Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
czwartek, 05 lipca 2018
Prymityw - Marcin Kołodziejczyk

Prymityw: epopeja narodowaMarcin Kołodziejczyk
Wydawnictwo Wielka Litera , 2018 , 493 strony
Literatura polska
   

   Nie ma nic lepszego dla mnie na zachęcenie do czytania niż tego typu „zniechęcacze”. Zachciało mi się i przeczytałam, a potem westchnęłam z ulgą, zachwytem i zgrozą – Absurdystan! To jedyne podsumowujące określenie rzeczywistości, jakie przyszło mi na myśl po wyjściu ze świata... No właśnie – jakiego? Pięknego, trafnie i inteligentnie odmalowanego słowem czy brzydkiego, patologicznego, bo autor umieścił w nim skrajnie negatywne osobowości i zdegenerowaną rzeczywistość? Antybohaterów reprezentujących wszystkie środowiska społeczne polskiego narodu.

   Był przedstawiciel mniejszości, Cygan vel Bombaj, który po alkoholu do Powstania Warszawskiego poszedłby z miejsca, jak stoi, a na trzeźwo sprzedałby karabin i zdezerterował do Niemiec. Byli przedstawiciele imigracji w osobach ukraińskich pracujących na czarno, więc stwarzających pozory nieobecności. Był przedstawiciel duchowieństwa, ksiądz Tomasz, wykładający interpretację obowiązującego hasła – Każdy Inny Wszyscy Biali. Był prosty chłopak ze wsi, Jan Kwas, którego w sumie lubiało się go za jakąś taką, jakby to powiedzieć, łagodność na pograniczniczu z dobrym sercem, uczynną dłonią i chujowatością w sensie pozytywnym i chociażby dlatego, aż prosił się o łomot. Była przedstawicielka młodych, ambitnych - Ilona spod małego miasteczka podbijająca warszawski rynek pracy własnym ciałem jako i niczym Wiktoria Wiedeńska, oficjalnie pracująca w kryptofirmie błyskawicznych pożyczek Mimowola. Był przedstawiciel lokalnych przedsiębiorców, Tatulo Gruco, właściciel firmy pogrzebowej Sułtan, całodobowo-godnie-bezzwłocznie, który miał jakiś taki, biorący się z dłuższego życia z alkoholem w tle, dar do innych, że czuł mordęgę i mortus. Był też pracownik funeralny tej firmy, Robert Poczęty, który podobno przy porodzie zdobył mocne osiem apgarów, to potem począwszy od domu dziecka wszystko roztrwonił. Był przedstawiciel inteligencji mgr historii Zabraniecki o wiele mówiącej ksywie Żelbet, który uzmysłowił sobie, że jest zarazem i wierzący, i polityczny, a przez to uświęconym barankiem. Był przedstawiciel służb dawnych komunistycznych, Teść, który był zdecydowanie przeciwny spadającym bez powodu samolotom, niepolskiej kuchni, międzymęskiemu uczuciu, ruskim, chinolom, niemiaszkom, targowicy, warchołom, kobietom niegotującym, unii jewriejopejskiej i joggingowi. To nie wszyscy!

   To dopiero początek polskiego korowodu!

   Pełnego ludzkich pragnień, szczerych, metamorfozujących z gorszego na lepsze. Rachityczny, paralityczny, powyginany, zdeformowany, uszkodzony, zniekształcony i zawsze w jakimś sensie prymitywny. To ostatnie pojęcie autor wyjaśnił na początku książki, przytaczając definicję z Wikipedii – rodzaj figur geometrycznych w grafice komputerowej, z których buduje się inne, bardziej skomplikowane. Jeśli tymi podstawowymi figurami w powieści byli tacy bohaterowie, to zbudował z nich skomplikowany obraz polskiego społeczeństwa, na czele którego stoi rząd kierowany przez kilku starszawych gości , którzy chcą się przed śmiercią zaznaczyć u nas i na całym świecie. Takich nawiązań do polityki i polityków napotykałam mnóstwo poprzez celnie sugerujące nazwiska, przytaczane powiedzenia czy charakterystyczne działania.

   Oglądałam Polskę w krzywym zwierciadle!

   Karykaturalnie wypaczony jej obraz wywołujący nieustanny uśmiech podczas czytania, czasami przechodzący w głośny śmiech. Ostatecznie zmuszający do zadumy i smutnego kiwania głową nad tą „epopeją narodową”, jak sugeruje podtytuł. Dla mnie raczej przypominający chocholi taniec z Wesela Stanisława Wyspiańskiego, w trakcie którego od stu lat Polska starała się stracić niepodległość.

   Taniec zombi ludzkich półtrupów!

   To automatyczne życie na sznurku jedynie słusznej ideologii partii rządzącej z aktywistami narkatu (nietrudno rozszyfrować ten skrót) przypominało ludzkie, bezwolne planety krążące po orbitach, które na siebie wpadały, a ich trajektorie od czasu do czasu przecinały się. Tę człowieczą samotność realną i metafizyczną potęgował sposób prowadzenia fabuły przez narratora, która składała się ze scen i aktów niczym w dramacie albo z filmowych stop-klatek. Od jednej sceny do następnej. Z jednego kadru w drugi. Z przyszłości w przeszłość z chwilą spojrzenia na teraźniejszość. Ten pozorny chaos miał nie tylko umożliwić narratorowi swobodę prowadzenia mnie po ulicach, zaułkach i mieszkaniach warszawskiej Pragi i jej prowincji, ale również pozwolić mi na połączenie wątkami wszystkich bohaterów w jeden naród. Pełny, spójny, cały obraz Polski i Polaków. Było w tej powieści również coś, co mnie urzekło, oczarowało i sprawiło czytelniczą rozkosz.

   Język przekazu!

   Obawiam się, że nie jestem w stanie w pełni oddać jego oryginalności. To trzeba pokazać!

Utonęłam w tych słowach-neologizmach, kolokwializmch-zbitkach wyrazów, języku-slangu, pojęciach ujmowanych odmiennie i celowo opacznie, składni – mezaliansu prymitywizmu z górnolotnością. Wplatający w wypowiedzi znane powiedzenia „złotoustych” idealnie pasujących do opisywanych scen. Melodyjny, piękny w wypowiedziach ścieg językowy, który wiódł mnie po subkulturze Prymitywu, wypowiadającej się prosto i dyrdymalnie, a czasami wulgarnie i wykwintnie. Autor perfekcyjnie wykorzystał zawodowe doświadczenie dziennikarza dużo jeżdżącego po kraju i zbierającego materiały do swoich reportaży. Widział, słyszał i słuchał tej Polski B, dzięki czemu stworzył bohaterów fikcyjnych, a jednocześnie boleśnie  i przeraźliwie realnych nas – Polaków. Też tam się odnalazłam w krzyczącej kobiecie domagającej się czystości w polszczyźnie.

   Piękny, zimny prezent otrzeźwienia dla Polaków z okazji nieutracenia niepodległości, mimo że bardzo staraliśmy się o to przez ostatnie 100 lat!

   A tak na marginesie – stoisko wydawnictwa na tegorocznych Warszawskich Targach Książki przyciągało uwagę wielkim banerem, na którym wypatrzyłam również i tę pozycję. Już wtedy wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Tak wygląda chwila, kiedy rodzi się w czytelniku chęć na konkretny tytuł.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Prymityw. Epopeja narodowa [Marcin Kołodziejczyk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autor o swoich inspiracjach literackich.

sobota, 12 maja 2018
Norma - Sofi Oksanen

Norma - Sofi Oksanen
Przełożyła Katarzyna Aniszewska
Wydawnictwo Znak , 2018 ,  397 stron
Literatura fińska

   Oczyszczeniem autorki byłam zachwycona!

   Miała w sobie nutę pociągającej niepewności i czyhającego zagrożenia, którą określiłabym atmosferą thrillera. W przypadku tej powieści posunęłabym się w tym określeniu jeszcze dalej. Aż do powieści kryminalnej.

   Bo była zbrodnia!

   Nawet więcej niż jedna. To od pogrzebu jednej z ofiar rozpoczęła się opowieść. Chciałabym napisać o prawie trzydziestoletniej Normie, ale nie do końca tylko o kobiecie noszącej to imię. Myślę, że autorka nieprzypadkowo wybrała właśnie takie, próbując nadać światu jej wyborami i zachowaniem jakąś równowagę lub przynajmniej wskazać na brak tej normy. Standardu równości możliwości między mężczyznami a kobietami. Bo z jednej strony można odczytać tę powieść jako historię rodzinnej mafii, którą rządził senior rodu Lambertów, Max. To on decydował o kierunkach rozwoju biznesu opartego na handlu kobiecymi włosami, macicami i rodzącymi się z nich dziećmi, ukrytego pod działalnością zakładów fryzjerskich. To on wydawał wyroki mentalnej lub fizycznej śmierci na niepokornych, nawet jeśliby miała to być jego żona, syn lub córka. Matka Nory, której pogrzeb rozpoczął powieść, taką ofiarą była, chociaż oficjalnie popełniła samobójstwo, rzucając się pod pociąg w helsińskim metrze. Norma na własną rękę próbowała rozwikłać tę zagadkę. Dochodząc prawdy, musiała postępować bardzo ostrożnie, by nie tylko jej się to udało, ale również, by ochronić własną tajemnicę. Była odmieńcem, którego losów „innej” chciała oszczędzić jej matka, kierując do niej te słowa – Masz prawo wiedzieć, jak może wyglądać życie takich ludzi jak ty, masz prawo usłyszeć o niebezpieczeństwach, jakie inni napotykali na swojej drodze. Ta wspólna tajemnica była tym elementem całej historii, który wprowadzał otoczkę niezwykłości, nadzwyczajności, momentami nadprzyrodzoności, a jednocześnie prawdopodobieństwa tak charakterystycznego dla prozy autorki. To się w jej stylu przekazu nie zmieniło, chociaż temat obrała sobie tym razem bardzo współczesny i aktualny – biznes oparty na kobiecie i jej ciele. Zdiagnozowała go szczegółowo w powieści, sprowadzając do krótkiej, syntetycznej myśli podsumowującej, ujętej w trzech zdaniach – Ten, kto włada marzeniami, włada światem. Ten, kto rządzi włosami, rządzi i kobietami. Ten, kto kieruje ich płodnością, kieruje również mężczyznami. Ten kto zadowala kobiety, zadowala i mężczyzn; a ten, kto manipuluje ludźmi, którzy marzą o włosach i o dzieciach, jest ich królem.

   „Król” Max Lambert był tylko fikcyjnym przedstawicielem rzeczywistej reguły w realnym świecie.

   Pomimo upływu czasu i zmian na korzyść kobiet, ruchów emancypacyjnych i feministycznych, które wywalczyły równouprawnienie wobec mężczyzn, wprowadzenia tych samych praw i możliwości co mężczyźni, nadal – tłumaczyła matka Normie – nie czerpiemy z nich jednakowych korzyści. Oddajemy wszystko, co mamy, na materiały w przemyśle kosmetycznym, ciężko pracujemy, pozwalamy wykorzystywać nasze twarze, włosy, łona, piersi, a pieniądze, które nam się należą, jakoś ciągle lądują w kieszeniach mężczyzn. To oni przewodzą, posiadają, to oni kupują natychmiast każdą, ledwo prosperująca firmę.

   Na diagnozie problemu autorka nie poprzestała.

   Wskazała wyjście. Była nią Norma, matka Nory, córka Maksa - Margot i każda inna kobieta, której próba buntu nie udała się. Autorka, wykorzystując przekaz biblijny o sile Samsona mającej źródło w długich włosach, dokładnie w ten artefakt wyposażyła swoje bohaterki. Kobiety istniejące od zawsze, a które na przestrzeni wieków były uwieczniane chociażby w malarstwie tak, jak słynna muza prerafaelitów – Elizabeth Siddal, której postać autorka wplotła w fabułę. Norma miała być taka, jak ona.

Wikipedia

Autorka wyposażyła je w moc przekazywaną z pokolenie na pokolenie. W siłę tkwiącą symbolicznie we włosach, które łączyły wszystkie kobiety w swoim dążeniu do wolności, do decydowania o własnym losie, do pracy na własny rachunek, do samodzielnego i niezależnego życia od nikogo. W każdej z nich tkwiła pramatka Ewa, która do nich przemawiała, dawała oparcie, podpowiadała, co czynić i wyznaczała kierunki postępowania. To dlatego prababka Normy, po której odziedziczyła tajemnicę włosów, miała na imię Eva, a bohaterki powieści „słyszały” jej głos, „rozmawiając” z nią. Ta nić porozumienia na granicy intuicji i zmysłów była tak cienka, a zarazem tak silna, jak włos.

   Mogłabym zarzucić autorce, że była w tej powieści bardzo chaotyczna.

   Jednak nie zrobię tego. Myślę, że to z jej strony celowy zabieg. Sposób oddania chaosu w głowie i mętliku w myślach kobiecych postaci, by ukazać ich ból zniewolenia, lęk, strach, brak poczucia bezpieczeństwa, nieustanne szarpanie się w klatce męskich, poniżających zasad, stałość zagrożenia i wszystkie negatywne emocje, którym musiały sprostać w walce o siebie i swoją rolę w rodzinie oraz społeczeństwie. Tę dynamikę rozedrganych myśli miała potęgować również naprzemienność głosu narratora zewnętrznego opisującego teraźniejszość Nory i głosu jej matki „zza grobu” odtwarzanego z pendrive’a, ujęta w dwunastu rozdziałach skandowanych wyliczanka od pierwszego do ostatniego - jeden, dwa, trzy...

   Autorka ponownie zaskoczyła mnie!

   Formą, sposobem i tematem przekazu, które zwolennikom klasycznej prozy mogą się nie spodobać, jednocześnie pozostając niezmienną w swojej charakterystycznej cesze – misternym budowaniu atmosfery tajemnicy i zagrożenia.

   Potwierdziła, że jest oryginalną komentatorką ludzkiej rzeczywistości.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Wyśnione życie – Cynthia Swanson

Wyśnione życie – Cynthia Swanson
Przełożył Ryszard Oślizło
Wydawnictwo Kobiece , 2018 ,  419 stron
Literatura amerykańska

   Obudziła się w obcej sypialni!

   W innym łóżku, pod obcą kołdrą, a nad sobą zobaczyła nieznanego mężczyznę, który starał się ją delikatnie i czule obudzić, mówiąc – Katharyn, kochanie, obudź się. Powoli docierało do niej, że to jej łóżko, jej kołdra i jej własny mąż! A w pokoju obok czekało na nią jej dziecko. Nagle dotarło do niej, że właśnie spełnia się pragnienie życia, o jakim zawsze marzyła. Problem w tym, że nie była Katharyn, jak określał ją mąż Lars. Nie była niczyją żoną, matką, a tym bardziej mężatką!

   Była Kitty!

   Trzydziestoośmioletnią, wolną, bezdzietną i niezamężną kobietą. Miała przyjaciółkę Friedę, z którą prowadziła księgarnię i kota Aslana. Ceniła sobie tę niezależność i samodzielność, a jednak świadomość w trakcie snu przenosiła ją w rzeczywistość spełniającą głęboko skrywane przez nią pragnienia. Sytuacja była tak samo zaskakująca dla mnie, jak i dla Kitty, która starała się rozwiązać zagadkę swojego rozdwojenia i życia w dwóch rzeczywistościach dokładnie tak samo realnych i namacalnych. Do tego momentu myślałam, że czytam powieść fantastyczną. Jednak w miarę odkrywania przez Kitty/Katharyn nowych faktów, szczegółów, wątków i osób łączących oba światy, zaczynałam podejrzewać, że to czysty realizm, ale odbierany przez osobę, która doświadcza paranormalnych zjawisk. Ten wniosek również okazał się błędny. Ostateczne odkrycie Kitty/Katharyn zaskoczyło mnie, ale jednocześnie zachwyciło misternością poprowadzonej fabuły i umiejętnością wprowadzenia mnie w podwójne życie bohaterki. Stałam się jej nieodłącznym cieniem, który czuł, myślał i doświadczał tego samego, co ona. Poprzez narrację w pierwszej osobie autorka wprowadziła mnie w realia i psychikę kobiety, bym poczuła to samo zagubienie i to samo dążenie do odnalezienia się i uporządkowania swojej z czasem mocno uciążliwej sytuacji. Również po to, bym dobrze poznała mechanizmy psychologiczne od wewnątrz rządzące naturą ludzką. Skalę zagubienia w życiu i osamotnienia kobiety z problemami w społeczeństwie spotęgowała rozmyślnym wyborem czasu i miejsca akcji – amerykański Denver lat 60. XX wieku. Autorka dokładnie opisała rolę, pozycję, możliwości kobiety w tym czasie i silny ostracyzm społeczny wobec tych, którzy w jakikolwiek sposób nie podporządkowują się narzuconym normom, zasadom i zwyczajom, ale również siłę kobiety, która chciała realizować własne, niezależne i pionierskie cele.

   Nie jest to jednak opowieść pesymistyczna!

   Wręcz przeciwnie! Swoją delikatnością, nieśpiesznością, niemalże onirycznością w odkrywaniu siebie i swojego życia na nowo przez bohaterkę, pomaga dojść do bardzo ważnego i nie tyle optymistycznego, co odkrywczego wniosku – Idelane życie nie istnieje. Ani tu, na jawie, ani tam, we śnie. Nie ma sensu szukać odpowiedzi na powszechne pytanie, które również i ja zadawałam sobie – co by było, gdybym...?  W miejsce kropek można wstawić sobie niedokonane wybory, odrzucone decyzje i odmienne zachowania. Autorka dokładnie pokazała, co byłoby, gdyby Kitty wybrała inaczej. Byłaby Katharyn! Co byłoby, gdyby Katharyn była Kitty. Obie rzeczywistości miały swoje wady i zalety, radości i smutki, problemy i sukcesy. Autorka w miejsce tego pytania proponuje skupić się na teraźniejszości. Na wnikliwym zamyśleniu się nad swoim życiem. Na tu i teraz. Na w tym momencie przeżywanej sytuacji, by czerpać z niej na maksa. Robić dokładnie to, do czego namawia autorka przesłaniem swojej powieści, a którego istotę umieściła na początku w postaci motta.

   I nigdy nie zastanawiać się nad tym, co byłoby, gdyby...? Ono zabija możliwość przeżywania szczęścia tu i teraz.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Wyśnione życie [Cynthia Swanson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Potencjał powieści dostrzegli filmowcy, którzy realizują film na jej podstawie z Julią Roberts w roli głównej.

sobota, 24 lutego 2018
Ukryta róża – Reyes Monforte

Ukryta róża – Reyes Monforte
Przełożył Zbigniew Zawadzki
Wydawnictwo WAM , 2017 , 503 strony
Literatura hiszpańska

   Dzisiaj kończę osiemnaście – odpowiedziała Zehera. – I chcę umrzeć.

   To niecodzienne wyznanie 10 czerwca 1992 roku rozpoczyna opowieść o losach bośniackiej muzułmanki. Jeszcze niewiedzącej, że brutalny gwałt, którego właśnie doświadczyła, był jej „szczęściem”. Inne współwięźniarki serbskich nacjonalistów miały gorzej. W hotelu Vilina Vlas w Wiszegradzie zamienionym na ośrodek gwałcenia bośniackich kobiet, które stały się „skutkiem ubocznym” taktyki wojennej i jednocześnie celem czystek etnicznych, działy się dużo bardziej przerażające i makabryczne rzeczy. Wszyscy wiedzieli, że niełatwo jest ujść z życiem z tego przeklętego miejsca. Kiedy przekroczyło się próg hotelu Vilina Vlas, sens słowa „życie” ulegał zresztą rozmyciu i zostawało z niego mgliste wspomnienie. Właściwie sens znikał, a dalsze trwanie stawało się piekielną karą, jedyną zaś nadzieją była szybka śmierć. Autorka niczego mi nie oszczędziła, drobiazgowo opisując tortury Zehery i innych niewolnic seksualnych w ośrodku. Ta pierwsza część losów dziewczyny, bardzo brutalna, a jednocześnie wprowadzająca w historię konfliktów bałkańskich i ich przyczyn doprowadzających do wojny w Bośni i Hercegowinie w latach 1992-1995, przypominała mi historię innej kobiety-niewolnicy w podobnym konflikcie opisanej w Wyborze Jasminy  przez Jean Sasson. „Na szczęście” – to znowu pejoratywne określenie – Zeherze udało się wyrwać z koszmaru wojennego Wiszegradu oraz Sarajewa i uciec do Hiszpanii. Do uroczego miasteczka Villa de Alba koło Salamanki. Wydawałoby się, wymarzonego miejsca spokoju, życzliwości i przyjaźni do rekonwalescencji.

   Nic z tego!

   Tę drugą część losów nastolatki na emigracji autorka tak ułożyła, by pokazać losy uchodźcy bez domu, bez przyjaciół, planów, marzeń, bez teraźniejszości i przyszłości. Bez niczego. Tylko z bólem przeszłości, ciążą w wyniku gwałtów, stresem pourazowym i syndromem niepokoju imigranta. Powrót po dziewięciu latach do rodzinnego domu dorosłej już Zehery, był trzecim etapem jej życia i kolejną okazją do ukazania stanu kraju i społeczeństwa po wojnie, przeżywającego własne, osobiste traumy. W którym ojcowie, matki, siostry i bracia albo już nie żyli, albo stali się zupełnie innymi ludźmi. Zehera doświadczyła dwóch największych problemów, z którymi zmagała się ludność w Bośni i w krajach, w których wojna uczyniła ze śmierci i zbrodni coś całkiem codziennego – handlu młodocianymi i ich organami oraz zbrodni honorowej.

   To nagromadzenie nieszczęść w jednym życiu nastolatki, a potem kobiety, która reprezentowała losy tysięcy kobiet, było celowe. Autorka znana jest z tego, że jej powieści z fikcyjnymi bohaterkami oparte są na faktach po to, by zwrócić uwagę czytelnika na całym świecie na dramaty kobiet. W tej powieści pokazała losy kobiet uwikłanych w najbardziej krwawy i ludobójczy konflikt  zbrojny w Europie po II wojnie światowej. Właściwie można potraktować tę książkę w warstwie historycznej, jak vademecum o nim. Każda wzmianka o ośrodkach gwałtów, obozach koncentracyjnych, rzeziach na moście nad rzeką Driną, Sarajewskich Różach, torturach na ludności cywilnej, handlu dziećmi, ludobójstwie, przywódcach nacjonalistów chcących Wielkiej Serbii tylko dla Serbów czy Alei Snajperów z ostrzegającymi napisami – pazi snajper (uwaga snajper),  na której wśród 225 ludzi zabito 60 dzieci, ma swoje potwierdzenie w źródłach dokumentalnych.


By Paalso - Praca własna, CC BY-SA 3.0, Link

   Książkę tę przeczytałam na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki, które przede mną. Jestem ciekawa jej odbioru przez innych czytelników tak, jak i samej dyskusji. Mam jednak przeczucie, że nie uda nam się odpowiedzieć na pytanie zadane przez siostrę Zehery – Możesz mi powiedzieć, jaka idea, jakie terytorium, jaka religia, pieniądze, dumne dziedzictwo, jaki rodzaj paranoi może usprawiedliwiać widok dwu- czy trzyletnich dzieci rzucających się do grobów, żeby uciec przed śmiercią? Warto jednak nad tym zastanawiać się, warto o tym rozmawiać, warto spotykać się i o tym dyskutować, nawet jeśli nie znajdziemy odpowiedzi. Bo chyba nie o odpowiedź chodzi, ale o wnioski płynące z historii.

   Zwłaszcza teraz, kiedy nacjonalizm w Polsce ma wspaniałe warunki do rozwoju.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzacymi z książki.

poniedziałek, 19 lutego 2018
Kwestia miłości – Isabel Wolff

Kwestia miłości – Isabel Wolff
Przełożyła Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo Amber , 2005 , 240 stron
Seria Wszystko Dla Pań
Literatura  angielska

   Zirytowałam się!

   Ale to dobrze. Jeśli autorka chciała takiego efektu, to udało się jej. Każda emocja byłaby dobra, byle nie obojętność. Byłam więc bojowo nastawiona wobec postaw, zachowań, postępowań i logiki myślenia (zwłaszcza logiki myślenia!) trzech sióstr. Laury, rozpoznawalnej prowadzącej teleturniej telewizyjny, której mąż zaginął, a jego miejsce zajął były chłopak z lat studenckich, Luke. Felicity, świeżo upieczona, spontaniczna, żywiołowa mama Olivii, wokół której kręcił się jej świat. Hope, zawsze opanowana, zdystansowana i dobrze zorganizowana, mająca określone i niezmienne poglądy na posiadanie własnych dzieci – żadnych i nigdy. Siostry różniły się wszystkim – poglądami, temperamentem, wyglądem, osobowością i stylem życia.

   Łączyło je jedno – kwestia miłości.

   W jej imię trwały w związkach, z którymi nie radziły sobie najlepiej. Małżeństwo Laury rozpadło się, kiedy jej mąż Nick wyszedł z domu po mleko i nie wrócił. Nowy związek z Lukiem wymagał od niej poświęcenia prawa do własnego szczęścia w imię dobra dziecka Luke’a z pierwszego małżeństwa. Felicity, skupiona wyłącznie na córce, nie zauważała potrzeb męża, które zaspokajał u innej kobiety. Hope swoją nieugiętą postawą wobec posiadania dzieci, doprowadziła swoje małżeństwo prawie do rozpadu i to wcale nie z powodu ewentualnej zdrady ze strony męża.

   Wyraźnie widziałam ich destrukcyjne myślenie.

   Ich postępowanie niszczące albo siebie, albo partnerów. A wszystko w imię miłości, by utrzymać związek. To przejaskrawienie, umyślnie osiągnięte przez autorkę, miało służyć jednemu celowi – zmusić mnie do zastanowienia się i odpowiedzenia sobie na kilka pytań. Czy każde postępowanie i wybór można wytłumaczyć miłością? Czy miłość toksyczna, niszcząca, destrukcyjna, krzywdząca jeszcze nią jest? Czy krzywdzenie siebie i innych w jej imię jest usprawiedliwione?

   Po takiej dawce irytacji nie miałam problemu z odpowiedziami.

   To niejedyne przesłanie autorki w opowieści o siostrach próbujących odnaleźć się w życiu. Pracę Laury w telewizji wykorzystała do pokazania mechanizmów tworzenia negatywnego PR osób publicznych, podyktowanych nastawieniem na zysk, osiągnięcia zawodowe lub korzyści osobiste. Ale żeby nie było tak denerwująco i przygnębiająco, autorka wprowadziła kobiece osobowości równoważące charaktery sióstr. Nerys, która swoim rozsądkiem, realizmem i praktycyzmem przywracała mi wiarę w mądrość kobiet oraz Cynthię z ogromną witalnością i poczuciem humoru na przekór przeciwnościom losu, wzbudzającą we mnie pokłady sympatii i rozbawienia.

   Pozornie romantyczna komedia zamieniła się w pouczającą opowieść, zmuszającą do przyjrzenia się bohaterkom i dostrzeżenia w nich swojego odbicia. Moim była Nerys, chociaż wolałabym zobaczyć siebie w Cynthii. Może to sygnał wyznaczający kierunek pracy nad sobą? No proszę! Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, a skończyło się poważnie.

poniedziałek, 08 stycznia 2018
Kolej podziemna – Colson Whitehead

Kolej podziemna: czarna krew Ameryki – Colson Whitehead
Przełożyła Rafał Lisowski
Wydawnictwo Albatros , 2017 , 384 strony
Literatura amerykańska


   Jeśli ktoś chce zrozumieć ten kraj, musi pojechać koleją. Pędząc przed siebie wyjrzyjcie z wagonu, a zobaczycie prawdziwą twarz Ameryki. – powiedział jeden z bohaterów tej powieści.

   Chciałam zrozumieć. Chciałam zobaczyć. Chciałam przeczytać jedną z najważniejszych książek w Ameryce polecaną przez Baracka Obamę i Oprah Winfrey i nagrodzoną prestiżowymi tytułami.

Zabrałam się w podróż koleją podziemną razem z główna bohaterką, Corą. Właściwie uciekałam z nią z plantacji Rundallów w Georgii. To tam została sprowadzona z Afryki jej babka Ajarry za dwieście dziewięćdziesiąt dwa dolary. To stamtąd uciekła jej matka Mabel. To tam urodziła się Cora, która przez szesnaście lat oglądała mężczyzn powieszonych na drzewach, zostawionych sępom i wronom. Oglądała kobiety rozpłatane do kości biczami o wielu rzemieniach. Ciała żywe i martwe przypiekane na stosie. Stopy obcięte, by uniemożliwić ucieczkę i dłonie - by ukrócić kradzież. Była częścią tej niewoli, cierpienia, okrucieństw, bólu, poniżania, gwałtów, od których postanowiła uciec podziemną koleją, a która poniosła ją z Georgii do Karoliny Południowej i Północnej, Tennessee, Indiany i dalej na północ. Jej śladem podążał łowca niewolników - Ridgeway.

   Ucieczka Cory była metaforą.

   Sposobem autora na ukazanie zjawiska niewolnictwa i rasizmu w USA z wielu perspektyw – niewolnika, zbiega, łowcy, właściciela i abolicjonisty. Towarzyszenie Corze umieściło mnie w centrum wydarzeń, abym zobaczyła, a przede wszystkim doświadczyła fizycznie i psychicznie tego samego, co zbiegła niewolnica. Zaszczuta i ścigana dziewczyna, która znalazła wolność o bardzo względnym pojęciu. Szybko okazało się, że ucieczka z jednej klatki była ucieczką do klatki drugiej symbolizowane przez poszczególne stany. Oglądanie Ameryki jej oczami ukazywało problem niewolnictwa w poszczególnych stanach od totalnego zniewolenia po pozorną wolność. Postawy lokalnych społeczności od rasistowskich, dla których rasa murzyńska nie istniała, chyba że na końcu sznura, po abolicjonistyczne tworzące tytułową kolej podziemną, a tak naprawdę systemową pomoc niewolnikom udzielaną przez ludzi dobrej woli, ryzykujących własnym życiem, którzy przygarniali zbiegów w swoich domach, karmili ich, nieśli na północ na własnym grzbiecie, umierali za nich.

   Ale takich „konduktorów”, „zawiadowców” i „maszynistów” było niewielu.

   Obraz Ameryki widziany z pędzącego przez stany symbolicznego pociągu był ciemny, nieprzewidywalny, trawiony przez pożogę nienawiści, przemocy i wyzysku. To kraj, w którym rządził jeden imperatyw wynikający z niepodważalnej, rasowej logiki białego człowieka – Gdyby czarnuch zasługiwał na wolność, nie byłby w kajdanach. Gdyby czerwonoskóry miał zachować swoje terytoria, nadal pozostałyby jego. Gdyby białemu człowiekowi ten nowy świat nie był przeznaczony, teraz by do niego nie należał. To głos bardzo podobny do Philippa Meyera w powieści Syn, zabrany w kontekście Indian. Autor tej powieści posunął się jednak dużo dalej. Nie poprzestał tylko na opisach i doświadczeniach niewolników tak, jak zrobił to Alex Haley w Korzeniach. Nie wpłynął na emocje, czyniąc z niej opowieść ckliwą tak, jak Harriet Beecher Stowe w Chacie wuja Toma. Autor poprzez analizę niewolnictwa ujętą w formę fikcyjnej powieści opartej na faktach z elementami bajki, odważnie oskarżył Amerykę wprost, zarzucając jej tworzenie złudnego obrazu pokojowego współistnienia i tolerancji rasowej. Użył przy tym bardzo mocnych słów – Sama Ameryka to także złudzenie, największe ze wszystkich. Biała rasa wierzy z całego serca, że przywłaszczenie tej ziemi jest jej prawem. Zabijanie Indian. Prowadzenie wojny. Zniewolenie swoich braci. Ten naród nie powinien istnieć, jeżeli istnieje sprawiedliwość na tym świecie, jest bowiem zbudowany na mordzie, kradzieży i okrucieństwie.

   Piękny kraj stojący na krwawych fundamentach.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki [Rafał Lisowski, Colson Whitehead]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Kolej podziemna [Colson Whitehead]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Z wywiadu z autorem dowiedziałam się, że na podstawie powieści powstanie serial.

poniedziałek, 01 stycznia 2018
Syn – Philipp Meyer

Syn – Philipp Meyer
Przełożyła Jędrzej Polak
Wydawnictwo Czwarta Strona , 2016 , 607 stron
Literatura amerykańska


   Przepiękna saga amerykańskiego rodu McCulloughów!

   Opowiedziana naprzemiennie głosami przedstawicieli trzech pokoleń.

   Pierwszy należał do Pułkownika Eliego. Protoplasty rodu, który w setną rocznicę swoich urodzin postanowił nagrać własne wspomnienia obejmujące okres od 1849 do 1939 roku. Dla mnie najciekawsze i najbardziej trzymające w napięciu, bo zaczynające się dramatyczną, krwawą i brutalną sceną napaści Komanczów na rancho rodziny Eliego. Wówczas trzynastoletniego chłopca, który trafia do Indian w niewolę. Jego matka i siostra zostały zgwałcone i rozczłonkowane, a brat zabity. Był tej makabry widzem. Trzyletnia niewola, a potem ponowna próba odnalezienia się w świecie białych, była niezwykłym czasem dojrzewania nastolatka i polem doświadczalnym w budowaniu systemu wartości, a dla mnie okazją do poznania historii i kultury ówczesnych Indian od wewnątrz. Forma sprawozdawcza narracji została dobrana specjalnie po to, by w tle snutej opowieści o losach chłopca mogłam jak najwięcej dowiedzieć się o trudnych stosunkach białych i Indian, w których treść przybierająca momentami formę informacji encyklopedycznej, nie raziła. Doświadczenia przeżyte wśród Komanczów, a potem białych, doprowadziły Pułkownika do jednego wniosku – życie sławnych i bogatych nie różni się specjalnie od życia Komanczów: robi się, co chce i przed nikim się nie odpowiada. Uczynił więc wszystko, by stworzyć swoją akrokrację. Krainę z tysiącami akrów własnej ziemi zarządzaną na zasadach wyniesionych z plemienia Komanczów. Swoje imperium przekazał synowi, Peterowi.

   Peter to drugi głos narracji.

   Czarna owca w rodzinie. Mężczyzna, który nie popierał postępowania ojca i jego polityki eliminacji sąsiadów na drodze krwawej walki. Nie tylko szukał rozwiązania problemu poprzez dialog, ale pokochał córkę wroga. Peter swoje wspomnienia zapisywał na bieżąco w dzienniku obejmującym lata 1915-1917. Dzień po dniu wyjaśniał swoją postawę, przedstawiał argumenty i powody postępowania odmiennego od ojca, który zawsze stosował dwie, podstawowe zasady – Nie okradaj McCulloughów – znajda cię i zabiją; nie szkaluj McCulloughanów – zginiesz. To również opowieść, w której, na tle wewnętrznych konfliktów rodzinnych, rozgrywały się brutalne sceny z pogranicza Teksasu z Meksykiem, ukazujące krwawe zasiedlanie i zagarnianie terenów. Ziemi, na której obowiązywało prawo silniejszego, mówiące - skoro Garcia zdobył tę ziemię w taki sam sposób: przepędzając z niej Indian. My musieliśmy zrobić to samo. A kiedyś ktoś inny zrobi to nam. Musiała więc lać się krew i musiały płonąć rancha, według jego ojca.

   Trzecim głosem narracji była córka Petera i prawnuczka Pułkownika – Jeannie.

   Nie zabrała głosu bezpośrednio, ponieważ zleciła napisanie kroniki rancza historykowi. Mając świadomość przemijania ludzi, wyznawanych przez nich wartości i prezentowanych postaw, postanowiła spisać historię rodu od czasów pradziadka Pułkownika do jej śmierci. Jej historia miała charakter retrospekcyjny, bo zaczęła się współcześnie – w 2012 roku. W momencie jej śmierci. Opowieść Jeannie podsumowywała i łączyła wszystkie wątki opowieści swoich poprzedników, tłumacząc i wyjaśniając zdarzenia, rodzinne sekrety, tajemnice pogrzebane razem ze zwłokami zabitych. Była głosem zbuntowanej kobiety w świecie zdominowanym przez mężczyzn, niegodzącej się na ograniczenia tylko do roli żony i matki. To również opowieść o Teksasie, który z pastwisk pełnym bydła, ranczerów i kowbojów, zamieniał się powoli w pola naftowe. O ludziach, którzy w gorączce roponośnego złota, zaczęli zapominać o honorze i dumie.

   Powieść obala wiele mitów stworzonych przez literaturę i filmy o Dzikim Zachodzie. Nie było w niej szlachetności bliźniego, ale szlachetność egoistyczna rodu i plemienia okupiona potem, łzami, bólem, cierpieniem, krwią i odorem moczu oddawanego ze strachu lub defekacji tuż przed śmiercią. To był świat, w którym najlepszym prezentem dla syna była kamizelka ze skalpów ludzkich. Autor nie oszczędzał mnie również w dokładnym pokazywaniu szczegółów opisywanych zdarzeń. Jeśli to była panorama pejzażu, to była zachwycająca, a jeśli skalpowanie człowieka, to z dokładnymi liniami cięcia na czaszce, a potem oczyszczania i wyprawiania jej skóry. Takie szczegóły patroszenia, wybebeszania, rozczłonkowywania, dekapitacji, łamania kości, zadawania ran lub ich czyszczenia towarzyszyły mi w każdej z trzech narracji. Przemijanie i śmierć były cichymi, transparentnymi  bohaterkami tej sagi, czyniąc z nich najważniejsze przesłanie powieści, które autor ubrał w takie słowa – Ziemia była spragniona. Tkwiło w niej wciąż coś prymitywnego. Na ranczu znajdowali groty Paleoindian z Clovis i Folsom, a kiedy Jezus wspinał się na Kalwarię, tu Mogollonowie rozwalali sobie łby kamiennymi siekierami. Kiedy nadeszli Hiszpanie, byli już Suma, Jumano, Manso, La Junta, Concho i Chisos, i Toboso, Ocana i Cacaxtle, Coahuiltecanowie, Comecrudowie... ale czy to oni wybili Mogollonów, czy od nich pochodzili, nikt tego nie wiedział. Ich wszystkich zabili Apacze. Których z kolei wytrzebili, przynajmniej w Teksasie, Komancze. Których z kolei wybili Amerykanie.

   Czym zatem jest jedno, kruche życie człowieka na tle tych odwiecznych rzezi?

   I tutaj przypomniał mi się cytat przytoczony przez Andrzeja Mellera w Czołem, nie ma hien, który świetnie podsumowuje tę powieść – „Ludzie mówią, że to czas mija. Czas mówi, że to ludzie mijają”. W tej powieści mijali boleśnie, przepięknie i ze swoiście pojmowanym honorem, napełniając rzeki krwią, ziemię trupami, a kieszenie pieniędzmi.

   Ale czy o to w życiu chodzi?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzacymi z książki.

Filmowy potencjał powieści dostrzegli filmowcy i na jej podstawie stworzyli serial.

sobota, 11 listopada 2017
Serce – Radka Franczak

Serce – Radka Franczak
Wydawnictwo Marginesy , 2016 , 304 strony
Literatura polska

   Z serca pisana, sercem przekazana i koniecznie z sercem musi być odbierana.

   Bez serca zobaczyłabym tylko emigrację zarobkową dziewczyny z jej chłopakiem i uciążliwości dorywczej pracy spowodowane depresyjnymi stanami pracodawczyni i starością jej matki. Do tego nakładającymi się poważnymi problemami osobistymi głównej bohaterki.

   Banalna historia!

   A jednak taką się nie okazała. Miejsce pracy nie było zwykłym domem, bo trudno tak nazwać monumentalną, starą, podupadającą, obrośniętą i zarośniętą bujną roślinnością rezydencję, która wtapiała się w szwajcarskie góry. Rośliny, które porosły popękane marmurowe kolumny wokół domu, tworzyły między nimi arkady zwisających liści i kwiatów. Tylko w kilku miejscach można było dostrzec kawałek ściany lub okna. Zresztą, większość okien była ukryta za drewnianymi szarymi okiennicami. Przez to dom wyglądał, jakby oślepł i za swoimi starymi, zamkniętymi oczami snuł jakiś własny, oderwany od świata, pomroczny sen. A potem zrobiło się jeszcze pomroczniej i nierealniej, bo oto w środku czas zatrzymał się kilkadziesiąt, a nawet kilkaset lat temu. Liczba zgromadzonych w nim artefaktów przeszłości była nie do ogarnięcia wzrokiem i nie do wymienienia w krótkim czasie. Jednak największą tajemnicę skrywały drzwi zasłonięte przypiętym nad nimi dywanem. Wejście do tajemniczej sali przypominało wejście do kaplicy albo groty z nieodgadnioną wysokością sklepienia. Inny świat, w który jednym krokiem przeniosła się Wika, bo tak miała na imię narratorka powieści, przenikał zimnem i wilgocią oraz pachniał... książkami. Wypełniały one pomieszczenie od podłogi do sufitu. Leżały na stołach, krzesłach, biurkach, tworząc piramidy i stosy oraz przywołując wspomnienia z dzieciństwa. Nasze wspólne.

   Praca pomocy domowej w takim miejscu i w takim charakterze przybierała zupełnie inny wymiar.

   Niezwykła biblioteka była symbolem nieuchronnej śmierci oraz ratowania tego, co dawało się jeszcze uratować, nie poprzez ostatnią szansę, ale poprzez stałe wybory. Była tajemnicą przeszłości, którą kryły w sobie zgromadzone w niej przedmioty. Świadomość przemijania, którą przekazały jej martwe rzeczy, Wiki mogła przenieść na ludzi, którzy ją opuszczali. Ojciec, który odszedł, a którego sekret odkryto po jego śmierci. Umierająca matka pracodawczyni, Shirley, o smutnej, ale ciekawej i szalonej przeszłości. Niszczejący dom, kryjący w sobie historie ludzi dawno zmarłych, po których pozostały przechowywane  w nim przedmioty. Dawno zmarły mąż Shirley, który pozostawił po sobie toksyczne dziedzictwo emocjonalne. Problemy osobiste pracodawczyni, Robin, rujnujące jej kondycję psychiczną i fizyczną. Zdradzający ją chłopak Stasiek, niszczący ich związek tuż przed planowanym ślubem. I wreszcie sama Wika, która musiała poradzić sobie z dotykiem śmierci, by dojść do wniosku, że z życiem trzeba eksperymentować, oswajając w ten sposób śmierć, będąc całkowicie tu i teraz, w teraźniejszości, szczęśliwi, świadomi każdej chwili. Ale jeśli ludzie się boją i są przerażeni śmiercią to nie rozumieją nic i umierają w ciemności. Taką umierającą w ciemności była Robin. Taką umierającą w świetle była jej matka Shirley. Dwie ścierające się i walczące ze sobą postawy, między którymi znalazła się Wika. Jej pobyt właśnie w takim miejscu miał się okazać celowy, mimo że pozornie narzucony zrządzeniem losu. Miał być nauką umiejętności wyboru między tymi dwoma podejściami do życia i śmierci oraz czasem na znalezienie odpowiedzi na odwieczne pytanie – Jak wytrzymać życie, jak przetrzymać śmierć?

   Z sercem czy bez serca?

   Nie jest to jednak, jak wydawałoby się, opowieść przygniatająca ciężarem tematyki, depresyjna w przekazach emocjonalnych czy obciążająca poruszanymi problemami egzystencjalnymi. Percepcja, jaką autorka obdarzyła Wikę, była tak wyjątkowa w postrzeganiu, świeża w odbiorze i pociągająca odmienną interpretacją otaczającego ją świata i zachodzących w nim zjawisk, że słuchałam jej przekazu z zadziwieniem dziecka, widząc stare obrazy odkryte na nowo. W odmiennych kontekstach, innych okolicznościach, w ciekawych skojarzeniach, metaforach i porównaniach ujmowanych w słowa, tworzących z kolei obrazy w mojej wyobraźni. Czułam spojrzenie filmowca i fotografa, którymi autorka również jest. Ten inny kąt i perspektywa patrzenia, nastawione na ustawiczne zbliżanie fokusa na szczegóły, otwierały mikroświaty zatrzymań chwili na makroświaty pełne kolejnych szczegółów wprawiających ponownie akcję w powolny ruch. Nie bez powodu w książce autorka umieściła własne fotografie wzmacniające ten efekt ruchu akcji i zatrzymanego w kadrze obrazu gotowego do kontemplacji, do rozmyślań, do skojarzeń pełnych rozgałęzień i wątków zarówno snutej fabuły, jak i własnych, osobistych. Moich.

   Opowiadanych podszeptem własnego serca.

   To dlatego historia ta stała się z czasem na poły cudza, a na poły moja, intymna. Włączająca, a z czasem pochłaniająca emocjonalnie i mentalnie. Wtapiająca w siebie całkowicie. Zatrzymująca fotografią w miejscu, w którym trzeba było pozwolić wybrzmieć myśli lub wypalić się emocji.

A czasem pokazać ułudę świata tak, jak ta fotografia.

Ptaki lecące wysoko na niebie? Krople deszczu, jak łzy zatrzymane na szybie? A może martwe owady, które znalazły śmierć na szybie samochodowej? To był mój wybór, co chciałam zobaczyć – radość, smutek czy śmierć. Od stanu mojego serca i jego dyktatu zależało, jaką historię stworzę obok narratorki.

   Swoją historię autorka tworzyła kilka lat.

   Miała, jak sama napisała w podziękowaniach, zarys historii, a nawet tylko uczucie, jakie ma jej towarzyszyć, pamięć miejsc, w których była i losów ludzkich, które poznała oraz pomoc tych, którzy wspierali na różne sposoby jej pisanie, jej proces twórczy. Ale to wszystko wystarczyłoby tylko do stworzenia banalnej historii, gdyby nie zawartość nie tyle głowy, ile serca autorki. Czynnik X, który w pisarstwie jest tak trudny do nazwania, określenia, który wymyka się wszelkim normom i nomenklaturze, a który autorka niewątpliwie posiada. Wyjątkowy dar nadawania wielowymiarowości naszej płaskiej rzeczywistości, w którym książkę uczyniła okularami pomagającymi mi to dostrzec. Może właśnie to dostrzegła kapituła Literackiej Nagrody Nike, przyznając powieści nominację, a potem jedno z miejsc w finałowej siódemce.

   Kropla dziegciu na koniec.

   Niska jakość druku fotografii odbierała mi pełnię przyjemności ich przekazu. Zdarzały się takie, których treści tylko domyślałam się albo nie kojarzyły mi się z niczym poza abstrakcją. Zamysł bardzo dobry i uzasadniony, ale jego realizacja już „niewyraźna”.

   Zdanie pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Serce [Radka Franczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 25 sierpnia 2017
Zrób mi jakąś krzywdę – Jakub Żulczyk

Zrób mi jakąś krzywdę: czyli wszystkie gry wideo są o miłości – Jakub Żulczyk
Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża , 2015 , 166 stron , wydanie 5

Literatura polska

   Przyznaję  – nie zawsze słucham podszeptów czytelniczych młodzieży.

   Potem bardzo tego żałuję. Stale muszę siebie upominać, że to najlepsza agentka wywiadu informująca mnie,  co w trawie wydawniczej rośnie, piszczy i objawia się. Tak właśnie było w przypadku tego autora. Ktoś, kiedyś polecił mi ten tytuł, kiedy autor debiutował nim w 2006 roku. Zapisałam i... zapomniałam. A potem były kolejne tytuły, które gdzieś migały mi w mediach okładkami. Z kolei w tym roku pojawiła się autorska okładka magazynu Książki z ciekawym wywiadem w środku.

A potem znowu młodzież, która mi nie odpuszczała pytaniem – czytała pani Żulczyka? Wstyd było od dekady powtarzać, że jeszcze nie.

   Sięgnęłam!

   Po debiut, ale w nowej grafice okładkowej, bo to już piąte wydanie tego tytułu! Żałuję, że dopiero teraz.

   Przeżyłam ekstremalny rollercoaster miłosny!

   Dawid, student przedostatniego roku prawa, zakochał się w piętnastoletniej Kaśce. Siostrze swojego dobrego kumpla Michała. To nie miało prawa mu się przydarzyć. Był od niej dziesięć lat starszy, a ona przypominała dwunastoletnie dziecko, zgarbione i blade, stuprocentowo aseksualne.

   A jednak!

   Ktoś zrobił jej zastrzyk z piękna, ze skroplonych cukierków z kardamonem, albo do prowadzonej przez Japończyków korporacji, która ją wyprodukowała, zatrudniono jakiegoś genialnego designera. Totalne zauroczenie nakazało mu ją „porwać” na kilka dni wspólnej wędrówki dokądkolwiek, byle razem. Właściwie namówił ją na wspólną podróż w nieznane, ale Kaśka nie zapytała matki o zgodę. Warto było pominąć ten „drobiazg”, bo przygoda okazała się historią drogi, ostatnią miłością niewinności, ilustrowaną edycją życia, komedią reżysera na psylocybach, agonią młodości przed wkroczeniem w dorosłość, a na pewno ryzykiem odpowiedzialności karnej za uprowadzenie i demoralizację nieletniej.

   A  miało być tak „pięknie”!

   Znalazłby pracę, poznałby kobietę, pojawiłoby się dziecko, kredyt mieszkaniowy, a po około 35 latach umarłby... Z tej perspektywy, rzucenie się w wir szalonej i nieodpowiedzialnej miłości ze skutkiem karnym, wyglądało dużo atrakcyjniej. Te kilka dni z Kaśką było tego warte! Od tego momentu zaczął się totalny szał ciał, zmysłów i umysłów. Pełnego życia odjazd z narastającą adrenaliną z minuty na minutę i z pomysłu na pomysł, czerpanych ze spotkań ze świadkami Jehowy, ludźmi z branży pornograficznej, okradzioną staruszką, agresywną młodzieżą, dawnymi znajomymi w survivalowym wydaniu i wieloma innymi przedstawicielami zdegenerowanego i zdemoralizowanego społeczeństwa. Dni pełnych koncertów, ucieczek, pościgów, rozmów na haju i nocy pod namiotem, na budowach, w skłotach i w obcych mieszkaniach. W rzeczywistości zapijanej szampanem i piwem, w której jedynym pięknym elementem była ich miłość. Uczucie, które rozwijało się z levelu na level zgodnie z tak nazwanymi rozdziałami, by zakończyć grę na poziomie 8.

      Wbrew pozorom to bardzo optymistyczna powieść, mimo że opowiada o beznadziejności życia, z którym wszyscy bohaterowie szarpią się na różne sposoby. O bezsensowności planowania, które prędzej czy później bezlitośnie zweryfikują czas i los, na które nie bardzo można wpłynąć. O lęku przed koszmarnie rysującą się dorosłością, która jest śmiertelną chorobą niepozwalającą młodym zbyt długo pożyć. O rzeczywistości, którą trzeba znieczulić używkami lub światem alternatywnym w Internecie, by na nią móc patrzeć bez obrzydzenia i jakoś funkcjonować w oparach jej absurdu, groteski, ratując się humorem noir.  Dla mnie rzeczywistości, która dostarczyła mi przede wszystkim bogatej informacji, co czytają, słuchają i oglądają młodzi ludzie, ponieważ autor w nawiązaniach, metaforach i odniesieniach, czerpał pełnymi garściami z popkultury. Co w tak realistycznie i naturalistycznie przedstawionej rzeczywistości może być optymistycznego?

   Miłość!

   Dla mnie ta powieść, to hołd oddany uczuciu, które jest jedynym, jasnym promykiem w obrzydliwej egzystencji człowieka. Wartym, by o niego powalczyć i uszanować jego delikatność, dziewiczość i czystość w zdegenerowanym świecie. Doświadczyć jego mocy zaklętej w kruchości. To ono sprawia, że wato żyć pomimo moralnego brudu, upodlenia wartości i przenicowania priorytetów. Miłość jako jedyna wychodzi z tego bagna i zgnilizny moralnej zwycięsko, nadając sens życiu i pozwalając z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Nawet jeśli za następnym zakrętem czeka nieatrakcyjna dorosłość.

   Danielle Steel w hardkorowym wydaniu!

   Polubiłam styl narracji i sposób postrzegania autora do tego stopnia, że zaopatrzyłam się w kolejne jego dwa tytuły.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

Uwielbiam ten styl przekazu!

czwartek, 15 czerwca 2017
Z góry widać tylko nic – Arek Borowik

Z góry widać tylko nic: mocna rzecz o namiętnościach – Arek Borowik
Wydawnictwo Dobra Literatura , 2017 , 400 stron
Literatura polska

Totalnie pozytywne zaskoczenie!
A początkowo nie zanosiło się na to! Nic nie wskazywało, że właśnie wchodzę do labiryntu nie tylko ludzkich namiętności w mocnym wydaniu, jak uprzedza podtytuł,

ale również w świat baśni. I to baśni w wydaniu hardkorowym czyli raczej brutalniejszych w przekazie braci Grimm niż łagodniejszego Hansa Christiana Andersena. Tematu, który w literaturze uwielbiam.
A wszystko zaczęło się od zmory każdego pracodawcy.
Dobiegającego czterdziestki Strawińskiego, który firmę traktował jak ZUS, miejsce odpoczynku, idealne warunki pielęgnowania uzależnienia alkoholowego i „kanapę” do spania. Każdy rozsądny prezes zwolniłby takiego „niebieskiego ptaka”, tyle że ten ostatni miał dobry bajer na przetrwanie w miejscu pracy. Za każdym razem, po donosie kolegi lub koleżanki z biura, „sprzedawał” swojemu przełożonemu, dosłownie i w przenośni, bajkę, którą ten „łykał” i godził się na jeszcze jedną szansę. Jeszcze jedną próbę przed ostatecznym wyrzuceniem z pracy.
A ja dałam się wodzić za nos razem z szefem!
Chciałam tego kolejnego zaufania, bo wiązało się ono z następną ciekawą opowieścią, a dla mnie również zabawą w zgaduj-zgadulę – jaką baśnią inspirował się autor? A było ich wszystkich cztery, obiecując na zakończenie kolejne napisane przez siebie, a może przez samo życie?

Nie zdradzę tytułów. Nie chcę odbierać przyjemności zabawy innym czytelnikom w kojarzeniu poszczególnych, mrocznych historii z tytułami znanych bajek. Zdradzę tylko, że wcale nie jest to takie proste, bo autor opierał się tylko na ogólnych schematach, od czasu do czasu wplatając naprowadzający, jednoznacznie kojarzący się cytat ze znaną bajką. Miałam z tym problem w przypadku pierwszej historii, a ostatniej byłam pewna, kiedy spojrzałam na całość, bo z góry było widać, wbrew tytułowi, może nie całkiem nic, ale na pewno lepiej. Na odwrocie książki znalazłam taką wypowiedź:

Nie miałam takiego problemu po jej przeczytaniu. Ta książka jest o życiu współcześnie odzwierciedlonym w znanych baśniach, dlatego jest o wszystkim i dla wszystkich lubiących kopać i grzebać w psychice ludzkiej. Poszukiwać odpowiedzi, czy baśnie ułatwiają tłumaczenie skomplikowanego życia, czy to raczej życie inspiruje twórców? Czy bohaterowie to wymyślone postacie, czy raczej ludzie z krwi i kości? A jeśli to ostatnie, to z kim mogę się utożsamiać? Która z nich jest mną, a może ja nią? Obalić mit, że baśnie łagodzą brutalność rzeczywistości, a może go podtrzymać, bo to rzeczywistość brutalizuje baśnie? Takich i wiele, wiele innych tematów do przemyśleń podsuwa ta powieść.
Zachwyciła mnie również forma przekazu.
Na podobny zabieg ukazujący obóz koncentracyjny zdecydowała się również Eliza Granville w powieści Gretel i ciemność zainspirowana bajką Jaś i Małgosia. Autor wykorzystał w swojej książce aż cztery bajki. Przy czym jedna z nich spina klamrą pozostałe trzy, tworząc opowieść w opowieści. Każda pełna skrajnych emocji, brutalności i uzasadnionych wulgaryzmów, co uwidoczniło się nawet w tytule jednego z rozdziałów:

Każda z morałem, który uwypuklał jedną, konkretną przywarę ludzką – zachłanność, zazdrość czy nienasycenie. A wszystko podane z dużą dawką inteligentnego humoru. Zwłaszcza w wykonaniu Strawińskiego. Typu z gatunku „wrzodów na tyłku”, ale gdyby nie ten sprawiany przez niego ból, człowiek nie wiedziałby, że żyje. Jego inne pojmowanie otaczającego go świata, odmienny system preferowanych wartości, nieakceptowanie realiów, nonkonformistyczny styl życia, przebiegłość w jego praktykowaniu i forsowaniu, irytował mnie, ale jednocześnie wzbudzał sympatię. Polubiłam tego lawiranta, może dlatego, że człowiek sam by tak chciał, ale nie ma w sobie tyle „predyspozycji”, co Strawiński, by przeżyć w społeczeństwie całkowicie na własnych warunkach. Nie każdy może być Piotrusiem Panem i musi wybierać między kotem w butach a wilkiem albo Śnieżką a złą królową.
Podobno jestem Kopciuszkiem (psychotest z przymrożeniem oka), a marzyłoby się być taką Szeherezadą!

Z góry widać tylko nic [Arek Borowik]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1074 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi