Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 14 września 2013
Kartki z podróży – Andrzej Ireneusz Sawko

Kartki z podróży – Andrzej Ireneusz Sawko
Wersja elektroniczna , wydanie przedpremierowe, 190 stron
Literatura polska


Poczułam się wyróżniona, otrzymując bardzo osobisty zbiór kartek z podróży.
Wyjątkowy, bo na każdej z nich zamiast zdawkowych, grzecznościowych pozdrowień, umieszczony był wiersz, którego intymność przekazu, przy korzystaniu z tradycyjnej poczty, wymagałaby umieszczenia go w kopercie. Ja otrzymałam je wszystkie jednocześnie w formie zbiorku poetyckiego, który zabrał mnie w podwójną podróż.
Jedną dosłowną w sensie geograficznym i czasowym, bo kartki-wiersze pochodziły z lat 2007-2010, kiedy ich autor wędrował po Europie, notując swoje obserwacje, spostrzeżenia, zamyślenia nad życiem ludzi innych kulturowo, które wcale nie było takie inne, jakby się zdawało, śląc myśli z Francji, Anglii, Holandii, Belgii i Niemiec.
Drugą metaforyczną. W głąb duszy poety, doświadczonego przez życie, który przekształcił widziany świat w nowe, odmienne obrazy, ujęte w słowa poezji. I chociaż wiem, że nie powinnam łączyć autora z podmiotem lirycznym, to w przypadku tego zbiorku, miałam problem z ich rozdzieleniem. Te wiersze były tak osobiste, tak intymne, tak ekshibicjonistyczne i przesiąknięte osobowością autora, że nie potrafiłam udawać przed sobą, że go tam nie ma. Że ten, który jest w tych wierszach, to jakiś przeciętny mężczyzna, a autor wymyślił mu świat wewnętrzny.
Przeraźliwie smutny.
I nie dlatego, że poznawany świat takim był, ale dlatego, że w tę podróż wybrał się człowiek, którego pryzmat patrzenia skaził smutek pamięci za tym, co już nie wróci, ból za utraconą miłością i żal niedopełnionej miłości ojcowskiej. Najsmutniejszym w nich nie był brak nadziei na nową miłość, ale odbieranie możliwości na jej pojawienie się, na rozkwitnięcie, bo trudno ją budować z mężczyzną, który tylko obserwuje, egzystuje, ucieka od siebie i wyraźnie ostrzega:

 

 

To nie tylko kartki z podróży, to również „karty chorobowe poety” składające się na historię zranienia, jak sam autor napisał we wstępie. To dlatego, lojalnie uprzedzona, czytałam je powoli, po jednej, po kilka, by nie podążyć za rzeczywistością posypaną popiołem smutku, w której szczegóły przygnębiały, a ludzie i ich losy nie budziły nadziei. Na horyzoncie, spojrzawszy przez którąkolwiek kartkę-wiersz, widziałam nicość pochłaniającą ludzkie życie, zmierzające niezmiennie i nieustannie tylko w jednym, wiadomym kierunku, a o jego istnieniu świadczyły pozostawione miejsca i rzeczy materialne. Też ulotne.
Ale wśród tego morza cierpienia, przeraźliwej tęsknoty i wędrówki za nieokreślonym, a może w poszukiwaniu mimo wszystko miłości i ucieczki od samotności, było mi dane, chyba w nagrodę za współcierpienie, widzenie świata magicznego. Tego, którą potrafiła dostrzec tylko wrażliwość poety pod wpływem nieokreślonego impulsu w najmniej odpowiednim miejscu i czasie dla przeciętnego człowieka. Wtedy zatapiałam się w świat piękna budowanego na gruzach. Właśnie takie kartki, jak ta, nieliczne promyki radości życia, czytałam wielokrotnie, próbując zapamiętać metodę ubarwiania świata realnego, by stał się znośniejszym.

 

 

Otrzymywałam też kartki, w których nie bogactwo słów, wyszukanych skojarzeń i metafor było najważniejsze, ale minimalizm brzemienny znaczeniem skumulowanym w puencie ostatniego wersu:

 

 

Ile musi przejść poeta, ile dróg przemierzyć znikąd donikąd, ile kierunków obrać, ile chorób życiowych przejść, by pozostały po nim wiersze o mojej rzeczywistości, ale jednocześnie nie mojej. Raczej alternatywnej, do której dostęp miałam dzięki tym kartkom z podróży.
Współwędrówki ciekawej, ale trudnej i bardzo wyczerpującej.

poniedziałek, 08 października 2012
Sonety – William Shakespeare

Sonety – William Shakespeare
Przekład, wstęp i opracowanie Stanisław Barańczak
Wydawnictwo a5 , 2012 , 216 stron
Seria Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5 ; Tom 15
Literatura angielska


W obliczu ogromu wiedzy na temat 154 sonetów poety zgromadzonych w tym zbiorku, jaką przekazał mi autor ich przekładu i opracowania we wstępie, pomyślałam, że mój głos właściwie niczego nie zmieni i nie odkryje, dopóki nie dotarłam do fragmentu napisanego z lekką nutą humoru o dociekaniach szekspirologów na temat tożsamości mężczyzny, któremu poeta postawił niezniszczalny pomnik ze swoich wierszy, opiewających jego urodę i miłość do niego. Materia bardzo delikatna do interpretacji ze względu na homoerotyczność 126 pierwszych sonetów i na tyle tajemnicza, a przez to ciekawa dla biografów Williama Shakespeare’a (i nie tylko!), że autor wstępu doszedł do takiego wniosku – Biblioteka, którą można by złożyć z niezliczonych książek i rozpraw identyfikujących na rozmaite sposoby adresata pierwszych 126 sonetów, zawierałaby trzy główne działy: „Southamton”, „Pembroke” i „Czysta Fantastyka”. Skrupulatnie zauważyłam, że do zakwalifikowania się do działu trzeciego nie potrzeba było przygotowania merytorycznego szekspirologa. Wystarczyło przynajmniej raz w życiu kochać (najlepiej nieszczęśliwie) i użyć doświadczonego uczuciem serca jak kompasu do odczytania zawartych w sonetach emocji.
W ten sposób autor wstępu wskazał mi furtkę do własnej interpretacji i subiektywnego spojrzenia na tę zagadkową poezję, która pączkuje bezustannie nowymi zagadkami i kontrowersjami.
Jako pierwszy zapiszę wniosek ostatni, jaki nasunął mi się po zakończeniu czytania, a który podkreślał również autor wstępu – między pierwszą częścią sonetów a drugą czułam ogromną różnicę. I to nie ze względu na osobę (odpowiednio mężczyzna i kobieta) westchnień poety lub podmiotu lirycznego (w zależności od pryzmatu patrzenia), ale etapu miłości i wynikającego z niego postępowania i zachowania wobec ukochanego i ukochanej. Ta pierwsza to etap miłości platonicznej, co zdradza sonet 20:

 

Kobieca jest twarz twoja – choć to dłoń Natury
Malowała ją, panie-pani mojej duszy;
Kobieca dobroć – chociaż jest w niej stałość, której
Zmienny niewieści kaprys z miejsca nie poruszy;
Oko nie tak ruchliwe jak u kobiet, ale
Jaśniejsze i rzecz każdą spojrzeniem złocące;
Postać masz męską – urok jej wszelako stale
Oczy mężczyzn i kobiet olśniewa jak słońce.
Natura wpierw kobietę miała widać w planie,
Tworząc cię; z zachwycenia jednak i zawiści
Pozbawiła mnie ciebie przez zbędne dodanie
Tej jednej rzeczy, z której ja nie mam korzyści.

 

Skoroś zatem rzeźbiony ku niewiast potrzebie,
Miłuj je ową cząstką, mnie zaś – resztą siebie.

 

I tę urodę autor monotematycznie opiewa prawie we wszystkich sonetach. Jest zauroczony pięknem jako takim, domagając się jego powielenia poprzez przekazanie genów potomkowi. Jakoś mnie to nie zdziwiło. Uważam nawet za rzecz całkowicie naturalną chęć pomnażania piękna, by się nim ku własnej przyjemności otaczać. A że dotyczy ono człowieka, to najlepszym sposobem jest prokreacja. W czasach poety rolę zdjęcia pełnił portret malowany na zamówienie i była to forma tylko dla majętnych. Poeta miał własny pędzel – umiejętność malowania słowami, wiec utrwalał to, co widziało oko.
No, właśnie – oko.
Właściwie o tajemniczym mężczyźnie wiedziałam tylko tyle, ile ono uchwyciło. Nic o osobowości, charakterze, wnętrzu umysłu tak, jakby autor ograniczał się tylko do kontaktów w granicach normy społecznej, do podziwiania, oglądania, przyglądania się, obserwowania i wzdychania, dając temu wyraz w sonetach, pisząc wprost (24):

 

Lecz oczy moje, chociaż z nich para geniuszy,
Sportretują, co widzą – nie zajrzą w głąb duszy.

 

W tym kontekście nie zdziwiła mnie rywalizacja opisana w sonecie 42 o jedną, kochaną równocześnie kobietę, w którym niektórzy dopatrują się skłonności biseksualnych, i pełne żalu wyznanie w sonecie 121:

 

Lepiej być złym, niżeli mieć złego opinię,
Jeśli bezgrzeszność karci się jak grzech – i jeśli
Oddzielająca rozkosz od rozpusty linię
Nie nasza myśl. Lecz cudze widzimisię kreśli.
Czemuż pełnemu sprośnych myśli hipokrycie
Wolno słać mym swawolom mrugniecie dwuznaczne,
Czemu słabości moje ma szpiegować skrycie
Ktoś słabszy, kto „Grzech!” woła, zanim grzeszyć zacznę?
Jestem, kim jestem; ci zaś, którzy broń podnoszą
Przeciw moim występkom, niech spojrzą na swoje:
Każdą myśl poświęcają występnym rozkoszom –
Ja nie dorastam im do pięt, gdy przy nich stoję,

 

Chyba, że zło, ich zdaniem, jest wszędzie obecne:
Wszyscy ludzie nikczemni, wszystkie czyny niecne.

 

Dla mnie początkowe sonety absolutnie nie świadczą o homoseksualizmie poety, ale o wrażliwości na piękno, które podziwia, zachwyca się nim, namawia do pomnażania, utrwala na wieki i wbrew czasowi za pomocą słów, bo tylko w ten sposób potrafi uchronić je przed przemijaniem, procesem starzenia się, śmiercią i zawrzeć w sonetach, niby w małych portretach, przy okazji dając upust swym emocjom. A że to piękno przyjęło formę mężczyzny? To tylko tłumaczy, dlaczego autor z dużym prawdopodobieństwem sam ich nie wydał. Bo któż zrozumie artystę i to 400 lat temu, skoro nawet dziś przyznanie się do zauroczenia urodą osoby tej samej płci budzi podejrzenia, kontrowersje i chęć przypięcia łatki „homo”.
Jakże inne są pozostałe sonety, w których osobą wielbioną jest kobieta. Czułam, że to miłość spełniona, a pewność cielesności potwierdził końcowy dwuwiersz w sonecie 138:

 

Ślemy więc sobie wzajem kłamliwe posłanie,
Nieznajomi, choć jedno dzielimy posłanie.

 

W tej części zbiorku zobaczyłam ten styl poety, który znam. Słowa toczyły się bez oporu, bez ostrożności, bez niepewności, którą wyczuwałam wcześniej, bez strachu w odkrywaniu wzajemnych relacji z kobietą, podbudowane doświadczeniem miłości spełnionej, w której wybranka nie jest idealna. Uczucie jest na wskroś ludzkie, dobrze znane, stąpające mocno po ziemi, warunkowe i warunkujące. Czułam, że poeta obraca się w rzeczywistości, którą dobrze zna i jeszcze lepiej (i tu posłużę się dwuznacznością) spenetrował.
Obie części mają się do siebie tak, jak miłość duchowa do miłości fizycznej.
Poeci (w ogóle artyści) to wyjątkowi ludzie. Obdarzeni talentem i odmiennym postrzeganiem otaczającego ich świata, nierzadko obdarzeni darem synestezji, mogą być często niezrozumianymi przez innych. Wystarczy przypomnieć sobie miłość Pigmaliona do kobiecego piękna zaklętego w posągu. Może właśnie to przydarzyło się również poecie? Sprawa osobista „wyciekła” drukiem, a potomni zrobili wielkie halo wokół sonetów? A ponieważ zagadka nie została rozwiązana do dnia dzisiejszego, „halo” jest coraz większe w miarę upływu lat. No, ale ja nie jestem szekspirologiem i założę się, że ktoś inny znalazłby tyle samo kontrargumentów, ile ja przytoczyłam swoich argumentów. Tylko czy warto roztrząsać sonety pod tym kątem? Może po prostu zamiast je rozgrzebywać, analizować podteksty, doszukiwać się sensacji biograficznych, które osiągają szczyty absurdu, my, zwykli czytelnicy, smakujmy je, resztę pozostawiając biografom. Miłość tak, jak piękno, nie ma płci. Jest tutaj w różnym stopniu (od wierszy miernych poprzez dobre aż po genialne) opisane uczucie i ono liczy się w tych sonetach przede wszystkim, nawet jeśli istnieją podejrzenia, że nie wszystkie są autorstwa samego Williama Shakespeare’a.
Na koniec niespodzianka dla osób lubiących czytać w oryginale. Zbiorek zawiera teksty sonetów również w języku angielskim.

 

Wikipedia

 

Sprawdziłam to z powyższą kopią pierwszego druku sonetu 18. Jednego z najbardziej popularnych.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Sonety  [William Sheakspeare]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 16 czerwca 2012
Cóż wiemy o miłości... – Anna Strzelec

Cóż wiemy o miłości... – Anna Strzelec
Wydawnictwo E-bookowo , 2012 , 78 stron
Literatura polska


Mimo że z poezją tej autorki, zebraną w jednorodnym tematycznie tomiku, spotykam się po raz pierwszy, to nieobce są mi jej niektóre wiersze. Jako autorka powieści nie potrafiła oddzielić (i bardzo dobrze!) swojego poetyckiego spojrzenia na świat i nie rozsiewać jej okruchów w prozie. To w czytanych wcześniej powieściach poznałam niektóre wiersze, które odnalazłam również w tym zbiorku o miłości, jak sugeruje tytuł. Ale nie tylko tej wielkiej, jedynej, ostatecznej, odrzuconej, poranionej czy zdradzonej w wielości swoich odmian, jak tylko miłość być potrafi, przydarzając się kobiecie i mężczyźnie, ale i tej ciepłej i przyjaznej, którą obdarza się dzieci czy wiernego psa. Jest w tych wierszach również jeszcze jedna miłość. Ukryta pomiędzy strofami, goszcząca na stałe w tle, wydobywana na plan pierwszy dopiero w metaforach i porównaniach, o której autorka nie pisze wprost i dlatego na próżno by szukać w wersach jawnej wobec niej deklaracji uwielbienia.
To przyroda w całym wachlarzu swoich cudownych, przepięknych, urokliwych i zmiennych zjawisk natury. To dzięki niej pocałunki mogą być:

 

...dzikie jak jesienne głogi
delikatne jak szept ostatniego motyla
wilgotne jak pierwszy szron w ogrodzie...

 

A który może inspirować do właśnie takich wyznań.

 

 

Ta miłość do świata przyrody scala wszystkie inne – do człowieka i do zwierząt. To dlatego cały zbiorek ilustrowany jest jej urodą dostrzeżoną i zatrzymaną w kadrze.

 

 

Począwszy od palety kolorów, które w wierszach są jak pociągnięcie pędzla, z którego skapują barwne słowa jak:

 

liście złotem, brązem malowane
łez i pamięci srebro...

 

Na jej zmienności skończywszy, w której czas wyznacza etapy życia człowieka i może być metaforą jesieni, a jesień z kolei metaforą starości:

 

powideł śliwkowych
i suszenia grzybów
czerwienienia bluszczu...
słoneczników na tarasie dziobanie
róż przekwitłych przycinanie,
po lesie z psami bez celu wędrowanie
Farbowanie włosów –
Kochany, jesień idzie...

 

To wśród traw, kwiatów, pod amarantowym niebem i przy śpiewie ptaków spotykają się kochankowie. To księżyc towarzyszy nocnej tęsknocie zakochanej kobiety, a świt wita zapachem lawendy, widokiem róż, zbłąkanym jeżem i wspólnym śniadaniem z ukochanym na tarasie z widokiem na ogród. I wreszcie to dzięki miłości do natury, wrażliwości na jej czar i urok, umiejętności czerpania z niej radości życia i zachwycania się jej pięknem, doceniania chwil ulotnych i wyjątkowych w jej zmienności, dostrzega człowieka jako jednego z jej maleńkich elementów składowych. To dlatego nie wymaga od życia więcej niż natura sama jej ofiaruje. Może tylko jeszcze Prośba malutka:

 

Taka miłość do przytulenia,
taka przyjaźń do rozmowy
picia razem porannej kawy
taką miłość z chusteczką
od łez mokrą
i namiętnością dobranocną
podaruj mi.

 

Niby tak niewiele – harmonia współistnienia świata z miłością człowieczą. Liryzm dnia powszedniego, czasami wręcz infantylny, do którego autorka przekornie się przyznaje, tęsknota do jedności w uczuciu kobiety i mężczyzny oraz człowieka i natury, to podstawowa cecha tego zbiorku, w którym autorka umieściła swoje utwory napisane w latach 1988-2011. Ten upływ czasu między powstaniem pierwszego wiersza a napisaniem ostatniego, pozwolił mi podejrzeć zakochanie, być świadkiem narodzin uczucia miłości, przeżyć szczęście jej trwania, smutek i rozpacz odejścia. I mimo, że sporo w tych utworach zawodu, niepokoju o trwałość uczucia, rozczarowania i bólu rozstań, żalu porzucenia, to jednak na przekór tej miłości zdradzonej i odrzuconej, promieniują jakimś niepoprawnym w tym kontekście optymizmem, nadzieją na powrót lub odrodzenie, radością wspomnień piękna chwil przeżytych i nadzieją na nową, wyproszoną i wymodloną miłość.
To zbiorek bolesnych emocji, ale i pięknych wrażeń, pełnych optymizmu.
Autorka w swoim tomiku podtrzymuje ideę patronatu nad młodymi twórcami, której kiedyś również była podopieczną za sprawą Moniki Sawickiej, umieszczając gościnnie na końcu zbiorku wiersze młodych poetów - Julii Melanii i Adriana Pawłowskiego.
Troszkę się rozmarzyłam, zwłaszcza, że za oknem mam park, a w nim od rana śpiewają ptaki. I nie wiem już, czy to zasługa tych wierszy, że to dostrzegam, czy może obudzonej po zimowym śnie przyrody, która podsunęła mi swoją witalnością ochotę na tę książkę z kuszącym tytułem i jeszcze bardziej wnętrzem.

 

środa, 05 października 2011
Dzisiaj nazywam się Charles – Joanna Szczepkowska

Dzisiaj nazywam się Charles – Joanna Szczepkowska
Wydawnictwo Nowy Świat , 2010 , 56 stron
Literatura polska


Autorka dyskretnie towarzyszyła mi w moim życiu od... zawsze. A to jako aktorka w filmach (właśnie oglądam powtórkę Bożej podszewki w reżyserii Izabelli Cywińskiej z jej rolą drugoplanową), a to w poniedziałkowych, telewizyjnych spektaklach teatralnych (żałuję, że nigdy w teatrze), a to w felietonach pisanych do Wysokich Obcasów, a to w oglądanych wywiadach telewizyjnych lub czytanych w czasopismach, a to w rewelacyjnym monodramie Goła baba własnego autorstwa, a to jako prowokatorka czy wreszcie w przełomowym momencie historii naszego kraju, wypowiadając słynne zdanie ogłaszające koniec komunizmu w Polsce. Spotkałam nawet jej odciśnięty ślad dłoni na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach, do którego mogłam przyłożyć i porównać własną. Było i jest jej pełno wszędzie, w sposób twórczy i nie za wszelka cenę. I jeśli nawet wywołuje skandal, to jak sama mówi w wywiadzie, raz na dwadzieścia lat i ma on mocne uzasadnienie.
W tym obrazie siebie, jaki stworzyła dla odbiorców jej różnych form twórczości, do oglądu i wglądu publicznego, brakowało mi tylko jednego elementu – poezji. Tej wewnętrznej, osobistej iskry ducha, ukrytego „ja”, skrywanych myśli i emocji, intymnej cząstki nadającej całości kompletność.
Jakież było moje zdumienie i miłe zaskoczenie, kiedy do zakupionej przeze mnie książki w księgarni internetowej, dołączono upominek w postaci zbiorku wierszy właśnie tej aktorki, publicystki, pisarki, poetki i nonkonformistki.

 

 

Znając jej sposób myślenia, poglądy, postawy i zachowania, liczyłam tym razem na odkrycie w jej wierszach duszy będącej motorem tego niepokornego, buntowniczego, odważnego i trochę moralizatorskiego umysłu. Otrzymana poezja stworzyła mi do tego warunki swoją kameralnością wywiadu sam na sam z rozmówcą. Wystarczyło wziąć zbiorek wierszy koniecznie w plener, w naturę i wsłuchać się w to, co mówi autorka.
I tak zrobiłam!
Rozsiadłam się wśród jesiennych łąk, pod błękitnym niebem łaskawej ostatnio, ciepłej, słonecznej pogody, trochę z nosem w książce i trochę z nosem zadartym do góry, z fascynacją obserwując ptasi exodus. Ta oznaka nadchodzącej jesieni, jak się potem okazało, miała duży wpływ na odbiór jednego z wierszy. Ale o tym opowiem na końcu, bo początek mojego poetyckiego spotkania w dwóch pierwszych rozdziałach Rysunki wierszem i Reportaże, nie zaskoczył mnie. Odnalazłam w nich znaną mi dobrze naturę publicystki, tyle że w alternatywnej, bardziej skondensowanej formie przekazu. Potrafiącą zaobserwować, zauważyć, wyłuskać drobną, powszednią z pozoru rzecz (filiżanka, drzewo), czynność (mycie szyby, ptasi lot) lub zdarzenie podszyte emocjami (śmierć, życiowy przełom), by ukazać je w innym świetle, w innym wymiarze lub znaczeniu i wyprowadzić z kiczu i banalności prosto w wymiar metafizyki.
Lub odwrotnie.
Puenta i zaskoczenie pozostawiające mnie w zadziwieniu, a potem w zastanowieniu i zamyśleniu, to charakterystyczna cecha tych wierszy.
Ale nadal nie dotarłam tam, dokąd chciałam – do samego środka duszy autorki. Odrobinę ekshibicjonizmu, kawałka emocjonalnej nagości, której szukałam, znalazłam dopiero w następnym rozdziale o jakże wiele obiecującym mi tytule – Tylko tobie. Ujrzałam obraz poetki szukającej słów, kobiety walczącej z przypadłością ADHD, lękającej się, jak każdy normalny człowiek, wątpiącej w swój dar operowania słowem, widzącej niebezpieczeństwo pułapki popularności, mającej świadomość swojej awanturniczej i bezkompromisowej natury, ale jednocześnie będącej, jak w wierszu Ja:

 

zawsze przy
zawsze obok
zawsze koło
zawsze z
zawsze pod
nawet kiedy nad

 

Ale czy to na pewno obraz autorki?
Kolejny i ostatni rozdział Dzisiaj nazywam się... zburzył mi tę pewność. Dwoistość natury człowieczej ukazanej na przykładzie znanych i nieznanych osób, zarówno tej fizycznej w przypadku sportsmenki Semeny jak i psychicznej w przypadku piosenkarki Janis Joplin, aktorki Marilyn Monroe czy anonimowej dzieciobójczyni Krystyny W. i roznosiciela mleka, tytułowego Charles’a, nigdy nie daje pewności jednoznaczności istoty człowieczej. A jeśli autorka jest aktorką ze zdolnością empatii, to złożoność, niejednoznaczność, płynność i niepełność podaje mi na dłoni. Wszystko zależy od kontekstu spojrzenia na oglądaną postać, popartego umiejętnością wniknięcia w umysł i emocje. Tak, jak to pokazała w grafice przedstawiającej kobietę, umieszczoną w książce:

 

 

To jedna z wielu grafik ilustrujących zbiorek wierszy, nie tylko oszczędną kreską, szkicem jakiegoś elementu widzianej rzeczywistości, ale i wyrazem. Jeśli pisze o filiżance, to układa tekst w jej kształt:

 

 

A jeśli o ptakach, to w wyrzeźbiony z wyrazów klucz:

 

 

I nad tym wierszem muszę się zatrzymać na dłużej, ponieważ jest idealną ilustracją stylu przekazu autorki. Jak już wspomniałam wcześniej, wiersze czytałam w plenerze, obserwując od kilku dni odloty gęsi z mojego regionu. Zbierają się w liczne stada, które w pozornym chaosie i kakofonii nawoływań:

 

 

kilkakrotnie kołują nad okolicą:

 

 

by po pewnym czasie zacząć tworzyć szyk tylko według sobie znanych zasad:

 

 

po czym, już w wyraźnie uformowanym i rozpoznawalnym kluczu, odlatują...

 

 

Absorbujacy widok, kojarzący mi się z najlepszymi wspomnieniami z przeszłości, nastrajający do zadumy, wyciszający w podziwie dla praw natury. Słowem autorki – kreski piórkiem starte gumką.
Piękne...
Bardzo łatwo zapomnieć w tym momencie, że obcuję z Joanną Szczepkowską, gdyby nie dalsze wersy ściągające mój romantyzm na ziemię, przykrywające duchowe piękno brzydotą realizmu, oziębiające wewnętrzne ciepło zimnym rewersem obrazu ukazywanego dalej:

 

...odór piór warkot kości
ściana wiatru nalot deszczu
hipnoza samotności
w chórze oddechów...

 

Zdejmowanie przez nią różowych okularów z nosa oślepia i rani.
I to jest cała autorka!
Omami pięknem ujętym w słowa, obuduje romantycznym tłem, ociepli widokiem, osłodzi skojarzeniem, by zaraz w następnym wersie pokazać nieprzyjemny kontrast i przypomnieć drugą, szarą, nieatrakcyjną stronę.
Poezja autorki buja w obłokach tylko po to, by zapikować z szaloną szybkością w dół, ukazując nierozerwalną dwoistość otaczającego świata, jego dobre i niedobre strony, zalety i wady. W pogoni za przyjemnością tylko piękna i dobra, za jednoznacznością i pewnością dającą poczucie bezpieczeństwa, taka poezja uderza i boli. Ale może tak trzeba, może warto dotknąć ziemi i przyznać rajcę słowom – Nareszcie u siebie. Nareszcie boczne drogi. Nareszcie boli.
Jeśli boli to znaczy, że czuję i żyję!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 17 kwietnia 2010
Piosenka o zależnościach i uzależnieniach – Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

Piosenka o zależnościach i uzależnieniach – Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki
Wydawnictwo Biuro Literackie , 2009 , 54 strony
Literatura polska


Rzadko sięgam po poezję. Formę literacką, która jest dla mnie najbardziej osobistą, intymną czy wręcz ekshibicjonistyczną w wyrażaniu siebie. Swoich myśli, uczuć, emocji, wrażeń. Ale są takie chwile jak ta, teraz, obecnie, kiedy w żałobnym wyciszeniu po śmierci Prezydenta mojego kraju, jestem w stanie współodczuwać z poetą. I chociaż nasz ból jest różny i ma różne przyczyny, to jednak jest to ta sama płaszczyzna empatii. Bo wiersze Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego są przepełnione bólem widzianym oczyma otwartymi na siebie. Ten ból czułam nie tylko w jego wierszach, ale i w głosie. Przygaszonym, kameralnym, na granicy szeptu, kiedy wsłuchiwałam się w jego wypowiedź w jakimś programie telewizyjnym. Jakby mówił tylko do mnie: o matce alkoholiczce umierającej w pokoju obok, o przemijaniu życia utrwalonego w nekrologach, o swoim zmaganiu z natchnieniem doprowadzającym do szaleństwa lub Boga, o dzieciństwie z nocnym moczeniem, o schizofrenii jak dwa wściekłe psy, o piętnie bycia poetą, do którego mówią: ty butu zboczony każdy poeta jest zbokiem pisząc wiersze z Bogiem i mimo Boga.
Taka poezja nasycona taką treścią byłaby jak kamień, który unieszczęśliwia świat. Mój świat. W innych okolicznościach. Ale teraz... jestem w stanie zrozumieć frazy, dlaczego współczesna poezja polska to nekrologi i dlaczego istotą poezji jest nie tyle zasadność co bezsilność napomknień i powtórzeń.
Dzisiaj to czas, kiedy czytam wraz z rodakami, w jednym bólu, polską poezję współczesną nie zdając sobie z tego sprawy, szepcząc bezsilność powtórzeń w milionach zaskoczonych ust: tragiczna katastrofa, niewyobrażalna tragedia i odczytując od nowa, wciąż od nowa, w bezsilności powtórzeń z płonną nadzieją na zrozumienie, nekrologi zmarłych...

 

Dobrze, że są tacy ludzie (laudacja Grażyny Borkowskiej, przewodniczącej jury Nagrody Literackiej Nike), którzy wielkość twórczości takich poetów widzą na co dzień i doceniając ją, wskazują mi koło ratunkowe w chwilach dla mnie wyjątkowych.

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w sierpniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 958 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi