Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 23 kwietnia 2017
Dramat Numer Trzy – Jacek Matecki


Dramat Numer Trzy – Jacek Matecki
Wydawnictwo Trzecia Strona , 2017 , 288 stron
Seria Reportaż!
Literatura polska


Dramat Numer Trzy w trzech aktach.
Autor odbył trzy podróże z dwoma antraktami, aby... No, właśnie! Po co? Po co udał się na wschód od Uralu, 100 km od Jekaterynburga w stronę Syberii aż do Kamieńska Uralskiego, a dokładnie do tamtejszego teatru o bardzo intrygującej nazwie - Dramat Numer Trzy? Według rosyjskich standardów - do teatru prowincjonalnego! Chociaż miasto niczego sobie – 186 tysięcy mieszkańców według Wikipedii. Po co zadał sobie trud napisania kilkunastu próśb do dyrektorów takich właśnie teatrów na rosyjskiej prowincji z prośbą o zgodę na obserwację ich pracy w celu napisania o tym książki? Autor odpowiada już na początku reportażu.
Chciał napisać paszkwil!
Wyszedł z założenia, że skoro życie przeniosło się do Internetu i dzieją się tam ciekawsze rzeczy niż w realu, to warto poszukać odpowiedzi na pytanie - czym żyją ci, którzy są martwi w Internecie? Czy mając więcej przestrzeni w realu do zaistnienia z powodu mniejszej konkurencji, wykorzystują tę szansę? A jeśli tak, to w jaki sposób? Autor pomyślał parę dni, pozadawał sobie kilka pytań, spróbował na nie odpowiedzieć i stwierdził, że zajmie się tematem, którym nikt nigdy się nie zajął. Pomysł przyszedł po kilku dniach. Teatr!
Spodobał mi się!
Był nawet do zagadnienia przygotowany merytorycznie, a może dlatego, że był przygotowany, wybrał ten temat? Utwierdziła mnie w tym przekonaniu informacja na okładkowym skrzydełku:

Martwiło mnie tylko jedno – dlaczego paszkwil? Nie lubię śmiać się z innych, a zwłaszcza z tych, którzy idą pod prąd i są bardzo kreatywni na swojej ścieżce samorealizacji. Nawet jeśli ponoszą porażki. Autor takich skrupułów nie miał, zakładając, że w tych rejonach placówka teatralna jest czymś cudacznym i osamotnionym, ponieważ – mówiąc najoględniej – nikomu nie jest potrzebna. Miałem więc nadzieję, że będzie to interesujący temat, bo cóż jest wdzięczniejszego od opisów straconego życia, niespełnionych marzeń, porażek i jałowego deklamowania Szekspira albo Czechowa przed publicznością wykarmioną na serialach telewizyjnych. Wierzyłem, że jeśli uda mi się do jednego z tych teatrów trafić, to napotkam grupę frustratów i pechowców i robota pójdzie jak z płatka.
Nie poszła!
Nic nie znalazł z tych rzeczy! Na szczęście real to nie Internet, w którym króluje „kopiuj, wklej i wytnij” i z paszkwilu nic nie wyszło, bo wyszło tak, jak wyszło – życiowo! Chociaż odrobiny delikatnego i inteligentnego humoru nie zabrakło. Trochę podejrzewałam, że ostatecznie tak może się stać. Teatr, który odmawia angażu samemu, wielkiemu Gerardowi Depardieu, nie tonie w kompleksach. Wyraźnie ma poczucie własnej wartości. Kiedy autor, po długiej podróży, dotarł do teatru, usiadł na twardym, niewygodnym, ale prawdziwym krzesełku Dramatu Numer Trzy i poczuł się – jak sam ocenił – cholernie dobrze...
A ja razem z nim!
W duchu prosiłam go – okaż się moim dobrym obserwatorem i rozmówcą. Bądź mi oczami, mową i słuchem, abym zobaczyła i usłyszała to, czego do tej pory nie byłam świadoma. Żebym została przynajmniej jedną czytelniczką, która na wszystkie pytania poddające w wątpliwość zasadność powstania tego reportażu odpowiedziała – tak!
I stało się!
Obchodziła mnie relacja z kilkumiesięcznego pobytu na jakimś zadupiu, historia była warta tej książki, byłam ciekawa teatralnych kulis, zwłaszcza rosyjskich oraz ludzi teatru i nie musiały to być gwiazdy formatu Gerarda Depardieu, żebym była zainteresowana zwykłym aktorem rosyjskim w jego rzeczywistości.
Wszystko to otrzymałam!
Powiem więcej – troszkę się zżyłam z tą rosyjską trupą teatralną,

towarzysząc jej na próbach,

na imprezach i spotkaniach prywatnych.

Licznie ilustrowanych zdjęciami. Zajrzałam również na stronę teatru Dramat Numer Trzy. To tam dowiedziałam się, że jeden z aktorów – Giena – zmarł niedawno. Pozostały po nim role i wypowiedzi na stronie książki... Ta nić bliskości być może zawiązała się również dlatego, że autor z czasem z obserwatora stał się reportażystą zaangażowanym, któremu przytrafiła się nawet rola na scenie.
Ale zanim to nastąpiło, autor przygodę z teatrem rozpoczął od przyjrzenia się jego bazie materialnej i technicznej, która, jak dowiedziałam się z filmu promocyjnego (do obejrzenia na dole wpisu), będzie zupełnie nowa. Ale póki co, obecne warunki, jakimi placówka dysponowała, nie były powodem do zazdrości. Była za to, sprzyjająca pracy, atmosfera wyrosła na gruncie wzajemnego szacunku i przyjaźni. Autor uświadomił sobie (a chciał pisać paszkwil!), że – dookoła mnie byli ludzie, dla których największą wartością w życiu była przyjaźń. Oni naprawdę się lubili nawzajem i chcieli ze sobą przebywać, bawić się i pracować. Nie postrzegali siebie jako gwiazd, ale jako stany dużo bardziej błogosławione – artystów! A po pracy byli zwyczajnymi ludźmi. Przez dwa miesiące obserwacji aktorów, reżyserów i dyrektorki teatru podczas prób, spektakli, przygotowań i jednego wyjazdu z przedstawieniem do Jekaterynburga, zdobył na tyle ich zaufanie, że mógł rozmawiać z nimi na wygodne i mniej wygodne tematy. Stosując zasady dyplomacji i metody śledcze znane w policji, wszedł w labirynt życia teatralnego przeciekawych osobowości mających marzenia, życie rodzinne, plany, poglądy, radości, tragedie, szczęścia i nieszczęścia czy poczucie spełnienia lub oczekiwania na nie.
Chłonęłam ten nieznany mi świat!
Tak nowy i różny w spojrzeniu chociażby na interpretację sztuki, jej rolę i granice z interwencją Władimira Putina w tle. A jednocześnie taki swojski. Po człowieczemu – ludzki. A kiedy zobaczyłam to zdjęcie z nastoletnimi aktorami-amatorami,

pokiwałam głową, myśląc – nic nowego! U nas też młodzież notorycznie „siedzi na telefonach” – jak mawia moja koleżanka.
Pozostał mi niedosyt.
Nie autor go spowodował. Dostarczył mi przecież ogromu ciekawego materiału, ale którego nie mogłam skonfrontować, bo nie mam wiedzy na temat – a jak to jest w Polsce? Ludzie teatru będą mieli jeszcze większą przyjemność czytelniczą wynikającą chociażby z konfrontacji i porównań. Zwykły czytelnik musi poczekać na polski odpowiednik reportażu. Tylko, czy znajdzie się taki teatr w Polsce, który wpuści reportażystę za kulisy, by mógł o nim napisać książkę?
A jeśli wyjdzie paszkwil!?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Miło zobaczyć bohaterów reportażu "na żywo".
niedziela, 02 kwietnia 2017
Władimir Putin – Arleta Bojke



Władimir Putin: wywiad, którego nie było – Arleta Bojke
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 270 stron + 28 stron zdjęć
Literatura polska


Arleta Bojke!

To imię, nazwisko i twarz zna każdy, kto śledzi programy informacyjne. Szybkie, rzeczowe, logiczne i spójne komentarze z Rosji, tłumaczące rzeczywistość i mentalność naszych wschodnich sąsiadów, to jej specjalność i wizytówka. Klasę dobrego dziennikarza pokazała na Krymie i w Donbasie, gdzie w kamizelce i hełmie, jak po starszym bracie, szła do żołnierzy ukraińskich i separatystów po informacje, nie zważając na ostrzał i wymierzone w nią lufy karabinów.
Krucha dziewczyna z sercem pitbulla do walki o informację.
Po to, abym mogła wieczorem, włączając telewizyjną dawkę informacji, zobaczyć prosto z wozu transmisyjnego jej wejście na żywo i posłuchać, co dzieje się za wschodnią granicą.
Dziennikarce tej formy przekazu było mało.
Jak sama napisała – W przypadku dziennikarza telewizyjnego wiele rzeczy zostaje poza kadrem. Zwłaszcza wypowiedzi osób komentujących relacjonowane wydarzenia. To jeden z dwóch powodów powstania tego zbioru reportaży. Faktycznie jest w nim mnóstwo kontekstów i wątków poszerzających oglądany dotychczas wąski kadr okienka telewizyjnego. Komentarzy oddających nastrój ludzi z każdej strony konfliktu. Obiektywnego obrazu ukazującego nastawienie ludzi do aktualnych problemów Rosji i Ukrainy, walk na Krymie i w Donbasie, które z jednej strony wiele mi wyjaśniły, a z drugiej doprowadziły mnie do jednego wniosku – to, co dzieje się na Krymie, to bardzo skomplikowany problem, w który włączona jest Moskwa, duchowni prawosławni, Czeczeni, Tatarzy krymscy, Rosjanie, Ukraińcy oraz trudna historia tych ziem. Autorka, chcąc dobrze pokazać złożoność tego problemu, przyjęła formę reportaży, będącymi jednocześnie odpowiedziami na zadawane pytanie w postaci podtytułów, Władimirowi Putinowi. Dołączyła do nich również kilkanaście stron zdjęć z opisywanych miejsc.

Razem tworzyły quasi-wywiad.
Jak precyzuje podtytuł książki – wywiad, którego nie było. I prawdopodobnie długo jeszcze może nie być z jakimkolwiek polskim dziennikarzem. Udało to się tylko raz Adamowi Michnikowi z Gazety Wyborczej w 2002 roku. Dlaczego tak jest, odpowiada autorka we wstępie – Do rosyjskiego prezydenta zwracałam się z prośbą o wywiad wiele razy. Większość z tych próśb pozostała bez odpowiedzi. Na niektóre pisma służba prasowa Kremla zareagowała, ale informacja zawsze była taka sama: prezydent nie znajdzie czasu. Nie czekając więc ani na to, aż doradcy rosyjskiego prezydenta uznają, że warto Polsce poświęcić czas, ani na oficjalną wizytę Władimira Putina w naszym kraju (...) postanowiłam hipotetyczne pytania do rosyjskiego przywódcy potraktować jako pretekst do analizy zarówno celów, które być może zamierza osiągnąć, jak i sytuacji, którą stworzył na Ukrainie i w Syrii, jego postrzegania w świecie oraz tego, co może się jeszcze wydarzyć.
Brak nadziei na taki wywiad to drugi powód powstania tej książki.
Dziesięć złożonych pytań, jakie autorka zadała, nie do końca jednak pozostały bez odpowiedzi ze strony Władimira Putina. Na część z nich odpowiedział pośrednio podczas konferencji prasowych z dziennikarzami. Głównie zagranicznymi. Często bez polskiego udziału. Reportaże były tak ułożone, abym mogła najpierw zobaczyć problem aneksji Krymu, jego podłoże polityczno-historyczne, racje każdej ze stron konfliktu, przeanalizować przyczyny i skutki, stanowisko Zachodu, ale przede wszystkim dostrzec polityczne mistrzostwo świata Władimira Putina, którego osobie poświęciła jeden reportaż - Car. To po nim mogłam sobie odpowiedzieć na pytanie o fenomen popularności przywódcy Rosji wśród jego obywateli. Zwłaszcza na prowincji. Chociaż, sądząc po ostatnich doniesieniach o zamieszkach w Moskwie, zaczynającym lekko słabnąć. Przynajmniej w stolicy.
Jest jednak w tych reportażach coś, co bardzo mnie ujęło.
Coś, z czym borykałam się w czasach komuny, kiedy nie wolno było lubić Rosjan, a ja byłam rusofilką. Autorka rozgrzeszyła mnie z tej niepoprawności politycznej. Ukazała Rosję złożoną. Tę polityczną i tę, która fascynuje (myślę, że nie tylko mnie) od zawsze – zwykłych ludzi. Jestem jej wdzięczna za przedostatni reportaż Moja Rosja, w którym nie było wojny, polityki i nienawiści, a była ta Rosja, która da się lubić, a nawet ta, której nie da się nie lubić. Rosja przyzwoitych, zwykłych ludzi i ludzi ze stowarzyszenia Memoriał, którzy szukają prawdy o zbrodniach Stalina wbrew oficjalnej polityce Kremla, dlatego, że wierzą, tak po ludzku, iż trzeba je rozliczyć. Nie tylko dla Polaków, ale przede wszystkim dla Rosjan. I jeszcze wolontariuszy ze stowarzyszeń poszukujących ciał żołnierzy radzieckich pogrzebanych w całej Rosji, a zapomnianych przez kolejnych rządzących tak, jak i głośne niegdyś hasło – nikt nie jest zapomniany, nic nie jest zapomniane, po to, by odkopać i godnie pochować. O tym problemie czytałam również w publikacji Gogol w czasach Google’a Wacława Radziwinowicza. Takich przykładów innej, ludzkiej Rosji spoza politycznych doniesień informacyjnych, pokazuje więcej, a i tak, jak sama pisze – To tylko kilka przykładów „mojej” Rosji, Rosji, która nie musi kojarzyć się z Władimirem Putinem, imperialistycznymi zapędami i zachowaniem Rosjan spotykanych na wakacjach w Europie. To ta Rosja, którą można polubić, a przynajmniej warto pamiętać o tym, że ona też istnieje, nawet jeśli schowana za agresywną geopolityką.
Polecam tę pozycję również adeptom dziennikarstwa.
Między wierszami mogłam obserwować styl pracy autorki, cechy niezbędne do uprawiania tego zawodu, jego plusy i minusy, problemy, które trzeba umieć rozwiązać lub stawić im czoło. Emocje, które trzeba umieć opanować, pomimo że jest się mokrym od stresu. Wysnuć wniosek, że to bardzo wymagający i niebezpieczny zawód dla ludzi wyłącznie z pasją.
Tę pasję czułam w każdym zdaniu tych reportaży.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 11 marca 2017
Grażdanin N.N. – Marta Panas-Goworska , Andrzej Goworski



Grażdanin N.N.: życie codzienne w ZSRR – Marta Panas-Goworska , Andrzej Goworski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 294 strony
Literatura polska


Bardzo trafne porównanie!
Autorzy, aby wyjaśnić celowość przyjętej formy treści zawartej w książce, użyli metafory zaczerpniętej prosto z... fizyki! Odwołali się do wielobarwnej tarczy Newtona. Wprawiona w ruch, staje się niemal biała. Według autorów dokładnie takie samo zjawisko zachodzi w historii. Poszczególne fakty i wydarzenia historyczne z upływem czasu blakną, płowieją, tracą na intensywności i kolorystyce uczuć i niegdyś wyraziste, budzące emocje kryzysy, strajki, ale również fakty z prywatnego archiwum: śluby, pogrzeby czy też pierwsze pocałunki, zamazują się i stają się niemal jednolitą całością.
Autorzy postanowili ten ruch i proces zatrzymać!
Spowolnić wirującą tarczę pamięci, rozłożyć przeszłość powojnia w ZSRR na fakty z życia codziennego i nadać im człowieczy los oraz ludzką twarz powojennego obywatela ZSRR czyli tytułowego grażdanina N.N. – nomen nescio – niewiadomego imienia.
Dosłownie!
Całość treści publikacji podzielili na rozdziały odpowiadające okresom rozwojowym człowieka – dzieciństwo, wiek młodzieńczy, studia, krok w dorosłość, wiek średni czy starość. Wypełnili je esejami pokazującymi codzienne życie Rosjan z polityką w tle, mającą determinujący wpływ na jego jakość. Wiedzę oparli na własnych doświadczeniach wyniesionych z podróży po ZSRR, na wspomnieniach Rosjan umieszczanych na stronach blogów i portali społecznościowych oraz na filmach dokumentalnych i publikacjach na ten temat. Ich obszerną bibliografię autorzy umieszczali po każdym rozdziale. Powstał przeciętny życiorys grażdanina N.N., a zarazem zbiór faktów poskładanych niczym kolaż ze wspomnień i anonimowych zdjęć, ilustrujących tekst.
A potem otrzymałam „klucz”!
To nie miało być moje dyskretne podglądanie przez dziurkę od klucza czyjegoś życia. To miało być wejście w sam jego środek i spojrzenie bohaterom esejów prosto w oczy.

Otwierałam każdy rozdział i wchodziłam, ku mojemu zaskoczeniu, w bliźniaczy świat mojego dzieciństwa i czasu dorastania, a dla wielu Polaków całego życia. Na wczesnym jego etapie jeszcze szczęśliwych, bo niczego nieświadomych, kiedy nasze narody łączyła „wieczna przyjaźń”. Życie codzienne ówczesnych Rosjan i Polaków było bardzo podobne. Różnice widoczne tylko w bohaterach oglądanych bajek przez dzieci. A i tak bajka Wilk i zając była u nas bardzo popularna, chociaż nie ona była bohaterką rozdziału „Dzieciństwo”. W „Wieku młodzieńczym” wrócił do mnie krymski obóz Artek dla pionierów, o którym opowiadały czytanki na lekcjach języka rosyjskiego. Tutaj pokazane od „kuchennej” strony czyli już nie tak różowej i entuzjastycznej. Czas studiów to temat rzeka na temat indoktrynacji, która i mnie dotknęła, a po nich praca.

W ZSRR etos szachciareczki, a u nas hasła – kobiety na traktory! No i ten alkohol, kiedy nie da się już żyć normalnie w absurdalnej rzeczywistości. Powszechne lekarstwo na ból istnienia, do tego stopnia rozpowszechniony i mający wpływ na funkcjonowanie państwa, że leczony metodą hipnozy. U nas najbardziej znanym był niezapomniany Anatolij Kaszpirowski i jego rozpoczynająca seans w TV wyliczanka – odin, dwa, tri... Tyle że Polacy leczyli wszystkie dolegliwości ciała, jakie się dało. Podobno skutecznie!

Zmęczeni pracą i życiem wyjeżdżali na darmowe „putiowki”, których reguły otrzymywania dla zwykłych śmiertelników były nie do rozgryzienia. Wczasy pracownicze w Polsce podobnie.
Najsmutniejszy był koniec życia.
Przede wszystkim dla zasłużonych w wielu dziedzinach, ale szczególnie dla inwalidów weteranów wojennych. Zapomnianych gdzieś w monastyrach zabranych zakonnikom i przekształconych w domy opieki, z których najbardziej ponurą sławą wyróżniał się Wałaamski Dom Inwalidów. Niegdysiejszy żołnierz Armii Czerwonej, rzucający się na wroga z okrzykiem: „Za rodinu, za Stalina!” (Za ojczyznę, za Stalina!), kończył w wałaamskim przybytku jako niepotrzebny i wstydliwy przedmiot. Bez rąk i nóg takimi się stawał dosłownie z piętnem „pieńka” lub „samowara”. Jak byli traktowani, to temat rozwinięty w zupełnie innej książce Michaiła Wellera „Samowar”, która jeszcze przede mną. Nie bez powodu autorzy powołali się na porównanie z Sołowkami, o piekle których czytałam w Klasztorze Zachara Prilepina.
Codzienne życie w ZSRR obejrzane z bliska nie wyglądało szczęśliwie i wesoło.
Niczego nieświadome i dlatego jeszcze szczęśliwe dziecko, z czasem, zaczynając rozumieć otaczającą je rzeczywistość, w dorosłym życiu walczy za ojczyznę na froncie pracy i wojny afgańskiej, topiąc smutek i niemoc w alkoholu, by na starość skończyć jako przedmiot w domu opieki. Z tym szczęśliwym dzieciństwem trochę polemizowałabym z autorami, którzy nie wspomnieli o losach sierot w domach dziecka w ZSRR, a o których czytałam we wspomnieniach Rubena Gallego Białe na czarnym. Mimo to i bez tego powstał smutny obraz grażdanina N. N.
Tym smutniejszy, że opowiedziany przez konkretnych ludzi.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Grażdanin N.N [Andrzej Goworski, Marta Panas-Goworska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Prezent dla ciekawych życia w ZSRR!

Wydawnictwo Naukowe PWN ufundowało prezent dla czytelników w postaci powyższej publikacji. Książkę otrzyma pierwsza osoba, która pozostawi w komentarzu wyraz chęci otrzymania jej.
sobota, 04 lutego 2017
W biegu... – Marcin Wilk



W biegu...: książka podróżna: rozmowy z pisarzami (i nie tylko) – Marcin Wilk
Wydawnictwo Universitas , 2010 , 316 stron
Literatura polska


Pośpiech!
Nawet książki dostosowuje się do zawrotnego tempa życia – pomyślałam, gdy ujrzałam tę pozycję. Już biorąc ją do ręki, czułam presję uciekającego czasu. Troszkę mnie to zniechęcało do czytania. Nie chciałam wprowadzać pośpiechu do mojego książkowego świata, w którym króluje bezczas. Może dlatego tak długo czekała na moją uwagę.
Niepotrzebnie.
Właściwie całą nieprzyjemną dla mnie część jej nerwowego powstawania przejął na siebie autor. To on biegał za swoimi rozmówcami. Jak sam napisał we wstępie – Swoich rozmówców spotykałem w podróży. Większość z nich to goście, którzy odwiedzali Kraków w ciągu ostatnich – mniej więcej – 6 lat. Spotykaliśmy się po drodze. Czasem bardzo w pośpiechu. Nierzadko na chwilę, by szybko przywitać się, poznać i porozmawiać, mając za pretekst na ogół wydaną właśnie przez nich książkę. Umawiał się więc (a czasami nie) z nimi na szybką wymianę zdań, na odpowiedzi na kilka lub kilkanaście pytań. Czasami podczas biegu.
Dosłownie!
Tak było, kiedy poszedł razem z Johnem Irvingiem na wspólny trening do siłowni. Z tego pośpiechu, przebłysków myśli, łapania wypowiedzi powstał zbiór wywiadów z pisarzami i nie tylko, jak sugeruje podtytuł. Bo obok tak znanych nazwisk jak Eric-Emmanuel Schmitt, Eduardo Mendoza, Etgar Keret i wielu innych, a z polskiego podwórka – Sylwia Chutnik czy Katarzyna Grochola, byli również historycy, krytycy literatury, tłumacze, scenarzyści filmowi oraz dziennikarze.
Razem 47 rozmówców!
Przeciekawych osobowości, które poprowadziły mnie w swój odmienny od innych, a przez to różnorodny świat literatury, kultury, wyobraźni i troszeczkę życia bieżącego i prywatnego, dodającego smaku całości. Autorowi udało się jednak pogrupować te na pozór odmienne spotkania według dominującego tematu, nadającego wspólny kierunek rozmowy. Stąd 17 rozdziałów tematycznych, które nazwał podróżami. Pięknie zatytułowanymi, których istotę i treść ujął tymi słowami – Bywa to droga przede wszystkim poprzez czas, innym razem – poprzez kraje i kultury, w jeszcze innym przypadku może chodzić o introspekcję, podróż w głąb samego siebie.Wszystko dzieje się na różnych planach i w różnym tempie. Dlatego - podróż w czasie, w wyobraźni, sentymentalna, od polityki, w głąb pamięci, w pogoni za miłością, jako ćwiczenie, za utraconym głosem, do kresu rozpaczy i z kotem pod ręką. Wymieniając dla przykładu tylko niektóre.
Przepadłam w nich!
Uwielbiam spotkania z ciekawymi ludźmi i oto miałam przed sobą kwintesencję ich myśli wyłuskanych przez autora wprawdzie w biegu, ale za to teraz mogłam bez pośpiechu, na spokojnie, powoli, poobcować z ich umysłami i dać się zabrać w ich podróż. Skupić się na wątku, który w rozmowach z innymi ciekawi mnie najbardziej – książki. W tym przypadku – ich książki. Niektóre czytałam, więc z ciekawością poznawałam okoliczności ich powstawania. Nie zawsze przyjemne tak, jak było z powieścią Ericki Fischer Aimee & Jaguar. Niektóre przywołujące z przeszłości moje spotkania z pisarzami takie, jak z nieżyjącą już Moniką Szwają. Ku mojemu zaskoczeniu sporo było mi ich znanych, a teraz poznanych od innej strony. Bardziej na luzie, prywatnie, mniej oficjalnie. Natomiast ci, których nie znałam, dostarczyli mi cenną listę pozycji koniecznych do przeczytania:
1.Świadectwo skazanych na śmierć – Pia-Kristina Garde,
2.Blisko Jedenew – Kevin Vennemann,
3.Przebudzenie – Irena Matuszkiewicz,
4.Gargulec – Andrew Davidson,
5.Utalentowana – Nikita Lalwani.
Tytuły umieściłam z premedytacją, gdyby moi bliscy, czytający mój blog, mieli problem z wymyślaniem prezentu dla mnie. ;)

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Za książkę dziękuję autorce blogu GOD SAVE THE BOOK.

A tutaj posłuchałam autora, który dodał jeszcze parę ciekawych informacji.
sobota, 24 grudnia 2016
Wilki – Adam Wajrak



Wilki – Adam Wajrak
Wydawnictwo Agora , 2015 , 272 strony
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Przepadłam w puszczy!
Po raz pierwszy autor sprawił to komiksem dla... dzieci. Umarły Las zawierał między obrazkami wstawki rzeczywistych zdjęć z Puszczy Białowieskiej i garść przeciekawych faktów. Nie było mocnych na moje pragnienie, by znowu w niej przepaść. Musiałam sięgnąć po kolejną książkę tego dziennikarza, przyrodnika i pasjonata, by znaleźć się ponownie w jej magicznym centrum. W miejscach niedostępnych przeciętnemu człowiekowi. Poddać się opowieściom płynącym z serca, by ujrzeć niewidoczne i niedostrzegalne dla zwykłego mieszczucha. Poczuć to, co czuje autor, gdy ukazuje puszczę przez swój pryzmat patrzenia na nią z miłością. Przepaść w niej ponownie i zrozumieć niezbędną rolę wilka w niej.
Może przestać się go bać?
Autor bał się go. Przynajmniej na początku swojej przygody, bo tak nazwał ten epizod życia z wilkami w puszczy. I od tego strachu zaczął swoją opowieść. Swoje oswajanie się z wilkami. Pięknie wytłumaczył źródło tej bojaźni. Nie tylko strachu osobistego pojawiającego się w wilczej obecności, ale i tego lęku żywionego przez człowieka i ludzkość. Niemalże dziedziczonego w genach oraz przekazywanego w bajkach, podaniach, legendach i opowieściach mrożących krew w żyłach. Przy okazji tłumacząc okrutną i smutną historię losów wilka w Europie i w Polsce oraz prawdopodobną przyszłość zwierzęcia, jeśli nic nie zmieni się w traktowaniu i podejściu do niego. Dla ułatwienia poruszania się po puszczy umieścił na wyklejce mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami opisanymi w tej książce.

Oprócz fascynacji towarzyszącej opowieściom o ich stylu życia, systemie władzy w watasze, kierunkach wędrówek, sposobie polowania, rozmnażania się i wychowywania szczeniąt, licznie ilustrowanej pięknymi zdjęciami zwierząt i puszczy, musiałam też poznać jej mroczną część.

Kłusownictwo.
To zamierzone i to bezmyślne. To ta smutna rzeczywistość współczesnego wilka, ale istniejąca i składająca się na pełny obraz problemu, jakim jest dla nich człowiek i lęk przed nim. To ten moment, w którym autor przestał bać się wilków, a zaczął się nimi fascynować. Ja nie przestałam się ich bać, ale zaczęłam im współczuć i czuć się winną, że człowiek wilkowi zgotował ten los.
Zaczęłam je szanować.
O ten szacunek i pokorę wobec natury zapewne autorowi chodziło. Wzbudził je we mnie, mimo że nie poczułam z jego strony nawet cienia dydaktyzmu, chociaż uczył, przekonywał, poszerzał wiedzę, uświadamiał i zmieniał uczucia oraz nastawienie. Może dlatego, że opowiadał o wilkach poprzez własną przygodę i emocje. Poprzez historię niezwykłej trójki: siebie samego - pasjonata, Nurii – hiszpańskiej badaczki, dla której stracił głowę i serce oraz Antonii – wyjątkowego psa pomagającego im w puszczańskiej pracy.

To opowieść również o miłości.
A może przede wszystkim o miłości. Do wyjątkowej kobiety, do prastarej puszczy i do ludzi oraz zwierząt w niej żyjących. Do unikatowego miejsca na ziemi, w którym świat jeszcze ma swój pierwotny rytm i tętno życia. Bardzo osobista, a jednocześnie dostępna każdemu o otwartym sercu, czułym na wszystko, co takiemu, i jemu podobnym, miejscu, szkodzi, a nawet unicestwia.
Niezwykle ciepła!
Pozostawiła we mnie wdzięczność za zaufanie, jakim mnie obdarzył autor, wpuszczając do swojego świata, jeszcze większą tęsknotę za puszczą, podziw dla ludzi chroniących jej nienaruszalność, pokorę wobec natury i przeogromny żal do człowieka oraz poczucie winy za wszystko cośmy wilkowi uczynili i nadal czynimy.
W tym przypadku człowiek nie brzmi dumnie.

Fragment książki

Wilki [Adam Wajrak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj obejrzałam równie ciekawy film o wilkach.
sobota, 03 grudnia 2016
Monsun przychodzi dwa razy – Anna Janowska



Monsun przychodzi dwa razy – Anna Janowska
Wydawnictwo Muza , 2016 , 305 stron
Seria Reportaż
Literatura polska


...doskonały na ból żołądka, pomaga walczyć z grypą i przeziębieniem.
O jakim specyfiku mówi autorka? Nigdy nie zgadłabym, że za takimi właściwościami kryje się... pieprz!

Od tych niepozornych, a z wyglądu nieatrakcyjnych, ziarenek pieprzu wszystko się zaczęło, ale i na których wszystko może się kiedyś zakończyć. W przyszłości może być i tak, że ze względów oszczędnościowych smak pieprzu poczujemy tylko z okazji świąt, jak za czasów PRL – pomarańczy. O tym ostatnim zagadnieniu napiszę na końcu, bo nie jest za wesołe. Na razie dałam się porwać wyjątkowej trójce głównych bohaterów tego podróżniczego reportażu.

Oto pieprz, kardamon i goździki!
Zaskoczona byłam, jak wiele odkryła przede mną przygoda autorki z przyprawami na pozór znanymi, stosowanymi również w polskiej kuchni. W przypadku pieprzu – niemal powszechnie. Właściwie bez jego ostrości traci w smaku większość potraw. O tym, że Zanzibar stoi goździkami wprawiło mnie w osłupienie. Byłam na tej wyspie i w ogóle nie zwróciłam na nie uwagi, zaprzątnięta zupełnie innymi odkryciami tego niezwykłego zakątka świata. Nie wspominała o tym również Dorota Katende, pisząc o swoim życiu w Domu na Zanzibarze. To dowód na to, jak wiele umyka naszej uwadze i jak bardzo subiektywnie odkrywamy i smakujemy świat. Autorką kierowała ciekawość, nomen omen, gdzie pieprz rośnie i entuzjazm (dokładnie tego określenia użyła) do poznania procesu jego produkcji i dystrybucji. Można powiedzieć, że kierowała się zapachem przypraw, bo wspomina również o kadzidle, imbirze, kurkumie i wielu, wielu innych. Pozornie wydawało się, że we współczesnych czasach to nic trudnego, a w rzeczywistości okazało się, że nic nie jest tak proste, jak się z pozoru wydaje. Bo za pieprzem stoi cały ocean zależności...
Dosłownie i w przenośni.

Dosłownie, bo faktycznie pieprz oddziela od plantatorów i handlarzy Ocean Indyjski, a co pokazała autorka na dołączonej mapce. Zaznaczyłam te miejsca czerwonymi krzyżykami. W przenośni, bo świat pieprzu to skomplikowany system zależności atmosferycznych, geograficznych, klimatycznych, przemysłowych, handlowych, kulturowych, a nawet politycznych. Na dodatek ukazanych przez autorkę na osi czasu od czasów kolonialnych po współczesność.
To była podróż w czasie i przestrzeni!
Szlakiem ostrego pieprzu, aromatycznego kardamonu, pachnących goździków i wonnego kadzidła. Zaczynającym się w portach budujących łodzie dau, które okazały się najważniejsze w całym łańcuchu przyczyn i skutków szlaku handlowego dla przypraw, które ostatecznie pojawiają się na stołach całego świata. To te łodzie gnane monsunem, który, jak mówi tytuł, przychodzi dwa razy na Oceanie Indyjskim, były najważniejsze. W Omanie doczekały się nawet pomnika na swoją i swoich budowniczych cześć.

Te niezwykle wytrzymałe łodzie krążyły między Indiami, Półwyspem Arabskim a Afryką. Autorka poruszając się w tym trójkącie miast indyjskich, arabskich i afrykańskich, docierała dokładnie w te miejsca, do których prowadziły jakiekolwiek ślady przypraw. Zaglądała na plantacje, przyglądając się z bliska uprawom. Rozmawiała z plantatorami, poznając historię budowania fortun i przyczyn ich upadku. Przyglądała się kobietom pracującym w hurtowniach przy sortowaniu i pakowaniu. Nie zapominała przy tym o kontekstach kulturowych, historycznych i gospodarczych odwiedzanego miejsca. Poddała się nawet ajurwedycznemu oczyszczeniu organizmu, by poznać na własnej skórze działanie ziół, przypraw i korzeni.
Pachniało mi nimi intensywnie!
Opowieść mieniła się również kolorami. Nie tylko dlatego, że była bogato ilustrowana zdjęciami o nasyconych barwach malarskiej palety.

Zawdzięczała ten efekt również plastycznym obrazom malowanym słowem, które oddawały wrażenia, odczucia, przeżycia, doznania autorki niemalże zmysłowo przenosząc je na mnie, czytelniczkę-towarzyszkę w podróży. Jeśli wchodziła do warsztatu szkutniczego, to uderzał mnie dźwięk pracujących narzędzi i zapach obrabianego drewna. Jeśli zanurzała się w cień plantacji, to czułam jego chłód po skwarze żaru słońca. Jeśli był to masaż ciała, to odczuwałam rozluźnienie autorki i aromaty mikstur, kojarzone w Polsce z korzennym zapachem pierników.
Czułam relaks podróży i orzeźwienie nowością!
Niestety, z odrobiną pieprzu w tych zachwytach i słodkościach, którego współczesna historia nie kończy się szczęśliwie. System zależności tworzony przez uprawę i handel przyprawami, jaki udało się autorce dokładnie odtworzyć, to również smutny obraz stanu kondycji naszej Ziemi. Agresywna eksploatacja między innymi jej dóbr naturalnych przez człowieka doprowadziła do zmian klimatycznych i ocieplenia wód oceanicznych, a tym samym do pieprzowego kryzysu. I nie tylko. W jakimkolwiek miejscu nie znalazłaby się autorka, ten problem dotyczył miejscowego „złota” – kardamonu, alg czy goździków. To ten smutny aspekt podróżniczej przygody, o którym wspomniałam na początku, sprawił, że przeciekawa, aromatyczna, zmysłowa podróż z sielskiego poszukiwania zamienia się w pieprzowy dramat. Tragedię rodzin, społeczności, a nawet wszystkich „pieprzonośnych” państw. Nie zdziwię się, jeśli w niedługim czasie cena przypraw w sklepach zacznie systematycznie wzrastać.
Czy da się wówczas zjeść bigos bez pieprzu, angielskiego ziela i liści laurowych albo pierniki bez goździków, cynamonu i gałki muszkatołowej?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 20 listopada 2016
1945: wojna i pokój – Magdalena Grzebałkowska



1945: wojna i pokój – Magdalena Grzebałkowska
Wydawca Agora , 2016 , 413 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Nie zaskoczyło mnie to opracowanie w jednym!
W przesłaniu opowieści o roku 1945. Znałam je już z dwóch innych – 1945: między wojną a podległością w opracowaniu Marty Markowskiej oraz Rok Zerowy: historia roku 1945 Iana Burumy. Wiedziałam więc, że to czas totalnego zamętu, niepewności, grozy, samowoli i śmierci, w którym, jak mówi bohater jednej z historii – Ja pani powiem: szczęście w 1945 roku miał ten, kto przeżył tamten rok.
Tak bardzo kruche i bezwartościowe było ówcześnie życie.
Dokładnie to pokazuje ten zbiór reportaży. Wprawdzie użyłam na początku określenia „opracowanie”, bo w historycznym sensie ono nim jest, ale składają się na niego teksty reportażowe powstałe ze śledczego charakteru sposobu zbierania materiałów do nich. Autorka nie tylko zatopiła się w drukowanych źródłach historycznych, których bibliografię znalazłam na końcu książki. Ona je brała ze sobą w trasę i podążała szlakami w nich wytyczonymi przez autorów publikacji lub wspomnień opisujących tamten tragiczny czas, w tamtym okresie.
Namęczyła się okrutnie!
Bo i nazwy miejscowości już nie te, a i ludzie powyjeżdżali lub poumierali. A jak już kogoś znalazła, to nie chciał rozmawiać. Ale kiedy już ten materiał zebrała, to powstały niesamowite historie umieszczone w poszczególnych rozdziałach. Każdy opowiadający chronologicznie od stycznia do grudnia o roku 1945, ale uwypuklający główny temat.

Rozpoczynały się swoistym słupem ogłoszeniowym, na którym autorka poumieszczała wybrane, krótkie informacje z ówczesnej prasy.

Hasłowy sposób opisu wystarczał do ukazania tła społeczno-obyczajowego wprowadzającego w codzienność ludności tamtego okresu. Mnie najbardziej poruszyło ogłoszenie matki, które niestety nie było odosobnionym.

Dopiero po tym swoistym wstępie rozpoczynała się historia opowiadana przez pryzmat wybranej tematyki i losów konkretnych ludzi – szaber, ucieczka niemieckich cywilów, przesiedleńcy z Kresów Wschodnich (unikam pojęcia „repatrianci” używane przez autorkę), dezercja Polaka/Niemca z niemieckiego wojska, zrujnowana Warszawa, sierociniec żydowski, ludzie odbudowujący nową Polskę, Polacy i Niemcy we Wrocławiu, Obóz Pracy w Łambinowicach dla Niemców, polsko-ukraińskie stosunki w Bieszczadach czy tragedia okrętu „Wilhelm Gustloff”, z którym na dno poszło pasażerów między 6,6 a 9,6 tysiąca (na „Titanicu” zginęły 1523 osoby), a o którym wiedza nie jest powszechna nawet współcześnie. Moja wyliczanka brzmi encyklopedycznie w stosunku do tego, jak rozwinęła i pokazała te zagadnienia autorka. Przede wszystkim maksymalnie nasyciła je emocjami. Jeśli był luty, to zamarzałam razem z uciekinierami przeprawiającymi się przez Zalew Wiślany. Jeśli był obóz, to odczuwałam bezsilność więźniów wobec okrucieństwa mszczących się strażników. Jeśli były przesiedlenia, to męczyłam się, widząc, jak trzydzieści tysięcy ludzi biwakuje od sześciu, siedmiu tygodni wzdłuż torów kolejowych, na przestrzeni kilku kilometrów – pod gołym niebem, cierpiąc głód i poniewierkę. Jeśli to była Warszawa, to czułam trupi odór ruin będących gigantycznym cmentarzyskiem poległych w Powstaniu Warszawskim. Nie miało dla mnie znaczenia, czy to była historia Polaka, Niemca, Żyda czy Ukraińca.
Widziałam człowieka-śmiecia!
Barachło - stąd taki tytuł jednego z rozdziałów. Zagubionego w totalnym bezprawiu i samowoli, nierozumiejącego sytuacji politycznej (jedna z bohaterek dowiedziała się o przyczynach jej losu od autorki), ponoszącego okrutne konsekwencje decyzji kilku ludzi u władzy, wykorzenionego, zmuszanego do życia na obcej dla nich ziemi, przeżywającego dramat wyboru tożsamości, tracącego rodziny, znoszącego niesprawiedliwość bezwzględnych i brutalnych czasów, w których przyszło im żyć. Autorka ten efekt uzyskała poprzez umieszczanie osobistych opowieści i wspomnień swoich rozmówców.
Skrajnie dramatycznych.
Każda z tych indywidualnych historii może być osobnym, samoistnym reportażem, ale w zbiorze składają się na całość jednego, ogólnego obrazu roku 1945, w którym wielka polityka jest tylko tłem. Delikatnie naszkicowanym tylko dla zrozumienia kontekstu toczących się wydarzeń lub podania skali zjawiska, o którym jest mowa. Dla wymagających więcej szczegółów historycznych autorka umieściła dokładne kalendarium na końcu książki. Wszystko ilustrowała licznymi zdjęciami, plakatami lub dokumentami.

Książka zdobyła nagrodę publiczności plebiscytu NIKE 2016.
To dobrze, bo, gdybym miała wybierać między laureatką Literackiej Nagrody NIKE 2016 Nakarmić kamień Bronki Nowickiej wybranej przez jury a tą pozycją, usiadłabym i płakała. To sytuacja przypominająca wybór między ulubionymi kolorami, czarnym a białym. Obie pozycje skrajnie inne, odmiennego rodzaju w formie, narracji i przekazie, trafiające do różnych odbiorców, ale obie tak samo potrzebne. Nie umiałabym i na szczęście nie muszę wybierać, która z nich bardziej zasługuje na uwagę czytelników.
Moją zdobyły obie równorzędnie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

1945 [Magdalena Grzebałkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 08 października 2016
Sprawiedliwi zdrajcy – Witold Szabłowski



Sprawiedliwi zdrajcy: Sąsiedzi z Wołynia – Witold Szabłowski
Wydawnictwo Znak , 2016 , 382 strony
Literatura polska


Rzeź wśród pożogi ognia!
Ten obraz płonie w mojej głowie za każdym razem, kiedy pojawia się słowo Wołyń. To uporczywe skojarzenie zawdzięczam opowieściom moich dziadków uciekających z Ukrainy, mamie będącej dziewięcioletnim świadkiem wstępu do rzezi Polaków – mordowania Żydów przez banderowców, filmom dokumentalnym, słuchowiskom świadków tamtych dni i literaturze wspomnieniowej takiej, jak Krwawe żniwa Czesława Piotrowskiego. Ból, cierpienie, strach, żal i nienawiść tląca się, jak ten pożar, który został i w niej, i w was, Polakach, i w nas, Ukraińcach, i nawet we mnie i w panu wciąż latają iskry z tego pożaru.
I we mnie też.
I nagle pierwsza opowieść o Hani. Malutkiej dziewczynce uratowanej z rzezi przez ukraińskie małżeństwo. Wychowanej i pokochanej bezgranicznie i bezwarunkowo, jak swoją. Do tego stopnia, że Hania nigdy nie dowiedziała się od przybranych rodziców, że nie jest ich. Była tylko ich do śmierci obojga. Swoją polską przeszłość i tożsamość budowała ze skrawków opowieści ludzi obcych. Ta obopólna i wzajemna miłość, bo Hania kochała przybranych rodziców nad życie, zaskoczyła mnie, poraziła, obezwładniła, spacyfikowała i wreszcie wzruszyła.
Przyniosła mi ulgę.
Jej historia była dla mnie, jak pierwsza kropla długo oczekiwanego deszczu na te trawione ogniem polskie i ukraińskie dusze. Promyk nadziei na istnienie zagubionego dobra w oceanie śmierci i nieuzasadnionego okrucieństwa, wobec którego lepiej było ginąć w biegu od kuli niż być rąbanym siekierą na stojąco. Dowód na istnienie Boga, który był, ale zabrakło go w ludzkich sercach. Świadomość, że nie wolno generalizować, bo nie ma znaczenia, czy ktoś jest Czechem, Żydem, Ukraińcem albo Niemcem. Są ludzie. I to człowiek może ukraść albo oszukać. Albo zabić.
Albo uratować życie „wrogowi”.
I o tych zdrajcach własnego narodu dla Ukraińców, a sprawiedliwych w oczach Boga i innych ludzi, opowiada ten zbiór reportaży. Niezwykle wzruszających, przepełnionych miłością do drugiego człowieka większą niż strach przed zemstą rodaków i lękiem przed śmiercią. O Hani przygarniętej przez ukraińskie małżeństwo, o matce pierwszego polskiego kosmonauty Mirosława Hermaszewskiego uratowanej przez do dzisiaj nieznaną kobietę, o czeskim pastorze ratującym człowieka, a nie Ukraińców, Polaków, Żydów czy Niemców, o braciach Petrze i Pawce Porfeniukach ratujących Polaków z drugiej strony zabudowań kościelnych, kiedy z pierwszej ich rodacy mordowali mieszkańców Kisielina, o dziadku, któremu najpierw obcięli mu uszy, odrąbali ręce i nogi, potem wydłubali oczy, bo próbował pomóc. Bo miał wnuka Polaka, o Szurze, współczesnej strażniczce polskiej pamięci pomordowanych, zmawiającej po polsku Ojcze nasz za polskie dusze i wielu, wielu innych dobrych i przyzwoitych ludziach.
Sprawiedliwych zdrajcach.
Wszystkie ich historie autor umieścił geograficznie na mapce województwa wołyńskiego.

Była więc miłość w tej historii.
Szła zastraszona, ale ramię w ramię ze śmiercią.Od kilkunastu lat autor zbierał jej ślady i okruchy o dobrych ludziach, którzy ryzykowali życiem, żeby uratować swoich sąsiadów w czasie wojny, a głównie w czasie rzezi wołyńskiej w 1943 roku. Czasami ratowali współmałżonków, czasami sąsiadów, czasem obcych ludzi. A czasami małe dzieci. Emocje towarzyszące spotkaniom z bohaterami reportaży spowodowały przełamanie w nim bariery dziennikarza-reportera i osobiste zaangażowanie się w ich losy. Miał świadomość braku profesjonalizmu, pisząc – I wtedy mówię coś, czego chyba mówić nie powinienem, Mówię: - Pani Haniu, jutro wracam do Polski. Znajdę pani rodzinę. Może i nie powinien, ale dobrze, że to uczynił. Do tej sprawy i do tych historii potrzeba odrobiny człowieczeństwa. Nadając swoim reportażom charakter śledczy poprzez właśnie osobiste zaangażowanie się, nie tylko uczynił je pełniejszymi, ale pokazał również dalsze losy ratujących i ratowanych, traumę lub dobre życie tych, którym udało się przeżyć po obu stronach konfliktu, spotkania odnajdujących się po latach członków rodzin i konfrontacje kolejnych pokoleń Ukraińców i Polaków na miejscach mordu, by i w jednych, i w drugich coś pękło. To właśnie takich spotkań powinno być więcej. Nie polityków, ale zwykłych ludzi, którzy podadzą sobie ręce nad wspólną, trudną, bolesną historią.
Ta publikacja jest właśnie takim gestem.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia [Witold Szabłowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Niezwykłym było zobaczyć jedno z miejsc, o którym czytałam w książce.
środa, 24 sierpnia 2016
Zbrodnia – E. Benjamin Skinner



Zbrodnia: twarzą w twarz ze współczesnym niewolnictwem – E. Benjamin Skinner
Przełożył Jacek Konieczny
Wydawnictwo Znak , 2010 , 400 stron
Literatura amerykańska


To pytanie umieszczone na odwrocie książki sprawiło, że tytuł główny nabrał dla mnie zupełnie innego znaczenia. Początkowo kojarzył mi się wyłącznie z tematyką kryminalną. W tych reportażach ma dużo szerszy zakres i groźniejszy wymiar. Obejmuje zasięgiem cały świat i jest trudne do zauważenia przez przeciętnego człowieka.
To niewolnictwo.
Mamy XXI wiek, a ono nadal istnieje wbrew i pomimo dwunastu międzynarodowych konwencji zabraniających handlu ludźmi oraz ponad trzystu międzynarodowych traktatów zakazujących niewolnictwa. Na dodatek, jak na ironię, polityka poprawności ONZ doprowadziła do sytuacji, w której obecnie na świecie żyje więcej niewolników niż kiedykolwiek wcześniej w historii ludzkości i to pomimo uznania go za zbrodnię przeciwko ludzkości. Niewidoczne i nieobecne w świadomości ludzkiej, nadal uchodzi za zjawisko historyczne. Dla niektórych nieistniejące współcześnie. Dla innych niedostrzegane ze względu na głębokość jego ukrycia w państwach europejskich i USA oraz ze względu na powszechność przechodzącą w normę w krajach trzeciego świata. Autor, podejmując się osobistego zbadania tego zjawiska na świecie, największy problem miał właśnie z jego dostrzeżeniem w miejscu, do którego przybywał, pisząc – gdy przyjeżdżałem do jakiegoś państwa, przez pierwsze tygodnie największym wyzwaniem było dla mnie znalezienie choćby jednego niewolnika. Po nawiązaniu kontaktu z odpowiednimi ludźmi, często podejrzanymi typami, przechodziłem na drugą stronę lustra. Wtedy niewolników dostrzegałem wszędzie. I zaproponował mi przejście na tę drugą stronę zwierciadła.
Prosto do piekła!
Do świata, w którym nie powstrzymano ideologii aprobujących niewolnictwo, w którym człowiek jest tańszy od świni i w którym nie istnieją żadne traktaty i porozumienia abolicyjne. Przez pięć lat odwiedził dwanaście państw, nagrywając setki wywiadów z niewolnikami, handlarzami niewolników i osobami, którym udało się odzyskać wolność.
Zabrał mnie do Port-au-Prince na Haiti, gdzie pokazał życie dzieci zwanych restavekami (nierzadko liczącymi sobie zaledwie trzy lub cztery lata), dla których przemoc to codzienność i pierwszą lekcję zauważania dziecięcego niewolnika – Piętnastoletni niewolnik jest średnio 3,8 centymetra niższy i 18 kilogramów lżejszy od przeciętnego piętnastolatka. Na skórze mogą mieć oparzenia od gotowania dla swoich panów albo blizny od bicia (do którego może dojść nawet w miejscu publicznym) pejczem martinet, kablami elektrycznymi lub drewnianymi rózgami. Noszą wyblakłe, rozciągnięte, używane ubrania. Chodzą boso lub w sandałach, a jeśli mają szczęście, to w za dużych butach. I nigdy nie spojrzą ci w oczy. Można z nimi zrobić wszystko – zgwałcić, zabić, posiekać na kawałki i nakarmić nimi świnie. Problem ten, przy okazji pisania o historii niewolnictwa na Haiti, zasygnalizował Adam Węgłowski w Żywych trupach, nazywając śmierć społeczną znikających ludzi zjawiskiem zombie.
Podczas wyprawy do Sudanu pokazał mi konsekwencję długotrwałych konfliktów zbrojnych między północą a południem przekładającym się między innymi na rosnącą skalę niewolnictwa. O tym zjawisku czytałam we wstrząsających wspomnieniach Dave’a Eggersa Co to za Coś.
Problem handlu niewolnicami seksualnymi w Holandii i Mołdawii przypomniał mi, że ten temat szeroko naświetliła Lydia Cacho w Niewolnicach władzy.
W Rumunii pokazał mi sprawność dobrze działającej mafii cygańskiej zniewalającej romskie dzieci i dziewczyny do prostytucji, której mechanizmom jej działania Rolf Bauerdick przeznaczył jeden rozdział w Cyganach.
W Zjednoczonych Emiratach Arabskich to, co opisała Aleksandra Chrobak w Beduinkach na Instagramie, poświęcając rozpaczliwy rozdział niewolnictwu służących, autor poszerzył o robotników budowlanych i dzieci wykorzystywanych do ujeżdżania wielbłądów.
To nie wszystko.
Wymieniłam tylko te kraje, które były mi znane z wcześniejszych publikacji. Rozproszone, nie przemawiały tak silnie, jak zebrane w tej jednej pozycji. A w tej podróży po niewolniczym piekle odwiedził jeszcze Indie, w których niewolnictwo jest dziedziczne i w których wioski w dwóch trzecich należą do jednego pana, w których dzieci pracują niewolniczo na straganach z herbatą i w fabrykach produkujących sari, tkają dywany, łowią ryby i zwijają papierosy po kilkanaście godzin dzienne, w makabrycznych warunkach, przypłacając to zdrowiem i nierzadko życiem. To co najmniej pół miliona dzieci w samej stolicy Delhi. Podróż kończy w USA, gdzie każdego roku handlarze ludźmi przywożą do Stanów Zjednoczonych więcej niewolników niż ich koledzy po fachu w XVII wieku, jeszcze przed wojną o niepodległość. Gdzie w centrum moralnego świata na Manhattanie, niedaleko siedziby ONZ, można w biały dzień kupić zdrowego chłopca lub dziewczynkę. Do wyboru macie niewolnika o dowolnym kolorze skóry, którego możecie wykorzystać w dowolnym celu. Najczęstsze zastosowania to seks i pomoc domowa, ale decyzja należy do was. – zachęca handlarz.
Pamiętajmy, cały czas jesteśmy w XXI wieku!
Obraz skali problemu dotykającego współczesną ludzkość autor uzyskał dzięki kompleksowemu omówieniu zjawiska niewolnictwa w jednej publikacji. Nie tylko wydobywa go z mroku szarej strefy, odwiedzając opisywane miejsca, fabryki, burdele, prywatne domy handlarzy, dzielnice czerwonych latarń, wioski niewolników, przemierzając drogę handlu od sprzedawcy do nabywcy i pozorując takie procedury, nie tylko przytacza kilka wstrząsających i tragicznych losów konkretnych osób spośród setki poznanych, by dać twarz statystykom, ale również pokazuje sylwetki osób działających w ruchach abolicjonistycznych. Ludzi spalających się dla sprawy, ale i polityków, szczególnie amerykańskich, wykorzystujących problem do rozgrywek dyplomatycznych lub walki politycznej o władzę.
Obnaża również hipokryzję amerykańskiego rządu.
Wskazuje poważne wady amerykańskiej strategii, z których największą jest walka ze skutkami, a nie z przyczynami. W efekcie handel ludźmi wykorzystywanymi seksualnie przypominał hydrę. Zamknij jeden duży burdel, a gdzie indziej wyrosną dwa mniejsze. Zamknij i te, to handlarze zaczną dowozić dziewczyny do klientów. Zaaresztuj lub zabij handlarzy działających wzdłuż jednej trasy, kolejni pojawią się przy innej, gdzie urzędnicy chętniej biorą łapówki. Zrób porządek na jednej granicy, a handlarze opanują setki kilometrów niestrzeżonych granic przecinających całą Europę. Rozbij siatkę przestępczą nadzorowaną przez mafię, w jej miejsce powstanie trzydzieści lokalnych przedsięwzięć. Taka sytuacja sprzyja utopijnemu myśleniu, że zwalczenie wszystkich form niewolnictwa jest niemożliwe. Zwłaszcza, że przynosi największe zyski zaraz po handlu bronią.
Autor temu podejściu przeciwstawia się.
Jest przekonany, że wprawdzie niewolnictwo towarzyszy ludzkości od ponad pięciu tysięcy lat, a jednak dzięki wzmożonym i skoordynowanym wysiłkom możemy je wyeliminować w ciągu jednego pokolenia. Chociażby poprzez „przeciąganie” ludzi na drugą stronę lustra, by zobaczyli współczesne piekło niewolników. Nie poprzestaje jednak tylko na uświadamianiu czytelników. Podpowiada, co można zrobić jeszcze, by nie pozostać świadomym, ale biernym lub, co gorsza, nie wyrzucić z pamięci tego wszystkiego, o czym napisał, powracając w stan wygodnego zapomnienia o najbardziej palącym i najbardziej lekceważonym problemie społecznym – pamiętajmy! - będącym zbrodnią przeciwko ludzkości. Na swój skromny sposób (a liczy się każdy) dołączam do autorytetów tego świata promujących tę pozycję – Billa Clintona i Elie Wiesela, więźnia obozu koncentracyjnego oraz autora Nocy – i podsuwam to „lustro” kolejnym czytelnikom. Zupełnie inaczej patrzy się wtedy na dziewczyny przy autostradach łapiących klientów. Nie w kategoriach moralno-oceniających, ale w kategorii niewolnictwa.
Wtedy widzi się niewolnictwo i jego ofiary również w Polsce.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tak o książce mówi Draginja Nadaždin - dyrektorka polskiego oddziału Amnesty International.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Pod okupacją i w powstaniu – Małgorzata Czerwińska-Buczek



Pod okupacją i w powstaniu: wspomnienia konspiracyjne – Małgorzata Czerwińska-Buczek
Wydawnictwo Bellona , 2016 , 296 stron
Literatura polska


Ostatnia wspólnie wypita kawa, niedokończona opowieść, pożegnanie na schodach w Muzeum Powstania Warszawskiego: „Do widzenia. Do zobaczenia za tydzień.”
Do następnego spotkania już nie doszło.
Autorka nie zdążyła przed śmiercią swojego rozmówcy wprowadzić do wspomnień korekty, których ukazanie się w pierwszym ich wydaniu Powstańcy '44 było możliwe tylko dzięki jego siostrze. Siostrzany obraz okupacji okazał się równie ważny, mimo że odmienny, bo każdy człowiek przeżywa swoje życie po swojemu, zdarzenia ogląda własnymi oczami, dlatego, dla autorki, również wart utrwalenia. Potem otrzymała pośmiertne notatki Powstańca Kazimierza Radwańskiego, spisane po długich namowach specjalnie dla autorki. I jeszcze archiwum Róży Nowotnej udostępnione autorce przez rodzinę. Również już nieżyjącej. A jeszcze stale poznawane przeżycia kolejnych rozmówców z kręgu już tych znanych, którzy zechcieli podzielić się dramatycznymi przeżyciami, obdarzając ją zaufaniem. Autorka nie mogła pozostawić tych cennych informacji tylko dla siebie. Postanowiła, że muszą mieć swoją kontynuację.
I oto ona!
Zawierająca tym razem dwanaście reportaży składających się na opowieść o Warszawie przed okupacją i po wkroczeniu wojsk niemieckich. Nie wszyscy z rozmówców byli wówczas Powstańcami. Niektórzy, ze względu na wiek, opisywali Powstanie Warszawskie z perspektywy dziecka, a inni z perspektywy cywila. To poszerzenie spojrzenia o dwa odmienne punkty widzenia pozwoliło autorce na ukazanie okupacji przeżywanej przez osoby niezaangażowane w walkę zbrojną, które poniosły nie mniejszą ofiarę niż bojownicy.
Łączyło ich jedno – byli nastolatkami lub dziećmi.
Każdy reportaż rozpoczynał się zdjęciem jego bohatera z umieszczonym pod nim fragmentem tekstu, wiersza lub piosenki w jakiś sposób charakteryzującym go.

I każdy z nich nawiązywał do szczęśliwego, beztroskiego, radosnego dzieciństwa przed wybuchem II wojny światowej, której początki wydawały się w wieku dziecięcym tylko ćwiczeniami wojskowymi, by przejść do mroczniejszej części wspomnień – okupacji i konspiracji. Licznie ilustrowanych zdjęciami z rodzinnego archiwum.

Ten widoczny kontrast życia przed okupacją i w jej trakcie był bardzo ostro zarysowany.
Bo każdy z nich, na swój sposób, walczył nie tylko o przeżycie, lecz także o zachowanie godności i wolności. Jedni stawali się żołnierzami i harcerzami, inni działali w konspiracji, jeszcze inni zajmowali się małym sabotażem, uczęszczali na tajne komplety, wiedząc, że w ten sposób też walczy się z wrogiem, a najmłodsi opowiadali o ryzykownych działaniach rodziców pomagających innym, w tym Żydom. W ten sposób powstał piękny obraz Warszawy przedwojennej i tragiczny obraz Warszawy walczącej ukazany od strony powstańców, sanitariuszek ratujących rannych w szpitalach, minerek podkładających materiały wybuchowe, nastoletniego więźnia Pawiaka, niedoszłej ofiary rzezi na Woli, z której udało się jej uciec, harcerza Szarych Szeregów, kuriera dostarczającego informację i żywność partyzantom poza Warszawą, uciekających cywilów z pogromu warszawskiej ludności po Powstaniu Warszawskim i wychowanka zakładu opiekuńczo-wychowawczego Nasz Dom, którego nauczyciel stał się jego dowódcą.
Skrajna szkoła życia!
Może dlatego w każdym z nich tkwiła pokora, życzliwość, serdeczność, skromność, uśmiech i niezwykła pogoda ducha, którymi określała swoich rozmówców autorka, opisując wrażenia towarzyszące spotkaniom. Ludzi, których dramat przeżytych chwil, zaglądanie śmierci w oczy, lęk o własne życie i bliskich, walka o przetrwanie nauczyła (a przy okazji autorkę) jednego – tylko miłość i przyjaźń są bezcenne i nieśmiertelne. To też lekcja dla mnie, którą autorka niestrudzenie stara się udokumentować, by zdążyć przed śmiercią odchodzących świadków lat okupacji, bo Powstanie Warszawskie, jak powiedziała jedna z rozmówczyń - stanowi wartość nieprzemijającą. To, co się mówi i pisze, to tak mało w stosunku do tego, co było i jest tak wielkie.
Autorka stara się dla nas, Polaków-spadkobierców narodowej historii, tę dysproporcję zmniejszyć, byśmy uczyli się od najlepszych miłości do Ojczyzny, zanim od nas odejdą, zabierając bezpowrotnie te bezcenne doświadczenia ze sobą.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Z wywiadu z autorką na temat jej najnowszej książki dowiedziałam się, że będzie kontynuacja wspomnień.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w kwietniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 914 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi