Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 09 lutego 2019
Mój piękny syn – David Sheff

Mój piękny syn – David Sheff
Przełożył Jarosław Mikos
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 448 stron
Literatura amerykańska


Na szczęście mam syna, mojego pięknego syna.

Na nieszczęście jest uzależniony od narkotyków.

Na szczęście jest na terapii.

Na nieszczęście ma nawrót.

Na szczęście jest znowu na terapii.

Na nieszczęście ma nawrót.

Na szczęście jest znowu na terapii.

Na nieszczęście ma nawrót.

Na szczęście jeszcze żyje.

   Ta gra słowna przytoczona przez autora idealnie oddaje specyfikę uzależnienia dziecka i jej wpływ na rodzinę. Przypomina spiralę, po której wszyscy staczają się w dół otchłani ciągnieni przez degeneracyjną chorobę. W tej krótkiej rymowance, którą można skandować w nieskończoność aż do śmierci dziecka, zawarte jest wszystko to, co opisał David. Ojciec uzależnionego Nica, który opowiedział swoją wersję walki z nałogiem w autobiografii Na głodzie. Wspomnienia ojca są drugą stroną tej samej historii przeżywanej tym razem przez rodzinę Nica – ojca, matkę, macochę, rodzeństwo i dziadków.

   Historią współuzależnionych.

   Autor opowiada ją linearnie. Chce, by przedstawiona chronologicznie, począwszy od narodzin Nica aż do jego ostatniego epizodu trzeźwości, posłużyła za obraz procesu, w którym można prześledzić symptomy początku uzależnienia, a potem jego powolny, ukryty rozwój aż do jawności. Mają z tego skorzystać wszyscy rodzice, którzy mogą poznać objawy fizyczne i psychiczne u dziecka zażywającego narkotyki. Zobaczyć, jak podstępnie uzależnienie wkrada się w życie rodziny i przejmuje nad nim kontrolę. Uczulić na pojawienie się reakcji wyparcia, kłamstwa i manipulacji ze strony dziecka. Pokazać rozdwojenie osobowości dziecka na kochające i agresywnego obcego. Opisać własny stan emocjonalny jako rodzica i typowe reakcje od wyparcia prawdy poprzez racjonalizację i poczucie winy aż do akceptacji uzależnienia dziecka, zmuszającej do działania. Do zrozumienia i zaakceptowania ważnej myśli – można kochać dziecko stracone prawdopodobnie na zawsze. Dlatego opisuje najważniejsze zdarzenia kształtujące i mające wpływ na rodzinę. Te dobre, te złe i te żenujące, których wstydzi się do dzisiaj i nie powtórzyłby ich nigdy więcej. Przede wszystkim jednak przekazał piekło bezsilności wobec niszczącego wszystkich nałogu. Stale obecnej udręki, rozbicia i ataków paraliżującej paniki. Niepewności co jest prawdą, a co kłamstwem. Niepokoju co realne, a co surrealne. Co normalne, a co horrendalne. Koszmarnego, wyczerpującego psychicznie lęku o życie dziecka, któremu ulgę przynosi jego... areszt. Paradoksalnie jedyne miejsce dające poczucie, że w tym miejscu dziecko jest bezpieczne i kojącą świadomość wiedzy, gdzie jest, z kim i co robi. Swój stan porównuje do żałoby po tej części osoby, którą zabrał nałóg.

   Podważa przekonanie o konieczności sięgnięcia dna przez uzależnionego.

   Nie pozwala na to synowi. Przeciwstawia się mu czynnie, stosując negowaną przez wielu metodę interwencji i szukając bezustannie pomocy w ośrodkach, namawiając do rozmów, starając się nawiązać kontakt, patrolując ulice w poszukiwaniu syna i nieustannie skłaniając do leczenia. W jego przypadku ta strategia sprawdziła się.

   Autor nie skupia się tylko na sobie i rodzinie.

   Szokująca informacja, jaką otrzymał w jednej z uczelni – Narkotyki są wszechobecne w każdym kampusie uniwersyteckim w Ameryce, w każdym mieście, więc młody człowiek musi nauczyć się żyć wśród nich. – sprawia, że swoje wspomnienia wyposaża w ważne treści dotyczące narkotyków. Najwięcej uwagi poświęca najgroźniejszemu z nich – metamfetaminie. Podaje powody i przerażające statystyki – procent uzależnionych, zgonów, chorób psychicznych i miliardy dolarów przeznaczanych na leczenie uzależnień i ich następstw, a nawet degradacyjny wpływ produkcji metamfetaminy na środowisko, o czym usłyszałam tutaj po raz pierwszy. Krytykuje politykę antynarkotykową Baracka Obamy i Donalda Trumpa, która czyni metamfetaminę narkotykowym problemem numer jeden w Ameryce, a problemy z nią związane przygniatają obecnie amerykański system wymiaru sprawiedliwości, polityki społecznej i opieki zdrowotnej. Wskazuje na palącą potrzebę walki z jej epidemią wzorowanej na wojnie z rakiem. Omawia socjalny system pomocy dla rodzin uzależnionych – mityngi, grupy wsparcia i terapie. Podsuwa rodzicom również mnóstwo podpowiedzi i rad motywujących, ale i ostrzeżeń przed błędami, które on popełnił.

    Tworzy przejmujący obraz wyczerpującej i wyniszczającej, ale zaciętej walki współczesnej rodziny dotkniętej uzależnieniem, które może przydarzyć się każdej innej. Każdej - ten wniosek, jaki sam się nasuwa, jest najbardziej przerażający, bo jeśli chodzi o uzależnienie od narkotyków, jesteśmy równi – to nieszczęście dotykające absolutnie wszystkich, bez względu na sytuację ekonomiczną, wykształcenie, rasę, pochodzenie geograficzne, QI czy inne okoliczności. Prawdopodobnie zbieżność czynników – silne, ale nieznane jeszcze, połączenie własnej biologii i wychowania – może, ale nie musi, prowadzić do uzależnienia. Dlatego jego opowieści powinni wysłuchać wszyscy, którzy wychowują dzieci i młodzież.

   Wszyscy rodzice, bo dobrze wiemy, że możemy być tylko tak szczęśliwi, jak nasze najbardziej nieszczęśliwe dziecko.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącym z książki.

Mój piękny syn [David Sheff]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Na podstawie wspomnień ojca i syna powstał film, który w styczniu wszedł na ekrany kin.

czwartek, 07 lutego 2019
Na głodzie – Nic Sheff

Na głodzie: moja historia walki z nałogiem – Nic Sheff
Przełożyła Dorota Pomadowska
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 384 strony
Literatura amerykańska

   Uwielbiałem narkotyki, to, co ze mną robiły. [...] Nie chciałem z tego zrezygnować.

   Wyznał na kartach tej książki dwudziestodwulatek. Autor i narrator własnych przeżyć na sinusoidzie ćpania i trzeźwienia. Zaczął palić marihuanę, gdy miał dwanaście lat. Potem sięgnął po narkotyki twarde i alkohol. Pierwszy raz do ośrodka odwykowego trafił jako osiemnastolatek. Swoją historię uzależnienia nazwał walką z nałogiem, którą ujął w 642 dniach. W ostatnich niepełnych dwóch latach przed kolejną terapią w ośrodku, którą zakończył gotowością do życia w trzeźwości. W tak krótkim czasie ujął moment przerwania odwyku i powrotu do nałogu oraz ponowny powrót na terapię. To wystarczyło, żeby pokazać chwiejność, niepewność i nieprzewidywalność postawy uzależnionego. Jego bardzo silną chęć zażywania, by uwolnić się od poczucia odizolowania, odnaleźć szaleństwo i autentyzm na granicy śmierci i życia, by otrzymać instrukcję jego obsługi.

   A przecież miał ją w ręku!

   Był bardzo kochającym bratem, który uwielbiał swoje młodsze rodzeństwo z wzajemnością. Podziwiał i szanował swoją macochę. Świetnie dogadywał się z ojcem, z którym spędzał mnóstwo czasu na wspólnych wypadach, zajęciach i dyskusjach. Był lubiany w szkole, w której osiągał bardzo wysokie wyniki w nauce. Mógł wybierać w kolejnych szkołach i uczelniach. Rozwijał swoje pasje sportowe, muzyczne i dziennikarskie w zajęciach pozalekcyjnych. Miał nawet pierwsze sukcesy. A wszystko to osiągał, paląc systematycznie marihuanę, upijając się i biorąc metamfetaminę i jej podobne. Był odporny na rozmowy z rodzicami, psychologami, psychoterapeutami, trenerami z programu dwunastu kroków ukazujących złą stronę używek. Widział dysonans poznawczy w tym, o czym mówią a tym, co narkotyki mu dawały – przyjemność! Dokładnie przed tym przestrzegał w działaniach profilaktycznych Robert Palusiński w swojej publikacji Narkotyki - przewodnik. Próby pomocy ze strony bliskich i profesjonalistów zmieniły tylko jego przekonanie o kontroli nad nałogiem na przyznanie się, że jest narkomanem.

   Szczęśliwym narkomanem!

   Kwitował to jednoznacznym stwierdzeniem – Jestem narkomanem i co mam na to poradzić? Ćpać, tak? Ćpać, dopóki skrzydła nie opadną. {...} Taak, zdecydowanie jestem uzależniony od narkotyków, ale, hmm, dobrze mi z tym. Wiem, że to się źle skończy, ale muszę się sam o tym przekonać.

   Do tego momentu książka może być niebezpieczna dla młodego odbiorcy, bo pokazuje, że można brać i jednocześnie normalnie funkcjonować, wywiązywać się z obowiązków, a nawet osiągać sukcesy. Żyć tak, jak chciałoby wielu – na przyjemnym luzie, jakim daje haj. Jednak najcenniejszym w tej autobiografii jest jej druga część. Odwrotna strona medalu, pokazująca moment, w którym Nic osiąga dno. To dno, którego większość uzależnionych musi dotknąć, by się od niego odbić. To dno, o którym sam chciał się przekonać. Dla Nica nie było nim okradanie rodziny i znajomych, pobicia, prostytucja, grabieże, rozboje, fałszerstwa, włamania, areszt, przedawkowanie i pobyt na oddziale ratunkowym. Nawet nie koszmarne skutki fizyczne i psychiczne nałogu. Tym dnem była utrata euforii, przyjemności, technikoloru i poczucia, że możesz wszystko, na rzecz doznań negatywnych, o których napisał – Czuję się, jakby w moim żołądku płonęło siedem świec. Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem. Siedem świec pali się i dymi, siedem płomieni zwątpienia, lęku, żalu, bólu, straty, beznadziei, rozpaczy. Spopielają wnętrzności i pokrywają je sadzą. Na dnie moich oczu tli się coś, wciąż narastająca presja, paląca niczym płomienie tych siedmiu świec, której nie ugasi żadna ilość oddechów.

   Żadna ilość narkotyku!

   Co nie przeszkadzało mu po okresach trzeźwości dziwić się – Nie wiem, jak mogłem ponad rok wytrzymać bez ćpania. Ale właśnie o to chodzi w tej historii – pokazać pułapkę uzależnienia. Jego przyjemny początek, a potem cierpienie niemożności wyjścia z tego schizofrenicznego obłędu. Nic skupia się przede wszystkim na własnych przeżyciach, doświadczeniach, relacjonowaniu faktów, opisach sytuacji wynikających z jego wyborów, poszukiwaniu wyjścia z uzależnienia i korzystania z okazji wejścia do niego z powrotem. Piekło huśtawki nastrojów, odczuć i uczuć.

   Totalną bezradność i zagubienie.

   Nic nie szuka przyczyn, nikogo nie obwinia, skupiając się tylko na sobie. Wędrując ścieżkami Nica widziałam, jak łatwo zdobyć marihuanę, heroinę, kokainę i metamfetaminę pod każdą postacią. Jak zmienia myślenie i wydobywa z fajnego dzieciaka, agresywnego chłopaka. Jak w miejscu wartości moralnych człowieka pojawia się atawistyczny instynkt przetrwania narkomana. Jak łatwo manipuluje się i okłamuje wszystkich dookoła, będąc stale na haju. Jak w powszechnym użyciu są narkotyki wśród amerykańskiej młodzieży i ludzi show-biznesu, wśród których poruszał się Nic. Jak ogromną rolę pełni rodzina w wydobywaniu z nałogu uzależnionego, który na późniejszym etapie brania zapada na psychozę maniakalno-depresyjną, odbierającą resztki narzędzi wolicjonalnych do walki z nałogiem. Nieustannej walki do końca życia, które przegrała Christine F. autorka My, dzieci z dworca ZOO i o które nadal walczą Łukasz Grass autor autobiografii Najlepszy i James Frey autor wspomnień Milion małych kawałków i wielu, wielu innych.

Przede mną druga strona tej historii opowiedziana przez ojca Nica.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem [Nic Sheff]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autor o swoim uzależnieniu.

niedziela, 03 lutego 2019
Amerykańska księżna – Virgilia Sapieha

Amerykańska księżna: z Nowego Jorku do Siedlisk – Virgilia Sapieha
Przełożyła Ewa Horodyska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 300 stron + 12 stron zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  amerykańska

   ...z naszego małżeństwa tak naprawdę nie cieszył się nikt prócz nas dwojga.

Tak o zawartym w Londynie 30 czerwca 1933 roku napisała w swoich wspomnieniach autorka. Dziewięć lat trwały gorączkowe wymiany listów, poglądów i sprzeciwów popartych argumentami między obiema rodzinami. On był zależny finansowo i niegotowy na małżeństwo, którego nie życzyła sobie rodzina Sapiehów. Ona zbyt młoda, a Polska zbyt odległa według amerykańskiej rodziny Petersonów. Młodych dzieliło wszystko, ale łączyła miłość. Byli w sobie zakochani. Z jej strony widać to było w uległości wobec decyzji i wyborów męża oraz w całkowitym podporządkowaniu się jego planom zawodowym. Jeździła, nie narzekając, wszędzie tam, gdzie obejmował posadę. Na początek do  małego miasta na Górnym Śląsku, potem do Warszawy, by tuż przed wybuchem II wojny światowej osiąść w rodzinnym majątku Sapiehów, w Siedliskach niedaleko Lwowa.

   Wspomnienia opisujące sześcioletni pobyt w Polsce w okresie dwudziestolecia międzywojennego wydane po raz pierwszy w USA przyniosły jej popularność oraz krytykę ze strony Polonii – przeczytałam we wprowadzeniu autorstwa Adama Safaryjskiego. Syn Marii Kuncewiczowej po przeczytaniu wręcz wyrzucił je w złości do oceanu.

   Byłam ciekawa, jak ja je przyjmę.

   Jako Polka z XXI wieku, której wiedza zaczerpnięta z wielu opracowań pozwoliła wypracować spory dystans. Początkowo czytałam je z zachwytem, mimo ogromnej krytyki ówczesnych realiów. W poglądach nie istniał między nami czas. Myślę, że ówczesną Polskę odbierałabym dokładnie tak samo. Wyraźnie widziałam w Virgilii kobietę nie z tej epoki, nie z tego czasu i nie z tego kraju. Podobało mi się to „współczesne” spojrzenie z boku. Bardzo uważne i wychwytujące kontrasty oraz różnice istniejące między warstwami społecznymi, podkreślające tragiczne położenie chłopów, specyficzną mentalność ludzką pełną uprzedzeń i stereotypów, a nawet zabobonów. Opowiadała otwarcie  o tym, co przeżyła, czego doświadczyła, czego była uczestnikiem lub świadkiem. Jak po latach stwierdziła w swojej autobiografii, iż nie pisała wtedy nieprawdy ani nie wyjawiała sekretów – opisała tylko to, co sama widziała. Bez narzuconych własnych emocji, którymi polscy pamiętnikarze często zaciemniali i zniekształcali obraz rzeczywisty lub obiektywną prawdę. Autorka pokazała mi polską arystokrację oraz przedwojenną wieś takimi, jakimi były ówcześnie w fascynującej gamie obrazów bez upiększeń, z których najbardziej wstrząsnęła mną dramatyczna sytuacja dzieci chłopskich, katastrofalny stan ich zdrowia, seksizm w rodzinie wobec dzieci, bardzo niski poziom higieny oraz beznadziejne życie bez perspektyw na przyszłość i brak jakichkolwiek możliwości wyjścia z tego położenia. Jak zauważyła autorka – Nikt tu nie zdawał dzieciom pytania, które w Ameryce jest na porządku dziennym: „Kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz?” Polska była republiką, ale nie istniała w niej równość szans. W tych wspomnieniach mocno odczuwałam ogrom zacofania społecznego na wsi i przyczynę późniejszej podatności chłopów na reformy agrarne parcelujące ziemię polskiego ziemiaństwa. Wystarczy porównać dom Sapiehów z chatą chłopską.

Pomoc humanitarna i działalność profilaktyczna wśród mieszkańców wsi, w którą włączała się autorka, była niewystarczająca. Zaskoczyła mnie też nieświadomość arystokracji położenia chłopów, a może totalne zaślepienie na bliską rzeczywistość. Za to otwartą na daleką, amerykańską, w której rozbieżność między bogatymi a biednymi dostrzegali, wręcz czyniąc z tego potępiający Amerykanów zarzut! To nie są wnioski autorki. Ona tylko pozwalała mi je sama wysnuwać. Nie ferowała we wspomnieniach własnych opinii. Operowała przede wszystkim faktami, konkretnymi dialogami i sytuacjami, którym oddawała głos.

   Podsumowania i konteksty narzucały się same!

   Jednak im bliżej byłam końca w tym chłodnym podejściu do opisywanej rzeczywistości, zauważyłam dominację tylko jednego kierunku spojrzenia – obiektywnie, ale bez entuzjazmu, jeśli nie momentami pesymistycznie. Tym punktem krytycznym, po którym zweryfikowałam jeszcze raz przeczytane wspomnienia, było zdanie o nadejściu smutnej pory roku... wiosny! Wniosek był jeden – autorka właściwie niczym nie zachwyciła się w swoich wspomnieniach. Nie napotkałam ani jednego opisu chociażby uwielbienia dla przyrody, której urok jest ponad wszystkimi podziałami. Dużo racji miała teściowa autorki, Matylda Sapieżyna tak tłumacząca obcość w postawach i poglądach synowej – Umysł Gilly, jak u większości Amerykanów, był wyłącznie skierowany ku przyszłości i teraźniejszości, z największym podziwem dla nowoczesnych osiągnięć w każdej dziedzinie. To podejście idealnie odzwierciedla krótki dialog z kuzynką męża:

- Cóż jest lepszego – spytała z naciskiem – niż umrzeć za ojczyznę?

- Być może żyć dla niej? – odparłam.

Tak symbolicznie oddana przepaść światopoglądowa między Polakami a Amerykanami u progu wybuchu kolejnej wojny była nie do zasypania!

   Jednak nie uogólniałabym postawy autorki na wszystkich Amerykanów. W dużej mierze jej zachowanie i postawy były podyktowane indywidualnymi cechami charakteru. Nie była radosną, optymistyczną, spontaniczną i ciekawą inności kobietą. Nie potrafiła czerpać przygody z wyjątkowości swojego położenia tak, jak to robił amerykański ambasador Hugh S. Gibson (Amerykanin w Warszawie). Może dlatego, po wyjeździe z Polski w pierwszych dniach wybuchu wojny, małżeństwo nie przetrwało. Pozostawiła, nam Polakom, cenny obraz międzywojennej Polski widzianej oczami osoby z zewnątrz, zdystansowanej, szczerej i jednak do końca obcej.

   I właśnie dlatego bardzo ciekawy!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 13 stycznia 2019
Mrówka w słoiku – Polina Żerebcowa

Mrówka w słoiku: dzienniki czeczeńskie 1994-2004 – Polina Żerebcowa
Przełożyła Agnieszka Knyt , wiersze Michał B. Jagiełło
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 616 stron + 16 stron zdjęć
Seria Oblicza XXI Wieku
Literatura  czeczeńska

   Posłuchaj księżniczki Budur ze strasznej bajki o Groznym...

Nie, dawno, dawno temu, ale tu i teraz. Nie za siedmioma morzami, ale kilkaset kilometrów dalej na południe. O mieście ruin wzniesionych przez wojny. Pójdziesz na prawo: zginiesz! Pójdziesz na lewo: nic nie znajdziesz! A jak zostaniesz: stracisz wszystko! Gdzie najeźdźcy popełniają zbrodnie, kierując się przykazaniem – wojna zmyje wszystkie winy, a obrońcy z kolei – zemsta, zemsta i jeszcze raz zemsta!. Gdzie głód zmusza do jedzenia trawy i dzikiego czosnku zbieranych obok leżących trupów, obgryzionych do bielejących kości przez równie głodne psy, koty i szczury. Gdzie nienawiść pożera przyjaźń, współczucie i życzliwość, aż wszyscy sąsiedzi, znajomi, a nawet bliscy stają się wrogami. Gdzie śmierć bez znieczulenia wycina z teraźniejszości ostrym nożem przyjaciół, bo bywa i tak, że jedni zabijają drugich. Za nic. Tak po prostu. Gdzie „wszystko jest płynne. Każdy może być i nikczemny, i szlachetny (jednocześnie!).” Gdzie od kuli, bomby, odłamka, noża, siekiery można umrzeć na targu, ulicy lub we własnym mieszkaniu albo być porwanym, pobitym lub zabitym, bo twoje organy mogą się przydać innym, a ciało zaspokoić żądze. Gdzie pośród gruzu domów i wraków dusz ludzkich rósł piękny, wrażliwy i delikatny kwiat, chroniący w sobie to, czego nie było już wokół – miłość, dobroć, współczucie, sprawiedliwość i prawdę.

   Tym bajecznym kwiatem była dziewczynka.

Polina, która zaczęła snuć swoją „bajkę o Groznym” mając 9 lat tuż przed rozpoczęciem pierwszej wojny rosyjsko-czeczeńskiej w 1994 roku. Dorastała w w trakcie drugiej w 1996 roku i trzeciej, która przyszła jesienią 1999 roku. Miała wtedy 14 lat. Grozny udało jej się opuścić w 2014 roku mając lat 19, nerwicę, chore serce, żołądek, wątrobę i rany nóg po odłamkach bomby. Wszystko, co widziała i przeżyła zapisała w zeszytach, które zabrała ze sobą.

Początkowe wpisy były rejestracją otaczającej ją rzeczywistości. Najważniejszych wydarzeń z życia miasta, bloku i własnej rodziny oraz potrzeby pokoju. Ten temat przewijał się w wyrażanych pragnieniach, wymyślanych bajkach, życzeniach mających odczarować świat wokół oraz we własnych wierszach, które również zapisywała w dziennikach:

Przez całe życie chcę

Jak w bajce

Przestrzenie oceanu pruć,

I wolną być,

I wolność czuć.

 

Do tajemniczej dotrzeć wyspy,

Co szmaragdowe brzegi ma,

Gdzie przyjaciółmi są mi wszyscy

I pokój, zawsze pokój trwa!

A to jego, na przekór rzeczywistości, kolorowy oryginał - Marzenie.

Z czasem z etapu pytań o sens wojny wraz z wiekiem przeszła do pytań o własną, skomplikowaną tożsamość, pisząc – Z powodu nazwiska wielu uważa nas za Rosjanki. Ale czy można to jednoznacznie rozsądzić? Matka mojej mamy była Rosjanką. Ojciec mamy - Kozakiem dońskim. Matka mojego ojca – polską Żydówką. Ojciec ojca – Czeczenem. W rodzie mamy byli Tatarzy, Gruzini, Osetyńcy, Ormianie, Ukraińcy, Czerkiesi. W rodzie ojca byli Francuzi, Hiszpanie, Polacy, Czeczeni. Kto sprawdzi skład mojej krwi kropla po kropli? Zaczęła podważać podziały w swojej ojczyźnie - Czeczenii. Unieważniała granice wyznaczane przez nazwisko, narodowość, rasę, pochodzenie. Miała ochotę krzyczeć – Ja nie jestem ani z wami, ani z nimi! Jestem zwyczajnym człowiekiem! Wszystko mi jedno do jakiego należycie narodu! Ważna jest dla mnie sprawiedliwość, a nie długość nosa czy kolor skóry! Uznając śmierć za swoją nieodłączną towarzyszkę, chciała chronić życie i je ratować, bo ochrona życia to najlepsze. Co można robić na Ziemi. Nikt nie ma prawa zabijać! Zaczęła również rozumieć, że wszystko to służy walce o dostęp do ropy. W morzu nienawiści próbowała wydeptywać własne ścieżki prawości, życzliwości, miłości, uczciwości, prawdomówności i wstrzemięźliwości seksualnej. W wieku 13-14 lat jej koleżanki stawały się żonami i matkami. Narażała się przez to na ciągły ostracyzm społeczny i niebezpieczeństwo śmierci.

   A mimo to była w tej postawie niezłomna i bezkompromisowa.

   Czytając dzienniki tej wyjątkowej dziewczynki, a potem dorosłej w ciele nastolatki, próbowałam znaleźć czynniki, które uchroniły ją przed powszechną w jej środowisku  demoralizacją młodzieży. Wręcz wzmocniły nietypową postawę dobroci, wrażliwości i współczucia dla ludzi i zwierząt. Brałam pod uwagę cudowną zdolność przystosowawczą dzieci do warunków zastanych i zmiennych, ale inne dzieci, zdeprawowane i powielające negatywne wzorce dorosłych, takie nie były. Matka również nie była dla niej wsparciem. Sama zniszczona psychicznie przez wojnę, z nerwicą i depresją, dostarczała dodatkowych cierpień dziewczynie. Bita, wyszydzana, poniżana, wyganiana z domu, rozumiała agresywne zachowanie matki i opiekowała się nią, handlując, zdobywając żywność, pracując i w międzyczasie... ucząc się!. Mimo że zabijała w córce to, co Polina miała najcenniejszego – przebogaty świat wewnętrzny, który potrafiła opisać słowami.

   W tym sensie była przeraźliwie samotna.

   Tym, co ratowało piękno duszy i myśli Poliny okazała się literatura. Dziewczyna od najmłodszych lat dużo czytała. Autorytetów i drogowskazów w wyborach i postępowaniu szukała w twórczości Osipa Mandelsztama, Aleksandra Błoka, Michaiła Lermontowa, Aleksandra Dumasa, Romaina Rollanda i wielu, wielu innych. Twórczość Lwa Tołstoja i Williama Szekspira znała na pamięć! Uciekała w ten świat podczas kanonady ogniowej. Recytowała w myślach wiersze, powieści i dramaty podczas chwil zagrożenia. W koszmarnym huku ostrzału jej mieszkania rodziła się jej własna poezja. Między innymi ten wiersz z 31 października 1999 roku:

Pamiętasz nasz Grozny w dniach bitwy,

Gdy strzelał śmigłowiec seriami,

A dzieci nad kotkiem zabitym,

Wśród kul zalewały się łzami?

Próbowała również w swojej rzeczywistości odnaleźć Boga, czytając Biblię, Koran i literaturę na temat buddyzmu, by dojść do wniosku, że religie, które tak bardzo dzielą ludzi, wszystkie one są na swój sposób dobre, tylko ludzie źle wypełniają przykazania Boże.

   Czytała i pisała, by uratować się.

   Początkowo notowanie dawało jej poczucie bezpieczeństwa, pisząc – Nie wiem, w jaki sposób przyjdzie po mnie śmierć, i nie boję się tylko wtedy, kiedy piszę. Z czasem nabrała przekonania o sensie swojego istnienia właśnie w Groznym, odnotowując – Na planecie Ziemia pojawiłam się, żeby być świadkiem. Widocznie to moja karma. Jestem świadkiem, nie uczestnikiem. W takiej roli jest mi trudniej. To znaczy, że powinnam wszystko zapisywać. Utrwalać historię. Nie wiem, czy czytelnicy zrozumieją sens tych moich zapisków: tych, którzy czynią zło, okalecza ono bardziej niż tych, którzy są jego ofiarami.

   To jedno w wielu przesłań tych dzienników.

   To spojrzenie dziecka o starej duszy z epicentrum piekła wojny jest dla mnie uzupełnieniem obrazu Czeczenii poznanej z opowieści dorosłego mężczyzny Jestem Czeczenem Germana Sadułajewa i czeczeńskiego lekarza Khassana Baieva Przysięga. Chirurg na wojnie. W Polsce wspomnienia Poliny ukazały się po raz pierwszy w 2017 roku w formie spektaklu teatralnego Dziennik czeczeński Poliny Żerebcowej w wykonaniu Andrzeja Seweryna, w reżyserii Iwana Wyrypajewa.

Teraz jest możliwość poznania całego dziennika dzięki opublikowaniu go przez Ośrodek Karta w serii Oblicza XXI Wieku, która przybliża „punkty zapalne” świata współczesnego widziane oczami ich świadków.

   Dzienniki Poliny to nie bajka, to nasz świat tu i teraz.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Warto wysłuchać wywiadu z Andrzejem Sewerynem, wykonawcą spektaklu.

sobota, 05 stycznia 2019
Miasto utracone – Michael Wieck

Miasto utracone: młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina – Michael Wieck
Przełożyła Magdalena Leszczyńska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 336 stron + 20 stron zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Niemcy
Literatura  niemiecka

   Königsberg – Kaliningrad, a po polsku Królewiec.

   Już ta zmienność nazw miasta najpierw w Prusach Wschodnich, potem w ZSRR, a obecnie w Rosji, sugeruje jego niespokojne dzieje.

Świadkiem tych zmian był chłopiec, który urodził się w 1928 roku w Königsbergu, a opuścił Kaliningrad w 1948 roku jako nastolatek. Z tego okresu aż piętnaście lat życia określił mianem piekła z kręgami schodzącymi w dół skali coraz dotkliwszego cierpienia, eskalacji zniewolenia, prześladowań, dyskryminacji, nędzy i zagrożenia życia.

   Pierwszy krąg to był narastający nacjonalizm i antysemityzm przedwojenny, a potem okupacja niemiecka. Od tych najwcześniejszych wspomnień autor rozpoczął opis lat dziecięcych, będących kontrastem dla czasów zniewolenia zarządzeniami niemieckimi. Podkreślał przede wszystkim absurdalność własnego położenia i sytuacji z tym związanych. Był dzieckiem ewangelika i Żydówki, wychowywany w wierze mojżeszowej. Jego kuzynkę, znaną aktorkę, gościł u siebie Hitler, odwiedzał go przyrodni brat, oficer Wermachtu, a on sam nosił żydowską gwiazdę wykluczającą go ze społeczeństwa. Piętno wskazujące go na wyeliminowanie z ludzkości w ostatecznym rozwiązaniu „kwestii żydowskiej”. Jak sam napisał – Dla mnie, lubiącego zabawę i cieszącego się życiem chłopca, była to sytuacja paradoksalna – z jednej strony byłem krewnym podziwianych osobistości, z drugiej zaś należałem do osób oficjalnie wyklętych. Przeżył ten krąg osaczenia, głodu i śmiertelnego niebezpieczeństwa pomimo kilkuset antyżydowskich zarządzeń, z których tyko 250 wprowadzono zanim wybuchła wojna. By wejść głębiej w piekło i znaleźć się w kręgu drugim – walk o Königsberg. Oskarżając bezsensowność obrony pochłaniającej tysiące ofiar, przeżył straszliwe naloty bombowe, w których Rosjanie użyli bomb zapalających wywołujących burze ogniowe, a które pozostawiły po sobie setki tysięcy trupów i 50% zgliszczy.

   Jeszcze głębiej, w krąg trzeci wkroczył wraz z zajęciem przez sowietów miasta. Pod ich zarządem nie był Żydem, lecz Niemcem. I tak też go traktowali. Z nienawiścią i pogardą. Podekscytowani do granic, rozswawoleni w swojej radości ze zwycięstwa, zadziwieni pełną luksusowych urządzeń cywilizacją, pijani, bez kontroli i bez żadnych hamulców szli za głosem popędów, obojętnie, czy chodziło o seks, władzę, posiadanie, żarcie, chlanie czy mord; nie obawiali się przy tym żadnej kary czy innych konsekwencji. Przez przypadek trafił do obozu koncentracyjnego, w którym nie był w stanie udowodnić, że nie jest nazistą, nie służył w niemieckim wojski i nie należał do Werwolfu. Nic poza tym ich nie interesowało, o Żydach i żydowskim losie nie chcieli słuchać. Obóz opuścił w koszmarnym stanie, nie mogąc przejść nawet 500 metrów do miejsca zamieszkania rodziców. By przeżyć, kradł, włamywał się, handlował skradzionym towarem, poszukiwał resztek jedzenia w ruinach i wykonywał prace nakazaną – stolarza, elektryka i grabarza zmarłych znajdywanych w ruinach. Musiał pokonać też choroby – tyfus, świerzb, złamania, a nawet malarię.

   Był zaszczutym zwierzęciem wśród drapieżników czasu kanibalizmu.

   Jego wspomnienia, ułożone rozdziałami chronologicznie, koncentrowały się na jednym, ważnym wydarzeniu, wokół którego budował obraz przeżyć. Mając świadomość, że nie do końca wyczerpał tą metodą zasoby pamięci, uzupełnił je luźnymi skojarzeniami i nawiązaniami umieszczonymi na końcu książki, pokłosiem reakcji czytelników na pierwsze ich wydanie oraz swoimi odpowiedziami na nie, a także fotografiami. Powoływał się również na raporty i wspomnienia innych świadków tamtych wydarzeń – lekarza, dowódcy obrony Königsbergu czy niemieckich oficerów.

   Autor nie ograniczył się tylko do opisów przeżyć, widzianych obrazów i skrajnych emocji, których był narratorem już jako człowiek dorosły. W wyjątkowych, ważnych dla niego momentach, przechodził do narracji teraźniejszej tak, jakby na nowo przeżywał ich brzemię i wymiar nieszczęść. Bagaż, który musiał dźwigać na kruchych, dziecięcych barkach w trosce o siebie i swoich rodziców, a który rozładowywał muzyką. Pomimo grozy wokół, słuchał jej i ćwiczył grę na skrzypcach. Talent odziedziczył po rodzicach, obojgu zawodowych muzykach. Wrażliwość, którą muzyka go obdarzała, była źródłem wytchnienia i wsparciem psychicznym, ale i wadzenia się z Bogiem. W efekcie tych „rozmów” odszedł od praktykowania wiary mojżeszowej, uznając za swoją filozofię Barucha Spinozy. Przez cały czas weryfikował wartości kodeksu moralny z życiem, w którym ojciec-moralista potępiał jego złe uczynki – kradzieże, oszustwa i włamania. Dla mnie były to bardzo ciekawe momenty i bezpośrednie doświadczenie dokonywania przez człowieka uwikłanego wyborów między teorią skazującą na śmierć a praktyką dającą szansę na przeżycie w warunkach skrajnych. Autor stale poszukiwał odpowiedzi na coraz liczniejsze pytania – Komu jednak bywa dane osiągnąć poziom swoich mistrzów? (...) ...czy wzniosłe ideały mają rację bytu w każdej sytuacji życiowej? Czy w naszym ekstremalnym położeniu nie potrzeba innych wytycznych? Czy było szlachetniej i właściwiej umrzeć, nie robiąc nic, czy przeżyć, kradnąc?

   Cudem przeżył z rodzicami te trzy kręgi piekła.

   Jak każdy świadek tak ekstremalnych  wydarzeń. Trudność autora polegała na podwójnej roli ofiary nazizmu i komunizmu. Sam nie potrafił tego wytłumaczyć, pisząc – Hitler chciał uczynić Europę wolną od Żydów, Stalin – Prusy Wschodnie od Niemców. Jednak i tak nie da się porównać jednego z drugim. To, że zdołałem przeżyć działania ich obu, wydaje mi się niepojęte. Ale to dzięki tym wspomnieniom, ja, człowiek współczesny, mogę być po obu stronach opisywanych wydarzeń – ofiary i kata. Ludności cywilnej i żołnierzy sowieckich, których wspomnienia czytałam wcześniej w Sołdacie Nikołaja Nikulina i Pruskich nocach Aleksandra Sołżenicyna. Ten wspólnie zbudowany obraz pozwolił dostrzec mi bezsilność jednostki uwikłanej w tragizm wydarzeń historycznych. Bezradnej wobec zmian, ale i zmieniającej się pod ich wpływem. Autor w swoich rozważaniach moralnych doszedł do takiego samego wniosku, jak wielu mu podobnych w opisywanych doświadczeniach – ...postulat miłości – tak wówczas, jak i obecnie zbyt rzadko realizowany – także w moim przekonaniu był i pozostanie jedynym kluczem do pokoju. To przede wszystkim przesłanie zmarłych, którym poświęcona jest ta książka.

   Autor użyczył im tylko głosu.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 23 grudnia 2018
Dzienniki: tom IV 1920-1930 – Michał Römer

Dzienniki: tom IV  1920-1930 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta ,
2018 , 668 stron
Seria Świadectwa XX Wiek:
Polska
Literatura polska

   Oj, Panie Michale, co u Pana słychać, bo ja stęskniłam się za Panem bardzo!

   Z takim westchnieniem, które brzmi, jak początek listu z przeszłości, powitałam czwarty tom dzienników człowieka wyjątkowego, o którym wielka historia milczy, a który życie poświęcił dla dobra kraju i jego ludu. Po kilkunastu latach towarzyszenia autorowi w jego życiu (tom 1, tom 2 i tom 3), można zacząć traktować go, jak dobrego znajomego. Może nawet więcej – kogoś bardzo bliskiego. Myśli w nich zawarte są tak bardzo intymne, że czynią ze mnie zaufanego powiernika emocji, wrażeń, myśli, dylematów, rozterek i uczuć. W tym tomie również odebrałam ich mnóstwo, dlatego autor wyraźnie zastrzegł sobie czas ich publikacji po śmierci jego i współczesnych mu osób. Miał świadomość przemijania, upływu czasu, odchodzenia na zawsze ludzi mu bliskich ze świata polityki i rodziny. Od czasu do czasu wspomina swoją Aninkę, którą nazywa miłością życia. Po jej śmierci do 1930 roku nie pokochał innej, chociaż związał się z Jadwigą. O dwadzieścia lat młodszą służącą. Odnowił również stosunki z  żoną Reginą, mającą nadzieję na jego powrót, która nie widziała, że uczynił to tylko ze względu na stosunki ojcowskie ze swoim jedynym dzieckiem – córką Celiną. Nie bardzo zachwycony jej urodą, widząc ją pierwszy raz po kilkunastu latach nieobecności w jej życiu. Był estetą i przywiązywał wagę do urody otoczenia i ludzi, pięknie oddając ich rysy, fizjonomię, styl ubierania się, a nawet sposób poruszania się. Najbardziej ubawiłam się przy charakterystyce stylu chodzenia Litwinów, który przypominał mi sceny z Monty Pythona. Natomiast opisy krajobrazów, pór roku, przyrody czytałam sobie po kilka razy, ciesząc zmysły ich plastycznością i pięknem wsi dawnej, obrzędów, strojów, ale i emocji oddanych w pomrukach toczących się walk wojsk idących na Warszawę z nutą refleksji nad śmiercią i bezsensem przemocy  zapisanych  16 czerwca 1920 roku – Powietrze ciche, tylko brzęk owadów, to znów głos ptaszka, od dworu – wołanie dzieci parobczanych i ciągłe głuche odgłosy dalekiej kanonady, przytłumione, ledwie dosłyszalne, jak huk podziemny gdzieś bardzo daleko. Echo strzałów jest jednak zupełnie wyraźne i kierunek, skąd ono idzie, również wyraźny – het, na Jeziorosy i między Jeziorosy a Dusiaty. Gdy się wsłuchać w ciszę łagodną pól, słychać co pewien czas głos złowrogi, który dziś przez cały dzień nie ustawał. To ludzie się tam mordują, to wojna się znów sroży w nieszczęsnym kraju o jakąś może setkę wiorst od nas albo i bliżej. W ten słoneczny, pogodny dzień huczy tak nienawiść ludzka, żniwo swoje krwawe zbiera śmierć, namiętności plemienne i społeczne, przetopione na język spiżowy granatów i szrapneli, szydząc z kultury, z uczuć ludzkich, z zasad twórczych pracy i miłości, rozstrzygają swój spór – wojną!

    Jednak sprawy życia prywatnego były w mniejszości.

   Autor skupił się w tej dekadzie dzienników przede wszystkim na polityce. Czynnie w niej uczestniczył, jak mawiał - dla kraju i jego ludu. Publikował broszury, książki i artykuły. Przeniósł się z Łomży do Kowna, przyjmując posadę sędziego Sądu Najwyższego oraz wykładowcy na Uniwersytecie Litewskim, obejmując z czasem stanowisko rektora. Był dumny z własnych osiągnięć i z pracy na rzecz Litwy, chociaż nie czuł się tylko Litwinem. Wiele jego wpisów poświecił bólowi i cierpieniu rozdarcia między Polską a Litwą, odnotowując 3 lipca 1921 roku – A jednak zawsze jestem w duszy dwoisty, zawsze jestem Polako-Litwinem czy Litwino-Polakiem, płodem formacji dwóch pierwiastków – litewskiego i polskiego – i zawsze nie tylko że nie potrafię, jak większość rdzennych Litwinów narodowców z inteligencji, nienawidzić Polski, ale ją kocham mimo wszelkich zatargów polsko-litewskich, jak drugą ojczyznę. Przez całe moje życie oscyluję między Litwą a Polską i bywam czasami bardziej Litwinem, to znów bardziej Polakiem. Te wstawki tłumaczące jego uczucia, wybory i postawy  wobec obu równoważnych ojczyzn, pozwoliły mi zrozumieć swoistość ludzi pochodzących z Wilna. Politykę Józefa Piłsudskiego, który wydarł Wilno Litwie. Obraz samego Marszałka u schyłku życia, który tracił w moich oczach na swojej charyzmatyczności i legendzie. Autor potwierdził odczucia i spostrzeżenia ambasadora USA Hugh Gibson spisane w dzienniku Amerykanin w Warszawie, notując z goryczą 14 sierpnia 1928 roku – Wrażenie było przykre. Ten człowiek, zakochany w sobie, widocznie się starzeje. Zapełnia też wszystko własną osobą, pracując nad własną legendą, mówił li tylko o swojej wielkości. Ma się wrażenie, jakby dla Piłsudskiego nie było ani Polski, ani Litwy, tylko on, Piłsudski, przez którego i dla którego działo się i stało się wszystko to, co jest Legionami, Polską, Wilnem itd. „Ja”, „moje”,  „mnie” itd. - oto co napełniało całą mowę.

   To bardzo ciekawe doświadczenie!

   Trochę uczłowieczające wadami legendę, a trochę uświadamiające źródło motywów i decyzji politycznych Naczelnika Państwa kryjace się w dzieciństwie i młodości. Rysujące również istotę pojęcia Kresowiaków wyrosłych w Wilnie, do których zaliczał się również autor, uważający siebie za ostatniego tej Litwy Mohikanina krajowości. Nazywając siebie epigonem Litwy Mickiewiczowskiej, tej, która ojczyzną swą nazywała Litwę, choćby sama była kultury polskiej. Zupełnie niezrozumiały dla pozostałych dzielących ludzi na tylko Litwinów i tylko Polaków. Zwłaszcza w gorącym okresie odzyskiwania niepodległości przez Polskę oraz Litwę i ich walki o Wilno.

   To stały motyw tematyczny wpisów.

   Drugim były przemiany gospodarczo-polityczne na Litwie. Początkowo nie rozumiałam, dlaczego ten człowiek, który tak ukochał Wilno i zdawałoby się, że poprzez jego aneksję do Polski, ziścił swoje marzenia, ostatecznie osiadł w Kownie. Nie dawało mi to spostrzeżenie spokoju, aż do wpisu z 5 października 1926 roku – ...świadomie z dwóch części kraju – wileńskiej i kowieńskiej – wybrałem drugą, nie tylko dlatego, że tu są położone moje Bohdaniszki, które kocham, ale także dlatego, że bądź co bądź tu, a nie w Wileńszczyźnie zakłada się fundamenty niepodległości politycznej i kultury oryginalnej kraju. Autor był ziemianinem, ale bardzo nietypowym, charakteryzując siebie – Ja zaś związkami rodzinnymi, krwią, wielu przeżytkami psychologii nie zdołałem się oderwać radykalnie od świata ziemiańsko-szlacheckiego, natomiast ideałami moimi, pracą moją dawną, ukochaniem – ciążyłem i ciążę zawsze do sprawy ludowej, która młoda Litwa realizuje. Cierpiał z powodu reformy agrarnej, ale jednocześnie ją rozumiał, oddając postawy i reakcje ziemiaństwa na zmiany, które były początkiem ich końca, a którego historię poznałam w opracowaniu Anny Richter Czas ziemiaństwa. Mając świadomość nadchodzących sowieckich czasów, ze smutkiem przyglądałam się radości budowania nowego, oddzielnego gospodarstwa w Bohdaniszkach. Ziszczaniu się marzenia człowieka planującego z nadzieją na spokojną starość we własnym domu, na ziemi ojców. W tych momentach doceniałam błogosławieństwo nieświadomości nadchodzącego okrucieństwa faszyzmu i komunizmu.

   Z ogromną niecierpliwością oczekuję dalszych wspomnień w tomie piątym.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 19201930. Tom 4 [Michał Römer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 18 listopada 2018
Przemytnicy życia – Bernard Konrad Świerczyński

Przemytnicy życia – Bernard Konrad Świerczyński
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 162 strony
Literatura  polska
  

  Jakże popularne było wówczas w getcie powiedzenie, że po wojnie należy w Warszawie postawić pomnik Nieznanego Szmuglera.

   Do tej wyjątkowej i specyficznej grupy w czasie okupacji niemieckiej należał autor tych wspomnień. Dorastał w pobliżu Kercelaka.

Wychowywał się wśród polskich i żydowskich tragarzy, handlarzy i hurtowników. Pracował z nimi jeszcze jako uczeń gimnazjum. Mówił ich slangiem cwaniaka-warszawiaka i uczył się życia. Wychowywał w sobie człowieka, który gardził wszystkim co głosi, że jeden człowiek jest lepszy od drugiego i jeden naród lepszy od drugiego. Prowadził go honorny kodeks przyzwoitego człowieka, by w każdej sytuacji zachować się jak należy.

   Takiego zastała go wojna.

   Właśnie ukończył gimnazjum i dziewiętnaście lat, ale jego świat trwał nadal. Z tą samą jednością i solidarnością ludzką oraz honornym kodeksem postępowania. Zmieniły się tylko warunki działania i rodzaj „towaru”. Było ciężej, niebezpieczniej, głodniej, z murem między stroną aryjską a żydowską. Szmuglował wespół z Żydami i Polakami tony żywności i przemycał ludzi.

Znał wszystkie wachy i miejsca przerzutów zaznaczone na dołączanych mapkach.

Brał udział w akcjach przerzutowych i przemytniczych, przechowywał i karmił Żydów. Miał przeciw sobie najokrutniejszy aparat policyjny świata i ludzi złych – własnych rodaków. Był wielokrotnie szmalcowany i okradany przez „hieny”. Widział okrucieństwo i horror okupacji.

   Jednak w opowieści nie czułam tego.

   Miałam raczej wrażenie, że uczestniczę w przygodzie awanturniczo-sensacyjnej z odrobiną wątku romantycznego. Autor pokochał Halinę, Żydówkę, z którą potem ożenił się.

W zabawie, w której humor, brawura i adrenalina tworzyły normę. W której śmiechu było co niemiara, a czasem i strzelanina. W której balansowanie na granicy życia i śmierci nazywał najprzeróżniejszymi okupacyjnymi obowiązkami.

   Miałam przed sobą totalnie odmienne podejście do realiów okupacji!

   Bez powagi sytuacji, rozwagi i cierpienia, które dominowały w do tej pory czytanych przeze mnie wspomnieniach świadków lub opracowaniach historycznych. Autor miał tego świadomość, pisząc – Kilkakrotnie zamierzałem przerwać pisanie, częstokroć bowiem przedstawione fakty przypominają film przygodowy, nieoddający grozy, barbarzyństwa i bohaterstwa tamtych dni. Ale ja żyłem w takich, jak opisywane, warunkach, współdziałałem z takimi, jak opisywani tu, ludźmi. Był nastolatkiem i rządziły nim prawa młodości. Może właśnie dzięki temu przetrwał i przeżył? Wiem jedno. Miał prawo do takiego przedstawienia faktów, do właśnie takiego spojrzenia, bo to były jego emocje, jego postrzeganie świata, jego przeżycia i jego sposób na radzenie sobie z otaczająca go rzeczywistością.

   Nie uczynił jednak siebie ich głównym bohaterem.

   Pozostał w roli narratora, który w kolejnych rozdziałach opowiadał o Stefanie, Antku, Chaimie, Kaziu, Zygmuncie i wielu innych bezimiennych. Cichych bohaterów, którzy nie zastanawiali się nad tym, czy ich pomoc  była zgodna z dziesięciorgiem przykazań, Biblią czy Talmudemdla realizacji której nie jest potrzebna żadna pobudka patriotyczna, religijna czy moralna, działali odruchowo, jakby reagowali na klęski żywiołowe, niosąc pomoc ofiarom katastrofy kolejowej. Wojna była dla nich takim żywiołem i taką katastrofą. A jak trzeba było pojechać do Treblinki za Chaimem, to Stefan to zrobił. Jak się okazuje, nie tylko rotmistrz Witold Pilecki dokonał takiego czynu. Autor otrzymał medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Wielu jemu podobnych zostało uhonorowanych najwyższym, hitlerowskim wymiarem kary. Chciał tymi wspomnieniami ich przypomnieć i nadać sens ich życiu. Oddać hołd przyjaciołom, którzy odeszli, żołnierzom w walce z upodleniem o godność człowieka - Polakom i Żydom. A także wskazać na niektóre społeczne korzenie umacniające nas w tej walce.

   W kontekście tych wspomnień myśl o pomniku Nieznanego Szmuglera przestaje być tylko żartobliwym powiedzeniem.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Przemytnicy życia [Bernard Konrad Świerczyński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

O książce opowiada redaktor publikacji.

niedziela, 30 września 2018
Witajcie w Polsce: powroty rodaków z Kazachstanu – Jerzy Danilewicz

Witajcie w Polsce: powroty rodaków z Kazachstanu – Jerzy Danilewicz
Wydawnictwo Muza Sport i Turystyka , 2018 , 366 stron
Literatura polska


   Repatrianci w Polsce w XXI wieku!?

   To często pojawiające się pytanie wyrażające zaskoczenie i niedowierzanie, jakie zadawali Polacy przyjeżdżającym z Kazachstanu. Z tą nieświadomością czytelników własnej historii kraju liczył się autor, umieszczając na początku książki rozdział zawierający rys historyczny o deportacjach Polaków do Kazachstanu z danymi statystycznymi oraz mapkami umieszczonymi na wyklejkach okładek.

Wyjaśnił w nim również ich przyczynę oraz przebieg zapoczątkowany akcją „oczyszczania” Ukrainy wiosną 1936 roku z elementu niepewnego, nacjonalistycznego i kontrrewolucyjnego, jak utrzymywali sowieci. W tym Polaków tam ówcześnie żyjących. W Kazachstanie stali się spiecpieriesieleńcami bez możliwości repatriacji po 1945 roku. Ten impas trwał do 1989 roku.

   Potem bywało różnie.

   Jak różnie – autor oddał głos kilkunastu powracającym z Kazachstanu, którzy w różnych okresach, samodzielnie lub w sposób zorganizowany przez rząd polski, wracali do wymarzonej i wymodlonej Ojczyzny. Autor chciał w ten sposób zastąpić bezduszne statystyki konkretnymi historiami ludzkimi nasączonymi emocjami – cierpieniem, radością, marzeniami, ale i rozczarowaniami. Żadnemu z nich nie było łatwo. Porzucić miejsce dorastania, dorobek życia i groby najbliższych, było bardzo trudno. Niektórzy nosili się z wyborem kilka lat. Jeszcze dłużej czekali na wizę, zaproszenie, kompletowanie papierów czy zmianę przepisów. Nie bali się ciężkiej pracy. Tęsknota za krajem rodzinnym była silniejsza. Co nie znaczyło, że nie tęsknili za miejscem, które zostawili w Kazachstanie. Większość nie żałowała decyzji, pomimo rozczarowań, w których tytułowe powitanie – Witajcie w Polsce! – brzmiało gorzko. Tylko jedna rodzina postanowiła wrócić. Pozostali z bohaterów opowieści żyją wśród nas, próbując się zaaklimatyzować. Różnie ten proces przebiegał, ale jeden wątek pojawiał się we wszystkich opowieściach – zawsze byli obcymi. To poczucie, że nie do końca są u siebie.

   Ruskimi wśród Kazachów, Kazachami wśród Polaków.

   Przysłuchiwałam się tym zwierzeniom, ilustrowanym zdjęciami z rodzinnych archiwów, tak różnym, jak różnymi byli ludźmi (od prostych robotników po artystów), a jednocześnie tak podobnymi do siebie w drodze do stacji docelowej Tajynsza dla przesiedleńców, w zabójczych warunkach życia w kazachskich stepach, w ciężkiej pracy, braku dostępu do szkoły i opieki lekarskiej, w tęsknocie za Ojczyzną, a potem we względnej stabilizacji materialnej i rodzinnej, by stale pamiętać słowa rodziców brzmiące, jak przykazanie – wrócić kiedyś do Polski. A kiedy to marzenie się spełniło, okazało się w realizacji nie mniej ciężkie i trudne niż przeszłość. Polityka państwa polskiego wobec Polaków w Kazachstanie nie wypadła w tych opowieściach tylko pozytywnie. Zmieniająca się sytuacja polityczna w kraju, a tym samym podejście do repatriacji, silnie odbijała się na losach konkretnych ludzi. Przechodzili etapy od totalnej ignorancji poprzez chaos urzędniczy w realizacji formalnych ustaw aż do priorytetów rządowych.

   Ale to nie koniec wspomnień.

   Dalszy ciąg po przyjeździe do konkretnej miejscowości był dla mnie najciekawszy, bo opowiadali o postawach Polaków-sąsiadów, w których często pojawiały się egoizm, zazdrość, zawiść, a nawet agresja słowna. Tutaj dowiedziałam się tego, o czym nie mówiły media.

   I to było dla mnie najbardziej zaskakujące i smutne.

   Mam nadzieję, że ta pozycja, ukazująca losy Polaków uwikłanych w historię, przybliżając ich przeżycia i tłumacząc kim są oraz skąd się u nas wzięli, zmieni to nastawienie. Wierzę, że te negatywne postawy wynikają tylko z braku wiedzy, o czym świadczą pozytywne zachowania tych, którzy taką świadomość posiadają.

   Oby dzięki tej publikacji było ich więcej!

niedziela, 16 września 2018
Odważna – Rose McGowan

Odważna – Rose McGowan
Przełożył Krzysztof Kurek
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  344 strony
Literatura  amerykańska

   Nie znałam autorki.

   Nic mi nie mówiło jej nazwisko, chociaż oglądałam kultowy już film Krzyk z jej udziałem. Zaciekawił mnie tytuł i zdjęcie na okładce. Proces ścinania włosów u kobiety często oznacza bunt, efekt traumy lub zmianę w życiu. Z włosami odcina się przeszłość. Pomyślałam, że musiała być bardzo ponura, a właścicielka włosów na tyle odważna lub zdesperowana, by zerwać z nią i jeszcze opisać to w książce. Odciąć się od hollywoodzkiej lalki koniecznie z długimi włosami,

Wikipedia

by pozbyć się tego wymaganego w Hollywood atrybutu seksu i nareszcie być tylko sobą.

Wikipedia

Stworzyła ze swojej trudnej biografii po części opowieść konfesyjną obnażającą tematy tabu z życia rodzinnego, zawodowego i osobistego, a po części manifest zbuntowanej kobiety, która twardo mówi – Dość molestowaniu kobiet! Zanim sięgnęłam po książkę, poszperałam w Internecie, by ją poznać przez pryzmat mediów. Żaden tekst nie powiedział mi więcej, niż zdjęcia w „nagiej sukience” z czerwonego dywanu podczas rozdania nagród MTV Video Music Awards w 1998 roku. Pomyślałam - jakiż dramat musiał stać za jej ubiorem, a raczej jego prawie brakiem, by obnażyć się publicznie, mając świadomość rozgłosu medialnego! Okazało się, że dobrze odczytałam jej kontrowersyjną postawę. Nie chodziło jej o epatowanie seksem, by podnieść oglądalność i popularność, a tym samym zyski. Nagość miała być manifestem przeciw uprzedmiotowieniu kobiety w Hollywood i jej seksualnemu wykorzystywaniu. Jej środkowym palcem pokazanym całemu światu, który zgadzał się na to, bezkrytycznie konsumując produkty pełne schematów, uprzedzeń i seksizmu. W książce dokładnie opisała ten moment, ujmując go w dosadne słowa – Najwyższy czas, żeby mężczyźni zrozumieli, że ich sperma nie jest aż tak drogocenna. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że zaczyna budzić się z hollywoodzkiego snu pełnym mitów o indywidualizmie i kreatywności artysty i że ostatecznie zapoczątkuje, dzięki broni jakiej nie miały jej poprzedniczki - Internetowi, nowy ruch społeczny.

   #MeToo.

   Że pociągnie za sobą lawinę głosów innych molestowanych kobiety mówiących – Ja też! By powiedzieć – STOP! – Potworom takim, jak Alfred Hitchcock, Roman Polański, Woody Allen, Bill Cosby, Dustin Hoffman, Kevin Spacey i wielu, wielu innych znanych i wpływowych. Nazwiska tego, który ją zgwałcił, a co dokładnie opisała w książce, nie użyła ani razu. Pozostał na kartach książki Potworem, ale każdy, kto ogląda programy publicystyczne i czyta doniesienia medialne wie, że chodzi o Harveya Weinsteina. By uświadomić sobie skalę odwagi autorki, musiałam poznać jej życie, o którym napisała tyle, ile według niej konicznym było do zrozumienia mechanizmów rządzących „fabryką snów”, w której, jak napisano we wstępie od redakcji, historia seksualnego wykorzystywania kobiet w Hollywood jest stara jak... Hollywood. Autorka uważa siebie za jedną z ocalonych z filmowej machiny miażdżenia kobiet, która ulice Hollywood wybrukowała ciałami wykorzystanych, okłamanych, zranionych. Siłę do walki o siebie dała jej dramatyczna przeszłość – narodziny i dorastanie w sekcie Dzieci Boga, życie z maniakalno-depresyjnym ojcem, brak przy niej  matki, bezdomność, głód i związki z psychopatycznymi mężczyznami. Co nie znaczy, że ocalała bez poniesionych ran. Zapłaciła depresją, uzależnieniami, anoreksją, obsesyjnymi lękami i stanami paniki, cyklotymią oaz traumą wykorzystywania i molestowania seksualnego trwającego od dzieciństwa. Jej droga outsiderki, niewolnicy, gwiazdy, celebrytki do bycia sobą, człowiekiem, zwykłą członkinią społeczeństwa, była bolesna i długa w dużej mierze z powodu braku mądrych dorosłych w jej życiu, a zwłaszcza rodziny. Była osamotnionym dzieckiem w społecznej dżungli.

   Za to podziwiam ją najbardziej.

   Podziwiam ją również za odwagę wykorzystania swoich doświadczeń do walki z bardzo silnym przeciwnikiem, który do jej uciszenia wykorzystał nawet agentów Mossadu. Jego ofiarami jesteśmy również my – widzowie, podkreśla autorka. To w tej części opowieści najbardziej widać przesłanie jej manifestu, ponieważ zwraca się bezpośrednio do czytelnika, mówiąc  – Wszystko, co mogę powiedzieć, to żebyś zastanawiała się nad tym, co konsumujesz. Zacznij rozpoznawać stereotypy i szkodliwe schematy myślenia. Zacznij je odrzucać. Zacznij się skarżyć. Wysyłaj na Twitterze wiadomości  do reżyserów, wytwórni filmowych i wszelkich firm, które za nimi stoją. Ale przede wszystkim wymagaj więcej. Stawką w tej grze jest twój umysł.

   Mój umysł!

   Muszę przyznać, że podała przy tym konkretne i mocne argumenty. Najbardziej przemówił do mnie ten, w którym mówi – Jest coś wyjątkowo przejmującego w tym, jak media i Hollywood tworzą wspólny zamknięty krąg, ściśle współdziałając, żeby ogłupić populację. Jeśli nie czytasz – a 42 procent amerykańskich absolwentów college’u nie przeczytało ani jednej książki od zakończenia studiów – przemysł rozrywkowy i media internetowe są jedynymi miejscami kształtowania twojego myślenia. A one nie odzwierciedlają prawdziwego życia, prawda? A potem dodaje, że 99% tego medialnego przekazu pochodzi z... Hollywood.

   Pomyślałam w tym momencie o polskiej populacji.

   U nas, według najnowszego raportu o stanie czytelnictwa Polaków, nie czyta 62%! Przerażające w kontekście tej książki i doniesień medialnych o zachowaniach dyrektora Teatru Akademickiego wobec studentek i licealistek, które zapewne sygnalizują tylko istnienie góry lodowej polskiego przemysłu rozrywkowego. Dlatego warto posłuchać namowy autorki – Przyjrzyj się więc temu, co konsumujesz, i wybieraj mądrze. Pisz e-maile, tweetuj, domagaj się zmiany postawy od tych, którzy propagują szkodliwą i krzywdzącą narrację. A jeżeli mimo to się nie zmienią, nie kupuj tego, co sprzedają. Tam, gdzie dostrzegasz dziejącą się niesprawiedliwość, naciskaj system. Trudne?

   Odważna pokazuje, jak być odważną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Odważna [Rose McGowan]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 26 sierpnia 2018
Dziewczynka w zielonym sweterku – Krystyna Chiger , Daniel Paisner

Dziewczynka w zielonym sweterku – Krystyna Chiger , Daniel Paisner
Przełożyła Beata Dżon
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2011 , 284 strony
Seria Literatura Faktu PWN
Literatura  amerykańska

   Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Sam osiadł w niebie, a ludziom oddał ziemię. I na ziemi to się stało...

   Dalszy ciąg słów, zapisanych w niepublikowanym pamiętniku Ignacego Chigera i umieszczonych w książce jako motto, uzupełniła jego córka Krystyna. Kiedy to się stało - wybuchła wojna, zaczęła się eksterminacja Żydów, kiedy 30 maja 1943 roku musiała z mamą i tatą oraz młodszym bratem Pawłem zejść na 13 miesięcy do lwowskich kanałów, by przeżyć. Kiedy szczęście i jasność zamieniły się w desperację i ciemność. Miała wtedy 7 lat.

Dużo zapamiętała, ale swoje relacje z perspektywy dziecka uzupełniła wspomnieniami ojca, matki i brata. Czuła się w obowiązku opowiedzieć, co się z nimi tam działo. Jak z około siedemdziesięcioosobowej grupy zaszczutych i przerażonych ludzi, w kanałach ocalała tylko dziesiątka. Do dzisiaj żyje tylko autorka.

   To niejedyny powód publikacji książki.

   Chciała również uczcić i upamiętnić ich wybawcę – Leopolda Sochę.

Lwowskiego kanalarza, który pomógł im przetrwać w podziemiach, przynosząc jedzenie, lekarstwa, odzież, ale przede wszystkim, dając nadzieję będącą jednym z elementów szczęśliwego przetrwania. Pozostałe, które wymieniła autorka, to poczucie porządku, obowiązku oraz humoru. Wśród szlamu, mułu, wilgoci, smrodu ścieków, pełzających robaków, szczurów, wszy, zimna i ciemności próbowali stworzyć namiastkę cywilizowanego życia. Nadać rys, jak wielokrotnie podkreślała autorka, cywilizowanych ludzi, by do końca nie zezwierzęcieć. Nie tylko w sensie fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym i moralnym. A sytuacji do ekstremalnych, atawistycznych zachowań, do egzaminu z człowieczeństwa było mnóstwo. Codziennie. Ta bliskość śmierci, życie i śmierć, życie czy śmierć doprowadzała do chorób fizycznych i psychicznych, brutalnych zachowań, egoistycznych wyborów, których nie śmiem oceniać obecnie. Teraz. W czasie pokoju i w poczuciu bezpieczeństwa. Z tych przejmujących opisów, jeden wstrząsnął mną najbardziej. Niema walka o życie nowo narodzonego dziecka między jego matką a matką autorki. Wszystko to odbywało się między dwiema kobietami bez jednego słowa. Siłę argumentów miały w oczach, to była ich rozmowa. To trwało długo, walczyły tak, kiedy wszyscy inni pozasypiali. Usnęła i matka autorki, przegrywając walkę. Dzieciobójczyni w oczach autorki została bohaterką, o czym opowiada w filmie dokumentalnym Tak, pamiętam dołączonym do książki.

   Symbolem jej przeżyć został, ujęty w tytule, zielony sweterek, zrobiony i podarowany autorce przez babcię, który chronił ją od przed chłodem kanałów. Trafił do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie jako eksponat wraz z jej historią. Razem są dowodem istnienia Holokaustu, by przyszłe generacje nie mogły zaprzeczyć, że Holokaust nigdy się nie wydarzył, był  mitem, wymysłem.

   Że na ziemi to się stało...

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.  

Dziewczynka w zielonym sweterku [Krystyna Chiger, Daniel Paisner]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

O życiu w kanałach rodziny Chigerów powstał film w reżyserii Agnieszki Holland.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lutym w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1154 tytułów
Mój top czytanych w 2018
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi