Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 19 lutego 2018
Kwestia miłości – Isabel Wolff

Kwestia miłości – Isabel Wolff
Przełożyła Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo Amber , 2005 , 240 stron
Seria Wszystko Dla Pań
Literatura  angielska

   Zirytowałam się!

   Ale to dobrze. Jeśli autorka chciała takiego efektu, to udało się jej. Każda emocja byłaby dobra, byle nie obojętność. Byłam więc bojowo nastawiona wobec postaw, zachowań, postępowań i logiki myślenia (zwłaszcza logiki myślenia!) trzech sióstr. Laury, rozpoznawalnej prowadzącej teleturniej telewizyjny, której mąż zaginął, a jego miejsce zajął były chłopak z lat studenckich, Luke. Felicity, świeżo upieczona, spontaniczna, żywiołowa mama Olivii, wokół której kręcił się jej świat. Hope, zawsze opanowana, zdystansowana i dobrze zorganizowana, mająca określone i niezmienne poglądy na posiadanie własnych dzieci – żadnych i nigdy. Siostry różniły się wszystkim – poglądami, temperamentem, wyglądem, osobowością i stylem życia.

   Łączyło je jedno – kwestia miłości.

   W jej imię trwały w związkach, z którymi nie radziły sobie najlepiej. Małżeństwo Laury rozpadło się, kiedy jej mąż Nick wyszedł z domu po mleko i nie wrócił. Nowy związek z Lukiem wymagał od niej poświęcenia prawa do własnego szczęścia w imię dobra dziecka Luke’a z pierwszego małżeństwa. Felicity, skupiona wyłącznie na córce, nie zauważała potrzeb męża, które zaspokajał u innej kobiety. Hope swoją nieugiętą postawą wobec posiadania dzieci, doprowadziła swoje małżeństwo prawie do rozpadu i to wcale nie z powodu ewentualnej zdrady ze strony męża.

   Wyraźnie widziałam ich destrukcyjne myślenie.

   Ich postępowanie niszczące albo siebie, albo partnerów. A wszystko w imię miłości, by utrzymać związek. To przejaskrawienie, umyślnie osiągnięte przez autorkę, miało służyć jednemu celowi – zmusić mnie do zastanowienia się i odpowiedzenia sobie na kilka pytań. Czy każde postępowanie i wybór można wytłumaczyć miłością? Czy miłość toksyczna, niszcząca, destrukcyjna, krzywdząca jeszcze nią jest? Czy krzywdzenie siebie i innych w jej imię jest usprawiedliwione?

   Po takiej dawce irytacji nie miałam problemu z odpowiedziami.

   To niejedyne przesłanie autorki w opowieści o siostrach próbujących odnaleźć się w życiu. Pracę Laury w telewizji wykorzystała do pokazania mechanizmów tworzenia negatywnego PR osób publicznych, podyktowanych nastawieniem na zysk, osiągnięcia zawodowe lub korzyści osobiste. Ale żeby nie było tak denerwująco i przygnębiająco, autorka wprowadziła kobiece osobowości równoważące charaktery sióstr. Nerys, która swoim rozsądkiem, realizmem i praktycyzmem przywracała mi wiarę w mądrość kobiet oraz Cynthię z ogromną witalnością i poczuciem humoru na przekór przeciwnościom losu, wzbudzającą we mnie pokłady sympatii i rozbawienia.

   Pozornie romantyczna komedia zamieniła się w pouczającą opowieść, zmuszającą do przyjrzenia się bohaterkom i dostrzeżenia w nich swojego odbicia. Moim była Nerys, chociaż wolałabym zobaczyć siebie w Cynthii. Może to sygnał wyznaczający kierunek pracy nad sobą? No proszę! Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, a skończyło się poważnie.

poniedziałek, 08 stycznia 2018
Kolej podziemna – Colson Whitehead

Kolej podziemna: czarna krew Ameryki – Colson Whitehead
Przełożyła Rafał Lisowski
Wydawnictwo Albatros , 2017 , 384 strony
Literatura amerykańska


   Jeśli ktoś chce zrozumieć ten kraj, musi pojechać koleją. Pędząc przed siebie wyjrzyjcie z wagonu, a zobaczycie prawdziwą twarz Ameryki. – powiedział jeden z bohaterów tej powieści.

   Chciałam zrozumieć. Chciałam zobaczyć. Chciałam przeczytać jedną z najważniejszych książek w Ameryce polecaną przez Baracka Obamę i Oprah Winfrey i nagrodzoną prestiżowymi tytułami.

Zabrałam się w podróż koleją podziemną razem z główna bohaterką, Corą. Właściwie uciekałam z nią z plantacji Rundallów w Georgii. To tam została sprowadzona z Afryki jej babka Ajarry za dwieście dziewięćdziesiąt dwa dolary. To stamtąd uciekła jej matka Mabel. To tam urodziła się Cora, która przez szesnaście lat oglądała mężczyzn powieszonych na drzewach, zostawionych sępom i wronom. Oglądała kobiety rozpłatane do kości biczami o wielu rzemieniach. Ciała żywe i martwe przypiekane na stosie. Stopy obcięte, by uniemożliwić ucieczkę i dłonie - by ukrócić kradzież. Była częścią tej niewoli, cierpienia, okrucieństw, bólu, poniżania, gwałtów, od których postanowiła uciec podziemną koleją, a która poniosła ją z Georgii do Karoliny Południowej i Północnej, Tennessee, Indiany i dalej na północ. Jej śladem podążał łowca niewolników - Ridgeway.

   Ucieczka Cory była metaforą.

   Sposobem autora na ukazanie zjawiska niewolnictwa i rasizmu w USA z wielu perspektyw – niewolnika, zbiega, łowcy, właściciela i abolicjonisty. Towarzyszenie Corze umieściło mnie w centrum wydarzeń, abym zobaczyła, a przede wszystkim doświadczyła fizycznie i psychicznie tego samego, co zbiegła niewolnica. Zaszczuta i ścigana dziewczyna, która znalazła wolność o bardzo względnym pojęciu. Szybko okazało się, że ucieczka z jednej klatki była ucieczką do klatki drugiej symbolizowane przez poszczególne stany. Oglądanie Ameryki jej oczami ukazywało problem niewolnictwa w poszczególnych stanach od totalnego zniewolenia po pozorną wolność. Postawy lokalnych społeczności od rasistowskich, dla których rasa murzyńska nie istniała, chyba że na końcu sznura, po abolicjonistyczne tworzące tytułową kolej podziemną, a tak naprawdę systemową pomoc niewolnikom udzielaną przez ludzi dobrej woli, ryzykujących własnym życiem, którzy przygarniali zbiegów w swoich domach, karmili ich, nieśli na północ na własnym grzbiecie, umierali za nich.

   Ale takich „konduktorów”, „zawiadowców” i „maszynistów” było niewielu.

   Obraz Ameryki widziany z pędzącego przez stany symbolicznego pociągu był ciemny, nieprzewidywalny, trawiony przez pożogę nienawiści, przemocy i wyzysku. To kraj, w którym rządził jeden imperatyw wynikający z niepodważalnej, rasowej logiki białego człowieka – Gdyby czarnuch zasługiwał na wolność, nie byłby w kajdanach. Gdyby czerwonoskóry miał zachować swoje terytoria, nadal pozostałyby jego. Gdyby białemu człowiekowi ten nowy świat nie był przeznaczony, teraz by do niego nie należał. To głos bardzo podobny do Philippa Meyera w powieści Syn, zabrany w kontekście Indian. Autor tej powieści posunął się jednak dużo dalej. Nie poprzestał tylko na opisach i doświadczeniach niewolników tak, jak zrobił to Alex Haley w Korzeniach. Nie wpłynął na emocje, czyniąc z niej opowieść ckliwą tak, jak Harriet Beecher Stowe w Chacie wuja Toma. Autor poprzez analizę niewolnictwa ujętą w formę fikcyjnej powieści opartej na faktach z elementami bajki, odważnie oskarżył Amerykę wprost, zarzucając jej tworzenie złudnego obrazu pokojowego współistnienia i tolerancji rasowej. Użył przy tym bardzo mocnych słów – Sama Ameryka to także złudzenie, największe ze wszystkich. Biała rasa wierzy z całego serca, że przywłaszczenie tej ziemi jest jej prawem. Zabijanie Indian. Prowadzenie wojny. Zniewolenie swoich braci. Ten naród nie powinien istnieć, jeżeli istnieje sprawiedliwość na tym świecie, jest bowiem zbudowany na mordzie, kradzieży i okrucieństwie.

   Piękny kraj stojący na krwawych fundamentach.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki [Rafał Lisowski, Colson Whitehead]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Z wywiadu z autorem dowiedziałam się, że na podstawie powieści powstanie serial.

poniedziałek, 01 stycznia 2018
Syn – Philipp Meyer

Syn – Philipp Meyer
Przełożyła Jędrzej Polak
Wydawnictwo Czwarta Strona , 2016 , 607 stron
Literatura amerykańska


   Przepiękna saga amerykańskiego rodu McCulloughów!

   Opowiedziana naprzemiennie głosami przedstawicieli trzech pokoleń.

   Pierwszy należał do Pułkownika Eliego. Protoplasty rodu, który w setną rocznicę swoich urodzin postanowił nagrać własne wspomnienia obejmujące okres od 1849 do 1939 roku. Dla mnie najciekawsze i najbardziej trzymające w napięciu, bo zaczynające się dramatyczną, krwawą i brutalną sceną napaści Komanczów na rancho rodziny Eliego. Wówczas trzynastoletniego chłopca, który trafia do Indian w niewolę. Jego matka i siostra zostały zgwałcone i rozczłonkowane, a brat zabity. Był tej makabry widzem. Trzyletnia niewola, a potem ponowna próba odnalezienia się w świecie białych, była niezwykłym czasem dojrzewania nastolatka i polem doświadczalnym w budowaniu systemu wartości, a dla mnie okazją do poznania historii i kultury ówczesnych Indian od wewnątrz. Forma sprawozdawcza narracji została dobrana specjalnie po to, by w tle snutej opowieści o losach chłopca mogłam jak najwięcej dowiedzieć się o trudnych stosunkach białych i Indian, w których treść przybierająca momentami formę informacji encyklopedycznej, nie raziła. Doświadczenia przeżyte wśród Komanczów, a potem białych, doprowadziły Pułkownika do jednego wniosku – życie sławnych i bogatych nie różni się specjalnie od życia Komanczów: robi się, co chce i przed nikim się nie odpowiada. Uczynił więc wszystko, by stworzyć swoją akrokrację. Krainę z tysiącami akrów własnej ziemi zarządzaną na zasadach wyniesionych z plemienia Komanczów. Swoje imperium przekazał synowi, Peterowi.

   Peter to drugi głos narracji.

   Czarna owca w rodzinie. Mężczyzna, który nie popierał postępowania ojca i jego polityki eliminacji sąsiadów na drodze krwawej walki. Nie tylko szukał rozwiązania problemu poprzez dialog, ale pokochał córkę wroga. Peter swoje wspomnienia zapisywał na bieżąco w dzienniku obejmującym lata 1915-1917. Dzień po dniu wyjaśniał swoją postawę, przedstawiał argumenty i powody postępowania odmiennego od ojca, który zawsze stosował dwie, podstawowe zasady – Nie okradaj McCulloughów – znajda cię i zabiją; nie szkaluj McCulloughanów – zginiesz. To również opowieść, w której, na tle wewnętrznych konfliktów rodzinnych, rozgrywały się brutalne sceny z pogranicza Teksasu z Meksykiem, ukazujące krwawe zasiedlanie i zagarnianie terenów. Ziemi, na której obowiązywało prawo silniejszego, mówiące - skoro Garcia zdobył tę ziemię w taki sam sposób: przepędzając z niej Indian. My musieliśmy zrobić to samo. A kiedyś ktoś inny zrobi to nam. Musiała więc lać się krew i musiały płonąć rancha, według jego ojca.

   Trzecim głosem narracji była córka Petera i prawnuczka Pułkownika – Jeannie.

   Nie zabrała głosu bezpośrednio, ponieważ zleciła napisanie kroniki rancza historykowi. Mając świadomość przemijania ludzi, wyznawanych przez nich wartości i prezentowanych postaw, postanowiła spisać historię rodu od czasów pradziadka Pułkownika do jej śmierci. Jej historia miała charakter retrospekcyjny, bo zaczęła się współcześnie – w 2012 roku. W momencie jej śmierci. Opowieść Jeannie podsumowywała i łączyła wszystkie wątki opowieści swoich poprzedników, tłumacząc i wyjaśniając zdarzenia, rodzinne sekrety, tajemnice pogrzebane razem ze zwłokami zabitych. Była głosem zbuntowanej kobiety w świecie zdominowanym przez mężczyzn, niegodzącej się na ograniczenia tylko do roli żony i matki. To również opowieść o Teksasie, który z pastwisk pełnym bydła, ranczerów i kowbojów, zamieniał się powoli w pola naftowe. O ludziach, którzy w gorączce roponośnego złota, zaczęli zapominać o honorze i dumie.

   Powieść obala wiele mitów stworzonych przez literaturę i filmy o Dzikim Zachodzie. Nie było w niej szlachetności bliźniego, ale szlachetność egoistyczna rodu i plemienia okupiona potem, łzami, bólem, cierpieniem, krwią i odorem moczu oddawanego ze strachu lub defekacji tuż przed śmiercią. To był świat, w którym najlepszym prezentem dla syna była kamizelka ze skalpów ludzkich. Autor nie oszczędzał mnie również w dokładnym pokazywaniu szczegółów opisywanych zdarzeń. Jeśli to była panorama pejzażu, to była zachwycająca, a jeśli skalpowanie człowieka, to z dokładnymi liniami cięcia na czaszce, a potem oczyszczania i wyprawiania jej skóry. Takie szczegóły patroszenia, wybebeszania, rozczłonkowywania, dekapitacji, łamania kości, zadawania ran lub ich czyszczenia towarzyszyły mi w każdej z trzech narracji. Przemijanie i śmierć były cichymi, transparentnymi  bohaterkami tej sagi, czyniąc z nich najważniejsze przesłanie powieści, które autor ubrał w takie słowa – Ziemia była spragniona. Tkwiło w niej wciąż coś prymitywnego. Na ranczu znajdowali groty Paleoindian z Clovis i Folsom, a kiedy Jezus wspinał się na Kalwarię, tu Mogollonowie rozwalali sobie łby kamiennymi siekierami. Kiedy nadeszli Hiszpanie, byli już Suma, Jumano, Manso, La Junta, Concho i Chisos, i Toboso, Ocana i Cacaxtle, Coahuiltecanowie, Comecrudowie... ale czy to oni wybili Mogollonów, czy od nich pochodzili, nikt tego nie wiedział. Ich wszystkich zabili Apacze. Których z kolei wytrzebili, przynajmniej w Teksasie, Komancze. Których z kolei wybili Amerykanie.

   Czym zatem jest jedno, kruche życie człowieka na tle tych odwiecznych rzezi?

   I tutaj przypomniał mi się cytat przytoczony przez Andrzeja Mellera w Czołem, nie ma hien, który świetnie podsumowuje tę powieść – „Ludzie mówią, że to czas mija. Czas mówi, że to ludzie mijają”. W tej powieści mijali boleśnie, przepięknie i ze swoiście pojmowanym honorem, napełniając rzeki krwią, ziemię trupami, a kieszenie pieniędzmi.

   Ale czy o to w życiu chodzi?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzacymi z książki.

Filmowy potencjał powieści dostrzegli filmowcy i na jej podstawie stworzyli serial.

sobota, 11 listopada 2017
Serce – Radka Franczak

Serce – Radka Franczak
Wydawnictwo Marginesy , 2016 , 304 strony
Literatura polska

   Z serca pisana, sercem przekazana i koniecznie z sercem musi być odbierana.

   Bez serca zobaczyłabym tylko emigrację zarobkową dziewczyny z jej chłopakiem i uciążliwości dorywczej pracy spowodowane depresyjnymi stanami pracodawczyni i starością jej matki. Do tego nakładającymi się poważnymi problemami osobistymi głównej bohaterki.

   Banalna historia!

   A jednak taką się nie okazała. Miejsce pracy nie było zwykłym domem, bo trudno tak nazwać monumentalną, starą, podupadającą, obrośniętą i zarośniętą bujną roślinnością rezydencję, która wtapiała się w szwajcarskie góry. Rośliny, które porosły popękane marmurowe kolumny wokół domu, tworzyły między nimi arkady zwisających liści i kwiatów. Tylko w kilku miejscach można było dostrzec kawałek ściany lub okna. Zresztą, większość okien była ukryta za drewnianymi szarymi okiennicami. Przez to dom wyglądał, jakby oślepł i za swoimi starymi, zamkniętymi oczami snuł jakiś własny, oderwany od świata, pomroczny sen. A potem zrobiło się jeszcze pomroczniej i nierealniej, bo oto w środku czas zatrzymał się kilkadziesiąt, a nawet kilkaset lat temu. Liczba zgromadzonych w nim artefaktów przeszłości była nie do ogarnięcia wzrokiem i nie do wymienienia w krótkim czasie. Jednak największą tajemnicę skrywały drzwi zasłonięte przypiętym nad nimi dywanem. Wejście do tajemniczej sali przypominało wejście do kaplicy albo groty z nieodgadnioną wysokością sklepienia. Inny świat, w który jednym krokiem przeniosła się Wika, bo tak miała na imię narratorka powieści, przenikał zimnem i wilgocią oraz pachniał... książkami. Wypełniały one pomieszczenie od podłogi do sufitu. Leżały na stołach, krzesłach, biurkach, tworząc piramidy i stosy oraz przywołując wspomnienia z dzieciństwa. Nasze wspólne.

   Praca pomocy domowej w takim miejscu i w takim charakterze przybierała zupełnie inny wymiar.

   Niezwykła biblioteka była symbolem nieuchronnej śmierci oraz ratowania tego, co dawało się jeszcze uratować, nie poprzez ostatnią szansę, ale poprzez stałe wybory. Była tajemnicą przeszłości, którą kryły w sobie zgromadzone w niej przedmioty. Świadomość przemijania, którą przekazały jej martwe rzeczy, Wiki mogła przenieść na ludzi, którzy ją opuszczali. Ojciec, który odszedł, a którego sekret odkryto po jego śmierci. Umierająca matka pracodawczyni, Shirley, o smutnej, ale ciekawej i szalonej przeszłości. Niszczejący dom, kryjący w sobie historie ludzi dawno zmarłych, po których pozostały przechowywane  w nim przedmioty. Dawno zmarły mąż Shirley, który pozostawił po sobie toksyczne dziedzictwo emocjonalne. Problemy osobiste pracodawczyni, Robin, rujnujące jej kondycję psychiczną i fizyczną. Zdradzający ją chłopak Stasiek, niszczący ich związek tuż przed planowanym ślubem. I wreszcie sama Wika, która musiała poradzić sobie z dotykiem śmierci, by dojść do wniosku, że z życiem trzeba eksperymentować, oswajając w ten sposób śmierć, będąc całkowicie tu i teraz, w teraźniejszości, szczęśliwi, świadomi każdej chwili. Ale jeśli ludzie się boją i są przerażeni śmiercią to nie rozumieją nic i umierają w ciemności. Taką umierającą w ciemności była Robin. Taką umierającą w świetle była jej matka Shirley. Dwie ścierające się i walczące ze sobą postawy, między którymi znalazła się Wika. Jej pobyt właśnie w takim miejscu miał się okazać celowy, mimo że pozornie narzucony zrządzeniem losu. Miał być nauką umiejętności wyboru między tymi dwoma podejściami do życia i śmierci oraz czasem na znalezienie odpowiedzi na odwieczne pytanie – Jak wytrzymać życie, jak przetrzymać śmierć?

   Z sercem czy bez serca?

   Nie jest to jednak, jak wydawałoby się, opowieść przygniatająca ciężarem tematyki, depresyjna w przekazach emocjonalnych czy obciążająca poruszanymi problemami egzystencjalnymi. Percepcja, jaką autorka obdarzyła Wikę, była tak wyjątkowa w postrzeganiu, świeża w odbiorze i pociągająca odmienną interpretacją otaczającego ją świata i zachodzących w nim zjawisk, że słuchałam jej przekazu z zadziwieniem dziecka, widząc stare obrazy odkryte na nowo. W odmiennych kontekstach, innych okolicznościach, w ciekawych skojarzeniach, metaforach i porównaniach ujmowanych w słowa, tworzących z kolei obrazy w mojej wyobraźni. Czułam spojrzenie filmowca i fotografa, którymi autorka również jest. Ten inny kąt i perspektywa patrzenia, nastawione na ustawiczne zbliżanie fokusa na szczegóły, otwierały mikroświaty zatrzymań chwili na makroświaty pełne kolejnych szczegółów wprawiających ponownie akcję w powolny ruch. Nie bez powodu w książce autorka umieściła własne fotografie wzmacniające ten efekt ruchu akcji i zatrzymanego w kadrze obrazu gotowego do kontemplacji, do rozmyślań, do skojarzeń pełnych rozgałęzień i wątków zarówno snutej fabuły, jak i własnych, osobistych. Moich.

   Opowiadanych podszeptem własnego serca.

   To dlatego historia ta stała się z czasem na poły cudza, a na poły moja, intymna. Włączająca, a z czasem pochłaniająca emocjonalnie i mentalnie. Wtapiająca w siebie całkowicie. Zatrzymująca fotografią w miejscu, w którym trzeba było pozwolić wybrzmieć myśli lub wypalić się emocji.

A czasem pokazać ułudę świata tak, jak ta fotografia.

Ptaki lecące wysoko na niebie? Krople deszczu, jak łzy zatrzymane na szybie? A może martwe owady, które znalazły śmierć na szybie samochodowej? To był mój wybór, co chciałam zobaczyć – radość, smutek czy śmierć. Od stanu mojego serca i jego dyktatu zależało, jaką historię stworzę obok narratorki.

   Swoją historię autorka tworzyła kilka lat.

   Miała, jak sama napisała w podziękowaniach, zarys historii, a nawet tylko uczucie, jakie ma jej towarzyszyć, pamięć miejsc, w których była i losów ludzkich, które poznała oraz pomoc tych, którzy wspierali na różne sposoby jej pisanie, jej proces twórczy. Ale to wszystko wystarczyłoby tylko do stworzenia banalnej historii, gdyby nie zawartość nie tyle głowy, ile serca autorki. Czynnik X, który w pisarstwie jest tak trudny do nazwania, określenia, który wymyka się wszelkim normom i nomenklaturze, a który autorka niewątpliwie posiada. Wyjątkowy dar nadawania wielowymiarowości naszej płaskiej rzeczywistości, w którym książkę uczyniła okularami pomagającymi mi to dostrzec. Może właśnie to dostrzegła kapituła Literackiej Nagrody Nike, przyznając powieści nominację, a potem jedno z miejsc w finałowej siódemce.

   Kropla dziegciu na koniec.

   Niska jakość druku fotografii odbierała mi pełnię przyjemności ich przekazu. Zdarzały się takie, których treści tylko domyślałam się albo nie kojarzyły mi się z niczym poza abstrakcją. Zamysł bardzo dobry i uzasadniony, ale jego realizacja już „niewyraźna”.

   Zdanie pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Serce [Radka Franczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 25 sierpnia 2017
Zrób mi jakąś krzywdę – Jakub Żulczyk

Zrób mi jakąś krzywdę: czyli wszystkie gry wideo są o miłości – Jakub Żulczyk
Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża , 2015 , 166 stron , wydanie 5

Literatura polska

   Przyznaję  – nie zawsze słucham podszeptów czytelniczych młodzieży.

   Potem bardzo tego żałuję. Stale muszę siebie upominać, że to najlepsza agentka wywiadu informująca mnie,  co w trawie wydawniczej rośnie, piszczy i objawia się. Tak właśnie było w przypadku tego autora. Ktoś, kiedyś polecił mi ten tytuł, kiedy autor debiutował nim w 2006 roku. Zapisałam i... zapomniałam. A potem były kolejne tytuły, które gdzieś migały mi w mediach okładkami. Z kolei w tym roku pojawiła się autorska okładka magazynu Książki z ciekawym wywiadem w środku.

A potem znowu młodzież, która mi nie odpuszczała pytaniem – czytała pani Żulczyka? Wstyd było od dekady powtarzać, że jeszcze nie.

   Sięgnęłam!

   Po debiut, ale w nowej grafice okładkowej, bo to już piąte wydanie tego tytułu! Żałuję, że dopiero teraz.

   Przeżyłam ekstremalny rollercoaster miłosny!

   Dawid, student przedostatniego roku prawa, zakochał się w piętnastoletniej Kaśce. Siostrze swojego dobrego kumpla Michała. To nie miało prawa mu się przydarzyć. Był od niej dziesięć lat starszy, a ona przypominała dwunastoletnie dziecko, zgarbione i blade, stuprocentowo aseksualne.

   A jednak!

   Ktoś zrobił jej zastrzyk z piękna, ze skroplonych cukierków z kardamonem, albo do prowadzonej przez Japończyków korporacji, która ją wyprodukowała, zatrudniono jakiegoś genialnego designera. Totalne zauroczenie nakazało mu ją „porwać” na kilka dni wspólnej wędrówki dokądkolwiek, byle razem. Właściwie namówił ją na wspólną podróż w nieznane, ale Kaśka nie zapytała matki o zgodę. Warto było pominąć ten „drobiazg”, bo przygoda okazała się historią drogi, ostatnią miłością niewinności, ilustrowaną edycją życia, komedią reżysera na psylocybach, agonią młodości przed wkroczeniem w dorosłość, a na pewno ryzykiem odpowiedzialności karnej za uprowadzenie i demoralizację nieletniej.

   A  miało być tak „pięknie”!

   Znalazłby pracę, poznałby kobietę, pojawiłoby się dziecko, kredyt mieszkaniowy, a po około 35 latach umarłby... Z tej perspektywy, rzucenie się w wir szalonej i nieodpowiedzialnej miłości ze skutkiem karnym, wyglądało dużo atrakcyjniej. Te kilka dni z Kaśką było tego warte! Od tego momentu zaczął się totalny szał ciał, zmysłów i umysłów. Pełnego życia odjazd z narastającą adrenaliną z minuty na minutę i z pomysłu na pomysł, czerpanych ze spotkań ze świadkami Jehowy, ludźmi z branży pornograficznej, okradzioną staruszką, agresywną młodzieżą, dawnymi znajomymi w survivalowym wydaniu i wieloma innymi przedstawicielami zdegenerowanego i zdemoralizowanego społeczeństwa. Dni pełnych koncertów, ucieczek, pościgów, rozmów na haju i nocy pod namiotem, na budowach, w skłotach i w obcych mieszkaniach. W rzeczywistości zapijanej szampanem i piwem, w której jedynym pięknym elementem była ich miłość. Uczucie, które rozwijało się z levelu na level zgodnie z tak nazwanymi rozdziałami, by zakończyć grę na poziomie 8.

      Wbrew pozorom to bardzo optymistyczna powieść, mimo że opowiada o beznadziejności życia, z którym wszyscy bohaterowie szarpią się na różne sposoby. O bezsensowności planowania, które prędzej czy później bezlitośnie zweryfikują czas i los, na które nie bardzo można wpłynąć. O lęku przed koszmarnie rysującą się dorosłością, która jest śmiertelną chorobą niepozwalającą młodym zbyt długo pożyć. O rzeczywistości, którą trzeba znieczulić używkami lub światem alternatywnym w Internecie, by na nią móc patrzeć bez obrzydzenia i jakoś funkcjonować w oparach jej absurdu, groteski, ratując się humorem noir.  Dla mnie rzeczywistości, która dostarczyła mi przede wszystkim bogatej informacji, co czytają, słuchają i oglądają młodzi ludzie, ponieważ autor w nawiązaniach, metaforach i odniesieniach, czerpał pełnymi garściami z popkultury. Co w tak realistycznie i naturalistycznie przedstawionej rzeczywistości może być optymistycznego?

   Miłość!

   Dla mnie ta powieść, to hołd oddany uczuciu, które jest jedynym, jasnym promykiem w obrzydliwej egzystencji człowieka. Wartym, by o niego powalczyć i uszanować jego delikatność, dziewiczość i czystość w zdegenerowanym świecie. Doświadczyć jego mocy zaklętej w kruchości. To ono sprawia, że wato żyć pomimo moralnego brudu, upodlenia wartości i przenicowania priorytetów. Miłość jako jedyna wychodzi z tego bagna i zgnilizny moralnej zwycięsko, nadając sens życiu i pozwalając z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Nawet jeśli za następnym zakrętem czeka nieatrakcyjna dorosłość.

   Danielle Steel w hardkorowym wydaniu!

   Polubiłam styl narracji i sposób postrzegania autora do tego stopnia, że zaopatrzyłam się w kolejne jego dwa tytuły.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

Uwielbiam ten styl przekazu!

czwartek, 15 czerwca 2017
Z góry widać tylko nic – Arek Borowik

Z góry widać tylko nic: mocna rzecz o namiętnościach – Arek Borowik
Wydawnictwo Dobra Literatura , 2017 , 400 stron
Literatura polska

Totalnie pozytywne zaskoczenie!
A początkowo nie zanosiło się na to! Nic nie wskazywało, że właśnie wchodzę do labiryntu nie tylko ludzkich namiętności w mocnym wydaniu, jak uprzedza podtytuł,

ale również w świat baśni. I to baśni w wydaniu hardkorowym czyli raczej brutalniejszych w przekazie braci Grimm niż łagodniejszego Hansa Christiana Andersena. Tematu, który w literaturze uwielbiam.
A wszystko zaczęło się od zmory każdego pracodawcy.
Dobiegającego czterdziestki Strawińskiego, który firmę traktował jak ZUS, miejsce odpoczynku, idealne warunki pielęgnowania uzależnienia alkoholowego i „kanapę” do spania. Każdy rozsądny prezes zwolniłby takiego „niebieskiego ptaka”, tyle że ten ostatni miał dobry bajer na przetrwanie w miejscu pracy. Za każdym razem, po donosie kolegi lub koleżanki z biura, „sprzedawał” swojemu przełożonemu, dosłownie i w przenośni, bajkę, którą ten „łykał” i godził się na jeszcze jedną szansę. Jeszcze jedną próbę przed ostatecznym wyrzuceniem z pracy.
A ja dałam się wodzić za nos razem z szefem!
Chciałam tego kolejnego zaufania, bo wiązało się ono z następną ciekawą opowieścią, a dla mnie również zabawą w zgaduj-zgadulę – jaką baśnią inspirował się autor? A było ich wszystkich cztery, obiecując na zakończenie kolejne napisane przez siebie, a może przez samo życie?

Nie zdradzę tytułów. Nie chcę odbierać przyjemności zabawy innym czytelnikom w kojarzeniu poszczególnych, mrocznych historii z tytułami znanych bajek. Zdradzę tylko, że wcale nie jest to takie proste, bo autor opierał się tylko na ogólnych schematach, od czasu do czasu wplatając naprowadzający, jednoznacznie kojarzący się cytat ze znaną bajką. Miałam z tym problem w przypadku pierwszej historii, a ostatniej byłam pewna, kiedy spojrzałam na całość, bo z góry było widać, wbrew tytułowi, może nie całkiem nic, ale na pewno lepiej. Na odwrocie książki znalazłam taką wypowiedź:

Nie miałam takiego problemu po jej przeczytaniu. Ta książka jest o życiu współcześnie odzwierciedlonym w znanych baśniach, dlatego jest o wszystkim i dla wszystkich lubiących kopać i grzebać w psychice ludzkiej. Poszukiwać odpowiedzi, czy baśnie ułatwiają tłumaczenie skomplikowanego życia, czy to raczej życie inspiruje twórców? Czy bohaterowie to wymyślone postacie, czy raczej ludzie z krwi i kości? A jeśli to ostatnie, to z kim mogę się utożsamiać? Która z nich jest mną, a może ja nią? Obalić mit, że baśnie łagodzą brutalność rzeczywistości, a może go podtrzymać, bo to rzeczywistość brutalizuje baśnie? Takich i wiele, wiele innych tematów do przemyśleń podsuwa ta powieść.
Zachwyciła mnie również forma przekazu.
Na podobny zabieg ukazujący obóz koncentracyjny zdecydowała się również Eliza Granville w powieści Gretel i ciemność zainspirowana bajką Jaś i Małgosia. Autor wykorzystał w swojej książce aż cztery bajki. Przy czym jedna z nich spina klamrą pozostałe trzy, tworząc opowieść w opowieści. Każda pełna skrajnych emocji, brutalności i uzasadnionych wulgaryzmów, co uwidoczniło się nawet w tytule jednego z rozdziałów:

Każda z morałem, który uwypuklał jedną, konkretną przywarę ludzką – zachłanność, zazdrość czy nienasycenie. A wszystko podane z dużą dawką inteligentnego humoru. Zwłaszcza w wykonaniu Strawińskiego. Typu z gatunku „wrzodów na tyłku”, ale gdyby nie ten sprawiany przez niego ból, człowiek nie wiedziałby, że żyje. Jego inne pojmowanie otaczającego go świata, odmienny system preferowanych wartości, nieakceptowanie realiów, nonkonformistyczny styl życia, przebiegłość w jego praktykowaniu i forsowaniu, irytował mnie, ale jednocześnie wzbudzał sympatię. Polubiłam tego lawiranta, może dlatego, że człowiek sam by tak chciał, ale nie ma w sobie tyle „predyspozycji”, co Strawiński, by przeżyć w społeczeństwie całkowicie na własnych warunkach. Nie każdy może być Piotrusiem Panem i musi wybierać między kotem w butach a wilkiem albo Śnieżką a złą królową.
Podobno jestem Kopciuszkiem (psychotest z przymrożeniem oka), a marzyłoby się być taką Szeherezadą!

Z góry widać tylko nic [Arek Borowik]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 27 maja 2017
Wróbelek z kości – Zana Fraillon

Wróbelek z kości – Zana Fraillon
Przełożył Paweł Łopatka
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 206 stron
Literatura australijska

Przyjazd tu to jak jak obudzić się z koszmaru i stwierdzić, że jednak śpi się nadal.
Tak mówiła Queeny swojemu młodszemu bratu. Dziewięcioletni Subhi, bo tak miał na imię, nie rozumiał, co miała na myśli. Nie wiedział, że dom, w którym mieszkał, dla innych był namiotem. Łóżko, na którym spał – pryczą. Wiecznie zmęczona i śpiąca mama – osobą chorą na depresję, a ojciec, na którego przyjazd niecierpliwie czekał, od dawna już nie żył. Miejsce, w którym żyli – obozem dla uchodźców, a kurtkowcy - strażnikami. Chłopiec nie znał innego świata, który dla niego kończył się na granicy wyznaczanej przez ogrodzenie z drutów.
Subhi urodził się w obozie.
Miał swój świat bez granic widziany oczami ufnego dziecka, które tłumaczyło go sobie na swój, dziecięcy sposób. Często uciekając w marzenia, fantazje i sen znoszący granice jawy. Do momentu, aż pod jego „domem” ujrzał Jimmie. Dziesięcioletnią dziewczynkę z zewnątrz, która wiedziona ciekawością, znalazła przejście w ogrodzeniu. Wraz z rodzącą się przyjaźnią między nimi realia obozu zaczęły nabierać ostrości w swej brutalności, a okaleczane przez nią dzieci musiały sobie z tym poradzić, by znaleźć drogę do wolności, tak pięknie oddaną symbolicznie w okładkowej grafice.

Opowieść jest bardzo wzruszająca.
Autorka w odróżnieniu od reportażu Kontener Katarzyny Boni i Wojciecha Tochmana oraz powieści Co to za Coś Dave'a Eggersa, poruszających tematykę uchodźców przybywających do obozów, stworzyła opowieść z wnętrza obozu, w którym dziecięcy narrator urodził się i nie znał innej rzeczywistości. I tak, jak w Chłopcu w pasiastej piżamie Johna Boyne'a spotkały się dzieci z odmiennych światów, by zginąć w komorze gazowej, tak tutaj ten element jest czynnikiem wyzwalającym oboje. Dziewczynka poznaje historię własnej rodziny z przeszłością wojenną i uchodźczą, a chłopiec odkrywa inność spoza drutów i własne położenie w obozie na tle drastycznych wydarzeń prowadzących do buntu uwięzionych. Dojrzewa w brutalny sposób do przyjęcia informacji kim jest, skąd pochodzi, dlaczego się tutaj urodził, dlaczego tutaj żyje i, najważniejsze, dlaczego nikt na całym świecie nie chce takich, jak on.
Autorka wykorzystała wszystkie środki literackie, by mną wstrząsnąć, poruszyć i wzruszyć do łez. Ostatecznie zwrócić uwagę na problem uchodźców na całym świecie, bo jak głosi hasło umieszczone na okładce, to:

Tę jedną historię, oddającą głos milionom milczącym w statystykach, oparła na faktach. Wykorzystała realia funkcjonowania obozów detencyjnych w Australii zaczerpniętych ze sprawozdań. Bohaterem uczyniła chłopca z muzułmańskiej grupy etnicznej Rohingja zamieszkującej zdominowaną przez buddyzm Mjanmę, dawniejszą Birmę. Jak podaje autorka w posłowiu – Według ONZ i Amnesty International Rohingja należą do najbardziej prześladowanych społeczności na Ziemi, a według śledztwa, jakie niedawno przeprowadziła stacja telewizyjna Al-Dżazira, rząd Mjanmy dopuszcza się na nich ludobójstwa. Rohingja grozi więc eksterminacja. A świat się temu przygląda.
Opowieść jest wyrazem niezgody autorki na tę obojętność.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
niedziela, 21 maja 2017
Portugalka – Iwona Słabuszewska-Krauze

Portugalka – Iwona Słabuszewska-Krauze
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 374 strony
Literatura polska

Nie ma przypadków, istnieje tylko cel, którego jeszcze nie znamy.
Taką dedykację umieścił w rodzinnym albumie ojciec głównej bohaterki – Sophie. Dziewczyny, która jej znaczenie odkryła i zrozumiała dopiero po rozwikłaniu rodzinnej zagadki. Niszczącego fatum ciążącego nad jej rodziną.
A miało być tak prosto!
Pojechać do rodzinnej posiadłości w Portugalii. Quinty prowadzonej i zarządzanej przez babkę Gabrielę i wuja Leonardo. Sprzedać kawałek ziemi podarowanej jej przez ojca. Kupić mieszkanie w Anglii. Zamieszkać w nim ze swoim P., którego imienia nie zdradziła, i być nareszcie bezwarunkowo kochaną i szczęśliwą, uciekając przed chłodnymi, toksycznymi relacjami z rodzicami. Ale, ucieczki, jak każdy mechanizm obronny, działają na krótką metę. To przed czym uciekamy, i tak nas w końcu dopadnie. – tłumaczył jej P.
Miał rację!
Sophie została mimo woli wprowadzona w rodzinną tajemnicę, od której ujawnienia zależała jej przyszłość i spełnienie upragnionego marzenia – zamieszkanie wspólnie z ukochanym P. z dala od rodziców. Wprowadzana w jej meandry przez zbiegi okoliczności, intrygi najbliższych, informacje uzyskiwane od babki, wuja i osób spoza rodziny, a także własne śledztwo, nie tylko zmieniała panujące dotychczas relacje w quincie, ale również poznawała kilkusetletnią historię portugalsko-angielsko-polskiej rodziny i swoją w niej rolę. Własne korzenie i prawdziwą tożsamość. Nie było jej łatwo. Kroczyła w labiryncie niedomówień, niedopowiedzeń, przekłamań, subiektywnych interpretacji, zmowy milczenia, próbując znaleźć wyjście z sytuacji, która, wydawałoby się, że jej nie posiada. To odzyskiwanie siebie przez Sophie nie byłoby tak ciekawe, gdyby nie oprawa intrygi. Przepiękne miejsce akcji.
Dolina Douro!

By António Alfarroba - Praca własna, CC BY-SA 3.0, Link

 Plastycznie odmalowana słowami w opisach pejzaży i widoków winnych plantacji. Procesów uprawy winorośli i produkcji porto oraz wina. Domu wtopionego w zbocze góry, do którego wejście przypominało przygodę z historią, pełnego korytarzy, zakamarków i pomieszczeń wypełnionych rodzinnymi pamiątkami. Dowodami kilkusetletniej tradycji rodu wprowadzających atmosferę minionych czasów, która sprawiała, że człowiek na ułamek sekundy doznaje poczucia własnej nietrwałości. I wreszcie ludzi zmagających się z nieprzychylną ziemią, nieprzyjaznym klimatem i zmiennymi warunkami politycznymi. Mieszkańców dumnych, twardych, pracowitych, ciężko pracujących, w swojej szlachetności potrafiących jednak popełniać błędy, do których trudno im się było przyznać. A jeszcze ciężej naprawić, bo nienawidzić jest łatwiej niż kochać i wybaczać. Ten trud nieświadomie wzięła na siebie Sophie.
Cel, którego początkowo nie rozumiała, gdy po latach powróciła do krainy swojego dzieciństwa.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Portugalka [Iwona Słabuszewska-Krauze]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 08 maja 2017
Dwie sekundy przed cudem – Agnès Ledig

Dwie sekundy przed cudem – Agnès Ledig
Przełożyła Eliza Kasprzak-Kozikowska
Wydawnictwo Andromeda , 2017 , 320 stron
Literatura francuska

Koalescencja to clue, esencja, sedno, trop i wskazówka tej emocjonalnej powieści.

 Jej początek, bo autorka definicję tego słowa umieściła na początku książki. Jej przesłanie, wokół którego zbudowała przejmującą i pulsującą wszystkimi odcieniami emocji fabułę. Także jej zakończenie, tytułując tym pojęciem ostatni rozdział książki pełniący również rolę epilogu.
Brzmi bardzo naukowo.
Jednak treść temu przeczy, bo jest pełna życia w całej gamie jego bieli, czerni, szarości i pozostałych kolorów. Dla autorki mądrość zawarta w pojęciu była bardzo dobrym materiałem, z którego zbudowała skomplikowaną i jednocześnie szaloną historię trojga ludzi. Osób z traumą do przepracowania. Dwudziestoletniej Julie, kasjerki z dyskontu wychowującej samotnie trzyletniego Ludovica. Jérôme’a, lekarza, który niedawno został wdowcem i pięćdziesięciojednoletniego Paula, ojca Jérôme’a, inżyniera aeronautyki, od którego odeszła żona. Każde z nich zatopione w swoim smutku, próbujące na swój, nieszczęśliwy sposób poradzić sobie z problemami niesionymi przez codzienność. Do momentu, kiedy przy kasie Julie zjawia się Paul. Do chwili, w której zdarzają się tytułowe dwie sekundy przed cudem.
I cud się wydarza!
Zamienia przypadkową znajomość zawartą pod wpływem impulsu w zażyłość przypominającą oswajanie lisa z Małego Księcia Antione’a de Saint-Exupéry’go. Tyle, że w tej powieści oswajanie jest wzajemne, a rodząca się przyjaźń nie prowadzi do romansu. To byłoby zbyt banalne i za proste na tę mądrze poprowadzoną, wspólną podróż splatającą przypadkowe losy ludzkie. Dosłownie, bo w czwórkę wybierają się na wycieczkę do Bretanii, by nad morzem spędzić wspólnie czas. Jednak w tej podróży nie chodzi o geografię i przemierzanie kilometrów. Chodzi raczej o dotarcie do głębi ludzkiego wnętrza i przedarcie się przez niedostępny gąszcz ludzkiej psychiki. O dostrzeżenie w wypalonym psychicznie człowieku, że pod grubą warstwą szarego, zimnego popiołu tli się żar. I nagle, pewnego dnia, delikatne tchnienie i kilka nowych gałązek wystarczą, by ogień znów zapłonął. O naukę umiejętnego wsparcia cierpiącego człowieka, by samemu nie ulec destrukcyjnemu działaniu smutku. O przejawianiu mądrej empatii, która polega na tym, jak podać rękę komuś, kto wpadł do dołu, a nie wskoczyć tam za nim, by wyszedł po twoich plecach. O dostrzeganiu drobiazgów życia codziennego, z których zwykle nie zdajemy sobie sprawy, ale to one, w zależności od tego, jak je przeżywamy, sprawiają, że dana chwila może być przyjemna i dać powody do śmiechu, mimo że serce płacze, a dusza wyje.
Wszystkie budujące... koalescencję.
Tę nową jakość psychoterapeutycznego, wzajemnego wspierania się poranionych osobowości, by znowu móc cieszyć się życiem i wierzyć w bezinteresowne dobro niesione przez innych. Móc znów zapłonąć własnym blaskiem. Aż prosi się, żeby wstawić tutaj kolejną złotą myśl z tekstu, ale powstrzymam się, ponieważ ta opowieść jest nią naszpikowana. Właściwie można tę książkę potraktować jak osobisty notes, do którego zagląda się od czasu do czasu w poszukiwaniu wzmocnienia budującą myślą, kiedy świat dookoła zaczyna szarzeć, a nawet walić się. To jej niezaprzeczalny i silny aspekt terapeutyczny, mimo że sama treść jest dramatyczna. Łagodzona jednak błyskotliwymi dialogami z nutką inteligentnego humoru.
To największe atuty tej powieści.
Autentyzm i siła emocji pochodzą z osobistych przeżyć autorki, zmagającej się z białaczką syna. Swoją autoterapią, w postaci pisanego przez nią dziennika, podzieliła się z innymi, tworząc powieść pełną mocy zdmuchiwania popiołu z ludzi i rozżarzania ich na nowo. Może dlatego wybaczyłam autorce nie do końca sprawny warsztat pisarski, którego braki widziałam w zakończeniu powieści. Bardzo rozpraszające główny temat, powodując odbieganie od wątków. Autorka skupiła się przede wszystkim na chęci przekazania jak najwięcej mądrości życiowych, co widziałam również w coraz krótszych rozdziałach, bardziej przypominających „rozważania na temat” niż kontynuację powieści. Na szczęście to końcowe rozkojarzenie myśli ratuje epilog spinający i kończący wszystkie wątki. Na tylnej okładce książki znalazłam taką informację – Czytelnicy i recenzenci często porównują twórczość Agnès Ledig do książek Nicolasa Sparksa i Anny Gavaldy.
Według mnie to raczej ich kompilacja.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dwie sekundy przed cudem [Agnés Ledig]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 02 maja 2017
Karmin – Agnieszka Meyer

Karmin – Agnieszka Meyer
Wydawnictwo MG , 2017 , 282 strony
Literatura polska

Jest coś w powieści Meyer, co nie pozwala się od niej oderwać.
Powyższe zdanie autorstwa Sylwii Chutnik, które wybrałam z jej opinii umieszczonej na tylnej okładce tej książki, w pełni oddaje nieuchwytność istoty ducha tej powieści.
Próbowałam dociec i określić ją.
Na pewno nie był to główny wątek - rozpadający się związek Seliny i Maxa oraz próba zbudowania przez każdego z nich kolejnych z innymi partnerami. Dla mnie nic rewelacyjnego. Nie były to też skomplikowane relacje między czworgiem bohaterów. Pełne niedomówień, sekretów i toksyn je niszczących. Znów nic nowego! Mam to w każdej powieści obyczajowej. Nie była to również miłość. Najbanalniejszy temat prawie wszystkich historii. I nie tylko! Opierają się jej jedynie poradniki z fizyki i im podobne.
Więc co?
Narracja! Niebanalny sposób przekazu o banalnych sprawach ludzkich. Niezwykle zmysłowe patrzenie, postrzeganie i ujmowanie rzeczy, obrazów, myśli i zdarzeń. Najdrobniejszy detal materialny i niematerialny widziałam i czułam w ogromnym powiększeniu. Miał swój kształt, zapach, smak, kolor i fakturę przenoszące w czasie i przestrzeni. Każde odczucie rozszczepiało się na odcienie i powidoki. Każdy szczegół pulsował, mienił się i zmieniał barwę, które narrator zamykał w metaforze. Selina nie miała szarych oczu. Jej tęczówki drżały rtęcią. I tak, jak Selina potrafiła uskrzydlić wszystko: herbatę w wyszczerbionym kubku, pojedynczy promień światła wchodzący do pokoju przez szczelinę pod drzwiami, załamanie na jego koszuli, tak ja z zaciekawieniem odkrywałam, jak inaczej można odbierać dobrze sobie znany świat. Zupełnie, jakby narrator przemawiał do mnie innym językiem.
Uskrzydlonym!
Na dodatek każde zdanie obrazujące myśli bohaterów było gęste i brzemienne zawartą w nich wiedzą. Każde wyrażenie otwierało mi drzwi do innej przestrzeni wyobraźni, prowadząc skojarzeniami po labiryntach odmiennych pojęć w nowej odsłonie. Każda opowieść kończyła swój bieg w świecie manuskryptów i starodruków. Selina, będąc konserwatorką papieru i jeżdżąc po świecie za zleceniami, pokazywała mi to, co przeciętny człowiek ma rzadką okazję zobaczyć.

Chociażby taki inkunabuł, dzieło św. Bonawentury, który miałam szczęście ujrzeć w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie tylko dlatego, że był wystawiony dla czytelników przez trzy dni po jego konserwacji, a przed zamknięciem w skarbcu. Takich spotkań z wyjątkowymi i niedostępnymi dla większości księgami było w tej powieści więcej. To właśnie dzięki nim czas w powieści biegł dwutorowo. Leniwie, powoli w naprzemiennie opisywanych chwilach życia poszczególnych bohaterów z niezwykle zmysłowymi scenami erotycznymi, a jednocześnie szybki i dynamiczny w zmieniającej się scenerii historycznej całej ludzkości, będącej tłem oraz przyczyną a zarazem skutkiem czasu teraźniejszego. Dynamikę akcji potęgowały liczne podróże bohaterów i zmiany miejsca zamieszkania, której kwintesencją był tajemniczy David. Postać niezwykle intrygująca. Wprowadzała w opowieść elementy praprzeszłej tajemnicy sięgającej początków świata, metafizyki, historii powszechnej ludzkości, ale też wątki filozoficzne. Ponadczasowe zagadnienia zmuszające do odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne.
Powieść uskrzydlona!
To najbardziej adekwatne określenie, jakie nasuwa mi się jako pierwsze, gdy spoglądam na jej okładkę, a która bardzo mi się nie podoba. Aż prosi się, żeby zamienić jej grafikę na stylizację starej księgi sugerującą obietnicę wzniesienia czytelnika ponad podziały geograficzne (kosmopolityzm bohaterów), narodowościowe (każdy bohater ma inne pochodzenie) i czasowe (przeszłość miesza się z teraźniejszością, która pyta o przyszłość) po to, by pokazać los człowieczy z jego wędrówką w czasie oraz zmienność świata zmierzającemu ku samozagładzie, zatrzymaną w księgach. By dać możliwość wyjrzenia z wąskiej perspektywy swojego ulotnego życia każdemu kurczowo chwytającemu się swoich miłości, obsesji, pasji, pieniędzy, wspomnień..., a którzy są ograniczeni czasem, zaślepieni uczuciami, niewidzący niczego poza swoim krótkim, nieważnym życiem. By uświadomić sobie, że w tym nieubłaganym przemijaniu życia najważniejsze jest pełne i świadome przeżywanie chwili.
Powieść do tego zachęca.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Karmin [Agnieszka  Meyer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

W taki niezwykły świat wprowadziła mnie ta opowieść, a przy okazji zobaczyłam proces konserwacji oglądanego przeze mnie inkunabułu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w lutym w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1019 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi