Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 09 marca 2019
Wymazać siebie – Garrard Conley

Wymazać siebie: pamiętnik geja: rodzina, wiara i walka o własną tożsamość  – Garrard Conley
Przełożyła Kamila Slawinski
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 352 strony
Literatura amerykańska

   Twoja noga więcej nie postanie w tym domu, jeśli zaczniesz wcielać w czyn swoje uczucia – powiedział ojciec. - I nigdy nie skończysz studiów.

   Takie słowa usłyszał od swojego ojca Garrard, autor wspomnień. Miał dziewiętnaście lat, był na pierwszym roku studiów i właśnie wyznał rodzicom, że jest gejem. Jego rodzina należała do Kościoła Chrześcijan Baptystów misjonarzy, którym wiara zabraniała wszystkiego, co mogło odwodzić duszę od bezpośredniej komunikacji z Bogiem i Biblią. Mieszkali w tak zwanym pasie biblijnym amerykańskiego Południa, w którym normy społeczne i kulturowe oraz zasady moralne życia wyznaczała ortodoksyjna wiara. Mieszkańcy odrzucali ewolucjonizm, wierzyli w bliski koniec świata, AIDS uważali za karę za grzechy, a homoseksualizm za chorobę, którą można wyleczyć. Na dodatek ojciec autora był kaznodzieją. Garrard w ogóle nie zastanawiał się nad ultimatum ojca. Kochał swoją rodzinę, kochał Boga, wierzył w nauki swojego Kościoła, a myśl, że miałby opuścić rodziców, przyłączyć się do przyjaznej gejom społeczności i jakoś dalej żyć bez rodziny, wydawała się gorsza od samobójstwa. Nie był gotowy na wykorzenienie, ale był gotowy na wszystko, by pozostać mężczyzną, twierdząc – Zrobię wszystko, by wymazać tę część siebie.

   Poddał się terapii konwersyjnej.

   Uczestniczył w zajęciach opartych na Programie Dwunastu Kroków stosowanych powszechnie w leczeniu uzależnień, mających na celu złamanie charakteru poprzez upokarzanie, piętnowanie, straszenie i wymuszanie intymnych zwierzeń – wyjaśniła Agnieszka Graff, autorka wstępu do wspomnień, nazywając je psychicznym znęcaniem. Garrard wierzył w swoją homoseksualną chorobę i chcąc się „wyleczyć”, sumiennie uczestniczył w zajęciach „terapeutycznych” przede wszystkim dla rodziców, dla których był gwarantem przedłużenia rodu. Stale powtarzał, jak mantrę, prośbę kierowaną do Boga – Panie, pomóż mi być czystym. Proszę-pomóż-mi-być-czystym. Proszępomóżmibyćczystym. Nie potrafił jednak stłumić w sobie wątpliwości i pytań o rolę i obecność Boga w tym, co mu się przytrafiło. Po roku wewnętrznych zmagań, rozterek i nieudanych prób połączenia miłości do rodziny, Boga i własnej tożsamości, przerwał terapię, po której pozostała mu seksualna dezorientacja, liczne próby samobójcze, dwa pobyty w szpitalu psychiatrycznym, głęboka choroba dwubiegunowa typu II oraz lekki syndrom szoku pourazowego.

   „Leczenie”, które dla mnie było groteską.

   Gdyby nie fakty i prawdziwość opisywanych wydarzeń w życiu zdezorientowanego nastolatka, śmiałabym się. Czytając wspomnienia zagubionego chłopca nie dowierzałam, że ta parodia działa się naprawdę. Że ludzie w XXI wieku (autor „leczył się” w 2004 roku) opierali swoje metody terapii na kompilacji psychologii i religii, wypierając i zaprzeczając uznanej wiedzy medycznej na temat homoseksualizmu.

   Że to podejście i proceder trwa do dzisiaj!

   Po ponad dziesięciu latach autor postanowił napisać o tym, jak stał się ofiarą dochodowego interesu ludzi, którzy ówcześnie kłamali. Swoją publikacją włączył się w „wojnę” przeciwko terapii konwersyjnej, którą zaczęli potępiać ówcześni terapeuci-eksgeje i publicznie przepraszać za wyrządzone krzywdy jej uczestnikom i ich rodzinom, przyznając, że nadal są orientacji homoseksualnej i wcale się nie „wyleczyli”. Przywódca Exodusu, organizacji prowadzących ośrodki, przyznał publicznie w 2013 roku, „że zmiana jest fikcją, a obietnica zmiany – oszustwem”. Spowodowało to wprawdzie rozpad organizacji posiadającej największą sieć ośrodków terapii, ale nie wszystkich. Ziarno rzekomego wyleczenia gejów zostało zasiane i dalej kiełkuje w ośrodkach „eksgejowskich”, do których nadal kieruje się homoseksualistów. Najczęściej pod przymusem, bo chodzi o osoby bardzo młode, uzależnione materialnie i emocjonalnie od domagających się zmiany rodziców. To dla nich, dla ich obrony przed krzywdą, która spotkała autora, spisał swoje doświadczenia, obnażając absurd „leczenia” orientacji seksualnej, który nie pomaga, lecz wręcz szkodzi.

   To jednak nie koniec tej groteski.

   Trwa ona także w Polsce, gdzie również funkcjonuje przekonanie o homoseksualizmie jako wyleczalnej chorobie, podtrzymywane, według autorki wstępu, systematycznie i celowo przez Kościół katolicki. Gdzie tworzone są strony edukacyjne homoseksualizm.edu.pl, na których widnieją hasła i pojęcia prosto z traumatycznych wspomnień Garrarda. Gdzie istnieją ośrodki terapii takie, jak Odwaga w Lublinie „leczących” homoseksualistów metodami terapii podobnymi do tych stosowanych w USA, które obnażył Rafał Gębura w artykule Pacierzem w grzeszną miłość homoseksualistów oraz w rozmowie z uczestnikiem krakowskiej grupy terapeutycznej Tomaszem Pułą – Jak w Polsce „leczy się” homoseksualizm. To ważna pozycja uświadamiająca i  przestrzegająca przed popełnieniem krzywdzącego błędu wobec siebie lub bliskich o orientacji homoseksualnej. Pokazująca ostatecznie pełną miłości postawę ojca, który po wielu latach powiedział synowi to, co powinien w momencie jego coming aut’u.

   Chcę tylko, byś był szczęśliwy.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na podstawie wspomnień powstał film z Nicole Kidman i Russellem Crowe w roli rodziców Garrarda.

poniedziałek, 04 marca 2019
Pielęgniarki – Christie Watson

Pielęgniarki : sceny ze szpitalnego życia – Christie Watson
Przełożyła Ewa Borówka
Wydawnictwo Marginesy , 2019 , 320 stron
Literatura angielska

   Pielęgniarka jest ulepiona z radości i tragedii.

Tak twierdziła autorka i narratorka wspomnień o swoim zawodzie, w którym przepracowała dwadzieścia lat, dodając zaraz – Kiedy zaczynałam, sądziłam, że na zawód pielęgniarki składają się: chemia, biologia, fizyka, farmakologia i anatomia. Teraz wiem, że opieka pielęgniarska to w istocie: filozofia, psychologia, sztuka, etyka i polityka. Bardzo chciała pokazać mi tę kompilację wiedzy, ciała i ducha, namawiając – Chodźmy więc razem. Biorę głęboki wdech. Jeśli wejdziesz ze mną, zniesiemy wszystko. Weź mnie za rękę. Trzymaj mocno. Pchnijmy z całej siły drzwi i przekonajmy się, co tam zastaniemy, zmierzmy się z całą grozą i urodą życia. Złączone dłonie łatwo nie zadrżą.

   A jednak moja zadrżała!

   Nie spodziewałam się takiej huśtawki emocji, wrażeń, myśli i obrazów od zachwytu po obrzydzenie, od radości po smutek. Początek na to nie wskazywał. Wędrówkę zaczęłyśmy świtem, kiedy szybkimi krokami zmierzałyśmy prosto do szpitala, mijając nocnych imprezowiczów idących spać, jeszcze śpiącego bezdomnego w śpiworze i zmierzających w tym samym kierunku, co my, pracowników szpitala. Przyśpieszyłyśmy tuż po przekroczeniu progu poczekalni przy izbie przyjęć już pełnej pacjentów. A potem troszkę szybciej obok sklepu z pamiątkami, portierni, centrali telefonicznej, apteki prosto do pokoju socjalnego, który przypominał bardziej graciarnię z parawanem do przebrania się w szpitalny strój, niż pokój pielęgniarek. Zaskoczyło mnie jej położenie socjalne i finansowe, o którym wspomniała, a które okazało się nie tylko problemem w Polsce. Wychowując samotnie dwoje dzieci, brakowało jej na czynsz, chociaż i tak miała lepiej niż koleżanki korzystające z banku żywności i biorące kredyty chwilówki. W tym momencie opowieści była pielęgniarką ratunkową w każdej chwili gotową na sygnał pagera biec w dowolne miejsce szpitala. Z parkingiem, bufetem i klatką schodową włącznie. Wezwania do rodzącej, omdleń lub zawału serca były nie tylko okazją do pokazania systemu i procedur ratownictwa w szpitalu i jego codzienności, ale również do wspomnień od czego to pielęgniarstwo się w jej przypadku zaczęło. Jaką drogę edukacyjną musiała przejść, a potem nabrać koniecznego, brutalnego momentami doświadczenia, przyznając rację Kantowi – Nie ma wątpliwości, że cała nasza wiedza zaczyna się od doświadczenia. Dlatego o praktyce było najwięcej, ale od czasu do czasu wtrącała trochę teorii medycznej i rozważań filozoficznych na temat godności czy śmierci, cytując filozofów i autorytety medyczne.

Pędząc przez korytarze zachwycała się ich przestrzenią, a jednocześnie pokazywała plusy i minusy pielęgniarki intensywnej terapii nad noworodkiem, geriatrii, interny, psychiatrii, intensywnej opieki, chirurgii czy onkologii. W szybkim tempie kolejnych wezwań i akcji walki o życie, gdzie krew, mocz, ślina, pot, wymiociny mieszały się z kałem, a piekący smród wydzielin wyciskał łzy i wywoływał odruch wymiotny, odnajdywała godność człowieka. Ba! Pokazywała mi piękno w splątanych rurkach podłączonych do ciała człowieka i aparatury medycznej, porównując krążącą w nich krew do tańca. Dla niej to było doznanie zmysłowe, jakim jest odgłos serca, piękno błękitu i czerwieni odtlenionej i natlenionej krwi. Wzory, które malują się we wnętrzach naszych organizmów, to najcudniejsze pejzaże, jakie można sobie wyobrazić. W zaburzeniach w elektrycznej czynności serca i w przywracaniu mu prawidłowego rytmu słyszała  orkiestrę, gdzie flety grają jedno, skrzypce drugie i nikt nikogo nie słucha. Muzyka brzmi okropnie. Interwencja w postaci adenozyny lub kardiowersji elektrycznej to zawieszona w powietrzu batuta. Następuje kilka sekund ciszy, po czym wszyscy wznawiają grę, czysto i w tempie. Namacalny cud życia!

   Ta mieszanka skrajnych emocji wzmagała się!

   Zbliżałyśmy się do geriatrii, za którą czekała na nas kostnica. Zaczęłam przerywać czytanie, by ochłonąć, by uspokoić się, by wytrzeć wzbierające łzy rozmazujące litery. To tutaj, otoczone starością, obrzydliwością fizjologii ludzkiego ciała, terminalnymi chorobami, przemijaniem i śmiercią, najsilniej, najdobitniej przekazała mi wartość życia i tego, co się w nim liczy najbardziej, by spędzać życie sensownie i szczęśliwie, cenić to, co czyni nas ludźmi: nie dobra materialne, tylko miłość, dobroć, nadzieję. Ilekroć czytam tego typu opowieści ludzi związanych z życiem lub śmiercią (Bez strachu - Adam Ragiel, Magdalena Rigamonti), zawsze kończą się one apelem o docenienie kruchości życia i wzajemną miłość. Christie nie była wyjątkiem, mówiąc – Nic poza miłością się nie liczy. Mówię ci to tu i teraz, mówię o miłości do twojej żony, męża, innej ukochanej osoby, syna i córki – być może najcenniejszej – miłości do wnuczęcia. Mówię o miłości tak głębokiej, że człowiek gotów oddać za nią życie. Tak wzniosłej, że można nią przejrzeć niebiosa i wtedy nawet w nie uwierzyć. Może niektórzy z was już je widzieli. Może macie tyle szczęścia co ja. Tyle chcę powiedzieć. Kochajcie. Koniec końców liczy się tylko to. Kochajcie się.

    Przejęłam się jej dynamiczną opowieścią zwalniającą tylko przy łóżku chorego.

Jej apelem o bycie gotowym stać się podopiecznym lub opiekującym się i podczas szkolenia udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej kilka dni temu dałam naprawdę z siebie wszystko, by moi najbliżsi i młodzież, która mnie na co dzień otacza, czuli się przy mnie bezpiecznie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

niedziela, 24 lutego 2019
Becoming – Michelle Obama

Becoming: moja historia – Michelle Obama
Przełożył Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Agora , 2019 , 518 stron
Literatura amerykańska
 

   Ależ energetyzująca i motywująca jest ta opowieść!

   Autorka, pisząc swoją historię, chciała zwrócić uwagę na bardzo ważną wartość, która kształtuje nasze postawy, stawiane sobie cele oraz wymagania i ostatecznie wpływa na zadowolenie z życia. Chciała przekazać ducha walki o siebie, o własną przyszłość, o spełnianie się, które nazwała – stawaniem się. Zanim jednak mogła to wszystko skutecznie osiągnąć i pozostawić w czytelniku poczucie, że może wszystko, musiała opowiedzieć własną historię tytułowego stawania się. Nie tę z tabloidów, mass mediów czy tworzoną pod hasłem optyki patrzenia przez wyborców, ale z jej punktu widzenia, bo wszystko zależy od tego, w jaki sposób się ją opowie.

   Dlatego swoją opowiedziała osobiście.

   Właśnie opadł kurz zmian i ucichł szum mediów wokół zakończonych kadencji prezydentury jej męża Baraka Obamy. Nareszcie pojawiła się cisza i czas do przemyśleń, podsumowań, wycieczek myślami w przeszłość i spokojnego, ponownego prześledzenia jej drogi do Białego Domu jako żony prezydenta USA. Paradoksalnie miała wszystko i nie miała nic, żeby się tam znaleźć, ale to właśnie ta mieszanka sprzeczności spowodowała, że wykorzystała jej potencjał maksymalnie.

Wspominając dzieciństwo w niesławnej dzielnicy South Side w Chicago, rodzinny dom pełen miłości, wsparcia i poczucia bezpieczeństwa,

szkoły oraz uczelnie w Harvardzie i Princeton, na których zdobyła zawód prawnika, cały czas podkreślała, że niczym nie różniła się od ludzi mieszkających wokół niej. Tak, jak oni nie miała nic, ale tak, jak oni miała możliwości, które cały czas wykorzystywała dzięki ambicji i ciężkiej pracy w pokonywaniu wyzwań, ale przede wszystkim wątpliwości we własne siły i do miejsc, które próbowała zajmować. Przede wszystkim jednak dzięki motywacji wpajanej jej przez rodziców i ludzi napotykanych na swojej drodze, którzy wierzyli w nią i nieustannie powtarzali – Tak, dziewczyno, dasz radę! Dawali jej wartość, której nie można było kupić, a jednocześnie posiadał ją każdy – budujące wsparcie. Widziała jego brak wokół siebie. Chciała to zmienić. Pragnęła przekazać młodym ludziom, że przy pozytywnej motywacji ze strony innych byli w stanie osiągnąć więcej niż sami sądzili lub wmówili im inni. Zmieniła zawód prawnika na dużo mniej płatny, ale za to bardziej użyteczny społecznie. Ta chęć zmieniania świadomości ludzi znalazła zrozumienie u Bracka Obamy, który myślał podobnie, ale dużo szerzej. O swoim wyborze partnera życiowego napisała – Na dobre i na złe zakochałam się w mężczyźnie z wizją, optymiście, lecz nie naiwniaku, człowieku, który nie bał się konfliktów i którego intrygowała złożoność świata.

   Chciał go zmieniać!

   Pytał – Pogodzimy się z tym, jak jest, czy spróbujemy walczyć o świat taki, jaki być powinien? Często zadawali sobie pytania – jak zmienić rzeczywistość? W jaki sposób i gdzie każde z nas może dokonywać zmian na lepsze? Jak najlepiej wykorzystać nasz zasób czasu i energii? Brzmiało to bardzo idealistycznie, ale dokładnie ta motywacja doprowadziła ich do prezydentury. Opowieść Michelle o mozolnym, ale wytrwałym wspinaniu się Baracka Obamy na szczyt, na którym można najwięcej i najlepiej, brzmiała niczym opowieść sensacyjna.

   Autorka potrafiła przelać w nią emocje.

   Były w każdym jej przedsięwzięciu, w każdym poglądzie, każdej myśli i wewnętrznym monologu, a przede wszystkim w miłości do własnych córek i do dzieci w ogóle. One były dla niej najważniejsze podczas prezydentury męża. To z myślą o nich tworzyła projekty i programy oraz wspierała stowarzyszenia, które wspomagały rozwój i szanse najmłodszego pokolenia.

Okazało się, że nawet te wydające się tylko zabawą, jak udział w programie Carpool Karaoke, służyły wyższemu celowi. Niektóre z nich znałam z mediów, ale tutaj mogłam zajrzeć za kulisy ich organizacji. Miała o czym mówić. Może dlatego o mężu wspomina tylko wtedy, gdy jego ścieżki krzyżowały się z jej drogami wyboru i działań. Nie pozwoliła mu dominować w swojej historii, chociaż stale był obecny jako tło. Zwłaszcza gdy pomagała mu w wyborach. Tutaj również pojawiały się emocje, gdy prostowała pomówienia, zniekształcenia, nadinterpretacje, obnażała kłamstwa i półprawdy, ukazując mechanizmy gier politycznych. Ale nie tylko. Tworzyła prywatny obraz własnego małżeństwa, których, takich, jak ich, wiele i które borykają się z takimi samymi problemami, jak: wypracowywanie kompromisów, długoletnie staranie się  o dziecko, nieustanna nieobecność ojca i męża w domu lub korzystanie z terapii małżeńskiej.

   W ocenach ludzi i wydarzeń była jednak bardzo zrównoważona.

   Z wyczuciem wyuczonym przez życie na świeczniku mówiła o politykach i znanych powszechnie osobach, o własnej rodzinie, a przede wszystkim o własnym mężu, nie bojąc się krytyki. Jednak wytykane błędy i przykrości, jakie ją spotykały, przekuwała na kolejną lekcję życia. Wyjątkiem był Donald Trump, którego bardzo negatywnie oceniała. Nie bała się napisać – Donald Trump swoimi hałaśliwymi, bezmyślnymi pomówieniami narażał bezpieczeństwo naszej rodziny. Nigdy mu tego nie wybaczę. - dodając – I zawsze będę się dziwić, że tak wiele kobiet odrzuciło inną, znakomicie wykwalifikowaną kobietę, a zamiast niej na prezydenta wybrało mizogina.

   Przez cały czas opowieści obserwowałam, jak „stawała się”.

   Rozwijała się dla siebie, dla rodziny i dla innych ludzi, wykorzystując dane jej możliwości na każdym etapie życia. Nadal się staje, uważając, że ten proces ma charakter permanentny. Pokazała teorię i praktykę, wytrącając z rąk przeciwników ewentualne kontrargumenty. Po tej historii pozostawiła we mnie poczucie wiary we własne siły, możliwości i słuszność moich działań. Przypomniała mi, że wszystko zależy ode mnie i mojego myślenia. Pozostawiła mi również słowa – Możesz dokądś dotrzeć tylko wówczas, jeśli stworzysz sobie lepszy świat, choćby początkowo we własnym umyśle. Lub, jak to ujął Barack tamtego wieczora, możesz żyć w świecie takim, jaki jest, lecz wciąż pracować na rzecz świata, jaki powinien być. Potrzebowałam tych słów wsparcia, bo wierzcie mi, promocja czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży w szkole i w środowisku, to pionierska misja wyrąbywania ścieżki wśród dżungli wtórnego analfabetyzmu naszego społeczeństwa i ludzi jej przeciwnych.

   Wierzcie mi – są tacy!  

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Wysłuchaj fragmentu książki


Autorka o stawaniu się.

sobota, 09 lutego 2019
Mój piękny syn – David Sheff

Mój piękny syn – David Sheff
Przełożył Jarosław Mikos
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 448 stron
Literatura amerykańska


Na szczęście mam syna, mojego pięknego syna.

Na nieszczęście jest uzależniony od narkotyków.

Na szczęście jest na terapii.

Na nieszczęście ma nawrót.

Na szczęście jest znowu na terapii.

Na nieszczęście ma nawrót.

Na szczęście jest znowu na terapii.

Na nieszczęście ma nawrót.

Na szczęście jeszcze żyje.

   Ta gra słowna przytoczona przez autora idealnie oddaje specyfikę uzależnienia dziecka i jej wpływ na rodzinę. Przypomina spiralę, po której wszyscy staczają się w dół otchłani ciągnieni przez degeneracyjną chorobę. W tej krótkiej rymowance, którą można skandować w nieskończoność aż do śmierci dziecka, zawarte jest wszystko to, co opisał David. Ojciec uzależnionego Nica, który opowiedział swoją wersję walki z nałogiem w autobiografii Na głodzie. Wspomnienia ojca są drugą stroną tej samej historii przeżywanej tym razem przez rodzinę Nica – ojca, matkę, macochę, rodzeństwo i dziadków.

   Historią współuzależnionych.

   Autor opowiada ją linearnie. Chce, by przedstawiona chronologicznie, począwszy od narodzin Nica aż do jego ostatniego epizodu trzeźwości, posłużyła za obraz procesu, w którym można prześledzić symptomy początku uzależnienia, a potem jego powolny, ukryty rozwój aż do jawności. Mają z tego skorzystać wszyscy rodzice, którzy mogą poznać objawy fizyczne i psychiczne u dziecka zażywającego narkotyki. Zobaczyć, jak podstępnie uzależnienie wkrada się w życie rodziny i przejmuje nad nim kontrolę. Uczulić na pojawienie się reakcji wyparcia, kłamstwa i manipulacji ze strony dziecka. Pokazać rozdwojenie osobowości dziecka na kochające i agresywnego obcego. Opisać własny stan emocjonalny jako rodzica i typowe reakcje od wyparcia prawdy poprzez racjonalizację i poczucie winy aż do akceptacji uzależnienia dziecka, zmuszającej do działania. Do zrozumienia i zaakceptowania ważnej myśli – można kochać dziecko stracone prawdopodobnie na zawsze. Dlatego opisuje najważniejsze zdarzenia kształtujące i mające wpływ na rodzinę. Te dobre, te złe i te żenujące, których wstydzi się do dzisiaj i nie powtórzyłby ich nigdy więcej. Przede wszystkim jednak przekazał piekło bezsilności wobec niszczącego wszystkich nałogu. Stale obecnej udręki, rozbicia i ataków paraliżującej paniki. Niepewności co jest prawdą, a co kłamstwem. Niepokoju co realne, a co surrealne. Co normalne, a co horrendalne. Koszmarnego, wyczerpującego psychicznie lęku o życie dziecka, któremu ulgę przynosi jego... areszt. Paradoksalnie jedyne miejsce dające poczucie, że w tym miejscu dziecko jest bezpieczne i kojącą świadomość wiedzy, gdzie jest, z kim i co robi. Swój stan porównuje do żałoby po tej części osoby, którą zabrał nałóg.

   Podważa przekonanie o konieczności sięgnięcia dna przez uzależnionego.

   Nie pozwala na to synowi. Przeciwstawia się mu czynnie, stosując negowaną przez wielu metodę interwencji i szukając bezustannie pomocy w ośrodkach, namawiając do rozmów, starając się nawiązać kontakt, patrolując ulice w poszukiwaniu syna i nieustannie skłaniając do leczenia. W jego przypadku ta strategia sprawdziła się.

   Autor nie skupia się tylko na sobie i rodzinie.

   Szokująca informacja, jaką otrzymał w jednej z uczelni – Narkotyki są wszechobecne w każdym kampusie uniwersyteckim w Ameryce, w każdym mieście, więc młody człowiek musi nauczyć się żyć wśród nich. – sprawia, że swoje wspomnienia wyposaża w ważne treści dotyczące narkotyków. Najwięcej uwagi poświęca najgroźniejszemu z nich – metamfetaminie. Podaje powody i przerażające statystyki – procent uzależnionych, zgonów, chorób psychicznych i miliardy dolarów przeznaczanych na leczenie uzależnień i ich następstw, a nawet degradacyjny wpływ produkcji metamfetaminy na środowisko, o czym usłyszałam tutaj po raz pierwszy. Krytykuje politykę antynarkotykową Baracka Obamy i Donalda Trumpa, która czyni metamfetaminę narkotykowym problemem numer jeden w Ameryce, a problemy z nią związane przygniatają obecnie amerykański system wymiaru sprawiedliwości, polityki społecznej i opieki zdrowotnej. Wskazuje na palącą potrzebę walki z jej epidemią wzorowanej na wojnie z rakiem. Omawia socjalny system pomocy dla rodzin uzależnionych – mityngi, grupy wsparcia i terapie. Podsuwa rodzicom również mnóstwo podpowiedzi i rad motywujących, ale i ostrzeżeń przed błędami, które on popełnił.

    Tworzy przejmujący obraz wyczerpującej i wyniszczającej, ale zaciętej walki współczesnej rodziny dotkniętej uzależnieniem, które może przydarzyć się każdej innej. Każdej - ten wniosek, jaki sam się nasuwa, jest najbardziej przerażający, bo jeśli chodzi o uzależnienie od narkotyków, jesteśmy równi – to nieszczęście dotykające absolutnie wszystkich, bez względu na sytuację ekonomiczną, wykształcenie, rasę, pochodzenie geograficzne, QI czy inne okoliczności. Prawdopodobnie zbieżność czynników – silne, ale nieznane jeszcze, połączenie własnej biologii i wychowania – może, ale nie musi, prowadzić do uzależnienia. Dlatego jego opowieści powinni wysłuchać wszyscy, którzy wychowują dzieci i młodzież.

   Wszyscy rodzice, bo dobrze wiemy, że możemy być tylko tak szczęśliwi, jak nasze najbardziej nieszczęśliwe dziecko.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącym z książki.

Mój piękny syn [David Sheff]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Na podstawie wspomnień ojca i syna powstał film, który w styczniu wszedł na ekrany kin.

czwartek, 07 lutego 2019
Na głodzie – Nic Sheff

Na głodzie: moja historia walki z nałogiem – Nic Sheff
Przełożyła Dorota Pomadowska
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 384 strony
Literatura amerykańska

   Uwielbiałem narkotyki, to, co ze mną robiły. [...] Nie chciałem z tego zrezygnować.

   Wyznał na kartach tej książki dwudziestodwulatek. Autor i narrator własnych przeżyć na sinusoidzie ćpania i trzeźwienia. Zaczął palić marihuanę, gdy miał dwanaście lat. Potem sięgnął po narkotyki twarde i alkohol. Pierwszy raz do ośrodka odwykowego trafił jako osiemnastolatek. Swoją historię uzależnienia nazwał walką z nałogiem, którą ujął w 642 dniach. W ostatnich niepełnych dwóch latach przed kolejną terapią w ośrodku, którą zakończył gotowością do życia w trzeźwości. W tak krótkim czasie ujął moment przerwania odwyku i powrotu do nałogu oraz ponowny powrót na terapię. To wystarczyło, żeby pokazać chwiejność, niepewność i nieprzewidywalność postawy uzależnionego. Jego bardzo silną chęć zażywania, by uwolnić się od poczucia odizolowania, odnaleźć szaleństwo i autentyzm na granicy śmierci i życia, by otrzymać instrukcję jego obsługi.

   A przecież miał ją w ręku!

   Był bardzo kochającym bratem, który uwielbiał swoje młodsze rodzeństwo z wzajemnością. Podziwiał i szanował swoją macochę. Świetnie dogadywał się z ojcem, z którym spędzał mnóstwo czasu na wspólnych wypadach, zajęciach i dyskusjach. Był lubiany w szkole, w której osiągał bardzo wysokie wyniki w nauce. Mógł wybierać w kolejnych szkołach i uczelniach. Rozwijał swoje pasje sportowe, muzyczne i dziennikarskie w zajęciach pozalekcyjnych. Miał nawet pierwsze sukcesy. A wszystko to osiągał, paląc systematycznie marihuanę, upijając się i biorąc metamfetaminę i jej podobne. Był odporny na rozmowy z rodzicami, psychologami, psychoterapeutami, trenerami z programu dwunastu kroków ukazujących złą stronę używek. Widział dysonans poznawczy w tym, o czym mówią a tym, co narkotyki mu dawały – przyjemność! Dokładnie przed tym przestrzegał w działaniach profilaktycznych Robert Palusiński w swojej publikacji Narkotyki - przewodnik. Próby pomocy ze strony bliskich i profesjonalistów zmieniły tylko jego przekonanie o kontroli nad nałogiem na przyznanie się, że jest narkomanem.

   Szczęśliwym narkomanem!

   Kwitował to jednoznacznym stwierdzeniem – Jestem narkomanem i co mam na to poradzić? Ćpać, tak? Ćpać, dopóki skrzydła nie opadną. {...} Taak, zdecydowanie jestem uzależniony od narkotyków, ale, hmm, dobrze mi z tym. Wiem, że to się źle skończy, ale muszę się sam o tym przekonać.

   Do tego momentu książka może być niebezpieczna dla młodego odbiorcy, bo pokazuje, że można brać i jednocześnie normalnie funkcjonować, wywiązywać się z obowiązków, a nawet osiągać sukcesy. Żyć tak, jak chciałoby wielu – na przyjemnym luzie, jakim daje haj. Jednak najcenniejszym w tej autobiografii jest jej druga część. Odwrotna strona medalu, pokazująca moment, w którym Nic osiąga dno. To dno, którego większość uzależnionych musi dotknąć, by się od niego odbić. To dno, o którym sam chciał się przekonać. Dla Nica nie było nim okradanie rodziny i znajomych, pobicia, prostytucja, grabieże, rozboje, fałszerstwa, włamania, areszt, przedawkowanie i pobyt na oddziale ratunkowym. Nawet nie koszmarne skutki fizyczne i psychiczne nałogu. Tym dnem była utrata euforii, przyjemności, technikoloru i poczucia, że możesz wszystko, na rzecz doznań negatywnych, o których napisał – Czuję się, jakby w moim żołądku płonęło siedem świec. Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem. Siedem świec pali się i dymi, siedem płomieni zwątpienia, lęku, żalu, bólu, straty, beznadziei, rozpaczy. Spopielają wnętrzności i pokrywają je sadzą. Na dnie moich oczu tli się coś, wciąż narastająca presja, paląca niczym płomienie tych siedmiu świec, której nie ugasi żadna ilość oddechów.

   Żadna ilość narkotyku!

   Co nie przeszkadzało mu po okresach trzeźwości dziwić się – Nie wiem, jak mogłem ponad rok wytrzymać bez ćpania. Ale właśnie o to chodzi w tej historii – pokazać pułapkę uzależnienia. Jego przyjemny początek, a potem cierpienie niemożności wyjścia z tego schizofrenicznego obłędu. Nic skupia się przede wszystkim na własnych przeżyciach, doświadczeniach, relacjonowaniu faktów, opisach sytuacji wynikających z jego wyborów, poszukiwaniu wyjścia z uzależnienia i korzystania z okazji wejścia do niego z powrotem. Piekło huśtawki nastrojów, odczuć i uczuć.

   Totalną bezradność i zagubienie.

   Nic nie szuka przyczyn, nikogo nie obwinia, skupiając się tylko na sobie. Wędrując ścieżkami Nica widziałam, jak łatwo zdobyć marihuanę, heroinę, kokainę i metamfetaminę pod każdą postacią. Jak zmienia myślenie i wydobywa z fajnego dzieciaka, agresywnego chłopaka. Jak w miejscu wartości moralnych człowieka pojawia się atawistyczny instynkt przetrwania narkomana. Jak łatwo manipuluje się i okłamuje wszystkich dookoła, będąc stale na haju. Jak w powszechnym użyciu są narkotyki wśród amerykańskiej młodzieży i ludzi show-biznesu, wśród których poruszał się Nic. Jak ogromną rolę pełni rodzina w wydobywaniu z nałogu uzależnionego, który na późniejszym etapie brania zapada na psychozę maniakalno-depresyjną, odbierającą resztki narzędzi wolicjonalnych do walki z nałogiem. Nieustannej walki do końca życia, które przegrała Christine F. autorka My, dzieci z dworca ZOO i o które nadal walczą Łukasz Grass autor autobiografii Najlepszy i James Frey autor wspomnień Milion małych kawałków i wielu, wielu innych.

Przede mną druga strona tej historii opowiedziana przez ojca Nica.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem [Nic Sheff]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autor o swoim uzależnieniu.

niedziela, 03 lutego 2019
Amerykańska księżna – Virgilia Sapieha

Amerykańska księżna: z Nowego Jorku do Siedlisk – Virgilia Sapieha
Przełożyła Ewa Horodyska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 300 stron + 12 stron zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  amerykańska

   ...z naszego małżeństwa tak naprawdę nie cieszył się nikt prócz nas dwojga.

Tak o zawartym w Londynie 30 czerwca 1933 roku napisała w swoich wspomnieniach autorka. Dziewięć lat trwały gorączkowe wymiany listów, poglądów i sprzeciwów popartych argumentami między obiema rodzinami. On był zależny finansowo i niegotowy na małżeństwo, którego nie życzyła sobie rodzina Sapiehów. Ona zbyt młoda, a Polska zbyt odległa według amerykańskiej rodziny Petersonów. Młodych dzieliło wszystko, ale łączyła miłość. Byli w sobie zakochani. Z jej strony widać to było w uległości wobec decyzji i wyborów męża oraz w całkowitym podporządkowaniu się jego planom zawodowym. Jeździła, nie narzekając, wszędzie tam, gdzie obejmował posadę. Na początek do  małego miasta na Górnym Śląsku, potem do Warszawy, by tuż przed wybuchem II wojny światowej osiąść w rodzinnym majątku Sapiehów, w Siedliskach niedaleko Lwowa.

   Wspomnienia opisujące sześcioletni pobyt w Polsce w okresie dwudziestolecia międzywojennego wydane po raz pierwszy w USA przyniosły jej popularność oraz krytykę ze strony Polonii – przeczytałam we wprowadzeniu autorstwa Adama Safaryjskiego. Syn Marii Kuncewiczowej po przeczytaniu wręcz wyrzucił je w złości do oceanu.

   Byłam ciekawa, jak ja je przyjmę.

   Jako Polka z XXI wieku, której wiedza zaczerpnięta z wielu opracowań pozwoliła wypracować spory dystans. Początkowo czytałam je z zachwytem, mimo ogromnej krytyki ówczesnych realiów. W poglądach nie istniał między nami czas. Myślę, że ówczesną Polskę odbierałabym dokładnie tak samo. Wyraźnie widziałam w Virgilii kobietę nie z tej epoki, nie z tego czasu i nie z tego kraju. Podobało mi się to „współczesne” spojrzenie z boku. Bardzo uważne i wychwytujące kontrasty oraz różnice istniejące między warstwami społecznymi, podkreślające tragiczne położenie chłopów, specyficzną mentalność ludzką pełną uprzedzeń i stereotypów, a nawet zabobonów. Opowiadała otwarcie  o tym, co przeżyła, czego doświadczyła, czego była uczestnikiem lub świadkiem. Jak po latach stwierdziła w swojej autobiografii, iż nie pisała wtedy nieprawdy ani nie wyjawiała sekretów – opisała tylko to, co sama widziała. Bez narzuconych własnych emocji, którymi polscy pamiętnikarze często zaciemniali i zniekształcali obraz rzeczywisty lub obiektywną prawdę. Autorka pokazała mi polską arystokrację oraz przedwojenną wieś takimi, jakimi były ówcześnie w fascynującej gamie obrazów bez upiększeń, z których najbardziej wstrząsnęła mną dramatyczna sytuacja dzieci chłopskich, katastrofalny stan ich zdrowia, seksizm w rodzinie wobec dzieci, bardzo niski poziom higieny oraz beznadziejne życie bez perspektyw na przyszłość i brak jakichkolwiek możliwości wyjścia z tego położenia. Jak zauważyła autorka – Nikt tu nie zdawał dzieciom pytania, które w Ameryce jest na porządku dziennym: „Kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz?” Polska była republiką, ale nie istniała w niej równość szans. W tych wspomnieniach mocno odczuwałam ogrom zacofania społecznego na wsi i przyczynę późniejszej podatności chłopów na reformy agrarne parcelujące ziemię polskiego ziemiaństwa. Wystarczy porównać dom Sapiehów z chatą chłopską.

Pomoc humanitarna i działalność profilaktyczna wśród mieszkańców wsi, w którą włączała się autorka, była niewystarczająca. Zaskoczyła mnie też nieświadomość arystokracji położenia chłopów, a może totalne zaślepienie na bliską rzeczywistość. Za to otwartą na daleką, amerykańską, w której rozbieżność między bogatymi a biednymi dostrzegali, wręcz czyniąc z tego potępiający Amerykanów zarzut! To nie są wnioski autorki. Ona tylko pozwalała mi je sama wysnuwać. Nie ferowała we wspomnieniach własnych opinii. Operowała przede wszystkim faktami, konkretnymi dialogami i sytuacjami, którym oddawała głos.

   Podsumowania i konteksty narzucały się same!

   Jednak im bliżej byłam końca w tym chłodnym podejściu do opisywanej rzeczywistości, zauważyłam dominację tylko jednego kierunku spojrzenia – obiektywnie, ale bez entuzjazmu, jeśli nie momentami pesymistycznie. Tym punktem krytycznym, po którym zweryfikowałam jeszcze raz przeczytane wspomnienia, było zdanie o nadejściu smutnej pory roku... wiosny! Wniosek był jeden – autorka właściwie niczym nie zachwyciła się w swoich wspomnieniach. Nie napotkałam ani jednego opisu chociażby uwielbienia dla przyrody, której urok jest ponad wszystkimi podziałami. Dużo racji miała teściowa autorki, Matylda Sapieżyna tak tłumacząca obcość w postawach i poglądach synowej – Umysł Gilly, jak u większości Amerykanów, był wyłącznie skierowany ku przyszłości i teraźniejszości, z największym podziwem dla nowoczesnych osiągnięć w każdej dziedzinie. To podejście idealnie odzwierciedla krótki dialog z kuzynką męża:

- Cóż jest lepszego – spytała z naciskiem – niż umrzeć za ojczyznę?

- Być może żyć dla niej? – odparłam.

Tak symbolicznie oddana przepaść światopoglądowa między Polakami a Amerykanami u progu wybuchu kolejnej wojny była nie do zasypania!

   Jednak nie uogólniałabym postawy autorki na wszystkich Amerykanów. W dużej mierze jej zachowanie i postawy były podyktowane indywidualnymi cechami charakteru. Nie była radosną, optymistyczną, spontaniczną i ciekawą inności kobietą. Nie potrafiła czerpać przygody z wyjątkowości swojego położenia tak, jak to robił amerykański ambasador Hugh S. Gibson (Amerykanin w Warszawie). Może dlatego, po wyjeździe z Polski w pierwszych dniach wybuchu wojny, małżeństwo nie przetrwało. Pozostawiła, nam Polakom, cenny obraz międzywojennej Polski widzianej oczami osoby z zewnątrz, zdystansowanej, szczerej i jednak do końca obcej.

   I właśnie dlatego bardzo ciekawy!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 13 stycznia 2019
Mrówka w słoiku – Polina Żerebcowa

Mrówka w słoiku: dzienniki czeczeńskie 1994-2004 – Polina Żerebcowa
Przełożyła Agnieszka Knyt , wiersze Michał B. Jagiełło
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 616 stron + 16 stron zdjęć
Seria Oblicza XXI Wieku
Literatura  czeczeńska

   Posłuchaj księżniczki Budur ze strasznej bajki o Groznym...

Nie, dawno, dawno temu, ale tu i teraz. Nie za siedmioma morzami, ale kilkaset kilometrów dalej na południe. O mieście ruin wzniesionych przez wojny. Pójdziesz na prawo: zginiesz! Pójdziesz na lewo: nic nie znajdziesz! A jak zostaniesz: stracisz wszystko! Gdzie najeźdźcy popełniają zbrodnie, kierując się przykazaniem – wojna zmyje wszystkie winy, a obrońcy z kolei – zemsta, zemsta i jeszcze raz zemsta!. Gdzie głód zmusza do jedzenia trawy i dzikiego czosnku zbieranych obok leżących trupów, obgryzionych do bielejących kości przez równie głodne psy, koty i szczury. Gdzie nienawiść pożera przyjaźń, współczucie i życzliwość, aż wszyscy sąsiedzi, znajomi, a nawet bliscy stają się wrogami. Gdzie śmierć bez znieczulenia wycina z teraźniejszości ostrym nożem przyjaciół, bo bywa i tak, że jedni zabijają drugich. Za nic. Tak po prostu. Gdzie „wszystko jest płynne. Każdy może być i nikczemny, i szlachetny (jednocześnie!).” Gdzie od kuli, bomby, odłamka, noża, siekiery można umrzeć na targu, ulicy lub we własnym mieszkaniu albo być porwanym, pobitym lub zabitym, bo twoje organy mogą się przydać innym, a ciało zaspokoić żądze. Gdzie pośród gruzu domów i wraków dusz ludzkich rósł piękny, wrażliwy i delikatny kwiat, chroniący w sobie to, czego nie było już wokół – miłość, dobroć, współczucie, sprawiedliwość i prawdę.

   Tym bajecznym kwiatem była dziewczynka.

Polina, która zaczęła snuć swoją „bajkę o Groznym” mając 9 lat tuż przed rozpoczęciem pierwszej wojny rosyjsko-czeczeńskiej w 1994 roku. Dorastała w w trakcie drugiej w 1996 roku i trzeciej, która przyszła jesienią 1999 roku. Miała wtedy 14 lat. Grozny udało jej się opuścić w 2014 roku mając lat 19, nerwicę, chore serce, żołądek, wątrobę i rany nóg po odłamkach bomby. Wszystko, co widziała i przeżyła zapisała w zeszytach, które zabrała ze sobą.

Początkowe wpisy były rejestracją otaczającej ją rzeczywistości. Najważniejszych wydarzeń z życia miasta, bloku i własnej rodziny oraz potrzeby pokoju. Ten temat przewijał się w wyrażanych pragnieniach, wymyślanych bajkach, życzeniach mających odczarować świat wokół oraz we własnych wierszach, które również zapisywała w dziennikach:

Przez całe życie chcę

Jak w bajce

Przestrzenie oceanu pruć,

I wolną być,

I wolność czuć.

 

Do tajemniczej dotrzeć wyspy,

Co szmaragdowe brzegi ma,

Gdzie przyjaciółmi są mi wszyscy

I pokój, zawsze pokój trwa!

A to jego, na przekór rzeczywistości, kolorowy oryginał - Marzenie.

Z czasem z etapu pytań o sens wojny wraz z wiekiem przeszła do pytań o własną, skomplikowaną tożsamość, pisząc – Z powodu nazwiska wielu uważa nas za Rosjanki. Ale czy można to jednoznacznie rozsądzić? Matka mojej mamy była Rosjanką. Ojciec mamy - Kozakiem dońskim. Matka mojego ojca – polską Żydówką. Ojciec ojca – Czeczenem. W rodzie mamy byli Tatarzy, Gruzini, Osetyńcy, Ormianie, Ukraińcy, Czerkiesi. W rodzie ojca byli Francuzi, Hiszpanie, Polacy, Czeczeni. Kto sprawdzi skład mojej krwi kropla po kropli? Zaczęła podważać podziały w swojej ojczyźnie - Czeczenii. Unieważniała granice wyznaczane przez nazwisko, narodowość, rasę, pochodzenie. Miała ochotę krzyczeć – Ja nie jestem ani z wami, ani z nimi! Jestem zwyczajnym człowiekiem! Wszystko mi jedno do jakiego należycie narodu! Ważna jest dla mnie sprawiedliwość, a nie długość nosa czy kolor skóry! Uznając śmierć za swoją nieodłączną towarzyszkę, chciała chronić życie i je ratować, bo ochrona życia to najlepsze. Co można robić na Ziemi. Nikt nie ma prawa zabijać! Zaczęła również rozumieć, że wszystko to służy walce o dostęp do ropy. W morzu nienawiści próbowała wydeptywać własne ścieżki prawości, życzliwości, miłości, uczciwości, prawdomówności i wstrzemięźliwości seksualnej. W wieku 13-14 lat jej koleżanki stawały się żonami i matkami. Narażała się przez to na ciągły ostracyzm społeczny i niebezpieczeństwo śmierci.

   A mimo to była w tej postawie niezłomna i bezkompromisowa.

   Czytając dzienniki tej wyjątkowej dziewczynki, a potem dorosłej w ciele nastolatki, próbowałam znaleźć czynniki, które uchroniły ją przed powszechną w jej środowisku  demoralizacją młodzieży. Wręcz wzmocniły nietypową postawę dobroci, wrażliwości i współczucia dla ludzi i zwierząt. Brałam pod uwagę cudowną zdolność przystosowawczą dzieci do warunków zastanych i zmiennych, ale inne dzieci, zdeprawowane i powielające negatywne wzorce dorosłych, takie nie były. Matka również nie była dla niej wsparciem. Sama zniszczona psychicznie przez wojnę, z nerwicą i depresją, dostarczała dodatkowych cierpień dziewczynie. Bita, wyszydzana, poniżana, wyganiana z domu, rozumiała agresywne zachowanie matki i opiekowała się nią, handlując, zdobywając żywność, pracując i w międzyczasie... ucząc się!. Mimo że zabijała w córce to, co Polina miała najcenniejszego – przebogaty świat wewnętrzny, który potrafiła opisać słowami.

   W tym sensie była przeraźliwie samotna.

   Tym, co ratowało piękno duszy i myśli Poliny okazała się literatura. Dziewczyna od najmłodszych lat dużo czytała. Autorytetów i drogowskazów w wyborach i postępowaniu szukała w twórczości Osipa Mandelsztama, Aleksandra Błoka, Michaiła Lermontowa, Aleksandra Dumasa, Romaina Rollanda i wielu, wielu innych. Twórczość Lwa Tołstoja i Williama Szekspira znała na pamięć! Uciekała w ten świat podczas kanonady ogniowej. Recytowała w myślach wiersze, powieści i dramaty podczas chwil zagrożenia. W koszmarnym huku ostrzału jej mieszkania rodziła się jej własna poezja. Między innymi ten wiersz z 31 października 1999 roku:

Pamiętasz nasz Grozny w dniach bitwy,

Gdy strzelał śmigłowiec seriami,

A dzieci nad kotkiem zabitym,

Wśród kul zalewały się łzami?

Próbowała również w swojej rzeczywistości odnaleźć Boga, czytając Biblię, Koran i literaturę na temat buddyzmu, by dojść do wniosku, że religie, które tak bardzo dzielą ludzi, wszystkie one są na swój sposób dobre, tylko ludzie źle wypełniają przykazania Boże.

   Czytała i pisała, by uratować się.

   Początkowo notowanie dawało jej poczucie bezpieczeństwa, pisząc – Nie wiem, w jaki sposób przyjdzie po mnie śmierć, i nie boję się tylko wtedy, kiedy piszę. Z czasem nabrała przekonania o sensie swojego istnienia właśnie w Groznym, odnotowując – Na planecie Ziemia pojawiłam się, żeby być świadkiem. Widocznie to moja karma. Jestem świadkiem, nie uczestnikiem. W takiej roli jest mi trudniej. To znaczy, że powinnam wszystko zapisywać. Utrwalać historię. Nie wiem, czy czytelnicy zrozumieją sens tych moich zapisków: tych, którzy czynią zło, okalecza ono bardziej niż tych, którzy są jego ofiarami.

   To jedno w wielu przesłań tych dzienników.

   To spojrzenie dziecka o starej duszy z epicentrum piekła wojny jest dla mnie uzupełnieniem obrazu Czeczenii poznanej z opowieści dorosłego mężczyzny Jestem Czeczenem Germana Sadułajewa i czeczeńskiego lekarza Khassana Baieva Przysięga. Chirurg na wojnie. W Polsce wspomnienia Poliny ukazały się po raz pierwszy w 2017 roku w formie spektaklu teatralnego Dziennik czeczeński Poliny Żerebcowej w wykonaniu Andrzeja Seweryna, w reżyserii Iwana Wyrypajewa.

Teraz jest możliwość poznania całego dziennika dzięki opublikowaniu go przez Ośrodek Karta w serii Oblicza XXI Wieku, która przybliża „punkty zapalne” świata współczesnego widziane oczami ich świadków.

   Dzienniki Poliny to nie bajka, to nasz świat tu i teraz.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Warto wysłuchać wywiadu z Andrzejem Sewerynem, wykonawcą spektaklu.

sobota, 05 stycznia 2019
Miasto utracone – Michael Wieck

Miasto utracone: młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina – Michael Wieck
Przełożyła Magdalena Leszczyńska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 336 stron + 20 stron zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Niemcy
Literatura  niemiecka

   Königsberg – Kaliningrad, a po polsku Królewiec.

   Już ta zmienność nazw miasta najpierw w Prusach Wschodnich, potem w ZSRR, a obecnie w Rosji, sugeruje jego niespokojne dzieje.

Świadkiem tych zmian był chłopiec, który urodził się w 1928 roku w Königsbergu, a opuścił Kaliningrad w 1948 roku jako nastolatek. Z tego okresu aż piętnaście lat życia określił mianem piekła z kręgami schodzącymi w dół skali coraz dotkliwszego cierpienia, eskalacji zniewolenia, prześladowań, dyskryminacji, nędzy i zagrożenia życia.

   Pierwszy krąg to był narastający nacjonalizm i antysemityzm przedwojenny, a potem okupacja niemiecka. Od tych najwcześniejszych wspomnień autor rozpoczął opis lat dziecięcych, będących kontrastem dla czasów zniewolenia zarządzeniami niemieckimi. Podkreślał przede wszystkim absurdalność własnego położenia i sytuacji z tym związanych. Był dzieckiem ewangelika i Żydówki, wychowywany w wierze mojżeszowej. Jego kuzynkę, znaną aktorkę, gościł u siebie Hitler, odwiedzał go przyrodni brat, oficer Wermachtu, a on sam nosił żydowską gwiazdę wykluczającą go ze społeczeństwa. Piętno wskazujące go na wyeliminowanie z ludzkości w ostatecznym rozwiązaniu „kwestii żydowskiej”. Jak sam napisał – Dla mnie, lubiącego zabawę i cieszącego się życiem chłopca, była to sytuacja paradoksalna – z jednej strony byłem krewnym podziwianych osobistości, z drugiej zaś należałem do osób oficjalnie wyklętych. Przeżył ten krąg osaczenia, głodu i śmiertelnego niebezpieczeństwa pomimo kilkuset antyżydowskich zarządzeń, z których tyko 250 wprowadzono zanim wybuchła wojna. By wejść głębiej w piekło i znaleźć się w kręgu drugim – walk o Königsberg. Oskarżając bezsensowność obrony pochłaniającej tysiące ofiar, przeżył straszliwe naloty bombowe, w których Rosjanie użyli bomb zapalających wywołujących burze ogniowe, a które pozostawiły po sobie setki tysięcy trupów i 50% zgliszczy.

   Jeszcze głębiej, w krąg trzeci wkroczył wraz z zajęciem przez sowietów miasta. Pod ich zarządem nie był Żydem, lecz Niemcem. I tak też go traktowali. Z nienawiścią i pogardą. Podekscytowani do granic, rozswawoleni w swojej radości ze zwycięstwa, zadziwieni pełną luksusowych urządzeń cywilizacją, pijani, bez kontroli i bez żadnych hamulców szli za głosem popędów, obojętnie, czy chodziło o seks, władzę, posiadanie, żarcie, chlanie czy mord; nie obawiali się przy tym żadnej kary czy innych konsekwencji. Przez przypadek trafił do obozu koncentracyjnego, w którym nie był w stanie udowodnić, że nie jest nazistą, nie służył w niemieckim wojski i nie należał do Werwolfu. Nic poza tym ich nie interesowało, o Żydach i żydowskim losie nie chcieli słuchać. Obóz opuścił w koszmarnym stanie, nie mogąc przejść nawet 500 metrów do miejsca zamieszkania rodziców. By przeżyć, kradł, włamywał się, handlował skradzionym towarem, poszukiwał resztek jedzenia w ruinach i wykonywał prace nakazaną – stolarza, elektryka i grabarza zmarłych znajdywanych w ruinach. Musiał pokonać też choroby – tyfus, świerzb, złamania, a nawet malarię.

   Był zaszczutym zwierzęciem wśród drapieżników czasu kanibalizmu.

   Jego wspomnienia, ułożone rozdziałami chronologicznie, koncentrowały się na jednym, ważnym wydarzeniu, wokół którego budował obraz przeżyć. Mając świadomość, że nie do końca wyczerpał tą metodą zasoby pamięci, uzupełnił je luźnymi skojarzeniami i nawiązaniami umieszczonymi na końcu książki, pokłosiem reakcji czytelników na pierwsze ich wydanie oraz swoimi odpowiedziami na nie, a także fotografiami. Powoływał się również na raporty i wspomnienia innych świadków tamtych wydarzeń – lekarza, dowódcy obrony Königsbergu czy niemieckich oficerów.

   Autor nie ograniczył się tylko do opisów przeżyć, widzianych obrazów i skrajnych emocji, których był narratorem już jako człowiek dorosły. W wyjątkowych, ważnych dla niego momentach, przechodził do narracji teraźniejszej tak, jakby na nowo przeżywał ich brzemię i wymiar nieszczęść. Bagaż, który musiał dźwigać na kruchych, dziecięcych barkach w trosce o siebie i swoich rodziców, a który rozładowywał muzyką. Pomimo grozy wokół, słuchał jej i ćwiczył grę na skrzypcach. Talent odziedziczył po rodzicach, obojgu zawodowych muzykach. Wrażliwość, którą muzyka go obdarzała, była źródłem wytchnienia i wsparciem psychicznym, ale i wadzenia się z Bogiem. W efekcie tych „rozmów” odszedł od praktykowania wiary mojżeszowej, uznając za swoją filozofię Barucha Spinozy. Przez cały czas weryfikował wartości kodeksu moralny z życiem, w którym ojciec-moralista potępiał jego złe uczynki – kradzieże, oszustwa i włamania. Dla mnie były to bardzo ciekawe momenty i bezpośrednie doświadczenie dokonywania przez człowieka uwikłanego wyborów między teorią skazującą na śmierć a praktyką dającą szansę na przeżycie w warunkach skrajnych. Autor stale poszukiwał odpowiedzi na coraz liczniejsze pytania – Komu jednak bywa dane osiągnąć poziom swoich mistrzów? (...) ...czy wzniosłe ideały mają rację bytu w każdej sytuacji życiowej? Czy w naszym ekstremalnym położeniu nie potrzeba innych wytycznych? Czy było szlachetniej i właściwiej umrzeć, nie robiąc nic, czy przeżyć, kradnąc?

   Cudem przeżył z rodzicami te trzy kręgi piekła.

   Jak każdy świadek tak ekstremalnych  wydarzeń. Trudność autora polegała na podwójnej roli ofiary nazizmu i komunizmu. Sam nie potrafił tego wytłumaczyć, pisząc – Hitler chciał uczynić Europę wolną od Żydów, Stalin – Prusy Wschodnie od Niemców. Jednak i tak nie da się porównać jednego z drugim. To, że zdołałem przeżyć działania ich obu, wydaje mi się niepojęte. Ale to dzięki tym wspomnieniom, ja, człowiek współczesny, mogę być po obu stronach opisywanych wydarzeń – ofiary i kata. Ludności cywilnej i żołnierzy sowieckich, których wspomnienia czytałam wcześniej w Sołdacie Nikołaja Nikulina i Pruskich nocach Aleksandra Sołżenicyna. Ten wspólnie zbudowany obraz pozwolił dostrzec mi bezsilność jednostki uwikłanej w tragizm wydarzeń historycznych. Bezradnej wobec zmian, ale i zmieniającej się pod ich wpływem. Autor w swoich rozważaniach moralnych doszedł do takiego samego wniosku, jak wielu mu podobnych w opisywanych doświadczeniach – ...postulat miłości – tak wówczas, jak i obecnie zbyt rzadko realizowany – także w moim przekonaniu był i pozostanie jedynym kluczem do pokoju. To przede wszystkim przesłanie zmarłych, którym poświęcona jest ta książka.

   Autor użyczył im tylko głosu.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 23 grudnia 2018
Dzienniki: tom IV 1920-1930 – Michał Römer

Dzienniki: tom IV  1920-1930 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta ,
2018 , 668 stron
Seria Świadectwa XX Wiek:
Polska
Literatura polska

   Oj, Panie Michale, co u Pana słychać, bo ja stęskniłam się za Panem bardzo!

   Z takim westchnieniem, które brzmi, jak początek listu z przeszłości, powitałam czwarty tom dzienników człowieka wyjątkowego, o którym wielka historia milczy, a który życie poświęcił dla dobra kraju i jego ludu. Po kilkunastu latach towarzyszenia autorowi w jego życiu (tom 1, tom 2 i tom 3), można zacząć traktować go, jak dobrego znajomego. Może nawet więcej – kogoś bardzo bliskiego. Myśli w nich zawarte są tak bardzo intymne, że czynią ze mnie zaufanego powiernika emocji, wrażeń, myśli, dylematów, rozterek i uczuć. W tym tomie również odebrałam ich mnóstwo, dlatego autor wyraźnie zastrzegł sobie czas ich publikacji po śmierci jego i współczesnych mu osób. Miał świadomość przemijania, upływu czasu, odchodzenia na zawsze ludzi mu bliskich ze świata polityki i rodziny. Od czasu do czasu wspomina swoją Aninkę, którą nazywa miłością życia. Po jej śmierci do 1930 roku nie pokochał innej, chociaż związał się z Jadwigą. O dwadzieścia lat młodszą służącą. Odnowił również stosunki z  żoną Reginą, mającą nadzieję na jego powrót, która nie widziała, że uczynił to tylko ze względu na stosunki ojcowskie ze swoim jedynym dzieckiem – córką Celiną. Nie bardzo zachwycony jej urodą, widząc ją pierwszy raz po kilkunastu latach nieobecności w jej życiu. Był estetą i przywiązywał wagę do urody otoczenia i ludzi, pięknie oddając ich rysy, fizjonomię, styl ubierania się, a nawet sposób poruszania się. Najbardziej ubawiłam się przy charakterystyce stylu chodzenia Litwinów, który przypominał mi sceny z Monty Pythona. Natomiast opisy krajobrazów, pór roku, przyrody czytałam sobie po kilka razy, ciesząc zmysły ich plastycznością i pięknem wsi dawnej, obrzędów, strojów, ale i emocji oddanych w pomrukach toczących się walk wojsk idących na Warszawę z nutą refleksji nad śmiercią i bezsensem przemocy  zapisanych  16 czerwca 1920 roku – Powietrze ciche, tylko brzęk owadów, to znów głos ptaszka, od dworu – wołanie dzieci parobczanych i ciągłe głuche odgłosy dalekiej kanonady, przytłumione, ledwie dosłyszalne, jak huk podziemny gdzieś bardzo daleko. Echo strzałów jest jednak zupełnie wyraźne i kierunek, skąd ono idzie, również wyraźny – het, na Jeziorosy i między Jeziorosy a Dusiaty. Gdy się wsłuchać w ciszę łagodną pól, słychać co pewien czas głos złowrogi, który dziś przez cały dzień nie ustawał. To ludzie się tam mordują, to wojna się znów sroży w nieszczęsnym kraju o jakąś może setkę wiorst od nas albo i bliżej. W ten słoneczny, pogodny dzień huczy tak nienawiść ludzka, żniwo swoje krwawe zbiera śmierć, namiętności plemienne i społeczne, przetopione na język spiżowy granatów i szrapneli, szydząc z kultury, z uczuć ludzkich, z zasad twórczych pracy i miłości, rozstrzygają swój spór – wojną!

    Jednak sprawy życia prywatnego były w mniejszości.

   Autor skupił się w tej dekadzie dzienników przede wszystkim na polityce. Czynnie w niej uczestniczył, jak mawiał - dla kraju i jego ludu. Publikował broszury, książki i artykuły. Przeniósł się z Łomży do Kowna, przyjmując posadę sędziego Sądu Najwyższego oraz wykładowcy na Uniwersytecie Litewskim, obejmując z czasem stanowisko rektora. Był dumny z własnych osiągnięć i z pracy na rzecz Litwy, chociaż nie czuł się tylko Litwinem. Wiele jego wpisów poświecił bólowi i cierpieniu rozdarcia między Polską a Litwą, odnotowując 3 lipca 1921 roku – A jednak zawsze jestem w duszy dwoisty, zawsze jestem Polako-Litwinem czy Litwino-Polakiem, płodem formacji dwóch pierwiastków – litewskiego i polskiego – i zawsze nie tylko że nie potrafię, jak większość rdzennych Litwinów narodowców z inteligencji, nienawidzić Polski, ale ją kocham mimo wszelkich zatargów polsko-litewskich, jak drugą ojczyznę. Przez całe moje życie oscyluję między Litwą a Polską i bywam czasami bardziej Litwinem, to znów bardziej Polakiem. Te wstawki tłumaczące jego uczucia, wybory i postawy  wobec obu równoważnych ojczyzn, pozwoliły mi zrozumieć swoistość ludzi pochodzących z Wilna. Politykę Józefa Piłsudskiego, który wydarł Wilno Litwie. Obraz samego Marszałka u schyłku życia, który tracił w moich oczach na swojej charyzmatyczności i legendzie. Autor potwierdził odczucia i spostrzeżenia ambasadora USA Hugh Gibson spisane w dzienniku Amerykanin w Warszawie, notując z goryczą 14 sierpnia 1928 roku – Wrażenie było przykre. Ten człowiek, zakochany w sobie, widocznie się starzeje. Zapełnia też wszystko własną osobą, pracując nad własną legendą, mówił li tylko o swojej wielkości. Ma się wrażenie, jakby dla Piłsudskiego nie było ani Polski, ani Litwy, tylko on, Piłsudski, przez którego i dla którego działo się i stało się wszystko to, co jest Legionami, Polską, Wilnem itd. „Ja”, „moje”,  „mnie” itd. - oto co napełniało całą mowę.

   To bardzo ciekawe doświadczenie!

   Trochę uczłowieczające wadami legendę, a trochę uświadamiające źródło motywów i decyzji politycznych Naczelnika Państwa kryjace się w dzieciństwie i młodości. Rysujące również istotę pojęcia Kresowiaków wyrosłych w Wilnie, do których zaliczał się również autor, uważający siebie za ostatniego tej Litwy Mohikanina krajowości. Nazywając siebie epigonem Litwy Mickiewiczowskiej, tej, która ojczyzną swą nazywała Litwę, choćby sama była kultury polskiej. Zupełnie niezrozumiały dla pozostałych dzielących ludzi na tylko Litwinów i tylko Polaków. Zwłaszcza w gorącym okresie odzyskiwania niepodległości przez Polskę oraz Litwę i ich walki o Wilno.

   To stały motyw tematyczny wpisów.

   Drugim były przemiany gospodarczo-polityczne na Litwie. Początkowo nie rozumiałam, dlaczego ten człowiek, który tak ukochał Wilno i zdawałoby się, że poprzez jego aneksję do Polski, ziścił swoje marzenia, ostatecznie osiadł w Kownie. Nie dawało mi to spostrzeżenie spokoju, aż do wpisu z 5 października 1926 roku – ...świadomie z dwóch części kraju – wileńskiej i kowieńskiej – wybrałem drugą, nie tylko dlatego, że tu są położone moje Bohdaniszki, które kocham, ale także dlatego, że bądź co bądź tu, a nie w Wileńszczyźnie zakłada się fundamenty niepodległości politycznej i kultury oryginalnej kraju. Autor był ziemianinem, ale bardzo nietypowym, charakteryzując siebie – Ja zaś związkami rodzinnymi, krwią, wielu przeżytkami psychologii nie zdołałem się oderwać radykalnie od świata ziemiańsko-szlacheckiego, natomiast ideałami moimi, pracą moją dawną, ukochaniem – ciążyłem i ciążę zawsze do sprawy ludowej, która młoda Litwa realizuje. Cierpiał z powodu reformy agrarnej, ale jednocześnie ją rozumiał, oddając postawy i reakcje ziemiaństwa na zmiany, które były początkiem ich końca, a którego historię poznałam w opracowaniu Anny Richter Czas ziemiaństwa. Mając świadomość nadchodzących sowieckich czasów, ze smutkiem przyglądałam się radości budowania nowego, oddzielnego gospodarstwa w Bohdaniszkach. Ziszczaniu się marzenia człowieka planującego z nadzieją na spokojną starość we własnym domu, na ziemi ojców. W tych momentach doceniałam błogosławieństwo nieświadomości nadchodzącego okrucieństwa faszyzmu i komunizmu.

   Z ogromną niecierpliwością oczekuję dalszych wspomnień w tomie piątym.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 19201930. Tom 4 [Michał Römer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 18 listopada 2018
Przemytnicy życia – Bernard Konrad Świerczyński

Przemytnicy życia – Bernard Konrad Świerczyński
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 162 strony
Literatura  polska
  

  Jakże popularne było wówczas w getcie powiedzenie, że po wojnie należy w Warszawie postawić pomnik Nieznanego Szmuglera.

   Do tej wyjątkowej i specyficznej grupy w czasie okupacji niemieckiej należał autor tych wspomnień. Dorastał w pobliżu Kercelaka.

Wychowywał się wśród polskich i żydowskich tragarzy, handlarzy i hurtowników. Pracował z nimi jeszcze jako uczeń gimnazjum. Mówił ich slangiem cwaniaka-warszawiaka i uczył się życia. Wychowywał w sobie człowieka, który gardził wszystkim co głosi, że jeden człowiek jest lepszy od drugiego i jeden naród lepszy od drugiego. Prowadził go honorny kodeks przyzwoitego człowieka, by w każdej sytuacji zachować się jak należy.

   Takiego zastała go wojna.

   Właśnie ukończył gimnazjum i dziewiętnaście lat, ale jego świat trwał nadal. Z tą samą jednością i solidarnością ludzką oraz honornym kodeksem postępowania. Zmieniły się tylko warunki działania i rodzaj „towaru”. Było ciężej, niebezpieczniej, głodniej, z murem między stroną aryjską a żydowską. Szmuglował wespół z Żydami i Polakami tony żywności i przemycał ludzi.

Znał wszystkie wachy i miejsca przerzutów zaznaczone na dołączanych mapkach.

Brał udział w akcjach przerzutowych i przemytniczych, przechowywał i karmił Żydów. Miał przeciw sobie najokrutniejszy aparat policyjny świata i ludzi złych – własnych rodaków. Był wielokrotnie szmalcowany i okradany przez „hieny”. Widział okrucieństwo i horror okupacji.

   Jednak w opowieści nie czułam tego.

   Miałam raczej wrażenie, że uczestniczę w przygodzie awanturniczo-sensacyjnej z odrobiną wątku romantycznego. Autor pokochał Halinę, Żydówkę, z którą potem ożenił się.

W zabawie, w której humor, brawura i adrenalina tworzyły normę. W której śmiechu było co niemiara, a czasem i strzelanina. W której balansowanie na granicy życia i śmierci nazywał najprzeróżniejszymi okupacyjnymi obowiązkami.

   Miałam przed sobą totalnie odmienne podejście do realiów okupacji!

   Bez powagi sytuacji, rozwagi i cierpienia, które dominowały w do tej pory czytanych przeze mnie wspomnieniach świadków lub opracowaniach historycznych. Autor miał tego świadomość, pisząc – Kilkakrotnie zamierzałem przerwać pisanie, częstokroć bowiem przedstawione fakty przypominają film przygodowy, nieoddający grozy, barbarzyństwa i bohaterstwa tamtych dni. Ale ja żyłem w takich, jak opisywane, warunkach, współdziałałem z takimi, jak opisywani tu, ludźmi. Był nastolatkiem i rządziły nim prawa młodości. Może właśnie dzięki temu przetrwał i przeżył? Wiem jedno. Miał prawo do takiego przedstawienia faktów, do właśnie takiego spojrzenia, bo to były jego emocje, jego postrzeganie świata, jego przeżycia i jego sposób na radzenie sobie z otaczająca go rzeczywistością.

   Nie uczynił jednak siebie ich głównym bohaterem.

   Pozostał w roli narratora, który w kolejnych rozdziałach opowiadał o Stefanie, Antku, Chaimie, Kaziu, Zygmuncie i wielu innych bezimiennych. Cichych bohaterów, którzy nie zastanawiali się nad tym, czy ich pomoc  była zgodna z dziesięciorgiem przykazań, Biblią czy Talmudemdla realizacji której nie jest potrzebna żadna pobudka patriotyczna, religijna czy moralna, działali odruchowo, jakby reagowali na klęski żywiołowe, niosąc pomoc ofiarom katastrofy kolejowej. Wojna była dla nich takim żywiołem i taką katastrofą. A jak trzeba było pojechać do Treblinki za Chaimem, to Stefan to zrobił. Jak się okazuje, nie tylko rotmistrz Witold Pilecki dokonał takiego czynu. Autor otrzymał medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Wielu jemu podobnych zostało uhonorowanych najwyższym, hitlerowskim wymiarem kary. Chciał tymi wspomnieniami ich przypomnieć i nadać sens ich życiu. Oddać hołd przyjaciołom, którzy odeszli, żołnierzom w walce z upodleniem o godność człowieka - Polakom i Żydom. A także wskazać na niektóre społeczne korzenie umacniające nas w tej walce.

   W kontekście tych wspomnień myśl o pomniku Nieznanego Szmuglera przestaje być tylko żartobliwym powiedzeniem.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Przemytnicy życia [Bernard Konrad Świerczyński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

O książce opowiada redaktor publikacji.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1170 tytułów
Mój top czytanych w 2018
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi