Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 25 października 2014
Kiedy zapadła cisza – Jesse Ball

Kiedy zapadła cisza – Jesse Ball
Przełożyła Agnieszka Wądołowska
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 233 strony
Literatura amerykańska

Ten...
No właśnie! Musiałabym posłużyć się słowem, którego nie wolno mi użyć. Kryje ono w sobie bazę pojęciową, na której zbudowany jest pomysł tej, powiedzmy, powieści. Dlatego będę posługiwała się pojęciami bliskoznacznymi, mimo że nie oddadzą istoty całości. Jej charakteru i tej całej zawartości pojęciowej (włącznie ze skutkami dla bohaterów), która być może również mnie czytelniczkę może zaangażować i uczynić jednym z jej elementów. To z tego powodu również trudno mi dzielić się swoimi wrażeniami, jakie wywołała we mnie historia głównego bohatera – Ody Sotatsu. Młodego mężczyzny, który pewnego dnia został nagle aresztowany i osadzony w celi z zarzutami wielu morderstw. Problem polegał na tym, że Oda milczał, a rozmowa kogokolwiek z nim wyglądała zawsze tak:

 

 

Oskarżony, a może osaczony, otoczył się ciszą. Nikt nie wiedział, ani rodzina, ani przesłuchujący i pilnujący go ludzie - dlaczego przyjął taką postawę? Dlaczego milczenie miało być jego mową? Pozostawię więc zawartość treści fabuły na tej ilości informacji i przejdę do jej formy. Bardzo zmiennej i różnorodnej, a przez to ciekawej.
Początkowo miałam wrażenie, że czytam, a właściwie przeglądam, akta sadowe oskarżonego. Pełne listów, relacji dziennikarskich, stenogramów rozmów, wywiadów i przesłuchań bohaterów historii nagrywanych na taśmy magnetofonowe – Ody, jego rodziny, znajomych czy strażnika. I w tej pierwszej części, a zarazem największej objętościowo, opowieść przypominała kryminał sądowniczy ujęty w kartotekę, a raczej dramat rozpisany na role:

 

 

Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy książka nie powinna być oprawiona w okładkę stylizowaną na teczkę akt sądowych. Pomysł ten porzuciłam, kiedy przeczytałam część trzecią zawierającą wypowiedź znajomej Ody – Jito Joo. Tym razem zwarte, jednorodne wyznanie o jej roli w całym tym zamieszaniu, jakie wywołało zachowanie Ody. Przybrało ono formę opowieści psychologicznej. Tak przesiąknięte było wrażeniami i emocjami. By w części czwartej, ostatniej, za sprawą wywiadu ze znajomym Ody – Kakuzo, zmienić się z kolei w opowieść społeczno-filozoficzną. Wyjaśniającą ostatecznie wszystko – tajemniczą i nieugiętą postawę Ody, rolę Jito, zachowanie Kakuzo i wreszcie nawet nie przyczyny zaistnienia wydarzenia pierwotnego pociągającego za sobą skutki nawet śmiertelne, ale odpowiedź na pytanie – jak w ogóle mogło do czegoś takiego dojść? I tutaj też wreszcie pojawiło się to kluczowe słowo, o którym wspomniałam na początku. Słowo, które wzbudziło moje podejrzenie, co do roli tej powieści wobec mnie – czytelniczki. Pozostawiło mnie ono w zaciekawieniu, ale i w niedopowiedzeniu.
Czy poznałam prawdę, czy autor się mną zabawił?
Bo całość tej kartoteki dokumentów spina osoba narratora i jednocześnie autora, których łączy to samo imię i nazwisko. Autor wprowadza siebie do opowieści jako jej inicjatora. To on pod wpływem faktu z własnego życia, nagle zamilkłej żony, postanawia zgłębić zjawisko ludzi, którzy z dnia na dzień zatrzaskują się w sobie. Zapadają w ciszę dającą im poczucie dystansu do świata. Odchodzą do krainy milczenia, zrywając kontakt z najbliższymi. W swoich dociekaniach trafił na Odę Sotatsu z Japonii zamieszanego w sprawę pod nazwą Zaginięcia Narito. Autor-narrator miał nadzieję, że poprzez poznanie podobnego przypadku, rozwikła sekret żony, pisząc – wydawało mi się, że właśnie poprzez rozwikłanie tajemnic innych ludzi będę w stanie zrozumieć własne. Dlatego przyjął rolę detektywa i wyruszył do miejsca wydarzenia, do Osaki, próbując dotrzeć do osób związanych ze sprawą Ody. Wszystkie pozyskane materiały umieścił w książce, opatrując je swoimi komentarzami, które pełniły nie tylko rolę wyjaśniającą i uzupełniającą informacje, ale również spoiwa fabuły przydającej jej płynności. A wszystko po to, by pokazać w ten nietypowy sposób zawarte w niej przesłania. A jest ich tutaj bezliku. Wszystko zależy od uwagi i doświadczeń życiowych czytającego. Bogaty materiał do rozmyślań podsuwają przede wszystkim opowieści przytaczane przez bohaterów pełne symboliki i kończących je morałów, zaczerpniętych z kultury japońskiej.
Wspomnę tylko o jednym przesłaniu, które zapamiętam przede wszystkimi, bo osobiście doświadczyłam jego mocy i które zabrzmiało dla mnie w zgiełku mojej konsumpcyjnej, szybkiej, głośnej, zdominowanej przez tymczasowość i jednorazowość, kultury, najsilniej – o roli ciszy. Określa ją wypowiedź jednego z bohaterów opowieści – Gdyby istniało królestwo ciszy, a jeden człowiek umiałby mówić – stałby się królem nieprzemijającego piękna. Ale oczywiście tu, gdzie jesteśmy, nie ma końca wypowiadanym słowom i przychodzi moment, gdy znaczą one już mniej niż milczenie. To przesłanie mogę ubrać w jedno zdanie, inspirowane tytułem tej książki - kiedy zapada cisza, jej wydźwięk jest silniejszy niż słowo. Trochę brzmi jak slogan. Banalny truizm. Przestaje nim być, gdy przeczyta się historię autora o tym, co dzieje się, gdy ciszą zaczynają bawić się ludzie pragnący autodestrukcji. Wtedy cisza już nie tylko krzyczy, ale zaczyna zabijać.
Mordować niewinnych ludzi w majestacie prawa.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Kiedy zapadła cisza [Jesse Ball]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 15 października 2014
Testament Marii – Colm Tóibin

Testament Marii – Colm Tóibin
Przełożył Jerzy Kozłowski
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 150 stron
Literatura irlandzka

Maria, matka Jezusa, nie musiała być taka, jak opisują ją Ewangelie kanoniczne – pokorna, oddana, wyrozumiała, heroiczna, cicha, akceptująca, a boleściwa i cierpiąca z zupełnie innych powodów. Jej wizerunek może być zupełnie inny od obecnie powszechnie przyjętego, bo przeciwstawny.
Dla niektórych – obrazoburczy.
Naruszający wyobrażenie wzoru matki, a pośrednio syna. Bo matka Jezusa mogła widzieć wydarzenia, w których uczestniczył jej syn, zupełnie inaczej. Przede wszystkim mogła postrzegać syna, jako człowieka, którego poglądów, zachowania i postępowania nie rozumiała. W którym Syna Bożego nie dostrzegała. Widziała za to jego inteligencję, wdzięczność, umiejętność milczenia, spędzania samotnie czasu i patrzenia na kobiety, jakby były równe jemu, wokół którego zgromadzili się mężczyźni niepotrafiący spojrzeć kobiecie w oczy, dorosłe dzieci wychowane bez ojców, szaleńców, malkontentów, jąkałów, nerwusów. Grupa nieudaczników kierująca się brawurą i ambicją doprowadzającymi do lekkomyślności i okrucieństwa. Mogła podważać zasadność cudów dokonywanych przez Jezusa, jako tych, które zawracały lub wywracały odwieczny porządek rzeczy nieuniknionych, uznając wskrzeszenie Łazarza za szyderstwo z niebios i samej śmierci, wesele w Kanie za nadarzającą się sposobność odwiedzenia syna od jego planów prowadzących do zguby, a światło i łaskę poczęcia za szczęście kobiety brzemiennej. W swoim krytycyzmie mogła nie pomijać samej siebie, ganiąc się za ucieczkę spod krzyża w obawie o własne życie. Ten odmienny obraz malowany konfesyjną opowieścią kobiety owdowiałej, która straciła również syna, mógłby być właśnie taki - pełen goryczy, poczucia niespełnienia, żalu, pretensji oraz niechęci do otaczającego świata i ludzi. Pretensji również do Boga, w którego traci wiarę, zwracając się z modlitwami do bogini Artemidy.
Jej osoba, żyjąca w starożytnym Efezie już po ukrzyżowaniu Jezusa, stanowi klamrę narracyjną kreślonej historii z przeszłości, której wysłuchują spisujący Ewangelie wchodzące w skład Nowego Testamentu. Dwaj mężczyźni, którzy przychodząc do niej do domu, czekają na jej słowa zbyt zaślepieni swymi wielkimi, nienasyconymi potrzebami i zbyt otumanieni resztkami strachu, który wtedy czuliśmy wszyscy, żeby zauważyć, że pamiętam wszystko. Ale by nie zauważyć, że pamięta inaczej. Czekający na potwierdzenie tego, co według ich wyobrażenia powinna pamiętać. Słuchający lecz niesłyszący ewangelii według Marii.
Autor, aby zbudować tak odmienną postawę i poglądy Marii, wykorzystał wspólną dla wszystkich matek płaszczyznę jedności i porozumienia – emocje.
Bezinteresowna miłość do własnych dzieci, które są nimi nadal, nawet, gdy dorosną, troska o bezpieczeństwo i przyszłość opartą na tradycji, chęć ochrony przez złem świata – tego chce każda matka. Nie inaczej mogło być z Marią – sugeruje autor. Przyszło jej żyć w gorącym czasie pełnym pogłosek i opowieści, w których zmarłych wskrzeszano, woda zamieniała się w wino, a fale morskie uspokajał człowiek kroczący po wodzie, mogąc tylko marzyć, by syn, jak inni młodzi mężczyźni, wyemigrował do Jerozolimy za lepszym bytem. By stając się mężczyzną, miał w niej nadal oparcie, słuchając przede wszystkim jej rad. By kochać go jeszcze bardziej, kimkolwiek by się stał, by go chronić. By wreszcie mieć opiekę na starość i kogoś, kto się nią zaopiekuje. Kto zajmie się jej ciałem i pogrzebem po śmierci. Tego wszystkiego chce każda, kochająca matka.
To dlatego w całym monologu bohaterki nie pada ani razu imię Jezusa. W dialogach z Ewangelistami używa zamienników – ”on”, „mój syn”, „nasz syn”, „ten, który tu był”, „wasz przyjaciel”, „ten, który was interesuje". Tym celowym zabiegiem autor stwarza idealne warunki każdej matce do empatii i utożsamiania się z Marią zbuntowaną, która chce, skoro cuda się wydarzają, cudu dla siebie – wrócić do lat sprzed śmierci jej syna zanim opuścił dom, kiedy był dzieckiem i żył jego ojciec, a na świecie panował spokój. Ta płaszczyzna to najprostsza droga do zrozumienia Marii. Nie poprzez argumenty, logikę i rozum, ale poprzez uczucia. Poprzez wspólne doświadczenie emocji macierzyństwa i bólu po stracie dziecka.
Czy tak mogło być? – to pytanie autor pozostawia otwarte.
Jedno jest pewne - można zastanawiać się, gdybać, można polemizować, czyniąc z Biblii księgę żywą tak, jak czyni to Bella Szwarcman-Czarnota z Torą w Księdze Kobiet i Kobietach Księgi. Mną jednak ta historia nie zachwiała w poglądach. Wierzę w miłość Marii do Boga większą niż w miłość do syna. Maria nie była w tym jedyną. Przypomnę, że podobną, bezwarunkową miłość do Boga udowodnił Abraham, gotowy złożyć własnego syna w ofierze.
Dla mnie ta opowieść stawia zupełnie inne pytanie - ile z nas matek jest Marią zbuntowaną, a ile poddaną Bogu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Testament Marii [Colm Tóibín]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 02 września 2014
Walizki hipochondryka – Mariusz Sieniewicz

Walizki hipochondryka – Mariusz Sieniewicz
Wydawnictwo Znak , 2014 , 269 stron
Literatura polska


Stylem przekazu autora zachwyciłam się jakiś czas temu, czytając zbiór opowiadań Żydówek nie obsługujemy. To było to, czego szukałam - krytyczny głos młodego pokolenia, z którym mogłam się utożsamić. Natychmiast dodałam go do listy "młodych gniewnych”, jak ją nazywałam nieformalnie. A potem, i tutaj biję się w piersi, zapomniałam o autorze, a może w zalewie nowości nie natknęłam się na jego nazwisko? A zdążył wydać w tym czasie ho, ho, a może więcej tytułów. Dlatego po ten najnowszy sięgnęłam z ogromną chęcią, ale i niepewnością, czy odnajdę go takim, jakim zapamiętałam? Czy czas nie stępił jego zmysłu obserwacji i pazura sarkazmu?
Już pierwsze zdania przekonały mnie, że będzie dobrze!
Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam i na co się nastawiłam. A nawet więcej! Ale o tej niespodziance napiszę na końcu, bo nie ona jest najważniejsza w tej opowieści, chociaż odgrywa rolę ją inicjującą. Historię Emila Śledziennika, około czterdziestoletniego pisarza, permanentnego hipochondryka odkąd sięgał pamięcią, którego przy życiu trzymały choroby leczone na własną rękę do momentu pojawienia się konieczności leczenia operacyjnego. Tego sam sobie zrobić nie mógł. Emil musiał pójść do szpitala. A nie ma nic piękniejszego niż hipochondryk w miejscu przeznaczonym tylko dla chorych. Przytargał do niego cały swój bagaż życiowy zapakowany, poukładany i posegregowany w walizki tworzące Mont Everest jego osobistego, indywidualnego losu. Ale tkwiło w nich coś jeszcze, coś, co razem z obietnicami kolejnych podróży, stanowi „walizkową duszę przemieszczeń”. Leżąc w sali chorych z nadmiaru czasu idealnego do rozmyślań, dawaj wyciągać, wykładać, wywlekać po kolei ich zawartość. Historie, wydarzenia, losy i wspomnienia w nich ukryte z okresu dzieciństwa, dorastania i dorosłości. Swój monolog konfesyjny, swoisty rachunek sumienia rozliczający z dotychczasowym życiem, kierował do kobiety swojego życia. Cudownej kapłanki, galaktycznego piecyka, jaśniejącej latarenki, kocicy iskrowłosej, napoleonki heroinowej, której nadawane nazwy brzmiały niczym litania odmawiana na kolanach w głębokim pokłonie. Był dla niej wszystkim i niczym. Ale jednocześnie do tej przeszłości skrupulatnie dodawał wydarzenia szpitalne, pakując je do walizki teraźniejszości, bo choroba – chorobą, stolec – stolcem, nieważne, rzadki czy zwarty, ale w gruncie rzeczy chodzi o życie, które samo w sobie boli najbardziej. Ono jest największym wyzwaniem... Te swoje obserwacje wyszeptywał, wybłagiwał i wykrzykiwał do kobiety w poddańczo-proszalno-pokornym uwielbieniu, bawiąc mnie i rozśmieszając inteligentnym humorem, celnym absurdem, smutnym sarkazmem, bolesną ironią, przerażającą groteską i wprawiając w dobry nastrój, aż do sceny przypominającej chocholi taniec z Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Chciało mi się zakrzyknąć do tego upiornego korowodu pacjentów, personelu medycznego i pracowników obsługi parafrazą znanego cytatu – Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno dren!
I w tym momencie powiało grozą!
Bo w tym momencie zauważyłam, że przeglądam walizkę przypominającą puszkę Pandory z wadami polskiego społeczeństwa. Autor nie zostawił suchej nitki na narodzie. Dostało się wszystkim w ogóle i w pojedynkę, z odwołaniami do znanych wydarzeń politycznych (Smoleńsk), społecznych (samotność), kulturalnych i religijnych. Brał pod lupę każdą przywarę i bez znieczulenia dyplomatycznego oraz łagodzących eufemizmów, w ostrych słowach skalpela stawiał diagnozę – Nie ma nic bardziej groteskowego niż najebany naród, bełkocący coś o abstynencji. Przypominamy pijaka, który zapomniał, że dał sobie wszyć esperal, i teraz gorzko tego żałuje. I w ten dosłowny i metaforyczny sposób, po kolei, przebierał boleśnie po narodowym kręgosłupie wypaczonych wartości, dźgając krytyką w te najbardziej wystające kręgi. A ponieważ czynił to z humorem noir wywoływał uśmiech przez łzy, ukazując dwie Polski. Jej starą odmianę, boleściwą, męczeńską, kaleką o wampirycznych skłonnościach na wózku inwalidzkim, o której się mówi – A fuj Polska!, be Polska, be!, niedobra, zacofana, kłótliwa. I ta druga Polska Polaków dookreślonych kresowością i katolicyzmem, których świat należy nadal do XX wieku i którzy sami przybrali formę istnienia archaiczną, migotliwą i przetrwalnikową, po to, by tylko użalać się i zrzędzić. To ich typowym przedstawicielem był Emil Śledziennik mówiący – O nie! Ja nie użalam się, ja zrzędzę. Zrzędzę bezczelnie, zrzędzę rozpustnie i jest mi z tym dobrze! W zrzędzeniu znajduje siły, by trwać.
Po takich spostrzeżeniach wniosek nasuwał się sam – przyszły obraz Polski należy do najmłodszego pokolenia, wolnego od męczeństwa jednej i marazmu drugiej. I tutaj narrator nie jest optymistą, bo jaka ona będzie, skoro młodzi upodobali sobie rzeczywistość wirtualną, która jest bardziej rzeczywista niż świat zewnętrzny, a logowanie się w Internecie po dzienną porcję żeru niczym wrona na wysypisku globalnej wioski, wydziobująca kąski skarlałych słów, cybernetyczne plewy nieistotności, by zaśmiecać umysł megabajtami fotek, krótkich anonsów, memów i leadów, masochistycznie łykając placebo pustych znaczeń?
Wieje grozą ponownie i jeszcze bardziej!
Czuję, że w dużej mierze powieść została zainicjowana własną biografią. Wiele w niej wątków biograficznych wspólnych dla pokolenia autora, w tym i moich, które wydarzyły się naprawdę – czas komuny i przemian ustrojowych, które ukształtowały pokolenie autora na podobieństwo Emila Śledziennika. Przejrzałam się w krzywym zwierciadle powieści i nie spodobał mi się odbity w nim wizerunek. A najsmutniejsze w nim było to, że przyznaję rację autorowi, że dokładnie tak jest i wreszcie, że jest moim głosem. Wtóruję mu ile sił w strunach, chociaż z bólem w sercu – jesteśmy pokoleniem życiowych hipochondryków! To ostatnie powinnam napisać dużymi litrami, ale krzyczeć nie będę, chociaż... dlaczego nie?
JESTEŚMY POKOLENIEM ŻYCIOWYCH HIPOCHONDRYKÓW!
Mieli Polacy epoki Młodej Polski swojego Wyspiańskiego, mamy i my, współcześni, swojego Sieniewicza.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Walizki hipochondryka [Mariusz Sieniewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Mimo że autor dramatów nie pisze, jak Stanisław Wyspiański, to jego proza jest przenoszona na deski teatru nagminnie. Tej najnowszej jego powieści wróżę podobny los, widząc w roli głównego bohatera, Artura Barcisia.

sobota, 16 sierpnia 2014
Donikąd – Konrad Czerski

Donikąd – Konrad Czerski
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 239 strony
Literatura polska


...szkatułkowa powieść egzystencjalna. – przeczytałam na okładce książki.
I wszystko jasne. Miałam dwie drogi podejścia. Mogłam się przestraszyć, bo to określenie kojarzy mi się z dużą dawką filozofii, na którą trzeba mieć ochotę, czas i moment w życiu. Mogłam też sięgnąć po nią chętnie (i tak zrobiłam), ciekawa pióra i głosu młodego pokolenia, będąc gotową na roztrząsanie, analizowanie, zastanawianie się, a może nawet na polemizowanie z bohaterami. A było ich tutaj dużo, wśród których troje najważniejszych. W trzech osobno snutych historiach.
Pierwszy Bruno, przyznający się do przypadłości mającej wiele wspólnego ze schizofrenią oraz rozdwojeniem jaźni i z tego powodu walczący ze swoim drugim ja, Kadukiem. Młody mężczyzna mieszkający we Wrocławiu, zapatrzony w siebie, walczący z niemocą weny twórczej debiutującego pisarza, próbujący odnaleźć autora książki nabytej na targu staroci.
Drugi Utaguri, główna postać kupionej powieści. Człowiek znikąd, który zmierza donikąd, niestrudzenie wędrujący w retroświecie przyszłości krainy Gen’ei.
Trzeci bohater to kobieta, Sophie, żyjąca jak współczesna eremitka w sercu nowojorskiego Manhattanu, próbująca przepaść w Bogu, by w intymnej relacji z nim nosić na sobie grzechy innych. Być nikim, a jednak obecną w świecie bardziej niż inni.
Wszyscy troje tworzyli osobne (na pozór!), osobiste, indywidualne historie o poszukiwaniu sensu życia odpowiednio na płaszczyźnie psychicznej, filozoficznej i religijnej, które wraz z rozwojem fabuły zaczynały się łączyć w niespodziewanie kojarzonych punktach stycznych. Poszukiwania przez Brunona autora-widma kupionej książki prowadziły go donikąd, a jednocześnie do początku historii Sophie.
Fikcja mieszała się z rzeczywistością, świadomość z podświadomością, bohaterowie wymyśleni, z postaciami urojonymi i osobą rzeczywistą (autor wprowadził siebie do powieści), a tytuł książki czytanej przeze mnie był zarazem tytułem powieści czytanej przez Brunona. Ale nie ustalenie prawdy stanowiło istotę tej powieści, tylko ukazanie stwierdzenia, że idziemy znikąd i zmierzamy donikąd, próbując w tej wędrówce znaleźć cel, sens albo przynajmniej algorytm przypadkowości. Temat banalny i, co ciekawe, ale i niebezpieczne, bez podanych i narzuconych treści filozoficznych, rozważań, analiz i tekstów do roztrząsania, za to ukazanych odmienną, kontrastową, zróżnicowaną treścią życia bohaterów. Tak odtwórczo poprowadzony temat stwarzał ryzyko pojawienia się nudy. Autor uchronił przed nią opowieść po pierwsze szkatułkową formą powieści z elementami detektywistycznymi, sekretami, tajemnicami i nieprzewidywalnością rozwoju wątków, które ostatecznie umiejętnie ze sobą połączył. Po drugie językiem narracji przekazu bogatym w skojarzenia, innością spojrzenia na te same obrazy, alternatywnością doboru słów i odwagą w łamaniu schematów znaczeniowych pojęć. Autor nie widział zniszczonej okładki, ale książkę ogołoconą z okładki przez lubieżny czas, a banknot o wysokim nominale był... soczysty. To dla tego pryzmatu patrzenia, płynnego przechodzenia od stylu wypowiedzi w liście poprzez opis do monologu, dobierania określeń do rzeczowników, do których ja nigdy bym ich nie przypisała, dla tego bawienia się słowami budującymi nowe jakości dla powszechnych rzeczy, idei, zjawisk, a jednocześnie z zachowaniem umiaru w prostych, często krótkich, nierozbudowanych zdaniach, czytałam tę opowieść urzeczona.
Pisać odtwórczo na temat mocno wyeksploatowany, będąc kreatywnym w formie powieści i języku przekazu – oto przepis na ciekawy debiut.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Donikąd [Konrad Czerski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 23 lipca 2014
Surogat – Witold Tauman

Surogat – Witold Tauman
Wydawnictwo Oficynka , 2014 , 141 stron
Trylogia, część 1
Literatura polska


Wzięłam do ręki książkę.
Stop! Nie książkę. Projekt. To tak wszechobecne i popularne pojęcie określające twórczą działalność człowieka w prawie każdej dziedzinie, że i literatura się temu nie oparła. Wzięłam więc do ręki projekt, a dokładniej pierwszą część trylogii. Stop! Nie część, czy nawet tom, ale odsłonę i nie trylogii tylko gry, której kontynuacja będzie wyglądała tak:

 

 

I tak poprawiać i zmieniać stare, dobre pojęcia literackie na alternatywne mogłabym do końca wpisu. O cokolwiek bym nie zahaczyła, czegokolwiek bym nie dotknęła, nic nie pasowało do klasyki gatunku powieści. Ba! Zostały nawet wymieszane rodzaje literackie - epika z dramatem i liryką. Ta ostatnia reprezentowana wprawdzie w dziecięcych rymowankach, ale jednak. A najtrudniej było mi napisać, o czym ona, to znaczy ten projekt, tak naprawdę jest. I tutaj przypomniała mi się moja niezmienna odpowiedź udzielana mojej zaprzyjaźnionej młodzież na pytanie – O czym jest Ferdydurke? Rozkładałam wtedy ręce, mówiąc – tego się nie da opowiedzieć, to trzeba przeczytać! Ale tutaj musiałam jakoś ogarnąć treść. I przyszło mi do głowy tylko jedno słowo oddające istotę tego projektu.
Surrealizm!
I wszystko wiadomo, a właściwie nie wiadomo, o co chodzi, ale czytało się dalej. Jak to w surrealizmie. A dokładniej wiadomo było tyle, ile sama sobie zinterpretowałam. Podejrzewam, że tylu, ilu czytelników, tyle interpretacji. Niekoniecznie zgodne z zamysłem autora. O przepraszam! Podobno nie autora. Nawet tradycyjny pseudonim literacki odszedł do lamusa. Tutaj była postać fikcyjna, co nie przeszkadzało być jej jednocześnie bohaterem projektu. Pisarzem Witoldem, który namawiał mnie wprost, a nawet błagał – Zaklinam cię! Uciekaj stąd! Zrezygnuj z tego erzacu życia. Zamknij tę przeklętą książkę i niech twoje Potem zacznie się już Teraz! Ale, jak ja mogłam zrezygnować, kiedy projekt mnie wciągnął. Zdążyłam poczuć się nawet jego częścią. Miałam w umyśle zasiany niepokój wmuszony we mnie przez narratora drugoosobowym stylem opowieści. W połowie stałam się częścią umysłu głównego bohatera, którego imię zaczynało się tajemniczą literą F. Zabrał nas do szpitala, posadził przed biurkiem Doktora, który wydał na nas wyrok – Jest pan chory. Choroba na razie nie powinna panu doskwierać, jednak musi pan wiedzieć, że nie jest to zwykły Katar. Choroba ta jest nieuleczalna i śmiertelna. Pan, panie F., jest umierający, umiera pan i pan umrze. Zostało panu... I zaczęło się odliczanie. Dosłownie. Czas odmierzały rozdziały z odwróconą numeracją, poczynając od liczby 29, a kończąc na 0 z tajemniczym zakresem dat.
Od tej wstrząsającej wiadomości zaczął się wyścig z czasem, by znaleźć w tym systemie szpitalnym jakiś sens i zasady, które dałyby nadzieję na wyleczenie. Znalazłam jedną – brak zasad. Dobrnęłam z F. do ostatniego rozdziału błądząc po szpitalu z teczką pełną akt o stanie zdrowia, od Doktora do Doktora, słuchając rad Pacjentów i poznając zbuntowany świat Ogrodników proponujących alternatywne życie po drugiej stronie lustra. Istny labirynt zmieniających się zdarzeń, miejsc, bohaterów, dewaluującej się wiedzy w poczuciu złudnie wolno biegnącego czasu.
A potem zamknęłam projekt, z którego wyszłam, jako jedna z niewielu, żywa i zaczęłam się zastanawiać, co mi to przypominało? Wniosek nasuwał się sam.
Toż to samo Życie!
To przecież o nim ktoś powiedział, że jest chorobą śmiertelną przenoszoną drogą płciową i trudną walką, która zawsze kończy się śmiercią. To był genialny pomysł pokazać życie w surrealistycznym projekcie tak, bym poczuła się, jak jego bohaterka. Bym zobaczyła własne szamotanie się w absurdzie poszukiwaniu dróg wyjścia, którego siłą napędową była nadzieja manifestowana uszlachetniającym cierpieniem. Bym przeżyła bezsensowność przeżywania strachu i lęku i beznadziejność wiary w wyzdrowienie. Bym ujrzała wszystkie aspekty nadbudowywania teorii, pomagających odroczyć koniec. Łącznie z religią, bo mnóstwo tu podtekstów do wydarzeń biblijnych. Bym wreszcie zrozumiała czym jest „choroba” i pogodziła się z nią, bo szansę na jej zrozumienie pisarz Witold daje nielicznym. Pisząc książkę zawierającą całe jego doświadczenie i mądrość z góry założył, że poruszy wszystkich, a którą zrozumie niewielu.
Ale czy życie, tę śmiertelną chorobę, na którą umieramy od momentu urodzenia, da się w ogóle zrozumieć?

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Surogat [Witold  Tauman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 14 czerwca 2012
Księga kłamców – Mariusz Zielke

Księga kłamców – Mariusz Zielke
Wydawnictwo Principum , 2011 , 480 stron
Literatura polska


Uwaga, wśród nas krąży Księga kłamców!
Taki wilk w owczej skórze. Dopalacz o nieznanym składzie i nieprzewidywalnych skutkach. Gdybym wiedziała o niej przed przeczytaniem tyle, co po, zastanowiłabym się kilka razy nad zaglądaniem do jej treści. Bo to nie była spokojna wyprawa w realia starej, dobrej rzeczywistości kreowanej według zasad klasycznej powieści, ale zakamuflowany bilet na szaloną przejażdżkę Diabelskim Młynem i kolejką górską w jednym, prosto w odklejoną rzeczywistość zdopingowanego (nie mam pojęcia czym?!) umysłu malarki Anny Blume i jej kochanka Siergieja. A może nie jej? Może narratora Księgi kłamców? Ale nie tej, którą mam w ręku, ale tej, którą otrzymują niektórzy bohaterowie powieści? A może tylko jeden bohater, ten który kradnie jej pierwodruk z biblioteki, zastanawiając się nad jej ponownym wydaniem?
Próbowałam znaleźć w tych meandrach pomieszania klucz, który otworzyłby mi drogę do jakiegokolwiek porządku, myśli przewodniej i... znalazłam!
Był na okładce!
A dokładniej w tytule, który jeszcze o niczym nie świadczył, ale małe, niepozorne, odwrócone „k”, już tak! To kłamstwo kreowało treść opowieści, chociaż sama w sobie scalała poplątane wątki, łączyła na swój pokrętny sposób zmiennych bohaterów, panowała na chaosem, spinając klamrą początek z jej końcem, by przestrzeń między nimi jednak wypełnić hybrydą wiedzy i wyobraźni licznych bohaterów i narratora. To kłamstwo było bazą, podstawą, normą, zasadą i wyznacznikiem kształtu świata złożonego z jeszcze mniejszych jego odmian, aberracji i mutacji, tworzonych, czytanych, opowiadanych, śnionych, poprawianych przez bohaterów i rosnących jak grzyby po deszczu z rodzaju tych halucynogennych. Rzeczywistości zmiennej i stwarzanej stale od nowa, gdzie sen mieszał się z natchnieniem, marzenia z jawą, przyszłość z przeszłością, a małe kłamstwo z większą nieprawdą. Nic nie było w niej pewne oprócz kłamstwa, a to co było, stwarzało tylko takie pozory. Nie opowiem, co było wątkiem wiodącym w tej bardzo wielokrotnie złożonej fabule, bo porwałabym się na wyznaczenie toru pioruna przed jego uderzeniem, ale to właśnie ten chaos i jego nieprzewidywalność ze stale zmieniającymi się bohaterami, przybierającymi w kolejnej historii inną, choć znajomą postać lub osobowość, wyznaczały drogę mojej czytelniczej uwadze.
Drogę przez mękę.
Miałam wrażenie (ale nie dam sobie ręki uciąć, że było prawdziwe!), że ten świat poskładany z elementów przejawów współczesnej kultury oraz tej przeszłej, odwołującej się do mitów, historii biblijnych czy faktów historycznych, tworzy bardzo niepochlebny obraz współczesnego człowieka. Podobny hologramowi bez duszy, a tym samym bez zdolności do miłości, ale za to owładniętego seksem, który wręcz przelewał się ze strony na stronę, aż do zniesmaczenia i obrzydzenia. Człowieka wyssanego z marzeń i radości życia przez wampirów energetycznych, które rozsiewają zarazę umartwiania się i cierpienia, dającą im jedyną rozkosz i przyjemność istnienia. Człowieka okłamującego siebie oraz innych i stwarzającego w ten sposób siebie, a także świat wokół jako byty fikcyjne. Smutny, ale prawdziwy obraz. Tylko, że to Księga kłamców, więc czy, aby na pewno prawdziwy?
Tak mi się przynajmniej wydawało. Takie miałam wrażenie, chociaż ubranie go w słowa wymagało ode mnie ogromnej woli skupienia się na dygresyjnej, wielowątkowej, rozgałęzionej niczym korona drzewa, fabule, za którą nie podążałam z własnej woli. To ona mnie niosła tam, dokąd chciała i w tym kierunku, w którym jej było wygodnie i po drodze. Nie było w niej miejsca na moją kreatywność, moją logikę i na moją wyobraźnię, a złapanie równowagi i gruntu pod nogami wymagało nie lada woli i uporu, by czytać dalej. Miałam dać się ponieść i przeżywać jak na rollercoasterze wizji. Czułam się wykorzystana i sprowadzona do roli bezwolnego słuchacza, ograniczonego tylko i wyłącznie do tej roli pod hasłem – Czytaj i podziwiaj moją wyobraźnię oraz umiejętność operowania słowem!
A tego bardzo, ale to bardzo nie lubię.
Nie sprawia mi żadnej przyjemności jednostronna komunikacja, rola przedmiotu do podziwiania sztuki dla sztuki, pogoń myśli bez przewidywanego celu lub końca, oglądanie świata zbudowanego na kłamstwie i znajdywanie ziarenka prawdopodobnej prawdy, którego koszty pozyskania przewyższają moje siły czytelnicze, ocierając się wręcz o masochizm. Z kolei zachwycać się urodą kłamliwej historii byłoby z mojej strony czystym turpizmem, którego nie jestem zwolenniczką. Dlatego wzięłam sobie do serca motto z powieści:

Porzućcie nadzieję, wszyscy wierzący w prawdę.
Ona zwykle wysiada na innej stacji.

 

Z ulgą wysiadłam również i ja, także na innej.
Nie po drodze mi z kłamstwem.
Ale, ale...
Są tacy, którzy taką jazdę bez trzymanki uwielbiają! Nazywają się homo ludens. To właśnie dla nich są budowane Wesołe Miasteczka, a w witrynach antykwarycznych wystawiane Księgi kłamców.

Bilet wstępu (czyli książkę) do tej pojechanej i szalonej rzeczywistości otrzymałam od autora. I jak tu teraz dziękować za takie przeżycia? Ale dziękuję, bo darowanej książce w kartki się nie zagląda, a potem... choćby potop!

wtorek, 01 maja 2012
Stara – Rafał Wojasiński



Stara – Rafał Wojasiński
Wydawnictwo Nowy Świat , 2011 , 119 stron
Literatura polska


Tę nowelę przeczytałam dwa razy. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, dlaczego. Jeszcze wtedy nie miałam świadomości, że jest to książka wielokrotnego czytania i że te dwa razy to dopiero początek.
Na razie wiedziałam, co czułam po pierwszym czytaniu – pierwotną prawdę objawiającą sens człowieczego życia. Tak niepopularną, niepojętą we współczesnym mi świecie, że trudną do zaakceptowania, do uwierzenia, do zrozumienia. I po to, by przestać ją tylko czuć, a zacząć rozumieć, przeczytałam ją po raz drugi. Rozgryzałam te proste, krótkie, ascetyczne zdania brzemienne w myśli, pojęcia, treści, idee, gotowe do zacytowania lub do uczynienia z nich motta, tym razem powoli, uważniej wsłuchując się w narrację głównego bohatera. Tak prostego, jak prawda, której był uosobieniem, a którą Bóg przekazuje nam od pokoleń za każdym razem ślepych i głuchych na nią. Tak małego i niepozornego fizycznie, że właściwie niezauważanego przez innych. Niepotrafiącego pisać i czytać. Dla ludzi był nikim. Autor nie dał mu nawet imienia, by tę jego marność, nicość i małość podkreślić. Znienawidzony przez własne córki, uznany za głupiego przez własne środowisko wiejskie, w którym żył, przygarnięty przez kobietę, którą nazywał Stara. Był jak pies, który robił wszystko, co Stara mu kazała, jadł resztki ze stołu, a jedynym symptomem człowieczeństwa była umiejętność rysowania na czymkolwiek i byle czym. Był dla niej darmową siłą roboczą w gospodarstwie i źródłem pieniędzy, chociaż bardziej od jego emerytury pragnęła jego śmierci, bo - Tak będzie dla nas lepiej. – mawiała. A on się nie bronił i nie próbował niczego zmieniać. Myślał nawet – Jeżeli Stara mnie zabije, to nie będę miał nic przeciwko temu. Oddała go nawet do zakładu psychiatrycznego, bo rozmawiał z Bogiem, a ona tego nie lubiła. Głupi ojciec – mówiła jego córka. Głupi jesteś – darła się Stara. Głupi człowiek – pomyślałam i ja.
Bo czyż nie tak właśnie myślimy o ofiarach losu?
Ale to, co widzieli na zewnątrz ludzie, wewnątrz umysłu głównego bohatera wyglądało zupełnie inaczej. Jego wewnętrzny świat był takim, jakim widział go przez okno barakowozu, w którym pracował – Wszystko jest na świecie tak zrobione, żebym był szczęśliwy, żeby było mi dobrze.
I był szczęśliwy! I było mu dobrze!
Przyjmował świat takim jakim ustanowił go Bóg, nie mając potrzeby poprawiania w nim czegokolwiek, a sam czuł się wyjątkowym wybrańcem, obdarzonym łaską mądrości, wielkości i wiedzy o sensie życia, którym jest sam fakt istnienia, bycie, trwanie. Gdy inni żyli w jego poszukiwaniu i znajdywaniu go w gromadzeniu pieniędzy, rzeczy, godności, on w swojej nicości był wolnym od tego człowiekiem. Dzięki temu nie musiał gonić za światem, bo to Stara goniła go za niego i to właśnie dzięki niej mógł być takim, jakim stworzył go i chciał widzieć Bóg zgodnie z wyznaczoną mu rolą, z prawem do słuchania, patrzenia i podziwiania. Wystarczył, że był, a świat, który go otaczał urzeczywistniał jego marzenia.
Był wolny.
Nawet od lęku przed śmiercią.
Ten skrajny, dychotomiczny i kontrastowy obraz głównego bohatera, tak naprawdę ujawnia dramat istnienia i jego przyczynę, ludzi zniewolonych przez zniekształconą prawdę o jego sensie we współczesnym świecie, którzy przychodzą do bohatera, kiedy nie mają siły dłużej udawać, kiedy są zmęczeni udowadnianiem swojej wartości i wielkości, kiedy czują stale wymykający się sens życia, kiedy dopada ich myśl, że tak naprawdę są nikim i kiedy jedynym sposobem zrzucenia życiowego jarzma jest samobójstwo. I mimo, że na co dzień jest uznawany za głupka, którego nie zauważają, którego boją się, jak zadżumionego innym myśleniem, to tylko w jego obecności mogą nareszcie odnaleźć siebie, bo nie trzeba być kimś, można być takim jak wypadło, bez sensu, byle jak. Podobno takich ludzi nie ma, chociaż ja przez cały czas mam przed oczami postać Nikifora.
Pozostaje więc słowo pisane.
To w obecności takiej prozy można na nowo zobaczyć świat i siebie. To dlatego, kiedy za każdym razem, rzeczywistość, w której żyję przestanie mi się podobać, mogę sięgnąć po tę nowelę. Jest tylokrotnego czytania, ile razy poczuję się nikim.
I ostatni cytat, który zapadnie mi w pamięć na zawsze i który jest jednym z filarów tej noweli – Boga nie musi być, żeby właśnie był.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2012 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


Na podstawie tej noweli powstało słuchowisko radiowe pod tym samym tytułem, a tutaj można posłuchać fragmentów czytanych przez Mariusza Bonaszewskiego.
czwartek, 29 marca 2012
Cmentarz w Pradze – Umberto Eco



Cmentarz w Pradze – Umberto Eco
Przełożył Krzysztof Żaboklicki
Oficyna Literacka Noir sur Blanc , 2011 , 502 strony
Literatura włoska


Był taki sam dzień, jak dzisiaj, ale dwa stulecia wcześniej. Pewien szary, marcowy poranek roku 1897, kiedy mój przewodnik Narrator, jak sam siebie nazywał, poprowadził mnie krętymi uliczkami podejrzanej dzielnicy Paryża, pełnej cuchnących zaułków i oszpeconych bulwarów, usianej burdelami udającymi piwiarnie, obrzydliwymi hotelikami zarządzanymi jeszcze bardziej obrzydliwą chciwością ich właścicieli, budynkami o mrocznej przeszłości, pośród których można było poczuć smród zarobaczonej rzeczki wpadającej do Sekwany, bym mogła dotrzeć do pewnego tajemniczego miejsca. Na pierwszy rzut oka sklepiku handlarza starzyzną, ale po wejściu do środka, nic nie wskazywało na taką właśnie profesję właściciela tego osobliwego pomieszczenia oraz mieszkania znajdującego się nad nim. Jeszcze więcej tajemnic krył w sobie znaleziony tam dziennik, nad którym pochyliliśmy się wspólnie z Narratorem, prowadzony przez niejakiego kapitana Simoniniego. Włocha z urodzenia i Francuza trochę z przymusu, a trochę z wyboru, absolwenta prawa, notariusza parającego się perfekcyjnym fałszowaniem dokumentów tych istniejących i tych, które mogłyby zaistnieć oraz handlem poświęconymi hostiami. Sześćdziesięciosiedmioletniego mężczyzny, któremu ciało rozgrzewało dobre jedzenie, a duszę nienawiść do kobiet, Żydów, masonów, wszystkich nacji łącznie z Francuzami i Włochami, Jezuitów, protestantów i wielu, wielu innych ludzi i instytucji, co podsunęło mi podejrzenie, że również samego siebie, gdyby nie to jedno, przewrotne zdanie – Za sobą samym szczególnie nie przepadał, ale do innych żywił niechęć tak wielką, że siebie samego jakoś znosił. I tenże główny bohater powieści, zaniepokojony odkrytymi u siebie oznakami niebezpiecznej amnezji, 24 marca 1897 roku postanowił pisać dziennik za radą niejakiego doktora Froïda, mając nadzieję na przypomnienie sobie czasu minionego, nazwisk, które nic mu obecnie nie mówią, osób których nie poznaje i ,co odkrył z czasem, dlaczego w jego dzienniku pojawiają się wpisy niejakiego Dalla Piccola, odgrywającego rolę jego sumienia i alter ego i nadającemu mu chwilami postać przemiennego dwugłosu amnezyjnych euforii i dysforycznych nawrotów pamięci. Wpisując datę jemu teraźniejszą, zaczął od lat dziecięcych, budując od nowa, zdanie po zdaniu, własną przeszłość, szukając w niej przyczyn utraconej zdolności przypominania sobie. A wyłaniający się powoli życiorys prowadzącego dziennik, któremu Narrator oddawał prowadzenie fabuły opowieści, ale zachowując sobie możliwość sporadycznej ingerencji w najbardziej skomplikowanych jej momentach, kiedy bohater tracił poczucie zmysłów i zdolność narracji, porażał swoim prawdopodobieństwem, uniwersalnością, aktualnością i prostotą mechanizmu obnażającego ludzką głupotę, naiwność, gotowość wiary we wszystko, co podsuną inni i bezkrytycznego powielania nabywanej wiedzy. Procesu funkcjonującego z powodzeniem do dnia dzisiejszego.
Autor stworzył standardowy szablon mechanizmu Uniwersalnej Formuły Spisku, wykorzystując do tego fikcyjną postać bohatera opętanego nienawiścią wpojoną mu przez dziadka i utrwaloną przez uwarunkowania kulturowe oraz normy społeczne, a także fakty i postacie historyczne, tworząc literacki obraz ciągu wydarzeń, które w ostateczności wydarzyły się naprawdę. Pokusił się zobrazować to na przykładzie antysemityzmu, szkicując swój własny scenariusz powstania Protokołów mędrców Syjonu, który w powieści nazywał Protokołami z zebrania rabinów na cmentarzu w Pradze. I ta część opowieści pochłonęła mnie i mój umysł, jak gra w skojarzenia, dzięki wiedzy zdobytej we wcześniej czytanej przeze mnie Historii antysemityzmu Françoisa de Fontette'a. Mogłam docenić obszerność wiedzy autora, kunszt budowania obrazu nienawiści do Żydów, tworzony z dużą dozą subtelnej ironii podkreślającej zastój moralny ludzkości, dodatkowo skontrastowany z rozwojem myśli i nauki XIX wieku oraz duchem postępu delikatnie szkicowanego tła epoki, z takimi reklamami:

Dziejów nienawiści tak skutecznie pielęgnowanej i podsycanej, która w efekcie doprowadziła do powstania Mein Kampf Hitlera i projektu ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Natomiast hermetycznymi dla mnie wątkami była mało znana mi historia Francji i jeszcze mniej Włoch, bym mogła w tej samej mierze docenić wirtuozerię autora w tych warstwach opowieści, które zresztą uważałam za zbyt obszernie rozbudowane, jeśli nie zbędne w ogóle. Autor miał tego świadomość, wkładając w usta jednego z bohaterów te słowa – Nie należy przedstawiać niebezpieczeństwa o tysiącu twarzy. Niebezpieczeństwo powinno mieć jedno oblicze, bo inaczej uwaga czytelnika rozprasza się. Jeśli chcesz oskarżać Żydów, pisz o Żydach, a zostaw w spokoju Irlandczyków, neapolitańskie książęta, piemonckich generałów, polskich patriotów i rosyjskich nihilistów. Za dużo tego dobrego.
Oj, za dużo!
Z tego nadmiaru mogą skorzystać tylko Włosi i Francuzi oraz dobrze znający historię ich krajów. Dla mnie czytelniczki-cudzoziemki te partie tekstu były najzwyczajniej nudne, nieczytelne, nużące, czytane powoli i z ogromnym mozołem. Nagromadzenie faktów historycznych (a autor z historią nie zapoznawał, bo formuła powieści wymagała już ją obowiązkowo posiadać!)i postaci autentycznych, których życiorysów nie znałam (o Taxilu usłyszałam po raz pierwszy!) odbierało mi przyjemność odbioru i nawiązania nici porozumienia z autorem, jaki odczuwałam w wątku żydowskim. Autor i tego miał świadomość, oddając Narratorowi porządkujący, wyjaśniający i wprowadzający ład głos, zwłaszcza w rozdziale Dwanaście należycie wykorzystanych lat. Czułam tę opiekuńczą rękę autora, który próbował ułatwić mi odbiór swojej powieści, chociażby w postaci objaśniających zdań niczym porozumiewawcze mrugnięcie okiem, jako komentarz do tekstu, którego nie można było brać za prawdę albo umieszczonej na końcu książki tabelki, pomagającej zrozumieć różnicę między intrygą i fabułą, umieszczonych w dwóch różnych okresach czasowych:

Czy stworzenie przerywników pomagających przebrnąć przez mniej strawne (dla mnie!) partie tekstu. Nie bez powodu użyłam języka kuchni, ponieważ dokładnie jedzenie miałam na myśli. Simonini uwielbiał, wręcz kochał (jedyna miłość w jego życiu) kuchnię, a jedzenie stawiał wyżej ponad obcowanie z kobietą. Mnóstwo więc w tekście opisów jadłodajni, restauracji, knajp i barów ze stołami zastawionymi brzanami w sosie hollandaise, gorąco-zimnymi filetami z młodego królika w galaretce, truflami w szampanie, ryżem z rondla à la Toulouse, puddingami morelowymi à la venitienne i koszami świeżych owoców, nad którymi unosił się nieodłączny zapach czosnku, jagód jałowca, listków laurowych, bazylii, rozmarynu i przypraw korzennych, po których buszowałam w lodówce. Dla potrafiących gotować, były nawet podane przepisy na dania o apetycznie brzmiących nazwach. A całość tekstu ilustrował licznymi rysunkami takimi, jak ten:

Ale akurat w tym zakresie, pomocy w odbiorze powieści nie potrzebowałam. Moim słabym punktem, którego nie była w stanie zniwelować nawet największa przychylność autora, był brak wiedzy z historii politycznej Włoch i Francji. Na podstawie tych wątków mogłam budować sobie uniwersalny szablon mechanizmów spiskowych, używając języka prawników - poszlakowo, mając jednocześnie świadomość, że tracę wszystko to, czego z przyjemnością doświadczałam w wątku żydowskim.
To świetnie skonstruowana opowieść o uniwersalnym mechanizmie powstawania spisku, który można obecnie przyłożyć do korporacji bankowych, frakcji politycznych, lobby przemysłowych i wielu, wielu innych grup mających jakąkolwiek władzę. Autor wręcz mówi – Oto więc forma dająca wypełnić treścią według uznania, dla każdego jego spisek. Ale to także opowieść o nienawiści, która swoje źródło bierze ze źle pojmowanego patriotyzmu i narodowej tożsamości. Nienawiści wobec tych, którzy są inni. (...) Potrzeba zawsze kogoś, kogo się nienawidzi, aby dzięki temu uzasadnić swą własną nędzę moralną. Simonini nadal krąży niezmordowanie wśród ludzi, a efekty jego pracy widać wokół.
Wystarczy się rozejrzeć.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Cmentarz w Pradze [Umberto Eco]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


To właśnie takie fragmenty tekstu wywoływały na mojej twarzy rozbawienie.
wtorek, 13 marca 2012
Nie ma Pauliny – Jan Tomkowski



Nie ma Pauliny – Jan Tomkowski
Wydawnictwo Nowy Świat , 2012 , 240 stron
Literatura polska


Jestem czuła na pierwsze zdanie otwierające przede mną czekający na mnie świat schowany w książce. Tym razem brzmiało ono tak:

Smagnęło mnie ono niczym bicz, na końcu którego najboleśniej odcisnęło swój ślad ostatnie, żałobne, ciemne, ciężkie słowo niczym ołowiana kulka. Narzędzie tortur i samobiczowania się. Przytrzymało mnie ono w chwilowym zamyśleniu nad jego sensem i czekającymi mnie czytelniczymi perspektywami. Może nawet na trochę wstrzymało mój oddech, zanim zaczęłam czytać dalej? Nie pamiętam dokładnie, bo takich odruchów nie rejestruje się w chwili zaskoczenia, ale na pewno pamiętam dźwięk ciszy po jego wybrzmieniu w mojej głowie. Mocne – pomyślałam, ale byłam gotowa na przyjęcie opowieści o samounicestwianiu się i autodestrukcji mężczyzny porzuconego przez kobietę, zwłaszcza że na tylnej okładce widniało takie zdanie:

Zaczęłam więc czytać tę powieść będąc przekonaną, że mam przed sobą studium psychologiczne jednego z najwyżej stawianych na liście czynników stresu człowieka (zaraz po śmierci i rozwodzie), jakim jest odejście czy porzucenie przez kochaną osobę. To co otrzymałam, najpierw wprawiło mnie w zaskoczenie i zdumienie, a potem... w zachwyt.
Autor, znany historyk literatury, stworzył obraz myśli starszego mężczyzny, akademickiego wykładowcy literatury, porzuconego przez trzydziestoletnią Paulinę, po dziesięciu latach, jak mu się wydawało, udanego związku. Stan, w którym się znalazł główny bohater, posłużył mu do analizy wspólnej przeszłości z Pauliną poprzez pojęcia ją określające takie jak: wierność, samotność, miłość, zdrada, oddalenie, kłamstwo czy rozpacz. Jednak nie na gruncie psychologii, ale w kontekście... literatury i filozofii oraz, w mniejszym stopniu, malarstwa i filmu. Tragedia nagłego rozstania bohatera z partnerką, skojarzenia i wspomnienia o Paulinie (i nie tylko o niej!), jej zalety i wady, gust, nawyki, poglądy, postawy czy zachowania były tylko pretekstem do rozważań na gruncie literackim. Punktem wyjścia do odniesień, porównań, powołań i analiz tych zagadnień zawartych w tekstach literackich, a dokładniej w powieściach zaliczanych obecnie do klasyki literatury polskiej i powszechnej. Idealną płaszczyzną do ukazania również kondycji czytelnictwa w XXI wieku, pozycji i sytuacji współczesnego pisarza, poziomu rozwoju czytelniczego odbiorców książek i czynników determinujących kierunki rozwoju obecnego rynku wydawniczego. A wszystko zawarte w trzydziestu odsłonach z życia niezwykłego erudyty, które nazwałabym nie kolejnymi rozdziałami powieści, ale ukrytymi esejami literacko-filozoficznymi, w których dla mnie bohaterem była przede wszystkim literatura klasyczna, pisarz, książka, czytelnik i sam proces czytania.
Zagłębiłam się w ten świat myśli bohatera, który niczym gospodarz w swojej Bibliotece, otwierał mi kolejne drzwi na inne spojrzenie, na nowe horyzonty, na różnorodne konteksty, razem z nim bolejąc nad powolnym odchodzeniem od sztuki czytania na rzecz krótkiej, szybkiej informacji podsuwanej przez media, gdzie powieść licząca 300 stron, wydaje się zbyt długa, bo przecież tyle jest do przeczytania na milionach stronic internetowych, i w bibliotekach, i w gazetach, i w esemesowej rzeczywistości. Nad czasem, w którym w pociągach zamiast ciekawych dyskusji i rozmów, brzęczą, ćwierkają i ryczą komórki, szumią laptopy, a przeciętny czytelnik potrzebuje innych książek – niezauważalnych, stworzonych do zabijania czasu, pozwalających zapomnieć o sobie natychmiast po przeczytaniu i ostatecznie nieistotnych. Przy takim rozgoryczeniu, rozważania nad czytelnictwem mogą doprowadzić do ostatecznego, może trochę drastycznego, wniosku wysnutego przez bohatera – Gdybyż tak można było wychować czytelnika tak jak mistrz zen kształci swoich uczniów! Zaplanowałbym mu chętnie cały proces edukacyjny, za bezmyślne przewracanie kartek bił po głowie i pozbawiał na kilka dni jedzenia. W zamian za poddanie się tak surowym rygorom wtajemniczałbym go w siedem warstw znaczeniowych mojej powieści, siedem sensów... (...) Głodnym, lecz spragnionym mądrości czytelnikom, opowiadałbym nawet o tym, czego w powieści nie ma, a co mogło się znaleźć...
Bić pewnie bym nie biła, ale do czytania klasyki zmuszałabym tak, jak bohater, który ten pomysł argumentuje – Bez Wergiliusza, a zwłaszcza Owidiusza nie ma biletu wstępu do wielu malarskich arcydzieł. Będziemy chodzić po Luwrze i Prado jak przed laty człowiek sowiecki pozbawiony możliwości czytania Biblii i pytać, kim jest ten niewysoki młodzieniec z procą albo ta dziwna kobieta, której na tacy podają właśnie obciętą głowę jakiegoś brodacza.
Tak, jak w przypadku tej książki.
Bez znajomości twórczości Fiodora Dostojewskiego, Williama Szekspira, Wolfganga Goethego, Bolesława Prusa, Tomasza Manna, Bohumila Hrabala i wielu, wielu innych klasyków literatury, ta pozycja pozostanie niezrozumiała w pełni, na zawsze zamknięta i nieprzenikniona jak jakiś chiński obraz, na którym widzimy tylko niejasne motywy kaligraficzne. To pozycja dla koneserów literatury ( a dla ambitnych odbiorców czytelniczym wyzwaniem), którzy pod oślą skórką fabuły dostrzegą nie tylko próbę utrwalenia obrazu ukochanej kobiety, ale i próbę odgadnięcia tajemnicy tkwiącej we Wszechświecie pełnym szyfrów, do którego kluczem jest literatura zgromadzona w Bibliotece.
To książka, którą przytulam do mojego czytelniczego serca, całkowicie się z nią w wielu przesłaniach identyfikując i tylko czasami polemizując (czytanie każdej powieści, jak równania matematycznego przez każdego czytelnika? ) z bohaterem powieści o pięknym umyśle. A może z samym autorem? Wiele wskazówek autobiograficznych umieszczonych w tekście, pozwala mi myśleć, że pierwsze drugiego nie wyklucza.
Gdybym takiego współpasażera spotkała w pociągu, odłożyłabym nawet trzymaną w ręku książkę. A czynię to bardzo rzadko, bo te laptopy, komórki, mp3...
I jeszcze jedna myśl, która nie daje mi spokoju.
Jak można ZABIJAĆ czas książką?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 28 lutego 2012
Szklanka na pająki – Barbara Piórkowska



Szklanka na pająki – Barbara Piórkowska
Wydawnictwo Nowy Świat , 2010 , 167 stron
Literatura polska


Nie posiadam daru lepienia ze słów figur wierszowanych, ale bardzo lubię przebywać w świecie... poezji?
Tak. To też. Czasami.
Jednak bardziej w świecie prozy utkanej przez poetę, który potrafi dobrze znanej rzeczywistości narzucić wymiar niepowszedni, wyjątkowy, baśniowy, nadając jej płaskiej formie trójwymiarowość i stwarzając go atrakcyjniejszym i łatwiejszym do zaakceptowania oraz przyswojenia przez moje własne, toporne i okaleczone genetycznie zmysły. Nie każdy jest czuły na słowa-haczyki, które jeśli tylko umiejętnie zarzucić, z łatwością wyciągają z poety nitki, które niczym sznurki dobranych, dopasowanych, okrąglutkich, gładko utoczonych i dobrze skomponowanych wyrazów, potrafią ułożyć się w zupełnie inne spojrzenie na dotychczasowe realia. Odmienny ogląd przepuszczony przez subiektywny pryzmat własnego, wrażliwego, wewnętrznego postrzegania świata i ludzi w nim żyjących.
Autorka tego prozatorskiego debiutu właśnie kimś takim jest.
Wzięła temat z gdańskiej ulicy. Pierwszy z brzegu życiorys, nie lepszy i nie gorszy od innych, zagubiony i poszarpany przez wiatr wiejący od morza, a może przez wichry historii, podobny do losu wielu innych, toczonych mozolnie wśród kamiennych bloków na osiedlu Żabianka. Mocno ostatnio eksploatowany przez znanych i uznanych. Ale kiedy się jest nikim, kiedy nikt nie jest go ciekaw, bo tak bardzo przypomina własny, szary, powszedni, przeciętny, aż za dobrze znany, wtedy nadaje się mu nową formę, wykorzystując magiczny dar słowa przemieniania starego w nowe. Autorce posłużyło do tego celu życie dziewczynki urodzonej w 1974 roku i dorastającej w ciekawych czasach przemian ustrojowych. Ale tło fabuły, delikatnie zresztą tylko zarysowane, nie było aż tak ważne, bo ileż to ja takich życiorysów poznałam, o iluż się trudnych lub ciekawych dzieciństwach naczytałam, na ileż się takich w literaturze już natknęłam!
Ważne było to, że stwarzała je Poetka.
A zaczynało się od zdania – Najpierw byłam mężczyzną.
Poczułam mocne tąpniecie w ustalonych i sztywnych zasadach mego świata i dotyk zarzuconej pętli na szyi mojej uwagi. A potem była czysta rozkosz pławienia się w świeżych metaforach, trafnych porównaniach, gładko wyrzeźbionych frazach, ściśle dopasowanych wyrażeniach, celnie dobranych skojarzeniach budujących wewnętrzny, momentami bajeczny świat dziewczyny. Dziecka obdarzonego darem plastycznym, wychowywanego w chłodnej rodzinie, głównie przez dziadka, w obecności wiecznie nieobecnego ojca, chorej na depresję matki i babki, która o istnieniu wnuczki przypominała sobie, licząc prezenty pod choinką. Posiadającego dar widzenia barwami, który towarzyszył mu od urodzenia, kolorując jego wewnętrzny i zewnętrzny świat. Najpierw dziecka, potem nastolatki i w końcu kobiety. Nadając towarzyszącym mu emocjom barwę kolorowych kredek w dzieciństwie, czerń okresu wycofania, destrukcji i niewiary w sens nastoletniego życia i tęczę człowieka dorosłego, świadomego konieczności istnienia całego spektrum jej komponentów i pogodzonego z tym faktem. Również człowieka doceniającego dar życia i jego korzeni, które samo w sobie jest wyjątkowe, bo dziedziczone po przodkach i stale odradzające się w kolejnych pokoleniach, chociaż w innym ciele, innym mieście czy państwie. Składające się tak, jak tęcza, z wielu barw i ich odcieni, z chwil dobrych i złych, lepszych i gorszych, ale wszystkich jednakowo cennych. Nawet tych kosmatych, przypominających obrzydliwe pająki, których nie wolno zabijać. One są jak źródło penicyliny zawartej w pajęczynie, leczącej rany duszy, ratującej zdrowie i życie psychiczne. Stwarzają sytuacje nabywania odporności na przeciwności losu, szczepiąc na dalszą drogę życia. Każdy człowiek powinien mieć specjalną szklankę, w którą mógłby łapać takie chwile, nie czyniąc im krzywdy, bo ich się nie da zamazać czarną farbą, zresztą tylko głupcy to robią i skarżą się potem, że się pobrudzili.
Niby nic nowego, bo przesłanie i samo życie bohaterki jakich wiele, ale...
Jak to jest opowiedziane!
A raczej namalowane słowami i nasycone kolorami! Wypełnione barwą kołatną, złocistą szarość, która spływa na oczy w głębokiej fazie stycznia, kiedy pukam do kogoś z butelką wina, by mi pomógł wydostać się z tych ciemnych kolorów, aby przywrócić zieleń i żółć, i zdrojowy błękit, w którym się można skąpać do samego serca. Najlepiej robić zapasy błękitu wcześniej.
Gromadzę więc i ten błękit z chwil szczęśliwych, i tę penicylinę z chwil kosmatych, by żyć kolorowo, w pełnej palecie barw tęczy od czerni po biel, która jest jak życie.
A ono jak tęcza!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Szklanka na pająki [Barbara Piórkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Poetka, dziennikarka, krytyczka literacka, autorka opowiadań i performerka w show poetyckich - jak przeczytałam w notce informacyjnej umieszczonej na tylnej okładce. Nie mam nic przeciwko wierszom, ale oby więcej takich prozatorskich tekstów.
 
1 , 2
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 947 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi