Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 17 czerwca 2018
Wszystko zaczyna się wiosną – Marta Alicja Trzeciak

Wszystko zaczyna się wiosną – Marta Alicja Trzeciak
Wydawnictwo Kobiece , 2018 , 464 strony
Literatura polska
 

   Czy lata 80. i 90. XX wieku w Polsce mogły być magiczne?

   Trudno w to uwierzyć. Zwłaszcza tym, którzy je dobrze pamiętają. Kojarzą się raczej z siermiężnością, szarością egzystencji i zmianami politycznymi. W którym miejscu był czas na magię? W kolejce po mięso na kartki? W niemożności wyjechania poza granice kraju? W katowniach UB? A może w niewielkim Miasteczku na Ziemiach Odzyskanych przy ulicy Staffa 18 przez 2? W zastępczej rodzinie Miezynków prowadzonej przez Stefę i jej męża? W zbieraninie dzieci z czarną i bezdenną dziurą w sercu, wypaloną przez patologiczną przeszłość? W problemach dnia codziennego spowodowanych piętnem przeszłości każdego z nich? W kalectwie, bulimii, anoreksji, przestępczości, depresji, z którymi borykała się cała rodzina na tle trudnej historii Polski? Przecież to realizm życia. Brutalny i bolesny. Czasami bardzo!

   A jednak było magicznie!

   Za sprawą małego chłopca, który trafił do rodziny Miezynków tuż po urodzeniu. Baltazar pojawił się na świecie w niezwykłych, choć tragicznych okolicznościach. Matka urodziła go samotnie w księgarni między regałami, której była właścicielką. Przed śmiercią zdążyła owinąć noworodka w to, co miała pod ręką – w ogromne płachty papieru wyrwane z wielkiego tomiska Najpiękniejsze baśnie. Sam chłopiec również był niezwykły. Posiadał czułą intuicję, ponadprzeciętną pamięć i dar uzdrawiania. Miewał również prorocze sny symboliczne dotyczące najbliższych. Mieszkańcy kamienicy widziani oczami dziecka też nie byli przeciętni. Jawili się niemal, jak postacie wyjęte prosto z bajek mówiące zagadkowymi zdaniami. Nieznana przeszłość Baltazara wprowadzała tajemnicę, która niepokoiła i kusiła dorastającego chłopca do jej rozwiązania.

   Trudno było oddzielić realizm od magii.

   W efekcie powstała powieść trudna do jednoznacznego zaszufladkowania. Dla jednych to:

Dla innych opowieść mająca wiele z powieści społeczno-obyczajowej i psychologicznej, ale równie wiele z powieści filozoficznej. Zawierała mnóstwo symboli odnoszących się do życia, losu, przeznaczenia, śmierci, sensu i jeszcze więcej pytań o nie, z których najważniejszym było – czy mamy wpływ na własne życie? Autorka nie odpowiedziała nie nie wprost. Tak poprowadziła fabułę, tak splatała losy ludzkie, tak łączyła wydarzenia, by umożliwić mi samodzielne sformułowanie odpowiedzi. Ostatecznie pokazała cel i sens ludzkiego istnienia, nawet wtedy, gdy kończyło się „bezsensowną” śmiercią. Tym samym autorka podjęła się wytłumaczenia jednej z najtrudniejszych do zaakceptowania przez człowieka sytuacji – śmierci niezawinionej, która pozornie nie ma uzasadnienia.

   Mnie przekonała.

   Nie tylko misternie poprowadzoną fabułą z powoli pojawiającymi się tajemniczymi wątkami z pogranicza jawy i snu, by je ostatecznie powiązać w jedno, najważniejsze, decydujące zdarzenie, ale też swobodnym przemieszczaniem się w czasie przez narratora zewnętrznego oraz umieszczonymi w treści przypowieściami, opowieściami, historiami, baśniami będącymi swoistymi komentarzami filozoficznymi do życia Miezynków. Tutaj nawet nazwisko bohatera czy nazwa ulicy nie były przypadkowe. Odkrywanie ich nawiązań literackich i znaczeniowych było dla mnie dodatkową frajdą. Istniała w tej opowieści również magia nad magiami. Wyjątkowa. Dla mnie najważniejsza, mimo że transparentna.

   Miłość.

   Tak celnie ujęta w zdaniu umieszczonym na okładce książki.

Obecna choć niewidzialna. Działająca cuda widoczne w prozaicznych czynach tak łatwych do przeoczenia. Trudna do wypowiedzenia, ale łatwiejsza do pokazania. Pozwalająca na odnajdywanie indywidualnej tożsamości, ale scalająca w jedną drużynę w chwilach trudnych. I najważniejsze – będąca bazą wszystkich wyborów. Mocą napędową sensu życia. Wtedy nieważne, w jakich czasach przyszło się na świat. W jakim miejscu się mieszka. W jakiej rodzinie się wychowuje. Wśród jakich ludzi się przebywa. Miłość magicznie zamienia wszystko na naszą korzyść. Nawet jeśli dla niej, przez nią, z jej powodu umrzemy. Trudno zrozumieć tę sprzeczność?

   Po tej powieści – nie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Wszystko zaczyna się wiosną [Marta Alicja Trzeciak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 02 czerwca 2018
Tygrysica i Akrobata – Susanna Tamaro

Tygrysica i Akrobata – Susanna Tamaro
Przełożył Oskar Styczeń
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagielońskiego , 2018 , 158 stron
Seria z Żurawiem 
Literatura  włoska

   Posłuchajcie...

   W bezkresnej Syberii, blisko granic Dalekiego Wschodu, wśród zaśnieżonych lasów Tajgi, tam, gdzie od początku czasów wschodzi słońce, na świat przyszła Mała Tygrysica. Odkąd go ujrzała, zadawała mnóstwo pytań o jego naturę. Z czasem uświadomiła sobie, że samo życie było pełne tajemnic. Myśli, niczym brzęczące owady, kłębiły się w jej umyśle, pojawiając się nieustannie z jej wnętrza, niczym z bezdennej studni. Była wobec nich bezsilna, bo nie dało się ich zmiażdżyć łapą, ani też odpędzić ogonem. Myślenie rozpraszało ją i dekoncentrowało. Nie pozwalało skutecznie polować. Stawiało pod znakiem zapytania jej szansę na przeżycie w Tajdze. Nie pomagały napomnienia ze strony Ojca – Tygrys musi być zawsze Tygrysem albo Nie możesz dać miejsca innej naturze. Nie pomagały uwagi Matki – Niebo ustala przeznaczenie każdego z nas albo Myśli lisa nie mogą być twoimi myślami, a spojrzenie kruka nie może być twoim spojrzeniem.

   Jednak w Małej Tygrysicy zagnieździła się inna natura niczym grzyby w drzewie.

   Wbrew naukom rodziców nawiązała więź z największym wrogiem tygrysów – człowiekiem. Człowiekiem z Chaty - takim samym wyrzutkiem wśród ludzi, jak ona wśród tygrysów. Kontakt ten ostatecznie przypłaciła uwięzieniem. Stała się zwierzęciem cyrkowym, boleśnie poznając gorzki smak utraty wolności, o odzyskanie której musiała zawalczyć.

   Brzmi jak bajka dla dzieci?

   Bo to jest bajka, ale filozoficzna. Jej tematyką była wolność. Autorka pod nieskomplikowaną fabułą, w której zwierzęta myślą, czują, mówią i rozmawiają z ludźmi, ukryła metaforę ludzkiego życia. Życia, które powinno toczyć się zgodnie z indywidualnymi cechami osobowości, marzeniami, przekonaniami, możliwościami, predyspozycjami i planami. Życia, którego nie powinno się pozwolić zniewolić konwenansami i normami kulturowymi. Życia wolnego od zasad narzuconych przez tradycję rodzinną. Życia, które ma sens i cel, jeśli nie pozwolimy uwięzić go za kratami wyobrażeń i przekonań narzuconych przez innych ludzi.

   To człowiek jest największym wrogiem człowieczej indywidualności.

   Ten obok nas, pragnący władzy i my sami, pozwalając kratom otoczyć nasze serce i zamknąć przed sobą wszystkie możliwości rozwoju i szanse przemiany. Walka o odzyskanie wolności, własnej natury, życia, losu, marzeń, przeznaczenia, jest bardzo trudna, ale możliwa, jeśli przeszkody potraktujemy tak, jak wyzwanie, a z nadziei uczynimy siłę motywującą i wzmacniającą wewnętrzny ogień – lodowaty, który niszczy lub gorący, który buduje. To od nas zależy, którego użyjemy do walki lub poddania się. To my decydujemy, który z nich będzie w nas płonąć.

   Ta przepięknie skonstruowana opowieść wykorzystująca spektrum środków stylistycznych czyniących ją trochę baśnową, trochę realną, trochę poetycką, a trochę prozatorską, brzemienną przebogatą treścią filozoficzną, ma przede wszystkim potencjał terapeutyczny dla ludzi zagubionych, zniewolonych, zabłąkanych lub poszukujących własnej drogi w życiu. Autorka dała możliwość towarzyszenia Małej Tygrysicy, która dokładnie taka była. Utożsamienie się z nią, z jej sytuacją, środowiskiem rodzinnym i drogą życiową, pozwoliło na współudział w wędrówce, by prześledzić warianty podejmowanych decyzji i dokonywanych wyborów oraz ich skutków. Włącznie z utratą wolności i walką o jej odzyskanie, po to, by ukazać problemy jako tak samo rozwijające , jak sukcesy. W myśl zasady Człowieka z Chaty, który w opowieści pełnił rolę mędrca, guru lub przewodnika duchowego – Smutne życie tego, kto nigdy nie napotkał ściany.

   Takich sentencji jest  w niej mnóstwo!

   Książka nie narzuca wymogów wiekowych swojemu odbiorcy. Mogą ją czytać zarówno starsze dzieci, młodzież, jak i dorośli. Wszystko zależy od dojrzałości emocjonalnej, doświadczeń życiowych i osiągnięcia etapu zadawania pytań egzystencjalnych. Dokładnie tak, jak w przypadku Małego Księcia Antoine de Saint-Exupéry’ego, Mistrza Andy’ego Andrewsa, Oskarżonego pluszowego M. Clifforda Chasego i wielu, wielu innych książkowych drogowskazów życia.

   Idealna pozycja dla mojej młodzieży, która prosi mnie o coś mądrego, życiowego, filozoficznego i pełnego sentencji do wynotowania!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

wtorek, 01 maja 2018
Ostatni zlot aniołów - Marian Pankowski

Ostatni zlot aniołów: z rękopisów sylwy Mariana Pankowskiego sześć rozmaitych dni wybrał Piotr Marecki, edytor Kraków, 9 listopada 2050 r. – Marian Pankowski
Ilustrował Jakub Julian Ziółkowski
Wydawnictwo Krytyki Politycznej , 2007 ,  72 strony
Literatura polska

   Cieniutka książka o „grubej” treści!

   Zawierała w sobie zaledwie sześć zapisów. Pierwszy pochodził z 22 grudnia 2006 roku, a datowany jako ostatni z 21 kwietnia 2040 roku. Redaktor do edycji w 2050 roku wybrał je z sylwy Mariana Pankowskiego, jak sugeruje podtytuł książki. Autor sylwy, bohater jej fragmentów a zarazem narrator, opisał w tym swoistym diariuszu niezwykłe wydarzenie – Zlot Liszniański. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie to, że jego uczestnikami były Anioły, a on ich gościem oprowadzanym po... dolinie Liszny co aż do Sanu biegła, a w niej, w tej dzieży telurycznej zastępy Aniołów, skrzydlatych i nieskrzydlatych w nieustannym ruchu.

   Jakże podobnych do ludzi!

   Całkiem po ludzku też się zachowujących. Chodzących w dżinsach

i urządzających pokaz mody metafizycznej. Organizujących konkursy literackie nie dla bab i turnieje na fraszkę ero-skatologiczną. Rozważających problemy i dylematy jako żywo zaczerpnięte z tych ziemskich, nierozwiązanych i nadal kontynuowanych, bo, w którego z Bogów my, Anioły, mamy wierzyć? W tego „milionowego”, z wieżą Babel kneblującą świętą łacinę, czy... ja wam powiem... w tego, do którego po żmudnych kalwariach droga, i którego imię Golgota! Dzielących się na WiedzakówWierzaków pod względem światopoglądowym, a pod względem płci u jednych były dziurawości, a u drugich dyndajności. Z których część podlegała próbnemu okresowi upadłości, bo pełnych jeszcze ziemskości w pogłębianiu prawdy. To, co widział bohater, miało mu wystarczyć po powrocie do rozmyślań do końca swojej drogi po Ziemi. Swoje filozoficzne rozważania podsumowujące wizytę umieścił w ostatnim tekście niedatowanym, zawierając w nim wnioski. Najważniejszym z nich było prawo człowieka do wiary i wątpienia w myśl zasady – Ufaj... i wątp! I znowu ufaj! Idea myśli wątpiącej mała obalać piramidę tradycyjnych pewności, czyli podkopywać ład, bo w nim rej wodzą pochlebcy!

   Szerzeniu tej idei ma służyć ta powieść postsekularna.

   Pierwsza polska, jak przeczytałam w okładkowym blurbie. Pomysł tematyki powieści podsunął autorowi album z aniołami oglądany w polskim konsulacie w Wiedniu, o czym wspomina w poniższym, krótkim wywiadzie.

   Autor, zgodnie z założeniami powieści postsekularnej, sprofanował w niej sacrum, wprowadzając do fabuły obrazoburczy komizm, groteskę, a nawet wulgarność, którą szczególnie było widać w przaśności konkursowych strof układanych przez Anioły:

Srała baba w garczek,

aż po lesie grzmiało!

Zatykała palcem dupę,

żeby nie śmierdziało!

Rzeczywistość zaświatów była lustrzanym odbiciem realiów ziemskich, a u jego podstaw ideologicznych leżały wartości świeckie. W przemowach postaci wykorzystał religijne interteksty biblijne, ukazując inną ich interpretację, redefiniując przy okazji dotychczasowe, tradycyjne pojęcia. Poddawał je w wątpliwość i pod dyskusję. Estetykę wzniosłości brukał śmiałymi dialogami, oskarżeniami, kłótniami i mityngami, w których Anioły ulegały człowieczym emocjom, dając upust w dosadnym słownictwie – Chuja prawda! i używając ich, jako argumentu w sporze o intencjonalność Wszechmogącego. Moc obrazoburczego tekstu dopełniały podkreślające to ilustracje Aniołów w stringach i z rogami.

   A wszystko to przesiąknięte osobistymi wątkami autobiograficznymi.

   Jako poeta, autor nie miał problemu z tekstami poetyckimi stworzonymi na potrzeby powieści. W opisach prozatorskich musiał wręcz ograniczać swoją Muzę Euterpe, by widziany San jako białe porohy wód zniewolonych, wód na sztorc, dwakroć przeczących swej naturze, stał się, innymi, potocznymi słowy ujęty, po prostu zwykłym zatorem na rzece. Lubiłam te wewnętrzne spory, który tekst miał wieść prym i która Muza miała mu przewodzić w danej chwili. Od czasu do czasu, ciemną smugą, wkradała się w niego mroczna przeszłość obozowa. Autor był więźniem niemieckich obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, Gross Rosen i Bergen-Belsen. Pamięć koszmaru przeżyć ujawniał w używanych pojęciach – komanda Aniołów, obóz, po którym się przemieszczali i dym rozwiany po Żydach, których też już nie ma. Całą filozofię powieści autor zawarł w ostatnim zdaniu – Podskórna, w żyznym rozkładzie grzybnia byłego, co czeka, czyha, gotowa melodramatyczną liryką zbanalizować mi czas obecny, kiedy ja gram w klasy, kiedy rzucam biały kamyk przed siebie na drogę, na której niebo i piekło pierworodnie bliźniacze. Cały światopogląd autora w sylwie, powieści postsekularnej, fantastycznej i tym jednym zdaniu, ujęte! Podobno po umiejętności zawierania skomplikowanych i trudnych myśli w krótkich formach poznaje się mistrza.

   Tego autora na pewno to dotyczy.

   Doceniło to jury Nagrody Literackiej Gdynia 2008, czyniąc powieść laureatką w kategorii proza.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 21 kwietnia 2018
Olanda – Rafał Wojasiński

Olanda – Rafał Wojasiński
Wydawnictwo Nisza , 2018 , 120 stron
Seria Opowiadaj Dalej...
Literatura  polska

   Nowa odsłona Starej.

   Jednak bardziej precyzyjna. Bardziej rozbudowana, boleśniejsza i dotkliwsza. Z bardziej świadomym swego istnienia/nieistnienia bohaterem. Na swój sposób spełnionym, szczęśliwym i pełnym radości życia. Jego kościołem, katedrą, grobowcem, placem, pałacem i ławeczką przed domem była „Olanda”. Sklep z piciem i ciepłym jedzeniem, w którym dla narratora Marka, tytułującym się samozwańczo hrabią, był końcem drogi. Dalej nie było żadnej, ani bożej, ani ludzkiej, ani kosmicznej, ani ziemskiej, ani drogi powołania, miłości, prawdy i przeznaczenia. Tutaj znajdywał każdą. Tutaj był jego środek ciężkości, sens, szczęście i publika w osobie Oli nazywanej także Olandą. Tutaj mógł wypowiedzieć, nazwać, opisać, sprecyzować, porównać to, co zaobserwował wokół siebie i usłyszał od starej wdowy, skazanych na siebie Michała i Stefana, Eli zmagającej się ze śmiercią córki, Waldka ze Świerszczem w głowie, Dziada Kaliny, Władka z obumarłym noworodkiem w walizce, Andrzeja z byle jakim losem, grabarza Stanisława. Od wszystkich tych bohaterów kolejnych opowiadań, którzy nie dostali z życia nic z tych wspaniałych rzeczy, jakie dostają ludzie, którzy znają sens, Boga, którzy cenią miłość zdrowych do zdrowych i młodych do młodych, którzy wierzą, że mają zasady, moralność, którzy twierdzą, że potrafią rozpoznać zło i dobro, którzy przed telewizorem wzruszają się ofiarami urzędników zagłady. Słowami prostymi, ale pełnymi kontrastowych porównań i skrajnych zestawień, w których mężczyzna po piwie czuję się jak pierwszy człowiek po jabłku. Często prowadzącymi do groteski i absurdu, w których brak nogi u bohatera pomaga lepiej mu widzieć. Słowami celowo nieukładanymi precyzyjnie, by nie mogły być tylko rozumiane, bo życie znaczy więcej niż opowiedzenie życia. Stąd jego ględzenie, marudzenie, bełkotanie i świntuszenie niosące ze sobą emocje.

   Przekazywane wnioski i myśli nie były optymistyczne.

   Każde odwiedziny, każda odsłona osobistej, wypracowanej prawdy w kolejnym rozdziale coraz bardziej pogrążała słuchaczy w pesymizmie, niedoli, bezsensie i niesprawiedliwości losu, i najważniejsze, w obnażaniu fałszu obranej drogi. Narrator skutecznie rozbijał szklaną bańkę uporczywego, zdesperowanego trwania w nieświadomości. Składał parasol chroniący przed jego trudną do przyjęcia  wersją egzystencji. Sprowadzał do dołu kloacznego i do szamba życia, dosłownie i w przenośni, by odbiorcę uczynić świadkiem istnienia po istnieniu. By poczuł zapach (nie odór!) jego ekskrementów powstałych z miłości do życia, przetrwania, zwycięstwa, apetytu, popędu i przemocy. A wszystko to po to, by w ten brutalny sposób zmienić świadomość odbiorcy. Dotychczasowy sposób patrzenia na życie i świat. Pojmowania ich. Metod budowania lub dostosowywania się do nich. Tworzenia filozofii usprawiedliwiającej ostateczny wytwór.

   Zdeformowane człowieczeństwo.

   Skomplikowane na własne życzenie poprzez gadanie o istnieniu. Usprawiedliwiane kulturą, moralnością, sztuką, polityką, religią. Wynaturzone pod wpływem chęci okiełznania i posiadania życia. Ogłupione przez filozofię próbującą nadać mu sztuczny sens. Złagodzone obroną przed lękiem przed śmiercią. Ostatecznie wskazującą na głupotę, która dotychczas była widziana w osobach niedostosowanych do życia społecznego. W tych, którzy myśleli wbrew innym, a często również wbrew sobie. We wszystkich bohaterach opowieści, którzy zachowali odmienne, ale pierwotne pojmowanie istnienia i jego sensu. Z nieodłącznymi cechami – przemijania, poddania się, pokory, eliminacji wszystkiego ponad to, co jest i widać, złudności zdrowia, tajemnicą celu, optymizmem biorącym się z miłości do braku sensu i bezwarunkową zgodą na nieistnienie.

   Wybór należy do odbiorcy.

   Wtedy będziemy żyć długo i na swój sposób szczęśliwie tak, jak stare małżeństwo w słuchowisku radiowym autora Długie życie albo będziemy uchodzili za wariatów tak, jak bohater w kolejnym słuchowisku autora Wariat, albo w ułudnym świecie człowieczeństwa stawiającego się wyżej zwierząt i innych ludzi. Człowieczego szaleństwa, które myli dobro ze złem, prawdę z kłamstwem, głupotę z mądrością, sens z bezsensem, przemijanie ze stałością, chorobę ze zdrowiem, a życie ze śmiercią.

   Całe bogactwo przesłania idealnie ujmuje myśl autora umieszczona niczym motto na początku książki.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 15 sierpnia 2017
Chata – William Paul Young

Chata – William Paul Young
Przełożyła Anna Reszka
Wydawnictwo Nowa Proza , 2009 , 282 strony
Literatura kanadyjska

   Dlaczego jest tyle zła na świecie?

   Dlaczego Bóg pozwala na cierpienie śmiertelnie chorego dziecka? A co z chciwcami, którzy wyzyskują biednych? Z tymi, którzy wysyłają dzieci na wojnę? Co z mężami bijącymi żony? Co z ojcami bijącymi synów tylko dlatego, że chcą złagodzić własną udrękę? Co z dziećmi mordowanymi przez własnych rodziców? Co z wojnami, w których giną niewinni cywile? Dlaczego Bóg na to pozwala? Dlaczego nie odwróci losu? Dlaczego nie ulży w bólu?

    Dlaczego, dlaczego, dlaczego...

    Bardzo często zdarza mi się słyszeć tego typu pytania w rozmowach o życiu. Odpowiedzieć na nie zdaniem jednego z bohaterów tej powieści – Może masz niewłaściwe pojęcie o Bogu. – byłoby zamachem na ich wiarę. Nikt nie lubi trzęsienia gruntu, na którym stoi. Lepiej podsunąć takim zmagającym się i pogubionym w swoim światopoglądzie religijnym tę książkę. Stoi sobie na mojej półce (aż trudno uwierzyć!) 17 lat i robi dobrą robotę! Nie liczyłam, ilu osobom ją pożyczyłam (ostatnio, po ekranizacji powieści, częściej na ich prośbę), ale za każdym razem wracała do mnie z zachwytem na twarzy oddającego i brakiem słów ogarniających jej przesłanie.

   Wiedziałam jedno – troszeczkę pomogłam!

   Powieść rozpoczyna się bardzo prozaicznie, bo sensacyjnie. Mackowi, szczęśliwemu mężowi i ojcu trojga dzieci, ginie najmłodsza córka Missy. Zakrwawiona sukienka odnaleziona w odludnej chacie sugeruje, że dziewczynka prawdopodobnie nie żyje. Jej porwanie rozpoczyna w rodzinie czas Wielkiego Smutku i początek rozpadu więzi rodzinnych. Po kilku latach od tragedii i symbolicznym pochowaniu Missy, Mack znajduje w skrzynce pocztowej list z zaproszeniem do chaty.

   TEJ chaty.

   Wyrusza do niej, rozpoczynając, jak dla mnie, najmniej przemawiającą do mnie część tej powieści, spotkanie z Bogiem w trzech osobach – starszą Murzynką (Bój Ojciec), młodym mężczyzną (Jezus) i młodą kobietą (Duch Święty). To moment, w którym czytelnik otrzymuje wiedzę na temat dogmatu Trójcy Świętej i boskości Jezusa. Dla większości chrześcijan to ważne, a dla reszty wierzącej inaczej, treść przez którą warto przebrnąć, żeby przejść do najważniejszej części tej historii.

   Dla mnie najistotniejszej.

   Rozmowy Macka z Bogiem, a raczej z poszczególnymi jego uosobieniami, który praktycznie i obrazowo tłumaczy mu fundamentalne prawdy wary - swoją rolę w stworzeniu świata i człowieka, roli człowieka, jego drogi, wyborów, wolnej woli i pragnienia niezależności, istocie dobra oraz  zła i jego sposobów i przyczyn pojawiania się na świecie, roli cierpienia, którego symbolem są łzy, sens oceny innych (w tym Boga) i wymierzania sprawiedliwości za życia w stałym odnoszeniu się do cierpienia i strat, jakie są udziałem Macka. Autor w tych rozważaniach i dialogach między Bogiem a cierpiącym mężczyzną sięga do korzeni  wiary ewangelików. Nie bez powodu w powieści pojawia się Biblia Gedeona. Sam jest synem misjonarzy wychowanym wśród plemion zamieszkujących Nową Gwineę. Również doświadczonym stratą, którą przepracował, a swoimi przemyśleniami i wnioskami dzieli się w postaci tej powieści. Nawiązuje metaforycznie do „chaty”, miejsca bólu straty noszonego w sobie, który jest doświadczeniem prawie każdego człowieka. Czyni z niego płaszczyznę porozumienia i punkt wyjścia do zrozumienia podstawowych i, wbrew pozorom, dla wielu trudnych zagadnień wiary. Wymagającej i bezkompromisowej. Może dlatego jest tak skuteczny w swoim przesłaniu,  sądząc po zachwycie oddających mi pożyczoną książkę. Co zaskakuje, dla żadnego z czytających katolików nie miało znaczenia protestanckie nachylenie powieści, w której autor wyraźnie odrzuca Kościół jako instytucję, jego system władzy oparty na hierarchii duchownych oraz ich pośrednictwo w komunikacji z Bogiem. Liczyło się to nowe spojrzenie na Boga i rolę człowieka w jego planach.

   Jeśli jednak ktoś ma wypracowany światopogląd religijny, w którym dominuje bezwarunkowa pokora, posłuszeństwo i poddanie się woli Boga. Jeśli ktoś jest w każdej chwili gotowy na śmierć. Jeśli ktoś zawsze przedkłada miłość do Boga nad grzeszną miłość (cudzołóstwo, rozpusta) do drugiego człowieka. Jeśli ufa Bogu, widząc codzienne cierpienie i śmierć własnego dziecka lub innej, kochanej osoby. Jeśli ktoś nie zadaje pytań zaczynających się od „dlaczego” w tragicznych, traumatycznych momentach  życia – ten może nie czytać tej powieści. Wyda mu się hollywoodzkim przekazem dla niedojrzałych w wierze. Pierwszym stopniem wtajemniczenia dla początkujących.

   Sądząc po zawrotnej popularności książki w świecie, jednak bardzo potrzebnym.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Chata [William Paul Young]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tutaj wysłuchałam autora opowiadającego o swojej powieści.

sobota, 25 października 2014
Kiedy zapadła cisza – Jesse Ball

Kiedy zapadła cisza – Jesse Ball
Przełożyła Agnieszka Wądołowska
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 233 strony
Literatura amerykańska

Ten...
No właśnie! Musiałabym posłużyć się słowem, którego nie wolno mi użyć. Kryje ono w sobie bazę pojęciową, na której zbudowany jest pomysł tej, powiedzmy, powieści. Dlatego będę posługiwała się pojęciami bliskoznacznymi, mimo że nie oddadzą istoty całości. Jej charakteru i tej całej zawartości pojęciowej (włącznie ze skutkami dla bohaterów), która być może również mnie czytelniczkę może zaangażować i uczynić jednym z jej elementów. To z tego powodu również trudno mi dzielić się swoimi wrażeniami, jakie wywołała we mnie historia głównego bohatera – Ody Sotatsu. Młodego mężczyzny, który pewnego dnia został nagle aresztowany i osadzony w celi z zarzutami wielu morderstw. Problem polegał na tym, że Oda milczał, a rozmowa kogokolwiek z nim wyglądała zawsze tak:

Oskarżony, a może osaczony, otoczył się ciszą. Nikt nie wiedział, ani rodzina, ani przesłuchujący i pilnujący go ludzie - dlaczego przyjął taką postawę? Dlaczego milczenie miało być jego mową? Pozostawię więc zawartość treści fabuły na tej ilości informacji i przejdę do jej formy. Bardzo zmiennej i różnorodnej, a przez to ciekawej.
Początkowo miałam wrażenie, że czytam, a właściwie przeglądam, akta sadowe oskarżonego. Pełne listów, relacji dziennikarskich, stenogramów rozmów, wywiadów i przesłuchań bohaterów historii nagrywanych na taśmy magnetofonowe – Ody, jego rodziny, znajomych czy strażnika. I w tej pierwszej części, a zarazem największej objętościowo, opowieść przypominała kryminał sądowniczy ujęty w kartotekę, a raczej dramat rozpisany na role:

Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy książka nie powinna być oprawiona w okładkę stylizowaną na teczkę akt sądowych. Pomysł ten porzuciłam, kiedy przeczytałam część trzecią zawierającą wypowiedź znajomej Ody – Jito Joo. Tym razem zwarte, jednorodne wyznanie o jej roli w całym tym zamieszaniu, jakie wywołało zachowanie Ody. Przybrało ono formę opowieści psychologicznej. Tak przesiąknięte było wrażeniami i emocjami. By w części czwartej, ostatniej, za sprawą wywiadu ze znajomym Ody – Kakuzo, zmienić się z kolei w opowieść społeczno-filozoficzną. Wyjaśniającą ostatecznie wszystko – tajemniczą i nieugiętą postawę Ody, rolę Jito, zachowanie Kakuzo i wreszcie nawet nie przyczyny zaistnienia wydarzenia pierwotnego pociągającego za sobą skutki nawet śmiertelne, ale odpowiedź na pytanie – jak w ogóle mogło do czegoś takiego dojść? I tutaj też wreszcie pojawiło się to kluczowe słowo, o którym wspomniałam na początku. Słowo, które wzbudziło moje podejrzenie, co do roli tej powieści wobec mnie – czytelniczki. Pozostawiło mnie ono w zaciekawieniu, ale i w niedopowiedzeniu.
Czy poznałam prawdę, czy autor się mną zabawił?
Bo całość tej kartoteki dokumentów spina osoba narratora i jednocześnie autora, których łączy to samo imię i nazwisko. Autor wprowadza siebie do opowieści jako jej inicjatora. To on pod wpływem faktu z własnego życia, nagle zamilkłej żony, postanawia zgłębić zjawisko ludzi, którzy z dnia na dzień zatrzaskują się w sobie. Zapadają w ciszę dającą im poczucie dystansu do świata. Odchodzą do krainy milczenia, zrywając kontakt z najbliższymi. W swoich dociekaniach trafił na Odę Sotatsu z Japonii zamieszanego w sprawę pod nazwą Zaginięcia Narito. Autor-narrator miał nadzieję, że poprzez poznanie podobnego przypadku, rozwikła sekret żony, pisząc – wydawało mi się, że właśnie poprzez rozwikłanie tajemnic innych ludzi będę w stanie zrozumieć własne. Dlatego przyjął rolę detektywa i wyruszył do miejsca wydarzenia, do Osaki, próbując dotrzeć do osób związanych ze sprawą Ody. Wszystkie pozyskane materiały umieścił w książce, opatrując je swoimi komentarzami, które pełniły nie tylko rolę wyjaśniającą i uzupełniającą informacje, ale również spoiwa fabuły przydającej jej płynności. A wszystko po to, by pokazać w ten nietypowy sposób zawarte w niej przesłania. A jest ich tutaj bezliku. Wszystko zależy od uwagi i doświadczeń życiowych czytającego. Bogaty materiał do rozmyślań podsuwają przede wszystkim opowieści przytaczane przez bohaterów pełne symboliki i kończących je morałów, zaczerpniętych z kultury japońskiej.
Wspomnę tylko o jednym przesłaniu, które zapamiętam przede wszystkimi, bo osobiście doświadczyłam jego mocy i które zabrzmiało dla mnie w zgiełku mojej konsumpcyjnej, szybkiej, głośnej, zdominowanej przez tymczasowość i jednorazowość, kultury, najsilniej – o roli ciszy. Określa ją wypowiedź jednego z bohaterów opowieści – Gdyby istniało królestwo ciszy, a jeden człowiek umiałby mówić – stałby się królem nieprzemijającego piękna. Ale oczywiście tu, gdzie jesteśmy, nie ma końca wypowiadanym słowom i przychodzi moment, gdy znaczą one już mniej niż milczenie. To przesłanie mogę ubrać w jedno zdanie, inspirowane tytułem tej książki - kiedy zapada cisza, jej wydźwięk jest silniejszy niż słowo. Trochę brzmi jak slogan. Banalny truizm. Przestaje nim być, gdy przeczyta się historię autora o tym, co dzieje się, gdy ciszą zaczynają bawić się ludzie pragnący autodestrukcji. Wtedy cisza już nie tylko krzyczy, ale zaczyna zabijać.
Mordować niewinnych ludzi w majestacie prawa.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Kiedy zapadła cisza [Jesse Ball]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 15 października 2014
Testament Marii – Colm Tóibin

Testament Marii – Colm Tóibin
Przełożył Jerzy Kozłowski
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 150 stron
Literatura irlandzka

Maria, matka Jezusa, nie musiała być taka, jak opisują ją Ewangelie kanoniczne – pokorna, oddana, wyrozumiała, heroiczna, cicha, akceptująca, a boleściwa i cierpiąca z zupełnie innych powodów. Jej wizerunek może być zupełnie inny od obecnie powszechnie przyjętego, bo przeciwstawny.
Dla niektórych – obrazoburczy.
Naruszający wyobrażenie wzoru matki, a pośrednio syna. Bo matka Jezusa mogła widzieć wydarzenia, w których uczestniczył jej syn, zupełnie inaczej. Przede wszystkim mogła postrzegać syna, jako człowieka, którego poglądów, zachowania i postępowania nie rozumiała. W którym Syna Bożego nie dostrzegała. Widziała za to jego inteligencję, wdzięczność, umiejętność milczenia, spędzania samotnie czasu i patrzenia na kobiety, jakby były równe jemu, wokół którego zgromadzili się mężczyźni niepotrafiący spojrzeć kobiecie w oczy, dorosłe dzieci wychowane bez ojców, szaleńców, malkontentów, jąkałów, nerwusów. Grupa nieudaczników kierująca się brawurą i ambicją doprowadzającymi do lekkomyślności i okrucieństwa. Mogła podważać zasadność cudów dokonywanych przez Jezusa, jako tych, które zawracały lub wywracały odwieczny porządek rzeczy nieuniknionych, uznając wskrzeszenie Łazarza za szyderstwo z niebios i samej śmierci, wesele w Kanie za nadarzającą się sposobność odwiedzenia syna od jego planów prowadzących do zguby, a światło i łaskę poczęcia za szczęście kobiety brzemiennej. W swoim krytycyzmie mogła nie pomijać samej siebie, ganiąc się za ucieczkę spod krzyża w obawie o własne życie. Ten odmienny obraz malowany konfesyjną opowieścią kobiety owdowiałej, która straciła również syna, mógłby być właśnie taki - pełen goryczy, poczucia niespełnienia, żalu, pretensji oraz niechęci do otaczającego świata i ludzi. Pretensji również do Boga, w którego traci wiarę, zwracając się z modlitwami do bogini Artemidy.
Jej osoba, żyjąca w starożytnym Efezie już po ukrzyżowaniu Jezusa, stanowi klamrę narracyjną kreślonej historii z przeszłości, której wysłuchują spisujący Ewangelie wchodzące w skład Nowego Testamentu. Dwaj mężczyźni, którzy przychodząc do niej do domu, czekają na jej słowa zbyt zaślepieni swymi wielkimi, nienasyconymi potrzebami i zbyt otumanieni resztkami strachu, który wtedy czuliśmy wszyscy, żeby zauważyć, że pamiętam wszystko. Ale by nie zauważyć, że pamięta inaczej. Czekający na potwierdzenie tego, co według ich wyobrażenia powinna pamiętać. Słuchający lecz niesłyszący ewangelii według Marii.
Autor, aby zbudować tak odmienną postawę i poglądy Marii, wykorzystał wspólną dla wszystkich matek płaszczyznę jedności i porozumienia – emocje.
Bezinteresowna miłość do własnych dzieci, które są nimi nadal, nawet, gdy dorosną, troska o bezpieczeństwo i przyszłość opartą na tradycji, chęć ochrony przez złem świata – tego chce każda matka. Nie inaczej mogło być z Marią – sugeruje autor. Przyszło jej żyć w gorącym czasie pełnym pogłosek i opowieści, w których zmarłych wskrzeszano, woda zamieniała się w wino, a fale morskie uspokajał człowiek kroczący po wodzie, mogąc tylko marzyć, by syn, jak inni młodzi mężczyźni, wyemigrował do Jerozolimy za lepszym bytem. By stając się mężczyzną, miał w niej nadal oparcie, słuchając przede wszystkim jej rad. By kochać go jeszcze bardziej, kimkolwiek by się stał, by go chronić. By wreszcie mieć opiekę na starość i kogoś, kto się nią zaopiekuje. Kto zajmie się jej ciałem i pogrzebem po śmierci. Tego wszystkiego chce każda, kochająca matka.
To dlatego w całym monologu bohaterki nie pada ani razu imię Jezusa. W dialogach z Ewangelistami używa zamienników – ”on”, „mój syn”, „nasz syn”, „ten, który tu był”, „wasz przyjaciel”, „ten, który was interesuje". Tym celowym zabiegiem autor stwarza idealne warunki każdej matce do empatii i utożsamiania się z Marią zbuntowaną, która chce, skoro cuda się wydarzają, cudu dla siebie – wrócić do lat sprzed śmierci jej syna zanim opuścił dom, kiedy był dzieckiem i żył jego ojciec, a na świecie panował spokój. Ta płaszczyzna to najprostsza droga do zrozumienia Marii. Nie poprzez argumenty, logikę i rozum, ale poprzez uczucia. Poprzez wspólne doświadczenie emocji macierzyństwa i bólu po stracie dziecka.
Czy tak mogło być? – to pytanie autor pozostawia otwarte.
Jedno jest pewne - można zastanawiać się, gdybać, można polemizować, czyniąc z Biblii księgę żywą tak, jak czyni to Bella Szwarcman-Czarnota z Torą w Księdze Kobiet i Kobietach Księgi. Mną jednak ta historia nie zachwiała w poglądach. Wierzę w miłość Marii do Boga większą niż w miłość do syna. Maria nie była w tym jedyną. Przypomnę, że podobną, bezwarunkową miłość do Boga udowodnił Abraham, gotowy złożyć własnego syna w ofierze.
Dla mnie ta opowieść stawia zupełnie inne pytanie - ile z nas matek jest Marią zbuntowaną, a ile poddaną Bogu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Testament Marii [Colm Tóibín]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 02 września 2014
Walizki hipochondryka – Mariusz Sieniewicz

Walizki hipochondryka – Mariusz Sieniewicz
Wydawnictwo Znak , 2014 , 269 stron
Literatura polska


Stylem przekazu autora zachwyciłam się jakiś czas temu, czytając zbiór opowiadań Żydówek nie obsługujemy. To było to, czego szukałam - krytyczny głos młodego pokolenia, z którym mogłam się utożsamić. Natychmiast dodałam go do listy "młodych gniewnych”, jak ją nazywałam nieformalnie. A potem, i tutaj biję się w piersi, zapomniałam o autorze, a może w zalewie nowości nie natknęłam się na jego nazwisko? A zdążył wydać w tym czasie ho, ho, a może więcej tytułów. Dlatego po ten najnowszy sięgnęłam z ogromną chęcią, ale i niepewnością, czy odnajdę go takim, jakim zapamiętałam? Czy czas nie stępił jego zmysłu obserwacji i pazura sarkazmu?
Już pierwsze zdania przekonały mnie, że będzie dobrze!
Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam i na co się nastawiłam. A nawet więcej! Ale o tej niespodziance napiszę na końcu, bo nie ona jest najważniejsza w tej opowieści, chociaż odgrywa rolę ją inicjującą. Historię Emila Śledziennika, około czterdziestoletniego pisarza, permanentnego hipochondryka odkąd sięgał pamięcią, którego przy życiu trzymały choroby leczone na własną rękę do momentu pojawienia się konieczności leczenia operacyjnego. Tego sam sobie zrobić nie mógł. Emil musiał pójść do szpitala. A nie ma nic piękniejszego niż hipochondryk w miejscu przeznaczonym tylko dla chorych. Przytargał do niego cały swój bagaż życiowy zapakowany, poukładany i posegregowany w walizki tworzące Mont Everest jego osobistego, indywidualnego losu. Ale tkwiło w nich coś jeszcze, coś, co razem z obietnicami kolejnych podróży, stanowi „walizkową duszę przemieszczeń”. Leżąc w sali chorych z nadmiaru czasu idealnego do rozmyślań, dawaj wyciągać, wykładać, wywlekać po kolei ich zawartość. Historie, wydarzenia, losy i wspomnienia w nich ukryte z okresu dzieciństwa, dorastania i dorosłości. Swój monolog konfesyjny, swoisty rachunek sumienia rozliczający z dotychczasowym życiem, kierował do kobiety swojego życia. Cudownej kapłanki, galaktycznego piecyka, jaśniejącej latarenki, kocicy iskrowłosej, napoleonki heroinowej, której nadawane nazwy brzmiały niczym litania odmawiana na kolanach w głębokim pokłonie. Był dla niej wszystkim i niczym. Ale jednocześnie do tej przeszłości skrupulatnie dodawał wydarzenia szpitalne, pakując je do walizki teraźniejszości, bo choroba – chorobą, stolec – stolcem, nieważne, rzadki czy zwarty, ale w gruncie rzeczy chodzi o życie, które samo w sobie boli najbardziej. Ono jest największym wyzwaniem... Te swoje obserwacje wyszeptywał, wybłagiwał i wykrzykiwał do kobiety w poddańczo-proszalno-pokornym uwielbieniu, bawiąc mnie i rozśmieszając inteligentnym humorem, celnym absurdem, smutnym sarkazmem, bolesną ironią, przerażającą groteską i wprawiając w dobry nastrój, aż do sceny przypominającej chocholi taniec z Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Chciało mi się zakrzyknąć do tego upiornego korowodu pacjentów, personelu medycznego i pracowników obsługi parafrazą znanego cytatu – Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno dren!
I w tym momencie powiało grozą!
Bo w tym momencie zauważyłam, że przeglądam walizkę przypominającą puszkę Pandory z wadami polskiego społeczeństwa. Autor nie zostawił suchej nitki na narodzie. Dostało się wszystkim w ogóle i w pojedynkę, z odwołaniami do znanych wydarzeń politycznych (Smoleńsk), społecznych (samotność), kulturalnych i religijnych. Brał pod lupę każdą przywarę i bez znieczulenia dyplomatycznego oraz łagodzących eufemizmów, w ostrych słowach skalpela stawiał diagnozę – Nie ma nic bardziej groteskowego niż najebany naród, bełkocący coś o abstynencji. Przypominamy pijaka, który zapomniał, że dał sobie wszyć esperal, i teraz gorzko tego żałuje. I w ten dosłowny i metaforyczny sposób, po kolei, przebierał boleśnie po narodowym kręgosłupie wypaczonych wartości, dźgając krytyką w te najbardziej wystające kręgi. A ponieważ czynił to z humorem noir wywoływał uśmiech przez łzy, ukazując dwie Polski. Jej starą odmianę, boleściwą, męczeńską, kaleką o wampirycznych skłonnościach na wózku inwalidzkim, o której się mówi – A fuj Polska!, be Polska, be!, niedobra, zacofana, kłótliwa. I ta druga Polska Polaków dookreślonych kresowością i katolicyzmem, których świat należy nadal do XX wieku i którzy sami przybrali formę istnienia archaiczną, migotliwą i przetrwalnikową, po to, by tylko użalać się i zrzędzić. To ich typowym przedstawicielem był Emil Śledziennik mówiący – O nie! Ja nie użalam się, ja zrzędzę. Zrzędzę bezczelnie, zrzędzę rozpustnie i jest mi z tym dobrze! W zrzędzeniu znajduje siły, by trwać.
Po takich spostrzeżeniach wniosek nasuwał się sam – przyszły obraz Polski należy do najmłodszego pokolenia, wolnego od męczeństwa jednej i marazmu drugiej. I tutaj narrator nie jest optymistą, bo jaka ona będzie, skoro młodzi upodobali sobie rzeczywistość wirtualną, która jest bardziej rzeczywista niż świat zewnętrzny, a logowanie się w Internecie po dzienną porcję żeru niczym wrona na wysypisku globalnej wioski, wydziobująca kąski skarlałych słów, cybernetyczne plewy nieistotności, by zaśmiecać umysł megabajtami fotek, krótkich anonsów, memów i leadów, masochistycznie łykając placebo pustych znaczeń?
Wieje grozą ponownie i jeszcze bardziej!
Czuję, że w dużej mierze powieść została zainicjowana własną biografią. Wiele w niej wątków biograficznych wspólnych dla pokolenia autora, w tym i moich, które wydarzyły się naprawdę – czas komuny i przemian ustrojowych, które ukształtowały pokolenie autora na podobieństwo Emila Śledziennika. Przejrzałam się w krzywym zwierciadle powieści i nie spodobał mi się odbity w nim wizerunek. A najsmutniejsze w nim było to, że przyznaję rację autorowi, że dokładnie tak jest i wreszcie, że jest moim głosem. Wtóruję mu ile sił w strunach, chociaż z bólem w sercu – jesteśmy pokoleniem życiowych hipochondryków! To ostatnie powinnam napisać dużymi litrami, ale krzyczeć nie będę, chociaż... dlaczego nie?
JESTEŚMY POKOLENIEM ŻYCIOWYCH HIPOCHONDRYKÓW!
Mieli Polacy epoki Młodej Polski swojego Wyspiańskiego, mamy i my, współcześni, swojego Sieniewicza.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Walizki hipochondryka [Mariusz Sieniewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Mimo że autor dramatów nie pisze, jak Stanisław Wyspiański, to jego proza jest przenoszona na deski teatru nagminnie. Tej najnowszej jego powieści wróżę podobny los, widząc w roli głównego bohatera, Artura Barcisia.

sobota, 16 sierpnia 2014
Donikąd – Konrad Czerski

Donikąd – Konrad Czerski
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 239 strony
Literatura polska


...szkatułkowa powieść egzystencjalna. – przeczytałam na okładce książki.
I wszystko jasne. Miałam dwie drogi podejścia. Mogłam się przestraszyć, bo to określenie kojarzy mi się z dużą dawką filozofii, na którą trzeba mieć ochotę, czas i moment w życiu. Mogłam też sięgnąć po nią chętnie (i tak zrobiłam), ciekawa pióra i głosu młodego pokolenia, będąc gotową na roztrząsanie, analizowanie, zastanawianie się, a może nawet na polemizowanie z bohaterami. A było ich tutaj dużo, wśród których troje najważniejszych. W trzech osobno snutych historiach.
Pierwszy Bruno, przyznający się do przypadłości mającej wiele wspólnego ze schizofrenią oraz rozdwojeniem jaźni i z tego powodu walczący ze swoim drugim ja, Kadukiem. Młody mężczyzna mieszkający we Wrocławiu, zapatrzony w siebie, walczący z niemocą weny twórczej debiutującego pisarza, próbujący odnaleźć autora książki nabytej na targu staroci.
Drugi Utaguri, główna postać kupionej powieści. Człowiek znikąd, który zmierza donikąd, niestrudzenie wędrujący w retroświecie przyszłości krainy Gen’ei.
Trzeci bohater to kobieta, Sophie, żyjąca jak współczesna eremitka w sercu nowojorskiego Manhattanu, próbująca przepaść w Bogu, by w intymnej relacji z nim nosić na sobie grzechy innych. Być nikim, a jednak obecną w świecie bardziej niż inni.
Wszyscy troje tworzyli osobne (na pozór!), osobiste, indywidualne historie o poszukiwaniu sensu życia odpowiednio na płaszczyźnie psychicznej, filozoficznej i religijnej, które wraz z rozwojem fabuły zaczynały się łączyć w niespodziewanie kojarzonych punktach stycznych. Poszukiwania przez Brunona autora-widma kupionej książki prowadziły go donikąd, a jednocześnie do początku historii Sophie.
Fikcja mieszała się z rzeczywistością, świadomość z podświadomością, bohaterowie wymyśleni, z postaciami urojonymi i osobą rzeczywistą (autor wprowadził siebie do powieści), a tytuł książki czytanej przeze mnie był zarazem tytułem powieści czytanej przez Brunona. Ale nie ustalenie prawdy stanowiło istotę tej powieści, tylko ukazanie stwierdzenia, że idziemy znikąd i zmierzamy donikąd, próbując w tej wędrówce znaleźć cel, sens albo przynajmniej algorytm przypadkowości. Temat banalny i, co ciekawe, ale i niebezpieczne, bez podanych i narzuconych treści filozoficznych, rozważań, analiz i tekstów do roztrząsania, za to ukazanych odmienną, kontrastową, zróżnicowaną treścią życia bohaterów. Tak odtwórczo poprowadzony temat stwarzał ryzyko pojawienia się nudy. Autor uchronił przed nią opowieść po pierwsze szkatułkową formą powieści z elementami detektywistycznymi, sekretami, tajemnicami i nieprzewidywalnością rozwoju wątków, które ostatecznie umiejętnie ze sobą połączył. Po drugie językiem narracji przekazu bogatym w skojarzenia, innością spojrzenia na te same obrazy, alternatywnością doboru słów i odwagą w łamaniu schematów znaczeniowych pojęć. Autor nie widział zniszczonej okładki, ale książkę ogołoconą z okładki przez lubieżny czas, a banknot o wysokim nominale był... soczysty. To dla tego pryzmatu patrzenia, płynnego przechodzenia od stylu wypowiedzi w liście poprzez opis do monologu, dobierania określeń do rzeczowników, do których ja nigdy bym ich nie przypisała, dla tego bawienia się słowami budującymi nowe jakości dla powszechnych rzeczy, idei, zjawisk, a jednocześnie z zachowaniem umiaru w prostych, często krótkich, nierozbudowanych zdaniach, czytałam tę opowieść urzeczona.
Pisać odtwórczo na temat mocno wyeksploatowany, będąc kreatywnym w formie powieści i języku przekazu – oto przepis na ciekawy debiut.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Donikąd [Konrad Czerski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 23 lipca 2014
Surogat – Witold Tauman

Surogat – Witold Tauman
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 141 stron
Trylogia, część 1
Literatura polska


Wzięłam do ręki książkę.
Stop! Nie książkę. Projekt. To tak wszechobecne i popularne pojęcie określające twórczą działalność człowieka w prawie każdej dziedzinie, że i literatura się temu nie oparła. Wzięłam więc do ręki projekt, a dokładniej pierwszą część trylogii. Stop! Nie część, czy nawet tom, ale odsłonę i nie trylogii tylko gry, której kontynuacja będzie wyglądała tak:

I tak poprawiać i zmieniać stare, dobre pojęcia literackie na alternatywne mogłabym do końca wpisu. O cokolwiek bym nie zahaczyła, czegokolwiek bym nie dotknęła, nic nie pasowało do klasyki gatunku powieści. Ba! Zostały nawet wymieszane rodzaje literackie - epika z dramatem i liryką. Ta ostatnia reprezentowana wprawdzie w dziecięcych rymowankach, ale jednak. A najtrudniej było mi napisać, o czym ona, to znaczy ten projekt, tak naprawdę jest. I tutaj przypomniała mi się moja niezmienna odpowiedź udzielana mojej zaprzyjaźnionej młodzież na pytanie – O czym jest Ferdydurke? Rozkładałam wtedy ręce, mówiąc – tego się nie da opowiedzieć, to trzeba przeczytać! Ale tutaj musiałam jakoś ogarnąć treść. I przyszło mi do głowy tylko jedno słowo oddające istotę tego projektu.
Surrealizm!
I wszystko wiadomo, a właściwie nie wiadomo, o co chodzi, ale czytało się dalej. Jak to w surrealizmie. A dokładniej wiadomo było tyle, ile sama sobie zinterpretowałam. Podejrzewam, że tylu, ilu czytelników, tyle interpretacji. Niekoniecznie zgodne z zamysłem autora. O przepraszam! Podobno nie autora. Nawet tradycyjny pseudonim literacki odszedł do lamusa. Tutaj była postać fikcyjna, co nie przeszkadzało być jej jednocześnie bohaterem projektu. Pisarzem Witoldem, który namawiał mnie wprost, a nawet błagał – Zaklinam cię! Uciekaj stąd! Zrezygnuj z tego erzacu życia. Zamknij tę przeklętą książkę i niech twoje Potem zacznie się już Teraz! Ale, jak ja mogłam zrezygnować, kiedy projekt mnie wciągnął. Zdążyłam poczuć się nawet jego częścią. Miałam w umyśle zasiany niepokój wmuszony we mnie przez narratora drugoosobowym stylem opowieści. W połowie stałam się częścią umysłu głównego bohatera, którego imię zaczynało się tajemniczą literą F. Zabrał nas do szpitala, posadził przed biurkiem Doktora, który wydał na nas wyrok – Jest pan chory. Choroba na razie nie powinna panu doskwierać, jednak musi pan wiedzieć, że nie jest to zwykły Katar. Choroba ta jest nieuleczalna i śmiertelna. Pan, panie F., jest umierający, umiera pan i pan umrze. Zostało panu... I zaczęło się odliczanie. Dosłownie. Czas odmierzały rozdziały z odwróconą numeracją, poczynając od liczby 29, a kończąc na 0 z tajemniczym zakresem dat.
Od tej wstrząsającej wiadomości zaczął się wyścig z czasem, by znaleźć w tym systemie szpitalnym jakiś sens i zasady, które dałyby nadzieję na wyleczenie. Znalazłam jedną – brak zasad. Dobrnęłam z F. do ostatniego rozdziału błądząc po szpitalu z teczką pełną akt o stanie zdrowia, od Doktora do Doktora, słuchając rad Pacjentów i poznając zbuntowany świat Ogrodników proponujących alternatywne życie po drugiej stronie lustra. Istny labirynt zmieniających się zdarzeń, miejsc, bohaterów, dewaluującej się wiedzy w poczuciu złudnie wolno biegnącego czasu.
A potem zamknęłam projekt, z którego wyszłam, jako jedna z niewielu, żywa i zaczęłam się zastanawiać, co mi to przypominało? Wniosek nasuwał się sam.
Toż to samo Życie!
To przecież o nim ktoś powiedział, że jest chorobą śmiertelną przenoszoną drogą płciową i trudną walką, która zawsze kończy się śmiercią. To był genialny pomysł pokazać życie w surrealistycznym projekcie tak, bym poczuła się, jak jego bohaterka. Bym zobaczyła własne szamotanie się w absurdzie poszukiwaniu dróg wyjścia, którego siłą napędową była nadzieja manifestowana uszlachetniającym cierpieniem. Bym przeżyła bezsensowność przeżywania strachu i lęku i beznadziejność wiary w wyzdrowienie. Bym ujrzała wszystkie aspekty nadbudowywania teorii, pomagających odroczyć koniec. Łącznie z religią, bo mnóstwo tu podtekstów do wydarzeń biblijnych. Bym wreszcie zrozumiała czym jest „choroba” i pogodziła się z nią, bo szansę na jej zrozumienie pisarz Witold daje nielicznym. Pisząc książkę zawierającą całe jego doświadczenie i mądrość z góry założył, że poruszy wszystkich, a którą zrozumie niewielu.
Ale czy życie, tę śmiertelną chorobę, na którą umieramy od momentu urodzenia, da się w ogóle zrozumieć?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Surogat [Witold  Tauman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 
1 , 2 , 3
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1074 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi