Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 09 kwietnia 2017
Przeszczepione życie – David Wagner



Przeszczepione życie – David Wagner
Przełożyła Agnieszka Walczy
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego , 2017 , 256 stron
Seria z Linią
Literatura niemiecka


Pełno krwi!
Krew w przełyku. Krew w łazience. Krew w karetce. Byłam tak samo zdezorientowana, jak bywa ten, u którego rozpoczyna się choroba, ale jeszcze o tym nie wie. W przypadku pacjenta W., bohatera i narratora tej retrospekcji, właśnie daje drastyczne objawy, bo wiedział, że choruje na przewlekłe agresywne autoimmunologiczne zapalenie wątroby od lat dziecięcych czyli od kilkudziesięciu już lat. To musiało skończyć się wreszcie koniecznością przeszczepienia wątroby. A mimo to, nawet z tak dużym doświadczeniem i wiedzą, choroba go zaskoczyła.
Dowiadywałam się o tym powoli.
Z odcinka na odcinek. Raz dłuższy, innym razem króciutki. Zaledwie na dwa zdania.

Ponumerowanych od 1 do 277, żeby w tym chaosie myśli, odnaleźć ciągłość wypadków życia przed przeszczepieniem i po przeszczepieniu. Oba oddzielone szarą strefą dwóch stron.

Ta pierwsza część bardzo mi bliska i znajoma, bo pokrywająca się z moimi doświadczeniami szpitalnymi, kiedy z ciekawością nowicjuszki poznawałam nowy świat środowiska szpitalnego, a z czasem rutynę codzienności lekarzy, pielęgniarek i pacjentów. W sposób realny. Jednocześnie bardzo mi odległy, ponieważ narrator ten mój realny odbiór widział totalnie odmiennie niż ja. Ubierał go w metafory i porównania, tworząc rzeczywistość fantastyczną, w której łóżko zamieniał na tratwę dryfującą po oceanie w rejsie przez szpital, w krainie Gdzieś Tam, ale i przez własne Ja. Leżąc na wyspie-łóżku wmyślał się w siebie i przemyśliwał na wylot. Gubił się w sobie. Nieśpiesznie błądził. Refleksyjnie zaglądał do najdalszych zakamarków ciała, duszy i umysłu, rozkładając myśli, odczucia fizyczne i emocje na czynniki pierwsze. Ta drobiazgowa autoanaliza służyła jednemu celowi – odnaleźć utraconą stabilizację i uporządkować świat w sobie i wokół siebie w obliczu zagrożenia życia, w którym zbrakło poczucia bezpieczeństwa, poprzez znalezienie odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne – ...jaki to wszystko ma sens, skoro i tak zaraz umrę? W takim razie po co w ogóle istnieję? Po co człowiek w ogóle istnieje?
A pytań tego rodzaju było mnóstwo!
Analizując swoją przeszłość i teraźniejszość, narrator nie pominął żadnego aspektu życia w swoich dociekaniach, by ten sens swojego wyjątkowego położenia odnaleźć.
Druga część życia po przeszczepieniu wątroby była mi zupełnie obca, ale przez to, że nowa, bardzo ciekawa. Poszerzona o doświadczenia człowieka po otrzymaniu nowego organu, a dla pacjenta W., tożsamym z nowym życiem. Przeszczepionym życiem, jak nazywał je bohater i jak brzmi tytuł książki. Nowa, zdrowa wątroba stała się trzecią, obok narratora i choroby, bohaterką kolejnych odcinków myślowych, przynoszącą mnóstwo kolejnych, tym razem innego rodzaju, pytań o procedury, ale przede wszystkim o etykę transplantacji. Prowadził nieustanny dialog ze sobą i z wątrobą, pytając natarczywie – A ty, organie, czy naprawdę należysz teraz do mnie? Do kogo należy przeszczepiony organ? Został mi podarowany czy nadal jest własnością Eurotransplantu, kliniki albo kasy chorych? A może jest tak, że mam cię tylko przechować, zaopatrywać, dostarczać ci krew, opiekować się tobą? Narrator, na te i im podobne pytania, próbował odpowiedzieć sobie, by określić swój nowy status i tożsamość – chimery?, hybrydy?, replikanta? czy może nowego, ulepszonego, uzupełnionego człowieka?
Pomimo niepodważalnego cierpienia fizycznego i psychicznego, nie ma w tych zwierzeniach cierpiętnictwa. Autor potrafił wyważyć środek między realizmem a fantazją, zaangażowaniem emocjonalnym a dystansem, powagą a humorem (bo jest!), rozpaczą a nadzieją, pragnieniami a realizmem i wreszcie między śmiercią a życiem. Nie obciążając mnie emocjonalnym bagażem choroby, przekazał wewnętrzny świat chorego, pomagając zrozumieć, co się z nim dzieje i co czuje. Był przy tym bardzo wiarygodny, ponieważ ten swoisty dziennik choroby oparł na własnych doświadczeniach, a pomiędzy rozdziałami umieścił jej profesjonalny, medyczny opis. To jedna z tych terapeutycznych książek, którą śmiało można podsunąć bardzo choremu człowiekowi. Swoim chłodnym dystansem i spokojnym przekazem tłumaczy, odpowiada, wyjaśnia i prowadzi za rękę przez obszar nurtujących, bo ważnych i trudnych pytań.
Pomaga znaleźć sens w jednej z najbardziej bezsensownej sytuacji, jaką jest choroba.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

piątek, 24 lutego 2017
Wybrany – Urszula Sowińska



Wybrany – Urszula Sowińska
Wydawnictwo W Punkt , 2017 , 303 stron
Literatura polska


Książka – nawrócenie, przypomnienie, drogowskaz.
Dla bardziej opornych – cios w splot słoneczny. Dla upartych i zapieczonych w sobie – solidny kopniak w tyłek. A za co? Ku przypomnieniu, ku napomnieniu i ku rozwadze.
Profilaktycznie!
A tragedia zaczęła się niewinnie – od niezadowolenia. Od narzekania głównego bohatera na pieski los. Na podłe życie, które nie jemu się należało. Na mierną drogę życiową, po której nie on powinien kroczyć. Nie podobała mu się. Wręcz jej nienawidził. Za ciasna dla niego była rodzinna miejscowość, z której pochodził, gdzie nikt już nie snuł żadnych planów na przyszłość, bo najzwyczajniej w świecie nie było z czego ich utkać. Brzydkie było miasto, do którego przyjechał zająć wyższy stopień w hierarchii społecznej. Obrzydliwy supermarket i praca w nim, której nie znosił od pierwszego wejrzenia; miejsca, ludzi, „obowiązków”. Niezasługujący na jego uwagę współpracownicy, od których odgradzał się murem arogancji, niechęci i wrogości. Obskurne mieszkanie zamienione na melinę przez jego pijącego współlokatora. Niegodna go dziewczyna, która śmiała ofiarować mu niechcianą miłość. Nawet matka dobrego serca nie była osobą spełniającą jego oczekiwania.
Pragnął więcej.
Miał ambicje. Chciał znajdować się po drugiej stronie, pewny siebie, zadowolony, syty brakiem przyziemnych niepokojów i strachu o następny dzień. Był przekonany, że miałby to dzięki pieniądzom, dlatego chciał należeć do elity, która dobrze zarabia, jeździ supersamochodami z superdziewczynami u boku. Był pewien, że to mu się należy, że jest do tego wybrany, a podłe życie traktuje go niesprawiedliwie i krzywdząco, skazując na nieznośną, ciężką rzeczywistość. Na życiowe bagno bez perspektyw. Chciał się z niego wydostać za wszelką cenę. W akcie desperacji posunął się do czynu łamiącego zasady moralne i prawo.
Sprowokował los, a może samego Boga.
To, co wydarzyło się potem, można nazwać bolesną lekcją życia, zemstą przez niego skrzywdzonych, a może wyrafinowaną w okrucieństwie nauczką przywracającą obiektywny punkt widzenia. Ogląd sytuacji z innej perspektywy. Analizę dotychczasowej postawy i światopoglądu. Refleksyjne spojrzenie wstecz w warunkach traumy, by ostatecznie ruszyć w życie jako zupełnie inny człowiek.
Wybrany przez Boga.
To niejedyna interpretacja tytułu. Znaczeń jest więcej, ale ich odkrywanie pozostawiam czytelnikom. Autorka inteligentnie i bez patosu podporządkowała ku temu fabułę. Idealnie odtworzyła obraz młodego, niezadowolonego, roszczeniowego człowieka, ukazując jego niechętne nastawienie do ludzi, otaczającej rzeczywistości i swojego w niej miejsca. Zaglądała do rozgorączkowanego umysłu i mrocznej duszy, wybebeszając na wierzch porażone negatywizmem myśli. Nie wzbudzał we mnie sympatii. Nie byłam w stanie nawet mu współczuć. Jego wręcz agresywne nastawienie bardziej porażało niż skłaniało do empatii. Nie chodziło tu jednak o moje negatywne czy pozytywne emocje. Moje odczucia były kwestią wtórną. Najważniejsze było adekwatne odtworzenie realiów rzeczywistości Staszka i jego stanu psychiczno-duchowego, by ostatecznie te emocje we mnie wzbudzić. Autorka użyła do tego również metafor i porównań, po których nawet zwykły bankomat wydawał się rakotwórczą naroślą miasta. Siła przekazu języka wpychała mnie bezlitośnie w „skórę” bohatera. W bagno myśli bez dna, z którego wydobyłam się z ogromną ulgą.
Ale i zaskoczeniem!
Ostatnie słowa Staszka tłumaczą tytuł powieści i są wyrazem odnalezionego sensu życia. Powieść skłania do refleksji, do przełożenia życia Staszka na własne, do zastanowienia się nad sensem własnego życia, własnymi oczekiwaniami i ambicjami.
To opowieść, która brutalnie i bez patosu odpowiada na najważniejsze pytania człowieka.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki

Wybrany [Urszula Sowińska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

sobota, 03 września 2016
Portret Doriana Graya – Oscar Wilde



Portret Doriana Graya – Oscar Wilde
Przełożyła Maria Feldmanowa
Państwowy Instytut Wydawniczy , 1976 , 231 stron , wydanie 3
Literatura irlandzka


Urzekła mnie przedmowa autora do tej powieści.
Na poły manifest poglądów promujących ideę sztuki dla sztuki, na poły spis przekonań na jej rolę w życiu człowieka, a właściwie jej brak, bo każda sztuka jest bezużyteczna. Można też ją uznać za syntezę treści przesłania zawartego w fabule. Dla wtajemniczonych w biografię autora jako echo lub skutek pierwszego wydania powieści, która okazała się w 1890 roku obrazoburcza, niemoralna i skandaliczna dla ówczesnego czytelnika. Wydanie jej w formie książki (premierowe wydanie ukazało się w czasopiśmie) okrojonej o sceny homoseksualne, zyskała na pojawieniu się przedmowy. Dla mnie, listy aforyzmów gotowych do cytowania w zależności od dyskutowanego tematu, z których najpopularniejszym i najbardziej znanym jest – Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle. Nic więcej. I pod tym kątem, narzuconym przez autora ku lepszemu zrozumieniu przez czytelnika, co autor miał na myśli, można czytać tę powieść. Obserwować, jak malarz Bazyli tworzy portret Doriana, nadając mu nowy styl w sztuce, nowy sposób patrzenia na życie, którego dziwnym bodźcem była sama obecność człowieka, nieświadomego swej roli.
Dla mnie to jednak przede wszystkim powieść psychologiczna.
Opowieść o młodym mężczyźnie, Dorianie Grayu, którego psychika staje się materiałem plastycznym kształtowanym w ramach eksperymentu psychologicznego-społecznego przez lorda Henryka. Pospolitego gruboskórnego ówczesnego społeczeństwa znajdującego zadowolenie w wywieraniu wpływu na tak podatny materiał. Przyjemność w manipulacji, w której nic nie mogło się równać podobnej grze. Własną duszę przelewać do wdzięcznego naczynia i na chwilę ją tam pozostawić, słyszeć echo własnych poglądów, wzbogacone melodią namiętności i młodości, temperament swój przekazywać komuś drugiemu niczym subtelny fluid lub niezwykły aromat. Oto źródło najwyższy radości, gdy samemu jest się ograniczonym przez normy epoki, w której przyszło żyć. I tak jak Bazyli tworzył zewnętrzny obraz idealnego Doriana na płótnie, tak lord Henryk tworzył wewnętrzny obraz moralnego potwora. Cienka granica między psychiką a ciałem, między fizycznością a uduchowieniem jest nie do uchwycenia. Dla niektórych wręcz niewidoczna. Zmysły mogą uszlachetniać, a duch poniżyć człowieka. Ciało Doriana jest nieskazitelne, piękne i niezmienne. Duch coraz bardziej pogrążony w procesie rozkładu powodowanym przez nieodwracalne skutki czynów popełnianych pod wpływem ciekawości i pragnienia nowych doświadczeń przynależnych młodości, za które Dorian nie ponosi konsekwencji.
Do czasu!
Do momentu obudzenia się dla jednych sumienia, a dla innych bojaźni przed Bogiem, których portret jest w tej opowieści symbolem. Metaforycznie toczone przez wyrzuty lub grzechy, a dosłownie przez robactwo żerujące na obrazie, niszczą, bezczeszczą i plugawią urodę, wdzięk, czystość i niewinność Doriana.
Dla świata nadal jest jednak piękny!
Oceniany według powierzchowności cielesnej, a nie zgubnego wpływu wywieranego na ludzi, staje się coraz bardziej niebezpieczny w swojej rozwiązłości używania życia. Nikt jednak nie wie, poza samym Dorianem, jak zaciekle piekło i niebo toczą w nim walkę o duszę. I ta ciągła walka jest sztuką życia. W tym właśnie momencie wszystkie postulaty o sztuce z przedmowy autora można przenieść na życie. Jak bardzo jest to niebezpieczne, trudne i obfitujące w przerażające konsekwencje, które ostatecznie trzeba ponieść, pokazał nam na losach Doriana, wcielającego w życie postulat – każda sztuka jest bezużyteczna czyli każde życie jest bezużyteczne. Można żyć dla życia. Można nie przestrzegać norm społecznych i zasad moralnych. Można nie posiadać "sympatii etycznych”. Można zarówno cnotę, jak i występek, traktować tak, jak tworzywo lub narzędzie w sztuce życia. I mogłabym tak po kolei przenosić myśli o sztuce z przedmowy autora na myśli o życiu. Można wszystko! Żyć dla siebie i żyć dla samego życia, podnosząc to do rangi sztuki. Tylko trzeba liczyć się z tego konsekwencjami, które prędzej czy później trzeba ponieść.
I jeszcze jedno.
Powieść tę wyprzedza fama homoseksualnej treści. Przynajmniej mnie to spotkało. Musiałabym być radykalną i skrajną homofobką, by w tej powieści znaleźć sceny homoseksualne. Można na siłę doszukiwać się takich sugestii w fascynacji Bazylego urodą Doriana czy w fascynacji młodością lorda Henryka, czy w sferze przygód Doriana z mężczyznami, których szczegółów nie poznaje się, tylko wzmiankę o ich samobójstwie, a co poprzedni czytelnik tej wiekowej książki uznał za godne zaznaczenia. Coś znalazł i okazał radość.

Jednak to zawsze będą echa pierwszego, pełnego wydania, które takie sceny zawierały. W tej poprawionej wersji pozostają dalekosiężne domysły i daleko posunięte nadinterpretacje. Myślę, że gdyby nie homoseksualna orientacja autora, za którą został skazany na dwa lata więzienia, nikt nie próbowałby nawet zauważać tego aspektu powieści. Pozostaje więc sztuka dla sztuki, sztuka życia i życie dla życia oraz poszukiwanie odpowiedzi, czy się z tym zgadzamy.
Tylko tyle i aż tyle!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Portret Doriana Graya [Oscar Wilde]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Po lekturze z przyjemnością obejrzałam film powstały na podstawie powieści.
środa, 06 lipca 2016
Ulisses – James Joyce



Ulisses – James Joyce
Przełożył Maciej Słomczyński
Wydawnictwo Znak , 2004 , 813 stron , wydanie 3
Literatura irlandzka


Nie wierzę, że przeczytałam tę powieść!
Nie miałam jej w planach. Wystarczyły mi informacje spotykane w literaturze przedmiotu uświadamiające istnienie tego rodzaju powieści i jej twórcy, jako innowatora, który według T. S . Eliota – zabił i pogrzebał wiek dziewiętnasty. Nie czułam się zobowiązana do czytania ośmiuset stron wewnętrznego monologu w przeważającej części dwóch, głównych bohaterów – Stefana Dedalusa i Leopolda Blooma, by wiedzieć na czym polega strumień świadomości i jego metoda przekazu. Na dodatek wcale nie wymyślona przez Jamesa Joyce’a, ale podpatrzona u francuskiego pisarza Édouarda Dujardina, udoskonalona i doprowadzona do perfekcji w Ulissesie. Nie robiły na mnie wrażenia głosy literaturoznawców polecające powieść jako zapoczątkowanie nowego rodzaju sztuki i doprowadzenie go do doskonałości na przestrzeni jednego dzieła. Nie zachęcały mnie głosy autorytetów literackich uznające tę powieść za arcydzieło, które wypada znać. Z pobłażliwością traktowałam swoją misję pośrednika w wypożyczaniu tej pozycji z biblioteki publicznej dla mojej ambitnej młodzieży, traktując jej zamiary jako lans wśród rówieśników. Gryzłam się w język, by nie zdeprecjonować sensu ich prób mierzenia się z wyzwaniem, ripostą – „a nie mówiłam?!”, gdy słyszałam polekturowe wrażenia – „strrrasznie nuuudne!”
Byłam potworną ignorantką!
Na szczęście do jednego zdarzenia, kiedy pożyczoną kolejny raz powieść, oddał mi dziewiętnastolatek, od którego po raz pierwszy usłyszałam coś odmiennego od dotychczasowej, niezmiennej mantry o nudzie – „trudna!” Zaintrygowało mnie to jedno, esencjonalne słowo, bo pochodzące od chłopca oczytanego w literaturze niszowej, swobodnie uprawiającego czytelnicze wycieczki w świat psychologii i filozofii, samodzielnego i twórczego w myśleniu, ale przede wszystkim poszukującego czytelniczych wyzwań.
Zaimponował mi i... zawstydził!
Okazało się, że ja, myśląca o sobie jako o chętnie podejmującej wyzwania czytelnicze, jestem w grupie tradycjonalistów, a co uświadomił mi również tłumacz tej powieści, Maciej Słomczyński. Człowiekiem, który wymagał od sztuki jedynie najwyższej zręczności w powielaniu tego, co im najbliższe i najlepiej znane. A gdzie w tym wszystkim mój cel i założenie tworzenia geografii literatury, po której chciałam oprowadzać innych? Stojąc w miejscu?! Zawstydziłam się po raz drugi. Tak zmotywowana zaczęłam czytać, a raczej mozolnie brnąć przez ten strumień świadomości z poczuciem popełniania czytelniczego masochizmu.
Było i nudno, i trudno, ale, o dziwo!, ze strony na stronę coraz ciekawiej!
W peletonie czytających niewielu docierało do mety, dzieląc się na czytelników, którzy Ulissesa chcą przeczytać, przeczytali i tych, którzy go nie skończyli. Podobno nie ma osób, które nie chcą go przeczytać. Z rozbawieniem widziałam, jak po drodze mijanych stron odpadali kolejni moi poprzednicy w czytaniu. Niektórzy zostawiali pod tekstem takie świadectwa frustracji kończącej przygodę i próbę zmierzenia się z powieścią:

Trochę żal mi ich było, bo dosyć daleko zabrnęli w tej nieustannej walce z ucieczką własnych myśli od tekstu, przywoływania ich z powrotem, by ostatecznie przegrać ze znużeniem i opadającymi powiekami. To pierwsza książka w moim życiu, która mnie usypiała. A dziwiłam się, jak można zasypiać podczas czytania?! Można! Ale walczyłam dalej! Zaciskałam szczęki w determinacji, otwierałam szeroko oczy, piłam hektolitry kawy i brnęłam dalej pod prąd nurtu tych strumieni świadomości bohaterów, na które przenosił mnie od czasu do czasu narrator zewnętrzny. Z czasem, gdzieś około połowy, zaczynało być nawet interesująco, kiedy wewnętrzny, intymny świat umysłów bohaterów zaczął odzwierciedlać zarówno strumień życia niosący ze sobą wszystko co dobre, ale i śmieci, o których pisał Zbigniew Herbert w Przesłaniu Pana Cogito, jako niewartych naszej uwagi. Tutaj jak najbardziej jej wartych, bo składających się na pełny realizm życia. Te oderwane z większej całości, niezwiązane logicznie z niczym, niemające sensu i nietworzące logicznej ciągłości, w postaci pojawiających się nagle i równie nagle znikających skojarzeń, przypomnień i błysków myślowych, tutaj tworzyły pełnię egzystencji. Drobin pojawiających się z przeszłości, w teraźniejszości i sięgających do przyszłości. Odtwarzające nie tylko surowy, pierwotny, wyjściowy stan umysłu ze świadomości, podświadomości, pamięci, lęków, pragnień, emocji, wrażeń i atawistycznych uczuć, obrzydliwej fizjologii ludzkiego ciała, ale i kondycję ludzkości jako takiej, sprowadzonej do wspólnego mianownika w tytule – jesteśmy jak Ulisses, w mitologii greckiej zwanej Odyseuszem, podróżującym skądś i dokądś, jak strumień mający swoje źródło i ujście, jak życie jemu podobne z początkiem i końcem podróży.
Temu dynamizmowi umysłu autor podporządkował język przekazu.
Bardzo utrudniający odbiór, chociaż, paradoksalnie, dokładnie tak myśląc, w praktyce nie mamy z interpretacją żadnych problemów. Z mnóstwem neologizmów powstałych z połączenia dwóch i więcej wyrazów, których długość doprowadzona została do absurdu:

Wykorzystujący onomatopeje – Brzęk dzyń powozu brzęk. Ze zdaniami z pourywanymi wyrazami oddającymi charakter uciętych, niedokończonych myśli – Uratował sytu. Obcisłe spo. Wspaniały po. Ze wstawkami pisanymi archaicznym językiem. Z treścią ubraną nie tylko w formę prozy, ale i dramatu oraz poezji. Oddający stan lotnego umysłu, za którym trzeba było szybko podążać, również w równaniach matematycznych, jak i bełkot człowieka pijanego.
Realizm w najczystszej postaci!
Ale gdybym miała powiedzieć o czym przeczytałam, odpowiedziałabym – o wszystkim! O przygotowaniu śniadania, parciu w jelitach i defekacji, kąpieli, pogrzebie, obiedzie, odwiedzinach w muzeum, bibliotece, hotelu, parku i burdelu, jeździe dorożką, wizycie w zakładzie pogrzebowym, onanizmie, porodzie, pijackiej burdzie i nocnej przechadzce kończącej ten wyczerpujący mnie i bohaterów dzień 16 czerwca 1904 roku w Dublinie. O jednym dniu wypełnionym rozmowami o muzyce, literaturze, Irlandii, Dublinie, Paryżu, przyjaźni, kobietach, prostytucji, odżywianiu, wpływie oświetlenia gazowego lub lamp łukowych i żarówek na wzrost sąsiadujących z nimi paraheliotropicznych drzew, o wystawionych na widok śmietniczkach miejskich, Kościele rzymskokatolickim, celibacie duchownych, narodzie irlandzkim, wykształceniu jezuickim, karierach, studiowaniu medycyny, minionym dniu, złowieszczym wpływie dnia poprzedzającego sabat, omdleniu Stefana, antysemityzmie i wielu, wielu innych problemach człowieczych i zagadnieniach świata naszego. Ale przede wszystkim o człowieku i ludzkości w kontekście jej dziedzictwa, dokonań i dorobku w każdej dziedzinie nauki i kultury – religii, filozofii, sztuki, literatury pięknej, mitologii, a nawet medycyny czy astronomii. Trzeba być omnibusem, czytelnikiem doskonałym i poliglotą mówiącym co najmniej w sześciu językach (w tym po łacinie!), by odczytać symbolizm zawarty w tekście oraz konteksty i nawiązania, a także zrozumieć treść fragmentów pisanych w wielu obcych językach bez tłumaczenia.
To dlatego powieść jest trudna i w przesłaniu, i w języku przekazu.
Uprzedził o tym tłumacz powieści, pisząc – nie mam najmniejszych złudzeń, aby mógł istnieć choćby jeden czytelnik, który, przystąpiwszy – bez specjalnego przygotowania – do przeczytania tej książki po raz pierwszy, mógł ją sobie podporządkować w całości. Na pocieszenie dodając – Jestem absolutnie przekonany, że każdy inteligentny i jako tako oczytany człowiek potrafi opanować trudności stylu i pozostałe arkana techniczne tego dzieła, pod warunkiem oczywiście, że poświęci temu odpowiednią ilość czasu, uwagi i dobrej woli. Nie można tej prozy łyknąć na raz, ani nawet na cztery razy, przyśpieszyć czytanie czy poznawać z doskoku. Skoro tłumacz poświęcił na jej przekład dwanaście lat!, chcąc oddać artyzm jej wysokiego C, to i czytelnik musi przeznaczyć na nią dużo czasu i to specjalnie na tę wymagającą przygodę czytelniczą przeznaczonego. A wszystko po to, by docenić jej mistrzostwo w pełni zauważalne dopiero po przeczytaniu całości.
Inaczej będzie tylko bardzo nudno!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ulisses [James Joyce]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 08 listopada 2015
Księżyc Myśliwych – Katarzyna Krenz, Julita Bielak



Księżyc Myśliwych – Katarzyna Krenz, Julita Bielak
Wydawnictwo Znak , 2015 , 504 strony
Literatura polska


Frapujące, ale owocne doświadczenie!

Przy dobrej pogodzie jest w nim stalowy spokój i logika.

Początkowo ucieszyłam się, że było morze, a na nim wyspa, a na niej ludzie.

Wiatr przesycony jodem, powiew z nutą soli, wodorostów i skorupiaków.

Myślałam, że wpasuję się w ten świat, ale uciekałam od niego, budowałam bariery i zatrzaskiwałam drzwi do moich emocji. Ja, urodzona nad morzem, żyjąca z nim i obok niego. Przez kilkanaście lat od urodzenia wśród rybaków i ludzi morza. Plaża była moim placem zabaw, a las na wydmach materializacją najbardziej szalonych pomysłów. A mimo to pozamykałam się w sobie, czytając tę powieść. Nie odnalazłam się w niej, pomimo wspólnych doświadczeń z bohaterami i sprzyjających warunków nadmorskiego czytania. To dlatego przez mój wpis będą przewijać się zdjęcia podpisane cytatami z książki, które z powodzeniem mogłyby ilustrować miejsce akcji opowieści. Bo morze wszędzie jest takie samo.

Przed nią leżało morze, z portem rybackim po lewej i przystanią portową po prawej.

Powieści, którą mogłabym potraktować, jak kryminał. Mogłabym, ale nawet gdybym bardzo tego chciała i uparła się przy takim właśnie pojmowaniu, to nie dane mi było tak odebrać tej historii. Wydarzeń rozegranych w nadmorskiej miejscowości List na jednej z fryzyjskich wysp Morza Północnego o nazwie Sylt, należącej do najdalej na północ wysuniętej gminy niemieckiej.

Sprawdziłam na mapie i jak widać – rzeczywiście istniejącej. To tutaj pod koniec wyjątkowo ciepłego października (dokładnie takiego, jak w tym roku mojej rzeczywistości, gdy czytałam tę książkę), o drugiej w nocy znaleziono młodego, nieprzytomnego, ciężko pobitego chłopaka. Rany były poważne – liczne zranienia, połamane żebra, pręga na szyi po próbie duszenia i niemal brak twarzy. I najgorsze – amnezja. Sprawą zajął się komisarz Kurt Herzog, któremu marzyła się solidna kariera w kryminalistyce. Zamiast tego pełnił nudą i żmudną służbę na cichym posterunku, w którym na biurku znajdywał błahe zgłoszenie w sprawie pobitego chłopaka, dwa włamania, do hurtowni piwa i do domu emeryta. To wszystko. Żadnych spraw wymagających od niego wysokiego ilorazu inteligencji do rozstrzygania, rozgryzania, analizowania, dochodzenia, przechytrzania i dopadania sprawców chociażby przemytu narkotyków na ogromną skalę, handlu dziećmi czy zbrodnie z zimną krwią albo w afekcie, z planem czy bez, ale zawsze w wielkim stylu. Nawet nie wiedział, że to, za czym tak tęsknił, miał na wyciągniecie ręki. Wystarczyło trochę rozgrzebać nadmorski piach, przysypujący pracowicie ślady przestępstwa, by napotkać pierwszy trop prowadzący do sprawy na skalę nie tylko wyspy, kraju czy świata, ale nawet jego najśmielszych marzeń. Wystarczyło przyjrzeć się wnikliwiej pobitemu chłopakowi i temu, co przy nim znaleziono.

...rybacy sprzedali rybę z nocnego połowu i rozjechali się do domów...

Ale nie na tym wątku skupiała się cała opowieść.
Dlatego nazwanie jej kryminałem czy nawet sensacją byłoby wbrew zamierzeniom głównych narratorek (narratorów było więcej) używających inicjałów J. i B.. Pojawiały się nagle w tej fabule, niczym przecinki w zdaniach pozwalające na oddech, na oderwanie się od uwikłania bohaterów, na przemyślenie podsuwanych tematów sygnalizujących pojawianie się kolejnych wątków. Swoją korespondencyjną wymianą myśli wprowadzały poczucie antraktu w rozgrywającym się spektaklu o życiu mieszkańców Syltu. Początkowo nie lubiłam tych wtrąceń. Zwłaszcza że pełniły rolę analityczną, uzupełniającą oraz, nielubianych przeze mnie, tłumaczącą i obnażającą warsztat powstawania fabuły i tworzenia fizycznych i psychologicznych sylwetek postaci. Często i gęsto powoływały się przy tym na skojarzenia z twórczością innych pisarzy, aktorów, piosenkarzy, a zwłaszcza reżyserów. Musiałam się z tym pogodzić, bo po pierwsze to one kreowały ten świat, z czasem przenikając do niego. Po drugie - sprawiało im to ogromną przyjemność, a co wyjawiły dopiero na końcu, pisząc – wydarzenia w Księżycu, nawet gwałtowne, nie po to się działy, żeby wzmocnić fabułę zawiłą intrygą czy dramatycznym pościgiem. Zagadką było samo pisanie, ta dziwna i niczym nieuzasadniona potrzeba trwania przy tym, sama przyznasz, dość dziwacznym zajęciu, jakim jest wymyślanie komuś imienia, wzrostu i koloru oczu, obdarzanie go życiem, losem i cechami charakteru. A po trzecie B. w jednym z listów do J., którymi wymieniały się systematycznie, zaznaczyła – zastanawiałam się nad formułą „miękkiego” kryminału, a więc napisanego w taki sposób, by nie udawał mocnej męskiej gry, a pozostał wiarygodny. W końcu znalazłam odpowiedź: nie ma potrzeby określania gatunku, dziś nikt tego nie oczekuje. Stąd moja trudność w zaszufladkowaniu gatunkowym tej powieści, chociaż narratorki podpowiadają – post-modernistyczny eklektyzm na granicy gry pozorów, czarnego humoru i autotematyzmu. Proszę być tak sprytnym i ująć to w jednym słowie-pojęciu. No właśnie – ups!

...morze jest niebieskie albo zielone nie tylko z powodu refrakcji światła i głębokości...

Ale dzięki tej nieokreśloności można tę powieść odbierać na wielu poziomach.
Wszystko zależy od czytelnika, który z przyjemnością podda się napięciu, skupiając się na suspensie przeniesionym w sferę motywacji oraz ludzki wymiar winy, kary i przebaczania.

Na wysuniętych daleko w morze umocnieniach odpoczywały gromady dzikich kaczek, mew i rybitw, szablodziobów i ostrygojadów.

Inny odbiorca znajdzie w niej bogate pokłady zagadnień filozoficznych, często formułowanych w pytaniach podobnych do tych – O co walczymy? Czy, jak piszesz, stworzeni jesteśmy do życia według naszych wyobrażeń, za którymi, nieraz daremnie, podążamy? Czy może jednak naszym prawdziwym przeznaczeniem jest, uważane za nudne i przegrane, ukojne bytowanie na prowincji, wszelkiej prowincji, w tym także duchowej? To tutaj znalazłam wyjaśnienie tajemnicy tytułu powieści. Jednak mnie najbardziej zaciekawił motyw nie ucieczki człowieka i jego drogi, bardzo popularnej w literaturze, ale osadzenie i okopanie się człowieka na wyspie dosłownej i metaforycznej. Odgrodzenie się od okropności rzeczywistości,w której dominuje przerażająca i przygnębiająca szeroko pojmowana wojna, bo gdziekolwiek się obejrzysz, wszędzie wojna. Nieważne, mała czy duża, prywatna czy międzyplemienna, zawsze straszna, zawsze okaleczająca. Stąd nasze wyspy, każdy z nas na swojej, byle dalej od okropności, które niosą śmierć i zniszczenie. Napełniają strachem. Zdumiewają.

...jedne spały, syte i skulone, inne czyściły pióra...

Z kolei ktoś inny skupi swoją uwagę na literackiej „ekranizacji” filmów Ingmara Bergmana bardzo silnie obecnego w powieści, który sceny tkał z życia ludzi. To samo robiły narratorki, poszerzając jednak eksponowaną przez reżysera sferę emocji, myśli i uczuć o prozaiczne czynności, zachowania i zdarzenia włącznie z przepisami kulinarnymi. Między innymi na ciasteczka lawendowe, więc i pasjonaci kuchni wiele tutaj dla siebie znajdą.
A wszystko to w klimacie marynistycznym, z morzem w tle.
Piękny obraz taki, jak urocze są zdjęcia, które wklejałam w tekst. Ktoś może nawet powie – nostalgiczne ujęcia. Ale to tylko jedna strona morza i jego ludzi. Dla mnie nudna, szara, bura, jednostajna, zbyt spokojna, zachowawcza.
Martwa.

...a jeszcze inne suszyły skrzydła, obracając je na wszystkie strony, by złowić najmniejszy powiew popołudniowej bryzy.

Nie lubię takiego morza. Nie lubię tych pustych plaż po sezonie, tej transparentności przestrzeni bez tajemnicy, tej ciszy i groźnego pomruku wody i ryku bestii w czasie sztormu, tego ustawicznego memento mori żywiołu natury. To nie było dobre miejsce urodzenia i dorastania dla wojowniczki, dla nastolatki chcącej czerpać z życia garściami i bić się z życiem, skazujące na wielomiesięczne czekanie na pełen życia, barwny, głośny, żywiołowy i nieprzewidywalny sezon turystyczny, który na dwa miesiące odsuwał w cień sezon martwy, kojąc moją "chorobę morską". Nie utożsamiłam się z bohaterami wyspy, mimo że miałam do tego pełne prawo. Wybrałam grę w życie, które tak dobrze pokazał Ingmar Bergman w Siódmej pieczęci. Uciekłam z „wyspy” na „stały ląd” z jego "wojnami". To dlatego z dystansem weszłam w świat powieści, jedynie przyglądając się z zaciekawieniem tym, których taki świat fascynuje i w którym się odnajdują, przybywając do niego w sensie fizycznym. Zostając na stałe. W sensie metaforycznym mam swoją wyspę. To książki. Moje antidotum na martwy sezon.
No i proszę, co może być przyczyną miłości do książek, a co uświadomiła mi ta powieść!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Księżyc myśliwych [Katarzyna Krenz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
wtorek, 06 stycznia 2015
Orfeusz – Richard Powers



Orfeusz – Richard Powers
Przełożyła Urszula Gardner
Wydawnictwo Imprint , 2014 , 405 strony
Literatura amerykańska


Tę książkę czytałam i słyszałam!
Już sama jej konstrukcja fabuły przypominała utwór muzyczny na dwa głosy. Narratora zewnętrznego, którego tok opowieści przeplatały krótkie myśli, niczym interwały, narratora pierwszoosobowego.

Oba opowiadały rzeczywistość poprzez muzykę wypełniającą każdą stronę po brzegi, przelewającą się nutami pasaży z kartki na kartkę (dosłownie i w przenośni), które długo jeszcze wybrzmiewały po ostatnim akordzie słów.

Była muzyczną opowieścią życia głównego bohatera Petera Elsa. Współczesnego Orfeusza z pensylwańskiego miasta uniwersyteckiego gdzieś w USA. Emerytowanego muzykologa, który w swojej pasji, zatraceniu, uwielbieniu i bezgranicznej wyobraźni muzycznej pojął ideę wartą wcielenia w życie. Dosłownego wklejenia sekwencji muzycznej w genom żywej komórki. Miał ku temu wiedzę, bo jego drugą pasją była chemia, która wraz z muzyką były odnalezionymi po latach bliźniaczkami: mieszaniny i modulacje, harmonia spektralna i harmonijna spektroskopia. Budowa długich łańcuchów polimerów przypominała mu złożone wariacje Antona Weberna. W domowym laboratorium pracował w tajemnicy nad urzeczywistnieniem swojego pomysłu. Nie widział potrzeby informowania o tym kogokolwiek. Komórki bakterii, które wykorzystywał do doświadczeń, były powszechnie występującymi w środowisku, a jego eksperymenty dużo mniej groźne niż te wykonywane w laboratoriach rządowych. Nie dostrzegał niczego niebezpiecznego i groźnego w swoich działaniach biotechnologicznych.
Innego zdania były amerykańskie Połączone Siły do Zadań Zapewnienia Bezpieczeństwa.
Przypadkowo odkryte laboratorium przez ich agentów stało się głównym zarzewiem bioterroryzmu, który wywołał medialną nagonkę i panikę wśród Amerykanów. Peter Els nie zauważył, że żyje w rzeczywistości, w której zagrożenie terroryzmem wyznaczało priorytety państwa. Był przekonany, że agencja federalna w minionych sześciu latach nie miała do czynienia z żadnym prawdziwym zagrożeniem. Uwzięła się więc na emeryta z domowym laboratorium.
Artystę o ponadprzeciętnej wrażliwości na dźwięki dopadły twarde realia życia społecznego.
Swoją ucieczkę przed ścigającymi go agentami wykorzystał do retrospekcji. Do wędrówki w osobistą przeszłość, do odtworzenia meandrów własnego losu, który przeplatany z teraźniejszością był najciekawszą dla mnie warstwą tej historii. To świat, w którym bezsprzecznie królowały dźwięki. To poprzez ich wibracje, układy, tonacje, które słyszał wokół siebie i poprzez utwory własne, które z nich komponował, ukazywał wewnętrzny świat współczesnego Orfeusza. Jego myśli, język, postrzeganie otoczenia i ludzi, sposób przekładania obrazów na nuty, przypadkowych dźwięków w melodię, porozumiewania się z córką za pomocą muzyki, a nawet zakochanie się pod wpływem murmuranda nuconego przez jego przyszłą żonę. Ale to także opowieść o niemożności pogodzenia dwóch ról – muzyka i męża. Jednoczesnego realizowania się poprzez pasję i pełnienia roli ojca. O dramatycznym rozdarciu między powołaniem nadającemu sens życia a zobowiązaniami, który chciał pogodzić rozwiązaniem genetycznym. Dziedziczność muzyczna miała być antidotum na rutynę i głuchotę ludzkości.
Należałam do osób głuchych.
Jakżeż dobrze opisywały moje podejście do opowieści Petera te zdania – W przeciętnym arcydziele widziała mniej więcej tyle samo, ile pierwszy lepszy człowiek w kupie zmokniętego kartonu. Nie chciała jednak przejść w niebyt głucha na to, co tylu ludziom nadawało sens życia. Starałam się usłyszeć, co Peter miał mi do powiedzenia, a on dokładał wszelkich starań, bym usłyszała to, co on. Od głosu kobiety wypowiadającej „Kto tam?” jako dwie akcentowane ósemki i jedna ćwierćnuta; opadająca kwinta, a po nie seksta w górę po muzykę, która unosi się na niebie kłębami chmur, a piosenki rozpierzchają się wśród gałązek krzywej strzechy. Był moim przewodnikiem po dziełach wielkich kompozytorów, których odsłuchiwałam w realu, czytając jednocześnie jego opisy dotyczące ich fabuły, niesionych emocji, intencji autora, pojawiających się po kolei instrumentów i ich roli oraz kompozycji. Tak samo przedstawiał mi swoje utwory. Doceniałam jego wirtuozerię słów. A potrzeba jej koniecznie, by głuchemu przekazać piękno dźwięku i odkryć przed nim urodę i tajemnice tego świata. Ale czasami, kiedy Peter zapominał o tym i zaczynał używać terminologii fachowej, gubiłam się. Po takich zdaniach – Greckie stopy metryczne: amfimakr i antybakch. Hinduskie tale. Rytmy palindromiczne brzmiące tak samo, niezależnie od tego, czy się je gra od początku do końca, czy na wspak. Urywany synkopowany rytm Strawińskiego. Średniowieczna izorytmia, czyli zataczające wielkie koła schematy metryczne. – słyszałam... ciszę. Niestety, do pełnego odbioru piękna tej opowieści, trzeba mieć przynajmniej podstawową wiedzę muzyczną. I w tym sensie historia współczesnego Orfeusza, jakich wokół mnie jest wielu, nadal pozostaje dla mnie w jakiejś mierze hermetyczną. Z żalem muszę przyznać, że ludzie muzyki (szczęśliwcy!), usłyszą w tej książce dużo więcej niż ja, dalsze niesłychane melodie, tematy schowane prostopadle w innych solówkach bądź też zakopane niczym niejasne hasła krzyżówkowe i ukrywające klucz do ich rozszyfrowania w następnych, mających dopiero powstać podpowiedziach.
Pocieszam się jednym – Peter też nie był idealny, bo czytanie mu nie szło. Els był stworzony do słuchania muzyki. Może słuchanie muzyki mi nie idzie, ale za to jestem stworzona do czytania.
Mój świat otwierają i tworzą słowa.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Orfeusz [Richard Powers]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Ileż ja "zobaczyłam" w tych Pieśniach na śmierć dzieci Gustava Mahlera dzięki Peterowi!
wtorek, 11 listopada 2014
Szum – Magdalena Tulli



Szum – Magdalena Tulli
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 189 stron
Seria Proza Pl
Literatura polska


Spośród polskich pisarzy twórczość tej autorki jest dla mnie jedyną w swoim rodzaju. Gatunkiem endemicznym w jednym egzemplarzu. Stoi na szczycie literatury wysokiej. Potem jest już tylko liberatura, do której jeszcze nie dotarłam, ale planuję. Czytając jej poprzednie powieści (chociaż do Trybów to określenie nie pasuje), musiałam brnąć przez jej świat, słowa, abstrakcje, by nie zgubić ścieżki, którą mnie prowadziła. Docierałam do końca, ale i tak miałam wrażenie, że nie pojęłam wszystkiego, że coś mi umknęło, że nie wyłapałam całości wątków i myśli w treści. Jej proza jest wybredna, bo nie przed każdym czytelnikiem się otwiera. Jej hermetyzm wynika z ogromnej dawki filozofii wynoszącej umysł czytelnika prosto do dziewiczego świata abstrakcji, którego z niczym porównać, nijak dopasować do już znanych, bo bez precedensu niemożliwym jest porównać go i posłużyć się wypróbowaną miarą. W tej twórczości trzeba być pionierem i badaczem w sytuacjach dalekich od typowych. Język przekazu opisywanych światów nie ułatwia tego zadania. Gęsty od treści, niedomówień i skojarzeń niekoniecznie doświadczanych przez odbiorcę. Brak wspólnej autopsji lub emocji oraz rozdźwięk między używanym językiem i kryjącym się za nim zasobem pojęciowym nie zachęca do zaczytywania się w prozie autorki. Brak takich kluczy zniechęca. To proza do której trzeba sięgać na palcach, bo stoi na najwyższej półce. Urosnąć w rozwoju czytelniczym, by ją przyjąć.
A mimo to, sięgam po nią z uporem maniaka.
Dlaczego?
Bo mnie zmusza do gimnastyki umysłu, do pracy nad tworzeniem nowych ścieżek rozumowania, sięgania do poprzeczki, umieszczonej gdzieś tam w górze, poznawania odmiennego pryzmatu patrzenia i wreszcie do odkrywania nietypowych światów funkcjonujących w umysłach nietuzinkowych ludzi. To mnie ciekawi i fascynuje. Mam wrażenie, że stąpam po terenach dziewiczych, odkrywam nowe lądy, poszukując bogactw dla siebie. Gdybym miała porównać świat literacki do muzyki, to twórczość autorki jest jazzem. A jak wiadomo ze znanej reklamy propagującej czytelnictwo – co czwarty Polak słucha jazzu. Magdalenę Tulli czyta, chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że co dziesiąty czytający Polak. Spośród moich znajomych jedna osoba, a i to nie przebrnęła przez Tryby. Na dziesięciu próbujących czytać, ośmiu nie dociera do końca - taki wniosek nasunął mi się po przejrzeniu portalu Lubimy Czytać. Ale za to reszta jest nią zachwycona! Niszowa literatura może ma mało fanów, ale za to, jak pięknie przekładają swoje wrażenia na słowa!
To dlatego z zaciekawieniem (co tym razem będę odkrywać i czego się nauczę?), ale i lekkim niepokojem sięgnęłam po najnowszy tytuł autorki. Od ostatniej przeczytanej przeze mnie jej książki minęło osiem lat. Byłam ciekawa, czy mój rozwój czytelniczy choć odrobinę rozwinął się? Jak będzie mi się czytało? Trochę przypominało to przygotowania do swoistego testu z pytaniem – zdam go czy nie?
Pierwszy rozdział nastawił mnie optymistycznie. Załapałam wątek, rozeznawałam się w sytuacji (bohaterowie, miejsce i czas), a i dawka filozofii mnie nie przytrzasnęła w drzwiach. Będzie dobrze! Dam radę! – pomyślałam. Toż to przecież sam egzystencjalizm z jego bólem istnienia, chociaż to też nurt filozoficzny, ale taki bardziej swojski, bardziej zrozumiały, ukorzeniony w życiu i doświadczany przez każdego. A jeśli przez każdego, to rysowała się płaszczyzna do zrozumienia, pojawił się punkt styczny i szansa na kanał łączności z autorem. To swoiste intro było grubą kreską szkicującą zarys całej powieści. Wstęp ukazujący bardzo złożony problem przede wszystkim (choć nie tylko!) relacji między córką a matką, mający swoje pierwotne źródło w przeszłości starszej z nich. Jeśli pojawił się hermetyzm w tej powieści, wynikał on z rozbieżności emocji. Jest ich tutaj dużo – trudnych, przytłaczających, mrocznych, cierpiętniczych, bolesnych, otwierających stare rany, obciążających smutkiem, apatią, prowadzących do wycofania się, do zamknięcia się w sobie. Może nawet do depresji? Na pewno do ukształtowania się postawy ofiary w bohaterce. Katami (pod maskami esesmanów) byli najbliżsi. Krzywda wyrządzona przez najbliższych, w tym własną matkę, bolała najbardziej i najbardziej pustoszyła, wypaczając psychikę dziecka. Dla czytelnika o podobnych doświadczeniach, z którymi się nie uporał, powieść może być nie do przejścia albo, w przeciwnym razie, wywołać przykry i bolesny powrót do traumatycznego dzieciństwa. Ale jeśli jednak, mimo wszystko, ktoś taki dobrnie do końca, otrzyma w nagrodę sposób poradzenia sobie z podobnym problemem. Bo autorka po pierwszym rozdziale wstępnym rozwinęła i przeanalizowała problem, by w ostatnim zrobić „rachunek sumienia”. Nie swojego, ale tych wszystkich, którzy kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób wchodzili w skład trybunału orzekającego w jej sprawie lub oceniającego ją i jej rodzinę. Przez te gęste emocje i mrok przeszłości, które ciągnęły się za bohaterką niczym smuga sczerniałej krwi, przeszłam chroniona własnym, szczęśliwym dzieciństwem, dlatego mogłam z dystansem (chociaż mimo to, cień smutku i tak się we mnie zalągł) spojrzeć na fabułę opowieści.
Historię opowiadaną przez narratorkę-kobietę dojrzałą, której wspomnienia o trudnych relacjach rodzinnych od czasów dzieciństwa aż do rozwodu, wywołała śmierć ciotki i w konsekwencji list otrzymany od kuzynki. To jego treść była iskrą zapalną emocji, które przelewały się coraz większą falą przez kartki tej książki. Coraz szerszą, ciemniejszą, niszcząc osobowość narratorki, mającą ostatecznie wpływ na jakość jej życia. Przywołane obrazy z lat dzieciństwa, dorastania i czasu dorosłego, miały nie tylko zapoznać mnie z przeszłością, ale ukazać przyczyny postaw wszystkich bohaterów z punktu widzenia narratora wewnętrznego. Niestety tylko jego. To dlatego wielu rzeczy mogłam się tylko domyślać. Wpływ traumatycznej przeszłości rodziców na dzieci, jej przerzucanie na kolejne pokolenie nie jest nowy. Tutaj zaciekawiły mnie doświadczenia niemieckich obozów koncentracyjnych matki i ciotki narratorki, które przełożyły na życie w myśl zasady – by przetrwać obóz, trzeba być twardym. By przetrwać życie pełne szumu – również. Tragedia zaczyna się wtedy, gdy w życiu takich osób pojawiają się dzieci. Zwłaszcza te łaknące miłości, bliskości, niedyskretne i „wścibskie”, bo gotowe są odsłaniać słabe punkty niepodważalnych prawd i podważać je po kolei, nawet o tym nie wiedząc.
O niezwykłości, wyjątkowości, bogactwie wyobraźni i nieprzeciętnej inteligencji głównej bohaterki, której najbliżsi zawiązali na czubku głowy symboliczną kokardę kaczki Dziwaczki, świadczył język, którym opisuje przeszłość. Pełen metafor, skojarzeń, przenośni i plastycznych opisów przekładających emocje na obrazy. Tak jak w tym fragmencie – Moje tematy, te, od których nie mogłam się odłączyć, po drugiej stronie stołu uruchamiały milczący sprzeciw i nakręcały zębate kółko ironii, a ono przez specjalną przekładnię otwierało we mnie zapadkę żalu. Oto perfekcyjny obraz stosunków w rodzinie i ich skutków w jednym zdaniu. Na dodatek twarda, ostra, ciemna proza życia mieszała się z wytworami psychiki bohaterki – postaciami zmyślonymi. Pełniącymi różną funkcję - od przyjaciela i przewodnika po procesy wyparcia, kompensacji czy negacji.
Na koniec pozwolę sobie na uwagę krytyczną.
Dotyczy ona kompozycji treści, a dokładniej rozdziału pierwszego. Pełni on tutaj rolę wstępu wprowadzającego w tematykę całości. Dla mnie zbyt wiele ukazał. Więcej faktów w nim ukryłabym lub pominęła, zwłaszcza obozową przeszłość matki, by potem z przyjemnością je odkrywać lub w ogóle wyrzuciłabym go z książki, pozwalając na powolne odsłanianie się bohaterki i toczenie się historii bez uprzedzeń. To bardzo popularny chwyt w literaturze kryminalnej i sensacyjnej, ale tutaj? No, ale... ja tu tylko czytam.
Czytać czy nie czytać? - oto jest pytanie!
Odpowiedź ujmę tak – jeśli ktoś chce ładnie wyglądać, stosuje dietę i ćwiczy ciało, a jeśli chce mieć piękny umysł (co nie jest tożsame tylko z inteligencją i wiedzą), powinien ćwiczyć, czytając literaturę wysoką. Dlatego namawiam do stanięcia na palcach i sięgnięcia po tę książkę. Jeśli się nie uda, spróbować za jakiś czas ponownie. W moim przypadku to się sprawdziło.
Czytam prozę Magdaleny Tulli z zachwytem, co wcale nie znaczy, że rozumiem w pełni wszystko to, co chciała mi powiedzieć. Mam poczucie, że jeszcze trochę mi brakuje, że nie do wszystkich drzwi zdobyłam klucze. Ale wiecie co? Właśnie to jest w tej twórczości najpiękniejsze – permanentne poszukiwanie kluczy i otwieranie kolejnych drzwi do światów istniejących w jednym, jedynym egzemplarzu. Daje mi to ogromną satysfakcję, ale i osamotnienie w niemożności dzielenia się wrażeniami i przeżyciami z innymi.
Dołączcie do mnie do tej gimnastyki, a przynajmniej spróbujcie. Proszę.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Szum [Magdalena Tulli]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Z Magdaleną Tulii również trudno się rozmawia. Namęczyli się prowadzący z nią wywiad, a przecież to wytrawni czytelnicy - krytyk literacki i tłumacz literatury!
sobota, 19 kwietnia 2014
Grandhotel – Jaroslav Rudiš



Grandhotel: powieść nad chmurami– Jaroslav Rudiš
Przełożyła Katarzyna Dudzic
Wydawnictwo Czeskie Klimaty , 2013 , 236 stron
Literatura czeska


Polubiłam błądzić ścieżkami myśli w przebogatej wyobraźni tego autora dzięki powieści Koniec punku w Helsinkach.
Poprzednio wkręcił mnie w kołowrót czasu przeszłego z teraźniejszym. Tym razem porwał mnie w przestrzeń. Hen, wysoko! Między chmury, a nawet ponad nimi, jak zapowiadał słusznie podtytuł tej książki. A dokładnie do hotelu Grandhotel zbudowanego na wysokości tysiąca dwunastu metrów nad poziomem morza niczym fabryka chmur, chociaż z wyglądu przypominał rakietę o wysokości dziewięćdziesięciu metrów. Zagubionego w najpiękniejszym miejscu świata, gdzie kończy się ziemia, a zaczyna niebo. Położonego na szczycie góry Ještĕd, z której roztaczał się panoramiczny widok na miasto Liberec, leżące u jej podnóża. Do miejsca, w którym hulał wiatr i na korytarzach którego można było spotkać ludzi żywych i tych, którzy odeszli już w niepamięć.
Ale do tego jeszcze dojdę. – jak mawiał główny bohater i zarazem narrator – Fleischman.
Chociaż to nie jedyne jego określenie. Nazywany był jeszcze Pogodynką, Barometrem, Soplem, Termometrem, Chmuromirem i Waligruchą. Tego ostatniego nie muszę tłumaczyć, ale wszystkie wcześniejsze nawiązywały do jego obsesji – pogody. To ona była dla niego najważniejsza i to ona piętnowała, określała i wyznaczała najważniejsze momenty jego życia. To o jej opis, określenie i stan dopominał się w historiach opowiadanych przez innych. To w jego opowieści o chmurach, temperaturze, wyżach, ciśnieniu, prądach wietrznych i mgle umieszczał pozostałych bohaterów. Zagubionych lub pogubionych mieszkańców i pracowników hotelu. Zawieszonych, zabłąkanych w swoim życiu tak, jak hotel, którego byli lokatorami. Razem z tymi, których na świecie już nie było, a których dostrzegał Fleischman, traktując ich jak żywych.
W opowieści niezwykłej.
Bo i Fleischman nie był przeciętny, a według niektórych nienormalny. Postrzegał świat inaczej niż pozostali. Widział prościej, wyraźniej i więcej. Wygładzał skomplikowanie postrzegania innych. Tłumaczył na swój sposób poplątane, ambiwalentne i niekonsekwentne zachowania otaczających go ludzi. Akcentował istotę rzeczy niedostrzeganą przez pozostałych. I najważniejsze – znał swój cel. Sen, marzenie, które pragnął zrealizować. Ten piękny monolog utkany z absurdów wypowiadał nie po to, by się użalać nad sobą lub by dzielić się swoją traumą z dzieciństwa, bo od tego miał panią doktor, ale po to, by dojść przede wszystkim do samego siebie. Do środka samego siebie. A jak się okazało na końcu również do środka każdej opisywanej postaci i do środka samej mnie.
Do linii życia, którą posiada każdy z nas.
Fleischman w swoich wykresach z pogodą. Franz w swoich martwych kolegach. Zuzanna w testach. Jégr w muzeum bloku wschodniego. Patka w butelkach hepilajfu. Każdy. Również i ja. Łatwo się domyślić – w książkach. To moje chmury. Moja pogoda. I moje określenie używane przez kolegę - Biblioteczka. Zaglądam do nich, by zrozumieć, w którym kierunku kręci się świat. Pytam się o nie, by osadzić człowieka w rzeczywistości lub w światopoglądzie. Rozglądam się za nimi w nowym miejscu, by określić wspólny punkt lub styczność z realiami ludzi mnie goszczących. I wreszcie - niestrudzenie podsuwam je innym, by pomóc się im odnaleźć.
Ale uwaga!
Te życiowe konteksty mogą ściągać w dół lub dodawać skrzydeł. Nie zdradzę od czego to zależy. Nie zdradzę też, w którym kierunku poszybował Fleischman z tarasu swojego hotelu. Podpowiem tylko, że warto mu zaufać i podać mu dłoń przed skokiem. Dodam więcej słowami innego czytelnika, umieszczonymi na okładkowym skrzydełku:

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Powieść doczekała się ekranizacji.
środa, 19 lutego 2014
Bellevue – Ivana Dobrakovová



Bellevue – Ivana Dobrakovová
Przełożyła Izabela Zając
Wydawnictwo Słowackie Klimaty , 2013 , 287 stron
Literatura słowacka


Nauczyłam się, że insekty na książkowych okładkach zawsze zwiastują niepokojące treści. Muchy na książce Oczyszczenie Sofi Oksanen czy Problemski Hotel Dimitriego Verhulsta zapowiadały rozkład i trupy, ale mrówki? A było ich pełno! Wszędzie! Z przodu

i z tyłu,

a w środku maszerowały całymi kawalkadami:

To mnie bardzo intrygowało, bo mrówki raczej wędrują do słodkiego. I słodko... albo inaczej – altruistycznie zaczyna się ta powieść. Chociaż to ostatnie określenie trochę nie pasuje, bo to jest raczej spowiedź dziewiętnastolatki, która boi się dorosnąć. Ale nie będę wybiegała przed fabułę. Zacznę od początku. Tego słodkiego, altruistycznego.
Od wolontariatu.
Nie ma nic piękniejszego niż ideały, kiedy ma się naście lat i bezgraniczną, niewytłumaczalną chęć pomocy potrzebującemu światu. Główna bohaterka Blanka ze Słowacji postanowiła pojechać na obóz do ośrodka Bellevue dla niepełnosprawnych we francuskiej Marsylii. Oddawać czas i serce przez sześć godzin dziennie, opiekując się rezydentami, a przy okazji poćwiczyć praktycznie język francuski, który studiowała.
Plany zapowiadały się pięknie!
Rzeczywistość okazała się jednak już dużo mniej. Dyplomatycznie rzecz określając nawet brzydko, żeby nie powiedzieć wprost, wręcz obrzydliwie i wstrętnie! Coraz trudniej było jej zachowywać się naturalnie, udając, że nie ma w tym nic dziwnego, że komuś brakuje obydwu nóg, że głowę ma dwa razy większą niż normalny człowiek, że ręce ma niby patyczki, cienkie i poskręcane, że ślina cieknie mu po brodzie, że śmierdzi moczem i zaschniętymi fekaliami, że czyjaś twarz skamieniała w grymasie. Coraz trudniej było odkrywać Blance, że słodycz posiada domieszkę coraz bardziej cierpkiej goryczy. Słuchałam jej zwierzeń z ogromną uwagą, niepokojąc się coraz bardziej jej pesymistycznym podejściem do swoich zajęć, obowiązków, rezydentów i innych wolontariuszy, którzy przyjechali w to miejsce z różnych stron świata. Mój niepokój wzrósł, kiedy jej tok rozumowania i zachowania zaczął nabierać cech paranoidalnych, a w tekście przestała używać kropek, zastępując je przecinkami, zamieniając opowieść w urywany akapitami monolog. Powoli zaczęłam podejrzewać, że dziewczyna poddała się przytłaczającej atmosferze beznadziei i wszechobecnemu nieszczęściu tego szczególnego miejsca.
Prawda okazała się jeszcze boleśniejsza.
Dziewczyna chorowała na depresję, a środowisko, w którym przebywała, przyczyniło się do jej nawrotu. To stąd obserwowany przeze mnie u niej niepokój, pesymistyczne myśli, wahania nastroju, problemy z koncentracją, napady płaczu bez powodu i ambiwalentne postawy. A zapowiadało się jeszcze gorzej.
I było.
Autorka ukazała studium psychologiczne dziewczyny zmagającej się z depresją z dala od domu, bliskich jej osób i bez dostępnych na tę chorobę leków. Aby wniknąć w jej umysł i ekshibicjonistycznie go przede mną obnażyć, wykorzystała dwa typy naprzemiennej narracji – pierwszoosobowy, stwarzający kameralny, niemal konfesyjny nastrój i drugoosobowy, sugestywnie zmuszający mnie do wejścia w rolę Blanki i do przyjęcia jej odczuć za swoje.
Do postawienia się na jej miejscu i namacalnego odczucia paraliżującego strachu i lęku przed dorosłością.
Bo tak naprawdę ta przejmująca, analityczna opowieść o depresji jest historią nastolatki, panicznie bojącej się dorosnąć. Młodej osoby, dla której depresja jest formą ucieczki przed nienawiścią, kalectwem, brzydotą, niepewnością czy brakiem poczucia bezpieczeństwa. Przed goryczą życia. Jego mroczną stroną. Kołem ratunkowym, dzięki któremu odda się w opiekę innym na podobieństwo rezydentów ośrodka Bellevue. Ale najbardziej przerażające jest to, że zjawisko przynależne nastolatkom, jako jedno z cech dojrzewania (tutaj ukazane w swojej skrajnej, klinicznej postaci), które opisuje autorka, coraz liczniej dotyka osoby dorosłe, które ta gorycz życia zatruwa. Coraz częściej myślących tak, jak bohaterka – chciałabym się rozpuścić i spłynąć, zatrzymać całą tę maszynerię, wyjść z siebie jak z pociągu, zachowywać się, jakby mnie to nie dotyczyło, jakby to wszystko działo się obok mnie, chciałabym się przyglądać z boku, tylko się przypatrywać, stać się postronnym obserwatorem.
Autorka przedstawia tylko fakty, a ja w odpowiedzi na nie, zadaję sobie pytanie – jak ukazać obiektywnie dorosłe życie zawsze balansujące między słodyczą a goryczą młodym ludziom, by potrafili przełamywać przed nim lęki, obawy, niepewność czy strach, i ufni we własne możliwości, odważnie brali je za rogi i dusili jak cytrynę?
Jak, widząc to, co się dokoła mnie dzieje?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 08 lutego 2014
Jak się ma twój ból? – Pascal Garnier



Jak się ma twój ból? – Pascal Garnier
Przełożyła Gabriela Hałat
Wydawnictwo Claroscuro , 2014 , 176 stron
Seria Ścieżki Życia
Literatura francuska


Po takim zaskakującym pytaniu zawartym w tytule, uprzedzająco zapowiadającym zawartość treści, spodziewałam się wszystkiego. Nie muszę dodawać, że najgorszego w sensie emocjonalnym.
I dostałam to!
Co tam ból! Oby tylko to był on! Przez całą opowieść narratora zewnętrznego o bohaterach, których losy splotły się zupełnie przypadkowo we wspólnej podróży, gdzieś we Francji, towarzyszyła mi... śmierć. To ona rozpoczęła, a zarazem zakończyła historię Simona, głównego bohatera, wokół którego toczyła się akcja. To ona towarzyszyła mu nie tylko w chwili, w której go poznałam, ale również w przeszłości, kiedy zabijał jako najemnik w konfliktach zbrojnych. W teraźniejszości, po powrocie do kraju, zajął się tym, co robił najlepiej - zabijał braci mniejszych człowieka pod szyldem firmy deratyzacyjnej. Wokół niego wszystko powoli i niezmiennie toczyło się ku ostateczności albo niespodziewanie umierało. Jego starzejące się ciało, będące codziennym wyzwaniem, by zebrać do kupy nieszczęsną powłokę ze zwiotczałej skóry, która okrywała zmęczone mięśnie i przywrócić minimum czynności życiowych, które w tym momencie wydawały mu się kompletnie pozbawione znaczenia. Umierała również jego dusza, wartości moralne od dawna gniły w bagnie brudu, a jego istnienie idealnie określało motto innej postaci tej powieści – Moja przeszłość jest smutna, teraźniejszość to katastrofa, na szczęście nie mam przyszłości. Beznadziejność, destrukcja, bezsens, niepewność, rozkład, a przede wszystkim przytłaczająca i wszechobecna brzydota, lepka jak brud odklejający się od każdego zdania, od każdej strony, od każdej kreślonej sceny, budująca duszną atmosferę, w której woń maści kamforowej, pasów przepuklinowych i barbecue przywodziła na myśl raczej cmentarz. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do nomenklatury okołochorobowej i okołośmiertnej, że niewinne wyrażenie o kobiecie siadającej na „cementowym murku” przeczytałam jako „cmentarnym murku”. Tę depresyjną rzeczywistość bohaterów podkreślała dodatkowo okładka przywodząca na myśl obwolutę z resztki tapety, upstrzoną plamami. Nie zdziwiłabym się, gdyby to była krew.

Śmierć! Śmierć! Śmierć! Wszędzie. Jawna i ukryta. Była, obecna i będąca w planach. Skradająca się, nadchodząca, zaskakująca pod każdą, nawet najbardziej niewinną postacią – sytuacją, zachowaniem, przedmiotem, człowiekiem lub puentą. A mimo to! A mimo wszystko! I pomimo tego!
Śmiałam się!
Świetnie się bawiłam, obserwując mistrzowsko precyzyjną żonglerkę autora czarnym humorem. Aptecznym dawkowaniem go niczym lekarstwo, w małych porcjach, ale często, by skuteczniej zadziałało, by zwiększyło kontrast absurdu. Bym w każdej obrzydliwej scenie dostała swoją działkę mieszaniny nieszczęścia nałogu i wynikającego z niego komizmu sytuacji. Obrzydliwości sceny i humoru toczącego się w niej dialogu. Przeraźliwego braku sensu życia i zachwytu nad uzupełniającym go inteligentnym zakończeniem rozwijanego wątku. Delektowałam się jak turpistka każdym fragmentem tej opowieści gęsto utkanej z niezwykle adekwatnych metafor, idealnie trafnych przenośni, diabelnie inteligentnych porównań, zjadliwych ripost w toczonych rozmowach, celnych wniosków kończących monologi i zaskakujących, bolesnych niespodzianek uderzających otwartą dłonią prosto w roześmianą twarz.
A mimo to, po przejściu szoku, śmiałam się dalej!
I jeśli nawet pojawiali się bohaterowie o nieskażonym depresją spojrzeniu na życie, mignęły gdzieniegdzie przebłyski pożądanego etycznie zachowania, jasne promyki nadziei na lepsze czy malutkie ziarenka radości zbłąkanych chwil nie z tej bajki, to ja ich nie chciałam.
Wręcz nie życzyłam sobie sugestii kruchej nadziei.
Chciałam oswoić ból Simona i jego towarzysza podróży Bernarda, z których jeden pragnął gdzieś dotrzeć, a drugi tylko wyruszyć oraz matki-alkoholiczki tego ostatniego. Chciałam się odczulić. Posiąść cudowną umiejętność dystansowania się wobec bólu istnienia. Przejąć zdolność spojrzenia narratora na otaczającą mnie rzeczywistość ludzi zniekształcających ją narzekaniem, które jak kurz, niczym szary śnieg, stopniowo przykrywa życie, a które od tej książki będę tak naprawdę traktować jak przykrywkę ukrytego pod nim tytułowego pytania – Jak się ma twój ból?
Ma się dobrze – odpowiem – oswojony!
A twój?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w maju w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 927 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi