Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 10 grudnia 2017
Jak przeżyć w szkole – Reinhold Miller

Jak przeżyć w szkole: poradnik dla nauczycieli i wychowawców – Reinhold Miller
Przełożyli Ewa Marszał i Jerzy Zakrzewski SJ
Wydawnictwo WAM , 2012 , 260 stron
Literatura niemiecka

   Miało być wesoło z tym dwuznacznym tytułem i humorystyczną grafiką okładkową!

   Miałam nadzieję, że trochę się pośmieję, a autor z przymrużeniem oka pozwoli mi na zdystansowanie się do szkolnej dżungli przetrwania. Poradzi, jak się odnaleźć w niej – jak sugerował podtytuł.

   Nic z tego!

   Było bardzo poważnie, rzeczowo i nowatorsko w porównaniu z poradnikami skupiającymi się na „leczeniu” objawów, a nie przyczyn. Autor na proces nauczania i wychowania spojrzał szerzej. Ba! Stworzył bardzo precyzyjną teorię na temat skutecznego odnalezienia się nauczyciela zrezygnowanego i zagubionego w szkolnej rzeczywistości. Nie miało dla mnie znaczenia, że był niemieckim dydaktykiem i metodykiem wychowania nawiązującym do stanu szkolnictwa w Niemczech, ponieważ to zdanie odnoszące się do nauczycieli upewniło mnie, że mamy ten sam, międzynarodowy problem – Czują się oni pozostawieni na lodzie przez społeczeństwo (brak pozytywnej oceny), przez polityków (nieudane próby reformy, chybione zmiany strukturalne, braki finansowe), przez władze kultury i oświaty (za dużo zarządzania, a za mało pomocy w kształtowaniu szkolnictwa) i przez rodziców (zbyt mało wsparcia i wychowawczej wspólnotowości). W końcu pozostają sami, jakby w szpagacie pomiędzy samotną walką przy zamkniętych drzwiach klasowych a otwartymi przestrzeniami szkolnymi, w kontekście rozwoju szkoły. Sami oko w oko ze współczesnym uczniem.

   W efekcie - bezradność!

   Jej skutki precyzyjnie wymieniał autor, podając konkretne przykłady scenek wziętych z życia szkolnego. Ustalił również tego przyczyny. Słabe punkty w systemie oświaty, których ofiarami są najpierw nauczyciele, a ostatecznie uczniowie. Oprócz propozycji zmian w kształceniu przyszłych nauczycieli i wychowawców oraz w selekcji przydatności kandydatów do zawodu, które uważam za bardzo trafne i wręcz konieczne, omówił również zmiany, które nauczyciel może wprowadzić sam, nie czekając na reakcję z zewnątrz, odgórną.

   Namawia do wypracowania w sobie autonomii.

   Do porzucenia bezradności na jej rzecz. Autor ten proces przemiany omawia bardzo szczegółowo. Jego schemat umieścił w grafice litery „U”.

Osiągnięcie autonomii wymaga niestety ogromnej pracy. Użyłam słowa „niestety”, ponieważ wiem, jak bardzo niewielu nauczycieli chętnie dokształca się z własnej woli w kompetencjach miękkich. A zmiana postawy bezradności na postawę autonomii wymaga bardzo wielu godzin warsztatów, ćwiczeń, pracy nad sobą, by ukształtować w sobie dwie, niezbędne kompetencje, w które nie wyposaża obecny system kształcenia – kompetencje w odniesieniu do samego siebie i kompetencje relacyjne. Autor omawianie swojej propozycji uzdrawiania procesu nauczania i wychowania kończy propozycją kilku warsztatów z modelu komunikowania się.

   Największą korzyść, jaką daje ta pozycja to uświadomienie przyczyn bezradności nauczycieli i obecnego stanu szkolnictwa. Drugą poznanie sposobów wyjścia z tego impasu. Trafnie to ujmuje przytoczona przez autora anegdota o drwalu, którą łatwo przełożyć na język pedagogiki i szkolną rzeczywistość.

   Książkę polecam minister Edukacji Narodowej pod choinkę.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 26 listopada 2017
Mózg 41 największych mitów – Christian Jarrett

Mózg 41 największych mitów – Christian Jarrett
Przełożyli Anna i Marek Binderowie
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 398 stron
Literatura angielska

   Żyłam z wiedzą o mózgu rodem z XVIII wieku!

   A nawet wcześniej. Byłam na przykład pewna, że wykorzystuję 10% możliwości swojego mózgu. Utwierdzały mnie w tym przekonaniu oglądane przeze mnie filmy (świetne zresztą!), wykorzystujące ten mit w fabule:  Jestem Bogiem w reżyserii Neila Burgera i Lucy w reżyserii Luca Bessona. „Fakt”, w który wierzyłam (ręka do góry, kto nadal wierzy!), nagle okazał się mitem! Jak to możliwe, że żyłam wśród tego typu podobnych przekłamań, mając dostęp do rzetelnej wiedzy?! Dlaczego wolałam mitologię mózgu, którą neurolodzy, aby odróżnić od rzetelnej neurobiologii, nazywają neurobełkotem, neuronowinkarstwen, neurobujdą, neurononsensem lub wręcz neurociemnotą? Dlaczego temu ulegałam? Dlaczego dotyczy to zdecydowanej większości ludzi? Mój przypadek neurociemnoty nie był odosobniony, niestety. Nie są od tej przypadłości wolni nawet sami neurolodzy!

   Dlaczego tak się dzieje?

   Na to pytanie próbował odpowiedzieć autor tej publikacji. Brytyjski neurobiolog kognitywny podał i omówił powody ludzkiego braku umiejętności rozróżniania neurobzdur od faktów nauronauki, podtrzymywanej i utwierdzanej wręcz przez media (neuroetykietowanie), beletrystykę (neuropowieści), filmy (chociażby te wyżej wymienione), dziennikarzy, a zwłaszcza neuromarketing. Sprzedawcy wykorzystują modę na naukę o mózgu, dodając przedrostek neuro- do każdej sfery działalności, jaką tylko można sobie wyobrazić, od neuroprzywództwa po neuromarketing, w którym szarlatani, terapeuci alternatywni i guru samopomocy bez skrępowania korzystają z żargonu neurobiologii, rozpowszechniając mętną mieszaninę mitów mózgowych i propagandy samodoskonalenia.

   Ku naszej szkodzie!

   Krzywdzącej nie tylko jednostkę (wątpliwe porady dotyczące samodoskonalenia i wychowywania dzieci oraz alarmistyczne ostrzeżenia przed chorobami), ale mające również negatywny, szerszy zasięg wpływu społecznego zakłócającego jego rozwój ze skutkami politycznymi na skalę międzynarodową włącznie! Dlatego autor postanowił sięgnąć po metodę dużo bardziej skuteczną niż samo przedstawianie prawdziwych informacji na temat mózgu, po które ludzie niechętnie sięgają. A jeśli nawet, to i tak nadal wierzą w mity. Podszedł do zagadnienia walki z neuromitami refutacyjnie, które polega na tym, że najpierw szczegółowo opisuje się mity mózgowe, a następnie je obala. Autor w tej publikacji nie tyle je obalał, co próbował ukazać obiektywny stan rzeczy, zgodny z osiągnięciami współczesnej nauki – jak ujął to autor blurba na okładce, prof. Uniwersytetu Gdańskiego dr hab. Michał Harciarek. Autor publikacji zebrał 41 najpopularniejszych, najtrwalszych i najbardziej niebezpiecznych fałszywych przekonań na temat mózgu, grupując je w ośmiu rozdziałach, w których mit dotyczył odpowiednio: historycznej ewolucji wiedzy o mózgu, technik okołomózgowych, postaci historycznych wpisanych w rozwój neurobiologii, trwałości i nieśmiertelności przeinaczeń i nadinterpretacji, fizycznej budowy mózgu, nowoczesnej technologii, relacji mózgu z ciałem i chorób neurologicznych. W rzeczywistości tych mitów było dużo więcej, ponieważ autor w obrębie głównego tematu wypunktowywał dodatkowo „podmity”. Każdy z mitów przedstawiał od strony przyczyn jego powstania i trwania w świadomości społecznej, począwszy od błędnej metodologii badawczej samych naukowców, a skończywszy na zafałszowaniach, nadinterpretacjach, przeinaczeniach, uproszczeniach, przekłamaniach, nadużyciach dziennikarzy, pisarzy, reżyserów, biznesmenów, liderów ruchów społecznych (płeć mózgu), a nawet polityków. Po czym ten fałszywy obraz równoważył rzeczywistą wiedzą, powołując się na rzetelne i najnowsze badania naukowe. Ten sposób podejścia w przekazie zapowiedział we wstępie – Aby rozbić błędne przekonania na temat mózgu i przedstawić prawdę o tym, jak naprawdę działa ów narząd, przewertowałem setki artykułów w czasopismach, sięgałem po najnowsze publikacje encyklopedyczne, a w niektórych przypadkach kontaktowałem się osobiście z najlepszymi ekspertami na świecie. Byli wśród nich również Polacy! Swój bogaty wybór tytułów zamieścił w bibliografiach umieszczonych pod każdym z rozdziałów, a całość zilustrował zdjęciami umieszczonymi na końcu książki.

   Co się okazało!

   Ta nowa wiedza była dużo bardziej fascynująca, zaskakująca i sensacyjna niż sam mit. Ukazywała nie tylko piękno budowy i działania mózgu, ale również ogrom nieodkrytej wiedzy na jego temat oraz kierunki dalszej jej rozwoju. Po tej lekturze na pewno inaczej będę odbierała oferty reklamowe z propozycją podłączenia mojego mózgu pod prąd i inne fale elektromagnetyczne. Krytyczniej będę odbierała filmy i neuropowieści. Zapomnę o NLP. To jednak nie wszystko w co wyposażyła mnie ta pozycja. Autor dał mi do ręki „broń” do walki i samoobrony przed neuromitami wykorzystywanymi w mass mediach. Nazwał ją przekornie i z humorem – Neurobujdy – zasady samoobrony. Zawiera ona sześć wskazówek, jak zastosować sceptyczne, empiryczne podejście do samodzielnego rozpoznania mitów mózgowych. Korzystając z nich, będzie mi łatwiej rozpoznać różnicę między prawdziwym neuronaukowcem a szarlatanem oraz przemyślanym artykułem prasowym na temat mózgu a medialną sensacją. Nie chcę zdradzać zawartości mitów (o najpowszechniejszym wspomniałam na początku wpisu), bo odebrałabym innym przyjemność zaskoczeń i olśnień, których doświadczałam podczas czytania. Muszę jednak wspomnieć o najbardziej niebezpiecznym micie, jako przykład dla tych, którzy nadal pozostają sceptyczni wobec szkodliwości neuromitów. Najbardziej wstrząsnął mną swoimi drastycznymi skutkami wiary w mit ten o uwalnianiu złych duchów przez wywiercenia otworu w czaszce. W Internecie łatwo można dziś znaleźć filmiki instruktażowe, jak samodzielnie wykonać trepanację!

   Sic!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Mózg 41 największych mitów [Christian Jarrett]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Według neurobiologii echolokacja jest kolejnym zmysłem człowieka.

poniedziałek, 13 listopada 2017
Upadek Cywilizacji Zachodniej – Naomi Oreskes , Eric M. Conway

Upadek Cywilizacji Zachodniej: spojrzenie z przyszłości – Naomi Oreskes , Eric M. Conway
Przełożyli i opracowali naukowo – Ewa Bińczyk , Jakub Gużyński , Krzysztof Tarkowski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 148 stron
Literatura amerykańska

   Bać się czy zlekceważyć ten głos?

   Można potraktować tę publikację jako przejaw teorii spisku dziejowego. Można podejrzewać ją o stronniczość w konflikcie o kryzys klimatyczny. Można uznać za przejaw fantazji naukowców, którzy postanowili napisać horror. Można przyjąć za wyolbrzymienie problemu, który według niektórych w ogóle nie istnieje. Można wreszcie potraktować ją tak, jak amerykańscy wydawcy genialny Folwark zwierzęcy George’a Orwella uznający, że czytelnicy amerykańscy nie są zainteresowani „powieściami o zwierzętach”, więc tą pozycją czytelnicy też nie będą zainteresowani, bo jej powierzchowna lektura może przywieść niektórych czytelników do wniosku, że jest to książka o Chinach albo, co jeszcze bardziej absurdalne, że zawiera ona obronę komunizmu.

   Można też uważnie i wnikliwie wsłuchać się w przekaz autorów.

   Dwojga amerykańskich naukowców – historyk nauki i nauk o Ziemi oraz historyka nauki i technologii. Na podstawie badań współczesnej wiedzy naukowej i zaczerpniętych z niej niepodważalnych faktów, napisali fabularyzowany esej. Hybrydę narracji pisarzy science fiction i historyków odtwarzających przeszłość. Jego narratorem uczynili chińskiego historyka z przyszłości, który krytycznie przeanalizował i ocenił lata 1540-2093, próbując odpowiedzieć na kilka kluczowych pytań dotyczących przyczyn upadku Cywilizacji Zachodu i planetarnej katastrofy ekologicznej. Rozstrzygnąć dylemat – jakim cudem my – potomkowie Oświecenia – nie zdołaliśmy w swoich działaniach uwzględnić ani solidnych informacji na temat zmiany klimatycznej, ani wiedzy na temat katastrofalnych zdarzeń, które wkrótce miały się rozegrać? Prościej i dosadniej ujmując – dlaczego ludzkość okazała się tak głupia i krótkowzroczna, podcinając gałąź, na której siedziała? Kolejne rozdziały punktowały fakty i dowody naukowe, wyłuskując przyczyny poważnych szkód w systemie klimatycznym. Przedstawiony w publikacji scenariusz samozagłady i jej mechanizmów, destrukcyjne uzależnienie między polityką, gospodarką a zjawiskami społeczno-kulturowymi, normatywizowanie anomalii, ignorancję widocznych zjawisk i sprawdzonych informacji, propagandę zaprzeczeń i zaczarowywania rzeczywistości, destrukcyjne i dezinformacyjne działania think tanków, redukcjonizm i rygoryzm nauki, uciszanie i eliminowanie „alarmistów” ze środowisk naukowych i artystycznych, pokazał obecne skutki, które obserwujemy w doniesieniach medialnych. Na ich podstawie i prawdopodobnym dalszym rozwoju  autorzy pokazali konsekwencje, które odczują nasi prawnukowie.

   Katastrofalne i przerażające!

   Współczesne migracje to zaledwie preludium do apokaliptycznych wizji przyszłości. Wystarczy spojrzeć na przyszłościową mapę Niderlandów, którą opracowano na podstawie badań glacjologa z Ohio, Johna H. Mercera i danych pochodzących z misji topograficznych promu kosmicznego.

   Nie była to jednak prognoza pesymistyczna. Wskazywała drogi wyjścia i niezbędnych działań, które już, teraz, natychmiast należy wdrażać, by katastrofa nie wydarzyła się. Problem polega na tym, że są one kontrowersyjne dla wielu i nie do przyjęcia dla współczesnych decydentów.  Sama byłam trochę zaskoczona tymi rozwiązaniami, totalnie burzącymi definicje znanych nam ustrojów i roli rządów w nich.

   Zainteresowanych szczegółami odsyłam do książki.

   W wywiadach z autorami umieszczonymi na końcu publikacji padło bardzo ważne pytanie – Co chcielibyście, aby czytelnicy i czytelniczki wynieśli z waszego eseju? Naomi Oreskes tak na nie odpowiedziała – Książki są jak list w butelce. Masz nadzieję,ż e ktoś otworzy butelkę, przeczyta list i zrozumie wiadomość. Myślę, że z tą pozycją, swoistym listem w butelce, będzie podobnie, jak z czytelnikami Folwarku zwierzęcego. Najtrafniej odczytali ją odbiorcy z Europy Wschodniej. Ten esej odczytają ci, którzy już borykają się z bolesnymi skutkami klimatycznymi. Reszta, jak trafnie zauważył Marcin Popkiewicz w blurbie na okładce książki, będzie siedzieć w swoim grajdołku, myląc linię brzegu z linią horyzontu.

    Podobno tak wyginęły dinozaury...

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Upadek cywilizacji zachodniej [Naomi Oreskes, Eric M. Conway]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 01 listopada 2017
Sienkiewicz dzisiaj – red. prowadząca Anna Lonkwic

Sienkiewicz dzisiaj: eseje o twórczości autora Trylogii – redaktor prowadząca Anna Lonkwic
Wydawca Narodowe Centrum Kultury , 2016 , 340 stron
Literatura polska

   Sienkiewicz dzisiaj!?

   A czy w ogóle ktoś jeszcze dzisiaj czyta jego powieści? Raport o Stanie czytelnictwa w Polsce w 2016 roku jednoznacznie odpowiada na to pytanie.

Od lat najpoczytniejszym autorem utrzymującym swoją popularność w co najmniej dwóch badaniach społecznego zasięgu książki jest, jak widać w powyższym zestawieniu raportu, Henryk Sienkiewicz. Deklasuje wszystkich cokolwiek piszących.

W 2016 roku był najpoczytniejszym autorem wśród czytelników. Pokonał nawet wszechobecne, powszechne i popularne Pięćdziesiąt twarzy Greya E. L. Jamesa.

   Na czym polega jego fenomen?

   Bo czytany jest! Raport nie pozostawia żadnych wątpliwości. Ale dlaczego pomimo upływu wieków, nadal Polacy po niego sięgają? Tworzą ekranizacje jego powieści? Włączają do kanonu lektur szkolnych? Nadają jego imię w 2016 roku? Czytają w Narodowym Czytaniu? Miałam nadzieję znaleźć odpowiedź na to pytanie w tej publikacji, która zaprosiła do polemiki historyków literatury i filmu, krytyków, filozofów, literaturoznawców, wykładowców akademickich, a nawet reżyserów. Zgromadziła 23 artykuły, eseje i odczyty powstałe w ciągu ostatnich kilkunastu lat, które zostały tak dobrane i ułożone, abym mogła stworzyć sobie dzisiejszy obraz pisarza oraz powodów tak chętnego odbioru jego twórczości przez współczesnych czytelników. Znawcy jego dorobku literackiego dołożyli starań, by był on wszechstronny i obiektywny. Stąd początkowe artykuły nieoszczędzające mitu „naszej legendy”, podkreślające  symbolikę zaściankowości i prowincjonalizm stylu przekazu pisarza. Zabierające głos w sporze o wartość jego literatury zapoczątkowany przez nieprzychylnych pisarzowi jemu współczesnych, a podtrzymywany później przez Witolda Gombrowicza. I kolejne, wynoszące go z opinii „pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego” do miana geniusza.

   Balansujące między bałwochwalczym uwielbieniem a wściekłymi atakami.

   Autorzy esejów, zawsze poprzedzonych ilustrującymi je tematycznie reprodukcjami czasopism, albumów, portretów,

lub plakatów,

analizując najważniejsze powieści i nowele na wielu różnych płaszczyznach ich przekazu (historycznych, filozoficznych, obyczajowych, kulturowych, politycznych, literackich), a także bohaterów konkretnych utworów oraz wskazując na różnorodną rolę w kształtowaniu świadomości narodowej tożsamości, nie tylko bronili pisarza, ale tworzyli na nowo jego obraz (niekoniecznie spiżowy!) i wartość przekazu jego słowa (niekoniecznie obecnie poprawnego politycznie). W swoich wywodach nie byli tylko odtwórczy, ale posuwali się dalej, tworząc postać Henryka Sienkiewicza nieznanego – dekadenta, którego życie i autocenzura miała ogromny wpływ na jakość i wielkość jego dorobku literackiego. Pisarza utworów zaniechanych, niedokończonych czy zniszczonych, których nigdy nie przeczytamy. Człowieka zmagającego się z depresją i obsesją śmierci po utracie jednej z żon. Przywódcy narodu bez państwa, dla którego stał się ze zwykłego sprawozdawcy prasowego, nowelistą, a potem klasykiem literatury.

   Noblistą!

   Otrzymałam spójny, trochę odbrązowiony obraz Henryka Sienkiewicza, który uzasadniał i umacniał jego pozycję w panteonie najwybitniejszych pisarzy. Dowiedziałam się, dlaczego warto czytać jego utwory, z czym się nie zgadzać (to bardzo ważny wniosek!) i dlaczego jest tak poczytny współcześnie.  Wnioski zachowam dla siebie, bo nie są korzystne dla Polaków. W tym sensie – pokaż mi co czytasz, a powiem ci, jakim Polakiem jesteś – raport o czytelnictwie przeraża. Powiem tylko, żę wolę tych, którzy wartości życiowych szukają w twórczości Zbigniewa Herberta, a utwory Henryka Sienkiewicza czytają tylko dla rozrywki.

   Książka jest przepięknie wydana!

   W twardej oprawie. Z bogatym aparatem informacyjnym składającym się z bibliografii, indeksów oraz krótkimi biogramami autorów esejów. Z grafiką wprowadzającą w świat pisarza poprzez dominującą technikę sepii, ale w kolorze zielonym. Z wyklejką wypełnioną mapą ówczesnej Europy z nieobecną Polską.


Z bogactwem ilustracji i najbardziej urzekającym mnie, rzadko już spotykanym, elementem książki – wstążeczką.


   Chciałoby się powiedzieć – nobliwa i pełna szacunku dla rangi swojej zawartości.

sobota, 28 października 2017
Biblia w malarstwie – Bożena Fabiani

Biblia w malarstwie – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 408 stron

Literatura polska

   Powtórka z rozrywki!

   Chociaż nie do końca. Wprawdzie to wydanie zawiera w sobie treści z czytanego już przeze mnie Starego Testamentu w malarstwie, ale jeszcze nieczytanych Gawęd o sztuce sakralnej. Poza tym ja nigdy nie mam dosyć oglądania, analizowania, interpretowania i odkodowywania obrazów. Nigdy dość gawęd autorki przekazującej w takiej formie swoją przebogatą wiedzę emanującą wrażeniami. A poza tym forma albumowa skłoniła autorkę do wprowadzenia paru zmian, a tym samym trochę odmienności. Przede wszystkim skrótów opisów poświęconych biografiom artystów oraz ich obrazom. Zauważyłam też wiele interpretacji bez ilustrującego ich dzieła. W ramach rekompensaty wzbogaciła album swoimi wierszami inspirowanymi Ewangelią, tu i ówdzie umieszczanymi obok lub na obrazie.

Zachowała przy tym chronologię epizodów biblijnych, przytaczając je w cytatach ze źródła, uzupełniając wiedzą historyczną, a dopiero potem przedstawiając je „pędzlem malarza”, rzadziej „dłutem rzeźbiarza”, by wzbogacić refleksjami i dygresjami pochodzącymi z własnych doświadczeń, dochodzeń, śledztw, odkryć i wniosków. Stworzyła w ten sposób emocjonalny album, pięknie wydany przez wydawcę: w twardej oprawie, z kredowanym papierem, bogato ilustrowany.

Z  treścią inspirowaną Biblią, gromadząc w nim wybrane obrazy, które, jej zdaniem, pod względem estetycznym, filozoficznym, ekspresyjnym, przesłaniowym, filozoficznym, technicznym czy unikatowym, były tego warte. Namawiając przy tym do studiowania obrazów z lupą w ręku, bo tak to czyniła sama, uczyła „czytać” od szczegółów do ogółu, odsyłając do stron w Internecie, gdzie mogłam zobaczyć na przykład Wieżę Babel Pietera Bruegela  starszego w 22 szczegółach. Uczyła odkodowywać symbolikę i przekaz artysty. Wiązała jego treść z biografią twórcy, miejscem i epoką, w których żył. Ukazana w ten sposób panorama historyczna w tle tworzyła jednocześnie obraz zmieniającej się myśli, prądów ideologicznych, obyczajów, sposobów podejścia do tematu w jego interpretacji i ukazaniu, zmieniającej się techniki warsztatu, popełnianych błędów wynikających z niepełnej wiedzy, a tym samym nieadekwatnej interpretacji (słynne „rogi” Mojżesza), ale też i wizji proroczych lub stylów przekazów wyprzedzających epokę twórców.

   Autorka obrazy ożywiała!

   Bez jej wsparcia i przewodnictwa niewiele wiedziałabym o Skrusze Nikolaja Gaya. Uniwersalny tytuł niewiele powiedziałby mi. Wiedziałabym tylko, że bardzo mi się spodobał, nie wiedząc dlaczego. Teraz wiem, a nawet czuję go. Aż trudno powstrzymać się przed chuchnięciem, licząc na obłok pary, mimo wiedzy, że przeraźliwy chłód pochodzi z mojego własnego wnętrza, przejętego z serca Judasza, który właśnie śledzi oddalającego się, zdradzonego Jezusa z żołnierską eskortą. Można poczuć w tym momencie stan zdrajcy. Tę chwilę. Ten moment. Taki dokładnie był efekt malowania słowem w stylu Pietera Paula Rubensa przez moją przewodniczkę. Nadawała ciężkim tematycznie dziełom lekkości w gawędzie, głębię kontekstu historyczno-biograficznego, otwartości kompozycji pozwalającej dopowiadać mi własny, dalszy ciąg historii, jedności opisu sceny, w której każda cząstka miał swój cel i sens oraz tajemniczości przekazywanej w nastrojowości, emocjach lub sekrecie, którego zdarzało się jej nie odkryć. Była wrażliwym medium, któremu udało się przekazać ducha artysty w sztuce sakralnej. A jeśli ten duch poparty był tragicznymi wydarzeniami z jego życia, to nie dziwię się mojej pierwszej reakcji, gdy odwróciłam kartę i ujrzałam obraz Artemizji Gentileschi:

Przerażenie i obrzydzenie na sublimację gwałtu, krzywdy, zdrady, oszustwa i zemsty malarki na gwałcicielu w scenie Judyty i Holofernesa. Siła jego ekspresji przewyższyła tak ulubione przeze mnie nokturny.

   Drugim obrazem, który porwał mnie dla odmiany finezją i sztuką przekazu był Józef cieśla Pietra Annigoniego. Aby to dostrzec, docenić i wpaść w zachwyt, należy spojrzeć na niego z dalszej perspektywy tak, jak ukazała to autorka.

Zobaczyła go we Florencji, w bocznej kaplicy kościoła San Lorenzo. Wzbudził w niej zachwyt wieloma walorami, ale jeden, decydujący, nie wymaga bezpośredniego obcowania, by osiągnąć ten sam stan. To gra światła i świadomość odbiorcy przyszłości głównego bohatera, skupione w jednym punkcie, w jednym symbolu, który mimowolnie przyciąga wzrok – krzyż.

    Całość osiągnęła we mnie, czytelniku, jeden cel, o którym napisała cytowana przez autorkę, Anna Kamieńska radząca powierzyć się Rozumowi przekraczającemu nasz rozum i Światu przekraczającemu nasz świat. Nie zacieśniać się do naszych ludzkich ograniczeń. A jeśli nie możemy z nich wyjść, to przynajmniej miejmy świadomość ich niewystarczalności.

   Dokładnie z takim odczuciem pozostawił mnie ten album.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 09 września 2017
Żałując macierzyństwa – Orna Donath

Żałując macierzyństwa: #regrettingmotherhood – Orna Donath
Przełożyła Elżbieta Filipow
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 310 stron
Literatura izraelska

   Kobiety muszą posiadać dzieci!

   Dla dobra kraju, bo niskie wskaźniki urodzeń generują koszty emerytur, więc jedno dla matki, jedno dla ojca i jedno dla kraju – apelował Peter Costello, australijski minister finansów, do swoich rodaczek. Nieposiadanie dzieci to egoistyczny wybór, jak w 2015 roku orzekł papież FranciszekJesteś kobietą. Musisz mieć dzieci!; Idź i poszukaj psychologa! – pisali internauci na forum „Kobiety, które nie chcą mieć dzieci”, na którym autorka publikowała swoje artykuły. I wreszcie nasze babcie, ciocie, koleżanki i matki, które jak mantrę powtarzają – Będziesz tego żałowała! Będziesz żałowała, że nie masz dzieci!

   Zewsząd ciśnienie, presja i brak wyboru.

   Bo macierzyństwo dla kobiety to najpiękniejsza droga pod słońcem. Jedyna prowadząca do wypełnienia i zwieńczenia ideału kobiety-matki. Jedyna dająca poczucie spełnienia, radości, miłości, pociechy, dumy i satysfakcji. Nigdy żalu! Gloryfikacja tej kobiecej roli jest powszechna i w pełni akceptowana przez wszystkich.

   Czy aby na pewno?

   Autorka naruszyła to tabu. Odkryła i ukazała ciemną stronę macierzyństwa, powołując do istnienia nieakceptowalne zjawisko, o którym zabrania się nie tyle mówić i go wyrażać, ile w ogóle istnieć.

   Żal bycia matką.

   Ujęła go w wyrażeniu „żałując macierzyństwa”, uważając, że tak sformułowane, zawrze w sobie żal kobiet po urodzeniu dzieci i życzenia sobie powrotu do bycia niczyją mamą. Swoje badania przeprowadziła w latach 2008-2013 w Izraelu o najwyższym współczynniku dzietności spośród krajów rozwiniętych. Kraju najbardziej ideologicznie przesiąkniętym doktryną religijną - bądź płodna i rozmnażaj się - mającą swoje odzwierciedlenie w ideologicznych dekretach militarnych, nacjonalistycznych i syjonistycznych oraz w powszechnie stosowanych technikach reprodukcyjnych. W badaniach posłużyła się wywiadami pogłębionymi z 23 kobietami w wieku 26-73 lata. Tą małą ilością grupy badawczej nie zamierzała prezentować reprezentatywnej próby pozwalającej na tworzenie generalizacji na temat „Matek”. Wręcz przeciwnie. Celem jej badań od początku było nakreślenie złożonej mapy drogowej, która pozwoli matkom z różnych grup społecznych „zlokalizować same siebie”, dopuszczając istnienie różnorodnych macierzyńskich doświadczeń.

   W tym – „żałowanie macierzyństwa”.

   Autorka przypomniała, że istnieje coś takiego, jak krzywa Gaussa obiektywnie obrazująca rozkład ilościowy każdego zjawiska społecznego. Również macierzyństwa z jego skrajnościami, którego jeden koniec tkwi współcześnie w mroku. Do tego stopnia niewidoczny, że aż nieistniejący w świadomości społecznej. Publikacja autorki wyłania go z cienia i, niczym punktowy reflektor, skupia całą swoją uwagę na jednej skrajności krzywej – braku potrzeby bycia matką. Na różnych i różnorodnych drogach stawania się nimi wbrew wolom kobiet. Na braku zmiany postawy wobec negacji macierzyństwa nawet po urodzeniu dzieci, którą jedna z badanych podsumowuje – cierpię, będąc matką i nic na świecie nie uczyni tego wartościowym, a druga dodaje – Nie ma na świecie żadnego powodu, by mieć dzieci. Ogólnie mówiąc? Cierpienie jest zbyt głębokie, trud jest zbyt wielki, a ból jest zbyt dogłębny, żebym tak po prostu mogła cieszyć się teraz w obliczu starości. To tyle. Skupia się również na macierzyństwie jako traumie prowadzącej do fizycznej i psychicznej utraty zdrowia – złego samopoczucia, depresji, zmęczenia czy kryzysu emocjonalnego. Na prawie do mówienia o braku posiadania „genu matki” i o błędzie zostania nią. Na wykorzystywaniu idei matczynej miłości jako formy opresji do osiągania określonych celów – politycznych, religijnych, społecznych czy ekonomicznych. Na prawie do wyboru bycia niczyją mamą bez narażania się na uprzedzenia, stereotypy, sankcje i kary. I wreszcie, na prawie do „zbrodni” braku wyrzutów sumienia z powodów nieposiadania dzieci. Bo według jednej z badanych kobiet, zbrodnią jest nie mówić prawdy nam samym i tym, których urodziliśmy. Zbrodnią jest umrzeć i odejść z mroczną tajemnicą, która nie może być powiedziana, napisana lub wyjawiona. Zbrodnią jest zaprzeczać ich uczuciom – dodam od siebie. Zbrodnią jest zatajać przed kobietami drogi alternatywne wobec macierzyństwa i istnienie pełnej wiedzy na jego temat chociażby w takich pozycjach, jak Wyznania upiornej mamuśki Jill Smokler. Przy czym autorce nie chodziło o gloryfikację żałujących matek i stanu bezdzietności. Przede wszystkim chciała odpowiedzieć na dwa ważne pytania – Jakie są konsekwencje przemilczania żalu nad macierzyństwem?Kto płaci cenę za próbę udawania, że on nie istnieje?

   I odpowiada na nie.

   Nie tylko poprzez analizę poruszanych zagadnień, ale przede wszystkim poprzez licznie cytowane wypowiedzi badanych kobiet, którym autorka po raz pierwszy na to pozwala, dając prawo publicznego zabrania głosu.

   Warto się w niego uważnie i refleksyjnie wsłuchać.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Żałując macierzyństwa [Orna Donath]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 30 sierpnia 2017
Duchowe życie zwierząt – Peter Wohlleben

Duchowe życie zwierząt – Peter Wohlleben
Przełożyła Ewa Kochanowska
Wydawnictwo Otwarte , 2017 , 265 stron
Literatura niemiecka

   Nie do końca duchowe!

   W rozumieniu aksjologicznym. Ale w rozumieniu autora, jak najbardziej duchowe. Swoje przeświadczenie oparł na jednym wariancie definicji umieszczonym w niemieckim słowniku Dudena, na który się powołuje, a który opisuje duszę jako całość uczuć, doznań i myśli, które tworzą człowieka. Wszystkie trzy elementy występują również u zwierząt, czego autor dowodzi w swojej publikacji. Wciela się w rolę tłumacza, który całe bogactwo dotychczasowej nauki, udokumentowanej wiedzy rozproszonej i napisanej nieprzystępnym, bo naukowym,  językiem, przekłada na język codzienny, uzupełniając ją własnymi obserwacjami. Każdy rozdział poświęca jednemu zagadnieniu psychologicznemu z zakresu emocji i zachowań, świadczących o tym, że zwierzęta czują i myślą. Opisuje niesamowite i ciekawe historie kłamiących kogutów, zdradzających srok, wiernych kruków, sarn w żałobie, wstydzących się koni, współczujących myszy czy altruistycznych nietoperzy. Zrównuje w emocjach, doznaniach i przeżywaniu zwierzęta z człowiekiem. To wystarcza mu, aby pójść dalej i wykorzystać drugi wariant definicji w słowniku Dudena, mówiący o niesubstancjalnej części, która żyje po śmierci ciała, do udowodnienia, że zwierzę również posiada duszę w religijnym jej rozumieniu. Podejmuje się roli obrońcy tej myśli, mając świadomość stąpania po kruchym lodzie i przyznając, że nie czuje się w tej dziedzinie pewnie. W efekcie tworzy teorię bardziej życzeniową, woluntarną i opartą na własnych emocjach i pragnieniach uduchowienia zwierząt, niż stojącą na gruncie nauki czy chociażby wywodów aksjologicznych.

   A szkoda!

   Mógłby zgłębić filozofię i powołać się na światopogląd wielu myślicieli, nadając swoim wnioskom wrażenie ciągłości zagadnienia roztrząsanego przecież od wieków. Tymczasem stworzył teorię z bardzo wymieszanych pojęć i definicji z kruchą logika dowodzenia. Teorię, którą ostatecznie pogrąża i samobójczo przekreśla jednym, rozbrajającym mnie zdaniem – Całkowicie już abstrahując od powyższego, osobiście nie wierzę w życie po śmierci.

   Udowadniać coś, w co się nie wierzy...

   Ale wybaczam mu to faux pas. Najważniejsze, że włożył  w swój przekaz całe swoje serce i miłość do zwierząt, udowadniając na pewno jedno – zwierzęta czują! Przeżywają emocje tak, jak ludzie i chociażby dlatego zasługują na szacunek i godne traktowanie. I to należy przede wszystkim z tej książki wziąć sobie do serca.

   W przeciwieństwie do Sekretnego życia drzew tego autora, które było dla mnie totalnym odkryciem, ta pozycja okazała się dla mnie wtórna w treści. Nie umniejsza to jednak jej ogromnej wartości w uświadamianiu tych ludzi, którzy w zwierzętach nie dostrzegają „duszy” i zapominają, że w systematyce organizmów sami należą do królestwa zwierząt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Duchowe życie zwierząt [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Duchowe życie zwierząt [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Dla nieprzekonanych, że zwierzęta czują i przeżywają.

piątek, 11 sierpnia 2017
Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem – Oliver Sacks

Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem – Oliver Sacks
Przełożyła Barbara Jarząbska-Ziewiec
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2017 , 309 stron
Literatura amerykańska

   Jak można pomylić człowieka z przedmiotem?!

   Zaskakujący tytuł przypisałam szalonej wyobraźni autora z jeszcze bardziej wydumaną opowieścią. Nie przypuszczałam, że wejdę w świat chorób fascynująco opowiedzianych i dowiem się, że takie pomyłki w tym świecie to norma. Są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom – wiedział o tym William Szekspir, umieszczając tę myśl w Hamlecie. Podobne Adam Mickiewicz w Romantyczności – Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko.

   Skąd nagle to nawiązanie do romantyzmu?

   Z nawiązania autora-neurologa do romantyzmu w swoich rozważaniach wstępnych ukazujących neurologię i jego pacjentów z zaburzeniami pracy mózgu niemalże jak podróże w głąb nieznanych lądów, gdzie wszystko jest nowe, inne, a nawet piękne! Połączył to, co naukowe, i to, co romantyczne w jedno. To jego holistyczne nastawienie przywróciło „przypadkowi” i jednostce chorobowej człowieczeństwo. Nie pozwoliło też na bezmyślne porównywanie mózgu do komputera. Pozwoliło za to na poznanie historii osoby chorej, jej przeżyć, doznań i skojarzeń, zmagań z chorobą, walki o jej przetrwanie oraz odkrycie nieznanych przestrzeni świadomości zdrowemu człowiekowi. Autor swoich pacjentów uczynił przewodnikami po dziejach choroby i krainach świadomości niczym z bajki, które łączą się w jedno u zbiegu faktu i baśni, a co rosyjski neuropsycholog Aleksandr Łuria, na którego badania autor często się powoływał, nazwał „romantyczną nauką”. Dzięki takiemu „romantycznemu” podejściu mogłam nie tylko poznać najważniejsze zaburzenia wywołane nieprawidłową pracą mózgu o różnym podłożu uszkodzeń, ale także przekonać się, że neurologia może być „ludzka”.

   Autor całość wiedzy podzielił na cztery rozdziały, w których pogrupował choroby wynikające ze strat, nadmiarów, uniesień i powrotów oraz prostego odbioru przez umysł. W tym kontekście agnozja, amnezja, fantom, afazja, zespół Tourette’a i Korsakowa czy muzyczna epilepsja brzmiały, jak tytuły bohaterów opowieści z Baśni tysiąca i jednej nocy snutych przez autora niczym Szeherezada. I dokładnie taki był jego zamysł, o czym świadczy motto umieszczone w książce.

Do tego stopnia, że niektóre choroby nie były dla pacjentów „dopustem bożym”, ale darem pozytywnie wpływającym na psychikę, a w konsekwencji na ich życie, czyniąc je pełniejszym, ciekawszym i sensowniejszym. Ba! Niektórzy nie chcieli być z nich wyleczeni! Stając się geniuszami w innej dziedzinie, pozbawienie choroby czyniło ich kalekami. Mistyków i wizjonerów osoby tylko chore na epilepsję lub migrenę. Artystów - ludzi bez weny i natchnienia.  Ale nie wszyscy mają to szczęście stać się znanymi i uznanymi. Większość zapełnia szpitale psychiatryczne. To właśnie do nich dociera autor, ukazując bogactwo przeżyć, doznań, odmiennych procesów myślowych, a przez to fascynujących.

   Przede wszystkim jednak zbliża!

   Oswaja choroby, nadając im status normalności, a nawet atrakcyjności w swojej odmienności i, najważniejsze dla mnie, wskazuje płaszczyznę komunikacji z osobą chorą. Potwierdza sens mojej pracy, kiedy idę z młodzieżą do ośrodka Warsztatu Terapii Zajęciowej, by wspólnie z jego uczestnikami odkrywać świat książki, niwelując granice zdrowia i choroby. Nie ma różnic. Są opowieści i wspólne ich doświadczanie. Na tym spotkaniu przeżywaliśmy kolejne wcielenia i losy Baileya w Był sobie pies W. Bruce'a Camerona.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.



sobota, 17 czerwca 2017
Antyk w malarstwie XV-XXI wiek – Bożena Fabiani

Antyk w malarstwie XV-XXI wiek – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 336 strony
Literatura polska


Książka, którą oddaję w ręce Czytelników, różni się od poprzednich z serii moich "Gawęd o sztuce”, ponieważ jest poświęcona tylko jednemu tematowi, a o artystach opowiada jedynie przy okazji.
Nie zniechęciło mnie to uprzedzające w swojej skromności zdanie, ponieważ z pierwszego spotkania lekturowego (Stary Testament w malarstwie) z tą autorka wiem, że jej styl narracji nic nie traci z gawędziarskiej formy. Natomiast tematyczność przekrojowa tylko zaciekawia i wręcz zachęca.
Tym razem autorka sięgnęła po mity.
Jak sama napisała – Podjęłam próbę przybliżenia dorobku kultury antycznej na przykładach mitologii głównie w malarstwie, ale niekiedy także w rzeźbie europejskiej. A ponieważ artyści na przestrzeni wieków, zakresowo ujętych w tytule opracowania, najchętniej czerpali inspirację z epickiego poematu Owidiusza, postanowiła wybrać zaledwie garść z jego Metamorfoz zawierających ponad dwieście pięćdziesiąt mitów grecko-rzymskich opowiadanych w piętnastu księgach. Nie zapomniała przy tym o innych znawcach mitów jak moja ulubiona pani od religii - Anna Świderkówna, Zygmunt Kubiak, Robert Graves czy najbardziej znany mi Jan Parandowski, na opracowania których również się powoływała i cytowała, obok dzieła Owidiusza, w celach kontekstowych, porównawczych lub uzupełniających objaśnienia obrazów. Wyszła z założenia, że aby zrozumieć tysiące obrazów wchodzących w skład kanonu sztuki europejskiej, należy znać mitologię Greków i Rzymian. To dlatego swoje opracowanie rozpoczęła od rozdziału Z antykiem przez wieki, ukazując jego silny wpływ na szeroko pojętą kulturę aż do dzisiaj. Dla mnie to było nie tylko przypomnienie sobie mitologii poznanej w szkole średniej, żeby zrozumieć malarstwo, ale również, aby móc zrozumieć twórczość współczesnych pisarzy zainspirowanych Olimpem pełnym bogów i półbogów .
Dopiero po tym krótkim rysie historycznym przeszła do omawiania poszczególnych obrazów ilustrujących konkretny mit. Ułożyła je chronologicznie czyli od stworzenia świata. Zawsze na początku przypominając mityczną opowieść, a potem jego odzwierciedlenie w sztuce. Tak, jak uprzedzała we wstępie, przede wszystkim w malarstwie,

 ale i w kilku przypadkach, w rzeźbie.

Czasami poszerzając interpretację o życiorys twórcy. Wszystko bogato ilustrowane omawianymi dziełami sztuki. I tak, jak w Starym Testamencie w malarstwie spodobał mi się jeden obraz, tak tutaj nie powstrzymałam się przed wyrazami zachwytu miłości od pierwszego ujrzenia, których nie przytoczę, ale za to pokażę obiekt moich westchnień.

To Orfeusz i Eurydyka Camille’a Corota i jego niezwykłe, wspaniałe, genialne uchwycenie światła, które mi przekazał emocjonalnie, a o którym pisał w liście do przyjaciela: „Bądźmy posłuszni pierwszemu wrażeniu. Jeśli wzruszenie było prawdziwe, jego szczerość udzieli się innym”. I udzieliło mi się w pełnym znaczeniu tej myśli! Czyż nie na tym polega geniusz artysty?
Autorka pozostawiła mi również zagadkę!
Przy okazji omawiania mitu o Dedalu i Ikarze, wspomniała o Perdyksie, kuzynie Ikara, zaklętego w kuropatwę. Według Owidiusza, towarzyszącego upadkowi Ikara. Autorka umieściła zastanawiający mnie mocno komentarz – Czy kuropatwa pojawia się na obrazach? Ja jej nigdzie nie znalazłam. Odwracam więc kartkę, a tam, na pięknie rozłożonym obrazie,

widzę wyraźnie... kuropatwę!

Chyba że nie jest to kuropatwa, ale na innego ptaka mi nie wygląda. Poza tym artyści na obrazach kodujących mity nic nie umieszczali przypadkowo. A może autorka postanowiła dla żartu sprawdzić moją uważność, bo humoru nie można jej odmówić, skoro swoje gawędy okraszała anegdotami z życia wziętymi?
To nie koniec zaskoczeń!
Dwie niespodzianki umieściła na końcu książki. Pierwsza to przeciekawy przewodnik po Pompejach.

Właściwie prezent, ponieważ pierwotnie został on wydany w Rzymie z myślą o polskich turystach. Jest na tyle szczegółowy i obszerny, że pozwala na samodzielne zwiedzanie ruin miasta. Zwłaszcza, że posiada dołączoną mapkę. A druga niespodzianka to przewodnik po Capri.

Również zawierający mapkę i praktyczne wskazówki turystyczne.
I chociażby dlatego warto tę książkę nie tylko przeczytać dla lepszego zrozumienia antycznego kanonu w literaturze i malarstwie, ale również wziąć ze sobą w podróż do Włoch jako przewodnik.
I na koniec marzenie (pomysł?, sugestia?, a może nieśmiała prośba czytelniczki?), które nasunęło mi się po tym drugim opracowaniu tematycznym. Chciałabym posłuchać autorki opowiadającej o obrazach, w których artyści zakodowali wszelakiego rodzaju szyfry takie, jak magiczny kwadrat w miedziorycie Melancholia I Albrechta Dürera.

By Albrecht Dürer - [1], Domena publiczna, Link

Opracowanie z wątkiem detektywistyczno-sensacyjnym czyli symbolizm w malarstwie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Antyk w malarstwie [Bożena Fabiani]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 11 czerwca 2017
Co nas drażni, co nas wkurza – Joe Palca , Flora Lichtman

Co nas drażni, co nas wkurza – Joe Palca , Flora Lichtman
Przełożyła Olga Siara
Przedmowy do polskiego wydania Artur Andrus , Tomasz Grzyb
Ilustracje Marcin Wicha
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 253 strony
Literatura amerykańska

24 września 2010 roku istniało ponad 6,8 miliarda opinii na temat tego, co jest najbardziej irytującą rzeczą na świecie.
Tak stwierdzili autorzy tej publikacji - psycholog i dziennikarka naukowa. Można wysnuć wniosek, że porwali się z motyką na słońce, a jednak udało im się wyłuskać z oceanu opinii tę jedną, uniwersalną, powszechną i wkurzająca większość ludzkości. To...

Tak! To słuchanie obcej rozmowy przez komórkę. Oprócz tego przytoczyli ranking pozostałych, drażniących czynników, z których mnie najbardziej porusza dźwięk skrobania metalu, a zupełnie nie przeszkadza odgłos pocierania o siebie dwóch kawałków styropianu. Właściwe mój osobisty ranking mocno różni się od tego podanego przez autorów. Jednak nie o wyliczenie czynników skutecznie wyprowadzających człowieka z równowagi chodziło w tej publikacji.
Jej głównym celem było opisanie tego zjawiska z perspektywy naukowej.
Zadanie dosyć trudne, biorąc pod uwagę, że irytacja jest prawdopodobnie najczęściej doznawaną i zarazem najsłabiej zbadaną ludzką emocją. Dlatego autorzy w swoich rozważaniach powoływali się na wiedzę ze wszystkich dyscyplin naukowych, przytaczając najnowsze dane, odkrycia i ustalenia. Często cytując konkretnych badaczy. Dodatkowo tematykę komplikował fakt, że irytacja przez wielu naukowców była odmiennie definiowana z powodu jej subiektywności i zależności od kontekstu. Aby ułatwić sobie pracę, podzielili treść na rozdziały odpowiadające przyjętej klasyfikacji, której bazą był charakter źródła irytacji – dźwięk, woń czy łamanie norm społecznych. W każdym dociekali przyczyny, doszukując się drażliwości w genach, budowie fizycznej, procesach psychologicznych, właściwościach fizycznych i chemicznych czynnika, a nawet w uwarunkowaniach kulturowych.
Nie budowali jednak wniosków ostatecznych.
Raczej wytyczali nowe ścieżki dociekań. Stawiali nowe pytania. Otwierali kolejne drzwi do terenów badawczych. To co mnie najbardziej zaciekawiło, to rady dotyczące przynajmniej ograniczenia skali irytacji, bo aktywne ignorowanie czegoś, co nas irytuje, jest zwyczajnie niemożliwe. Autorzy proponują w miejsce tej najpowszechniejszej metody kilka innych. Dla mnie już sama treść tego opracowania przynosi ulgę. Uświadomienie sobie dzięki niej, dlaczego coś mnie irytuje, wyzwala we mnie większą dozę tolerancji. Zwolniła mnie też z katowania się bluesem, bo przecież, jak nie jest piękny, jak jest! Przynajmniej tak twierdzą jego miłośnicy. Otóż są tacy, jak ja, dla których ma czelność nie być i jest to udowodnione naukowo w tej publikacji. Stąd nasze sympatie i antypatie w wyborach muzycznych. Jednak autorzy ostrzegają – Możecie wypróbować te wszystkie strategie, ale z naszych szeroko zakrojonych badań wynika, że żadna z nich nie sprawdza się do końca. Przynoszą co najwyżej chwilową ulgę... Na pocieszenie dodaje – Ostatnią deską ratunku może być myśl, że złe uczucia – ogólnie rzecz biorąc – zwykle wcale nie są takie złe. Sygnalizują, że pojawił się jakiś problem... Są nieodłącznym elementem procesów psychologicznych na równi z innymi emocjami, jak niepokój, smutek czy złość – wszystkie te emocje są dobre, to znaczy użyteczne, jeśli zostają wyrażone we właściwym stopniu w odpowiedniej sytuacji.
Inaczej od irytacji prosta droga do furii.
Jak na temat przystało, sama oprawa graficzna książki z humorem próbowała mnie zirytować. Najpierw wściekle pomarańczowym kolorem okładki, której brązowy kolor w Internecie ma się nijak do tego w realu.

Potem wnerwiającym wszystkich użytkowników komputerów „wczytywaniem” tekstu,

 a następnie, odmierzającą czas rozpoczęcia kolejnego rozdziału, ikonką klepsydry.

Na szczęście narosłe „napięcie” rozładowują humorystyczne rysunki ilustrujące omawiane zagadnienia

oraz ostatnie zdanie autorów – Jeśli waszym największym zmartwieniem jest mimowolne podsłuchiwanie irytującego semilogu, to podziękujcie losowi i kupcie sobie zatyczki do uszu. Dlatego dziękuję z całego serca za takie problemy, a jeśli chodzi o zatyczki, to dam radę bez.
Po prostu – nirwana.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Co nas drażni, co nas wkurza [Flora Lichtman, Joe Palca]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 Paradoks - nie lubimy być poirytowani, ale najwyraźniej przyjemnie nam się myśli o tym, co nas irytuje. - twierdzą autorzy książki. Coś w tym jest, kiedy posłucha się najbardziej wkurzonego Polaka - Wojciecha Cejrowskiego. Mnie rozbawił!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 996 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi