Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 09 czerwca 2018
Kraina Proroka – Radosław Lewandowski

Kraina Proroka – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2018 , 510 stron
Tetralogia Wikingowie , tom 4
Literatura  polska
 

   A mówiłam! A uprzedzałam!

   Samą siebie, żeby nie przywiązywać się do bohaterów tej tetralogii o Wikingach pod żadnym pozorem, bo autor jedną ręką hojnie nimi obdarza, a drugą równie hojnie zabiera z kart książki. I stało się! Nie wierzyłam własnym oczom, widząc przerażającą mnie scenę. Muszę dodać, boleśnie skonstruowaną emocjonalnie i fizycznie, w czym autor szczególnie celuje. Nie mogę zdradzić, którego mojego faworyta autor wysłał w zaświaty, by nie odbierać przyjemności/nieprzyjemności zaskoczeń, które w czwartej i ostatniej części połączyły losy wszystkich bohaterów cyklu. Rozdzielone w części pierwszej Wilcze dziedzictwo, część druga Najeźdźcy z Północy i trzecia Topory i sejmitary wiodła szlakiem awanturniczej przygody tylko Oddiego Asgotssona. Wyklętego po zniewoleniu córki znaczącego woja i nieudanej próbie zamachu na tron swego wuja Eryka Zwycięskiego. Dojrzewającego chłopca, a potem mężczyzny kierowanego żądzą zemsty za zniewolenie matki i siostry. Banity, który przebył długą i trudną drogę z rodzinnej, szwedzkiej Birki poprzez Winlandię Dobrą aż do Mklagardu, skąd udal się w kierunku Morza Śródziemnego.

   Tym razem to nie jemu towarzyszyłam w wyprawie w nieznane.

   Jego rolę przejął w ostatniej części drugi z bohaterów początkowego zamieszania – Erik syn Eryka Zwycięskiego. Kuzyn Oddiego, który udał się wraz z paparskim niewolnikiem spisującym jego podróż na życzenie matki Erika, w kierunku Kordoby. Skuszony złotem, jakie miał dostać za pojmanego w niewolę kalifa, ostatecznie trafił aż na Sycylię z misją odbicia wyspy z rąk Maurów. Jego trasę wyprawy tradycyjnie znalazłam na wewnętrznej stronie okładki.

Wydawałoby się, że prosta misja szybkiego i obfitego wzbogacenia się nie będzie trudna. Jednak w miarę zbliżania się do Kordoby, zaczynała komplikować się za sprawą ujawnianych tajemnic, które skrywał niemalże każdy z bohaterów otaczających Erika. Niektóre były zaskakujące, ale niektóre niosące śmierć. Nie byłam w stanie przewidzieć kierunku, skąd nadleci zdradliwa strzała, wyjdzie skrwawione ostrze sejmitara lub nadleci topór najlepszego druha.

   Zdrada była wszędzie!

   Nawet wśród towarzyszy niejednej bitwy i niejednego wspólnie wypitego trunku. Nawet wśród członków własnej rodziny. Erik miał zaciętych wrogów, którzy zagrażali powodzeniu zyskownej wyprawy, ale także jego życiu. Na szczęście miał również wiernych przyjaciół, którzy byli gotowi oddać za niego życie. Ta niepewność w zamęcie stosunków dyplomatycznych, nagłych wydarzeń zmieniających kierunek wątków fabuły i zaskoczeń ujawnianych sekretów, była największym atutem tej części. Siłą napędową dynamiki akcji pełnej zmagań z wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym. To też część, która przybliża islam i historię panowania Maurów w Hiszpanii i na Sycylii. Autor tradycyjnie wpisał historię Erika w ramy historyczne, które przybliżył w posłowiu. Nie zapomniał również o ubarwieniu dialogów celnymi powiedzeniami i adekwatnymi przysłowiami zaczerpniętymi z obu kultur.

   To już jest koniec!

   Zaskakujący i brutalny koniec historii dwóch kuzynów, Erika i Oddiego, pchniętych w dalekie światy odmiennymi motywacjami i powodami. Losów trudnych i niebezpiecznych, jakie były udziałem Wikingów w X wieku. Historii osobistej walki o swoją tożsamość, honor i życie, ale i tej wielkiej, toczącej się w tle – Europy czasów średniowiecza. Odmiennej od obecnej, a przez to pociągającej dla współczesnego czytelnika, ale jakże aktualnej i ponadczasowej pod względem ludzkich emocji – zazdrości, zemsty, chciwości, nienawiści, ale i przyjaźni, honoru i miłości. Wartości budujących mosty ponad podziałami w bardzo zróżnicowanym świecie ścierających się interesów politycznych, różnic kulturowych i światopoglądów religijnych. Koniec pięknej, barwnej, emocjonalnej, chwilami zabawnej, gęstej postaciami i wątkami, brutalnej opowieści o Wikingach. Jednak nie dla samych Wikingów, dla których śmierć była dopiero początkiem wiecznego życia w Walhalli.

   I jeszcze coś!

   Coś, co mnie ujęło - poniższa dedykacja, doceniająca misję bibliotekarzy.

   Dziękuję!

Wikingowie. Kraina Proroka [Radosław Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

O meandrach tworzenia cyklu Wikingowie opowiada autor.

poniedziałek, 04 czerwca 2018
Ferma blond – Piotr Adamczyk

Ferma blond – Piotr Adamczyk
Wydawnictwo Agora , 2018 , 536 stron
Literatura polska
 

   Stare meble są niebezpieczne!

   Mogą na przykład zabrać komuś tożsamość. Dokładnie to przydarzyło się Michaelowi. Niemieckiemu politykowi, który w toaletce zmarłej matki znalazł tajemnicze dokumenty i listy. O ich przeczytanie, opisanie i odtworzenie historii bohaterów znaleziska poprosił swojego polskiego kuzyna, Piotra. Obaj mieli wspólnego dziadka antykwariusza i kolekcjonera mieszkającego w Berlinie. Ich matki, Charlotte i Helga, były siostrami. Jednak losy obu rozdzieliła wojna i miłość, skazując na życie we wrogich sobie krajach – Niemczech i Polsce. Jak do tego doszło i co było przyczyną podziału i rozpadu niemieckiej rodziny, Piotr opisał w drugiej, najobszerniejszej z trzech części powieści, którą mogę nazwać historyczną, a nawet kryminałem historycznym. Pełnym prawdziwych postaci znanych z historii, z których wiodącą był Adolf Ziegler. Artysta i prezes Izby Sztuk Plastycznych Rzeszy. Malarz, którego uwielbiał i cenił za akty kobiece Adolf Hitler, a pogardzali nim krytycy sztuki, nazywając go „narodowym malarzem włosów łonowych”. To on, uwodząc o dwadzieścia siedem lat młodszą Charlottę, matkę Michaela, wprowadził zamęt sercowy i zamieszanie obyczajowe, z powodu których dziewczyna trafiła do ośrodka Lebensbornu.

   Tajemnica z przeszłości, zapętlone losy bohaterów, morderstwa młodych kobiet seryjnego zabójcy i  miłosne mezaliansy na tle historii III Rzeszy czyniły z niej gęstą opowieść pełną zaskoczeń. 

   Znałam styl autora z Domu tęsknot, którym byłam zachwycona. Najnowsza jego powieść pozostaje wierna tematyce czyli skomplikowanym wojennym i powojennym stosunkom polsko-niemieckim, jednak nie jest tak poetycka, jak ta pierwsza. I nie może być! Powieść, w której dominują bolesne i okrutne fakty z czasów II wojny światowej dla obu narodów – obozy koncentracyjne, eugenika, ideologia nazistowska, rasistowska polityka prokreacyjna – wymaga odmiennej narracji. Autor wybrał delikatną ironię, która z jednej strony przybliżała ideologię III Rzeszy z naciskiem na „hodowlę rasy niemieckiej”, a z drugiej strony ukazywała jej absurdalność i groteskę, w które wpisali się Niemcy idący „z duchem dziejów”. Pokazał to poprzez losy zwykłych mieszkańców Berlina, jakimi była rodzina antykwariusza Helmuta, jak i tych z otoczenia Adolfa Hitlera. To bardzo liczna w fakty, postacie i wątki sensacyjno-kryminalne, powieść, do napisania której autor przygotował się, czytając publikacje wspomnieniowe i popularnonaukowe, a których bibliografię umieścił na końcu książki. Spośród 23 tytułów czytałam Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego, Mój Auschwitz Władysława Bartoszewskiego i ten najważniejszy w walce o prawdę o Lebensbornie toczoną tuż po wojnie – ”Lebensborn” czyli źródło życia Romana Hrabara. Demaskowała ona rolę i zadania ośrodków Lebensbornu i polityki prokreacyjnej III Rzeszy. Jak się okazuje nie do końca skutecznie, skoro temat ośrodków Lebensbornu w Polsce nadal jest negowany, przemilczany i zaprzeczany przez Niemców, o czym napisał autor w Post scriptum, czyli początek śledztwa dołączonym do książki. Swoją powieść nazwał „próbą rozpoczęcia poszukiwań” w tym kierunku. W Polsce jest pierwszym pisarzem sięgającym po tę tematykę. W literaturze powszechnej podjęła się tego tematu amerykańska pisarka Jo Ann Bender wydaną w Polsce powieścią beletrystyczną, tylko wykorzystującą fakty - Lebensborn: życie i miłość w III Rzeszy. Niestety rozczarowała mnie warsztatem pisarskim.

   Piotr Adamczyk zrobił to dużo lepiej pod każdym względem.

   Przede wszystkim jest wiarygodny. Nic nie wzbudzało moich wątpliwości. Szczegóły z codziennego życia ówczesnych Niemców od ich różnorodnych postaw wobec zachodzących wokół zmian politycznych po prace domowe dzieci zawierające treści eugeniczne, zadziwiały. Ciekawostki wynalazcze prosto z obozów koncentracyjnych robiące karierę w powojennych już seks shopach, zaskakiwały. Cytaty czerpane ze źródeł historycznych zaciekawiały. Zwłaszcza te z Mein Kampf. Warsztat pisarski, który potrafił ten ogrom wiedzy wpleść w przeciekawą fabułę, ujmując historię rodziny berlińskiego antykwariusza w klamrę współczesności, w której jednym z bohaterów autor uczynił siebie samego, dając mu swoje imię i sugerując, że ta fabularyzowana historia, opowiadana z jego punktu widzenia, przydarzyła się mu osobiście, potwierdził swój wysoki poziom. I najważniejsze – uczynił powieść użyteczną społecznie, na tyle zaciekawiając czytelników tematyką, by delikatnie zwrócić ich uwagę w kierunku innych pozycji ją rozwijającą.

   To ważne.

   O jej zaistnienie w historii i w świadomości obu narodów walczył Roman Hrabar, poświęcając jej wiele lat pracy. Zadziwiającym jest natomiast fakt, że Niemcy nadal tę walkę o prawdę, a właściwie o jej fałszowanie, kontynuują. Ferma blond o bardzo wymownym i ironicznym, jak na autora przystało, tytule miała być napisana po to, by znowu zacząć walczyć o prawdę o ośrodkach Lebensbornu w Polsce w czasie wojny.

   A takich książek nie zapomina się.

Ferma blond [Piotr Adamczyk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
czwartek, 31 maja 2018
Topory i sejmitary – Radosław Lewandowski

Topory i sejmitary – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2017 , 432 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 3
Literatura  polska
  

   Kolejna niespodzianka!

   Tym razem kierunek Wielkiej Przygody z wikingiem Oddim Asgotssonem zapowiadało słowo, którego nie znałam – sejmitary. Szybko wrzuciłam pojęcie do wyszukiwarki i oto, co mi wyskoczyło!

Wikipedia

Broń biała rzadko wykorzystywana w literaturze, za to często w grach komputerowych. Ze skrzyżowania północnych toporów i południowych sejmitarów powstała tym razem nie tylko dynamiczna i ciekawa poznawczo opowieść, ale przede wszystkim mieszanka już nie tylko dwóch kultur (wikińskiej i indiańskiej), jak było w drugim tomie Najeźdźcy z Północy, ale kilku, które bohaterowie pod dowództwem Oddiego, napotykali na swojej trudnej i bardzo niebezpiecznej drodze. A szlak wiódł przez rzeki, jeziora i lasy od szwedzkiej Birki do ówczesnego Miklagardu. Bardzo znanego miasta w X wieku i obecnie, ale nie zdradzę jego współczesnej nazwy, ponieważ samodzielne kojarzenie i konfrontowanie wiedzy z historii było dla mnie jedną z zabaw logicznych, jakie dostarczała mi opowieść. Historycznymi zagadkami, które uwielbiałam rozwiązywać, korzystając z podpowiedzi opisowych autora. Nie chcę zabierać tej przyjemności kolejnym czytelnikom. A okazji do odkrywania i zgadywania napotykałam mnóstwo, bo i szlak był bardzo długi. Od Morza Bałtyckiego do Morza Czarnego, jak pokazywała mapka umieszczona na wewnętrznej stronie okładki.

Mijane osady, grody i miasta były jednocześnie tytułami rozdziałów. Oddi wyruszył w tę ryzykowną podróż w nieznane motywowany zemstą. Po przybyciu do rodzinnej Birki dowiedział się, że jego matkę zamordowano, a czternastoletnią siostrę Jofriddę sprzedano w niewolę, wywożąc aż do Gardariki. Chęć jej odnalezienia lub pomszczenia ewentualnej jej śmierci była jedynym powodem wyprawy. Dla jego drużyny współtowarzyszy, która powiększyła się o jomswikingów z Jomsborga, również okazją do zdobycia łupów i wzbogacenia się.

   Ich wędrówka przypominała mi reguły baśni i gry komputerowej.

   Zawierała sporo ich elementów. Wyprawa w nieznane miała jasno określony cel, bardzo trudny do osiągnięcia. Zdobywanie kolejnych etapów podróży przypominało wchodzenie na kolejny level. Cele etapowe były uzależnione od skrajnych warunków spełnianych na poprzednich etapach. Powodzenie było uzależnione od umów, negocjacji lub zadań stawianych przez kluczowe postacie rozwijającej się akcji. Bohaterowie pozytywni i negatywni ścierali się w walce o dobro, w której siła fizyczna liczyła się tak samo, jak spryt i logiczne myślenie. W tyglu kultur pojawiali się bohaterowie, do których nie mogłam się przywiązywać, bo sukcesy wymagały ich ofiar w wyniku zdrady, walk, bitew, potyczek czy patologicznych działań psychopatów posiadających władzę. Sceny sadyzmu autor doprowadził do perfekcji. Czułam niemalże fizycznie zadawany ból i cierpienie. To w nich widać kunszt operowania słowem, by oddać to, co podsunie autorska wyobraźnia. A wszystko to zatopione w w atmosferze nieznanych, ale pięknych rzek, jezior, osad i lądów zamieszkiwanych przez ludy tworzące przebogatą mieszankę współistniejących ze sobą kultur. Ludzi o odmiennych systemach wartości, różnych językach, obyczajach i wierzeniach. Te ostatnie często ze sobą konfrontowanych i porównywanych, by ukochana Oddiego podsumowała to zjawisko dającym do myślenia, jednym pytaniem – może to wszystko było kiedyś jednym? Spośród wierzeń, które reprezentowali pojawiający się bohaterowie, najbardziej zainteresowała mnie wiara naszych przodków. Autor wplótł w historie wyprawy wątek z niewolnikiem Dobrogostem. Synem żercy służącym w przedchrześcijańskiej kątnicy w Płocku. Uczynił z niego źródło o ówczesnym systemie wierzeń słowiańskich, którego wyznawcy w XI wieku w Polsce trzykrotnie powstawali przeciwko ekspansywnemu chrześcijaństwu. To tutaj dowiedziałam się, że bociany przynoszące dzieci, a pierwotnie zaszczepiające duszę w narodzonych, są echem wierzeń naszych praojców. Te i inne fakty zawarte w powieści autor tradycyjnie zaczerpnął z materiałów źródłowych, o czym napisał w posłowiu omawiającym rys historyczny w fabule. Dzięki temu mogłam oddzielić prawdę od fikcji literackiej. Przede mną ostatnia część tetralogii o wiele obiecującym tytule – Kraina Proroka. Znowu będzie się działo!

   I bardzo dobrze!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wikingowie. Topory i sejmitary [Radosław Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 13 maja 2018
Najeźdźcy z Północy – Radosław Lewandowski

Najeźdźcy z Północy – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2016 , 415 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 2
Literatura  polska
  

   Szalony pomysł!

   Zwiastowały go postacie na okładce – Indianina i Wikinga. Zastanawiałam się, czy można połączyć dwie, tak odmienne kultury? Autor udowodnił, że można! W historii zdarzały się takie przypadki, które skrupulatnie wykorzystał w drugim tomie tetralogii Wikingowie. Rozwinął w nim wątek ucieczki Oddiego Asgotsona przed oddziałem pościgowym konunga Eryka Zwycięskiego zapoczątkowany w pierwszym tomie Wilcze dziedzictwo. Rzucił nastoletniego chłopca, ale zaprawionego w boju i przez trudne życie z ojcem, w głąb dzisiejszej Kanady. W rejon Półwyspu Labradorskiego i Nowej Fundlandii w czasie zimowym. Opisy krajobrazów, ich szczegółowość i metafory sprawiły, że mogłam z przyjemnością zachwycać się nimi razem z Oddim. Korzystać z podsuwanych mi map, by samodzielnie tworzyć krajobrazy w wyobraźni.  Te na powierzchni wyspy pełnej lasów i te w głębi mrocznych jaskiń. Zgodnie z dedykacją umieszczoną przez autora na początku książki.

Dosłownie również, ponieważ na wewnętrznej stronie okładki widniała mapa wyspy, po której wędrował, skradał się, uciekał lub gonił Oddi.

Sił i odwagi uciekinierowi dodawała jedna myśl – chciał przeżyć, by wrócić do Szwecji i uwolnić matkę oraz siostrę. Był przekonany, że ojciec zginął, więc ciężar odpowiedzialności za losy bliskich spoczął na nim. Zdany na własne siły, a w większej mierze na szczęście, dokładnie je wykorzystał w pierwszej potyczce z tubylcami. Ratując gwałconą dziewczynę z plemienia Beothuków przed śmiercią ze strony gwałcących ją Indian z plemienia Mikmaków, wkupił się w łaski jej ojca i wodza oraz samej uratowanej. Ten niebezpieczny, ale udany początek rozpoczął życie Oddiego wśród Indian. Ciągłą konfrontację stylu życia, wierzeń, obyczajów dwóch kultur, w której Oddi często musiał ustępować, by przeżyć. Nawet jego bogowie nie mieli już tak wielkiej władzy na obcej ziemi. Jego umiejętności walki i wiedza taktyczna bardziej sprawdzały się w starciach, potyczkach i bitwach z innymi plemionami niż w życiu codziennym. Był jednak otwarty na wiedzę nowych przyjaciół, którzy przyjęli go do swego plemienia. Wśród których stracił serce dla uratowanej przez niego Shaa-naan-dithit, jednocześnie cały czas myśląc o pozostawionych w Szwecji bliskich. Pobyt na obcej ziemi bardzo go zmienił. Wyspa go zmieniła, ukochana Shaa-naan- dithit i Wielki Duch. Nie Odyn, ale Manitou.

   Oddi stał się silniejszy i bardzo niebezpieczny.

   Można potraktować tę część tetralogii jako przeciekawy przewodnik po kulturze indiańskiej i wikińskiej. Zwłaszcza że autor rozdziały poprzedzał cytatami myśli znanych wodzów i czarowników Ameryki Północnej, które wprowadzały i jednocześnie podsumowywały ich treść, zawierając ponadczasową wiedzę o świecie i roli człowieka w nim.

   Można również potraktować tę część jako pełną krwawych, dynamicznych przygód inicjację w dorosłość Oddiego, którego ukształtowało nie tylko własne dziedzictwo, ale również nowo poznana kultura. Jej filozofia poszerzyła jego horyzonty myślowe i pokazała świat z odmiennej perspektywy, zmieniając pojmowanie winy za los, którego doświadczał. Był przekonany, że to on sam jest odpowiedzialny za wszystko, co go spotyka. Nie świat i inni ludzie, jak do tej pory myślał, ale on sam. Zmiana świadomości  radykalnie zmieniła również jego postawę. Z uciekiniera przed Erykiem Zwycięskim na wojownika, który wypłynął mu na spotkanie.

   Będzie się działo w tomie trzecim!

Wikingowie. Najeźdźcy z Północy [Radosław  Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 05 maja 2018
Wilcze dziedzictwo – Radosław Lewandowski

Wilcze dziedzictwo – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2017 , 432 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 1
Literatura  polska

   Uwielbiam świat wikińskich wojów!

   Najciekawszy jest w jego przedstawianiu indywidualizm twórczy autora. Filmowy serial Wikingowie wyreżyserowany przez Michaela Hirsta pokazywał brutalną rzeczywistość zarówno mężczyzn, jak i kobiet w ówczesnej Skandynawii. Pochłonął mnie totalnie! Saga Północna Droga to przede wszystkim zmysłowy świat kobiety słabej fizycznie, ale silnej psychicznie w męskim patriarchacie. Może dlatego, że stworzyła ją kobieta, Elżbieta Cherezińska. Również pochłonął mnie totalnie. Pozycja popularnonaukowa Moce wikingów Władysława Duczki, pozwoliły mi oddzielić prawdę historyczną od fikcji literackiej.

   Byłam ciekawa kolejnej wersji o wikingach!

   Z niecierpliwością sięgnęłam po pierwszy tom tetralogii i już po pierwszych stronach prologu  powieści wiedziałam, że czeka mnie przede wszystkim brutalna przygoda skąpana we krwi, balansująca na cienkiej granicy realiów i wierzeń. Początkowo trudno było mi wskazać głównych bohaterów, ponieważ powieść składała się z czterech, wyraźnie oddzielnych ksiąg. Każda wprowadzająca nowe losy kolejnych bohaterów lub umieszczona w odmiennych realiach geograficznych. Z czasem zrozumiałam, że opisanie wielu, ale znaczących dla fabuły wydarzeń dziejących się w pierwszej połowie X wieku, było ważnym i decydującym o kierunkach jej dalszego rozwoju, początkiem wielu wątków, z których dwa były wiodące – dwie wyprawy wikingów ze skandynawskiej Birki. Obie zaznaczone na mapkach umieszczonych na wewnętrznych stronach okładek.

Jedna do Grenlandii pod wodzą Asgota z Krwawą Tarczą, landmana władającego wielkimi połaciami ziemi i stormana z północnej Szwecji, kuzyna samego Eryka Zwycięskiego, trzeciego w linii pretendentów do jego tronu. Druga do królestwa Leóna, w której władał protektor Aragonii , Nawarry i Katalonii Ramiro II. Pierwsza była ucieczką wikinga-renegata obciążonego klątwą Lokiego, który skierował miecz przeciwko własnym braciom, a zarazem pionierską w zakładaniu nowych osad na obcej ziemi. Druga wyprawą najemną szwedzkiego konunga Erika Zwycięskiego przeciwko maurom. W pierwszej bohaterem był syn Asgota z Czerwoną Tarczą, Oddi, , który bardziej kristmadzkiego papara przypomina, a nie wodza wikingów, jego iryjska matka tak napsuła mu w głowie, że częściej po pergamin i inkaust sięga niż po miecz i tarczę. W drugiej Eric Ericsson, syn Eryka Zwycięskiego, truhtina szwedzkiego i Sygrydy Storådy, córki konunga Wenedów Mieszka I i Siostry Bolesława Chrobrego. Obaj nastoletni o bardzo różnych osobowościach, z odmienną przeszłością i rysującą się przyszłością. Na Oddim ciążyła klątwa Jörmunganda, w której popadnięcie  świadkiem byłam w prologu i nienawiść ojca, uważającego go za bezwartościowego potomka. Przyczyna zdrady Asgota i sprawca przymusowej wyprawy. Z kolei Eric Ericsson był synem kochanym. Zwłaszcza przez matkę, dla której prowadził dziennik z wyprawy dyktowany paparowi, bo sam był niepiśmienny. Dzięki jego narracji pierwszoosobowej oglądałam rzeczywistość widzianą oczami dojrzewającego i buntującego się chłopca, który żył przygodą i nieznanym. Gotowym na wszystko, byle tylko być tam, gdzie najgoręcej, najniebezpieczniej, najciekawiej, a czasami najkrwawiej.

   Ta wielość bohaterów i wątków w pierwszej części cyklu była konieczna do ukazania przebogatej kultury i życia społecznego wikingów. Ich obyczajów, wierzeń, ubiorów, uzbrojenia, sposobów walki, polityki między jarlami i z obcymi. To był, pomimo jednorodności, bardzo zróżnicowany świat. Autor ukazał go bardzo mocno osadzonym w tradycji i mitologii, ale jednocześnie czerpiącym dla siebie, na własnych warunkach, to, co najkorzystniejsze  – złoto, niewolników i sojuszników. Tylko bogowie byli niezmienni. To przede wszystkim męski świat honoru, w którym kobiety były jednym z wielu elementów ich życia. Absurdalnie bardzo ważnym, ale mało cenionym. Rzeczywistość, którą wypełniały bitwy, walki i pojedynki na miecze i słowa o dumę, bogów, złoto, kobiety, ziemie, przywództwo i władzę. Bardzo dynamiczny wielością scen militarnych skąpanych we krwi, pocie i urynie. Autor wykorzystywał niektóre fakty historyczne, wokół których obudował fabułę. Opisy wzbogacił terminami skandynawskimi i mitologicznymi, które umieścił w słowniku na końcu książki, a dialogi „kwiecistymi” określeniami metaforycznymi, które pełniły rolę wyzwisk, przekleństw, sposobu okazywania skrajnych emocji lub dobrego humoru.

   Pierwsza część wprowadzająca w niebezpieczne przygody i  skomplikowane losy dwóch chłopców wśród twardych wojów, pozostawiła we mnie niedosyt. Ciekawą zapowiedź dalszego, które czekało na mnie w kolejnych częściach. Ich grafika okładkowa wprawiła mnie w zachwyt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wikingowie. Wilcze dziedzictwo [Radosław Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 21 grudnia 2016
Uciekinier – Łukasz Czeszumski

Uciekinier – Łukasz Czeszumski
Wydawnictwo CL Media , 2016 , 422 strony
Cykl Krew Wojowników ; Tom 1
Literatura polska


Na okładce tej książki widnieje taka oto informacja:

To zapowiedź i przedsmak tego, co wydarzy się w późniejszych tomach tego cyklu historycznego. Na razie tom go otwierający to dopiero początek opowieści.
Historii podwójnej.
Pierwszą tworzą losy Jarosława Burzyńskiego, poddanego Korony Polskiej szlacheckiego rodu o niewielkiej ilości posiadanej ziemi, ale za to o wojennej sławie, zdobywającej wprawdzie poparcie wśród wielkich hetmanów, ale i zbierającej kpiny ze strony książąt i biskupów mazowieckich, że Burzyńscy mają zamek i sławę, ale nie mają bogactwa. Mieli za to zupełnie coś innego. Coś co na przełomie wieków XV i XVI, a potem w dobie renesansu, nie było wartością powszechną i nadrzędną – honor własny i dobro Polski. Cele osobiste mazowieckiej szlachty oraz rozgrywki polityczne, w których Burzyńscy nie chcieli brać udziału, doprowadziły do rodzinnej tragedii. Jarosław, jako wyjęty spod prawa,chcąc ratować życie, musiał wyruszyć w świat, szukając zatrudnienia jako najemny wojownik. W tej części cyklu krąży po Europie, której dwie mapki autor umieścił dla mojej wygody śledzenia wędrówki głównego bohatera.

Jego losy to pasmo niekończących się przygód, niebezpiecznych wydarzeń i zaskakujących zbiegów okoliczności. Niekoniecznie dobrych dla Jarosława, ale bardzo dobrych dla mnie. Koniec jednego zdarzenia był początkiem kolejnego. Między nimi, w chwili oddechu od tempa akcji, Jarosław zamieniał się w uważnego obserwatora ówczesnej Europy, której dzieje i zachodzące zmiany społeczne determinowały jego perypetie, kierunek dalszej wyprawy, a nawet szczęście do uchodzenia z życiem i duszą na ramieniu.
Przez pryzmat jego indywidualnego losu i losów osób wszystkich stanów spotykanych na swojej drodze autor opowiedział drugą historię – opowieść o Europie u schyłku średniowiecza i na początku renesansu.
Całość mocno osadził w realiach historycznych.
Wędrując z Jarosławem mogłam prześledzić zmieniającą się sytuację polityczną i gospodarczą, ich wpływ na wszystkie stany społeczne, trudy przemian rycerstwa w arystokrację i wynikające z tego procesu skutki, zwłaszcza dla chłopstwa, w poszczególnych krajach europejskich. Czasami byłam jednak zaskakiwana elementami fantastycznymi opartymi na wierzeniach, podaniach i legendach, które z faktami historycznymi nie miały nic wspólnego, za to pokazały Europę zabobonną, wierzącą w siły nadprzyrodzone, a przez to bojaźliwą i inkwizycyjną. Autorowi udało się odtworzyć realia tamtych czasów we wszystkich aspektach społecznych. Również militarnych. Dużo w tej opowieści scen walk i bitew, w których mogłam uczyć się rodzajów ówczesnego oręża. Autor ułatwiał mi to poprzez przypisy tłumaczące „tajemnicze” nazwy. Zadbał o każdy szczegół – ubiór postaci, jedzenie, system władzy, zależności społeczne, obyczaje, zwyczaje czy wygląd wnętrz. I najważniejsze – pozostawiał mi przestrzeń, którą mogłam zapełniać obrazami.
Potrafiłam to sobie wyobrazić ze szczegółami.
Nie potrzebowałam dodatkowych wyjaśnień o wyraźnie dydaktycznym charakterze, które tu i ówdzie wtrącał autor. Dla mnie zbędne i zupełnie niepotrzebne. Rozumiałabym ten zabieg, gdyby autor nie umiał słowami oddać swoich zamierzeń. Ale on to wszystko potrafił, więc zdania stawiane niczym kropka nad „i”, irytowały mnie. Nie lubię, kiedy traktuje się mnie, dorosłego czytelnika, jak dziecko. Chyba że autor myślał również o czytelniku młodszym, bo faktycznie powieść ta nie ma ograniczeń wiekowych. Zabrakło mi również skomplikowania akcji, przeplatających się, zapętlających i otwartych wątków, które skutecznie trzymałyby moją uwagę na wodzy tylko po to, by odkryć ich wyjaśnienie chociażby na końcu opowieści. Przygody Jarosława były linearne i same w sobie rozpoczęte oraz zakończone niczym supełki na sznurze. Chociaż początek powieści, z intro wyjętym z przeszłości i prowadzącym do teraźniejszości, by poprowadzić w nieznaną przyszłość, takie zagmatwanie zapowiadało. Być może taki był zamysł autora. Nie komplikować, by lepiej ukazać ówczesną Europę. By pokazać, jak napisał w posłowiu, że koniec średniowiecza i rozwój renesansu był epoką wielkiego chaosu i kryzysu wartości. Obfitowały w konflikty, wojny domowe i religijne, a degeneracja i tyrania władców sięgała zenitu. Zdrada, ucisk i zbrodnia były ponurą codziennością.
Ten zamysł w pełni zrealizował.
Na tyle dobrze, że jestem ciekawa dalszych losów i wędrówki Jarosława w drugim tomie, tym razem we Włoszech.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki

wtorek, 09 sierpnia 2016
Miła 18 – Leon Uris

Miła 18 – Leon Uris
Przełożył Andrzej Szydłowski
Wydawnictwo Adamski i Bieliński , 1999 , 472 strony
Literatura amerykańska

Miła 18 w Warszawie.
Znałam ten adres. Nie da się go pomylić z żadnym innym. Pierwszą „stolicą” naszego „żydowskiego państwa” jest bunkier przy Miłej 18 – zanotował kronikarz powstania Żydów w Getcie Warszawskim w tej powieści. Z kolei Karol Mórawski, opowiadając o tym adresie w Kartkach z dziejów Żydów warszawskich, przytoczył napis z obelisku mówiący wszystko – "Tu, w ruinach bunkra przy Miłej 18, spoczywają członkowie sztabu Żydowskiej Organizacji Bojowej, wśród nich Mordechaj Anielewicz, dowódca powstania, inni bojownicy, a także osoby cywilne. 8 maja 1943 roku po trzech tygodniach walki, otoczeni przez hitlerowców, zginęli lub odebrali sobie życie..." (s.141)

Wikipedia

To o nich jest ta powieść.
Wprawdzie autor w podziękowaniach zastrzegł sobie, że występujące w książce osoby są postaciami fikcyjnymi, to zaraz dodał – ale jestem ostatnim człowiekiem, który ośmieliłby się stwierdzić, że nie istnieli ludzie, których losy przypominały bardzo wyraźnie losy moich bohaterów.
I przypominają, odtwarzają, naśladują.
Do tego stopnia, że na podstawie tej powieści mogłam nie tylko prześledzić powstanie Żydów dzień po dniu, ale losy narodu żydowskiego w Polsce od momentu pojawienia się w niej do bojowego zrywu w 1943 roku. Autor do napisania tej powieści bardzo dobrze przygotował się merytorycznie. Zbierał materiały do tej książki od dziesiątków osób prywatnych, świadków tamtych wydarzeń i od organizacji oraz instytucji przechowujących pamięć o Holokauście. Z rzeczywistych miejsc, historycznych faktów i prawdziwych wydarzeń zbudował fabułę opowieści, którą wypełnił bohaterami z każdej strony okupacji – Polaków, Żydów i Niemców. By umożliwić mi poznanie i zrozumienie skomplikowanych stosunków między Polakami a Żydami, jak i wśród samych Żydów, każdego z nich wyposażył w inną tożsamość, odmienne spojrzenie na antysemityzm, współpracę AK z Żydami, lojalność wobec partii, sens walki czynnej lub biernej z Niemcami, powinność wobec narodu i rodziny, politykę okupacyjną nazistów i walki z nią czy światopogląd religijny. Ta mozaika różnorodnych postaci uwikłana w intymne, rodzinne, polityczne lub ekonomiczne stosunki i zależności między sobą lub z okupantem w skrajnych warunkach życia, wypełniła tę powieść ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Jego temperaturę podnosiły nie tylko spory polityczne, filozoficzne, religijne czy egzystencjalne toczone między sobą, ale i niepochlebny obraz polskiego społeczeństwa, powoli wyłaniający się z tej książki – Polaków, Kościoła katolickiego, Armii Krajowej i polskiego rządu emigracyjnego, biernego i biorącego udział w zmowie milczenia, bo większość polskiego społeczeństwa nie chciała brać udziału w wojnie niemiecko-żydowskiej. Mniejszość aktywnie występowała przeciwko Żydom. W tych momentach książka boli i zawstydza. Dla niektórych czytelników może być obrazoburcza i wywoływać agresywny sprzeciw.
Może dlatego powieść napisana w 1961 roku, w Polsce ukazała się po raz pierwszy dopiero w 1999 roku.
Całość powieści autor podzielił na cztery rozdziały: Zmierzch, Zmrok, Noc i Świt, odpowiadające chronologicznie czasom tuż przed wybuchem II wojny światowej, utworzeniu getta w Warszawie, jego likwidacji i wybuchowi powstania Żydów w getcie. Przez cały ten czas mogłam śledzić stałe bądź zmienne postawy bohaterów uzależnione od warunków, jakie stwarzała im aktualna sytuacja polityczna. Przyglądać się rzeczywistości okupacyjnej, która dziwnie działa na ludzi. Większość z nich zrobi wszystko, żeby przeżyć. Niektórzy całkowicie tracą zasady moralne i zamieniają się w rozdygotanych tchórzy. Ale nieliczni znajdują w tej sytuacji źródło niewiarygodnej siły. Każdemu z nich dał imię, nazwisko i umieścił na drabinie hierarchii społecznej, abym poznała warunki życia w getcie i po stronie aryjskiej, skutki niemieckiej polityki eksterminacyjnej, rosnącą świadomość braku przyszłości i nadchodzącej zagłady, a w efekcie trudny proces połączenia wszystkich frakcji żydowskich organizacji, by złamać powszechnie obowiązującą zasadę – Żyd musi być cierpliwy, musi się modlić i akceptować swoją sytuację i w końcu przeciwstawić się nazistom w imię honoru i obowiązku wobec historii. By obalić mit o tchórzostwie i uległości. By stanąć do nierównej walki o wolność z góry skazanej na klęskę. Ja ujrzałam niezwykły fenomen, w którym zbieranina nie wyszkolonych, nie uzbrojonych bojowników stawiała opór największej potędze militarnej, jaką kiedykolwiek oglądał świat, przez czterdzieści dwa dni i czterdzieści dwie noce!
I wreszcie, bym w tym piekle ujrzała miłość.
Bo ona tam była. I ta zakazana, bo pozamałżeńska, i ta potępiana między Żydem a Polką i ta nastoletnia, przeżywana w przyśpieszonym tempie, by mogła zdążyć spełnić się przed pewną śmiercią. W tej emocjonalnej warstwie opowieści, trudno było mi uwierzyć, że tak nie było. Zwłaszcza że odkrywałam niezwykłe podobieństwo niektórych bohaterów do postaci historycznych, które posłużyły autorowi za prototyp. Paweł Broński swoją funkcją i rolą w getcie oraz popełnieniem samobójstwa wyraźnie przypominał Adama Czerniakowa, przewodniczącego Judenratu, a Aleksander Brandel piszący kronikę powstania, której fragmenty przeplatały się z treścią powieści, Emanuela Ringelbluma twórcę tak zwanego Archiwum Ringelbluma z Getta Warszawskiego ukrywanego w bańkach do mleka. Kto wie, czyimi odpowiednikami byli pozostali bohaterowie? Czyje rzeczywiste losy, które poznał autor w trakcie gromadzenia wspomnień świadków tamtych dni, posłużyły postaciom fikcyjnym?
Traktuję tę książkę, jak swoisty pomnik wystawiony przez autora tym, którzy w obliczu całkowitej zagłady, podjęli beznadziejną walkę o wolność, kryjąc się w labiryncie bunkrów, z których ten przy Miłej 18 był największy.

Wikipedia

Relatywny do tego rzeczywistego, wzniesionego z gruzów domów przy ulicy Miłej, nazwanego Kopcem Anielewicza, który jest jednocześnie nagrobkiem leżących pod nim 51 bojowników, którzy mówili – Wiemy, że ta walka o wolność jest całkowicie beznadziejna. Ale czy walka o wolność kiedykolwiek naprawdę się kończy?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
niedziela, 24 lipca 2016
Klasztor – Zachar Prilepin

Klasztor – Zachar Prilepin
Przełożyła Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawnictwo Czwarta Strona , 2016 , 656 stron
Literatura rosyjska

Tak nie powinno się pisać o łagrze!
Nie tak, że chciałam tam być. Wdychać smród fizjologii ludzkiego ciała, którego natężenie w celi samo w sobie było zabójcze. Czuć ugryzienia wszy, pluskiew, komarów i szczurów. Widzieć ból, cierpienie, krew i powszechną śmierć. I cieszyłam się! Jak ja się cieszyłam, że przede mną kilka lat skazania i zamknięcia na Sołowkach. Na życie z mottem – nie po pluszu stąpam, mój Boże, ale stąpam po ostrym nożu. Na drogę wraz z łagiernikami przez te 650 stron, myśląc – to mało, to za mało! Chcę więcej! A przecież takie sadystyczne opisy cierpienia ludzkiego powinny mnie odstraszać, odrzucać. Zniechęcać może nie do czytania jako takiego, ale do pochłaniania ze smakiem. Do wydzielania sobie porcji niczym uzależniona od słów narratora, by wystarczyło tego bólu na dłużej.
A może jednak właśnie tak trzeba pisać?
Może należy przeniknąć do najwrażliwszego nerwu w ciele, sięgnąć do dna serca, dotrzeć do najciemniejszego zakamarka duszy czytelnika, by pozostawić w jego umyśle Sołowki na zawsze. Okrutne w urodzie i piękne w okrucieństwie. W poczuciu piękna, które jeden z bohaterów nazywa poczuciem taktu wobec życia. I jest w tym wszystko – surowość, dystans, pokora i obiektywizm. By po wszystkich tych przeżyciach czytelniczych sięgnąć po dokumentalne źródła historii monastyru zbudowanego na Wyspach Sołowieckich na Morzu Białym.

Z daleka pięknego.

Wikipedia

Ale w oczach łagierników monastyr był kanciasty – same węgły, i niechlujny – potwornie zapuszczony. W jego zwietrzałym cielsku między omszałymi głazami ścian hulały przeciągi. Ciężka bryła zdawała się tak ogromna, jakby nie została wzniesiona przez słabych ludzi, lecz nagle, całym swoim kamiennym ciężarem runęła z nieba i wszystkich, którzy się w niej znaleźli, uwięziła w potrzasku.
Przyjrzeć się katorżniczemu okresowi, kiedy na terenie klasztoru w latach 20. XX wieku powstał SŁON – Sołowieckie Łagieria Osobogo Naznaczenija – Solowieckie Obozy Specjalnego Przeznaczenia. Eksperymentalny łagier, laboratorium, katownia, cyrk i piekło, a raczej cyrk w piekle – jak określił go jeden z więźniów. Pierwszy obóz koncentracyjny bez zasad i norm w kraju zwycięskiego bolszewizmu, ale z odgórnym przykazaniem władz zwierzchnich – róbcie co, uważacie za stosowne, towarzysze. Idealne odbicie Rosji, w którym wszystko jest widoczne jak pod mikroskopem – naturalne, nieprzyjemne, oczywiste! Miniatura społeczeństwa rosyjskiego, w której można było spotkać kryminalistów zwanych błatnymi, kontrrewolucjonistów zwanych kaerami, przestępców życiowych zwanych bytnikami, chłopów, inteligentów, arystokratów, żołnierzy, uczonych, duchownych katolickich i prawosławnych, rabinów, prostytutki, bezprizornych i wielu innych. Wszystkich i z zewsząd – z Rosji, Czeczenii, Gruzji, Chin czy Polski. Przydzieleni do szesnastu rot, z których ostatnia, już niepracująca i do której najłatwiej było trafić nawet bez zasług, była sołowieckim cmentarzem. Z własnym językiem więziennym i przykazaniami, z których najważniejszymi były:
- nie pokazuj po sobie, że odpoczywasz,
- pracuj nie powoli, ale i nie szybko,
- oddychaj równo,
- nie rzucaj się w oczy,
- nie odszczekuj,
- ukrywaj emocje,
- bądź cierpliwy,
- nie skarż się,
- nie zjadaj rano całego chleba,
a być może przeżyjesz!
Zaglądałam wszędzie. W każdy zaułek obozu, a nawet poza jego główny obręb, na inne wyspy, dzięki głównemu bohaterowi, dwudziestosiedmioletniemu Artiomowi z trzyletnim wyrokiem. Dużo wiedziałam o wszystkich jego współwięźniach, którzy mieli mniejszy lub większy wpływ na jego losy, ale o nim samym dowiadywałam się na raty dawkowanymi przez całą historię jego pobytu na Sołowkach. Był „dzieckiem szczęścia” inaczej widzianym przez inteligenta Wasilija Pietrowicza – Zauważyłem Artiomie, że niezwykle szybko wpisał się pan w sołowieckie życie. – mówił Wasilij Pietrowicz – Nawet pluskwy jakoś nieszczególnie panu dokuczają. Inaczej postrzegany przez jego kochankę Galę (bo był i seks, i miłość w łagrze!), która mówiła – w tobie nie ma pragnień, ani myśli. Twoje myśli – to twoje postępki. Ale i te postępki są przypadkowe. Dajesz się nieść wiatrom po drodze. Inaczej przez władyczkę Joanna widzącego w nim niewinne dziecię pośród zła bez pustosłowia i szyderstwa, bez samousprawiedliwień, fałszywej walki, obłudy plotek, bluźnierstwa, gnuśności. Inaczej przez jego wrogów, próbujących go zabić. A inaczej przeze mnie. Dla mnie był człowiekiem, który po prostu chciał przeżyć i robił wszystko, by tak było. A sam Artiom, jeśli nie chcieli go rozstrzelać, był w tym obozie nawet szczęśliwy. To dzięki jego wzlotom i upadkom w hierarchii obozowej poznawałam mordercze warunki życia więźniów, ich pracę z wyśrubowanymi normami zbierającymi śmiertelne żniwo, system funkcjonowania obozu z jego rolą „resocjalizacyjną” i mechanizmem maksymalnego wykorzystania siły roboczej i wreszcie hierarchię obozową, którą komendant obozu nazywał ustrojem wojennego komunizmu, kreśląc z sarkazmem jego klasowy podział - na górze, my, czekiści. Potem kaerzy. Potem byli duchowni, popi i mnisi. Na samym dole element przestępczy – główna siła robocza. To nasz proletariat.
Takie wszechstronne ukazanie obrazu obozu wpisanego w opresyjny system było możliwe dzięki spojrzeniu autora na jego historię z dystansu człowieka współczesnego. Nie był świadkiem tamtych wydarzeń, ale był prawnukiem sołowieckiego łagiernika. Jak napisał we wstępie – Obcowałem bezpośrednio z pradziadkiem, który na własne oczy widział świętych i biesy. Łagier na Sołowkach i jego charakterystyczny język, stale przewijały się w tematach rodzinnych. Różnie opowiadane, ale uzupełniające się. Jak pisał - Niektóre historie pradziadka dziadek opowiadał po swojemu, mój ojciec we własnej, nowej wersji, chrzestny jeszcze inaczej. Babka zaś zawsze przedstawiała łagrowe życie z babskiego, pełnego żałości punktu widzenia, który czasem wydawał się przeczyć męskiej ocenie.
Dla autora historia leżała na wyciągnięcie pióra!
To, co z nią zrobił, mogę nazwać mistrzostwem we wszystkich aspektach i elementach tworzenia kompletnej opowieści. Wybitnej, wyjątkowej i niezwykłej powieści, która stawia go dla mnie w gronie najlepszych, współczesnych, rosyjskich pisarzy. Widać to było w fabule, która snuła losy łagierników po to, by tak naprawdę ukazać wydobytą z pamięci pokoleń prawdę o łagrze układaną z pamięci najbliższych i uzupełnioną wyszperanymi w archiwach meldunkami, sprawozdaniami i raportami. W charakterystycznych postaciach, z których każda była inna i mówiła innym językiem. W wysokim stężeniu nasycenia skrajnymi emocjami. I nie były to emocje z rodzaju melodramatycznych, litościwych, rzewnych, ale z tych powoli wspinających się ostrymi pazurami po kręgosłupie i pozostawiających w umyśle echo pustki po przebrzmiałej grozie dotyku śmierci.
Zalał mnie nimi!
Od tych najcięższych, najtrudniejszych do zniesienia fizycznie do jeszcze cięższych emocji psychicznych, które zamieniał na ból fizyczny, obrazując go w ten sposób – Nie znalazłszy i teraz swojego czuba, ułożył palce w ptasi szpon i zaczął sobie rozdrapywać skroń, jakby próbował złapać jakąś żyłę i wyciągnąć ją z głowy razem z całym nawiniętym na nią bólem. A wszystko to po to, by, jak archeolog natury człowieczej, pokazać jej nagość, pierwotność w skrajnym środowisku przetrwania, z którego powoli obierał warstwy cywilizacji, pozwalając na ukazanie jej czerni i kłębiącego się w niej robactwa. Opis histerycznego strachu więźniów w celi przed zbliżającą się śmiercią przez rozstrzelanie to jedna z najlepszych ekshibicjonistycznych scen obnażających naturę człowieczą, jakie czytałam. Po prostu majstersztyk! Ale żebym nie popadła w obłęd niewiary w dobroć ludzką, autor od czasu do czasu pozwalał mi na miłosierny dystans budowany absurdem, sarkazmem, ironią, wywołującymi czarny, bo czarny, ale jednak humor. Do takiego humorystycznego dystansu, w horrorze łamania nosa i miażdżenia warg twardym butem podczas przesłuchania, był zdolny tylko Artiom.
Byłam mu za to wdzięczna, bo mniej bolało.
Dla mnie był męczennikiem takim, jak wielu innych, skazanych na życie w sołowieckim klasztorze. Świetnie oddaje to przesłanie powieści grafika okładki książki – ogolona głowa na tle drzewnych słojów. Tę wymowność przewrotności opisywanego miejsca widać też w tytule. „K” z przeszłości i reszta słowa z teraźniejszości sugerująca nowy, niekoniecznie klasztorny etap historii monastyru, chociaż w swojej surowości i ascezie podobny, a nawet go przewyższający w mękach życia w odosobnieniu. Autor posługuje się również metaforami i porównaniami, które, w zależności od sytuacji, podkreślały ich piękno lub grozę, ale zawsze bolesny kontrast, w którym szczęście zderzało się z depresją, niegodziwość z ładem serca, głód z sytością (absurdalna scena z kolorowymi „alkoholami” przypominała mi koktajle Wieniczki z Maskwa-Pietuszki Wieniedikta Jerofiejewa), miłość z nienawiścią, cierpienie z radością, język uczonych i duchownych z nowomową bolszewicką i gwarą błatnych, a sacrum z profanum, gdy podłość szalała w uświęconych miejscach monastyru. Autor pokazywał mi łagier nie poprzez opowieść o wydarzeniach, ale poprzez zdarzenia, uczynki i zachowania czujących istot (również zwierząt), bym dobrze poczuła okrucieństwo, zimno i głód na Siekirce. Postrach łagierników, dla których pojęcie „gorzej” nie miało dna.
Sołowki są we mnie...
Nadal słyszę głosy więźniów, z których najsilniej przemawiają do mnie słowa szeptane przez popów, batiuszki, władyczki, jak nazywali prawosławnych duchownych więźniowie. Chromi w człowieczeństwie, ale silni wiarą dającą nową nadzieję, gdy stara znikała, przywracającą do życia, kiedy brakowało na nie ochoty, prostującą absurd, gdy grzech wywyższał, a dobro ciągnęło w dół, do grobu, stawiającą do pionu, kiedy się upadało, nadającą sens cierpieniu, gdy się go gubiło i przywracającą środek ciężkości, gdy cały świat wokół go tracił. Jakby chcieli przekonać , że owszem człowiek jest mroczny i straszny, ale świat ludzki i ciepły.
Uwielbiałam spotkania Artioma z nimi!
Wsłuchiwałam się w każde ich słowo i brałam z nich dla siebie garściami. O ile Artiom bardziej był urzeczony czarem bijącym z każdego słowa władyczki niż jego treścią ze względu na swój spory dystans do Boga, o tyle ja urzeczona byłam i jednym, i drugim. Radami dla Artioma przydatnymi do życia na Sołowkach, a mnie do tego mojego, kanciastego, które toczę, jak kulę. I kiedy szlifuję jej kanty, by toczyła się lżej, mruczę sobie pod nosem – no przecież na Sołowki mnie nie wyślą, paznokci zrywać nie będą i może nie stąpam po pluszu, mój Boże, ale po ostrzu noża też nie.
I za tę lekcję historii i życia jestem autorowi najbardziej wdzięczna, chyląc głowę przed jego talentem.


Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Klasztor [Zakhar  Prilepin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 Obejrzałam również trzyczęściowy film o historii monastyru na Sołowkach. Tutaj umieściłam tylko trzecią część poświęconą okresowi łagrowemu. Tutaj też porównałam sobie ogrom faktów zawartych w powieści.

niedziela, 24 kwietnia 2016
Gambit hetmański – Robert Foryś

Gambit hetmański – Robert Foryś
Wydawnictwo Otwarte , 2016 , 1030 stron
Literatura polska

Polacy nie gorsi i swoją powieść płaszcza i szpady, a właściwie sztyletu i trucizny, mają!
Tytułowy gambit hetmański w dosłownym znaczeniu to jeden ze sposobów rozpoczynania gry w szachach, wyglądający tak:

Wikipedia

W tej powieści nabrał drugiego znaczenia. Swoją nazwę wziął od tytułów jednego z głównych rozgrywających – hetmana wielkiego koronnego i hetmana polnego koronnego Jana Sobieskiego. Jego przeciwnikiem w tej rozgrywce był sam król Michał Korybut Wiśniowiecki wraz z małżonką Eleonorą Habsburżanką. Trzecie znaczenie tytułowi nadawało samo życie, które jest, było i zapewne będzie jak partia szachów. Jej wynik zależy od inteligencji, cierpliwości, dyplomacji, dalekowzroczności, przewidywalności, bezwzględności, wpływów i zasobności skarbca w złoto biorących w niej udział bezpośrednio lub pośrednio. Nic w niej nie jest pewne oprócz śmierci, a poza tym najwyższe wyniesienie zwykle jest początkiem drogi w dół, aż do kompletnego upadku.
To właśnie dlatego na okładce tej powieści historycznej widnieją szachy.
Za nimi, nie bez powodu, siedzi kobieta trzymająca w dłoni zakrwawioną figurę. To przysłowiowa „szyja” kręcąca głową-mężczyzną. Hetman nazywany potocznie w szachach również damą lub królową. Kobiety w tej przebogatej historii były tak samo ważne, jak mężczyźni, a czasami nawet ważniejsze, jeśli nie najważniejsze. To one inspirowały i motywowały swoich kochanków i mężów, nie przebierając w metodach i technikach perswazji. Sięgając po broń najpotężniejszą – seks i nie mnie skuteczną – sztylet, truciznę czy złe słowo wzbudzające zawiść.
Każde było dobre, jeśli tylko pozwalało osiągnąć cel – władzę.
I o tę władzę z nieformalnym hasłem Bóg, honor, trucizna! oraz idące za nią bogactwa, wpływy i splendor na wszystkich szczeblach władzy świeckiej i kościelnej toczyła się główna gra osadzona w siedemnastowiecznych realiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów w ostatnich trzech latach panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego czyli 1671-1673. Nieważnym było, że z góry znałam wynik tej partii szachów. Nie to było najistotniejsze w tej opowieści, chociaż ważne jako baza konstrukcji fabuły. Dla mnie najbardziej ekscytujące było śledzenie ciągu zdarzeń, który odpowiadał na podstawowe pytanie – jak do tego doszło? Nawet jeśli autor do wielu scen, intryg, dialogów i zdarzeń użył własnej wyobraźni, to nie wykluczało, że prawdopodobnie mogło to tak mniej więcej przebiegać. Tego rysu prawdopodobieństwa nadawały nie tylko udokumentowane realia historyczne, na które składały się postacie historyczne (tytuły królewskie i nazwiska szlacheckie), znane wydarzenia z historii (bitwy, porozumienia polityczne), ówczesne tło społeczno-polityczno w Polsce i w Europie, ale i drobiazgowe przedstawienie wierzeń, zwyczajów, obyczajów, strojów, wystroju pomieszczeń, a także tego, co jedzono i jak spożywano posiłki. Od opisów tych ostatnich nabierałam apetytu, bo właśnie trwały przygotowania do obiadu. Służba uwijała się szparko, dzwoniły srebrne półmiski i talerze, pobrzękiwały łyżki, noże i widelczyki, dźwięczała kosztowna porcelana, chlupotały barszcze i zupy, tłuściło się mięsiwo, krzepły sosy uwarzone z zeszłorocznych grzybów. Pachniało dziczyzną pieczoną na rożnie, gęśmi i kapłonami smażącymi się na kuchni. Chciało się skosztować tych pyszności! I widziałam tego odmianę w najuboższej, prostej , często głodowej postaci w przydrożnej karczmie czy chacie miejscowej wiedźmy.
Przygoda toczyła się wszędzie!
Na zamku królewskim i w więzieniu, w brudzie i wśród pachnideł, we krwi i pocie, w sukniach dam dworu i szmatach żebraków, na polu bitwy i w lesie, w małżeńskim łożu i w barłogu zamtuza, w obozie polskim i obozie wroga, przemierzając drogi w karecie, na koniu i pieszo, uciekając i ścigając. Wszystko to dzięki narracji zewnętrznej, czyniącej mnie świadkiem wydarzeń widzianych przez wszystkich bohaterów powieści. Od króla począwszy na najniższym rangą muzułmaninie z obozu wroga skończywszy. Ten zabieg nadał powieści uniwersalny i obiektywny rys przesłania, które nie oceniało nikogo jednostronnie i jednoznacznie, tłumacząc i wyjaśniając motywy postępowania każdego z nich. To do mnie należało formułowanie wniosków i opinii, ale niepodejmowanych łatwo i prosto. Autor utrudnił mi to, kreśląc trudną przeszłość bohaterów albo pełną wyrzeczeń teraźniejszość osób z najwyższych sfer. Każdy z nich miał ją indywidualną, zawiłą, skomplikowaną, ale jednaką we wszystkich przypadkach – skutecznie uczącą posunięć na szachownicy, by nadal żyć i piąć się w hierarchii.
By nie zostać pionkiem poświęconym w grze.
To tę brutalną, bezkompromisową, egoistyczną, osobistą grę pełną intryg, zależności i zamachów prowadzoną przez poszczególnych bohaterów, autor nie tylko przedstawił, ale uczynił barwną, żywą, dynamiczną, zaskakującą, spontaniczną, nieprzewidywalną, ze śmiertelnym skutkiem dla wielu z nich. Jej charakter, złożoność, a jednocześnie panoramiczność ujęcia tego kawałka polskiej historii celnie ujął Leszek Bugajski, którego opinię przeczytałam na tylnej okładce – Okazuje się, że Bóg jest politycznym narzędziem, honor można kupić i tylko trucizna jest poważnie traktowana. W tym ferworze zdarzeń i zawirowań towarzysko-politycznych, autor nie zapomniał o bardzo ważnej rzeczy.
O człowieku.
Każdego bohatera, nawet tego, który zaistniał tylko na kilku stronach powieści, ukazał poprzez jego emocje, uczucia, marzenia, plany, tragedie i radości. Poprzez wybory między powinnością a porywem serca, namiętnością a rozumem, wiernością wartościom a chęciom zysku, miłością a lojalnością, między mniejszym a większym złem. Problem w tym, że czasem ciężko rozeznać, które jest które. Również poprzez pytania, które zadawali sobie bohaterowie w chwilach zwątpienia w słuszność obranej drogi – Tyle złamanych przysiąg, wypowiedzianych kłamstw, zdrad i przelanej krwi. Czy czyni mnie to potworem? By zaraz gasić te wątpliwości i iskierki poczucia winy następnym, rozgrzeszającym zdaniem – W życiu każdy odpowiada za siebie i radzi sobie sam.
Wystarczyło się przystosować.
Może dlatego rozumiałam postępowanie każdego z przebogatej i różnorodnej plejady postaci ze wszystkich warstw społecznych, a najbardziej bezwzględną w swoim postępowaniu Charlottę. Damy dworu Marysieńki z obozu hetmańskiego, której losy śledziłam z największym zaciekawieniem, trochę pomstując, że autor mocno zwlekał z zawiązaniem się wątku romansowego z „brudnym Harrym” tej powieści – Bogusławem Tynerem z obozu królewskiego. Kobiety, która spotykając zło, nauczyła się przekuwać takie rzeczy w nienawiść i siłę albo po prostu wypychać z pamięci. Dzięki temu przetrwała i stała się mistrzynią w swoim fachu. Gońcem na polu szachowym do zadać specjalnych i niemożliwych.
Była też w tej powieści ukryta niespodzianka dla mnie.
Zabawa, która dodawała pikanterii całości, a której tytuł mógłby brzmieć – O kim mowa? Jej pomysł opierał się nie tylko na ciągłości historycznej polskiego narodu i dziedzictwie politycznym sięgającym siedemnastowiecznej Polski, ale i na nawiązywaniu również do współczesnej sceny politycznej. Wyławianie takich smaczków, jak powszechne już powiedzenie znanej polityk – Taki mamy klimat czy kojarzenie współczesnego nazwiska z opisem ówczesnego posła, który postanowił on sobie jeść szczaw i mirabelki, że niby zdrowe to i pożywne. Twierdził huncwot zatracony, że skoro on żarł to od pacholęcia, to inni także mogą. Co więcej, jeździł po wsiach i dworach, namawiając do tego głupich ludzi, a taką miał siłę wymowy i przekonywania, że w posły go na sejm do Warszawy wybrali. By podsumować jakże nadal aktualnym zdaniem – Nie dziwota, że źle w naszej Rzeczypospolitej, skoro tacy do sejmu się dostają.
Jeno wstyd i sromota! – że powtórzę za jednym z bohaterów.
Dobrze bawiłam się przy tej partii szachów, którą zakończyło , jak historia podpowiada, zwycięstwo obozu hetmańskiego. W ogromnej mierze za sprawą jego kobiet. Ale to nie koniec gry! To początek następnej partii. Tym razem rozpoczynającej się gambitem królewskim, który na szachownicy wygląda tak:

Wikipedia

Pozostaje mi czekać na jego rozwinięcie na kolejnych tysiącach stron, domagając się dalszego ciągu w tym miejscu i wywierając na autorze presję podsuwanym, gotowym już tytułem, który aż się prosi o umieszczenie na okładce następnej książki – Gambit królewski.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Gambit hetmański [Robert Foryś]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 28 listopada 2015
Srebrny orzeł – Ben Kane

Srebrny orzeł – Ben Kane
Przełożył Arkadiusz Romanek
Wydawnictwo Znak Horyzont , 2015 , 607 stron
Trylogia Kroniki Zapomnianego Legionu ; Tom 2
Literatura angielska

Ta książka ocieka krwią!
Nie zdziwiłabym się, gdybym chwyciła za jej róg, a spomiędzy kartek zaczęłaby kapać krew. Ale nie dlatego jestem bardziej zachwycona drugą częścią trylogii Kroniki Zapomnianego Legionu niż pierwszą. Jestem osobą wrażliwą i takie efekty specjalne powinny mnie odstraszać, a nie przyciągać moją nieustanną uwagę przez 600 stron krwistej historii czwórki bohaterów.
W czym zatem tkwi tajemnica tej części?
Ma przecież dokładnie wszystkie elementy dobrze skonstruowanej fabuły, które posiada również część pierwsza. Są ciekawi bohaterowie pochodzący z różnych środowisk i warstw społecznych. Jest narrator zewnętrzny, który naprzemiennie opowiada ich skrajnie trudne, a momentami tragiczne losy. Jest dokładnie opowiedziany ich świat i egzotyczne miejsca akcji, które zaznaczyłam sobie na dołączonej do książki mapce:

Są plastyczne opisy i jest język narracji ciekawie oddający intrygujący świat przeszły. Jest mnóstwo łaciny używanej w dialogach i opisach ubiorów, pomieszczeń mieszkalnych, rodzajów gladiatorów, uzbrojenia różnych formacji, nie tylko rzymskich , wyposażenia wojsk, planów układu miasta i fortów. Jest też tajemnica przepowiedni wypowiedzianej przez mentora Tarkwiniusza, Olenusa i sekret pochodzenia bliźniaków, Fabioli i Romulusa. Jest magia natury haruspicji. I wątek romantyczny. A także trzymająca w napięciu akcja powieści.
A mimo to, to właśnie druga część podobała mi się dużo bardziej.
Tajemnica tkwi w innym doborze proporcji wszystkich tych wymienionych wcześniej przeze mnie elementów fabuły. Dominuje dynamika i szybkie tempo akcji oraz wysoki stopień ich niebezpieczeństwa wspólnie budujące wrażenie ekstremalnej przygody. Bohaterowie (wraz ze mną) nie mieli chwili wytchnienia, mając świadomość, że w niebezpiecznym świecie, w jakim żyli, śmierć jest nieodłącznym towarzyszem. Może czaić się wszędzie. Nic tego nie zmieni. Każdy ma swoje przeznaczenie. Cały czas ściga ich niebezpieczeństwo odkrycia, że są niewolnikami, karane ukrzyżowaniem. Bez przerwy wisi nad nimi pesymistyczna przepowiednia o śmierci jednego z nich, wobec której są bezsilni. Systematycznie, świadomie lub wbrew sobie, biorą udział w bitwach, starciach, potyczkach i bójkach kończących się prawie utratą życia. Stale narażeni są na zdradę i intrygi ze strony współtowarzyszy wojennej wędrówki i nieufnych przełożonych. Ich życie to nieprzerwane pasmo trafnych przewidywań, desperackich działań i celnych pomysłów na przetrwanie, by móc wrócić do Rzymu. Sceny bitew, starć, walk i tortur z ich odorem mieszanki krwi, potu, wymiocin, wyprutych jelit i gnijącego mięsa trupów drobiazgowo oddają skalę ich cierpień i siłę woli przetrwania czerpanej z wielokrotnie przetestowanej przyjaźni. Za każdym razem perspektywy dla nich wydawały się beznadziejne. Wszyscy chcieli ich krwi: Pakorus, Vahram, Kajusz, a teraz jeszcze Hindusi. I nie ma w tej przytoczonej, gorzkiej myśli Romulusa nawet odrobiny przesady. Czasami miałam ochotę zamknąć oczy, wierząc naiwnie, że w ten sposób pomogę Tarkwiniuszowi znieść tortury, a Romulusowi pokonać ból połamanych żeber w walce z przeciwnikiem. Ucieczka w kobiecy świat Fabioli nie przynosiła ulgi, bo tam z kolei czekały na mnie sceny znęcania się, przemocy i gwałtu. To właśnie tym bezwzględnym, surowym i brutalnym warunkom życia żołnierzy i kobiet w Cesarstwie Rzymskim były podporządkowane wszystkie pozostałe elementy fabuły. Budowały tło, uzupełniając treścią walkę o przetrwanie wplecioną w historię starożytnego świata, której fakty odnajdywałam w powieści, czyniące ją w jakimś stopniu prawdopodobną.
Przecież tak mogło być!
Zaczęłam się zastanawiać, czy morderstwo Cezara przez Brutusa, ku któremu zdąża powoli fabuła, i czas akcji zakończony w drugiej części na 48 r. p.n.e., nie będzie podbudowane intrygą głównych bohaterów i udanym połączeniem wydarzeń historycznych z fikcją. Ale czy moje podejrzenia są słuszne, dowiem się dopiero w trzeciej części trylogii Droga do Rzymu, której początek mogłam przeczytać w dołączonym do książki dodatku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Srebrny orzeł [Ben Kane]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1074 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi