulubioną scenę, która kiedyś doprowadzała mnie do granic cierpliwości, a z której teraz po prostu się śmieję – Wczoraj chciałem się właśnie położyć, kiedy powstrzymał mnie słaby głosik. Przywoływał mnie. Wszedłem do pokoju córki. Leżała w łóżku. Spojrzała na mnie wzrokiem, przy którym wyraz pyszczka jelonka Bambi przypominał minę przywódcy Talibów. Czy mógłbym jej podać filiżankę z biurka. I komentarz autora - Tylko temu, że w świecie zwierząt nie istnieje obowiązek nauki szkolnej, należy zawdzięczać, że miś koala uważany jest za najbardziej leniwą istotę.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Nastolatki pod mikroskopem [Jan Weiler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 08 lipca 2012
Meneliki 2 – Krzysztof Daukszewicz



Meneliki 2: cwane główki i chłopaki z drogówki – Krzysztof Daukszewicz
Wydawnictwo Bellona , 2012 , 208 strony
Literatura polska


Meneliki.
Bardzo trafne, adekwatne i przyjemnie brzmiące określenie żartów, kawałów, anegdot i humorystycznych zdarzeń, których tematem, osią, sensem, bohaterem głównym i sednem jest alkohol, a dokładniej człowiek pod jego wpływem, którego autor żartobliwie, dobrotliwie, ale i dyplomatycznie nazywa człowiekiem wstawionym, panem wczorajszym, mocno sponiewieranym, podchmielonym, miejscowym degustatorem, nadużywającym, zamroczonym, smakoszem alkoholi niebanalnych i wieloma, wieloma innymi mniej lub bardziej wysublimowanymi określeniami. Śmiem twierdzić, że prawie tyloma, ile jest w tej książce zamieszczonych kawałów. Autor zebrał ich tak dużo z własnych obserwacji i zdarzeń przypadkowych oraz od znajomych, nieznajomych i życzliwych, że wystarczyło ich na kolejne, drugie wydanie. Pierwszym były Meneliki, limeryki, epitafia sponsoruje ruska mafia. I jak zastrzega w przedmowie – być może powstanie trzecia.
Życie nie zna kresu wyobraźni i pisze kolejne gagi, a autor je niestrudzenie zbiera. Śmieszne i przytrafiające się nie tylko tym, którzy najpierw muszą wypić, by nie jeść chleba na czczo, ale i tym pijącym sporadycznie. Po alkoholu wszyscy ludzie są równi i ponadczasowi. To dlatego żarty autor zebrał w rozdziały między innymi o nazwie Z zagranicy i bliższej okolicy albo Jak płynie wódeczka na wsi i w miasteczkach czy Z czasów po 13. Ten ostatni rozdział przetestowałam na mojej zaprzyjaźnionej młodzieży i niestety usłyszałam, że wcale nie są śmieszne. Widocznie trzeba trochę pożyć w czasach PRL, by zrozumieć ich clou. Natomiast z moją mamą miałyśmy rozrywkę na całe popołudnie. Mnie najbardziej spodobał się ten o czytaniu:

Długo zastanawiałam się, czy w moim repertuarze kawałów usłyszanych znajdę jakiegoś menelika. I znalazłam tylko jednego, ale niestety jest z czasów PRL (nie każdego rozbawi) i na dodatek bardzo obrzydliwy, więc nie będę go przytaczać. Ale moja mama znała ich więcej i „sprzedała” mi kilka, których nie było w zbiorku, chociaż nie wiem, czy były w wydaniu pierwszym. Jeden z nich brzmiał tak:

Idzie zawiany mężczyzna późną nocą, próbując się bardzo śpieszyć i spotyka patrol policyjny.
- A dokąd to obywatel tak się śpieszy? – pytają policjanci.
- Na kazanie – odpowiada mężczyzna.
- A kto o tej porze wygłasza kazania? - pytają zdziwieni policjanci.
- Moja żona!

Kawały trzeba umieć opowiadać, a wyższą sztuką jest ich przełożenie na słowo pisane, o czym właśnie się przekonałam. Myślę, że autor zrobiłby to dużo lepiej ode mnie.
Ale ta książeczka to nie tylko źródło dobrej rozrywki i powodu do uśmiechu. To także inny obraz nieszczęścia ludzi, którzy z własnej woli wyrzucili się lub zostali wbrew sobie wyrzuceni na margines społeczny, a co autor ujął w bardziej ludzki sposób – którym nie pofarciło się w przeszłości, i tacy którzy nie potrafili poradzić sobie z codziennością. Dał im prawo do psychicznej kruchości, która nie wytrzymała z takich prozaicznych powodów, jak choćby coraz droższy gaz, prąd, czynsz, albo rozkapryszone żony, wkurzające dzieci albo wkurwiający mężowie.
Kawały to bardzo dobry wskaźnik patologii społecznych, a żarty są cennym, socjologicznym materiałem badawczym. Śmiejemy się z tego, co nie jest normą, co odbiega od powszechnych standardów. Dlatego nie zgodzę się z autorem, że tego typu publikacje nie zasługują na słowo wstępu napisanego przez intelektualistę łączącego w sobie eseistę i filozofa, bo to książka tak niepoważna w treści i wymowie, że aż wstyd by było kogoś takiego poprosić nawet choć o jedno zdanie. Może i jest niepoważna, pełna humoru i żartów, komicznych sytuacji opowiedzianych z przymrużeniem oka, ale to trochę śmiech przez łzy, który ma moc zmieniania niechętnego, a nawet agresywnego stosunku ludzi do bohaterów tych kawałów na bardziej wyrozumiały i przychylny. To dlatego autor jest nazywany przez specjalistów od wszelkich wynalazków zaskakujących pomysłowością ich sfatygowane wątroby, ich promotorem. Dodam od siebie promotorem człowieczeństwa, o którym czasami zapominam widząc żebrzącego o 2 zł na „chleb w płynie” pod marketem.
Różnię się od nich tylko silniejszą konstrukcją psychiczną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi