Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
środa, 15 sierpnia 2012
Otello – Wiliam Szekspir

Otello – Wiliam Szekspir
Przełożył Józef Paszkowski
Państwowy Instytut Wydawniczy , 1973 , 148 strony
Cykl Dzieła Dramatyczne , tom 6 ; Tragedie , tom 2
Literatura angielska


Klasyka!
Pisana dużą literą. Na dodatek samego Mistrza Wiliama Szekspira (przyjęłam pisownię imienia i nazwiska z książki), który doczekał się specjalistów od swojej twórczości – szekspirologów. Powinna mi zadrżeć ręka?
Nic z tego!
Tekst literacki to nie hymn państwowy czy matematyczny pewnik, żeby nie można było mieć na jego temat własnego zdania. Również odmiennego, swojego, osobistego, na przekór szekspirologom i tym wszystkim, którzy hołdują metodzie paznokciowej czyli od do i ani kroku dalej. Zwłaszcza samodzielnego.
A dlaczego o tym wspominam?
Bo swego czasu spotkała mnie ostra krytyka moich wrażeń po lekturze Kobiety z wydm Kobo Abe. Podniosłam pióro na japońskiego mistrza, z którego nic nie zrozumiałam, bo trzeba wziąć pod uwagę konteksty nurtów literackich, okoliczności, czas powstania utworu, jego życie i bla, bla, bla. Nudne, ale słuszne uwagi. Wzór odniesienia musi być. Nawet w literaturze. Gdybym pisała naukową pracę, na pewno uwzględniłabym to. Ale nie pisałam. Nie pomogło uprzedzające zdanie wstępne, które miało odstraszyć strażników jedynie słusznej prawdy i wzoru interpretacyjnego, że jest to moja , osobista parabola. Akt zbezczeszczenia honoru pisarza dokonał się. Zaczynam rozumieć, dlaczego profesjonalni krytycy nie lubią blogujących czytelników – mają własne zdanie, chodzą zakazanymi ścieżkami, łamią konwenanse krytyki i zamiast rozumieć, przepuszczają tekst przez sito własnych emocji. Też bym się denerwowała, gdybym była produktem polonistki-autokratki tępiącej kreatywność i wymuszającej myślenie tożsame z jej. Ale nie jestem! Moja pozwalała mi myśleć samodzielnie i polecała czytać Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego, kiedy ze szkoły wyrzucano nauczyciela za przynależność do Solidarności. Dlatego wszystkim strażnikom jedynej, słusznej i prawomyślnej interpretacji mówię niedyplomatycznie (dyplomacja okazała się nieczytelna) i wprost – a kysz! Będę bezcześcić, chadzać tam, gdzie profesjonalista chciałby, a nie może (he, he!) i tworzyć wariacje na temat bez zezwolenia uzurpujących sobie wyłączne prawo do dobra światowego dziedzictwa literackiego.
Wiliam Szekspir pisał dla mnie, czytelniczki (widza teatralnego) i nikt mi tego nie odbierze. Nie po to walczył w „wojnie teatrów” (doszło nawet do rękoczynów!) z oponentami o „wyjście do ludu”, żeby w XXI wieku zamykać mi do niego dostęp. I do każdego innego klasyka też! Po cichu się zastanawiam, czy to nie rodzaj jakiegoś lobby albo jakiejś sekty. Tylko za nic nie mogę rozgryźć, w jakim to celu? Żeby jednakowo myśleć!?
Zacznę zatem od języka.
Bo to pierwsze doświadczenie podczas czytania, które miało ogromny wpływ na mój odbiór. I tutaj muszę koniecznie wspomnieć o tłumaczu, ponieważ jego osoba miała decydujące znaczenie. Mojego Otella przełożył Józef Paszkowski w 1859 roku. I tutaj zaczęłam śmiać się sama z siebie, bo mało, że język Mistrza z szacownego XVII wieku, to jeszcze polszczyzna sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat. Musiałam bardzo, bardzo się skupić na tym, co bohaterowie chcą powiedzieć, przedrzeć się przez ich potoczystość słowną z odmienną stylistyką, by zrozumieć sens wypowiedzi ubrany jak cebulka. Ale nie u wszystkich. Były dialogi bardzo swojskie, ponadczasowe, okraszone mało wyszukanymi zwrotami, o które między innymi wielką awanturę robili Mistrzowi jego przeciwnicy z obozu dramaturgów hołdujących sztywnym regułom dramatopisarstwa. Miał mistrz mocno pod górkę z tą wizją sztuki odzwierciedlającej otaczającą go rzeczywistość i wykorzystywaniem języka potocznego z wulgaryzmami włącznie! Dzisiaj na mnie nie robiło to aż takiego wrażenia. Trudno być po takiej książce jak Ucho, gardło, nóż Vedrany Rudan i jej podobnych. Ten drobiazg może nawet umknąć uwadze, jako norma dla mnie, współczesnej czytelniczki. Nie zmieniło to jednak faktu, że skomplikowane figury stylistyczne (joj, jak to zabrzmiało!), nadmierny słowotok w momentach kluczowych, w których cisza powinna przemawiać (sceny umierania), głośno wypowiadane myśli i komentarze najeżone achami i ochami, wprawiały mnie w dobry humor. Do pojawienia się pierwszego nieboszczyka, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że czytam komedię. A tych nie lubię. Mam wrażenie, że dorośli trochę się wygłupiają przed publicznością. Na to wszystko nałożyły się zwroty typowo polskie – waćpan, waćpanna. Podejrzewam, że w najnowszym przekładzie Stanisława Barańczaka już ich nie ma (kto czytał niech da znać!) , ale cudem jest w ogóle wypożyczenie w bibliotece Otella. Szukałam w trzech. W jednej się udało, ale w wyborze. Nie wybrzydzałam na tłumacza, będąc szczęśliwą, że jest jakikolwiek.
A przekład ma ogromne znaczenie. Wystarczy wspomnieć o kilkunastu wersjach najsłynniejszego zdania z Hamleta, które w najbardziej znanej wersji brzmi – Być czy nie być! – oto jest pytanie. To jest autorstwa (znaki interpunkcyjne też ulegały zmianie) Zdzisława Skłodowskiego z 1908 (druk w 1935) roku.
Ale wracając do Otella.
Kiedy już się przyzwyczaiłam do języka. Kiedy przestałam się uśmiechać wraz z pierwszą zbrodnią kończącą żarty i ukazującą obraz przesłania tragedii, ujrzałam geniusz mistrza. To nic, że forma podania trochę już nieprzystająca do czasów mi współczesnych (nie odbieram tym samym przyjemności językoznawcom!), że się namęczyłam z odnośnikami, przypisami i słownikami w poszukiwaniu wyjaśnienia słowa „trutynując” i jemu podobnych. Zawsze przecież można przełożyć go na współczesną adaptację filmową lub teatralną, by trafiła do kolejnego pokolenia. Z sukcesem! Pamiętam szał czytania dramatu Mistrza wśród zaprzyjaźnionej młodzieży po ukazaniu się ekranizacji Romea i Julii z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Reżyser dokonał tego, czego za nic w świecie nie mogły polonistki. Warto więc to czynić, bo Mistrz mówi o sprawach przekraczających barierę czasu. Zawsze aktualnych.
W Otellu jest nią rasizm.
I tutaj Mistrz mnie bardzo zaskoczył! Nie tylko tematyką (pomyśleć – początek XVII wieku!), ale i tym, że główny bohater, tytułowy Otello, to nie czarny sługa, niewolnik lub człowiek niskiego stanu, ale zasłużony i „szanowany” (dlaczego w cudzysłowie, wyjaśnię później) obywatel kraju, który Wenecję przyjął za swoją ojczyznę. Żołnierz w randze generała! Wódz! Niezastąpiony w wykonywaniu powierzonych mu przez dożów weneckich zadań do tego stopnia, że nawet obrazoburcze i skryte pojęcie za żonę białej kobiety, Desdemony, uchodzi mu, pomimo protestów jej ojca, senatora. Cudzysłów ujmujący słowo – szanowany, opada i nabiera pejoratywnego znaczenia, kiedy uprzedzenia rasowe w pełni ujawniają się ze strony otaczających Otella ludzi, gdy zaczyna popełniać błędy, przekreślające jego dotychczasowe, prawe czyny i godną postawę. Pozostaje mu ostatecznie kolor skóry, odporny na wybielanie szlachetnością i skrywane wobec niego uprzedzenia, a nawet nienawiść. To smutny obraz człowieka-odmieńca, który musi dwa razy bardziej się starać, by zdobyć miejsce wśród białego społeczeństwa. Mieć myśli, słowa i uczynki bez skazy, by zbudować kruchy autorytet, sypiący się pod wpływem jednego błędu. Zresztą będącego skutkiem bardzo dobrze przemyślanej intrygi jego podwładnego, nienawidzącego go Jago. Zazdrosnego o pozycję Otella, poślubioną Desdemonę i stanowisko namiestnika generała, które przypadło jego przyjacielowi Kasjo.
Zazdrość!
To drugi wątek tej tragedii. Wszechobecna i dotycząca każdego z bohaterów od ojca Desdemony po ostatecznie Otella. Siła napędowa całej akcji używana przez Jagona z precyzją sztukmistrza. Destrukcyjne uczucie, które pozostawiało po sobie trupy. W scenie finałowej na skalę masową! Mistrz pokazuje długą, ale zabójczo skuteczną drogę od „niewinnej” zazdrości do morderstwa i samobójstwa. Biorąc pod uwagę tylko te dwa wątki (o innych nie będę pisać, odsyłam do znakomitej serii Biblioteka Analiz Literackich), można przejrzeć się w tej tragedii jak w lustrze i zobaczyć własną, skrzętnie ukrywaną twarz, własne zbrodnie (mentalne i słowne!), własne myśli i pragnienia, lęki i wewnętrzne zmagania logiki z emocjami.
W kim widziałam siebie?
W każdym z bohaterów po trochę. I w naiwnej szlachetności Otella, którą nakazywał rozum, i w zazdrości Jagona, dyktowanej emocjami, i egoizmie Rodryga angażującego się w intrygę dla zrealizowania własnego celu, i wreszcie w miłości Desdemony obdarzającej uczuciem odmieńca.
Nie tak dawno zwracałam uwagę na pustkę literackiej niszy emigracyjnej w polskiej prozie przy okazji pisania o książce Życie seksualne muzułmanina w Paryżu Leïli Marouane. W literaturze angielskiej pośrednio dokonał tego Wiliam Szekspir w XVII wieku, a u nas dopiero w wieku XXI pierwszy, i jak na razie jedyny, czarnoskóry aktor w pełni tego słowa znaczeniu (nie biorę pod uwagę naturszczyków grających w popularnych serialach telewizyjnych) – Omar Sangare. Wiedziałam, że ten moment nastąpi, ale w najśmielszych przypuszczeniach nie przewidywałam, że wpisze się w ten nurt, trochę też pośrednio, bo imigrantem nie jest, pracą doktorską.
Słusznie Jan Tomkowski twierdził w Nie ma Pauliny, że klasykę należy czytać, bo prędzej czy później ona zainteresuje się czytelnikiem współczesnym.
Dopadła i mnie.
Omar Sangare swoją pracę oparł właśnie na tragedii Otello, co ujął w podtytule. Braki w klasyce odezwały się u mnie literacką czkawką. Wiedziałam, że bez osobistej, dokładnej znajomości tego dramatu, nie zrozumiem autora. A bardzo, bardzo chciałam.

 

 

A to sprawczyni całego zamieszania, która odsunęła na bok kuszące nowości i zmusiła do pracowitego uzupełnienia luki w literaturze klasycznej.
Uwag, że niczego nie zrozumiałam, nie przyjmuję, bo przede mną powyższa książka, która mi w tym dopomoże.

 

Otello [William Shakespeare]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

A tutaj próbka wariacji na temat Otella w wersji teatralnej Agaty Dudy-Gracz. Otello jest biały, a komentarze skrajne.

wtorek, 15 grudnia 2009
Szewcy – Stanisław Ignacy Witkiewicz

Szewcy – Stanisław Ignacy Witkiewicz
Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne , 1992 , 101 stron
Literatura polska
Reżyseria Piotr Ratajczak
Dramaturgia Jan Czapliński
Obsada : Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska , Aleksandra Padzikowska , Artur Paczesny , Wojciech Rogowski , Artur Czerwiński , Robert Zawadzki , Jacek Zdrojewski , Filip Perkowski


   Wybrałam się na tę sztukę do koszalińskiego Bałtyckiego Teatru Dramatycznego im. Juliusza Słowackiego, a ponieważ dramatu nie czytałam, musiałam koniecznie uzupełnić tę lukę, żeby oddzielić to co dramaturga i reżysera od tego co pisarza. Sam dramat bardzo wymagający ode mnie jako czytelnika. Odwołujący się do mojej znajomości ówczesnych poglądów, kierunków filozoficznych, pojęć czy biografii samego Witkacego. Pełen neologizmów czy zapożyczeń z języków obcych i gwary. Bardzo pomogły mi w czytaniu obszerne przypisy i posłowie Bohdana Urbankowskiego.
   Ale refleksja nasuwa się jedna: jak ten Witkacy nienawidził społeczeństwa! Utożsamiał je z kobietą, która musi mieć samca, który je gwałci. Pogardzał nim. Obwiniał o degradację humanizmu. Jawiło mu się jako stwór, niemalże demon, niszczący kulturę i wybitne jednostki ją tworzące. Społeczeństwo, w którym kotłowało się wewnątrz od walki jednostek w dążeniu do osiągnięcia trzech największych namiętności ludzkości: władzy, pieniędzy i seksu. W ich imię toczyła się walka na poglądy, idee, które dewaluując się traciły na znaczeniu. Nie zmieniały się osoby je wypowiadające, ale zmieniały się ubrania je symbolizujące. Sutanna papieża, mundur Stalina i Hitlera, pasiak więźnia obozu koncentracyjnego, sari Ghandiego - zakładane jedno na drugie. Groteska akcji wyborczej, w której były tylko środkiem do zdobycia wyznaczonego celu – władzy. Jednostki wybitne, humaniści w społeczeństwie ulegali zezwierzęceniu i ten proces reżyser pokazał dosłownie, pozbawiając Skurvy’ego całkowicie ubrania, a którą to rolę z niezwykłą pasją i odwagą zagrał Robert Zawadzki. Na scenie pozostał człowiek-naga małpa i pierwotne instynkty nią rządzące. Stąd zbiorowa scena rozwiązłości seksualnej. Reżyser poszedł dalej w interpretacji dramatu Witkacego. Zaadoptował wraz z dramaturgiem sztukę do czasów współczesnych. Pokazał z jaką nieświadomością posługujemy się współcześnie symbolami narodowymi czy religią. Scena kibiców z szalikiem w dłoniach szeroko rozłożonych nad głowami i napisem „KURWA MAĆ”, polskim orłem na piersiach i modlitwą na ustach była precyzyjnym majstersztykiem w ostrej krytyce współczesnego społeczeństwa i jednocześnie podsumowaniem i gorzką refleksją.
   Czy Witkacy miał rację? Czy poklepałby reżysera po ramieniu, mówiąc: dobra robota, ale jednocześnie zapłakałby mając świadomość, że nic się nie zmieniło, że dobrze zrobił wybierając śmierć przed przemianą Dziarskich Chłopców w krwawych faszystów?

Zdjęcia ze sceny autorstwa Romana Wnuka można zobaczyć w recenzji Joanny Krężelewskiej. Przed rozpoczęciem spektaklu uprzedzono widzów, że nie wolno wykonywać żadnych zdjęć.

Szewcy [Stanisław Ignacy Witkiewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 13 września 2009
Małe zbrodnie małżeńskie – Eric-Emmanuel Schmitt

Małe zbrodnie małżeńskie – Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumaczyła Barbara Grzegorzewska
Wydawnictwo Znak , 2007 , 97 stron
Literatura francuska


   Zanim sięgnęłam po kolejną książkę tego autora, wahałam się między przygotowaniem na ból psychiczny z nieodłączną w takim przypadku paczką chusteczek (Oskar i pani Róża , Dziecko Noego) a przygotowaniem się na wręcz fizyczny ból ( Kiedy byłem dziełem sztuki). Tym razem nie było bólu ani psychicznego, ani fizycznego. Było za to filozoficznie. Autor kazał mi się zastanowić nad istotą małżeństwa. Jaki jest jego sens skoro staje się z czasem dobrowolnym więzieniem? Klatką, w której toczy się zażarta walka na śmierć i życie. Piekło wzajemnych oszustw i oskarżeń, podchodów i manewrów wojennych prowadzących do jednego celu: kto pierwszy polegnie w tej wojnie, kto pierwszy będzie opłakiwał drugiego, kto pierwszy zostanie wdową/wdowcem?   Jednym zdaniem: małżeństwo jest drogą do śmierci.
   A miłość?
   Miłość przemija, nie trwa wiecznie, a jej przeznaczeniem jest rozkład.
   A dlaczego?
   Bo człowiek jest z natury leniwy. Nie stara się, nie dba o miłość. Wierząc, że to perpetuum mobile, skazuje ją na powolne konanie, na proces zastępowania jej przyzwyczajeniem, któremu sprzyja czas.
Wniosek?
   Należy kochać, ale dopóki sprawia nam to przyjemność. Wiara w permanentną miłość to szaleństwo. Kiedy mija zauroczenie należy rozejść się. Absolutnie nie popełniać małżeństwa, które w kontekście takich poglądów brzmi jak zbrodnia. Tyle autor.
   A ja się pytam: po co się bawić w filozofię, która i tak przez stan ostrego zakochania się nie przebije? Racjonalizm jest ostatnim stanem umysłu w tym stanie. Proponuję, zamiast wykładów z rzeczowymi argumentami, każdej młodej parze składać przysięgę małżeńską napisaną przez Annę Kamieńską w formie wiersza:

Ślub
Biorę Ciebie za żonę
Wobec ciemności i wobec ciała
Nie ślubuję miłości
Bo było ich za wiele
Nie przysięgam wierności
Bo jest wymysłem kobiet
Nie obiecuję szczęścia
Bo cóż nim jest albo nie jest
Tak biorę sobie Ciebie
Na nietrwałość chwili i pewność odejścia
Na łączenie znaczeń
Aby być człowiekiem
Wyrok dożywotni

   Ciekawe ile zakochanych par zdecydowałoby się na małżeństwo po przeczytaniu dramatu autora, a ile po propozycji przysięgi w formie tego wiersza ?

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w październiku w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 976 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi