Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 26 marca 2017
Moce wikingów - Władysław Duczko



Moce wikingów: światy i zaświaty wczesnośredniowiecznych Skandynawów , tom 1- Władysław Duczko
Instytut Wydawniczy Erica , 2016 , 352 strony
Seria Kolekcja Europa Barbarzyńców ; Podseria Wikińska Europa
Literatura polska


Czarowny świat wikingów!
Określenie to, jakie nasunęło mi się po przeczytaniu tej publikacji (dla mnie opowieść!) ma dwuznaczne i szerokie znaczenie – dosłowne i w przenośni. To efekt sposobu przekazu autora, który brutalny i bezwzględny świat wikingów ukazał magicznie. A zaczął swoją wikińską przygodę od zainteresowań wzbudzonych filmami i książkami. Dokładnie tak, jak u mnie. Oprócz beletrystyki i niezrównanej tetralogii Elżbiety Cherezińskiej Północna Droga, świetnego serialu Wikingowie (kto nie oglądał jeszcze – bardzo polecam!), wybrałam się również na zlot współczesnych wikingów w Wolinie. Tyle że autor ze swoich zainteresowań uczynił sens pracy zawodowej, której efektem jest ta pozycja. Ja natomiast stałam się czytelniczką, która takiej pozycji, uzupełniającej moją mocno beletrystyczną wiedzę, bardzo potrzebowała.
Oboje pięknie spotkaliśmy się na kartach tej książki.
Zabrzmiało trochę poetycko, mimo że piszę o książce popularnonaukowej, mocno wyrosłej na twardym gruncie nauki pełnej faktów i dowodów naukowych. A mimo to – popłynęłam w świat magii i wyobraźni pełnej... emocji! Nie bez powodu archeologów nazywają poetami nauki.
I takim poetą nauki i czarodziejem słowa autor był!
Wyjmował z grobu niewielki, niepozorny przedmiot, a czasami okruch zagubionej większości, i wyczarowywał przede mną świat, który pięknie tłumaczył mi to, co widziałam i przeczytałam wcześniej. Uzupełniał, dodawał, poszerzał i wyjaśniał na podstawie... biżuterii i ozdób, których liczne rysunki i zdjęcia ilustrowały każdy rozdział.

Troszkę zabrzmiało trywialnie. Autor miał tego świadomość, pisząc – Dla czytelnika, któremu dawni Skandynawowie kojarzą się tylko z wojownikami zajętymi krwawymi napadami i łupieniem bogatych krajów, będzie zaskoczeniem, że punkt ciężkości mojej książki umieściłem właśnie na kwestii tej kategorii znalezisk – ozdób. Jeśli jednak, za radą autora, odrzuci się współczesne skojarzenia z jej rolą, a przyjmie obowiązujące ówcześnie, wtedy te „świecidełka” nabiorą mocy sprawczej. Mocy, z której wikingowie czerpali pełnymi garściami. Dającej władzę, pozycję społeczną, przychylność bogów i ochronę ze strony zmarłych. Dla mnie mocy klucza otwierającego kolejne wrota do przeszłości, w której żyli śmiertelni razem z umarłymi i nieśmiertelnymi. Ukazana mi wiedza była tak obszerna, że autor podzielił ją na dwa tomy. Ta publikacja jest pierwszym. Jej obszerność wynika z ogromu materiału zgromadzonego przez autora w trakcie systematycznego badania znalezisk i stanowisk archeologicznych w krajach, z których pochodzili wikingowie, studiów z archeologii ogólnej i nordyckiej, historii sztuki, numizmatyki, a nawet nauki metod złotniczych. Tak bogata wiedza i doświadczenie pozwoliły autorowi na szerokie spojrzenie i udział w dyskusji o Skandynawach w kontekście słowiańskim. Duży wpływ miał też czas trwania „epoki wikingów” (opozycyjne wyrażenie autora wobec „okresu”), który trwał od początku XVIII wieku do końca wieku XI. W treści udowodnił słuszność takiego podejścia.
Ozdoby miały moc!
Na ich podstawie odtworzył hierarchiczną społeczność z bogatą kulturą o ekspansywnej naturze. Co widać na dołączonej mapce.

Ludzi zdobywających łupy, po to, by umacniać swoją pozycję poprzez... rozdawanie ich oraz zakopywać w ziemi jako depozyty dla ochrony ze strony umarłych przodków. Dla współczesnych stały się one skarbami pełnymi złota i srebra, które rozsiane po Skandynawii (odnaleziono 2750) są bogatym źródłem wiedzy. Przy okazji prawdziwą wyspą skarbów okazała się Gotlandia! Czułam w przekazie płynność wiedzy, która nie była niepodważalna i ostateczna, ale zmienna w zależności od nowych odkryć. Autor wielokrotnie przeciwstawiał się już sformułowanym teoriom, budując nowe hipotezy i potwierdzając je badaniami. Te niemożliwe do udowodnienia pozostawiał przyszłości. Otwierając każdy, kolejny rozdział, patrzyłam, jak autor wyjmuje z kapelusza kolejny artefakt i na jego podstawie rekonstruuje historię miejsca, los pogrzebanych osób, wędrówkę wikingów po Europie, krwawe wydarzenia czy rytuały religijne. A wszystko to zaklęte w jednym, małym przedmiocie i odczarowane przez poetę nauki. Mało powiedziane!
Księcia poetów nauki!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

poniedziałek, 13 lutego 2017
Narkotyki w kulturze młodzieżowej – Beata Hoffmann



Narkotyki w kulturze młodzieżowej – Beata Hoffmann
Oficyna Wydawnicza Impuls , 2014 , 170 stron
Literatura polska


Powiedz mi, jakiej muzyki słuchasz, a powiem ci, co bierzesz.
Taka myśl pozostała we mnie po lekturze tej książki. Można zaprotestować, że czarno widzę i nie wszyscy słuchający muzyki to ludzie zażywający psychostymulanty. Jednak fakty i wyniki badań przytaczane przez autorkę są nie do obalenia. Jak można zaprzeczyć badaczce i socjolożce Hannie Świdzie-Ziembie, podważając jej wniosek, na który powołuje się autorka – ...granica przebiega nie jak kiedyś, między tymi, co „biorą” i „nie biorą”, lecz między tymi, co sięgają po narkotyki miękkie (nieuzależnionymi) i twarde (uzależnionymi). Po takim dictum, w którym ludzie zażywający narkotyki miękkie nie są osobami uzależnionymi (sic!), mogłam sobie zakrzyknąć.
Co ja wiedziałam o narkotykach!
Świat poszedł do przodu, a ja tkwiłam w rodzajach, skutkach, objawach i w tego typu tematach niczym zadufany w sobie ekspert, a umykał mi w tym wszystkim kontekst kulturowy. A to on wyraźnie mówi, z czym się biję na co dzień. Cała para szła w gwizdek. Ta publikacja zmieniła moje nastawienie do problemu narkotyków. Zamiast walczyć z nimi - dać sobie spokój, a całą energię wkładać w tworzenie alternatyw dla nich. Równoległych propozycji dla młodzieży, które będą od nich atrakcyjniejsze.
To piekielne trudne zadanie!
Narkotyki to nie tylko chemia dająca poczucie szczęścia. To narkoświat! Element większej skomplikowanej całości, którą można nazwać stylem życia czy stanem umysłu, który zwłaszcza dla poszukującej młodzieży ma ogromne znaczenie. Żebym mogła dobrze to zrozumieć i zobaczyć oczami wyobraźni, autorka poprowadziła mnie w głąb historii ludzkości od społeczeństw przednowoczesnych do współczesności. Pokazała zmieniającą się rolę narkotyków od obowiązkowego elementu obrzędów i rytuałów religijnych pełniących rolę tabu i sacrum dostępnego tylko szamanom i kapłanom, poprzez składową światopoglądu tworzącego kontrkulturę oraz czasu narkotyków degradujących człowieka do poziomu patologii, aż do dzisiaj. Do dnia, w którym narkotyki są legalizowane w niektórych krajach, a „narkoman” to człowiek w garniturze. Wędrując w czasie, autorka wyodrębniała i szczegółowo opisywała subkultury (włącznie z analizą muzyki, tekstów piosenek oraz filmów), w których narkotyki wpisywały się w ich funkcjonowanie, zarówno na świecie, jak i w Polsce – mods, bitnicy (tak dobrze mi znani z literackiej serii Twarze Kontrkultury), punk, skinhead, rap, hip-hop czy rave. Swój przekaz licznie ilustrowała wypowiedziami osób uzależnionych od psychostymulantów.
Publikacja nie miała jednak charakteru badawczego.
Autorce nie zależało na przedstawieniu tematu do rozważań, dyskusji czy polemik. Nie chciała też ukazywać tego zjawiska społecznego jako dewiacji czy patologii. Jej celem, jak napisała we wstępie, było prześledzenie, jak zmieniała się funkcja substancji psychoaktywnych w swojej wielowiekowej historii. Zwłaszcza w kulturze młodzieżowej. Dlatego też nie zakończyła publikacji przestrogami o skutkach zażywania narkotyków. Przedstawiła obiektywne i bezwzględne fakty, pozostawiając mnie z konkretną wiedzą, a tym samym, dając mi możliwość przewidzenia dalszego rozwoju kierunków roli narkotyków w przyszłości w kontekście zmian społecznych i cywilizacyjnych, mających ostatecznie wpływ na przemiany kulturowe.
Nie są one optymistyczne!
Coraz większa tolerancja narkotyków miękkich oraz przesuwanie granicy między nimi a narkotykami twardymi. Upowszechnianie się modelu zażywania psychostymulantów jako uzasadnionego elementu kultury popularnej. Coraz częstsza orientacja na przyjemność, stająca się powoli normą społeczną. Przejmowanie przez media języka narkotykowego nawet w reklamach dla dzieci – odlotowy czy odjazdowy. Powstawanie „konopnych” czasopism, których autorka wymienia kilka tytułów. Publiczne przyznawanie się osób o uznanych autorytetach (pomijam celebrytów) do zażywania marihuany. Maskowanie szkodliwości psychostymulantów poprzez podkreślanie ich pozytywnego wizerunku czyli dezinformacyjna dychotomia w przekazie. I wiele, wiele innych zjawisk ułatwiających drogę narkotykom do młodzieży. Do czasu kiedy obudzimy się, czytając na opakowaniu suplementu diety, że jednym ze składowych jest psychostymulant. Paleta wyboru jest przeogromna.Te najczęściej zażywane obecnie autorka wymieniła i opisała w dodatkowym rozdziale umieszczonym na końcu książki. Są tam również ujęte leki.
Czarnowidztwo?
Niekoniecznie, jeśli prześledzi się treść tej publikacji i rozejrzy dookoła. Zwłaszcza wśród młodzieży. Widzę potwierdzenie zawartych w niej wniosków z badań socjologów z całego świata i Polski przytaczanych przez autorkę, które wyraźnie mówią, że narkotyki spowszedniały, a w wielu młodzieżowych grupach osoby, które nigdy nie zażyły narkotyku, stanowią zdecydowaną mniejszość. Najbardziej przerażający jest ten wniosek – Większość użytkowników substancji psychoaktywnych mieści się dziś w granicach tzw. zdrowego społeczeństwa, a narkoman bardziej przypomina współczesnego konsumenta niż „degenerata”.
Dokładnie z tym zjawiskiem kulturowym mają walczyć współcześni wychowawcy, nauczyciele, opiekunowie i rodzice młodzieży?
W obliczu tej „hydry” jednak dużo bardziej efektywne wydaje się piekielnie trudne tworzenie alternatyw dla niej. Pytanie tylko, czy współczesny pedagog jest do tego przygotowany?
Według mnie – nie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jak można walczyć z TAKIM zjawiskiem!?
sobota, 28 stycznia 2017
Mózg nastolatka – Francess E. Jensen , Amy Ellis Nutt



Mózg nastolatka: jak przetrwać dorastanie własnych dzieci – Francess E. Jensen , Amy Ellis Nutt
Przełożyła Katarzyna Sosnowska
Wydawnictwo W.A.B. , 2016 , 366 stron
Literatura amerykańska


Książka-koło ratunkowe dla wszystkich opiekujących się nastolatkami!
Na dodatek napisana przystępnym językiem, mimo że autorka jest neurobiologiem. Podejrzewam, że zawdzięcza to współautorce, dziennikarce. I może właśnie dlatego, miała możliwość nie tylko napisania książki, ale i zajęcia się tematem, który w jej rodzinie stał się palącym problemem. Pewnego dnia ujrzała w swoim własnym domu dwóch, obcych pasażerów ze statku kosmicznego Nostromo. Miała na myśli swoich nastoletnich synów, których nagle przestała rozumieć. Ówcześnie badała mózgi dziecięce, ale to zaskakujące ją doświadczenie adolescencji własnych dzieci, sprawiło, że zmieniła obiekt dotychczasowych dociekań naukowych.
Zajęła się mózgiem nastolatków!
Podjęła się badań, by pomóc zrozumieć nie tylko to, czym jest mózg nastolatka, lecz także, czym on nie jest i czym się dopiero staje. To, co zobaczyła, czego doświadczyła i co skonfrontowała z osobistymi doświadczeniami jako matki, zawarła w tej niepozornej, ale rewelacyjnej w przekazie, pozycji popularnonaukowej. Nie tylko dostarczyła neurologicznej wiedzy popartej dowodami naukowymi, ale również obaliła dotychczasowe mity (wielozadaniowość, buzujące hormony) i podzieliła się sprawdzonymi radami po każdym rozdziale danego tematu. Nie będę wymieniać wszystkiego, bo jest tego dużo i obszernie. Dla mnie najważniejszym był wniosek, że nastolatkowie nie są dorosłymi, mimo że wyglądają i rozmawiają jak dorośli. Pojęcie, że młodzież to młodsza wersja człowieka dorosłego o mniejszym przebiegu mózgu, to pogląd błędny, a nawet szkodliwy. Nie tylko dla nastolatków, ale również dla samych dorosłych. Tych pierwszych pozostawia bez opieki (przecież skończył 18 lat!), a tych drugich naraża na niepotrzebny stres. Wszystkich na niezrozumienie, konflikty i wojnę międzypokoleniową.
A zrozumieć należy jeden fakt!
Młodzież od dorosłych różni jedno – budowa mózgu. Tylko w jednym narządzie, ale za to strategicznym i znaczącym, ponieważ determinuje on nie tylko rozwój psychiczny, emocjonalny, fizyczny, społeczny i intelektualny, ale również przyszłość nastolatka. W jaki sposób – napiszę o tym później. Autorka, aby dobrze zwizualizować przyczynę wszystkich problemów z młodzieżą, porównała mózg nastolatka do zestawu puzzli. Otóż w zestawie młodzieżowym brakuje 20% elementów.
Pomyśleć - 20%!
To przede wszystkim niedojrzałość i nieczynność płatu czołowego odpowiedzialnego za myślenie perspektywiczne, wgląd, osąd, abstrahowanie, planowanie, samoświadomość, zdolność do oceny niebezpieczeństwa i ryzyka oraz łączenie postaw, wyborów i decyzji z ich skutkami. To stąd bierze się „ułańska fantazja” nastolatków do zachowań, których skutki są czasami drastyczne i tragiczne, o czym donoszą od czasu do czasu media. W tych szokujących odbiorców sytuacjach najczęściej dorośli zadają dwa pytania – „Czy oni nie myśleli?” i „Jak mogli to zrobić?”. Autorka odpowiada na te dotychczas retoryczne pytania, mówiąc, że nie myśleli, bo nie mieli czym. W płacie czołowym skończyła im się synapsa! A zrobili to, właśnie dlatego. To zjawisko najdobitniej opisał amerykański prawnik Steven Drizin, na którego powołuje się autorka – Młodzi działają w dużej mierze, jak osoby opóźnione umysłowo. Największe podobieństwo między tymi dwiema grupami polega na ich deficytach poznawczych. Jeśli do tego dodamy skłonność do emocjonalnych i impulsywnych zachowań oraz ryzyka, wpływ grupy rówieśniczej i łatwość uzależnień to mamy gotowy przepis na tragedię.
I tutaj autorka podkreśla rolę dorosłych!
Nauczyciele, wychowawcy, opiekunowie i rodzice mają, na delikatny czas przepoczwarzania się, dojrzewania, dorastania nastolatków, pełnić rolę nieczynnego płata czołowego. W praktyce przekłada się na bycie opiekunem, który, jak niekończącą się mantrę, wymienia i powtarza skutki ich wyborów i zachowań.
To działanie ma ogromne znaczenie w profilaktyce.
Ukazywanie skutków palenia papierosów, zażywania narkotyków, picia alkoholu i energetyków, braku snu, nadużywania technologii (telefony komórkowe i Internet), a także uprawianie sportów kontaktowych (mikrowstrząśnienia i wstrząśnienia mózgu), to nie tylko kilka rozdziałów tłumaczących ich destrukcyjny wpływ na rozwój mózgu, ale także stopniową degradację potencjału możliwości i zawężanie szans rozwoju, a tym samym zmianę przyszłości konkretnego nastolatka.
Wszystko ilustruje przykładami z życia własnej rodziny i swoich pacjentów.
Autorka daje rewelacyjne narzędzie do pracy z nastolatkami. Tłumaczy niezrozumiałe ich zachowania. Wskazuje praprzyczynę ciągu dramatycznych zdarzeń i zachowań. Przede wszystkim jednak pozwala uzbroić się w cierpliwość, która jest wręcz niezbędna w pracy z młodzieżą. Tak jak pochyla się z troską i wyrozumiałością nad osobami z różnych względów upośledzonymi, tak dokładnie w ten sam sposób należy pochylać się nad młodzieżą do mniej więcej dwudziestego roku życia.
Bez urazy droga młodzieży!
Uwaga techniczna - kolejny tłumacz, który nie rozróżnia pojęć – „nastolatki” i „nastolatkowie”.
Irytujące w trakcie czytania!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 21 stycznia 2017
Sekretne życie drzew – Peter Wohlleben



Sekretne życie drzew – Peter Wohlleben
Przełożyła Ewa Kochanowska
Wydawnictwo Otwarte , 2016 , 252 strony
Literatura niemiecka


Sekretne?!
Faktycznie, bardzo tajemnicze, bo ledwo dostrzegalne to życie drzew jest dla nas. Ludzi żyjących kilka razy szybciej niż one. Jednak powiedzieć o nich tylko tyle, to tak, jak powiedzieć o Bałtyku tylko, że jest duże. Dlatego podekscytowana dodaję – fascynujące!, zdumiewające!, emocjonujące!, odkrywcze!, niesamowite!, cudowne!, fantastyczne! i wszystkie im podobne określenia! Dlaczego ja tego wcześniej nie widziałam?!
Teraz wiem.
Po pierwsze dlatego, że o tym widocznie niewidocznym świecie trzeba umieć opowiadać. Posiadać dar tłumaczenia z języka drzewnego na ludzki tak, jak autor. Niemiecki leśnik, który dostrzegł drzewa i ich problemy po wielu latach pracy wśród nich, mordując je.
Dokładnie – mordując!
Po jego opowieści nie potrafię inaczej mówić o ścinaniu drzew i innych torturach, po których powoli umierają, stojąc, a czego autor wstydzi się tego do dzisiaj. To skojarzenie, odczucie i wrażenie zawdzięczam sposobowi opowieści autora. Nadał drzewom cechy człowiecze, a ich życiu i wzrastaniu, zasady i normy społeczeństwa ludzkiego. Odchylił grubą kotarę sekretu, za którą ujrzałam drzewców stworzonych przez J. R. R. Tolkiena we Władcy Pierścieni, które mówią, widzą, czują zapachy, chorują, pomagają słabszym towarzyszom, dzielą się pokarmem z krewniakami, uczą się, ostrzegają, współdziałają z innymi organizmami, dobijając targów, śpią i cierpią na bezsenność, tańczą, krzyczą z pragnienia, ostrzegają przed niebezpieczeństwem, trują intruzów, tworzą własny savoir-vivre, leczą się, urządzają popijawy, tracą na urodzie oszpecone przez młodzieńczy trądzik, tyją, udają się do toalety oraz chronią dzieci i wychowują młodzież, dokładnie tak, jak pokazuje to dzisiejsza grafika wyszukiwarki Google (albo zbieg okoliczności, albo autorzy czytali tę książkę!) z okazji Dnia Babci.

Tworzą system społeczny oparty na solidarności w jedności współistnienia niczym w dżungli z hitu filmowego Avatar. Chłonęłam ten świat również dlatego, że autor przyśpieszył jego funkcjonowanie. To, co do tej pory było dla mnie nieruchome, niemalże martwe jak przedmiot, nagle ujrzałam w przyśpieszonym tempie. Idealna iluzja bezruchu ustąpiła dynamice zmienności.
Świat drzew ożył!
Najbardziej flegmatyczne organizmy w moim otoczeniu zaczęły się ruszać, pulsować, trawić, penetrować ziemię, tętnić pulsem soków, obserwować mnie i „przemawiać” do mnie.

Kiedy stoję przed oknem i patrzę na te moje drzewa, które towarzyszą mi od lat i na które patrzę jako pierwsze tuż po przebudzeniu, bo przekazują mi, jaka czeka mnie pogoda dzisiaj, jestem w stanie je odczytać. Ba! Nadać im indywidualne charaktery. Bo one, jak się okazuje, posiadają osobowość! Właściwie tę „baśń” powinno czytać się wśród drzew. Razem z nimi. Pod nimi. O każdej porze roku. Również w zimie, która także daje możliwości ich poznania. Bez liści widać dobrze pnie i konary, które wiele mówią swoim nachyleniem, kształtem, korą, ilością mchu i porostów, uszkodzeniami czy wielkością. Po prostu czym, a raczej - kim są. Czyta się w nich jak w otwartej księdze. Jest tylko jeden warunek.
Trzeba mieć zielone serce!
Jeśli się je ma, to nie tylko ujrzy się nieziemsko ziemski świat niczym z innej planety, ale także wzruszy. Dokładnie tak, jak napisali o tej książce rekomendujący ją na okładce Adam Wajrak i Maja Popielarska.

Najciekawszym jest to, że te bajkowe sceny autor dokumentuje faktami czerpanymi prosto z najnowszych badań naukowych. Wszystkie „bajki” są prawdziwe! Autor totalnie zmienił mi sposób patrzenia na drzewa. Widzę w nich istoty żywe, którym, mijając je po drodze, mam ochotę mówić – dzień dobry! Tym rosnącym wzdłuż chodnika, sierotom, leśnym dzieciom ulicy, współczuć piekielnie trudnych warunków życia w miejskim zgiełku, z dala od rodziny. Autor „zasadził” mnie wśród drzew i podłączył do ich systemu, pokazując moje miejsce w naturze i ucząc wobec niej pokory, bo jak mówi stare powiedzenie – nie będzie nas, będzie las.
O ile go nie wymordujemy...

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

Sekretne życie drzew [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 17 grudnia 2016
Damskie laboratorium – Angelika Gumkowska



Damskie laboratorium: przepisy na domowe kosmetyki – Angelika Gumkowska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 304 strony
Literatura polska


Tak wygląda efekt mojej ciężkiej pracy z tym i poradnikiem, i przewodnikiem. Nie jest to książka kucharska i nie jest to pucharek galaretki, ale pachnące mandarynkami żelowe mydełka. Użyłam wyrażenia „ciężkiej pracy”, ponieważ procedury przygotowywania kosmetyków w domowych warunkach przypominają gotowanie, którego nie lubię. Do tego stopnia, że autorka jeden z produktów po prostu zjadła ze smakiem. To dowód na to, jak bezpieczne są proponowane przez nią kosmetyki. Przez nią skomponowane, i co najważniejsze, sprawdzone na sobie. Jak donosi z autoironią – nadal żyje!
Jest ich aż 50!
Począwszy od kremów, balsamów, szminek poprzez olejki, maseczki, szampony, peelingi i mydła, na pastach do depilacji i perfumach skończywszy. Wybór przeogromny! Najfajniejsze jest w nich to, że autorka niuanse pozostawia kreatywności czytelniczki – kolor, zapach, konsystencja, czas planowanego zużycia i wybór – dodawać konserwanty czy nie? A jeśli tak, to jakie wybrać najbezpieczniejsze? Stopień trudności przygotowywania kosmetyków zależy od umiejętności kucharskich. Tak – kucharskich! Jak wcześniej wspomniałam, przygotowywanie receptur przypomina stosowanie przepisów. Jest tu odważanie i dawkowanie składników, podgrzewanie, schładzanie, łączenie, komponowanie oraz oczywiście mieszanie, roztrzepywanie i formowanie. Jak widać na licznie dołączanych ilustracjach, ułatwiających podglądanie etapów czynności, można pomylić je na przykład z kręceniem polewy kakaowej.

Na dodatek wiele przyrządów do ich przygotowywania znajduje się w każdej kuchni.

Zanim jednak autorka przeszła do meritum, odpowiedziała na podstawowe pytanie, które zadałam sobie, zanim zajrzałam do środka tego laboratorium – po co to robić? Po co tworzyć produkty, skoro półki w sklepach uginają się od ich ilości i różnorodności? Na dodatek są wśród nich i te dla alergików, i te ekologiczne.
Przekonała mnie dwoma argumentami.
Po pierwsze jest chemiczką z wykształcenia, która czyta i rozumie „magiczne” formuły na opakowaniach, a drogeria jest dla niej dobrze znaną dżunglą chemiczną, w której swobodnie się porusza, pisząc – Ja mam ten luksus, że „ogarniam” znaczenie hieroglifów opisujących skład, ale jak łatwo się domyślić, jestem tu w mniejszości. Efektem tego luksusu jest takie doświadczenie, a dla mnie drugi argument – ...z reguły marnuję w sklepie godzinę, analizując krem za 99,99 zł z górnej półki i ten za 15,20 – z dolnej. A po kolejnej godzinie sfrustrowana stwierdzam, że mogę wziąć pierwszy lepszy z brzegu, bo większość z nich ma podobny skład albo podobne działanie, a bujny opis na opakowaniu można włożyć między bajki. Okazuje się, że część kosmetyków zawiera sporo zbędnych i niekiedy szkodliwych składników, jak spulchniacze, silikony czy ogrom konserwantów. Czasami nawet połowa składu w ogóle nie ma znaczenia praktycznego, ale jest dodawana w celach „marketingowych” lub żeby wypełnić opakowanie. Przypomniało mi ono o publikacji Stanisława Kowalczyka Bezpieczeństwo i jakość żywności o zafałszowywaniu produktów spożywczych w celach „marketingowych”. Okazuje się, że ten zabieg dotyczy również branży kosmetycznej. Wprawdzie kosmetyków nie jemy, ale za to pochłaniamy poprzez skórę.
Co robić?
Autorka podsuwa dwa wyjścia. Pierwsze dla kobiet tak zajętych, że nawet , jeśliby chciały skorzystać z jej rad, to brak czasu na to nie pozwala i siłą rzeczy są skazane na producentów. Im dedykuje w dużej mierze rozdział wprowadzający do „tajemnic” kosmetyków oferowanych w sklepach, prawa i jego wytycznych w ich oznakowaniu, trochę rozszyfrowując skład i symbolikę na nich umieszczane, po to, by przynajmniej świadomie kupowały. Pozostałe czytelniczki zachęca do produkcji własnych kosmetyków, pisząc – Nie trzeba do tego doktoratu, wystarczy trochę zaradności i chęci, a gwarantuję, że będziesz zadowolona z efektów swojej pracy. Zatem, do roboty!
Ale nie tak zaraz i natychmiast!
Najpierw było kilka rozdziałów na temat bezpieczeństwa ich tworzenia. Wprawdzie niektóre można zjeść, ale są i takie, które wymagają podczas pracy higieny (kremy) lub dużej ostrożności (mydła). To nie jest tworzenie maseczek z płatków owsianych z dodatkiem miodu, ale prawdziwa chemia kosmetyczna. Źle dobrane składniki na przykład mydła mogą poparzyć!
Po tym wstępnym rozdziale mój entuzjazm lekko osłabł.
Szybko jednak zrozumiałam, że to konieczność i gwarancja jakości oraz bezpieczeństwa. Zwłaszcza po teście mycia rąk, do którego zagoniła mnie autorka. Odłożyłam książkę tak, jak mi kazała i pomaszerowałam do łazienki. Nie było źle, ale rewelacyjnie też nie. Wiem, co muszę zmienić i poprawić w moim nie do końca prawidłowym nawyku mycia rąk. Zniechęcały mnie też procedury receptur przypominające gotowanie, które nie sprawia mi przyjemności. Pojawiło się też pytanie o dostępność składników. Nie mieszkam w dużym mieście, w którym do wszystkiego jest dostęp, łącznie z profesjonalnymi sklepami.
Niepotrzebnie martwiłam się!
Składniki są dostępne w sklepach spożywczych, a w ostateczności ratują sklepy internetowe. Receptury są tak zróżnicowane, że można wybrać te na miarę swoich możliwości, umiejętności, potrzeb i chęci. Wybrałam najłatwiejszy w moim mniemaniu i najbezpieczniejszy – dla dzieci. Bo w kuchni jestem trochę, jak dziecko we mgle. Pamiętając o „fioletowych” ostrzeżeniach, uwagach i zachętach, których autorka nie żałowała w tekście,

wybrałam recepturę na mydło w żelu. Wszystkie składniki były dostępne w zwykłym sklepie, a mi pozostał „ból głowy”, jaki życzę sobie mieć kolor, kształt, zapach i wielkość.
Miałam ogromną frajdę!
Najlepsze jest to, że po tak pozytywnym doświadczeniu i ogromnym sukcesie „kulinarno-chemicznym” (bo dla mnie to ogromny sukces!) mam ochotę podnieść sobie poprzeczkę i spróbować skomponować własne perfumy.
Jedyny mankament to koszty.
Nie ukrywa tego autorka, ale świadomość, że wiem, co sobie aplikuję na skórę i co przenika do mojego organizmu, jest tego warta. Ogromne znaczenie ma to zwłaszcza dla matek karmiących i alergików. Poza tym, kosmetyk własnej produkcji, to dobry pomysł na oryginalny prezent.
Książka zresztą też!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 12 grudnia 2016
Co nam zostało z tamtych lat: dziedzictwo PRL – Jerzy Eisler



Co nam zostało z tamtych lat: dziedzictwo PRL – Jerzy Eisler
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 464 strony
Literatura polska


Czy niski poziom czytelnictwa w Polsce to dziedzictwo PRL?
Na to pytanie szukałam odpowiedzi w tej publikacji. Według ostatniego Raportu o stanie czytelnictwa w Polsce przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową, Polaków, którzy przeczytali w ciągu roku co najmniej 1 książkę jest 37%, a czytających intensywnie (co najmniej 7 książek w roku) 8%. W porównaniu z Czechami, którzy czytają w 84% (dane pochodzą z raportu) wypadamy bardzo blado. Są w tym raporcie próby wyjaśnienia tej różnicy. Jednak nie przemawiają one do mnie. Próbowałam sobie sama wytłumaczyć ten „fenomen”, dyskutując na ten temat z różnymi osobami. Również ze środowiska bibliotekarskiego. Doszłam do smutnego wniosku – współczesnym Polakom nie miał kto przekazać tradycji czytania. Gros inteligencji wymordowali nam Niemcy. Część rozstrzelali sowieci. Resztę dobili i spacyfikowali komuniści. W PRL do władzy doszli chłopi, robotnicy i chłoporobotnicy, wprowadzając cenzurę i socrealizm, między innymi w literaturze, skutecznie kneblując takich wielkich, jak na przykład Zbigniew Herbert. Nie było miejsca na kreatywność niezgodną z linią polityczną partii i inne „fanaberie”. Jak napisał autor tej publikacji – W Polsce Ludowej najpierw bowiem bardzo wiele zrobiono, żeby kulturę szlachecko-inteligencką ośmieszyć i zastąpić kulturą plebejsko-robotniczą. Co pojawiało się w ówczesnych księgarniach, co czytano i co polecano w prasie, prześledziłam w felietonach Wisławy Szymborskiej zebranych w jednej pozycji Wszystkie lektury nadobowiązkowe.
Nie afiszowałam się z moim wnioskiem.
Polacy są bardzo drażliwi na punkcie swoich wad. Przecież każdy szanuje książki, jest świadomy ich korzystnego wpływu na rozwój człowieka, a niektórzy wręcz je kochają, tylko... czasu brak. Bardzo częste i typowe usprawiedliwienie.
Dla mnie - wymówka!
Z jakąż ulgą, że nie jestem w tym myśleniu odosobniona, przeczytałam artykuł Między świetlaną przyszłością a obciachem, czyli rynek wydawniczy w Polsce w ostatnim numerze kwartalnika „Fanbook” (nr 4 2016).

Grzegorz Majerowicz, wiceprezes Polskiej Izby Książki, swoją wypowiedzią potwierdził mój wniosek, a przy okazji wyjaśnił ogromną różnicę poziomu czytelnictwa między Polakami a Czechami, mówiąc – „Kiedyś zadzwonił do radia Mariusz Szczygieł. Było to przy okazji dyskusji, dlaczego w Polsce czytamy mniej niż w Czechach. I on wskazał, że w Czechach jest mieszczańskie społeczeństwo z wielkimi tradycjami, gdzie w każdym domu pojawiała się półka z książkami. A my, z różnych powodów, jesteśmy bliżej społeczeństwa chłopskiego. Z innymi tradycjami.”
I o tych różnych powodach i innych tradycjach jest ten zbiór tekstów.
Niekoniecznie dobrych i pozytywnych. Autor wymienił je dopiero w ostatnim rozdziale. Dosyć przewrotnie, biorąc pod uwagę sugestię przewodniego tematu zawartego w tytule. Wbrew pozorom to mądry i przemyślany zabieg autora. Żeby spokojnie wysłuchać, jakie słabości, wady i przywary uniemożliwiające nam rozwój, odziedziczyliśmy po PRL głównie w sferze mentalnej (najwolniej i najoporniej poddającej się zmianom), nie można od nich zaczynać. Należy zacząć od ich źródła, poznać warunki je kształtujące. Prześledzić historię PRL i uwarunkowania kształtujące człowieka socjalistycznego. To dlatego tytułowy artykuł został poprzedzony 15 felietonami i esejami publikowanymi wcześniej w prasie lub księgach jubileuszowych w latach 1985-2015. Wyjątkiem są dwa teksty nigdzie niepublikowane, a będące pierwotnie odczytywanymi referatami. Wszystkie budowały obraz rzeczywistości PRL i jego społeczeństwa, na który składały się rola i funkcja wojska, Kościoła katolickiego, stalinizmu, radia, filmu, Milicji Obywatelskiej czy cenzury wszystkiego i wszystkich, a zwłaszcza wszelakiego druku. W tej pozycji pokazane na przykładzie wydań encyklopedycznych. Tę wszechstronną wiedzę wieńczył artykuł o codziennym życiu warszawiaków w okresie planu sześcioletniego oraz tekst o różnicach i podobieństwach PRL i III Rzeczpospolitej. Chociaż nie były one umieszczone na końcu książki. Autor w układzie rozdziałów nie przyjął logiki wątkowej. Przyjął kryterium chronologii czasowej – od końcowych miesięcy II wojny światowej po współczesność. Nie przeszkadzało mi to w stopniowym gromadzeniu wiedzy na temat dziedzictwa PRL, czego obawiał się autor, rezygnując z kryterium kolejności, w jakiej powstawały i ukazywały się w prasie.
Wręcz przeciwnie!
Wprowadzały ożywienie kolejnym, nowym tematem oraz to, czego nie spodziewałam się po historyku-badaczu o chłodnej, zdystansowanej, neutralnej postawie – zmienność emocji. Najsilniej odczułam je w artykule o powojennych losach żołnierzy Armii Krajowej. Jego treść mogłam porównać z wysłuchaną niedawno, trzygodzinną prelekcją Leszka Żebrowskiego, znawcą tematyki NSZ i podziemia antykomunistycznego. Merytorycznie i emocjonalnie były identyczne, choć w książkowej wersji mocno okrojone. Jedynie zasugerowane. To wniosek dla mnie, że wszystkie te artykuły nie wyczerpują tematu, a są sugestią do dalszych poszukiwań, dociekań i rozszerzeń tematu. Autor był przy tym odważny w udostępnianiu informacji (liczne cytaty źródłowe) nawet dzisiaj, a może zwłaszcza dzisiaj, niepoprawnych politycznie, burząc, między innymi, idealizm niezłomności Kościoła katolickiego i szlachetności Wojska Polskiego. Dopiero po otrzymaniu tak podstawowej i jednocześnie szerokiej wiedzy, można zrozumieć tytułowy rozdział o dziedzictwie PRL i na spokojnie, bez emocji, zrozumieć wady Polaków współczesnych.
A jest ich trochę!
Nie będę ich wymieniać, bo odbiorę przyjemność poznawania ich innym czytelnikom. Otrzymałam też odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, otwierające ten wpis, mimo że autor nie zrobił tego wprost. Zrozumiałam też, dlaczego jesteśmy tak odporni na zmiany. Zwłaszcza w sferze mentalnej, mimo że upłynęło od odzyskania niepodległości 27 lat. Biorąc pod uwagę myśl cytowanego w tej pozycji Zbigniewa Brzezińskiego, że wychodzenie Polski z systemu komunistycznego potrwa mniej więcej tak długo, jak długo system ten istniał, to znaczy ok. 45 lat, to długa droga przed nami do powszedniości półki książek w każdym domu. Zwłaszcza że, jak napisał autor, nie można bowiem w tak krótkim czasie zerwać z dziedzictwem komunizmu, który miał ambicję być jednocześnie i światopoglądem, i ideologią, i doktryną polityczną, i prądem filozoficznym, i systemem ekonomicznym, i Bóg raczy wiedzieć, czym jeszcze.
Jeśli mój początek wpisu zabrzmiał pesymistycznie, to zakończę go optymistycznie.
Po 25 latach pracy z książką i czytelnikiem doczekałam się korzystnych działań rządu, które nazwano Narodowym Programem Rozwoju Czytelnictwa na lata 2016-2020, wspartym, przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w polskich szkołach, priorytetem rozwoju czytelnictwa i kompetencji czytelniczych wśród dzieci i młodzieży. Ten ostatni już drugi rok z rzędu, mając nadzieję na kontynuację. To wiatr w żagle dla wszystkich bibliotekarzy. Może dzięki temu zmiany nabiorą tempa i nie zajmą prorokowanych, kolejnych 20 lat. Mam marzenie – zdążyć zobaczyć efekty mojej pracy.
Zobaczyć w statystykach 90% czytających Polaków.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL [Jerzy Eisler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 04 grudnia 2016
100 sposobów motywowania innych – Steve Chandler , Scott Richardson



100 sposobów motywowania innych – Steve Chandler , Scott Richardson
Przełożyła Magdalena Bugajska
Wydawnictwo Studio Emka , 2012 , 191 stron
Literatura amerykańska


101 sposobów motywowania innych!
Nie! Nie pomyliłam liczby! Dokładnie 101, a nie 100 widniejące w tytule. O tym dodatkowym sposobie, którego twórcy i autorzy umieścili w tekście, napiszę na końcu.
Nie jest odkryciem Ameryki twierdzenie, że dobrze zmotywowany człowiek potrafi nie tylko przenosić góry, ujmując metaforycznie, ale i położyć na szalę własne życie, ujmując dosłownie. Doceniał to Napoleon stale zaskakiwany jej siłą, o której napisał – Najbardziej zadziwiającą rzeczą, jakiej nauczyłem się o wojnie, to fakt, że ludzie chcą umierać dla wstążek.
Za tymi wstążkami kryje się sedno tego poradnika.
Wprawdzie autorzy są coachami pomagającymi menadżerom zamieniać się w liderów firm nastawionych na zyski, jednak z łatwością język biznesowy – lider, zespół, zysk – można przełożyć na pracę z zespołem niekomercyjnym funkcjonującym na przykład w placówkach oświatowych, w których istnieją odpowiednio – wychowawca, klasa, efekt. Zresztą sam autor zauważył – Nieważne, czy tresujesz delfiny, czy motywujesz swoich ludzi, wzmocnienie pozytywne to najlepszy sposób na sukces.
W pracy, w rodzinie, w życiu osobistym i rozwoju własnym!
Baza wyjściowa, czyli wiedza, na której autorzy zbudowali omawiane sposoby motywowania innych, pochodzi z psychologii. Wystarczy je tylko dostosować do swoich warunków działania. Doszukałam się tutaj wiele zasad opartych na metodach wychowawczych, również wywodzących się psychologii, z których najważniejszą i najczęściej przewijającą się w treści była metoda wpływu osobistego, mimo że autorzy ani razu tak jej nie nazwali. Bez niej w wychowaniu ani rusz!
Prosty przykład.
Jeśli chcesz zmotywować własne dziecko do niepalenia papierosów, sam musisz nie palić. Inaczej poniesiesz porażkę. Schizofrenia czynu i słowa prowadzi do dysonansu poznawczego u dziecka, a tym samym do zlekceważenia dobrej rady, jako ewidentnego oszustwa i zakłamania dorosłych. Ale to nie znaczy, że poddajemy się. Nie! Szukamy innego sposobu spośród 100 innych zaproponowanych. Autor jednak przestrzega czytelników przed tylko wiarą w treść poradnika, pisząc – Nie wierz w nic, co przeczytasz w tej książce. To przewrotne podejście, którego pierwsze, rozpoczynające zdanie bardzo mnie zaskoczyło, ma mądre uzasadnienie. Efekty pracy z tym poradnikiem nie leżą w wierze w jego przesłanie, ale w praktyce.
Porzuć wiarę, zacznij działać!
Nie wszystkie sposoby można zacząć stosować natychmiast, chociaż takie też są. Większość należy wypracować w sobie jako umiejętność, a nawet nawyk. Bez szkoleń lub warsztatów, a nawet psychoterapii (porzucenie nałogu palacza!) stosowanie niektórych sposobów nie przyniesie efektów. Ale też nie wszystkie należy stosować. Autorzy podpowiadają – Wybierz garść z tych stu sprawdzonych metod motywowania innych i skorzystaj z nich. Wypróbuj. Zobacz, co z tego wyjdzie. Przeanalizuj efekty. Dzięki temu osiągniesz to, na czym najbardziej ci zależy: zmotywujesz ludzi. Zastosowałam się do tej rady i mam efekty. Nie osiągnęłam i nadal nie osiągam ich łatwo.
Powoduje to jedna „wada” tych sposobów.
Wymagają dużego nakładu pracy od lidera, wychowawcy, nauczyciela czy rodzica. Zaangażowania lub pasji. Wynika to z prostej i jednocześnie najważniejszej zasady motywacji – Dostajesz tyle, ile sam dajesz. I znowu nie ma znaczenia komu lub czemu i w jakim związku. Autorzy mówią wprost - w każdym związku – ze zwierzakiem, rośliną w doniczce, dzieckiem i kochankiem. I tutaj mogę nawiązać do 101. sposobu motywowania innych, którego nie ma w tytule, a który pojawił się w tekście i właściwie przewija się w tle we wszystkich 100 pozostałych – aby motywować innych, trzeba samemu być zmotywowanym. Trzeba stale rozwijać siebie. Pracować nad sobą. Dawać przykład poprzez działanie czyli mniej mówić, więcej pokazywać! Autorzy są przekonani, że nic nie inspiruje i nie motywuje ludzi tak bardzo, jak dostrzeżenie, że ktoś inny zmienia się na lepsze. Najcelniej tę myśl ujął Lew Tołstoj, którego słowa poprzedzały ostatni rozdział:

I to, w tym wszystkim, jest najtrudniejsze. Mam jednak dobrą wiadomość. Jeden z autorów napisał poradnik dla chcących się zmotywować:

Nikt nie rodzi się przywódcą, to mit – twierdzą autorzy, dodając – Przywództwo jest umiejętnością, taką jak ogrodnictwo, gra w szachy albo w komputerowe gry. Można jej nauczać i można się jej nauczyć w każdym wieku, jeśli ktoś będzie chciał.
A chcenie ZAWSZE zaczyna się od siebie!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 12 listopada 2016
Stary Testament w malarstwie – Bożena Fabiani



Stary Testament w malarstwie – Bożena Fabiani
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 296 stron
Literatura polska


Uwielbiam mowę obrazów!
Poszukiwanie, zauważanie, analizowanie i odkodowywanie ich „mowy”. Tę radość z przyjemnej nauki poprzez zabawę znalazłam między innymi w Historii urody Gorgesa Vigarella i Łakomstwie Florenta Quelliera. Nastawiłam się więc na kolejne, semantyczne podejście tej pozycji do malarstwa tym razem w odniesieniu starotestamentowym. Jednak autorka już we wstępie ostudziła mój entuzjazm, pisząc – Wiele jest obszernych opracowań i pięknych albumów z objaśnieniami, jak oglądać obrazy o tematyce biblijnej; daleka jestem od ich powielania. Dobrze, że mnie uprzedziła, bo uniknęłam niepotrzebnego zawodu i rozczarowania, wpadając za to w zachwyt, że o obrazach można mówić zupełnie inaczej. Równie ciekawie i odkrywczo!
Co tam mówić!
Opowiadać? Też nie. To za mało powiedziane. Gawędzić! To bardzo dobre i adekwatne określenie charakteru przekazu tej książki. Jest w niej wszystko to, co kojarzy się z niezobowiązującym spotkaniem z osobą posiadającą przebogatą wiedzę i talent do snucia opowieści. Jest w niej przede wszystkim osobiste podejście autorki w doborze obrazów do epizodów biblijnych, kierującej się subiektywnym poczuciem urody, fascynacją czy zachwytem. Jest też podejście emocjonalne wyrażane w słowach – „uwielbiam tego”, „wolę to” czy „nie przepadam za tamtym”. Jest również miejsce na poetycką parafrazę własnego autorstwa (jest poetką!) zastępującą gawędę utworem wierszowanym opisującym dramat Hioba.

Jest także czas na skojarzenia obrazu z własnymi doświadczeniami przytaczanymi jako ciekawe zdarzenia uzupełniające temat, które rozpoczyna niemal jak opowieść w opowieści – a było to tak: całkiem niedawno... Jest również partnerstwo z czytelnikiem we wspólnej wędrówce, podczas której autorka nie boi się „przyznać”, że nie wie, nie zna czy nie miałam pojęcia, ile przegapiam, inspirując słuchacza do własnych poszukiwań, poszerzeń i rozwijania tematu. Zachęcając do oglądania obrazów i ich zbliżonych fragmentów z lupą w ręku nie tylko tych ilustrujących tekst w książce,

ale również w Internecie, bo tam można je powiększyć i zobaczyć znacznie wyraźniej, a jak napisał już przed wiekami uczony Grek, Epiktet z Hieropolis: „zobaczyć jakąś rzecz znaczy więcej , niż sto razy o niej usłyszeć”, czy – tu dodam od siebie – przeczytać – zapewnia autorka. I dobrze wie, co pisze, więc pracowałam z lupą i faktycznie widziałam więcej niż wydawało mi się na początku. Jakąż ja miałam frajdę! Dba przy tym o dobry nastrój spotkania, wprowadzając odrobinę humoru treściami i obrazami na pozór niezwiązanymi z tematem. I nie robi tego z roztargnienia, lecz żeby wywołać uśmiech na twarzy Czytelnika, a przy okazji pokazać niebywałą skalę zainteresowań autora. Na przykład. Dlatego ni stąd ni zowąd pojawia się w poważnej tematyce biblijnej... Czerwony Kapturek!

Swobodnie dobiera sobie przy tym artystów mniej znanych, ale ważnych lub ciekawych, którzy nareszcie mogli zaistnieć w tym konkretnym opracowaniu albo po prostu „nie zmieścili się” w poprzednich publikacjach, których autorka ma w swoim dorobku kilka. Na pozór można odnieść wrażenie chaosu, jak to przy gawędzie.
Ale to złudne wrażenie!
Każda „gawęda” ma linearny i równoległy charakter w stosunku do chronologii biblijnej i schemat porządku narracji. Najczęściej rozpoczyna króciutkim wstępem, a czasami od razu przechodzi do informacji o epizodzie z Biblii inspirującym artystów. Często przytacza konkretny cytat. Dopiero potem następuje poszukiwanie wizualizacji opisu w malarstwie. Ale nie tylko! Wbrew sugestywnemu tytułowi autorka szuka przedstawień artystycznych również w mozaikach, freskach, witrażach i rzeźbach.

Prawdą jest jednak, że malarstwo wiedzie prym. O prezentowanych działach opowiada szeroko i kontekstowo. Nie tylko interpretuje, pokazuje, zwraca uwagę, analizuje, zestawia i porównuje obrazy, ale również przedstawia proces ich powstawania i jego okoliczności, późniejszą historię i współczesne miejsce przechowywania lub eksponowania, życie jego twórcy jako krótki, uzupełniający dodatek, ale również podejście autora do tematu uwarunkowane epoką, w której przyszło mu tworzyć.
Powolutku powstawała opowieść malowana obrazem.
Nawet nie wiem, kiedy i w jaki sposób zaczęłam dostrzegać zmieniająca się perspektywę patrzenia i głębi obrazu, cielesnego aktu człowieka, dynamikę, żmudną walkę z materią w oddawaniu trudnej natury wody i coraz śmielsze ukazywanie przez artystów własnej interpretacji scen biblijnych. Zmiany te zauważałam zwłaszcza w ukazywaniu emocji. Od sztuki umownej, statycznej po emanującą, ekspresyjną, dynamiczną. Ale to, co urzekło mnie najbardziej, to, toczące się na pierwszym planie i w tle, dzieje ludzkości ukazane poprzez trud życia człowieczego. Często widziany tylko pod lupą na trzecim, czwartym planie, a nawet na dalekim horyzoncie pejzażu.
Uwielbiam takie obrazy!
Ze szczegółami i szczególikami „ukrytymi” między maźnięciami pędzla, w kropce, która okazuje się być człowiekiem tak, jak na obrazie Wieża Babel Pietera Bruegela starszego.

W efekcie nie wiem, bo nie mierzyłam, czy więcej czasu zajęło mi oglądanie obrazów, czy „słuchanie” o nich. Całkowicie pochłonął mnie świat ukazany przez autorkę. Nie byłam przygotowana na jego koniec. Nagły, wręcz wyrywający mnie z niego. Miałam żal, że nie pożegnała się ze mną kilkoma słowami zakończenia. Że po wspólnej, pasjonującej wędrówce zabrakło podsumowania. Tak na „do widzenia” w następnej książce, bo podejrzewam, że będą. Że znowu znajdzie się dobra dusza i autorkę namówi na kolejny temat tak, jak było w przypadku tej pozycji. Na pocieszenie przejrzałam jeszcze raz, tym razem bogatsza o nową wiedzę, obrazy w kolorze umieszczone na końcu książki. Hiob wyszydzany przez żonę George’a de la Toura zahipnotyzował mnie.

Uwielbiam ogień i to, co robi z mrokiem wokół. I wiem, że zrzędząca żona to ucieleśnienie charakteru artysty. Tyle mojego, bo obrazu na własność mieć nie mogę.
I dobrze!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 01 listopada 2016
To normalne! – Enrico Gnaulati



To normalne!: dlaczego zwyczajne zachowania naszych dzieci nazwano ADHD, autyzmem i innymi zaburzeniami – Enrico Gnaulati
Przełożyła Iga Noszczyk
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 335 stron
Literatura amerykańska


ADHD to podobno ściema!
Ktoś podobno to sobie wymyślił! Podobno nie ma takiej choroby! Takie ostatnio informacje docierają do mnie zewsząd. Takie tytuły widziałam w mass mediach. Takie tytuły migały mi na okładkach ostatnio wydawanych książek. I wreszcie takie zdania słyszałam wśród zaprzyjaźnionych nauczycieli rzucane, jako rewelacje z ostatniej chwili, w trakcie rozmowy.
Podobno!
Dla mnie to było kluczowe słowo, które okazało się wierzchołkiem góry lodowej większego problemu z gruntem grząskim i bardzo głęboko położonym. Odważyłam się go zbadać, bo chciałam wiedzieć, jak naprawdę jest z tym ADHD? Jest czy go nie ma? Wybrałam do tego celu tę pozycję amerykańskiego psychologa, a zaważył na tym mocno intrygujący podtytuł, który wiele sugerował i jeszcze więcej dawał do myślenia – Dlaczego zwyczajne zachowania naszych dzieci nazwano ADHD, autyzmem i innymi zaburzeniami. Najważniejsze, że nie epatował skrajnością. Chciałam pozycji wyważonej i podchodzącej zdroworozsądkowo do zagadnienia.
I dokładnie to dostałam!
Ten niezwykle racjonalnie myślący człowiek od jakiegoś czasu przyglądał się z niepokojem swoim zdiagnozowanym przez psychiatrów małym pacjentom, których ilość w jego gabinecie rosła w zastraszającym tempie. Mało tego! W większości przypadków podważał diagnozę specjalistów, widząc nie chore psychicznie czy umysłowo dzieci, ale normalne, tyle że trudniejsze w przebiegu ich rozwoju lub dojrzewania. Statystyki ogólnokrajowe USA potwierdzały jego obserwacje. Wynikało z nich, że ADHD jest tak powszechne jak zwykły katar – można je zdiagnozować u co dziesiątego dziecka. Niemal tyle samo dzieci leczy się na ADHD co na przeziębienie – alarmowały - z czego aż trzydzieści do czterdziestu procent – w wieku dorosłym nie wykazuje już żadnych symptomów tej choroby. A przypomnijmy – ADHD to trwająca przez całe życie destrukcyjna i rujnująca choroba umysłowa. Leczona stymulantami na bazie, między innymi, amfetaminy. To nie było normalne według autora. Szczyt absurdu dostrzegł na jednym z portali poświęconemu ADHD, w którym udowadniano, że Kubuś Puchatek cierpi na ADHD, nie wspominając o jego rozbrykanym przyjacielu, Tygrysku. Tak! Królik też miał ADHD! Szalę cierpliwości wobec krzywdy wyrządzanej bezbronnym dzieciom przeważył przypadek dwuletniego dziecka, u którego zdiagnozowano ciężką chorobę psychiczną (sic!) leczoną stymulantami doprowadzającymi go do śmierci.
Autor powiedział – dość!
I zabrał głos w wojnie między dwoma obozami – tych, którzy twierdzili, że ADHD jest totalnym, stuprocentowym oszustwem a tymi, którzy upierali się przy fakcie jego bezsprzecznego istnienia. W tym celu napisał tę książkę, która, według niego, ma być przeciwwagą dla wciąż narastającej w naszym amerykańskim społeczeństwie tendencji do postrzegania wszystkich zachowań dziecka w kategoriach medycznych, do szufladkowania różnych normalnych reakcji stresowych naszych dzieci jako dowodów wspierających poważne diagnozy psychiatryczne. Swoim opracowaniem powiedział – Owszem, ADHD istnieje tak, jak autyzm i zaburzenia dwubiegunowe. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Problem jednak polega na nadużywaniu, nadinterpretowaniu i wykorzystywaniu tych chorób przez rodziców, nauczycieli, psychiatrów, młodzież i koncerny farmaceutyczne.
Każda grupa do własnych, egoistycznych celów.
Rodzice chcą mieć lżej w trudnej sztuce wychowania, wierząc, że „cudowna pigułka” rozwiąże teraz i natychmiast problem, z którym nie dają sobie rady.
Nauczyciele chcą pozbyć się problemu dziecka niewpisującego się w pożądany wzór zachowania – potulnego, posłusznego, pojętnego i uległego ucznia, kierując go do psychiatry.
Psychiatrzy chcą patrzeć na pacjenta od strony medycznej i w kategoriach choroby, ślepnąc na humanistyczne, zdroworozsądkowe wyjaśnienie problematycznych dziecięcych zachowań, za to dobrze widząc chorobę i sposób jej wyleczenia za pomocą chemii.
Młodzież chętnie przypisuje sobie ADHD i inne zaburzenia, czyniąc z nich modę na chorobę i sposób na lans. Jawnie obnosi się z nimi, umieszcza jako jedną z cech na profilach społecznościowych, wpisuje w żargon, tworzy piosenki i zaczytuje się bezkrytycznie w poradnikach ”dla idiotów”, w których udziela się rad.
I wreszcie koncerny farmaceutyczne, które nakręcają to zjawisko poprzez swoje, niekoniecznie prawdziwe, teorie, przeliczając je na zysk. Wszyscy przedstawiciele farmaceutyczni wiedzą o tym, że dziecko jest klientem, na którym można bardzo dobrze zarobić, bo lekarze, rodzice i nauczyciele wymagają od niego, by – po prostu – wzięło tabletkę i się rozchmurzyło.
Błędne kolo szaleństwa!
Zależności, w którym wszyscy zyskują oprócz dziecka. Autor poświęcił kilka rozdziałów na temat katastrofalnych skutków fizycznych (łącznie ze śmiercią), emocjonalnych, intelektualnych i społecznych, jakie niesie ze sobą zła diagnoza.
Prawidłowa diagnostyka to podstawa!
Nastawiona nie na pozbywanie się problemu z trudnym dzieckiem czy pacjentem, a na ujrzenie w nim rozwijającego się człowieka, który ma normalne problemy we wrażliwym okresie życia. Tego naturalnego okresu dojrzewania, którego łączy wiele cech wspólnych z zaburzeniami charakterystycznymi dla chorób psychicznych. Wykorzystywanie ich niewielkiego spektrum dla ułatwienia sobie wychowania czy nauczania to zbrodnia. Autor poświęcił dużo miejsca na wytłumaczenie specyfiki okresu adolescencji, pojęcia „normy” w tym burzliwym okresie, czynników mu sprzyjających i hamujących, wnioskując jedno – problematyczne zachowania nastolatków to NORMA! Zwłaszcza, że są potęgowane przez specyfikę dojrzewania w XXI wieku.
Dla mnie to rewelacyjna dawka wiedzy!
Coś, czego nie było, bo kilka dekad temu nie miało prawa w nich być, w akademickich podręcznikach guru wychowania Michała Godlewskiego czy Heliodora Muszyńskiego, a co autor podkreślił jako czynnik mający ogromny wpływ na współczesnego nastolatka – technologia informacyjna i komunikacyjna. Nowe technologie powodują zmianę stylu życia, a nastoletnia kultura zmieniła się tak bardzo, że już prawie w ogóle nie potrafimy jej zrozumieć. To kultura, w której otwarta, swobodna i natrętna autopromocja nie powoduje już zdziwionego uniesienia brwi; kultura, w której codziennością są „efektowne zerwania”, „świrowanie”, „seksemesy”. Łatwy dostęp do internetu, iPodów, komórek, konsol i telewizji kablowej powoduje, że nastolatki nieustannie doświadczają form ekspresji, w których dominują hałas, sprośność, przemoc i wściekłość. To pokolenia urodzone począwszy od lat 80. XX wieku i od urodzenia poddane immersji nowym mediom, a które Jacek Pyżalski w swojej pracy badawczej Agresja elektroniczna i cyberbullying nazwał „tubylcami cyfrowymi” w odróżnieniu od starszych pokoleń – „imigrantów cyfrowych”. To pokolenia, w wychowaniu których musi wziąć się pod uwagę cechy, które wcześniej nie występowały – wzrost samooceny, krzyk jako moda, jawna seksualność i deprywacja snu.
Tę książkę powinien przeczytać każdy pedagog!
Mimo że ta pozycja jest przeznaczona przede wszystkim dla rodziców, do których autor zwraca się bezpośrednio, prosząc o zdrowy rozsądek i jako do tych, dla których dobro własnego dziecka jest najważniejsze. To oni mogą i mają prawo zakwestionować sugestie nauczycieli i diagnozę psychiatrów, szukając pomocy u psychologów potrafiących pomóc przejść im przez trudniejszy niż u innych dzieci, proces rozwoju i dojrzewania. Poświęca temu ostatnie rozdziały, w których można znaleźć praktyczne, warsztatowe wręcz porady, jak radzić sobie w komunikacji z dzieckiem i jak organizować proces wychowawczy jako jego inżynier, animator, reżyser czy menadżer. Ilustruje je licznymi przykładami z własnej praktyki zawodowej. A wszystko to po to, by byli w stanie uchwycić nawet najdelikatniejsze przejawy dziecięcych oczekiwań, a dziwne reakcje umieli powiązać z osobowością dziecka i z okolicznościami życiowymi i żeby potrafili je odróżnić od prawdziwych problemów psychicznych.
To co spodobało się mi najbardziej, to podkreślanie płciowości w wychowaniu, jako czynnika go determinującego. W opozycji do wszechobecnego gender. Autor w nosie ma posądzenie o seksizm. Wręcz wskazuje na konieczność brania go pod uwagę w wychowywaniu chłopców i dziewczynek.
Dlaczego? – odsyłam do książki.
Może ktoś zauważyć, i słusznie, że autor opisuje zjawisko z rzeczywistości amerykańskiej. Ale jak historia wychowania pokazuje i globalizacja ułatwia, to tylko kwestia czasu, kiedy stanie się naszą, polską rzeczywistością. Wystarczy przyjrzeć się rozdmuchanemu u nas zjawisku dysleksji, które wykorzystuje się przez nauczycieli i rodziców do „ulżenia” sobie i dziecku w nauce szkolnej. Zaburzeniu, z którym w szkole ponadgimnazjalnej nie robi się nic, poza stawianiem bardziej „wyrozumiałych” ocen i zaznaczeniem tej dysfunkcji na arkuszu maturalnym. Nie znam żadnego tak zdiagnozowanego nastolatka lub nastolatki spośród mojej zaprzyjaźnionej młodzieży, którzy pracowaliby dodatkowo nad zminimalizowaniem dysfunkcji w domu lub w szkole. Nie wiem, jak to wygląda w szkole podstawowej i gimnazjum. Na szczęście dla dzieci, nie „leczy” się jej lekami. Śmiem twierdzić, że to „jaskółka” plagi, która właśnie ogarnęła USA, a do nas dociera w postaci „rewelacji”, że ADHD to ściema.
Czytajmy takie wyważone książki i bądźmy przygotowani, zamiast powtarzać bezmyślnie „rewelacje” z mediów.
Uwaga techniczna do tłumaczki!
To kolejna pozycja (zaczyna mnie to bardzo irytować!), w której tłumacz nie rozróżnia pojęcia „nastolatkowie” i „nastolatki”, a Internet pisze małą literą. Stąd cytaty z błędem, które zobowiązują do dosłowności, bez prawa nanoszenia poprawek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To normalne! [Enrico Gnaulati]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 29 października 2016
Agresja elektroniczna i cyberbullying – Jacek Pyżalski



Agresja elektroniczna i cyberbullying jako nowe ryzykowne zachowania młodzieży - Jacek Pyżalski
Oficyna Wydawnicza Impuls , 2012 , 317 stron
Literatura polska


Miecz o dwóch ostrzach.
Tak Internet nazwał, cytowany przez autora, Zheng Yan, profesor zajmujący się psychologią wychowawczą na amerykańskim Uniwersytecie Harwardzkim, który ujął w tej metaforze zarówno pozytywne, jak i negatywne konsekwencje społeczne, jakie ze sobą niesie. Autor w swoim opracowaniu skupił się przede wszystkim na tych negatywnych. Przy czym Internet uznał za nowe narzędzie realizacji zjawisk negatywnych, do których należy agresja elektroniczna. W swoich rozważaniach teoretycznych i badaniach zawęził ją do cyberbullyingu czyli przemocy elektronicznej zachodzącej tylko w środowisku szkolnym. Zanim jednak zaczął posługiwać się charakterystycznymi pojęciami związanymi z tematem, przytoczył wyczerpującą dawkę współczesnej wiedzy na ten temat w kilku pierwszych rozdziałach. W treści powołał się na badaczy nauk społecznych z całego świata, a tym samym wprowadził w świat nowych mediów i komunikacji zapośredniczonej, podkreślając przy tym jedność świata wirtualnego i rzeczywistego oraz standardowość procesów społecznych w nich zachodzących, jedynie przeniesionych do świata Internetu. To bardzo ważna uwaga, która nie pozwala na negowanie i piętnowanie Internetu jako takiego, wskazując jedynie na pojawienie się nowego środowiska socjalizującego młodzież.
Rozwój technologiczny trwa!
Nie było, nie ma i nie będzie takiego człowieka, który by go powstrzymał. Jak zauważył autor – wszystkie media na przestrzeni ostatnich dwustu lat, tj.: telegraf, telefon, radio, film i telewizja, bywały oskarżane o wiele bardzo niekorzystnych zjawisk (np. osłabienie więzi społecznych), przy równoległym świętowaniu i apoteozie możliwości, które przynosiły. Dlatego zamiast demonizować Internet, należy mu się bardzo dobrze przyjrzeć.
I dokładnie to zrobił autor!
Nominowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego do europejskiej akcji badającej zjawisko cyberbullyingu przeprowadził badania pod tym kątem wśród polskiej młodzieży, studentów i nauczycieli. Pozyskał nie tylko możliwość współpracy z czołowymi naukowcami badającymi to zagadnienie, ale i dostęp do najnowszych wyników ich prac. Doświadczenia i wnioski swojej czteroletniej pracy badawczej umieścił w drugiej części tej monografii. Szczegółowo opisał metodykę i procedury badawcze, ale co najważniejsze, sformułował teorię dotyczącą agresji elektronicznej, którą nazwał teorią ABACUS. Dla mnie najważniejszym i najbardziej przydatnym okazało się skonstruowanie praktycznych rozwiązań w zakresie profilaktyki i interwencji w przypadku agresji elektronicznej. „Nowy” cyberbullying to nic innego, jak dobrze znana przemoc szkolna (bullying) przeniesiona do świata wirtualnego. Odczarował zjawisko, które metaforycznie autor nazwał za cytowanym Quingiem Li – starym winem w nowej butelce.
To bardzo dobra wiadomość!
Zwłaszcza dla przerażonych i bezradnych osób odpowiedzialnych za wychowanie młodzieży. Autor daje im do ręki sprawdzone metody wychowawcze, zamiast restrykcyjnych i ograniczających dostęp do Internetu. Wymaga to jednak ze strony dorosłych zajrzenia do niego jako nowego pola działań wychowawczych, w którym stare metody w nowym środowisku mogą przynieść zamierzony efekt – świadome i odpowiedzialne korzystanie przez młodzież z nowych mediów.
To trudne!
Biorąc pod uwagę międzypokoleniową lukę cyfrową istniejącą między tubylcami cyfrowymi (ludzie urodzeni w latach 80. XX wieku i poddani immersji nowym mediom) a imigrantami cyfrowymi urodzonymi wcześniej, zjawisko cyberbullyingu póki co rozwija się bez przeszkód i nie daje objawów w realu. A jeśli już, to jest również skutkiem w postaci samobójczej śmierci. To właśnie fala samobójstw wśród norweskich nastolatków skłoniła badaczy nauk społecznych do zgłębienia tego zjawiska. Ofiary cyberbullyingu bardzo rzadko proszą o pomoc dorosłych. Wyniki badań polskich autorów wskazują, że jedynie co dziesiąta ofiara przemocy online informuje o tym rodziców, a bardzo nieliczni – nauczycieli. – podkreśla autor. Budujące jest to, że w obecnym roku szkolnym jednym z priorytetów w polskich szkołach jest technologia informacyjna i komunikacyjna. Ta praca badawcza i wynikające z niej wnioski idealnie wpisują się w ten priorytet, czyniąc z niej lekturę obowiązkową dla wszystkich wychowujących dzieci i młodzież.
Również rodziców.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Agresja elektroniczna i cyberbullying jako nowe ryzykowne zachowania młodzieży [Jacek Pyżalski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi