Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
środa, 21 grudnia 2016
Uciekinier – Łukasz Czeszumski



Uciekinier – Łukasz Czeszumski
Wydawnictwo CL Media , 2016 , 422 strony
Cykl Krew Wojowników ; Tom 1
Literatura polska


Na okładce tej książki widnieje taka oto informacja:

To zapowiedź i przedsmak tego, co wydarzy się w późniejszych tomach tego cyklu historycznego. Na razie tom go otwierający to dopiero początek opowieści.
Historii podwójnej.
Pierwszą tworzą losy Jarosława Burzyńskiego, poddanego Korony Polskiej szlacheckiego rodu o niewielkiej ilości posiadanej ziemi, ale za to o wojennej sławie, zdobywającej wprawdzie poparcie wśród wielkich hetmanów, ale i zbierającej kpiny ze strony książąt i biskupów mazowieckich, że Burzyńscy mają zamek i sławę, ale nie mają bogactwa. Mieli za to zupełnie coś innego. Coś co na przełomie wieków XV i XVI, a potem w dobie renesansu, nie było wartością powszechną i nadrzędną – honor własny i dobro Polski. Cele osobiste mazowieckiej szlachty oraz rozgrywki polityczne, w których Burzyńscy nie chcieli brać udziału, doprowadziły do rodzinnej tragedii. Jarosław, jako wyjęty spod prawa,chcąc ratować życie, musiał wyruszyć w świat, szukając zatrudnienia jako najemny wojownik. W tej części cyklu krąży po Europie, której dwie mapki autor umieścił dla mojej wygody śledzenia wędrówki głównego bohatera.

Jego losy to pasmo niekończących się przygód, niebezpiecznych wydarzeń i zaskakujących zbiegów okoliczności. Niekoniecznie dobrych dla Jarosława, ale bardzo dobrych dla mnie. Koniec jednego zdarzenia był początkiem kolejnego. Między nimi, w chwili oddechu od tempa akcji, Jarosław zamieniał się w uważnego obserwatora ówczesnej Europy, której dzieje i zachodzące zmiany społeczne determinowały jego perypetie, kierunek dalszej wyprawy, a nawet szczęście do uchodzenia z życiem i duszą na ramieniu.
Przez pryzmat jego indywidualnego losu i losów osób wszystkich stanów spotykanych na swojej drodze autor opowiedział drugą historię – opowieść o Europie u schyłku średniowiecza i na początku renesansu.
Całość mocno osadził w realiach historycznych.
Wędrując z Jarosławem mogłam prześledzić zmieniającą się sytuację polityczną i gospodarczą, ich wpływ na wszystkie stany społeczne, trudy przemian rycerstwa w arystokrację i wynikające z tego procesu skutki, zwłaszcza dla chłopstwa, w poszczególnych krajach europejskich. Czasami byłam jednak zaskakiwana elementami fantastycznymi opartymi na wierzeniach, podaniach i legendach, które z faktami historycznymi nie miały nic wspólnego, za to pokazały Europę zabobonną, wierzącą w siły nadprzyrodzone, a przez to bojaźliwą i inkwizycyjną. Autorowi udało się odtworzyć realia tamtych czasów we wszystkich aspektach społecznych. Również militarnych. Dużo w tej opowieści scen walk i bitew, w których mogłam uczyć się rodzajów ówczesnego oręża. Autor ułatwiał mi to poprzez przypisy tłumaczące „tajemnicze” nazwy. Zadbał o każdy szczegół – ubiór postaci, jedzenie, system władzy, zależności społeczne, obyczaje, zwyczaje czy wygląd wnętrz. I najważniejsze – pozostawiał mi przestrzeń, którą mogłam zapełniać obrazami.
Potrafiłam to sobie wyobrazić ze szczegółami.
Nie potrzebowałam dodatkowych wyjaśnień o wyraźnie dydaktycznym charakterze, które tu i ówdzie wtrącał autor. Dla mnie zbędne i zupełnie niepotrzebne. Rozumiałabym ten zabieg, gdyby autor nie umiał słowami oddać swoich zamierzeń. Ale on to wszystko potrafił, więc zdania stawiane niczym kropka nad „i”, irytowały mnie. Nie lubię, kiedy traktuje się mnie, dorosłego czytelnika, jak dziecko. Chyba że autor myślał również o czytelniku młodszym, bo faktycznie powieść ta nie ma ograniczeń wiekowych. Zabrakło mi również skomplikowania akcji, przeplatających się, zapętlających i otwartych wątków, które skutecznie trzymałyby moją uwagę na wodzy tylko po to, by odkryć ich wyjaśnienie chociażby na końcu opowieści. Przygody Jarosława były linearne i same w sobie rozpoczęte oraz zakończone niczym supełki na sznurze. Chociaż początek powieści, z intro wyjętym z przeszłości i prowadzącym do teraźniejszości, by poprowadzić w nieznaną przyszłość, takie zagmatwanie zapowiadało. Być może taki był zamysł autora. Nie komplikować, by lepiej ukazać ówczesną Europę. By pokazać, jak napisał w posłowiu, że koniec średniowiecza i rozwój renesansu był epoką wielkiego chaosu i kryzysu wartości. Obfitowały w konflikty, wojny domowe i religijne, a degeneracja i tyrania władców sięgała zenitu. Zdrada, ucisk i zbrodnia były ponurą codziennością.
Ten zamysł w pełni zrealizował.
Na tyle dobrze, że jestem ciekawa dalszych losów i wędrówki Jarosława w drugim tomie, tym razem we Włoszech.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki
wtorek, 09 sierpnia 2016
Miła 18 – Leon Uris



Miła 18 – Leon Uris
Przełożył Andrzej Szydłowski
Wydawnictwo Adamski i Bieliński , 1999 , 472 strony
Literatura amerykańska


Miła 18 w Warszawie.
Znałam ten adres. Nie da się go pomylić z żadnym innym. Pierwszą „stolicą” naszego „żydowskiego państwa” jest bunkier przy Miłej 18 – zanotował kronikarz powstania Żydów w Getcie Warszawskim w tej powieści. Z kolei Karol Mórawski, opowiadając o tym adresie w Kartkach z dziejów Żydów warszawskich, przytoczył napis z obelisku mówiący wszystko – "Tu, w ruinach bunkra przy Miłej 18, spoczywają członkowie sztabu Żydowskiej Organizacji Bojowej, wśród nich Mordechaj Anielewicz, dowódca powstania, inni bojownicy, a także osoby cywilne. 8 maja 1943 roku po trzech tygodniach walki, otoczeni przez hitlerowców, zginęli lub odebrali sobie życie..." (s.141)

Wikipedia

To o nich jest ta powieść.
Wprawdzie autor w podziękowaniach zastrzegł sobie, że występujące w książce osoby są postaciami fikcyjnymi, to zaraz dodał – ale jestem ostatnim człowiekiem, który ośmieliłby się stwierdzić, że nie istnieli ludzie, których losy przypominały bardzo wyraźnie losy moich bohaterów.
I przypominają, odtwarzają, naśladują.
Do tego stopnia, że na podstawie tej powieści mogłam nie tylko prześledzić powstanie Żydów dzień po dniu, ale losy narodu żydowskiego w Polsce od momentu pojawienia się w niej do bojowego zrywu w 1943 roku. Autor do napisania tej powieści bardzo dobrze przygotował się merytorycznie. Zbierał materiały do tej książki od dziesiątków osób prywatnych, świadków tamtych wydarzeń i od organizacji oraz instytucji przechowujących pamięć o Holokauście. Z rzeczywistych miejsc, historycznych faktów i prawdziwych wydarzeń zbudował fabułę opowieści, którą wypełnił bohaterami z każdej strony okupacji – Polaków, Żydów i Niemców. By umożliwić mi poznanie i zrozumienie skomplikowanych stosunków między Polakami a Żydami, jak i wśród samych Żydów, każdego z nich wyposażył w inną tożsamość, odmienne spojrzenie na antysemityzm, współpracę AK z Żydami, lojalność wobec partii, sens walki czynnej lub biernej z Niemcami, powinność wobec narodu i rodziny, politykę okupacyjną nazistów i walki z nią czy światopogląd religijny. Ta mozaika różnorodnych postaci uwikłana w intymne, rodzinne, polityczne lub ekonomiczne stosunki i zależności między sobą lub z okupantem w skrajnych warunkach życia, wypełniła tę powieść ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Jego temperaturę podnosiły nie tylko spory polityczne, filozoficzne, religijne czy egzystencjalne toczone między sobą, ale i niepochlebny obraz polskiego społeczeństwa, powoli wyłaniający się z tej książki – Polaków, Kościoła katolickiego, Armii Krajowej i polskiego rządu emigracyjnego, biernego i biorącego udział w zmowie milczenia, bo większość polskiego społeczeństwa nie chciała brać udziału w wojnie niemiecko-żydowskiej. Mniejszość aktywnie występowała przeciwko Żydom. W tych momentach książka boli i zawstydza. Dla niektórych czytelników może być obrazoburcza i wywoływać agresywny sprzeciw.
Może dlatego powieść napisana w 1961 roku, w Polsce ukazała się po raz pierwszy dopiero w 1999 roku.
Całość powieści autor podzielił na cztery rozdziały: Zmierzch, Zmrok, Noc i Świt, odpowiadające chronologicznie czasom tuż przed wybuchem II wojny światowej, utworzeniu getta w Warszawie, jego likwidacji i wybuchowi powstania Żydów w getcie. Przez cały ten czas mogłam śledzić stałe bądź zmienne postawy bohaterów uzależnione od warunków, jakie stwarzała im aktualna sytuacja polityczna. Przyglądać się rzeczywistości okupacyjnej, która dziwnie działa na ludzi. Większość z nich zrobi wszystko, żeby przeżyć. Niektórzy całkowicie tracą zasady moralne i zamieniają się w rozdygotanych tchórzy. Ale nieliczni znajdują w tej sytuacji źródło niewiarygodnej siły. Każdemu z nich dał imię, nazwisko i umieścił na drabinie hierarchii społecznej, abym poznała warunki życia w getcie i po stronie aryjskiej, skutki niemieckiej polityki eksterminacyjnej, rosnącą świadomość braku przyszłości i nadchodzącej zagłady, a w efekcie trudny proces połączenia wszystkich frakcji żydowskich organizacji, by złamać powszechnie obowiązującą zasadę – Żyd musi być cierpliwy, musi się modlić i akceptować swoją sytuację i w końcu przeciwstawić się nazistom w imię honoru i obowiązku wobec historii. By obalić mit o tchórzostwie i uległości. By stanąć do nierównej walki o wolność z góry skazanej na klęskę. Ja ujrzałam niezwykły fenomen, w którym zbieranina nie wyszkolonych, nie uzbrojonych bojowników stawiała opór największej potędze militarnej, jaką kiedykolwiek oglądał świat, przez czterdzieści dwa dni i czterdzieści dwie noce!
I wreszcie, bym w tym piekle ujrzała miłość.
Bo ona tam była. I ta zakazana, bo pozamałżeńska, i ta potępiana między Żydem a Polką i ta nastoletnia, przeżywana w przyśpieszonym tempie, by mogła zdążyć spełnić się przed pewną śmiercią. W tej emocjonalnej warstwie opowieści, trudno było mi uwierzyć, że tak nie było. Zwłaszcza że odkrywałam niezwykłe podobieństwo niektórych bohaterów do postaci historycznych, które posłużyły autorowi za prototyp. Paweł Broński swoją funkcją i rolą w getcie oraz popełnieniem samobójstwa wyraźnie przypominał Adama Czerniakowa, przewodniczącego Judenratu, a Aleksander Brandel piszący kronikę powstania, której fragmenty przeplatały się z treścią powieści, Emanuela Ringelbluma twórcę tak zwanego Archiwum Ringelbluma z Getta Warszawskiego ukrywanego w bańkach do mleka. Kto wie, czyimi odpowiednikami byli pozostali bohaterowie? Czyje rzeczywiste losy, które poznał autor w trakcie gromadzenia wspomnień świadków tamtych dni, posłużyły postaciom fikcyjnym?
Traktuję tę książkę, jak swoisty pomnik wystawiony przez autora tym, którzy w obliczu całkowitej zagłady, podjęli beznadziejną walkę o wolność, kryjąc się w labiryncie bunkrów, z których ten przy Miłej 18 był największy.

Wikipedia

Relatywny do tego rzeczywistego, wzniesionego z gruzów domów przy ulicy Miłej, nazwanego Kopcem Anielewicza, który jest jednocześnie nagrobkiem leżących pod nim 51 bojowników, którzy mówili – Wiemy, że ta walka o wolność jest całkowicie beznadziejna. Ale czy walka o wolność kiedykolwiek naprawdę się kończy?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 24 lipca 2016
Klasztor – Zachar Prilepin



Klasztor – Zachar Prilepin
Przełożyła Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawnictwo Czwarta Strona , 2016 , 656 stron
Literatura rosyjska


Tak nie powinno się pisać o łagrze!
Nie tak, że chciałam tam być. Wdychać smród fizjologii ludzkiego ciała, którego natężenie w celi samo w sobie było zabójcze. Czuć ugryzienia wszy, pluskiew, komarów i szczurów. Widzieć ból, cierpienie, krew i powszechną śmierć. I cieszyłam się! Jak ja się cieszyłam, że przede mną kilka lat skazania i zamknięcia na Sołowkach. Na życie z mottem – nie po pluszu stąpam, mój Boże, ale stąpam po ostrym nożu. Na drogę wraz z łagiernikami przez te 650 stron, myśląc – to mało, to za mało! Chcę więcej! A przecież takie sadystyczne opisy cierpienia ludzkiego powinny mnie odstraszać, odrzucać. Zniechęcać może nie do czytania jako takiego, ale do pochłaniania ze smakiem. Do wydzielania sobie porcji niczym uzależniona od słów narratora, by wystarczyło tego bólu na dłużej.
A może jednak właśnie tak trzeba pisać?
Może należy przeniknąć do najwrażliwszego nerwu w ciele, sięgnąć do dna serca, dotrzeć do najciemniejszego zakamarka duszy czytelnika, by pozostawić w jego umyśle Sołowki na zawsze. Okrutne w urodzie i piękne w okrucieństwie. W poczuciu piękna, które jeden z bohaterów nazywa poczuciem taktu wobec życia. I jest w tym wszystko – surowość, dystans, pokora i obiektywizm. By po wszystkich tych przeżyciach czytelniczych sięgnąć po dokumentalne źródła historii monastyru zbudowanego na Wyspach Sołowieckich na Morzu Białym.

Z daleka pięknego.

Wikipedia

Ale w oczach łagierników monastyr był kanciasty – same węgły, i niechlujny – potwornie zapuszczony. W jego zwietrzałym cielsku między omszałymi głazami ścian hulały przeciągi. Ciężka bryła zdawała się tak ogromna, jakby nie została wzniesiona przez słabych ludzi, lecz nagle, całym swoim kamiennym ciężarem runęła z nieba i wszystkich, którzy się w niej znaleźli, uwięziła w potrzasku.
Przyjrzeć się katorżniczemu okresowi, kiedy na terenie klasztoru w latach 20. XX wieku powstał SŁON – Sołowieckie Łagieria Osobogo Naznaczenija – Solowieckie Obozy Specjalnego Przeznaczenia. Eksperymentalny łagier, laboratorium, katownia, cyrk i piekło, a raczej cyrk w piekle – jak określił go jeden z więźniów. Pierwszy obóz koncentracyjny bez zasad i norm w kraju zwycięskiego bolszewizmu, ale z odgórnym przykazaniem władz zwierzchnich – róbcie co, uważacie za stosowne, towarzysze. Idealne odbicie Rosji, w którym wszystko jest widoczne jak pod mikroskopem – naturalne, nieprzyjemne, oczywiste! Miniatura społeczeństwa rosyjskiego, w której można było spotkać kryminalistów zwanych błatnymi, kontrrewolucjonistów zwanych kaerami, przestępców życiowych zwanych bytnikami, chłopów, inteligentów, arystokratów, żołnierzy, uczonych, duchownych katolickich i prawosławnych, rabinów, prostytutki, bezprizornych i wielu innych. Wszystkich i z zewsząd – z Rosji, Czeczenii, Gruzji, Chin czy Polski. Przydzieleni do szesnastu rot, z których ostatnia, już niepracująca i do której najłatwiej było trafić nawet bez zasług, była sołowieckim cmentarzem. Z własnym językiem więziennym i przykazaniami, z których najważniejszymi były:
- nie pokazuj po sobie, że odpoczywasz,
- pracuj nie powoli, ale i nie szybko,
- oddychaj równo,
- nie rzucaj się w oczy,
- nie odszczekuj,
- ukrywaj emocje,
- bądź cierpliwy,
- nie skarż się,
- nie zjadaj rano całego chleba,
a być może przeżyjesz!
Zaglądałam wszędzie. W każdy zaułek obozu, a nawet poza jego główny obręb, na inne wyspy, dzięki głównemu bohaterowi, dwudziestosiedmioletniemu Artiomowi z trzyletnim wyrokiem. Dużo wiedziałam o wszystkich jego współwięźniach, którzy mieli mniejszy lub większy wpływ na jego losy, ale o nim samym dowiadywałam się na raty dawkowanymi przez całą historię jego pobytu na Sołowkach. Był „dzieckiem szczęścia” inaczej widzianym przez inteligenta Wasilija Pietrowicza – Zauważyłem Artiomie, że niezwykle szybko wpisał się pan w sołowieckie życie. – mówił Wasilij Pietrowicz – Nawet pluskwy jakoś nieszczególnie panu dokuczają. Inaczej postrzegany przez jego kochankę Galę (bo był i seks, i miłość w łagrze!), która mówiła – w tobie nie ma pragnień, ani myśli. Twoje myśli – to twoje postępki. Ale i te postępki są przypadkowe. Dajesz się nieść wiatrom po drodze. Inaczej przez władyczkę Joanna widzącego w nim niewinne dziecię pośród zła bez pustosłowia i szyderstwa, bez samousprawiedliwień, fałszywej walki, obłudy plotek, bluźnierstwa, gnuśności. Inaczej przez jego wrogów, próbujących go zabić. A inaczej przeze mnie. Dla mnie był człowiekiem, który po prostu chciał przeżyć i robił wszystko, by tak było. A sam Artiom, jeśli nie chcieli go rozstrzelać, był w tym obozie nawet szczęśliwy. To dzięki jego wzlotom i upadkom w hierarchii obozowej poznawałam mordercze warunki życia więźniów, ich pracę z wyśrubowanymi normami zbierającymi śmiertelne żniwo, system funkcjonowania obozu z jego rolą „resocjalizacyjną” i mechanizmem maksymalnego wykorzystania siły roboczej i wreszcie hierarchię obozową, którą komendant obozu nazywał ustrojem wojennego komunizmu, kreśląc z sarkazmem jego klasowy podział - na górze, my, czekiści. Potem kaerzy. Potem byli duchowni, popi i mnisi. Na samym dole element przestępczy – główna siła robocza. To nasz proletariat.
Takie wszechstronne ukazanie obrazu obozu wpisanego w opresyjny system było możliwe dzięki spojrzeniu autora na jego historię z dystansu człowieka współczesnego. Nie był świadkiem tamtych wydarzeń, ale był prawnukiem sołowieckiego łagiernika. Jak napisał we wstępie – Obcowałem bezpośrednio z pradziadkiem, który na własne oczy widział świętych i biesy. Łagier na Sołowkach i jego charakterystyczny język, stale przewijały się w tematach rodzinnych. Różnie opowiadane, ale uzupełniające się. Jak pisał - Niektóre historie pradziadka dziadek opowiadał po swojemu, mój ojciec we własnej, nowej wersji, chrzestny jeszcze inaczej. Babka zaś zawsze przedstawiała łagrowe życie z babskiego, pełnego żałości punktu widzenia, który czasem wydawał się przeczyć męskiej ocenie.
Dla autora historia leżała na wyciągnięcie pióra!
To, co z nią zrobił, mogę nazwać mistrzostwem we wszystkich aspektach i elementach tworzenia kompletnej opowieści. Wybitnej, wyjątkowej i niezwykłej powieści, która stawia go dla mnie w gronie najlepszych, współczesnych, rosyjskich pisarzy. Widać to było w fabule, która snuła losy łagierników po to, by tak naprawdę ukazać wydobytą z pamięci pokoleń prawdę o łagrze układaną z pamięci najbliższych i uzupełnioną wyszperanymi w archiwach meldunkami, sprawozdaniami i raportami. W charakterystycznych postaciach, z których każda była inna i mówiła innym językiem. W wysokim stężeniu nasycenia skrajnymi emocjami. I nie były to emocje z rodzaju melodramatycznych, litościwych, rzewnych, ale z tych powoli wspinających się ostrymi pazurami po kręgosłupie i pozostawiających w umyśle echo pustki po przebrzmiałej grozie dotyku śmierci.
Zalał mnie nimi!
Od tych najcięższych, najtrudniejszych do zniesienia fizycznie do jeszcze cięższych emocji psychicznych, które zamieniał na ból fizyczny, obrazując go w ten sposób – Nie znalazłszy i teraz swojego czuba, ułożył palce w ptasi szpon i zaczął sobie rozdrapywać skroń, jakby próbował złapać jakąś żyłę i wyciągnąć ją z głowy razem z całym nawiniętym na nią bólem. A wszystko to po to, by, jak archeolog natury człowieczej, pokazać jej nagość, pierwotność w skrajnym środowisku przetrwania, z którego powoli obierał warstwy cywilizacji, pozwalając na ukazanie jej czerni i kłębiącego się w niej robactwa. Opis histerycznego strachu więźniów w celi przed zbliżającą się śmiercią przez rozstrzelanie to jedna z najlepszych ekshibicjonistycznych scen obnażających naturę człowieczą, jakie czytałam. Po prostu majstersztyk! Ale żebym nie popadła w obłęd niewiary w dobroć ludzką, autor od czasu do czasu pozwalał mi na miłosierny dystans budowany absurdem, sarkazmem, ironią, wywołującymi czarny, bo czarny, ale jednak humor. Do takiego humorystycznego dystansu, w horrorze łamania nosa i miażdżenia warg twardym butem podczas przesłuchania, był zdolny tylko Artiom.
Byłam mu za to wdzięczna, bo mniej bolało.
Dla mnie był męczennikiem takim, jak wielu innych, skazanych na życie w sołowieckim klasztorze. Świetnie oddaje to przesłanie powieści grafika okładki książki – ogolona głowa na tle drzewnych słojów. Tę wymowność przewrotności opisywanego miejsca widać też w tytule. „K” z przeszłości i reszta słowa z teraźniejszości sugerująca nowy, niekoniecznie klasztorny etap historii monastyru, chociaż w swojej surowości i ascezie podobny, a nawet go przewyższający w mękach życia w odosobnieniu. Autor posługuje się również metaforami i porównaniami, które, w zależności od sytuacji, podkreślały ich piękno lub grozę, ale zawsze bolesny kontrast, w którym szczęście zderzało się z depresją, niegodziwość z ładem serca, głód z sytością (absurdalna scena z kolorowymi „alkoholami” przypominała mi koktajle Wieniczki z Maskwa-Pietuszki Wieniedikta Jerofiejewa), miłość z nienawiścią, cierpienie z radością, język uczonych i duchownych z nowomową bolszewicką i gwarą błatnych, a sacrum z profanum, gdy podłość szalała w uświęconych miejscach monastyru. Autor pokazywał mi łagier nie poprzez opowieść o wydarzeniach, ale poprzez zdarzenia, uczynki i zachowania czujących istot (również zwierząt), bym dobrze poczuła okrucieństwo, zimno i głód na Siekirce. Postrach łagierników, dla których pojęcie „gorzej” nie miało dna.
Sołowki są we mnie...
Nadal słyszę głosy więźniów, z których najsilniej przemawiają do mnie słowa szeptane przez popów, batiuszki, władyczki, jak nazywali prawosławnych duchownych więźniowie. Chromi w człowieczeństwie, ale silni wiarą dającą nową nadzieję, gdy stara znikała, przywracającą do życia, kiedy brakowało na nie ochoty, prostującą absurd, gdy grzech wywyższał, a dobro ciągnęło w dół, do grobu, stawiającą do pionu, kiedy się upadało, nadającą sens cierpieniu, gdy się go gubiło i przywracającą środek ciężkości, gdy cały świat wokół go tracił. Jakby chcieli przekonać , że owszem człowiek jest mroczny i straszny, ale świat ludzki i ciepły.
Uwielbiałam spotkania Artioma z nimi!
Wsłuchiwałam się w każde ich słowo i brałam z nich dla siebie garściami. O ile Artiom bardziej był urzeczony czarem bijącym z każdego słowa władyczki niż jego treścią ze względu na swój spory dystans do Boga, o tyle ja urzeczona byłam i jednym, i drugim. Radami dla Artioma przydatnymi do życia na Sołowkach, a mnie do tego mojego, kanciastego, które toczę, jak kulę. I kiedy szlifuję jej kanty, by toczyła się lżej, mruczę sobie pod nosem – no przecież na Sołowki mnie nie wyślą, paznokci zrywać nie będą i może nie stąpam po pluszu, mój Boże, ale po ostrzu noża też nie.
I za tę lekcję historii i życia jestem autorowi najbardziej wdzięczna, chyląc głowę przed jego talentem.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Klasztor [Zakhar  Prilepin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Obejrzałam również trzyczęściowy film o historii monastyru na Sołowkach. Tutaj umieściłam tylko trzecią część poświęconą okresowi łagrowemu. Tutaj też porównałam sobie ogrom faktów zawartych w powieści.
niedziela, 24 kwietnia 2016
Gambit hetmański – Robert Foryś



Gambit hetmański – Robert Foryś
Wydawnictwo Otwarte , 2016 , 1030 stron
Literatura polska


Polacy nie gorsi i swoją powieść płaszcza i szpady, a właściwie sztyletu i trucizny, mają!
Tytułowy gambit hetmański w dosłownym znaczeniu to jeden ze sposobów rozpoczynania gry w szachach, wyglądający tak:

Wikipedia

W tej powieści nabrał drugiego znaczenia. Swoją nazwę wziął od tytułów jednego z głównych rozgrywających – hetmana wielkiego koronnego i hetmana polnego koronnego Jana Sobieskiego. Jego przeciwnikiem w tej rozgrywce był sam król Michał Korybut Wiśniowiecki wraz z małżonką Eleonorą Habsburżanką. Trzecie znaczenie tytułowi nadawało samo życie, które jest, było i zapewne będzie jak partia szachów. Jej wynik zależy od inteligencji, cierpliwości, dyplomacji, dalekowzroczności, przewidywalności, bezwzględności, wpływów i zasobności skarbca w złoto biorących w niej udział bezpośrednio lub pośrednio. Nic w niej nie jest pewne oprócz śmierci, a poza tym najwyższe wyniesienie zwykle jest początkiem drogi w dół, aż do kompletnego upadku.
To właśnie dlatego na okładce tej powieści historycznej widnieją szachy.
Za nimi, nie bez powodu, siedzi kobieta trzymająca w dłoni zakrwawioną figurę. To przysłowiowa „szyja” kręcąca głową-mężczyzną. Hetman nazywany potocznie w szachach również damą lub królową. Kobiety w tej przebogatej historii były tak samo ważne, jak mężczyźni, a czasami nawet ważniejsze, jeśli nie najważniejsze. To one inspirowały i motywowały swoich kochanków i mężów, nie przebierając w metodach i technikach perswazji. Sięgając po broń najpotężniejszą – seks i nie mnie skuteczną – sztylet, truciznę czy złe słowo wzbudzające zawiść.
Każde było dobre, jeśli tylko pozwalało osiągnąć cel – władzę.
I o tę władzę z nieformalnym hasłem Bóg, honor, trucizna! oraz idące za nią bogactwa, wpływy i splendor na wszystkich szczeblach władzy świeckiej i kościelnej toczyła się główna gra osadzona w siedemnastowiecznych realiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów w ostatnich trzech latach panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego czyli 1671-1673. Nieważnym było, że z góry znałam wynik tej partii szachów. Nie to było najistotniejsze w tej opowieści, chociaż ważne jako baza konstrukcji fabuły. Dla mnie najbardziej ekscytujące było śledzenie ciągu zdarzeń, który odpowiadał na podstawowe pytanie – jak do tego doszło? Nawet jeśli autor do wielu scen, intryg, dialogów i zdarzeń użył własnej wyobraźni, to nie wykluczało, że prawdopodobnie mogło to tak mniej więcej przebiegać. Tego rysu prawdopodobieństwa nadawały nie tylko udokumentowane realia historyczne, na które składały się postacie historyczne (tytuły królewskie i nazwiska szlacheckie), znane wydarzenia z historii (bitwy, porozumienia polityczne), ówczesne tło społeczno-polityczno w Polsce i w Europie, ale i drobiazgowe przedstawienie wierzeń, zwyczajów, obyczajów, strojów, wystroju pomieszczeń, a także tego, co jedzono i jak spożywano posiłki. Od opisów tych ostatnich nabierałam apetytu, bo właśnie trwały przygotowania do obiadu. Służba uwijała się szparko, dzwoniły srebrne półmiski i talerze, pobrzękiwały łyżki, noże i widelczyki, dźwięczała kosztowna porcelana, chlupotały barszcze i zupy, tłuściło się mięsiwo, krzepły sosy uwarzone z zeszłorocznych grzybów. Pachniało dziczyzną pieczoną na rożnie, gęśmi i kapłonami smażącymi się na kuchni. Chciało się skosztować tych pyszności! I widziałam tego odmianę w najuboższej, prostej , często głodowej postaci w przydrożnej karczmie czy chacie miejscowej wiedźmy.
Przygoda toczyła się wszędzie!
Na zamku królewskim i w więzieniu, w brudzie i wśród pachnideł, we krwi i pocie, w sukniach dam dworu i szmatach żebraków, na polu bitwy i w lesie, w małżeńskim łożu i w barłogu zamtuza, w obozie polskim i obozie wroga, przemierzając drogi w karecie, na koniu i pieszo, uciekając i ścigając. Wszystko to dzięki narracji zewnętrznej, czyniącej mnie świadkiem wydarzeń widzianych przez wszystkich bohaterów powieści. Od króla począwszy na najniższym rangą muzułmaninie z obozu wroga skończywszy. Ten zabieg nadał powieści uniwersalny i obiektywny rys przesłania, które nie oceniało nikogo jednostronnie i jednoznacznie, tłumacząc i wyjaśniając motywy postępowania każdego z nich. To do mnie należało formułowanie wniosków i opinii, ale niepodejmowanych łatwo i prosto. Autor utrudnił mi to, kreśląc trudną przeszłość bohaterów albo pełną wyrzeczeń teraźniejszość osób z najwyższych sfer. Każdy z nich miał ją indywidualną, zawiłą, skomplikowaną, ale jednaką we wszystkich przypadkach – skutecznie uczącą posunięć na szachownicy, by nadal żyć i piąć się w hierarchii.
By nie zostać pionkiem poświęconym w grze.
To tę brutalną, bezkompromisową, egoistyczną, osobistą grę pełną intryg, zależności i zamachów prowadzoną przez poszczególnych bohaterów, autor nie tylko przedstawił, ale uczynił barwną, żywą, dynamiczną, zaskakującą, spontaniczną, nieprzewidywalną, ze śmiertelnym skutkiem dla wielu z nich. Jej charakter, złożoność, a jednocześnie panoramiczność ujęcia tego kawałka polskiej historii celnie ujął Leszek Bugajski, którego opinię przeczytałam na tylnej okładce – Okazuje się, że Bóg jest politycznym narzędziem, honor można kupić i tylko trucizna jest poważnie traktowana. W tym ferworze zdarzeń i zawirowań towarzysko-politycznych, autor nie zapomniał o bardzo ważnej rzeczy.
O człowieku.
Każdego bohatera, nawet tego, który zaistniał tylko na kilku stronach powieści, ukazał poprzez jego emocje, uczucia, marzenia, plany, tragedie i radości. Poprzez wybory między powinnością a porywem serca, namiętnością a rozumem, wiernością wartościom a chęciom zysku, miłością a lojalnością, między mniejszym a większym złem. Problem w tym, że czasem ciężko rozeznać, które jest które. Również poprzez pytania, które zadawali sobie bohaterowie w chwilach zwątpienia w słuszność obranej drogi – Tyle złamanych przysiąg, wypowiedzianych kłamstw, zdrad i przelanej krwi. Czy czyni mnie to potworem? By zaraz gasić te wątpliwości i iskierki poczucia winy następnym, rozgrzeszającym zdaniem – W życiu każdy odpowiada za siebie i radzi sobie sam.
Wystarczyło się przystosować.
Może dlatego rozumiałam postępowanie każdego z przebogatej i różnorodnej plejady postaci ze wszystkich warstw społecznych, a najbardziej bezwzględną w swoim postępowaniu Charlottę. Damy dworu Marysieńki z obozu hetmańskiego, której losy śledziłam z największym zaciekawieniem, trochę pomstując, że autor mocno zwlekał z zawiązaniem się wątku romansowego z „brudnym Harrym” tej powieści – Bogusławem Tynerem z obozu królewskiego. Kobiety, która spotykając zło, nauczyła się przekuwać takie rzeczy w nienawiść i siłę albo po prostu wypychać z pamięci. Dzięki temu przetrwała i stała się mistrzynią w swoim fachu. Gońcem na polu szachowym do zadać specjalnych i niemożliwych.
Była też w tej powieści ukryta niespodzianka dla mnie.
Zabawa, która dodawała pikanterii całości, a której tytuł mógłby brzmieć – O kim mowa? Jej pomysł opierał się nie tylko na ciągłości historycznej polskiego narodu i dziedzictwie politycznym sięgającym siedemnastowiecznej Polski, ale i na nawiązywaniu również do współczesnej sceny politycznej. Wyławianie takich smaczków, jak powszechne już powiedzenie znanej polityk – Taki mamy klimat czy kojarzenie współczesnego nazwiska z opisem ówczesnego posła, który postanowił on sobie jeść szczaw i mirabelki, że niby zdrowe to i pożywne. Twierdził huncwot zatracony, że skoro on żarł to od pacholęcia, to inni także mogą. Co więcej, jeździł po wsiach i dworach, namawiając do tego głupich ludzi, a taką miał siłę wymowy i przekonywania, że w posły go na sejm do Warszawy wybrali. By podsumować jakże nadal aktualnym zdaniem – Nie dziwota, że źle w naszej Rzeczypospolitej, skoro tacy do sejmu się dostają.
Jeno wstyd i sromota! – że powtórzę za jednym z bohaterów.
Dobrze bawiłam się przy tej partii szachów, którą zakończyło , jak historia podpowiada, zwycięstwo obozu hetmańskiego. W ogromnej mierze za sprawą jego kobiet. Ale to nie koniec gry! To początek następnej partii. Tym razem rozpoczynającej się gambitem królewskim, który na szachownicy wygląda tak:

Wikipedia

Pozostaje mi czekać na jego rozwinięcie na kolejnych tysiącach stron, domagając się dalszego ciągu w tym miejscu i wywierając na autorze presję podsuwanym, gotowym już tytułem, który aż się prosi o umieszczenie na okładce następnej książki – Gambit królewski.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książka ze względu na objętość (ponad tysiąc stron) i twardą oprawę nie należy do najtańszych. Podpowiadam, że na stronie Wydawcy można uzyskać aż 35% rabatu. Warto skorzystać z tej okazji.

Gambit hetmański [Robert Foryś]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 28 listopada 2015
Srebrny orzeł – Ben Kane



Srebrny orzeł – Ben Kane
Przełożył Arkadiusz Romanek
Wydawnictwo Znak Horyzont , 2015 , 607 stron
Trylogia Kroniki Zapomnianego Legionu ; Tom 2
Literatura angielska


Ta książka ocieka krwią!
Nie zdziwiłabym się, gdybym chwyciła za jej róg, a spomiędzy kartek zaczęłaby kapać krew. Ale nie dlatego jestem bardziej zachwycona drugą częścią trylogii Kroniki Zapomnianego Legionu niż pierwszą. Jestem osobą wrażliwą i takie efekty specjalne powinny mnie odstraszać, a nie przyciągać moją nieustanną uwagę przez 600 stron krwistej historii czwórki bohaterów.
W czym zatem tkwi tajemnica tej części?
Ma przecież dokładnie wszystkie elementy dobrze skonstruowanej fabuły, które posiada również część pierwsza. Są ciekawi bohaterowie pochodzący z różnych środowisk i warstw społecznych. Jest narrator zewnętrzny, który naprzemiennie opowiada ich skrajnie trudne, a momentami tragiczne losy. Jest dokładnie opowiedziany ich świat i egzotyczne miejsca akcji, które zaznaczyłam sobie na dołączonej do książki mapce:

Są plastyczne opisy i jest język narracji ciekawie oddający intrygujący świat przeszły. Jest mnóstwo łaciny używanej w dialogach i opisach ubiorów, pomieszczeń mieszkalnych, rodzajów gladiatorów, uzbrojenia różnych formacji, nie tylko rzymskich , wyposażenia wojsk, planów układu miasta i fortów. Jest też tajemnica przepowiedni wypowiedzianej przez mentora Tarkwiniusza, Olenusa i sekret pochodzenia bliźniaków, Fabioli i Romulusa. Jest magia natury haruspicji. I wątek romantyczny. A także trzymająca w napięciu akcja powieści.
A mimo to, to właśnie druga część podobała mi się dużo bardziej.
Tajemnica tkwi w innym doborze proporcji wszystkich tych wymienionych wcześniej przeze mnie elementów fabuły. Dominuje dynamika i szybkie tempo akcji oraz wysoki stopień ich niebezpieczeństwa wspólnie budujące wrażenie ekstremalnej przygody. Bohaterowie (wraz ze mną) nie mieli chwili wytchnienia, mając świadomość, że w niebezpiecznym świecie, w jakim żyli, śmierć jest nieodłącznym towarzyszem. Może czaić się wszędzie. Nic tego nie zmieni. Każdy ma swoje przeznaczenie. Cały czas ściga ich niebezpieczeństwo odkrycia, że są niewolnikami, karane ukrzyżowaniem. Bez przerwy wisi nad nimi pesymistyczna przepowiednia o śmierci jednego z nich, wobec której są bezsilni. Systematycznie, świadomie lub wbrew sobie, biorą udział w bitwach, starciach, potyczkach i bójkach kończących się prawie utratą życia. Stale narażeni są na zdradę i intrygi ze strony współtowarzyszy wojennej wędrówki i nieufnych przełożonych. Ich życie to nieprzerwane pasmo trafnych przewidywań, desperackich działań i celnych pomysłów na przetrwanie, by móc wrócić do Rzymu. Sceny bitew, starć, walk i tortur z ich odorem mieszanki krwi, potu, wymiocin, wyprutych jelit i gnijącego mięsa trupów drobiazgowo oddają skalę ich cierpień i siłę woli przetrwania czerpanej z wielokrotnie przetestowanej przyjaźni. Za każdym razem perspektywy dla nich wydawały się beznadziejne. Wszyscy chcieli ich krwi: Pakorus, Vahram, Kajusz, a teraz jeszcze Hindusi. I nie ma w tej przytoczonej, gorzkiej myśli Romulusa nawet odrobiny przesady. Czasami miałam ochotę zamknąć oczy, wierząc naiwnie, że w ten sposób pomogę Tarkwiniuszowi znieść tortury, a Romulusowi pokonać ból połamanych żeber w walce z przeciwnikiem. Ucieczka w kobiecy świat Fabioli nie przynosiła ulgi, bo tam z kolei czekały na mnie sceny znęcania się, przemocy i gwałtu. To właśnie tym bezwzględnym, surowym i brutalnym warunkom życia żołnierzy i kobiet w Cesarstwie Rzymskim były podporządkowane wszystkie pozostałe elementy fabuły. Budowały tło, uzupełniając treścią walkę o przetrwanie wplecioną w historię starożytnego świata, której fakty odnajdywałam w powieści, czyniące ją w jakimś stopniu prawdopodobną.
Przecież tak mogło być!
Zaczęłam się zastanawiać, czy morderstwo Cezara przez Brutusa, ku któremu zdąża powoli fabuła, i czas akcji zakończony w drugiej części na 48 r. p.n.e., nie będzie podbudowane intrygą głównych bohaterów i udanym połączeniem wydarzeń historycznych z fikcją. Ale czy moje podejrzenia są słuszne, dowiem się dopiero w trzeciej części trylogii Droga do Rzymu, której początek mogłam przeczytać w dołączonym do książki dodatku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Srebrny orzeł [Ben Kane]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 10 października 2015
Silva rerum – Kristina Sabaliauskaitė



Silva rerum – Kristina Sabaliauskaitė
Przełożyła Izabela Korybut-Daszkiewicz
Wydawnictwo Znak , 2015 , 511 stron
Trylogia Silva Rerum ; Część 1
Literatura litewska


Trafiła do mnie księga niezwykła!
Już zanim ją zobaczyłam, zanim otworzyłam, wiedziałam, że będzie wyjątkowa. Wydobyłam ją z czarnego, bawełnianego woreczka opatrzonego srebrną strzałą, elementem herbu Kościesza.

Owinięta była w obwolutę, pod którą kryła się równie czarna okładka z dokładnie takim samym symbolem.

Miałam przed sobą sylwę. Coś na kształt kroniki rodzinnej, albumu i dziennika w jednym tworzących księgę domową, w której zapisywano wszystko i gromadzono wszystko to, co wiązało się z codziennym życiem rodziny. Swoją potoczną nazwę wzięła od łacińskiego silva rerum oznaczającego „las rzeczy”.
I był w niej bardzo gęsty las wydarzeń z życia szlacheckiej rodziny Narwojszów, które głowa rodu - Jan Maciej - systematycznie dodawała, kontynuując tradycję swoich przodków, wpisy o niemowlętach, które pochowali, i jakieś luźne myśli, i miscellanea, i recepty, i lista podarunków, i rymowanki Jana Macieja ze szkolnych czasów, i jeszcze całkiem świeży wykaz klasztornego posagu Urszuli, i przepisane mowy z kościoła wygłaszane na jej obłóczynach, i wyliczone wojenne zwycięstwa jego ojca i bitwy, w których uczestniczył, i zestawienie klejnotów, jakie wniosła w posagu jego matka, i receptury jej nalewek, i ślimaki Delamarsa, i przepisany przez Jana Macieja tren z pogrzebu Anny Magdaleny, i hymeny, i epitalamia z ich wesela sprzed dwudziestu dwóch lat... I wiele, wiele innych.
Ale ja pod tą grubą warstwą drobnych spraw, okruchów rzeczywistości, dowodów pamięci, archiwaliów przeszłości, pozornie drobnych zdarzeń wyczytałam pulsującą emocjami historię Jana Macieja, jego żony Elżbiety z Siedleszyńskich oraz ich dwojga bliźniąt – Kazimierza i Urszuli. Burzliwe dzieje rodziny zaczynające się roku pańskiego 1659 we dworze w Milkontach położonych niedaleko Wilna. Jan Maciej, przeznaczając pokaźną sumę na jego odnowienie, miał nadzieję, że będzie służył jego dzieciom przez następne sto lat. Kto wie? Może nawet jego prawnukom?
Jak bardzo się łudził, dowiedziałam się, poznając dalsze losy rodu, na splątanie których ogromny wpływ miała tocząca się w tle burzliwa i dynamiczna historia ziem żmudzkich i wileńskich. Rozpraszała, łączyła lub uśmiercała jej członków i ich przyjaciół, którzy, na przekór niespodziewanej i stale obecnej śmierci, uporczywie zaglądającej do ich życia, próbowali uczyć się, szukać własnej drogi, kochać i trwać wbrew przepowiedni włóczęgi Bonifacego Głuptaska – jaśniepan wysiaduje puste jajko, jajko jest puste, na darmo pan wysiaduje, czy warto było tyle się poświęcać dla jakiegoś pustego, zgniłego jaja? Przeżyć czasami wbrew sobie i wbrew obietnicom złożonym Bogu, by odnaleźć się w zawierusze dziejów, balansując między życiem a śmiercią, szlachetnością a grzechem, sacrum a profanum, sercem a rozumem, powinnością a porywem chwili.
Wiem, że to bardzo, bardzo ogólne określenia próbujące oddać przebogatą i różnorodną treść sylwy.
Ale niemożliwym jest dla mnie operowanie szczegółami, bo ta opowieść to same drobiazgi i detale składające się na ostateczny kształt skomplikowanych dziejów Narwojszów. Narrator zewnętrzny jest niczym bajarz czarujący słowem, dokładając wszelkich starań, bym z łatwością zasłuchanego dziecka mogła przenieść się w wiek XVII. Dobrze przyjrzeć się ubiorom wszystkich warstw społecznych. Wsłuchać się w język gęsto przetykany łaciną i archaizmami oraz w potoczysty styl przekazu zupełnie pozbawionym dialogów. Zobaczyć ówczesną wieś, szlachecki dwór i Wilno z jego ulicami – Zamkową, Skopówką, Szklaną, przy których stoją do dzisiaj klasztory, Brama Bernardyńska, kościół św. Michała czy Uniwersytet Wileński. Dać się ponieść niepokojącej fabule mającej w sobie sporo z realizmu magicznego, scen onirycznych, ale i bolesnego, momentami wstrząsającego, naturalizmu. Zaciekawić tajemniczymi wątkami, których rozstrzygnięcia nie doczekałam się w pierwszej części, bo i czas ku temu nie był jeszcze odpowiedni. Poczuć klimat tamtych czasów nie tylko z ich chwilami szczęścia i podnoszącymi na duchu momentami nadziei starszych i radości życia młodych, ale i tymi okrytych kirem, których nie chce się pamiętać, a które zamieniają osobowość człowieka niemogącego być kimś, kim miał prawo być – rosnącym sobie spokojnie jak roślina dzieckiem, a nie zakłamanym, nienawidzącym Boga i ludzi potworem, czyniących tę powieść, w tym wymiarze, ponadczasową.
I o tych dzieciach, o tych ludziach i o tych potworach z krwi i kości oraz o tych z podań i legend tworzących wspólnie archiwum pamięci rodu Narwojszów i historię Wilna, a także nas Polaków, jest ta sylwa, której zapiski kończą się na spokojnych wileńskich obrazach, chwilowo spokojnej historii. Spokojnej na tyle, ile w ogóle można mieć spokoju na tym świecie.
Ale o tym już w pozostałych częściach trylogii.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki.

A tak o swojej książce mówi autorka.
wtorek, 28 lipca 2015
Czarny deszcz - Masuji Ibuse



Czarny deszcz - Masuji Ibuse
Przełożył Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo Książka i Wiedza , 1971 , 331 stron
Literatura japońska


W Kobatake było ponad dziesięć osób cierpiących na chorobę atomową, ale do dziś przeżyły zaledwie trzy, między innymi Shigematsu.
To duże szczęście, bo 6 sierpnia 1945 roku, kiedy na Hiroszimę Amerykanie zrzucili bombę atomową, był tam. Prawie pięć lat po wojnie nadal żył. A mimo to nie miał poczucia spokoju. Nosił w sercu ciężar, którego przyczyną była kuzynka Yasuko. Dziewczyna, która według opiekuna i jego żony Shigeko, powinna wyjść już za mąż. Jednak, kiedy dochodziło do rozmów na ten temat z rodziną kandydata na męża, zawsze pojawiała się niszcząca plany plotka o rzekomej chorobie atomowej Yasuko. Na nic się zdawały tłumaczenia i wyjaśnienia, że dziewczyna w momencie tragedii przebywała poza miastem o ponad dziesięć kilometrów od centrum wybuchu. Aby udowodnić ten fakt, Shigematsu postanowił sporządzić kopię dzienników, swojego i Yasuko, które prowadzili w tamtym traumatycznym czasie, by przekazać je swatce.
I w tym momencie kończy się fabuła powieści podyktowana wyobraźnią autora.
Wokół motywu zamążpójścia podopiecznej małżeństwa Shigematsu i Shigeko, autor zbudował naturalistyczny obraz piętnastu dni tragedii Japończyków. Przez dwa lata zbierał materiały, przeczytał wszystkie dostępne dzienniki i relacje świadków, wysłuchał opowieści ludzi – jak przeczytałam w nocie od tłumacza. Zgromadzone i poznane dane oraz fakty wplótł w powieść jako osobisty dziennik Yasuko, Pamiętnik ofiar bomby atomowej Shigematsu, notatkę Shigeko Jak się odżywialiśmy w Hirosimie w czasie wojny oraz rękopis Kronika zniszczenia Hirosimy, spisana przez Iwatake Hiroshi z rezerwowej wojskowej służby medycznej. Dzięki temu zabiegowi odtworzył w formie powieści dokumentalnej dzień po dniu, dokładnie i ze szczegółami koszmar momentu wybuchu bomby, jej wygląd, zachowanie i niesiony przez nią śmiertelny, czarny deszcz, reakcje Japończyków, tragedię ofiar, próby wyjaśnienia zdarzenia oraz usilnego powrotu do normalności.
To były przerażające opisy!
Przekazane z naturalistyczną dokładnością. Silnie oddziaływające emocjonalnie. Cierpienie, ból, dezinformacja, załamania psychiczne, śmierć, odór i widok trupów, które zaścielały ziemię tworząc koszmarną mozaikę; jedne spalone do kości w górnej części ciała, z innych nie pozostało nic poza jedną ręką i jedną nogą, inne znowu leżały twarzą do ziemi ze spalonymi całkowicie nogami. Niosła się od nich jakaś dziwna, nieznośna woń. A wśród nich błądzące na wpół żywe, dużo bardziej przerażające człekokształtne istoty, których ciała do złudzenia przypominały grzebień indyka, a skóra odpadała całymi płatami podobnymi do kartek przetłuszczonego papieru.
I najbardziej smutne – nieświadomość zabójczego promieniowania.
Ludzie, w poszukiwaniu najbliższych, masowo udawali się do Hiroszimy, ulegając napromieniowaniu, by po powrocie na prowincję – umrzeć. Umierali również ci, którzy zawodowo nieśli pomoc ofiarom – lekarze, pielęgniarki i ratownicy. Autor w swojej relacji dociera wszędzie. Wplatając w opowieść historie, losy i wypowiedzi postaci drugoplanowych, ukazuje różne postawy ludzi w traumatycznej i skrajnej sytuacji oraz ich różnorodne zachowania w momencie trudnych wyborów moralnych. Od altruistycznych po bardzo egoistyczne. Autor ich jednak nie ocenia, nie piętnuje i nie krytykuje. Tak obiektywnie buduje każdą trudną sytuację, by czytelnik również miał problem z oceną moralną postępowania poszczególnych osób. Stara się być bezstronnym obserwatorem i posłańcem opisywanej tragedii, licząc na zbudowanie przez czytelnika jednego wniosku – nigdy więcej wojny. To swoje przesłanie podkreśla tylko w dwóch momentach, wkładając do ust Iwatake dwa zdania – Nawet „niesprawiedliwy pokój” lepszy jest od tak zwanej sprawiedliwej wojny oraz Ten szum w uszach nie ustaje ni dniem, ni nocą, dudni w nich coś nieprzerwanie jak pogłos gongu w odległej świątyni buddyjskiej, który dla mnie brzmi niby dzwon ostrzegawczy, wołający o zakaz broni atomowej.
Te dwa niepozorne zdania są jak serce dzwonu w tej powieści, które nieustannie bijąc, nie pozwalają zapomnieć o konsekwencjach ewentualnej wojny jądrowej.
Warto się w nie uważnie wsłuchać.

Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2015 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Tutaj obejrzałam film dokumentalny o Hiroszimie, a potem film Kuroi Ame inspirowany powieścią Czarny deszcz.
sobota, 18 lipca 2015
Zapomniany Legion – Ben Kane



Zapomniany Legion – Ben Kane
Przełożył Arkadiusz Romanek
Wydawnictwo Znak Horyzont , 2015 , 623 strony
Trylogia Kroniki Zapomnianego Legionu ; Tom 1
Literatura angielska


Rzym kusił, Rzym wabił, Rzym nęcił i przyciągał żądzą zemsty!
Ostrożnie wchodziłam w ten naturalistyczny świat starożytnych Rzymian, który zaprosił mnie w nieoświetlone nocą uliczki. Między zbite w ciasne grupy czynszówek, w których mieszkała większość obywateli miasta. Gdzie pod stopami chrzęściły kawałki pobitej ceramiki, a ścieżkę pokrywały zgniłe warzywa, wymieszane z ludzkimi odchodami, brudną słomą i popiołem z piecyków, w których grzebał jakiś sparszywiały pies. Skąd po zmroku, każdy rozsądny człowiek szybko opuszczał te miejsca, które w nocy dostawały się we władanie złodziei i morderców. Bardzo dobrze wiedziała o tym siedemnastoletnia Welwinna, śpiesząc się do domu swego właściciela z koszem warzyw i mięsa. Młodziutka, piękna niewolnica była atrakcyjnym i łatwym celem dla każdego.
I stało się!
Została brutalnie zgwałcona przez wysoko postawionego arystokratę. Oszczędzę drastycznych szczegółów, w które ta powieść obfitowała. Takich i podobnych scen przemocy było w niej sporo. Najważniejsze było to, że w ten sposób stałam się świadkiem poczęcia bliźniaków – Romulusa i Fabioli. Jednych z czterech głównych bohaterów powieści. W podobnie dramatycznych okolicznościach poznałam Tarkwiniusza – etruskiego wojownika i wróżbitę oraz Brennusa – Gala pojmanego przez Rzymian i najpotężniejszego gladiatora. Wszyscy niskiego i najniższego stanu – niewolnicy i prostytutka. To ich zawiłe losy śledziłam naprzemiennie począwszy od 70 roku p.n.e. Obserwowałam, jak dorastają i jak dojrzewają, przemieniając się w świadomych swego pochodzenia i położenia ludzi, którym przyświecał jeden cel – wolność i zemsta! Niepohamowana żądza odwetu za śmierć ukochanych bliskich, niewolę, gwałt i okrucieństwo psychiczne i fizyczne stosowane z sadyzmem przez swoich właścicieli. Śledząc ich losy, przyglądałam się bezwzględnej hierarchii społecznej obowiązującej w imperium rzymskim, agresywnej walce o władzę na każdym poziomie, wszechobecnej korupcji i potędze rzymskiej wyrosłej na niewolnictwie i podbojach innych państw, narodów i plemion.
A wszystko to opowiedziane przez dzieje bohaterów stojących na samym dole drabiny społecznej.
Rzym widziany „z dołu” w I wieku p.n.e. to bezwzględna, brutalna, bezlitosna rzeczywistość kierująca się jedną zasadą – zabij lub daj się zabić! Bez względu na to, kim się jest – dzieckiem, niewolnikiem, gladiatorem, prostytutką, patrycjuszem czy nawet Cezarem. Ale to nie tylko ciekawie i przyjemnie zawile poprowadzona fabuła malująca obraz Rzymu brudem, krwią i ekskrementami. To także wciągająca sieć intryg z mnóstwem splatających się wątków i losów bohaterów, z których odkrycie tożsamości gwałciciela matki bliźniaków i powodzenie zemsty były wiodącymi.
Ale nie tylko!
Akcja powieści nie rozgrywała się tylko w Rzymie. Obejmowała rubieże imperium, a nawet szlak Aleksandra Wielkiego. Zaglądałam nie tylko do domu publicznego, ale i przyglądałam się śmiertelnym walkom gladiatorów na arenie Koloseum, zabójstwom popełnianym w ciemnych zaułkach, krwawym walkom żołnierzy na polach bitwy. Autor, miłośnik i pasjonat historii starożytnego Rzymu, co widać na tych zwariowanych zdjęciach,

zawarł w swojej opowieści wiele scen militarnych i bitewnych wprost filmowo odtworzonych. Bardzo naturalistycznie.
Nie uczynił tego bez powodu.
Punktem wyjścia powieści było wspomnienie Piliniusza Starszego o przegranej przez Rzymian bitwie pod Carrhae w 53 roku p.n.e. Tych, którym udało się przeżyć czyli 10 tysiącom legionistów, wysłano do Margiany czyli współczesnego nam Turkmenistanu.
I ślad po nich zaginął!
Autor zainspirowany tą historyczną zagadką postanowił opowiedzieć nie tylko historię jego powstania, bazując na wymyślonych losach głównych bohaterów, ale i dopisać jego dalsze dzieje już pod nazwą Zapomnianego Legionu. Jego historia w pierwszym tomie kończy się na wędrówce na daleki wschód, a jego dalsze losy będzie można poznać w kolejnych tomach trylogii:

Lubię takie opowieści z rozmachem, w których lepkość brudu i smród wypływających jelit z rozprutych brzuchów mieszają się z wonnym zapachem kadzideł i perfum w domach publicznych. Gdzie nieufność i zdrada towarzyszy szlachetnej przyjaźni, dla której warto poświęcić życie. I gdzie przeciętny człowiek, kierowany poczuciem krzywdy i zemstą, może mieć wpływ na politykę całego państwa. Wtedy jest najciekawiej, bo nic nie jest jednoznaczne i wszystko może się zdarzyć.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zapomniany Legion [Ben Kane]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 13 lipca 2015
Kochanek carycy – Piotr Owcarz



Kochanek carycy – Piotr Owcarz
Wydawnictwo Bellona , 2015 , 383 strony
Literatura polska


Nie chcę w żaden sposób się usprawiedliwiać, ale jestem winny rodakom wyjaśnienia.
Tymi słowami król Stanisław August Poniatowski rozpoczął swoją spowiedź życia, szukając u mnie nie tyle akceptacji, co zrozumienia dla siebie, dla swojego postępowania oraz postaw i wreszcie dla historii, która zdążyła go osądzić jako króla słabego i zdrajcę. Ja miałam go ocenić jako mężczyznę zakochanego w kobiecie swojego życia. Mającego nadzieję na pogodzenie miłości do carycy Katarzyny z powinnością króla wobec swojego narodu i państwa. Liczyłam się z tym, że ta opowieść będzie subiektywna, ale dla równowagi posiadałam obiektywną wiedzę historyczną. To dlatego potrafiłam nie zgodzić się z królem w wielu kwestiach. Raziło mnie jego życie ponad stan, rozwiązłość czy skłonność do ulegania wpływom innych osób. Z jednym jednak musiałam się zgodzić – kochał i pragnął tę miłość zatrzymać przy sobie jak najdłużej, a z chęcią na zawsze. Wierzył szczerze, że zostanie mężem Katarzyny i ku temu cały czas dążył. Długo żył nadzieją, zanim zrozumiał, że plany zostaną na zawsze w sferze marzeń.
Ten wątek przewijał się przez cały czas wspomnień, ale nie był jedynym.
Drugim to rozwój znaczących wydarzeń dla Polski, które ukazywał i interpretował od strony mało znanej – intryg, nieoficjalnej dyplomacji, ścierających się wpływów, subiektywnych interesów, korupcji, a nawet zabójstw politycznych. Ubarwiał to pikantnymi skandalami prosto z alków polskiej i rosyjskiej arystokracji, w których swój udział posiadał również znany, włoski Casanowa. To nieformalne, ukryte przed oczami zwykłego obywatela tło obyczajowe było nie mniej sensacyjne niż sfera polityczna państwa. Słuchałam króla z ogromną ciekawością, widząc nie tylko człowieka zakochanego, który otrzymał koronę dzięki wpływowej kochance, ale i obraz ówczesnych Polaków, którym jedna z bohaterek trafnie wyrzucała – Ech wy, Polacy – drwiła – zawsze macie usta pełne ojczyzny, a zwykle kierujecie się prywatą, ufając obcym. A pośród nich samotny król otoczony szpiegami i zdrajcami, który tak oceniał swoją sytuację – Już wkrótce przekonałem się, że mając na skroniach koronę, zostałem sam w wysiłkach mających na celu ratowanie państwa. Dla magnatów byłem synem dorobkiewicza, dla Familii złem koniecznym, a dla większości społeczeństwa kochankiem carycy, bezwolnym narzędziem w rękach obcego dworu.
Smutny wniosek, który towarzyszył mi przez całą opowieść.
Autorowi udało się ożywić historyczne wydarzenia, zaludniając je bohaterami z krwi i kości przepełnionych uczuciami i pasją. I właśnie o te emocje mu chodziło, a nie o prawdę historyczną, którą ograniczył do tych najważniejszych dat i postaci. Jak sam napisał w nocie odautorskiej – Książka ta jest fikcją literacką inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Występujące w niej postacie są autentyczne, ale tylko niektóre z przedstawianych sytuacji mają potwierdzenie w źródłach. Dlatego tę powieść można określić jako historyczną, obyczajową i sensacyjną w jednym. Ta mieszanka dała w efekcie dynamiczną opowieść o czasach stanisławowskich pełną ciekawostek, skandali, sensacyjnych wydarzeń, mezaliansów i emocji, emocji i jeszcze raz emocji. Czułam, że byłam w środku wiru zdarzeń. Ten efekt autor uzyskał również dzięki charakterystycznemu językowi przesyconemu, powszechną ówcześnie w wyższych sferach, francuszczyzną, szczegółowym opisom ubiorów bohaterów, nazwy których dawno już zostały zapomniane, a także wiernym opisom miejsc akcji – dwory, pałace i ich wnętrza. I choć wiele w tej powieści wyobraźni autora, której bogactwo widziałam przede wszystkim w monologach króla i w dialogach, to wiele w niej również autentycznych elementów. I o tej granicy między zmyśleniem a prawdą autor poświęcił swoją notę odautorską. To z niej dowiedziałam się również, z jakich źródeł korzystał, by być wiernym w kwestiach zasadniczych, by suchym faktom nadać rumieńców i by wreszcie osądzonego króla uczynić zakochanym człowiekiem, a obok niego na ławie oskarżonych posadzić również arystokrację polską.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tak o swojej książce mówi autor.
wtorek, 12 maja 2015
Popioły piekła – Carmen Santos



Popioły piekła – Carmen Santos
Przełożył Jerzy Wołk-Łaniewski
Wydawnictwo Bellona , 2015 , 438 stron
Seria Saga Rodzinna , tom 1
Literatura hiszpańska


Super początek historii dla miłośniczek seriali z gatunku oper mydlanych!
W jak najlepszym tego słowa znaczeniu. I nie pomyliłam się, używając określenia „seriali”. Ta opowieść, słusznie nazwana sagą rodzinną, o losach dziewiętnastoletniej (przynajmniej tyle ma na początku historii) Valentiny, spełnia wszystkie wymagania tego gatunku filmowego. Jedyną różnicą jest forma przedstawienia historii. W tym przypadku zamiast obrazu – słowo. Ale słowo tak podane, tak poprowadzone, że nie miałam problemu z wyobrażeniem sekwencji poszczególnych scen. Dosłownie niczym w filmie.
A nie było to takie łatwe dla autorki.
Po pierwsze to powieść historyczna, która przeniosła mnie w drugą połowę XIX wieku na Kubę. Prosto do Hawany. Dla wielu Hiszpanów o niskim statusie społecznym takich, jak Valentina służąca w domu madryckich arystokratów, wyspa ta jawiła się niczym Eldorado. Była snem o krainie, gdzie lato nigdy nie ustawało, gdzie rosły owoce słodkie niczym miód, zaś cukier tryskał prosto z ziemi, gdzie mieszkańcy bawili się, tańcząc aż po świt, a pracowity człowiek mógł zapracować na przyszłość bez względu na to, jak skromnego byłby pochodzenia. To przekonanie dało Valentinie nadzieję na lepsze życie i chęć wyemigrowania do tej hiszpańskiej kolonii.
Rozwiało się bardzo szybko w zderzeniu z zastaną rzeczywistością.
Diametralnie różną nie tylko od wyobrażeń, ale i od życia w Hiszpanii. Niezwykle egzotyczną, ale i bezwzględnie okrutną dla przybyszy, gdzie płatnych służących nie potrzebowano, ponieważ wszystkie, najtrudniejsze i najcięższe prace wykonywali niewolnicy.
Po drugie autorka musiała umiejętnie odtworzyć ówczesne realia, ukazując zarówno piękno Hawany, jak i jej grozę, sprawiedliwie oddając jej dychotomię.
W tak odmienne, ale dobrze oddane, realia społeczne autorka wpisała rolę nowicjuszki wśród tubylców, próbującej się w nich odnaleźć.
Nie oszczędziła Valentinie niczego.
Tak zagmatwała jej życie, zesłała lawinę nieszczęść, śmierci bliskich, niekorzystnych zdarzeń i niepomyślnych wypadków, że bohaterka właściwie powinna się załamać i popełnić samobójstwo w ramach strajku wobec pisarza. Ale nie w przypadku Valentiny. To co innych zabijało, dziewczynę wzmacniało. Trochę mnie to irytowało, bo wiele zdarzeń prowokowała nieprzemyślanymi wyborami, ale takie historie już tak mają, że nieprawdopodobne staje się rzeczywiste, a odbiorca to wybacza, nie mogąc doczekać się dalszego ciągu wątków. Powieść kierowała się jedną zasadą – im trudniej dziewczynie było, tym ciekawiej się czytało. Zmienny charakter fabuły wpływał też na zmienność rodzaju powieści. Zaczęłam czytać ją jako powieść historyczną ze względu na miejsce akcji. Po dotarciu na Kubę nabrała charakteru społeczno-obyczajowego ze względu na opis tła społecznego wyspy porównywanego do beczki prochu, która pewnego dnia wybuchnie pod samym nosem hiszpańskich funkcjonariuszy, zajmujących się wykorzystywaniem do końca bogactwa kolonii, i potężnych posiadaczy plantacji trzciny cukrowej, których do działania pobudzało jedynie pragnienie inwestowania w luksusy bogactw uzyskanych ze słodkiego złota. By na koniec stać się powieścią erotyczną, z kartek której kapało seksem w aromacie świec zapachowych, gdzie mężczyzna nie grzeszył, zaspokajając swoje naturalne potrzeby, a kobieta mogła wybierać między byciem dziwką, która oddaje się za byle grosz każdemu spoconemu wieśniakowi a kurtyzaną użyczającą swego ciała niesamowicie bogatym mężczyznom, aby mogli się nim nacieszyć, w zamian wyciągając krocie.
Jest w niej więc wszystko to, co czytelniczki uwielbiają.
Dramat kobiety, w którym los uśmiechał się do mężczyzn, nawet tych najbardziej prymitywnych, a zarazem okazywał taką wzgardę kobietom. Romans i mezalians niszczący dziewczęcą niewinność z mężczyznami, którzy byli albo szlachetni, albo okazywali się draniami. Miłość, która wbijała się we wnętrzności niczym cierń zatruty słodkim jadem i podpalała krew z żarłocznością pożogi wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice, zamieniająca miodowy smak życia w truciznę i popioły piekła. Egzotyka miejsca akcji, która kusiła kolorami, smakami, zapachami, wierzeniami i tańcem, by z zaciekawieniem zaglądać do domów, kościołów czy przybytku uciech. Ale to, co najbardziej przyciągało moją uwagę, to niezłomność głównej bohaterki w zmaganiu się z tym całym koktajlem wydarzeń w jej życiu. Jestem przekonana, że kontynuacja tej rodzinnej sagi wcale nie uczyni je lżejszym. Wręcz przeciwnie. Zgodnie z zasadą im będzie trudniej, tym ciekawiej!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w czerwcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 936 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi