Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 12 marca 2017
Białoruska ruletka – Andrej Sannikau



Białoruska ruletka: opozycyjny kandydat na prezydenta o walce z dyktaturą – Andrej Sannikau
Przełożył Michał B. Jagiełło
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2016 , 292 strony + 36 stron zdjęć
Seria Oblicza XXI Wieku
Literatura białoruska


Żywe Belarus!
To hasło białoruskich opozycjonistów, którym zakończyłam wpis w 2009 roku, nadal jest aktualne, mimo że o trudnej sytuacji Białorusinów czytałam ładnych parę lat temu w książce Małgorzaty Nocuń i Andrzeja Brzezieckiego - Białoruś: kartofle i dżinsy. Tuż po trzecim i bezprawnym wyborze w 2006 roku Aleksandra Łukaszenki na prezydenta. W 2017 roku jest nim nadal, mimo że takich wyborów w międzyczasie odbyło się jeszcze kilka. Ostatnie w 2010 roku.
Wszystkie sfałszowane!
Jednak cierpliwość i konformizm wobec ostatniego dyktatora w Europie, jak powszechnie określany jest A. Łukaszenka, o których pisałam przy okazji wspomnianej już publikacji, zaczyna się kończyć. 19 grudnia 2010 roku Białorusini na mińskim Placu Niepodległości zademonstrowali swój sprzeciw i niezgodę na sfałszowane wybory.

Fot.Maria Söderberg

Jego przywódcą był opozycjonista i „przegrany” kandydat na prezydenta – Andrej Sannikau.

Protest skończył się jak zwykle – użyciem siły na rozkaz A. Łukaszenki. Urzędnicy zostali zastraszeni. Opozycja znalazła się w więzieniach. Ja trafiłem do Amerykanki. – podsumował autor wydarzenia grudniowe. Amerykanka czyli mińskie więzienie to był początek drogi zniewolenia autora z wyrokiem pięciu lat kolonii o zaostrzonym rygorze. Często zmieniano mu miejsce pobytu. W sumie zaliczył trzy więzienia, trzy kolonie i osiem etapów w ciągu szesnastu odbytych miesięcy z zasądzonej kary. Po uwolnieniu w 2012 roku napisał wspomnienia o tym, co działo się przed wyborami, w trakcie, na Placu Niepodległości i po wyborach. Stworzył również analizę dyktatury, której zawartą w treści istotę i ponadczasowość zauważył Tom Stoppard, a którego opinię przeczytałam na odwrocie książki.

Sam autor ten bandytyzm, którego stał się ofiarą, nazwał GUŁAG-iem, ale z zupełnie innym rozwinięciem tego dobrze znanego akronimu – Główny Urząd Łukaszenki Aleksandra Grigorjewicza. By nie być gołosłownym, swoje wspomnienia poprzedził wypowiedziami osób z „ekipy”, jak nazywał ludzi z opozycji, opisujących swoją sytuację prześladowanego lub uwięzionego. Wielu z nich „zmarło” (czytaj – zamordowano) w tajemniczych okolicznościach. Nie będę opisywała warunków, w jakich przetrzymywano więźniów i zasad, na jakich ich więziono. Wystarczą słowa jednego z represjonowanych w Amerykance – Szatański system, stworzony w czasach represji stalinowskich w latach trzydziestych, w tym konkretnym przybytku funkcjonuje do chwili obecnej praktycznie bez zmian. Identyczny z tym stworzonym przez STASI w NRD, którego analizę porównawczą przytoczył autor i z tym w komunistycznej Polsce, o którym czytałam jeszcze niedawno w Gorzkich latach Stanisławy Sowińskiej. Nad bezproblemowym i sprawnym przebiegiem programu tortur czuwał starszy syn Łukaszenki, Wiktor, szef służb siłowych.
Niemalże rodzinny biznes!
Jednak sam autor, posiłkując się relacjami innych, niewiele pisze o swojej gehennie tortur psychicznych i fizycznych. Jakim go poddano, dowiadywałam się z opisów innych świadków. Ten paradoks milczenia o sobie zauważyła jedna z opozycjonistek, czytając Więzienie i wolność Michaiła Chodorkowskiego – im ciężej przeżywa się uwięzienie, tym mniej emocjonalnie to się opisuje. Najwidoczniej przeżycia schowane są bardzo głęboko, na papier przelewa się tylko fakty. Ja czytałam Michaiła Chodorkowskiego Portrety z łagru i miałam dokładnie to samo odczucie.
I o tych faktach przede wszystkim jest ta na poły relacja, na poły wspomnienia autora.
Rozpoczęte momentem uwięzienia, a potem czasem zniewolenia, po których dopiero opisuje sytuację polityczną i społeczną Białorusi przed wyborami i w ich trakcie. Ukazuje ją od środka opozycji, budując obraz kraju, który zatrzymał się w rozwoju politycznym w czasach stalinowskich. Pokazał również proces zniewolenia człowieka strachem opartym na niewolniczym systemie kontraktowym, który noblistka Swietłana Aleksijewicz, autorka wstępu, nazwała banalnością zła, cytując jego definicję za Hanną Arendt – nie ma chemicznie czystego zła, zło w naszym życiu jest rozproszone, rozpylone. Oprawca i człowiek żyją w jednym ciele: „Rozumiecie... mam dzieci”, „Wstawiałem się za wami... ale podpiszcie protokół”, „Taką mamy pracę”. Oprawcy są obok nas w metrze, w kawiarni, w kolejce do kasy w supermarkecie... Zwykły człowiek... Zwykli ludzie... Jak łatwo stanąć obok nich. Znany pisarz i więzień łagrów, Warłam Szałamow, nazwał to demoralizacją oprawcy i ofiary. Autor wielokrotnie doświadczał takich sytuacji, wspominając – Jak mnie denerwuje to ciągłe usprawiedliwianie podłości: „Przecież sami rozumiecie”! Paradoks – wiezień „musiał” zrozumieć sadystyczne postępowanie strażnika, który miał przecież rodzinę, żonę i dzieci, przez więźnia, który miał również rodzinę, żonę i dziecko.
Tak podana wiedza pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego przemiany demokratyczne Białorusi stoją w miejscu i dlaczego można mieć wrażenie, że na Białorusi nie ma silnej opozycji, a reakcje społeczeństwa są konformistyczne. W dużej mierze na tak błędną interpretację rzeczywistości ma wpływ brak pełnej wiedzy na ten temat. Jak zauważa Agnieszka Knyt, autorka wprowadzenia, w Polsce informacje na ten temat są szczątkowe, tak jak w ogóle wiedza o wschodnich sąsiadach. Ta nowa seria wydawnicza Oblicza XXI Wieku pod jej redakcją, zapoczątkowana relacjami Andreja Sannikaua, ma tę lukę wypełniać. Publikować współczesną literaturę faktu – relacje ludzi, którzy znajdują się w sytuacjach granicznych, rozstrzygających o życiu lub śmierci, stają przed nieoczekiwanymi wyborami... Książki tej serii będą również przedstawiać procesy – zwłaszcza naszego regionu świata – stanowiące niejako kontynuację poprzedniego stulecia. Ma tłumaczyć współczesny świat niedoinformowanemu lub pogubionemu w sprzecznych informacjach odbiorcy.
Jestem nim, dlatego z ciekawością i głodem rzetelnej informacji czekam na kolejną pozycję.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 01 marca 2017
Gorzkie lata – Stanisława Sowińska



Gorzkie lata: z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia – Stanisława Sowińska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 354 strony
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska


Wspomnienia wysoko postawionej w aparacie władzy komunistki, w których o powojennych oddziałach partyzanckich AK pisała – bandy, od których należy uwolnić kraj.
Czy powinnam w Narodowym Dniu Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” pisać o ich „kacie”, zamiast o którymkolwiek z nich? Czy warto było tracić czas dla kogoś takiego, skoro na rynku wydawniczym mnóstwo publikacji osób represjonowanych przez reżim, który budowała? Czy warto było poświęcić jej uwagę, skoro czekał mnie V już bieg Tropem Wilczym poświęcony pamięci walczących w antykomunistycznym podziemiu?
Na wszystkie pytania odpowiedziałam sobie – tak.
Byłabym ignorantką, gdybym skupiała się tylko na jednym, politycznie poprawnym, źródle wiedzy o czasach stalinowskich w Polsce. Tego samego zdania był redaktor opracowania tej pozycji i autor wstępu do niej – Łukasz Bertram, który również zadał podobne pytanie – ...po co dziś mamy dawać głos komunistom, działaczom i funkcjonariuszom dawnego systemu, budowniczym jego podwalin, po co przejmować się ich rozterkami, porachunkami i cierpieniem? Chociażby dla obiektywnego i całościowego obrazu tamtych czasów – odpowiada – bo próba zrozumienia jakiegokolwiek doświadczenia za pomocą odwołania się do interpretacji i wrażliwości tylko wybranej – tej „lepszej” – grupy świadków, siłą rzeczy będzie kulawa, niepełna. Dlatego, czytając wspomnienia autorki, działaczki PPR, szefa Wydziału Informacji GL, oficera kontrwywiadu wojskowego, członka aktywu partyjnego, a potem szefa Biura Studiów rozpracowującego, inwigilującego i aresztującego wrogów partii, podwładną Mariana Spychalskiego i współpracownicę członków kierownictwa Zarządu Głównego Informacji, miałam bezpośredni wgląd w mechanizm działania systemu partyjnej władzy od środka, przyjrzeniu się z bliska, również od strony prywatnej, osobom decydującym o życiu i śmierci takich, jak Wiesław Gomółka, znani funkcjonariusze UB, śledczy i „kaci” – Józef Różański, Józef Dusza czy Anatol Fejgin, który lubił powtarzać – Od nas, z Informacji, ochodzi się albo do więzienia, albo na cmentarz...
Autorka trafiła do więzienia w październiku 1949 roku na fali czystki rozpętanej przez Stalina w ramach Wielkiego Terroru, a która do Polski dotarła w latach 40. i trwała do lat 50. XX wieku. W poszukiwaniu „wroga wewnętrznego” do więzienia mógł wówczas trafić każdy. I trafiali. Włącznie z Wiesławem Gomółką.
Jedną z takich ofiar Wielkiej Czystki była również autorka.
Ciekawym było obserwować ją uwięzioną przez współtowarzyszy na podstawie bezpodstawnego (według niej) oskarżenia, jako nosiciela groźnego, prawicowo-nacjonalistycznego odchylenia, antyradzieckiej dywersji, zdrajczyni partii i kolaborantki z Niemcami. Użyłam określenia „ofiara”, ponieważ oskarżenia nie znalazły potwierdzenia w faktach. Na swój sposób autorka była, w tym systemie nieprawości i podejrzliwości wszystkich o wszystko, prawa, a w trakcie wieloletniego śledztwa – niezłomna. Niezwykłym było dla mnie obserwowanie jej jako więźniarki, która z byłymi przełożonymi musiała odnaleźć się w zupełnie nowej i kuriozalnej relacji – kat i ofiara. Miałam nadzieję, że jej przemyślenia na temat partii i słuszności prowadzonej przez nią polityki, wątpliwości, podważanie jedynie słusznej ideologii, zmienią jej nastawienie do komunizmu i socjalistycznego ustroju.
Niestety – była w swojej postawie nieprzejednana.
Cierpienie, i dylematy przez nie wywołane, zupełnie nie wpłynęło destrukcyjnie na wierność partii i jej zasadom. Chociaż miała świadomość zachodzących w niej przemian, pisząc – Przechodzę proces wewnętrzny. Ciężko, boleśnie. Jaka z niego wyjdę – jeśli wyjdę w ogóle – lepsza, gorsza? W każdym razie na pewno inna niż byłam. Na pewno... Nie łudziłam się, że jej nastawienie ulegnie zmianom radykalnym, bo, jak mawiał sarkastycznie jeden ze śledczych – To nic, więzienie hartuje prawdziwego komunistę. A ona była prawdziwą komunistką. Może dlatego nie potrafiłam jej współczuć, pomimo przerażających scen znęcania się nad nią. Przede wszystkim psychicznych. Nie bito jej, a mimo to, opuszczając więzienie w grudniu 1954 roku, po pięciu latach niewoli, była psychicznym (choroba psychiczna, depresja, próby samobójcze) i fizycznym wrakiem człowieka.
Najciekawsze w tym wszystkim było obserwowanie moich emocji i reakcji na jej zwierzenia.
Na początku, kiedy narzekała na sadzanie jej w celi śledczej na niewygodnym (istna tortura dla ciała) taborecie w kącie, reagowałam sarkazmem – a co mieli powiedzieć ci, którzy siedzieli na odwróconym taborecie z jedną nogą w kiszce stolcowej? Gdy skarżyła się na niejadalne racje żywnościowe, domagając się posiłków dietetycznych ze względu na stary postrzał w jelita – mełłam w ustach najgorsze słowa. Piekielnie trudno było mi zobaczyć w niej człowieka. Zwłaszcza po takich wyznaniach „win” – Czyż nie warto, choćby dla własnego spokoju wewnętrznego, przyjąć – zasłużyłam na to, co mnie spotkało, mam za co siedzieć. Więcej samokrytyki, towarzyszko – strofuję się surowo w myślach – zrewiduj swoją przeszłość nie pod kątem śledztwa, a własnego sumienia. Czy nie było w przeszłości twojej czynów, które ogniwo za ogniwem nanizały łańcuch przykuwający cię teraz do więziennego wyrka? Ot i wnioski płynące z doświadczania samego dna komunistycznego piekła! I może to zafiksowanie w poglądach wbrew otaczającej ją brutalnej rzeczywistości, sprawiło, że z czasem zaczęło być mi jej tak po ludzku żal. Nie z powodu cierpień, które były niezaprzeczalnie potworne, ale z powodu jej ślepoty politycznej i wyborów, które doprowadziły ją do tej ciasnej, zimnej, ciemnej, śmierdzącej celi. Do stworzenia historii kobiety – jak napisał autor wstępu – słabej, znękanej, miażdżonej - zmuszonej do konfrontacji z potężnym i wszechogarniającym systemem, wtłoczonej w tryby ideologicznego obłędu i brutalnego cynizmu. Paradoksalnie – ...paranoicznego porządku budowanego, bez szczędzenia sił, na całkowitej nieprawdzie.
Kobiety, która nigdy tego nie dostrzegła.
Była tylko rozczarowana współtowarzyszami, bo, po wyjściu z więzienia, nie wróciła do wojska i polityki, a członkiem PZPR przestała być w 1976 roku na znak protestu przeciw niesprawiedliwemu, jej zdaniem, traktowaniu komunistów pochodzenia żydowskiego, bo sama była Żydówką – Chaną Zalcman. Pozostaje mi tylko dołączyć się do jej refleksji podsumowującej cały jej los, bolejącej nad fiaskiem jej życia osobistego i rozpaczającej nad fiaskiem ideałów.
Żal mi tego zagubionego człowieka...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 22 stycznia 2017
Jedz, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert



Jedz, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert
Przełożyła Marta Jabłońska-Majchrzak
Dom Wydawniczy Rebis , 2007 , 488 stron
Seria Salamandra
Literatura amerykańska


Mroczna otchłań bezdennej żałości.
Tak określiła swój stan autorka, a zarazem narratorka, opowieści o poszukiwaniu wyjścia z tej przerażającej dziury psychicznej. Pozornie powinna być spełnioną osobą. Miała męża, dom, pracę i plany na przyszłość. To, co zbudowała, w czym aktywnie uczestniczyła i co miało być zwieńczone narodzeniem dziecka, nagle okazało się dla niej obce. Nie jej drogą życia. Inne kobiety zbierały w pudełkach marzeń ubranka dla dzieci, a ona numery podróżniczo-geograficznego czasopisma Nationale Geografic. Życie, które prowadziła, nie było jej. Nie chciała go. Nie chciała dzieci. Nienawidziła go. Była zagubiona. Funkcjonowała dzięki antydepresantom, dojrzewając do decyzji, by to zmienić. Poszukała pomocy u Boga. Nie! Nie nawróciła się nagle na konkretną wiarę czy odnowiła w wierze. Traktowała tę wiarę uniwersalnie, ale o tym napiszę później. Dość, że zdecydowała się na radykalne kroki.
Rozwiodła się i ruszyła w świat!
W poszukiwaniu szczęścia. W odnalezieniu siebie. W złapaniu równowagi. Drogę ku temu wyznaczyła poprzez Włochy, w których oddała się czystej przyjemności jedzenia i nic nierobieniu. Poprzez Indie, w których szukała kontaktu z Bogiem pojmowanym przez nią bardzo szeroko. Kończąc podróż w Indonezji, w której odzyskała zaufanie do miłości. To dlatego postanowiła książce, jak sama napisała, nadać formę dźapamali, dzieląc narrację na sto osiem opowieści, czyli koralików. Ten sznur opowieści dzieli się nadto na trzy części, poświęcone kolejno Italii, Indiom i Indonezji – tym trzem krajom, które odwiedziłam podczas dwunastu miesięcy poszukiwania siebie. Nie zależało jej na poznawaniu odwiedzanych krajów. Nie traktowała ich w potocznie turystycznym znaczeniu. Były tłem dla ukazania aspektów jej samej. Zmian, przemian, walki z samą sobą, by wykorzystać do nich to, co dany kraj, ludzie w nim żyjący, miejsca, w których się zatrzymywała, miały najlepszego do zaoferowania w interesującym ją zakresie. Które najlepiej radziły sobie i od wieków były specjalistami w rozwiązywaniu określonego problemu. Czerpała z nich ofiarowaną wiedzę i umiejętności garściami. Poznawała sztukę doznawania radości w Italii, pobożności w Indiach, a w Indonezji - sztukę równoważenia jednego z drugim.
To opis trudnej drogi przemian a zarazem opowieść terapeutyczna.
Bardzo osobista i jednocześnie uniwersalna. Miliony ludzi na świecie mogą utożsamiać się z autorką. Odczuwać to, co ona. Przeżywać dokładnie te same stany depresyjne wywołane kryzysem egzystencjalnym. Wreszcie – chcieć dokładnie tego samo, co ona. Zwłaszcza ci, którzy tkwią w "mrocznej otchłani bezdennej żałości” i nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Jednak niewielu potrafi zrobić to, co ona. Wziąć lodówkę na plecy, sprzedać ją i ruszyć w świat tak, jak uczynił to Wojciech Cejrowski. Niewielu odważa się zerwać z dotychczasowym, nawet jeśli rani i boli, życiem i zacząć wszystko od nowa. Autorka pokazała, że jest to możliwe, ale, co najcenniejsze, szczerze opisała bolesne tego konsekwencje i koszty uzyskania pożądanych skutków. Ten uniwersalizm opowieści tkwił również w pojmowaniu Boga, które tak ujęła – Uważajcie, ostrzega ta opowieść, żeby nie popaść w obsesję związaną z powtarzaniem rytuałów religijnych dla zasady. Szczególnie w tym podzielonym świecie – gdzie koalicje talibów i chrześcijan nadal toczą wojnę o międzynarodowy znak handlowy, dający prawo do słowa Bóg oraz o to, kto jest w posiadaniu właściwych rytuałów, za pomocą których można do Boga dotrzeć. Co nie uniemożliwia szukania go z dotychczas wyznawaną wiarą, jeśli tylko w taki sposób chcemy do niego dotrzeć. Zachęca wprost – Bierzesz to, co działa, skądkolwiek, i podążasz w stronę światła.
Jednak najważniejszą myślą, jaką odczytałam w jej przesłaniu do wszystkich szukających równowagi w życiu, jest przekonanie, że to nie żaden książę mnie uratował; ratunek zorganizowałam sobie sama. Można nabrać przekonania, że to kolejna opowieść o tym, że to w człowieku tkwi siła do zmian, że to on sam musi chcieć i pewnie byłaby taką, gdyby nie fakt, że jest przeżyta, przewalczona, autentyczna, a przez to wytrącająca z ręki argumenty, że to fikcja, że w prawdziwym życiu tak nie zdarza się, że fajnie czytało się, ale trzeba wrócić do rzeczywistości.
To jest rzeczywistość!
Może dlatego ta opowieść zdobyła miliony czytelników na całym świecie. Powstał nawet film na jej podstawie i kontynuacja opowieści. Mnie ciekawi jedno – dla ilu z nich stała się rozświetlającym światełkiem optymizmu na krótką chwilę, a ilu zainspirowała do radykalnych zmian?
Szczególnie to ostatnie bardzo mnie interesuje.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jedz, módl się, kochaj [Elizabeth Gilbert]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Film dobrze zrealizowany, ale spłyca wiele wątków, a niektóre pomija.
niedziela, 15 stycznia 2017
Russendisko: opowiadania – Vladimir Kaminer



Russendisko: opowiadania – Vladimir Kaminer
Przełożyli N. Klimenyuk , I. Kivel
Wydawnictwo Novoe Literaturnoe Obozrenie , 2004 , 178 stron
Literatura niemiecka


Latem 1990 roku po Moskwie rozeszły się plotki: Honecker przyjmuje Żydów!
Tak rozpoczyna swoje wspomnienia autor. Niemcy, w ramach rekompensaty za uczynione krzywdy Izraelowi, postanowili przyjąć do siebie Rosjan żydowskiego pochodzenia. Wszyscy o tym wiedzieli oprócz samego Ericha Honeckera – zauważył z rozbawieniem autor. Niemniej tak zaczęła się piąta fala emigracji Rosjan do Niemiec. Początkowo do NRD, a po upadku Muru Berlińskiego, do Berlina i dalej.
Wśród nich znalazł się autor tych 54 opowiadań.
Wprawdzie w podtytule tak określił ten zbiorek - opowiadania, ale dla mnie to przede wszystkim opowieści i retrospekcje pełne anegdot młodego Rosjanina-emigranta, który przyjechał do Niemiec, nie wiedząc tak naprawdę, dlaczego i po co. Zdał sobie z tego sprawę po jakimś czasie, kiedy wystąpił o przyznanie obywatelstwa i w ankiecie musiał wpisać powód przybycia. Ostatecznie napisał – z ciekawości. Po prostu zobaczyć, jak tu jest. Może dlatego te króciutkie, na dwie góra pięć stron, wspomnienia były pełne humoru i młodzieńczej beztroski dwudziestotrzyletniego ich narratora i jednocześnie autora. Wszystkie zdarzenia i zderzenia w nowym kraju przydarzające się jemu i jego znajomym oraz znajomym znajomych, a także całkiem obcym imigrantom i Niemcom, absurdy wynikające z różnic kulturowych, próby zaaklimatyzowania się w nowych warunkach i dostosowania się do odmiennych wymagań, emanowały energią, optymizmem i radością. Problemy były przejściowe, a trudy życia na obczyźnie nie takie straszne. Zwłaszcza po wódce. Jego dobrą i pozytywną stroną była wielokulturowość społeczeństwa berlińskiego, które autor, niczym w soczewce, skupił w swojej antologii. Przenikanie się narodowości, jej wymieszanie i życie w Berlinie razem z Niemcami ukazał jako jedną, wielką, wesołą dyskotekę o tytułowej nazwie Russendisko. To rzeczywiste miejsce w Berlinie, do którego przychodzili wszyscy mieszkańcy stolicy, a zwłaszcza Rosjanie, by zabawić się i spotkać z rodakami. Russendisko była najweselszą dyskoteką w mieście organizowaną przez autora. Stąd łaciński alfabet tytułu, jako nazwy własnej, zamiast cyrylicy.
Wszyscy chcieli po prostu żyć.
Autor zgromadził bogaty materiał wzięty prosto z życia, by móc swoje spostrzeżenia wykorzystać literacko. Spisał je po niemiecku, a w Rosji musiały być przetłumaczone na język rodzimy. Dziwnie to brzmi, ale tak, jak pogmatwane jest życie pisarza-emigranta (Rosjanin piszący po niemiecku i zaliczany do pisarzy niemieckich), tak skomplikowane są losy jego książek.
Ta pozycja wydana w Niemczech w 2000 roku, a w Rosji w 2004, to właściwie obraz początku ciekawego nurtu multi kulti w Niemczech promowanego przez tamtejszą lewicę. Może dlatego za humorem kryje się poprawność polityczna. Jednak rodacy autora nie docenili tego w pełni, zarzucając jej tu i ówdzie niedopowiedzenia. Jeden z rosyjskich blogerów - igorgag, mimo że niektóre opowiadania podobały mu się, wręcz napisał w ostatnim zdaniu wpisu Wladmir Kaminer Russendisko, że główną jej zaletą jest niewielka objętość.
Ja, nie-Rosjanka, odebrałam ją zupełnie inaczej.
Przede wszystkim jako nostalgiczne wspomnienia emigranta i dobrych czasów nurtu multi-kulti, który kilkanaście lat później, w obecnym 2017 roku, przeżywa kryzys w obliczu emigracji zalewającej Europę i łączonego z nią terroryzmu. Mam wrażenie, że skończył się czas „zabawnych” opowieści o emigrantach takich, jak w My, zdes’ emigranty Manueli Gretkowskiej czy w Życiu seksualnym muzułmanina w Paryżu Leїli Marouane. Nadchodzi czas nowych opowieści migracyjnych, które właśnie są spisywane. Jestem ich bardzo ciekawa, ale i obawiam się ich.
Myślę, że nie będzie się z czego śmiać.

Zdania pisane kursywą są tłumaczonymi przez mnie cytatami pochodzącymi z książki.

Książka on-line

Na podstawie książki powstał film, który nie stracił na humorze.
niedziela, 08 stycznia 2017
Monidło – Halszka Opfer



Monidło: życie po Kato-tacie – Halszka Opfer
Wydawnictwo Czarna Owca , 2011 , 224 strony
Seria Samo Życie
Literatura polska


Świadectwo ofiary przemocy domowej.
Świadectwo skrzywdzonego, a nie spowiedź osoby z poczuciem winy, jak zauważyła i podkreśliła autorka wstępu – dr hab. Ewa Jarosz. Jej wyjaśnienia są bardzo potrzebne, ponieważ można mieć wątpliwości, czy to, o czym pisze autorka, może być prawdą. Skala skumulowania zjawiska przemocy w jednej rodzinie jest tak trudna do przyjęcia i zaakceptowania, że można zacząć zadawać sobie pytania: „Czy to prawdziwe?”, „Czy tak to naprawdę wyglądało?”, „Czy ona nie przesadza?”. Dokładnie takie same, jakie zadawałam sobie, czytając jej pierwszą książkę Kato-tata, w której opisywała swoje wykorzystywanie seksualne przez własnego ojca. Wiedziałam przez co przeszła jako dziewczynka. Wiedziałam, że była wieloletnią ofiarą ojca-pedofila, a mimo to, czytając kontynuację pierwszej opowieści, nie mogłam uwierzyć w to, co opisywała.
Przypominało psychiczne piekło.
Ciężko mi się przez nie brnęło, ale chciałam wiedzieć, jak ułożyła sobie życie jako dorosła osoba? Czy uwolniła się od koszmaru dzieciństwa? Czy znalazła wolność i szczęście? Odpowiedź na te pytania znalazłam w tych czterech jej zdaniach – Mama mogła zrobić ze mną wszystko, co chciała. A ja niczym marionetka poddawałam się jej woli. Nie tylko ona pociągała za sznurki. Pozwalała na to każdemu, kto miał ochotę.
A mieli ją wszyscy!
Włącznie z jej własnymi dziećmi. Nie będę opisywać szczegółów, bo przez to cierpienie egoizmu, okrucieństwa, samolubstwa, złośliwości, poniżenia, molestowania, brutalności, egoizmu, uzależnień, bezwzględności, trzeba z autorką po prostu przejść, by zrozumieć jej bezradność i bezsilność.
To one najbardziej przerażały.
To rozpaczliwe pragnienie czułości i miłości z przeświadczeniem, że się one jej nie należą i że zawsze będzie dla innych „brudna”. W ciele dorosłej kobiety nadal chowała się mała dziewczynka. Psychologowie nazwali to syndromem Dorosłego Krzywdzonego Dziecka. To tłumaczyło zachowawczą postawę autorki i długą niemożność szukania fachowej pomocy poza rodziną. Odpowiadało również na stawiane początkowo pytania. W miarę czytania przestawały się w ogóle pojawiać. Ale ich brak burzył we mnie barierę bezpieczeństwa i konieczność przyjęcia brzemienia prawdy opowieści o okrucieństwie człowieka.
To był najtrudniejszy dla mnie moment.
Zanurzenie się w tym przytłaczającym mroku psychicznym drugiej osoby bez możliwości dystansu, jakie dawało zwątpienie i wyparcie. Pozwoliło mi to jednak nie tylko na poznanie faktów, na zrozumienie postępowania autorki, na współczucie jej całej rodzinie, ale również na dostrzeżenie promyka nadziei w tej całej historii. Faktu, że autorka znalazła w sobie odwagę, by napisać o swoim cierpieniu i to upublicznić w dwóch książkach. W dużej mierze dla siebie jako forma autoterapii, ale także dla tych, którzy tej odwagi w sobie nie znajdują z różnych powodów – boją się pamiętać, wolą nie myśleć o tym, co było i o tym, dlaczego teraz jest jak jest, boją się ponownie cierpieć, wolą zapomnieć. – jak zauważa Ewa Jarosz.
Strach!
Strach nie tylko ofiar, ale ludzi, którzy widzą cierpienie dzieci i nie reagują, bo to nie ich sprawa. Może po takim świadectwie zrozumieją, że to jak najbardziej ich sprawa.
Sprawa nas wszystkich.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Warto autorkę również wysłuchać.
niedziela, 30 października 2016
Neger, Neger... – Hans-Jürgen Massaquoi



Neger, Neger...: opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech – Hans-Jürgen Massaquoi
Przełożyła Anna Bańkowska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2016 , 568 stron
Seria Świadectwa XX Wiek: Niemcy
Literatura amerykańska


Jak to możliwe?
Jakim cudem?!
W jaki sposób?!
Te i wiele podobnych pytań pojawiło się w moim umyśle w momencie ujrzenia tej okładki, których źródłem był przede wszystkim umieszczony na niej podtytuł – Opowieść o dorastaniu czarnoskórego chłopca w nazistowskich Niemczech. Dokładniej w latach 1926-1948, kiedy wyjechał z Niemiec do kraju ojca – Liberii. Nie mógł ukryć koloru skóry tak, jak Żydzi obrzezania pod ubraniem. A i to pod warunkiem, że posiadali „dobry” wygląd.

Fot. Z kolekcji H.-J. Massaquoia.

Autor wspomnień był Mulatem. A być nie-Aryjczykiem w kraju owładniętym ideą czystości rasy oznaczało zostać pozbawionym praw obywatelskich i żyć w ciągłym zagrożeniu sterylizacją, eksperymentami paramedycznymi, więzieniem czy obozem koncentracyjnym, wreszcie śmiercią. – przypomina autorka wstępu od Wydawcy, Maria Krawczyk. Autor był synem niemieckiej pielęgniarki Berthy Betz i najstarszego syna liberyjskiego konsula generalnego w Hamburgu, Al-Haja Massaquoiego. Sielanka życia pod opieką kochającego dziadka i jego afrykańskiej rodziny, dla których był centrum świata, skończyła się wraz z powrotem rodziny do Afryki. Bertha wraz z synem pozostała w Niemczech, w których Hitler właśnie dochodził do władzy. Wybierając pozostanie w kraju ze względu na słabe zdrowie syna, nie miała pojęcia, że wybierała tylko między dwiema formami śmierci – śmierci syna w wyniku choroby i braku odpowiedniej opieki medycznej w Liberii lub śmierci z rąk nazistów.
Tej drugiej nie była wtedy świadoma.
Sam autor o swojej inności w negatywnym kontekście zorientował się po przeprowadzce do robotniczej dzielnicy Hamburga – Barmbeku. O tym, że nazizm wyklucza go ze środowiska „prawdziwych” Niemców, dowiedział się w szkole, ale tłumaczył to sobie tym, że padł ofiarą nadgorliwego pionka, który nadużył swojej władzy i wypaczył wielki plan Führera. A o tym, że Hitler stoi na czele opresyjnego nazizmu, jako nieskończenie zły, zdeprawowany psychopata, uświadomił sobie dopiero jako nastolatek. Jak sam tłumaczył, byli zbyt młodzi i naiwni, by postrzegać wszystko w szerokiej perspektywie, pozostawaliśmy całkowicie obojętni na wizualny paradoks: chłopak o wyraźnie afrykańskich genach bawi się w braterskiej harmonii z blondynami w nazistowskich mundurkach, mając na swojej kamizelce naszytą odznakę swastyki. Tak silna i skuteczna była propaganda nazistów w narzucaniu polityki rasowej Hitlera, skoro ulegały jej same ofiary, zanim zaczęły zauważać, że grają w grę „przetrwanie”, w której są ścigani.
Jakim cudem ją wygrał?
Odpowiedzi szukałam cały czas, śledząc jego życie jako dziecko wśród robotników i ich dzieci w Barmbeku, które szkołę życia autora rozpoczęły od tytułowych słów zaczerpniętych z dziecięcej piosenki Neger, Neger, Schornsteinfeger (dosł. Murzynie, Murzynie, kominiarzu). Szukałam ich również w czasie dorastania, kiedy autor stawał się nastolatkiem o takich samych potrzebach, jak jego rówieśnicy – przynależności do grupy rówieśniczej, poczucia własnej wartości, bycia akceptowanym, kochanym i kochającym - w warunkach ich niemożności zaspokojenia i spełnienia. Wypatrywałam odpowiedzi w jego dosyć szybkim okresie wchodzenia w dorosłość – pracy, pierwszych miłościach i przeżyciach w bombardowanym, płonącym i głodującym Hamburgu. Im bardziej poznawałam skrajne i ekstremalne życie autora w piekle nazizmu, wojny i okupacji, tym bardziej upewniałam się w przekonaniu, że odpowiedź tkwi w osobowości autora.
Był wyjątkowy!
Ostrożny, szybko się uczący, przewidujący, inteligentny, o silnej woli, dobry i otwarty pomimo warunków, w jakich musiał żyć. Te pożądane cechy nie pojawiły się nagle. To wpływ i praca wychowawcza mądrej matki, która pomagała je w nim kształtować, rozwijać i trwać.

Fot. Z kolekcji H.-J. Massaquoia.

To ona i jej „mądrości”, jak nazywał matczyne rady autor, były przeciwwagą dla ideologii nazistów. To ona tłumaczyła otaczające ich zło i dotykające ich absurdy. To ona była stałym punktem odniesienia moralnego. To ona stała za nim murem w ekstremalnych sytuacjach, narażając własne życie. I wreszcie to ona była niewyczerpanym źródłem niezbędnej i bezinteresownej miłości oraz akceptacji, których brakowało wokół.
To pierwsza odpowiedź na moje pytania.
Sam autor podsunął mi kolejne dwie, pisząc – Jeżeli ja, autentyczny nie-Aryjczyk uniknąłem eksterminacji, sterylizacji czy medycznych eksperymentów w którymś z hitlerowskich obozów śmierci, to stało się tak głównie dzięki dwóm szczęśliwym przypadkom. Po pierwsze – małej, w stosunku do Żydów, liczbie czarnych, których przesunięto na dalsze miejsce w kolejce do eksterminacji. Po drugie – nieoczekiwanie szybkim postępom wojsk alianckich, które wymusiły na Niemcach skupienie się na walce o przetrwanie. Kolejną odpowiedź znalazłam w rozdziale o wszystko mówiącym tytule – Ratunek w książkach. To ich kompensacyjny świat stał się tarczą obronną przed zalewem nazistowskiej propagandy, dostarczając nie tylko rozrywki, możliwość ucieczki od rzeczywistości, ale przede wszystkim informacji, która nie pozwalała na bezmyślne poddanie się ogłupiającej dzieci i młodzież propagandzie nazistowskiej. Jak sam przyznawał – Czytanie stało się dla mnie skutecznym buforem przeciwko ciągłym rasistowskim atakom ludzi pokroju Wriedego. I chociaż nie w pełni zdawałem sobie z tego sprawę, było moim niezawodnym sposobem na przetrwanie. Takich i im podobnych odpowiedzi znalazłam jeszcze kilka w tej autobiografii. Nie chcę wymieniać wszystkich, pozostawiając przyjemność samodzielnego wysnuwania wniosków innym czytelnikom. Wspomnę tylko o jeszcze jednym. Dla mnie najważniejszym, bo czyniącym małe cuda w sytuacjach, w których autor żegnał się z życiem.
To dobrzy Niemcy.
W tych wspomnieniach wokół autora trwał ogrom zła, ale pojawiali się wokół niego również przyzwoici Niemcy, którzy nie zgubili siebie i swoich poglądów pod wpływem propagandy Hitlera. Którzy oparli się pokusie pójścia z prądem rasowego szaleństwa. Na podstawie własnych doświadczeń podzielił Niemców na dwie grypy – zatwardziałych wyznawców Hitlera, którzy nie uwierzyli w zwycięstwo aliantów dopóki nie zobaczyli na ulicach ich wojska i przeciwników hitlerowskiego reżimu, którzy przewidywali jego klęskę już od chwili wybuchu wojny takich, jak Friedrich Kellner, autor Dziennika sprzeciwu. Tych drugich było zbyt mało, by przeciwstawić się opresyjnemu reżimowi, ale wystarczająco dużo, by pomóc przeżyć autorowi.
Kolejnym cudem jest spisanie i wydanie tych wspomnień.
Autor nie miał takiego zamiaru, obawiając się posądzenia o egocentryczną próżność. Uczynił to pod wpływem nacisków osób, które, poza ekstremalną sytuacją ludzką, dostrzegły w tym absurdzie istnienia wbrew istnieniu bardzo ważną rzecz, o której autor napisał – doświadczenia czarnoskórego chłopaka, który dorastał i wkraczał w wiek męski w nazistowskich Niemczech, naocznego świadka i ofiary zarówno prześladowań na tle rasowym, jak alianckiego bombardowania, który następnie spędził kilka lat w Afryce, są tak niezwykłe, że jako dziennikarz mam obowiązek podzielić się swym specyficznym spojrzeniem na Holokaust. Dlatego te wspomnienia to bogate, unikalne źródło wiedzy na temat polityki rasowej i rasizmu dla historyków, socjologów i innych badaczy nauk społecznych. Jak zauważyła autorka posłowia prof. dr hab. Anna Wolff-Powęska – Wojenne losy czarnoskórych obywateli III Rzeszy nie są przedmiotem odrębnych badań. Ślady ich obecności w obozach koncentracyjnych, jenieckich oraz pracy przymusowej na obszarze Rzeszy lub na terenach okupowanych można znaleźć jedynie w pojedynczych dokumentach muzealnych, wystawienniczych, w literaturze wspomnieniowej ich towarzyszy obozowych lub – jak chociażby w przypadku Francji – sojuszników z ruchu oporu. To temat, który nadal czeka na swojego badacza.
Dla mnie to unikatowe „przeżycie” wojny w III Rzeszy.
W obozie wroga widzianym od wewnątrz oczami jego ofiary. Zobaczyłam rozwój ideologiczny III Rzeszy, sposoby i mechanizmy propagandy zmuszające do uczestnictwa w narzuconym reżimie, konsekwencje jego odmowy, system szkolnictwa i polityki socjalnej zmuszające do uległości i wreszcie bierny opór części Niemców, którzy nie chcieli poddać się działaniom Hitlera. Zwłaszcza wśród robotników i młodzieży. To tutaj po raz pierwszy dowiedziałam się o istnieniu opozycyjnego Swingjugend – nieformalnej subkulturze młodzieżowej, przy której bladła atrakcyjność powszechnego i jedynie słusznego Hitlerjugend. To również wyjątkowo szerokie spojrzenie na rasizm jako zjawisko ponadczasowe prowadzące do jednego – nienawiści i śmierci. Przeżył go w nazistowskich Niemczech jako podczłowiek. Obserwował go jako świadek w Afryce. Przeciwstawiał się mu aktywnie walcząc o zniesienie dyskryminacji rasowej w USA. Może dlatego w jego wspomnieniach nie ma nienawiści i chęci odwetu, a raczej potrzeba zrozumienia tego, co go spotkało w dzieciństwie i w okresie dorastania już z perspektywy dorosłego człowieka, który nadal kochał swoją ojczyznę – Niemcy. Nie ma w nich również użalania się na sobą. Zamiast tego były fakty, emocje im towarzyszące, wnikliwa analiza, ukazywanie absurdów rzeczywistości, które wręcz wywoływały u mnie uśmiech, a nawet rozbawienie komizmem sytuacji. Ale to nie oznaczało, że autor był wolny od obaw, lęku i strachu. Towarzyszyły mu bez przerwy. I nie zawsze chodziło o lęk przed śmiercią. To nie zawsze był taki zwykły strach , jak przed śmiercią od bomby albo w nazistowskim obozie zagłady, tu chodziło o lęk przed wyśmianiem, poniżeniem, odarciem z godności, przed poczuciem, że jestem istotą niższego rzędu, kimś gorszym od ludzi, wśród których przyszło mi żyć – pisał po latach. W okresie dorastania zabójczy dla kształtującej się psychiki. A mimo tego wszystkiego wyrósł na przyzwoitego człowieka. Nadal zastanawiam się, jak to możliwe?!
A jednak!

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na podstawie wspomnień autora w 2005 roku powstał film.
środa, 05 października 2016
W twoim kraju wojna! – Małgorzata Niezabitowska



W twoim kraju wojna! – Małgorzata Niezabitowska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2016 , 335 strony
Literatura polska


Nie znałam chlubnej przeszłości autorki.
Zawsze kojarzyła mi się z rolą rzeczniczki prasowej rządu Tadeusza Mazowieckiego z charakterystyczną grzywką zaczesywaną na czoło. Krucha blondynka nie wyglądała na konspiratorkę i wojowniczkę. Na wojnę szli mężczyźni, a kobiety ich wspierały. Autorka padła ofiarą tego stereotypu, który, paradoksalnie ze względu na konspirację, podtrzymała.
A była konspiratorką i wojowniczką.
Swoją tajną działalność w czasie stanu wojennego, który nazywała wojną polsko-jaruzelską, ujęła w tym swoistym, trójkolorowym tryptyku, uwidocznionym w trzonie książki.

To celowy zabieg wydawniczy. Każda z tych części ma inny charakter przekazu, odmienną narrację, różny cel przeznaczenia i powód powstania, ale wszystkie stanowią nierozerwalną, integralną i uzupełniającą się całość. A wszystko dlatego, że dwie pierwsze części dokumentowania wojny polsko-jaruzelskiej powstawały na bieżąco w czasie stanu wojennego.
Część pierwszą, szarą, głęboko zakonspirowaną włącznie z prawdziwymi danymi autorki, w której narratorem uczyniła mężczyznę, świadomie pisała z myślą o odbiorcy zagranicznym. Maszynopis utrzymany w formie dziennika, a którego zdjęcie pierwszej strony rozpoczyna tę część, miał przybliżyć wszystko to, co działo się w Polsce po wprowadzeniu stanu wojennego.

Dlatego zaczyna się, podobnie jak druga część, 13 grudnia 1981 roku, a kończy 21 marca 1982 roku. Autorka starała się w dzienniku reżimowym kłamstwom przeciwstawiać prawdę, tłumaczyć wydarzenia w Polsce, sytuację polityczną i gospodarczą, ale i zwykłą codzienność Polaków stojących w kilometrowych kolejkach po reglamentowane jedzenie.

Ale nie tylko. Chciała, poprzez autentyczne wydarzenia przekazywane na gorąco, poruszyć czytelników, wstrząsnąć nimi, przez emocjonalny przekaz sprawić, aby gdzieś tam, w dalekiej Europie, współodczuwali nasz dramat. Również z przekory i bojowego nastawienia. Zagrać komunistom na nosie i udowodnić, że można przełamać mur milczenia blokujący prawdziwą informację i obnażyć dezinformacyjne działania komunistycznego rządu wobec Zachodu. Metaforycznie pokazać słynny gest Kozakiewicza uwieczniony na jednym ze zdjęć.

Przemycane w tej formie przez granicę relacje ukazywały się we włoskich i francuskich tygodnikach jako Dziennik buntownika z Warszawy.

Część druga, błękitna, to osobista, rodzinna relacja o charakterze dziennika, a zarazem pamiętnika utrwalającego wszystko to, co działo się w rodzinie i otoczeniu autorki. Bardziej refleksyjna i emocjonalna, ujawniała nazwiska pojawiających się w niej osób oraz samej autorki, ale na tyle nadal zakonspirowana, by w razie ujawnienia, jak najmniej osób mogło ponieść konsekwencje ze strony władz. To dlatego tę część rozpoczyna zdjęcie rękopisu zawierającego przede wszystkim codzienność rodziny autorki, jej męża i córki oraz przyjaciół.

Lęk, niepewność, wściekłość, bezsilność, brak poczucia bezpieczeństwa, stałe zagrożenie, walka z wątpliwościami, czy to wszystko ma sens? czy jest jakkolwiek interesujące? pokazuje choćby ułamkowo, co się u nas i z nami dzieje? oddaje moje uczucia?, ale i niezwykła wola walki z reżimem zgodnie z przekonaniem wyniesionym z domu – warto walczyć w słusznej sprawie, to charakterystyczna cecha narracji tej części. To tutaj najbardziej odczułam niedosyt pełnej wiedzy wynikający z niedopowiedzeń na temat konspiracyjnej działalności autorki i jej męża, sygnalizowanych ogólnymi i zdawkowymi stwierdzeniami, że dzieje się, że działają, ale pisać o tym nie może.
Wtedy.
Dzisiaj, po 35 latach dopisała część trzecią, białą, w pełni opisującą to, czego nie mogła ujawniać w dwóch poprzednich – dokładny opis wszystkich akcji dokumentujących wojnę polsko-jaruzelską. Przygotowania, sposoby robienia zdjęć, procedurę kontaktów z łącznikiem z Francji, dzięki któremu materiały wypływały poza granice Polski, zdjęcia z ulic Warszawy pełne wojsk, nielegalnej drukarni,

internowanych działaczy „Solidarności” w więzieniu, uwięzionego Lecha Wałęsy, którego zdjęcia obiegły świat,

starć ludności z oddziałami ZOMO na ulicach Warszawy.

Oglądałam liczne zdjęcia jej autorstwa ilustrujące tekst i czytałam te relacje jak doniesienia sensacyjne, w których stawką była z jednej strony wolność Polski, a z drugiej życie ludzkie. To dzięki autorce świat znał prawdę o stanie wojennym. Jej dziennik i zdjęcia były w tym początkowym, niepewnym czasie ciszy informacyjnej jedynymi źródłami prawdziwej wiedzy. Z narażeniem życia dokumentowała wraz z mężem wszystko to, co działo się wokół niej.
Dla siebie, dla Zachodu i dla Polaków.
Nie widzi jednak w tym bohaterstwa, pisząc – Nie pochlebiam sobie, że zostanę potraktowana niczym Mata Hari i jako superagentka skazana na najsurowszą przewidzianą w kodeksie karę śmierci, ale najniższa, dziesięć lat więzienia, dostatecznie podnosiła poziom adrenaliny.
Dla mnie to była relatywna wersja mojego czasu stanu wojennego, który przeżywałam bezpiecznie w domu jako dziecko. Powoli poznaję ten nieznany mi dotychczas świat aktywnych dorosłych. Widziałam już, co w tym czasie robił dla mnie Jacek Kuroń, czytając jego Listy jak dotyk. Zobaczyłam, co robiła niepozorna kobieta, zaprzeczająca stereotypowi walczącego tylko mężczyzny. Dla współczesnych i przyszłych pokoleń to świadectwo aktywnego świadka tamtych dni i źródło wiedzy na temat życia w peerelowskiej rzeczywistości, w której wachlarz postaw w walce z reżimem rozpościerał się od walczących poprzez biernych do zwolenników.
Jednak najważniejsze przesłanie tej opowieści kryje się między wierszami.
Postawa autorki nie wzięła się z powietrza. To doskonały przykład sztafety wychowania patriotycznego do niepodległości przekazywanej z pokolenia na pokolenie. W jej rodzinie ojciec, żołnierz AK, zamiast bajek opowiadał prawdziwe, rodzinne historie, powtarzając te ulubione, o działaniach tajemnych, sekretnych, zakazanych, o spiskach przeciw zaborcom i okupantom, tak często, że stały się oczywistością. Te lekcje miłości do Ojczyzny uczyniły autorkę gotową na jej kolej, a kiedy nadeszła, podołała. Mimo wątpliwości zawartych w pytaniach do siebie samej – Czy jestem tchórzem? Mój Boże, chyba nie, lecz boję się... I tego zastrzyku adrenaliny życzy najmłodszym czytelnikom, nie w kolejnej narodowej tragedii, ale w codziennej walce w słusznej sprawie.
Piękna postać!
A kruchy wygląd i grzywka w tym wszystkim straciły jakiekolwiek znaczenie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 18 września 2016
Śmiejąc się w drodze do meczetu – Zarqa Nawaz



Śmiejąc się w drodze do meczetu: przygody muzułmanki w zachodnim społeczeństwie – Zarqa Nawaz
Przełożyła Urszula Gardner
Wydawnictwo Kobiece , 2016 , 264 strony
Literatura kanadyjska


Powyższą informację ujrzałam na tylnej okładce. Chciałam się pośmiać. Chciałam spojrzeć na przygody muzułmanki w zachodnim społeczeństwie, jak sugerował podtytuł, z przymrużeniem oka, nie wierząc, że to możliwe. Do tej pory czytałam wyznania poważnie, smutno, a nawet melodramatycznie traktujące odnajdywanie się imigrantów w odmiennej dla nich rzeczywistości w takich powieściach, jak Życie seksualne muzułmanina w Paryżu czy Moja siostra mieszka na kominku, a także w polskich reportażach Poddaję się.
Byłam ciekawa tego odmiennego spojrzenia!
Humor był, owszem. Nawet pośmiałam się razem z autorką i jednocześnie narratorką, bo to bardzo osobista, autobiograficzna opowieść. Jednak humor w jej opowieści pod postacią absurdu i ironii pełni rolę konia trojańskiego, w którym ukryta jest delikatna i dyplomatyczna krytyka zasad obowiązujących w islamie. A sama autorka nie napisała tej książki jako sposób autoterapii czy publicznego wyżalenia się. Jej opowieść o sobie i walce z wypaczeniami, zniekształceniami i naleciałościami obyczajowymi w swojej religii praktykowanej przez kanadyjskich muzułmanów jest jednym z elementów jej szerszej działalności.
To nietypowa muzułmanka.
Swoją niepokorną postawą i poglądami zmienia zupełnie stereotypowy obraz kobiety w islamie. Pracuje, spełniając się w zawodzie prezentera, dziennikarza, pisarza i filmowca. Nie potrafi dobrze gotować, chociaż ma męża i czworo dzieci. Potrafi za to logistycznie zaplanować życie, by był czas na rozwój zawodowy i bycie szczęśliwą matką i żoną. Jest autorką popularnego w Kanadzie serialu telewizyjnego Little Mosque on the Prairie odpowiednika znanego amerykańskiego serialu Domek na prerii. Jej nagradzane filmy dokumentalne poruszają niewygodne tematy w środowisku muzułmanów, których automatyczne egzekwowanie nie ma potwierdzenia w Koranie – aranżowanie małżeństw, obrzezanie chłopców czy seksizm w meczetach. W tym zakresie przypomina raczej kobietę zachodu niż muzułmankę. Tym samym naraża się na ostrą krytykę współwyznawców, a mimo to nie poddaje się w wytykaniu absurdów, uprzedzeń, naleciałości obyczajowych, stereotypów, bezmyślnego i bezkrytycznego powielania zasad, które u jednych muzułmanów z wymogu religijnego zamieniają się w grzech u innych. Nie bez szkody dla zewnętrznego wizerunku islamu w oczach nie-muzułmanów.
Jest muzułmanką-feministką.
Najcenniejsze jest to, że czyni to bez cienia agresji, za to z humorem, jako jedynym orężem w tej walce. Jej książka o sobie i swojej działalności to tylko kolejny sposób wpłynięcia na świadomość i znajomość islamu przez niedokształconych i niedoinformowanych muzułmanów w zakresie własnej wiary.
Ale nie tylko!
Dla nie-muzułmanina książka jest bogactwem wiedzy na temat imigrantów, ich prób odnalezienia się w odmiennym środowisku kulturowym (autorka jest Kanadyjką pakistańskiego pochodzenia, która w wieku pięciu lat przeniosła się z Anglii do Kanady), ale przede wszystkim islamu. Autorka, opisując swoje doświadczenia w zachodnim społeczeństwie od najmłodszych lat, poprzez czas szkoły, dorastania, studiów, zakładania rodziny aż do rozwoju zawodowego w dorosłym życiu, pokazuje je poprzez rządzące nim normy religijne. Można dowiedzieć się o pięciu filarach wiary, wymogach i sposobie modlitwy, zasadach wychodzenia za mąż i seksie małżeńskim czy udać się z nią na pielgrzymkę do Mekki i „zobaczyć”, o co w tym wszystkim chodzi.
Jest w tej opowieści czas na humor i czas na refleksję.
I o to drugie najbardziej chodzi autorce. Refleksję zarówno wśród współwyznawców, jak i każdej innej osoby, którą skusi obietnica dużej dawki dobrego humoru i zabawy. Można uczyć się poprzez zabawę i można mówić o sprawach trudnych, jaką jest religia, z humorem.
Polubiłam tę odważną kobietę, która jest dla mnie ucieleśnieniem zasady – wierzyć to wątpić, a ona wątpi i niestrudzenie szuka na te wątpliwości odpowiedzi, angażując w te poszukiwania wszystkich wokół siebie, robiąc przy tym trochę szumu i zamieszania w dobrej sprawie z uśmiechem na ustach.
Z takim uśmiechem na ustach zakończyłam opowieść i z refleksją, z którą się tutaj podzieliłam.

Śmiejąc się w drodze do meczetu. Przygody muzułmanki w zachodnim społeczeństwie [Zarqa  Nawaz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Styl narracji w książce świetnie widać również w jej dokumentalnym filmie Ja i meczet o nieuzasadnionym seksizmie w meczecie.
sobota, 17 września 2016
Rosso Instanbul – Ferzan Özpetek



Rosso Instanbul – Ferzan Özpetek
Przełożyła Gabriela Hałat
Wydawnictwo Claroscuro , 2016 , 125 strony
Seria Ścieżki Życia
Literatura włoska


Reżyser napisał książkę!
Dlaczego nie? Może. Zrobił to Emir Kusturica swoją autobiografią Gdzie ja jestem w tej historii? i wielu innych, może i Ferzan Özpetek. Jednak zawsze zadaję sobie pytanie w przypadku reżyserów niszowych, czy najpierw obejrzeć jego filmy, czy przeczytać książkę? W przypadku Ferzana Özpeteka nie ma to znaczenia, bo wszystkie filmy są w jego opowieści. Przeczytać ją, to obejrzeć je w pigułce. Autor zbudował właściwie dwie, osobne, naprzemiennie opowiadane fabuły stykające się i krzyżujące w kilku wątkach, chociaż miejsce akcji jest wspólne – Istambuł.
Miasto czerwone od krwi (pierwsze znaczenie tytułu Rosso Istanbul) dla Anny, głównej bohaterki pierwszej historii, którą rozpoznawałam po uprzedzającym tytule ONA i narratorze zewnętrznym. Kobieta cieszyła się na ten wyjazd z mężem Michelem i towarzyszącą im młodą parą, na zwiedzanie Istambułu, którego nigdy nie widziała, na proszone przyjęcie, na wakacje w gronie bliskich i wreszcie na wspólnie spędzony czas. Nie przypuszczała, że radość zamieni się w koszmar, który postawi ją na ostrym zakręcie życia, ale zapoczątkuje też wolność unoszenia się z prądem nowego. Ta część opowieści to fikcja, bardzo przypominająca mi filmy reżysera i ich sposób narracji. Brakowało mi tylko charakterystycznej muzyki, którą słyszałam w tle, a co rzadko mi się zdarza podczas oglądania filmu. Tworzy ją przyjaciółka autora, a zarazem królowa tureckiego popu – Sezen Aksu.
Druga fabuła to spacer po mieście dzieciństwa autora czerwonym od miłości (drugie znaczenie tytułu Rosso Istanbul), która miała charakter osobisty, a przez to niezwykle emocjonalny, wzruszający, refleksyjny i nostalgiczny. Momentami bardzo intymny, kiedy opisywał starzejącą się matkę, własną orientacje seksualną czy ujawniał tajemnicę przeszłości ojca. To w tej części opowieści, wyróżnianej tytułem ON i pierwszoosobową narracją, dowiedziałam się o narodzinach i początkach filmowej pasji, przyczynach czynienia głównym tematem filmu miłości we wszystkich jej odmianach (romantycznej, egoistycznej, altruistycznej, bezinteresownej, zdradzonej, kalekiej, niespełnionej, niemożliwej, a nawet niewydarzonej) i konfiguracjach (homoseksualnej, biseksualnej, małżeńskiej, pozamałżeńskiej czy matczynej). Miłości, która nie zaczynała się i nie kończyła tylko na seksie, ale działa się w uczuciach, którymi rządziły tajemnicze prawa. Niedostępne człowiekowi. To te prawa, te tajemnice, autor próbował zgłębiać w swoich filmach i opowieści, wkraczając w intymny świat swoich bohaterów i przeprowadzając retrospekcyjną analizę na sobie, by pokazać ich ulotność, ułudę, nieuchwytność, miraż, niepojętość, niewytłumaczalność. By dojść do wniosku, że jedyne, co nam pozostaje, to wejście w tajemnicę. Trzeba przestąpić próg, przekroczyć granicę. I starać się, by w tej tajemnicy pozostać możliwie jak najdłużej.
I uczyć się!
Czego można nauczyć się od miłości? Tego, że istnieje - odpowiada autor. Nigdy nie przypuszczałam, że odpowiedź może być tak prosta, a jednocześnie tak pełna treści. Bardzo wymownej dla osób, które w nią nie wierzą. Być może fascynację miłością zaszczepiła mu matka, która nawet w wieku osiemdziesięciu lat nie przestawała o niej myśleć, powtarzając niezmiennie synowi – Widzisz, serce moje, nie ma nic ważniejszego od miłości. Niby truizm, niemalże slogan, ale tak często zapominany, że muszą powstawać na ten temat filmy i opowieści, by stale o tym pamiętać. Być może ta fascynacja miała źródło we własnych doświadczeniach miłosnych do chłopca i dziewczyny w latach dorastania, które wspominał z rozrzewnieniem. Jednego dowiedziałam się na pewno – swoje historie człowiecze brał prosto z życia nie tylko swojego, ale i ludzi, których pilnie obserwował wokół. Uwalniał w filmach ich sekrety zamknięte w umyśle, marzeniach, tęsknotach i planach. To dlatego zgodził się z usłyszaną o sobie opinią – złodzieja ludzkich historii. Dowiadując się aż tyle z tej na poły autobiografii, na poły fikcyjnej opowieści, można nareszcie zacząć oglądać filmy.
Ale odradzam!
Takie podejście pozbawia ogromną i niezwykłą przyjemność samodzielnego odkrywania skomplikowanego świata emocji w filmach, a także wątków, bohaterów, tematów, suspensów, zdarzeń czy miejsc z filmów w powieści. Znajomość filmów przed przeczytaniem książki, dała mi możliwość czytania historii autora z kluczem, w której jedna fraza, wyrażenie, a nawet wyraz, otwierały mi drzwi do konkretnego filmu, będącego konotacją, rozwinięciem i poszerzeniem sygnalizowanego tematu. Zaangażowana wędrówka autora i Anny, jako turystki, po współczesnym i dawnym Stambule była dla mnie podróżą również po filmach. Hammam czyli łaźnia turecka, harem, śmiertelny wypadek, zdrada, homoseksualizm i wiele, wiele innych natychmiast wyławiały z mojej pamięci tytuły konkretnych filmów. Kiwałam wtedy głową, myśląc – tak, wiem o czym mówisz Ferzan.
Książka, filmy i ich autor to jeden świat spojony miłością.
Miłością ponad barierami kulturowymi i ograniczeniami czasowymi, którą opowiada na wiele sposobów, o wielu losach, o różnorodnych twarzach, o niejednoznacznych początkach i końcach, chcąc nadać jej sens. To dlatego mottem książki jest ten cytat:

A ja dodam od siebie – i zbawiennej roli miłości w tym wszystkim.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Tutaj można posłuchać Sezen Aksu w filmie Magnifica presenza.
czwartek, 14 lipca 2016
Mężczyźni z różowym trójkątem – Heinz Heger



Mężczyźni z różowym trójkątem: świadectwo homoseksualnego więźnia obozu koncentracyjnego z lat 1939–1945 – Heinz Heger
Przełożyła Alicja Rosenau
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2016 , 149 stron
Seria Świadectwa XX Wiek: Niemcy
Literatura austriacka


Numer obozowy Josefa Kohouta - ze zbiorów United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie.

Różowe trójkąty.
Wynaturzeni, degeneraci, zwyrodnialcy, ciepłe świnie, dupojebce, spedalone cioty, pedalskie bydło przeznaczone na rzeź i umieszczane w homobloku obozu koncentracyjnego na mocy paragrafu 175 kodeksu karnego obowiązującego w Niemczech od 1871 roku, który brzmiał – Za sprzeczny z naturą nierząd, do którego dochodzi pomiędzy dwiema osobami płci męskiej lub między człowiekiem a zwierzęciem, grozi kara pozbawienia wolności, jak również możliwość zasądzenia pozbawienia praw obywatelskich. Zaostrzony przez nazistów w 1935 roku nawet do trzymania się za ręce lub pocałunku. W praktyce wystarczyło tylko podejrzenie i donos. Na mocy tego paragrafu na 6 miesięcy ciężkiego więzienia, dodatkowo zaostrzonego o jeden dzień głodówki w miesiącu, a potem przedłużonych przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy do odbywania kary w obozach koncentracyjnych (KL Sachsenhausen, KL Flossenbürg, KL Dachau), został skazany autor i bohater tych wspomnień. Przytoczone na początku epitety były jedną z najlżejszych metod opresji, jakie stosowano wobec niego i jemu podobnych. Przez wszystkich – „normalnych” współwięźniów, przełożonych i esesmanów. Był najgorszym odpadem śmiecia plasującym się na najniższym szczeblu hierarchii obozowej oznaczonej kolorami trójkątów. Niżej mógł stać tylko homo-Żyd. Absurdalnie pedofile byli oznaczeni trójkątem zielonym oznaczającym kryminalistów, a lesbijki czarnym razem z „elementem aspołecznym” – Cyganami, prostytutkami, bezdomnymi, alkoholikami czy upośledzonymi umysłowo lub fizycznie. Z góry przeznaczeni do likwidacji. Nie posiadali żadnej wartości dla innych poza seksem.
I tutaj autor ukazuje podwójną moralność niemieckiego społeczeństwa i rzeczywistości obozowej.
Opisuje maskowany i ukrywany homoseksualizm wśród wysoko postawionych esesmanów oraz jawny, tymczasowy homoseksualizm heteroseksualistów. Homoseksualne zachowania dwóch „normalnych” mężczyzn były traktowane jako działania zastępcze, lecz gdy to samo robili dwaj homoseksualiści w obopólnym porozumieniu i w zgodzie ze swoją orientacją, wtedy było to „obrzydliwe”, sprawa „brudna i odrażająca”. – zauważa bohater wspomnień.
Autor chciał żyć!
Wola przeżycia w obozie była bardzo silna, ale przetrwanie wśród tych bestii miało wysoką cenę – moralność, przyzwoitość i honor. Zapłacił ją, przyjmując z goryczą motto – Żyj i daj się innym kochać, stając się niewolnikiem seksualnym targujących się o niego kapo. Na takie ustępstwa godzili się dobrowolnie lub wbrew własnej woli również mężczyźni heteroseksualni nazywani piplami, panienkami, kociakami lub cukierkami na dobranoc. Tabu procederu radzenia sobie z popędem seksualnym w skrajnych warunkach było tak silne, że po wyjściu z obozu o tym się nie mówiło, nie wspominało, a tym bardziej pisało i publikowało. Paragraf 175 obowiązywał jeszcze długo po zakończeniu wojny. W RFN został zniesiony dopiero w latach 90. XX wieku!
To dlatego ta pozycja jest unikatowa.
Nie tylko dlatego, że jest pierwszym i jednym z niewielu świadectw ofiar ze względu na orientację seksualną, ale także dlatego, że uzupełnia obraz Holokaustu o element dotychczas nieznany, bo ignorowany, w obozowej literaturze wspomnieniowej i opracowaniach tylko sygnalizowany, przemilczany, maskowany i niemający prawa należeć do „dobrego towarzystwa ofiar”. Pozwala również na zajrzenie do brutalnego, często wymuszanego, seksualnego świata mężczyzn o podwójnej moralności. I nie chodziło w tych wspomnieniach tylko o opisanie sadystycznych represji i tortur stosowanych wobec homoseksualistów często prowadzących do śmierci, przez które trudno było mi przebrnąć. Nie chodziło tylko, jak napisała autorka wstępu Anna Richter, o licytowanie lub porównywanie wymiaru cierpienia, lecz o pozwolenie wszystkim ofiarom na wypowiedzenie doznanej krzywdy i pamięć o niej. O poznanie świata ukrytego za zasłoną tabu, by ujrzeć wymiar Holokaustu w pełni.
Również tego przemilczanego.
Przyjrzeć się również eksterminacyjnej i „naprawczej” polityce nazistów wobec homoseksualistów. Nie tylko masowego uśmiercania, eksperymentów pseudomedycznych, ale i podejmowanych prób „leczenia” poprzez tortury przeprowadzane przez esesmanów-oprawców lub kapo z sadystycznymi skłonnościami na tle seksualnym. Również poprzez „terapię” kontaktów seksualnych z kobietami w utworzonym na terenie obozu do tego celu burdelu. I wreszcie poprzez propozycje kastracji w zamian za zwolnienie z obozu. To również protest wobec braku, w świetle powojennego prawa, uznania homoseksualistów za ofiary nazistów i nieprzyznawanie im odszkodowań oraz odmowę rehabilitacji, mimo że nie popełnili żadnej zbrodni. To z tego ostatniego powodu ten odważny głos autora ukazał się po raz pierwszy w Niemczech w 1972 roku pod pseudonimem. Pod nim kryją się dwaj mężczyźni - Josef Kohout i Johann Neumann, których połączyły obozowe przeżycia jednego z nich, a spisywane przez drugiego w latach 1967-68. Taka anonimowość umożliwiła im przetrwanie i bezpieczeństwo w wykluczającym, piętnującym i odrzucającym społeczeństwie powojennym, w którym trauma więźniów homoseksualnych trwała nadal.
W Polsce wspomnienia ukazują się dopiero teraz, w 2016 roku.
Czas pokazuje najdobitniej, z jak silnym tabu społecznym walczy ta pozycja, która właściwie nie jest głosem jednego mężczyzny, ale wielogłosem więźniów z różowym trójkątem i specyficznych inwokacji do czytelnika i jego sumienia. Próbą zmuszenia odbiorcy do zajęcia określonego stanowiska i zmuszenia do odpowiedzi na wiele stawianych w niej pytań podobnych do tych – Cóż ja takiego zrobiłem, bym miał tak ciężko za to pokutować? Co to za świat i ludzie, którzy decydują za dorosłego człowieka, kogo i jak wolno mu kochać?
Jakżeż one są nadal aktualne!
Wspomnienia są też przejmującym głosem wyjątkowych rodziców „innego” syna. Ojca, który popełnił samobójstwo pod wpływem ostracyzmu piętnującego i jego, i jego rodzinę oraz matki, katoliczki!, która wypowiedziała najmądrzejsze słowa, jakie można skierować do własnego, zagubionego, ale nadal kochanego dziecka w tej wyjątkowej sytuacji – Mój drogi chłopcze – powiedziała – to twoje życie, które musisz sam przeżyć. Nie można wyjść ze swojej skóry i zmienić jej na jakąś inną, trzeba się z tym pogodzić. Jeśli sądzisz, że tylko mężczyzna może dać ci szczęście w miłości, nie jesteś z tego powodu żadnym potworem. (...) Nie pogrążaj się w rozpaczy, że jesteś „taki”. Posłuchaj moich rad i pamiętaj, że cokolwiek się stanie, jesteś moim synem i zawsze możesz do mnie przyjść ze swoimi zmartwieniami. Czekała na jego powrót do domu, znosząc obelgi i pogardę sąsiadów, sześć lat.
Takich rodziców życzę każdemu „innemu” dziecku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Mężczyźni z różowym trójkątem [Heinz Heger]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Dokumenty mówiące o obozowej przeszłości bohatera wspomnień przetrwały w dwóch pudełkach po butach. Tutaj je obejrzałam.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi