Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
piątek, 25 sierpnia 2017
Zrób mi jakąś krzywdę – Jakub Żulczyk

Zrób mi jakąś krzywdę: czyli wszystkie gry wideo są o miłości – Jakub Żulczyk
Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża , 2015 , 166 stron , wydanie 5

Literatura polska

   Przyznaję  – nie zawsze słucham podszeptów czytelniczych młodzieży.

   Potem bardzo tego żałuję. Stale muszę siebie upominać, że to najlepsza agentka wywiadu informująca mnie,  co w trawie wydawniczej rośnie, piszczy i objawia się. Tak właśnie było w przypadku tego autora. Ktoś, kiedyś polecił mi ten tytuł, kiedy autor debiutował nim w 2006 roku. Zapisałam i... zapomniałam. A potem były kolejne tytuły, które gdzieś migały mi w mediach okładkami. Z kolei w tym roku pojawiła się autorska okładka magazynu Książki z ciekawym wywiadem w środku.

A potem znowu młodzież, która mi nie odpuszczała pytaniem – czytała pani Żulczyka? Wstyd było od dekady powtarzać, że jeszcze nie.

   Sięgnęłam!

   Po debiut, ale w nowej grafice okładkowej, bo to już piąte wydanie tego tytułu! Żałuję, że dopiero teraz.

   Przeżyłam ekstremalny rollercoaster miłosny!

   Dawid, student przedostatniego roku prawa, zakochał się w piętnastoletniej Kaśce. Siostrze swojego dobrego kumpla Michała. To nie miało prawa mu się przydarzyć. Był od niej dziesięć lat starszy, a ona przypominała dwunastoletnie dziecko, zgarbione i blade, stuprocentowo aseksualne.

   A jednak!

   Ktoś zrobił jej zastrzyk z piękna, ze skroplonych cukierków z kardamonem, albo do prowadzonej przez Japończyków korporacji, która ją wyprodukowała, zatrudniono jakiegoś genialnego designera. Totalne zauroczenie nakazało mu ją „porwać” na kilka dni wspólnej wędrówki dokądkolwiek, byle razem. Właściwie namówił ją na wspólną podróż w nieznane, ale Kaśka nie zapytała matki o zgodę. Warto było pominąć ten „drobiazg”, bo przygoda okazała się historią drogi, ostatnią miłością niewinności, ilustrowaną edycją życia, komedią reżysera na psylocybach, agonią młodości przed wkroczeniem w dorosłość, a na pewno ryzykiem odpowiedzialności karnej za uprowadzenie i demoralizację nieletniej.

   A  miało być tak „pięknie”!

   Znalazłby pracę, poznałby kobietę, pojawiłoby się dziecko, kredyt mieszkaniowy, a po około 35 latach umarłby... Z tej perspektywy, rzucenie się w wir szalonej i nieodpowiedzialnej miłości ze skutkiem karnym, wyglądało dużo atrakcyjniej. Te kilka dni z Kaśką było tego warte! Od tego momentu zaczął się totalny szał ciał, zmysłów i umysłów. Pełnego życia odjazd z narastającą adrenaliną z minuty na minutę i z pomysłu na pomysł, czerpanych ze spotkań ze świadkami Jehowy, ludźmi z branży pornograficznej, okradzioną staruszką, agresywną młodzieżą, dawnymi znajomymi w survivalowym wydaniu i wieloma innymi przedstawicielami zdegenerowanego i zdemoralizowanego społeczeństwa. Dni pełnych koncertów, ucieczek, pościgów, rozmów na haju i nocy pod namiotem, na budowach, w skłotach i w obcych mieszkaniach. W rzeczywistości zapijanej szampanem i piwem, w której jedynym pięknym elementem była ich miłość. Uczucie, które rozwijało się z levelu na level zgodnie z tak nazwanymi rozdziałami, by zakończyć grę na poziomie 8.

      Wbrew pozorom to bardzo optymistyczna powieść, mimo że opowiada o beznadziejności życia, z którym wszyscy bohaterowie szarpią się na różne sposoby. O bezsensowności planowania, które prędzej czy później bezlitośnie zweryfikują czas i los, na które nie bardzo można wpłynąć. O lęku przed koszmarnie rysującą się dorosłością, która jest śmiertelną chorobą niepozwalającą młodym zbyt długo pożyć. O rzeczywistości, którą trzeba znieczulić używkami lub światem alternatywnym w Internecie, by na nią móc patrzeć bez obrzydzenia i jakoś funkcjonować w oparach jej absurdu, groteski, ratując się humorem noir.  Dla mnie rzeczywistości, która dostarczyła mi przede wszystkim bogatej informacji, co czytają, słuchają i oglądają młodzi ludzie, ponieważ autor w nawiązaniach, metaforach i odniesieniach, czerpał pełnymi garściami z popkultury. Co w tak realistycznie i naturalistycznie przedstawionej rzeczywistości może być optymistycznego?

   Miłość!

   Dla mnie ta powieść, to hołd oddany uczuciu, które jest jedynym, jasnym promykiem w obrzydliwej egzystencji człowieka. Wartym, by o niego powalczyć i uszanować jego delikatność, dziewiczość i czystość w zdegenerowanym świecie. Doświadczyć jego mocy zaklętej w kruchości. To ono sprawia, że wato żyć pomimo moralnego brudu, upodlenia wartości i przenicowania priorytetów. Miłość jako jedyna wychodzi z tego bagna i zgnilizny moralnej zwycięsko, nadając sens życiu i pozwalając z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Nawet jeśli za następnym zakrętem czeka nieatrakcyjna dorosłość.

   Danielle Steel w hardkorowym wydaniu!

   Polubiłam styl narracji i sposób postrzegania autora do tego stopnia, że zaopatrzyłam się w kolejne jego dwa tytuły.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

Uwielbiam ten styl przekazu!

czwartek, 15 czerwca 2017
Z góry widać tylko nic – Arek Borowik

Z góry widać tylko nic: mocna rzecz o namiętnościach – Arek Borowik
Wydawnictwo Dobra Literatura , 2017 , 400 stron
Literatura polska

Totalnie pozytywne zaskoczenie!
A początkowo nie zanosiło się na to! Nic nie wskazywało, że właśnie wchodzę do labiryntu nie tylko ludzkich namiętności w mocnym wydaniu, jak uprzedza podtytuł,

ale również w świat baśni. I to baśni w wydaniu hardkorowym czyli raczej brutalniejszych w przekazie braci Grimm niż łagodniejszego Hansa Christiana Andersena. Tematu, który w literaturze uwielbiam.
A wszystko zaczęło się od zmory każdego pracodawcy.
Dobiegającego czterdziestki Strawińskiego, który firmę traktował jak ZUS, miejsce odpoczynku, idealne warunki pielęgnowania uzależnienia alkoholowego i „kanapę” do spania. Każdy rozsądny prezes zwolniłby takiego „niebieskiego ptaka”, tyle że ten ostatni miał dobry bajer na przetrwanie w miejscu pracy. Za każdym razem, po donosie kolegi lub koleżanki z biura, „sprzedawał” swojemu przełożonemu, dosłownie i w przenośni, bajkę, którą ten „łykał” i godził się na jeszcze jedną szansę. Jeszcze jedną próbę przed ostatecznym wyrzuceniem z pracy.
A ja dałam się wodzić za nos razem z szefem!
Chciałam tego kolejnego zaufania, bo wiązało się ono z następną ciekawą opowieścią, a dla mnie również zabawą w zgaduj-zgadulę – jaką baśnią inspirował się autor? A było ich wszystkich cztery, obiecując na zakończenie kolejne napisane przez siebie, a może przez samo życie?

Nie zdradzę tytułów. Nie chcę odbierać przyjemności zabawy innym czytelnikom w kojarzeniu poszczególnych, mrocznych historii z tytułami znanych bajek. Zdradzę tylko, że wcale nie jest to takie proste, bo autor opierał się tylko na ogólnych schematach, od czasu do czasu wplatając naprowadzający, jednoznacznie kojarzący się cytat ze znaną bajką. Miałam z tym problem w przypadku pierwszej historii, a ostatniej byłam pewna, kiedy spojrzałam na całość, bo z góry było widać, wbrew tytułowi, może nie całkiem nic, ale na pewno lepiej. Na odwrocie książki znalazłam taką wypowiedź:

Nie miałam takiego problemu po jej przeczytaniu. Ta książka jest o życiu współcześnie odzwierciedlonym w znanych baśniach, dlatego jest o wszystkim i dla wszystkich lubiących kopać i grzebać w psychice ludzkiej. Poszukiwać odpowiedzi, czy baśnie ułatwiają tłumaczenie skomplikowanego życia, czy to raczej życie inspiruje twórców? Czy bohaterowie to wymyślone postacie, czy raczej ludzie z krwi i kości? A jeśli to ostatnie, to z kim mogę się utożsamiać? Która z nich jest mną, a może ja nią? Obalić mit, że baśnie łagodzą brutalność rzeczywistości, a może go podtrzymać, bo to rzeczywistość brutalizuje baśnie? Takich i wiele, wiele innych tematów do przemyśleń podsuwa ta powieść.
Zachwyciła mnie również forma przekazu.
Na podobny zabieg ukazujący obóz koncentracyjny zdecydowała się również Eliza Granville w powieści Gretel i ciemność zainspirowana bajką Jaś i Małgosia. Autor wykorzystał w swojej książce aż cztery bajki. Przy czym jedna z nich spina klamrą pozostałe trzy, tworząc opowieść w opowieści. Każda pełna skrajnych emocji, brutalności i uzasadnionych wulgaryzmów, co uwidoczniło się nawet w tytule jednego z rozdziałów:

Każda z morałem, który uwypuklał jedną, konkretną przywarę ludzką – zachłanność, zazdrość czy nienasycenie. A wszystko podane z dużą dawką inteligentnego humoru. Zwłaszcza w wykonaniu Strawińskiego. Typu z gatunku „wrzodów na tyłku”, ale gdyby nie ten sprawiany przez niego ból, człowiek nie wiedziałby, że żyje. Jego inne pojmowanie otaczającego go świata, odmienny system preferowanych wartości, nieakceptowanie realiów, nonkonformistyczny styl życia, przebiegłość w jego praktykowaniu i forsowaniu, irytował mnie, ale jednocześnie wzbudzał sympatię. Polubiłam tego lawiranta, może dlatego, że człowiek sam by tak chciał, ale nie ma w sobie tyle „predyspozycji”, co Strawiński, by przeżyć w społeczeństwie całkowicie na własnych warunkach. Nie każdy może być Piotrusiem Panem i musi wybierać między kotem w butach a wilkiem albo Śnieżką a złą królową.
Podobno jestem Kopciuszkiem (psychotest z przymrożeniem oka), a marzyłoby się być taką Szeherezadą!

sobota, 27 maja 2017
Wróbelek z kości – Zana Fraillon

Wróbelek z kości – Zana Fraillon
Przełożył Paweł Łopatka
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 206 stron
Literatura australijska

Przyjazd tu to jak jak obudzić się z koszmaru i stwierdzić, że jednak śpi się nadal.
Tak mówiła Queeny swojemu młodszemu bratu. Dziewięcioletni Subhi, bo tak miał na imię, nie rozumiał, co miała na myśli. Nie wiedział, że dom, w którym mieszkał, dla innych był namiotem. Łóżko, na którym spał – pryczą. Wiecznie zmęczona i śpiąca mama – osobą chorą na depresję, a ojciec, na którego przyjazd niecierpliwie czekał, od dawna już nie żył. Miejsce, w którym żyli – obozem dla uchodźców, a kurtkowcy - strażnikami. Chłopiec nie znał innego świata, który dla niego kończył się na granicy wyznaczanej przez ogrodzenie z drutów.
Subhi urodził się w obozie.
Miał swój świat bez granic widziany oczami ufnego dziecka, które tłumaczyło go sobie na swój, dziecięcy sposób. Często uciekając w marzenia, fantazje i sen znoszący granice jawy. Do momentu, aż pod jego „domem” ujrzał Jimmie. Dziesięcioletnią dziewczynkę z zewnątrz, która wiedziona ciekawością, znalazła przejście w ogrodzeniu. Wraz z rodzącą się przyjaźnią między nimi realia obozu zaczęły nabierać ostrości w swej brutalności, a okaleczane przez nią dzieci musiały sobie z tym poradzić, by znaleźć drogę do wolności, tak pięknie oddaną symbolicznie w okładkowej grafice.

 

 

Opowieść jest bardzo wzruszająca.
Autorka w odróżnieniu od reportażu Kontener Katarzyny Boni i Wojciecha Tochmana oraz powieści Co to za Coś Dave'a Eggersa, poruszających tematykę uchodźców przybywających do obozów, stworzyła opowieść z wnętrza obozu, w którym dziecięcy narrator urodził się i nie znał innej rzeczywistości. I tak, jak w Chłopcu w pasiastej piżamie Johna Boyne'a spotkały się dzieci z odmiennych światów, by zginąć w komorze gazowej, tak tutaj ten element jest czynnikiem wyzwalającym oboje. Dziewczynka poznaje historię własnej rodziny z przeszłością wojenną i uchodźczą, a chłopiec odkrywa inność spoza drutów i własne położenie w obozie na tle drastycznych wydarzeń prowadzących do buntu uwięzionych. Dojrzewa w brutalny sposób do przyjęcia informacji kim jest, skąd pochodzi, dlaczego się tutaj urodził, dlaczego tutaj żyje i, najważniejsze, dlaczego nikt na całym świecie nie chce takich, jak on.
Autorka wykorzystała wszystkie środki literackie, by mną wstrząsnąć, poruszyć i wzruszyć do łez. Ostatecznie zwrócić uwagę na problem uchodźców na całym świecie, bo jak głosi hasło umieszczone na okładce, to:

 

 

Tę jedną historię, oddającą głos milionom milczącym w statystykach, oparła na faktach. Wykorzystała realia funkcjonowania obozów detencyjnych w Australii zaczerpniętych ze sprawozdań. Bohaterem uczyniła chłopca z muzułmańskiej grupy etnicznej Rohingja zamieszkującej zdominowaną przez buddyzm Mjanmę, dawniejszą Birmę. Jak podaje autorka w posłowiu – Według ONZ i Amnesty International Rohingja należą do najbardziej prześladowanych społeczności na Ziemi, a według śledztwa, jakie niedawno przeprowadziła stacja telewizyjna Al-Dżazira, rząd Mjanmy dopuszcza się na nich ludobójstwa. Rohingja grozi więc eksterminacja. A świat się temu przygląda.
Opowieść jest wyrazem niezgody autorki na tę obojętność.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
niedziela, 21 maja 2017
Portugalka – Iwona Słabuszewska-Krauze

Portugalka – Iwona Słabuszewska-Krauze
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 374 strony
Literatura polska

Nie ma przypadków, istnieje tylko cel, którego jeszcze nie znamy.
Taką dedykację umieścił w rodzinnym albumie ojciec głównej bohaterki – Sophie. Dziewczyny, która jej znaczenie odkryła i zrozumiała dopiero po rozwikłaniu rodzinnej zagadki. Niszczącego fatum ciążącego nad jej rodziną.
A miało być tak prosto!
Pojechać do rodzinnej posiadłości w Portugalii. Quinty prowadzonej i zarządzanej przez babkę Gabrielę i wuja Leonardo. Sprzedać kawałek ziemi podarowanej jej przez ojca. Kupić mieszkanie w Anglii. Zamieszkać w nim ze swoim P., którego imienia nie zdradziła, i być nareszcie bezwarunkowo kochaną i szczęśliwą, uciekając przed chłodnymi, toksycznymi relacjami z rodzicami. Ale, ucieczki, jak każdy mechanizm obronny, działają na krótką metę. To przed czym uciekamy, i tak nas w końcu dopadnie. – tłumaczył jej P.
Miał rację!
Sophie została mimo woli wprowadzona w rodzinną tajemnicę, od której ujawnienia zależała jej przyszłość i spełnienie upragnionego marzenia – zamieszkanie wspólnie z ukochanym P. z dala od rodziców. Wprowadzana w jej meandry przez zbiegi okoliczności, intrygi najbliższych, informacje uzyskiwane od babki, wuja i osób spoza rodziny, a także własne śledztwo, nie tylko zmieniała panujące dotychczas relacje w quincie, ale również poznawała kilkusetletnią historię portugalsko-angielsko-polskiej rodziny i swoją w niej rolę. Własne korzenie i prawdziwą tożsamość. Nie było jej łatwo. Kroczyła w labiryncie niedomówień, niedopowiedzeń, przekłamań, subiektywnych interpretacji, zmowy milczenia, próbując znaleźć wyjście z sytuacji, która, wydawałoby się, że jej nie posiada. To odzyskiwanie siebie przez Sophie nie byłoby tak ciekawe, gdyby nie oprawa intrygi. Przepiękne miejsce akcji.
Dolina Douro!

 

By António Alfarroba - Praca własna, CC BY-SA 3.0, Link

 

Plastycznie odmalowana słowami w opisach pejzaży i widoków winnych plantacji. Procesów uprawy winorośli i produkcji porto oraz wina. Domu wtopionego w zbocze góry, do którego wejście przypominało przygodę z historią, pełnego korytarzy, zakamarków i pomieszczeń wypełnionych rodzinnymi pamiątkami. Dowodami kilkusetletniej tradycji rodu wprowadzających atmosferę minionych czasów, która sprawiała, że człowiek na ułamek sekundy doznaje poczucia własnej nietrwałości. I wreszcie ludzi zmagających się z nieprzychylną ziemią, nieprzyjaznym klimatem i zmiennymi warunkami politycznymi. Mieszkańców dumnych, twardych, pracowitych, ciężko pracujących, w swojej szlachetności potrafiących jednak popełniać błędy, do których trudno im się było przyznać. A jeszcze ciężej naprawić, bo nienawidzić jest łatwiej niż kochać i wybaczać. Ten trud nieświadomie wzięła na siebie Sophie.
Cel, którego początkowo nie rozumiała, gdy po latach powróciła do krainy swojego dzieciństwa.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Portugalka [Iwona Słabuszewska-Krauze]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 08 maja 2017
Dwie sekundy przed cudem – Agnès Ledig

Dwie sekundy przed cudem – Agnès Ledig
Przełożyła Eliza Kasprzak-Kozikowska
Wydawnictwo Andromeda , 2017 , 320 stron
Literatura francuska

Koalescencja to clue, esencja, sedno, trop i wskazówka tej emocjonalnej powieści.

 

 

Jej początek, bo autorka definicję tego słowa umieściła na początku książki. Jej przesłanie, wokół którego zbudowała przejmującą i pulsującą wszystkimi odcieniami emocji fabułę. Także jej zakończenie, tytułując tym pojęciem ostatni rozdział książki pełniący również rolę epilogu.
Brzmi bardzo naukowo.
Jednak treść temu przeczy, bo jest pełna życia w całej gamie jego bieli, czerni, szarości i pozostałych kolorów. Dla autorki mądrość zawarta w pojęciu była bardzo dobrym materiałem, z którego zbudowała skomplikowaną i jednocześnie szaloną historię trojga ludzi. Osób z traumą do przepracowania. Dwudziestoletniej Julie, kasjerki z dyskontu wychowującej samotnie trzyletniego Ludovica. Jérôme’a, lekarza, który niedawno został wdowcem i pięćdziesięciojednoletniego Paula, ojca Jérôme’a, inżyniera aeronautyki, od którego odeszła żona. Każde z nich zatopione w swoim smutku, próbujące na swój, nieszczęśliwy sposób poradzić sobie z problemami niesionymi przez codzienność. Do momentu, kiedy przy kasie Julie zjawia się Paul. Do chwili, w której zdarzają się tytułowe dwie sekundy przed cudem.
I cud się wydarza!
Zamienia przypadkową znajomość zawartą pod wpływem impulsu w zażyłość przypominającą oswajanie lisa z Małego Księcia Antione’a de Saint-Exupéry’go. Tyle, że w tej powieści oswajanie jest wzajemne, a rodząca się przyjaźń nie prowadzi do romansu. To byłoby zbyt banalne i za proste na tę mądrze poprowadzoną, wspólną podróż splatającą przypadkowe losy ludzkie. Dosłownie, bo w czwórkę wybierają się na wycieczkę do Bretanii, by nad morzem spędzić wspólnie czas. Jednak w tej podróży nie chodzi o geografię i przemierzanie kilometrów. Chodzi raczej o dotarcie do głębi ludzkiego wnętrza i przedarcie się przez niedostępny gąszcz ludzkiej psychiki. O dostrzeżenie w wypalonym psychicznie człowieku, że pod grubą warstwą szarego, zimnego popiołu tli się żar. I nagle, pewnego dnia, delikatne tchnienie i kilka nowych gałązek wystarczą, by ogień znów zapłonął. O naukę umiejętnego wsparcia cierpiącego człowieka, by samemu nie ulec destrukcyjnemu działaniu smutku. O przejawianiu mądrej empatii, która polega na tym, jak podać rękę komuś, kto wpadł do dołu, a nie wskoczyć tam za nim, by wyszedł po twoich plecach. O dostrzeganiu drobiazgów życia codziennego, z których zwykle nie zdajemy sobie sprawy, ale to one, w zależności od tego, jak je przeżywamy, sprawiają, że dana chwila może być przyjemna i dać powody do śmiechu, mimo że serce płacze, a dusza wyje.
Wszystkie budujące... koalescencję.
Tę nową jakość psychoterapeutycznego, wzajemnego wspierania się poranionych osobowości, by znowu móc cieszyć się życiem i wierzyć w bezinteresowne dobro niesione przez innych. Móc znów zapłonąć własnym blaskiem. Aż prosi się, żeby wstawić tutaj kolejną złotą myśl z tekstu, ale powstrzymam się, ponieważ ta opowieść jest nią naszpikowana. Właściwie można tę książkę potraktować jak osobisty notes, do którego zagląda się od czasu do czasu w poszukiwaniu wzmocnienia budującą myślą, kiedy świat dookoła zaczyna szarzeć, a nawet walić się. To jej niezaprzeczalny i silny aspekt terapeutyczny, mimo że sama treść jest dramatyczna. Łagodzona jednak błyskotliwymi dialogami z nutką inteligentnego humoru.
To największe atuty tej powieści.
Autentyzm i siła emocji pochodzą z osobistych przeżyć autorki, zmagającej się z białaczką syna. Swoją autoterapią, w postaci pisanego przez nią dziennika, podzieliła się z innymi, tworząc powieść pełną mocy zdmuchiwania popiołu z ludzi i rozżarzania ich na nowo. Może dlatego wybaczyłam autorce nie do końca sprawny warsztat pisarski, którego braki widziałam w zakończeniu powieści. Bardzo rozpraszające główny temat, powodując odbieganie od wątków. Autorka skupiła się przede wszystkim na chęci przekazania jak najwięcej mądrości życiowych, co widziałam również w coraz krótszych rozdziałach, bardziej przypominających „rozważania na temat” niż kontynuację powieści. Na szczęście to końcowe rozkojarzenie myśli ratuje epilog spinający i kończący wszystkie wątki. Na tylnej okładce książki znalazłam taką informację – Czytelnicy i recenzenci często porównują twórczość Agnès Ledig do książek Nicolasa Sparksa i Anny Gavaldy.
Według mnie to raczej ich kompilacja.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
wtorek, 02 maja 2017
Karmin – Agnieszka Meyer

Karmin – Agnieszka Meyer
Wydawnictwo MG , 2017 , 282 strony
Literatura polska

Jest coś w powieści Meyer, co nie pozwala się od niej oderwać.
Powyższe zdanie autorstwa Sylwii Chutnik, które wybrałam z jej opinii umieszczonej na tylnej okładce tej książki, w pełni oddaje nieuchwytność istoty ducha tej powieści.
Próbowałam dociec i określić ją.
Na pewno nie był to główny wątek - rozpadający się związek Seliny i Maxa oraz próba zbudowania przez każdego z nich kolejnych z innymi partnerami. Dla mnie nic rewelacyjnego. Nie były to też skomplikowane relacje między czworgiem bohaterów. Pełne niedomówień, sekretów i toksyn je niszczących. Znów nic nowego! Mam to w każdej powieści obyczajowej. Nie była to również miłość. Najbanalniejszy temat prawie wszystkich historii. I nie tylko! Opierają się jej jedynie poradniki z fizyki i im podobne.
Więc co?
Narracja! Niebanalny sposób przekazu o banalnych sprawach ludzkich. Niezwykle zmysłowe patrzenie, postrzeganie i ujmowanie rzeczy, obrazów, myśli i zdarzeń. Najdrobniejszy detal materialny i niematerialny widziałam i czułam w ogromnym powiększeniu. Miał swój kształt, zapach, smak, kolor i fakturę przenoszące w czasie i przestrzeni. Każde odczucie rozszczepiało się na odcienie i powidoki. Każdy szczegół pulsował, mienił się i zmieniał barwę, które narrator zamykał w metaforze. Selina nie miała szarych oczu. Jej tęczówki drżały rtęcią. I tak, jak Selina potrafiła uskrzydlić wszystko: herbatę w wyszczerbionym kubku, pojedynczy promień światła wchodzący do pokoju przez szczelinę pod drzwiami, załamanie na jego koszuli, tak ja z zaciekawieniem odkrywałam, jak inaczej można odbierać dobrze sobie znany świat. Zupełnie, jakby narrator przemawiał do mnie innym językiem.
Uskrzydlonym!
Na dodatek każde zdanie obrazujące myśli bohaterów było gęste i brzemienne zawartą w nich wiedzą. Każde wyrażenie otwierało mi drzwi do innej przestrzeni wyobraźni, prowadząc skojarzeniami po labiryntach odmiennych pojęć w nowej odsłonie. Każda opowieść kończyła swój bieg w świecie manuskryptów i starodruków. Selina, będąc konserwatorką papieru i jeżdżąc po świecie za zleceniami, pokazywała mi to, co przeciętny człowiek ma rzadką okazję zobaczyć.

 

 

Chociażby taki inkunabuł, dzieło św. Bonawentury, który miałam szczęście ujrzeć w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie tylko dlatego, że był wystawiony dla czytelników przez trzy dni po jego konserwacji, a przed zamknięciem w skarbcu. Takich spotkań z wyjątkowymi i niedostępnymi dla większości księgami było w tej powieści więcej. To właśnie dzięki nim czas w powieści biegł dwutorowo. Leniwie, powoli w naprzemiennie opisywanych chwilach życia poszczególnych bohaterów z niezwykle zmysłowymi scenami erotycznymi, a jednocześnie szybki i dynamiczny w zmieniającej się scenerii historycznej całej ludzkości, będącej tłem oraz przyczyną a zarazem skutkiem czasu teraźniejszego. Dynamikę akcji potęgowały liczne podróże bohaterów i zmiany miejsca zamieszkania, której kwintesencją był tajemniczy David. Postać niezwykle intrygująca. Wprowadzała w opowieść elementy praprzeszłej tajemnicy sięgającej początków świata, metafizyki, historii powszechnej ludzkości, ale też wątki filozoficzne. Ponadczasowe zagadnienia zmuszające do odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne.
Powieść uskrzydlona!
To najbardziej adekwatne określenie, jakie nasuwa mi się jako pierwsze, gdy spoglądam na jej okładkę, a która bardzo mi się nie podoba. Aż prosi się, żeby zamienić jej grafikę na stylizację starej księgi sugerującą obietnicę wzniesienia czytelnika ponad podziały geograficzne (kosmopolityzm bohaterów), narodowościowe (każdy bohater ma inne pochodzenie) i czasowe (przeszłość miesza się z teraźniejszością, która pyta o przyszłość) po to, by pokazać los człowieczy z jego wędrówką w czasie oraz zmienność świata zmierzającemu ku samozagładzie, zatrzymaną w księgach. By dać możliwość wyjrzenia z wąskiej perspektywy swojego ulotnego życia każdemu kurczowo chwytającemu się swoich miłości, obsesji, pasji, pieniędzy, wspomnień..., a którzy są ograniczeni czasem, zaślepieni uczuciami, niewidzący niczego poza swoim krótkim, nieważnym życiem. By uświadomić sobie, że w tym nieubłaganym przemijaniu życia najważniejsze jest pełne i świadome przeżywanie chwili.
Powieść do tego zachęca.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Karmin [Agnieszka  Meyer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

W taki niezwykły świat wprowadziła mnie ta opowieść, a przy okazji zobaczyłam proces konserwacji oglądanego przeze mnie inkunabułu.

wtorek, 18 kwietnia 2017
Kraina miłości i zatracenia – Tiphanie Yanique

Kraina miłości i zatracenia - Tiphanie Yanique
Przełożyła Monika Skowron
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 578 stron
Literatura amerykańska

Opowieść dla lubiących czar zmyśleń!
Złudne, ale przyjemne nadinterpretacje łagodzące brutalność rzeczywistości. Inaczej warstwa realna tej powieści byłaby niemożliwa i zbyt bolesna do zniesienia, a nawet zaakceptowania. Rozpoczęła się historycznym i politycznym momentem przejęcia władzy na Wyspach Dziewiczych przez Stany Zjednoczone na początku XX wieku. Wydarzenie to zdeterminowało losy nie tylko tego zakątka Karaibów, ale również jego mieszkańców. Proces wykorzenienia i ubezwłasnowolnienia rdzennej ludności przez kolejne kilkadziesiąt lat toczącej się akcji powieści oraz dwie wojny światowe, odzierało Amerykę z jej oficjalnej, dobrej twarzy na pokaz. Dla mieszkańców wysp, kraj okazał się jawnie rasistowski, jawnie seksistowski i jawnie nieprzyjazny na wiele różnych sposobów z najgorszym typem białego człowieka - turystą. Mimo że przyniósł wraz z rządami amerykańskie obywatelstwo, prąd, bieżącą wodę, radio i telewizję. Ostatnie, według mieszkańców – na zgubę.
Trudno było mi zaakceptować taką degradację kulturową archipelagu.
Jeszcze trudniej przychodziła mi akceptacja losów bohaterów i ich rodzin z rodu McKenzich i Bradshawów. Splecionych i trwale połączonych kazirodczymi tajemnicami oraz klątwą, o których wiedzieli wszyscy oprócz najbardziej zainteresowanych. To niejedyne zakazane stosunki seksualne w tych rodzinach. To również zdrady, cudzołóstwo i pedofilia, której ofiary nie potrafiły zbudować zdrowych relacji z innymi ludźmi w dorosłym już życiu.
Prawda, że brzmi patologicznie i ponuro?
A jednak obrazoburczo i przerażająco nie było. Było pięknie, zmysłowo i tajemniczo, bo autorka dramatyczną fabułę ubrała w realizm magiczny. Skutecznie rozmywający ból i cierpienie bohaterów oraz niestosowność wątków miłosnych, magią miejsca. Czerpaną z zachodów słońca, plaż w kolorze dziecięcego języka, ciała ludzkiego, którego deformacje i anomalie nadawały kobietom wyjątkowości, czyniąc z nich istoty korzeni i zaklęć. Czarownice obeah czytające w myślach, posiadające moc, by powstrzymywać i zaczynać wiele rzeczy i parające się vodou. Godne potomkinie Dueny ze stopami tyłem do przodu, której mit kładł się cieniem na wyspach i mieszał się z prawdą. Zresztą trudno tej prawdy ostatecznej było mi szukać i dociekać. Narrator zewnętrzny krążył od bohatera do bohaterki, ukazując wydarzenia za każdym razem inaczej, z innej perspektywy i w kontekście innego mitu - Anansi, La Diablesse czy Pana Pająka. Często oddając głos postaciom. Czasami zaprzeczając sobie i podając inną, drugą wersję. A czasami jeszcze kolejną, trzecią. Jednocześnie wybiegając w przyszłość, szkicując wydarzenia, które nastąpią i uchylając rąbka tajemnicy rozgrywanych zdarzeń z teraźniejszości. Nie mogłam mieć o to pretensji. Musiałam to zaakceptować. Byłam na Karaibach, gdzie nic nie jest jednoznaczne; nic nie jest jasne.
A wszystko to bardzo zmysłowo opisane.
Momentami intymnie i lubieżnie. Opisy poruszania się ludzi i ruchu przedmiotów, ludzkiego ciała i jego mowy, ubrań, jedzenia, otoczenia, bardzo szczegółowe, pełne metafor, porównań, sugestii, zaklęć i nadprzyrodzoności, silnie oddziaływały na wyobraźnię i emocje. Czyniły je niemalże namacalnymi i odczuwanymi wszystkimi zmysłami. Miałam wrażenie, że jestem w osiemnastowiecznej, wyspiarskiej krainie miłości i zatracenia. Dokładnie tak, jak w tytule! I tylko od czasu do czasu, na początku, a potem coraz częściej, w miarę zbliżania się do końca XX wieku, wybudzały mnie z tego wilgotnego, cielesnego, barwnego, odurzającego zapachem, zmysłowego amoku, przebijające się niczym szpileczki, informacje z realnej współczesności.
To świadomy zabieg autorki, która chciała w ten sposób pokazać, co ludzkość traci, niszcząc kulturę małych regionów. Na co naraża się, skazując unikatowe mikroświaty na zapomnienie. Co tak naprawdę wydarzyło się, kiedy ziemia stała się amerykańska, ale ludzie zostali karaibscy. Jak sama autorka napisała w Słowie od autorkiTa książka powstała po części w odpowiedzi na powieść Hermana Wouka „Nie przerywajcie karnawału” i film soft porno Girls are for loving nakręcony na Wyspach Dziewiczych z premierą w 1973 roku. O ile film z Caffaro, jak i książka Wouka stanowiły wczesny i nieprzemijający portret Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, o tyle ta powieść ukazuje późny i przemijający już ich obraz. Autorka, jako ich mieszkanka, tą opowieścią spróbowała zachować nie tylko dziedzictwo swojego pochodzenia, jak i jej rodziny.
Ostrzega, że po dawnych Karaibach zalanych falą turystyki pozostanie już tylko parę książek i film.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Kraina miłości i zatracenia [Tiphanie  Yanique]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

sobota, 15 kwietnia 2017
Matka swojej córki – Iwona Żytkowiak

Matka swojej córki – Iwona Żytkowiak
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 272 strony
Literatura polska

Nie zawiodłam się po raz drugi!
Właściwie to pierwsze zdanie powinno być moim ostatnim w tych wrażeniach polekturowych. Nie wytrzymałam jednak. Pierwsza powieść tej autorki – Świat Ruty, wysoko postawiła poprzeczkę poziomu literackiego pod każdym względem. Sięgając po jej drugą (dla mnie!) powieść, miałam już konkretne wymagania. Jednym z nich był ciekawy, nielinearny sposób narracji - był! Drugim przejmująco naturalistycznie (nawet nie realnie!) zarysowane psychologiczne portrety bohaterów powieści - były! Trzecim rzadko poruszana tematyka w literaturze popularnej opisującej świat kobiet - była! Czwartym, czynnik determinujący losy ludzkie czyniący je tragicznymi - był, aż do bólu! A wszystko podane w konwencji wielkiej niewiadomej, rodzinnej tajemnicy z rodzaju poliszynela, rozpoczętej w tej opowieści żenującą sceną szpitalną, by powoli, zataczając koło, odkryć przyczynę jej zajścia. W ostateczności praprzyczynę wszystkiego. W tej pętli zamykała się trudna i bolesna historia rodziny.
Opowieść dwóch kobiet.
Marki i córki. Niny i Joanny. Matki swojej córki i córki swojej matki. Niby temat banalny, ale kryjący w sobie głębszy sens. Mogłabym ponownie stwierdzić – banalny, bo sens miłości, ale to, jak przedstawiła go autorka, już takie konwencjonalne nie było. Jeśli powiem, że autorka opisała przejmujący, rozciągnięty na całe życie, powolny, destrukcyjny proces umierania kobiety z powodu braku miłości oraz że jej bohaterka miała ponad siedemdziesiąt lat i była alkoholiczką – zaczyna robić się nietypowo, a przez to ciekawie.
I bardzo, bardzo smutno.
Ta choroba braku miłości poraża i niszczy rodzinę. Unicestwia mężów, bo miała ich dwóch i okalecza dzieci, obdarzanych miłością zdeformowaną, bo egoistyczną. Historia opowiedziana przez narratora zewnętrznego z punktu widzenia najpierw matki, a potem córki, ukazuje temat z wielu stron, poddając rozważaniom bardzo ciekawy, wielowątkowy temat - czy samotność starych ludzi nie jest mylona z brakiem miłości? Autorka w powieści próbuje na to pytanie odpowiedzieć, dając do ręki klucz zawarty w wypowiedzi jednej z bohaterek – Miłość nie zna wieku. A ja od siebie dodam – a jej brak w ludzkim życiu jest praprzyczyną ludzkich nieszczęść, które są jego pochodną. Czyż nie jest to banalny temat?
Ale jak on jest pokazany!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Matka swojej córki [Iwona Żytkowiak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 08 kwietnia 2017
Anhusz – Martine Madden

Anhusz - Martine Madden
Przełożył Jakub Kowalczyk
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 419 stron
Literatura irlandzka

Piękna!
Z przekonaniem o słuszności, powtarzam za irlandzkim pisarzem, Donalem Ryanem, którego słowa uznania umieszczono na okładce tytułowej.

 

 

To pierwsze, nieodparte wrażenie i określenie, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu całości. Chociaż dominowało ono we wszystkim tylko na początku opowieści, snutej w dużej mierze przez amerykańskiego lekarza. Świadka opisywanych wydarzeń, rozgrywanych w latach 1914-1916, ale po części również ich uczestnika. To piękno widziałam w głównej bohaterce – Anhusz. Ormiańskiej, nastoletniej dziewczynie o wyróżniającej ją urodzie. Urzekało mnie w Trapezuncie, który zaznaczyłam sobie na dołączonej mapce czerwonym iksem. Wsi, w której mieszkała, położonej nad Morzem Czarnym w Imperium Osmańskim i miejscowościach rozrzuconych w okolicy.

 

 

Piękno kusiło bezkresem wody, gdy Anhusz wraz z przyjaciółkami prała odzież nad jej brzegami lub zanurzała się w jej otchłani, walcząc z siłą fal i prądów morskich. Dostrzegałam je w tradycjach, zwyczajach i obyczajach Ormian żyjących zgodnie z ich zasadami, dającymi poczucie tożsamości, wspólnoty i bezpieczeństwa.
Zmiany przyszły do wioski razem z tureckimi żołnierzami.
Tym zdaniem rozpoczyna się powieść, a dla mnie powolna erozja piękna, które ze strony na stronę zaczynało przypominać jego karykaturę. I wojna światowa, która dotarła do tego urokliwego zakątka spokojnie żyjących ludzi, zniszczyła nie tylko wsie i miasta, ale przede wszystkim naród. Od wewnątrz i od zewnątrz.
Dosłownie.
Morderstwa, aresztowania, wypędzenia, zdrady, topienie dzieci, tortury, marsze śmierci, gwałty i znęcanie się podsycane nienawiścią w myśl tureckiego agresora – Musimy pozbyć się zdrajców z kraju wszelkimi sposobami. Pozbyć się każdego mężczyzny, kobiety i dziecka. – przysłaniały całą urodę, a mimo to nadal uważałam, że to piękna opowieść.
Sprawiła to miłość.
Anhusz i Dżahana, tureckiego oficera, który w tym kraju, ludziach, a przede wszystkim w dziewczynie zobaczył to samo piękno, co ja. Piękno, które i jego urzekło, i którego nie pozwalał w sobie zabić. Jesteś żołnierzem Dżahan. W randze kapitana. Twoim zadaniem jest dowodzenie oddziałem i słuchanie rozkazów, a nie biadolenie jak baba. To, jak będziesz zachowywał się podczas tej wojny, zaważy na całej twojej przyszłej karierze. – krzyczał na niego przełożony. Ormianie to nieszczęśnicy – ciągnął ojciec – Zasługują na nasze współczucie i wsparcie, ale to plemię, z którym nie należy się wiązać. – wybijał mu z głowy małżeństwo ojciec. Dżahan nie słuchał. W zawierusze brutalnej wojny, sprzecznych rozkazów z jego sumieniem, sprzeciwu rodziny, robił wszystko, by uratować miłość swojego życia. To ona, poniżona, zakazana i początkowo ukrywana, była tym czynnikiem, który podtrzymywał nadzieję na dobro tkwiące w drugim człowieku. Zachowywała swoje piękno wbrew wszystkim i wszystkiemu, zachwycając mnie swoją urodą, mimo cierpienia, poświęcenia, bólu, kalectwa emocjonalnego i wyczerpania psychicznego jej bohaterów.
Nieustannie podtrzymywała we mnie wiarę w dobro w czasach barbarzyństwa.
Opowieść uświadomiła mi również, że I wojna światowa to nie tylko bolesny czas dla Europy. To także pierwsze ludobójstwo w XX wieku, w którym zgładzono 1,5 – 2 milionów Ormian, a w Armenii i wśród diaspory ormiańskiej na całym świecie do dnia dzisiejszego obchodzi się 24 kwietnia jako Dzień Pamięci o Ludobójstwie Ormian.
A mimo tego bólu, nadal tkwi we mnie poczucie piękna tej opowieści.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Anhusz [Martine  Madden]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

wtorek, 28 marca 2017
Kolejny rozdział – Agata Kołakowska

Kolejny rozdział – Agata Kołakowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 391 stron
Literatura polska

Przestraszyłam się!
Straszą mnie maszyny do pisania na okładkach. Niedawno dzieliłam się podobnymi wrażeniami, pisząc o Kobiecie, która ukradła moje życie Marian Keyes, że taka grafika zwiastuje nielubiany przeze mnie temat – niemoc twórczą głównego bohatera, który jest pisarzem.
Nie pomyliłam się!
Główna bohaterka Kalina, trzydziestodziewięcioletnia uznana pisarka, właśnie ją przeżywała. Próbowała odzyskać wenę w zaciszu niewielkiego ośrodka położonego w leśnej głuszy, z dala od cywilizacji i absorbującej ją rodziny. Minę miałam nietęgą po takim wstępie, ale moją uwagę przyciągnął drugi bohater główny – czterdziestotrzyletni Maciej. Jej agent pracujący w wydawnictwie. Naprzemienna narracja zewnętrzna opowiadająca o ich teraźniejszości zaczęła przypominać thriller z… powieścią w powieści. A właściwie opowieść w rozdziałach, które cyklicznie podsyłane im w formie mejla lub tekstu drukowanego, zaczynały powoli stawać się najważniejszym wątkiem komplikującym relacje wszystkich bohaterów powieści. Groza tekstów podsyłanych Kalinie i Maciejowi tkwiła w kalce ich życia z elementami jasnowidztwa.
Moja uwaga została złapana na ten haczyk!
Musiałam wiedzieć, kto i dlaczego w ten wymyślny, okrutny, bezwzględny i brutalny sposób prześladował parę bohaterów. Ich nadawca, podpisujący się literami XYZ , wiedział o nich bardzo dużo. Znał ukrywane przez nich fakty z przeszłości i bolesne tajemnice, jakby siedział w ich głowie i śledził każdą myśl. Najgorsze w tym było to, że ujawniał je, powodując lawinę przez lata wypieranych, przykrych wspomnień. Przez cały czas chłodno analizowałam i kalkulowałam, kto z otaczających ich osób, mógłby wpaść na ten szalony sposób prześladowania?
I dlaczego?
Nie tylko ja usilnie próbowałam rozwiązać tę zagadkę, ale również Kalina i Maciej. Razem z nimi eliminowałam kolejnych podejrzanych z ich otoczenia. A było ich sporo i każdy mógł okazać się sprawcą zamieszania zmierzającego prosto do tragedii. Światełko podejrzeń (jak się potem okazało - słusznych!) zapaliło mi się mniej więcej w trzech czwartych powieści, ale nie byłam ich pewna. Śledztwo – kto i dlaczego? – do końca trzymało mnie w niepewności.
To nie był jedyny absorbujący mnie wątek!
Dochodzenie i ujawnianie niewygodnych faktów z życia bohaterów nie tylko budowało obraz środowiska pisarzy i wydawców, ale również odkrywało ich jako zwykłych ludzi – matki, żony, kochanki, męża, ojca, przyjaciela czy syna. Dramaty z przeszłości tłumaczyły ich niezrozumiałe dla najbliższych postawy w teraźniejszości. Burzyły fasadę sukcesu, powodzenia i szczęścia rodzinnego. Ostatecznie zmuszały do refleksji i głębszego wejrzenia we… własne życie.
I o to autorce chodziło!
Dopiero po przeczytaniu powieści mogłam odpowiedzieć sobie na pytanie umieszczone na tylnej okładce.

 

 

Zaczęłabym się bać!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Kolejny rozdział [Agata Kołakowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A we wrześniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 967 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi