Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 02 lipca 2018
Polskie Państwo Podziemne i Żydzi – Joshua D. Ziemmerman

Polskie Państwo Podziemne i Żydzi: w czasie II wojny światowej – Joshua D. Ziemmermann
Przełożyła Magdalena Macińska , redakcja naukowa Martyna Rusiniak-Karwat
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  624 strony
Literatura amerykańska

   Prawdziwa historia zaś nie jest nigdy wyłącznie czysta i piękna, bo nie wszyscy ludzie, którzy ją tworzą, są czyści i piękni.

   Te słowa historyka Andrzeja Friszke w pełni oddają istotę sporu o polski antysemityzm w czasie II wojny światowej, który ostatnio toczy się w mediach. Pełen emocji i skrajności. Postaw za i przeciw, które historię traktują, jak szwedzki bufet, wybierając to, co im pasuje i odpowiada. W dużej mierze na to wybiórcze traktowanie „kwestii żydowskiej” ma wpływ między innymi brak na polskim rynku wydawniczym publikacji całościowej, monograficznej poświęconej tej tematyce. Opracowania, które byłoby wyważonym głosem do dyskusji przedstawiającym pełny obraz postaw Polaków całościowo, a nie fragmentarycznie, jak do tej pory.

   I oto jest!

   Pełna i rzetelna pozycja amerykańskiego historyka. Specjalisty od stosunków Żydów z innymi narodowościami w krajach Europy Środkowo-Wschodniej pod koniec XIX oraz w XX w., jak przeczytałam w biogramie autora umieszczonym na tylnej okładce książki. We wstępie podkreślił on wyraźnie intencje swojej publikacji – Napisałem tę pracę z myślą o tym, żeby przedstawić bezstronny i rzetelnie udokumentowany obraz stosunków między Polskim Państwem Podziemnym i Żydami w czasie II wojny światowej. Zależało mi, aby wnioski wypływały jedynie z analizy przywołanych dokumentów. Do tego celu wykorzystał źródła archiwalne – dokumenty AK, Delegatury Rządu, rządu polskiego na uchodźstwie, żydowskich organizacji podziemnych, relacje i wspomnienia zarówno żydowskich, jak i polskich żołnierzy AK oraz powojenne akta procesowe dotyczące ocalałych z Zagłady, a także członków Polskiego Państwa Podziemnego. To ostatnie pojęcie uściślił do funkcjonujących w okupowanej Polsce organizacji podziemnych uznanych przez rząd Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźstwie, które złożyły mu przysięgę na wierność. Pozostałe organizacje podziemne w kraju (komunistyczne i nacjonalistyczne) i niepodległe rządowi na uchodźstwie określał pojęciem – polskie podziemie.

   To początkowe skomplikowanie było dopiero początkiem złożoności problemu!

   Musiałam bardzo uważnie wczytywać się w treść, której zawartość z lat licealnych pamiętałam, jako totalnie zagmatwaną dla nastolatki pod względem politycznym. Okres historii Polski międzywojennej był dla mnie nie do ogarnięcia ze względu na wielość i różnorodność partii politycznych oraz ich złożonych i skrajnych wobec siebie programów w wielu kwestiach. Między innymi wobec Żydów oraz ich pozycji i roli w Polsce – od antysemickich po filosemickie. To w tym szerokim wachlarzu nastawień i uprzedzeń kryje się przyczyna obecnego sporu, w którym każdy z osobna racji nie ma, ale razem już tak. Tę pozorną sprzeczność bardzo dokładnie, rzeczowo, powoli, rok po roku, okres po okresie, wydarzenie po wydarzeniu przedstawił i przeanalizował autor.

   Zaczął od krótkiego rysu historycznego sytuacji politycznej polski przedwojennej, która miała wpływ na polaryzację poglądów i postaw ówczesnych Polaków wobec Żydów, a potem w konsekwencji w trakcie okupacji niemiecko-sowieckiej w latach 1939-1941 i niemieckiej w latach 1941-1945. To całościowe ukazanie tematu w okresie II wojny światowej z powoływaniem się na konkretne źródła historyczne, z licznymi przypisami i cytatami oraz obszerną bibliografią,  pozwoliło mi prześledzić dynamikę kilku zjawisk polityczno-społecznych (antysemityzm, Holokaust, żydokomuna, komunizm, zmienność ówczesnej polityki polskiej oraz państw europejskich, postawa świata wobec eksterminacji Żydów) ukształtowanych przez zmieniające się czynniki takie, jak niemiecka polityka eksterminacyjna, wkroczenie wojsk radzieckich i polityka prokomunistyczna, zmiany personalne w rządzie po tragicznej śmierci Władysława Sikorskiego, niesubordynacja dowódców oddziałów AK w terenie, powstanie żydowskie w getcie warszawskim, Powstanie Warszawskie, ale przede wszystkim czynnik ludzki. Bardzo dobrze tę złożoność w podejściu do  Żydów w AK ujęła jej członkini i Żydówka Franciszka Sawicka – Armia Krajowa była wielką organizacją na rozległym terenie i każda jej sekcja była inna. Nie można jednym zdaniem określić stanowiska AK do Żydów. Było ono zależne od przynależności politycznej jej członków, a szczególnie dowódców oddziałów. Stąd z jednej strony Żegota, Irena Sendlerowa i znane mi z Ucieczki z getta Haliny Zawadzkiej, Karola i Olga Słowik z AK, których zdjęcia wypatrzyłam w części ikonograficznej ilustrującej tekst.

A z drugiej strony Jedwabne, szmalcownictwo, kolaboracja z Niemcami w pogromach Żydów, mordy indywidualne i antyżydowska twarz AK – Władysława Liniarskiego, Komendanta Okręgu Białystok AK. Stąd oficjalne odezwy do Polaków nakazujące ochronę, pomoc Żydom oraz sankcje wobec odmiennych postaw formułowane przez rząd na uchodźstwie i jednocześnie odpowiedź prawicy mówiącej – Wielkim błędem byłoby przypuszczenie, że antysemityzm wśród Polaków należy do przeszłości. Gen antysemityzmu [w oryginale – Zen antysemityzmu] istnieje nadal wśród wszystkich warstw ludności, przybrał tylko inny charakter. Tę złożoność postaw polskiego społeczeństwa autor bardzo dobrze przedstawił, pozostawiając mojej ocenie fakty i wyciąganie wniosków. Pokrywa się ona z ujęciem politolożki Zofii Stempołowskiej – Ocena Armii Krajowej nie może być w żadnym razie jednoznaczna. AK jednocześnie nakazywała powstrzymywanie się od praktyk antysemickich i sama publikowała antysemickie teksty. W jej ramach funkcjonowała „Żegota” czyli organizacja, której misją było ratowanie Żydów, a z drugiej strony, niektóre oddziały mordowały Żydów. AK była odzwierciedleniem reszty kraju: tworzyli ją ludzie z różnych opcji politycznych, które nie zawsze dawało się pogodzić.

   I nadal nie dają się pogodzić!

   Mam wrażenie, że nadal różne opcje polityczne wykorzystują wybiórczo fakty historyczne do własnych celów, angażując w to ludzi nie bardzo zorientowanych w historii Polski i reagujących z braku rzetelnej wiedzy emocjonalnie. Dla własnego dobra, by nie zostać ofiarą ideologicznej manipulacji z obu stron „walki o dusze”, warto sięgnąć po tę rzetelną pozycję. Skorzystać z prawa dostępu do całej prawdy, jaką daje ta wyjątkowa publikacja i spojrzeć odważnie na naszą przeszłość. Nawet jeśli boli, nawet jeśli jest niewygodna, a nawet szokuje, że obok świętych mamy również zbrodniarzy. Jak w każdej rodzinie. Konfrontacja z tą prawdą jest swoistym egzaminem z dojrzałości z demokracji i możliwością odnalezienia siebie w tym sporze.

   Ta książka daje taką szansę każdemu, kto szuka CAŁEJ prawdy.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.  

Polskie Państwo Podziemne i Żydzi w czasie II wojny światowej [Joshua D. Zimmerman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 10 czerwca 2018
Retrotopia: jak rządzi nami przeszłość – Zygmunt Bauman

Retrotopia: jak rządzi nami przeszłość  – Zygmunt Bauman
Przełożyła Karolina Lebek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  302 strony
Literatura polska

   Jak pięknie ten socjolog tłumaczy świat!

   W publikacji Obcy u naszych drzwi wyjaśniał zjawisko migracji ludności na świecie, związane z nim negatywne konsekwencje, manipulacje rządzących i postawy ludzi wobec niego. Z kolei w tej pozycji poszerzył spektrum tych negatywnych zjawisk o nacjonalizm, rosnące zbrojenia, narcyzm, konsumpcjonizm i wiele, wiele innych. Nie poprzestał jednak tylko na ich przedstawieniu i analizie. Potraktował je jako skutki konkretnych postaw społecznych, które z kolei są efektem metod walki z lękiem przed... postępem.

   Okazuje się, że boimy się przyszłości!

   To, co kiedyś wzbudzało w nas nadzieję na lepsze, nowe, atrakcyjniejsze, ciekawsze i przynoszące rozwiązanie teraźniejszych problemów, obecnie ludzi przeraża. Dokładnie ujął to w ten sposób:

Do zilustrowania tego zjawiska posłużył się obrazem Paula Klee – Angelus Novus.

Wikipedia

Ta niepozorna akwarela z aniołem symbolizuje i niesie znaczące przesłanie, które opisał Walter Benjamin w Tezach o filozofii historii. Podkreśla ono niszczącą siłę postępu, która plącząc skrzydła aniołowi, uniemożliwia mu działanie. Ta niemoc czynu, twarz z grymasem strachu zwrócona ku przeszłości, a plecy ku przyszłości to ludzkość w wichrze postępu. Ludzkość, która na jej skutek znalazła się w przestrzeni koszmaru: lęku przed utratą pracy oraz powiązanej z nią pozycji społecznej, lękiem przed przejęciem domu i pozostałego dorobku życia przez wierzycieli, lęku przed przymusem pasywnego przyglądania się, jak własne dzieci staczają się ze zbocza dobrostanu i prestiżu oraz jak nasze własne umiejętności, zdobyte i przyswojone w pocie czoła, tracą cokolwiek z tego, co pozostało z ich rynkowej wartości. Tutaj każdy może dodać kolejne - swoje własne lęki. Moim jest lęk przed brakiem wpływu na cokolwiek.To one tworzą postawę opozycyjną wobec postępu, popartą przekonaniem o degeneracji i upadku przyszłości. To one też wpłynęły na pojawienie się antidotum, jakimi są retrotopie - wizje osadzone w utraconej/skradzionej/porzuconej, ale nieumarłej przeszłości, zamiast przywiązania do tego, co dopiero ma się narodzić, a więc do przyszłości. Spośród wielu, autor przedstawił cztery najbardziej spektakularne i znaczące praktyki retrotopijne, jakie występują w społeczeństwach – powrót do Hobbesa (stan wojny wszystkich ze wszystkimi), powrót do plemion (podział na nasi i obcy), powrót do nierówności (podział na bogatych i biednych) oraz powrót do łona (narcyzm, alienacja, egoizm). Według autora żadna z nich nie jest budującym i konstruktywnym antidotum, ponieważ opiera się na utopiach. Powrót do przeszłości  to powrót do nostalgicznych snów, które są tylko naszymi wyobrażeniami o przeszłości, a nie jej stanem faktycznym.

   Skutki tych praktyk są opłakane!

   Widać je w codziennych doniesieniach mass mediów. Autor szczegółowo opisuje te niekorzystne zjawiska społeczne i psychologiczne, powołując się na poglądy innych socjologów, psychologów, filozofów, ekonomistów, a nawet pisarzy. Spośród tych ostatnich najczęściej na Umberta Eco, który, jak się przekonałam, wiele zagadnień z tej pozycji umieścił w swoich esejach i powieściach. Między innymi w powieści Cmentarz w Pradze. Autor opisywane zjawiska analizował zarówno w skali społeczeństw, jak i jednostek. A całe to zło tylko, a może aż, z powodu lęku przed przyszłością. Z czasem pojawiło się dla mnie bardzo ważne pytanie.

   Czy można to zmienić?

   Ku mojemu zaskoczeniu, autor odpowiedź znalazł w słowach papieża Franciszka, który według niego, spośród osób publicznych ze znaczącym autorytetem to aktualnie jedyny na ziemi człowiek, który znajduje dość odwagi i przekonania, by tego typu kwestie podnosić i z nimi się mocować. Według papieża Franciszka antidotum na lęk przed przyszłością i postępem jest dialog. Niesłychanie żmudny, uciążliwy i kłopotliwy, bo opierający się na deficytowych współcześnie wartościach - wzajemnym szacunku i uznanej równości. To jedyna droga do zatamowania destrukcyjnych prądów typu „powrót do”. Nie ma innych do wyniesienia idei integracji do skali ogólnoludzkiej czyli „kosmopolitycznego zintegrowania ludzkości”. Biorąc pod uwagę skalę zjawiska, zastanawiałam się nad kolejnym pytaniem.

   Czy to w ogóle jest możliwe?

   Według autora tak, ale uprzedza – Musimy się przygotować na długi okres naznaczony mnogością pytań i niewieloma odpowiedziami – jak również na to, że będziemy działać w cieniu delikatnej równowagi między szansą na sukces i na porażkę. Znajdujemy się w sytuacji, w której albo wkroczymy we wspólną przyszłość, albo skończymy w zbiorowej mogile.

   Najlepiej zacząć od teraz i od siebie czyli praca, praca i jeszcze raz praca nad sobą.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość? [Zygmunt Bauman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 03 czerwca 2018
To żyje! – Toby Walsh

To żyje!: od logicznego fortepianu po zabójcze roboty – Toby Walsh
Przełożył Witold Sikorski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  288 stron
Literatura australijska

   Bardzo się wystraszyłam!

   Nie treścią książki. Tę przeczytałam dla uspokojenia, chociaż pozostała we mnie niepewność i obawy, ale przynajmniej nie strach. Wystraszyła mnie bogata wiedza mojej nastoletniej rozmówczyni, która roztoczyła przede mną Armagedon rodzaju ludzkiego pokonanego przez dodatkowego, piątego Jeźdźca Apokalipsy niewymienianego w Biblii – sztuczną inteligencję. W jakiejś części miała rację. W tej negatywnej. Swoją wiedzę czerpała z Internetu, więc nie wiem, czy była ofiarą komercji szukającej poczytności opartej na sensacji, czy może sama doszła do takiego wniosku. Sięgnęłam więc po pozycję o tej tematyce napisaną przez jednego z wiodących uczonych na świecie, który, kolokwialnie rzecz ujmując, zjadł zęby na sztucznej inteligencji , a którą za autorem będę określać skrótowcem AI (ang. Artificial Intelligence). Człowieka utytułowanego (jest profesorem), badacza z osiągnięciami, naukowca nagradzanego, a co najciekawsze w jego biogramie umieszczonym w książce, z którego zaczerpnęłam informacje, opowiadającego się za zakazem używania broni autonomicznej, tak zwanych robotów zabójców. Dawało mi to gwarancję, że nie mam do czynienia z szalonym badaczem zafiksowanym tylko na sukcesach osiąganych po trupach, ale z badaczem myślącym perspektywicznie i dalekosiężnie. Potrafiącym obiektywnie spojrzeć na dziedzinę swojej nauki i przewidzieć, w odróżnieniu od Alfreda Nobla, konsekwencje jej rozwoju dla ludzkości.

   Dosłownie!

   Na końcu publikacji umieścił rozdział, w którym przedstawił 10 prognoz dotyczących wpływu AI na transport, edukację, rozrywkę i opiekę zdrowotną, możliwych i prawdopodobnych do spełnienia się w 2050 roku. Niektóre przyjemne, kilka zatrważających, inne zadziwiające, ale mnie spodobała się jedna – całkowity zakaz prowadzenia samochodów przez człowieka! Zastąpią go samochody autonomiczne. Zwiastun tej prognozy już istnieje realnie – znana firma transportowa Uber wprowadziła taksówki autonomiczne w Pittsburghu! Najciekawsze w tych przewidywaniach było to, że większość z nich jest obecnie w jakiejś części już realizowana!

   Ale zanim te prognozy przedstawił, sięgnął do historii.

   Jak autor zauważył – Aby zrozumieć, dokąd zabiera nas sztuczna inteligencja, dobrze jest wiedzieć, skąd ona pochodzi i gdzie znajduje się dziś. Dokładnie na takie trzy części podzielił swoją wiedzę. Zaczął od rysu historycznego rozwoju technologii i AI. Jej pojawienie się i skalę konsekwencji dla ludzkości porównał do rewolucji przemysłowej, a w dziedzinie obronności do wynalazku prochu i broni jądrowej. Wszyscy wiemy, z czym się to wiąże. Przede wszystkim z odpowiedzialnością w wykorzystywaniu AI. Uczonych podzielił na tych, którzy nie widzą w niej zagrożeń i tych, którzy zalecają stosowanie AI tylko do wspierania działań człowieka, a nie jego zastępowania we wszystkim. Autor zajmuje miejsce pośrodku, próbując pogodzić te różnice, a za pomocą książki zrealizować jeden cel – pomóc wszystkim zainteresowanym niebędącym specjalistami w tej dziedzinie w zrozumieniu, na ile powinniśmy się cieszyć, a na ile martwić tym, że nadchodzą myślące maszyny. Jego osiągnięciu miała służyć zwłaszcza część druga, omawiająca dzisiejszy stan AI. To w nim dowiedziałam się, jakiego rodzaju badacze pracują nad jej poszczególnymi aspektami, jakie mamy najnowsze osiągnięcia w tej dziedzinie, co ogranicza rozwój AI i jakie są jej formy zastosowania. To tutaj uświadomiłam sobie, że AI jest wszędzie. Nie widać jej tak, jak nie widać prądu, dopóki nie włączymy światła czy tak, jak powietrza, dopóki nie nabierzemy go w płuca. Bo AI to nie tylko robotyka, która jest najbardziej widoczna i efektowna. To również systemy uczące się, rozumowania logicznego i przetwarzania języka naturalnego ukryte w powszechnie używanych urządzeniach lub gadżetach elektronicznych, mających na przykład w smartfonach, oprócz funkcji telefonu, również wiele innych, dodatkowych, czyniących z niego minikomputer z AI.

   AI nas otacza i przenika nasze życie!

   Autor jednak uspokaja, pisząc  – Sztuczna inteligencja, moim zdaniem (...), nie jest obecnie największym zagrożeniem dla ludzkości. W istocie podejrzewam, że z trudem może znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Jest wiele bliższych niebezpieczeństw, które łatwo mogą zniszczyć ludzkość. I tutaj wymienia globalne ocieplenie, globalny kryzys finansowy, globalną wojnę z terroryzmem, migracje ludności, przeludnienie, pandemie, superwulkany, ogromne meteory czy rosnącą odporność na antybiotyki. Dokładnie to wszystko, na co zwracał uwagę Douglas Preston w Zaginionym Mieście Boga Małp. Jeśli już można się czegoś obawiać ze strony AI to jej negatywnego  oddziaływania na człowieka i społeczeństwo - rozluźnienie i zerwanie więzi międzyludzkich, alienacja jednostki, wyobcowanie, skrajny indywidualizm czy nieumiejętność komunikacji. Na wszystkie wartości miękkie, które najbardziej odczują tę negatywną stronę stosowania AI. Technologia będzie miała również wpływ na pojmowanie człowieczeństwa, człowieka i jego roli w społeczeństwie.

   Tego destrukcyjnego aspektu psychologicznego AI obawiam się najbardziej.

   Naukowcy dają nam do rąk narzędzie, którym musimy nauczyć się mądrze posługiwać. To od nas zależy, jak i do czego go użyjemy. Autor wyraźnie podkreśla ostateczne przesłanie tej książki – sztuczna inteligencja może prowadzić nas różnymi ścieżkami, dobrymi lub złymi, ale to społeczeństwo musi wybrać, którą ścieżkę wybrać i działać na rzecz tego wyboru.

   Czy jesteśmy na to gotowi?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 31 marca 2018
Zapomniana historia nauki – Krzysztof Rejmer

Zapomniana historia nauki: czyli fantazje i facecje naszych dziadków – Krzysztof Rejmer
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 , 352 strony
Literatura polska

   Historia nauki może być wyprawą w krainę pouczającej baśni!

   Pod warunkiem, że zboczy z drogi utartej, znanej i jedynie słusznej, wytyczonej przez idee i autorytety. Autor dokładnie to zrobił! Skręcił na „śmietnisko” historii nauki. Zagłębił się w odrzucone losy ludzi zapomnianych, wzgardzonych, odsuniętych na margines, a nawet przeklętych. W gąszcz wynalazków potępionych przez im współczesnych. W rzeczywistość tajemniczych i fantastycznych opowieści, w których drzewo-ludojad, Irokezi Europy, nietoperz Adlera, glacjalna kosmologia, drzewo rodzące bernikle, warzywne jagnię, ornitoptery, telemobiliskop czy poniższy nasłuchownik akustyczny były tak rzeczywiste, jak nam obecne samoloty, promy kosmiczne i Yeti.

To świat idei lub rzeczy, które stwarzane, budowane lub odkrywane przez człowieka, skazywały siebie i ich twórcę na klęskę, utratę zmysłów, życie w nędzy, a nawet śmierć. W tej rzeczywistości królowała jedna, bezwzględna zasada, którą przed śmiercią wypowiedział Otto Lilienthal – dla postępu ponosić trzeba ofiary.

   I ponosili.

   Za życia, a czasami nawet długo po śmierci. Można wysnuć z tych faktów wniosek, że to smutna historia daremnego wysiłku. Meandrów nauki prowadzących na manowce. Bajek i zmyśleń skutecznych w zadziwianiu mnie swoją efektowną niedorzecznością, karykaturą i deformacją realiów. Ba! Dobra okazja wyłuskania powodów do pośmiania się z naiwności ludzkiej! Jednak im bardziej poznawałam te ślepe zaułki człowieczej myśli, tym bardziej nabierałam przekonania, że bez tego pogardzanego wstępu do nauki, tego swoistego falstartu pionierów badań, myśl ludzka nie popchnęłaby człowieka do postawienia pierwszego kroku na Księżycu. To tutaj, w tym zapomnianym świecie przegranych, można tak naprawdę zobaczyć ból rodzących się idei, dających podwaliny do tych później uznanych sukcesów. To tutaj można poznać nie tylko pełną historię cywilizacji czy codzienności, ale również historię uporu i dążenia człowieka do eksploracji i poznawania, które karmione lękami i niewiedzą, pomimo ofiar, wpływają ostatecznie na proces rozwoju i postępu nauki. To tutaj w szkicowaniu profilu psychologicznego człowieka poszukującego, można dostrzec jego uniwersalność i ponadczasowość. Wysnuć wniosek, że człowieka z przeszłości i współczesnego łączą te same pożywki – lęk i niewiedza. Że rządzą nim te same cechy eksploratora, co jego przodków. W efekcie, jak pięknie ujął ten ponadczasowy proces autor – Homunkulus przeniósł się z retorty alchemika do plemnika Hartsoekera, potem miał rysy inteligentnego i bezdusznego robota, a dziś skrzyżowawszy się z Frankensteinem, naznaczony bruzdą dotykową, odżywa w absurdalnych oskarżeniach miotanych przez ludzi niekompetentnych i zaślepionych przeciwko inżynierii genetycznej i zapłodnieniu in vitro. Przypomina to sytuację teologa i językoznawcę z XVIII wieku, Christiana Konrada Sprengela, którego usunięto ze szkoły, a egzemplarze jego książki zniszczono, ponieważ nauczał dzieci, zgodnie z własnym odkryciem, że rośliny zapylają owady. Potrzeba było dopiero Karola Darwina, by ten fakt odkryto na nowo. W tym sensie te niewinne „fantazje i facecje” obnażają nas samych. Człowiecze ułomności - lęki, pazerność, zakłamanie, żądzę władzy, ale i szlachetność – niezłomność, poświęcenie, altruizm, nadzieję i wiarę.

   Cali my!

   Dokładnie o ten obraz, zbudowany na bazie odpowiedzi na postawione sobie pytania o naszych przodków i przeszłość, chodziło autorowi – Do czego dążyli i dlaczego? Jakimi sposobami?Jacy byli i w jakim chcieli żyć świecie? Czy ich porażki wynikały wyłącznie z ich niewiedzy, a sukcesy z ich umiejętności? Czy siła woli i charakter plus umiejętności i wiedza to już wszystko? Co sprawia, że czasem z uporem błądzimy we mgle? I czego możemy się nauczyć, poznając historię ludzkiej wyobraźni i jej skłonności do wędrowania na manowce? Również o odpowiedź najważniejszą, podnoszącą rangę historii „przegranej” – A może manowce niekoniecznie są tym, czym być się zdają?

   Dla mnie były też bajkami na dobranoc!

   Najlepiej czytane przez Jana Kobuszewskiego. Tuż przed snem zanurzałam się w świat fantazji człowieczej, któremu autor nadawał formę eseju. Pozwalało to mu na swobodne traktowanie tematu z umieszczaniem własnych wniosków i subiektywnych przekonań, z którymi nie do końca się zgadzałam. Powoływał się przy tym na źródła dokumentalne, umieszczając krótkie lub bardzo długie cytaty z listów, pamiętników, nekrologów czy słowników. Przybliżał w ten sposób nie tylko styl wysławiania się, ale i próby definiowania rzeczy i pojęć, które do prostych nie należały. Mogłam się o tym przekonać, czytając definicję śruby stworzoną przez staropolskiego twórcę terminologii matematycznej, Stanisława Solskiego – pochylność albo gorzystość ustawiczna, ktorey gorzystości długość iest obwod iednego gwintu, a wysokość odstąpienia końca gwintu iednego od bazy, na którey szroba do pionu stoi. Litości dla ówczesnych uczniów tak podanej wiedzy! Byłam autorowi wdzięczna za tę możliwość osobistego wglądu w dokumenty. Również za ilustracje dołączone do tekstu.

   Wróciłam z tej wyprawy z obrazem już nie takiej idealnej i prostej historii myśli ludzkiej, bo wzbogaconej o konteksty pomijane i o emocje odrzucane. I tak, jak autorowi trudno było przestać pisać, bo wybór materiałów, jak napisał w zakończeniu, zapomnianych lub zlekceważonych przez świat, krótkich i długich wątków poupychanych w pamięci i szufladach, zapisanych na pożółkłych kartkach albo na pendrive’ach i dyskach komputerów miał przeogromny, tak mnie trudno było rozstać się z fantastyczną przygodą. Na szczęście ma ona swój dalszy ciąg w mojej teraźniejszości dziejącej się w moim życiu. Idei  ścierających się, odrzucanych i ogłaszanych sensacji, jak choćby ostatnio o nowym organie w ciele ludzkim - interstitium. Przyglądając się temu i mając w pamięci wnioski płynące z lektury tej publikacji, mogę dostrzec zarys przyszłości nauki, której podwaliny dzieją się tu i teraz. Zgodnie z nadal aktualną myślą Cypriana Kamila Norwida, którą podkreślał autor – Przeszłość - jest  dziś, tylko cokolwiek dalej...

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Zapomniana historia nauki czyli fantazje i facecje naszych dziadków [Krzysztof Rejmer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 26 marca 2018
Moda Polska WARSZAWA - Ewa Rzechorzek

Moda Polska WARSZAWA - Ewa Rzechorzek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  470 stron
Literatura polska

   Nie ma kobiet źle ubranych i nieładnych, są tylko takie, które nie dbają o siebie, i takie, które na pewno by się podobały, gdyby... - przestrzegał elementarz elegancji w czasach PRL.

   Stworzyła go Jadwiga Grabowska. Kobieta tyleż nietuzinkowa i wyjątkowa, co kontrowersyjna i trudna we współpracy, o czym „uprzejmie donosili” kontrolerzy i jej współpracownicy. Miała charakter! Miała charyzmę! Miała przede wszystkim wizję kobiety „odbudowywanej” po koszmarze wojny. Myślę, że po inspirację nie sięgnęła do psychologii, by wiedzieć, że ubiór i makijaż to jeden z elementów terapii kobiety upodlonej, zniszczonej psychicznie, której odebrano poczucie własnej wartości. Nie bez powodu w jednym z obozów koncentracyjnych, zaraz  po jego  wyzwoleniu, rozdawano więźniarkom szminki i odzież. Myślę, że podpowiedziała jej to intuicja wynikająca z osobistych przeżyć podczas okupacji niemieckiej (była Żydówką) oraz własnej obserwacji kobiet, które spotykała tuż po wojnie. O jednej z nich wspominała – Na alei Zielenieckiej Grabowska wpada na dawną znajomą, „kobietę znaną przed wojną ze swojej elegancji”. Teraz z wyglądu to nędzarka.  „Wtedy to chyba zrodził się pomysł, żeby zająć się właśnie kobiecym ubiorem, żeby pomóc w miarę możliwości warszawiankom w odzyskaniu ich dawnego wyglądu, szyku i elegancji. Dokładnie takiej osoby potrzeba było, by ostatecznie powstała Moda Polska. Ikona, wyznacznik, a przede wszystkim dydaktyk wzorów, kolorów, stylów, trendów dla szyjących i ubierających Polaków w PRL-u. Według autorki jej filozofia była taka – ”masy” powinny być edukowane w zakresie kultury ubioru, projektanci są Pigmalionami, artystami, misjonarzami wywierającymi na te masy wpływ; ich dłutem są dydaktyczne kolekcje, laboratoryjne tkaniny, salony, punkty usługowe i pokazy...

   Jak było naprawdę?

   Częściowo tak było. Tworząc ekskluzywną wyspę odzieżową dla wybranych i uprzywilejowanych, jednocześnie narzucała trendy modowe ulicy. Wystarczy wspomnieć szał krempliny, rękawy wywijane w marynarkach męskich zapoczątkowane przez Jerzego Antkowiaka czy modę na dzianinę wprowadzoną przez Krystynę Dziak. Prawie w każdym domu ktoś dziergał na drutach czapki, spódnice czy swetry.

Nie byłam świadoma pochodzenia tych elementów mody dostosowywanych przez przeciętnego Polaka do własnych możliwości. Dopiero teraz , po przeczytaniu tej publikacji, wiele rzeczy i wspomnień z dzieciństwa poukładało mi się w logiczną całość. Z drugiej strony ulica nie do końca poddawała się temu dyktatowi, nad czym Jadwiga grabowska ubolewała. Najlepiej zderzenie tych dwóch światów oddaje zdjęcie klientek  w sklepie.

Czułam atmosferę tamtych lat, tamtego kolorowego szaleństwa i pasji projektantów na przekór siermiężnej rzeczywistości socjalistycznej. Bo i z pasją autorka pisała o historii Mody Polskiej. Nie tylko dlatego, że posiada wykształcenie w tej dziedzinie, ale również jest kolekcjonerką  między innymi pamiątek po przedsiębiorstwie Moda Polska: odzieży, dodatków, elementów wystroju salonów firmowych – jak przeczytałam w biogramie na okładkowym skrzydełku. Kolorowe zdjęcia części tej kolekcji dołączyła osobno na końcu książki.

Ich zdobywanie zajęło autorce kilka lat. Opłacało się, bo wiele z nich wzbogaca tę publikację ikonograficznie. Na ich ślady wpadała dzięki dokumentom archiwalnym, które prowadziły ją również do ludzi w różny sposób związanych z Modą Polską. Nie tylko tych znanych projektantów i dyrektorów opowiadających o modzie, wybiegach i kolekcjach, ale również do tak zwanych pszczół – konstruktorów, krawców, technologów, modeli, magazynierów, sklepowych, dekoratorów, chałupników, fotografów i całego sztabu biurowego. Ludzi opisujących produkcję od podstaw. Malujących ręcznie jedwab czy siedzących przy maszynie do szycia.

Detektywistyczny styl narracji autorki sprawiał wrażenie wspólnego odkrywania przeszłości i budowania zawiłej drogi rozwoju i upadku Mody Polskiej oraz losów ludzi ją tworzących. Stąd częste cytaty w postaci fragmentów wspomnień, listów, dokumentów z akt osobowych, tekstów z artykułów, wypowiedzi świadków, pamiętników, a nawet uchwał Rady Ministrów PRL.

   Jak każdy, środowisko to podlegało kontroli partyjnej.

   To bardzo ciekawy aspekt tego opracowania. Mogłam obserwować walkę artystycznej wizji z siermiężnymi wytycznymi partii tuż po wojnie, późniejszymi wymaganiami, by moda odzwierciedlała radośniejsze życie w krajach budujących socjalizm i późniejszymi ograniczeniami w czasach kryzysu gospodarczego.

   Tekst ilustrowała bardzo licznymi zdjęciami.

   Mogłam przyjrzeć się opisywanym ubiorom na wybiegu,

jego projektom rysunkowym,

okładkom katalogów lub czasopism,

czy ludziom Mody Polskiej uchwyconych w sytuacjach oficjalnych i prywatnych.

   Mody Polskiej już nie ma!

   Pozostanie w pamięci ludzi dopóki będą żyli, dokumentach, odzieży i w tej publikacji będącej szerokim i wnikliwym spojrzeniem na Modę Polską. Jest jeszcze coś, co po niej zostało, a właściwie po jej głównej twórczyni – Jadwidze Grabowskiej. To przytoczony na początku elementarz elegancji.

   Nadal aktualny!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Moda Polska WARSZAWA [Ewa Rzechorzek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 10 marca 2018
Błąd Darwina – Jerry Fodor , Massimo Piattelli-Palmarini

Błąd Darwina – Jerry Fodor , Massimo Piattelli-Palmarini
Przełożył Marcin Gokiel
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 , 298 strony
Seria Myśleć
Literatura  amerykańska
  

   Proponujemy więc czytelnikom i czytelniczkom, by gdy kolejny raz usłyszą, że prawdziwość adaptacjonizmu wynika wprost ze „światopoglądu naukowego”, ugryźli interlokutora bądź interlokutorkę w kostkę. – radzą autorzy.

   „Świetna” rada wydawałoby się na początku zanim poznałam ich subtelne poczucie humoru, wyrosła na jeszcze świetniejszej  argumentacji (tu już na poważnie), że teoria ewolucji - według nich – jest błędna! Te zarzuty tym razem nie pojawiły się w obozie kreacjonistów. To byłoby niczym nowym. „Zdrada” nastąpiła we własnym obozie. Wśród ateistów broniących teorii Karola Darwina. Naukowca, który stoczył niemałą bitwę, a nawet wojnę ze współczesnymi sobie badaczami o swoje poglądy, którą opisał  Irving Stone w Opowieści o Darwinie. A kiedy środowisko naukowe wreszcie zaakceptowało i przyjęło je, to tak bardzo się zasiedziały w niezmienionej formie, że zaczęły przeszkadzać w rozwoju nauki. Ba! Wręcz szkodzić! Tak utrzymują autorzy, rozpoczynając swoją publikację deklaracją – To nie jest książka o Bogu, inteligentnym projekcie ani o kreacjonizmie. Obaj trzymamy się od tych spraw z daleka i uznaliśmy, że warto z góry zadbać w tej kwestii o jasność. Określili się przy tym światopoglądowo – Obaj uważamy się za zdecydowanych, zadeklarowanych, zarejestrowanych, sprawdzonych i bezkompromisowych ateistów. Pierwszy – filozof i psycholog poznawczy, a drugi – kognitywistyk,  w swojej publikacji śmiało stawiają kilka wywrotowych tez dla ewolucjonistów i neodarwinistów, z których podstawowym i głównym tej pracy jest twierdzenie, że w teorii doboru naturalnego tkwi błąd. Niezauważalny powszechnie, ponieważ w ogólnym rozgardiaszu i specjalizacji naukowej trudno dostrzegalny. Również dlatego, że, aby go zrozumieć, trzeba odnieść się, a nawet przenieść się w rozważaniach, na grunt innych dziedzin, niekoniecznie pokrewnym biologii, a potem również rozumowanie na grunt filozofii. To wyprowadzenie rozumowania odwrotnego w darwinizmie i pomieszanie w nim twierdzeń doprowadziło do niepoprawności. Autorzy postanowili dokładnie to przeanalizować i przedstawić w sposób logiczny i jasny tak, by czytelnik zrozumiał, na czym polegał błąd przede wszystkim w teorii doboru naturalnego, a dokładniej w błędnym ujęciu jego mechanizmu przyczynowego, które uczyniło – według autorów – teorię doboru naturalnego Karola Darwina... pustą! Nie będę przytaczała tego pasjonującego, drobiazgowego i rzeczowego ciągu dowodowego wraz z jego odkrywczymi, innowacyjnymi i rewolucyjnymi wnioskami. Pozostawiam tę przyjemność śledzenia i zaskoczeń argumentów przemawiających za tezą autorów, czytelnikom. Fascynująca była dla mnie również sama walka na argumenty naukowców z różnych dziedzin, w której zaciętość niczym nie ustępowała tej sprzed wieków z udziałem Karol a Darwina. Tym razem współcześni bronili status quo teorii ewolucji. Ich wypowiedzi i kontrargumenty autorzy umieścili na końcu książki, a ich lektura pozwoliła mi na przyjemne zanurzenie się w atmosferę „burzy mózgów” zarówno przeciwników, jak i zwolenników argumentów autorów. Badaczy bardzo otwartych w swoich poglądach, kładących nacisk przede wszystkim na rozwój nauki, na prawo do poddawania w wątpliwość i pod dyskusję każdego zauważonego problemu, na prawdę naukową, której, według Bernarda Stieglera, w środowisku akademickim jest coraz mniej, o czym alarmował we Wstrząsach. Autorzy mieli świadomość, z jakimi siłami opozycji przyjdzie się im zmierzyć, pisząc – Otóż nasi koledzy niejednokrotnie przekonywali nas, że nawet jeśli Darwin popełnił zasadniczy błąd, uznając dobór naturalny za główny mechanizm ewolucji, to nie powinno się o tym mówić, a już na pewno nie publicznie. Podejmowanie tego rodzaju działań jest równoznaczne – nawet jeśli nie to było ich celem – z dołączeniem do Sił Ciemności, które zmierzają do obalenia autorytetu nauki. Nic dziwnego, że książkę wydaną po raz pierwszy w USA w 2010 roku przyjęto bardzo źle.

   Samo opracowanie nie jest lekkie w odbiorze.

   Wymaga skupienia (to nie jest pozycja do czytania w autobusie) i znajomości podstaw biologii, filozofii i logiki oraz języka naukowego tych dziedzin. Zwłaszcza że autorzy, aranżując interdyscyplinarną dyskusję, zaglądają również do nauk wspierających ich argumenty takich, jak: fizyka, chemia, matematyka, semantyka czy  psychologia w jej behawiorystycznej odsłonie. Opierali się w niej na najnowszych odkryciach empirycznych w badaniach naukowych opublikowanych w ciągu ostatnich pięciu lat w specjalistycznych czasopismach biologicznych, które (słusznie) były prezentowane przez autorów jako innowacyjne. W ten sposób, wbrew pozorom, chcieli pomóc pozbyć się zdeklarowanym darwinistom „ducha w maszynie” (Boga, Matki Natury, Samolubnych Genów, Ducha Świata, swobodnych intencji, fantomowych hodowców i tak dalej, i tym podobnych), którego przemycają w niejawnych odwołaniach do wyjaśnień intencjonalnych, będąc tego zupełnie nieświadomymi. Dla autorów to niedopuszczalne, by biologia ewolucyjna odwoływała się do intencjonalności. Faktycznie – to bardzo nielogiczne!

   Dla mnie to moment, w którym, jako kreacjonistka, miałam najwięcej satysfakcji.

   Autorzy wymiatając argumentami starą teorię, pozostawiali pustkę, której nie potrafili wypełnić lub zastąpić inną. Dochodzili do ściany niewiedzy, przy której rozkładali ręce, tłumacząc bezradność brakiem większej ilości danych, które czekają dopiero na odkrycie. Ujęli ten fakt rozbrajającym stwierdzeniem  – jak to się mówi: potrzebne są dalsze badania. Dokładnie takiej postawy u naukowców oczekuję – odwagi w przyznaniu się do niewiedzy niż brnięcie w teorie zastane, chociaż niekonieczne prawdziwe. Tym samym niczego nowego dla mnie osobiście nie wnieśli. Wręcz przeciwnie – utwierdzili, że każda droga ewolucjonisty prowadzi do intencjonalności, a stwierdzenie, że dobór naturalny działa sam z siebie (dokładnie użyli sformułowania - to coś, co po prostu się dzieje), nie przekonuje mnie, bo pojawia się kolejne pytanie – dlaczego działa i co lub kto za tym stoi? Jak królik z kapelusza, znowu pojawia się pytanie o intencję? Obawiam się, że to stały lejtmotyw darwinistów wyskakujący zawsze na końcu ich dedukcji. Dokładnie do takiego samego wniosku doszłam po lekturze Najwspanialszego widowiska świata Richarda Dawkinsa.

   Czytając literaturę „z obozu wroga”, coraz bardziej ulegam przekonaniu, że nauka, próbując przybliżyć nas do wyjaśnienia tajemnicy przyczyny pojawienie się życia i praw nim rządzących, tak naprawdę próbuje wyjaśnić jego intencję.

   Intencję, której istnienie odrzuca!

   Podziwiam ten hart ducha człowieczego umysłu, tę nadzieję pokładaną w metodach i narzędziach naukowych, to konsekwentne dociekanie w wyjaśnianiu niewiadomego, tę walkę o tożsamość ludzkości, by ostatecznie dowiedzieć się, że skomplikowanie naszego świata na wyjściu jest jeszcze bardziej skomplikowane niż na wejściu.

   I to jest w nauce najpiękniejsze!

   Ta pozycja to potwierdza. Zmusza także do myślenia. Uczy krytyczności. Taka jest idea całej serii o wymownej nazwie – Myśleć, w której skład wchodzi ta pozycja. Na wewnętrznej stronie okładki mogłam zapoznać się z pozostałymi jej tytułami.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Błąd Darwina [Jerry Fodor, Massimo Piattelli-Palmarini]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 03 marca 2018
Czerwony głód – Anne Applebaum

Czerwony głód – Anne Applebaum
Przełożyły Barbara Gadomska , Wanda Gadomska
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  488 stron
Literatura amerykańska

       Byłem w licznych wsiach i widziałem, że w dużej ich części panuje głód. – pisał do Stalina przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy Hryhoryj Petrowski. Można obecnie zliczyć co najmniej sto rejonów potrzebujących pomocy żywnościowej. – pisał do Stalina szef ukraińskiego rządu Włas Czubar. Stalin odpowiedział im – Według mnie Ukraina dostała za dużo.

   W tym rejonie, jak i w innych, kołchoźnicy i indywidualni chłopi umierają z głodu; dzieci i dorośli są opuchnięci, jedzą rzeczy, których żadna istota ludzka nie powinna musieć jeść, począwszy od padliny, a kończąc na korze dębowej i różnych oblepionych błotem korzeniach. – pisał do Stalina pisarz Michaił Szołochow. Stalin odpowiedział – Dostrzegacie tylko jedną stronę tej sprawy.

   ...oskarżenia rzucane obecnie przez Stalina na kułaków to tylko sposób na terroryzowanie mas... – zarzucał Stalinowi działacz partyjny Martemian Riutin. Stalin nie odpowiedział, za to wyrzucił z partii i zamordował wraz z rodziną.

   Bratanica żony Stalina widziała na dworcach żebraków, wycieńczonych ludzi z wydętymi brzuchami donosiła mu szwagierka. Stalin zripostował – To jeszcze dziecko i zmyśla.

   Drogi Stalinie, Odpowiedzcie proszę, dlaczego kołchoźnicy puchną od głodu i jedzą padłe konie? – pisał obywatel do Stalina w liście. Wątpię, żeby Stalin odpowiedział.

   Wszyscy chłopi przenoszą się, opuszczają wsie, by ratować się przed głodem. – pisał do Stalina członek partii komunistycznej. Stalin w odpowiedzi zamknął ukraińskie granice. A potem dokręcił śrubę jeszcze mocniej, rozmyślnie pogłębiając kryzys żywieniowy.

   Nastał HOŁODOMOR.

   Sztuczny głód na Ukrainie przybierający w skrajnych przypadkach formę kanibalizmu o podłożu politycznym, który zabrał 3,9 miliona Ukraińców.

Jego skalę pokazywała mapka dołączona do treści. Im ciemniejszy kolor tym więcej unicestwionych istnień ludzkich. W niektórych rejonach dochodzący do 60% populacji. Namacalny efekt obsesji Stalina na punkcie utraty władzy nad Ukrainą, od której uzależniał status quo ZSRR. Niebezpodstawnej. Jego obawy ziściły się w 1991 roku wraz z odzyskaniem przez Ukrainę niepodległości.

   Autorka dokładnie, rzeczowo, wręcz drobiazgowo opisała, opierając się na źródłach historycznych często cytowanych w formie fragmentów relacji, wspomnień, listów, wypowiedzi, manifestów, pamiętników i odezw, przyczyny Wielkiego Głodu. W tym celu cofnęła się czasowo do 1917 roku, a zakończyła na współczesności. Ukazała tok logicznych i zazębiających się wydarzeń przybierający w ostateczności efekt śnieżnej kuli, podyktowany logiką zafiksowanego myślenia Stalina. Opisała metody (rozkułaczanie, kolektywizacja, laicyzacja, rekwizycja, zamknięcie granic, ograniczenie handlu wymiennego, czarne listy) doprowadzające nie tylko do klęski głodu, ale i pozbawienia Ukraińców więzi rodzinnych, historii, kultury, religii i ostatecznie tożsamości narodowej. Pokazała sposoby propagandy psychologiczno-iedologicznej ułatwiające manipulację człowiekiem poprzez strach, histerię, nienawiść i podejrzliwość. Drogę od chłopów żyjących dostatnio z płodnych czarnoziemów do wywłaszczonych, umierających żebraków na ulicach miast, o którym francuski poeta Georges Simenon odwiedzający Odessę w 1933 roku usłyszał, że: To kułacy, chłopi, którzy nie przystosowali się do nowej władzy [...], jedyne dla nich wyjście to śmierć.

I umierali...

   Wiedza o Hołodomorze przedstawionym od strony historycznej, a potem polityczno-gospodarczej jego sprawców nabrała przerażającego dla mnie wymiaru w części ukazującej go od strony świadków i ofiar, które przeżyły. Autorce udało się wypełnić mnie emocjami, pomimo własnego dystansu i operowania tylko faktami, nie tylko dzięki drastycznym relacjom konkretnych osób, ale również dzięki precyzyjnemu oddaniu toku rozumowania Stalina. Nie ma w tej publikacji odniesień do wiedzy psychologicznej tłumaczącej jego psychopatyczną osobowość, a mimo to, psychiatrzy mieliby mnóstwo materiału pośredniego do opisania studium przypadku. Drugim uczuciem dominującym była bezsilność wobec faktu, że takie osobowości, obejmując przywództwo, doprowadzają do tragicznych wydarzeń na skalę kraju, narodu czy nawet kontynentu.

   Całość wzbudziła we mnie współczucie wobec ukraińskiego narodu.

   Ich historię poznawałam wybiórczo i tylko w kontekście polskim. Nie zawsze pozytywnym. Począwszy od czasów kozaczyzny, której dzieje znałam z opracowania Leszka Podhodoreckiego Kozacy zaporoscy na publikacjach o Wołyniu skończywszy: Krwawe żniwa Czesława Piotrowskiego i Sprawiedliwi zdrajcy Witolda Szabłowskiego. Te ostatnie napisane w tonie pojednawczym. A przecież żyję na Pomorzu Zachodnim, na które przesiedlono dużo Ukraińców w wyniku akcji „Wisła”. Nigdy nie wnikałam w ich przeszłość narodową.

   Ta książka to zmieniła.

   Autorka wyposażyła mnie w podstawowe pojęcia, nomenklaturę i wiedzę o Hołodomorze, który był fałszowany statystycznie, zaprzeczany, wymazywany z historii oraz pamięci ludzkiej i negowany aż do 1991 roku, by w 2016 zatoczyć koło – Postsowieckie państwo rosyjskie ponownie wszystkiemu zaprzeczyło: Hołodomoru nie było i tylko „naziści” są zdolni twierdzić co innego. W obliczu niepodważalnych faktów można zgonić to na dziedzictwo obsesji Stalina, który w 1932 roku mówił Kaganowiczowi, że najbardziej boi się utraty Ukrainy, podobnie obecnie rosyjskie władze są przekonane, że niepodległa, demokratyczna, stabilna Ukraina związana z kulturą i handlem z resztą Europy stanowi zagrożenie dla interesów rosyjskich przywódców. Przecież jeżeli Ukraina zbytnio się zeuropeizuje – jeśli uda jej się w miarę skuteczna integracja z Zachodem – to Rosjanie mogliby spytać: dlaczego nie my?

   To nie jedyna koncepcja, z którą spotkałam się w opracowaniach.

   Inną poznałam w publikacji Michaiła Zygara Wszyscy ludzie Kremla. Można jeszcze pokusić się o koncepcje psychologiczną czy ideologiczną, ale wszystkie prowadzą mnie do jednego wniosku – zachowanie własnych przywilejów, bogactwa i władzy, choćby po trupach. Dosłownie.

   Niekoniecznie przez jednego człowieka.

   A takie pozycje są nie po to, by wzniecać lub podtrzymywać nienawiść, co szczególnie autorka podkreśliła w przedmowie – Nie stanowi argumentu przeciw jakiemukolwiek ukraińskiemu politykowi czy partii (ani też na ich poparcie), nie jest komentarzem do obecnej sytuacji na Ukrainie. Stanowi natomiast próbę opowiedzenia Wielkiego Głodu z wykorzystaniem nowych zasobów archiwalnych, nowych świadectw i nowych badań. Została napisana dla każdego, kto chce zrozumieć mechanizmy manipulacji społeczeństwem i człowiekiem, by nie stać się ich ofiarą. By rozumieć otaczający nas świat, zachodzące w nim zmiany, procesy nimi rządzące i nauczyć się krytycznie myśleć. Sądząc po komentarzach pod wywiadem z autorką Dystansując się od Europy, Polska realizuje marzenie Putina, potrzebujemy tego bardzo i koniecznie.

   Warto uczyć się tego od jednej z najlepszych na świecie publicystek.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Czerwony głód [Anne Applebaum]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Dalsze części tutaj.

sobota, 10 lutego 2018
Wstrząsy - Bernard Stiegler

Wstrząsy: głupota i wiedza w XXI wieku - Bernard Stiegler
Przełożył Michał Krzykawski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 567 stron
Literatura francuska

   To ważna, niezwykła i aktualna publikacja z wielu powodów.

   Napisał ją człowiek, który trafił do więzienia za napady z bronią w ręku. To tam odkrył filozofię, której zgłębianie i studiowanie, po zdaniu matury, odbył drogą korespondencyjną. Doktorat obronił już na wolności. Od tamtej pory napisał kilkadziesiąt publikacji, ale polskie tłumaczenie jednej z nich (dokładnie tej) pojawia się po raz pierwszy. Dobrze stało się, że wydawca wybrał do tego „debiutu” właśnie Wstrząsy. Mimo że napisane po kryzysie finansowym w 2008 roku ich treść, dziesięć lat później, nadal jest bardzo aktualna. To pozycja wyjątkowa również dlatego, że wpisuje się w  coraz głośniejszy nurt współczesnych opracowań „krzyczących” i alarmujących o kondycji świata i ludzkości. Publikacji analizujących przyczyny prowadzące do upadku cywilizacji i moralnej degradacji ludzkości. Po wizjonerach, Naomi Oreskes i Ericu M. Conwayu, prorokującymi tę nieuniknioną tragedię w Upadku Cywilizacji Zachodniej, po archeologach i biologach wyraźnie wskazujących i tłumaczących proces moralnej degradacji ludzkości zmierzający ku jej unicestwieniu, a przedstawiony przez Douglasa Prestona w Zaginionym Mieście Boga Małp, pojawił się w Polsce głos francuskiego filozofa sięgający w swojej krytycznej analizie ekonomii politycznej jeszcze dalej i głębiej. Do pierwotnej przyczyny wszystkich wcześniej wymienionych w poprzednich publikacjach – do głupoty.

   Ludzkość głupieje – mówi autor wprost.

   Jej objawami są hiperkonsumpcjonizm, popędowość, „nałogogenność” i bezkrytyczne myślenie.  Winą za tę niedojrzałość i niemożność dorośnięcia społeczeństwa obarcza środowisko uniwersyteckie bardzo szeroko rozumiane i obejmujące wszystkie poziomy edukacji. Oskarża je o sprzedajność, nazywając ją wręcz prostytucją. Ta zdemoralizowana postawa doprowadziła według autora do politycznej i ekonomicznej ruiny na skalę planetarną oraz destrukcji demokracji. Do trwającej wojny ekonomicznej, która pochłania obecnie więcej ofiar niż dwie wojny światowe w powszechnie trwającym głodzie miliarda osób na świecie, migracjach ludności, katastrof ekologicznych, ekonomicznej beznadziei  młodych pokoleń, wzroście analfabetyzmu, upowszechnianiu się regresji sanitarnej, spekulacji i unicestwianiu edukacji rodzinnej i publicznej. To tylko kilka z wielu skutków finansjeryzacji ekonomii doprowadzającej również do utraty suwerenności przez państwa. Jej skutkiem są również wstrząsy wykorzystywane do wprowadzania niepopularnych decyzji, jak na przykład likwidacja edukacji państwowej po niszczącym huraganie Katrina w Nowym Orleanie. Takich przykładów podaje więcej. Między innymi polską transformację ustrojową w latach 90. XX wieku. W trosce o przyjemność czytania innych odbiorców, nie zdradzę, co nam wtedy „sprzedano”.

   Oczywiście moje przedstawienie myśli autora jest bardzo uproszczone i niepełne.

   Autor tę analizę przeprowadził bardzo dokładnie, posługując się aparatem naukowym filozofii. Odwoływał się do myśli swoich poprzedników (głównie Gillesa Deleuze’a, Jacques’a Derridy, Jean-François Lyotarda, Martina Heideggera, Zygmunta Freuda), na których poglądach bazował, polemizował z nimi, a nawet na nowo odczytywał (Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Karol Marks), przyjmując rolę komentatora ich myśli filozoficznej. Co ciekawe i rzadko spotykane wśród filozofów, nie poprzestawał tylko na rozważaniach teoretycznych.

   Zachęcał do działania.

   Proponował konkretne sposoby rozwiązywania istniejącej, katastrofalnej  sytuacji, która obecnie spycha ludzkość po równi pochyłej w dół, czyniąc z tej książki swoistą broń pokojową w walce o rozum, w której technologia cyfrowa będzie sprzymierzeńcem, a nie wrogiem. Podkreślał konieczność wdrożenia całkowicie nowej, przemysłowej polityki publicznej i ponowne przemyślenie polityki edukacyjnej, fiskalnej, rodzinnej, międzypokoleniowej, społecznej czy zdrowotnej. Celowo nie używam pojęć, które autor wprowadzał wraz z autorską teorią farmakologiczną, bo po pierwsze – odkrywanie i poznawanie jej samodzielnie w wywodzie filozoficznym jest przyjemniejsze, a po drugie – wymaga od czytelnika stawania na indywidualnych, osobistych palcach intelektu i doświadczeń poznawczych, by ten wywód zrozumieć, a każda próba oddania go słowami  filozofa może ten przekaz zaciemnić. Myślę, że każdy musi się z tym tekstem zmierzyć sam. Koncepcja autora jest bardzo gęsta od wiedzy przede wszystkim filozoficznej i angażuje umysł w 100%. Pominięcie lub niezrozumienie jednego słowa burzy lub zniekształca sens całego zdania. To jedna z niewielu książek, którą czytałam tylko w domu i tylko w chwilach emocjonalnego wyciszenia. Autor miał tego świadomość, pisząc – Dzieło filozoficzne nieustannie stawia się i sprzeciwia spokojnemu czytaniu, to jest takiemu, które sobie samo płynie. Ten, kto czyta jest w swoim czytaniu zaciągnięty do pracy, do współwytwarzania, a więc jest zmuszony do wyindywiduowania siebie poprzez wyindywiduowanie tego, co czyta. Ciężko więc pracowałam „zaciągnięta do pracy” przez autora, ale w dużej mierze to, że „wyindywiduowałam się” zawdzięczam tłumaczowi. Nie musiałam googlować, żeby stwierdzić, że mam do czynienia z tłumaczem nieprzeciętnym. Sam fakt, że podjął się tłumaczenia filozofa dotychczas nieprzekładanego, dla którego musiał znaleźć przestrzeń językową, do tego kompatybilną z tą zastaną, świadczy o dużej odwadze stawiania swojego autorytetu zawodowego na szali opinii środowiska naukowego. Swoje obawy z lekkim przymrużeniem oka wyraził w tym zdaniu – W przypadku tekstu, którego głównym tematem jest głupota, tak określona stawka tłumaczenia, w sensie ogólnym, wydaje się wręcz podwójna, podobnie jak obawa tłumacza, że zrobił z siebie głupka. Tę trudność upatrywał również w odwoływaniu się autora do myśli filozoficznej Gilberta Simondona nadal czekającego na tłumaczenie polskie. Wdzięczna jestem tłumaczowi również za posłowie, w którym syntetycznie podsumował treść dzieła, do którego był przygotowany merytorycznie (jest filozofem z naciskiem na współczesną filozofię francuską), za przypisy, za uzupełnianie słowami odautorskimi myśli skróconych przez autora i za pozostawianie słów w oryginale, bym mogła „oczami duszy” uchwycić umykający sens pojęcia niedoskonale, w mniemaniu autora, dookreślony  lub oddany przez niego w polszczyźnie. Wobec tej mrówczej i gargantuicznej pracy pozostaje mi powiedzieć jedno.

   Chapeau bas!

   Nie wyczerpałam wszystkich wątków, zagadnień i smaczków publikacji. To pozycja, nad którą można rozwodzić się w wielogodzinnych debatach i dyskusjach. Chciałabym, żeby tak właśnie było. Żeby o tej krytyce ekonomii politycznej i farmakologicznych propozycjach działania było głośno, bo to jest alternatywa na wygraną rozumu w walce z głupotą. Na uniknięcie trzeciej wojny światowej. Na mądre życie w pokoju.

   Na dalsze istnienie ludzkości w ogóle.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.



Wstrząsy. Głupota i wiedza w XXI wieku [Bernard Stiegler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
czwartek, 25 stycznia 2018
Cisza – Małgorzata Wójcik , Rafał Żak

Cisza – Małgorzata Wójcik , Rafał Żak
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 , 206 stron
Literatura polska



   Większość z nas przywitała świat krzykiem. Większość z nas chciałaby żegnać się ze światem w ciszy. Pomiędzy tymi dwoma pojęciami rozegra się ta książka.

   Powyższa zachęta autorów brzmiała intrygująco. Z ogromną ciekawością weszłam w tę przestrzeń, zastanawiając się, co mnie tam czeka, zaskoczy, zauroczy, a może zadziwi. Już od początku zostałam włączona w tworzenie jej treści, otrzymując zadanie, którego rozwiązanie napotkałam kilkadziesiąt rozdziałów później. Takich interaktywnych momentów przydarzyło się więcej. Ale najpierw było wsłuchiwanie się w deklinację słowa „cisza”, analiza przyjemnego, dźwiękonaśladowczego brzmienia jej sylab, wczytywanie się w jej encyklopedyczną definicję, by poprzez poznanie fizycznych jej  parametrów, rozpocząć przeciekawą, interdyscyplinarną podróż od nauk ścisłych po nauki humanistyczne. Poznać metafizyczny wymiar w filozofii, rolę medium komunikacyjnego w psychologii, broni w walce z dźwiękiem w ekologii, środka wyrazu artystów w sztuce czy czynnika zjawisk społecznych i kulturowych.

   W żadnym przypadku nie była jednoznacznie tylko dobra lub tylko zła.

   Jej wartościowanie zależało od kontekstu jej pojawienia się, wywołania, przywołania, sprowokowania, zaistnienia w zależności od człowieka, jej roli, otoczenia, zjawiska, problemu. Stąd ogrom rozpiętości pojęć ją określających od złowrogiej do świętej, wymienionych i potraktowanych jako zabawę z ciszą w jednym z rozdziałów. Chociaż określenie rozdziały to nadużycie. Składały się na nie raczej krótkie refleksje, skojarzenia, informacje, opisy wydarzeń lub zjawisk społecznych, fragmenty tekstów literackich, a nawet brak druku na dwóch stronach eksponujących białą ciszę kartek, a przez autorów nazwanych ścinkami, wycinkami i strzępami myśli. Pozornie zestawione chaotycznie, ale z główną osnową ciszy, tkały ustalony porządek tworzący wielobarwny, wielopłaszczyznowy, wielowątkowy i wielowymiarowy jej obraz. Jej swoistą monografię, która zburzyła moje dotychczasowe przekonanie o jej tylko dobrej, błogosławionej, terapeutycznej roli. Ale to dobrze! Książka nie miała mnie poprowadzić ścieżką ciszy ku wyciszeniu. Autorzy chcieli trochę namieszać, uprzedzając mnie o tym we wstępie  – Nie poprowadzimy cię za rękę, raczej zakręcimy w koło kilkakrotnie i pozwolimy na chwilkę chaosu w głowie. Przyjemnego chaosu, z którego wyławiałam perełki o ciszy zupełnie mi nieznanej, a której wytyczonymi ścieżkami podążałam dalej. Tym samym spełniałam zamiar autorów – Naszym marzeniem jest, żeby strony tej książki zachęciły cię do kolejnych wędrówek. Żeby rozdziały o ciszy w muzyce zachęciły do posłuchania opisywanych utworów. Żeby strony o literaturze obudziły chęć sięgnięcia do przywoływanych tekstów. Żeby czasem krótkie fragmenty nakłoniły do skorzystania z opisywanej metody czy doświadczenia. Żeby przywołanie konkretnej postaci zachęciło cię do poznania jej lepiej, już na własna rękę. Podążałam więc ich wskazówkami, podpowiedziami i odsyłaczami, przypatrując się opisywanym obrazom jak Your comfort is my Silence, wsłuchując się w muzykę ciszy, oglądając występ Davida Greena Silence czy niezwykły film Wielka cisza Philipa Gröninga zrealizowany w klasztorze La Grande Chartreuse, który pochłonął mnie na trzy godziny. Od czasu do czasu wpatrywałam się w zdjęcia ilustrujące tekst, niczym milczące przerywniki sprzyjające rozmyślaniom.

   Autorzy swój zbiór myśli o ciszy pozostawili otwartym, uzasadniając tę decyzję we wstępie – Chcielibyśmy, żeby te strony zainspirowały cię do samodzielnego dopisywania kolejnych rozdziałów, które nam nie wpadły do głowy. Początkowo wydało mi się to niemożliwe, patrząc na bogactwo zawartości, ujęć i podejść. Jednak znalazłam w swoim doświadczeniu ciszę, której tutaj nie wymieniono. Może dlatego, że poznaną przez niewielu nadal żyjących.

   Ciszę przed śmiercią.

   Te kilka sekund balansu, gdy człowiek stoi na progu życia i śmierci. Kiedy wszystko wokół zamiera i milknie w oczekiwaniu na krok do przodu lub do tyłu. Moment, kiedy w głowie pojawia się tylko jedna myśl w postaci pytania – to już? A potem świat z dźwiękiem rusza do przodu, bo to nie już, nie teraz, jeszcze nie.

   Ciekawa jestem dopisanych rozdziałów przez innych czytelników.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Cisza [Małgorzata Wójcik, Rafał Żak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 10 grudnia 2017
Jak przeżyć w szkole – Reinhold Miller

Jak przeżyć w szkole: poradnik dla nauczycieli i wychowawców – Reinhold Miller
Przełożyli Ewa Marszał i Jerzy Zakrzewski SJ
Wydawnictwo WAM , 2012 , 260 stron
Literatura niemiecka

   Miało być wesoło z tym dwuznacznym tytułem i humorystyczną grafiką okładkową!

   Miałam nadzieję, że trochę się pośmieję, a autor z przymrużeniem oka pozwoli mi na zdystansowanie się do szkolnej dżungli przetrwania. Poradzi, jak się odnaleźć w niej – jak sugerował podtytuł.

   Nic z tego!

   Było bardzo poważnie, rzeczowo i nowatorsko w porównaniu z poradnikami skupiającymi się na „leczeniu” objawów, a nie przyczyn. Autor na proces nauczania i wychowania spojrzał szerzej. Ba! Stworzył bardzo precyzyjną teorię na temat skutecznego odnalezienia się nauczyciela zrezygnowanego i zagubionego w szkolnej rzeczywistości. Nie miało dla mnie znaczenia, że był niemieckim dydaktykiem i metodykiem wychowania nawiązującym do stanu szkolnictwa w Niemczech, ponieważ to zdanie odnoszące się do nauczycieli upewniło mnie, że mamy ten sam, międzynarodowy problem – Czują się oni pozostawieni na lodzie przez społeczeństwo (brak pozytywnej oceny), przez polityków (nieudane próby reformy, chybione zmiany strukturalne, braki finansowe), przez władze kultury i oświaty (za dużo zarządzania, a za mało pomocy w kształtowaniu szkolnictwa) i przez rodziców (zbyt mało wsparcia i wychowawczej wspólnotowości). W końcu pozostają sami, jakby w szpagacie pomiędzy samotną walką przy zamkniętych drzwiach klasowych a otwartymi przestrzeniami szkolnymi, w kontekście rozwoju szkoły. Sami oko w oko ze współczesnym uczniem.

   W efekcie - bezradność!

   Jej skutki precyzyjnie wymieniał autor, podając konkretne przykłady scenek wziętych z życia szkolnego. Ustalił również tego przyczyny. Słabe punkty w systemie oświaty, których ofiarami są najpierw nauczyciele, a ostatecznie uczniowie. Oprócz propozycji zmian w kształceniu przyszłych nauczycieli i wychowawców oraz w selekcji przydatności kandydatów do zawodu, które uważam za bardzo trafne i wręcz konieczne, omówił również zmiany, które nauczyciel może wprowadzić sam, nie czekając na reakcję z zewnątrz, odgórną.

   Namawia do wypracowania w sobie autonomii.

   Do porzucenia bezradności na jej rzecz. Autor ten proces przemiany omawia bardzo szczegółowo. Jego schemat umieścił w grafice litery „U”.

Osiągnięcie autonomii wymaga niestety ogromnej pracy. Użyłam słowa „niestety”, ponieważ wiem, jak bardzo niewielu nauczycieli chętnie dokształca się z własnej woli w kompetencjach miękkich. A zmiana postawy bezradności na postawę autonomii wymaga bardzo wielu godzin warsztatów, ćwiczeń, pracy nad sobą, by ukształtować w sobie dwie, niezbędne kompetencje, w które nie wyposaża obecny system kształcenia – kompetencje w odniesieniu do samego siebie i kompetencje relacyjne. Autor omawianie swojej propozycji uzdrawiania procesu nauczania i wychowania kończy propozycją kilku warsztatów z modelu komunikowania się.

   Największą korzyść, jaką daje ta pozycja to uświadomienie przyczyn bezradności nauczycieli i obecnego stanu szkolnictwa. Drugą poznanie sposobów wyjścia z tego impasu. Trafnie to ujmuje przytoczona przez autora anegdota o drwalu, którą łatwo przełożyć na język pedagogiki i szkolną rzeczywistość.

   Książkę polecam minister Edukacji Narodowej pod choinkę.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1074 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi