Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
wtorek, 28 marca 2017
Kolejny rozdział – Agata Kołakowska



Kolejny rozdział – Agata Kołakowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2017 , 391 stron
Literatura polska


Przestraszyłam się!
Straszą mnie maszyny do pisania na okładkach. Niedawno dzieliłam się podobnymi wrażeniami, pisząc o Kobiecie, która ukradła moje życie Marian Keyes, że taka grafika zwiastuje nielubiany przeze mnie temat – niemoc twórczą głównego bohatera, który jest pisarzem.
Nie pomyliłam się!
Główna bohaterka Kalina, trzydziestodziewięcioletnia uznana pisarka, właśnie ją przeżywała. Próbowała odzyskać wenę w zaciszu niewielkiego ośrodka położonego w leśnej głuszy, z dala od cywilizacji i absorbującej ją rodziny. Minę miałam nietęgą po takim wstępie, ale moją uwagę przyciągnął drugi bohater główny – czterdziestotrzyletni Maciej. Jej agent pracujący w wydawnictwie. Naprzemienna narracja zewnętrzna opowiadająca o ich teraźniejszości zaczęła przypominać thriller z… powieścią w powieści. A właściwie opowieść w rozdziałach, które cyklicznie podsyłane im w formie mejla lub tekstu drukowanego, zaczynały powoli stawać się najważniejszym wątkiem komplikującym relacje wszystkich bohaterów powieści. Groza tekstów podsyłanych Kalinie i Maciejowi tkwiła w kalce ich życia z elementami jasnowidztwa.
Moja uwaga została złapana na ten haczyk!
Musiałam wiedzieć, kto i dlaczego w ten wymyślny, okrutny, bezwzględny i brutalny sposób prześladował parę bohaterów. Ich nadawca, podpisujący się literami XYZ , wiedział o nich bardzo dużo. Znał ukrywane przez nich fakty z przeszłości i bolesne tajemnice, jakby siedział w ich głowie i śledził każdą myśl. Najgorsze w tym było to, że ujawniał je, powodując lawinę przez lata wypieranych, przykrych wspomnień. Przez cały czas chłodno analizowałam i kalkulowałam, kto z otaczających ich osób, mógłby wpaść na ten szalony sposób prześladowania?
I dlaczego?
Nie tylko ja usilnie próbowałam rozwiązać tę zagadkę, ale również Kalina i Maciej. Razem z nimi eliminowałam kolejnych podejrzanych z ich otoczenia. A było ich sporo i każdy mógł okazać się sprawcą zamieszania zmierzającego prosto do tragedii. Światełko podejrzeń (jak się potem okazało - słusznych!) zapaliło mi się mniej więcej w trzech czwartych powieści, ale nie byłam ich pewna. Śledztwo – kto i dlaczego? – do końca trzymało mnie w niepewności.
To nie był jedyny absorbujący mnie wątek!
Dochodzenie i ujawnianie niewygodnych faktów z życia bohaterów nie tylko budowało obraz środowiska pisarzy i wydawców, ale również odkrywało ich jako zwykłych ludzi – matki, żony,kochanki, męża, ojca, przyjaciela czy syna. Dramaty z przeszłości tłumaczyły ich niezrozumiałe dla najbliższych postawy w teraźniejszości. Burzyły fasadę sukcesu, powodzenia i szczęścia rodzinnego. Ostatecznie zmuszały do refleksji i głębszego wejrzenia we… własne życie.
I o to autorce chodziło!
Dopiero po przeczytaniu powieści mogłam odpowiedzieć sobie na pytanie umieszczone na tylnej okładce.

Zaczęłabym się bać!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kolejny rozdział [Agata Kołakowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 25 marca 2017
Samowar – Michaił Weller



Samowar – Michaił Weller
Przełożyła Barbara Pestka
Wydawnictwo Replika , 2010 , 392 strony
Literatura rosyjska


Przeciekawa, odważna i oryginalna publikacja!
Nie powieść, a właśnie publikacja, chociaż od tej pierwszej zaczyna się w niej ostatecznie przygoda intelektualna dosyć sporego kalibru. Może dlatego autor umieścił już na początku takie uprzedzenie:

Nie bez powodu. Faktycznie zawiera treści nie tyle nieprzyzwoite, co okryte zmową milczenia, całunem udawanej niepamięci i kurzem kryjącym wstyd i sromotę ZSRR. Dopiero Władimir Putin tajemnicę poliszynela i jeden z wielu sekretów swojego kraju uczynił widzialnym, wiadomym i... zaszczytnym. Mowa o inwalidach wojennych. Tych wracających z wojny ojczyźnianej bez rąk, nóg, wzroku, organów płciowych, słuchu, a czasami ze wszystkim naraz w jednym ciele. Trafiali do górnolotnie nazywanych „ośrodków” lub „sanatoriów”, które warunkami w niczym nie ustępowały łagrom GUŁagu. Wśród nich „klocki”, „pieńki” i najbardziej powszechne określenie – „samowary”. Samowarem nazywa się inwalidę, który po sam korzeń nie ma rąk ani nóg. To zapewne dlatego, że powstaje wtedy klocek z kranem na dole. – tak obrazuje swoich towarzyszy wspólnego losu narrator powieści. Po wojnie takich kadłubków było około 90 tysięcy. Wśród nich narrator - Bezręki, beznogi ogryzek wisiał z plwociną na twarzy pod delikatnym słoneczkiem i bezsilnie płakał, bezgłośnie, beznadziejnie. Ten człowiek to ja. Symbolicznie nie nazwany, bo mógł być nim każdy, o których słuch zaginął po kilkakrotnych czystkach placów, ulic i skwerów miejskich z kalek. O tym wstydliwym problemie wspomnieli Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski w swojej książce Grażdanin N.N., opisując między innymi rysunek nieżyjącego już rosyjskiego artysty Gienadija Dobrowa - Nieznany żołnierz.

Newsweek

To jeden z niewielu świadków, którego wpuszczono do „ośrodka” w latach 60. XX wieku położonego na niewielkiej wyspie Wałaam na jeziorze Ładoga, gdzie w murach monastyru utworzono Dom Inwalidów Wojny i Pracy. Efektem jego pobytu w tym, i w wielu innych obozach, była seria obrazów i grafik z lat 1973-1982 Oblicza wojny. Niektóre z nich można obejrzeć w galerii Newsweeka. To tam też w artykule Igora T. Miecika znalazłam więcej informacji na ten temat.
Autor niepokornie sekret ZSRR wydobył na światło dzienne dużo wcześniej niż W. Putin, czyniąc z „samowarów” głównych bohaterów swojej opowieści. Każdemu okradzionemu z przyszłości dał imię, nazwisko, ksywę i osobowość. Obdarzył przeszłością, uczuciami, pragnieniami i marzeniami. Zgromadzona siódemka „tobołków” w jednej sali stała się aktorami i zarazem widzami rozgrywających się przejmujących, naturalistycznych, drastycznych, bolesnych, niemoralnych, momentami obrzydliwych (włącznie z orgią seksualną z jedną kobietą) i skrajnie emocjonalnych scen. Pełnych opowieści o życiu sprzed wegetacji, bo życiem tego nie mogłam nazwać. Nie była to jednak prosta historia Mustafy z Afganistanu, Żory z zatopionej łodzi podwodnej, Starca z wojny ojczyźnianej, Gagarina z rozbitego samolotu, Kawude z łagru, Czecha z płonącego czołgu i Profesora spod gruzów Karabachu. To historia ZSRR opowiedziana poprzez skomplikowane losy ludzi z różnych warstw społecznych i przeciwstawnych opcji politycznych. Zgromadzeni w jednej sali i połączeni jednym rodzajem nieszczęścia, próbowali opisać nie tylko to, co im się przytrafiło, ale również w imię czego poświęcili swoje zdrowie i życie. Dosłownie, bo dla rodziny byli oficjalnie martwi. W swojej nieszkodliwości starali się zaszkodzić, układać plan, jak nie dać tej suce, Ojczyźnie niewdzięcznej, wypić i co trzeba w związku z tym zrobić. Spiski dziejowe i ich efekty, jak katastrofa elektrowni jądrowej w Czarnobylu, to ich robota! Wymiana ich poglądów godzonych chęcią zemsty, ale i koniecznością obrony przed realnym ich zlikwidowaniem stała się pastiszem ustroju kraju, władzy i ludzi, którzy zgotowali im ten los. Autor wprowadził w treść opowieści elementy dokumentalne, jak instrukcja obsługi z parametrami automatu Kałasznikowa, minidramat Narodzenie rewolucji z udanymi karykaturami Lenina, Stalina, Lwa Trockiego, Feliksa Dzierżyńskiego i wielu innych czołowych komunistów oraz liczne przypisy rozwijające wątki w treści lub będące uprzedzającymi kontrargumentacjami na moje ewentualnie rodzące się w trakcie czytania uwagi, myśli lub skojarzenia. Nie był przy tym dla mnie delikatny i taktowny, stawiając mnie w rzędzie głupków, dla których podawał te banały w przypisach. Bibliografii też mi poskąpił, twierdząc, że niepiśmiennemu chamowi list podróżny niepotrzebny. Zresztą siebie samego również nie oszczędzał w takich określeniach. Był jednym z tych, który kokietował mnie pozorem niezależenia mu na czytelniku, a z podaną wiedzą mogę zrobić, co zechcę. Najlepiej pobawić się nią. Nie zniechęcił mnie tymi zabiegami. Z tym większą uwagą wczytywałam się w ukryty przekaz z żalem stwierdzając, że trzeba być albo Rosjaninem, albo cudzoziemcem dobrze rozeznanym w historii ZSRR, by wyłapać wszystkie inteligentne niuanse, paralele, konotacje, nawiązania i skojarzenia czyniące z tej opowieści tekst prześmiewczy, pełen absurdów, czarnego humoru i sarkazmu. Ostrych, jak skalpel i celnych, jak laser.
By odkodować prawdę o ZSRR.
To dlatego autor w Rosji jest osobą i pisarzem kontrowersyjnym. Nieprzyzwoicie wyciągającym sromotę na widok publiczny.
Ale to nie jedyny powód!
Następny znajdował się w drugiej części publikacji pod tytułem Wszystko o życiu, która była dla mnie totalną niespodzianką! Zawarte w niej eseje filozoficzne składały się na światopogląd autora. Przyznaję - logicznie i rzeczowo przedstawiony. Od podstawowych pojęć do bardziej skomplikowanych, by ostatecznie zbudować i przedstawić własne wnioski, które można nazwać teorią samorozwoju i energoewolucjonizmu. Wyprowadził je z już znanego dorobku myśli filozoficznej, by ostatecznie poprowadzić w zupełnie nowym kierunku. Moje spostrzeżenia, że myli i błędnie utożsamia potrzeby z pragnieniami oraz powiela błąd stereotypu pochodzenia człowieka od małpy, to nic, w porównaniu z nieprzychylnymi postawami środowiska filozofów. Autor ma jednak do tego prawo. To jego książka i jego poglądy, a ja, mimo że w trakcie drugiej części mocno się irytowałam, a momentami troszkę nudziłam, to dla tej pierwszej części - warto było! Wszak autor uprzedzał – Nie dotykać – zakaz wstępu! Nie posłuchałam i wam radzę to samo – dotknijcie, wejdźcie, poczujcie, dowiedzcie się, dlaczego jest tak, jak jest i dlaczego ludzie, wiedząc, jak postępować poprawnie, dla dobra, postępują źle, sobie na szkodę? To ostatnie pytanie zadał Sokrates. Minęło dwa i pół tysiąca lat, tysiące megaumysłów i nadal brak odpowiedzi.
I chociażby dlatego, warto posłuchać próby odpowiedzi na nie podjętej przez autora o nietuzinkowym umyśle i osobowości.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dla niezdecydowanych - fragment powieści.
sobota, 18 marca 2017
Ufać zbyt mocno – Jadwiga Czajkowska



Ufać zbyt mocno – Jadwiga Czajkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2017 , 472 strony
Literatura polska


Czy można ufać zbyt mocno?
Można! Wtedy, gdy rozsądek podpowiada ostrożność, a serce tłumi go pragnieniem posiadania za wszelką cenę. O tym jest ta opowieść. Trochę przewrotna, bo bohaterką nie jest kobieta na zakręcie życiowym, skrzywdzona przez złego mężczyznę lub próbująca wydobyć się z dołka życiowego, ale dziewczyna spełniona. I to już w wieku trzydziestu jeden lat! Wykształcona, atrakcyjna, dyrektorka oddziału bankowego z „ciachem” u boku i widokiem na przyszłość. Ucieleśnienie marzeń i realny powód zazdrości tysięcy żon przy mężu.
Tak myślałam na początku.
Dopóki nie natrafiłam na tę wypowiedź Blanki, bo tak miała na imię główna bohaterka – Tak naprawdę, tato, nie czuję się spełniona, pomimo tego, co osiągnęłam zawodowo. Prawie wszystkie moje koleżanki pozakładały rodziny, wychowują dzieci, mają dla kogo gotować rosół, a ja... Wtedy ujrzałam jej pozycję i sukcesy z zupełnie innej perspektywy. Wysokie stanowisko w banku oraz chciwość i pazerność akcjonariuszy i zarządu stresowało i wymuszało od niej łamanie norm etycznych wobec klientów banku, a wobec personelu dyscypliny bezwzględnie realizującej plan sprzedażowy, dzięki czemu zyskała sobie „sławę” największej suki w mieści. W domu nikt na nią nie czekał, a zarobione pieniądze przyciągały do niej mężczyzn-pasożytów. Marzyła o tym, czego nie doceniało tysiące zazdroszczących jej kobiet – rodziny i męża, który zapewniłby jej poczucie bezpieczeństwa, pozwalając jej ewentualnie pracować dla kaprysu.
Niemożliwe stało się możliwym!
Przed Blanką pojawiła się szansa zmiany dotychczasowego życia na to wyczekiwane. Wymagało to jednak od niej zaufania do Marcela. Mężczyzny, który miał spełnić jej marzenia i dać szczęście bycia tylko żoną i matką. Który miał stać się jej skałą i filarem życiowym. I jeśli myślałam, że od tego momentu fabuła potoczy się według schematu – wykorzystanie naiwnej – to nic z tego!
Autorka przełamywała schematy życiowe, wprowadzając do fabuły zaskakujące wątki, zdarzenia i fakty. Nic nie było proste. Wręcz przeciwnie. Komplikowało się coraz bardziej, a najbardziej pojęcie zaufania. Blanka, osoba bardzo silna, rozsądna, ignorująca przesądy i gusła, pragmatyczna, o której mówiono, że zawsze sobie poradzi, która zabezpieczyła się z każdej strony, doświadczyła tego najdotkliwiej. Im bardziej walczyła z nieprzewidzianym, tym więcej zaskakujących niespodzianek ją spotykało. Niekoniecznie ze strony ludzi, a raczej z powodu splotu wydarzeń, które wymuszały na bohaterach zmiany postaw wobec Blanki. Nawet na tych o najbardziej szlachetnych zamiarach. Dynamika stale zmieniającej się akcji stawiała mnie nieustannie przed oceną postaw Blanki, ale i zmuszała do zastanowienia się, co ja zrobiłabym na jej miejscu? Co ja wybrałabym w takich okolicznościach? Jaką ja podjęłabym decyzję? Trudno było mi odpowiadać na nie, a jeszcze trudniej znaleźć w sobie odrobinę altruizmu, do którego kobieta była zmuszana. W ostateczności pozostało mi jedno, podstawowe i chyba wyjściowe pytanie do rozważań egzystencjalnych, na które nadal waham się odpowiedzieć jednoznacznie – Jak bardzo zaufać życiu? Nawet nie ludziom, bo ich zachowania i decyzje wymuszają okoliczności ważne, bardziej ważne i te najważniejsze. Nawet wbrew ich woli. Nawet na tych o najszlachetniejszych osobowościach, do których mamy pełne zaufanie.
Na tym polega trudność tej powieści, która ubrana w gęstą od wydarzeń fabułę obyczajową, czyni ją pozornie lekką, przyjemną, a momentami nawet zabawną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 05 marca 2017
Sympatyk – Viet Thanh Nguyen



Sympatyk – Viet Thanh Nguyen
Przełożył Radosław Madejski
Wydawnictwo Akurat , 2016 , 479 stron
Literatura amerykańska


Jestem szpiegiem, śpiochem, kretem, człowiekiem o dwóch twarzach.
Tak zaczyna się powieść o wojnie wietnamskiej. Opowieść kapitana wojsk Południa. Pisemna spowiedź głównego bohatera i narratora przed komendantem obozu dla wrogów komunizmu, o którym napisał – Był komisarzem, ale również moim bratem krwi; był moim oprawcą, ale również jedynym powiernikiem; był wrogiem, który mnie torturował, ale również moim przyjacielem. Jednak zanim trafił do celi, zdążył w 1975 roku uciec z Sajgonu do USA jako oficer sztabu generała wojsk Południa i jego najbardziej zaufany adiutant. Stamtąd, jako ukryty komunista, systematycznie słał raporty do przełożonych w Wietkongu o nastrojach wśród wietnamskich emigrantów i planowanych działaniach przez generała. Historia komunistycznego szpiega w szeregach wietnamskiej armii Południa na uchodźstwie byłaby bardzo prosta, gdyby nie fakt, że dychotomia roli agenta odgrywanej przez narratora obejmowała całą jego działalność i życie.
Również osobiste.
Z ojca francuskiego księdza katolickiego i matki Wietnamki funkcjonował na marginesie społecznym jako Euroazjata i bękart, nie przynależąc nigdzie. Jako komunista i żołnierz armii Południa musiał stale weryfikować pojęcia: lojalność, wróg, towarzysz broni. Związany przysięgą braci krwi w latach dorastania nieustannie modyfikował pojęcie przyjaźni, szukając drogi, jak zdradzić przyjaciela i jednocześnie ocalić mu życie. Urodzony w Wietnamie i wykształcony w USA stał w intelektualnym rozkroku między dwiema odmiennymi i sprzecznymi rzeczywistościami, które paradoksalnie równie sprzecznie uosabiał jako radykalny wietnamski intelektualista i jednocześnie młody Wietnamczyk zakochany w Ameryce, w którego rękach spoczywała wolność Południowego Wietnamu. Nawet samo życie, które wiódł, nie było pełne, bo nie wolne od śmierci, tworząc z nim parę nie do rozdzielenia w myśl zasady – Żyjemy naznaczeni nieuchronnością własnego rozkładu, a umieramy prześladowani wspomnieniem życia. Według narratora jego fatum dwoistości dotknęło również Wietnam - Takie samo piętno bękarta ciążyło jak klątwa na całym naszym kraju rozdartym między Północ i Południe... oraz jego społeczeństwo zmuszane do opowiadania się za którąś ze stron. Do stawiania się przeciwko samemu sobie, co nie było trudne – nie, to było po prostu niewykonalne!
Permanentna schizofrenia!
Rozdwojenie jaźni w sytuacjach podwójnych wyborów, zachowań i decyzji, w jakich się znajdował narrator, doprowadziła do wypaczenia jego psychiki. Duchy zamordowanych przez niego ofiar (nazywanych wcześniej wyeliminowanymi przeciwnikami) na stałe zagościły w jego rzeczywistości, wchodząc w polemikę z jego umysłem i doprowadzając do kolejnego rozwarstwienia. Tym razem sfery duchowej. Był ateistą, ale wierzył w duchy. Zwłaszcza te z przeszłości. Wszystko to sprawiło, że pod koniec historii bohater zaczyna wypowiadać się w liczbie mnogiej jako „my” w jednej osobie. Osobie głównego bohatera.
Symbolu narodu podzielonego.
Dwuwarstwowość opowieści, dwoistość głównego bohatera, podwójność jego losów, skomplikowała nie tylko psychiczne i moralne dylematy postaci powieści, ale również tak samo trudną historię bratobójczej wojny w Wietnamie dzielącej kraj, naród i rodziny. Autor jako dziecko uciekał przed wojskami Wietkongu, emigrując do USA. Pisząc powieść, wykorzystał własne doświadczenia z dzieciństwa, ale przede wszystkim z okresu dorastania jako uchodźca, w największej jednak mierze, czerpiąc wiedzę ze wspomnień innych, opracowań historycznych, ekspozycji muzealnych oraz filmów dokumentalnych. Dzięki temu stworzył powieść z wydarzeniami prawdziwymi, mającymi swoje odzwierciedlenie w historycznych faktach, co potwierdził w podziękowaniach umieszczonych na końcu książki. Powstał swoisty pomnik upamiętniający wojnę wietnamską widzianą oczami człowieka, który potrafił spoglądać na problem z dwóch, przeciwnych stron. To, co dla głównego bohatera było ogromnym dylematem, dla mnie, czytelniczki, było nieocenioną zaletą. Patrzyłam na konflikt interesów wielu zaangażowanych grup społecznych i krajów, jednocześnie z dwóch różnych punktów widzenia, nie gubiąc w tym wszystkim czlowieka. To najcenniejsze w tej powieści, za którą autor otrzymał Nagrodę Pulitzera.
Choć bolesna, nie była to jednak powieść martyrologiczna.
Zderzenie dwóch kultur i światopoglądów zawsze prowadzi do absurdu, groteski i czarnego humoru. Było ich tutaj mnóstwo. To one łagodziły ból istnienia narratora, to one pozwalały znosić ból fizyczny i to one sprawiły, że powieść wywoływała u mnie uśmiech. Nie bez powodu autor umieścił w książce takie motto:

Inteligentnego śmiechu z refleksją.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Sympatyk [Viet Thanh Nguyen]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

środa, 15 lutego 2017
U stóp bogini – Chitra Banerjee Divakaruni



U stóp bogini – Chitra Banerjee Divakaruni
Przełożyła Urszula Gardner
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 311 stron
Literatura amerykańska


Życie to partyjka domina.
Do takiego wniosku doszedł pod koniec swojego życia jeden z bohaterów tej powieści. To jedyny męski bohater, którego wewnętrzne myśli poznałam w całej tej zdecydowanie kobiecej historii. Jej wiodącymi bohaterkami były kobiety wywodzące się z bengalskiej społeczności – babka Sabitri, jej córka Bela oraz wnuczka Tara. Ich losy i dzieje ich rodzin przypominały właśnie takie kostki domina, których układanie i dopasowywanie jednego prowadziło do drugiego, to znów do trzeciego, dokładnie tak, jak człowiek to sobie zaplanował. Po czym znienacka któraś kostka przewraca się krzywo, wydarzenia zmieniają bieg, wszyscy stają okoniem i człowiek znajduje się w sytuacji, jakiej nie przewidział, chociaż wydawało mu się, że jest taki mądry.
W dokładnie taki sposób poznawałam losy tych trzech kobiet.
Opowieść rozpoczęła Sabitri z serca Indii, która u schyłku swoich dni zaczęła pisać list do wnuczki Tary mieszkającej w USA, by ta nie rezygnowała ze studiów. Miała nadzieję, że jeśli opowie jej o swoim życiu, dziewczyna może coś zrozumie. List z czasem przyjął formę wspomnień ukazujących trudną i biedną przeszłość babki, do której uśmiechnął się los, dając szansę na zdobycie wykształcenia. Sabitri zaprzepaściła ją. Serce zagłuszyło zdrowy rozsądek, który cały czas miał przypominać słowa żegnającej ją matki:

Dobra córka to lampa pomyślności, rozświetlająca nazwisko rodziny.
Zła córka to żagiew, która przyćmiewa sławę rodziny
.

W jej opowieść powoli i naprzemiennie zaczęły wplatać się losy Beli, która uciekła z ukochanym do USA i urodzonej już tam wnuczki. Cierpliwie układałam z tych kostek domina obraz, który początkowo wymykał mi się całościowemu spojrzeniu. Następujące po sobie wydarzenia zmieniały kierunek rozwoju fabuły, ale jednocześnie dodawały kolejny, niezbędny element do tej układanki. Pod koniec opowieści było ich tak wiele, że w ostateczności zazębiły się, a wątki posplatały, tworząc obraz skomplikowanych dziejów jednej rodziny rozproszonej w czasie i przestrzeni.
Ale nadal rodziny.
Tak naprawdę to historia wielu rodzin emigracyjnych na świecie, które zostały podzielone. Ich członków przypłacających to rozluźnieniem lub zanikiem więzi rodzinnych, trudnością odnalezienia się w zupełnie odmiennych warunkach życia z dala od najbliższych, zagubieniem w wartościach, uzależnieniami czy chorobami psychicznymi. W tym sensie to smutna opowieść. Momentami przygnębiająca. Trudno było mi patrzeć na degradację psychiczną i społeczną bohaterek, kiedy ich życie rozsypywało się chaotycznie tak, jak kostki domina.
To celowy zabieg autorki.
Musiała pokazać dno tych kobiet, dla każdej inne, by podkreślić rolę więzi rodzinnych i siłę płynącą z korzeni i tożsamości rodziny, by od tego dna móc się dzięki nim odbić. To dlatego zakończenie powieści niesie ze sobą ukojenie, spełnienie i uzasadnienie stale przewracających się kostek w grze. One miały upadać, by ostatecznie stworzyć jeden obraz matczynej miłości spajającej wszystkie pokolenia. Miłości przekraczającej geograficzne i psychiczne granice. Bohaterkom dramatyczna gra w życie-domino udała się. Udowodniły, że to od nas zależy, w jaki sposób zagramy w tę grę, bo nie ważne ile czasu możemy jej poświęcić.
Ważne, jak bardzo chcemy w tej grze być i skąd czerpać do niej siły.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

U stóp bogini. Opowieść o klanie kobiet, w której cała gama uczuć rozciąga się na przestrzeni lat i kontynentów [Chitra Banerjee Divakaruni]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

sobota, 11 lutego 2017
Był sobie pies – W. Bruce Cameron



Był sobie pies: ten świat jest naprawdę pomerdany! – W. Bruce Cameron
Przełożyła Edyta Świerczyńska
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 391 stron
Literatura amerykańska


Wzruszyłam się!
Ale wzruszeniem refleksyjnym. Autor dołożył wszelkich starań, abym tę opowieść najpierw poczuła całą sobą, a potem dobrze zastanowiła się nad życiem i słowami głównego bohatera – psa, bo to on był narratorem. Wprawdzie miał różne imiona, wiele żyć, kilku właścicieli i epizod bezdomności, ale jedną miłość.
Do ludzi.
Wśród nich zdarzyła mu się ta jedna, jedyna na całe życie, a w jego przypadku, na wiele żyć – do Ethana. Najpierw chłopca, potem nastolatka i wreszcie mężczyzny, o którym, jak sam mówił - kochanie go i mieszkanie z nim było sensem całego mojego życia. Od momentu obudzenia się do momentu zaśnięcia. Ich historia przyjaźni i wzajemnej miłości była dominującą w opowieści. Na pozór o pieskim życiu. Bailey, bo tak najchętniej siebie postrzegał, nawet, gdy przydarzyło mu się być suką, opowiadał nie tylko o miłości do ludzi, ale również o trudnej drodze do ich serc. Świat widziany jego oczami nie był zabawny, lecz skomplikowany na własne życzenie przez ludzi, brutalny, niezrozumiały, alogiczny i naprawdę pomerdany, jak sugeruje podtytuł. Dzięki nietypowemu darowi (a może przekleństwu?) pamięci poprzednich wcieleń przez Baileya, autor stworzył kilka wielowątkowych losów psich i ludzkich, zapętlających się w jedną historię, która nadawała sens całości.
To w tym momencie przychodziło zrozumienie tej opowieści.
Tę historię można traktować rozrywkowo, jako wzruszającą opowieść o psie i jego doświadczeniach z człowiekiem. Jak najbardziej czytać samemu, mając nawet 100 lat, jak i wspólnie z dziećmi lub koniecznie podsunąć nastolatkowi do przeczytania. Wiek odbiorcy nie ma żadnego znaczenia, bo łączy ludzi i pokolenia. Dostarcza mnóstwo wzruszeń, emocji i empatycznego spojrzenia na pieskie życie.
Można ją również odczytać metaforycznie.
Odnieść jej przesłanie do człowieka. Bo tak na naprawdę poszukiwanie celu w życiu przez Baileya, to nic innego, jak nasze poszukiwanie sensu życia. Jak wskazywanie na budującą rolę bezinteresownej miłości do innych – zwierząt, ludzi, świata i siebie samego. Jak ważną rolę pełnią w tym wszystkim więzi rodzinne i przyjaźń. Jak doświadczanie rzeczy złych, brutalnych i niesprawiedliwych ma uzasadniony sens, który odkrywamy dopiero po latach. Jak trudne układanie życia z codziennych elementów, którego efekt zobaczymy dopiero w chwili śmierci, kiedy będziemy mogli powiedzieć tak, jak Bailey – ...czułem głównie spokój spowodowany pewnością, że całe moje życie potoczyło się tak właśnie po to, by doprowadzić mnie do tej chwili. Spełnił się sens mojego życia. Mogłabym tak wymieniać tematy do wspólnych dyskusji polekturowych bardzo długo, tak bogata jest warstwa filozoficzna ukryta pod górą emocji i dobrej rozrywki. To największa wartość tej opowieści. Dlatego, dla mnie, pod tytułem widnieje niewidzialny podtytuł tej historii:
„Był sobie człowiek”.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Był sobie pies. Ten świat jest naprawdę pomerdany [W. Bruce Cameron]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.


Za kilka dni premiera filmu powstałego na bazie tej książki. Mam nadzieję, że nie zgubi tego, co w tej opowieści najcenniejsze.
sobota, 14 stycznia 2017
Kobieta, która ukradła moje życie – Marian Keyes



Kobieta, która ukradła moje życie – Marian Keyes
Przełożyła Ewa Penksyk-Kluczkowska
Wydawnictwo Sonia Draga , 2016 , 554 strony
Literatura irlandzka


Odkryłam dawno odkrytą autorkę dobrych powieści obyczajowych!
Może dlatego, że częściej sięgam po literaturę faktu i popularnonaukową, a tym czasem umyka mi rzeczywistość beletrystyczna. A dzieje się w niej, dzieje! I to, co dawno uznane, do mnie dociera z opóźnieniem. Świadczy o tym chociażby zaskoczenie, które towarzyszyło mi podczas oglądania filmu Zanim się pojawiłeś nakręconego na podstawie powieści kolejnej, znanej pisarki Jojo Moyes. Jego główna bohaterka dramatycznej oczywiście historii miłosnej, czytała powieść właśnie Marian Keyes. Dokładnie Sushi dla początkujących. Troszkę byłam zaskoczona takim zbiegiem okoliczności. Wprawdzie czytałyśmy różne powieści, ale to nie miało znaczenia. Ważne było moje „odkrycie”.
Autorka jest znana i uznana w szerokim świecie!
W Polsce również. Przeze mnie także z małą uwagą, ale o niej na końcu. Na razie porozpływam się w zachwytach nad przyjemnie skomplikowaną fabułą, nad której logicznością czasową musiałam dobrze pomyśleć, by posklejać czas i wątki. To było najprzyjemniejsze! To pogmatwanie królowało również w życiu głównej bohaterki Stelli. Z zagrożeniem zdrowia, a nawet życia włącznie. A samą opowieść, by było jeszcze bardziej skomplikowanie, rozpoczęła w środku nadal dynamicznie rozwijających się wydarzeń.
To również było dobre!
Tworzyło atmosferę niejednoznaczności, niepewności i łamigłówki, której nie rozgryzłam do wyjaśniającego ją końca. Znaczenie tytułu powieści też nie było jednoznaczne. To uśpiło moją czujność, by znienacka zaskoczyć mnie puentą. Autorka łamała schematy złego mężczyzny i nieszczęśliwej kobiety, mówiąc – nie wszyscy mężczyźni to świnie, a kobiety naiwnie zakochane. Wykorzystała przy tym mit o kobiecej solidarności, by go brutalnie obalić, a mnie pozostawić w osłupieniu. A wszystko to podane z humorem, z lekkim przymrużeniem oka i dystansem ironii łagodzącymi niepowodzenia, porażki lub problemy.
Te małe i te duże.
Ta skomplikowana oprawa tworzyła romantyczną ozdobę i formę przekazu najważniejszej myśli, którą wypowiedziała Stella w zabawny dla siebie sposób – ...nie można mówić o miłości, dopóki wszystko jest w porządku. Dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś dramatycznego i twoje uczucie przetrwa. Miłość to nie są kwiatki i serduszka. I dobry seks też nie. W miłości ważna jest lojalność. Cierpliwość. Wspólna walka, ramię w ramię. Gdy śnieg wali ci w oczy. Na nogach masz podarte onuce. Nos ci gnije i zamarza... Spróbuj wtedy kochać takie życiowe zombie – dodam od siebie.
Dobrze znana myśl, ale jak opowiedziana!
Przeszkadzał mi w tej prawie idealnej powieści jeden wątek – świat pisarza. Nie lubię opowieści o mękach twórczych pisarzy, projektach promujących książki, wywiadach, procedurach wydawniczych i spotkaniach autorskich. Zawsze mam wrażenie, gdy na nie napotykam, że autorowi zabrakło tematu, więc pisze o najbardziej znanych mu doświadczeniach czyli o własnym warsztacie pisarskim. To dla mnie horror-temat w powieści. Nudziłam się w tych momentach - to mało powiedziane.
One mnie irytowały!
Chociaż przyznam sprawiedliwie, że były uzasadnione. Autorka wykorzystała tkwiący w nich potencjał, budując ciekawy wątek moralny. Troszkę mi tym zrekompensowała moje niezadowolenie. Ucieszyłam się więc, gdy na mojej półce odkryłam kolejną książkę tej autorki, która czekała na ten moment 16 lat! Tak mam, że kupuję książki, upycham je na półce, zapominam o nich, odkrywam je na nowo po kilku, a nawet kilkunastu latach, a one wszystko to cierpliwie, bez słowa skargi, znoszą.

Mina mi zrzedła, gdy zobaczyłam maszynę do pisania na okładce, ale, jak mawia znany kucharz Michel Moran w reklamie - to dać jej szansę!
Dobrze, dam jej szansę!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kobieta, która ukradła moje życie [Marian Keyes, Ewa Penksyk-Kluczkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 07 stycznia 2017
Turnus – Tomasz Łubieński



Turnus – Tomasz Łubieński
Wydawnictwo W. A. B. , 2012 , 240 stron
Seria Archipelagi
Literatura polska


Co za jazgot!?
Ale dobrze, myślę sobie, to dopiero początek początku turnusu. Może tak ma być, że w samolotach przewodnicy turystyczni zagłuszają myśli pasażerów, by ci nie skupiali się na turbulencjach lub gorzej - ewentualnej katastrofie lotniczej. Zresztą żadnemu z pasażerów lecących na Kretę to nie przeszkadzało. Myślę sobie – wytrzymam ten słowotok absolwentki Europejskiej Szkoły Turystyki o specjalności psychologii turystycznej z siedzibą w Bielsku-Białej. Nie będziemy przecież lecieć w nieskończoność. Kiedyś to się musi skończyć.
Ale gdzie tam!
Po wylądowaniu słyszałam ją nadal. W drodze do hotelu nadawała jak BBC. W hotelu również. W trakcie wycieczek tym bardziej. Zrozumiałam, że muszę ją wpisać w pejzaż Grecji, Krety i turnusu jako stały element mojego tutaj pobytu. Nie miałam wyjścia.
Musiałam ją nie tylko słyszeć, ale zacząć przede wszystkim słuchać.
Była jedynym źródłem mojej wiedzy o tym, co działo się w powieści. Jedyną narratorką komentującą wszystko i wszystkich. Łącznie z przekazami wypowiedzi pozostałych osób. Czy mi się to podobało, czy nie - jedyną autorką monologu. Początkowo irytującego, trochę głupiutkiego, delikatnie obnażającego niedostatki intelektualne i lekko odkrywającego osobowość stereotypowej blondynki. Roztrzepanej, gadatliwej, głośnej, nadpobudliwej, zdobywającej swoje miejsce w świecie własnym ciałem, ale sympatycznej, komunikatywnej, bezpośredniej i co chwilę wyrażanej w okrzyku - Mam na imię Persefona, ale mówcie mi Persi!
Potrafiła jednak budować dystans.
Poczułam go wtedy, gdy zaczęła więcej rozmawiać z jednym z turystów turnusu - Profesorem. Tak go tytułowała, chociaż nie było dowodów na jego rzeczywistą profesurę. Zresztą nikt tego nie wymagał. Wystarczyło, że był autsajderem i mądrze mówił. Pod jego wpływem Persi z trzpiotki zaczęła zamieniać się w dziewczynę, którą obdarzyłam współczuciem. Radziła sobie w życiu, jak mogła i potrafiła, a jej obecna praca była szczytem jej możliwości. W końcu nie każdy pochodzący z dysfunkcyjnego środowiska rodzinnego, wykorzystywanego w różny sposób przez bliskich i obcych, osiąga tyle, ile ona. Profesor na przykład, pomimo swoich mądrości, nadal ten szczyt zdobywał. Fizycznie, wspinając się na kreteński wierzchołek Psiloritis i duchowo.
Jego osoba stała się zagadką turnusu.
Wyprawa na górę zakończyła się zaginięciem Profesora. Czytając między wierszami w wypowiedziach Profesora, byłam pewna, że zaplanował je. Za dużo mówił o życiu i śmierci.
W tym sensie powinnam odbierać tę powieść alegorycznie.
Turnus może być człowieczym życiem lub tylko jego epizodem. Przewodniczka ideą, którą się kierujemy lub autorytetem, za którym podążamy w drodze na szczyt. Może nam się wydawać, że już go zdobyliśmy i spocząć na laurach, wypoczywając jak turyści. Możemy się zorientować, że za już osiągniętym przez nas szczytem stoi kolejny, wyższy, atrakcyjniejszy do zdobycia tak, jak Persi, która pod wpływem swojego mentora zaczęła dostrzegać więcej i dalej. A może, pomimo długiego życia, nadal go zdobywamy tak, jak Profesor.
Jakbyśmy nie zauważyli, że szczytem naszego życia nie są sukcesy, lecz... śmierć!
Co się zacznie, to się skończy i bardzo dobrze, takie jest życie. Bo przecież na tej ziemi jesteśmy turystami, każdy w danej chwili, w danym punkcie naszej biegowej trasy. Która ma ileś okrążeń... - jak uświadomiła sobie Persi. A ja dodam od siebie – i tylko jeden szczyt do osiągnięcia. Pojawienie się śmierci i tematów egzystencjalnych z nią związanych sprawiło, że monolog Persi w drugiej połowie stał się rozważaniami filozoficznymi, a język przekazu bardziej „uczony”. Nie był już drażniącym mnie jazgotem nowomowy reklam. Dziewczyna w niczym już nie przypominała trzpiotki z samolotu.
Persi stała się Persefoną.
Zdobyła świadomość, że ważne jest nie tylko, w jakim stanie ducha i ciała rozstajemy się z tym światem. Również gdzie się odbędzie ostatnie pożegnanie. To nie los za nas decyduje, lecz my sami. Powieść idealnie wpisuje się w odwieczny dyskurs o wyborze – żyj chwilą czy pamiętaj o śmierci?
Zdecydowanie wybieram to drugie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Turnus [Tomasz Łubieński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Potęga miłości – Francine Rivers



Potęga miłości – Francine Rivers
Przełożyli Jan Kabat i Elwira Niewęgłowska
Wydawnictwo W Wyłomie , 2005 , 467 strony
Literatura amerykańska


Chciałabym tę książkę przeczytać. Może ją masz? - usłyszałam od koleżanki.
Nie miałam, ale, gdy czytelnik spragniony, wydobywam spod ziemi i dostarczam. Tak było i tym razem. Po przeczytaniu, była nią zachwycona. Podrzuciłam ją więc kolejnej koleżance. I tu zaskoczenie – nie podobała się jej, bo za dużo było w niej Boga. Zaintrygowały mnie te dwie tak skrajne postawy wobec jednej powieści. Pierwsza akceptująca ją w całości i druga podkreślająca element, który ją przekreślał.
Na pewno niepozostawiająca w obojętności.
Można albo zgodzić się z jej przesłaniem, albo odrzucić. Nie ma innej opcji. Postawy te nie mają nic wspólnego z samą powieścią jako taką, ale ze stosunkiem czytelnika do Boga i jego nakazów.
W tym sensie ta książka to swoisty test wiary.
Autorka fabułę oparła na dwóch fragmentach z Biblii. Z Nowego Testamentu wykorzystała słowa z pierwszego listu do Koryntian (1 Kor 13:13) – „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.” Natomiast ze Starego Testamentu wykorzystała los proroka Ozeasza, któremu Bóg nakazał poślubić nierządnicę. Jego przypadek ma kilka wątków, ale autorka skupiła się na jednym – pokora mężczyzny poślubiającego grzesznicę, bo tak każe mu Bóg. Z obu fragmentów wyłuskała myśl o potędze miłości, która nakazuje kochać każdego. Nawet prostytutkę.
I stworzyła przepiękną w swoim dramatyzmie opowieść.
Głównym bohaterem uczyniła Michała nomen omen Ozeasza. Mężczyznę wierzącego, rozmawiającego z Bogiem, całkowicie mu posłusznego i oddanego. Michał widział Boga we wszystkim. Widział Go w wietrze, deszczu i ziemi. Widział Go w zbożu, które rosło. Widział Boga w naturze zwierząt zamieszkujących ich dolinę. Widział go w płomieniach wieczornego ognia. Żył i pracował na swojej farmie w czasach dziewiętnastowiecznej gorączki złota w Ameryce, dostarczając do najbliższego sklepu w mieście to, co wyhodował. Podczas jednej z takich wizyt ujrzał na ulicy jedną z najdroższych prostytutek miejscowego domu publicznego i... zakochał się. Jednocześnie „usłyszał” nakaz Boga, by ją poślubił. Wbrew ówczesnym obyczajom i normom społecznym oraz wbrew sobie.
Od tego momentu zaczęła się dramatyczna historia Michała i Angel.
Burzliwa, niepewna, pełna rozmów z Bogiem i upadków, raniąca, bolesna, irytująca, niszcząca, poniżająca, rozdzierająca, ale i niezłomna, trwała, potężna, konsekwentna, budująca i podnosząca z kolan. Michał miał bardzo trudne zadanie – przekonać Angel, że miłość, którą znała i która ją niszczyła, to karykatura miłości, którą on jej ofiarowywał. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę okaleczenia psychiczne i emocjonalne dziecka odrzuconego przez ojca, ośmiolatki sprzedanej pedofilowi, nastolatki pracującej w domu publicznym i popełnione przez kobietę kazirodztwo, to w pełni można zrozumieć, przed jakim niemożliwym do pokonania stanęli oboje. Jaką walkę z wewnętrznymi demonami musieli stoczyć. Nic dziwnego, że Michał stracił wiarę i nadzieję, ale nie utracił miłości. To jej potęga sprawiła, że prostytutka ostatecznie otrzymała łaskę wiary, nadziei i miłości. Nie dominują one jednak w powieści, chociaż są w niej stale obecne. Autorce udało się uniknąć patetyczności, ckliwości i melodramatyczności. Mistrzowsko cały dydaktyzm i moralizatorstwo przesłania zatopiła w warstwie psychologicznej, w którą wyposażyła każdą z postaci. Zrównoważyła to również brutalnymi realiami ówczesnych czasów, w którym przyszło żyć kobietom amerykańskich osadników. Na tym tle tym bardziej widoczne było „szaleństwo” Michała, które można było sprowadzić do jednego kontrastu.
Święty i grzesznica.
Można się zgadzać lub nie, czy taka miłość naprawdę istnieje. Potężna, niezłomna i przebaczająca nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy, jak nakazuje Bóg. Wierzyć w nią lub jej zaprzeczać. Widzieć ją lub być na nią ślepym. Być nią obdarzonym i odrzucać ją wbrew sobie, bo Bóg tak nakazuje. Chyba na tym polega tajemnica wiary w Boga oraz zasadność jego nakazów i tylko od człowieka zależy, czy będzie żyć po bożemu, czy po swojemu – jak usłyszałam w wigilijnej homilii wygłoszonej do wiernych przez księdza. To bardzo dobry temat do rozważań w ten świąteczny czas.
Na co dzień również.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Oglądając ten amerykański trailer książki (jaka obsada aktorska i jaka muzyka!), można mieć wrażenie, że to opowieść tylko o miłości, a nie aż o miłości.
sobota, 26 listopada 2016
Madonny z ulicy Polanki – Joanna Marat



Madonny z ulicy Polanki – Joanna Marat
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2016 , 480 stron
Literatura polska


Jedenaście tysięcy dziewic doczekało się kontynuacji!
Można czytać obie powieści oddzielnie, bo każda ma inne przesłanie, czas i wymiar psychologiczny, w którym się toczy. Jednak obie składają się na jeden, pełny obraz pokoleń Polaków, a właściwie gdańskich kobiet. Pierwsza część mówiła o przyczynach trudów ich wręcz cierpiętniczego życia. Druga skupiła się na ich skutkach.
Na polskich Madonnach.
Nie tych znanych z kościołów, do których zaglądałam z bohaterkami w chwilach trudnych, ciężkich i beznadziejnych z prośbą o pocieszenie i nadzieję na lżejszą przyszłość, obdarzających niemym uśmiechem, łagodnym spojrzeniem i obietnicą lepszego żywota, ale tych żyjących, realnych z piętnem bycia kobietą przekazanym przez matki, babki i prababki.
Z odziedziczonym fatum.
Wszystkie bohaterki, a jest ich sporo, dlatego nie skupiam się na jednej, ale też i nie wymieniam wszystkich imiennie, zmagają się z nim. Dźwigają brzemię przeszłości pokoleń własnych rodzin, próbując na przekór losowi odnaleźć swoje miejsce, ale przede wszystkim siebie. Niekoniecznie zgodnie z rolą, jaką wyznaczyło im społeczeństwo. Często wbrew nakazom i normom przez nie ustanawianym. Szarpią się z nim na swój sposób i na miarę własnych możliwości. Od zachowań spontanicznych po dobrze zaplanowane działania. A mimo to nie znajdują recepty na szczęście, miłość i przynajmniej dobre życie, które z uporem i na przekór zapętla się jeszcze bardziej, zasupłując kobiety w sytuacje skrajne i bez wyjścia. W beznadziejne pułapki problemów dokładające kilogramów do już dźwiganego ciężaru.
To dlatego ta powieść bardzo obciąża emocjonalnie.
Nie ma tu radosnych wieści, a jeśli są, to w parze z tragedią. Chwile ulgi i pocieszenia można znaleźć tylko u stóp gipsowej Madonny w zaciszu gdańskiego kościoła, dającej nadzieję i siłę do dalszej walki z sobą, ludźmi, rzeczywistością i z fatum. Jednak nie na tyle przytłaczającym, by mnie zniechęcić do brnięcia w to gęste, pochłaniające magnum skrajnych i silnych uczuć przeżywanych przez bohaterki. Musiałam poczuć ich ciężar, by poznać boleśnie splątaną historię losów pięciu rodzin skupiającą się w kamienicy przy ulicy Polanki. Jej mieszkańców. Samotnych popaprańców – jak określił to jeden z bohaterów.
I nie są one proste!
Rodzin z różną przeszłością i różnorodnym pochodzeniem. Zwłaszcza skłóconych Baumannów i Wichurów, z których jedna z rynsztoka, przaśna, prostacka, taka, co nie dba o wygląd, ma zęby czarne od papierosów, a dzieci traktuje jak małych niewolników – i druga jak ze starego portretu albo rodzinnej fotografii w sepii, hołdująca mieszczańskim tradycjom, zapatrzona w przeszłość, dość nieufna wobec obcych, tych inaczej pachnących i niestarannie wymawiających poszczególne głoski. To ten kontrast i to skomplikowanie ich koligacji skutecznie kusiło mnie do wzięcia na siebie ciężaru tej opowieści. Odkrywania tajemnic i niedopowiedzeń rozdział po rozdziale. Demaskowania sekretów skrytych w sobie bohaterów. Wyławiania wplątanych wątków z przeszłości mających wpływ na rozwój wydarzeń teraźniejszych. Splatania nici losów, początkowo wydawałoby się niepowiązanych ze sobą, w jeden tworzący pełny obraz „familijny” wszystkich rodzin. I wreszcie możliwość samodzielnego jego odtwarzania z własnych domysłów i wniosków oraz odkryć powiązań, koneksji czy relacji. Włącznie z wątkiem kryminalnym. To była też przyjemność czerpana z dynamicznego stylu narracji. Rozproszonego i różnorodnego. Od narratora zewnętrznego po narrację w pierwszej osobie. Od opowieści z dialogami po wewnętrzny monolog.
Aż do momentu kulminacyjnego.
Rozwiązującego wszystkich skrępowanych ze sobą losem, niczym liną, bohaterów (włącznie z mężczyznami) i wyjaśniającego wszystko to, co dotychczas niezrozumiałe. Zdawałoby się, przynoszącego jasność sytuacji kobiecych bohaterek. Ale to tylko pozory. Gdzieś we mnie kołatała się myśl, abym nie dała się im zwieść. Fatum nadal ciąży. Ujrzałam jednak również światełko w tym tunelu mroku. Wprawdzie genów nie da się wymienić, ale fatum można „odczarować”. Dołożyć starań, by marzenia małej dziewczynki Ani, a dziś dorosłej kobiety Anny, że kiedyś zostanie matką-Madonną, spełnią się. Że będzie tą matką, jakiej samej nie miała. Łagodną – a nie ostrą, nerwową i gniewną. Spokojną, a nie targaną wiecznym niepokojem i żalem. Wyrozumiałą i cierpliwą, a nie nieposkromioną złośnicą. Ile z nas, kobiet, to sobie obiecywało tak, jak Anna? Czas powalczyć o te marzenia. Czas przerwać łańcuch fatum i passę cierpienia. Bycie polską Madonną nie musi oznaczać tylko bólu, poświęcenia, rozczarowania i wyrzeczenia. Stać nas na bycie spełnioną polską Madonną.
To najważniejsza myśl, jaką pozostawiła we mnie ta opowieść.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zwiastun książki świetnie wprowadza w klimat powieści.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi