Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 16 lutego 2019
Taniec zegara – Anne Tyler

Taniec zegara – Anne Tyler
Przełożyła Kamila Slawiński
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 270 stron
Literatura amerykańska
 

   Pozornie nie działo się w tej powieści nic spektakularnego.

   Nic, co warte byłoby zapamiętania. Nic jednoznacznego lub decydującego o jej kierunku rozwoju. Nic, co trzymałoby mnie w nieustannym napięciu, by odkryć przyczynę jakiejkolwiek zagadki, sekretu lub tajemnicy. Nic, co mogłabym ważnego śledzić, czekając niecierpliwie na wyjaśnienie. Pośpieszałam ją z kartki na kartkę. Z dekady na dekadę upływających lat, które składały się na rozdziały. Skupiona na treści, nie czytałam między wierszami. A to tam kryło się jej przesłanie.

   Dokładnie w takim oślepiającym pośpiechu żyjemy.

   Dzień za dniem. Tydzień popędza kolejny tydzień. Rok goni następne lata. Podobnie jak w powieści. Życie toczyło się w niej od dekady do dekady począwszy od 1967 roku, kiedy Willa, główna bohaterka, była małą dziewczynką nierozumiejącą napadów wybuchu matki połączonych z jej znikaniem na kilka dni. Dziesięć lat później w 1977 roku była już nastolatką uczącą się w Kinney College w stanie Illinois, gdzie poznała Dereka. W kolejnym przeskoku, tym razem o dwie dekady, w 1997 roku wyszła za niego za mąż i urodziła dwóch synów, by zostać młodą wdową. W 2017 roku ponownie wyszła za mąż, a dorośli synowie byli już usamodzielnieni. I pewnie za kolejnych dziesięć lat czytałabym o jej pogrzebie, gdyby nie odebrała telefonu z prośbą o zaopiekowanie się dziewczynką, której matka, była dziewczyna jej syna, została postrzelona. Mimo że Cheryl nie była jej biologiczną wnuczką,  Willa zgodziła się.

   Jej pobyt w Baltimore zmienił wszystko.

   Jej sposób patrzenia na życie i na samo życie. Niby budowane przez jej własne wybory i decyzje. Niby dostarczające zadowolenia i satysfakcji. Niby toczące się bez większych problemów, a jeśli takie były, to świetnie sobie z nimi radziła. A jednak czegoś jej brakowało. Nie odczuwała tego, dopóki nie znalazła się w Baltimore.

   Gdzie popełniła błąd?

   Miała za sobą ponad sześćdziesiąt lat życia, którego nie poczuła, wpatrzona w przyszłość. Planowała, wyznaczała cele i dążyła do nich, nie zastanawiając się nad tu i teraz. Nie doceniała chwil, momentów, odcinków czasu odliczanych niczym w zegarze, który odmierzał jej życie. Składały się na jego treść, a jednocześnie umykały niczym niezauważalne sekundy tak obrazowo przedstawione przez dzieci w powieści, które nazwały je tańcem zegara. Dzieci, które potrafiły cieszyć się teraźniejszością. Jeszcze posiadające zdolność, którą dorośli gubili w pędzie życia. Dokładnie to uświadomiła sobie Willa, która, gdyby miała wymyślić taniec zegara, nie wyglądałby tak jak ten, który pokazały jej trzy dziewczynki. Nie, w jej wersji kobieta przemierzałaby z lewa w prawo, przez cały czas wirując szaleńczo, tak że publiczność widziałaby tylko kręcącą się barwną plamę, która za chwilę znikłaby im z pola widzenia. Puff – i już znika za kulisami. Bez śladu.

   Jednak na zmiany nigdy nie jest za późno!

   Willa robi to u schyłku życia. Zmienia tempo tańca, by każdy ją dobrze widział, a i ona sama, by cieszyć się każdym jego ruchem, każdą sekundą jego trwania. Dzielić życie nie na lata i tygodnie, ale na momenty w ciągu dnia poszerzające pole widzenia, by ujrzeć siebie okruszkiem na ziemskim globie. Maleńkim organizmem w kosmosie i z tego dystansu nauczyć się rozróżniać, co w życiu jest istotne, chociaż niewidoczne, a co zupełnie bez znaczenia, chociaż spektakularne. Nauczyć się czytać życie między jego wierszami w takt tańca zegara.

   I tak też należy czytać tę powieść – nieśpiesznie, między wierszami.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Inni o książce.

poniedziałek, 21 stycznia 2019
Czcigodny kacyk Nanga – Chinua Achebe

Czcigodny kacyk Nanga – Chinua Achebe
Przełożyła Zofia Kierszys
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2012 , 200 stron
Literatura nigeryjska

   W życiu różnie bywa!

   Bywa, że nasz nauczyciel zostaje politykiem. Bywa, że przyjeżdża do naszej rodzinnej miejscowości. Bywa i tak, że zaprasza do rewizyty w stolicy. Ale nie bywa, że uprawia seks z naszą dziewczyną!

   A może bywa!?

   Dokładnie to przytrafiło się Odiliemu. Głównemu bohaterowi i narratorowi własnej historii. Nauczycielowi gimnazjum w niewielkiej miejscowości położonej gdzieś w głębi kraju afrykańskiego, mimo że wykształcenie pozwoliłoby mu pójść drogą swojego nauczyciela. Obecnie Wodza Czcigodnego M. A. Nangi. Przyjąć państwową posadę ze służbowym samochodem i mieszkaniem. Chciał jednak być niezależnym, bo nie potrafił zginać karku w kraju, w którym nieważne jest, co człowiek umie, ważne jest, kogo zna. Kierował się w życiu własną zasadą – Postępuj słusznie i wzdrygaj się przed szatanem.

   Niestety zło znalazło go  nawet w buszu!

   Pod postacią czcigodnego kacyka Nangi, który wziął mu dziewczynę, jak swoją. Przyjaciela ludu, który zaprowadził jego ukochaną do swojego łóżka, a on nie mógł nic mu zrobić, bo był ministrem, figurą napęczniałą od swych nieuczciwie zdobytych bogactw, i mieszka we wspaniałej rezydencji zbudowanej za państwowe pieniądze, i jeździ cadillakiem, i ma straż przyboczną w osobie najętego, jednookiego zbira. Postanowił zemścić się!

   Uwieść kochankę kacyka i zająć jego miejsce.

   W tej historii opowiadanej przez skrzywdzonego mężczyznę autor zawarł krytykę mechanizmów funkcjonujących w krajach afrykańskich tuż po odzyskaniu niepodległości. Satyrę na rządzących pełną absurdu. Mieszanki humoru i goryczy. Krytykę korupcji, nepotyzmu, bezkarności, złodziejstwa, nadrzędności interesów własnych, w których liczą się samochody, kobiety i parcele ziemi oraz mechanizmów społecznych sprzyjających i pozwalających na ich funkcjonowanie. Do budowania patologicznej rzeczywistości wykorzystuje przysłowia, powiedzenia, porównania i przypowiastki z morałem, by ukazać mentalność ludzką, gotową wynosić na prominentne posady złodziei i analfabetów. Ludzi wyklętych rano, a wieczorem wprowadzanych na piedestały.

   Jest przy tym bardzo wnikliwy i analityczny.

   Do tego stopnia, że jego twórczość ma charakter proroczy i spełniający się. Z powodu powieści Nie jest już łatwo, opisującej fikcyjny zamach stanu, do którego w Nigerii rzeczywiście doszło w 1966 roku, musiał uciekać przed ówczesnymi władzami wojskowymi, podejrzewającymi go o udział w spisku. Akurat ta powieść taka nie jest.

   Ma bardzo uniwersalny i ponadczasowy charakter.

   Opisane sytuacje i mechanizmy społeczno-polityczne mogą zaistnieć w każdym kraju świata i istnieją. Zmienia się tylko skala zjawiska i stopień jego widoczności, bo jakiż to rozsądny człowiek wyplułby smakowity kąsek włożony mu w usta przez szczęśliwy los?

   Autor odpowiada.

   Ten, który będzie posłuszny raczej nakazom głowy niż serca i żołądka.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 10 grudnia 2018
Rodzinnych ciepłych świąt – Magda Parus

Rodzinnych ciepłych świąt – Magda Parus
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2011 , 184 stron
Literatura  polska
    

   Wigilia to wyjątkowe święto, dobry czas na to, by zawrzeć pokój.

  Tymi słowami upominała się Lena, która nie miała lekkiego życia z mężem i teściową. Na pozór zgodne małżeństwo z dwiema córeczkami – Anią i młodszą Kasią. Ich czternasta wigilia małżeńskiego stażu miała jeszcze w miarę normalny przebieg. Jeszcze Lena potrafiła wytłumaczyć sobie raniące ją zachowanie męża i jego matki przychodzącej na tę wyjątkową kolację raz w roku oraz zapanować nad wzburzonymi emocjami. Jednak z roku na rok było coraz trudniej i gorzej, a zupełnie źle zrobiło się, gdy do ich domu wprowadziła się teściowa.

   Finał okazał się tragiczny dla wszystkich!

   Autorka wbrew nurtowi niosącemu radość i magię świąt, sięgnęła głębiej. Zdrapała błyszczącą pozłotę. Zajrzała za mury pozorów. Zburzyła fasadę atrapy rodzinnej szczęśliwości i stworzyła opowieść o rodzinnym udawaniu. Dla mnie sztukę teatralną. Prologiem i epilogiem była Wielkanoc u siostry Leny, Kamili, tworzące klamrę spinającą akty środkowe. Siedem kolejnych, chronologicznych scen wigilijnych u Leny. Zawsze zaczynające się tym samym zdaniem, które brzmiało niczym pieśń chóru, opisującym przygotowywanie tradycyjnych potraw w kuchni. Z odsłony na odsłonę zmieniały się tylko obniżające się nastroje między domownikami i rosnąca proporcjonalnie do nich liczba prezentów pod choinką. Z czasem pojawiało się coraz więcej złośliwości, przytyków, kpin, sarkazmu, które w miarę upływu czasu przybierały jawną formę w postaci wzajemnych zarzutów, żalów, pretensji i agresji. W wojnę między dorosłymi zaczęto wplątywać dzieci. Napięcie rosło z aktu na akt aż do finału, który mnie zmroził.

   Dokładnie o ten efekt chodziło autorce!

   W ten sposób zmusiła mnie do zastanowienia się nad sensem pielęgnowania tradycji po trupie szczęścia rodzinnego. Nad fałszywym argumentem trwania w nieszczęśliwym małżeństwie dla dobra dzieci. Nad oszukiwaniem się, że magia świąt naprawi pozostałe 364 dni nienawiści. Nad tabu rodzinnym, którego strażniczką była Kamila. Uosobienie wzoru matki i żony niezauważającej, że święta w jej domu przybrały formę wydmuszki. Nad wymiarem świąt, które kojarzą się z ciężką pracą przygotowań, gorączką zakupów prezentów, a coraz mniej z ciepłem rodzinnym, radością bycia razem, o wymiarze religijnym już nie wspominając. Mając tego świadomość od wielu lat nie życzę świąt szczęśliwych, radosnych, zdrowych czy ciepłych, bo mogą się mieć nijak do sytuacji świątecznej adresata. Nieświadomie mogę wywołać przykry dysonans emocji tak dobrze przedstawiony w grafice okładkowej.

   Zawsze więc życzę świąt... spokojnych.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Przeczytaj fragment książki

poniedziałek, 03 grudnia 2018
Nic co ludzkie – Piotr Głuchowski

Nic co ludzkie – Piotr Głuchowski
Wydawnictwo Agora , 2018 , 672 strony
Literatura  polska
   

   Władza, pieniądze i seks!

   Trzy największe namiętności ludzkości. Trzy najsilniejsze motywacje popychające do działania wszystkich ludzi. W tym księży. Są również ludźmi. Nie są święci. Może Kościół jest święty, jak mówi jeden z bohaterów powieści, ale tworzą go ludzie grzeszni. Ludzie, którym nic co ludzkie nie jest im obce, jak brzmi tytuł zaczerpnięty ze słów Terencjusza.

   W powieści uosabiają je trzej księża.

   Henryk Mordowicz zwany Mordą – arcybiskup metropolita krakowski. Szafarz człowieczych losów sprawujący bezwzględną władzę nad wszystkim, co dotyczy Kościoła, kurii i księży mu podlegających ślubowaniem posłuszeństwa. Potrafiący medialnie nagłośnić to, co trzeba i wyciszyć to, co niewygodne, a nawet zakazane dla ogółu.

   Leszek Lisowski zwany Liskiem – ksiądz niewierzący, wepchnięty w kapłaństwo przez brata dziadka, księdza. Biznesmen z powołania. Przedsiębiorca w koloratce w drogich ciuchach i luksusowych kosmetykach pachnących Mono di Orio. Przebiegły, kreatywny, świetnie zarabiający na kościelnych inwestycjach, wyprzedzający ruchy przeciwnika na drodze ku Watykanowi. Jego wszystkie drogi nieuchronnie prowadzą do Rzymu. Kokainista i pedofil, który swoje ofiary i świadków ucisza prezentami lub pieniędzmi.

   Tadeusz Trybus – proboszcz Małej Wsi. Alkoholik, który wadzi się z Bogiem o celibat, przytaczając sprzeczne argumenty za i przeciw z Biblii i myśli czołowych filozofów chrześcijańskich. Ma powód – Hankę. Owieczkę, którą, jak sam mówi, spośród wielu ukochał najbardziej. Pije, cudzołoży i błaga – Boże, daj mi szansę.

   Jest jeszcze uosobienie wiary, nadziei i miłości.

   To proboszcz i przyjaciel Leszka oraz Tadeusza z samary czyli seminarium – Andrzej Kukuła. Ksiądz w roli Hioba. Ofiary zdrady swojego przyjaciela Liska i przełożonego Mordy oraz generalizacji parafian Małej Wsi, mediów i społeczeństwa polskiego. Cierpiącego za przewinienia innych, a mimo tego nietracący wiary w duszę ludzką, tylko proszący w swej wyrozumiałości i miłosierdziu – Boże, daj siłę, bo tonę. Daj jakikolwiek znak.

   To tylko wyimki z księżej palety osobowości.

   Autor umieścił tutaj wszystkie standardowe typy, jakie można spotkać wśród duchowieństwa. Od wcielonej dobroci po wcielonego diabła. Za to każdy z mniejszą lub większą słabością, sekretem, tajemnicą – dewiacja seksualną, cudzołóstwem, alkoholizmem, pedofilią, homoseksualizmem, samobójstwem, zabójstwem, kradzieżą, depresją, przekupstwem, szantażem, malwersacją, korupcją i największą z nich wszystkich – przytłaczającą samotnością w tłumie. Z wszystkim co człowiekowi i księdzu nieobce.

   Nie jest to jednak tylko jednostronny obraz.

   Autor pokazał w powieści świat wypełniony mieszanką sacrum i profanum, w którym pedofil jest dobroczyńcą dzieci. Krzywdzący najbliższych alkoholik wybaczającym krzywdę innym. Akceptujący homoseksualizm walczącym z pedofilią. Złodziej wspierającym stowarzyszenia, zakłady i placówki. Solicytacja stosowana w kościelnych konfesjonałach. Nawet Słowo Boże, często cytowane i wyróżnione odmienną czcionką, miesza się tutaj z brudem życia i języka, czyniąc z niego lukier frazesów, sloganów i pusto brzmiących pojęć. A wszystko to po to, by pokazać, że środowisko duchowieństwa nie jest jednorodne w postawach, jednoznaczne w postępowaniu i jednolite w myśleniu. Że kapłani są również ludźmi takimi samymi, jak każdy inny. Z jego zaletami, wadami i przeszłością, która ich ukształtowała. I chociażby dlatego, obowiązuje wobec nich ograniczone zaufanie jak do osoby obcej, spoza rodziny.

   To również obraz polskich katolików.

   Środowiska. które popada w skrajności w ocenie duchownych. Od bezgranicznego zaufania czy wręcz ślepej wiary w to, co mówią i robią do bezwzględnego i brutalnego ostracyzmu. Autor świetnie ukazał mechanizm przechodzenia z jednego stanu w drugi, oskarżając je o brak krytycznego myślenia i ograniczoność w rozumowaniu, w którym, pomimo nauk swojej wiary, w sytuacji egzaminu z życia, znajduje się niewielu sprawiedliwych. W Nowej Wsi ten egzamin zdała tylko jedna osoba. Ta ludzka głupota błyszczy tutaj najsilniej. Mocnym światłem reflektora-szperacza wyłapuje konkretne postawy i cechy, którymi się karmi – lęk, zawiść, chciwość, zazdrość, kłamstwo, intryganctwo, złośliwość, obłuda i grzechy, które zamiast wstrzymywać od rzucania kamieniem, rękę oceniającego napędzają w dwójnasób.

   Autor nie pokazuje jednak bohaterów bez kontekstu.

   Każdy z nich ma przeszłość. Trudną, w dzieciństwie wręcz męczeńską, która w dorosłości owocuje depresją, uzależnieniem, próbami samobójczymi i często, choć nie zawsze, przejęciem negatywnych wzorów postępowania. To czyni z tej historii nie opowieść o duchowieństwie, ale o córkach i synach środowiska katolickiego. O owocach, po których poznaje się stan „zdrowia” Kościoła katolickiego. To stan przedzawałowy. Na pewno do pochylenia się nad nim z troską. Do wsłuchania się w słowa papieża Franciszka, który napomina i mówi wyraźnie, co trzeba zrobić, by to zmienić. By przeżyć.

   Jednak nie pedofilia i księża są głównymi bohaterami tej powieści.

   Główną i widoczną bohaterką jest reporterka Ludmiła Zakrzewska, która rozpętuje piekło, ujawniając problem pedofilii w diecezji krakowskiej oraz przekrętów podczas budowy bazyliki w Krakowie, wciągając, świadomie lub nieświadomie, wszystkich bohaterów powieści. Ona również zmaga się z byciem człowiekiem. Przyzwoitym człowiekiem. Z kolei główną i niewidoczna bohaterką, a dla mnie najważniejszą ze wszystkich, jest ukryty w fabule system układów, zależności i korelacji międzyludzkich wspierających zło. Zasilający grzybnię, w której jeden osobnik może mierzyć – pod ziemią – dziesięć kilometrów. I nikt go nie widzi. Ludzie po nim chodzą, zwierzęta biegają, kwiaty dojrzewają, rośnie las. A macki, warkocze, odnóża, węzły i odrosty się pod spodem mnożą. I od czasu do czasu dziecko znika w lesie. Próba wyciągnięcia, wyszarpnięcia jej na powierzchnię kończy się spektakularną, dramatyczną i tragiczną sceną końcową. Z obrzydliwym i śliskim moralnie zakończeniem, w którym strzępka grzybni zasiewa się w kolejnej parafii na... Dominikanie.

   Jestem pod ogromnym wrażeniem umiejętności autora, który tak obszerny, wielowątkowy i wielowarstwowy temat potrafił pokazać z każdej strony, a nawet go prześwietlić. Chociaż nie powinno mnie to dziwić, bo jego świetne pióro w przekazywaniu emocji chłodnym stylem dziennikarza zdążyłam poznać, czytając Nie trzeba mnie zabijać. To było widać również w tej powieści. Zdania krótkie i bardzo krótkie, czasami ograniczone do ich równoważników lub pojedynczych wyrazów, bez zbędnych didaskaliów, a mimo to celnych i brzemiennych pojęciowo, nadawały powieści gęstość tłoczących się myśli i tempo dynamiki rozwoju fabuły. Wspinałam się po nich, jak po schodach do finału, czując narastające napięcie. To pierwszy powód, dla którego sięgnęłam po tę książkę. Drugi to wywiad z autorem, w którym przyznaje się, że pisał tę historię dwa lata, okupując ją ciężką, dwumiesięczną depresją. Sprawił to obciążający psychicznie ciężar informacji zaczerpnięty z faktów, publikacji i dokumentów sądowych, których bibliografię umieścił na końcu książki. A trzecim powodem była moja nieznajomość filmu Kler, na którego podstawie scenariusza napisał prozę wciągającą czytelnika w muł dna moralności środowiska katolickiego. W kondensację polskiego smutku. Wchłonęłam go w dwa dni. Jak się czuję?

   Bardzo źle!

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Teraz pora na film i porównanie wizji pisarza z reżyserem.

niedziela, 25 listopada 2018
Jej ciało i inne strony – Carmen Maria Machado

Jej ciało i inne strony – Carmen Maria Machado
Przełożyła Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  272 strony
Literatura  amerykańska

   Mocne słowa umieściła autorka jako motto do swoich ośmiu opowiadań.

   Kiedyś przyznałabym jej całkowitą rację, bo nie miałam punktów odniesienia. Po lekturze Coraz lepiej Marka Judery’ego nie dramatyzuję i nie popadam w generalizację, nadinterpretację i skrajności. Z takim wyolbrzymieniem sytuacji kobiety współczesnej spotkałam się również w opisie umieszczonym na okładce książki – O horrorze bycia kobietą. Owszem, nie zaprzeczam, że i tak jest, ale umówmy się, że nie powszechnie, a marginalnie i patologicznie. Natomiast w krótkim biogramie umieszczonym na wyklejce przeczytałam z kolei określenie opisujące same opowiadania – „dziwaczne”.

Nie lubię tego słowa. Raczej odmienne, nowatorskie, łamiące schematy czyli po prostu inne. Dziwaczne odpycha, dystansuje i przywołuje uczucie niepewności podszytej obawą. Inne przyciąga uwagę i zaciekawia, wywołując chęć głębszego poznania. Ale to wszystko za mało, żeby określić prozę autorki ujętą w tym zbiorze.

   Jest aż tak inna!

   Narratorka w opowiadaniu Rezydentka uchyla rąbek tajemnicy kreacji – tak naprawdę wierzę, że jeśli mam jakiś talent, to nie pochodzi on od żadnej muzy czy twórczego ducha, ale z umiejętności manipulowania proporcjami i czasem. Również łączenia gatunków i stylów przekazu. Mieszania fikcji i rzeczywistości. To dlatego każde opowiadanie zaskakuje i nad każdym mogę rozpisywać się, doszukując się w nich nowych wątków do analizy i kolejnych zagadnień wartych rozwinięcia. To idealna materia do dyskusji.

   Jedno je łączy – spojrzenie kobiety.

   Do wewnątrz i na zewnątrz. Spod firanek rzęs poznaję jej myśli, emocje, doświadczenia, retrospekcje, poglądy pełne zdumiewających skojarzeń, pięknych w urodzie i brzydocie opisów, zaskakujących porównań, w których krew płynie jej po przedramieniu jak czerwone wstążki opadające ze słupa majowego. Scen, w których szczegół staje się głównym bohaterem, by nagle zająć miejsce jednego z elementów tworzących cały obraz. By to, co niewidoczne było widzialne, a to co widzialne zostało zobaczone. Często zaskakując końcową forma przekazu, której zupełnie nie spodziewałam się. Tak było w Mężowskim szwie. Przedmiotem była zielona wstążka na szyi żony. Jedyny element należący tylko do niej. A potem było, w miarę pożycia małżeńskiego, jak w piosence To tylko tango śpiewanej przez Korę, autorkę słów – „oddałam ci serce, oddałam ci ciało, ty czekasz i mówisz to mało, to mało”. Obie mówią różnymi językami muz, ale o tym samym.  To subtelnie przepiękny obraz walki w małżeństwie między mężem zawłaszczającym i podporządkowującym wszystko w żonie a kobietą broniącą ostatniego bastionu niezależności jak niepodległości. Nie zdradzę zakończenia, które jest tak zaskakujące, jak cięcie topora katowskiego, jednocześnie stając się alegorią pełną symboliki. Spojrzenie w niektórych opowiadaniach bohaterka kieruje również na zewnątrz, skupiając się na problemach współczesnych kobiet. Jest ono ambiwalencją odczuć między opresyjnością ciała, które staje się ofiarą konwenansów, zasad, reguł i norm społecznych narzucających schematy ubioru, wyglądu, figury i uzależniających poczucie szczęścia u kobiety. Przedmiotem ustawianym, modelowanym i wykorzystywanym seksualnie przez posiadających władzę decydowania za nie. Tak mocno zniewolonym, że nawet po zrzuceniu „czaru” uzależnienia, nadal zachowującym się jak niewolnice. To krytyka postaw samych kobiet zawarta w opowiadaniu Prawdziwe kobiety nie mają ciała.

   Z drugiej strony ciało to również źródło przyjemności.

   Tej płynącej z miłości opartej na uczuciach, stawiających ją ponad podziałami i czyniących ją uniseksualną. Ale także płynącej z seksu, który w opowiadaniach jest bardzo fizyczny, wręcz fizjologiczny oraz pornograficzny i przede wszystkim lesbijski. Te osiem historii kobiet pokazanych w formie opowiadań, poklatkowego scenariusza serialu filmowego, wspomnianej wcześniej alegorii, a nawet swoistej bajki z morałem gęsto przenikają elementy fantastyczne i magiczne. To one stwarzają pole do własnej interpretacji przekazu, samodzielnych wniosków, przemyśleń i osobistych porównań, które wymusza na czytelniku autorka. Zaprasza także do interaktywnego udziału w wydarzeniach, zachęcając w Mężowskim szwie – Jeśli czytasz to opowiadanie na głos, daj słuchaczom nóż i poproś, żeby przecięli delikatny płat skóry między twoim palcem wskazującym a kciukiem. Potem im podziękuj. To brutalne wciąganie w proces twórczy przez autorkę może przerażać albo rozbawić. Na pewno uzmysławia ból kobiety cierpiącej poprzez próbę przełamywania bariery książka/czytelnik.

   A wszystko to na tle piękna natury!

   To chwile wytchnienia dla kobiet-bohaterek, ale i czytelnika. Na moment można odwrócić wzrok od czyśćca życia (nie chcę używać słowa piekło, by nie popaść w skrajność) i zaczerpnąć energii do dalszego trwania z urody świata. Świata, który zupełnie nie odczułby naszego zniknięcia z naszymi człowieczymi problemami, bo Ziemia dalej będzie się kręcić, nawet bez ludzi. Może tylko będzie się kręcić nieco szybciej.

  Może poczułaby nawet ulgę.

  Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jej ciało i inne strony. Opowiadania [Carmen Maria Machado]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Fascynuje mnie tematyczna korelacja świata muzyki i literatury mówiących różnymi językami, ale o tym samym. Autorka rozwinęła w opowiadanie skondensowany tekst Kory. Wybrałam obraz statyczny tylko okładki, żeby dobrze wsłuchać się w tekst.

sobota, 13 października 2018
30 sekund - Sylwia Kubryńska

30 sekund - Sylwia Kubryńska
Wydawnictwo Czwarta Strona , 2017 , 352 strony
Literatura polska


  Idealna pozycja na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki!

   Niejednoznacznie i różnie odebrana przez uczestniczki (były tylko kobiety), ale przez to ciekawa w poruszanych wątkach, analizowanej tematyce i odmiennych spojrzeniach. Bardzo ucieszyłam się, gdy zaproponowano ten tytuł. Raz – nie znałam i nie czytałam tekstów tej autorki, chociaż nazwisko już tak. Dwa – bardzo chciałam je poznać. Trzy – autorka sięga po zagadnienia współczesne, problemowe, a przez to problematyczne. Dla części odbiorców wręcz kontrowersyjne, a to jest to, co lubię bardzo.

  W efekcie „połknęłam” ją na dwa razy!

   Mimo że sprawiała niektórym uczestniczkom spotkania trudności w oswojeniu się z formą tekstu, jak i przyswojeniu jego treści, która nie była przyjemna dla osób wrażliwych i widzących lub chcących widzieć świat tylko od tej dobrej strony. To książka napisana nie sercem, a wątrobą. Zwierała „wyrzyganą” żółć dotyczącą, najogólniej problematykę ujmując, roli kobiety i jej pozycji we współczesnym społeczeństwie z naciskiem na polskie, w którym kobieta ma odgórnie, systemowo, definitywnie, na każdym jego etapie PRZEJEBANE. Wprawdzie główną bohaterką była Maria, poprzez której życiorys poznawałam losy kobiet w Polsce, to te ostatnie pełniły rolę uzupełniającą pełny obraz Polki. Czasami wsparty autentycznymi fragmentami listów kobiet rzeczywistych. Tytułowe 30 minut było klamrą ten kobiecy los, to dramatyczne i tragiczne życie, spinającą. Od 30 sekund satysfakcji seksualnej mężczyzny „podarowanej” przez kobietę zniewoloną do 30 sekund powiedzenia - dość!, przez kobietę świadomą swojej wartości i swojej krzywdy. A pomiędzy tymi sekundami były lata i wieki kobiety-męczennicy, dla której  akt odcięcia się od tej „tradycji”, był piekielnie trudny. Wręcz niewykonalny. To nie jest takie proste – ta fraza bardzo często była używana przez bohaterki w roli usprawiedliwienia, wniosku, podsumowania, argumentu, wymówki i wreszcie braku odwagi do zmiany swojego losu. W książce przyrównanego do męki Jezusa. Sceny z biblijną Miriam, odpowiedniczką współczesnej Marii, w których była gilotynowana, krzyżowana, palona na stosie i sądzona przez Piłata, niczym Jezus zbawiający ludzkość, miały uświadomić, kim tak naprawdę jest kobieta dla ludzkości. Jak jest sadystycznie traktowana przez nią.

   Jak całe dobro człowiecze spotyka się z całym złem tego świata.

   Opresyjność norm społecznych sprzyjających tworzeniu się kultury gwałtu, podkreślały wstawki z aktów prawnych wprowadzane systematycznie od 1993 roku ustawą antyaborcyjną, które zamiast pomagać kobiecie i rodzinie, szkodzą im, zachowując pozory korzystnych i prospołecznych, a tak naprawdę tworzących grę pozorów, w której przemoc staje się podstawą religii, kultury i tradycji. To poszatkowanie wątków i umieszczanie ich naprzemiennie było kolejnym utrudnieniem odbioru, na które wskazywały uczestniczki dyskusji. Przyzwyczajone do linearnie snutej fabuły, ta forma przekazu może nie była szokiem, ale trudniejszą odmianą narracji oraz powodem pojawienia się wielu pytań, na które szukałyśmy wspólnie odpowiedzi, a które nie były podane wprost. Musiałyśmy poszukać ich właśnie w niedopowiedzeniach, w absurdzie i grotesce sytuacji, w przytaczanych faktach i przykładach rzeczywistych, w losach bohaterek, w goryczy rozedrganego emocjami bolesnego tekstu.

   Bo on dokładnie taki miał być!

   Rozstrzelony wątkami, pocięty czasem akcji, pogubiony i splątany w losach postaci fikcyjnych i rzeczywistych, dygresyjny w informacji, zaburzony w czasie, bolesny w treści, bez klasycznego początku i końca. Miał być burzą w książce, by czytelnik poczuł się dokładnie tak, jak Maria i Miriam.

   Zagubioną i zniewoloną.

   Do odbioru treści tej książki potrzeba sporego dystansu, by emocje płynące z opisywanego kazirodztwa, gwałtu, przemocy, agresji, opresyjnego prawa i norm społecznych, depresji, prób samobójczych czy aborcji nie przesłaniały aktualnego obrazu stanu prawnego pozycji społecznej kobiety w Polsce – Miriam-męczennicy. Zmusiły za to do wysnucia jednego wniosku, który obrazuje grafika okładki – rozłożyć czarne parasole przed krwawym deszczem, chociaż autorka używa określenia „czarny”, w nawiązaniu do Czarnego Protestu kobiet.

   Do powiedzenia po prostu – dosyć!

   Takie też pytanie padło na zakończenie dyskusji – co możemy zrobić, by zmienić kobiecy los? Automatycznie chciałam powiedzieć – to nie takie proste, czując jak bardzo zakorzeniony jest w nas lęk i to wyrażenie, a w kontekście tej książki, jego gorycz.

   To nie wszystkie wątki, które poruszyłam tutaj, a które pojawiły się w dyskusji. Wspomnę tylko jeszcze o roli mężczyzny, której przedstawicielem był Wiktor. Zdawałoby się, mającym w patriarchalnym społeczeństwie lżej, z górki. A jednak spotyka się z Marią w zakładzie psychiatrycznym ze zdiagnozowaną depresją, którą autorka nazywa zamrożonym „nie”. Efektem bezsilności i pokory, które uśmiercają osobowość. Rozwinięcie tego wątku było bardzo ciekawe, a co pozastawiam dociekliwym czytelnikom.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

30 sekund [Sylwia Kubryńska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
piątek, 05 października 2018
Małe ogniska – Celeste Ng

Małe ogniska – Celeste Ng
Przełożyła Anna Standowicz-Chojnacka
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2018 , 422  strony
Literatura  amerykańska

   Większość miast po prostu powstaje, najlepsze są zaprojektowane.

   To motto, hasło albo slogan świetnie pasowało do Shaker Heights w amerykańskim Cleveland. Miasta koncepcyjnego i wyjątkowo postępowego. Wprost wymarzonego dla idealistów. Z ulicami z ciągiem budynków jednorodzinnych bogato wyposażonych i doskonale zorganizowanych, gdzie trawa jest zawsze skoszona, liście zagrabione i gdzie nigdy, przenigdy żadne śmieci nie stoją na widoku; w ich pięknej, doskonale zorganizowanej dzielnicy, gdzie na wszystkich trawnikach rosną drzewa, dość kręte ulice zaprojektowano w ten sposób, by nikt nie jeździł za szybko, a każdy dom harmonizuje z sąsiednim. Z bezwzględnie obowiązującymi zasadami, które ten ład utrzymywały. Planiści doszli do wniosku, że dzięki temu uniknięto wszystkiego co niestosowne, nieprzyjemne i zgubne.

   Dotyczyło to również mieszkańców.

   Od dziecka wpajano im, że prawidłowe funkcjonowanie świata zależy od tego, czy im się podporządkują czy nie. Dlatego ich życie było zorganizowane, zaplanowane i pełne norm ten stan podtrzymujących. Ich idealnym przedstawicielem była rodzina Richardsonów z czworgiem nastolatków. To w ich poukładane życie weszła Mia z piętnastoletnią córką.

   Artystka!

   Fotografka wędrująca po Ameryce niczym wagabunda, która otworzyła drzwi do ich świata, zostawiając niebezpieczną szczelinę, której nie dało się już przymknąć. Daleka w swoim stylu życia od powszechnie przyjętych schematów postępowania, utartych szlaków myślenia i sztywnych reguł, które ustalała i wprowadzała, nie licząc się z obowiązującą moralnością mieszkańców Shaker Heights. Wniosła w życie Richardsonów zmiany, które wbrew założeniom miejscowych, nie były zaplanowane.

   Okazała się iskrą, która wywołała ogień!

   Dosłownie, bo powieść rozpoczyna się zaskakującym, dramatycznym zdaniem – Tamtego lata wszyscy w Shaker Heights mówili o tym, jak Isabelle, najmłodsza córka Richardsonów, w końcu zbzikowała i spaliła dom. To wystarczyło, by wzbudzić we mnie ciekawość i lawinę pytań – dlaczego, w jaki sposób, sama? Co takiego wydarzyło się w jej nastoletnim życiu, że postanowiła podpalić rodzinny dom? Odpowiedzi pojawiały się stopniowo w miarę rozwoju fabuły, przypominającej układankę opartą na wiedzy z przeszłości bohaterów, by tu i teraz złożyć ją w pełen obraz finałowej tragedii, będącej jednocześnie prologiem. Jednak nie historia znajomości rodziny Richardsonów z Mią i jej córką, misternie utkana z wielu zaskakujących wątków i pełnych sekretów życiorysów bohaterów, była w niej najważniejsza. Najistotniejsze były odpowiedzi na pytania pulsujące we wnętrzu każdej drobiazgowo opisanej postaci, które zmuszały mnie do trudnych wyborów, ocen i opowiadania się za jedną ze stron wielu konfliktów, problemów moralnych i sprzecznych interesów.

   Byłam frustrująco niezdecydowana przez większość powieści.

   Autorka, łącząc ze sobą świat ludzi poukładanych i świat duszy artystycznej, wplątała w walkę między dorosłymi, młodzież. Najbardziej podatny i plastyczny materiał psychologiczny, którym można manipulować, zniewalając go w złotej klatce, ale można również wychowywać w poczuciu wolności wyboru i ponoszenia tego konsekwencji. Tłumić i kontrolować ich wewnętrzne iskry lub pozwolić im płonąć. Paradoksalnie autorka ukazała na przykładzie swoich bohaterów, że to, co tłamszone i trzymane w ryzach, może wywołać dużo większe zniszczenia, niż iskry, którym pozwala się skrzyć. Nie podsuwa przy tym prostych i jedynie słusznych wniosków, by odpowiedzieć na zdawałoby się proste pytania – jak postępować w życiu? Jakimi zasadami się kierować? Jak kontrolować w sobie to, co może doprowadzić do pożogi świata? Czy powszechnie akceptowane zasady mają charakter uniwersalny? Czy idealizm próbujący uczynić świat prostszym i bezpieczniejszym, jak i anarchizm temu się przeciwstawiający, są jedynie dobre lub złe? Tu nie ma prostych odpowiedzi.

  I o to autorce chodziło!

  Podpaliła powieścią mój wewnętrzny, poukładany świat, bym zbudowała sobie na jego zgliszczach nowy, zaczynając budowę od jednej, najważniejszej myśli – nie ma właściwego i niewłaściwego sposobu postępowania, podczas gdy w rzeczywistości w większości sytuacji istnieją tylko różne sposoby, spośród których żaden nie jest ani całkowicie zły, ani całkowicie dobry. Umiejętność rozróżniania dobra od zła jest kluczem do postępowania, które stawia nas za każdym razem po innej stronie barykady. Najważniejsze, żeby stać zawsze po stronie dobra.

   Bez względu na to, po której jest stronie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 09 września 2018
Trzecia siostra – Joanna Marat

Trzecia siostra – Joanna Marat
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2018 , 456 stron
Literatura polska

   Można zmienić kraj, język, paszport, ale nie krewnych, oni w nas pozostają.

   Tak myślała Natalia. Jedna z trzech sióstr rodziny Cudowskich. Nie przypuszczała, że pojęcie „oni” kryje w sobie piekielnie skomplikowany i krwawiący emocjami labirynt koligacji, pokrewieństwa i powinowactwa, w którego wejście odważyłam się wejść razem z nią. Ona, z powodzeniem rozwijająca amerykańską karierę aktorki, po to, by odzyskać spokój, zrozumieć siebie, a przede wszystkim wybaczyć sobie i matce. Ja chciałam poznać rodzinę Krugerów, Cudowskich i Flynnów, by przypomnieć sobie, jak bardzo skomplikowaną przeszłość rodzinną mają Polacy, na którą ogromny wpływ miała również historia, czyniąc z naszego narodu, dla jednych przepiękny patchwork generujący tolerancję i akceptację współistnienia, a dla innych powód do wstydu i niepamięci o niej generujące podziały i nienawiść.

   Rodzina Natalii była tego idealnym przykładem.

   Jej siostry, Agata i Miłka, z jednej matki, ale z różnych ojców, tworzyły rodzinę, ale pełną kłótni, animozji, żalu, wyrzutów, pretensji, tajemnic i sekretów, tworzących wybuchową mieszankę miłości i nienawiści. A ponieważ historia lubi się powtarzać, dokładnie takiej samej, jak w poprzednim pokoleniu ich ciotek. Im bardziej brnęłam w ich przeszłość, tym rozleglejszy i nie do przebycia wydawał mi się ten pełen smutku i tragedii labirynt. Nie do rozplątania meandry losów i ponownego powiązania zerwanych więzi. Ich rozległa sieć obejmującą trzy rodziny była pozorna lub bardzo krucha. Istniała mentalnie na tyle, by nazywać się rodziną. Tylko nazywać. Testem na jej prawdziwą trwałość i solidność okazał się pogrzeb Joanny. Matki trzech sióstr.

   Był punktem wyjścia do opowieści i progiem wejścia do labiryntu.

   Mrocznego, ciasnego od wypełniających go faktów i pełnego pojawiających się i znikających postaci, ociekającego bólem przeszłości i przerażeniem obrazu nagiej, cierpiącej teraźniejszości, a przede wszystkim zaskakującego co chwilę wyłaniającymi się z cienia pamięci tajemnicami rodziny lub sekretami jej członków. Im głębiej w niego wchodziłam, kierując się zapiskami nieżyjącej ciotki Ady, „spowiedzią” żyjącej jej siostry Haszki i narracją trzech sióstr, tym bardziej obraz rodziny stawał się wielowymiarowy, wieloaspektowy i ciernisty. Tym większy trud ponosiłam na szukanie przyczyn, powiązań i konsekwencji, coraz częściej myśląc, że jest nie do przejścia i prowadzi donikąd. Że nie ma wyjścia z niego będącego celem, dopóki nie zrozumiałam, że jego przejście jest celem samym w sobie. Że skomplikowanie historii rodzinnych samo w sobie jest fascynujące i przeciekawe, a przede wszystkim godne mojej uwagi, by nie szufladkować, nie przykładać jednej miary, nie oceniać z narzuconymi uprzedzeniami oraz nie zniekształcać i naginać faktów do rzeczywistości. Do życia, które jest płynne, zmienne, dynamiczne i nieprzewidywalne.

   Konsekwencje niezrozumienia tego mogą być katastrofalne.

   Agata je zapijała. Natalia szukała pomocy u psychoanalityka. Miłka nie mogła odnaleźć swojego powołania. Ich matka zanurzyła się w prześladującym ją nieszczęściu. Ciotka Haszka żyła na uboczu, mając za „spowiednika” człowieka spoza rodziny – szofera Piotrusia. Nie rozmawiały se sobą, za to trzaskały drzwiami, zamykały się, dosłownie i w przenośni, na klucz lub zagłuszały się włączonym telewizorem albo radiem. Stan, z którego wyrwać może tylko śmierć jednego z członków rodziny. A przynajmniej otrząsnąć z marazmu i zmusić do retrospekcji i rewizji dotychczasowych poglądów oraz postaw. Nawet jeśli okaże się to bolesne, wbrew sobie, przynoszące kolejne szkody i rozdrapywanie po latach psychicznych strupów i ran.

   A wszystko to po to, by poznać jedną, prawdziwą historię rodziny.

   Autorka jak zwykle (za co sobie ją cenię) stworzyła historię kobiet zaplątanych nie tylko we własne, zakłamane więzi rodzinne, ale i w historię kraju umieszczoną w tle ich losów. Ukazując indywidualne ścieżki życia, pokazała ich kruchość i skomplikowanie, których przyczyną i skutkiem jesteśmy my sami poprzez nasze wybory i decyzje. Odtworzenie ich dla bohaterek było bardzo bolesne, ale i oczyszczające.

   Dla mnie fascynujące!

   Bo mimo że to fikcja literacka, to jednak mająca swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Z takich osób składają się polskie rodziny. Z takich rodzin składa się polskie społeczeństwo. Jesteśmy dokładnie tak różnorodni, jak rodzina Krugerów, Cugowskich i Flynnów. A jeśli ktoś myśli inaczej, to znaczy, że o tym nie wie lub nie chce wiedzieć. Autorka pięknie i boleśnie o tym ponownie przypomniała. Motyw kobiet i wpływ wydarzeń historycznych na ich losy są stałymi i wiodącymi wątkami w jej powieściach. Tak było w Grzechu Joanny, Jedenastu tysiącach dziewic i jej kontynuacji, Madonnach z ulicy Polanki. Za każdym razem inaczej podane, za każdym razem wciągające w ten kuszący tajemnicami labirynt historii kobiet i ich rodzin. Najnowsza jej powieść jest jeszcze bardziej skomplikowana i wielogłosowa narracyjnie, ale śmiem twierdzić, że nie ostatecznie. Życie, źródło niewyczerpanych inspiracji, zawsze podsunie coś nowego. Nie wystarczy to dostrzec. Trzeba jeszcze sięgnąć, nadać temu kształt i ubrać w słowa, by historia nabrała rozpędu w wyobraźni czytelnika. A przy okazji subtelnie podsunęła zagadnienia do przemyślenia.

   Autorka to potrafi!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Trzecia siostra [Joanna Marat]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 01 września 2018
Dearest Clementine – Lex Martin

Dearest Clementine – Lex Martin
Przełożyła Agnieszka Kalus
Wydawnictwo Kobiece , 2018 , 368 stron
Cykl Dearest ; Część 1
Literatura  amerykańska

   Clementine była jednocześnie typową i nietypową dziewczyną.

   Typową, bo studentką jakich wiele na jednej z najdroższych uczelni w USA - Bostońskim Uniwersytecie, na którą mogła pozwolić sobie młodzież z najbogatszych domów. A ona z takiego pochodziła. Nazwisko Averych było bardzo znane w świecie biznesu. Miała też za sobą związek z przystojną gwiazdą amerykańskiego futbolu. Mieszkanie dzieliła z przyjaciółkami, na które mogła zawsze liczyć. Na tej samej uczelni studiował również jej brat bliźniak, Jax. Można powiedzieć - jedna z wielu dziewczyn na tego typu uczelni.

   Ale, ale!

   To tylko oficjalny obrazek, za jakim chowała się Clem. Za tym grubym murem pozorów kryła odrzucenie przez rodziców, dlatego czesne musiała opłacać sama, mówiąc o sobie – biedna bogaczka. Z bratem dawno straciła bliski kontakt. Jej chłopak Daren zdradził ją z najlepszą przyjaciółką. Wykładowca okazał się niebezpiecznym stalkerem z sądowym nakazem zbliżania się do niej, a obsesyjne stany lękowe i paniki leczyła u psychiatry. Jedynym plusem jej nieciekawej sytuacji było wydanie powieści opartej na własnych, dramatycznych  przeżyciach, która okazała się bestsellerem. Tyle, że nikt nie łączył tytułu z jej nazwiskiem. Książkę opublikowała pod pseudonimem.

   To w takim stanie psychicznym ją poznałam.

   Na pozór atrakcyjną, bogatą studentkę, a tak naprawdę dziewczynę w trudnej sytuacji materialnej, z zaniżonym poczuciem wartości, patologiczną przeszłością i pogmatwaną psychiką, rezygnującą z poszukiwania faceta, który nie byłby popierdzielony. Nie zdradzałby. Nie byłby stalkerem. Jak łatwo się domyślić, życie nie pozwoliło jej na zbyt długie trwanie w tym stanie. Podsunęło jej Gavina. Opiekuna roku, za którym szalały dziewczyny. Atrakcyjny fizycznie, studiujący dziennikarstwo, piszący artykuły do znanych dzienników, intrygował, a przede wszystkim był nią zainteresowany. Clem nie była pewna, czy była gotowa porzucić dla niego z trudem wypracowane poczucie bezpieczeństwa, wolność od dramatów, zdrad i męczących zawirowań sercowych. Zburzyć dystans gwarantujący jej spokój i równowagę psychiczna.

   Autorka tak poprowadziła fabułę, by pokazać trudny proces wychodzenia z nieufności i odbudowywania zaufania do nowego partnera. Pełen niepokoju, lęku, wahań i negatywnych nadinterpretacji, stawiał, mimo licznych scen intymnych, w ciągłej niepewności, czy Clem pokona swoje demony. To dlatego opowieść w narracji dziewczyny była nie tylko pełna skrajnych emocji, zwrotów akcji w kontaktach z Gavinem i poczucia nieznośnej kruchości ich związku. Niby spełnionego, ale nie przesądzonego. Stanów tak dobrze znanych młodym ludziom, którzy próbują budować lub odbudowywać związki, nie mając za sobą tak zwanej życiowej mądrości. Z mojego punktu widzenia trochę słodki, lekko naiwny i delikatnie przesadzony w reakcjach bohaterów, ale za to naturalny, świeży i dokładnie taki, gdy miałam dwadzieścia lat! Fajnie było przyjrzeć się sobie z odległej perspektywy, w której rozum panuje nad emocjami.

   To pierwszy tom powieści young adult w cyklu Dearest, w skład którego wchodzą jeszcze dwie historie. Jaxa, brata Clem oraz Darena, jej byłego chłopaka. Nie są to kontynuacje, ale odrębne opowieści.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród książek dla kobiet księgarni Tania Książka.

Clementine [Lex Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 23 sierpnia 2018
Kochając syna – Lisa Genova

Kochając syna – Lisa Genova
Przełożyła Joanna Dziubińska
Wydawnictwo Filia , 2014 ,  437 stron
Literatura  amerykańska


   Nie doceniłam autorki!

   Po Motylu z góry założyłam, że jako neurolog będzie stosowała określony schemat ukazywania chorób w oprawie beletrystycznej.

   I to był mój ogromny błąd!

   Kosztował mnie 200 stron frustracji, ponieważ autorka skupiła się głównie na Beth. Matce trójki dziewczynek przechodzącej kryzys małżeński. Jej dylematy, tragedie, rozczarowania, mężowska zdrada, ból i cierpienie kobiety porzuconej dla innej, nie pasowały mi do tematyki powieści. Miało być o autyzmie – powtarzałam sobie w duchu, brnąc przez smutne życie rozczarowanej i rozczarowującej mnie coraz bardziej Beth. Nie zauważyłam ważnego wątku w jej życiu, a właściwie kilku elementów składających się na niego. Delikatnie akcentowane i przemycane w historii Beth, miały decydujące znaczenie dla przekazu powieści, kóre autorka ujęła w zdaniu będącym podsumowaniem a zarazem przesłaniem jej powieści o autyzmie – Spektrum jest długie i szerokie, i wszyscy się na nim znajdujemy. Kiedy się w to uwierzy, łatwo zobaczyć, ile mamy ze sobą wspólnego. To dlatego życie Beth było tak szczegółowo pokazane, abym mogła zobaczyć, jak brak komunikacji lub jej niedostateczny poziom wpływa na nasze kontakty z innymi, a w efekcie na jakość emocjonalną naszego życia. Dramatyczna sytuacja Beth była odzwierciedleniem konsekwencji niektórych zachowań i cech charakterystycznych dla autyzmu w zakresie komunikacji interpersonalnej, a życie Oliwii z jej autystycznym synem Anthonym odzwierciedleniem człowieczeństwa w chorobie, o którym często zapominamy. Historie obu kobiet, opowiadane naprzemiennie, pod koniec powieści połączyły się ze sobą, by nie tylko poznać się, uzupełnić się, ale i wzajemnie zrozumieć. Beth uświadomiła sobie, czego tak naprawdę potrzebuje w małżeństwie, nie odbiegając w potrzebach od autystyka i każdej innej osoby – być chcianą, szczęśliwą, bezpieczną i kochaną. Oliwia zrozumiała dzięki Beth, dlaczego i po co w jej życiu pojawił się chory Anthony. Dlaczego w ogóle zaistniał akurat w jej życiu właśnie taki?

   Ja również coś zrozumiałam!

   Nie tylko na czym polega autyzm od wewnątrz, mimo że nie to było celem tej powieści, bo bardziej dotyczyła chłopca o imieniu Anthony niż chłopca o imieniu Anthony, który ma autyzm. Chłopca, który zasługiwał na szczęście i bezpieczeństwo, jakie daje świadomość, że ktoś cię kocha i ciebie chce, ale nie potrafił tego wyartykułować. Dokładnie tak, jak my często nie potrafimy wypowiedzieć naszych potrzeb, chociaż potrafimy mówić. Autorka odważyła się pójść dalej w tym odpowiadaniu na podstawowe pytania egzystencjalne, jakie sobie zadajemy zwłaszcza w sytuacjach tragicznych. W tym na pytanie o cel i sens życia. Dla niej odpowiedź była bardzo prosta – istniejemy po to, by kochać bezwarunkowo. Naszym zadaniem jest znaleźć kogoś, kogo taką miłością obdarzymy. Odrzucając filtry ją warunkujące, mamy szansę ujrzeć w drugiej osobie przede wszystkim człowieka. To gwarancja naszego szczęścia i bliskich nam osób. Zwłaszcza w rodzinie, w której pojawia się choroba.

   Według autorki, po to właśnie istniejemy.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kochając syna [Lisa Genova]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka o swojej książce.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lutym w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1154 tytułów
Mój top czytanych w 2018
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi