Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 05 sierpnia 2017
Wędrówka z Ablem – Anna Badkhen

Wędrówka z Ablem: podróż z nomadami przez afrykańską sawannę – Anna Badkhen
Przełożyła Maria Białek
Wydawnictwo Kobiece , 2017 , 388 stron
Literatura amerykańska

   Wędrówką jedną życie jest człowieka!

   Tak pisał i śpiewał Edward Stachura. Diogenes w chodzeniu upatrywał lekarstwo na wszystko. Współcześni lekarze szwedzcy w pozycji popularnonaukowej Projekt zdrowie na nowo odkrywają, że ruch to zdrowie. A Zbigniew Herbert zachęcał:

Ten cytat, otwierający przepiękną i wielowymiarową (filozoficzną, kulturową, psychologiczną, literacką, polityczną, geograficzną) relację wędrówki autorki z Fulanami, zapowiadał dość nietypową publikację w jej dorobku. Zastanawiałam się - skąd u tej reportażystki wojennej nagłe zainteresowanie „nudną” marszrutą? Czyżby chęć ucieczki od coraz bardziej niezrozumiałego świata, którego twarz nienawiści poznawała w punktach zapalnych Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej i Afryki? A może chęć nauki? Potrzeba zaczerpnięcia  z wiedzy kultury inaczej postrzegającej świat, którą można zdobyć tylko dzięki bardzo długiej wędrówce z ludźmi wędrującymi od zawsze? W jakiejś mierze zmęczenie materiału czyli psychiki też, ale głównym powodem był (nigdy nie zgadłabym!) zawód miłosny. Pustkę pozostawioną przez ukochanego postanowiła zachodzić. Szukała więc nie tylko wiedzy, lecz także swoistego uzdrowienia. Weszła do rodziny wędrującego ludu Fulanów, przyjęła imię Anna Ba i spróbowała zsynchronizować własne tempo z metrum udoskonalanym przez kolejne tysiąclecia. Chciała poruszać się wraz z przegonem (tak określała wędrówkę z bydłem) po Sahelu, której wielomiesięczną  trasę umieściła na dołączonych mapkach:

Pragnęła poddać się cyklowi pojawiających się kolejnych gwiazdozbiorów, których konstelacje oznaczały nadejście miesięcy pełnych wiatrów, tygodni mżawki lub dni ulew, początek bezlitosnych upałów albo wilgotnych nocy. Ten rytm nadała swoim wspomnieniom, zaczynając od Wyczekiwania na deszcz, a potem Pory deszczowej, by zakończyć Przeprawą. Autorka była w nich bardzo uważną i empatyczną obserwatorką, ale nie mogę napisać, że reporterką. Bardzo osobisty ton opowieści o życiu wraz z Fulanami czyniła ją bardzo intymną, nostalgiczną, zmysłową w opisach, delikatną, liryczną, poetycką. Wręcz na granicy realizmu magicznego. Tę kruchość podkreślały dodatkowo rysunki o delikatnej kresce ludzi, zwierząt i krajobrazów.

W swoich retrospekcjach często sięgała do własnych doświadczeń w innych krajach, z innymi ludźmi, by porównać i pokazać różnice, choć częściej podobieństwa. Sięgała do myśli filozoficznej lub dzieł znanych reportażystów, pisarzy i podróżników, spośród których często cytowała Ryszarda Kapuścińskiego. Prozę życia zaczarowywała opowiadaniami, legendami i mitami pełnymi dżinów, wakuli, pyłowych diabłów i wodnych demonów. Ale to z Biblii wyłuskała historię Kaina i Abla, by tego ostatniego przedstawić jako protoplastę ludów wędrownych i umieścić symbolicznie w tytule. Spoglądając na zjawisko wędrówki, sięgała do prehistorii, by cały ten mikrokosmos zmieścić w osobie Umaru – głowie fulańskiej rodziny. Zauważała i doceniała wyjątkowość i niecodzienność obcowania z żywą historią nomadów, których księżycowy krajobraz Sahelu został wyrzeźbiony z cykli – rytmu zaczerpywanego i wypuszczanego powietrza, dobowych procesji ciemności i światła, tygodni zabójczego skwaru i deszczowej absolucji, klęski suszy i głodu na zmianę z okresami urodzaju i dostatku, na którym przewodnik wędrówki Umaru szukał wskazówek na nocnym niebie, kierując się innymi koordynatami, skalibrowanymi w w inny sposób, powołanymi do istnienia miliardy lat przed powstaniem Ziemi.

   To wszystko sprawiało, że chciałam tam z nimi być!

   Chciałam wędrować razem z nimi. Poczuć się cząstką prehistorii. Złapać jeden rytm bicia serca całej ludzkości od pradziejów. Pochłaniać mądrość Umaru i jego rodziny. Leżeć pod gwiazdami afrykańskiego Sahelu, czekając na wyzwolenie, oświecenie, spokój umysłu, ukojenie duszy.

   Nic z tego autorka nie osiągnęła.

   Piękno i uroda widzianych obrazów potęgowały jej ból serca. Przez liryzm jej opisów od czasu do czasu, przebijały się, początkowo nieśmiało, a  potem z coraz większą częstotliwością, wyrazistością i siłą, brzydkie plamy przypominające nierealny kleks współczesności w starożytnej scenerii. Głód, terroryzm, choroby, bydłokrady z bronią palną, rozbite rodziny uciekające przed wojną, wysoka umieralność dzieci, utrata starej wiedzy i zanik tradycji, ucieczka młodych do miast, zmiany klimatyczne, o których Fulanie nigdy nie słyszeli, ale umieli opisać ich symptomy z naukową precyzją. Jeśli do tego momentu miałam problem z rozstrzygnięciem sporu o istnienie lub nie istnienie globalnego ocieplenia, to Fulanie rozwiali moje wątpliwości, opowiadając o tym, że w ostatnich latach wiatr stał się gorętszy, silniejszy i niósł ze sobą więcej piasku z Sahary. O tym, że opady deszczu, na które nigdy nie można było liczyć, stały się jeszcze bardziej kapryśne. O tym, że susze, z ktorymi zawsze trzeba było się liczyć, teraz nawiedzały busz z coraz większą częstotliwością. O tym, że pory roku, kiedyś posłuszne gwiazdom, teraz wypadły z torów.

   Oto wiarygodne źródło prawdy!

   Ujrzałam, co straciłam. Co, my, jako ludzkość, straciliśmy i tracimy z każdym dniem i z każdym krokiem naszej wędrówki. Pozostało słabe bydło. I człowiek: oszołomiony, głodny, kurczowo trzymający się tradycji, która zdawała się gwałtownie przegrywać z tym, co nowe, i znajdować się na drodze do samowymarcia.

   Tak pięknie rozpoczęta wędrówka ku uzdrowieniu jednostki okazała się koszmarnym marszem ku samozagładzie ludzkości.

   Byłam zrozpaczona, rozczarowana i wściekła, ale też pod urokiem sposobu narracji, bym właśnie tak się poczuła. Bym przejrzała. I pewnie smutek, który ogarnął mnie po tej wędrówce z autorką i Fulanami, pozostałby we mnie na długo, siejąc ziarno defetyzmu, gdyby nie przebłysk optymizmu i nadziei na uratowanie siebie poprzez wzajemne wędrówki w nasze życia. Towarzyszenie, wspólne wędrowanie, przenikanie i odnajdywanie jednego, wspólnego rytmu serc. Nasza wędrówka, nasz ruch naprzód, nieregularny, wrażliwy, nieustanny, ma cel – podniesienie na duchu, wybawienie, zbilansowanie ideału wytrzymałości praktyką miłości. Znowu miłość, kolejna pozycja i autor, podkreślający jej rolę i znaczenie w naprawianiu świata.

   Wyznacznik przetrwania nas i naszego świata.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród bestsellerów księgarni Tania Książka.

Wędrówka z Ablem. Podróż z nomadami przez afrykańską sawannę [Anna Badkhen]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Nigdy nie słyszałam tej piosenki w takiej aranżacji.

czwartek, 13 kwietnia 2017
Rowerem po Amazonce – Piotr Chmieliński

Rowerem po Amazonce: bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński w podróży po największej rzece świata – Piotr Chmieliński
Wydawnictwo Agora , 2017 , 376 stron
Literatura polska

Rowerem po Amazonce!?
Nie zaskoczył mnie środek lokomocji. Byli już tacy śmiałkowie, którzy przemierzali świat na rowerze. Niedawno czytałam o Kazimierzu Nowaku podróżującym po Afryce rowerem na początku XX wieku, opisanym w publikacji Marii i Przemysława Pilchów Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat. Zaskoczyło mnie po czym ten rower miał jechać?, płynąć?
Okazało się, że i jedno i drugie!
Do tej szalonej i niebezpiecznej wyprawy (taką opinię wyrażali wszyscy słyszący o niej po raz pierwszy, włącznie z autorem tej książki) został skonstruowany specjalny rower nazwany przez jego twórców – amazońskim.

 

 

W takiej postaci pływał po wodzie. Ale to w środkowym i dolnym biegu rzeki. Założeniem podróżników było „przejechanie” Amazonki od źródła do ujścia, czyli ponad 8000 km, w myśl zasady, którą sami sobie narzucili, że w każde miejsce docierają z rowerami, czyli jadąc na nich, płynąc, pchając lub taszcząc na plecach. Ostatecznie dotrzymując jej, nawet gdy zabłądzili i musieli od początku pokonywać odcinek trasy. Jej górny bieg nie nadawał się do płynięcia, więc początek przejechali na tradycyjnych rowerach, inicjując wyprawę skokiem do jeziora dającego początek Amazonce.

 

 

Jej cały przebieg mogłam śledzić na mapie umieszczonej na wewnętrznej stronie książkowej okładki.

 

 

Jeśli wstępnie myślałam, że to łatwe, proste i przyjemne tak jechać sobie wzdłuż brzegu, to survivalowe opisy i poniższe zdjęcia szybko korygowały moje wyobrażenia.

 

 

 

Każdy odcinek Amazonki był skrajnie trudny z wielu powodów - wysokości, temperatury, chorób, ciśnienia, niebezpiecznych zjawisk atmosferycznych, a także ludzi o różnym nastawieniu – miejscowych, ekscentryków religijnych, piratów czy gangsterów kartelu narkotykowego, które poznawałam w trakcie pokonywania kolejnych kilometrów okupionych potem, strachem, krwią, a nawet łzami wściekłości.
To nie koniec zaskoczeń!
Rozpoczynając przygodę z biegiem Amazonki, nastawiłam się tylko na ciekawą, jedną podróż dwóch braci – Dawida i Huberta. Tak naprawdę otrzymałam cztery, odmienne podróże w jednej wyprawie.
Pierwszą przeżyłam ze starszym bratem, Dawidem. Pomysłodawcą i organizatorem spływu. Jego podróż miała charakter spełniającego się marzenia. Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Myślał o niej od dawna. Od dawna też przygotowywał się do niej mentalnie, finansowo i fizycznie. Chciał przeżyć od początku do końca to, co wielu przed nim, mimo że niektórzy, o czym dobrze wiedział, nie wrócili z tej wyprawy.
Drugą przeżyłam z młodszym Hubertem. Dla niego podróż była ratunkiem. Szansą odbicia się od dna, w którym znalazł się na własne życzenie. Towarzyszyłam mu w podróży w głąb siebie. Zdesperowanemu człowiekowi, który próbował wykorzystać niezwykłą możliwość odzyskania siebie i rodziny.
Trzecią podróż przeżyłam wspólnie z braćmi. Łączyła w sobie przeżycia, emocje i problemy ich obu na trasie z walką z własnymi słabościami, by ostatecznie zbudować najpiękniejszą rzecz?, wartość?, zjawisko?, jakie ujrzałam na tej trasie – braterską przyjaźń. Uczyli się siebie nawzajem, nienawidzili się i kochali, rozmawiali i milczeli, kłócili się i godzili, chorowali i zdrowieli, zacieśniając więzy rodzinne, odnajdując się i odzyskując się na nowo. To rodzące się piękno przyjaźni z bólu, rozpaczy i miłości mimo wszystko, przyćmiewało niewątpliwej urody krajobrazy Amazonki. A miałam, co oglądać, bo zdjęć ilustrujących trasę dołączono do tekstu masę!

 

 

Czwartą podróż przeżyłam z autorem tej książki. Miała charakter retrospekcyjny, bo był pierwszym podróżnikiem, który na przełomie lat 1985/1986 przepłynął całą Amazonkę kajakiem, a który zebrał wspomnienia obu braci w jedną opowieść. Dał jej oprawę, dzięki której widziałam zmagania braci z punktu widzenia osoby, która czuwa nad nimi duchowo. Pomaga w nawigacji, mobilizuje, ostrzega, podsuwa rozwiązania, rozmawia poprzez komunikator internetowy, stając się „tatą”. Tak z czasem zaczęli zwracać się do niego i tak o nim mówić bracia. Fragmenty ich rozmów rozpoczynały i zapowiadały tematykę kolejnego etapu spływu.

 

 

Przede wszystkim jednak autor służył radą i doświadczeniem, od czasu do czasu dyskretnie przywołując własne przeżycia i emocje z wyprawy sprzed trzydziestu lat. Jak sam napisał – Bracia potrzebowali wsparcia i rady kogoś, kto już zmierzył się z Amazonką. Trafili na mnie, a ja – choć na odległość – na tyle wciągnąłem się w ich wyprawę, że stałem się niemal jej uczestnikiem. Dzięki temu w trzydziestolecie mojej podróży Amazonką znów płynąłem po królowej rzek. Ponownie mógł „podrzucić” wiosło u ujścia rzeki, jak nakazuje tradycja.

 

 

A bracia - koła, co widać na okładce książki.
Powstała opowieść wyjątkowa.
Nie tylko podróżnicza w sensie geograficznym i kulturowym, ale również osobista, intymna, terapeutyczna, psychologiczna i porównawcza, bo przenosząca w czasie. Przede wszystkim jednak inspirująca do działania ludzi mających marzenia.
Również tych zagubionych na dnie życia, którzy nie posiadają już żadnych.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
niedziela, 07 sierpnia 2016
Beduinki na Instagramie – Aleksandra Chrobak

Beduinki na Instagramie: moje życie w Emiratah – Aleksandra Chrobak
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 287 stron
Literatura polska

Tytuł niezbyt zachęcający!
Skojarzył mi się z portalem, na który nie zaglądam i nie bardzo byłam ciekawa, czym dzielą się w nim Beduinki. Skłonił mnie jednak do poszukania więcej informacji na temat książki i oto, co znalazłam pod jej opisem umieszczonym na stronie księgarni Wydawcy:

 

 

Byłam w stanie zrozumieć pierwszy komentarz, ponieważ sama sobie zadałam na początku to pytanie. Nie dlatego, że mam przesyt publikacji o tematyce arabskiej (tego raczej nie będę miała dość, jak i o każdym innym kraju naszego świata), ale dlatego, że tytuł sugerował zupełnie inną treść niż faktyczna zawartość książki. Beduinki na Instagramie to tylko jeden z rozdziałów, który posłużył za tytuł główny. Domyślam się, że miał oddać tradycję połączoną z nowoczesnością charakterystyczną dla opisywanego w niej kraju. Jak widać, z różnym skutkiem w wywoływaniu skojarzeń u potencjalnego czytelnika. Lepszym zabiegiem byłoby umieszczenie w tytule głównym, podtytułu – Moje życie w Emiratach, który w pełni oddaje tematykę i bogactwo treści o Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W skrócie, którym będę się posługiwała, ZEA.
Autorka przebywała w nich kilka lat.
Jako absolwentka religioznawstwa i polonistyki (co widać w płynnej, swobodnej narracji), studiująca przez jakiś czas również iranistykę, posiadała wiedzę, ale i ciekawość Krajów Bliskiego Wschodu. Los zadecydował, że trafiła do ZEA. Najpierw pracowała jako stewardesa, potem jako pracownik w sektorze bankowym, by ostatecznie trafić do emirackiego odpowiednika polskiego NFZ. Praca na własny rachunek i niezależność umożliwiły jej poznanie kraju, w którym przyszło jej żyć, dając okazję do autentycznego poznania emirackiego społeczeństwa od wewnątrz i niemal stania się jego częścią.
Swoimi wrażeniami, wiedzą i doświadczeniami podzieliła się w tej książce.
Zupełnie innymi od tych zalewających nas ostatnio przez mass media. Nietłumaczących zjawisk, ale straszących i podtrzymujących nasz lęk przed wszystkim, co arabskie. Boimy się, bo w powszechnej świadomości religia Proroka to dzisiaj ładunki wybuchowe pod czadorem, dekapitacje średniowiecznymi szablami i antycywilizacyjne sceny, którymi raczy nas Państwo Islamskie, cynicznie wykorzystując przy tym symbol nowoczesności, jakim są media społecznościowe, do promowania idei całkowicie z nią sprzecznych, cofających nas do średniowiecza z całym jego entourage’em – niewolnicami i kalifatem – zauważa autorka. Wyraz tego lęku, braku wiedzy i frustracji widać w komentarzach pod artykułem Polka w Emiratach, którego ta książka jest bohaterką. To też jest dobre, bo zmusza do polemiki, dyskusji, wymiany informacji, do analizowania problemów, które są dla nas dzisiaj bardzo ważne, wskazując przy tym, jak bardzo potrzebne nam są takie publikacje. Jak dodaje autorka – Nie tylko terroryzm, ale i kobieta – dwa naczelne tematy islamofobii, i to jeszcze zmiksowane. Kobieta, broń, zasłona – trudno o bardziej skrajny i naładowany negatywnymi emocjami obraz. To prawdziwy ikonograficzny koktajl Mołotowa. Nikab jest już nie tylko symbolem uciemiężenia i dyskryminacji, ale i fundamentalistycznej furii. Jak tu się nie bać?
No właśnie – jak się nie bać?
Wystarczy poszerzyć wiedzę. To najlepszy lek na lęk. I dokładnie taką dawkę informacji podaje autorka, pisząc – chcę jednak trochę odsłonić te kobiety, opowiedzieć o osobach kryjących się pod zasłoną, zdemaskować nikab. To w dosłownym znaczeniu, bo faktycznie zagląda pod niego, ale w znaczeniu metaforycznym unosi zasłonę, która zasłania to, co haram - zakazane. To za nią kryje się prawdziwa twarz ZEA, a raczej jego druga, nieskrępowana zakazami, nieoficjalna i mało znana światu wersja. W dużej mierze powstała na bazie boomu naftowego, którego historię przybliża. Podkreśla jednak, że odkrycie bogatych złóż ropy naftowej, byłoby niczym, gdyby nie odpowiednia osoba, która potrafiła to wykorzystać i obrócić z korzyścią dla całego kraju – szejka Zajeda. To dzięki tym dwóm czynnikom, a nie tylko ropie, Emiraty przeszły transformację na bezprecedensową skalę, o czym niewielu wie albo nie chce pamiętać. Emiraty stały się bogatym krajem, w którym swobodnie praktykowane ekstrawagancja, luksus i próżność urosły do rangi symbolu narodowego.
Ale uwaga!
Wśród warstwy ludzi bogatych. Wbrew pozorom to kraj dużych rozwarstwień ekonomicznych. Autorka pokazuje je wszystkie. Nie tylko „grzeszny” Dubaj, Abu-Zabi, ale i prowincjonalne Ar-Rahba. Bo ZEA to w rzeczywistości księstwa z nepotycznymi władcami, a ustrój państwa w praktyce można określić jako federalną monarchię absolutną. Kraj, w którym społeczeństwo ZEA jest niedemokratyczne i tradycyjnie zhierarchizowane. Światy bogatych i biednych praktycznie się nie przecinają. To państwo podwójnych standardów, które zaczynają się od moralności jednostki, a kończą na szczeblu państwowym. Według autorki, to coś więcej niż tylko hipokryzja – to także reakcja na politykę państwa, stojącą w rozkroku pomiędzy rzeczywistą kulturą większości mieszkańców ZEA a sprzecznym z nią muzułmańskim profilem kraju. Jeśli zrozumie się to skomplikowane zjawisko społeczno-kulturowe, a autorka to umożliwia, nie będą dziwić opisy sprzeczności, burzące wyobrażenia bilbordowe przeciętnego odbiorcy wyniesione z tendencyjnych publikacji czy krwawych wiadomości. I warto dać sobie je zburzyć, chociażby po to, by nie dziwić się polskiemu rządowi promującemu wieprzowinę w islamskim kraju. By zacząć myśleć ekonomicznie, a nie uprzedzeniami i generalizacjami spowitymi w lęk. By jadąc do tego kraju, uniknąć przykrych konsekwencji wynikających z braku wiedzy, a których świadkiem była autorka. By zrozumieć również postępowanie emigrantów przybywających do Europy.
Nie po to, by usprawiedliwiać!
Nie po to, by nawoływać do miłości, ale rzetelnie informować. Autorka nie jest apologetką ZEA, chociaż, jak przyznała, pokochała ten kraj. Podzieliła się swoimi obserwacjami na tyle szczerze, że uniemożliwiają jej powrót do ZEA. Jej emigracja, to cena ich publikacji. Jak napisała o swoich doświadczeniach – od każdego przyjezdnego zależy, ile wyniesie z tego spotkania, a ja dopiszę parafrazę – od każdego czytelnika zależy, ile wyniesie z jej książki.
Doceniam to.
Jeśli chodzi o drugi komentarz, pokazany na początku wpisu, załamałam nad nim ręce. To ten typ „czytelnika”, który nie przeczytał książki, ale wszystko o niej wie! Dlatego pozostawię go bez komentarza.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Beduinki na Instagramie [Aleksandra Chrobak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Jest i feminizm w ZEA. Ten film powstały na bazie legendy, który poleciła autorka, stworzyli studenci z Szardży, by dać wyraz frustracji Emiratek mających dość mężowskich zdrad.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 09 lipca 2016
Czołem, nie ma hien - Andrzej Meller

Czołem, nie ma hien: Wietnam jakiego nie znacie – Andrzej Meller
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 398 stron
Literatura polska

Spoglądam na ziemię i zastanawiam się, jak opisać ten wietnamski patchwork.
Z takimi myślami bił się autor, lądując w kwietniu 2013 roku w mieście Ho Chi Minh, wątpiąc w swoje możliwości i zdolności. Zupełnie niepotrzebnie. Był przecież reporterem i dziennikarzem z dorobkiem, więc przelewanie myśli na papier nie było dla niego novum. Do tego podróżnikiem, często lądującym w bardzo niebezpiecznych, z licznymi konfliktami wojennymi, miejscach. A to ochroniło go przed popadnięciem w skrajności w odbiorze nieznanej, otaczającej go rzeczywistości. Wyposażony w różne doświadczenia mógł odwoływać się do kontekstów i porównań nawiązujących do innych podróży, uzupełniając obraz Wietnamu. Co zresztą czynił. Nie bał się używać przy tym języka kolokwialnego, zwłaszcza w tych momentach, które wymagały natychmiastowej, błyskawicznej reakcji, a słownictwo było tego napięcia wyrazem. Zdarzały się więc i takie zdania oddające grozę wydarzeń niemalże sensacyjno-kryminalnych – Dobiegamy do parkingu, odpalamy motory i spierdalamy na pełnej piździe. W końcu autorem był mężczyzna niepokorny, który potrafił być bardzo asertywny i czuły na punkcie cwaniactwa, korupcji i podbijanych cen. Ale te mocne i przykre akcenty nie przesłaniały piękna poznawanego kraju. Wręcz podkreślał – Nie chcę zapamiętać Wietnamu źle przez takie pojedyncze wredne osobniki, które psują obraz fantastycznego kraju. Najbardziej jednak ucieszyłam się z mapki umieszczonej na wewnętrznej stronie tytułowej okładki:

 

 

Mogłam razem z autorem wędrować osobistymi szlakami po kraju do najciekawszych jego miejsc. Niekoniecznie znanych, ale na pewno mniej znanych lub, jak głosi podtytuł książki, nieznanych zupełnie. Dla mnie, oprócz znajomości komunistycznego ustroju i echa wojny amerykańsko-wietnamskiej, w całości nowych. Wszystko w tej opowieści było dla mnie odkryciem.
Nietypowym również w przekazie.
Tutaj, w odróżnieniu od wcześniej czytanych opowieści podróżniczych, kraj poznawałam przede wszystkim poprzez opowieści ludzi z otoczenia autora. Osób, z którymi mieszkał, które poznawał, zaprzyjaźniał się lub stykał się w swoich wypadach w głąb kraju, bo zależało mu, żeby zobaczyć prawdziwy, prowincjonalny Wietnam omijany przez backpackerów wiedzionych za rękę przez przewodnik Lonely Planet. To pogmatwane, pokręcone, trudne i zdeterminowane przez ustrój, a przez to przeciekawe, losy Wietnamczyków i ludności napływowej opowiadały o kraju, w którym przyszło im się toczyć do końca życia lub przez jakiś czas. Miłośników sportów wodnych, a wśród nich polskich nomadów kajta. Autor nie zapomniał i o innych akcentach polonijnych napotykanych w podróży, a które zjednały nam przychylność Wietnamczyków. Obcokrajowców wybierających Wietnam na szczęśliwe, leniwe, wygodne życie. Turystów zaglądających do niego dla wypoczynku, z których najliczniejszymi byli Rosjanie, a których język stał się bardziej komunikacyjnym niż angielski. Czy biznesmenów bezproblemowo rozwijających dochodowe interesy.
Raj dla outsiderów!
Dokładnie tak chciałoby się krzyknąć, by zaraz zadać pytanie – a gdzie ten opresyjny komunizm? Właściwie w początkowych rozdziałach nie było o nim mowy, dając ułudę raju. Autor odkrywał go powoli w miarę zdobywania zaufania poznawanych ludzi, opisując skutki społeczne i jednostkowe, których przedstawiciele mówili o sobie – Na wojnę zmarnowałem młodość. Na więzienie i kołchoz wiek średni. I chociaż każdy rozdział tętnił gwarem wielu osób, to z tego pozornego chaosu zawsze wyłaniał się temat przewodni, odmienny od poruszanych w pozostałych. Jego zapowiedzią było motto umieszczane pod tytułem rozdziału. Najbardziej spodobało mi się to:

 

 

W ten sposób przedstawił różnorodność Wietnamu od strony każdej dziedziny życia – zwykłej egzystencji w mieście i na wsi, obyczajów, języka, którego krótkie zasady wymowy i ortografii umieścił na końcu książki, wierzeń, kulinariów, których zapachy unosiły się niemal nad każdą stroną opowieści z glutaminianem sodu jako powszechną „przyprawą” w roli głównej, ubioru, mniejszości narodowych i religijnych, szeroko pojętej kultury, przestępczości, rozrywek (również tych nielegalnych), kształcenia i wychowania, z którego najbardziej spodobała mi się powszechna praktyka wspólnych wyjść dziadków z wnukami do księgarń, by, usiadłszy pod regałami, poczytać książki i pooglądać albumy i komiksy. Marzą mi się takie zwyczaje w Polsce.
Ale, ale!
W miarę poznawania Wietnamu poprzez życie jego mieszkańców, powoli ulatniał się obraz beztroskiego raju. Zaczęły pojawiać się tematy trudniejsze – handel dziećmi, prostytucja, korupcja, opresje komunistów wobec opozycji, wszechobecna indoktrynacja, by w ostatnich rozdziałach pokazać temat najbardziej bolesny – wojny amerykańsko-wietnamskiej i wojen indochińskich, których skutki widać na ulicach do dzisiaj w postaci powykręcanych przez chorobę dzieci Agenta Orange – skutek użycia broni chemicznej przez US Army. To w tej części wyłuskałam pozycję konieczną do przeczytania wietnamskiego autora Bao Ninha Smutek wojny, kiedy autor opowiadał o niej podczas zwiedzania kilometrów podziemnych tuneli wydrążonych dla ochrony przed bombami partyzantów i miejscowej ludności. Autor tą tematyką nie chciał wprowadzać mnie w smutne rejony historii Wietnamu i depresyjny klimat wojny. Przede wszystkim chciał uzmysłowić mi wyjątkowo silny charakter, pomysłowość i pracowitość narodu, wśród których żył prawie trzy lata.
Faktycznie to barwny, różnorodny kraj o skomplikowanej i trudnej przeszłości.
Ale przez pokazanie go poprzez ludzkie, konkretne historie, jakby mniej obcy, bardziej zrozumiały, bo po prostu ludzki z jego szczęśliwościami, problemami i smutkami. W tym człowieczym wymiarze tak podobny do naszego. Całości opowieści dopełniały wkładki z licznymi zdjęciami.

 

 

A skąd ten niczego niemówiący tytuł reportaży? Przecież w Wietnamie nie ma hien! Odkrywanie tej humorystycznej zagadki pozostawiam innym czytelnikom.
Bo i humoru w tej opowieści również sporo!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie. [Andrzej Meller]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 27 września 2015
O jeden ląd za daleko – Jarosław Fischbach

O jeden ląd za daleko – Jarosław Fischbach
Dom Wydawniczy PWN , 2015 , 368 stron
Literatura polska


Człowiek z pasją!
Jedną z tych fascynacji, które pędzą po świecie i nie pozwalają usiąść bezczynnie na jednym miejscu. A jeśli nawet, to tylko na moment, na chwilkę, by pomyśleć, zaplanować, przygotować i zebrać informacje do wykorzystania w przyszłej podróży. I wcale ta wyprawa nie musi być daleka i koniecznie egzotyczna. Autorowi wystarczy zakręt na drodze za ostatnim ogrodzeniem polskiego miasteczka, by obudził się w nim wewnętrzny wędrowiec i z ciekawością zaczął badać najbliższą okolicę. Równie ciekawą dla niego i kuszącą, jak odległe lądy. I tak już ma od 34 lat, w ciągu których zdążyło nagromadzić się mnóstwo przeżyć, obrazów i wspomnień.
A pasja narodziła się w domu rodzinnym, w którym na turystyczne szlaki wprowadziła go mama, o czym dowiedziałam się z dedykacji umieszczonej na początku książki. Potem było zaczytywanie się w książkach podróżniczych znanych globtroterów – Arkadego Fiedlera, Tony’ego Halika, Wiktora Ostrowskiego, Władysława Korabiewicza i Ryszarda Kapuścińskiego – na których słowa powoływał się w swoich opisach sukcesywnie spełnianych marzeń chłopięcych. O różnych zakątkach świata – Azji, Afryki, Ameryki Południowej czy Polski. W różne jego formacje, według których pogrupował główne rozdziały – w pustyni, w puszczy, na wodzie i w górach. Przemieszczając się samemu, ze znajomymi lub rodziną. Korzystając z łódki, samochodu albo wędrując pieszo. Byleby dojść, dojechać czy dopłynąć do obranego celu. W miejsca znane tak, jak góra Kilimandżaro lub w zupełnie nieznane zakątki zagubione na krańcach świata. Odwiedzane raz lub wielokrotnie, ale już od innej, drugiej, wartej odkrycia strony. By ujrzeć to, co umknęło za pierwszym razem, ale i zobaczyć efekt upływu czasu. Nieustannie zachodzących zmian, których nieuchronność wielokrotnie podkreślał autor. To dlatego na okładce książki widnieje to zdanie:

 

 

Taką możliwość obserwacji umożliwiło właśnie to kilkudziesięcioletnie, stałe podróżowanie po kontynentach i po Polsce. To dlatego też uznał za warte ocalić widziane miejsca od zapomnienia, darowując im wieczne życie na prowadzonej stronie podróżniczej Polskim Szlakiem oraz w książce. Zanotowując w niej to, co ulotne i nietrwałe, co szybko ubywa z pejzażu – ludzie i ich kultura. Autor przygląda im się uważnie z bardzo bliska, starając się być nieuciążliwym gościem. Dostrzega wszystko, co ciekawe, ale i piękne. To dlatego w tej książce nawet wschód słońca jest po wielokroć godny uwagi i kolejnego opisu, bo każdy inaczej urokliwy w innej części ziemskiego globu. Czarujący na Saharze

 

 

i zachwycający nad polskim Jeziorem Lucieńskim.

 

 

A wszystko to zależy od zdolności dostrzegania niezwykłości wszędzie wokół. Autor ten dar posiada. Przybliża egzotykę, oswajając życie na peruwiańskich wyspach trzcinowych i wprowadza egzotykę, czyniąc krajobrazy Pojezierza Gostynińsko-Włocławskiego podobnymi dzikiej Amazonii.

 

 

Opisy wypraw można czytać wybiórczo w dowolnej kolejności, kierując się wyłącznie własną ciekawością opisywanego miejsca. Nie ma tu chronologii. Lata przeszłe przeplatają się ze współczesnymi. Najstarsza relacja rozpoczynająca przygodę autora, ale nie opowieść w książce, pochodzi z 1978 roku z Iraku. Najwcześniejsza z 2012 roku z Polski. Ale każdą zaczyna od prezentacji minimapki z zaznaczonym krajem odwiedzin,

 

 

zawsze wplatając w tekst również kilka niezbędnych informacji encyklopedycznych nadających kontekst zbieranym doświadczeniom i przeżywanym wrażeniom. Wszystkie wspomnienia ilustruje licznymi czarno-białymi fotografiami oraz kolorowymi zebranymi w jednym bloku.

 

 

Całość tworzy jednorodny zachwyt nad urodą świata.
Tym dalekim i tym bliskim, tworząc atmosferę niezwykłości każdego bez wyjątku miejsca i budując we mnie przekonanie, że wystarczy tylko chcieć i być ciekawym, by zacząć go poznawać od najbliższego zakola rzeki płynącej obok domu. A potem iść coraz dalej i pożyteczniej dla podróżnika, bo jak napisał autor – Najcenniejsze jest chyba właśnie to, że podróże zmieniają nasz sposób widzenia innych ludzi i samych siebie. Możemy sobie uzmysłowić, że nie jesteśmy pępkiem świata i nie wszystko musi się kręcić wokół nas. (...) Nasze racje, przekonania, zapatrywania, nasza wiara nie są jedynymi na świecie. Istnieją też inne, ani lepsze, ani gorsze od naszych, po prostu inne.
I warto je poznawać.
Dlatego nie zgodzę się z wymową tytułu, bo na poznawanie różnorodności nigdy nie będzie za daleko, co najwyżej o jeden ląd za blisko.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

O jeden ląd za daleko [Jarosław Fischbach]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 19 września 2015
Zwyczajne pakistańskie życie – Joanna Kusy

Zwyczajne pakistańskie życie – Joanna Kusy
Dom Wydawniczy PWN , 2015 , 381 stron
Seria Bieguny
Literatura polska

Polka w środku muzułmańskiego świata – etnolożka, szczęśliwa żona Pakistańczyka.
Jak to możliwe?
Bo przecież różniło ich wszystko, a łączyła tylko miłość, która wprawdzie potrafi przerzucać mosty nad podziałami, ale z ich trwałością bywa różnie. Co konserwowało je w przypadku autorki? Kilka czynników dodatkowych. Po pierwsze wyjątkowy mężczyzna, uchodzący nawet we własnej rodzinie za dziwnego, bo trochę odstającego od wzorca pakistańskiego mężczyzny – „pir”, przewodnik duchowy. Po drugie marzenia autorki, by zamieszkać w nieludzkim albo właśnie przejmująco ludzkim miejscu na ziemi. Początkowo miało to być gdzieś w rosyjskim lub syberyjskim zapyziałym miasteczku,w drewnianym domu pomalowanym na niebiesko albo blokowisku (...) i zwyczajnie żyć w tamtych dźwiękach, kolorach, smakach, zapachach, myślach. I spełniło się to dokładnie w takim wymiarze, tyle że w Pakistanie. Te ciągoty do życia w „etnograficznym” miejscu wynikały z wykształcenia.
Dla mnie, jako czytelniczki, to ostatnie okazało się najcenniejszą zaletą w narracji autorki.
W morzu książek podróżniczych, pisanych z punktu widzenia globtrotera, nareszcie pojawiła się relacja osoby, która wniknęła w obce społeczeństwo na prawach jego członka, widząc to, czego zwykły podróżnik nigdy nie zobaczy i nie doświadczy. Autorka, stając się częścią pakistańskiej rodziny, pokazała mi to, co raczej ukrywa się przed obcymi. Jej samej takiej literatury również brakowało, gdy poszukiwała wiedzy bardziej szczegółowej przed wyjazdem do Pakistanu, pisząc – Wszędzie znajdowałam wiadomości , że w Pakistanie jest źle. Terroryści, porwany i zabity polski inżynier, chaos, bałagan, kurz, dzicz, morderstwa honorowe, broń atomowa i niepokój. A jeśli już trafiały się strzępki informacji na temat zwykłego życia zwykłych ludzi, skupiały się na różnicach (...) i egzotyce w dość makabrycznym wydaniu.
I może dlatego postanowiła uzupełnić tę lukę, dzieląc się osobistymi wrażeniami, urywkami spotkań i rozmów między innymi w swoim blogu Zwyczajne pakistańskie życie, na którego fragmenty powywoływała się czasami.
Nie życiem oficjalnym na pokaz i od święta, a tym zwykłym, codziennym, przeciętnym z jego problemami i radościami. Stąd taki, a nie inny tytuł książki, który celnie oddaje jej treść. Autorka wprawdzie nie unikała opisów miejsc zwiedzanych, ale czyniła to przy okazji, na marginesie, skupiając się głównie na codzienności.
Nie mniej ciekawej i fascynującej niż najbardziej interesujące opisy podróży.
Bo to też jest podróż, tyle że w głąb kultury i mentalności pakistańskiej rodziny i społeczeństwa. Autorka aktywnie uczestnicząc w nich, patrzyła na wszystko nie tylko jako żona, synowa, matka, szwagierka czy ciocia, ale również jako etnolożka, wręcz ciesząc się z niepowtarzalnej okazji „badań terenowych” za darmo. Zawodowe spojrzenie dawało możliwość odbioru świata nie poprzez zadziwienie, ale otwartość na nowe w poszukiwaniu wyjaśnienia, stawiania w kontekście innych kultur, porównywania z własnymi przeżyciami lub z doświadczeniami innych podróżników i publicystów, by dojść do jednego, ważnego i cennego wniosku – Pakistan na początku jest dziki bardzo. Później również wydaje się dziki i dziwny. Ale jak to z obcym bywa, z czasem można odkryć, że „my” bywamy równie dzicy i równie dziwni i że nie jestem lepsza, gorsza, mniej ani bardziej dziwna niż „oni”. Zamiast podkreślać i wyolbrzymiać różnice, jak robiły to zwłaszcza mass media, skupiła się na podobieństwach i relatywnych zjawiskach, by obalać mity i uprzedzenia.
By oswoić obcość i lęk przed innym.
Dlatego pokazała to, co i mnie bliskie – wnętrza domów i ich umeblowanie,

 

 

rolę poszczególnych pomieszczeń z naciskiem na kuchnię,

 

 

rytm dnia, obchody świąt, zwyczaje, obyczaje i - najciekawszy dla mnie rozdział - różnorodność islamu dokładnie takiego samego w rozłamach, jak chrześcijaństwo,

 

 

więzi i relacje rodzinne, ubiór,

 

 

opiekę medyczną, edukację, miejsce i rolę kobiety i mężczyzny czy jedzenie i przygotowywanie posiłków, których smaki i kolory nieustannie przewijały się przez wszystkie rozdziały.

 

 

A i tak odnosząc wrażenie, że na przekór swoim przywilejom i procesowi asymilacji, nadal uparcie to miasto nosi nikab i nie chce go przede mną zdjąć!
Bo jednak jest obca!
Dlatego to opowieść również o tej obcości. O człowieku stojącym w rozkroku między dwiema kulturami, krajami, rodzinami i narodami. O kobiecie rozdwojonej i nieustannie próbującej zasypywać kanion różnic. O poszukiwaniu nowej tożsamości budowanej z tego, co stare i z tego, co nowe. O tworzeniu kompromisów, chroniąc jednocześnie to, co najcenniejsze – obyczaje, wiarę i religię wyniesioną z domu rodzinnego. I wreszcie o poznawaniu przede wszystkim siebie w kontakcie z obcością, pisząc – Pakistan to dla mnie jedno z miejsc, gdzie widać prawdę o człowieku, o tym, co w ludziach szlachetne, i tym, co okrutne. Wielka lekcja pokory i delikatności. Z perspektywy wiary życie tu jest nieustannym szukaniem Boga ukrytego.
Autorce wszystko to udało się.
Znalazła szczęście w miejscu na pozór nie dla niej, a jak się okazało, równie dobrym do jego pielęgnowania, jak każde inne na świecie.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Zwyczajne pakistańskie życie [Joanna Kusy]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 25 czerwca 2015
Wałkowanie Ameryki – Marek Wałkuski

Wałkowanie Ameryki – Marek Wałkuski
Wydawnictwo Edito , Wydawnictwo Helion , 2012 , 312 stron
Literatura polska

Nigdy nie byłam w USA, ale jej obraz zbudowałam na doniesieniach medialnych, ewentualnie na podstawie filmów dokumentalnych. Te kryteria wystarczą, abym spełniała, według autora, profil najlepszego odbiorcy tej publikacji.
Dlaczego?
Dlatego że takie osoby, jak ja, mają nieadekwatny do rzeczywistego obraz Ameryki. Stworzony tylko z eksponowanych przez media osobliwości, ciekawostek i skrajności potwierdzających stereotypy. A jako taki, musi być niespójny i karykaturalny. I tutaj muszę przyznać autorowi rację – programy lub publikacje, by przyciągnąć odbiorcę, w zdecydowanej większości bazują na ekstrawagancji, bo tylko takie widza lub słuchacza uwagę przyciągają i potrafią ją utrzymać. Jeśli nie są konfrontowane z przeciętnymi realiami, mogą być bazą półprawdy, uprzedzeń i wypaczeń. Byłam ciekawa, jak bardzo moje widzenie Ameryki różniło się od autora, który przyjechał do niej w 2002 roku i spędził w niej kolejnych 10 lat jako korespondent. Po powrocie do Polski powstała ta książka, dla takich ludzi, jak ja. Pisząc ją, miał jeden cel – podważyć niektóre stereotypy na temat Stanów Zjednoczonych i sprawić, że Czytelnik poczuje choć trochę ducha Ameryki.
Fundamentalne sprawy, jakie opisał, a które wymieniono w skrócie na okładce,

 

 

nie były efektem sztucznego, odgórnie wymyślonego podziału. Autor podszedł do tematu bardzo życiowo i praktycznie, bo od strony nowicjusza, który ma zamiar osiedlić się w obcym sobie kraju aż na dekadę. To na tyle dużo czasu, żeby dobrze zastanowić się nad wyborem miejsca zamieszkania. Jego poszukiwanie lokum było dobrą okazją, by przyjrzeć się Waszyngtonowi, jego bardzo ciekawym podziałom administracyjnym i strukturze społeczno-ekonomicznej. A ponieważ do USA przyjechał z rodziną, więc pojawił się temat systemu kształcenia i szkolnictwa w ogóle, podczas wyboru odpowiedniej szkoły dla syna. Konieczność szybkiego przemieszczania się wymusiła na nim kupno samochodu, a to wystarczyło do opowieści o popularnych markach aut, komunikacji i drogach. Wypoczynek rodzinny i wyjazdy na wycieczki w głąb USA podsunął temat zaobserwowanego zróżnicowania geograficznego i demograficznego czyli zagadnień rasowych, etnicznych i wyznaniowych w kontekście współżycia i tolerancji. A jak już się jedzie szerokimi autostradami, to koniecznie słucha się muzyki. Najczęściej country. Wystarczy wsłuchać się w śpiewane słowa, by powstał cały rozdział na temat społeczności Country. Spotykając ludzi, poznawał wielu Polaków lub Amerykanów polskiego pochodzenia. Stąd rozdział i liczne wtrącenia w innych rozdziałach o Polonii i polskich akcentach w historii Stanów. Przytaczał przy tym mnóstwo danych statystycznych, które z jednej strony pomagały tę wiedzę generalnie uporządkować, ale z drugiej strony tym bardziej podkreślały różnorodność USA. Budując profil przeciętnego Amerykanina, szybko dodawał – przeciętny Joe jest bardzo trudny do odnalezienia.
A kiedy już poznałam wszystkie wymienione fundamentalne sprawy Ameryki, stwierdziłam, że ta opowieść o USA nie zburzyła moich stereotypów, bo ich po prostu nie miałam. Ameryka zawsze kojarzyła mi się z różnorodnością i niemożliwością jednoznacznego określenia jej, z których wynika cała reszta. Myślę, że ogromną rolę w zbudowaniu takiego podejścia, w moim przypadku, odegrała literatura amerykańska. Różnorodna sama w sobie i tę różnorodność społeczeństwa oddająca. Dlatego spodobały mi się podsumowujące zdania autora – Amerykanie tworzą pochód, w którym każdy ma inne buty, strój, fryzurę i nakrycie głowy. Jeden idzie piechotą, drugi jedzie rowerem, a trzeci sunie na motocyklu. Ale kierują się wspólnie do tego samego celu, zgodnie z ustalonym porządkiem – jako rodzina, grupa towarzyska, organizacja kościelna albo naród. Idą dumnie do przodu, a nad ich głowami powiewa amerykańska flaga.
Natomiast co innego wniosła ta pozycja w mój punkt widzenia.
Zrozumienie zjawisk społeczno-kulturowych zachodzących w USA, których nie pojmowałam wcześniej – powszechność i dostępność broni, łatwość rejestracji wyznań u nas uchodzących za sekty, problemy z imigrantami, rasizm oraz lapsusy polityczne wobec innych państw. No i oczywiście odrobinę ducha Ameryki, na czym tak zależało autorowi.
To pozycja, którą warto przeczytać przed podróżą do USA. Przygotuje na niespodzianki, pomoże uniknąć nieporozumień, ale przede wszystkim wprowadzi niezbędny dystans wobec inności i tolerancję na szeroko pojętą odmienność. A wszystko to po to, aby odkrywać w Ameryce nie tylko ciekawostki, ale to, co w niej najlepsze i najwartościowsze, choć niekoniecznie dziwaczne.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 

A tak autor mówi o swojej książce.

sobota, 21 czerwca 2014
Między światami – Marzena Filipczak

Między światami – Marzena Filipczak
Wydawnictwo Poradnia K , 2014 , 336 stron
Literatura polska


Trudno było mi rozstawać się ze światami opisywanymi w tej książce podróżniczej. Za każdym razem, kiedy musiałam ją odłożyć, czyniłam to z żalem, ale i za każdym razem, kiedy mogłam do niej wrócić, zanurzałam się w jej rzeczywistość z przyjemną radością. W rzeczywistość, która istnieje naprawdę i, co najważniejsze, jest dla mnie osiągalna. Mimo że oddalona od Polski tysiące kilometrów. Mimo że w rejonie uchodzącym powszechnie za bardzo niestabilny i niepewny. Mimo że dla kobiety bardzo niebezpieczny.
A mimo tego wszystkiego – dla mnie!
Nawet, gdybym chciała pojechać tam sama. Ta niepodważalna pewność zagnieździła się we mnie po tej publikacji. Jej autorką jest kobieta, która wybrała się sama w rejon południowo-zachodniej Azji i Bliskiego Wschodu. Typowa reakcja znajomych na wieść o celu podróży za każdym razem była podobna – Eee, aha, hm. Ty na pewno dobrze się czujesz?, po której zaczynało się straszenie – że w pojedynkę nie da sobie rady, że to trudne, niebezpieczne, nieodpowiedzialne i głupie. Jakbym słyszała te same kraczące głosy, kiedy wybierałam się do Afryki. Podobno nawet nie miałam wrócić żywa! Autorka wbrew wszystkim apokaliptycznym proroctwom, przestrogom i czarnym wizjom, wybrała się do „jaskini lwa”. I co? Było tak, jak myślałam. – napisała po powrocie – czyli wspaniale pod każdym względem. A jeśli było coś niebezpiecznego, to uczucie, które każe rzucić wszystko i jechać. Znowu.
Relacje z obu podróży odbytych latem i jesienią tego samego roku zawarła w tej publikacji, a trasy ich przebiegu przez Armenię i Górski Karabach, Osetię Północną i Kałmucję do Uzbekistanu i Kirgistanu, a potem do Kurdystanu tureckiego i irackiego, Iranu, Turkmenistanu, Kazachstanu i krain o baśniowych nazwach – Alania, Karakałpacja czy Mangystau, ku mojej radości, umieściła na mapce poprzedzającej opowieść:

 

 

Bo to były opowieści niczym z bajki o świecie, który istniał tysiące lat temu, a jego dowody w postaci ruin, nadal żywych miast, cmentarzy, ale przede wszystkim tradycji obyczajów i religii, dotrwały do dzisiaj. Ujrzeć Harran, to zobaczyć starożytność sprzed pięciu tysięcy lat, nadal tętniącą życiem jej mieszkańców:

 

 

O ludziach, których styl życia nie zmienił się od wieków, ale potrafiących albo zmuszonych odnaleźć się we współczesnych realiach. O państwach, których nie ma, jak Górski Karabach, Nadniestrze, Abchazja, Osetia Południowa, a które jak najbardziej są, funkcjonują. Wiele z nich, dzięki książkom podróżniczym, „odwiedziłam” po raz kolejny, jak Chiwę w Uzbekistanie, o której czytałam w Wyprawie do Chiwy czy Kałmucję znaną z miłości do szachów, których „państwową karierę” po raz pierwszy obejrzałam w programie telewizyjnym. Były jednak i takie państwa, o których swoją wiedzę musiałam szybko weryfikować, jak o Armenii, jednym z najstarszych państw świata o chrześcijańskiej historii sięgającej czasów biblijnych. Ale były i takie, które wprawiały mnie w zdumienie (chociaż za każdym razem obiecuję sobie, że nie będę się niczemu dziwić), jak Turkmenistan z miastami z marmuru, w których mieszkania są rozdawane za darmo.

 

 

I tak mogłabym opisywać swoje wrażenia po kolei, towarzysząc autorce w podróży przez te wszystkie przeciekawe zakątki, czerpiąc z niej nie tylko wiedzę, ale to „coś”, co nie pozwalało mi na tylko rozumowe jej pojmowanie, a o czym wspomniałam na samym początku. Długo zastanawiałam się, co to może być? Może ten bezpośredni, a jednocześnie plastyczny język opowieści z praktycznymi uwagami dla przyszłych podróżujących? A może ciekawie podane informacje w formie opisów zdarzeń, krajobrazów, dialogów i własnych, czasami osobistych, myśli wypełniających umysł autorki? A może ciekawość dalszego kierunku wędrówki i jej kolejnego celu, które ostatecznie często były dziełem przypadku, a czasami decyzji podejmowanych za namową poznawanych mieszkańców? A może fascynacja odwagą, uporem, pasją i konsekwencją podróżniczki, która jechała lub szła dalej, mimo że nie było łatwo? Ale, czy to wszystko mogło wywoływać we mnie za każdym razem uczucie ciepła i pozytywnego nastawienia do świata i ludzi?
I w tym momencie mnie olśniło!
Ludzie! To jest to „coś”! Największy skarb tych krain. To ich nastawienie – otwarte, życzliwe, osobiste, zaangażowane, troskliwe, opiekuńcze – było tym największym darem, jaki mogła otrzymać podróżująca kobieta w samodzielnej podróży. I co najważniejsze! To przyjazne nastawienie potrafiła przekazać, zawrzeć w słowach, ukazać w konkretnych zachowaniach i czynach (często bardzo wzruszających), a potem przelać ten koktajl emocji do mojego serca, budząc we mnie wiarę w ludzką dobroć istniejącą pod każdą szerokością geograficzną.
Te wspomnienia, jak w żadnych innych książkach podróżniczych, które miałam okazję czytać, pokazują świat przyjazny i namawiają skutecznie do odwzajemniania tego uczucia. Są antystraszakiem na wszystkie niepokojące wiadomości, którymi bombardują nas programy informacyjne, siejące w nas niepokój i osłabiające chęć podróżowania i co gorsza, budzące tendencję do generalizowania wszystkich i wszystkiego. Ogromną dawką optymizmu, budzącego wiarę w bezinteresowną życzliwość drugiego człowieka. Zwierciadłem, w którym możemy przyjrzeć się własnym obawom, jak w lustrze, gdy irańska dziewczyna pyta – Czy Europa to na pewno bezpieczne miejsce dla żyjącej w pojedynkę dziewczyny? Ciekawe, co musiała usłyszeć od swoich znajomych, skoro zadała takie pytanie? Chyba to samo, co słyszymy my i czego nasłuchała się autorka.
Po tej książce już nie wieje grozą.
Świat staje się normalny, ze swoimi wadami i zaletami w każdym miejscu, w którym się zatrzymamy, a na jedyną groźbę i największą przeszkodę w bezpiecznym podróżowaniu autorka wskazuje tylko własną głupotę. Zdrowy rozsądek, który nakazuje słuchać się miejscowych i myśleć to jest to, co podkreśla i akcentuje niemal na każdej stronie.
Przygodę z ludźmi o wielkich sercach autorka uzupełniła Instrukcją obsługi Wschodu i okolic, w której zawarła w odwrotnej kolejności alfabetycznej praktyczne uwagi dotyczące wiz, środków transportu, noclegów, łączności, a nawet targowania się i wszystkich tych niezbędnych informacji ułatwiających podróżowanie. Nie zapomniała również o zdjęciach. Jest ich mnóstwo z obszernymi ich opisami.

 

 

Właściwie można tę książkę niezależnie od siebie czytać lub przeglądać jak minigalerię.
Na końcu kropla dziegciu do tego smakowitego, pełnego słońca miodu w słoiku – druk. A dokładniej wielkość czcionki. Zbyt mała, a pod zdjęciami jeszcze mniejsza. Po dłuższym czytaniu, bolały mnie oczy i miałam dylemat - czytać dalej z bólem oczu czy nie czytać z bólem serca. I jeszcze okładka. Aż prosi się, żeby umieścić na niej te wszystkie życzliwe twarze, uśmiechnięte buzie dzieci zapraszające do zajrzenia, do odwiedzin.

 

 

Otwarte drzwi z krwistą czerwienią nie budzą takiego zaufania do świata czekającego za nimi. A przecież ta książka, jak żadna inna, jest jego świadectwem i dowodem.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Między światami [Marzena Filipczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 08 grudnia 2013
Bezsenność w Tokio – Marcin Bruczkowski

Bezsenność w Tokio – Marcin Bruczkowski
Wydawnictwo Rosner & Wspólnicy , 2004 , 396 stron
Literatura polska


Lubię, kiedy moja zaprzyjaźniona młodzież zaskakuje mnie czytelniczo. Wtedy wiem, że mój zaczyn rozwoju czytelniczego zaczyna rosnąć już bez mojej opieki. Że w swoich poszukiwaniach literackich zaczynają być samodzielni. Że budzi się w nich świadomy czytelnik. Przepiękne uczucie dla mnie i satysfakcja dobrze spełnionej roboty. Ale najbardziej lubię, kiedy meandrują w kierunku niszowym, jak na standardy czytelnicze nastolatków. Tym razem na drogowskazie fascynacji widniało nazwisko – Bruczkowski.
Aaaa, znam, słyszałam – odpowiedziałam, kiedy padło to nazwisko - chociaż nic tego autora nie czytałam, bo czasami fama popularności zdąży wyprzedzić moje tempo czytania. Ale mam jego najnowszą książkę! – dodałam. Czytałaś? – zapytałam. Nie czytała. Na moje szczęście, bo nie ma to, jak wymiana tytułami. W ten sposób weszłam w chwilowe posiadanie Zagubionych w Tokio, ale moja „ekspertka” od twórczości Marcina Bruczkowskiego zdecydowanie stwierdziła, że lepiej zacząć tę przygodę od jego debiutu czyli Bezsenności w Tokio. Argumenty, które padły za radą czytania w kolejności ukazywania się tytułów były bardzo uzasadnione (cieszę się, kiedy potrafią to zrobić) i nie do odrzucenia. Nie miałam wyjścia – posłuchałam i zdobyłam też pierwszy tytuł drogą licytacji w wiadomym portalu.
W ten oto sposób zaczęłam trójksiążkowy maraton z twórczością Marcina Bruczkowskiego.
Od wspomnień w formie zbeletryzowanej opowieści o Japonii, w której autor spędził 10 lat na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Stylem przekazu trochę przypominały mi one wspomnienia o Chinach Katarzyny Pawlak zawarte w książce Za Chiny ludowe, ale było kilka czynników, które nadały tym relacjom jednocześnie odmienny charakter, bardzo „pasujący” przede wszystkim młodym ludziom. W tym i nastolatkom.
Pierwszym była płeć autora. Tym, którzy w tym momencie posądzą mnie o seksizm, śpieszę z argumentem – proszę pokazać mi książkę podróżniczą napisaną przez kobietę, która zdradza tajniki podrywu (tak, tak – łącznie z budową anatomiczną zdobytego „ciacha”) męskiej części tubylczego społeczeństwa w ilości wielokrotnej. A tutaj jest! Ba! Jest nawet cały rozdział, jak poderwać Japonkę. Jak sprawić, by jej drobna dłoń przypadkowo zaplątała się w dłoń mężczyzny? I tutaj autor trochę stchórzył, bo do tego celu wykorzystał zaprzyjaźnionego Irlandczyka – Seana, o bardzo kochliwym sercu i jeszcze większym doświadczeniu w tej dziedzinie.
Drugim czynnikiem był ogromny dystans do niespodzianek (a było ich sporo!) „czyhających” na gajdzinów (cudzoziemców), wprawiających ich (i mnie też) w zadziwienie i osłupienie (wizyta u lekarza – szok kulturowy!), zmuszając przy okazji do ćwiczenia własnej elastyczności w dostosowywaniu się do nowych warunków i weryfikacji mitów z realną rzeczywistością. Jednym z takich narosłych i powielanych mitów był powód noszenia maseczek,

 

 

który autor zdemaskował w ten sposób – maseczkę nosi się dlatego, że ogrzana własnym oddechem powoduje ocieplenie i nawilgocenie wdychanego powietrza, co jest korzystne dla śluzówek w nosie i gardle. Nie ma to nic wspólnego z poczuciem obowiązku i niezarażaniem innych, jak to piszą w książkach o Japonii... I w tym sensie ta opowieść może pełnić dobry, bo praktyczny, autorsko sprawdzony przewodnik dla wybierających się do tego kraju, a znających go tylko z masmediów. Zwłaszcza, że na końcu książki umieszczone są japońskie słowa i zwroty autora i bardzo ciekawe minirozmówki japońskie Seana na wszystkie istotne okazje w życiu gajdzina, a zwłaszcza na te o słodkim spojrzeniu i ponętnych kształtach.
Trzecim czynnikiem było duże, bardzo mi bliskie, poczucie humoru. Chociaż na początku musiałam trochę przyzwyczaić się do niego w wydaniu dwóch mężczyzn, którzy zapomnieli, że są w towarzystwie kobiety, na co absolutnie nie narzekałam. Kombinowanie, jak zdeflorować dziewczynę, a potem jej przywrócić chirurgicznie dziewictwo ( w Japonii to kwestia pieniędzy!) - tylko w tej książce! Miałam ubaw nie tylko razem z nimi, ale, przyznam się ze skruchą, również z nich.
Czwartym czynnikiem była hiperkreatywność w tworzeniu zdarzeń, kiedy to młodość (bez obrazy) durna jest. Zawsze ciekawych, ale nie zawsze bezpiecznych, jak choćby zatrzymanie samochodu Yakuzy... Zwłaszcza w obcym kraju. Bezsenność z powodu zmiany czasu (stąd tytuł książki) zaprzyjaźnionej paczki gajdzinów (wraz z prześlicznymi Japonkami oczywiście!), ich ciekawość nakazująca nocną i dzienną penetrację tokijskich uliczek i licznych pubów, zmienność zajęć, które wykonywał autor, od nauczyciela języka angielskiego poprzez salarymana (bardzo specyficzny rodzaj pracownika) na autostopowiczu skończywszy, pociągała za sobą ciąg zdarzeń i wypadków w mieście i wreszcie przygód na prowincji, pozwalających zobaczyć Japonię od wewnątrz. Nie od strony turysty (tym określeniem autor się brzydził), ale od strony dumnego gajdzina, jak sam siebie określał, mówiąc – ja jestem gajdzin, czyli miejscowy, tylko... obcy.
Piątym i ostatnim czynnikiem było potraktowanie mnie – czytelniczki, jak przypadkowej słuchaczki, która pójdzie dalej niezainteresowana tematem albo zatrzyma się do ostatniej kartki. Autor tłumaczył Japonię bezpośrednio gajdzinowi-nowicjuszowi, który w Japonii dopiero próbował się zorganizować i odnaleźć, trafiając do mojej wyobraźni pośrednio, bo każdy początkujący gajdzin przeżywa w Japonii swoją porcję przygód, ucząc się na nowo jeść, mówić, czytać, pisać, myśleć, żyć... Stąd ogrom zdjęć i rysunków w książce ilustrujących to smakowanie egzotycznego życia:

 

 

W ten sposób autor uniknął roli poważnego mentora z monopolem na wiedzę o skłonnościach dydaktycznych. Dokładnie tego, czego młodzież bardzo nie lubi i trzeba być mistrzem dydaktyki, by ją dobrze ukryć i przemycić. Tę umiejętność wtłaczania wiedzy niezbędnej poprzez dobrą zabawę autor ma opanowaną perfekcyjnie.
Poznawałam więc Japonię oczami mężczyzny (aż zaczęły za bardzo podobać mi się te buzie ze słodkimi, roześmianymi oczami i z zadartymi noskami), kreatywnego, przedsiębiorczego, pozytywnie nastawionego nawet do mnożących się problemów, z ogromnym poczuciem humoru, trochę traktującego życie, jak zabawę i na tyle wrosłego w kulturę Japonii, że pozwalającego sobie na odrobinę krytyki, a nawet złośliwości wobec Japończyków, którzy kochają wszystko, co „prawidłowe”. Japonię odczarowaną przez przedstawiciela młodego pokolenia z ojczyzny z otwartymi granicami, nieobciążonego balastem stawianego wzoru potęgi gospodarczej do budowania u nas drugiej Japonii. Z ulgą stwierdziłam, że Japończycy nie są idealni i posiadają między innymi taką samą wadę, jak Polacy – spryt graniczący momentami z cwaniactwem. Tylko, że oni ubierają to w konwenanse społeczne w postaci głębokich pokłonów i uniżonego języka informacji, które niekoniecznie pokrywają się z intencjami. Miło by było usłyszeć z głośnika, na przykład podczas wsiadania przez okno do pociągu, w zbliżającym się okresie świątecznym na dworcu kolejowym taki komunikat, którego zacytowany oryginał z tokijskiego dworca sparafrazowałam w ten sposób – "Wielce szanowni podróżni, z głębokim żalem zawiadamiamy, że pociąg ma za mało wagonów. Jest nam niezwykle przykro i zapewniamy o naszej woli powiększenia składu w przyszłości, kiedy tylko będzie to możliwe. Jesteśmy pełni wdzięczności za korzystanie z naszych usług i życzmy wielce szanownym podróżnym przyjemnej podróży i miłego dnia". Japończycy po takim komunikacie dzielnie cierpią, ale z ulgą. Podejrzewam, że moich rodaków jeszcze bardziej by to rozwścieczyło.
Dzięki takim odczyniającym uroki książkom, kocham tę moją Polskę, z jej wadami i zaletami, jeszcze bardziej, bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Przynajmniej nie trzęsie!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 

A przede mną kolejna książka z dorobku autora.

 

 

Nie, to nie jest trailer książki. To cała treść książki w piosence, która stała się inspiracją do jej skomponowania. Wspomnienia trzeba przeczytać, żeby zobaczyć wszystkie te nawiązania do nich. Super robota, żeby tyle zmieścić, używając wyrazów-wytrychów kojarzących! A przy okazji można pośpiewać razem, bo jest tekst! Ale najfajniejsze jest w niej to, że swoim luzem idealnie wpisuje się w atmosferę opowieści.
Bezsenność w Tokio [Marcin Bruczkowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 05 września 2013
Święte świętsze najświętsze – Grzegorz Polak

Święte świętsze najświętsze: przewodnik po sanktuariach w Polsce – Grzegorz Polak
Wydawca Agora , 2013 , 400 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej
Literatura polska


Bardzo spodobał mi się cytat przytoczony przez o.Tomasza Dostatniego OP – ”Po cóż komu droga, która nie prowadzi do cerkwi” – mówi staruszka w gruzińskim filmie „Pokuta”. Bo w tym prostym stwierdzeniu zawarte jest całe człowieczeństwo. Jego sens, kierunek i cel. Ale osoba duchowna, której słowa wprowadziły mnie do tego przewodnika z punktu widzenia człowieka wierzącego, nie jest jedyną. Ku mojemu zaskoczeniu i ogromnej radości, drugim wprowadzającym, dla równowagi światopoglądowej, był prof. Zbigniew Mikołejko, który spojrzał na drogę człowieczego pielgrzymowania do miejsc świętych okiem filozofa, trochę socjologa i odrobinę historyka. To zestawienie dwóch różnych rekomendacji – człowieka wierzącego i ateisty nie tylko podkreśliło uniwersalizm religijny i historyczny przewodnika, ale i zasypało podział między odbiorcą wierzącym, który chciałby poznać najbardziej znane świątynie w Polsce i kiedyś do nich podążyć, a odbiorcą niewierzącym, dla którego ten przewodnik może być książką o historii duchowych korzeni narodu polskiego.
To jeszcze nie wszystko.
Moją uwagę przyciągnęło spektrum symboli religijnych tuż nad tytułem, określające wyraźnie, że przewodnik nie ogranicza się tylko do wyznania katolickiego.

 

 

I w tym kontekście słowo „sanktuaria” w podtytule, które kojarzy się powszechnie z katolicyzmem, zastąpiłabym bardziej neutralnym – „świątynie”. Zwłaszcza że były wymienione również meczety czy żydowskie kirkuty, do których to określenie w powszechnie utartym rozumieniu raczej nie pasuje. Ale nie tylko. Dokładny wykaz wyznań, których miejsca święte przedstawiono w przewodniku, znalazłam na wyklejce,

 

 

a będącej legendą mapy Polski z zaznaczonymi geograficznie wszystkimi 122 miejscami pielgrzymek,

 

 

które były prezentowane w przewodniku według kolejności alfabetycznej nazw miejscowości z danym przedmiotem kultu. Nie zawsze był to obraz. Czasami były to szczątki świętego, rzeźba czy źródło wody, a czasami miejsce pobytu błogosławionego.

 

 

I to właśnie one stanowiły główną ilustrację do tekstu zawierającego nie tylko ich krótką historię pojawienia się, ale i samego miejsca, regionu, a czasami kraju w ogóle.

 

 

Nie był to jednak encyklopedyczny tekst historyczny, bo najważniejsze daty i wydarzenia umieszczano na marginesach stron, tuż pod minimapą Polski z zaznaczonym miejscem omawianej świątyni i – uwaga!, uwaga! – GPS-em.

 

 

Jego najważniejszym przekazem były przystępnie opowiedziane dzieje powstania miejsc kultu, bogate w legendy, przekazy ludowe i ciekawostki historyczne, często burzliwe na tle trudnej i skomplikowanej historii naszej ojczyzny, dzieje rozwoju kultu, jak i opis samego obiektu czci wiernych. Często uzupełniały go duże zdjęcia plenerowe świątyni:

 

 

Wędrując po tych miejscach świętych, świętszych i najświętszych, często uświęconych w ich obronie krwią i życiem ich wyznawców, uświadomiłam sobie, jak różnorodnie mogą brzmieć pojęcia Polska i Polacy (bo bracia czescy z Zelowa, czy polscy Tatarzy) i że nie da się oddzielić historii od wiary tak, jak nie sposób nie wejść do wawelskiej świątyni, by odwiedzić groby polskich królów, bo kiedyś, jak napisał w przedmowie prof. Zbigniew Mikołejko – polski chłop wyznający katolicyzm mógł rozpoznać siebie jako członka szerszej, zwłaszcza narodowej, wspólnoty. Dzisiaj ta konieczność ustała, a pielgrzymowanie rodzi się coraz częściej z osobistego wyboru. I drogi, i celu, i sposobu wędrówki.
I coś w tym spostrzeżeniu jest!
Z prezentowanych świątyń odwiedziłam cztery – synagogę Remuh w Krakowie, luterański kościół Wang w Karpaczu, katolicką katedrę na krakowskim Wawelu oraz sanktuarium w Licheniu. I mimo, że żadne z tych miejsc nie odwiedziłam z powodów religijnych, wiedziałam, że powinnam tam być i gdy tylko nadarzyła się okazja – skorzystałam z niej.
Bo to Polska moja, właśnie taka. Wyjątkowa w swojej różnorodności!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w październiku w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 976 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi