Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
piątek, 28 grudnia 2018
Flirtując z życiem – Danuta Stenka , Łukasz Maciejewski

Flirtując z życiem – Danuta Stenka w rozmowie z Łukaszem Maciejewskimi
Wydawnictwo Znak Literanova , 2018 , 380 stron + 12 kart zdjęć
Literatura  polska
  

   Miałam oczy pełne łez... szczęścia!

   Poczucia cudu życia. Jego doceniania w drobnych rzeczach. Jego urody i uroku widocznych przede wszystkim w drobiazgach i w zwykłości. W pogoni życia niezauważalnych. Reakcja niczym po poradniku życiowym, a ja przecież przeczytałam tylko wywiad z aktorką. A zaczął się bardzo ciepło i nostalgicznie – od pszczół, pasieki i miodu pachnącego łąkami. Niósł ze sobą poczucie bezpieczeństwa, jakie daje szczęśliwe dzieciństwo, które dla aktorki jest energią do działania. Korzeniami, z których czerpie siłę do pracy. Bazą wartości do bycia dobrą aktorką, żoną, matką, ale przede wszystkim człowiekiem. To stały motyw wywiadu udzielonego filmoznawcy, krytykowi filmowemu i teatralnemu, Łukaszowi Maciejewskiemu, który ujęła refleksyjnie – ...człowiek, bez względu na epokę, na szerokość i długość geograficzną, bez względu na wszystko, co mu życie sprezentowało i z czego go ograbiło, jest aż i tylko człowiekiem.

   W aktorce widziałam przede wszystkim właśnie człowieka.

   Z dzieciństwem pachnącym miodem z kaszubskich kwiatów i ziół. Z dorastaniem do wyboru drogi życiowej, na którą pchnęli ją najbliżsi. Z zawodem, w którym rzemiosło traktowała jako punkt wyjścia, tylko moment startowy do ambitnego sięgania po artyzm sztuki aktorskiej. Z własnymi ułomnościami, które rzutowały na jej satysfakcje lub rozczarowania z efektów pracy. Z kruchą, wrażliwą psychiką i niemocą fizyczną, gdy dopadła ją depresja. Z rodziną i domem traktowanych jak azyl i twierdzę. Z poglądami na otaczającą nas rzeczywistość, przemijanie, cenę sukcesów, przyjaźń, zaufanie, miłość i wartości wyniesione z dzieciństwa, dzięki którym znajdywała w chaosie swoje miejsce dla siebie. Z wiarą w Boga, o którym mówi bardzo mało, bo wolała uwidaczniać ją w czynach oraz podejmowanych wyborach i decyzjach. I wreszcie z wywiadem dwojga rozumiejących się ludzi, w którym żadne nie sięgało po sensację, pikantne informacje, plotki, niedyskrecje, skandale, by zapewnić książce poczytność. Czułam się w nim dobrze, przyjemnie, bezpiecznie i znajomo. Nie było znanej, popularnej i nagradzanej aktorki.

   Był człowiek.

   Przyjazny, serdeczny, wyrozumiały, ciepły, który trochę przeżył i podzielił się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami ze mną. Wiele z nich było potwierdzeniem moich odczuć i myśli. Niektóre były dla mnie nowe. To tutaj po raz pierwszy tak naprawdę poznałam, a raczej poczułam, trud emocjonalny aktorstwa traktowanego jako sztukę, w którym szanuje się czas widza. Byłam, jako taka, ważna dla aktorki. To odwrócone podejście do tandemu aktor-widz uczyło przede wszystkim szacunku. Wzajemnego!

   Miała ta rozmowa przyjaznych sobie ludzi coś terapeutycznego.

   Budującego pomimo trudów, problemów i barier do pokonania, do przezwyciężenia. Może to sprawiło ludzkie podejście do czytelnika? Może ukochanie cudu życia? A może podobieństwo wartości dyktujących postępowanie, w którym wolę dać się oszukać dziewięciu osobom, niż nie pomóc dziesiątej rzeczywiście potrzebującej? Jestem przekonana, że nie jestem wyjątkiem w tych odczuciach, skoro do mnie trafiło wznowienie pierwszego wydania opublikowanego w 2013 roku. Wygląda na to, że potrzebujemy takich wolnych od negatywnych emocji rozmów ciepłych, mądrych i po prostu ludzkich, z drugim człowiekiem, który wie, jak docenić życie. Jak dostrzec jego cud. Umocnić mnie w tym przekonaniu, w które czasami wątpię. Może dlatego miałam wrażenie, że rozmowa toczyła się nieśpiesznie na zielonej trawie, w ciepłych promieniach słońca. Zaskoczyło mnie zdjęcie, które ten efekt zburzyło, ujawniając rzeczywiste kulisy spotkań.

Czasami zdjęcia, a jest ich w książce dużo, nie są potrzebne. A może są po to, by pokazać dwoistość postrzegania rzeczywistości? Tej zewnętrznej, kreowanej przez media i tej wewnętrznej, którą poznałam tutaj.

   Pięknej w swojej normalności!

   Zamknęłam książkę z ogromnym ładunkiem pozytywnych emocji, ciesząc się z rozmówcami ostatnim obrazem - opisem pszczoły wskazującej kierunek patrzenia na życie. Otrzymałam jeszcze coś – furtkę do codziennego wychodzenia na świat w postaci modlitwy. Uniwersalnej prośby dla wierzących i niewierzących chcących być człowiekiem po prostu przyzwoitym, o której autorka mówi – Myślę, że jeśli poważnie traktować, rozumieć to, co się mówi, wówczas niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący czy nie, czy zwraca się do Boga czy umawia z samym sobą, ta modlitwa pozwala wyjść na spotkanie nowego dnia i każdego człowieka otwartym, empatycznym, uważnym... Oto ona: „Panie, w ciszy wschodzącego dnia przychodzę Cię błagać o pokój, mądrość i siłę. Chcę patrzeć dziś na świat oczami przepełnionymi miłością, chcę być cierpliwa, wyrozumiała, cicha i mądra, nie ulegać pozorom, widzieć Twoje dzieci tak, jak Ty sam je widzisz, i dostrzegać w nich to, co dobre. Daj mi taką życzliwość i radość, żeby wszyscy, z którymi się dzisiaj spotkam, odkryli Twoją obecność. I niech będę dla innych chlebem, jak Ty jesteś nim dla mnie każdego dnia. Ta książka ma w sobie to wszystko - dobry, smaczny i pożywny chleb.

   Dziękuję.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Flirtując z życiem [Łukasz Maciejewski, Danuta Stenka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Aktorka o swojej książce.

sobota, 01 grudnia 2018
Łacińska wyspa – wyb. i oprac. Bogumił Luft

Łacińska wyspa: antologia rumuńskiej literatury faktu – wybór, opracowanie i komentarze Bogumił Luft
Przełożyli  Błażej Brzostek , Radosława Janowska-Lascar , Ireneusz Kania , Jerzy Kotliński , Bogumił Luft
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 304 strony + 48 stron zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Rumunia
Literatura  rumuńska

   Rozstrzelanie Nicolae Ceauşescu i jego żony Eleny to pierwsze skojarzenie i bardzo wyraźny obraz, jaki widzę, słysząc słowo – Rumunia.

   Mocny emocjonalnie. Tkwi we mnie do dzisiaj, mimo że od 25 grudnia 1989 roku minęło sporo lat. Jego krótką relację zobaczyłam w polskiej TV. Był grudzień taki, jak teraz i byłam w szoku. Potem pojawiło się mnóstwo pytań. Dlaczego, my, Polacy, nie posunęliśmy się do tak drastycznej zemsty? Kim są ci Rumuni, którzy na ten radykalny i bezkompromisowy krok zdecydowali się? Czy to spuścizna tajemnicą i legendą okrytego Włada Drakuli znanego również jako Palownika, najkrwawszego mieszkańca Transylwanii, której nazwę jedynie Polacy tłumaczą jako Siedmiogród? Na dodatek naród, który na prezydenta właśnie wybrał Niemca!

   Same wyspy niewiedzy!

   Niczym ich flaga narodowa z wyciętymi symbolami republiki socjalistycznej umieszczona na tytułowej okładce. Chciałam je wypełnić. Uzupełnić materię informacji, by zrozumieć motywy postępowania tego narodu. Antologia rumuńskiej literatury faktu, jak anonsuje podtytuł tego opracowania, idealnie wpisuje się w moją potrzebę. Zawiera fragmenty tekstów już wcześniej publikowanych, ale w większości niedostępnych w języku polskim. Zbiór ten poprzedzają pogadanki historyczne będące pierwotnie serialem telewizyjnym autorstwa obecnego ambasadora Rumunii w Paryżu. Ten zabieg autorów opracowania jest jak najbardziej uzasadniony, ponieważ wprowadza w historię poprzez wędrówkę architektoniczną po tym kraju. Ich wydźwięk najsilniej brzmi w rozdziale omawiającym „zaorywanie” Bukaresztu przez dyktatora Nicolae Ceauşescu. Wyburzaniu przez niego perełek architektury pod nowa wizję socjalistycznej stolicy. Ku mojemu zaskoczeniu antologię otwiera Polka – Magdalena Samozwaniec. Jej wspomnienia z kilkuletniego pobytu w Rumunii jako żony dyplomaty są bardzo uważne, spostrzegawcze i nieco ironiczne. W tym stylu narracyjnym opisała silny podział społeczny i przepaść między arystokracją i chłopstwem, która miała katastrofalne skutki w późniejszych latach dla elity intelektualnej kraju. Kolejne relacje z różnych punktów widzenia samych Rumunów, przedstawicieli różnych środowisk, warstw społecznych, profesji i narodów – od księżniczki zamężnej z królem Rumunii czy prezydenta republiki, przez artystów, polityków, księży, dysydentów, po „zwykłych” ludzi” są indywidualne lub wielogłosowe. Ujęte w różnorodnej formie – zapisów filmowej ścieżki dźwiękowej, wspomnień, dzienników, raportów bezpieki, listów – ukazywały problemy i ważne wydarzenia społeczne, polityczne lub gospodarcze. Zjawiska, z którymi radziła sobie lub nie naród rumuński – antysemityzm, podział Kościołów prawosławnego i greckokatolickiego, mniejszości narodowe, abdykacja króla Michała, faszyzm, komunizm, dyktatura Nicolae Ceauşescu i wiele innych. Relacje te zachowały jednocześnie chronologię historyczną od początków Rumunii do czasów współczesnych. Od monarchii z królowa Marią i jej mężem

po rewolucję robotników w XX wieku.

   Mogę powiedzieć, że po tych niezwykle ciekawych wycinkach przeszłej rzeczywistości odbieranych z poczuciem bycia tam i wtedy, z wszystkimi emocjami im towarzyszącymi, z objaśniającymi je komentarzami ambasadora RP W Rumunii Bogumiła Lufta, mogę powiedzieć, że zrozumiałam Rumunów. Może nie do końca, ale przynajmniej wiem, dlaczego ich historia jest tak zagmatwana ideologicznie oraz splątana społecznie i narodowościowo. Jest jednak coś, co mną wstrząsnęło.

   Po raz drugi!

   Kolejna wyspa niewiedzy okrucieństwa absolutnego – więzienie w Piteşti. To w nim i tylko w nim realizowano „eksperyment” reedukacji poprzez tortury, w którym systematycznie przekształcano tożsamość ofiary w kata, poddając ją destrukcji psychicznej. Tekst powstały na bazie relacji więźniów-świadków opresji więziennego systemu, wstrząsa i burzy pewność, że na temat służb bezpieczeństwa w bloku komunistycznym wiemy wszystko.

   Jest również w tych źródłach Polska!

   To między innymi Rumunii otwarcie i z życzliwością przyjęli  wojenną falę emigracyjną Polaków. Oglądanie początków II wojny światowej z rumuńskiej perspektywy było bardzo ciekawe i nie zawsze chwalebne dla naszych elit rządowych.

   Publikacja wypełniła sporo wysp braku mojej wiedzy, która wprawdzie nie wymaże z mojej pamięci prześladującą mnie makabryczną sceną rozstrzelania małżeństwa Ceauşescu, ale na pewno poszerza ją o szerszy, dystansujący mnie kontekst.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Łacińska wyspa. Antologia rumuńskiej literatury faktu [Opracowanie zbiorowe]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Po tej antologii trochę inaczej patrzę na tę drastyczną scenę rozstrzelania, chociaż nadal razi mnie radość z czyjejś śmierci.

poniedziałek, 26 listopada 2018
Pod podszewką – Sylwia Stano , Zofia Karaszewska

Pod podszewką – Sylwia Stano , Zofia Karaszewska
Wydawnictwo Marginesy , 2018 , 392  strony
Literatura  polska
   

   Przeżyłam oryginalną przygodę intelektualno-estetyczną!

   Jeszcze większą przyjemność i radość tworzenia jej miały autorki projektu, znane przede wszystkim jako prowadzące blog Książniczki mają zdanie, które nazwały go „kolekcją literacką”. W tym niewielkim wyrażeniu autorki połączyły świat literatury i mody. Pozornie nie do pogodzenia w powszechnym pojmowaniu – książki i ciuchy albo jeszcze lepiej – czytelnicy i szafiarki. A jednak! Udało się! Do przedsięwzięcia zaprosiły projektantkę Justynę Ołtarzewską, fotografa Michała Jaworskiego i... psychologa! Dokładnie profilera kryminalnego – Piotra Szarotę. To ich komentarze, rozwinięcia i opinie, wplatane w wypowiedzi pisarzy zaproszonych do kreowania siebie w stroju, wyjaśniały proces tworzenia, historię konkretnego elementu garderoby, a także cechy psychologiczne osobowości osoby je wybierającej. Pisarze mieli ich pełny wybór, włącznie z krojem, kolorem i rodzajem materiału, z którego miały być wykonane.

  Lista znanych i lubianych wprawiła mnie w euforię!

To pod ich podszewki sukienki, marynarki, kamizelki, tiszertu, bluzy, spódnicy, trencza, kombinezonu, kaszkietu, skarpetek, a nawet bielizny męskiej i koszuli nocnej damskiej, zaglądały autorki. Pierwsze spotkanie z każdym pisarzem poprzedzało monochromatyczne zdjęcie portretowe.

Tylko biała twarz wyłaniająca się z mroku czerni. Temat mody, ubioru, trendów, preferencji, noszenia ulubionego stroju podczas pisania, do pracy lub na spotkania autorskie, rozwijał wątki w kierunki przez jednych zupełnie niekontrolowane, jak u Jakuba Małeckiego, który co chwilę napominał sam siebie – Boże, dlaczego ja wam o tym wszystkim mówię? U innych skupiały się na pasjach kształtujących i wpływających na ich styl życia. To w tych momentach dowiadywałam się o mało znanych lub w ogóle nieznanych, a mających znaczenie dla twórczości, faktach. Boksowaniu Grażyny Plebanek, jodze Katarzyny Tubylewicz czy wyciskaniu Łukasza Orbitowskiego i Jakuba Małeckiego. Były one wyraźne, ale dyskretnie, wdrukowane lub wszyte w strój. Chociaż strój to za mało powiedziane. Trudno tak nazwać skarpetki Michała Rusinka. Oczywiście z wydzierganymi książkami.

Książkowy motyw był najpowszechniejszym elementem projektu umieszczanym na lamówce, dole halki, mankietach czy podszewce kamizelki.

Co ciekawe, nie zawsze w formie książki. U Jacka Dehnela był nim druk Gutenberga na białej koszuli. U Marty Guzowskiej był nadrukiem glinianych tabliczek z pismem linearnym na podszewce trencza. Fani jej kryminałów wiedzą dlaczego. U Jakuba Małeckiego haiku na rękawku tiszertu. U Agnieszki Wolny-Hamkało był nim wiersz nadrukowany na wewnętrzną kieszonkę marynarki.

Największym zaskoczeniem wśród tych oryginalnych podejść do zadania okazały się dla mnie postawa i wyobraźnia Janusza Leona Wiśniewskiego. Zaprojektował małą czarną z bikini pod spodem. Nie, nie dla siebie. Dla kobiety. Chociaż dla fanów jego powieści, zwłaszcza kobiet, niespodzianką może to nie być.

   Gotowy efekt pracy wszystkich uczestników wieńczył każde spotkanie z pisarzem.

   W pierwszym odruchu zaczęłam szybko przeglądać te zdjęcia finalne. Palącą ciekawość udało mi się zatrzymać na trzeciej osobie z kolei. Postanowiłam dawkować sobie tę przyjemność, by przejść przez cały proces od czarno-białego zdjęcia „przed” do kolorowego „po”. Zupełnie inaczej patrzyłam wtedy na sukienkę Olgi Tokarczuk, w której wystąpiła na gali wręczania Nagrody Bookera.

To nie tylko sukienka. To również opowieść o wszechświecie i ze wszechświatem nadrukowanym na białą halkę i o prawie stuletnich butach. Nie sposób opisać i pokazać wszystkich. Nawet nie mam takiego zamiaru. Z premedytacją uchylam tylko rąbka zawartości. Dokładnie tak, jak czyniły to autorki, anonsując odchylonym rogiem kartki kolejną postać. Na przykład pająkiem na czerwonym tle.

Fani kryminałów Katarzyny Bondy na pewno od razu skojarzą go z jej Czerwonym pająkiem. Dlatego mój wpis to tylko malutka cząstka bogactwa przeżyć, jakie niesie ze sobą ta książka. A przyznam się, że miałam opory przed jej sięgnięciem, ponieważ nie lubię i nie mam potrzeby widzieć twarzy osoby, której świat wyobraźni poznałam poprzez słowa. Wizerunek fizyczny automatycznie tworzy we mnie barierę schematów i stereotypów, stając w opozycji do komunikacji umysłu bez granic.

   Ta książka je we mnie przełamała!

   To fascynujący ludzie, dla których pisanie to jeden z elementów, z którego zbudowali swój styl życia. Współczesny pisarz nie ma nic wspólnego z abnegatem w marynarce w kratę, w okularach, ćmiącym papierosa. Dzisiejszy pisarz wygląda między innymi tak:

A pod podszewką jego bielizny, kryje się... przebogaty świat intelektualny. Współcześni pisarze bardzo dobrze rozumieją, że czytelnicy lubią widzieć, a promocja czytelnictwa musi sięgać po wizualne metody i sposoby marketingowe, by namówić do czytania aż 62% nieczytających Polaków. To ma sens. Przekonałam się o tym, organizując dla młodzieży spotkanie autorskie z Krzysztofem Pyzią. Pokazanie jej zdjęć pisarza (a jest stylowym ciachem) przed spotkaniem podniosło temperaturę oczekiwania o kilka stopni, czego nie uczyniły jego świetnie napisane i ciekawsze książki.

   Co ja z tego wyniosłam?

   Dwie rzeczy. Pierwsza to słuszność bycia sobą, a nie spełnianie oczekiwań innych nie tylko w ubiorze, ale we wszystkim. Bycia jak Sylwia Hutnik, która o siebie walczyła od lat szkolnych, by być kolorowym ptakiem. By być tym, kim jest teraz. Porównując jej monochromatyczne zdjęcie portretowe umieszczone na początku postu z tym ostatecznym w projekcie, zwalniam się z komentarza. Wszystko widać, a pod podszewką i w książkach całą resztę.

A drugą rzecz, to bezcenne rady zawodowej krytyczki literackiej, z których najważniejszą jest ostatnia. Polecam szczególnie debiutującym pisarzom, „gniewającym się” na krytyczne (nie mylić z krytykanctwem!) wpisy blogerów książkowych.

   Projekt pozostawił mnie w ogromnym niedosycie!

   Chciałabym posłuchać i ujrzeć w nim Elżbietę Cherezińską, Jakuba Żulczyka i Sebastiana Fabijańskiego. Wiem, że ten ostatni to aktor, ale co stoi na przeszkodzie, połączyć w innym projekcie, inną muzę (film), innych ludzi i stworzyć „kolekcję filmową”?

   Czekam!  

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 10 listopada 2018
Jeszcze dzień życia – Ryszard Kapuściński

Jeszcze dzień życia – Ryszard Kapuściński
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  184 strony
Literatura  polska

   Wiesz, reportaż i realistyczna powieść to chyba dwa brzegi tej samej rzeki.

   Te słowa usłyszał autor wstępu do tego reportażu Mirosław Ikonowicz. To właśnie w tym krytykowanym przez innych podejściu tkwi siła jego przekazu i relacji. Dla jednych niedopuszczalne beletryzowanie reportażu, a dla innych (w tym mnie) sposób przekazywania nie tylko informacji, ale i emocji.

   Autor jest w tym mistrzem!

   To dlatego po ponad czterech dekadach od pierwszego wydania w 1976 roku, jego reportaż nadal żyje. Nadal znajduje czytelników. Ba! Inspiruje reżyserów, którzy na jego podstawie stworzyli animowany dokument. Sama jego treść opiera się na faktach, kiedy w Polsce rządziła komuna, a w Afryce kraje kolonialne odzyskiwały w krwawych wojnach domowych niepodległość. To był gorący dosłownie i w przenośni rok 1975.

Autor jako jedyny korespondent z bloku wschodniego został wysłany do Angoli. Kraju, który zrzucał portugalskie kajdany. 11 listopada miał być podpisany akt niepodległościowy. Swoją realcję-opowieść z tego wydarzenia zawarł w czterech częściach. Każda odpowiadała poszczególnym etapom procesu wyzwalania. Od ucieczki Portugalczyków po krwawe budowanie nowego porządku politycznego. Każda niosąca odmienne obrazy i całą paletę emocji wojny domowej. Warstwa informacyjna była bardzo ważna. Umieszczana głównie w depeszach i w czwartej części mającej charakter encyklopedyczny, dostarczyła mi podstawowej wiedzy na temat historii Angoli, chaosu wywołanym opuszczaniem go przez Portugalczyków i innych cudzoziemców, sytuacji gospodarczej, ścierania się opcji politycznych z socjalistami i kapitalistami w tle, walk na froncie czy formułowania się nowego rządu.

   Ale jak to zostało podane!

   Chaos, upał, bezsilność, choroby, strach, niepewność, głód i śmierć to silny przekaz zbudowany między innymi za pomocą realizmu magicznego pełnego symboliki. W jego centrum umieszczał przedmioty, ludzi, sytuacje, na które inni patrzyli, ale nie widzieli. Autor precyzyjnie wyłuskiwał je z otoczenia i czynił z nich głównych bohaterów narracji.

Angoli nie opuszczali ludzie, ale drewniane miasto zbudowane ze skrzyń z ich dobytkiem ładowanym na statki. Drewniane miasto opuszczające miasto kamienne – Luandę, było samo w sobie odrębną opowieścią w tym reportażu. Jego opis skupiający się na szczegółach i przepełniony ironią wynikającą z absurdu przemawiał bardziej niż sucha notatka, ściągająca mnie do realiów zawartych w depeszy. Ten kontrast był potrzebny po to, by móc porównać te dwa style przekazu i docenić ich uzupełniającą się rolę. Połączyć dwa brzegi tej samej rzeki.

   Przede wszystkim, by poczuć emocje!

   Było ich ponad ludzką odporność psychiczną. Pojawiały się, kiedy autor widział wycelowaną w siebie broń.

Kiedy ich dwudziestoletnia przewodniczka, żołnierka Carlotta, ginie.

Kiedy na każdym kilometrze drogi można było wpaść w zasadzkę, bo to była przede wszystkim wojna zasadzek. Kiedy upał i brak wody odbierał chęć działania. Kiedy choroby i gorączka trawiły ciało. Kiedy jego towarzysz na froncie z ulgą mówił pod koniec dnia – Jeszcze dzień życia. Od słowa „kiedy” mogłabym wymieniać kolejne zdania dosyć długo, czerpiąc z tej kopalni bez dna.

   Po co?

   By pamiętać, że historia uczy nie tylko poprzez przez fakty, które można zapomnieć, ale również przez emocje, które zostają w odbiorcy na zawsze. Że śmierć jednego człowieka to tragedia, ale śmierć miliona to już tylko statystyka. Od takich właśnie odczarowań mamy reportażystów. Autor w ukazywaniu aspektu człowieczeństwa w wojnie i emocjonalnego wywierania wpływu na czytelnika jest nauczycielem ponadczasowym. Jak widać nie tylko innych dziennikarzy. To najnowsze, filmowe wydanie reportażu o tym świadczy. Bogato ilustrowane kadrami z filmu oddaje sens jego przytoczonych na początku słów. Z rzeczywistości można zrobić film, a z Carlotty bohaterkę animowaną.

Ale nikt nie zaprzeczy, że tak było i że dziewczyna istniała. Żyła i zginęła za wolną Angolę.

   Nadal żyje na kartach tej książki.

   To też obraz pracy reportera w tamtych czasach. Człowieka, który szedł pod prąd uciekających ludzi. Docierał na front. Ryzykował życiem dla informacji. Dla którego wszystko było fascynującą, wciągającą go zagadką. Który chciał obraz statyczny i statystyczny wojny, zamienić w rzeczywistość o żywym, zdziwaczałym, wypaczonym, wstrętnym i brudnym wnętrzu. Dla którego pasja była podstawą zawodu reportera.

   Dla którego To nie jest zawód dla cyników.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jeszcze dzień życia [Ryszard Kapuściński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zwiastun animowanego dokumentu stworzonego na podstawie reportażu.

środa, 15 sierpnia 2018
Złote żniwa – Jan Tomasz Gross

Złote żniwa: rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów – Jan Tomasz Gross, współpraca Irena Grudzińska-Gross
Wydawnictwo Znak , 2011 , 206 stron
Literatura polska

   ”Złote żniwa” to książka o chciwości, o grabieży, o mordach i żydowskim cierpieniu.

   To pierwsze zdanie Jana Grabowskiego, otwierające przedmowę do publikacji, wyraźnie określało jej charakter – była selektywna tematycznie i taka miała być z założenia. Powstała jako odpowiedź na propozycję Oxford University Press, aby napisać niewielką książkę do planowanej przez wydawnictwo nowej serii – esejów poświęconych w całości jednemu ważnemu zdjęciu z dziedziny, którą zajmuje się autor. Pomyślał o tej fotografii.

Wikipedia

Ilustrowała ona artykuł Gorączka złota w Treblince Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego, który ukazał się 8 stycznia 2008 roku w Dużym Formacie, dodatku do Gazety Wyborczej. Pochodzi ono od jednego z mieszkańców Wólki Okrąglik położonej w pobliżu Treblinki. Pozornie sielska, przypominająca chwile wytchnienia w trakcie letnich prac polowych, gdyby nie szczegół, którego w ogóle nie zauważyłam. Wyróżniający ją detal wskazał mi autor. Widać go w zbliżeniu u stóp pozujących osób.

Jego groza w zderzeniu z sielskością wywarła na mnie piorunujące wrażenie.

   A to był dopiero początek interpretacji tej upiornej fotografii!

   Autor stworzył dokumentalny esej historyczny, w centrum którego znalazło się to zdjęcie z „kopaczami”, „szakalami”, „hienami” albo „zwyrodnialcami”, jak ich powszechnie określano po wojnie. Rozdział po rozdziale analizował zjawisko, jak sugerował podtytuł, istniejące na obrzeżach Holokaustu - „przejmowania” własności żydowskiej na ogromną skalę. Eufemistyczną nazwę tego procederu ujęłam w cudzysłowie, ponieważ były to tak naprawdę grabież i rabunek połączone często z masowym mordem lub indywidualnym morderstwem daleko wykraczającymi poza ramy pojęcia antysemityzmu, ponieważ dokonywano je również po śmierci Żydów. Autor, posługując się metodą „gęstego opisu”, szczegółowo przedstawił skrzętną gospodarkę wykorzystywania „surowców wtórnych” pozyskiwanych od Żydów, wysyłanych tonami z obozów koncentracyjnych do III Rzeszy, czerpanie korzyści majątkowych od ukrywających się Żydów, jak i eksploatację terenów obozowych po wojnie przez okolicznych mieszkańców. Podkreślał przy tym, że eksploatacja gospodarcza miejsc masowej zagłady przez okoliczną ludność nie była oczywiście polską specyfiką, powołując się na szerszy kontekst światowy. Na  historię krwawej chciwości w Rwandzie, Srebrenicy czy Kambodży. Jednak w przeważającej mierze tematyka polska była dominującą. Oparł się w swojej analizie na źródłach dokumentalnych – wywiadach, relacjach i wspomnieniach świadków (między innymi na dzienniku dr. Zygmunta Klukowskiego Zamojszczyzna 1918-1959), artykułach, opracowaniach historycznych, dokumentach Armii Krajowej, archiwaliach sądowych, ukazując konkretną twarz rabującego, okradającego i mordującego oraz ich ofiary. Niektóre z nich były bardzo drastyczne i  przejmujące. Jednocześnie ujawnił obraz systemu o charakterze usankcjonowanej normami praktyki zbiorowej, w której udział mieli wszyscy, a nie tylko margines społeczny czy jego patologia – od wysoko postawionego Niemca poprzez  polskiego chłopa po bankiera w Szwajcarii połączonych złotym zębem wyrwanym ze szczęki martwego Żyda. Echo tego usankcjonowanego społecznie procederu obserwujemy współcześnie w aferze reprywatyzacyjnej, która w Warszawie przybrała karykaturalne rozmiary.

   Nie są to dla mnie nowe informacje.

   Czytając wspomnienia wojenne oraz literaturę poświęconą Holocaustowi, poznawałam również i tę tematykę – grabieży, szmalcownictwa, żeru, wyzysku i morderstw na tle rabunkowym. Tyle że wiedza ta była rozproszona, wzmiankowana, podawana przy okazji, łatwa do zbagatelizowania. Może świadomego pomijania w dyskusji publicznej? Dla mnie była widoczna, powszechna i tak częsta, że stanowiła stały i nieodłączny, wręcz charakterystyczny, element Holocaustu. Byłam ogromnie zdziwiona szumem wokół tej pozycji i innych książek autora, jak chociażby Strach. Zadawałam sobie pytanie – skąd to całe zamieszanie, skoro wszystkie te fakty są w literaturze wspomnieniowej świadków? Okazuje się, że wiedza rozproszona, do której dociera niewielu, zebrana w jednym miejscu i podana w formie monografii, posiada niszczącą moc burzenia dotychczasowego, tylko pozytywnego wizerunku Polaków, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni przez literaturę pozytywnie wybiórczą w podejściu do naszej historii. Takie pozycje, jak ta, tworzą dla dotychczasowej, jednostronnej i niepełnej wiedzy równowagę i niezbędny balans. Są potrzebne, wręcz konieczne, ponieważ nie ma jednego, całościowo traktującego opracowania tego zagadnienia. Takiego, jakiego doczekała się historia Armii Krajowej. Również traktowana selektywnie i wybiórczo, stwarzając grunt do walki na argumenty między jej obrońcami a „szkalującymi” jej dobre imię. Kres tym tylko skrajnym podejściom (przynajmniej taką mam nadzieję) położyło opracowanie całościowe Joshuy D. Ziemmermanna Polskie Państwo Podziemne i Żydzi. Konieczne jest podobne w przypadku postaw Polaków wobec Żydów w czasie II wojny światowej.

   Bardzo czekam na taką pozycję.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Krótkie uzasadnienie przez autora selektywnego charakteru książki.

wtorek, 24 lipca 2018
Dwie siostry - Åsne Seierstad

Dwie siostry - Åsne Seierstad
Przełożyła Iwona Zimnicka
Wydawnictwo W.A.B. , 2018 ,  512 stron
Literatura  norweska

   Był przerażony!

   Przebywał dotkliwie pobity w ciemnym, prymitywnym wychodku z otworem na fekalia, zamienionym na celę. Miała jakieś dwa metry na dwa. Cuchnęła. Nie wiedział, dlaczego był więziony. Nie wiedział, co go czeka. Nie wiedział, za co go skatowali i tutaj wrzucili.

   Był tylko ojcem.

   To zdanie powtarzał, jak mantrę, gdy przykładali mu nóż do gardła. Wbijali lufę karabinu między łopatki. Prowadzili na egzekucję.

   Był w rękach ISIS.

   Do tej tragicznej sytuacji, do tego miejsca, do którego przyjechał z Norwegii i do statusu więźnia skazanego na śmierć, doprowadziły go pragnienia jego nastoletnich córek – dziewiętnastoletniej Ayan i szesnastoletniej Leili. Obie chciały jednego – szczęścia rodziców. Młodsza zwierzyła się osiemnastoletniemu bratu Ismaelowi – Nie jestem zbyt dobrą córką i nie daję rodzicom tego, na co NAPRAWDĘ zasługują, ale pomóc im osiągnąć życie wieczne to moja szansa na odwdzięczenie się. Mogły to zrobić tylko w jeden sposób – zaciągając się na świętą wojnę.

   Nastolatki wyjechały do Syrii prosto w szeroko otwarte ramiona ISIS.

   Autorka pisząc reportaż o dramacie emigranckiej rodziny Jumów mieszkającej w Norwegii, próbowała odpowiedzieć na kilka pytań. Nie tylko, dlaczego doszło do radykalizacji religijnej dziewcząt i co sprawiło, że dziewczęta zrezygnowały z rodziny, przyjaciół, studiów, z bezpiecznego życia – po to, by znaleźć się w strefie wojennej, ale także na pytania w kontekście norweskiego społeczeństwa – Czy radykalizacja ma związek tylko z nimi, czy również z nami? Co w naszym społeczeństwie sprawia, że niektórzy młodzi ludzie uważają się za poniżanych i dyskryminowanych? Co ciekawe, nie próbowała na te pytania odpowiedzieć bezpośrednio. Dostarczała tylko faktów, na podstawie których miałam zrobić to sama. Historię tragedii rodziny Jumów przedstawiła w postaci następujących po sobie scen ujętych w cztery rozdziały. Zrekonstruowała je na bazie zdobytych materiałów w postaci papierów pozostawionych przez siostry – wypracowań szkolnych, notatek z lekcji Koranu, zdjęć, zapisków, listów oraz zapisów rozmów z bratem i rodzicami prowadzonych poprzez komunikatory internetowe i SMS-y. Dialogi i opisy wydarzeń odtworzyła na podstawie wywiadów, przekazów i rozmów z ich świadkami – rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, pracownikami szkół, a także dokumentów zgromadzonych przez norweską policję. Dzięki temu losy sióstr były cały czas w centrum uwagi pomimo braku ich osobistego udziału. Tłem dla nich uczyniła kilka równoległych historii ich przyjaciółek lub znajomych, które podążyły lub nie ich śladami, po to, by pokazać, jak różne czynniki miały wpływ na radykalizację religijną. Wplotła w wydarzenia rodzinne również krótką historię powstania i rozwoju Państwa Islamskiego i jego metod werbunku oraz wojny w Syrii. W dużej mierze oparła się także na literaturze poświęconej temu tematowi (opracowania, artykuły, raporty), której bibliografię umieściła na końcu książki.

   Jeśli oczekiwałam, że dzięki temu reportażowi uproszczę lub sprecyzuję sobie poglądy na temat przyczyn radykalizacji religijnej i udziału młodych ludzi w syryjskiej wojnie, to myliłam się. Im bardziej wchodziłam w temat razem z autorką, tym bardziej byłam zdezorientowana, a raczej zdawałam sobie sprawę, jak bardzo skomplikowane jest to zjawisko. Sytuacja w Syrii nie jest tak prosta i czarno-biała, jak przedstawiają media, co autorka pokazała z drobiazgową dokładnością. Jednak, gdybym miała pokusić się o wnioski ogólne, sprowadziłabym je do jednego – ta wojna nie ma nic wspólnego z religią islamu. Uczyniono z niej narzędzie do osiągania celów politycznych, a tym samym władzy i pieniędzy. Na wojnę w Syrii składały się się setki drobnych konfliktów, z których wiele ciągnęło się od stuleci. W każdym chodziło o to samo. O terytorium. O ziemię. O zasoby. - zauważa autorka. O tym problemie, w którym liczy się ekonomia i zysk, dotyczącym każdego konfliktu zbrojnego na świecie, pisał między innymi Antonio Salas w reportażu uczestniczącym Ja, terrorysta. Do zasilenia szeregów „mięsa armatniego” werbuje się najchętniej cudzoziemców, którzy są bez powiązań lokalnych, więc łatwych w manipulacji. Najbardziej podatni na te działania są młodzi ludzie. Najczęściej w wieku dojrzewania. To oni w okresie poszukiwania tożsamości, sensu życia, pozycji, poczucia przynależności, emocji, potrzeby buntu i romantyzmu, jak wykazują statystyki przytaczane przez autorkę, są najliczniejszą grupą. O tym problemie pisała inna autorka również reportażu uczestniczącego Anna Erelle w Dżihadystce, ale w kontekście Francji. Bo ten problem dotyczy również Anglii, Szwecji, Niemiec, Kataru czy Kuwejtu. W Polsce nie jest to jeszcze problem, ale to nie znaczy, że nie ma w Syrii również Polaków. Dane nie są powszechnie znane z różnych względów. W Norwegii, jak podała autorka, na 70 par rodziców znajdujących się w sytuacji Jumów, znanych i omawianych w mediach jest tylko kilka.

   Publikacja pozostawiła mnie w totalnej bezsilności.

   Bo jak sprawić, żeby na świecie nie było wojen i zapanowała powszechna miłość? Jak chronić tych najsłabszych i najbardziej podatnych na manipulacje – dzieci i młodzież? Może odpowiedzią jest myśl Mahatmy Gandhiego – Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dwie siostry [Åsne Seierstad]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

O historii rodziny Jumów powstał film dokumentalny.

niedziela, 08 lipca 2018
Najlepsi – Tom Wolfe

Najlepsi: kowboje, którzy polecieli w kosmos – Tom Wolfe
Przełożył Jan Kraśko
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  512 strony
Literatura amerykańska

   Nie trzeba tej książki już kraść!

   Desperatów namawiał do tego znany publicysta (i nie tylko!) Mariusz Szczygieł w kwartalniku Książki. Magazyn do czytania nr 3/2017 i mam dowód na to „przestępstwo”.  Fragment tekstu (świetnego zresztą!) na temat reportażystów piszących w stylu gonzo.

Na szczęście nie trzeba już bić się z myślami lub sumieniem, czy ulec tej sugestii. Książkę można legalnie po prostu kupić lub wskazać bliskim do sprezentowania, bo właśnie ukazała się na polskim rynku wydawniczym.

   A warto!

   Niekonwencjonalna opowieść o kowbojach podbijających kosmos powstała z wieloletniego czekania autora na literacką, a nie medialną, wersję o pierwszych astronautach tworzących amerykański etos superbohaterów lat 60. XX wieku. Nie doczekał się, więc napisał ją sam, nieświadomie zapoczątkowując tym samym Nowe Dziennikarstwo. Nie bez powodu Mariusz Szczygieł wspomniał o niej w swoim artykule dotyczącym stylu gonzo. Styl przekazu autora jest do niego podobny, ale nie tożsamy. Polega na opisywaniu zdarzeń i wydarzeń na podstawie zebranych materiałów tak, jakby autor w nich uczestniczył osobiście. Jakby był ich naocznym świadkiem, wkładając w to mnóstwo emocji. Stworzenie tego nietypowego spojrzenia zajęło mu sześć lat. A przed tym zbierania wspomnień i wywiadów z pilotami i osobami związanymi z początkiem ery amerykańskich, załogowych lotów kosmicznych, przeglądania akt archiwalnych NASA oraz czytania publikacji naukowych i wspomnieniowych poświęconych tej tematyce.

   Powstała książka niezwykła!

   W Polsce ukazuje się po 30 latach od premiery w USA już jako prekursorka a zarazem klasyka amerykańskiego reportażu Nowego Dziennikarstwa, a ja miałam wrażenie, że została napisana wczoraj. Sprawił to właśnie ten odmienny od oficjalnego i zdystansowanego styl narracji zdominowany przez emocje. To one były najważniejsze, a ich tłem cała (przeciekawa zresztą!) historia początków kosmicznych lotów załogowych, wyścig do gwiazd między ZSRR i USA w kontekście zimnej wojny, początki powstania NASA i stworzenie nowej i bardzo ważnej dziedziny nauki – astronautyki naukowo-doświadczalnej. Jednak dużo ciekawszym było wszystko to, co działo się w bohaterach tych wydarzeń i między nimi – siedmioma uczestnikami pierwszego programu lotów załogowych w kosmos Merkury. Również ich żonami, a nawet szympansami, które przecierały gwiezdne szlaki ludziom. Autora mniej interesował obraz oficjalny, nieobiektywny, wykreowany przez media, które nazywał „układną Hipokrytką” i „wiktoriańskim Zwierzęciem Kolonijnym”, a bardziej to, co kryło się pod tą maską. Dzięki takiemu podejściu stworzył dynamiczny, ekspresyjny, emocjonalny obraz widziany od środka wydarzeń, pełen zmiennych postaw, żywych i spontanicznych reakcji, „zakazanych” myśli i odczuć, cenzurowanych zachowań i dialogów, nienagłośnionych decyzji mających wpływ na kierunek rozwoju oficjalnych wydarzeń, a także sytuacji intymnych oraz osobistych. Obraz pokazujący spektakularne osiągnięcia przez pryzmat czynności i zachowań przemilczanych, które do nich ostatecznie doprowadziły. Najtrafniej charakter książki oddał astronauta Russell Schweickart, uczestnik wyprawy Apollo 9: „Tom Wolfe nosi chyba jakieś specjalne szkła kontaktowe, które filtrują te wszystkie memoranda, spotkania, wspomnienia, protokoły, listy przedstartowe, opisy treningów, symulatorów, etc., etc., i skupiają się na lewatywie Pete’a Conrada czy na enigmatycznej osobowości Ala Sheparda... Nie czytałem książki opisującej historię w sposób bardziej emocjonujący, niż czyni to w swej książce Tom Wolfe. Ja czytałam podobną, ale wspomnieniową - Spaceman, którą napisał trzy dekady później astronauta mi współczesny, Mike Massimino. Ten sam poziom emocji i pryzmat szczegółów pokazujących wydarzenia od środka. Różni je tylko czas akcji - ta pierwsza to początki NASA, ta druga jej aktualny stan rozwoju. To zestawienie i porównanie zawartej w nich wiedzy niesie ze sobą kolejne ciekawe wnioski, z których jeden fakt nie zmienił się pomimo upływu lat – nieokreśloność i nieprzewidywalność czynników decydujących, kto poleci w kosmos. To COŚ w „gwiezdnym żeglarzu” zaliczającym go do elity ludzkości, a co autor nazywał „nienazwanym i nienazywalnym”. Chociaż autor podsumowania o Tomie Wolfie i książce starał się w przybliżaniu to coś określić, jako amalgamat wolności, odwagi, refleksu i junakierii w starym stylu. Coś, jak ułańska fantazja?

   Mam wrażenie, że zaliczyłam lot w kosmos i z powrotem, otrzymując cały bagaż skrajnych emocji, jakie temu towarzyszą!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos [Tom Wolfe]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 01 czerwca 2018
Pokochawszy – Jerzy Bralczyk , Lucyna Kirwil , Karolina Oponowicz

Pokochawszy: o miłości w języku – Jerzy Bralczyk i Lucyna Kirwil  w rozmowie z Karoliną Oponowicz
Wydawnictwo Agora , 2018 , 293 strony
Literatura polska
 

   „Język jest nie tylko po to, żeby coś załatwić. On jest sposobem istnienia człowieka.”

   Powyższe słowa wypowiedział literaturoznawca Jerzy Bralczyk, które gdzieś, kiedyś przeczytałam i sobie zanotowałam. Jeśli to prawda, to rozmowa trójki autorów książki jest próbą odpowiedzi na sposób tego istnienia również w miłości. Tej pojawiającej się między dwojgiem ludzi, składającej się z kilku etapów – zauroczenia, zakochania, miłości i przywiązania. Lucyna Kirwil podała za Bogdanem Wojciszkem trochę inne – zakochanie, romantyczne początki, związek kompletny, związek przyjacielski i związek pusty. Jakie fazy by nie były, jak by je nie nazywać, Jerzy Bralczyk stanowczo się im sprzeciwił. Tak reagują osoby, którym trudno pogodzić intymność i romantyczność z bezemocjonalnym podejściem naukowym, które reprezentowała Lucyna Kirwil – psycholog i agresolog. To zetknięcie się dwóch umysłów, odmiennych podejść zawodowych i różnych osobowości poprowadzonych meandrami, a może okresami w miłości, przez pisarkę Karolinę Oponowicz, było dla mnie nie tylko oddaniem „sposobu istnienia człowieka” w miłości, ale i miłości oddanej słowami poprzez narzędzie, jakim jest język. Zabrzmiało trochę filozoficznie, ale tej filozofii w rozmowie było, jak na lekarstwo. Dyskusją o gramatyce też bym jej nie nazwała. Autorzy we wstępie uprzedzili, że nie będą odpowiadać na ponadczasowe pytania typu – Jak to jest z tą miłością? Jest cudem czy więzieniem? Łącząc wiedzę z psychologii i językoznawstwa spróbowali odpowiedzieć na pytania przede wszystkim o językowy sposób wyrażania miłości i uczuć jej towarzyszących na każdym etapie jej rozwoju, o wpływ języka na zachowania miłosne człowieka, o pojęcia, te ładne i te wulgarne, określające miłość, seks i osobę westchnień, o umiejętność wyrażania emocji i rozmowy o nich, o sposobach wyznawania uczucia i zmienianiu się języka w miłości romantycznej, a potem dojrzałej, o języku seksu, który oscyluje między wulgarnym, medycznym lub infantylnym i języku kłótni, o miłosnym kiczu, rytuałach, rozstaniach, listach tradycyjnych zamieniających się w esemesy i dewulgaryzacji wyrażeń, które kiedyś były przekleństwami, a dzisiaj stosowane są bez świadomości ich dawnego znaczenia. Po tej rozmowie „pójść na całego”, „przegiąć pałę” i „rura mu zmiękła” wyrzucam ze swojego słownika. Nie są już dla mnie niewinne znaczeniowo. Powyższe wątki to tylko niewielka część całości, na dodatek wymieniona chaotycznie, bo sama rozmowa, nawet jeśli na taką wyglądała, była bardzo uporządkowana, w tej swojej wielokierunkowości rozwoju tematów, poprzez rozdziały. Każdy z nich odpowiadał chronologicznie etapom rozwoju miłości w związku. Zapowiadała je pomarańczowa kartka z tytułem czekającego mnie cząstkowego tematu rozmowy,

na odwrocie której umieszczano wybrane z niej zdania.

   Przysłuchiwałam się tej trójce rozmówców z ogromnym zaciekawieniem.

   Nie tylko ze względu na przeciekawe treści merytoryczne poszerzane odniesieniami do literatury, poezji, piosenki, filmów, w czym celował Jerzy Bralczyk z fenomenalną pamięcią do cytatów oraz zagadnień społecznych i kulturowych,  w czym z kolei celowała Lucyna Kirwil, ale również na elokwencję i erudycję obojga. Jeśli powiem, że również na poprawność polszczyzny, to będzie to truizm. Ciekawszą rzeczą było spojrzenie na tematykę omawianą przez małżeństwo z trzydziestopięcioletnim stażem, które pokazało, jak rozmawiać, jak dyskutować, jak prowadzić dialog, szanując zdanie i emocje drugiego człowieka. Nie wiem, czy nie nadużyję stwierdzenia, że ta umiejętność, tak pięknie pokazana, w dużej mierze przyczyniła się do trwałości ich związku, a wracając do cytatu – ich „sposobem istnienia człowieka” w związku.

   Przeuroczym!

   Co nie znaczy, że tak było zawsze. I mimo że Pokochawszy nie miała być wspólną autobiografią, to wątki osobiste w rozmowie pojawiały się. A im bliżej było końca, tym częściej sięgali do własnych doświadczeń. Rozmowa początkowo zdystansowana, pod koniec nabrała cech bardziej intymnych, z większą ilością przykładów pochodzących z ich małżeństwa, czego nie zauważyła prowadząca rozmowę, a co zauważył Jerzy Bralczyk, pytając – Pani Karolino, czy pani nie zauważyła, że my leżymy na leżance przed panią? i stwierdzając – Przecież my zdzieramy tutaj z siebie różne skorupy i siebie tez poznajemy dzięki pani. Wspaniała sprawa.

   Dla mnie również!

   To właśnie osobiste nawiązania i dzielenie się własnym doświadczeniem czyniły z tej merytorycznej rozmowy spotkanie kameralne i bez dystansu. Uwiarygodniały przekazywaną teorię, z którą można było się porównać, wysnuć wnioski, a przede wszystkim dowiedzieć się, że dobry i trwały związek to ciężka praca, w którym język i jego bogactwo to podstawowe narzędzie budujące lub niszczące go. Cała rozmowa była tego najlepszym przykładem. Ciekawa, ciepła, z odrobiną humoru i dystansu do siebie, elokwentna, iskrząca inteligencją, interdyscyplinarna i intertekstualna, rozwijająca, budująca, poznawcza, miłosna, a przede wszystkim ludzka.

   Rozmowa mądrych, kochających się ludzi, którą warto posłuchać, by wiele skorzystać.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Pokochawszy: O miłości w języku. Jerzy Bralczyk i Lucyna Kirwil w rozmowie z Karoliną Oponowicz [Jerzy Bralczyk, Karolina Oponowicz, Lucyna Kirwil]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Autorzy o swojej książce w porannym wydaniu TVN.
czwartek, 03 maja 2018
Właśnie Izrael – Eli Barbur , Krzysztof Urbański

Właśnie Izrael: gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela – Eli Barbur , Krzysztof Urbański
Wydawnictwo Poradnia K , 2016 , 272 strony
Literatura polska

   Gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela.

   Ten podtytuł idealnie oddaje charakter tej publikacji. Gadany, bo w formie trochę wywiadu, trochę rozmowy, a trochę przyjacielskiej pogawędki między dwoma dziennikarzami bardzo dobrze znającymi realia zarówno izraelskie, jak i polskie. Eli Barbur to wnuk jednego z założycieli państwa Izrael. Krzysztof Urbański to Polak często bywający w Izraelu i gruntownie znający ten kraj – jak przeczytałam w krótkim biogramie na okładkowym skrzydełku. Obaj na tyle profesjonalni, z ogromną i szeroką wiedzą, by móc się nią wymieniać, uzupełniać, tu i ówdzie ubarwiać anegdotą lub ciekawostką i od czasu do czasu otwierać mi buzię z zadziwienia lub zaskoczenia. Dodatkowo licznie ilustrowaną zdjęciami.

  Bo co ja wiedziałam o współczesnym Izraelu?

  Jakieś strzępki informacji z doniesień mass mediów. Jakieś migawki zdjęć z ataków terrorystycznych. Trochę literatury o problemach współczesnych kobiet w Izraelu opisywanych przez Ornę Donath w Żałując macierzyństwa, a z drugiej o ciemnej stronie życia w Tel Awiwie z opowiadań pisarzy współczesnych Tel Awiw Noir. Gdzieś między nimi zaplątała się powieść o romantyku Benjamina Tammuza Minotaur. Tyle i mało, ale jak się później okazało, mało też literatury hebrajskiej, godnej uwagi, w Polsce się ukazuje. Lubianego i popularnego w Polsce Edgara Kereta, Eli Barbur do niej nie zaliczył. Jego pogląd na temat twórczości tego pisarza mnie obraził i zirytował, ale o tym na końcu. Chcę zachować chronologię rozmowy o bardzo skomplikowanych i trudnych sprawach, by nie zgubić się w natłoku ogromnej ilości wątków. Rozmowa zaczęła się od powstania państwa Izrael, poprzez jego zasiedlanie, rozbudowę, formowanie się rządu, a zakończyła na współczesności, która geograficznie, na dołączonej mapie, wygląda tak:

W tej historycznej pigułce dynamicznych zmian geograficznych, demograficznych, politycznych i gospodarczych pod wpływem kolejnych fal emigrantów z różnych stron świata, które zresztą trwają do dzisiaj, widziałam stale obecną nadzieję, ale i cechę, która nieustępliwie, a nawet krwawo, wyrąbywała Żydom swoje miejsce na Ziemi Świętej – skrajny upór. Eli Barbur potwierdził to w podsumowującym rozmowę zdaniu – ...tak naprawdę Izrael w dużym stopniu powstał z desperacji, szaleństwa, rozpaczy i niezwykłej determinacji garstki ludzi... Może dlatego, że doświadczyli makabrycznych skutków braku własnego państwa. Bezdomności narodu osamotnionego w świecie. Bezpaństwowości, a tym samym nieliczenia się i nieistnienia w świecie polityki, która skutkowała Holocaustem. Teza Henryka Schönkera zawarta w Dotknięciu anioła, której zaprzeczali historycy, dopóki nie pojawiły się dowody, zabrzmiała i tutaj. Została wyrzucona na margines, co autorzy czynili często, jeśli myśl była warta wyróżnienia.

Pamięć tragicznej przeszłości była  motorem walki, jaką toczyli od początku przybywający Żydzi. Ocaleńcy z Holokaustu, których rzucano na front niemal od razu po tym, jak schodzili ze statków. Teraźniejszość tę gotowość stale podtrzymuje w kolejnych intifadach, wojnach, kryzysach i zamachach bombowych. Izrael jawił mi się pełnym sprzeczności. Wypełniony żołnierzami,

zasiekami i murami,

zdawałoby się niemożliwym do normalnego życia, które jednak toczyło się.

W atmosferze stanu wojennego żyje prawie dziewięć milionów Żydów pochodzących ze stu i jeden narodów, jak sami o sobie mówią. W kraju, w którym religia ma ogromne, wręcz decydujące znaczenie, w którym rabini nie pozwolili na uchwalenie konstytucji, a jednocześnie małżeństwa homoseksualne są w nim legalne, a geje i lesbijki mogą adoptować dzieci. To jedno z wielu zaskoczeń.

   A było ich dużo więcej!

   Mnie najbardziej zaciekawiły rozmowy o kulturze, a szczególnie o literaturze. O tym, co Izraelczycy czytają i co piszą. Niewiele mam ich przeczytanych, z których okazało się, że Edgar Keret jest najmniej godnym uwagi. Dobrze byłoby, gdyby autor na tej opinii zakończył wypowiedź. Jednak nie! Konsekwentnie rozwinął temat, mówiąc – Moim zdaniem jego opowiadania to najwyżej skecze dla niezbyt sprawnych myślowo małolatów. Ha! Kolejne zaskoczenie z cyklu – rozdziaw buzię i tak trzymaj! Na szczęście polski dziennikarz stanął w jego obronie, bo przecież ja nie mogłam, chociaż bardzo chciałam, ale ta uwaga ostatecznie okazała się cenną. Podsunęła mi myśl, którą kieruję do polskich wydawców – proszę skorzystać z sugestii nazwisk pisarzy Eliego Barbury, których twórczość warto podsunąć polskim czytelnikom – Noemi Regen, Jochi Brandes, Orly Cestel-Bloom, Anat Einhar, Sami Berdugo czy Ilai Rowner. Bardzo chciałabym, aby wydawnictwa wzięły je pod uwagę w swoich planach wydawniczych ku lepszemu zrozumieniu siebie nawzajem Polaków i Żydów. Zwłaszcza teraz, kiedy neofaszyzm podnosi łeb.

   Bardzo proszę o to.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Właśnie Izrael. „Gadany” przewodnik po historii i teraźniejszości Izraela [Eli Barbur, Krzysztof Urbański]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Wiedzę z książki uzupełniłam filmem.

niedziela, 29 kwietnia 2018
Mali bogowie – Paweł Reszka

Mali bogowie: o znieczulicy polskich lekarzy – Paweł Reszka
Wydawnictwo Czerwone i Czarne , 2017 , 294 strony
Literatura polska

   PSYCHIATRA: Macie do nas, lekarzy, pretensje, że jesteśmy tacy, owacy, że nie potrafimy leczyć. No to opowiem panu, jak to wygląda z mojej perspektywy.

   Rozmówca autora a zarazem dziennikarza nie był jedynym, który udzielił mu wywiadu. Autor zapisał ich dziesiątki. Z lekarzami różnych specjalizacji, rezydentami, stażystami, studentami medycyny, pracownicą związku zawodowego w ochronie zdrowia, członkiem władz Okręgowej Izby Lekarskiej, urzędnikiem Ministerstwa Zdrowia, byłym urzędnikiem Narodowego Funduszu Zdrowia. Ludźmi o różnym stażu pracy, dorobku zawodowym, działalności społecznej, z dużych szpitali i małych przychodni miast i wsi. Nie opowiadali o swoich sukcesach i osiągnięciach, bo nie o tę tematykę chodziło autorowi. Mówili przede wszystkim o rozpływających się marzeniach, o brutalnym zderzeniu się z systemem, który zmienił ich myślenie, nastawienie i postępowanie wobec swoich planów, zawodu, pracy i ostatecznie pacjenta, o trudnościach uniemożliwiających traktowanie leczonych jak podmiotu, o problemach finansowych i sposobach obejścia ich kosztem pacjenta i kosztem rozwoju zawodowego oraz własnego zdrowia, o hierarchii w środowisku lekarskim i jego hermetyczności o podłożu lobbystycznym, o rozdźwięku pokoleniowym, egocentryzmie interesów starszych lekarzy, o ponoszonych skutkach psychicznych tych, którzy nie mogli odnaleźć się w bezdusznym dla nich środowisku.

   W systemie bezwzględnym zarówno dla lekarzy, jak i pacjentów.

   Autor, rozmawiając z ludźmi związanymi ze środowiskiem medycznym, chciał dowiedzieć się dlaczego system ochrony zdrowia jest tak bezwzględny. Pacjentom każe odbijać się o mur obojętności, leżeć na korytarzach, godzinami czekać na szpitalnym oddziale ratunkowym na podstawową pomoc. Tutaj każdy czytelnik mógłby z łatwością nadal wymieniać z własnego doświadczenia kolejne pytania. Moje brzmi – dlaczego płacąc składki zdrowotne, muszę korzystać z prywatnych usług medycznych? Muszę, bo nie mam wyboru. Autor chciał zobaczyć działanie tego system od wewnątrz. Przekonać się osobiście, jak działa w praktyce. Dlatego zatrudnił się w szpitalu, obierając za miejsce obserwacji najniższy szczebel w drabinie hierarchii medycznej – sanitariusza. Przy okazji chciał przekonać się, po jakim czasie pojawią się pierwsze oznaki bezduszności wobec pacjentów. Eksperyment zabijania w nim empatii zakończył się szybkim „sukcesem”, o którym napisał – Wystarczyło ledwie kilka dyżurów, żebym zachował się w sposób, którego nie rozumiem i do dziś się wstydzę. Szybko też został zwolniony z pracy, bo dyrektor szpitala zorientowała się, że jest dziennikarzem. Z tego krótkiego „stażu” powstał Dziennik sanitariusza, którym naprzemiennie uzupełnił wywiady. Oprócz tego w swoim reportażu uczestniczącym umieścił również fragmenty Przysięgi Hipokratesa, Przyrzeczenia Lekarskiego, sprawozdania Rzecznika Praw Pacjenta z 2015 roku, informacji o kolejkach Narodowego Funduszu Zdrowia i innych okołomedycznych dokumentów. Te migawki zebrane w całość stworzyły obraz bezdusznego systemu ze zdystansowanymi lekarzami, którzy leczą na tyle, na ile on im pozwala.

   To fotograficzne odbicie rzeczywistości.

   Bez oceny i komentarzy ze strony autora. Mogłam sama przyjrzeć się faktom. Zobaczyć jak jest, a jak być powinno. Zaobserwować efekt kuli śnieżnej w procedurach medycznych i ochronie zdrowia. Prześledzić proces zmiany postawy lekarzy od pozytywnej do przystosowawczej i znieczulonej, a przede wszystkim zobaczyć ochronę zdrowia, przychodnie, szpital, wizytę lekarską z drugiej strony łóżka, kozetki, fotela i biurka.

   Poznać racje leczących.

   Usłyszeć ich głos. Ujrzeć i zrozumieć przyczyny fatalnego funkcjonowania opieki medycznej. I najważniejsze – wyciągnąć wnioski dla siebie jako pacjentki. Nie narzekać, nie przyjmować postawy roszczeniowej, mocno ograniczyć zaufanie, a już na pewno nie wylewać frustracji na lekarzy i pielęgniarki, tylko być świadomą i operatywną pacjentką. W tym systemie tylko tacy mają szansę na uzyskanie tego, do czego mają prawo. Trzeba tylko je znać. W tym kontekście nie jest to optymistyczny reportaż dla pacjenta. Wyraźnie mówi, że pacjent musi być menadżerem dla siebie samego, który zna mechanizmy systemu przeliczającego wszystko na pieniądze. Reportaż wyraźnie wskazuje, że dzisiejsza medycyna to biznes, lekarze to roboty, a pacjenci to rzeczy do naprawy. Jedyną osobą, która się nami przejmie w trakcie leczenia, jesteśmy my sami.

   Tak to wygląda z drugiej strony.

   Przerażająco, a lekarze są najmniej winni tego stanu rzeczy, chociaż to na nich w dużej mierze skupia się niezadowolenie społeczne. Zresztą autor w reportażu nie szukał winnych.

Uczynił to jednak w wywiadzie dla #dzieńdobryWP.

   Warto posłuchać.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Mali bogowie [Paweł Reszka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lutym w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1154 tytułów
Mój top czytanych w 2018
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi