Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 09 września 2017
Żałując macierzyństwa – Orna Donath

Żałując macierzyństwa: #regrettingmotherhood – Orna Donath
Przełożyła Elżbieta Filipow
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 310 stron
Literatura izraelska

   Kobiety muszą posiadać dzieci!

   Dla dobra kraju, bo niskie wskaźniki urodzeń generują koszty emerytur, więc jedno dla matki, jedno dla ojca i jedno dla kraju – apelował Peter Costello, australijski minister finansów, do swoich rodaczek. Nieposiadanie dzieci to egoistyczny wybór, jak w 2015 roku orzekł papież FranciszekJesteś kobietą. Musisz mieć dzieci!; Idź i poszukaj psychologa! – pisali internauci na forum „Kobiety, które nie chcą mieć dzieci”, na którym autorka publikowała swoje artykuły. I wreszcie nasze babcie, ciocie, koleżanki i matki, które jak mantrę powtarzają – Będziesz tego żałowała! Będziesz żałowała, że nie masz dzieci!

   Zewsząd ciśnienie, presja i brak wyboru.

   Bo macierzyństwo dla kobiety to najpiękniejsza droga pod słońcem. Jedyna prowadząca do wypełnienia i zwieńczenia ideału kobiety-matki. Jedyna dająca poczucie spełnienia, radości, miłości, pociechy, dumy i satysfakcji. Nigdy żalu! Gloryfikacja tej kobiecej roli jest powszechna i w pełni akceptowana przez wszystkich.

   Czy aby na pewno?

   Autorka naruszyła to tabu. Odkryła i ukazała ciemną stronę macierzyństwa, powołując do istnienia nieakceptowalne zjawisko, o którym zabrania się nie tyle mówić i go wyrażać, ile w ogóle istnieć.

   Żal bycia matką.

   Ujęła go w wyrażeniu „żałując macierzyństwa”, uważając, że tak sformułowane, zawrze w sobie żal kobiet po urodzeniu dzieci i życzenia sobie powrotu do bycia niczyją mamą. Swoje badania przeprowadziła w latach 2008-2013 w Izraelu o najwyższym współczynniku dzietności spośród krajów rozwiniętych. Kraju najbardziej ideologicznie przesiąkniętym doktryną religijną - bądź płodna i rozmnażaj się - mającą swoje odzwierciedlenie w ideologicznych dekretach militarnych, nacjonalistycznych i syjonistycznych oraz w powszechnie stosowanych technikach reprodukcyjnych. W badaniach posłużyła się wywiadami pogłębionymi z 23 kobietami w wieku 26-73 lata. Tą małą ilością grupy badawczej nie zamierzała prezentować reprezentatywnej próby pozwalającej na tworzenie generalizacji na temat „Matek”. Wręcz przeciwnie. Celem jej badań od początku było nakreślenie złożonej mapy drogowej, która pozwoli matkom z różnych grup społecznych „zlokalizować same siebie”, dopuszczając istnienie różnorodnych macierzyńskich doświadczeń.

   W tym – „żałowanie macierzyństwa”.

   Autorka przypomniała, że istnieje coś takiego, jak krzywa Gaussa obiektywnie obrazująca rozkład ilościowy każdego zjawiska społecznego. Również macierzyństwa z jego skrajnościami, którego jeden koniec tkwi współcześnie w mroku. Do tego stopnia niewidoczny, że aż nieistniejący w świadomości społecznej. Publikacja autorki wyłania go z cienia i, niczym punktowy reflektor, skupia całą swoją uwagę na jednej skrajności krzywej – braku potrzeby bycia matką. Na różnych i różnorodnych drogach stawania się nimi wbrew wolom kobiet. Na braku zmiany postawy wobec negacji macierzyństwa nawet po urodzeniu dzieci, którą jedna z badanych podsumowuje – cierpię, będąc matką i nic na świecie nie uczyni tego wartościowym, a druga dodaje – Nie ma na świecie żadnego powodu, by mieć dzieci. Ogólnie mówiąc? Cierpienie jest zbyt głębokie, trud jest zbyt wielki, a ból jest zbyt dogłębny, żebym tak po prostu mogła cieszyć się teraz w obliczu starości. To tyle. Skupia się również na macierzyństwie jako traumie prowadzącej do fizycznej i psychicznej utraty zdrowia – złego samopoczucia, depresji, zmęczenia czy kryzysu emocjonalnego. Na prawie do mówienia o braku posiadania „genu matki” i o błędzie zostania nią. Na wykorzystywaniu idei matczynej miłości jako formy opresji do osiągania określonych celów – politycznych, religijnych, społecznych czy ekonomicznych. Na prawie do wyboru bycia niczyją mamą bez narażania się na uprzedzenia, stereotypy, sankcje i kary. I wreszcie, na prawie do „zbrodni” braku wyrzutów sumienia z powodów nieposiadania dzieci. Bo według jednej z badanych kobiet, zbrodnią jest nie mówić prawdy nam samym i tym, których urodziliśmy. Zbrodnią jest umrzeć i odejść z mroczną tajemnicą, która nie może być powiedziana, napisana lub wyjawiona. Zbrodnią jest zaprzeczać ich uczuciom – dodam od siebie. Zbrodnią jest zatajać przed kobietami drogi alternatywne wobec macierzyństwa i istnienie pełnej wiedzy na jego temat chociażby w takich pozycjach, jak Wyznania upiornej mamuśki Jill Smokler. Przy czym autorce nie chodziło o gloryfikację żałujących matek i stanu bezdzietności. Przede wszystkim chciała odpowiedzieć na dwa ważne pytania – Jakie są konsekwencje przemilczania żalu nad macierzyństwem?Kto płaci cenę za próbę udawania, że on nie istnieje?

   I odpowiada na nie.

   Nie tylko poprzez analizę poruszanych zagadnień, ale przede wszystkim poprzez licznie cytowane wypowiedzi badanych kobiet, którym autorka po raz pierwszy na to pozwala, dając prawo publicznego zabrania głosu.

   Warto się w niego uważnie i refleksyjnie wsłuchać.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Żałując macierzyństwa [Orna Donath]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 30 sierpnia 2017
Duchowe życie zwierząt – Peter Wohlleben

Duchowe życie zwierząt – Peter Wohlleben
Przełożyła Ewa Kochanowska
Wydawnictwo Otwarte , 2017 , 265 stron
Literatura niemiecka

   Nie do końca duchowe!

   W rozumieniu aksjologicznym. Ale w rozumieniu autora, jak najbardziej duchowe. Swoje przeświadczenie oparł na jednym wariancie definicji umieszczonym w niemieckim słowniku Dudena, na który się powołuje, a który opisuje duszę jako całość uczuć, doznań i myśli, które tworzą człowieka. Wszystkie trzy elementy występują również u zwierząt, czego autor dowodzi w swojej publikacji. Wciela się w rolę tłumacza, który całe bogactwo dotychczasowej nauki, udokumentowanej wiedzy rozproszonej i napisanej nieprzystępnym, bo naukowym,  językiem, przekłada na język codzienny, uzupełniając ją własnymi obserwacjami. Każdy rozdział poświęca jednemu zagadnieniu psychologicznemu z zakresu emocji i zachowań, świadczących o tym, że zwierzęta czują i myślą. Opisuje niesamowite i ciekawe historie kłamiących kogutów, zdradzających srok, wiernych kruków, sarn w żałobie, wstydzących się koni, współczujących myszy czy altruistycznych nietoperzy. Zrównuje w emocjach, doznaniach i przeżywaniu zwierzęta z człowiekiem. To wystarcza mu, aby pójść dalej i wykorzystać drugi wariant definicji w słowniku Dudena, mówiący o niesubstancjalnej części, która żyje po śmierci ciała, do udowodnienia, że zwierzę również posiada duszę w religijnym jej rozumieniu. Podejmuje się roli obrońcy tej myśli, mając świadomość stąpania po kruchym lodzie i przyznając, że nie czuje się w tej dziedzinie pewnie. W efekcie tworzy teorię bardziej życzeniową, woluntarną i opartą na własnych emocjach i pragnieniach uduchowienia zwierząt, niż stojącą na gruncie nauki czy chociażby wywodów aksjologicznych.

   A szkoda!

   Mógłby zgłębić filozofię i powołać się na światopogląd wielu myślicieli, nadając swoim wnioskom wrażenie ciągłości zagadnienia roztrząsanego przecież od wieków. Tymczasem stworzył teorię z bardzo wymieszanych pojęć i definicji z kruchą logika dowodzenia. Teorię, którą ostatecznie pogrąża i samobójczo przekreśla jednym, rozbrajającym mnie zdaniem – Całkowicie już abstrahując od powyższego, osobiście nie wierzę w życie po śmierci.

   Udowadniać coś, w co się nie wierzy...

   Ale wybaczam mu to faux pas. Najważniejsze, że włożył  w swój przekaz całe swoje serce i miłość do zwierząt, udowadniając na pewno jedno – zwierzęta czują! Przeżywają emocje tak, jak ludzie i chociażby dlatego zasługują na szacunek i godne traktowanie. I to należy przede wszystkim z tej książki wziąć sobie do serca.

   W przeciwieństwie do Sekretnego życia drzew tego autora, które było dla mnie totalnym odkryciem, ta pozycja okazała się dla mnie wtórna w treści. Nie umniejsza to jednak jej ogromnej wartości w uświadamianiu tych ludzi, którzy w zwierzętach nie dostrzegają „duszy” i zapominają, że w systematyce organizmów sami należą do królestwa zwierząt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Duchowe życie zwierząt [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Duchowe życie zwierząt [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Dla nieprzekonanych, że zwierzęta czują i przeżywają.

piątek, 11 sierpnia 2017
Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem – Oliver Sacks

Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem – Oliver Sacks
Przełożyła Barbara Jarząbska-Ziewiec
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2017 , 309 stron
Literatura amerykańska

   Jak można pomylić człowieka z przedmiotem?!

   Zaskakujący tytuł przypisałam szalonej wyobraźni autora z jeszcze bardziej wydumaną opowieścią. Nie przypuszczałam, że wejdę w świat chorób fascynująco opowiedzianych i dowiem się, że takie pomyłki w tym świecie to norma. Są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom – wiedział o tym William Szekspir, umieszczając tę myśl w Hamlecie. Podobne Adam Mickiewicz w Romantyczności – Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko.

   Skąd nagle to nawiązanie do romantyzmu?

   Z nawiązania autora-neurologa do romantyzmu w swoich rozważaniach wstępnych ukazujących neurologię i jego pacjentów z zaburzeniami pracy mózgu niemalże jak podróże w głąb nieznanych lądów, gdzie wszystko jest nowe, inne, a nawet piękne! Połączył to, co naukowe, i to, co romantyczne w jedno. To jego holistyczne nastawienie przywróciło „przypadkowi” i jednostce chorobowej człowieczeństwo. Nie pozwoliło też na bezmyślne porównywanie mózgu do komputera. Pozwoliło za to na poznanie historii osoby chorej, jej przeżyć, doznań i skojarzeń, zmagań z chorobą, walki o jej przetrwanie oraz odkrycie nieznanych przestrzeni świadomości zdrowemu człowiekowi. Autor swoich pacjentów uczynił przewodnikami po dziejach choroby i krainach świadomości niczym z bajki, które łączą się w jedno u zbiegu faktu i baśni, a co rosyjski neuropsycholog Aleksandr Łuria, na którego badania autor często się powoływał, nazwał „romantyczną nauką”. Dzięki takiemu „romantycznemu” podejściu mogłam nie tylko poznać najważniejsze zaburzenia wywołane nieprawidłową pracą mózgu o różnym podłożu uszkodzeń, ale także przekonać się, że neurologia może być „ludzka”.

   Autor całość wiedzy podzielił na cztery rozdziały, w których pogrupował choroby wynikające ze strat, nadmiarów, uniesień i powrotów oraz prostego odbioru przez umysł. W tym kontekście agnozja, amnezja, fantom, afazja, zespół Tourette’a i Korsakowa czy muzyczna epilepsja brzmiały, jak tytuły bohaterów opowieści z Baśni tysiąca i jednej nocy snutych przez autora niczym Szeherezada. I dokładnie taki był jego zamysł, o czym świadczy motto umieszczone w książce.

Do tego stopnia, że niektóre choroby nie były dla pacjentów „dopustem bożym”, ale darem pozytywnie wpływającym na psychikę, a w konsekwencji na ich życie, czyniąc je pełniejszym, ciekawszym i sensowniejszym. Ba! Niektórzy nie chcieli być z nich wyleczeni! Stając się geniuszami w innej dziedzinie, pozbawienie choroby czyniło ich kalekami. Mistyków i wizjonerów osoby tylko chore na epilepsję lub migrenę. Artystów - ludzi bez weny i natchnienia.  Ale nie wszyscy mają to szczęście stać się znanymi i uznanymi. Większość zapełnia szpitale psychiatryczne. To właśnie do nich dociera autor, ukazując bogactwo przeżyć, doznań, odmiennych procesów myślowych, a przez to fascynujących.

   Przede wszystkim jednak zbliża!

   Oswaja choroby, nadając im status normalności, a nawet atrakcyjności w swojej odmienności i, najważniejsze dla mnie, wskazuje płaszczyznę komunikacji z osobą chorą. Potwierdza sens mojej pracy, kiedy idę z młodzieżą do ośrodka Warsztatu Terapii Zajęciowej, by wspólnie z jego uczestnikami odkrywać świat książki, niwelując granice zdrowia i choroby. Nie ma różnic. Są opowieści i wspólne ich doświadczanie. Na tym spotkaniu przeżywaliśmy kolejne wcielenia i losy Baileya w Był sobie pies W. Bruce'a Camerona.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.



sobota, 17 czerwca 2017
Antyk w malarstwie XV-XXI wiek – Bożena Fabiani

Antyk w malarstwie XV-XXI wiek – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 336 strony
Literatura polska


Książka, którą oddaję w ręce Czytelników, różni się od poprzednich z serii moich "Gawęd o sztuce”, ponieważ jest poświęcona tylko jednemu tematowi, a o artystach opowiada jedynie przy okazji.
Nie zniechęciło mnie to uprzedzające w swojej skromności zdanie, ponieważ z pierwszego spotkania lekturowego (Stary Testament w malarstwie) z tą autorka wiem, że jej styl narracji nic nie traci z gawędziarskiej formy. Natomiast tematyczność przekrojowa tylko zaciekawia i wręcz zachęca.
Tym razem autorka sięgnęła po mity.
Jak sama napisała – Podjęłam próbę przybliżenia dorobku kultury antycznej na przykładach mitologii głównie w malarstwie, ale niekiedy także w rzeźbie europejskiej. A ponieważ artyści na przestrzeni wieków, zakresowo ujętych w tytule opracowania, najchętniej czerpali inspirację z epickiego poematu Owidiusza, postanowiła wybrać zaledwie garść z jego Metamorfoz zawierających ponad dwieście pięćdziesiąt mitów grecko-rzymskich opowiadanych w piętnastu księgach. Nie zapomniała przy tym o innych znawcach mitów jak moja ulubiona pani od religii - Anna Świderkówna, Zygmunt Kubiak, Robert Graves czy najbardziej znany mi Jan Parandowski, na opracowania których również się powoływała i cytowała, obok dzieła Owidiusza, w celach kontekstowych, porównawczych lub uzupełniających objaśnienia obrazów. Wyszła z założenia, że aby zrozumieć tysiące obrazów wchodzących w skład kanonu sztuki europejskiej, należy znać mitologię Greków i Rzymian. To dlatego swoje opracowanie rozpoczęła od rozdziału Z antykiem przez wieki, ukazując jego silny wpływ na szeroko pojętą kulturę aż do dzisiaj. Dla mnie to było nie tylko przypomnienie sobie mitologii poznanej w szkole średniej, żeby zrozumieć malarstwo, ale również, aby móc zrozumieć twórczość współczesnych pisarzy zainspirowanych Olimpem pełnym bogów i półbogów .
Dopiero po tym krótkim rysie historycznym przeszła do omawiania poszczególnych obrazów ilustrujących konkretny mit. Ułożyła je chronologicznie czyli od stworzenia świata. Zawsze na początku przypominając mityczną opowieść, a potem jego odzwierciedlenie w sztuce. Tak, jak uprzedzała we wstępie, przede wszystkim w malarstwie,

 ale i w kilku przypadkach, w rzeźbie.

Czasami poszerzając interpretację o życiorys twórcy. Wszystko bogato ilustrowane omawianymi dziełami sztuki. I tak, jak w Starym Testamencie w malarstwie spodobał mi się jeden obraz, tak tutaj nie powstrzymałam się przed wyrazami zachwytu miłości od pierwszego ujrzenia, których nie przytoczę, ale za to pokażę obiekt moich westchnień.

To Orfeusz i Eurydyka Camille’a Corota i jego niezwykłe, wspaniałe, genialne uchwycenie światła, które mi przekazał emocjonalnie, a o którym pisał w liście do przyjaciela: „Bądźmy posłuszni pierwszemu wrażeniu. Jeśli wzruszenie było prawdziwe, jego szczerość udzieli się innym”. I udzieliło mi się w pełnym znaczeniu tej myśli! Czyż nie na tym polega geniusz artysty?
Autorka pozostawiła mi również zagadkę!
Przy okazji omawiania mitu o Dedalu i Ikarze, wspomniała o Perdyksie, kuzynie Ikara, zaklętego w kuropatwę. Według Owidiusza, towarzyszącego upadkowi Ikara. Autorka umieściła zastanawiający mnie mocno komentarz – Czy kuropatwa pojawia się na obrazach? Ja jej nigdzie nie znalazłam. Odwracam więc kartkę, a tam, na pięknie rozłożonym obrazie,

widzę wyraźnie... kuropatwę!

Chyba że nie jest to kuropatwa, ale na innego ptaka mi nie wygląda. Poza tym artyści na obrazach kodujących mity nic nie umieszczali przypadkowo. A może autorka postanowiła dla żartu sprawdzić moją uważność, bo humoru nie można jej odmówić, skoro swoje gawędy okraszała anegdotami z życia wziętymi?
To nie koniec zaskoczeń!
Dwie niespodzianki umieściła na końcu książki. Pierwsza to przeciekawy przewodnik po Pompejach.

Właściwie prezent, ponieważ pierwotnie został on wydany w Rzymie z myślą o polskich turystach. Jest na tyle szczegółowy i obszerny, że pozwala na samodzielne zwiedzanie ruin miasta. Zwłaszcza, że posiada dołączoną mapkę. A druga niespodzianka to przewodnik po Capri.

Również zawierający mapkę i praktyczne wskazówki turystyczne.
I chociażby dlatego warto tę książkę nie tylko przeczytać dla lepszego zrozumienia antycznego kanonu w literaturze i malarstwie, ale również wziąć ze sobą w podróż do Włoch jako przewodnik.
I na koniec marzenie (pomysł?, sugestia?, a może nieśmiała prośba czytelniczki?), które nasunęło mi się po tym drugim opracowaniu tematycznym. Chciałabym posłuchać autorki opowiadającej o obrazach, w których artyści zakodowali wszelakiego rodzaju szyfry takie, jak magiczny kwadrat w miedziorycie Melancholia I Albrechta Dürera.

By Albrecht Dürer - [1], Domena publiczna, Link

Opracowanie z wątkiem detektywistyczno-sensacyjnym czyli symbolizm w malarstwie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
niedziela, 11 czerwca 2017
Co nas drażni, co nas wkurza – Joe Palca , Flora Lichtman

Co nas drażni, co nas wkurza – Joe Palca , Flora Lichtman
Przełożyła Olga Siara
Przedmowy do polskiego wydania Artur Andrus , Tomasz Grzyb
Ilustracje Marcin Wicha
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 253 strony
Literatura amerykańska

24 września 2010 roku istniało ponad 6,8 miliarda opinii na temat tego, co jest najbardziej irytującą rzeczą na świecie.
Tak stwierdzili autorzy tej publikacji - psycholog i dziennikarka naukowa. Można wysnuć wniosek, że porwali się z motyką na słońce, a jednak udało im się wyłuskać z oceanu opinii tę jedną, uniwersalną, powszechną i wkurzająca większość ludzkości. To...

Tak! To słuchanie obcej rozmowy przez komórkę. Oprócz tego przytoczyli ranking pozostałych, drażniących czynników, z których mnie najbardziej porusza dźwięk skrobania metalu, a zupełnie nie przeszkadza odgłos pocierania o siebie dwóch kawałków styropianu. Właściwe mój osobisty ranking mocno różni się od tego podanego przez autorów. Jednak nie o wyliczenie czynników skutecznie wyprowadzających człowieka z równowagi chodziło w tej publikacji.
Jej głównym celem było opisanie tego zjawiska z perspektywy naukowej.
Zadanie dosyć trudne, biorąc pod uwagę, że irytacja jest prawdopodobnie najczęściej doznawaną i zarazem najsłabiej zbadaną ludzką emocją. Dlatego autorzy w swoich rozważaniach powoływali się na wiedzę ze wszystkich dyscyplin naukowych, przytaczając najnowsze dane, odkrycia i ustalenia. Często cytując konkretnych badaczy. Dodatkowo tematykę komplikował fakt, że irytacja przez wielu naukowców była odmiennie definiowana z powodu jej subiektywności i zależności od kontekstu. Aby ułatwić sobie pracę, podzielili treść na rozdziały odpowiadające przyjętej klasyfikacji, której bazą był charakter źródła irytacji – dźwięk, woń czy łamanie norm społecznych. W każdym dociekali przyczyny, doszukując się drażliwości w genach, budowie fizycznej, procesach psychologicznych, właściwościach fizycznych i chemicznych czynnika, a nawet w uwarunkowaniach kulturowych.
Nie budowali jednak wniosków ostatecznych.
Raczej wytyczali nowe ścieżki dociekań. Stawiali nowe pytania. Otwierali kolejne drzwi do terenów badawczych. To co mnie najbardziej zaciekawiło, to rady dotyczące przynajmniej ograniczenia skali irytacji, bo aktywne ignorowanie czegoś, co nas irytuje, jest zwyczajnie niemożliwe. Autorzy proponują w miejsce tej najpowszechniejszej metody kilka innych. Dla mnie już sama treść tego opracowania przynosi ulgę. Uświadomienie sobie dzięki niej, dlaczego coś mnie irytuje, wyzwala we mnie większą dozę tolerancji. Zwolniła mnie też z katowania się bluesem, bo przecież, jak nie jest piękny, jak jest! Przynajmniej tak twierdzą jego miłośnicy. Otóż są tacy, jak ja, dla których ma czelność nie być i jest to udowodnione naukowo w tej publikacji. Stąd nasze sympatie i antypatie w wyborach muzycznych. Jednak autorzy ostrzegają – Możecie wypróbować te wszystkie strategie, ale z naszych szeroko zakrojonych badań wynika, że żadna z nich nie sprawdza się do końca. Przynoszą co najwyżej chwilową ulgę... Na pocieszenie dodaje – Ostatnią deską ratunku może być myśl, że złe uczucia – ogólnie rzecz biorąc – zwykle wcale nie są takie złe. Sygnalizują, że pojawił się jakiś problem... Są nieodłącznym elementem procesów psychologicznych na równi z innymi emocjami, jak niepokój, smutek czy złość – wszystkie te emocje są dobre, to znaczy użyteczne, jeśli zostają wyrażone we właściwym stopniu w odpowiedniej sytuacji.
Inaczej od irytacji prosta droga do furii.
Jak na temat przystało, sama oprawa graficzna książki z humorem próbowała mnie zirytować. Najpierw wściekle pomarańczowym kolorem okładki, której brązowy kolor w Internecie ma się nijak do tego w realu.

Potem wnerwiającym wszystkich użytkowników komputerów „wczytywaniem” tekstu,

 a następnie, odmierzającą czas rozpoczęcia kolejnego rozdziału, ikonką klepsydry.

Na szczęście narosłe „napięcie” rozładowują humorystyczne rysunki ilustrujące omawiane zagadnienia

oraz ostatnie zdanie autorów – Jeśli waszym największym zmartwieniem jest mimowolne podsłuchiwanie irytującego semilogu, to podziękujcie losowi i kupcie sobie zatyczki do uszu. Dlatego dziękuję z całego serca za takie problemy, a jeśli chodzi o zatyczki, to dam radę bez.
Po prostu – nirwana.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Paradoks - nie lubimy być poirytowani, ale najwyraźniej przyjemnie nam się myśli o tym, co nas irytuje. - twierdzą autorzy książki. Coś w tym jest, kiedy posłucha się najbardziej wkurzonego Polaka - Wojciecha Cejrowskiego. Mnie rozbawił!

niedziela, 26 marca 2017
Moce wikingów - Władysław Duczko

Moce wikingów: światy i zaświaty wczesnośredniowiecznych Skandynawów , tom 1- Władysław Duczko
Instytut Wydawniczy Erica , 2016 , 352 strony
Seria Kolekcja Europa Barbarzyńców ; Podseria Wikińska Europa
Literatura polska

Czarowny świat wikingów!
Określenie to, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu tej publikacji (dla mnie opowieści!) ma dwuznaczne i szerokie znaczenie – dosłowne i w przenośni. To efekt sposobu przekazu autora, który brutalny i bezwzględny świat wikingów ukazał magicznie. A zaczął swoją wikińską przygodę od zainteresowań wzbudzonych filmami i książkami. Dokładnie tak, jak u mnie. Oprócz beletrystyki i niezrównanej tetralogii Elżbiety Cherezińskiej Północna Droga, świetnego serialu Wikingowie (kto nie oglądał jeszcze – bardzo polecam!), wybrałam się również na zlot współczesnych wikingów w Wolinie. Tyle że autor ze swoich zainteresowań uczynił sens pracy zawodowej, której efektem jest ta pozycja. Ja natomiast stałam się czytelniczką, która takiej pozycji, uzupełniającej moją mocno beletrystyczną wiedzę, bardzo potrzebowała.
Oboje pięknie spotkaliśmy się na kartach tej książki.
Zabrzmiało trochę poetycko, mimo że piszę o książce popularnonaukowej, mocno wyrosłej na twardym gruncie nauki pełnej faktów i dowodów naukowych. A mimo to – popłynęłam w świat magii i wyobraźni pełnej... emocji! Nie bez powodu archeologów nazywają poetami nauki.
I takim poetą nauki i czarodziejem słowa autor był!
Wyjmował z grobu niewielki, niepozorny przedmiot, a czasami okruch zagubionej większości, i wyczarowywał przede mną świat, który pięknie tłumaczył mi to, co widziałam i przeczytałam wcześniej. Uzupełniał, dodawał, poszerzał i wyjaśniał na podstawie... biżuterii i ozdób, których liczne rysunki i zdjęcia ilustrowały każdy rozdział.

 

 

Troszkę zabrzmiało trywialnie. Autor miał tego świadomość, pisząc – Dla czytelnika, któremu dawni Skandynawowie kojarzą się tylko z wojownikami zajętymi krwawymi napadami i łupieniem bogatych krajów, będzie zaskoczeniem, że punkt ciężkości mojej książki umieściłem właśnie na kwestii tej kategorii znalezisk – ozdób. Jeśli jednak, za radą autora, odrzuci się współczesne skojarzenia z jej rolą, a przyjmie obowiązujące ówcześnie, wtedy te „świecidełka” nabiorą mocy sprawczej. Mocy, z której wikingowie czerpali pełnymi garściami. Dającej władzę, pozycję społeczną, przychylność bogów i ochronę ze strony zmarłych. Dla mnie mocy klucza otwierającego kolejne wrota do przeszłości, w której żyli śmiertelni razem z umarłymi i nieśmiertelnymi. Ukazana mi wiedza była tak obszerna, że autor podzielił ją na dwa tomy. Ta publikacja jest pierwszym. Jej obszerność wynika z ogromu materiału zgromadzonego przez autora w trakcie systematycznego badania znalezisk i stanowisk archeologicznych w krajach, z których pochodzili wikingowie, studiów z archeologii ogólnej i nordyckiej, historii sztuki, numizmatyki, a nawet nauki metod złotniczych. Tak bogata wiedza i doświadczenie pozwoliły autorowi na szerokie spojrzenie i udział w dyskusji o Skandynawach w kontekście słowiańskim. Duży wpływ miał też czas trwania „epoki wikingów” (opozycyjne wyrażenie autora wobec „okresu”), który trwał od początku XVIII wieku do końca wieku XI. W treści udowodnił słuszność takiego podejścia.
Ozdoby miały moc!
Na ich podstawie odtworzył hierarchiczną społeczność z bogatą kulturą o ekspansywnej naturze. Co widać na dołączonej mapce.

 

 

Ludzi zdobywających łupy, po to, by umacniać swoją pozycję poprzez... rozdawanie ich oraz zakopywać w ziemi jako depozyty dla ochrony ze strony umarłych przodków. Dla współczesnych stały się one skarbami pełnymi złota i srebra, które rozsiane po Skandynawii (odnaleziono 2750) są bogatym źródłem wiedzy. Przy okazji prawdziwą wyspą skarbów okazała się Gotlandia! Czułam w przekazie płynność wiedzy, która nie była niepodważalna i ostateczna, ale zmienna w zależności od nowych odkryć. Autor wielokrotnie przeciwstawiał się już sformułowanym teoriom, budując nowe hipotezy i potwierdzając je badaniami. Te niemożliwe do udowodnienia pozostawiał przyszłości. Otwierając każdy, kolejny rozdział, patrzyłam, jak autor wyjmuje z kapelusza kolejny artefakt i na jego podstawie rekonstruuje historię miejsca, los pogrzebanych osób, wędrówkę wikingów po Europie, krwawe wydarzenia czy rytuały religijne. A wszystko to zaklęte w jednym, małym przedmiocie i odczarowane przez poetę nauki. Mało powiedziane!
Księcia poetów nauki!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

poniedziałek, 13 lutego 2017
Narkotyki w kulturze młodzieżowej – Beata Hoffmann

Narkotyki w kulturze młodzieżowej – Beata Hoffmann
Oficyna Wydawnicza Impuls , 2014 , 170 stron
Literatura polska

Powiedz mi, jakiej muzyki słuchasz, a powiem ci, co bierzesz.
Taka myśl pozostała we mnie po lekturze tej książki. Można zaprotestować, że czarno widzę i nie wszyscy słuchający muzyki to ludzie zażywający psychostymulanty. Jednak fakty i wyniki badań przytaczane przez autorkę są nie do obalenia. Jak można zaprzeczyć badaczce i socjolożce Hannie Świdzie-Ziembie, podważając jej wniosek, na który powołuje się autorka – ...granica przebiega nie jak kiedyś, między tymi, co „biorą” i „nie biorą”, lecz między tymi, co sięgają po narkotyki miękkie (nieuzależnionymi) i twarde (uzależnionymi). Po takim dictum, w którym ludzie zażywający narkotyki miękkie nie są osobami uzależnionymi (sic!), mogłam sobie zakrzyknąć.
Co ja wiedziałam o narkotykach!
Świat poszedł do przodu, a ja tkwiłam w rodzajach, skutkach, objawach i w tego typu tematach niczym zadufany w sobie ekspert, a umykał mi w tym wszystkim kontekst kulturowy. A to on wyraźnie mówi, z czym się biję na co dzień. Cała para szła w gwizdek. Ta publikacja zmieniła moje nastawienie do problemu narkotyków. Zamiast walczyć z nimi - dać sobie spokój, a całą energię wkładać w tworzenie alternatyw dla nich. Równoległych propozycji dla młodzieży, które będą od nich atrakcyjniejsze.
To piekielne trudne zadanie!
Narkotyki to nie tylko chemia dająca poczucie szczęścia. To narkoświat! Element większej skomplikowanej całości, którą można nazwać stylem życia czy stanem umysłu, który zwłaszcza dla poszukującej młodzieży ma ogromne znaczenie. Żebym mogła dobrze to zrozumieć i zobaczyć oczami wyobraźni, autorka poprowadziła mnie w głąb historii ludzkości od społeczeństw przednowoczesnych do współczesności. Pokazała zmieniającą się rolę narkotyków od obowiązkowego elementu obrzędów i rytuałów religijnych pełniących rolę tabu i sacrum dostępnego tylko szamanom i kapłanom, poprzez składową światopoglądu tworzącego kontrkulturę oraz czasu narkotyków degradujących człowieka do poziomu patologii, aż do dzisiaj. Do dnia, w którym narkotyki są legalizowane w niektórych krajach, a „narkoman” to człowiek w garniturze. Wędrując w czasie, autorka wyodrębniała i szczegółowo opisywała subkultury (włącznie z analizą muzyki, tekstów piosenek oraz filmów), w których narkotyki wpisywały się w ich funkcjonowanie, zarówno na świecie, jak i w Polsce – mods, bitnicy (tak dobrze mi znani z literackiej serii Twarze Kontrkultury), punk, skinhead, rap, hip-hop czy rave. Swój przekaz licznie ilustrowała wypowiedziami osób uzależnionych od psychostymulantów.
Publikacja nie miała jednak charakteru badawczego.
Autorce nie zależało na przedstawieniu tematu do rozważań, dyskusji czy polemik. Nie chciała też ukazywać tego zjawiska społecznego jako dewiacji czy patologii. Jej celem, jak napisała we wstępie, było prześledzenie, jak zmieniała się funkcja substancji psychoaktywnych w swojej wielowiekowej historii. Zwłaszcza w kulturze młodzieżowej. Dlatego też nie zakończyła publikacji przestrogami o skutkach zażywania narkotyków. Przedstawiła obiektywne i bezwzględne fakty, pozostawiając mnie z konkretną wiedzą, a tym samym, dając mi możliwość przewidzenia dalszego rozwoju kierunków roli narkotyków w przyszłości w kontekście zmian społecznych i cywilizacyjnych, mających ostatecznie wpływ na przemiany kulturowe.
Nie są one optymistyczne!
Coraz większa tolerancja narkotyków miękkich oraz przesuwanie granicy między nimi a narkotykami twardymi. Upowszechnianie się modelu zażywania psychostymulantów jako uzasadnionego elementu kultury popularnej. Coraz częstsza orientacja na przyjemność, stająca się powoli normą społeczną. Przejmowanie przez media języka narkotykowego nawet w reklamach dla dzieci – odlotowy czy odjazdowy. Powstawanie „konopnych” czasopism, których autorka wymienia kilka tytułów. Publiczne przyznawanie się osób o uznanych autorytetach (pomijam celebrytów) do zażywania marihuany. Maskowanie szkodliwości psychostymulantów poprzez podkreślanie ich pozytywnego wizerunku czyli dezinformacyjna dychotomia w przekazie. I wiele, wiele innych zjawisk ułatwiających drogę narkotykom do młodzieży. Do czasu kiedy obudzimy się, czytając na opakowaniu suplementu diety, że jednym ze składowych jest psychostymulant. Paleta wyboru jest przeogromna.Te najczęściej zażywane obecnie autorka wymieniła i opisała w dodatkowym rozdziale umieszczonym na końcu książki. Są tam również ujęte leki.
Czarnowidztwo?
Niekoniecznie, jeśli prześledzi się treść tej publikacji i rozejrzy dookoła. Zwłaszcza wśród młodzieży. Widzę potwierdzenie zawartych w niej wniosków z badań socjologów z całego świata i Polski przytaczanych przez autorkę, które wyraźnie mówią, że narkotyki spowszedniały, a w wielu młodzieżowych grupach osoby, które nigdy nie zażyły narkotyku, stanowią zdecydowaną mniejszość. Najbardziej przerażający jest ten wniosek – Większość użytkowników substancji psychoaktywnych mieści się dziś w granicach tzw. zdrowego społeczeństwa, a narkoman bardziej przypomina współczesnego konsumenta niż „degenerata”.
Dokładnie z tym zjawiskiem kulturowym mają walczyć współcześni wychowawcy, nauczyciele, opiekunowie i rodzice młodzieży?
W obliczu tej „hydry” jednak dużo bardziej efektywne wydaje się piekielnie trudne tworzenie alternatyw dla niej. Pytanie tylko, czy współczesny pedagog jest do tego przygotowany?
Według mnie – nie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Jak można walczyć z TAKIM zjawiskiem!?

sobota, 28 stycznia 2017
Mózg nastolatka – Francess E. Jensen , Amy Ellis Nutt

Mózg nastolatka: jak przetrwać dorastanie własnych dzieci – Francess E. Jensen , Amy Ellis Nutt
Przełożyła Katarzyna Sosnowska
Wydawnictwo W.A.B. , 2016 , 366 stron
Literatura amerykańska 

Książka-koło ratunkowe dla wszystkich opiekujących się nastolatkami!
Na dodatek napisana przystępnym językiem, mimo że autorka jest neurobiologiem. Podejrzewam, że zawdzięcza to współautorce, dziennikarce. I może właśnie dlatego, miała możliwość nie tylko napisania książki, ale i zajęcia się tematem, który w jej rodzinie stał się palącym problemem. Pewnego dnia ujrzała w swoim własnym domu dwóch, obcych pasażerów ze statku kosmicznego Nostromo. Miała na myśli swoich nastoletnich synów, których nagle przestała rozumieć. Ówcześnie badała mózgi dziecięce, ale to zaskakujące ją doświadczenie adolescencji własnych dzieci, sprawiło, że zmieniła obiekt dotychczasowych dociekań naukowych.
Zajęła się mózgiem nastolatków!
Podjęła się badań, by pomóc zrozumieć nie tylko to, czym jest mózg nastolatka, lecz także, czym on nie jest i czym się dopiero staje. To, co zobaczyła, czego doświadczyła i co skonfrontowała z osobistymi doświadczeniami jako matki, zawarła w tej niepozornej, ale rewelacyjnej w przekazie, pozycji popularnonaukowej. Nie tylko dostarczyła neurologicznej wiedzy popartej dowodami naukowymi, ale również obaliła dotychczasowe mity (wielozadaniowość, buzujące hormony) i podzieliła się sprawdzonymi radami po każdym rozdziale danego tematu. Nie będę wymieniać wszystkiego, bo jest tego dużo i obszernie. Dla mnie najważniejszym był wniosek, że nastolatkowie nie są dorosłymi, mimo że wyglądają i rozmawiają jak dorośli. Pojęcie, że młodzież to młodsza wersja człowieka dorosłego o mniejszym przebiegu mózgu, to pogląd błędny, a nawet szkodliwy. Nie tylko dla nastolatków, ale również dla samych dorosłych. Tych pierwszych pozostawia bez opieki (przecież skończył 18 lat!), a tych drugich naraża na niepotrzebny stres. Wszystkich na niezrozumienie, konflikty i wojnę międzypokoleniową.
A zrozumieć należy jeden fakt!
Młodzież od dorosłych różni jedno – budowa mózgu. Tylko w jednym narządzie, ale za to strategicznym i znaczącym, ponieważ determinuje on nie tylko rozwój psychiczny, emocjonalny, fizyczny, społeczny i intelektualny, ale również przyszłość nastolatka. W jaki sposób – napiszę o tym później. Autorka, aby dobrze zwizualizować przyczynę wszystkich problemów z młodzieżą, porównała mózg nastolatka do zestawu puzzli. Otóż w zestawie młodzieżowym brakuje 20% elementów.
Pomyśleć - 20%!
To przede wszystkim niedojrzałość i nieczynność płatu czołowego odpowiedzialnego za myślenie perspektywiczne, wgląd, osąd, abstrahowanie, planowanie, samoświadomość, zdolność do oceny niebezpieczeństwa i ryzyka oraz łączenie postaw, wyborów i decyzji z ich skutkami. To stąd bierze się „ułańska fantazja” nastolatków do zachowań, których skutki są czasami drastyczne i tragiczne, o czym donoszą od czasu do czasu media. W tych szokujących odbiorców sytuacjach najczęściej dorośli zadają dwa pytania – „Czy oni nie myśleli?” i „Jak mogli to zrobić?”. Autorka odpowiada na te dotychczas retoryczne pytania, mówiąc, że nie myśleli, bo nie mieli czym. W płacie czołowym skończyła im się synapsa! A zrobili to, właśnie dlatego. To zjawisko najdobitniej opisał amerykański prawnik Steven Drizin, na którego powołuje się autorka – Młodzi działają w dużej mierze, jak osoby opóźnione umysłowo. Największe podobieństwo między tymi dwiema grupami polega na ich deficytach poznawczych. Jeśli do tego dodamy skłonność do emocjonalnych i impulsywnych zachowań oraz ryzyka, wpływ grupy rówieśniczej i łatwość uzależnień to mamy gotowy przepis na tragedię.
I tutaj autorka podkreśla rolę dorosłych!
Nauczyciele, wychowawcy, opiekunowie i rodzice mają, na delikatny czas przepoczwarzania się, dojrzewania, dorastania nastolatków, pełnić rolę nieczynnego płata czołowego. W praktyce przekłada się na bycie opiekunem, który, jak niekończącą się mantrę, wymienia i powtarza skutki ich wyborów i zachowań.
To działanie ma ogromne znaczenie w profilaktyce.
Ukazywanie skutków palenia papierosów, zażywania narkotyków, picia alkoholu i energetyków, braku snu, nadużywania technologii (telefony komórkowe i Internet), a także uprawianie sportów kontaktowych (mikrowstrząśnienia i wstrząśnienia mózgu), to nie tylko kilka rozdziałów tłumaczących ich destrukcyjny wpływ na rozwój mózgu, ale także stopniową degradację potencjału możliwości i zawężanie szans rozwoju, a tym samym zmianę przyszłości konkretnego nastolatka.
Wszystko ilustruje przykładami z życia własnej rodziny i swoich pacjentów.
Autorka daje rewelacyjne narzędzie do pracy z nastolatkami. Tłumaczy niezrozumiałe ich zachowania. Wskazuje praprzyczynę ciągu dramatycznych zdarzeń i zachowań. Przede wszystkim jednak pozwala uzbroić się w cierpliwość, która jest wręcz niezbędna w pracy z młodzieżą. Tak jak pochyla się z troską i wyrozumiałością nad osobami z różnych względów upośledzonymi, tak dokładnie w ten sam sposób należy pochylać się nad młodzieżą do mniej więcej dwudziestego roku życia.
Bez urazy droga młodzieży!
Uwaga techniczna - kolejny tłumacz, który nie rozróżnia pojęć – „nastolatki” i „nastolatkowie”.
Irytujące w trakcie czytania!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 21 stycznia 2017
Sekretne życie drzew – Peter Wohlleben

Sekretne życie drzew – Peter Wohlleben
Przełożyła Ewa Kochanowska
Wydawnictwo Otwarte , 2016 , 252 strony
Literatura niemiecka

Sekretne?!
Faktycznie, bardzo tajemnicze, bo ledwo dostrzegalne to życie drzew jest dla nas. Ludzi żyjących kilka razy szybciej niż one. Jednak powiedzieć o nich tylko tyle, to tak, jak powiedzieć o Bałtyku tylko, że jest duże. Dlatego podekscytowana dodaję – fascynujące!, zdumiewające!, emocjonujące!, odkrywcze!, niesamowite!, cudowne!, fantastyczne! i wszystkie im podobne określenia! Dlaczego ja tego wcześniej nie widziałam?!
Teraz wiem.
Po pierwsze dlatego, że o tym widocznie niewidocznym świecie trzeba umieć opowiadać. Posiadać dar tłumaczenia z języka drzewnego na ludzki tak, jak autor. Niemiecki leśnik, który dostrzegł drzewa i ich problemy po wielu latach pracy wśród nich, mordując je.
Dokładnie – mordując!
Po jego opowieści nie potrafię inaczej mówić o ścinaniu drzew i innych torturach, po których powoli umierają, stojąc, a czego autor wstydzi się tego do dzisiaj. To skojarzenie, odczucie i wrażenie zawdzięczam sposobowi opowieści autora. Nadał drzewom cechy człowiecze, a ich życiu i wzrastaniu, zasady i normy społeczeństwa ludzkiego. Odchylił grubą kotarę sekretu, za którą ujrzałam drzewców stworzonych przez J. R. R. Tolkiena we Władcy Pierścieni, które mówią, widzą, czują zapachy, chorują, pomagają słabszym towarzyszom, dzielą się pokarmem z krewniakami, uczą się, ostrzegają, współdziałają z innymi organizmami, dobijając targów, śpią i cierpią na bezsenność, tańczą, krzyczą z pragnienia, ostrzegają przed niebezpieczeństwem, trują intruzów, tworzą własny savoir-vivre, leczą się, urządzają popijawy, tracą na urodzie oszpecone przez młodzieńczy trądzik, tyją, udają się do toalety oraz chronią dzieci i wychowują młodzież, dokładnie tak, jak pokazuje to dzisiejsza grafika wyszukiwarki Google (albo zbieg okoliczności, albo autorzy czytali tę książkę!) z okazji Dnia Babci. 

Tworzą system społeczny oparty na solidarności w jedności współistnienia niczym w dżungli z hitu filmowego Avatar. Chłonęłam ten świat również dlatego, że autor przyśpieszył jego funkcjonowanie. To, co do tej pory było dla mnie nieruchome, niemalże martwe jak przedmiot, nagle ujrzałam w przyśpieszonym tempie. Idealna iluzja bezruchu ustąpiła dynamice zmienności.
Świat drzew ożył!
Najbardziej flegmatyczne organizmy w moim otoczeniu zaczęły się ruszać, pulsować, trawić, penetrować ziemię, tętnić pulsem soków, obserwować mnie i „przemawiać” do mnie. 

Kiedy stoję przed oknem i patrzę na te moje drzewa, które towarzyszą mi od lat i na które patrzę jako pierwsze tuż po przebudzeniu, bo przekazują mi, jaka czeka mnie pogoda dzisiaj, jestem w stanie je odczytać. Ba! Nadać im indywidualne charaktery. Bo one, jak się okazuje, posiadają osobowość! Właściwie tę „baśń” powinno czytać się wśród drzew. Razem z nimi. Pod nimi. O każdej porze roku. Również w zimie, która także daje możliwości ich poznania. Bez liści widać dobrze pnie i konary, które wiele mówią swoim nachyleniem, kształtem, korą, ilością mchu i porostów, uszkodzeniami czy wielkością. Po prostu czym, a raczej - kim są. Czyta się w nich jak w otwartej księdze. Jest tylko jeden warunek.
Trzeba mieć zielone serce!
Jeśli się je ma, to nie tylko ujrzy się nieziemsko ziemski świat niczym z innej planety, ale także wzruszy. Dokładnie tak, jak napisali o tej książce rekomendujący ją na okładce Adam Wajrak i Maja Popielarska.

Najciekawszym jest to, że te bajkowe sceny autor dokumentuje faktami czerpanymi prosto z najnowszych badań naukowych. Wszystkie „bajki” są prawdziwe! Autor totalnie zmienił mi sposób patrzenia na drzewa. Widzę w nich istoty żywe, którym, mijając je po drodze, mam ochotę mówić – dzień dobry! Tym rosnącym wzdłuż chodnika, sierotom, leśnym dzieciom ulicy, współczuć piekielnie trudnych warunków życia w miejskim zgiełku, z dala od rodziny. Autor „zasadził” mnie wśród drzew i podłączył do ich systemu, pokazując moje miejsce w naturze i ucząc wobec niej pokory, bo jak mówi stare powiedzenie – nie będzie nas, będzie las.
O ile go nie wymordujemy...

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

Sekretne życie drzew [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 17 grudnia 2016
Damskie laboratorium – Angelika Gumkowska

Damskie laboratorium: przepisy na domowe kosmetyki – Angelika Gumkowska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 304 strony
Literatura polska

 

Tak wygląda efekt mojej ciężkiej pracy z tym i poradnikiem, i przewodnikiem. Nie jest to książka kucharska i nie jest to pucharek galaretki, ale pachnące mandarynkami żelowe mydełka. Użyłam wyrażenia „ciężkiej pracy”, ponieważ procedury przygotowywania kosmetyków w domowych warunkach przypominają gotowanie, którego nie lubię. Do tego stopnia, że autorka jeden z produktów po prostu zjadła ze smakiem. To dowód na to, jak bezpieczne są proponowane przez nią kosmetyki. Przez nią skomponowane, i co najważniejsze, sprawdzone na sobie. Jak donosi z autoironią – nadal żyje!
Jest ich aż 50!
Począwszy od kremów, balsamów, szminek poprzez olejki, maseczki, szampony, peelingi i mydła, na pastach do depilacji i perfumach skończywszy. Wybór przeogromny! Najfajniejsze jest w nich to, że autorka niuanse pozostawia kreatywności czytelniczki – kolor, zapach, konsystencja, czas planowanego zużycia i wybór – dodawać konserwanty czy nie? A jeśli tak, to jakie wybrać najbezpieczniejsze? Stopień trudności przygotowywania kosmetyków zależy od umiejętności kucharskich. Tak – kucharskich! Jak wcześniej wspomniałam, przygotowywanie receptur przypomina stosowanie przepisów. Jest tu odważanie i dawkowanie składników, podgrzewanie, schładzanie, łączenie, komponowanie oraz oczywiście mieszanie, roztrzepywanie i formowanie. Jak widać na licznie dołączanych ilustracjach, ułatwiających podglądanie etapów czynności, można pomylić je na przykład z kręceniem polewy kakaowej.

 

 

Na dodatek wiele przyrządów do ich przygotowywania znajduje się w każdej kuchni.

 

 

Zanim jednak autorka przeszła do meritum, odpowiedziała na podstawowe pytanie, które zadałam sobie, zanim zajrzałam do środka tego laboratorium – po co to robić? Po co tworzyć produkty, skoro półki w sklepach uginają się od ich ilości i różnorodności? Na dodatek są wśród nich i te dla alergików, i te ekologiczne.
Przekonała mnie dwoma argumentami.
Po pierwsze jest chemiczką z wykształcenia, która czyta i rozumie „magiczne” formuły na opakowaniach, a drogeria jest dla niej dobrze znaną dżunglą chemiczną, w której swobodnie się porusza, pisząc – Ja mam ten luksus, że „ogarniam” znaczenie hieroglifów opisujących skład, ale jak łatwo się domyślić, jestem tu w mniejszości. Efektem tego luksusu jest takie doświadczenie, a dla mnie drugi argument – ...z reguły marnuję w sklepie godzinę, analizując krem za 99,99 zł z górnej półki i ten za 15,20 – z dolnej. A po kolejnej godzinie sfrustrowana stwierdzam, że mogę wziąć pierwszy lepszy z brzegu, bo większość z nich ma podobny skład albo podobne działanie, a bujny opis na opakowaniu można włożyć między bajki. Okazuje się, że część kosmetyków zawiera sporo zbędnych i niekiedy szkodliwych składników, jak spulchniacze, silikony czy ogrom konserwantów. Czasami nawet połowa składu w ogóle nie ma znaczenia praktycznego, ale jest dodawana w celach „marketingowych” lub żeby wypełnić opakowanie. Przypomniało mi ono o publikacji Stanisława Kowalczyka Bezpieczeństwo i jakość żywności o zafałszowywaniu produktów spożywczych w celach „marketingowych”. Okazuje się, że ten zabieg dotyczy również branży kosmetycznej. Wprawdzie kosmetyków nie jemy, ale za to pochłaniamy poprzez skórę.
Co robić?
Autorka podsuwa dwa wyjścia. Pierwsze dla kobiet tak zajętych, że nawet , jeśliby chciały skorzystać z jej rad, to brak czasu na to nie pozwala i siłą rzeczy są skazane na producentów. Im dedykuje w dużej mierze rozdział wprowadzający do „tajemnic” kosmetyków oferowanych w sklepach, prawa i jego wytycznych w ich oznakowaniu, trochę rozszyfrowując skład i symbolikę na nich umieszczane, po to, by przynajmniej świadomie kupowały. Pozostałe czytelniczki zachęca do produkcji własnych kosmetyków, pisząc – Nie trzeba do tego doktoratu, wystarczy trochę zaradności i chęci, a gwarantuję, że będziesz zadowolona z efektów swojej pracy. Zatem, do roboty!
Ale nie tak zaraz i natychmiast!
Najpierw było kilka rozdziałów na temat bezpieczeństwa ich tworzenia. Wprawdzie niektóre można zjeść, ale są i takie, które wymagają podczas pracy higieny (kremy) lub dużej ostrożności (mydła). To nie jest tworzenie maseczek z płatków owsianych z dodatkiem miodu, ale prawdziwa chemia kosmetyczna. Źle dobrane składniki na przykład mydła mogą poparzyć!
Po tym wstępnym rozdziale mój entuzjazm lekko osłabł.
Szybko jednak zrozumiałam, że to konieczność i gwarancja jakości oraz bezpieczeństwa. Zwłaszcza po teście mycia rąk, do którego zagoniła mnie autorka. Odłożyłam książkę tak, jak mi kazała i pomaszerowałam do łazienki. Nie było źle, ale rewelacyjnie też nie. Wiem, co muszę zmienić i poprawić w moim nie do końca prawidłowym nawyku mycia rąk. Zniechęcały mnie też procedury receptur przypominające gotowanie, które nie sprawia mi przyjemności. Pojawiło się też pytanie o dostępność składników. Nie mieszkam w dużym mieście, w którym do wszystkiego jest dostęp, łącznie z profesjonalnymi sklepami.
Niepotrzebnie martwiłam się!
Składniki są dostępne w sklepach spożywczych, a w ostateczności ratują sklepy internetowe. Receptury są tak zróżnicowane, że można wybrać te na miarę swoich możliwości, umiejętności, potrzeb i chęci. Wybrałam najłatwiejszy w moim mniemaniu i najbezpieczniejszy – dla dzieci. Bo w kuchni jestem trochę, jak dziecko we mgle. Pamiętając o „fioletowych” ostrzeżeniach, uwagach i zachętach, których autorka nie żałowała w tekście,

 

 

wybrałam recepturę na mydło w żelu. Wszystkie składniki były dostępne w zwykłym sklepie, a mi pozostał „ból głowy”, jaki życzę sobie mieć kolor, kształt, zapach i wielkość.
Miałam ogromną frajdę!
Najlepsze jest to, że po tak pozytywnym doświadczeniu i ogromnym sukcesie „kulinarno-chemicznym” (bo dla mnie to ogromny sukces!) mam ochotę podnieść sobie poprzeczkę i spróbować skomponować własne perfumy.
Jedyny mankament to koszty.
Nie ukrywa tego autorka, ale świadomość, że wiem, co sobie aplikuję na skórę i co przenika do mojego organizmu, jest tego warta. Ogromne znaczenie ma to zwłaszcza dla matek karmiących i alergików. Poza tym, kosmetyk własnej produkcji, to dobry pomysł na oryginalny prezent.
Książka zresztą też!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w październiku w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 976 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi