Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 24 marca 2019
Leningrad – Alexis Peri

Leningrad: dzienniki z oblężonego miasta – Alexis Peri
Przełożył Grzegorz Siwek
Wydawnictwo Znak Horyzont , 2019 , 446 stron +16 stron fotografii
Literatura amerykańska


   Czytając te słowa, pojmiecie mój jakże głęboki niepokój o człowieka, ludzkość i humanizm.

   Można było nie tylko zaniepokoić się, ale również zwątpić we wszystko, a zwłaszcza w sens życia tak, jak autor powyższych słów. Jeden z uczestników 29 miesięcy, 872 dni oblężenia Leningradu, które trwało od sierpnia 1941 roku do stycznia 1944 roku. Blokady śmiertelnej walki o życie, którą przegrało od 1,6 do 2 milionów jego mieszkańców. Jednego z najstraszliwszych wydarzeń w dziejach II wojny światowej, które zapisało się mrocznymi stronami dzienników oblężonych. Krytycznych, niepoprawnych politycznie i światopoglądowo dla władz ZSRR, które uczyniły z ich zapisków nieodpowiednie dokumentalne źródła pompatycznej historii oblężenia, propagowanej przez sowieckie władze w latach powojennych. Autorka, opierając się na 125 niepublikowanych diariuszach, przedstawiła blokadę taką, jaką widzieli i przeżywali jej uczestnicy. Daleką od kreowanej przez sowietów podkreślających, że to nienawiść do wroga, w połączeniu z patriotyzmem i poczuciem solidarności społecznej, dała leningradczykom siły, dzięki którym zwyciężyli. Za to bliższej prawdzie, odzwierciedlającej zupełnie inną historię, w której skrajne doświadczenia nie wzmacniały ich patriotyzmu i walki dla idei, lecz wywołały gwałtowną falę przemian, które doprowadziły do osobistych i intelektualnych kryzysów, a fizycznie – chorób i śmierci. A mimo to pisali je nawet wtedy, gdy sprawiało im to ból i odbierało resztki sił. Przeznaczali na to cenne zasoby – pieniądze, czas i energię – konieczne do zdobywania żywności i kontynuowali pisanie przez całe miesiące nieustannego głodowania i silnego nieprzyjacielskiego ostrzału. Były metodą tworzenia znaczenia w bezsensownym świecie, a tym samym zachowania subiektywizmu w obliczu jego katastrofy. Ich autorzy pochodzili z piętnastu dzielnic Leningradu, nie wiedząc o sobie nawzajem. Ich rozmieszczenie mogłam sprawdzić na dołączonej mapie wraz ze spisem nazwisk, miejsca nauki, zamieszkania lub zatrudnienia.

Prowadziły je zarówno kobiety, jak i mężczyźni, dziewczęta i chłopcy, studenci, uczniowie, jak jedenastoletni Dima,

robotnicy, artyści, nauczyciele, pielęgniarki, lekarze, artyści, literaci i działacze partyjni. Autorka, poddając je drobiazgowej analizie, nie odtwarzała historii samego oblężenia. Skupiała się przede wszystkim na przeżyciach, emocjach i osobistych interpretacjach otaczającej ich rzeczywistości. Układ tematyczny publikacji dostosowała do powtarzających się w nich zagadnień i najczęściej przewijających się myśli w treści większości dzienników. Pierwszym, najczęstszym tematem były sprawy osobiste, a dopiero potem problematyka szersza dotycząca społeczeństwa błokadników i polityki. Dlatego podzieliła swoją analizę na dwie, główne części. Pierwsza dotyczyła zapisów osobistych skupionych na własnej tożsamości – wyglądzie, cielesności, świadomości i rodzinie. Druga zawierała analizę przemyśleń i refleksji na temat upiorności miasta, jego dystroficznych mieszkańców, hierarchii społecznej i powszechnego głodu, który był głównym tematem wszystkich diariuszy i wyznacznikiem skali tragedii mieszkańców, z których 40% nie przeżyło blokady. Jeśli wydawało mi się, że wiem, co można jeść z głodu, bo przeczytałam na ten temat wiele wspomnień obozowych, wojennych i o Hołodomorze na Ukrainie z kanibalizmem włącznie, a nawet publikację poświęconą tylko kuchni wojennej – Okupacja od kuchni, to tutaj zabrakło mi wyobraźni. Nie potrafiłam przedstawić sobie, jak można jeść zupę z kleju czy „masło orzechowe” z farby olejnej? Jak bardzo trzeba być głodnym, by to coś zjeść? Nic dziwnego, że w Leningradzie pojawił się specyficzny dla tego miasta kanibalizm – „trupożerstwo” czyli zjadanie ludzkich zwłok oraz „ludożerstwo” czyli zabijaniem ludzi dla mięsa. Degradacja wartości, zmiana światopoglądu i osobowości, rozpad norm moralnych i społecznych, a tym samym więzi międzyludzkich wraz z kryzysem rodziny, gdzie największą wartością był chleb i opał, najmniejszą życie, a najtrudniejszą do spotkania współczucie, była tak duża, że najczęściej kanibalizm spotykano między bliskimi krewnymi. Często ofiarami padały najbardziej bezbronne dzieci. W tym kontekście kanibalizm symbolizował najbardziej skrajną formę upodlenia i wzajemnej nienawiści pośród ludzi, które zapanowały w domostwach w mieście zamkniętym w pierścieniu oblężenia.

   Autorka przyjrzała się również specyficznemu językowi, który w warunkach blokady uległ zmianom znaczeniowym, by móc oddać ówczesne wypaczenie rzeczywistości, kiedy to „lekarstwem” było pożywienie, „wypis ze szpitala” często oznaczał śmierć pacjenta, a „klinika” pokrywała się znaczeniowo z „jadłodajnią” lub „kostnicą”. Wśród chorób pojawiły się nowe – dystrofia niedożywienia, dystrofia głodowa i dystrofia moralna, a jedynym pacjentem był „dystrofik”. Najbardziej zaskoczyła mnie w historii oblężenia postawa komunistów, którzy nie przestali agitować i dbać o prawomyślność mieszkańców, poprzez wprowadzanie nakazów (często absurdalnych, jak odgórny nakaz zmniejszenia ilości zgonów), zakazów, eufemizmów językowych, a nawet plakatów widocznych na zdjęciach miasta. Specyfika oblężenia, która polegała na nalotach, ostrzale i trwaniu Niemców wokół Leningradu bez wchodzenia do miasta, powodowała, że dzieci wyobrażały sobie wroga dokładnie tak, jak był przedstawiany w plakatowej propagandzie – jako potworów.

Najbardziej wstrząsnął mną pamiętnik, a właściwie jego jedna strona z datami, które były jednocześnie datami zgonów bliskich jego autorki.

   Przeżyłam koszmar doświadczenia niszczącej działalności głodu wśród ludzi w specyficznym „laboratorium”, jakim był ówcześnie Leningrad, bardzo szczegółowo opracowany przez autorkę z punktu widzenia historii, psychologii i socjologii. Chciałabym jednak przeczytać te dzienniki bez pośredników. Może kiedyś zostaną wydane w jednym tomie, by oddać bezpośrednio głos świadkom ówczesnych wydarzeń, którzy zdobyli się na tytaniczne wysiłki, nie tylko by przetrwać oblężenie, ale także zinterpretować sens swoich przeżyć – z myślą o sobie i całym społeczeństwie sowieckim.

   Również o całej ludzkości ku przestrodze.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

sobota, 16 marca 2019
Kwantechizm – Andrzej Dragan

Kwantechizm: czyli klatka na ludzi – Andrzej Dragan
Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 280 stron
Literatura polska

   To nie jest typowa książka popularno-naukowa. To jest zupa-śmietnik zawierająca moje prywatne i niezbyt ortodoksyjne spojrzenie na najciekawsze aspekty mechaniki kwantowej, teorii względności oraz współczesnej fizyki, którymi się zajmuję. Czasem jest smacznie, czego mi życzy autor na stronie tytułowej,

czasem pięknie, a czasem niebezpiecznie, ale zawsze nomen omen piekielnie przeciekawie, co ja jeszcze z tej zupy wyłowię i śmietnika wygrzebię. Wynika to z przyjętego przez autora podziału metod badawczych naszej rzeczywistości, którą nazywa klatką dla ludzi na wzór behawioralnej klatki Skinnera. Pierwsze z nich są metodami religijnymi opartymi na tezach trafiających w oczekiwania ludzi, gdzie dogmat, według Ludwiga Feuerbacha, to nic innego jak zakaz myśleniapolega ona na bezkrytycznym przyjmowaniu prawd objawionych, opisujących bez uzasadnienia, w jaki sposób konstruowana jest nasza rzeczywistość. Drugie są metodami naukowymi, które nakazują poddawać w wątpliwość wszystko, nawet te najbardziej prozaiczne i oczywiste oczywistości. Obserwować nie tylko człowieka w owej klatce, a przede wszystkim rozgryzać mechanizmy, w oparciu o które zbudowana jest nasza własna klatka Skinnera, dla niepoznaki nazywana „rzeczywistością”. Owoce tych pierwszych koją lęk ludzi przed nieznanym, zapewniając poczucie bezpieczeństwa kosztem wolności myślenia. Wyniki tych drugich dają wolność myślenia, ale zabierają poczucie bezpieczeństwa. Nieustanny człowieczy balans między wolnością a bezpieczeństwem wyznaczanym przez nasze wybory  nie jest niczym nowym, bo wspominał o nim Zygmunt Bauman w zbiorze rozmów Miłość jest warta starania, ale w kontekście poglądów autora, wręcz rewolucją w myśleniu.

   Autor wybrał naukę i jej metody.

   Trzeba się mocno trzymać drabiny własnego, wypracowanego światopoglądu zarówno religijnego, jak i ateistycznego, opartego na podręcznikowej wiedzy czyli na kłamstwie wyssanym niemalże z mlekiem matki, jak twierdzi autor, by nie spaść, ponieważ autor metodycznie, po kolei usuwa z niej szczeble, pozostawiając człowieka w kwantowym zawieszeniu i udowadniając, że nie da się uprawiać myślenia z dala od mózgu. Wydaje się tobie, że znasz naturę czasu? Otóż nie! Bach! – nie ma szczebla. Wydaje się tobie, że znasz prawa rzeczywistości? Otóż nie ma ich! I bach! – brak drugiego szczebla. Wydaje się tobie, że można udowodniać naukowo? Bzdura! Kolejny szczebel usunięty. Wydaje się tobie, że znasz prawa fizyki – bach!, bach!, bach! Nie ma kolejnych szczebli. Wszystko się tylko wydaje, więc spadasz. Chociaż nie.

   Właściwie unosisz się w kwantowej rzeczywistości.

   Nie ma żadnych praw, dogmatów, zasad, norm, a zwłaszcza geometrii euklidesowej i innych kłamstw. Jest teoria względności , teoria kwantowa i ich implikacje oraz jedyna pewność, to brak tej pewności w odniesieniu do wszystkich znanych człowiekowi wyznaczników ocen  i opisów otoczenia  - czasu, przestrzeni, ruchu i procesów zachodzących w czasoprzestrzeni.

   Istnieją tylko względność, nieprzewidywalność i prawdopodobieństwo.

   Na pozór tworzące chaos wywołany pojawiającą się niepewnością, a za nią lękiem przed nieznanym. Ale jeśli z tej nieprzewidywalności i nieokreśloności stworzy sę pewnik, dogmat, aksjomat, zasadę czy normę, to świat stoi przed nami otworem. Nic, tylko eksplorować do bólu mózgu.

   Dokładnie to robi autor!

   Jak udowadnia, to nie boli. Będąc fizykiem-teoretykiem, należy do jednego promila populacji posiadającego receptę na ciągłe wątpienie i niebranie niczego sobie do serca.

Jego praca, jak sam mówi w powyższych Kultowych rozmowach z Tomaszem Raczkiem, polega na położeniu nóg na biurku, myśleniu, zapisywaniu kartek i wyrzucaniu ich do kosza. Ten ostatni jest tak samo ważnym narzędziem pracy, jak mózg, kartka i długopis. Laptopa nie polecam, bo idzie w koszty, a podobno myślenie ma nie kosztować. Dyplomatycznie rzecz ujmując, wydaje się to trochę niekonwencjonalne, a już na pewno niepowszechne.

   Ale pamiętajmy – cały czas łamiemy schematy.

   Jeśli jednak ktoś bardzo się upiera w domaganiu się dowodów na wysoką jakość efektywność i efektowności produktów tego myślenia, to jest nią nie tylko ta publikacja. Wydawałoby się, że jej treść, układ, potoczny i przystępny język, humor i mieszanie faktów naukowych z anegdotami z życia własnego podana w formie gawędy, może sprawiać wrażenie egalitarnej, by każdy, nawet nielubiący i nieznający fizyki, zrozumiał bez bólu głowy anihilację, dylatację czasu, czarne dziury i inne „tajemnicze” pojęcia zgodnie z zasadą autora – czego nie umiałbym wytłumaczyć  własnej babci, tego po prostu nie rozumiem, a przy okazji  poczuł lekkie trzęsienie ziemi podstaw swojego światopoglądu. Jednak tak dydaktycznie, przemyślnie i przemyślanie podana, by osiągnąć efekt zrozumienia, pokory, a nawet bardzo wskazanego niedowierzania, że z punktu widzenia teorii kwantowej jesteśmy tylko nagą małpą (tej z rozprawy o naturze ludzkiej Desmonda Johna Morrisa) w klatce na ludzi. To ten samodzielnie wysnuty wniosek jest najwartościowszy w tej publikacji. A w konsekwencji pokonanie lęku przed nieznanym na rzecz myślenia. To co mnie urzekło, oprócz inteligentnie podanej treści przypominające karmienie ostrym nożem, to jej odzwierciedlenie w grafice okładkowej. Właściwie mogę ją traktować jak esencjonalną prezentację. Każdy element jest celowy, symboliczny i kompatybilny z pozostałymi, tworząc harmonijny i logiczny przekaz o jej zawartości. Włącznie z „konfliktem” metod religii i nauki. Wykorzystanie symbolu sprzężenia hermitowskiego, który niewtajemniczonym kojarzy się tylko z krzyżem - to strzał w dziesiątkę!

   To nie wszystko!

   Autor nie tylko uważa, że..., ale również tak żyje. Realizuje kilka żyć równocześnie niczym nieprzewidywalny foton, odpowiadając sobie, kim byłby, gdyby nie był fizykiem. Byłby fotografem i robił doskonałe zdjęcia, o czym mówi w swoim wykładzie. Warto posłuchać, jak to robi i dlaczego tak mało, skoro jest w tym świetny.

Byłby również reżyserem i robił doskonałe filmy, z których ten poniżej hipnotyzuje mnie najbardziej, ale polecam obejrzeć wszystkie na stronie autora.

Jedno jest pewne – zawdzięcza to mechanice kwantowej i wolności myślenia. Można je przełożyć na pozostałe nauki. Jest tego nawet pewien, pisząc – Z praw mechaniki kwantowej można wyprowadzić własności chemiczne całej tablicy Mendelejewa. Z niej zaś wynika cała chemia. A z chemii – podobno nawet biologia. Również socjologia, o czym mówił wspomniany wcześniej Zygmunt Bauman. Od siebie dodam, że na pewno pedagogika, która ma od zawsze charakter probabilistyczny, bo nie można być pewnym  osiągnięcia pożądanego efektu kształcenie. Może dlatego poglądy autora nie wstrząsnęły mną, ale zachwyciły.

   Powiem więcej!

   Utwierdziły mnie, że wspinam się po stabilnej drabinie opartej na metodach religijnych. Im bardziej autor szedł z pokorą w niepewność, nieprzewidywalność i prawdopodobieństwo, tym bardziej się odnajdywałam w tej rzeczywistości, obserwując daremne wysiłki autora (i wszystkich tęgich głów nauki) w dążeniu do pojęcia niepojętego. Dokładnie ten efekt stawiał pod ścianą ewolucjonistę Richarda Dawkinsa w Najwspanialszym widowisku świata  i dokładnie do tej granicy dochodził autor, twierdząc, że poznanie klatki na ludzi przez nagą małpę nigdy nie skończy się, a ci którzy tak twierdzą (a byli tacy!) – mylą się.

   I w tym punkcie, pod tą ścianą stoimy zgodnie i zgodni.

   Chociaż z dwóch, różnych i bardzo odległych punktów widzenia. Autora można nienawidzić  za bezczelność, arogancję, burzenie schematów, trzęsienie gruntu, zabieraniu drabiny w dążeniu do... i robienie przeciągów w klatce na ludzi.Tym autor daje radę, cytując Richarda Feynmana – Jak ci się nie podoba rzeczywistość, to sobie idź gdzie indziej. Można go też pokochać za szczerość i autentyczność, a w moim przypadku za inteligencję ostrą jak skalpel. Jedno jest pewne – nie można przejść obok jego osobowości, światopoglądu i twórczości obojętnie. Dlaczego tak się dzieje?

   Bo każe nagiej małpie przestać żuć gumę arogancji i nieco zmarszczyć czoło.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

wtorek, 05 lutego 2019
Koniec niewinności – Jean-Yves Potel

 

Koniec niewinności – Jean-Yves Potel
Przełożyła Julia Chimiak
Wydawnictwo Znak , 2010 , 328 stron
Literatura francuska

   Polska i jej przeszłość żydowska – oto niewyczerpany przedmiot rozmów i kłótni!

   Autor, francuski znawca problematyki Europy Środkowej, wykładowca uniwersytecki, a także ataché kulturalny przy Ambasadzie Francji w Warszawie, przekonał się o tym, obserwując zjawisko zderzania się dwóch pamięci – polskiej i żydowskiej. Zupełnie odmiennych, osobnych, niemających punktów wspólnych, często wrogich, a nawet sprzecznych. Sam wiele razy stawał pomiędzy tymi osobnymi widzeniami przeszłości, broniąc Polaków w dyskusji z Żydami, a Żydów w polemikach z Polakami. Zaczął zgłębiać ten problem braku porozumienia. W efekcie powstała publikacja o przełamywaniu barier i budowaniu wspólnej pamięci polsko-żydowskiej. Opowieść o ludziach po obu stronach muru, którzy próbują przebić się przez niego. Wstawiać drzwi i je otwierać do pamięci obiektywnej. Przejścia na mocy porozumienia, za którymi aż roi się od mniej lub bardziej niewygodnych pytań, niezadawanych do tej pory. W tym opracowaniu autor stara się na nie odpowiedzieć. Pokazać konkretnych ludzi i ich uświadamiające działania, poszerzające wiedzę, przypominające i upamiętniające wspólną przeszłość.

   Z różnymi efektami!

   Autor po wielu latach podróży po Polsce, rozmów z inicjatorami i ludźmi zaangażowanymi w porozumienie oraz współpracy z najważniejszymi organizatorami projektów, wskazuje na koniec niewinności Polaków, w którą tak wierzyliśmy dzięki historykom, którzy przedstawiali historię Polaków, ale nie Polski. Ta nowa historia uwzględniająca nieodłączną przeszłość żydowską była różnie przyjmowana, bo, obok działań przywracających istnienie Żydów w miejscach zapomnianych, opisuje również działania oskarżające o bierność oraz współudział w ich eksterminacji.

Wikipedia

Sięga do mordu w Jedwabnem, szumu medialnego i wrzawy społecznej wokół książki Jana Tomasza Grossa Strach, a także procederu grabieży złota na terenach obozów koncentracyjnych opisanych przez tegoż samego autora w Złotych żniwach. To najbardziej bolesne rozdziały burzące tak bardzo wypielęgnowaną przez wieki tożsamość szlachetnego i przyzwoitego Polaka. Za to budujące bolesną intensywność sporów wokół pamięci o tych wydarzeniach wewnątrz obu społeczności i pomiędzy nimi. W dużej mierze wynikającej z niepamięci narzuconej przez komunistów i antysemickiego nastawienia Kościoła katolickiego.

   Dlatego warto mówić o tych, którzy budują mosty.

   Autor wymienia ich z nazwiska, opisując ich przedsięwzięcia. Historyków nowego pokolenia śmiało podejmujących tematy przemilczane, poszukując w źródłach do tej pory pomijanych, jak na przykład dzienniki Zygmunta Klukowskiego Zamojszczyzna 1918-1959. Reżyserów filmów dokumentalnych. Pisarzy, których wiersze i książki (Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall) trafiły na listę lektur z języka polskiego w polskich szkołach.

Wikipedia

Artystów wystaw i instalacji, jak na Placu Bohaterów Getta na krakowskim Podgórzu. Organizatorów Festiwalu Kultury Żydowskiej ma krakowskim Kazimierzu.

Wikipedia

Twórców muzeów na miejscu niemieckich obozów koncentracyjnych zlikwidowanych przez nazistów, jak Bełżec. czy łódzkiego getta Radegast. Założycieli ośrodków i stowarzyszeń przywracających i upamiętniających pamięć o polskich Żydach takich, jak Ośrodek Brama Grodzka - Teatr NN w Lublinie, Centrum Kultury Żydowskiej, Otwarta Rzeczpospolita czy Nigdy Więcej.  To tylko niektóre z przedstawionych działań.

   Na pozór dużo!

   A mimo to mam wrażenie, że to zaledwie kropla w morzu potrzeby zmiany mentalności ludzkiej. Widzę to w mowie nienawiści i pogardy wokół siebie, której autor poświęcił jeden rozdział opisujący prace badawcze w tym zakresie. W bezrefleksyjnym powtarzaniu sloganów, głęboko zakorzenionych schematów myślowych, odziedziczonych uprzedzeniach, hasłach i stereotypach widocznych w powiedzeniach, zwrotach, nazwach własnych czy „niewinnych” żartach. Mam wrażenie pęknięcia między postawą oficjalną, poprawną politycznie, której symbolem są przeprosiny prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w Jedwabnem a postawą przeciętnego Polaka z odziedziczonym antysemityzmem, którego często nie jest nawet świadomy. Polemizowałabym z autorem o tytułowym końcu niewinności. Ja ją nadal widzę wśród moich rozmówców przekonanych o „świętości” Polaków, dlatego po tytule postawiłabym znak zapytania.

Wikipedia

Dla mnie niewinność skończy się wraz z usunięciem z bazyliki katedralnej Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Sandomierzu obrazu Charles’a de Prévôta wchodzącego w skład cyklu Martyrologium Romanum, przedstawiający mord rytualny dziecka chrześcijańskiego przez Żydów. Mimo że książka ukazała się dziewięć lat temu i opisywane projekty i plany zostały zrealizowane, jak Muzeum Historii Żydów Polskich, to nadal zmiana mentalności Polaków wymaga ogromnej pracy. To jeden z najtrudniejszych czynników niewinności wymagający lat działań nad zmianą myślenia, by kolejne pokolenia dziedziczyły go bez obciążeń rodziców.

   By słowo „Żyd”, przestało być wyzwiskiem i obelgą wypisywaną na murach.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

czwartek, 31 stycznia 2019
Nieznane życie lodowców – Bjørn Roar Vassnes

Nieznane życie lodowców: jak lód z kół podbiegunowych wpływa na życie planety – Bjørn Roar Vassnes
Przełożyła Anna Hopen
Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 212 strony
Literatura norweska

   Jesteśmy dziećmi lodu!

   Wszyscy. Bez względu na to, w którym miejscu na Ziemi żyjemy. Nie istnielibyśmy bez wytworzenia się pokrywy lodowej, a przynajmniej nic na to nie wskazuje.

   Tę śmiałą tezę, przypominającą działanie systemu naczyń połączonych i przekaz filmu Avatar o jedności ekosystemu, postawił autor przeciekawych rozważań przypominających bardziej opowieści niż naukowe wywody, na temat kriosfery. Norweski dziennikarz naukowy, który podjął się mało znanego zagadnienia albo w ogóle nieistniejącego w świadomości wielu ludzi. Śledząc badania naukowe nad klimatem i obszarami wokół biegunów, zdobył kompleksową wiedzę dotyczącą powłoki lodowej naszej planety wspartą doświadczeniami dziecka wychowanego w najzimniejszym rejonie norweskiego płaskowyżu – Finnmarksvidda.

Wikipedia

   Tę mieszankę profesji, zainteresowań, doświadczeń zawodowych i wspomnień z dzieciństwa zamienił na przeciekawą opowieść o lodowym królestwie Królowej Śniegu. O jego początkach w wirującym tańcu płaszcza lodowego w czasach, kiedy kula ziemska była śnieżką. Tanga trwającego wiele er, zanim mogło pojawić się życie w wyniku panspermii. Laicki światopogląd nie przeszkodził mu jednak w powoływaniu się na opowieści zaczerpnięte prosto z Biblii, skandynawskich legend, mitów i baśni. Sama opowieść o bogactwie pojęć określających lód i śnieg sięgającym blisko trzystu słów był dla mnie nierzeczywistym światem, o którym nie miałam żadnego pojęcia. Do swoich historii wniósł również sporo sensacji, opisując współzawodnictwo w wyprawach odkrywczych i badawczych na bieguny ziemskie. Nawet nie wiem, kiedy ukształtował we mnie myśl, że główni bohaterowie tych baśniowo-egzotycznych opowieści – lód i mróz – mieli ogromny, a nawet decydujący wpływ na ukształtowanie terenu i krajobrazu, ewolucję człowieka i jego stylu życia, granice państw, kulturę narodów, życie Saamów i ich reniferów, a nawet pierwsze pola kukurydzy, smak sera prowansalskiego czy silnik parowy. Ta zależność istnieje do dzisiaj, chociaż wielu nadal nie zdaje sobie sprawy, że nasza planeta tworzy gigantyczne laboratorium rozwoju życia i jego coraz bardziej złożonych form, a mróz pełni funkcję katalizatora.

   Że żyjemy w raju zbudowanym na kruchych fundamentach z lodu.

   Którego jest coraz mniej i jest coraz cieńszy. Zapasy zamrożonej wody pod postacią lądolodów, lodowców gruzowych, lodu morskiego, czapy śnieżnej na himalajskim „dachu świata” i wiecznej zmarzliny, roztapiają się. Im więcej czytałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, jak wiele negatywnych zmian i przerażających skutków (wybuchy metanu, susze, powodzie, pożary), zostało spowodowanych topnieniem mas lodowych. Stąd duża rola nowego typu ekologów – krioaktywistów, którą podkreślił autor, poświęcając ich działaniom osobny rozdział.

   Trochę przeraziłam się!

   Spojrzałam przez okno.

Ten widok z 28 stycznia mówi mi, że to nie jest zima z mojego dzieciństwa i że ten krajobraz powtarza się już od wielu lat. Że „bajka” autora o Krainie Lodu zawiera wiele brutalnej prawdy i morał – nawet małe przedsięwzięcia, jak park epoki lodowcowej tworzonej przez Zimowa czy działania krioaktywistów walczących o ochronę lodowców, są potrzebne, aby zapobiec ziszczeniu się najczarniejszego scenariusza.

Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Nieznane życie lodowców. Jak lód z kół podbiegunowych wpływa na życie planety [Bjørn Roar Vassnes]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

W Polsce również powstają parki epoki lodowcowej pełniące przede wszystkim rolę edukacyjną poprzez zabawę do wiedzy.

sobota, 19 stycznia 2019
Narkotyki – przewodnik– Robert Palusiński

Narkotyki – przewodnik: cz. I : Soft-Drugs – Robert Palusiński
Wydawnictwo Total-Trade & Publishers , 1994 , 96 stron
Literatura  polska


   Książka zaaresztowana!

   A jej autor skazany na więzienie i karę grzywny za jej napisanie i wydanie. Zdawałoby się, że początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku to wolność wywalczona we wszystkim. W tym słowa. Okazało się, że nie, bo autor miał przeciwko sobie niepodważalny autorytet Marka Kotańskiego i artykuł 32 ust. 1 ustawy z dnia 31 stycznia 1985 roku o zapobieganiu narkomanii, który naruszył. O czym przeczytałam w artykule Narkotyki jak Mein Kampf.  Postawione zarzuty były na tyle mocne, że autor nie napisał drugiego wydania części pierwszej mającego poszerzyć listę opisywanych narkotyków miękkich, ale i części drugiej o narkotykach twardych, które zapowiadał w tej publikacji.

Swojego prawa do wolności, wyrażania opinii, posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji dochodził w 1999 roku w Europejskim Trybunale Praw Człowieka z negatywnym skutkiem. Wyrok opublikowany w 2006 roku i umieszczony na stronie Trybunału Konstytucyjnego nie pozostawiał złudzeń - trybunał jednogłośnie uznał skargę za niedopuszczalną.

   Sprawa, książka i autor byli jednogłośnie przegrani.

   Przyjrzałam się tej pozycji z dystansu ponad dwóch dekad. W dobie powszechności dopalaczy, o których ówcześnie jeszcze nie słyszano. W mojej rzeczywistości, w której uzależnić można się od wszystkiego, a dowolny środek psychoaktywny znaleźć chociażby w syropie na kaszel. W czasach bezgranicznej dostępności do nieograniczonych źródeł informacji na każdy temat i dla każdego. Włącznie z dziećmi.

   I mam mieszane uczucia.

   Z jednej strony przewodnik jest dopełnieniem informacji, które na początku lat 90. były i musiały być tylko negatywne. I tak było, bo sama ich szukałam i w żadnej nie dowiedziałam się, że narkotyki dostarczają przyjemnych odczuć, bo to było przemilczane. Tego można było dowiedzieć tylko ze wspomnień narkomanów takich, jak My, dzieci z Dworca ZOO Christiane F. czy Pamiętnik narkomanki Barbary Rosiek. To na okładce tej książki przeczytałam o tym innym spojrzeniu po raz pierwszy i dlatego ją wtedy kupiłam. Była novum w podejściu do problematyki na rynku wydawniczym. Jak sam autor zauważa – Zamierzeniem niniejszej publikacji jest wypełnienie zatrważającej luki informacyjnej, z jaką mamy do czynienia w naszym kraju oraz wynikającej z tego, powszechnej ignorancji i nieznajomości podstaw zagadnienia noszącego nazwę (mylącą i często opacznie używaną): narkomania. Wychodzi z założenia, że mówienie o narkotykach tylko i wyłącznie źle, to kłamstwo, którego młodzi ludzie nie przyjmą. Chcąc zmienić to podejście, mówi prawdę przemilczaną, bo metoda zastraszania młodzieży wyłącznie krańcowo negatywnymi skutkami uzależnienia od narkotyków, przekazująca informacje o tym, że jeden wypalony joint jet nieuchronnym skokiem w przepaść bez dna, bazuje na ludowym porzekadle „od rzemyczka do stryczka” i nadaje się definitywnie na śmietnik. Dzisiaj możemy to nazwać zwalczaniem dysonansu poznawczego, który nie jest wskazany w wychowywaniu. Stad chęć autora obszernego, rzetelnego i obiektywnego przedstawienia substancji psychoaktywnych będących w ówczesnym użyciu – marihuany, LSD i grzybów.

   Faktycznie robi to obszernie i rzetelnie.

   Niezwykle ciekawie od strony historycznej, w której przedstawia rolę halucynogenów w wierzeniach, praktykach religijnych, kulturze, a także w medycynie. Opisuje ich produkcję, sposoby i okoliczności zażywania, efekty psycho-fizyczne oraz niebezpieczeństwa ich używania.

   Ale czy obiektywnie?

   Jak sam zaznacza, uzupełnia negatywny obraz pozytywnym ich wymiarem do tej pory przemilczanym. Odnosi to odwrotny skutek do zamierzonego, bo zachęcający do przeżycia cudownych wizji i stanów psychodelicznych, w których nieliczne wymieniane skutki negatywne gubią się. Zwłaszcza że autor powołuje się na przeżycia pisarza Aldousa Huxley’a, propagatora psychodelicznej rewolucji Timothy’ego Leary’ego (Osaczyłem Amerykę), chemika Alberta Hofmana eksperymentującego działanie LSD na sobie i wielu innych wyrażających się w podobny, optymistyczny sposób. Słabością tej pozycji jest brak bibliografii cytowanych pozycji.

   Z drugiej strony przewodnik przybiera formę poradnika.

   Mimo wyraźnej deklaracji we wstępie – Korzystając z okazji, chciałbym oświadczyć, że nie jest w najmniejszym stopniu moim zamiarem nakłanianie, zachęcanie czy propagowanie spożywania środków psychoaktywnych. Odpowiada jednak na pytania – jak przechowywać marihuanę, by nie straciła na skuteczności, jak eksperymentować z grzybami, by nie ulec zatruciu czy jak zwiększyć doznania seksualne za pomocą narkotyków. Jednocześnie, przedstawiając autora delegalizacji narkotyków w USA Henry’ego J. Aslingera jako człowieka obsesyjnego z idee fixe. W przyczynach swojego postępowania podobnego Hitlerowi. Swoje rozważania kończy wnioskiem rewolucyjnym nawet, jak na współczesne mi czasy – Jedynym docelowym rozwiązaniem „problemu narkotyków", moim zdaniem, jest kontrolowana społecznie dystrybucja środków psychoaktywnych, jak najpełniejsza informacja o wszystkich tego typu substancjach i rzetelna edukacja od najmłodszych lat. Dokładnie tak, jak dzieje się z alkoholem, który uważa za o wiele groźniejszą substancje uzależniającą i niszczącą, a alkoholizm powszechniejszy niż narkomania.

   To bardzo ciekawa pozycja, której postulaty skazujące ją na areszt z czasem zostały zrealizowane.

   Informacje mówiące o przyjemnych stronach zażywania substancji psychoaktywnych są już powszechnie dostępne, a ich obraz nie jest już tylko i wyłącznie jednostronny. Lecznicze właściwości, o których się ówcześnie nie mówiło, a na co zwracał uwagę autor, są już przedstawiane w publikacjach (A w konopiach strach – Jerzy Vetulani, Maria Mazurek), a marihuana medyczna zalegalizowana. Pojawiły się również głosy (Dzieci alkohol narkotyki – Ruth Maxwell) popierające zdanie autora, burzące mit groźniejszych narkotyków od alkoholu. Pozostałe postulaty przed nami, włącznie z cytowanym wnioskiem o dystrybucji.

   Książka wyklęta i nadal aktualna, której „proroctwa” z biegiem lat powoli się spełniają.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Przeczytaj fragment książki.

sobota, 12 stycznia 2019
Słowa, które zmieniły Polskę - Katarzyna Bock-Matuszyk i in.

Słowa, które zmieniły Polskę – komentarze do tekstów źródłowych napisali Katarzyna Bock-Matuszyk, Monika Piotrowska-Marchewa, Barbara Techmańska, Joanna Wojdon, Leszek Ziatkowski
Wydawnictwo Dolnośląskie , 2018 , 224 strony
Literatura  polska
  

   Słowa mają siłę!

   Słowa mają moc! O ich potędze budowania, tworzenia i zmieniania przekonaliśmy się, kiedy Jan Paweł II wypowiedział jedne z najbardziej znanych i zapamiętanych – Niech zstąpi Duch Twój. I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! Dlaczego autorzy tego opracowania wybrali akurat te, a nie, da mnie dużo ważniejsze – „Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali”? Ponieważ wprowadzili kryteria ich wyboru. Musiały pochodzić z przemowy, przemówienia, odezwy lub przysięgi oraz posiadać decydujący wpływ na dzieje i losy Polski. W ten sposób, spośród wielu ważnych myśli, jakie wygłosiło wielu, wybrali 32 najbardziej znaczące i ważne.

   Słowa, które zmieniły Polskę.

   Najpopularniejsze są księdza Jerzego Popiełuszki – Zło dobrem zwyciężaj czy Lecha Wałęsy – My, naród! Najmniej te, które sięgają początków naszego państwa przytaczane nie przez mówców, ale ich kronikarzy – Wincentego Kadłubka i Jana Długosza. Wiele z nich nie straciło nic ze swojej aktualności, jak Kazania sejmowe, tutaj przytoczone O zgodzie narodowej, czy mowa posła Wincentego Niemojewskiego, który apelował – Konstytucja jest ogień poświęcony ludu. Ułożone chronologicznie tworzyły swoistą sztafetę losów Polski w pigułce od XV wieku do przemówień ministra Bronisława Geremka podczas ceremonii podpisania aktu przystąpienia Polski do NATO oraz prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej, w których obaj użyli wyrażenia – Dla naszej i waszej wolności.

   Wśród nich były również słowa destrukcyjne i niszczące.

   Przede wszystkim ducha narodowego i nadzieję na niepodległość. Zniewalające cara Aleksandra II – Przede wszystkim porzućcie nadzieję czy grożące premiera Józefa Cyrankiewicza – Władza ludowa rękę odrąbie. To była dla mnie okazja nie tylko do przypomnienia sobie ważnych wypowiedzi, ale również ich oryginalnego brzmienia i pisowni, pozostałej treści mowy oraz historycznego kontekstu ich powstania. Zadbali o to autorzy, historycy i wykładowcy w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy każdy rozdział poprzedzili wizerunkiem mówcy z omawianą frazą, a oryginalną wypowiedź opatrzyli komentarzem i krótkimi biogramami postaci historycznych będących bohaterami treści.

Najtrudniej, ze względu na staropolszczyznę, czytało mi się przemowę Mikołaja Sienickiego wygłoszoną na sejmie w 1553 roku ze znaczącymi słowami – To egzekucją zowiemy, a skierowaną przede wszystkim do króla Zygmunta Augusta. Już pierwsze zdanie totalnie rozłożyło moją logikę rozumowania na łopatki – Na tym nie mało a snać wszystko nam należało zawżdy, iż to było wżdy wolno Polakom domówić się u Pana swego swobody i sprawiedliwości swej, k temu był ten, kto się tego domówić miał. Potem wcale nie było łatwiej, bo autor słów słynął ówcześnie ze swojej nieprzeciętnej erudycji i oratorstwa.

   Również wzruszyłam się!

   Słowa prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego – Chciałem, by Warszawa była wielka, wyjęte z kontekstu, nie niosą takiego ogromu ładunku emocjonalnego, jak cała przemowa radiowa z 23 września 1939 roku. Pojawia się on w nawiązaniu do jego dokonań dla Warszawy do wybuchu II wojny światowej, w kontekście uciekającego rządu i jego decyzji o pozostaniu i w pięknie użytej metaforze, która w beznadziejnej sytuacji buduje nadzieję w mieszkańcach bombardowanej stolicy.

   Publikacja nie ma charakteru pomocy dydaktycznej.

   Autorzy kierują ją do wszystkich, licząc jednak, że może zainteresować i zainspirować nauczycieli i uczniów, a także studentów, dziennikarzy i wszystkich innych zainteresowanych historią Polski i historią polskiej retoryki. Zastanawiam się kto, co powie i w jakich okolicznościach zapisze się w narodowej pamięci jako kolejny „złotousty”.

   Mam nadzieję, że tylko i wyłącznie w budujący sposób.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Siła słów człowieka, który mówił i czynił.

niedziela, 11 listopada 2018
Strefy cyberwojny – Agata Kaźmierska , Wojciech Brzeziński

Strefy cyberwojny – Agata Kaźmierska , Wojciech Brzeziński
Wydawca Oficyna  4eM , 2018 ,  240 stron
Literatura  polska
 

   Wszystko w Internecie sprowadza się do zysku!

   Do zarabiania pieniędzy. Nowe technologie wykorzystuje się do tego z premedytacją, angażując je do wykorzystania w tym celu każdej sfery naszego życia. Każdej. Facebook, Tweeter i inne tego typu portale nie służą propagowaniu prawdy albo szerzeniu zasad demokracji. One służą zarabianiu pieniędzy. A RODO im tylko w tym bardziej pomaga. Można o tym również posłuchać w wywiadzie z autorami poniżej.

Nad biznesem w Internecie czuwają ludzie podobni demiurgom, którzy użytkowników poprzez algorytmy urabiają niczym plastelinę. Ta ludzka plastelina ma coś bardzo cennego – uwagę. Najbardziej pożądany zasób, o który wszyscy rywalizują. Uwaga napędza ruch w internecie, a ruch to pieniądze. Taki jest ten model biznesowy.

   A jego bardzo ważnym elementem jest próżność.

   Autorzy będący dziennikarzami, od dawna obserwowali , jak na masową skalę zaczęły się pojawiać boty, trollkonta, fake newsy i to, jak nowe media wykorzystywane są w kampaniach politycznych. I o tych manipulacjach i naszej podatności na nie, a także o zagrożeniach i pułapkach, w które wpadamy, napisali w tej alarmistycznej publikacji pod dosyć mocnym tytułem. Tak myślałam na początku, że zbyt mocnym. Po lekturze jestem świadoma, że w cyberprzestrzeni toczy się bezpardonowa wojna, a autorzy punktują jej obszary, abym miała świadomość, jak ona wpływa na moje życie i jak mnie zmienia.

   Abym miała wybór.

   Nie dlatego, że ktoś może włamać się na moje konto i je wyczyścić, o czym czytałam w Hakerze, czy opanować mój komputer, ściągnąć pliki lub podejrzeć przez kamerkę, ale dlatego, że moje wybory mogą nie być moimi wyborami. Moimi decyzjami. A ja nie będę tego nawet świadoma, że ulegam „demiurgom”, którzy za pomocą algorytmów wpływają na to, co kupię, na jaką stronę zajrzę, co pomyślę i kogo wybiorę w wyborach prezydenckich. Wystarczy komentarz, lajk, subskrypcje, zakupy, a nawet wypełniony dla zabawy quiz. Te ślady wystarczą do zmanipulowania w dowolnym celu, który zawsze ma cel nadrzędny – zysk. Tak było w przypadku wyborów prezydenckich w USA, na które jako przykład powołują się autorzy. Donald Trumph wygrał, bo na jego wyborcach można było zarobić więcej niż na wyborcach Hilary Clinton. Brzmi kuriozalnie? Autorzy do każdego rozdziału podają pełną bibliografię źródeł. Świetnym przykładem manipulacji internautami jest fenomen Paula Hornera. Króla fake newsów, o których amerykański dziennikarz David Kusher napisał – Fake news to tylko symptom. Chorobą jest atrofia zachowania należytej staranności, sceptycyzmu i krytycznego myślenia. Jeśli wziąć to kryterium pod uwagę, to nasze społeczeństwo jest bardzo ciężko chore, bo zaraz potem czytam wyniki badań Europarlamentu z listopada 2017 roku – ufamy informacjom na portalach społecznościowych mocniej niż jakikolwiek naród w Unii Europejskiej. To aż 53% społeczeństwa! Raj dla „demiurgów”.

   Najbardziej zaniepokoiły mnie jednak dwa ostatnie rozdziały poświęcone młodzieży.

   Porażające statystykami, smutne skutkami i bijące na alarm. Chociażby z tego powodu to obowiązkowa lektura dla ludzi wychowujących dzieci i młodzież, bo rośnie nam iPokolenie, o którym bardzo mało wiemy. Autorzy je charakteryzują i podają dane statystyczne, które przygnębiły mnie. Można je również poznać w filmie umieszczonym na końcu wpisu. Tutaj ograniczę się tylko do zacytowania jednego przerażającego zdania – ...w Polsce co trzy dni zabija się dzieciak. Okazuje się, że samobójstwo wśród dzieci i młodzieży jest skutkiem „wychowania” przejętego przez  Internet. Jean M. Twenge twierdzi wprost – Mamy przekonujące dowody, że urządzenia, które umieszczamy w dłoniach nastolatków, mają głęboki wpływ na ich życie i bardzo ich unieszczęśliwiają. IPokolenie to krucha psychicznie, skłonna do depresji i samotna wśród ludzi generacja potencjalnych samobójców. Śmiem twierdzić, że dorośli tego nie zauważają albo świadomie popełniają błąd zaniechania.

   Autorzy jednak nie negują technologii jako takiej.

   Wręcz przeciwnie. Często podkreślają jej neutralność, pisząc – W ostatecznym rozrachunku, to nie technologia jest źródłem naszych problemów. Jesteśmy nim my sami. Stworzyliśmy narzędzia i mamy obowiązek zrozumieć, co robią z naszym światem i nami samymi. Namawiają do włączenia krytycznego myślenia, do nieudostępniania po kawałeczku naszego prywatnego życia, do czuwania nad naszymi dziećmi i do rozumnego korzystania z technologii. Podają nie tylko bogaty materiał do przemyślenia, w którym punktują najważniejsze dla nas zagrożenia i pułapki, ale również obszerną bibliografię uzupełniającą tę wiedzę. Myślę, że w dużej mierze podatność na manipulacje ma swoje źródło również w bardzo niskim poziomie czytelnictwa Polaków. Bądźmy homo sapiens również w Internecie – zachęcają autorzy.

   I czytajmy! – dodaję od siebie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

czwartek, 01 listopada 2018
Epoka człowieka – Ewa Bińczyk

Epoka człowieka: retoryka i marazm antropocenu – Ewa Bińczyk
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  326 stron
Literatura  polska

   W jakiej epoce geologicznej żyjemy?

   Gdyby ktoś zadał mi to pytanie przed lekturą tej pozycji, odpowiedziałabym – nie wiem. Wiedza z geografii dawno się ulotniła, a do odświeżania jej w tym temacie nie miałam motywacji. Wręcz zapytałabym – a jakie to ma znaczenie poza orientacją w czasie lub ewentualnie informacją chwilowo potrzebną do rozwiązania hasła w krzyżówce? Teraz, po przeczytaniu tego syntetycznego opracowania, jestem troszkę zaskoczona swoją ignorancją, swoim skupieniem się na tu  i teraz oraz lekko przestraszona, że uległam strategii denializmu, przyjmując jedną z postaw wobec kryzysu środowiskowego, a dokładnie klimatycznego:

Rezygnacja. Wszystko stracone.

Opatrzność boska. Wszystko w rękach Boga.

Wyparcie/zaprzeczenie. Jaki problem?

Paraliż. To zbyt przytłaczające.

Dawanie sobie rady pomimo trudności. Wszystko będzie dobrze. Jakoś.

Zmiana kierunku. To nie mój problem.

   Ale też zafascynowana!

   Bo oto na moich oczach i w mojej obecności dzieją się rzeczy niezwykłe, których bez autorki nie ogarnęłabym. Nie miałabym tak szerokiego, obiektywnego i wielowymiarowego spojrzenia na epokę, w której obecnie żyję. To ona zebrała rozproszony, jeszcze świeżutki i żywy, bo nadal kształtujący się,  materiał badawczy i przedstawiła mi syntezę i analizę problemu, którym przeciętny człowiek nie zawraca sobie głowy. Wręcz nie może go zauważyć zmanipulowany przez profesjonalistów od wątpliwości i niepewności specjalizujących się w kampaniach dezinformacyjnych. Dostrzega go dopiero wtedy, gdy za dotychczas darmową reklamówkę plastikową musi zapłacić. Gdy w kosmetykach zamiast plastikowego granulatu pojawiają się naturalne zamienniki zmieniające komfort ich stosowania. Gdy w mediach ukazują się informacje o planach wycofania z produkcji, handlu i użycia plastikowych rurek i patyczków z wacikami. To nie jest efekt walki ekologów o środowisko naturalne w sensie - praskutek.

   To efekt antropocenu.

   To tajemnicze słowo pojawia się w podtytule tej książki i jest niczym innym, jak kandydatem do nazwy epoki geologicznej, w której obecnie żyjemy – epoka czlowieka. Na razie funkcjonująca nieformalnie. Jej nazwa oficjalnie nie została jeszcze przyjęta, ponieważ (i to jest najbardziej fascynujące!) nadal toczą się dyskusje i debaty między naukowcami o jej ostateczne nazewnictwo. A innych propozycji semantycznych jest multum – anglocen, chthulucen, kapitalocen, mantropocen, mizantropocen, oligantropocen, plantacjocen, plastikocen, technocen oraz wiele mówiące nekrocen i obscen. Każda opierająca swój źródłosłów na czynniku determinującym zjawisko. Każda dokładnie i krytycznie przeanalizowana przez autorkę. Wiekszość naukowców jednak optuje za człowiekiem, jako głównym sprawcy kształtującym stan i przyszłość obecnej epoki geologicznej, której początek też nie został jeszcze ustalony, ale ja opowiedziałabym się za cezurą rewolucji przemysłowej. Debacie o jej definicję, kształtowanie się nowych pojęć, których słownik został umieszczony w aparacie informacyjnym książki, o pozytywne i negatywne oblicza antropocenu, a także retoryce dezinformacji, autorka poświęca osobne rozdziały. Gęste w fakty, wnioski i często cytowane poglądy badaczy z różnych dziedzin nauki, budujące dyskusje i konfrontujące wiedzę interdyscyplinarnie. Pełne dynamiki, a nawet emocji wynikających z walki na poglądy i ich argumenty, ale w ostateczności o moją świadomość, nad jaką przepaścią samounicestwienia stoi ludzkość. Do tego stopnia, że niektórzy naukowcy są przekonani o naszym niezasłużeniu sobie na ratunek.

   O naszą przyszłość.

   Autorka pokazuje również w jaki sposób jesteśmy manipulowani przez korporacje i lobby paliwowe oraz z premedytacją ukierunkowywani na konsumeryzm. Byle tylko nie zauważyć, w jaki sposób i w jakim tempie niszczymy Ziemię z jej klimatem. Ba! Oby tylko Ziemię! Układ planetarny! Skutecznie zapomnieliśmy, że żyjemy w układzie naczyń połączonych, w którym nasza działalność skutkuje geologiczną ewolucją planety, a tym samym układu planetarnego. Tak, tak skojarzenie z przesłaniem filmu Avatar Jamesa Camerona, jest tutaj jak najbardziej słuszne. Autorka powołuje się również na wizje przyszłości dobrze przedstawioną przez Naomi Oreskes i Erica M. Conwaya w równie poruszającej książce Upadek Cywilizacji Zachodniej. Najbardziej przeraża mnie jedna myśl – siła kapitalistów, która wchłania w swoje struktury propagandowe ekologów i naukowców, tworząc zjawisko przemysłu obrony produktów wytwarzającego na zamówienie dezinformujące wątpliwości i niewiedzę. Chodzi o działalność ekspertów, think tanków, instytutów naukowych, firm konsultingowych i firm public relations, które profesjonalnie zajmują się podtrzymywaniem publicznego przekonania o nieszkodliwości wybranych produktów bądź rozwiązań. Powoli zaczyna brakować nieskorumpowanych badaczy, których publikacje mają charakter alarmistyczny i refleksyjny tak, jak ta pozycja, próbujących przebić się przez gąszcz dezinformacji oślepiającej nas na koszty środowiskowe. Jak obrazowo ujął to Foster, parafrazując jedno z indiańskich przysłów: „System rozpozna, że nie można jeść pieniędzy, dopiero wtedy, gdy zostanie ścięte ostatnie drzewo – nie wcześniej”. To w tym momencie najsilniej wybrzmiewa hipoteza wysunięta przez autorkę, uważającą, że wyjątkowość dyskursu antropocenu polega na tym, że równocześnie podważa się tu antropocentryzm i problematyzuje pojęcie natury, posiadając tym samym ogromny potencjał do stania się jedną z najważniejszych dyskusji XXI stulecia, która wymusi poważne przemyślenie i prawdopodobnie transformację wielu kluczowych idei filozoficznych nie tylko natury i człowieka, lez także czasu, historii, sprawczości, odpowiedzialności, a nawet polityki i społeczeństwa. Do przyjęcia jedynej pożądanej postawy wobec poruszanego problemu.

   Solucjonizmu.

   Otwartości na problem i szukanie odpowiedzi na pytania przez niego postawione. Ale czy jesteśmy gotowi ograniczyć spożywanie mięsa, przesiąść się na rowery, zmienić styl życia, naprawiać w nieskończoność zużyte lub zepsute rzeczy, praktykować freeganizm, wartościować tylko nieemisyjne rozrywki, uwzględniać środowiskowe koszty produkcji i stosować inne, tym podobne środki zaradcze?

   Z tym rewolucyjnym pytaniem autorka pozostawia czytelnika samego.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Epoka człowieka [Ewa Bińczyk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Warto posłuchać autorki. Część 2.

poniedziałek, 01 października 2018
Coraz lepiej – Mark Juddery

Coraz lepiej: dlaczego świat nie schodzi na psy – Mark Juddery
Przełożyła Małgorzata Guzowska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 ,  336 stron
Literatura  australijska

   Czym różni się pesymista od optymisty?

   Kiedy pesymista wchodzi na cmentarz, widzi same krzyże, a kiedy na cmentarz wchodzi optymista, widzi same... plusy! Może autor tej publikacji nie do końca na takich optymistów chce zmienić swoich czytelników. Wręcz daleki jest od takiego hurraoptymizmu, jak w przytoczonym z kolei przez siebie żarcie (bo ta książka jest pełna humoru!) – Przez pomyłkę przysłano nam kule inwalidzkie zamiast lalki, ale jestem taka zadowolona, bo nie musimy z nich korzystać. Takie skrajności według niego są niepożądane po obu stronach. Chce to skrzywione spojrzenie wypośrodkować. Nadać mu balans i podsunąć ku temu argumenty w postaci kontekstu i porównań. Pokazać, że cmentarz i śmierć to tylko niewielki wycinek naszej rzeczywistości, a poza nim jest życie!

   I to życie jest lepsze, niż nam się wydaje.

   To dlatego swoją książkę zadedykował malkontentom, maruderom, narzekającym, defetystom i im podobnym, pisząc:

Twierdzi, że to w nas tkwią przyczyny pesymistycznej oceny współczesności, których wymienił aż siedem. Siedem przyczyn składających się na to, że wolimy ekscytujące i ciekawsze zło niż nudne dobro. Że teraźniejszość jest upiorna i nieciekawa, a przeszłość fascynująca i lepsza. Że żyjemy w czasach o wiele gorszych i naprawdę nieważne, jak względnie dobrze wszystko wygląda, wciąż będziemy odczuwali potrzebę narzekania. Zwłaszcza my, Polacy, którzy, w mojej opinii i odwiedzających nas cudzoziemców, robimy to najlepiej na świecie. Autor rozdział po rozdziale udowadnia, powołując się na fakty z historii i dane statystyczne, że ”stare dobre czasy” nie były wcale takie dobre; zostały po prostu dobrze sprzedane. Dobrze wie, co mówi, bo sam był (niestety, nie żyje już) dziennikarzem.

   Momentami jest w tym kontrowersyjny.

   Zdaje sobie z tego sprawę, uprzedzając o tym, że teraz, zaraz, powie coś, co mnie mocno zbulwersuje lub zirytuje. I faktycznie tak było! Osiągał nawet więcej, niż zamierzał – wkurzał mnie! Bo jak ja mam spokojnie wysłuchiwać, że Adolf Hitler wcale nie był taki zły. Podniósł mi trochę ciśnienie tym stwierdzeniem ( i nie tylko tym!), mimo uprzedzenia – Ostrzeżenie: tu staję się kontrowersyjny. Naprawdę. I był, ale kiedy po ochłonięciu, oddawałam mu ponownie głos, by przytoczył swoje argumenty, zaczynałam przyznawać mu rację!

   Naprawdę!

   Kontekst historyczny oraz statystyki zupełnie inaczej ukazywały II wojnę światową z tym, co działo się w czasach na przykład Aleksandra Wielkiego. Muszę przyznać, że mój pesymizm wynikał nie tylko z tego, że dałam się omotać mediom promującym przemoc, agresję, strach, jako bardziej medialne (ciekawsze jest pogryzienie psa przez człowieka, niż dziecka przez psa), ale również po prostu z braku rzetelnej wiedzy historycznej. W takim nowym i na nowo odkrytym dla mnie kontekście ukazał nas, ludzi, jako mądrzejszych, milszych, lepszych dla siebie, innych i zwierząt, świat z nie aż tak strasznymi wojnami i konfliktami zbrojnymi, naszych przywódców jako dużo łagodniejszych dyktatorów, kobiety z dużo wyższą pozycją społeczną, Internet i sport jako źródła dobrych zjawisk i wiele, wiele innych. Poruszył również temat, który jest mi bliski – tej niedobrej i najgorszej od wszech czasów młodzieży! Przynajmniej tak słyszę wokół siebie. Na tak postawiony problem odpowiedział cytatem – Nasza dzisiejsza młodzież kocha luksus – powiedział pewien staruszek. – Mają złe maniery, gardzą autorytetami, okazują brak szacunku starszym i kochają gadać podczas zajęć; nie wstają, gdy starsi wchodzą do pomieszczenia, sprzeciwiają się rodzicom, paplają w towarzystwie, połykają posiłki i terroryzują nauczycieli. Brzmiało, jakby im przytakiwał, dopóki nie dodał, że ten staruszek żył przed dwoma i pół tysiącem lat! Niestety, jego nazwisko nie zachowało się.

   Jak polemizować z takim argumentem?

   W ten sposób (i na wiele innych również) rozprawił się z problemami pierwszego świata, jak alkoholizm, porody, niepełnosprawność, diety, ból, plastik, ropa naftowa, wypadki drogowe i wiele innych, a wśród nich nawet bajki dla dzieci. Nie są takie złe, jak nam się wydaje. A te „dobre” bajki Ezopa, Jana Christiana Andersena czy braci Grimm nie do końca takie cudowne i pożyteczne. Opowiadane w wersji oryginalnej, w której Śpiąca królewna jest gwałcona we śnie przez przystojnego (i żonatego) królewicza, dopiero robią piorunujące wrażenie, przy których emocje, jakich dostarczają nasze współczesne bajki wydają się tak grzeczne, że aż... nudne.

   Jaki z tego wniosek?

   Ograniczać zaufanie do informacji medialnych, dociekać samemu, docierać do źródeł i podejrzliwie patrzeć na niusy ze skrajnymi hiperokreśleniami wyolbrzymiającymi i nadymającymi treści. Na „deser”, żeby już całkiem zrobiło mi się przyjemnie, że żyję, jak w raju, wymienił kilkadziesiąt krajów, w których polepszyło się w ciągu ostatniego wieku. Polski wśród nich nie było, ale akurat tutaj sama jestem w stanie ocenić skalę dobra, ponieważ pamiętam bolesne dla dziecka czasy ze słodyczami na kartki i widzę dzisiejszy raj słodyczowy na sklepowych półkach. Problem – skąd je wziąć, zamienił się na – jak się nimi nie obżerać. A to jest według autora najlepszy dowód na to, że nasze życie musi być naprawdę dobre! Niestety, zawsze znajdą się tacy, którzy uznają, że to dobry powód, by zacząć narzekać.

   Czyżbym w tym momencie znowu zaczęła narzekać?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 29 września 2018
Człowiek na bakterie – Margit Kossobudzka

Człowiek na bakterie – Margit Kossobudzka
Wydawnictwo Agora , 2018 , 238 stron
Literatura polska


   Mamy w sobie zwierza!

   Nie chodzi mi o obcych, czyli robaki i tasiemce, którymi straszą nas parazytolodzy i reklamy lobbujące na rzecz leków je zwalczające. Tu chodzi o coś, co waży około 2 kg i nazywa się - mikrobiota. Żyje w nas od zawsze (w sensie ludzkości) i od narodzin (w sensie człowieka), a tym samym od zawsze nami rządzi, chociaż naukowcy nazywają to również symbiozą. Nie jest jednorodny, bo przypomina kolonię, chociaż zachowuje się, jak jeden organizm. Jest ekosystemem bakterii, wirusów, grzybów, archeanów i protozoów większym od ekosystemu Puszczy Amazońskiej.

   To niejedyna dla mnie rewelacja!

   Mikrobiota jest barierą ochronną przed światem zewnętrznym powierzchniowo większym niż skóra. Łączy się bezpośrednio z układem nerwowym. Według wielu specjalistów pełni rolę mózgu nie mniejszą niż ten właściwy organ w neurologicznym sensie, rządząc naszymi pragnieniami i chęciami żywieniowymi, wydolnością fizyczną, odpornością, a nawet tym, czy schudniemy, czy nie. Steruje nie tylko naszym metabolizmem, ale również psychiką, mając udowodniony wpływ na nasz nastrój, samopoczucie, a nawet choroby psychiczne i neurologiczne, jak depresja czy autyzm.

   Jesteśmy tym, co jemy!

   To stary i znany slogan, ale w tej publikacji autorka wypełniła go treścią dla mnie totalnie nową i odpowiedziała, dlaczego i w jaki sposób to jedzenie wpływa na mój wygląd, zdrowie, samopoczucie, a w konsekwencji osiągnięcia oraz sukcesy i jaki zwierz za tym stoi. Co we mnie i ze mną robi? Odpowiedzi szukała w rozmowach ze specjalistami – dermatologiem, wenerologiem, neurologiem, gastroenterologiem, pediatrą, neonatologiem, immunologiem, ginekologiem, farmakologiem i psychodietetykiem. Każdy z nich opowiadał o mikrobiocie z punktu widzenia własnej dziedziny nauki, opierając się na wynikach najnowszych badań, jednogłośnie wskazując na nowość zagadnienia we współczesnej medycynie, której badania w tym kierunku zapoczątkowują właśnie powstawanie nowej gałęzi – Eubiocyny? Dysbiocyny? A na pewno nowej specjalności lekarskiej – profilera mikrobioty. Ale nie dajmy się tak zaraz zwariować tymi rewelacjami i zniewolić.

   Mikrobiotę można okiełznać!

   Zwierz niekoniecznie musi nami rządzić. To my możemy na niego wpływać i tak nim kierować, żeby i jemu było dobrze, i nam. Autorka wspólnie ze swoimi rozmówcami podała instrukcję dobrego zarządzania naszą mikrobiotą. To przede wszystkim ruch i odżywianie. Paliwo dostarczane naszym ba(k)teriom. Jeśli będziemy je „chrzcili” tak, jak benzynę, nie pojedziemy długo i daleko. Energia musi pochodzić z dobrego i dobrze dobranego źródła. Ku pamięci, zamieszczę sobie tutaj jego skróconą wersję.

Jestem zaskoczona tym, że ta publikacja wywarła na mnie większy wpływ w postanowieniach żywieniowych niż nie mniej uświadamiający w tej tematyce Słodziutki Dariusza Korytki i Judyty Watoły. Patrzę teraz na jedzenie nie pod kątem jego walorów i przydatności dla mnie, ale, co mój zwierz z tym zrobi, a potem, jaką krzywdę lub przyjemność mi zafunduje.

   Jak zwykle wybór należy do każdego z nas.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.

Warto obejrzeć jeszcze część 2.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1170 tytułów
Mój top czytanych w 2018
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi