Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 27 grudnia 2015
Petersburg Noir – Julia Goumen , Natalia Smirnowa



Petersburg Noir – pod redakcją Julii Goumen i Natalii Smirnowej
Przełożył Grzegorz Szymczak
Wydawnictwo Claroscuro , 2015 , 352 strony
Seria Strefa Cienia ; podseria Noir
Literatura rosyjska


Wyczekiwałam Petersburga w serii Noir!

Po Moskwie, Meksyku, Barcelonie i Tel Awiwie nareszcie przyszła kolej na moje (zaraz po Moskwie) marzenie podróżnicze, które znam tylko z opowieści lub informacji z drugiej ręki. To za mało, żeby poczuć je i wiedzieć o nim wszystko. A wszystko to także ta strefa mroku, o której się raczej nie mówi, a w którą również trzeba wejść, by ujrzeć to, czego nie zobaczy się lub nie usłyszy od przewodnika.
Mój czytelniczy szlak turystyczny po zakamarkach dzielnic Petersburga, tradycyjnie zaznaczonych na dołączonej mapce konturami denatów, zawdzięczałam miejscowym.

Tym, którzy urodzili się w tym mieście lub w nim żyli, a czego dowiedziałam się z krótkich biografii autorów umieszczonych na końcu książki. To dzięki nim dowiedziałam się również, że po niedostępnych dla przeciętnego turysty będą oprowadzać mnie ludzie wyjątkowi - wirtuozi słowa, posiadający sprawdzony dar opowieści:

W czternastu odsłonach pogrupowanych tematycznie w trzech, głównych rozdziałach, pokazali mi realizm życia petersburżan, naturalizm otaczającej ich groteskowej rzeczywistości, a przede wszystkim jego „ducha”. I o ile dwa pierwsze obrazy zmieniają się, bo ludzie odchodzą i przychodzą, a nazwa miasta ulegała przeobrażeniu od Piotrogrodu poprzez Leningrad po Petersburg na pieszczotliwym kolokwializmie – Piter (nie wspominając wielości egzonimów wariantowych) – skończywszy, o tyle „duch” z mroczną atmosferą miasta pogrążonego w wiecznie płynącej i nieustannie padającej wodzie i tej na dole – w kanałach, rzekach, i na górze – w powietrzu, nie ulegał i nie ulega zmianom.
To właśnie on intensywnie emanuje z tych kilkunastu opowiadań.
Historii bardzo zdradzieckich, hipnotyzujących i niebezpiecznie amnezyjnie wpływających na uprzedzające słowa autorek wstępu Julii Goumen i Natalii Smirnowej, który musiałam ponownie przeczytać po wynurzeniu się z zaułków miasta, by otrzeźwieć i nie dać się ponieść kuszącej fantazji kryminalnego romantyzmu, bo z której strony by nie spojrzeć, z której strony by nie zacząć poznawać Petersburg, „duch”, niczym upiór w operze, będzie zjawiał się przed tymi, którzy zajdą za daleko lub zajrzą za głęboko. Zarówno w ciemne, śmierdzące rzygowinami i moczem, ulice Kwartału Niebieskich Latarń – ze względu na obfitość sinoniebieskich, nierzadko rozbitych fizjonomii, czy w przerębel skutej lodem, pełnej trupów, Newy, czy zwykłego mieszkania nawiedzanego przez zjawę z przeszłości, czy w głąb podziemnych kanałów z mitycznym Dziadkiem do orzechów porywającym dzieci, jak i w głąb mrocznej duszy mieszkańca Pitra, któremu zamiast pytań o tożsamość czy zdolności należy zadać fundamentalne pytania – kto w tobie siedzi? i kiedy dojrzeje do zła? I czy to jest car Piotr Aleksiejewicz, czy niepozorny kustosz w muzeum, czy dziewczyna ludzi Fioki Młodego Kapitalizmu, to każde z nich, w sprzyjających okolicznościach, dawało się ponieść i obezwładnić morderczej pasji lub zabójczej zemście.
Miasto temu sprzyjało.
Kolejny trup niesiony wodnymi kanałami rzeki czy znaleziony na ulicy, nie był wydarzeniem. Po zaginionym dziecku nie pozostawał żaden ślad, a po człowieku dorosłym przybywał wypchany eksponat. Co lub kogo pochłonęło miasto, trzeba było wyrywać własnymi pazurami i zębami, bo nawet układy i znajomości z szemranymi tubylcami nie gwarantowały sukcesu poszukiwań. Czerń miasta i duszy człowieczej była wiecznie głodna i bez dna.
I w tym sensie opowiadania godnie kontynuowały tradycję literatury rosyjskiej z Petersburgiem w tle. Autorzy udanie zastąpili Fiodora Dostojewskiego, Jewgienija Kogana, Mikołaja Gogola i wielu innych klasyków, nawiązując do ich utworów literackich, ale jednocześnie czerpali inspiracje z literatury obcej, wnosząc świeży, nowy element spojrzenia na rodzimą rzeczywistość.
Ale „ducha” zachowali!
I to tak intensywnie go ukazując, że pomimo upiorności, grozy, przemocy, brutalności, mroczności i okrucieństwa, można popaść w zachwyt nad turpizmem miasta i jego ludzi, zapominając, że za nim kryje się realna śmierć. Można zapomnieć o „wiadrze zimnej wody” profilaktycznie wylanym na czytelnika przez autorki opracowania antologii, które lojalnie uprzedzały – Jak to zwykle bywa, rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej przerażająca od wymyślonych historii. Przeludnione komunałki w Kołomnie (...), uzależnienie od narkotyków, przemoc seksualna oraz zabójstwa na zamówienie to codzienność „kryminalnej stolicy Rosji” i niewyczerpane źródło artystycznych inspiracji.
Opowiadania są niebezpiecznym efektem tej kompilacji.
Autorzy są niczym wysłannicy Dziadka do orzechów, którzy przebierając słowami, niczym palcami na flecie, czarującą melodią słowa kuszą, wabią i wciągają czytelnika w głąb Petersburga, ukazując jego hipnotyzujące mrocznością piękno. Można zakochać się w nim na odległość i dać się wypełniać po brzegi jego śmiertelnym jadem, jego nasieniem. Musiałam trzymać się nogami i rękoma okładek, by nie pogrążyć się w czerń głębiny między nimi, za cumę z rzeczywistością mając tylko dwa, trzeźwe i przytomne zdania jednego z bohaterów opowieści – To jest jebane królestwo mroku! To pieprzony, zafajdany, jebany noir!
Ale jaki PIĘKNY!- odpowiadałam niezmiennie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 20 lipca 2015
Alvethor: Białe Miejsce – Magdalena Kałużyńska



Alvethor: Białe Miejsce – Magdalena Kałużyńska
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 284 strony
Trylogia Alvethor ; Tom 1
Literatura polska


Horror powstały z pytań!
A zadała ich sobie autorka całe mnóstwo! Różnorodnych i ciężkiego kalibru. Ich treść poznałam w jej krótkiej wypowiedzi – Alvethor – dla tych, co pytają, która prawie w całości składała się właśnie z tychże pytań. To z tego myślenia nad odpowiedziami na nie powstała pierwsza część trylogii o intrygującym tytule Alvethor.
Ale to nie tylko tytuł!
To również odpowiedź na te pytania. Brzmi tajemniczo i było takie, dopóki sama sobie nie udzieliłam wyjaśnienia. Autorka nie miała najmniejszego zamiaru mi w tym pomagać. W wywiadzie udzielonym Zbrodni w Bibliotece wyraźnie zaznaczyła – Nie zamierzam go szczegółowo wyjaśniać albo podawać definicji. Definicji Alvethora nie ma w żadnym tomie serii. Ale ja należę do ludzi uparcie drążących temat i wyhaczyłam bardzo istotne dla mnie zdanie, które nieświadomie popełniła autorka, a które troszeczkę mnie oświeciło – to miejsce, w którym nie powinien przebywać żaden człowiek, ani żywy, ani martwy... Jak napisałam – troszeczkę, bo pojawiły się kolejne pytania – czym jest to miejsce i czy jest takie samo dla każdego?
Na te pytania, i nie tylko, bo pojawiały się stale nowe, odpowiedziałam sobie dopiero po przeczytaniu całej historii.
Opowieści, w której bohaterowie byli realni. Zapożyczeni (włącznie z prawdziwymi imionami i nazwiskami) z otoczenia znajomych i rodziny autorki. To oni użyczyli swoich osobowości, a modele ciał. Efekt sesji, którego autorką była Emilia Parczewska, prezentowany jest na okładce. Jak widać, udało jej się fizycznie zmienić „normalnych” ludzi w potwory ociekające krwią:

Więcej przeobrażeń obejrzałam sobie na fejsbukowej stronie fotografki.
To właśnie takim przeciętnym, realnie istniejącym osobom przydarzyła się groza!
Ciąg niewytłumaczalnych z początku zdarzeń otwiera tak pokręcony, zaskakujący, nielogiczny i skomplikowany przypadek kryminalny popełniony w jednym z apartamentów loftu, że zdezorientowany i zniechęcony komendant mógł wydać tylko jeden rozkaz swojemu śledczemu – Zamknij to popieprzone śledztwo w jasną pieprzoną cholerę! I wcale nie dziwiłam się tej emocjonalnej reakcji, bo z której strony ugryźć zagadkę, w której spokojny i szanowany prawnik zbudował na środku mieszkania stos z mebli, poćwiartował kogoś, wytaplał w smole, żeby się tamten lepiej smażył, wrzucił do śmieci, sam się przykuł łańcuchem, podpalił, umierając przed tym, co zrobił z takim pietyzmem, jakąś dobę wcześniej? Takich nietypowych zagadek było w tym stosie dużo więcej.
Ale to tylko pozory!
W tym stosie autorka przemyciła wiele istotnych informacji, które uzupełniała w kolejnych, równie spektakularnych wydarzeniach z następnym bohaterem w roli głównej. To dzięki nim, z tego pozornego chaosu, powoli zaczęłam wyławiać istotę rzeczy i logikę zdarzeń.
A nie było łatwo!
Musiałam, razem z zaskakiwanymi sytuacją bohaterami, nagłówkować się nad dziwnymi komunikatami przekazywanymi przez głos słyszany tylko przez wybranych, który wszystko wyjaśniał w niezrozumiały, nawet dla naukowca, sposób. I to skupianie się nad rozwiązaniem tego wielkiego rebusu, jakim była cała powieść, złagodziło miłosiernie wymiar jej grozy – widok rozchlapywanej, rozbryzgiwanej, rozpryskiwanej, wylewającej się, cieknącej i tętniącej krwi z ludzkich ciał. Ćwiartowanych, dźganych, kaleczonych, miażdżonych i dekapitowanych różnymi narzędziami w rękach ludzkich lub przez... COŚ. Te sceny były ważne, chociaż nie najważniejsze. Ale nie tylko wciągający wątek poszukujący przyczyny makabrycznych scen łagodził ich horror. Tę grozę niewytłumaczalnego i niewyjaśnionego czegoś, co cały czas czaiło się nigdzie i wszędzie, rozładowywały dialogi.
Przekapitalne!
Żywe, wartkie, z wulgaryzmami (nie raziły!), naturalne, a przy tym to, co ceniłam sobie najbardziej w tych falach krwi i lęku, przepełnione ironicznym humorem. Takie też były wewnętrzne monologi i dialogi bohaterów relacjonowanych przez narratora zewnętrznego. Opisy przemian, jakim podlegali były tak wiarygodne, że męczyłam się razem z nimi. Kiedy przechodziłam do kolejnego bohatera, który miał stać się inną osobą, czułam podwójny horror w oczach – będę kogoś zabijać i na pewno będzie mnie mdliło.
Ale to nie wszystkie atrakcje Alvethoru!
Kolejnym było zapętlenie chronologii pojawiających się scen akcji. W każdej krył się wątek, który albo był rozpoczęty wcześniej, albo dawał początek nowemu. Czasami się zazębiały lub uzupełniały. Trochę to przypominało luźne elementy, które odpowiednio skojarzone i dopasowane, budowały obraz ostatecznej prawdy.
Na razie tylko Białego Miejsca.
Przestrzeni, w której żyją ludzie. Stąd podtytuł powieści. Ciekawa jestem, w którą stronę autorka rozwinie fabułę. A drogi są dwie. Jedna prowadzona w światy równoległe właśnie w tym tomie, a o drugiej wspomina jeden z bohaterów – w każdym człowieku tyka coś na kształt psychicznej bomby niespodzianki. Niektóre nigdy nie wybuchają, niektóre mają opóźniony zapłon. Z tym że każdy, dosłownie każdy człowiek – według teorii pielęgniarza kulturysty – jest nosicielem tego rodzaju ładunku.
Na razie przyjmuję postawę sceptyka reprezentowaną przez jednego z bohaterów - psychiatry Łazarza, próbującego w racjonalny sposób wyjaśnić samemu sobie zjawiska niewyjaśnialne, których jest świadkiem i zarazem ich uczestnikiem.
Mój dylemat, mam nadzieję, rozwiążą kolejne części.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Alvethor. Białe miejsce  [Magdalena Kałużyńska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Ekranizacji powieści podjął się Paweł Kryza. Tutaj na razie roboczy epizod.
wtorek, 26 maja 2015
Opowieści miłosne, groteski i makabreski – Edgar Allan Poe



Opowieści miłosne, groteski i makabreski – Edgar Allan Poe
Przełożyli: Bolesław Leśmian , Stanisław Wyrzykowski , Krystyna Tarnowska , Anna Staniewska , Bronisław Zieliński
Wydawnictwo Vesper , 2012 , 320 strony
Trylogia , tom 1
Literatura amerykańska


Na grobie miłości tańczy śmierć!
I niech nie zwiedzie nikogo ten przewrotny tytuł podsuwający miłość, która jakoby miałaby być główną bohaterką tychże dziewiętnastu opowieści. Jeśli jest, to tylko jako tło, przyczyna, punkt wyjścia, ewentualnie scenografia do rozgrywanej akcji prowadzącej ostatecznie do zaistnienia, do wysunięcia się na plan pierwszy niekwestionowanej bohaterki - śmierci.
W różnych postaciach.
W każdym opowiadaniu jej rola, efekt działania lub forma jest inna, czyniąc nowele różnorodnymi. Właściwie autor zafascynowany stanami psychicznymi człowieka, psychoanalizą i hipnozą, teoretycznie eksperymentuje ze śmiercią w jej wielopostaciowości. Wykorzystując literacką groteskę i makabreskę, snuje wydarzenia, które mogą się wydarzyć, mieć miejsce lub nie. Bo tak naprawdę psychika ludzka i stany świadomości umysłu powiązane ze zjawiskami związanymi ze śmiercią okrywa, pomimo rozwoju nauk, tajemnica. Wielka niewiadoma, którą autor próbuje nakreślić, dociec, opisać i przybliżyć. Obnażyć nieodgadnione. Oddaje wrażenia i wspomnienia z otchłani pozaświadomej, kiedy ciało fizyczne jest w stanie uśpienia przy pełnym poczuciu istnienia umysłowego. Skrupulatnie i ze szczegółami szkicuje te światy sekretne, niedostępne większości, bo kto nigdy nie odchodził od przytomności, ten nie dojrzy czarodziejskich ogrodów i potwornie znajomych twarzy w jarzących się głowniach; ten nie dostrzeże w napowietrznych przestworzach pierzchliwych, smętnych wizji, niewidzialnych dla oczu tłumów; ten nie będzie rozpamiętywał woni jakiegoś nieznanego kwiatu i nie będzie zaciekał się myślą w jakiejś nie zasłyszanej dotychczas gędźbie. Z premedytacją więc sieje niepokój pod to „zaciekanie się w myślach” czytelnika, kreśląc słowem krainy ocienione mrokiem niewiedzy, rubieże, które dzielą życie od śmierci, a czasami przechodzą przez się, przenikają siebie na wskroś, nie posiadając żadnych granic, by szukać odpowiedzi na pytanie stawiane wprost lub między wierszami we wszystkich nowelach – Któż może powiedzieć, gdzie pierwsze się kończy, a drugie zaczyna?
Tym mrocznym, nieokreślonym i wszechprzenikającym wątkiem tworzy, narastającą powoli, duszną atmosferę gęstej grozy, niepewności i prawdopodobieństwa wydarzeń, które mają szansę się ziścić, aż do ostatnich, wyjaśniających tajemnicę opowieści, zdań. Przy czym intensywność grozy opowiadań początkowych maleje w tych ostatnich, zamieniając się rolą z ironią i pastiszem, gdzie śmierć staje się tylko przenośnią dla utraty autorytetu lub nabiera innego znaczenia niż potocznie, zakładając maskę na przykład starości lub choroby psychicznej. Autor upatruje w śmierci również rolę leku na uzdrowienie ludzkości poprzez odrodzenie się, mówiąc słowami bohatera makabreski, Monosa - dla zakażonego w całości świata nie widzę innego uzdrowienia prócz śmierci.
Dla spotęgowania napięcia, mroczności i lęku wybiera miejsca akcji kojarzone z umieraniem lub zagrożeniem życia – cmentarze, groby, trumny, łoża śmierci, zamczyska, miejskie dzielnice w stanie rozkładu, ciemne pomieszczenia. Podpiera swoje wizje przytaczanymi faktami doświadczeń śmierci klinicznej, które nadają opowieściom wyobrażonym znamiona prawdy, by wzbudzić lub spotęgować strach przed pogrzebaniem żywcem. Używa do tego długich zdań o wysublimowanym, elokwentnym stylu wypowiedzi z archaicznymi słowami, którymi maluje mroczne miejsca akcji, ich scenerię, skrajny stan emocjonalny lub przerażający wygląd postaci. Czasami w formie alegorycznej, uosabiającej pojęcia abstrakcyjne związane oczywiście ze śmiercią.
Całości grozy dopełnia „śmiertelna” paginacja:

oraz piękne ilustracje irlandzkiego artysty Harry’ego Clarke’a, który, jak przeczytałam na okładce, jak mało kto odczuł ducha jego twórczości.

Po grozie opowiadań Howarda Philipsa Lovecrafta, w którą autor ubrał koncepcję pochodzenia życia z Kosmosu, Edgar Allan Poe, jego mentor, którego twórczością się inspirował, bardziej przemówił do mnie „grobowym tonem”. Może dlatego, że próg życia i śmierci, pomimo upływu wieków, nadal pozostaje dla człowieka w sferze domysłów, a snucie historii na ten temat niezmiennie fascynuje zarówno twórców, jak i ich odbiorców w szeroko pojętej sztuce.
W tym i literaturze.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 15 lutego 2015
Zgroza w Dunwich – Howard Philips Lovecraft



Zgroza w Dunwich: i inne przerażające opowieści – Howard Philips Lovecraft
Wybór, przekład, opracowanie i posłowie Maciej Płaza ; ilustracje John Coulthart
Wydawnictwo Vesper , 2012 , 792 strony
Literatura amerykańska


Oj, zgroza!
Zgroza straszna, przerażająca i bijąca od rzeczy niesłychanie odrażających i groźnych, a przy tym tak potężnych i nieuchwytnych, że dostępnych jedynie dla mglistych domysłów. Ukazująca życie doprawdy ohydne, na domiar złego zaś uchyla niekiedy zasłonę pozorów i odsłania przed nami przebłyski diabolicznej prawdy czyniącej je tysiąckroć ohydniejszym. Jawiła się ona w każdym z 15 opowiadań tej antologii, na każdej niemalże stronie. Również w postaci często występującego wyrazu ją określającego. I to ta groza ukazująca położenie ludzkości w przestrzeni kosmicznej, jako mało znaczące ziarno piasku w pyle Kosmosu, jeden z wielu gatunków istnień bytujących przed nią i mających przyjść po niej, przerażała mnie najbardziej. A dokładniej silnie przebijający przez opowieści światopogląd przesiąknięty na wskroś pesymizmem, lękiem przed fazami Natury i bytu, które obłożone są najcięższym zakazem i obce doświadczeniu rozumnej ludzkości, niewiarą w dobro, a nawet wstrętem do człowieka i jego ukrytych instynktów pod gorsetem norm moralnych. Bezlitośnie, a nawet miałam wrażenie, że z pewną dozą przyjemności czerpanej z tej perwersji, obnażonych przez autora w tym zbiorze. Rozkład, destrukcja, smród i fetor rozkładu moralnego. Według tłumacza i jednocześnie interpretatora twórczości autora w posłowiu, to właśnie ta uwidoczniona, podkreślona i uwypuklona ohydna potworność człowieka (psychiczna i fizyczna) przyciąga czytelnika najbardziej. Jest zaraźliwa i pokuśliwa, bo człowiek sam jest potworem; to, co ohydne, okrutne i straszne, pociąga nas, ponieważ odpowiada na głęboki zew pierwotnej dzikości. To właśnie na tej płaszczyźnie odnajdują nić porozumienia z autorem jego fani.
To właśnie od takiej fascynatki otrzymałam ten egzemplarz.
Chociaż ona sama swoje uwielbienie dla pióra autora tłumaczyła jeszcze inaczej. Według niej niesamowitość twórczości autora kryła się w narracji, używaniu zwrotów wzbudzających ciekawość już na początku opisu, którego wysłowić nie sposób, a co mieszka za górami szaleństwa oraz w mistrzowskim, powolnym budowaniu napięcia aż do rozstrzygającego końca. Czasami sadystycznie dopiero w ostatnim zdaniu. Również w scenerii akcji będącej z natury tajemniczą – w kościele, podziemiach, głębinach ziemi i oceanu, samotnych domach, dzielnicach, a nawet całych miastach. Mimo że sam schemat fabuły był bardzo prosty i powtarzalny w każdej historii. Był więc zawsze dociekliwy bohater (naukowiec lub amator-pasjonat), tajemnice do rozwikłania, których kres był mroczniejszy niźli najczarniejsza otchłań piekieł, było tajemnicze miejsce do spenetrowania i istoty z Kosmosu. Autor posłowia ten typ fabuły nazwał opowieścią o Minotaurze, nawiązującą do mitu dotykającego najistotniejszych doświadczeń ludzkiego istnienia.
Tyle, jeśli chodzi o wielbicieli, do których nie zaliczyłam się po tej czytelniczej przygodzie.
Nie odnalazłam dla siebie tutaj płaszczyzny porozumienia w przesłaniach tych opowiadań z jednego powodu – światopoglądowego. Autor był ateistą, stąd fascynacja kosmicznym pochodzeniem człowieka. Teorie ewentualnych bytów istniejących obok nas, ich drobiazgowe opisy fizyczne podobne poniższej ilustracji, które ubarwiały grozę antologii,

traktowałam jak bajki. I o ile dobrze czytało mi się początek snutych historii ze względu na umiejętne budowanie napięcia, o tyle już dalsza część rozczarowywała mnie. No dobrze, napiszę wprost – nudziła mnie. Nie mogłam przekonać się do galaretowatych odnóży i trąbkowatych macek Wielkich Przedwiecznych, których istnienie uprawdopodobniały lub wręcz udowadniały legendy, podania i mity. No nie mogłam się do tego przekonać i już! Może dlatego pobiłam rekord w czytaniu tej antologii – ponad dwa tygodnie! Do tego dochodził bardzo specyficzny język – egzaltowany, pełen słów już nieużywanych, przestarzałych, zapomnianych, archaicznych typu: oćma, pustać, grążyć, szydliwy, w zadaniach kwiecisto rozbudowanych, nadających tekstowi charakter staroświecki, prawie bez dialogów. To sprawiało, że moje myśli zamiast odtwarzać opisy, umykały mi z książki w inne rejony umysłu. Musiałam przerywać czytanie, cofać się w tekście i podejmować od nowa zgubiony wątek. Dla tłumacza to nie była wada, lecz ciekawe wyzwanie. Wprawdzie najtrudniejsze, ale i najprzyjemniejsze, jak napisał w posłowiu. Muszę przyznać, że sprostał temu zadaniu, skoro tę staroświeckość odczułam. I z tego powodu jestem pełna podziwu dla jego umiejętności translatorskich.
Czytać czy nie czytać opowiadania Lovecrafta?
I nie tylko prozę, ponieważ tworzył również poezję. Na pewno polecam fanom grozy, ponieważ to klasyka gatunku. I dokładnie to wydanie, ponieważ tłumacz lojalnie i z humorem uprzedził – W zasadzie nieładnie jest kpić z dokonań poprzedników, ale dotychczasowych polskich przekładów Lovecrafta nie mogę nie skomentować. Powiem więc krótko i po Lovecraftowsku: jest to bluźniercze plugastwo z najczarniejszej otchłani ignorancji i złego smaku; niechaj winni tej zbrodni skończą w szponach Wielkiego Cthulhu. A pozostali niech zadecydują sami po takim zdaniu tłumacza, które bardzo trafnie oddaje charakter twórczości autora – W prozie Lovecrafta spotykają się osiemnastowieczna rozlewność narracji i opisów, romantyczna egzaltacja i drobiazgowość psychologicznych introspekcji, wiktoriańska fascynacja rekwizytornią i aparaturą pojęciową nauki oraz dwudziestowieczna, pulpowa dosadność makabry.
Ja w tej mieszance się nie odnalazłam, no bo jakżeż odnaleźć się w tak przerażającym, ohydnym, najeżonym złem świecie, w którym króluje fetor rozkładu fizycznego i moralnego oraz totalna beznadzieja nicości człowieka w otchłani kosmicznej?
Zgroza!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi