Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 18 lutego 2017
Upór i przekora – Rachel Swaby



Upór i przekora: 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat – Rachel Swaby
Przełożył Krzysztof Kurek
Wydawnictwo Agora , 2017 , 311 stron
Literatura amerykańska


52 kobiety, które odmieniły naukę i świat.
Taki podtytuł widnieje na okładce książki, po przeczytaniu którego od razu pomyślałam o Marii Skłodowskiej-Curie. Uznanej za życia dwukrotnej noblistce. Szybko przejrzałam spis treści podzielony na 7 rozdziałów odpowiadającym różnym dziedzinom nauki. Ku mojemu zaskoczeniu, nie znalazłam jej w nim.
Zrozumiałam, że nie o takich kobietach będzie tutaj mowa.
Autorka miała zupełnie inną koncepcję tej książki. Założyła, że jej głównym celem będzie oddanie tą publikacją sprawiedliwości dotychczas ignorowanej części historii świata, którą współtworzyły również kobiety, a o których historia głucho milczy. Nawet obecnie, w XXI wieku. Nie tylko milczy, ale nadal dyskryminuje. Rolą tej "wojującej” pozycji miało być nie tyle nawet przypomnienie czy wydobycie z mroku konkretnych kobiet, ile stałe przypominanie o nich z myślą o współczesnych naukowczyniach poszukujących wzorców postępowania w swojej dziedzinie. Dlatego głównym kryterium doboru kobiecych postaci były znaczące osiągnięcia naukowe, które miały decydujący lub rewolucyjny wpływ na rozwój nauki, ich nowatorskie idee, przełomowe odkrycia oraz punkty widzenia doprowadziły do wstrząsających – również w sejsmologicznym znaczeniu – zmian naszego postrzegania świata oraz to, że są zupełnie zapomniane. Chociaż do dzisiaj korzystamy z ich wynalazków, odkryć i teorii. Nierzadko ratujących życie milionom tak, jak osiągnięcia biochemiczki, noblistki w dziedzinie fizjologii lub medycyny, Gertrudy Belle Elion, o której jej przełożony powiedział – za pięćdziesiąt lat okaże się, że Trudy Elion uczyniła w sumie więcej dla polepszenia ludzkiej kondycji niż Matka Teresa. Tacy przełożeni niestety byli wyjątkami. W nauce trwała ostra rywalizacja, rzadziej współpraca, między naukowcami. Pisał o tym Bronisław Malinowski w swoich listach zebranych w Historii pewnego małżeństwa i widziałam wyraźnie ten problem w powieści biograficznej o twórcy teorii ewolucji - Opowieść o Darwinie. Kto przejmowałby się w tej walce kobietami!? Zwłaszcza w czasach, kiedy nie miały nawet prawa wyborczego i obowiązywał je zakaz studiowania lub pracowania na uczelniach wyższych, a o ewentualnych ich osiągnięciach opinię publiczną jeszcze w 1964 roku informowano na łamach czasopism w ten sposób – Nagroda Nobla dla brytyjskiej żony. Co autorka nie bez irytacji skomentowała – zupełnie jakby Crowfoot Hodgkin odkryła złożone struktury substancji biochemicznych przypadkiem podczas cerowania skarpet męża. Może dlatego grafika okładkowa tej książki przekornie „wyhaftowana” jest nitką.

Włącznie z odtworzeniem lewej strony „tkaniny” pełnej supełków , wystających nitek i z igłą wbitą w robótkę.

Właściwie, po przeczytaniu tych 52 krótkich, nierzadko tragicznych, biografii naukowych Brytyjek, Amerykanek, Francuzek, Niemek, Włoszek, Austriaczek, Dunki, Kanadyjki, Rosjanki, Czeszki i Chinki, to cud, że w ogóle otrzymywały nagrody za życia, a Nagrodę Nobla w szczególności. Fakt, że czasami na to uznanie musiały długo czekać. Genetyczka Barbara McClintock Nagrodę Nobla otrzymała trzydzieści dwa lata po wielkim odkryciu, acz początkowo powszechnie ignorowanym. Patrząc na przeszkody, jakie stwarzało im życie w społeczeństwach patriarchalnych, silnie zdominowanych przez mężczyzn, trzeba było być kobietą z niezwykłym samozaparciem, uporem, przekorą (jak w tytule), konsekwencją i poświęcającą się całkowicie nauce. Często kładącą życie osobiste i rodzinne, a nawet własne, na szali nauki. By być spełnioną. By pod koniec życia powiedzieć tak, jak wspomniana już Barbara McClintock – Miałam pasjonujące i ogromnie satysfakcjonujące życie.
Chciałam zrozumieć je.
Chciałam dowiedzieć się, dlaczego te kobiety, które niedojadały i nierzadko głodowały, ciężko pracowały w laboratoriach nawet w ostatnim stadium wyniszczającej je choroby, mieszkały w skrajnych warunkach, pomijano w nagrodach uznaniowych i awansach, okradano z dorobku naukowego, wykluczano z grona naukowców, bez pensji, godziły się na to wszystko? Odpowiedzi dostarczyła mi fizyczka Maria Goeppert – Jeśli naprawdę kocha się naukę – wyznała – to pragnie się jedynie kontynuować pracę oraz neurobiolożka Rita Levi-Montalcini – Moment, w którym przestajesz pracować – stwierdziła pewnego razu – to moment, w którym umierasz. Mocne słowa!
W tym tkwiła tajemnica ich tytanicznej siły.
To ona spychała na dalszy plan potrzebę uznania, dyskryminację, poniżenie, wykluczanie i warunki pracy. Liczyła się tylko nauka i możliwość jej uprawiania. Jeśli takiej nie miały – godziły się na uwłaczające warunki albo tworzyły laboratorium we własnej sypialni. Autorka, by uniknąć wrażenia encyklopedyczności w biografiach, wyposażyła je w elementy z życia osobistego i nieformalnego wychodzące poza ramy naukowe. Często cytowała wypowiedzi naukowczyń lub ludzi nauki o nich. Nadała w ten sposób szkicom naukowym charakteru miniopowieści o osobowościach niezłomnych, które momentami nabierały cech dramatu lub sensacji.
Dla mnie na pewno odkrywczymi.
Poszerzającymi nie tylko wiedzę (znałam tylko trzy osoby), nadającą konkretnym osiągnięciom twarz i nazwisko (których świadomie nie wymieniam, by pozostawić smak odkrywania i zadziwień innym czytelnikom), ale przede wszystkim optymizm i wiarę, że każdy może osiągnąć w życiu swój cel, który sobie postawił. Wystarczy do tego już połowa determinacji bohaterek tej publikacji, by udało spełnić się. Mamy przecież dużo łatwiej niż nasze poprzedniczki. A co najważniejsze – nie potrzeba do tego wyjątkowych uzdolnień. Według Annie Jupm Cannon, wybitnej uczonej w dziedzinie astronomii – To żaden geniusz ani nic podobnego, to jedynie cierpliwość.
Cierpliwość i praca.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 10 grudnia 2016
Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat – Maria i Przemysław Pilichowie



Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat – Maria i Przemysław Pilichowie
Wydawnictwo Muza Sport i Turystyka , 2016 , 447 stron
Literatura polska


Mieliśmy wielu wielkich podróżników!
To dziedzina trochę pomijana (jeśli nie zupełnie!) w rankingach najbardziej zasłużonych Polaków, w których na pierwsze miejsce wysuwają się literatura, nauka, muzyka czy nawet sport. Taka refleksja nasunęła mi się po lekturze tego opracowania i po skojarzeniu faktu, że o polskich podróżnikach, i o ich ogromnych dokonaniach dla nauki, zdarzało mi się dowiadywać ze wspomnień współczesnych globtroterów opisujących polskie ślady w odwiedzanych krajach. Takim totalnym zaskoczeniem była dla mnie postać Ignacego Domeyki przywołana przez Jarosława Fischbacha w O jeden ląd za daleko, który był i nadal jest bohaterem narodowym Chile, traktowanym do dzisiaj przez jego obywateli niemalże tak, jak osobę świętą.
Nie jest on wyjątkiem.
Wystarczy zajrzeć do słownika biograficznego polskich podróżników. Zrobili to autorzy tego opracowania i napotkali problem, który można ująć w retorycznym pytaniu – jak spośród ponad 600 nazwisk wybrać tylko kilkadziesiąt? Jakimi kryteriami przy tym się kierować? Autorzy po długich i trudnych naradach wybrali 33 podróżników zarówno bardzo znanych, jak i zupełnie zapomnianych, sugerując się ich zasługami dla poznania świata i rozwoju światowej nauki. Byłam bardzo ciekawa efektu tej trudnej selekcji. Kto zasłużył sobie na upamiętnienie w ich publikacji?
Szybko przejrzałam spis treści!
Spośród wymienionych nieobce mi było 12 nazwisk. Ale jakież to było moje ich znanie! Wiele z nich kojarzyłam tylko z nazwami geograficznymi wysp, mórz czy szczytów, jak Paweł Strzelecki, Krzysztof Arciszewski czy Aleksander Czekanowski. Inne znałam z zupełnie odmiennych dokonań – literackich (Czesław Centkiewicz, Wacław Korabiewicz) i historycznych (Mikołaj Radziwiłł, Jan Potocki), a Maurycego Beniowskiego przypominał mi jedynie poemat Juliusza Słowackiego Beniowski, nie wiedząc (o zgrozo!), że to nie jest osoba fikcyjna! Część zapamiętałam z opisów współczesnych podróżników, jak wspomniany wcześniej Ignacy Domeyko. Bardzo dobrze znałam jedynie Bronisława Malinowskiego i Bronisława Grąbczewskiego. Nadrabiając brak wiedzy w tej dziedzinie, zdążyłam sięgnąć po listy tego pierwszego ujęte w opracowaniu Historia pewnego małżeństwa i wspomnienia tego drugiego zawarte w Podróżach po Azji Środkowej. W swoich poszukiwaniach mogłam więc korzystać albo z encyklopedii, albo z opracowań biograficznych lub autobiografii.
To opracowanie jest formą pośrednią między informacją encyklopedyczną a rozbudowaną monografią.
Z tej pierwszej zachowało biogram przedstawiający podróżnika, jego pochodzenie i wykształcenie, trasę i kierunki wypraw, dokonania naukowe lub odkrywcze. Z tej drugiej zachowało temat nadrzędny, wątki osobiste, rodzinne oraz nawiązania współczesne upamiętniające ich osobę. To z tych ostatnich dowiadywałam się, gdzie nadano imię wybranego podróżnika miejscom lub instytucjom, jakie filmy i publikacje na ich temat powstały, jakie imprezy kulturalne lub sportowe ich imienia organizowano, a nawet, w jaką grę planszową można dzięki ich podróżom zagrać. Autorom udało się tę rozproszoną wiedzę zebrać przy każdym nazwisku, bogato ilustrując tekst fotografiami oraz zdjęciami map, rękopisów, a nawet rysunków samych podróżników.

Każdy rozdział rozpoczynali krótkim wstępem ogólnie zapoznającym z jego bohaterem, mottem (nierzadko jego autorstwa) oraz portretem.

Całość ułożyli chronologicznie, zaczynając od wieku XIII, na współczesności kończąc.
To była bardzo dobra decyzja.
Układ alfabetyczny nie oddałby obrazu ukazującego bardzo ważne aspekty ujęte w tle opowieści o podróżniku, a widoczne dopiero po przeczytaniu całości. Dzięki linearności w czasie mogłam śledzić zmienność kierunków podróży i ich przyczyny (zesłania Polaków na Syberię lub wybory indywidualne), powodów wypraw (polityczne, naukowe, osobiste), wyborów postaw wobec własnej tożsamości pod zaborami i w czasie rządów komunistycznych, rozwoju techniki i technologii mających wpływ na sposób i czas podróży, wiedzy - kto i gdzie był pierwszy, ponoszonych konsekwencji zdrowotnych (zarówno fizycznych jak i psychicznych), by dojść do jednego wniosku – jak wiele jest jeszcze do odkrycia, mimo że tak wiele już odkryto. W dużej mierze dzięki Polakom.
Zawirował mi ten świat!
Autorom udało się przekazać nie tylko ogrom wiedzy na temat dziedzictwa i spuścizny naukowo-badawczej Polaków, ale również ich pasję podróżowania, ekscytację nauką, ducha wypraw, niezłomności pioniera, by poznać nieznane i nazwać nienazwane. W każdym rozdziale czekała na mnie inna przygoda, kierunek podróży, trasa wyprawy, różnorodność osiągnięć i tajemnica odkrywania niezwykłego człowieka, z których największą był i nadal jest (ale w innym już znaczeniu) Jan z Kolna z XV wieku. Co ciekawe, nadal pozostający nie do końca poznanym, mimo że namalował go Jan Matejko, pisał o nim Stefan Żeromski, powstał dramat, książka dla dzieci, została nawet skomponowana opera Jan z Kolna. Interesowali się nim uczeni nie tylko polscy, ale też duńscy, francuscy, a nawet peruwiańscy. Te wszystkie opisy, wizerunki, teorie to jednak tylko fantazja.
To kolejny atut tego opracowania!
Autorzy starali się zamieszczać tylko rzetelną wiedzę, obalając mity, narosłe legendy czy dopowiadając niedomówienia. Docierali do wielu źródeł (nierzadko sprzecznych w podawanych faktach), by zbudować jednoznaczną prawdę. Jeśli nie byli jej pewni lub jej w ogóle nie zdobyli – pisali o tym wprost. Tym samym sugerowali kierunki własnych poszukiwań nie tylko czytelnikom, ale i pasjonatom podróży planującym wyprawy śladami pionierów – Polaków podróżników, odkrywców i badaczy.
A jest z czego wybierać!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 01 sierpnia 2016
Okrążyć słońce – Paula McLain



Okrążyć słońce – Paula McLain
Przełożyła Anna Rojkowska
Wydawnictwo Między Słowami , 2016 , 397 stron
Literatura amerykańska


Wikimedia

Beryl Markham - nieprzeciętnie odważna kobieta!
Szukałam w jej opowieści biograficznej źródeł tej nieprzeciętności i odwagi pójścia pod prąd budujących jej indywidualizm i niezłomną osobowość w dążeniu do obranego celu, w realizacji podejmowanych przedsięwzięć, w życiu według własnego planu i zasad, w wyborach moralnych bez konieczności słuchania kogoś, kto mówi ci, co możesz, a czego nie możesz, w ignorowaniu konwenansów i łamaniu norm społecznych, by zostać pierwszą na świecie trenerką koni w wieku osiemnastu lat, pierwszą na świecie licencjonowaną pilotką z rekordowym przelotem nad Atlantykiem i by zabić nienarodzone dziecko.
Była wolna!
Ale za tę wolność, za te własne ścieżki życia w ukochanej Afryce lat 20. XX wieku, słono płaciła. Każdy sukces okupiła cierpieniem. Każdy wybór przynosił straszne konsekwencje ekonomiczne lub psychiczne. Każda decyzja wiązała się z ogromnym ryzykiem porażki i stratą. Jej życie było pasmem naprzemiennych upadków i powstań, któremu zawsze towarzyszyła maksyma – Nowe jest dobre, choć może sprawiać ból.
Nigdy się nie poddawała!
Miała naturę wolnego człowieka ukształtowaną przez nietypowe dzieciństwo – bez matki, z samotnym ojcem, afrykańskim hodowcą koni, który wychował ją na kobietę silną oraz samowystarczalną i wśród dzieci afrykańskiego plemienia, w którym nauczyła się rozkwitać, gdy spotykała się z niewiarą innych.
Chciała i była panią swego losu!
Ze wszystkiego, co otrzymała w smutnym okresie dorastania, ale na swój sposób szczęśliwym, na afrykańskiej farmie ojca, z determinacją korzystała w życiu dorosłym, które w jej przypadku zaczęło się zamążpójściem z rozsądku w wieku 16 lat. Uważała, że kłopoty i niedostatek miłości czyni z nas człowieka, a nie niszczy. Najciekawsze jednak w tej historii jest to, że o tej niezwykłej kobiecie nie ma najmniejszej wzmianki w powieści Pożegnanie z Afryką Karen Blixen. A przecież była jej przyjaciółką i kochanką jej partnera Denysa Fincha Hattona. Zawiłe życie, uwikłane w intymne relacje trójki u stóp słynnych gór Ngong, opowiadane przez Beryl nabrało innego wymiaru i ukazywało duńską pisarkę z zupełnie innej perspektywy i strony. Na pewno dopełniało całości słynnej powieści.
Trochę zazdrościłam Beryl.
Nie tyle tej wywalczonej wolności, ile siły, by znosić tego konsekwencje, by za każdym razem być sfinksem powstającym z ruin kolejnego etapu życia. Może dlatego w żadnym miejscu opowieści nie oceniałam jej, a tym bardziej nie potępiałam. Nawet wtedy, gdy jej decyzje i wybory budziły we mnie sprzeciw.
To zasługa autorki powieści.
Oddała głos Beryl, która w szczery i emocjonalny sposób poprowadziła opowieść, bym mogła nie tylko poznać źródła kształtowania się osobowości, ale przede wszystkim ją zrozumieć. Jej niemożność wpasowania się w angielskie sfery afrykańskiej kolonii, jej niekonwencjonalne postępowanie, umiłowanie wolności i przede wszystkim bezgraniczną miłość do Afryki, poza którą nie wyobrażała sobie życia. Wypełniając bohaterkę i jej losy emocjami, chciała, abym i ja poczuła to samo.
I czułam!
I widziałam piękno Afryki jej oczami. Chociaż nie do końca dałam się temu urokowi zwieść. Z własnych doświadczeń podróżniczych wiem, ile kryło się za malowniczo opisanymi pejzażami trudu, lęku, determinacji, niepewności, a czasami i niebezpieczeństwa. Może dlatego miała we mnie wiernego kibica przy każdym szalonym pomyśle, przy każdym niepowodzeniu i kolejnej klęsce.
I uczyłam się!
Bo to jest bardzo wzmacniająca, budująca i inspirująca opowieść. Dodająca sił w ciężkich chwilach i otuchy w sytuacji bez wyjścia. Ale przede wszystkim ostrzegająca – możesz osiągnąć wszystko, ale licz się z tego konsekwencjami.
Coś za coś! – mówi autorka poprzez biografię kobiety, która nie bała się płacić za wolność.

Okrążyć słońce [Paula McLain]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

środa, 27 lipca 2016
Paryska żona – Paula McLain



Paryska żona – Paula McLain
Przełożyła Anna Rojkowska
Wydawnictwo Między Słowami , 2016 , 397 stron
Literatura amerykańska


Wolałbym umrzeć niż zakochać się w kimś innym niż Hadley.
Te słowa wypowiedział Ernest Hemingway pod koniec życia o swojej pierwszej żonie, Hadley Richardson. Z żaru miłości, jaki tkwił w tym stwierdzeniu, pozostała tylko pewność jej istnienia. Związek przetrwał zaledwie kilka lat. Pojawiły się następne kobiety, kolejne żony i nowe kochanki, a mimo to Ernest Hemingway nie odnalazł szczęścia, kończąc je samobójstwem. Historię swojego paryskiego małżeństwa, którego czas trwania w większości spędzili w Paryżu, opisał w Ruchomym święcie. Autorka postanowiła sięgnąć głębiej, do emocji bohaterów i dać nowe spojrzenie na wydarzenia historyczne, pozostając jednocześnie wierna faktom, a głos narratora oddać tym razem Hadley.
Powstała pięknie opowiedziana monografia ich małżeństwa.
Historia związku od momentu poznania się, w którym oboje wierzyli, że różnica wieku nie jest przeszkodą (on miał 21 lat, a ona 29), a małżeństwo, wbrew powszechnemu braku wiary w jego sens po traumie I wojny światowej, daje jednak wiarę w przyszłość i w przeszłość – że historia, tradycja i nadzieja mogą trwać zespolone i pomóc w życiu. Byli parą wyróżniającą się na tle paryskiej bohemy, żyjącej w ułudzie stałości związków, wśród licznych zdrad i trójkątów o różnej orientacji seksualnej, tkwiącej w teraźniejszości, by nie myśleć o tym, co jutro, a co dopiero o tym, co „na zawsze”.
Ernest i Hadley postawili na małżeństwo.
I o rozpadzie tego związku, na tle obyczajów w sferach, gdzie artysta rozpustnik to był niemal banał, ale nikogo to nie bulwersowało. Jak długo robił dobre, ciekawe albo sensacyjne rzeczy, mógł mieć setkę kochanek i do woli rujnować im życie. Nie do przyjęcia były tylko wartości mieszczańskie, małe, zwyczajne, jak prawdziwa miłość czy dziecko, opowiada Hadley. O trwaniu przy boku męża-pisarza, próbując pogodzić wszystkie priorytety i wartości obojga. Jego oczekiwania i jej potrzeby. O powoli umierających marzeniach i nadziejach. O odkrywaniu błędu rozumowania w utożsamianiu miłości z jednością ciał i dusz. O niedotrzymywaniu obietnic, których nie należało wypowiadać głośno. Ale też historia o trudnych początkach stawania się znanym pisarzem. O krętej i kapryśnej drodze do sławy i uznania. O synu uciekającym od rodziny, a zwłaszcza apodyktycznej matki. O mężu próbującym pogodzić swoją naturę wolnego i niezależnego artysty ze zobowiązaniami małżeńskimi zabijającymi żar uczucia. O mężczyźnie niepotrafiącym kochać tylko jednej kobiety, bo lubił wszystkie, a Paryż był pełen pociągających kobiet ze świeżymi twarzami i pięknymi nogami. I wreszcie o dumnym, porywczym człowieku, dręczonym przez koszmary wojny, której był uczestnikiem. Autorka taktownie oddała mu głos w kilku miejscach poprzez narratora zewnętrznego, uzupełniając opowieść Hadley. O tych wszystkich składowych, budujących ostateczny portret trudnego, dramatycznego i burzliwego związku, z góry determinujących jego nieuchronny koniec.
Na swój sposób jednak szczęśliwy.
Wpisany w klimat Paryża lat 20. XX wieku i na tle przemian ekonomicznych, obyczajowych, kulturowych oraz wydarzeń politycznych. Jednak dla mnie najciekawszą stroną ukazania paryskiego świata artystów nie był sam styl życia, ale kontakty Hemingwayów z ówcześnie mniej lub bardziej popularnymi postaciami. Obecnie znanymi i uznanymi. Wspomnę tylko o takich sławach, jak James Joyce, Ezra Pound, Gertruda Stein, Mike Strater, Edward O’Brien czy Scott Fitzgerald. Widziani oczami Hadley byli tylko ludźmi ze swoimi wadami, zaletami, sukcesami, marzeniami, problemami czy porażkami. Hadley, jak uważna obserwatorka, kreśliła skomplikowany system powiązań zależności, sympatii i niechęci, a nawet wrogości między członkami towarzystwa. Przytaczała opisy zdarzeń i wydarzeń z ich życia, których nie znajdę w publikacjach biograficznych. Powieść mogła sobie pozwolić na ten nietaktowny ekshibicjonizm tajemnic i sekretów. Wypełnić ludzi znanych z kart historii literatury emocjami, wydobywając z cienia Ernesta Hemingwaya przede wszystkim najważniejszą kobietę jego życia, która dla ludzi badających jego biografię i twórczość była tylko jedną z żon i wielu kobiet.
Paryską żoną.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Paryska żona [Paula McLain]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Przede mną kolejna powieść biograficzna tej samej autorki, która tym razem przeniesie mnie do Afryki.
sobota, 11 czerwca 2016
Spowiedź Hitlera – Christopher Macht



Spowiedź Hitlera: szczera rozmowa z Żydem – opracował i do wydania przygotował Christopher Macht
Wydawnictwo Bellona , 2016 , 287 stron
Literatura polska


Taką sensacyjną informację przeczytałam na tylnej okładce książki. Ten wywiad został rzekomo (dlaczego rzekomo? - wyjaśnię później) odnaleziony i opracowany przez autora tej publikacji, Niemca z polskimi korzeniami, który jako historyk zainteresował się pożółkłymi kartkami wręczonymi mu w tajemnicy przez babcię. Były to notatki doktora Eduarda Blocha, osobistego lekarza Adolfa Hitlera i jego rodziny, który opiekował się jego umierającą na raka matką.

W nagrodę za te zasługi Führer nazwał go szlachetnym Żydem i obdarzył zaufaniem, pozwalając mu na przedśmiertny wywiad z prawem do publikacji po jego śmierci. Miała to być (dosyć swoista!) spłata długu wdzięczności. Doktor zgodził się na tę propozycję, komentując absurdalność sytuacji w ten sposób - doszło do historycznego paradoksu, w którym największy na świecie pogromca mojego narodu postanowił zaufać wrogowi, przedstawicielowi niższej rasy.
Wywiad trwał z przerwami kilka dni.
Doktor przyjeżdżał do siedziby sztabu Adolfa Hitlera w berlińskim bunkrze, by móc zadać pytania, na które rozmówca obiecał szczerze odpowiadać. Spotkań odbyło się jedenaście. Każde poświęcone innemu tematowi – dzieciństwu i dorastaniu, trudnym latom w Wiedniu i w więzieniu, udziałowi w I wojnie światowej, źródłom światopoglądu prowadzącego na szczyt władzy, dziełu życia Mein Kampf, II wojnie światowej, eksterminacji ludzkości, kobietom i seksie, zamachom, a nawet okultyzmowi. Zawierały wiele wątków mało znanych lub nieznanych, wręcz sensacyjnych, zwłaszcza tych dotyczących osobistej, a nawet intymnej sfery życia przywódcy III Rzeszy.
Pochłonął mnie ten wywiad!
Jednak przez cały czas prowadzonego dialogu niepokoiła mnie jedna myśl, która od początku zasiała we mnie zwątpienie w autentyczność spotkań. Pojawiła się już w pierwszym rozdziale, w którym doktor Eduard Bloch wyjaśnia okoliczności jego uwięzienia na pięć lat w berlińskim hotelu Adlon w 1940 roku, którego nie mógł opuszczać pod groźbą kary wysłania do obozu koncentracyjnego, aż do wywiadu w ostatnich dniach przed kapitulacją w kwietniu 1945 roku. I te jego podejrzane dojazdy z hotelu do bunkra Führera, kiedy wokół toczyły się walki, a Rosjanie byli już w Berlinie – były dla mnie bardzo wątpliwe. Zwłaszcza że niedawno czytałam Pięć dni które wstrząsnęły światem Nicholasa Besta ukazujące dokładnie, dzień po dniu, ostatnie chwile z życia Adolfa Hitlera aż do popełnienia przez niego samobójstwa.
Zaczęłam szukać w książce wyjaśnień.
Nie znalazłam ich we wstępie ani w epilogu, który utwierdzał mnie, że sięgając po tę książkę, należy pamiętać, że jest to literatura faktu, która zawsze sprawia kłopot. Wszystkie badane przeze mnie ślady sprawiały wrażenie lub utwierdzały mnie, że mam do czynienia z autentycznym dokumentem. Dopiero wypatrzona informacja umieszczona drobnym drukiem na odwrocie strony tytułowej rozwiała moje wątpliwości i podejrzenia:

I wszystko jasne!
Może i fikcja, ale ograniczona do formy przekazu - wywiadu i obudowy-opowieści jego odnalezienia. Treść to fakty. Autor poświęcił na ich zgromadzenie kilka lat, pisząc – Nim napisałem pierwsze zdanie, wchłonąłem kilkadziesiąt książek i obejrzałem drugie tyle filmów. (...) Poznawałem swego bohatera z każdej strony. Czytałem wszystko na jego temat – również opinie bardzo kontrowersyjnych historyków. Kreśląc każde ze zdań, zadawałem sobie pytanie: Czy on naprawdę powiedział te słowa? Jeśli pojawiały się w mojej głowie wątpliwości, w postaci nawet małego ziarenka, rezygnowałem. Chcąc wejść w psychikę Hitlera, poznawałem jego styl wysławiania się, korzystałem z pomocy psychologów, czytałem archiwalne opinie jego lekarzy. Ponadto wszystkie ujęte fakty i wypowiedzi mają swoje źródła w opracowaniach historycznych, które potwierdza dołączona do książki obszerna bibliografia, a w której wypatrzyłam czytane przeze mnie Dziennik sprzeciwu Friedricha Kellnera i Seks w III Rzeszy Anny Marii Sigmund.

Dodatkowo treść ilustrują oryginalne fotografie Adolfa Hitlera, jego współpracowników i najbliższych,

dane statystyczne,

oraz cytaty umieszczane na szarym tle dotyczące Adolfa Hitlera, zjawisk społecznych czy konkretnych wydarzeń historycznych, wypowiadane przez niego samego lub najbliższe i dalsze mu osoby, a zaczerpnięte z odezw, książki Mein Kampf lub innych publikacji.
Dzięki tej bezpośredniej formie przekazu i tym uwiarygodniającym go zabiegom, autor stworzył żywą osobę opowiadającą swoje życie. Ożywił kontrowersyjną postać historyczną, nadając mu charakterystyczny styl wypowiadania się i rozmowy z inną osobą, sposób traktowania ludzi z otoczenia, włącznie z opisem jego nawyków i przyzwyczajeń. Mężczyzny o silnym przekonaniu o własnej wyjątkowości i byciu wybranym przez Boga, by nieść światu światłość i doprowadzić do tego, by naród niemiecki stał się rasą panów. Ale czy człowieka? Bo mam silne wrażenie, że właśnie o to autorowi między innymi chodziło. Jestem w tej ocenie ostrożna, bo przeciwna humanizowaniu tyranów, morderców i dyktatorów.
Czy jest sens tworzyć takie paradokumentalne opowieści?
Sam autor, obawiając się potraktowania tej książki jako lektury propagującej nazizm, już na początku publikacji umieścił ostrzeżenie z taką treścią - Przed lekturą dalszych stron chciałbym wyraźnie oznajmić, że moim celem nie jest rozpowszechnianie i propagowanie nienawiści, a niniejszy utwór powinien być więc traktowany jedynie jako publikacja udostępniająca wiedzę wydobytą z sensacyjnych zapisków doktora Blocha czyli ze źródeł podanych w bibliografii. Dlatego na moje pytanie odpowiada pośrednio, umieszczając ten cytat:

Traktuję tę pozycję jako historyczną ciekawostkę literacką.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

wtorek, 22 grudnia 2015
Selfish – Kim Kardiashian West



Selfish – Kim Kardiashian West
Wydawnictwo Rizzoli International Publications , 2015 , 446 stron
Literatura amerykańska


Celebrytoza ogarnęła również kulturę.
Taką opinię przeczytałam w wywiadzie z Pawłem Goźlińskim Nie jesteśmy czytelniczym wygwizdowem. Ale marudzić musimy na temat książek wydawanych przez celebrytów. Zdanie wyjęte z kontekstu może nabrać wydźwięku negatywnego. Jednak w kontekście dalszej wypowiedzi bohater wywiadu daje takim publikacjom szansę, twierdząc – Jeśli jest to książka celebrytów, to już trudno, zawsze jest to punkt wyjścia do dalszych przygód czytelniczych.
I w tym momencie całkowicie zgadzam się z rozmówcą.
Nie od razu czyta się książki z górnej półki, a nawet w ogóle nie czyta się od razu dużo i wszystko. Od czegoś trzeba zacząć. Niech to będą komiksy, niech to będą „harlekiny” czy inne romanse i niech to będą „produkty książkopodobne”, bo tak nazywa rozmówca książki podobne do tej pozycji wydanej przez znaną celebrytkę amerykańską. Spojrzałam na tę publikację właśnie z punktu widzenia Pawła Goźlińskiego, który kontynuuje myśl – żeby te książki były po ludzku napisane, żeby do czegoś wartościowego zachęcały.
Poszperałam więc w tej pozycji w poszukiwaniu jakichkolwiek wartości.
Właściwie albumu fotograficznego wydanego w formie książki, która na pewno niesie ze sobą wartości estetyczne. Jest na co popatrzeć i doznać przyjemności czerpanej z ludzkiej urody. Pięknie wydanej, w twardej oprawie, z kredowanym papierem porządnie zszytym w trzonie, by mogła służyć oglądaniu przez lata. Pod seksowną obwolutą kryje się ascetycznie biała okładka.

A na niej tylko imię autorki i sugestywny tytuł, określający osoby samolubne, egocentryczne, skupione na sobie, ale jednocześnie przez świadome jego użycie, podkreślający dystans do samej siebie. I chociażby za to już ją polubiłam. Zdjęcia w albumie posegregowała chronologicznie, zaczynając od pierwszego w życiu selfie w 1984 roku.

To jedyne zdjęcie z dzieciństwa, bo lata następne 2006-2014 to już czas młodej kobiety. Na początku jeszcze panny kuszącej wdziękami wszystkich, potem narzeczonej inspirującej swojego chłopaka, a potem męża takimi odważnymi zdjęciami,

by zakończyć oglądanie albumu zdjęciem ślubnym już jako pani West.

W zdecydowanej większości selfie są bardzo dobrej jakości. Wykonywane w różnych miejscach i sytuacjach – podczas sesji fotograficznej, nakładania profesjonalnego makijażu, na siłowni, w podróży, z psem i kotkiem, w ubraniu i w bikini, które są jej ulubionymi ujęciami, ze znajomymi, przyjaciółmi i rodziną, a także w łazience. To ostatnie należy do ukochanych miejsc do robienia selfie. Najlepiej w bikini albo bez. Te roznegliżowane, znajdują się w osobnej części, która w trzonie książki odznacza się szarym paskiem.

Publikowane na czarnym tle nadają im atmosferę intymności, a według autorki – tajemniczości. Półmrok je okalający to idealne warunki do oglądania urody jej ciała w śmiałych odsłonach w skąpym bikini, bieliźnie, w mokrym podkoszulku i topless. Bardzo erotyczne, jeśli weźmie się pod uwagę sugestywny układ dłoni lub pozę ciała. Publikuję tylko jedno ze względu na cenzurę stosowaną przez Fotobucket, w którym przechowuję swoje zdjęcia, a który już raz skasował zdjęcia ilustrujące mój tekst na temat książki Historia nagości. Pokażę więc najbardziej niewinne, bo jest szansa, że go portal nie usunie.

Oglądając selfie, dowiedziałam się również dokąd Kim jeździ na zakupy i na wakacje, na czym polega jej praca, z kim się spotyka, jaką ma rodzinę, jak wygląda rano po przebudzeniu

i jak bez makijażu, gdy ulegnie poparzeniu słonecznemu:

A przede wszystkim, jak dba o siebie i nie zmienia się mimo upływu lat i po urodzeniu dziecka. Dziewczyna z 2006 roku niczym nie różni się od kobiety z 2014. Większość zdjęć krótko opisała drobnym, czytelnym pismem. Teksty dłuższe, podobne do tego komentarza poniżej, to rzadkość.

Co zatem wartościowego znalazłam w tym albumie?
Przede wszystkim kobietę bez kompleksów, szczęśliwą, pewną swej urody, która potrafi to wykorzystać w show-biznesie i, jak wyjaśniła mi moja córka – „zdjęcia są odważne, ale uświadom sobie, że nie ma tam pornografii albo przemocy, są tylko zdjęcia kobiety pewnie czującej się w swoim ciele”. Zatem osobę spełnioną jako kobieta, matka i żona.
Czy nie o to chodzi kobietom na całym świecie?
Oczywiście to pytanie retoryczne. Pozostaje nadal otwarte pytanie, czy należy to osiągać taką drogą, jaką obrała Kim? Ekshibicjonizmu, pornografii (to, co dla jednego nią nie jest, dla drugiego już jest) i w jakimś sensie prostytucji – wszak sprzedaje swoje ciało. Wprawdzie wirtualnie, bo nakręciła również śmiały film, ale jednak. A z drugiej strony – jest podwójnym produktem społeczeństwa, na który istnieje popyt – na nią, jako celebrytkę i na jej produkty. W tym przypadku na album z jej selfie. Ponoć bestseller za granicą, jak poinformowała mnie moja zaprzyjaźniona młodzież, a który trafił do mnie pośrednią drogą z mediolańskiej, firmowej księgarni wydawnictwa Rizzoli.
Autorka daje to, czego ludzie się od niej domagają.
I jakoś mnie to nie cieszy. Raczej przeraża mnie społeczeństwo kupujące takie „produkty”. Dramat? Paweł Goźliński przewrotnie zauważa – To w ogóle nie jest kwestia dramatu - przecież nie wymrzemy jako naród, jeśli nie będziemy czytać. Owszem, będziemy głupsi, będziemy mniej samodzielni w myśleniu, będziemy mniej konkurencyjni, będziemy mieli gorsze życie seksualne, gorsze życie rodzinne - ale to nie problem, prawda?
Nie problem?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z wywiadu Nie jesteśmy czytelniczym wygwizdowem. Ale marudzić musimy.

sobota, 12 grudnia 2015
Na oceanie nie ma ciszy – Dominik Szczepański



Na oceanie nie ma ciszy: biografia Aleksandra Doby, który przepłynął kajakiem Atlantyk – Dominik Szczepański
Wydawca Agora , 2015 , 336 stron
Literatura polska


Szalony człowiek!

Tak pomyślałam o bohaterze tej opowieści, kiedy usłyszałam o nim i zobaczyłam go po raz pierwszy w relacji dziennikarki TVP Doroty Wysockiej-Schnepf bezpośrednio z kajaka, do którego musiała dopłynąć z ekipą na środek Atlantyku. Bardzo dobrze znam potęgę wodnego żywiołu. Od urodzenia żyłam w cieniu sezonowych tragedii utonięć turystów i śmierci rybaków, którzy nie powrócili z morza. A ten starszy już, sześćdziesięciosiedmioletni człowiek wyrusza na przełomie lat 2010/2011 w zabójczą trasę przez ocean najpierw najkrótszym odcinkiem z Afryki do Brazylii, a potem, w 2014 roku, najdłuższym z Lizbony na Florydę.

6 710 mil morskich, 12 427 km, 167 dób! Płynie sam na kajaku napędzanym tylko siłą własnych mięśni! Przetrzymując sztormy z dziewięciometrowymi falami, burze, siekące deszcze, porywiste wiatry i prądy wodne cofające kajak i zmuszające do nadrabiania straconych mil, prażące słońce, przenikliwe zimno i sól boleśnie wżerającą się w skórę i oczy. Jak to możliwe, skoro po trzech godzinach mojego wiosłowania po Redze (na tej rzece bohater opowieści również płynął) nabawiłam się nie tylko zdartej skóry i pęcherzy na dłoniach, ale i odcisków na siedzeniu. Przez trzy dni siedzenie było dla mnie koszmarem.
A jednak możliwe.
Pod warunkiem, że nie będzie się porównywało bohatera opowieści do siebie, ale spojrzy się na jego postać, jak na kogoś wyjątkowego i występującego w jednym, niepowtarzalnym egzemplarzu pod nazwą – tygrys morski. Dlaczego tygrys, a nie przysłowiowy wilk morski, wyjaśnię później. Przede wszystkim to człowiek z pasją rozwijaną przez kilkadziesiąt lat. Tak bardzo go pochłaniająca, że do realizacji postawionych celów gotów był góry przenosić i nomen omen oceany przepłynąć. Mężczyzna o wyjątkowej kondycji fizycznej, dla którego pojęcie starości jest zjawiskiem mentalnym, wyznającym zasadę Benjamina Franklina – Nie starzeje się ten, kto nie ma na to czasu. Osoba o bardzo silnej konstrukcji psychicznej umiejąca wyjść z kryzysu psychicznego, bo i takie miał, oraz potrafiąca opanować emocje w sytuacjach skrajnych, grożących utratą życia. A zdarzały się takie nie tylko na wodzie, ale i na lądzie, z pistoletem przyłożonym do głowy. Jednak najważniejszą dla mnie cechą, jaką odkryłam w bohaterze opowieści, była pokora. To niezwykłe wyczucie granicy własnych możliwości i bezpieczeństwa, których nigdy nie przekraczał. Przy których zawsze potrafił powiedzieć – dość! To dlatego swoją wyprawę uzasadniał tak – Nie jestem szaleńcem, który szafuje życiem. Wyprawa została tak zaplanowana, by w bezpieczny sposób zrealizować cel. Dla niego ona się nie udała, jak wielu określało końcowy efekt, a przeciwko czemu protestował bohater opowieści, wyjaśniając – Mnie się nie udało. Zrealizowałem po prostu dobrze przygotowaną wyprawę. To właśnie ta cecha wzbudziła we mnie największy szacunek i zaufanie, że bohater opowieści bardzo dobrze wie, co robi, planując kolejną ekspedycję transatlantycką w 2016 roku. Tym razem z Nowego Jorku do Europy.
Tyle dowiedziałam się o bohaterze opowieści, próbując zbudować sobie profil realizatora marzeń.
Jednak to wszystko musiałam sobie pośrednio wysnuć z opowieści samego bohatera, z SMS-ów wymienianych z przyjaciółmi i rodziną, z cytowanych doniesień mediów, komentujących jego podróże, z wypowiedzi żony i dzieci. Bo to tak naprawdę to nie jest klasyczna biografia, jak sugerowałby podtytuł umieszczony na okładce książki:

To raczej trzymająca w napięciu opowieść o pasji budującej pośrednio obraz psychofizyczny człowieka, dla którego praca zawodowa, rodzina, życie osobiste, szum medialny, tytuł Podróżnika Roku 2015 „National Geographic” czy otrzymanie Krzyża Kawalerskiego Odrodzenia Polski to tło do dużo bardziej ciekawszego wydarzenia, jakim jest przygoda życia w kajaku płynącym po morzach Europy, oceanach świata i rzekach krajowych oraz zagranicznych. Z jej pełnymi napięcia momentami podczas sztormu, utraty łączności, popsutego wyposażenia, napaści przez uzbrojonych bandytów, spotkań z rekinami, ale z chwilami radości spojrzenia wielorybowi w oczy, obserwowania urzekającego żywiołu wody w epicentrum sztormu, budzenia śpiącego żółwia,

i wsłuchiwania się w oddech oceanu, na którym nie ma czegoś takiego, jak cisza morska, sztil czy inaczej mówiąc flauta. Ocean żyje, wibruje. Fale uderzają o burty kajaka, woda przelewa się przez wiosła, setki mil od wybrzeży słychać skrzeczenie ptaków, a dalej, tam gdzie nie dolatują, plusk ryb czy parsknięcia wielorybów, które wypuszczają zużyte powietrze, wystrzeliwując przy okazji wodę na kilka metrów. Wiatr świszczy, przelatując przez pałąki kajaka, a z oddali dobiegają grzmoty zapowiadające nadchodzącą burzę. A pomiędzy te niepowtarzalne opisy obserwowanych zjawisk natury z samego jej środka, a było ich bardzo dużo, wplatał pasjonujące historie o swoich poprzednikach podróżnikach-pasjonatach podobnych do niego, którym częściej się nie udawało niż udawało osiągnąć cel wyprawy, opowieści o innych wyprawach i tych krajowych, i tych w klifach Norwegii, na Bajkale czy Amazonce, retrospekcji z początków swoich zainteresowań z takimi, wiele mówiącymi o trudach pokonywania przeszkód w czasach PRL-u, zdjęciami,

i wreszcie procesem zarażania pasją najbliższych w rodzinie.
A wszystko to z uśmiechem na ustach!
Człowieka szczęśliwego, spełnionego, zadowolonego z życia, jakie prowadzi. To ten uśmiech jest znakiem firmującym jego filozofię stylu bycia i życia wraz ze zdaniem – gdy się uśmiechasz, zawsze idzie łatwiej. Widać go na większości zdjęć, których mnóstwo jest w tej książce, a z których najbardziej spodobało mi się to:

Nic dodać, nic ująć! Chyba tylko jedno zdanie będące ulubionym mottem bohatera opowieści – lepiej żyć jeden dzień jak tygrys niż sto lat jak owca. Oczywiście - jak wodny tygrys!
I jeszcze jedno.
W cieniu tej opowieści stoi skromna osoba autora, który tak przygotował jej dynamiczną konstrukcję i „literackie efekty specjalne”, by bohater opowieści był najważniejszy, a jego historię wypraw czytało się z ogromnym zaciekawieniem i rosnącym apetytem na jeszcze. Kto wie? Może nawet na wakacje z kajakiem?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na oceanie nie ma ciszy [Dominik Szczepański]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
czwartek, 12 listopada 2015
Osaczyłem Amerykę. Timothy Leary – John Higgs



Osaczyłem Amerykę. Timothy Leary – John Higgs
Przełożył Andrzej Appel
Wydawnictwo Officyna , 2015 , 352 strony
Twarze Kontrkultury
Literatura amerykańska


Fascynująca opowieść o jeszcze bardziej fascynującym człowieku!
Może dlatego, że hipnotycznie fascynuje, zaciekawia (to dobrze!) i inspiruje (to już mniej dobrze) odbiorcę, umieściłabym na okładce intensywnie czerwony napis – Czytasz na własną odpowiedzialność! Dlaczego? Bo po lekturze tej biografii ma się uporczywą ochotę na sięgnięcie po LSD. Na doświadczenie tego, o czym mowa w tej książce. Nie po jakikolwiek narkotyk, ale właśnie po LSD. Tak silnie zachęcająco działa teoria stworzona przez bohatera biografii, Timothy’ego Leary’ego.
Był naukowcem, doktorem psychologii (chociaż można też go nieformalnie nazwać muzykiem, mistykiem i filozofem), dla którego psylocybina stanowiła materiał badawczy. Na bazie wyników badań nad LSD stworzył teorię Siedmiu Poziomów Świadomości. Nie poprzestał tylko na teorii i eksperymentach na sobie. Chciał jej dobrodziejstwo w poszerzaniu świadomości upowszechnić. Uważał, że taki wyjątkowy stan powinien być dostępny nie tylko elitom, ale wszystkim ludziom, wynosząc ich na wyższy poziom kultury. Przy czym proces upowszechniania dostępności do LSD nie dotyczył innych narkotyków takich, jak: marihuana czy heroina, którym był przeciwny. Absurdalność sytuacji, w której propagator LSD, główny odpowiedzialny za narkotykowe tsunami , jakie przetoczyło się w późnych latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, występuje potem w kompanii antynarkotykowej, może zaskakiwać.
Ale jest w tym sens!
Dostrzeże się go pod warunkiem spojrzenia na bardzo kontrowersyjną postać Timothy’ego Leary’ego jak na naukowca i badacza całkowicie pochłoniętego ideą. Jego zasługi w dziedzinie psychologii są bezsprzeczne, niepodważalne i tworzą długą listę osiągnięć. W pozostałych dziedzinach nauki i kultury jego badania były podwaliną do rozwoju teorii, wynalazków i odkryć przez innych uczonych i artystów. „Kwasowe olśnienia” dla innych badaczy i twórców stanowiły katalizator spektakularnych sukcesów, z których korzystamy do dzisiaj. Noblista w dziedzinie chemii, doktor Kary Mullis mówił wprost – Czy wynalazłbym PCR, gdybym nie zażywał LSD? Szczerze wątpię. Intencje doktora Leary’ego były więc szczere. Wierzył w wartość takich eksperymentów i w znaczenie substancji psychoaktywnych dla poznania ludzkiego umysłu. Do stworzenia jego mapy. Był żywym przykładem łączenia swoich poglądów i efektów badań z praktyką. Żył zgodnie z tym, co głosił.
I to było piękne!
Dla żyjących z nim na co dzień (oprócz syna), przebywających w jego otoczeniu lub mających z nim jakąkolwiek styczność – był charyzmatyczny. Dla wielu - guru. Nawet wrogowie, ścigający go z ramienia prawa – lubili go. W książce podkreśla się jego rolę w uczynieniu lat 60. najintensywniejszymi w przemianach społecznych w całym XX wieku.
Jednak ówcześnie rządzący w Ameryce widzieli w nim tylko zwariowanego doktora i przestępcę. Nieprzychylni mu – wariata. Wszak oznajmił na sali sądowej, że jest człowiekiem z przyszłości. Nazwał zamordowanie policjanta „świętym aktem” i zapowiadał, że kometa uwolni go z więzienia. Prezydent Richard Nixon określił Timothy’ego Leary’ego najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce. Tak, to prawda. Osaczyłem Amerykę. – przyznał doktor. Stąd tytuł książki w formie cytatu. Głosił bardzo niepoprawne społecznie hasła – Myśl samodzielnie. Podważaj autorytety. ; Każdy powinien stworzyć swój dekalog. Mojżeszowe wypociny nie są dla was. - i najpopularniejsze – Włącz się, dostrój i odpadnij. Ówcześnie rządzący zdawali sobie sprawę, że ten szalony psycholog tak naprawdę jest zdolny w aksamitny i szybki sposób zburzyć dotychczasowy porządek i ład polityczny oraz religijny z ich dalszymi, destrukcyjnymi społecznie konsekwencjami.
Ta ambiwalentna ocena jego postaci i osiągnięć naukowych wynikała z tego, że Timothy Leary był wybitnym psychologiem, ale nie był socjologiem.
Jego idee sprawdzały się w przypadku jednostek, zawodziły w zetknięciu z dużymi grupami społecznymi. Używając metafory – dał zapałki dzieciom, a te były gotowe podpalić cały świat. Prezydent R. Nixon chciał tylko zapobiec pożarowi. Kiedy doktor T. Leary zorientował się w skutkach swoich działań, LSD robiło furorę i krzywdę tym, którzy chcieli na skróty doznać szybciej i więcej. Obraz sytuacji ujął w jednym, bardzo trafnym zdaniu – poszerzyliśmy świadomość, ale nie poszerzyliśmy inteligencji. Efekt – problem narkotykowy obecnie dotyczy całego świata. I to w najgorszym wydaniu, którego współczesne dopalacze są karykaturą psychodelików – jak ocenił to zjawisko Kamil Sipowicz w swoim bardzo ciekawym komentarzu dołączonym do książki.
To ważna pozycja na rynku wydawniczym o tematyce psychodelicznej, która w Polsce uzupełnia sporą listę luk (top najlepszej literatury faktu o psychodelikach umieścił na swoich stronach portal Booklips) , a której obecność jest niezbędna, by zrozumieć powieści takich klasyków, jak: Aldous Huxley, Hermann Hesse, Jack Kerouac, Neal Cassidy, William Burroughs i wielu, wielu innych będących pod wpływem teorii (i nie tylko!) Timothy’ego Leary’ego. Powiem więcej, jej obecność jest konieczna, by zrozumieć semantykę współczesnej kultury, która wykorzystuje hasła z przeszłości. Weźmy taką puszkę popularnego napoju wśród młodzieży.

Zrobiłam krótki test, pytając się o znaczenie dosłowne jego nazwy. Byli w stanie mi przetłumaczyć, bo uczą się pilnie angielskiego. To nie był dla nich problem. Na pytania – czy znają pochodzenie tej nazwy albo z czym im się kojarzy? – nie uzyskałam żadnej odpowiedzi poza zdziwieniem. Inteligentne istoty zaczęły dociekać, dlaczego pytam i sugerować mi, że kryje się za tym głębszy sens, skoro pytam. Nie pociągnęłam tego tematu dalej. Nie odważyłam się wręczyć tej „zapałki” młodzieży.
To książka dla nielicznych.
Tych już nie poszukujących, nie szukających, ale osiadłych na granitowej skale ugruntowanych przekonań. Wtedy czyta się tę biografię, jak świetną powieść sensacyjną pisaną przez nietuzinkowe życie, która rozpoczyna się trzymającą w napięciu sceną ucieczki Timothy’ego Leary’ego z więzienia, by po tym intro, zacząć opowieść o człowieku stale poszukującym, odkrywającym i zdolnym do wyciągania z beznadziejnych sytuacji (a takich miał mnóstwo!) korzyści i nowych możliwości, by zapętlić ją ponownie na pierwszej scenie i dalej rozwinąć barwne losy bohatera aż do śmierci. O badaczu, który nauczył się zmieniać barwy tożsamości jak kameleon zgodnie z głoszoną teorią ”tunelu rzeczywistości”. Który pozytywnie spalał się cały dla nauki i szczerze wierzył, że to dla dobra ludzkości. Który umarł z uśmiechem na ustach pomimo śmiertelnej choroby, przyjmując śmierć z otwartymi ramionami, jak kolejny eksperyment, będąc przekonanym, że umieranie to najbardziej fascynujące doświadczenie w życiu. Do umierania trzeba podchodzić tak, jak do życia – z ciekawością, gotowością do eksperymentów... (...) To świetna sprawa. Najbardziej elegancka rzecz, jaką można zrobić. Nawet jeśli ktoś żył jak łajza, może umrzeć z klasą.
I chociażby dla tej komfortowej, na luzie, z utęsknieniem i euforycznie przyjmowanej śmierci, ma się ochotę sięgnąć po to LSD. Dlatego podkreślę jeszcze raz, tam na tej okładce powinno widnieć ostrzeżenie - Czytasz na własną odpowiedzialność!

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2015 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki
sobota, 17 października 2015
Córka papieża – Dario Fo



Córka papieża – Dario Fo
Przełożyła Natalia Mętrak-Ruda
Wydawnictwo Znak Horyzont , 2015 , 312 stron
Literatura włoska


To nie jest powieść!
Chociaż, przykładając miarę literacką, za taką może uchodzić. Dla mnie to niezwyczajny spektakl, w którym autor wystąpił w roli konferansjera-narratora, obsadzając mnie w roli widza. Miałam wrażenie, że jest przełom wieków XV i XVI, a ja stoję w tłumie gapiów zebranych na miejskim rynku, na który właśnie zawitała objazdowa trupa teatralna z aktorami, komikami, żonglerami i połykaczami ognia. I oto kurtyna się rozsuwa, a na scenie pojawiają się aktorzy z podobiznami rodu Borgiów (i nie tylko) na twarzach, odgrywając pasjonujące losy jego członków z najważniejszą bohaterką przedstawienia – Lukrecją Borgią.

Aktorzy uwijają się szybko, bo mnóstwo ich na kartach tej książki, tworzących minigalerię przewijających się postaci autorstwa, między innymi, samego pisarza:

Ujrzałam historię nieznaną. Inną od tej, którą opowiadano dotychczas. Zarzucającą kłamstwo, nadinterpretację i przeinaczenia popełnione przez wszystkim dotychczasowych biografów literackich czy filmowych, usiłujących w nieetyczny zawodowo sposób zdobyć uwagę odbiorcy. Autor kreując wrażenie sztuki teatralnej, tak naprawdę tworzy salę sądową z bezprecedensową sprawą, w której pełni rolę obrońcy oskarżonej Lukrecji o cudzołóstwo, kazirodztwo, intrygi, morderstwo, zdradę i wiele, wiele innych przewinień wobec ludzi i Boga. Akt po akcie, co chwilę, podnosząc lub opuszczając kurtynę, scena po scenie, zmieniając scenografię, czas i miejsce akcji, ukazuje zupełnie inną osobę.
Tworzy całkowicie nową osobowość i tożsamość!
Kobietę wykorzystywaną przez mężczyzn w rodzinie do swoich własnych, egoistycznych celów. Zwłaszcza przez brata Cezara i ojca – papieża Aleksandra VI.

Żonę, której brat zamordował męża, a ojciec traktował jak towar w handlu matrymonialnym. Matkę, którą zmuszono do porzucenia i rozłąki z własnym dzieckiem. Siostrę mimo wszystko kochającą brata miłością bezwarunkową i bez podtekstów seksualnych, gotową pomóc mu w potrzebie pomimo wyrządzonych krzywd. Córkę do końca czuwającą przy łożu umierającego ojca. Partnerkę lojalną mężom i po ludzku troszczącą się o nich, próbując stworzyć trwały związek oparty na uczuciu. Panią dobrą dla poddanych , mówiących o niej „dobra księżna”. Filantropkę tworzącą, z myślą o najbiedniejszych, pierwszy w Ferrarze bank pobożny. Chrześcijankę i fundatorkę klasztoru wzorującą swój sposób bycia i postawę na zasadach ujętych w kazaniach i zapiskach uświęconego Bernardyna i św. Katarzyny. Człowieka uwikłanego w morderczą sieć intryg i uchodzących z niego z życiem. I wreszcie polityka inteligentnie prowadzącego kontrolę nad procesami i sądami oraz zadaniami w zastępstwie sprawujących władzę mężczyzn.
Czy to ta sama Lukrecja Borgia?
Autor postarał się, abym zadała sobie to pytanie. Przytacza fakty i dowody, powołując się na opinię współczesnych badaczy, wypowiedzi ówcześnie żyjących i dziennik prowadzony przez samą Lukrecję. Stwarza w ten sposób poważny zarzut pod adresem wszystkich twórców literackich i filmowych biografii bohaterki, którzy przyczynili się do kłamstwa kulturowego rozdmuchanego przez narratorów erotyczno-pornograficzno-obscenicznych historii.
Czy je obalił?
Na niekorzyść przemawia fakt, że autor nie jest historykiem, lecz wściekłym amatorem podległym emocjom, który z pietyzmem burzy pielęgnowany, kontrowersyjny wizerunek metresy brata i ojca-papieża. Odbiorca żądny sensacji tego nie lubi. Na korzyść zaś przemawiają autentyczne źródła dokumentalne, często cytowane oraz krytyczna analiza błędnej interpretacji historycznej, w której dowodzi nielogiczności rozumowania badaczy. Przyznaję – bardzo uzasadnionych i przekonujących.
Jednego jestem pewna!
Autorowi udało się stworzyć obraz myślącej, pobożnej i wrażliwej kobiety, próbującej odnaleźć się w patriarchalnym świecie i hierarchicznym systemie Kościoła katolickiego, w którym skandaliczne historie z życia księży, łącznie z samym papieżem i jego najbliższymi krewnymi, uznawano za całkowicie normalne, a ona sama, z racji płci, z góry była skazana na rolę ofiary składanej przez najbliższych na ołtarzu rodzinnych interesów finansowych i politycznych.
I w tym kontekście obraz Lukrecji, stworzony przez autora, wzbudził we mnie ogromny podziw.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Córka papieża [Dario Fo]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Detektyw Rutkowski: prawdziwa historia – Krzysztof Pyzia



Detektyw Rutkowski: prawdziwa historia – Krzysztof Pyzia
Wydawnictwo Helion , 2013 , 272 strony
Literatura polska


Nie interesowałam się najbardziej rozpoznawalnym detektywem w Polce, ale on zainteresował się mną!
Oczywiście w przenośni! Nie śledziłam jego kariery zawodowej. Nie interesowało mnie jego życie osobiste. Jednak wyjątkowy charakter jego działalności oraz medialne doniesienia o kolejnych kontrowersjach związanych z detektywem (sprawa z Madzią z Sosnowca, kochanka - była zakonnica, brutalne aresztowanie), systematycznie wchodziły do mojego życia, czy tego chciałam, czy nie. Pierwszy raz usłyszałam o nim, oglądając reportaż dziennikarzy Telewizji Polskiej i Super Expressu o odbiciu dziewięcioletniej Polki z rąk norweskiej rodziny. Dziwiłam się nietypowym metodom pracy, ale byłam pod wrażeniem ich skuteczności. Jawił mi się niczym Rambo, Brudny Harry i James Bond w polskiej wersji, który idąc po bandzie prawa, stał się ostatnią deską ratunku i człowiekiem od spraw niemożliwych dla zdesperowanych Polaków i nie tylko. Wynajmowali go nawet gangsterzy. Pojawiła się też gra komputerowa inspirowana jego osobą. Stał się legendą polskiej kryminalistyki – jak przeczytałam na okładce książki. A mimo to, nie był bezpośrednim powodem skorzystania z zaproszenia na wieczór autorski promujący jego biografię.

To autor książki był dla mnie magnesem. Mój krajan pochodzący z tej samej miejscowości, jak ja.

Młody człowiek, który jeszcze studiując, mógł się już pochwalić sporym dorobkiem zawodowym w mediach – publicysta, felietonista i producent programu Dzień Dobry Bardzo w Radiu ZET. Po takiej rekomendacji umieszczonej w zaproszeniu musiałam pójść. Chociażby po to, żeby ocenić jego kolejne wcielenie w roli pisarza. A że o Krzysztofie Rutkowskim? No cóż! Już przywykłam, że kolejny raz pojawia się w moim życiu, tym razem w formie książki, którą kupiłam sobie po spotkaniu.

A samo spotkanie było bardzo ciekawe, bo autor żywym, plastycznym językiem, z darem snucia opowieści, podzielił się swoimi wrażeniami przeżytymi podczas odtwarzania biografii. Z humorem opowiadał o procesie powstawania książki – pomyśle, zbieraniu materiałów (czasami nocnym), rozmowach z detektywem między jedną a drugą akcją, a czasami w drodze do. Nie było komfortowo i łatwo właśnie ze względu na dynamikę pracy bohatera wywiadu i nieprzewidywalność terminów spotkań. Z wieczoru autorskiego wyszłam bogatsza o jeszcze jedno, kolejne potwierdzenie teorii, że nie ważne skąd się jest. Ważne jest, co chce się robić w życiu i konsekwentne dążenie do tego.

A o książce zapomniałam!
Na całe półtora roku, bo spotkanie było w styczniu 2014 roku. I pewnie przeleżałaby nie wiem ile następnych lat, gdyby detektyw znowu nie zapukał do mnie w ekran telewizora. Właśnie nadawali reportaż o nim oczywiście z nową dziewczyna u boku.
I wtedy przypomniałam sobie o książce!
To, co zaskoczyło mnie od pierwszej strony, to energia, jaką emanował i pulsował wywiad, którego temperaturę podnosiły krótkie wtrącenia opisów akcji jako nawiązanie do tematu. Obaj Krzysztofowie to gaduły, do tego w ciągłym ruchu, więc rozmowy były pełnie emocji, niespodziewanych wątków, na dodatek przerywane rozmowami telefonicznymi, które autor przytaczał kursywą. Naszpikowane osobistymi wyrażeniami, których wyjaśnienie znaczenia i kontekstu dla zrozumienia przekazu, wymagało osobnego słownika polsko-rutkowskiego. Umieszczonego zresztą na końcu książki. Zaglądałam tam za każdym razem, kiedy napotykałam w tekście taki odnośnik:

Bo na przykład bałagan nie oznaczał nieporządku, ale dziewczynę, która lekko się prowadziła albo wszystko to, co przyjemne, miłe i sympatyczne, ale na bardzo krótką metę. Połowa książki to wywiad podzielony na tematyczne rozdziały (dzieciństwo, relaks, więzienie, kobiety, promocja w mediach, dzień codzienny, wiara i wartości, przeszłość polityczna), ale jednocześnie chronologicznie pokazujący życiorys zawodowy i osobisty detektywa. A same pytania wygodne i niewygodne. Od tych ogólnych po bardzo osobiste, a nawet intymne. Ich źródłem byli między innymi znajomi autora, którzy pytali wprost o licencję, której nie ma, o samochody, o kobiety, o pozwolenie na broń, o przynależność do ZOMO, o pobyt w więzieniu, o lans – garnitur, podkute buty, „rutbany” (ciemne okulary) i biała koszula.

Autor zapytał o wszystko i na wszystkie pytania uzyskał odpowiedzi, ilustrując je licznymi zdjęciami. Szczere, bez usprawiedliwień i wybielania się. Było więc ciekawie, a momentami bardzo intymnie. Zwłaszcza w rozdziale poświęconym kobietom jego życia. Ale nie to interesowało mnie najbardziej. Moją uwagę skupiały przede wszystkim opowieści o pracy, które brzmiały, jak dobra sensacja. Opowiadał o niej z ogromną pasją człowieka, dla którego to sens jego istnienia i forma spełniania się. Żyjącego nie na dni czy godziny, ale minuty. Opisywał kulisy swojej pracy i zespołu Rutkowski Patrol , uchylając przede mną cienką warstwę bezpieczeństwa, za którą kryła się ta brzydsza wersja polskiej rzeczywistości – prostytucja, porwania, okupy, morderstwa, narkotyki, nielegalny handel, zdrady, gangsterka. Kilka najgłośniejszych (znanych z mediów) i najbardziej spektakularnych akcji szczegółowo opisał piórem autora. Zajęły one drugą połowę książki.
A na jej końcu znalazłam prezent!
To ostatni rozdział, w którym profesjonalista i praktyk niejedno widzący w życiu, podzielił się ze mną radami, jak żyć bezpieczniej, by nie zostać jego klientem. Podpowiedział, gdzie nie chować pieniędzy w domu, jak uchronić mieszkanie przed włamaniem, jak bezpiecznie korzystać z Internetu i wypłacać pieniądze z bankomatu oraz jak ochronić samochód przed kradzieżą.
Po tej książce, wszędzie tam, gdzie tylko jest taka możliwość, wpisuję kody i hasła, korzystając tylko z graficznej klawiatury ekranowej.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi