Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 27 maja 2017
Wróbelek z kości – Zana Fraillon



Wróbelek z kości – Zana Fraillon
Przełożył Paweł Łopatka
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 206 stron
Literatura australijska


Przyjazd tu to jak jak obudzić się z koszmaru i stwierdzić, że jednak śpi się nadal.
Tak mówiła Queeny swojemu młodszemu bratu. Dziewięcioletni Subhi, bo tak miał na imię, nie rozumiał, co miała na myśli. Nie wiedział, że dom, w którym mieszkał, dla innych był namiotem. Łóżko, na którym spał – pryczą. Wiecznie zmęczona i śpiąca mama – osobą chorą na depresję, a ojciec, na którego przyjazd niecierpliwie czekał, od dawna już nie żył. Miejsce, w którym żyli – obozem dla uchodźców, a kurtkowcy - strażnikami. Chłopiec nie znał innego świata, który dla niego kończył się na granicy wyznaczanej przez ogrodzenie z drutów.
Subhi urodził się w obozie.
Miał swój świat bez granic widziany oczami ufnego dziecka, które tłumaczyło go sobie na swój, dziecięcy sposób. Często uciekając w marzenia, fantazje i sen znoszący granice jawy. Do momentu, aż pod jego „domem” ujrzał Jimmie. Dziesięcioletnią dziewczynkę z zewnątrz, która wiedziona ciekawością, znalazła przejście w ogrodzeniu. Wraz z rodzącą się przyjaźnią między nimi realia obozu zaczęły nabierać ostrości w swej brutalności, a okaleczane przez nią dzieci musiały sobie z tym poradzić, by znaleźć drogę do wolności, tak pięknie oddaną symbolicznie w okładkowej grafice.

Opowieść jest bardzo wzruszająca.
Autorka w odróżnieniu od reportażu Kontener Katarzyny Boni i Wojciecha Tochmana oraz powieści Co to za Coś Dave'a Eggersa, poruszających tematykę uchodźców przybywających do obozów, stworzyła opowieść z wnętrza obozu, w którym dziecięcy narrator urodził się i nie znał innej rzeczywistości. I tak, jak w Chłopcu w pasiastej piżamie Johna Boyne'a spotkały się dzieci z odmiennych światów, by zginąć w komorze gazowej, tak tutaj ten element jest czynnikiem wyzwalającym oboje. Dziewczynka poznaje historię własnej rodziny z przeszłością wojenną i uchodźczą, a chłopiec odkrywa inność spoza drutów i własne położenie w obozie na tle drastycznych wydarzeń prowadzących do buntu uwięzionych. Dojrzewa w brutalny sposób do przyjęcia informacji kim jest, skąd pochodzi, dlaczego się tutaj urodził, dlaczego tutaj żyje i, najważniejsze, dlaczego nikt na całym świecie nie chce takich, jak on.
Autorka wykorzystała wszystkie środki literackie, by mną wstrząsnąć, poruszyć i wzruszyć do łez. Ostatecznie zwrócić uwagę na problem uchodźców na całym świecie, bo jak głosi hasło umieszczone na okładce, to:

Tę jedną historię, oddającą głos milionom milczącym w statystykach, oparła na faktach. Wykorzystała realia funkcjonowania obozów detencyjnych w Australii zaczerpniętych ze sprawozdań. Bohaterem uczyniła chłopca z muzułmańskiej grupy etnicznej Rohingja zamieszkującej zdominowaną przez buddyzm Mjanmę, dawniejszą Birmę. Jak podaje autorka w posłowiu – Według ONZ i Amnesty International Rohingja należą do najbardziej prześladowanych społeczności na Ziemi, a według śledztwa, jakie niedawno przeprowadziła stacja telewizyjna Al-Dżazira, rząd Mjanmy dopuszcza się na nich ludobójstwa. Rohingja grozi więc eksterminacja. A świat się temu przygląda.
Opowieść jest wyrazem niezgody autorki na tę obojętność.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 21 maja 2017
Portugalka – Iwona Słabuszewska-Krauze



Portugalka – Iwona Słabuszewska-Krauze
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 374 strony
Literatura polska


Nie ma przypadków, istnieje tylko cel, którego jeszcze nie znamy.
Taką dedykację umieścił w rodzinnym albumie ojciec głównej bohaterki – Sophie. Dziewczyny, która jej znaczenie odkryła i zrozumiała dopiero po rozwikłaniu rodzinnej zagadki. Niszczącego fatum ciążącego nad jej rodziną.
A miało być tak prosto!
Pojechać do rodzinnej posiadłości w Portugalii. Quinty prowadzonej i zarządzanej przez babkę Gabrielę i wuja Leonardo. Sprzedać kawałek ziemi podarowanej jej przez ojca. Kupić mieszkanie w Anglii. Zamieszkać w nim ze swoim P., którego imienia nie zdradziła, i być nareszcie bezwarunkowo kochaną i szczęśliwą, uciekając przed chłodnymi, toksycznymi relacjami z rodzicami. Ale, ucieczki, jak każdy mechanizm obronny, działają na krótką metę. To przed czym uciekamy, i tak nas w końcu dopadnie. – tłumaczył jej P.
Miał rację!
Sophie została mimo woli wprowadzona w rodzinną tajemnicę, od której ujawnienia zależała jej przyszłość i spełnienie upragnionego marzenia – zamieszkanie wspólnie z ukochanym P. z dala od rodziców. Wprowadzana w jej meandry przez zbiegi okoliczności, intrygi najbliższych, informacje uzyskiwane od babki, wuja i osób spoza rodziny, a także własne śledztwo, nie tylko zmieniała panujące dotychczas relacje w quincie, ale również poznawała kilkusetletnią historię portugalsko-angielsko-polskiej rodziny i swoją w niej rolę. Własne korzenie i prawdziwą tożsamość. Nie było jej łatwo. Kroczyła w labiryncie niedomówień, niedopowiedzeń, przekłamań, subiektywnych interpretacji, zmowy milczenia, próbując znaleźć wyjście z sytuacji, która, wydawałoby się, że jej nie posiada. To odzyskiwanie siebie przez Sophie nie byłoby tak ciekawe, gdyby nie oprawa intrygi. Przepiękne miejsce akcji.
Dolina Douro!

By António Alfarroba - Praca własna, CC BY-SA 3.0, Link

Plastycznie odmalowana słowami w opisach pejzaży i widoków winnych plantacji. Procesów uprawy winorośli i produkcji porto oraz wina. Domu wtopionego w zbocze góry, do którego wejście przypominało przygodę z historią, pełnego korytarzy, zakamarków i pomieszczeń wypełnionych rodzinnymi pamiątkami. Dowodami kilkusetletniej tradycji rodu wprowadzających atmosferę minionych czasów, która sprawiała, że człowiek na ułamek sekundy doznaje poczucia własnej nietrwałości. I wreszcie ludzi zmagających się z nieprzychylną ziemią, nieprzyjaznym klimatem i zmiennymi warunkami politycznymi. Mieszkańców dumnych, twardych, pracowitych, ciężko pracujących, w swojej szlachetności potrafiących jednak popełniać błędy, do których trudno im się było przyznać. A jeszcze ciężej naprawić, bo nienawidzić jest łatwiej niż kochać i wybaczać. Ten trud nieświadomie wzięła na siebie Sophie.
Cel, którego początkowo nie rozumiała, gdy po latach powróciła do krainy swojego dzieciństwa.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Portugalka [Iwona Słabuszewska-Krauze]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 08 maja 2017
Dwie sekundy przed cudem – Agnès Ledig



Dwie sekundy przed cudem – Agnès Ledig
Przełożyła Eliza Kasprzak-Kozikowska
Wydawnictwo Andromeda , 2017 , 320 stron
Literatura francuska


Koalescencja to clue, esencja, sedno, trop i wskazówka tej emocjonalnej powieści.

Jej początek, bo autorka definicję tego słowa umieściła na początku książki. Jej przesłanie, wokół którego zbudowała przejmującą i pulsującą wszystkimi odcieniami emocji fabułę. Także jej zakończenie, tytułując tym pojęciem ostatni rozdział książki pełniący również rolę epilogu.
Brzmi bardzo naukowo.
Jednak treść temu przeczy, bo jest pełna życia w całej gamie jego bieli, czerni, szarości i pozostałych kolorów. Dla autorki mądrość zawarta w pojęciu była bardzo dobrym materiałem, z którego zbudowała skomplikowaną i jednocześnie szaloną historię trojga ludzi. Osób z traumą do przepracowania. Dwudziestoletniej Julie, kasjerki z dyskontu wychowującej samotnie trzyletniego Ludovica. Jérôme’a, lekarza, który niedawno został wdowcem i pięćdziesięciojednoletniego Paula, ojca Jérôme’a, inżyniera aeronautyki, od którego odeszła żona. Każde z nich zatopione w swoim smutku, próbujące na swój, nieszczęśliwy sposób poradzić sobie z problemami niesionymi przez codzienność. Do momentu, kiedy przy kasie Julie zjawia się Paul. Do chwili, w której zdarzają się tytułowe dwie sekundy przed cudem.
I cud się wydarza!
Zamienia przypadkową znajomość zawartą pod wpływem impulsu w zażyłość przypominającą oswajanie lisa z Małego Księcia Antione’a de Saint-Exupéry’go. Tyle, że w tej powieści oswajanie jest wzajemne, a rodząca się przyjaźń nie prowadzi do romansu. To byłoby zbyt banalne i za proste na tę mądrze poprowadzoną, wspólną podróż splatającą przypadkowe losy ludzkie. Dosłownie, bo w czwórkę wybierają się na wycieczkę do Bretanii, by nad morzem spędzić wspólnie czas. Jednak w tej podróży nie chodzi o geografię i przemierzanie kilometrów. Chodzi raczej o dotarcie do głębi ludzkiego wnętrza i przedarcie się przez niedostępny gąszcz ludzkiej psychiki. O dostrzeżenie w wypalonym psychicznie człowieku, że pod grubą warstwą szarego, zimnego popiołu tli się żar. I nagle, pewnego dnia, delikatne tchnienie i kilka nowych gałązek wystarczą, by ogień znów zapłonął. O naukę umiejętnego wsparcia cierpiącego człowieka, by samemu nie ulec destrukcyjnemu działaniu smutku. O przejawianiu mądrej empatii, która polega na tym, jak podać rękę komuś, kto wpadł do dołu, a nie wskoczyć tam za nim, by wyszedł po twoich plecach. O dostrzeganiu drobiazgów życia codziennego, z których zwykle nie zdajemy sobie sprawy, ale to one, w zależności od tego, jak je przeżywamy, sprawiają, że dana chwila może być przyjemna i dać powody do śmiechu, mimo że serce płacze, a dusza wyje.
Wszystkie budujące... koalescencję.
Tę nową jakość psychoterapeutycznego, wzajemnego wspierania się poranionych osobowości, by znowu móc cieszyć się życiem i wierzyć w bezinteresowne dobro niesione przez innych. Móc znów zapłonąć własnym blaskiem. Aż prosi się, żeby wstawić tutaj kolejną złotą myśl z tekstu, ale powstrzymam się, ponieważ ta opowieść jest nią naszpikowana. Właściwie można tę książkę potraktować jak osobisty notes, do którego zagląda się od czasu do czasu w poszukiwaniu wzmocnienia budującą myślą, kiedy świat dookoła zaczyna szarzeć, a nawet walić się. To jej niezaprzeczalny i silny aspekt terapeutyczny, mimo że sama treść jest dramatyczna. Łagodzona jednak błyskotliwymi dialogami z nutką inteligentnego humoru.
To największe atuty tej powieści.
Autentyzm i siła emocji pochodzą z osobistych przeżyć autorki, zmagającej się z białaczką syna. Swoją autoterapią, w postaci pisanego przez nią dziennika, podzieliła się z innymi, tworząc powieść pełną mocy zdmuchiwania popiołu z ludzi i rozżarzania ich na nowo. Może dlatego wybaczyłam autorce nie do końca sprawny warsztat pisarski, którego braki widziałam w zakończeniu powieści. Bardzo rozpraszające główny temat, powodując odbieganie od wątków. Autorka skupiła się przede wszystkim na chęci przekazania jak najwięcej mądrości życiowych, co widziałam również w coraz krótszych rozdziałach, bardziej przypominających „rozważania na temat” niż kontynuację powieści. Na szczęście to końcowe rozkojarzenie myśli ratuje epilog spinający i kończący wszystkie wątki. Na tylnej okładce książki znalazłam taką informację – Czytelnicy i recenzenci często porównują twórczość Agnès Ledig do książek Nicolasa Sparksa i Anny Gavaldy.
Według mnie to raczej ich kompilacja.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 02 maja 2017
Karmin – Agnieszka Meyer



Karmin – Agnieszka Meyer
Wydawnictwo MG , 2017 , 282 strony
Literatura polska


Jest coś w powieści Meyer, co nie pozwala się od niej oderwać.
Powyższe zdanie autorstwa Sylwii Chutnik, które wybrałam z jej opinii umieszczonej na tylnej okładce tej książki, w pełni oddaje nieuchwytność istoty ducha tej powieści.
Próbowałam dociec i określić ją.
Na pewno nie był to główny wątek - rozpadający się związek Seliny i Maxa oraz próba zbudowania przez każdego z nich kolejnych z innymi partnerami. Dla mnie nic rewelacyjnego. Nie były to też skomplikowane relacje między czworgiem bohaterów. Pełne niedomówień, sekretów i toksyn je niszczących. Znów nic nowego! Mam to w każdej powieści obyczajowej. Nie była to również miłość. Najbanalniejszy temat prawie wszystkich historii. I nie tylko! Opierają się jej jedynie poradniki z fizyki i im podobne.
Więc co?
Narracja! Niebanalny sposób przekazu o banalnych sprawach ludzkich. Niezwykle zmysłowe patrzenie, postrzeganie i ujmowanie rzeczy, obrazów, myśli i zdarzeń. Najdrobniejszy detal materialny i niematerialny widziałam i czułam w ogromnym powiększeniu. Miał swój kształt, zapach, smak, kolor i fakturę przenoszące w czasie i przestrzeni. Każde odczucie rozszczepiało się na odcienie i powidoki. Każdy szczegół pulsował, mienił się i zmieniał barwę, które narrator zamykał w metaforze. Selina nie miała szarych oczu. Jej tęczówki drżały rtęcią. I tak, jak Selina potrafiła uskrzydlić wszystko: herbatę w wyszczerbionym kubku, pojedynczy promień światła wchodzący do pokoju przez szczelinę pod drzwiami, załamanie na jego koszuli, tak ja z zaciekawieniem odkrywałam, jak inaczej można odbierać dobrze sobie znany świat. Zupełnie, jakby narrator przemawiał do mnie innym językiem.
Uskrzydlonym!
Na dodatek każde zdanie obrazujące myśli bohaterów było gęste i brzemienne zawartą w nich wiedzą. Każde wyrażenie otwierało mi drzwi do innej przestrzeni wyobraźni, prowadząc skojarzeniami po labiryntach odmiennych pojęć w nowej odsłonie. Każda opowieść kończyła swój bieg w świecie manuskryptów i starodruków. Selina, będąc konserwatorką papieru i jeżdżąc po świecie za zleceniami, pokazywała mi to, co przeciętny człowiek ma rzadką okazję zobaczyć.

Chociażby taki inkunabuł, dzieło św. Bonawentury, który miałam szczęście ujrzeć w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie tylko dlatego, że był wystawiony dla czytelników przez trzy dni po jego konserwacji, a przed zamknięciem w skarbcu. Takich spotkań z wyjątkowymi i niedostępnymi dla większości księgami było w tej powieści więcej. To właśnie dzięki nim czas w powieści biegł dwutorowo. Leniwie, powoli w naprzemiennie opisywanych chwilach życia poszczególnych bohaterów z niezwykle zmysłowymi scenami erotycznymi, a jednocześnie szybki i dynamiczny w zmieniającej się scenerii historycznej całej ludzkości, będącej tłem oraz przyczyną a zarazem skutkiem czasu teraźniejszego. Dynamikę akcji potęgowały liczne podróże bohaterów i zmiany miejsca zamieszkania, której kwintesencją był tajemniczy David. Postać niezwykle intrygująca. Wprowadzała w opowieść elementy praprzeszłej tajemnicy sięgającej początków świata, metafizyki, historii powszechnej ludzkości, ale też wątki filozoficzne. Ponadczasowe zagadnienia zmuszające do odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne.
Powieść uskrzydlona!
To najbardziej adekwatne określenie, jakie nasuwa mi się jako pierwsze, gdy spoglądam na jej okładkę, a która bardzo mi się nie podoba. Aż prosi się, żeby zamienić jej grafikę na stylizację starej księgi sugerującą obietnicę wzniesienia czytelnika ponad podziały geograficzne (kosmopolityzm bohaterów), narodowościowe (każdy bohater ma inne pochodzenie) i czasowe (przeszłość miesza się z teraźniejszością, która pyta o przyszłość) po to, by pokazać los człowieczy z jego wędrówką w czasie oraz zmienność świata zmierzającemu ku samozagładzie, zatrzymaną w księgach. By dać możliwość wyjrzenia z wąskiej perspektywy swojego ulotnego życia każdemu kurczowo chwytającemu się swoich miłości, obsesji, pasji, pieniędzy, wspomnień..., a którzy są ograniczeni czasem, zaślepieni uczuciami, niewidzący niczego poza swoim krótkim, nieważnym życiem. By uświadomić sobie, że w tym nieubłaganym przemijaniu życia najważniejsze jest pełne i świadome przeżywanie chwili.
Powieść do tego zachęca.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Karmin [Agnieszka  Meyer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

W taki niezwykły świat wprowadziła mnie ta opowieść, a przy okazji zobaczyłam proces konserwacji oglądanego przeze mnie inkunabułu.
wtorek, 18 kwietnia 2017
Kraina miłości i zatracenia – Tiphanie Yanique



Kraina miłości i zatracenia - Tiphanie Yanique
Przełożyła Monika Skowron
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 578 stron
Literatura amerykańska


Opowieść dla lubiących czar zmyśleń!
Złudne, ale przyjemne nadinterpretacje łagodzące brutalność rzeczywistości. Inaczej warstwa realna tej powieści byłaby niemożliwa i zbyt bolesna do zniesienia, a nawet zaakceptowania. Rozpoczęła się historycznym i politycznym momentem przejęcia władzy na Wyspach Dziewiczych przez Stany Zjednoczone na początku XX wieku. Wydarzenie to zdeterminowało losy nie tylko tego zakątka Karaibów, ale również jego mieszkańców. Proces wykorzenienia i ubezwłasnowolnienia rdzennej ludności przez kolejne kilkadziesiąt lat toczącej się akcji powieści oraz dwie wojny światowe, odzierało Amerykę z jej oficjalnej, dobrej twarzy na pokaz. Dla mieszkańców wysp, kraj okazał się jawnie rasistowski, jawnie seksistowski i jawnie nieprzyjazny na wiele różnych sposobów z najgorszym typem białego człowieka - turystą. Mimo że przyniósł wraz z rządami amerykańskie obywatelstwo, prąd, bieżącą wodę, radio i telewizję. Ostatnie, według mieszkańców – na zgubę.
Trudno było mi zaakceptować taką degradację kulturową archipelagu.
Jeszcze trudniej przychodziła mi akceptacja losów bohaterów i ich rodzin z rodu McKenzich i Bradshawów. Splecionych i trwale połączonych kazirodczymi tajemnicami oraz klątwą, o których wiedzieli wszyscy oprócz najbardziej zainteresowanych. To niejedyne zakazane stosunki seksualne w tych rodzinach. To również zdrady, cudzołóstwo i pedofilia, której ofiary nie potrafiły zbudować zdrowych relacji z innymi ludźmi w dorosłym już życiu.
Prawda, że brzmi patologicznie i ponuro?
A jednak obrazoburczo i przerażająco nie było. Było pięknie, zmysłowo i tajemniczo, bo autorka dramatyczną fabułę ubrała w realizm magiczny. Skutecznie rozmywający ból i cierpienie bohaterów oraz niestosowność wątków miłosnych, magią miejsca. Czerpaną z zachodów słońca, plaż w kolorze dziecięcego języka, ciała ludzkiego, którego deformacje i anomalie nadawały kobietom wyjątkowości, czyniąc z nich istoty korzeni i zaklęć. Czarownice obeah czytające w myślach, posiadające moc, by powstrzymywać i zaczynać wiele rzeczy i parające się vodou. Godne potomkinie Dueny ze stopami tyłem do przodu, której mit kładł się cieniem na wyspach i mieszał się z prawdą. Zresztą trudno tej prawdy ostatecznej było mi szukać i dociekać. Narrator zewnętrzny krążył od bohatera do bohaterki, ukazując wydarzenia za każdym razem inaczej, z innej perspektywy i w kontekście innego mitu - Anansi, La Diablesse czy Pana Pająka. Często oddając głos postaciom. Czasami zaprzeczając sobie i podając inną, drugą wersję. A czasami jeszcze kolejną, trzecią. Jednocześnie wybiegając w przyszłość, szkicując wydarzenia, które nastąpią i uchylając rąbka tajemnicy rozgrywanych zdarzeń z teraźniejszości. Nie mogłam mieć o to pretensji. Musiałam to zaakceptować. Byłam na Karaibach, gdzie nic nie jest jednoznaczne; nic nie jest jasne.
A wszystko to bardzo zmysłowo opisane.
Momentami intymnie i lubieżnie. Opisy poruszania się ludzi i ruchu przedmiotów, ludzkiego ciała i jego mowy, ubrań, jedzenia, otoczenia, bardzo szczegółowe, pełne metafor, porównań, sugestii, zaklęć i nadprzyrodzoności, silnie oddziaływały na wyobraźnię i emocje. Czyniły je niemalże namacalnymi i odczuwanymi wszystkimi zmysłami. Miałam wrażenie, że jestem w osiemnastowiecznej, wyspiarskiej krainie miłości i zatracenia. Dokładnie tak, jak w tytule! I tylko od czasu do czasu, na początku, a potem coraz częściej, w miarę zbliżania się do końca XX wieku, wybudzały mnie z tego wilgotnego, cielesnego, barwnego, odurzającego zapachem, zmysłowego amoku, przebijające się niczym szpileczki, informacje z realnej współczesności.
To świadomy zabieg autorki, która chciała w ten sposób pokazać, co ludzkość traci, niszcząc kulturę małych regionów. Na co naraża się, skazując unikatowe mikroświaty na zapomnienie. Co tak naprawdę wydarzyło się, kiedy ziemia stała się amerykańska, ale ludzie zostali karaibscy. Jak sama autorka napisała w Słowie od autorkiTa książka powstała po części w odpowiedzi na powieść Hermana Wouka „Nie przerywajcie karnawału” i film soft porno Girls are for loving nakręcony na Wyspach Dziewiczych z premierą w 1973 roku. O ile film z Caffaro, jak i książka Wouka stanowiły wczesny i nieprzemijający portret Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, o tyle ta powieść ukazuje późny i przemijający już ich obraz. Autorka, jako ich mieszkanka, tą opowieścią spróbowała zachować nie tylko dziedzictwo swojego pochodzenia, jak i jej rodziny.
Ostrzega, że po dawnych Karaibach zalanych falą turystyki pozostanie już tylko parę książek i film.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kraina miłości i zatracenia [Tiphanie  Yanique]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

sobota, 15 kwietnia 2017
Matka swojej córki – Iwona Żytkowiak


Matka swojej córki – Iwona Żytkowiak
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 272 strony
Literatura polska


Nie zawiodłam się po raz drugi!
Właściwie to pierwsze zdanie powinno być moim ostatnim w tych wrażeniach polekturowych. Nie wytrzymałam jednak. Pierwsza powieść tej autorki – Świat Ruty, wysoko postawiła poprzeczkę poziomu literackiego pod każdym względem. Sięgając po jej drugą (dla mnie!) powieść, miałam już konkretne wymagania. Jednym z nich był ciekawy, nielinearny sposób narracji - był! Drugim przejmująco naturalistycznie (nawet nie realnie!) zarysowane psychologiczne portrety bohaterów powieści - były! Trzecim rzadko poruszana tematyka w literaturze popularnej opisującej świat kobiet - była! Czwartym, czynnik determinujący losy ludzkie czyniący je tragicznymi - był, aż do bólu! A wszystko podane w konwencji wielkiej niewiadomej, rodzinnej tajemnicy z rodzaju poliszynela, rozpoczętej w tej opowieści żenującą sceną szpitalną, by powoli, zataczając koło, odkryć przyczynę jej zajścia. W ostateczności praprzyczynę wszystkiego. W tej pętli zamykała się trudna i bolesna historia rodziny.
Opowieść dwóch kobiet.
Marki i córki. Niny i Joanny. Matki swojej córki i córki swojej matki. Niby temat banalny, ale kryjący w sobie głębszy sens. Mogłabym ponownie stwierdzić – banalny, bo sens miłości, ale to, jak przedstawiła go autorka, już takie konwencjonalne nie było. Jeśli powiem, że autorka opisała przejmujący, rozciągnięty na całe życie, powolny, destrukcyjny proces umierania kobiety z powodu braku miłości oraz że jej bohaterka miała ponad siedemdziesiąt lat i była alkoholiczką – zaczyna robić się nietypowo, a przez to ciekawie.
I bardzo, bardzo smutno.
Ta choroba braku miłości poraża i niszczy rodzinę. Unicestwia mężów, bo miała ich dwóch i okalecza dzieci, obdarzanych miłością zdeformowaną, bo egoistyczną. Historia opowiedziana przez narratora zewnętrznego z punktu widzenia najpierw matki, a potem córki, ukazuje temat z wielu stron, poddając rozważaniom bardzo ciekawy, wielowątkowy temat - czy samotność starych ludzi nie jest mylona z brakiem miłości? Autorka w powieści próbuje na to pytanie odpowiedzieć, dając do ręki klucz zawarty w wypowiedzi jednej z bohaterek – Miłość nie zna wieku. A ja od siebie dodam – a jej brak w ludzkim życiu jest praprzyczyną ludzkich nieszczęść, które są jego pochodną. Czyż nie jest to banalny temat?
Ale jak on jest pokazany!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Matka swojej córki [Iwona Żytkowiak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 08 kwietnia 2017
Anhusz – Martine Madden



Anhusz - Martine Madden
Przełożył Jakub Kowalczyk
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 419 stron
Literatura irlandzka


Piękna!
Z przekonaniem o słuszności, powtarzam za irlandzkim pisarzem, Donalem Ryanem, którego słowa uznania umieszczono na okładce tytułowej.

To pierwsze, nieodparte wrażenie i określenie, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu całości. Chociaż dominowało ono we wszystkim tylko na początku opowieści, snutej w dużej mierze przez amerykańskiego lekarza. Świadka opisywanych wydarzeń, rozgrywanych w latach 1914-1916, ale po części również ich uczestnika. To piękno widziałam w głównej bohaterce – Anhusz. Ormiańskiej, nastoletniej dziewczynie o wyróżniającej ją urodzie. Urzekało mnie w Trapezuncie, który zaznaczyłam sobie na dołączonej mapce czerwonym iksem. Wsi, w której mieszkała, położonej nad Morzem Czarnym w Imperium Osmańskim i miejscowościach rozrzuconych w okolicy.

Piękno kusiło bezkresem wody, gdy Anhusz wraz z przyjaciółkami prała odzież nad jej brzegami lub zanurzała się w jej otchłani, walcząc z siłą fal i prądów morskich. Dostrzegałam je w tradycjach, zwyczajach i obyczajach Ormian żyjących zgodnie z ich zasadami, dającymi poczucie tożsamości, wspólnoty i bezpieczeństwa.
Zmiany przyszły do wioski razem z tureckimi żołnierzami.
Tym zdaniem rozpoczyna się powieść, a dla mnie powolna erozja piękna, które ze strony na stronę zaczynało przypominać jego karykaturę. I wojna światowa, która dotarła do tego urokliwego zakątka spokojnie żyjących ludzi, zniszczyła nie tylko wsie i miasta, ale przede wszystkim naród. Od wewnątrz i od zewnątrz.
Dosłownie.
Morderstwa, aresztowania, wypędzenia, zdrady, topienie dzieci, tortury, marsze śmierci, gwałty i znęcanie się podsycane nienawiścią w myśl tureckiego agresora – Musimy pozbyć się zdrajców z kraju wszelkimi sposobami. Pozbyć się każdego mężczyzny, kobiety i dziecka. – przysłaniały całą urodę, a mimo to nadal uważałam, że to piękna opowieść.
Sprawiła to miłość.
Anhusz i Dżahana, tureckiego oficera, który w tym kraju, ludziach, a przede wszystkim w dziewczynie zobaczył to samo piękno, co ja. Piękno, które i jego urzekło, i którego nie pozwalał w sobie zabić. Jesteś żołnierzem Dżahan. W randze kapitana. Twoim zadaniem jest dowodzenie oddziałem i słuchanie rozkazów, a nie biadolenie jak baba. To, jak będziesz zachowywał się podczas tej wojny, zaważy na całej twojej przyszłej karierze. – krzyczał na niego przełożony. Ormianie to nieszczęśnicy – ciągnął ojciec – Zasługują na nasze współczucie i wsparcie, ale to plemię, z którym nie należy się wiązać. – wybijał mu z głowy małżeństwo ojciec. Dżahan nie słuchał. W zawierusze brutalnej wojny, sprzecznych rozkazów z jego sumieniem, sprzeciwu rodziny, robił wszystko, by uratować miłość swojego życia. To ona, poniżona, zakazana i początkowo ukrywana, była tym czynnikiem, który podtrzymywał nadzieję na dobro tkwiące w drugim człowieku. Zachowywała swoje piękno wbrew wszystkim i wszystkiemu, zachwycając mnie swoją urodą, mimo cierpienia, poświęcenia, bólu, kalectwa emocjonalnego i wyczerpania psychicznego jej bohaterów.
Nieustannie podtrzymywała we mnie wiarę w dobro w czasach barbarzyństwa.
Opowieść uświadomiła mi również, że I wojna światowa to nie tylko bolesny czas dla Europy. To także pierwsze ludobójstwo w XX wieku, w którym zgładzono 1,5 – 2 milionów Ormian, a w Armenii i wśród diaspory ormiańskiej na całym świecie do dnia dzisiejszego obchodzi się 24 kwietnia jako Dzień Pamięci o Ludobójstwie Ormian.
A mimo tego bólu, nadal tkwi we mnie poczucie piękna tej opowieści.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Anhusz [Martine  Madden]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

wtorek, 28 marca 2017
Kolejny rozdział – Agata Kołakowska



Kolejny rozdział – Agata Kołakowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 391 stron
Literatura polska


Przestraszyłam się!
Straszą mnie maszyny do pisania na okładkach. Niedawno dzieliłam się podobnymi wrażeniami, pisząc o Kobiecie, która ukradła moje życie Marian Keyes, że taka grafika zwiastuje nielubiany przeze mnie temat – niemoc twórczą głównego bohatera, który jest pisarzem.
Nie pomyliłam się!
Główna bohaterka Kalina, trzydziestodziewięcioletnia uznana pisarka, właśnie ją przeżywała. Próbowała odzyskać wenę w zaciszu niewielkiego ośrodka położonego w leśnej głuszy, z dala od cywilizacji i absorbującej ją rodziny. Minę miałam nietęgą po takim wstępie, ale moją uwagę przyciągnął drugi bohater główny – czterdziestotrzyletni Maciej. Jej agent pracujący w wydawnictwie. Naprzemienna narracja zewnętrzna opowiadająca o ich teraźniejszości zaczęła przypominać thriller z… powieścią w powieści. A właściwie opowieść w rozdziałach, które cyklicznie podsyłane im w formie mejla lub tekstu drukowanego, zaczynały powoli stawać się najważniejszym wątkiem komplikującym relacje wszystkich bohaterów powieści. Groza tekstów podsyłanych Kalinie i Maciejowi tkwiła w kalce ich życia z elementami jasnowidztwa.
Moja uwaga została złapana na ten haczyk!
Musiałam wiedzieć, kto i dlaczego w ten wymyślny, okrutny, bezwzględny i brutalny sposób prześladował parę bohaterów. Ich nadawca, podpisujący się literami XYZ , wiedział o nich bardzo dużo. Znał ukrywane przez nich fakty z przeszłości i bolesne tajemnice, jakby siedział w ich głowie i śledził każdą myśl. Najgorsze w tym było to, że ujawniał je, powodując lawinę przez lata wypieranych, przykrych wspomnień. Przez cały czas chłodno analizowałam i kalkulowałam, kto z otaczających ich osób, mógłby wpaść na ten szalony sposób prześladowania?
I dlaczego?
Nie tylko ja usilnie próbowałam rozwiązać tę zagadkę, ale również Kalina i Maciej. Razem z nimi eliminowałam kolejnych podejrzanych z ich otoczenia. A było ich sporo i każdy mógł okazać się sprawcą zamieszania zmierzającego prosto do tragedii. Światełko podejrzeń (jak się potem okazało - słusznych!) zapaliło mi się mniej więcej w trzech czwartych powieści, ale nie byłam ich pewna. Śledztwo – kto i dlaczego? – do końca trzymało mnie w niepewności.
To nie był jedyny absorbujący mnie wątek!
Dochodzenie i ujawnianie niewygodnych faktów z życia bohaterów nie tylko budowało obraz środowiska pisarzy i wydawców, ale również odkrywało ich jako zwykłych ludzi – matki, żony, kochanki, męża, ojca, przyjaciela czy syna. Dramaty z przeszłości tłumaczyły ich niezrozumiałe dla najbliższych postawy w teraźniejszości. Burzyły fasadę sukcesu, powodzenia i szczęścia rodzinnego. Ostatecznie zmuszały do refleksji i głębszego wejrzenia we… własne życie.
I o to autorce chodziło!
Dopiero po przeczytaniu powieści mogłam odpowiedzieć sobie na pytanie umieszczone na tylnej okładce.

Zaczęłabym się bać!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kolejny rozdział [Agata Kołakowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 25 marca 2017
Samowar – Michaił Weller



Samowar – Michaił Weller
Przełożyła Barbara Pestka
Wydawnictwo Replika , 2010 , 392 strony
Literatura rosyjska


Przeciekawa, odważna i oryginalna publikacja!
Nie powieść, a właśnie publikacja, chociaż od tej pierwszej zaczyna się w niej ostatecznie przygoda intelektualna dosyć sporego kalibru. Może dlatego autor umieścił już na początku takie uprzedzenie:

Nie bez powodu. Faktycznie zawiera treści nie tyle nieprzyzwoite, co okryte zmową milczenia, całunem udawanej niepamięci i kurzem kryjącym wstyd i sromotę ZSRR. Dopiero Władimir Putin tajemnicę poliszynela i jeden z wielu sekretów swojego kraju uczynił widzialnym, wiadomym i... zaszczytnym. Mowa o inwalidach wojennych. Tych wracających z wojny ojczyźnianej bez rąk, nóg, wzroku, organów płciowych, słuchu, a czasami ze wszystkim naraz w jednym ciele. Trafiali do górnolotnie nazywanych „ośrodków” lub „sanatoriów”, które warunkami w niczym nie ustępowały łagrom GUŁagu. Wśród nich „klocki”, „pieńki” i najbardziej powszechne określenie – „samowary”. Samowarem nazywa się inwalidę, który po sam korzeń nie ma rąk ani nóg. To zapewne dlatego, że powstaje wtedy klocek z kranem na dole. – tak obrazuje swoich towarzyszy wspólnego losu narrator powieści. Po wojnie takich kadłubków było około 90 tysięcy. Wśród nich narrator - Bezręki, beznogi ogryzek wisiał z plwociną na twarzy pod delikatnym słoneczkiem i bezsilnie płakał, bezgłośnie, beznadziejnie. Ten człowiek to ja. Symbolicznie nie nazwany, bo mógł być nim każdy, o których słuch zaginął po kilkakrotnych czystkach placów, ulic i skwerów miejskich z kalek. O tym wstydliwym problemie wspomnieli Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski w swojej książce Grażdanin N.N., opisując między innymi rysunek nieżyjącego już rosyjskiego artysty Gienadija Dobrowa - Nieznany żołnierz.

Newsweek

To jeden z niewielu świadków, którego wpuszczono do „ośrodka” w latach 60. XX wieku położonego na niewielkiej wyspie Wałaam na jeziorze Ładoga, gdzie w murach monastyru utworzono Dom Inwalidów Wojny i Pracy. Efektem jego pobytu w tym, i w wielu innych obozach, była seria obrazów i grafik z lat 1973-1982 Oblicza wojny. Niektóre z nich można obejrzeć w galerii Newsweeka. To tam też w artykule Igora T. Miecika znalazłam więcej informacji na ten temat.
Autor niepokornie sekret ZSRR wydobył na światło dzienne dużo wcześniej niż W. Putin, czyniąc z „samowarów” głównych bohaterów swojej opowieści. Każdemu okradzionemu z przyszłości dał imię, nazwisko, ksywę i osobowość. Obdarzył przeszłością, uczuciami, pragnieniami i marzeniami. Zgromadzona siódemka „tobołków” w jednej sali stała się aktorami i zarazem widzami rozgrywających się przejmujących, naturalistycznych, drastycznych, bolesnych, niemoralnych, momentami obrzydliwych (włącznie z orgią seksualną z jedną kobietą) i skrajnie emocjonalnych scen. Pełnych opowieści o życiu sprzed wegetacji, bo życiem tego nie mogłam nazwać. Nie była to jednak prosta historia Mustafy z Afganistanu, Żory z zatopionej łodzi podwodnej, Starca z wojny ojczyźnianej, Gagarina z rozbitego samolotu, Kawude z łagru, Czecha z płonącego czołgu i Profesora spod gruzów Karabachu. To historia ZSRR opowiedziana poprzez skomplikowane losy ludzi z różnych warstw społecznych i przeciwstawnych opcji politycznych. Zgromadzeni w jednej sali i połączeni jednym rodzajem nieszczęścia, próbowali opisać nie tylko to, co im się przytrafiło, ale również w imię czego poświęcili swoje zdrowie i życie. Dosłownie, bo dla rodziny byli oficjalnie martwi. W swojej nieszkodliwości starali się zaszkodzić, układać plan, jak nie dać tej suce, Ojczyźnie niewdzięcznej, wypić i co trzeba w związku z tym zrobić. Spiski dziejowe i ich efekty, jak katastrofa elektrowni jądrowej w Czarnobylu, to ich robota! Wymiana ich poglądów godzonych chęcią zemsty, ale i koniecznością obrony przed realnym ich zlikwidowaniem stała się pastiszem ustroju kraju, władzy i ludzi, którzy zgotowali im ten los. Autor wprowadził w treść opowieści elementy dokumentalne, jak instrukcja obsługi z parametrami automatu Kałasznikowa, minidramat Narodzenie rewolucji z udanymi karykaturami Lenina, Stalina, Lwa Trockiego, Feliksa Dzierżyńskiego i wielu innych czołowych komunistów oraz liczne przypisy rozwijające wątki w treści lub będące uprzedzającymi kontrargumentacjami na moje ewentualnie rodzące się w trakcie czytania uwagi, myśli lub skojarzenia. Nie był przy tym dla mnie delikatny i taktowny, stawiając mnie w rzędzie głupków, dla których podawał te banały w przypisach. Bibliografii też mi poskąpił, twierdząc, że niepiśmiennemu chamowi list podróżny niepotrzebny. Zresztą siebie samego również nie oszczędzał w takich określeniach. Był jednym z tych, który kokietował mnie pozorem niezależenia mu na czytelniku, a z podaną wiedzą mogę zrobić, co zechcę. Najlepiej pobawić się nią. Nie zniechęcił mnie tymi zabiegami. Z tym większą uwagą wczytywałam się w ukryty przekaz z żalem stwierdzając, że trzeba być albo Rosjaninem, albo cudzoziemcem dobrze rozeznanym w historii ZSRR, by wyłapać wszystkie inteligentne niuanse, paralele, konotacje, nawiązania i skojarzenia czyniące z tej opowieści tekst prześmiewczy, pełen absurdów, czarnego humoru i sarkazmu. Ostrych, jak skalpel i celnych, jak laser.
By odkodować prawdę o ZSRR.
To dlatego autor w Rosji jest osobą i pisarzem kontrowersyjnym. Nieprzyzwoicie wyciągającym sromotę na widok publiczny.
Ale to nie jedyny powód!
Następny znajdował się w drugiej części publikacji pod tytułem Wszystko o życiu, która była dla mnie totalną niespodzianką! Zawarte w niej eseje filozoficzne składały się na światopogląd autora. Przyznaję - logicznie i rzeczowo przedstawiony. Od podstawowych pojęć do bardziej skomplikowanych, by ostatecznie zbudować i przedstawić własne wnioski, które można nazwać teorią samorozwoju i energoewolucjonizmu. Wyprowadził je z już znanego dorobku myśli filozoficznej, by ostatecznie poprowadzić w zupełnie nowym kierunku. Moje spostrzeżenia, że myli i błędnie utożsamia potrzeby z pragnieniami oraz powiela błąd stereotypu pochodzenia człowieka od małpy, to nic, w porównaniu z nieprzychylnymi postawami środowiska filozofów. Autor ma jednak do tego prawo. To jego książka i jego poglądy, a ja, mimo że w trakcie drugiej części mocno się irytowałam, a momentami troszkę nudziłam, to dla tej pierwszej części - warto było! Wszak autor uprzedzał – Nie dotykać – zakaz wstępu! Nie posłuchałam i wam radzę to samo – dotknijcie, wejdźcie, poczujcie, dowiedzcie się, dlaczego jest tak, jak jest i dlaczego ludzie, wiedząc, jak postępować poprawnie, dla dobra, postępują źle, sobie na szkodę? To ostatnie pytanie zadał Sokrates. Minęło dwa i pół tysiąca lat, tysiące megaumysłów i nadal brak odpowiedzi.
I chociażby dlatego, warto posłuchać próby odpowiedzi na nie podjętej przez autora o nietuzinkowym umyśle i osobowości.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dla niezdecydowanych - fragment powieści.
sobota, 18 marca 2017
Ufać zbyt mocno – Jadwiga Czajkowska



Ufać zbyt mocno – Jadwiga Czajkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 472 strony
Literatura polska


Czy można ufać zbyt mocno?
Można! Wtedy, gdy rozsądek podpowiada ostrożność, a serce tłumi go pragnieniem posiadania za wszelką cenę. O tym jest ta opowieść. Trochę przewrotna, bo bohaterką nie jest kobieta na zakręcie życiowym, skrzywdzona przez złego mężczyznę lub próbująca wydobyć się z dołka życiowego, ale dziewczyna spełniona. I to już w wieku trzydziestu jeden lat! Wykształcona, atrakcyjna, dyrektorka oddziału bankowego z „ciachem” u boku i widokiem na przyszłość. Ucieleśnienie marzeń i realny powód zazdrości tysięcy żon przy mężu.
Tak myślałam na początku.
Dopóki nie natrafiłam na tę wypowiedź Blanki, bo tak miała na imię główna bohaterka – Tak naprawdę, tato, nie czuję się spełniona, pomimo tego, co osiągnęłam zawodowo. Prawie wszystkie moje koleżanki pozakładały rodziny, wychowują dzieci, mają dla kogo gotować rosół, a ja... Wtedy ujrzałam jej pozycję i sukcesy z zupełnie innej perspektywy. Wysokie stanowisko w banku oraz chciwość i pazerność akcjonariuszy i zarządu stresowało i wymuszało od niej łamanie norm etycznych wobec klientów banku, a wobec personelu dyscypliny bezwzględnie realizującej plan sprzedażowy, dzięki czemu zyskała sobie „sławę” największej suki w mieści. W domu nikt na nią nie czekał, a zarobione pieniądze przyciągały do niej mężczyzn-pasożytów. Marzyła o tym, czego nie doceniało tysiące zazdroszczących jej kobiet – rodziny i męża, który zapewniłby jej poczucie bezpieczeństwa, pozwalając jej ewentualnie pracować dla kaprysu.
Niemożliwe stało się możliwym!
Przed Blanką pojawiła się szansa zmiany dotychczasowego życia na to wyczekiwane. Wymagało to jednak od niej zaufania do Marcela. Mężczyzny, który miał spełnić jej marzenia i dać szczęście bycia tylko żoną i matką. Który miał stać się jej skałą i filarem życiowym. I jeśli myślałam, że od tego momentu fabuła potoczy się według schematu – wykorzystanie naiwnej – to nic z tego!
Autorka przełamywała schematy życiowe, wprowadzając do fabuły zaskakujące wątki, zdarzenia i fakty. Nic nie było proste. Wręcz przeciwnie. Komplikowało się coraz bardziej, a najbardziej pojęcie zaufania. Blanka, osoba bardzo silna, rozsądna, ignorująca przesądy i gusła, pragmatyczna, o której mówiono, że zawsze sobie poradzi, która zabezpieczyła się z każdej strony, doświadczyła tego najdotkliwiej. Im bardziej walczyła z nieprzewidzianym, tym więcej zaskakujących niespodzianek ją spotykało. Niekoniecznie ze strony ludzi, a raczej z powodu splotu wydarzeń, które wymuszały na bohaterach zmiany postaw wobec Blanki. Nawet na tych o najbardziej szlachetnych zamiarach. Dynamika stale zmieniającej się akcji stawiała mnie nieustannie przed oceną postaw Blanki, ale i zmuszała do zastanowienia się, co ja zrobiłabym na jej miejscu? Co ja wybrałabym w takich okolicznościach? Jaką ja podjęłabym decyzję? Trudno było mi odpowiadać na nie, a jeszcze trudniej znaleźć w sobie odrobinę altruizmu, do którego kobieta była zmuszana. W ostateczności pozostało mi jedno, podstawowe i chyba wyjściowe pytanie do rozważań egzystencjalnych, na które nadal waham się odpowiedzieć jednoznacznie – Jak bardzo zaufać życiu? Nawet nie ludziom, bo ich zachowania i decyzje wymuszają okoliczności ważne, bardziej ważne i te najważniejsze. Nawet wbrew ich woli. Nawet na tych o najszlachetniejszych osobowościach, do których mamy pełne zaufanie.
Na tym polega trudność tej powieści, która ubrana w gęstą od wydarzeń fabułę obyczajową, czyni ją pozornie lekką, przyjemną, a momentami nawet zabawną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ufać zbyt mocno [Jadwiga Czajkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 927 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi