Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
czwartek, 12 lipca 2018
Targi z Bogiem – Waldemar „Zajonc” Panek

Targi z Bogiem – Waldemar „Zajonc” Panek
Wydawnictwo Dlaczemu , 2018 , 386 stron
Literatura polska
 

   Targować się z Bogiem?!

   Dla mnie nie do pomyślenia, a co dopiero do uczynienia. Takiego wyrażenia nie ma w moim słowniku. Byłam jednak ciekawa, dlaczego inni to robią? Skąd czerpią odwagę do stawiania Bogu warunków? Kim są?

   I tak trafiłam do... więzienia!

   Pod celę 206 z klapą i lipkiem, używając więziennego slangu. Przybliżył mi go Walduć Anek, główny bohater i narrator opowieści, abym mogła zobaczyć świat za kratami z jego punktu widzenia.

   Więźnia niewinnego.

   Został oskarżony o czyn, którego nie popełnił. O udział w wydarzeniu, w którym nie uczestniczył. Za tę niewinność przesiedział w areszcie rok. Jeszcze do niedawna wątpiłabym w te słowa, wyjaśnienia i zapewnienia. Przecież wymiar sprawiedliwości nie skazuje niewinnych. Jednak po głośnej w mediach sprawie Tomasza Komedy, który przesiedział za niewinność w więzieniu 18 lat (sic!), zaczęłam wątpić w nieomylność sądów. Mieć świadomość, że w więzieniach przebywa konkretny procent niesłusznie skazanych ludzi, którzy są ofiarami prokuratury, policji lub sądu albo wszystkich naraz. Dokładnie to spotkało autora, który swoje doświadczenia i wspomnienia zbeletryzował, zmieniając tylko imiona bohaterów. Jednak najboleśniejszy jest fakt i jego wniosek, że w tym kraju na tych stanowiskach nie odpowiada się za takie błędy. Można ewentualnie wystąpić o odszkodowanie, co autor zresztą uczynił. Za błędy innych zapłaciliśmy my.

   I nadal płacimy!

   W literaturze zagranicznej spotkałam się z tym zjawiskiem we wspomnieniach Michaiła Chodorkowskiego Portrety z łagru. Wspomnienia autora ujęte w formie powieści to jaskółka nowej tematyki w polskiej, współczesnej literaturze więziennej. Nie zdziwię się, jeśli następne będą Tomasza Komedy. Do tej pory czytałam relacje tych, którzy wiedzieli, za co ich skazano. Mogli jedynie użalać się na niesprawiedliwe traktowanie, o czym pisał Henryk Niewiadomski w Świecie według Dziada. Ewentualnie o przestępczości zorganizowanej w opracowaniu Ewy Ornackiej i Piotra Pytlakowskiego Nowy alfabet mafii. Albo w autobiografii  przestępcy szukającego wsparcia u czytelnika tak, jak Michał Leśniak w Będzie dobrze. Wina bohaterów tych książek była niepodważalna i której sami nie kwestionowali, przy okazji opisując środowisko przestępcze i więzienne od środka. Świat z własnym językiem, normami, hierarchią i wartościami odmiennie interpretowanymi. Rządzący się własnymi prawami. Równoległy do otaczającej go rzeczywistości.

   Walduć Anek pokazał go oczami człowieka niewinnego.

   Do tej pory mąż, ojciec i gospodarz rolny staje się w ciągu jednego dnia więźniem w stanie szoku i zagubienia. Umieszczony w celi dla „frajerów” próbuje odnaleźć się w zupełnie nowej dla niego sytuacji, miejscu i ludzkiej mentalności. Nie skupił się jednak tylko na sobie i własnych przeżyciach (uzależnienie od leków, stany depresyjne, myśli samobójcze), ale kreślił sylwetki i losy mężczyzn przewijających się przez jego celę. Osób pogubionych w życiu i w efekcie trafiających za kraty. Tych, co nie mieli już nic do stracenia jak Kolo, który zabił z użyciem palnika w trakcie kłótni, bo go poniosło. Kakietuś, który zamordował dwie meliniarki, bo zabrakło im towaru, a on był w ciągu. Holownik, który wyczyścił granatem komin swojej babci, bo nie pomyslał o skutkach. Beczka, który porąbał siekierą nagabujących go na picie alkoholu, na co nie miał ochoty. A obok nich ci, którzy mieli dużo do odzyskania w życiu, jak Fieja, który napadł na sklep na głodzie uzależnienia, Zga głuchoniemy i nie do końca zdrowy psychicznie, bezdomny Alec, Eszek wplątany w przemyt narkotyków i kolejny niewinny, Gienio.

   Każda z tych postaci niosła za sobą inną, tragiczną historię.

   Jednak na swój sposób jednakową. Zamykającą się w schemacie drogi prowadzącej za kraty, na której czynnik przypadkowości był najsilniejszy, a o którym Walduć Anek powiedział – rozmyślałem  o zasranym życiu, nie tylko swoim, lecz ogólnie, całym. O przypadkowości cyklicznych epizodów, kształtujących nasz byt. Choć wydaje nam się, że wszelkie podejmowane przez nas decyzje są naszym świadomym wyborem, często jest to jedynie skutek przypadkowych zdarzeń, które w efekcie mają kolosalny wpływ na nasze życie.

   Efekt motyla!

   Ale też obraz zła i dobra ścierających się bez woli i udziału człowieka, chociaż jest podmiotem ich walki. Najbardziej porażający jest wniosek, że każdy może znaleźć się na miejscu Walducia Anka, bo wymiar sprawiedliwości to też ludzie ze swoimi ułomnościami - tchórzostwem, ignorancją i żądzą władzy, które czynią serca podłymi w interpretacji prawa. Można po tej autobiograficznej historii popaść w pesymizm, bo zaprzecza optymistycznej postawie bycia kowalem własnego losu. Jest jednak potrzebna właśnie taka, by uświadamiać społeczeństwo, że w życiu wszystko może się zdarzyć.

   Nawet uwięzienie za niewinność.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Targi z Bogiem [Waldemar „Zajonc” Panek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
poniedziałek, 07 maja 2018
Uchwycić życie – Hanna Świda-Ziemba

Uchwycić życie: wspomnienia, dzienniki i listy 1930-1989 – Hanna Świda-Ziemba
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 348 stron + 36 zdjęć
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  polska

   Niezwykłe i nadal potrzebne spojrzenie na świat!

   Świadomie nie użyłam słowa „życie” lub „osobowość”, ale właśnie ten pryzmat postrzegania rzeczywistości osadzony w dopiero drugiej kolejności -  życiu, będącym wyrazem wartości. Okruchach chwil i myśli rozproszonych w listach do najbliższych, tekstach publicystycznych, wywiadach, nagraniach biograficznych i dziennikach, będących emocjonalnym i żywym zbliżeniem rozwoju osobowości i postaw życiowych bohaterki biografii, które zmieniały się w miarę dorastania tak, jak charakter pisma. I tak, jak pismo nie zmieniało się w jego zasadniczej, charakterystycznej części, tak nie zmieniały się wartości determinujące jej wybory, decyzje i zachowania.

   Wierna im do końca.

   Przedstawicielka polskiej, zróżnicowanej inteligencji  w postawach wobec komunizmu po wojnie, która jako dziecko przeżyła okupację bolszewicką i niemiecką w Wilnie. Była świadkiem formowania się PRL i kolejnych w nim zmian, a potem  budowy nowej Polski po 1989 roku, chociaż jej biografia obejmuje lata 1930-1989. Spośród wielu zdjęć rodzinnych dołączonych do tekstów wybrałam najbardziej mi bliskie – w roli nauczycielki statystyki. Ujęcie, które przypomina mi moje koleżanki i moich kolegów, kiedy wchodzę do klasy tuż po zakończonej lekcji i widzę ich pochylonych nad papierami. Różnicę widać tylko w braku komputerowego monitora na stole.

Bardzo trudne zadanie miał autor opracowania Dominik Czapigo – uchwycić i scalić to życie w jego rozmigotaniu. Udało mu się jednak je zatrzymać i oddać kotłujące się w nim emocje i burzę myśli. Wyłowić z morza rozproszonych informacji w różnorodnej formie i stworzyć jednolitą, chronologicznie podaną biografię człowieka pracowitego. Również nad sobą. Jej życie było dla mnie odpowiedzią na pytanie o sposoby przetrwania w czasach dwóch totalitaryzmów – faszystowskim i komunistycznym – z podniesioną głową. Bycia niezmiennie przyzwoitym w skrajnych warunkach sprzyjających ujawnianiu się w człowieku „bestii”.

   W czasach okupacji niemieckiej wprawdzie była dzieckiem, ale za to jakim!

   Dziewczynką myślącą, ciekawą i pragnącą działać. W opinii koleżanki – obustronna – to jest z jednej strony żywa i chuliganowata, a z drugiej - ma sens w głowie. Już wtedy miała sprecyzowane poglądy na dziejące się zmiany i wydarzenia historyczne. Nienawidziła bolszewików i koniecznie chciała bronić, a nawet zginąć dla Polski. W desperacji chęci czynu zostawiła mamie list pożegnalny, w którym napisała  – Każdy musi służyć Ojczyźnie, jak umie. Chcę zostać dzieckiem pułku. Uciekam na wojnę. Jej dzienniki pisane na gorąco dostarczały mi przede wszystkim emocji, których raczej już nie spotykałam w zdystansowanych wspomnieniach z nagrań po latach. Oczywiście z wyprawy na wojnę nic nie wyszło, ale taka postawa dziesięciolatki mówiła wiele o jej sposobie myślenia, kształtującej się osobowości i przyjętym systemie wartości, którego, była tego pewna, nie zmieni, pisząc  – Jak kiedyś będę dorosła, to pomyślę, że jak miałam lat 10, to to było samo.

   Słowa dotrzymała!

   Jakim cudem? Przecież w dorosłości „zapomina się” o ideałach i marzeniach. Zwłaszcza że w jej przypadku skutecznie pomagał w tym komunizm sprzyjający konformizmowi i wyzwalaniu cech przynajmniej przystosowawczych. Przyglądałam się tym zmianom, ambitnym spełnianiu się wbrew warunkom, jej wewnętrznej walce, postawom i ponoszonym kosztom, z ogromnym zaciekawieniem. Jej dojrzewaniu, w którym była wierna wartościom wyniesionym z dzieciństwa. Przede wszystkim jednak nasilającej się ciekawości świata, ludzi i mechanizmów nimi rządzących. W dzieciństwie chciała być artystką lub adwokatką, by bronić innych. Została socjologiem, bo tylko ta nauka dawała jej możliwość widzenia rzeczywistości inaczej niż się powszechnie uważało, a jedno zjawisko ujrzeć skrajnie odmiennie w zależności od patrzącego. A mimo to, u schyłku życia, miała poczucie niewykorzystanego wewnętrznego potencjału. Zaprzepaszczenia możliwości. Byciem człowiekiem „urwanego lotu”, którym określała swoje pokolenie, a któremu system odebrał prawo do rozwoju według własnych planów, wysysając energię do działania. Powoli zmieniał w konformistów, popadających w stan ”żadności” i beznadziei. Tę gorycz widać było w krytycznym opisie społeczeństwa po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku, dzielącym je na wyalienowanych polityków i resztę. Zapewniała, że w równoległym życiu byłaby publicystką i działaczką społeczną, mówiąc w wywiadzie – Myślałam o stworzeniu domu dziecka dla sierot, myślałam o pracy dla niewidomych, o naprawie szkolnictwa. Tymczasem Peerel prawie zupełnie mi tę aktywność społeczną uniemożliwił. Bo miałam na nią wiele pomysłów, ale do tego trzeba było wolności. Nie chciałam funkcjonować pod dyktando systemu. Ale nigdy nie miałam skłonności, żeby usiąść i ubolewać. Życie musiało mieć dla niej wartość bez względu na warunki egzystencji. Może dlatego nie do końca była zadowolona z własnych osiągnięć, mimo że osiągnęła bardzo dużo. Jej dorobek naukowy i intelektualny z własną filozofią życiową opartą na tym pierwszym, najzwięźlej ujęła w listopadowym  wpisie z 1996 roku, któremu autor opracowania trafnie nadał rolę pięknego postscriptum. W swoich poglądach, odchodząc od wrogości do relatywizmu i tolerancji, stała się dla mnie ważnym komentatorem świata, historii i postaw Polaków. Pięknie potrafiła tłumaczyć zawiłości zjawisk społecznych, w których tak wielu się pogubiło, sądząc po przerażających mnie doniesieniach medialnych z ulic polskich miast. Jej dorobek intelektualny jest ponadczasowy. Jej myśli i analizy zawarte w artykułach i wywiadach, pierwotnie opublikowane w Tygodniku PowszechnymGazecie Wyborczej w latach 1998 i 2010, a dołączone do biografii, nadal są aktualne – antysemityzm Polaków, celowość Powstania Warszawskiego, krzyż jako symbol zawłaszczania, patriotyzm, lustracja czy katastrofalny brak wiedzy historycznej Polaków. Jej trafna myśl sprzed siedemnastu lat, idealnie oddaje przyczyny tego, co dzieje się obecnie w Polsce – ...człowiek odpowiedzialny musi znać i rozumieć historię swojego narodu. Po pierwsze bowiem, w historii ujawniają się uniwersalne mechanizmy społeczne, które dają podstawę rozumienia aktualności, a niekiedy mogą stanowić groźne ostrzeżenie. Po drugie zaś, istnieje zjawisko społecznego dziedziczenia postaw. Historia jest procesem ciągłym, aktualność zawiera w sobie przeszłość. Trzeba zatem wiedzieć, co z historii narodu pragnie się kontynuować, a co zdecydowanie potępić i zwalczać.

   Ja nazywam to wrażliwością historyczną.

   Ile jej mamy, wyraźnie widać na ulicach z jawnie maszerującymi neofaszystami. Mamy z tym poważny problem. Rola takich ludzi, komentatorów rzeczywistości, jest nieoceniona, a dzisiaj na wagę złota. Zwłaszcza wśród nieczytającego społeczeństwa (64% Polaków nie czyta!), czerpiącego wiedzę z egalitarnych lub zmanipulowanych w przekazie mediów, w których na rolę komentatora wybiera się polityków i celebrytów, bo są bardziej „medialni”. Dlatego tak ważne są tego typu publikacje, oddające głos kompetentnym komentatorom, którzy wiedzą, co mówią i mają świadomość odpowiedzialności za słowa. Tylko przez słowo da się coś zrobić. Są takie rzeczy, że wszystko tonie w hałasie medialnym, a jeżeli chce się przez ten hałas przebić, to trzeba robić to, co jest najbardziej wartościowe, ważne i pożyteczne. Nigdy nie wiadomo, kiedy ziarno da o sobie znać. Co robić? Podejmować nieustannie dyskusję o przeszłości, a do niej potrzebny nam jest rzetelny i wielowymiarowy opis tamtych czasów. – podpowiada bohaterka biografii. Jest jedną z wielu, która dokładnie nam to daje w swoim dorobku naukowym.

   Korzystajmy z tego, by się nie pogubić w tym medialnym hałasie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989 [Hanna Świda-Ziemba]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
niedziela, 08 kwietnia 2018
To oślepiające, nieobecne światło – Tahar Ben Jelloun

To oślepiające, nieobecne światło – Tahar Ben Jelloun
Przełożyła Małgorzata Szczurek
Wydawnictwo Karakter , 2008 ,  268 stron
Literatura marokańska

   Hybryda grozy i piękna!

   Zniewolenia i wolności. Cierpienia i wyzwolenia. Śmierci i życia. Realizmu i mistycyzmu. Mogłabym tak wymieniać zupełnie niepasujące do siebie pojęcia, zestawiać ze sobą w nieskończoność antonimy, tworzyć nawet oksymorony, a byłyby one w pełni prawdziwe i współistniejące, a nawet przenikające się wzajemnie w tej powieści.

   Jej siła przekazu tkwi dokładnie w skrajnościach oddających w pełni istotę człowieczeństwa.

   Z jednej strony to opowieść oparta na przytłaczających emocjonalnie faktach. Jej narratorem był Salim. Młody kadet skazany na śmierć za udział w próbie wojskowego zamachu stanu na króla Maroka Hassana II w 1971 roku. Wraz z innymi trafił do więzienia Tazmamart. Jego przełożonych, którzy wydali rozkaz ataku na pałac, rozstrzelano. Mieli szczęście, bo ich podwładnych, których nie wtajemniczyli w charakter działań, skazano na powolną śmierć w cierpieniu. Kadetów wtrącono do podziemnych, betonowych cel długich na trzy metry, szerokich na półtora metra, o wysokości wahającej się od metr pięćdziesiąt do metr sześćdziesiąt. Bez okien, światła, łóżek czy choćby wiązki siana, za to z dziesięciocentymetrową dziurą do defekacji i taką ilością tlenu, by wystarczyła do trwania w bólu. Zadaniem strażników było utrzymanie skazanych w stanie przedśmiertnym. Skazańcy mieli umierać boleśnie i tak długo, by maksymalnie rozłożyć cierpienie w czasie, pozwolić mu rozchodzić się powoli, tak by nie zapomniało o żadnym organie, żadnym skrawku skóry, by wędrowało od palców u nóg aż po włosy, krążyło między zagłębieniami, zmarszczkami, wbijało się w ciało jak igła w poszukiwaniu żyły, w którą wpuści jad.

   Ostatecznie przez 18 lat!

   Dokładnie przez sześć tysięcy sześćset sześćdziesiąt trzy dni skrajnego głodu, bólu, chorób, ciszy, braku ruchu i światła. Z 23 uwięzionych to piekło przeżyło tylko 4. W tym Salim. Bardzo trudno było mi słuchać jego opowieści. Podczas drastycznych scen odkładałam książkę, by uspokoić emocje, by znaleźć równowagę, by wyjść z tych ciemnych, zarobaczonych, brudnych, śmierdzących nor i zobaczyć światło.

   Z drugiej strony chętnie wracałam tam...

   Mimo wszystko było tam również skrajnie pięknie. Nie tylko dlatego, że autor nadał wspomnieniom przepiękny styl narracji bogaty w metafory, porównania, przeniesienia, wynosząc formę przekazu do artyzmu, ale również dlatego, że ukazał w ten sposób cudowny duchowy świat Salima. Pryzmat patrzenia człowieka zniewolonego na swoje położenie i ból, który był ponad to. Szukającego mozolnie drogi, sposobu, metody, nie tyle przeżycia, ale trwania w piekle. Cierpliwie przewartościowującego swój wewnętrzny system moralny i dotychczasowy światopogląd (muzułmaninem był tylko z urodzenia), w którym poczuł opiekuńczego Boga. Autor pozwolił mi wchodzić w świat mistycznych przeżyć i emocji, wprowadzając w mrok światło, kolor, ciepło, dźwięk i dotyk obrazów powstających w jego umyśle. Nie mogę napisać, że w wyobraźni, bo wiele z nich było z pogranicza zjawisk nadprzyrodzonych. Na wolności dostępnych tylko umartwiającym się mistykom, mnichom, eremitom czy pustelnikom. Poznać proces rozwoju duchowego i przyczyny jego kierunku - mistycyzm człowieka upodlonego, obcującego z aniołami i śmiercią. Otrzymałam namiastkę doznań bez straszliwych kosztów, jakie ponosił Salim, a i tak mu zazdrościłam.

   Przede wszystkim dobrze zdanego egzaminu z człowieczeństwa.

   Początkowo nie mogłam sobie poradzić z tą hybrydową formą przekazu, bo jak można ubierać ohydztwo faktów w zmysłowo przepiękną szatę słów? Jak można przeżywać uniesienie w obecności człowieka umierającego z powodu zatwardzenia? Jak można zachwycać się zjawiskiem śmierci niosącej powiew orzeźwiającego wiatru, będącego zapowiedzią końca życia kolejnego więźnia? Jak można doznawać absolutnej czystości wśród kału, krwi, moczu i wydzielin ropnych? Gdzie tu jest miejsce na czystość, zachwyt czy piękno!? Jednak w miarę czytania zaczynałam rozumieć sens tego groteskowego i pozornie absurdalnego zestawienia. Po pierwsze miało mi to ułatwić przełknięcie goryczy faktów. Ogromu nieszczęścia ludzi tracących zmysły, popełniających samobójstwa, umierających w nieskończoność z wycieńczenia fizycznego i wyczerpania psychicznego oraz chorób. Znam ludzi, którzy świadomie unikają tego typu literatury, by chronić siebie. Rozumiem to, bo każdy ma inny próg empatii i tolerancji na ilość pochłanianego zła. Po drugie miało mi przede wszystkim ukazać psychiczną walkę człowieka z własnym umysłem, w którym Salim, a tak naprawdę Aziz BineBine, musiał odnaleźć wewnętrzne, życiodajne światło. Ukazać siłę umysłu chroniącą duszę i wolę. Pokazać jej pozytywny i negatywny wpływ na psychikę człowieka w skrajnych warunkach, która może go równie zniewolić, co uczynić wolnym. Losy Aziza są wyjątkowe, ponieważ wcielił w życie zasady i wartości, które dla wielu były powodem utraty wiary w podobnych okolicznościach. Aziz poddał się całkowicie woli Boga, podkreślając – Bóg mnie nie opuścił. Nie bałem się śmierci; a co do bólu starałem się go traktować jak drobnostkę, coś, z czym można się uporać. Niezachwiana i potężna była moja wiara. Odosobniona, to znaczy czysta. Dawała mi siłę i wolę, o które nie prosiłem. Niczego nie wypraszał, o nic się nie modlił, nie handlował, nie stawiał warunków, nie błagał, jednocześnie przyjmując wszystko, co go spotykało. Był mu całkowicie poddany, bo dokładnie to oznacza słowo muzułmanin.

   Był współczesnym Hiobem.

   Śmiem twierdzić, że jeszcze w skrajniejszym położeniu niż ten biblijny. Powieść stawia do pionu, przywraca środek ciężkości, a przede wszystkim nadaje sens cierpieniu, o które człowiek pyta najczęściej, nie mogąc poradzić sobie z nim, gdy pojawia się w życiu z różnych powodów. Powieść można wpisać w nurt literatury więzienno-obozowej, a z powodu postawy narratora obok wspomnień Viktora E. Frankla Człowiek w poszukiwaniu sensu. Dla mnie to przede wszystkim lekcja o nienawiści, którą mogę nauczyć się pokonywać, nie poddając się tak skrajnej próbie, jak Aziz. Wystarczy posłuchać jego rady. Człowieka, który miał milion powodów do nienawiści o wszystko, co go spotkało, do wielu. Zwłaszcza do ojca, który po wtrąceniu do więzienia publicznie wyrzekł się jego, przedkładając dobre relacje z królem nad więzi rodzinne. Aziz po uwolnieniu podszedł do niego i pocałował go w rękę. Dlatego rada, którą daje, jest radą solidnie przepracowaną duchowo, a brzmi tak: Większość umarła nie z głodu, lecz z nienawiści. Nienawiść pomniejsza. Drąży od środka i atakuje system immunologiczny. Jeśli nosisz w sobie nienawiść w końcu cię ona zniszczy. Trzeba było aż takiej próby, żebym zrozumiał tę prostą rzecz.

   Namawiam do zmierzenia się z tą powieścią, zwłaszcza że jej wydawca wznawia tytuł w kwietniu, minimalnie zmieniając jej grafikę okładkową.

Jej zapowiedź przypomniała mi, że ta pozycja stoi u mnie na półce i od dziesięciu lat czeka na swoją kolej. Wtedy zniechęciły mnie do niej opisy czytelników skupiające się tylko na realizmie samego cierpienia, pomijające jej inne walory. Dla mnie najważniejsze, dla których ból egzystencji jest tłem. Ważną pożywką, ale tłem.

   Żałuję, że sięgnęłam po nią dopiero teraz.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


  Dla mnie Wielki Człowiek.

sobota, 17 marca 2018
Spaceman – Mike Massimino

Spaceman: jak zostać astronautą i uratować oko na Wszechświat  – Mike Massimino
Przełożył Krzysztof Bednarek
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  336 stron
Literatura amerykańska


      Można historię o Mike’u Massiminie zacząć z przytupem. 

   Oto amerykański astronauta, który dwukrotnie poleciał w kosmos. Raz w 2002 roku wahadłowcem Columbia. Drugi raz w 2009 roku promem Atlantis. Obie misje do Kosmicznego Teleskopu Hubble’a, którego rolę w podtytule ujęto jako „oko na Wszechświat”. Zespołowy rekordzista spacerów w kosmosie i pionier tweetów z kosmosu. To robi wrażenie! Od opisu pierwszego startu w przestrzeń kosmiczną rozpoczął również swoją opowieść. Pełną napięcia, wielkich niewiadomych, emocji i ciekawości tych wyjątkowych chwil dostępnych nielicznym.

   Wybranym!

   To w tym słowie mieścił się drugi wymiar tej opowieści. Kim trzeba być, skąd pochodzić, jakie drogi wybrać, by nim zostać? Ten aspekt ciekawił mnie najbardziej. Pilnie śledziłam jego losy, ścieżki naukowe i zawodowe, kierunki rozwoju osobistego, uwidaczniające się cechy charakteru, które summa summarum doprowadziły go do roli astronauty. Doszłam do wniosku, że nie ma jednej, sprawdzonej recepty, co potwierdził autor, pisząc – Z zostaniem astronautą jest tak, że nikt nie jest ci w stanie powiedzieć, jak to zrobić. Nie potrafią tego powiedzieć nawet w NASA, bo szanse, że rzeczywiście zostaniesz astronautą, są tak niewielkie. Wszyscy cię zachęcają, ale nikt nie ma żadnej niezawodnej rady. Astronautą może zostać każdy i jednocześnie nie wszyscy. Autor jest tego absurdu świetnym przykładem. Swoje dzieciństwo i dorastanie opisał jako totalne zaprzeczenie kandydata na loty w kosmos. Równie dobrze mógł mówić wszystkim dookoła, że chce zostać Spider-Manem. Reakcje otoczenia byłyby jednakowe, bo jak, do licha, można zostać Spider-Manem? – puentował żartobliwie.

   A mimo to został nim!

   Jak to osiągnął? O tym właśnie była jego opowieść. Bardzo emocjonująca i emocjonalna! Sinusoida upadków i powstań z kolan, zniechęceń i nadziei, zagubienia i odnajdywania się, na której dominował upór, konsekwencja i bardzo ciężka, długoletnia praca – umysłowa, fizyczna i psychiczna. Autor szarpał moimi emocjami od zadziwień, zachwytów i radości po smutek, łzy bezsilności i czarne dziury beznadziei. Nigdy nie wiedziałam, co czeka mnie za rogiem kolejnej strony. Czasami doprowadzał mnie do apogeum ciekawości i niepewności, by zakończyć opowieść ulgą i chęcią uduszenia go za to. Scenom z kosmosu nadawał charakter zachwytów estetycznych z elementami thrillera, w których stawką była nie tylko reputacja, ale i losy świata. Ratowałam go razem z nim, sekundując wszystkim powierzonym czynnościom. Za to też chciałam go udusić z wdzięczności. Umiał przy tym to katharsis chwili zamienić w żart. To dzięki tej komunikatywności i poczuciu humoru, został wybrany! O ironio losu – kilkadziesiąt lat morderczej pracy, nauki, badań, by w momencie selekcji zaważyła cecha charakteru, którą posiadał od urodzenia! Cudowna cecha tak mocno przebijająca się na kartach książki.

   To opowieść również o samorozwoju.

   O chłopcu, który miał marzenie. Wiedział dokąd chce iść, ale nie wiedział, którędy tam dojść. To nieustępliwe, aktywne szukanie i wykorzystywanie każdej możliwości było przede wszystkim wskazówką, jakim trzeba być człowiekiem, by w życiu osiągać wyznaczane sobie cele. W tym sensie to bardzo motywująca i inspirująca opowieść. Świat, ba!, kosmos należy do każdego – skutecznie przekonywał mnie autor. Wystarczy chcieć, działać i czekać na swoją szansę. Na uchylenie się drzwi, bo dopóki pozostawały otwarte, choćby przeświecała tylko szczelina, wiedziałem, że nie przestanę próbować – zapewniał autor. A przy okazji realizować marzenia drugie i kolejne, bo zrealizowane torują drogę następnym tak, jak w przypadku Mike’a, który zagrał z drużyną Metsów na miejscu dla miotacza, a potem w serialu telewizyjnym, został mówcą inspirującym i wreszcie napisał tę książkę. W marcu spotkał się również z polskimi czytelnikami w warszawskim Centrum Nauki Kopernik.

Nieustannie wykorzystując swoje liczne talenty, próbuje zatrzymać człowieka w pędzie życia, by pokazać Ziemię z kosmosu, w którym pobyt zmienił mu postrzeganie naszej planety na tle wszechświata, ale i człowieczej roli w nim. Swoją sugestywną opowieścią uniósł mnie wysoko razem ze sobą i pokazał to, co sam widział, czuł i myślał. Tę zmianę dystansu patrzenia z egoistycznego „ja” tu na Ziemi na „my” we wszechświecie. Przy okazji obalając mit ideału człowieka osiągającego sukces w pojedynkę. Praca w zespole i bycie cząstką całości to wartości i warunki powodzenia, które stale podkreślał.

   To nie koniec jego marzeń!

   Kolejnym jest dotarcie do najmłodszych pokoleń – Marzę, że niektórzy z owych młodych ludzi, którzy tak sobie klikają, może dowiedzą się o tej książce i znajdą sposób, żeby trafiła w ich ręce – a kiedy to się stanie, dowiedzą się, że nawet jeżeli jesteś chudym chłopcem z Long Island mającym lęk wysokości, to jeśli marzysz o spacerowaniu wśród gwiazd, jesteś w stanie to osiągnąć. Dowiedzą się, że tak naprawdę w życiu ważne są odnalezienie celu i oddanie w służbie innym oraz powołaniu większemu od „ja”. Piękne marzenie o wartościach mało popularnych wśród młodzieży, które podzielam, a które można realizować na różne sposoby. Mike wybrał bezpośrednie spotkania z czytelnikami, ja, by mu to ułatwić, pisząc o nim i o jego książce. Każdy na miarę swoich możliwości.

   Razem można więcej – jak ująłby to Mike.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Spaceman. Jak zostać astronautą i uratować nasze oko na Wszechświat [Mike Massimino]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 11 lutego 2018
Nela i Artur – Ula Ryciak

Nela i Artur: koncert intymny Rubinsteinów – Ula Ryciak
Wydawnictwo Agora , 2018 , 344 stron
Literatura polska



   To nie klasyczna biografia Państwa Rubinsteinów.

   To opowieść o kobiecie i mężczyźnie, których łączyła muzyka, a różniło wszystko pozostałe. Ona miała 24 lata i była rozwódką, a on 45 lat z opinią wiecznego kawalera, kiedy zostali narzeczeństwem. Ona lubiąca tworzyć dom na wzór zapamiętany z dzieciństwa, z silną potrzebą zakorzeniania się w każdym miejscu. On kosmopolita i wagabunda od kiedy w wieku 4 lat opuścił dom rodzinny, by szlifować talent pianisty. Ona zawsze w cieniu brylującego męża, „tuż obok, nie na tyle blisko, by znaleźć się na linii przedłużenia światła, nie na tyle daleko, by zniknąć w obszarze cienia, trochę jak półcień widzialny przy częściowym zaćmieniu”. Ona kochająca zawsze i do końca tylko jego. On od nastolatka zawsze w wianuszku kobiet, które towarzyszyły i zmieniały się u jego boku do końca jego dziewięćdziesięciopięcioletniego życia. Ona porzuciła marzenia o tańcu. On spełniał je, rozwijając karierę pianisty i mając u boku kobietę, która niezmiennie powtarzała – Ach, zawsze wiedziałam, że to będzie trudne, ale kochałam go i przysięgłam sobie, że zrobię wszystko, by pomóc mu w karierze. Ona zawsze mu wierna. On zdradził ją po raz pierwszy w dniu ślubu.

Ona nadal go kochała. On nie dopuszczał myśli o rozwodzie ze względów obyczajowych nawet wtedy, kiedy pod koniec życia odszedł od Neli do młodej kochanki.

   A mimo to ich małżeństwo przetrwało!

   Wchodząc w tę opowieść narratora zewnętrznego, opowiadającego o wspólnym życiu Neli i Artura, nastawiłam się na to, co znane i kojarzone ze światową sławą – blichtr, salony, koncerty, podziw, aplauz, adoracja, podróże, luksus, znane nazwiska.

   I to wszystko było!

   Ale słuchałam osoby wtajemniczonej, która poza tą piękną fasadą wiedziała, co kryje się w jej cieniu. Znała myśli i emocje obojga. Krążyła naprzemiennie między nimi, ukazując jedno wydarzenie z dwóch stron, chociaż ten swoisty koncert intymny na cztery ręce, jak sugeruje podtytuł, rozpoczęła Nela. Siedząc w kuchni ich paryskiej willi już po śmierci męża i patrząc w jej wielkie okna, z nostalgią przyglądała się sobie z przeszłości. Niczym na ekranie oglądałam i przeżywałam razem z nią jej dzieciństwo, dorastanie i życie z Arturem z toczącą się historią Polski i świata w tle. Ich krętą i skomplikowaną drogę do siebie i Neli starania, by jego droga była jak najprostsza, najłatwiejsza i najprzyjaźniejsza dla rozwoju kariery. By zaraz potem przenieść się do Wenecji i wspominać najpiękniejsze chwile z Arturem, wspólne wyjazdy, podróże statkiem, pobyty w wielu miejscach i miastach świata. Cudownie oddane w opisach skąpanych w światłach sal koncertowych i dnia, dźwiękach słyszanych wokół i zapachach, które odurzały ich po koncercie, a które po latach czuła nadal – oleiste zapachy roślin, słodki, wdzierający się w nozdrza jaśmin, podduszony zapachem kwitnących róż. Mirt kotłował się z miętą. Pomarańczowe drzewa współbrzmiały z cytrynowymi, idąc im czasem na ustępstwo. I jeszcze ten towarzyszący im księżyc. By zaraz przenieść się na salony pełne znanych nazwisk nie tylko w świecie muzyki, ale i w innych dziedzinach sztuki i nauki, finansjery i arystokracji. Powiązanych ze sobą pokrewieństwem, powinowactwem, ale częściej skandalami i sensacjami, które niczym dygresje narrator wplatał w życie Rubinsteinów.

   Moja początkowa radość mająca źródło w odnajdywaniu przez nią szczęścia u boku ukochanego mężczyzny, z którym stworzyła dom z czworgiem dzieci tak pięknie wyglądający na rodzinnych zdjęciach,

powoli zamieniała się w smutek. Uczucie, które Neli na pewno towarzyszyło pod koniec życia. Zaczęłam dostrzegać to, o czym Nela wiedziała od dawna, ale usilnie próbowała nie widzieć, a tym bardziej mówić o tym.

   Jej z takim poświęceniem budowany świat intymny okazał się ułudą.

   Jednak do końca była wierna złożonej przysiędze, którą dotrzymała. Nie odważę się oceniać poniesionego kosztu i odpowiedzieć na pytanie – czy było warto? To wie tylko Nela, ale jako słuchaczka pianisty Artura Rubinsteina mogę powiedzieć, że tak. To tej kobiecie zawdzięczam przyjemność odbioru dzieł wielkich kompozytorów.  Jej obecności przy nim, zapobiegliwości, opiece, czuwaniu nad nim i dbaniu o jego komfort, by mógł grać również dla mnie, a których symbolem jest ten gest widziany ukradkiem i przypadkowo przez nielicznych, tuż przed występem.

   Koncert intymny na cztery ręce, pełen emocji, wrażeń, wspomnień, wydarzeń zakończył Artur, którego samotne dzieciństwo i przyśpieszone dorastanie z dala od rodziny tłumaczyło jego charakter, poglądy, postawy, osobowość, postępowanie i niedocenienie żony. Nie zmieniło to jednak mojego przekonania, że świat otrzymał wybitnego pianistę, kosztem szczęścia jednej osoby. Bo kim byłby Artur Rubinstein bez Neli? Nie wiem, kim byłby i czy w ogóle byłby, ale po tej wzruszającej, refleksyjnej, lirycznej, zmysłowej, uczuciowej, ale i dynamicznej opowieści wiem, dzięki komu był tym, jakim zna go świat do dzisiaj.

   Myślę, że na zawsze.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Nela i Artur. Koncert intymny Rubinsteinów [Ula Ryciak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

A tutaj sam mistrz nie tylko grający, ale i mówiący.

poniedziałek, 18 grudnia 2017
Najlepszy – Łukasz Grass

Najlepszy: gdy słabość staje się siłą – Łukasz Grass
Wydawca Ringier Axel Springer , 2017 , 272 stron
Literatura polska



   Opowieść zaczyna się mocno!

   Sceną wyrwaną z środka życia – wstrzyknięciem roztopionej czekolady strzykawką wbitą prosto w płuca, w więziennej celi. Kadr jak z filmu Pulp Fiction Quentina Tarantino. Absurdalny! Tyle że w książce prawdziwy. Wszystko w tej niecodziennej, pogmatwanej, pełnej sprzeczności, kontrastów i skrajności brutalnej biografii było faktem. Dla mnie i dla każdego, kto zetknął się z jej bohaterem, była zaprzeczeniem praw natury. Historią człowieka, który, jak sam o sobie mówił, od dawna powinien wąchać kwiatki od dołu. A jednak był! Żył! Po czternastu latach degradowania, niszczenia, unicestwiania i zabijania  organizmu osiągał bardzo wysokie wyniki w maratonach i triathlonie jak: Ultraman, Duble Ironman czy The Western States 100-Mile Endurance Run. Był najlepszy we wszystkim, za co się zabrał. Co dawało kopa, karmiło apetyt nienażartej adrenaliny, co zaspokajało apetyt na haj. Miał, jak sam siebie zdiagnozował, chorobę kończącą się „holizmem”. Czy to będą papierosy, alkohol, narkotyki czy kobiety. Nieistotne.

   We wszystkim był najlepszy!

   Jak ćpał, to dwadzieścia centymetrów heroiny dziennie. Jak palił, to zasypiał z papierosem w ustach. Jak pił, to do nieprzytomności. Według zasady – ćpałem na maksa, piłem i paliłem na maksa, kradłem na maksa, biłem się na maksa i kochałem na maksa. Po trupach do celu. Nawet jeśli ten trup miał być jego. W tej ciemnej stronie życia doskonalił swoje swoiste mistrzostwo od czternastego roku życia, a za towarzyszy miał: dolargan, kodeina, morfina, kokaina, heroina, wódka, papierosy, szpital psychiatryczny, wieszanie się, podcinanie żył, okradanie aptek, więzienie, milicyjny areszt, przypadkowy seks, ból, kłamstwa, przemoc. „Ciężko” zapracował sobie na ksywę – Pierwszy Na Liście Do Piachu. Dramatyczna scena rozpoczynająca opowieść Jerzego Górskiego to pierwszy krok w przełomie przejścia na jasną stronę życia. Na zamianę dotychczasowych składowych „holizmu” na ich substytuty – sport i życie. Na wychodzenie z bardzo głęboko wykopanego dołu śmierci na powierzchnię.

   To spadanie i wychodzenie z nałogu wciągnęło mnie jak... narkotyk!

   Za każdym zwrotem akcji, wydarzeniem czy zmianą postawy czułam dokładnie to samo, co bohater – Słyszałem bicie własnego serca i czułem się tak, jakbym po raz pierwszy robił coś niesamowitego, tajemniczego, jakbyśmy grali w filmie przygodowym i właśnie mieli zamiar wejść do jaskini pełnej skarbów, gdzie przed dotarciem do celu trzeba uniknąć śmiertelnych pułapek, a na końcu zmierzyć się ze strażnikami Świętego Graala.

   Ugryzłabym, gdyby ktoś chciał mi przerwać w takich momentach czytanie!

   Wchodziłam w to napięcie walki bohatera z demonami, bijąc się najpierw o każdy oddech w głodzie narkotykowym, o każdą ampułkę morfiny niosącą ukojenie, o każdy pijany krok do przodu, każdy mach nikotyny, o każdy krzyk o pomoc podczas połyku, samookaleczeń, wstrzyknięć i prób samobójczych, a potem dla odmiany o każdy oddech na morderczych dystansach, po których schodziły paznokcie, o każdy krok ku wolności od uzależnień w Monarze, o każdą myśl wprawiającą w niebezpieczny balans szalę mroku i światła. To nieustanne moje kibicowanie bohaterowi, bardzo emocjonalne i emocjonujące, było jednocześnie pełne wyrozumiałości i akceptacji tylko dlatego, że cynicznemu Jurkowi z przeszłości, chłopakowi z poczuciem humoru noir, towarzyszył doświadczony, mądry Jerzy teraźniejszy komentujący, analizujący i tłumaczący postępowanie, zachowania i wybory samego siebie sprzed lat. Zenit osiągniętego napięcia najlepiej skomentował sam bohater – Dziwne to uczucie, kiedy czyta się o sobie, o człowieku, który zmagał się z tyloma przeciwnościami. W różnych miejscach tej opowieści czułem niedowierzanie, budziły się wspomnienia, które wyciskały łzy. Czasami zapominałem, że czytam o sobie, porywała mnie historia i byłem ciekaw, czy bohaterowi uda się wyjść z opresji. Od czasu do czasu zaglądałam do dołączonych zdjęć, by upewnić się, że to rzeczywistość, a bohater istnieje.

   To zasługa autora, Łukasza Grassa.

   Potrafił oddać atmosferę tamtych lat, samych wydarzeń, styl mówienia bohatera, jego rozedrganą, kreatywną, upartą, niezłomną i  niecierpliwą osobowość, a przede wszystkim sinusoidę emocji. Oprócz zdolności przekładania chaosu słów na logiczną, spójną historię, włożył w tę biografię ogrom pracy przygotowawczej, dziesiątki, a może setki godzin nagrań, rozmów, podróży, odświeżenia znajomości, by wszystko było faktem, włącznie z odtworzonymi dialogami.

   Uczynił ją niezwykłą również ze względów historycznych, pedagogicznych, społecznych i psychologicznych.

   Bo to nie tylko biografia jednego człowieka.To również opowieść o czasach PRL, historii rozwoju narkomanii i jej „dzieciach kwiatach”, którym po idei make love, not war pozostał narastający od lat 70. problem narkomanii, wypieranej ze świadomości polskiego społeczeństwa propagandą zaprzeczania – Tylko dzieci kwiaty na kapitalistycznym Zachodzie brały narkotyki. W Polsce brano co najwyżej leki.  Według komunistów w Polsce socjalistycznej  nie mogło i nie było narkomanów, byli tylko lekomani. To także psychologiczne studium człowieka, który podąży akceptowaną społecznie drogą lub nie, w zależności od tego, jakie wilki wewnętrzne karmił - złe lub dobre. Czyich podszeptów, demonów czy aniołów, słuchał. To także klasyczny przykład negatywnego procesu wychowawczego, w którym dorośli zabijali pasję dziecka, negowali jego predyspozycje, niszczyli poczucie własnej wartości i zmuszali do realizacji planów ułożonych przez rodziców i nauczycieli. Bohater wielokrotnie podkreślał – byłem wściekły, że nie mogłem cofnąć  czasu do momentu, w którym decydowałem o swojej przyszłości jako młody chłopak. Gdybym wtedy zaczął konsekwentnie trenować... Gdybym trafił do jakiejś sekcji kolarskiej albo biegowej, dziś mógłbym być mistrzem olimpijskim.

   Książkę polecam każdemu. I tym na zakręcie życiowym, i tym, którzy profilaktycznie potrzebują potężnej dawki optymizmu. Zwłaszcza młodym ludziom, do których bohater  skierował te słowa  - Każde pokolenie młodych ludzi, które coś stworzy, wygra swoje życie, każde, które będzie konsumowało... jest przegrane.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzacymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą [Łukasz Grass]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Na podstawie biografii powstał film, który zdążył zebrać kilka nagród.

sobota, 15 lipca 2017
Tajemnice wichrowych wzgórz - Eryk Ostrowski

Tajemnice wichrowych wzgórz: prawdziwa historia Branwella i Charlotte Brontë – Eryk Ostrowski ; przekłady Dorota Tukaj
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 800 stron
Literatura polska



Link

   Takim obrazem umieszczonym we wstępie zaciekawił mnie autor. Jakby w środku był niedokończony albo... wymazany. I dokładnie tak jest. To obraz niezwykły, ponieważ namacalnie dowodzący wyroku skazującego na całkowite zapomnienie osoby Patricka Branwella Brontë wydanego przez jego siostry. Po rekonstrukcji przywracającej mu pierwotny wygląd w miejscu smugi nieokreślonego cienia stoi jego postać. Tę swoistą karę skazywania na zapomnienie, często stosowaną w starożytności pod nazwą duminatio memoriae, historia literatury, według autora, zna tylko jeden przypadek osoby, wobec której zastosowano duminatio memoriae. To Patrick Branwell Brontë, brat trzech słynnych sióstr pisarek. Decyzję podjęła najstarsza, Charlotte, świat ją zaaprobował, a nielicznych, którzy przedstawili dowody w obronie jego dobrego imienia i geniuszu, konsekwentnie zbywano milczeniem.

   Autor postanowił to zmienić!

   Wprawdzie we wstępie dokładnie określił cel swojej publikacji – ukazanie logiki ich wzajemnych wpływów, zjawiska zaistnienia wspólnego geniuszu połączonych intelektów – to dla mnie ta opowieść (tak, opowieść, a nie opracowanie!) była kompilacją biografii i analizy literackiej oraz twórczości pozaliterackiej toczona przez nietypowego badacza – krytyka literackiego i poety, który przyjął rolę nieustępliwego, dociekliwego detektywa z wrażliwością artysty zauroczonego historią niezwykłego rodzeństwa.

   Powstał miód na moje czytelnicze serce!

   Autor odkrył przede mną wiele tajemnic plebanii położonej wśród wichrowych wzgórz. Sekrety ujawniał powoli, stopniując napięcie do ostatniej kropki tekstu. Zdradzę tylko dwa. Pierwszym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że Charlotte i Emily miały brata równego, a może nawet przewyższającego ich talenty. Drugim była teza autora, że to ich brat napisał znane prawie wszystkim Wichrowe wzgórza.  Początkowo odnosiłam się do tej „rewelacji” sceptycznie, ale w miarę czytania, które pochłonęło mnie totalnie, zaczęłam zmieniać zdanie, by po zamknięciu książki być o tym przekonaną. Pod biografią ukryty jest rzeczowy, logiczny jej dowód potwierdzający przyjętą tezę. Autor pomny zasady trzymania się faktów i dostępnych dokumentów, powołał się na biografie gloryfikujące Charlotte oraz te nieliczne, oddające sprawiedliwość jej bratu. Wykorzystał fragmenty utworów literackich, w tym nigdy nietłumaczonych na język polski, na świecie znanych jedynie wąskiej grupie badaczy, licznie i obszernie cytowanych (niektóre nawet w całości), by ukazać styl narracji rodzeństwa. Ich podobieństwo, ale przede wszystkim różnice. Przywoływał wypowiedzi, wspomnienia, listy osób znających rodzeństwo, a także samych Brontë, by podkreślić przeinaczenia i ustalić nowe fakty. Poszerzał wiedzę literacką o informacje psychologiczne, medyczne i społeczne. Poświęcił obszerną część publikacji na analizę obrazów namalowanych przez Branwella, z których część umieścił na końcu książki, a niektóre mogłam obejrzeć w jednej z galerii, do których linki podsunął mi w obszernej bibliografii.

A wszystko po to, by wypunktować sprzeczności, wskazać rozbieżności i błędy we wnioskowaniu, zarzucić zafałszowanie informacji i nadinterpretację faktów, wręcz intencjonalne dążenie do utrwalenia negatywnego wizerunku Branwella przez większość biografów i badaczy. Autor nie potępia tego zjawiska,  przyjmując je raczej jako wyzwanie i problem do rozwiązania, by ustalić genezę Wichrowych wzgórz i ich autorstwa. Znaleźć przyczynę ostracyzmu najpierw rodzinnego, a potem społecznego i literackiego, którego inicjatorka, Charlotte, była mu przecież najbliższą duszą i umysłem z trójki żyjącego rodzeństwa.

   Po prostu poznać prawdę!

   Przy okazji stworzył obraz człowieka niezwykłego. Bohatera romantycznego, który, przy bliższym poznaniu, nie miał w sobie nic z romantyzmu. Młodego mężczyzny o wielu talentach, których nie rozwinął z kilku powodów, w tym przedwczesnej śmierci. Geniuszu, który nie powinien pozostać w ukryciu, ponieważ zasłużył sobie na miejsce w literaturze pod własnym imieniem. Z tego powodu to bardzo ważna, bo odkrywcza i odważna w poglądach pozycja. Wręcz rewolucyjna w odniesieniu do zmowy milczenia brontëanistów stojących po stronie oficjalnej wiedzy.

   Stworzył również nietypową biografię.

   Autor nie podążał śladami jego losów, ale tropami jego twórczości, dla której życie było tłem, uzupełnieniem, bazą, genezą albo odniesieniem. Powiązana z dorobkiem artystycznym jego sióstr budowała obraz rodziny na plebanii, zmagającej się z „ciasnotą” miejsca dla ich ponadprzeciętnych umysłów. Niezwykłego uporu w dążeniu do zaistnienia w literaturze. Nieustannych prób przebicia się przez mur zasad tworzenia literatury ówcześnie pożądanej przez krytyków, którzy nie widzieli w niej miejsca na dzikość obyczajów, gwarę prostych ludzi i kolokwializm językowy. Którzy odmawiali prawa bytu emanującym w powieści nieujarzmionym emocjom, wypełniającym po brzegi również tę publikację. Totalnie mnie pochłonęły, podnosząc temperaturę  opowieści biograficznej do stanu podgorączkowego powieści sensacyjnej z wątkami tragicznego mezaliansu i dramatu egzystencjalnego. Tkwiłam po uszy w atmosferze rozległych, wietrznych wrzosowisk, plebanii i kościółków z cmentarnymi nagrobkami!

   Nierozerwalność ukazanego życia Branwella i powieści Wichrowych wzgórz uderzała!

   To również zasługa autora i jego wrażliwości poetyckiej. Wypełniał moją wyobraźnię, podsuwając mi swoje wyobrażenia doniosłych, ważnych lub niezwykłych chwil w życiu poety, prozaika i malarza. Poparte licznymi szkicami sytuacji, fotografiami bohaterów, zdjęciami miejsc wydarzeń, tworzyły niezwykłą bliskość chwil intymnych w spotkaniach z umysłem autora.

Narracja, którą się posługiwał, chwilami przypominała język bohaterów, zarówno w szyku zdań, jak i w doborze pojęć lub wyrażeń współcześnie już nieużywanych. Nadawało to przekazowi charakterystyczną melodyjność, w którą wsłuchiwałam się z ogromną przyjemnością. Miałam nieodpartą ochotę jeszcze raz zajrzeć do Wichrowych wzgórz! Wiem, że odbiorę ją już zupełnie inaczej – pełniej. Ze świadomością męskiego pióra, wątków autobiograficznych, doświadczonych przeżyć oraz kontekstów zawartej w niej symboliki. Autor otworzył mi dodatkowe, ale najważniejsze drzwi do pełnego, prawdziwego odbioru powieści. Ujrzeć jej dotychczasową płytkość i ograniczoność w kontekście tego opracowania to kolejne zaskoczenie.

   Jestem zauroczona tą, nie napiszę biografią, ale opowieścią o tajemnicach mieszkańców angielskich wrzosowisk w początkach XIX wieku.

   Książkę wpisuję na mój top książek czytanych w 2017 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Tajemnice wichrowych wzgórz [Eryk Ostrowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

W grudniu 2016 roku powstał film o rodzeństwie Brontë. Ciekawa jestem, jak przedstawiono w nim Branwella?

sobota, 22 kwietnia 2017
Wszystko jak chcesz – opracowała Anna Król

Wszystko jak chcesz: o miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego – opracowała Anna Król
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza , 2017 , 528 strony
Literatura polska

Kochanie. Oczywiście ludzie widzą w tym obrzydlistwo, same obrzydlistwa, ale Ty wiesz, my widzimy – głęboką przyjaźń, głęboką miłość dwóch mężczyzn, która ma olbrzymią wartość, już przez to samo, że istnieje.
Zaczynając lekturę listów miłosnych Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego, obiecałam sobie, że spojrzę na nie jego oczami. Bez uprzedzeń, homofobii i seksizmu. Będę ponad to i zapomnę o dwóch mężczyznach, starając się ujrzeć przede wszystkim miłość dwojga ludzi. Miłość człowieczą. Zdziwiłam się, jak łatwo mi to przyszło. To nie moja zasługa. To zasługa Jarosława Iwaszkiewicza. Dotarł nie do mojego rozumu, ale emocji. Tego uniwersalnego języka międzyludzkiego, który mówi wspólnym, jednym głosem. Jednako w sprawach sercowych i bez podziału na płeć.
Był tylko człowiek i jego uczucia.
Zanim jednak dotarłam do listów, zapoznałam się z bogatym aparatem informacyjnym książki. To bardzo ważna część, bo wyjaśniająca i uzupełniająca podstawową wiedzę czytelnika o Jarosławie Iwaszkiewiczu. Dla mnie wręcz niezbędna. W ten sposób autorka opracowania zadbała o moje świadome czytanie, bądź co bądź, bardzo intymnej korespondencji, opisującej rzeczywistość zupełnie obcych mi ludzi i miejsc, a mających ogromne znaczenie do pełnego zrozumienia opisywanej znajomości. Jej okoliczności, wątków i zachowań. Dlatego na początku umieściła wykazy miejsc i postaci opowieści z krótkimi biogramami, kalendarium znajomości adresata i nadawcy oraz tekst wprowadzający, opisujący nie tylko znajomość bohaterów listów, ale również przyczyny i proces powstawania książki. Na końcu umieściła notę wydawniczą. Autorka opracowania nie do końca była pewna, czy powinna opublikować te listy. Pełna wahań i licznych konsultacji ostatecznie zdecydowała się na ten krok. Przytoczyła wiele argumentów przemawiających za upublicznieniem ich. W tym momencie wahałam się, czy przyznać jej rację. Miałam takie same wątpliwości, jak ona i mnóstwo pytań, z których najważniejszym było – Czy Iwaszkiewicz życzył sobie, by korespondencja z Jerzym została upubliczniona? Po lekturze listów jestem przekonana, że uczyniła słusznie.
Z wielu powodów!
Nasuwały mi się one w trakcie czytania. Po lekturze było ich całkiem sporo – kulturowe, biograficzne, literackie czy historyczne. Nie będę ich analizowała, pozostawiając przyjemność ich odkrywania następnym czytelnikom. Dodam, że jednym z najważniejszych było to zdanie pisarza, które świadczyło o tym, że liczył się z taką możliwością w przyszłości – Jerzy, nie rób mi jakich świństw, bo to już wszystko należy do historii, nie okaż się świnią wobec potomności, o to jedno Cię błagam, abyś na stronicach mojej biografii zjawiał się zawsze piękny i szlachetny, „mój Jurek”, a nie bestia, z której będą drwili (a raczej ze mnie). Dostrzegał nawet możliwość zarobienia na nich przez dzieci Jerzego, troszcząc się o losy listów – Czy je chowasz? Pamiętaj, że za parę [skreślone i poprawione] kilkadziesiąt lat Piotruś będzie mógł je sprzedać po dobrej cenie. Wszystkie listy autorka opracowania podzieliła na trzy rozdziały – listy pisane za życia do Jerzego Błeszyńskiego, listy pośmiertne do niego oraz listy niedatowane. Łącznie 252. Niektóre z nich nie były listami w pełnym znaczeniu tego pojęcia, ale dedykacją w książce lub telegramem przytaczanym w formie fotografii.

Autorka opracowania w wykazach miejsc i postaci świadomie użyła określenia „opowieść”. Ten zbiór listów miłosnych dokładnie tak odczytywałam – jak dramatyczną opowieść miłosną zmierzającą ku śmierci ukochanego. Talent pisarza, jego zdolność przelewania myśli i uczuć na papier, erudycja, oczytanie i wreszcie mądrość życiowa człowieka u schyłku życia, przepojone wyjątkowo dojrzałą miłością do Jerzego, uczyniły z listów nie tylko zbiór epistolograficzny, a właśnie opowieść o narodzinach wyjątkowego uczucia i jego rozwoju od zauroczenia i pożądania do wymiaru duchowego, w którym erotyzm pod koniec znajomości liczył się najmniej, a o którym nadawca napisał – Nie jest to ani miłość, ani przyjaźń, a tym bardziej nie perwersja, jest to największe osiągnięcie, na jakie się może zdobyć ludzka natura. Dla uproszczenia tego, co piszę, będę to nazywał „miłością”. Taką miłość chciałem Ci dać, taką miłość chciałem Ci pokazać, w takie przestrzenie chciałem Cię porwać. Wyznania szczere do bólu, obnażające człowieczeństwo w ikonie ówczesnych lat, a i teraz, współcześnie, stojącą w panteonie uznanych pisarzy, nie poniżyły go w moich oczach. Patrzę na okładkowe zdjęcie pisarza z ogromnym, nie wiem, czy nie głębszym niż wcześniej, szacunkiem. Tak szalonej miłości, ale i bardzo dojrzałej w tym „upupieniu”, jak zwykł mawiać pisarz, życzyłabym każdemu. Miłości, która nie miała prawa zaistnieć, bo dzieliło ich wszystko – wiek (czterdzieści lat różnicy!), podejście do życia, priorytety, pozycja społeczna, status majątkowy, rozwój intelektualny, charakter, pochodzenie i cele w życiu.
A jednak wydarzyła się!
Trwała do końca dwudziestosiedmioletniego życia Jerzego, który zmarł w dawnym szpitalu gruźliczym w Turczynku, a którego współczesne zdjęcia otwierały kolejne rozdziały książki.

To tutaj, w drewnianej, nieistniejącej już kostnicy pożegnał miłość swojego życia. To właśnie tą sceną, przejmującą intymnością i nieodwracalnością, autorka opracowania rozpoczęła moje wprowadzenie w emocjonalny świat obu mężczyzn, którego tajemnicę próbowałam odkryć. A i tak pozostała dla mnie nieodgadnioną, bez możliwości zdefiniowania jej i ujęcia jej istoty w paru zdaniach. Nadal tkwi we mnie poczucie jej skrytości, nieokreśloności i nieuchwytności. Może dlatego, że obserwowałam ją subiektywnie i jednostronnie umysłem i emocjami Jarosława Iwaszkiewicza? Mimo że listy były do Jerzego, o Jerzym i całe nim przepełnione, nie ja jedna tak ją postrzegałam. Dla pisarza też stanowiła zagadkę, tak samo, jak sam Jerzy. Próbował wszystko wyjaśnić i dopowiedzieć w listach pośmiertnych, kontynuując nie tylko rozmowę z ukochanym, ale i „śledztwo” wyjaśniające wszystko to, co mu się przydarzyło. Ostatecznie poddał się.
Dla mnie też taką pozostała.
Nadal niezrozumiała, mimo że obnażona, przeanalizowana, poniżana i poniżająca, wyzwalająca cały wachlarz skrajnych emocji od złości do uwielbienia, od rozpaczy do wybaczenia, zmuszająca do żebrania o chociaż jeden wyraz w liście, o jedno słowo przez telefon, jedno spojrzenie podczas spotkania, łyk powietrza niesionego widokiem twarzy i stale błagalna w tonie – Zmiłuj się, zatelefonuj jutro. To wszystko minie, zbyt szybko minie, ale na razie ja nie mogę oddychać bez Twojego głosu. Potrzebny mi jest jak powietrze. Błagam Cię o jedno słowo – więcej nic. Przynosząca tyleż szczęścia, co i bólu. Tego ostatniego chyba nawet więcej.
Błogosławiona i przeklęta!
A mimo tego koszmaru, w którym tkwił, nie żałował jej zaistnienia. Jej przydarzenia się właśnie jemu, starzejącemu się mężczyźnie. Bez niej twórczość pisarza byłaby mocno okrojona i uboższa. Miał tego świadomość, pisząc – Jesteś mi wszystkim: kochankiem i bratem, śmiercią, życiem, istnieniem, słabością i siłą... a przede wszystkim siłą, czymś, co podtrzymuje we mnie resztki życia i daje złudzenie młodości, co mi pomaga patrzeć na liście, tęczę, kwiaty i piękne kobiety – co tworzy zasadniczą plecionkę mojego życia, a na czym dopiero wyrosła moja twórczość, cały mój byt. Jednak dla mnie nie to było najistotniejsze w tych listach. Wyniosłam z nich dla siebie coś dużo cenniejszego – lekcję mądrego kochania. Siły rozumu ujarzmiającego głupie i kapryśne emocje. Miłości altruistycznej, bezinteresownej biorącej górę nad tą egoistyczną. Ale też i rozpaczliwej, bolesnej, rozdzierającej, raniącej walki o dokładnie taki jej wymiar.
Najcenniejsze było to, że każdy czytelnik może wynieść z tych listów coś innego.
Wszystko zależy od tego, czego będzie w nich szukał. Ja szukałam człowieczeństwa ponad podziałami i znalazłam je. Iwaszkiewicz – bohater tej książki – nie staje się po zakończonej lekturze gorszą wersją Iwaszkiewicza wielkiego pisarza. Staje się natomiast jego wersją prawdziwą – człowiekiem tak słabym i tak silnym jednocześnie, że nie można przestać go podziwiać. Zwłaszcza w kontekście rzeszy ludzi popadającej w depresję lub odbierającej sobie życie z miłości niespełnionej lub nieakceptowanej społecznie. W tym również osób homoseksualnych.
Mam jednak żal do autorki opracowania, że tak szybko poddała się w swoim dochodzeniu do osób jeszcze żyjących, będących świadkami znajomości bohaterów listów. Ostatecznie uznała ten rozdział za zakończony i zamknięty. To sygnał dla badaczy twórczości pisarza, że wiele wątków w tym temacie jest jeszcze do odnalezienia, odkrycia i wyjaśnienia.
Na koniec uwaga techniczna.
Spodobał mi się pomysł wyróżnienia aparatu informacyjnego kolorem pomarańczowym. Niestety, wieczorową porą, przy sztucznym oświetleniu, okazał się zabójczy dla oczu.

Wielką ulgą dla czytelnika byłby jego jaśniejszy, bardziej pastelowy odcień.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
niedziela, 16 kwietnia 2017
Irena Tuwim: nie umarłam z miłości – Anna Augustyniak

Irena Tuwim: nie umarłam z miłości: biografia – Anna Augustyniak
Wydawnictwo Trzecia Strona , 2017 , 272 strony
Literatura polska

W jakiejż innej odsłonie ujrzałam tutaj Juliana Tuwima!
No i proszę! Zrobiłam to, co wielu przede mną – skupiłam się na bracie Ireny Tuwim, spychając siostrę w jego cień. A przecież to ona była bohaterką tej opowieści. Dlatego cicho sza! Ani słowa więcej o bracie! Będzie o Irenie. Nie chcę użyć pojęcia biografia, chociaż taką niezaprzeczalnie była również i taki też podtytuł wyraźnie widnieje na tytułowej okładce książki. Mój opór przed określaniem tego opracowania biografią, wynika z wrażenia niestosowności nadania mu jakiegoś encyklopedyczno-naukowego sztychu. Nie zaprzeczam, że i taki był, bo być musiał, ale nie górował i nie dominował nad całością.
Dla mnie to przede wszystkim przepiękna opowieść.
Autorka wykorzystując ogrom zgromadzonej wiedzy i poznanych faktów z życia rodziny Tuwimów, których źródła można zweryfikować w dołączonej do książki obszernej bibliografii, stworzyła emocjonalną historię losów kobiety jaśniejącej własnym, twórczym blaskiem, ale w cieniu brata. Niezorientowanym, mogłoby się wydawać, że blaskiem odbitym od Juliana Tuwima. Równolegle ukazała dzieje rodziny intelektualistów obciążonych żydostwem. Pomimo asymilacji i zmiany nazwiska z Towim na Tuwim, szkalowano ich. Zwłaszcza Juliana, jako osobę publiczną i znaną. O skali nienawiści i antysemityzmu świadczą przytoczone przez autorkę cytaty – Tuwimer Żyd” to „talent przetwórczy”, który „nie pisze po polsku, a tylko w języku polskim”, to „Jojne Tuwim z Gęsiej ulicy”, co „cuchnie cebulą”, a sławę „wyszachrował po gudłajsku” i wiersze jego „paczą psychikę polską”. Dzisiaj wiersze uwielbiane przez dzieci, a nawet dorosłych, wtedy niechętnie widziane w polskich domach i szkołach, domagano się, aby z elementarza wycofać utwory Tuwima, bo Żyd nie będzie uczył polskich dzieci! Trzeba spalić jego książki i powiesić go. Żądamy dla Tuwima szubienicy.
Zamarłam!
Dzisiaj, ciężko było mi przebrnąć przez tę falę słownej, publicznej agresji, a cóż dopiero jego matce. To stąd brała się praprzyczyna jej obsesji stymulowanej przez czarne znamię na policzku syna, która doprowadziła ją do obłędu. Autorka to psychiczne obciążenie rodziny potrafiła oddać na każdej stronie opowieści, ukazując jej destrukcyjny wpływ na psychikę matki (choroba psychiczna), brata (stany depresyjne) i samej Ireny. Dla mnie to również kolejny element smutnego, bo antysemickiego oblicza Polski przedwojennej i losów jej ofiar. Wsłuchiwałam się w te dzieje Polski, Ireny i jej rodziny, zupełnie nie odczuwając podziału na rozdziały porządkujące treść. Traktowałam je raczej jako wymuszone (nie lubiłam, gdy ktoś mi przerywał spotkania z autorką i jej bohaterką) antrakty w długiej, bolesnej, przejmującej opowieści na złapanie oddechu, zrobienie sobie herbaty i przemyślenie tego, co właśnie przeczytałam, poznałam, dowiedziałam się i odczułam. Błądziłam razem z autorką po epoce międzywojnia i czasach odradzającej się po wojnie Polski, po rodzinnych ścieżkach bliskich Ireny Tuwim i jej znajomych ze środowiska artystycznego, uzupełniając wiedzę o tamtych czasach oraz ludziach je tworzących intelektualnie, obyczajowo i artystycznie. Zaglądałam również do życia i mieszkań ludzi zwykłych, wśród których dorastała, obserwując z nią innych mieszkańców wspólnego podwórka: stolarza Lauke godzinami piłującego drzewo, kaszlącego przy tym suchotniczo, aż huczało jak w studni; wyschniętego na wiór pijaka-epileptyka Petzolda, wracającego co dzień po fajrancie w granatowej bluzie roboczej przepasanej rzemieniem, z kijem do podpierania się w ręku, przez co wyglądał jak upiór Solskiego” i jeszcze „Kowalskich wylewających pomyje do rynsztoka, ich córkę Bronkę, i starą Cymerową i wielu, wielu innych. Wszystkich odnajdywałam w jej wierszach, prozie i listach, których fragmenty cytowane przez autorkę niczym kolejne wypowiedzi, uzupełnienia, mimowolne wtrącenia tworzyły przepiękną, wielogłosową aranżację znajdywanego materiału w źródłach dokumentalnych. Całości dopełniały liczne zdjęcia umieszczone nawet na wyklejce książki.

Delikatna, wrażliwa kobieta otrzymała dzięki temu subtelną, empatyczną oprawę, w której ujrzałam niezwykle silną, wbrew pozorom, osobę. Stojącą wyprostowaną wśród wielu pogiętych i potrzaskanych psychicznie osobowości, która pozwoliła sobie na słabość dopiero po śmierci ostatniej z nich. Jednostkowy, wyjątkowy los z pokolenia wojny, który oszczędził jej Holokaustu, bo zdążyła wyemigrować z Polski. Jednak pomimo tego, nie uznałam jej za osobę szczęśliwą. Takie nie określają siebie epitetem życiowego bankruta.
Takie nie chcą u schyłku swego życia popełnić samobójstwa.
Pochylam się nad jej sugestywnym, emocjonalnym, wszechstronnym portretem i zastanawiam się – dlaczego chciała odebrać sobie życie? Miała wszystko i osiągnęła to, o czym marzy wielu. Do dzisiaj jest cytowana słowami z Kubusia Puchatka, którego była tłumaczką. To dzięki Irenie Tuwim mamy „to, co tygrysy lubią najbardziej”, „małe co nieco”, „wszystkich krewnych i znajomych królika”. A mimo to – Zawsze o sobie myślała negatywnie. Żydowska dziewczynka z niezbyt zamożnej rodziny, siostra kogoś wyszydzanego z powodu znamienia na policzku, córka matki chorej psychicznie, żona homoseksualisty, bezdzietna kobieta, rozwódka, która znów nie jest szczęśliwa i ponownie żona alkoholika z neurozą. Czuła się niespełnioną.
Dlaczego?
Odpowiedź tkwi w podtytule – nie umarłam z miłości. Jej brak miał moc unicestwiania wszystkich pozytywnych wydarzeń, radości i osiągnięć, na które ciężko pracowała przez całe życie. Szukała jej w swojej twórczości i w swoim życiu. I nigdzie, i nigdy nie zajadzie tyle, ile potrzebuje. Nawet w niezwykle silnej więzi i miłości do brata.

Była nietuzinkową postacią w świecie literackim, nieprzeciętną kobietą, a jednocześnie tak zwykłą w swoich pragnieniach, potrzebach i oczekiwaniach. Autorka zaangażowanym stylem przekazu nie tylko zapoznała mnie z zapomnianą współcześnie sylwetką poetki, pisarki i tłumaczki, ale przede wszystkim uczyniła mi ją bardzo bliską. Dobrze znaną osobę, która choć nie umarła z miłości, umarła ze strachu, z poczucia zagrożenia. Opuszczona, wzgardzona, słaba i chora, rozbiła się jak „szklanka co spadła na kamienną podłogę”. Pozostałam z poczuciem pustki po osobie, której nie zdążyłam podziękować za to, że była. Wiem, że to absurdalne, ale dokładnie takie uczucia pozostawiła we mnie ta historia, po której miałam nieodpartą potrzebę przytulenia jej bohaterki.
Tak emocjonalnie odebrałam tę opowieść.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
Irena Tuwim [Anna Augustyniak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
sobota, 01 kwietnia 2017
Wszystko z miłości – Megan Gressor , Kerry Cook

Wszystko z miłości: 38 romansów wszech czasów – Megan Gressor , Kerry Cook
Przełożył Tomasz Bieroń
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 328 stron
Literatura australijska

Miłość niejedno ma... cierpienie!
Z jednej strony uskrzydla, ale z drugiej te skrzydła podcina. O tych twardych realiach jej wzniosłego przeżywania jest ta książka. Zwłaszcza gdy przydarzy się osobom znanym, nietuzinkowym, do miłości nieodpowiednim, czyniąc z niej mezalians. Wtedy najbardziej zainteresowani przeżywają huragan, tornado i piekło emocji, nierzadko prowadzących do śmierci, a reszta świata śledzi ich romans, jak romantyczną powieść lub film.
A ona nie ma z nimi nic wspólnego!
Wystarczy przyjrzeć się 38 romansom znanych par zebranych w tej publikacji.

Podzielonych na sześć rozdziałów otwieranych portretem wybranych kochanków i pogrupowanych według profesji lub dziedziny ich działalności, daje przegląd historii najsłynniejszych związków począwszy od biblijnych i królewskich, poprzez ludzi pióra i sztuki, na polityce i zauroczeniach hollywoodzkich skończywszy.
Każda z nich inna!
Wyjątkowa, nietuzinkowa i niepowtarzalna tak, jak osoby ją przeżywające. Podobna i zbieżna w jednym – w poświęceniu, by ją móc przeżywać zgodnie z sercem lub rozumem. Cokolwiek bohaterowie nie wybierali, koszt zawsze był ten sam – ogrom cierpienia. To on wywoływał burze miłosne, które stawały się dla mnie opowieściami kryminalnymi, jak u gangsterskiej pary Bonnie i Clyde’a. Skandalami towarzyskimi, jak u pary homoseksualnej Oskara Wilde’a i Alfreda Douglasa, których uczucie, ujmując eufemistycznie, nie śmie wymówić swojego imienia. Wydarzeniami politycznymi, jak u Aung San Suu Kyi i Michaela Arisa. Motywacjami zabójczymi jak u pary samobójców Księcia Rudolfa i Marii Vetsery. Historiami sensacyjnymi, jak u Romana Polańskiego i Sharon Tate. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, uzupełniając listę bohaterów również o biografie w niej nieujęte.
Wszystkie przeciekawe!
Uzupełniające znane mi losy z przekazów historycznych i współczesnych mediów o nieznany dotąd punkt spojrzenia tak, jak historia trójkąta księżnej Diany, księcia Karola i Camilli Parker Bowles. Jednak dla mnie główną bohaterką tych emocjonujących i emocjonalnych opowieści była... miłość. Jej szerokie spektrum odcieni i barw nasyconych szaleństwem i zdrowym rozsądkiem. Popychająca do działania i powstrzymująca od niego. Podtrzymująca przy życiu i nakazująca go sobie odebrać. Bogaty materiał dobrze ilustrujący rozważania o naturze miłości niejednoznacznej, niejednorodnej i nieuchwytnej. A co najważniejsze – niezależnej od woli człowieka. Pojawia się, czy tego chcemy, czy nie. W tej pozycji skutecznie zabijającej wyobrażenie romantyczne wykreowane w literaturze oraz filmie i sprowadzającej na twardy grunt realiów.
Historie zawarte w niej, pomimo swojej różnorodności, nie wyczerpują (wbrew tytułowi) tematu. Ośmielam się twierdzić, że żadna z nich nie sięgnęła dna cierpienia, nawet jeśli kończyła się samobójstwem. Jest taki rodzaj miłości, która nie ma „kibiców”. Ukryta w sercu tak głęboko, że nawet osoba nią obdarzona o tym nie wie i dowiedzieć się nie może. Żyć z takim brzemieniem tajemnicy, bez nadziei na jej spełnienie się i nie popełnić samobójstwa w jej omotaniu, usidleniu i otumanieniu, to sytuacja, w której wrogiem staje się... sama miłość. By przeżyć, trzeba ją zabić. Każdy, kto jej doświadczył wychodzi z tej potyczki wzmocniony, ale i kaleki. Jednak, jak mówi poeta Alfred Tennyson – Lepiej kochać i miłość utracić, niż nie zaznać jej nigdy.
Ale to temat na zupełnie inną książkę!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wszystko z miłości [Megan Gressor, Kerry Cook]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję
A rekomenduję własną publikację
A w lipcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 1074 tytułów
Mój top czytanych w 2017
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi