Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
sobota, 15 lipca 2017
Tajemnice wichrowych wzgórz - Eryk Ostrowski

Tajemnice wichrowych wzgórz: prawdziwa historia Branwella i Charlotte Brontë – Eryk Ostrowski ; przekłady Dorota Tukaj
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 800 stron
Literatura polska



Link

   Takim obrazem umieszczonym we wstępie zaciekawił mnie autor. Jakby w środku był niedokończony albo... wymazany. I dokładnie tak jest. To obraz niezwykły, ponieważ namacalnie dowodzący wyroku skazującego na całkowite zapomnienie osoby Patricka Branwella Brontë wydanego przez jego siostry. Po rekonstrukcji przywracającej mu pierwotny wygląd w miejscu smugi nieokreślonego cienia stoi jego postać. Tę swoistą karę skazywania na zapomnienie, często stosowaną w starożytności pod nazwą duminatio memoriae, historia literatury, według autora, zna tylko jeden przypadek osoby, wobec której zastosowano duminatio memoriae. To Patrick Branwell Brontë, brat trzech słynnych sióstr pisarek. Decyzję podjęła najstarsza, Charlotte, świat ją zaaprobował, a nielicznych, którzy przedstawili dowody w obronie jego dobrego imienia i geniuszu, konsekwentnie zbywano milczeniem.

   Autor postanowił to zmienić!

   Wprawdzie we wstępie dokładnie określił cel swojej publikacji – ukazanie logiki ich wzajemnych wpływów, zjawiska zaistnienia wspólnego geniuszu połączonych intelektów – to dla mnie ta opowieść (tak, opowieść, a nie opracowanie!) była kompilacją biografii i analizy literackiej oraz twórczości pozaliterackiej toczona przez nietypowego badacza – krytyka literackiego i poety, który przyjął rolę nieustępliwego, dociekliwego detektywa z wrażliwością artysty zauroczonego historią niezwykłego rodzeństwa.

   Powstał miód na moje czytelnicze serce!

   Autor odkrył przede mną wiele tajemnic plebanii położonej wśród wichrowych wzgórz. Sekrety ujawniał powoli, stopniując napięcie do ostatniej kropki tekstu. Zdradzę tylko dwa. Pierwszym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że Charlotte i Emily miały brata równego, a może nawet przewyższającego ich talenty. Drugim była teza autora, że to ich brat napisał znane prawie wszystkim Wichrowe wzgórza.  Początkowo odnosiłam się do tej „rewelacji” sceptycznie, ale w miarę czytania, które pochłonęło mnie totalnie, zaczęłam zmieniać zdanie, by po zamknięciu książki być o tym przekonaną. Pod biografią ukryty jest rzeczowy, logiczny jej dowód potwierdzający przyjętą tezę. Autor pomny zasady trzymania się faktów i dostępnych dokumentów, powołał się na biografie gloryfikujące Charlotte oraz te nieliczne, oddające sprawiedliwość jej bratu. Wykorzystał fragmenty utworów literackich, w tym nigdy nietłumaczonych na język polski, na świecie znanych jedynie wąskiej grupie badaczy, licznie i obszernie cytowanych (niektóre nawet w całości), by ukazać styl narracji rodzeństwa. Ich podobieństwo, ale przede wszystkim różnice. Przywoływał wypowiedzi, wspomnienia, listy osób znających rodzeństwo, a także samych Brontë, by podkreślić przeinaczenia i ustalić nowe fakty. Poszerzał wiedzę literacką o informacje psychologiczne, medyczne i społeczne. Poświęcił obszerną część publikacji na analizę obrazów namalowanych przez Branwella, z których część umieścił na końcu książki, a niektóre mogłam obejrzeć w jednej z galerii, do których linki podsunął mi w obszernej bibliografii.

A wszystko po to, by wypunktować sprzeczności, wskazać rozbieżności i błędy we wnioskowaniu, zarzucić zafałszowanie informacji i nadinterpretację faktów, wręcz intencjonalne dążenie do utrwalenia negatywnego wizerunku Branwella przez większość biografów i badaczy. Autor nie potępia tego zjawiska,  przyjmując je raczej jako wyzwanie i problem do rozwiązania, by ustalić genezę Wichrowych wzgórz i ich autorstwa. Znaleźć przyczynę ostracyzmu najpierw rodzinnego, a potem społecznego i literackiego, którego inicjatorka, Charlotte, była mu przecież najbliższą duszą i umysłem z trójki żyjącego rodzeństwa.

   Po prostu poznać prawdę!

   Przy okazji stworzył obraz człowieka niezwykłego. Bohatera romantycznego, który, przy bliższym poznaniu, nie miał w sobie nic z romantyzmu. Młodego mężczyzny o wielu talentach, których nie rozwinął z kilku powodów, w tym przedwczesnej śmierci. Geniuszu, który nie powinien pozostać w ukryciu, ponieważ zasłużył sobie na miejsce w literaturze pod własnym imieniem. Z tego powodu to bardzo ważna, bo odkrywcza i odważna w poglądach pozycja. Wręcz rewolucyjna w odniesieniu do zmowy milczenia brontëanistów stojących po stronie oficjalnej wiedzy.

   Stworzył również nietypową biografię.

   Autor nie podążał śladami jego losów, ale tropami jego twórczości, dla której życie było tłem, uzupełnieniem, bazą, genezą albo odniesieniem. Powiązana z dorobkiem artystycznym jego sióstr budowała obraz rodziny na plebanii, zmagającej się z „ciasnotą” miejsca dla ich ponadprzeciętnych umysłów. Niezwykłego uporu w dążeniu do zaistnienia w literaturze. Nieustannych prób przebicia się przez mur zasad tworzenia literatury ówcześnie pożądanej przez krytyków, którzy nie widzieli w niej miejsca na dzikość obyczajów, gwarę prostych ludzi i kolokwializm językowy. Którzy odmawiali prawa bytu emanującym w powieści nieujarzmionym emocjom, wypełniającym po brzegi również tę publikację. Totalnie mnie pochłonęły, podnosząc temperaturę  opowieści biograficznej do stanu podgorączkowego powieści sensacyjnej z wątkami tragicznego mezaliansu i dramatu egzystencjalnego. Tkwiłam po uszy w atmosferze rozległych, wietrznych wrzosowisk, plebanii i kościółków z cmentarnymi nagrobkami!

   Nierozerwalność ukazanego życia Branwella i powieści Wichrowych wzgórz uderzała!

   To również zasługa autora i jego wrażliwości poetyckiej. Wypełniał moją wyobraźnię, podsuwając mi swoje wyobrażenia doniosłych, ważnych lub niezwykłych chwil w życiu poety, prozaika i malarza. Poparte licznymi szkicami sytuacji, fotografiami bohaterów, zdjęciami miejsc wydarzeń, tworzyły niezwykłą bliskość chwil intymnych w spotkaniach z umysłem autora.

Narracja, którą się posługiwał, chwilami przypominała język bohaterów, zarówno w szyku zdań, jak i w doborze pojęć lub wyrażeń współcześnie już nieużywanych. Nadawało to przekazowi charakterystyczną melodyjność, w którą wsłuchiwałam się z ogromną przyjemnością. Miałam nieodpartą ochotę jeszcze raz zajrzeć do Wichrowych wzgórz! Wiem, że odbiorę ją już zupełnie inaczej – pełniej. Ze świadomością męskiego pióra, wątków autobiograficznych, doświadczonych przeżyć oraz kontekstów zawartej w niej symboliki. Autor otworzył mi dodatkowe, ale najważniejsze drzwi do pełnego, prawdziwego odbioru powieści. Ujrzeć jej dotychczasową płytkość i ograniczoność w kontekście tego opracowania to kolejne zaskoczenie.

   Jestem zauroczona tą, nie napiszę biografią, ale opowieścią o tajemnicach mieszkańców angielskich wrzosowisk w początkach XIX wieku.

   Książkę wpisuję na mój top książek czytanych w 2017 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Tajemnice wichrowych wzgórz [Eryk Ostrowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

W grudniu 2016 roku powstał film o rodzeństwie Brontë. Ciekawa jestem, jak przedstawiono w nim Branwella?

sobota, 22 kwietnia 2017
Wszystko jak chcesz – opracowała Anna Król

Wszystko jak chcesz: o miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego – opracowała Anna Król
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza , 2017 , 528 strony
Literatura polska

Kochanie. Oczywiście ludzie widzą w tym obrzydlistwo, same obrzydlistwa, ale Ty wiesz, my widzimy – głęboką przyjaźń, głęboką miłość dwóch mężczyzn, która ma olbrzymią wartość, już przez to samo, że istnieje.
Zaczynając lekturę listów miłosnych Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego, obiecałam sobie, że spojrzę na nie jego oczami. Bez uprzedzeń, homofobii i seksizmu. Będę ponad to i zapomnę o dwóch mężczyznach, starając się ujrzeć przede wszystkim miłość dwojga ludzi. Miłość człowieczą. Zdziwiłam się, jak łatwo mi to przyszło. To nie moja zasługa. To zasługa Jarosława Iwaszkiewicza. Dotarł nie do mojego rozumu, ale emocji. Tego uniwersalnego języka międzyludzkiego, który mówi wspólnym, jednym głosem. Jednako w sprawach sercowych i bez podziału na płeć.
Był tylko człowiek i jego uczucia.
Zanim jednak dotarłam do listów, zapoznałam się z bogatym aparatem informacyjnym książki. To bardzo ważna część, bo wyjaśniająca i uzupełniająca podstawową wiedzę czytelnika o Jarosławie Iwaszkiewiczu. Dla mnie wręcz niezbędna. W ten sposób autorka opracowania zadbała o moje świadome czytanie, bądź co bądź, bardzo intymnej korespondencji, opisującej rzeczywistość zupełnie obcych mi ludzi i miejsc, a mających ogromne znaczenie do pełnego zrozumienia opisywanej znajomości. Jej okoliczności, wątków i zachowań. Dlatego na początku umieściła wykazy miejsc i postaci opowieści z krótkimi biogramami, kalendarium znajomości adresata i nadawcy oraz tekst wprowadzający, opisujący nie tylko znajomość bohaterów listów, ale również przyczyny i proces powstawania książki. Na końcu umieściła notę wydawniczą. Autorka opracowania nie do końca była pewna, czy powinna opublikować te listy. Pełna wahań i licznych konsultacji ostatecznie zdecydowała się na ten krok. Przytoczyła wiele argumentów przemawiających za upublicznieniem ich. W tym momencie wahałam się, czy przyznać jej rację. Miałam takie same wątpliwości, jak ona i mnóstwo pytań, z których najważniejszym było – Czy Iwaszkiewicz życzył sobie, by korespondencja z Jerzym została upubliczniona? Po lekturze listów jestem przekonana, że uczyniła słusznie.
Z wielu powodów!
Nasuwały mi się one w trakcie czytania. Po lekturze było ich całkiem sporo – kulturowe, biograficzne, literackie czy historyczne. Nie będę ich analizowała, pozostawiając przyjemność ich odkrywania następnym czytelnikom. Dodam, że jednym z najważniejszych było to zdanie pisarza, które świadczyło o tym, że liczył się z taką możliwością w przyszłości – Jerzy, nie rób mi jakich świństw, bo to już wszystko należy do historii, nie okaż się świnią wobec potomności, o to jedno Cię błagam, abyś na stronicach mojej biografii zjawiał się zawsze piękny i szlachetny, „mój Jurek”, a nie bestia, z której będą drwili (a raczej ze mnie). Dostrzegał nawet możliwość zarobienia na nich przez dzieci Jerzego, troszcząc się o losy listów – Czy je chowasz? Pamiętaj, że za parę [skreślone i poprawione] kilkadziesiąt lat Piotruś będzie mógł je sprzedać po dobrej cenie. Wszystkie listy autorka opracowania podzieliła na trzy rozdziały – listy pisane za życia do Jerzego Błeszyńskiego, listy pośmiertne do niego oraz listy niedatowane. Łącznie 252. Niektóre z nich nie były listami w pełnym znaczeniu tego pojęcia, ale dedykacją w książce lub telegramem przytaczanym w formie fotografii.

 

 

Autorka opracowania w wykazach miejsc i postaci świadomie użyła określenia „opowieść”. Ten zbiór listów miłosnych dokładnie tak odczytywałam – jak dramatyczną opowieść miłosną zmierzającą ku śmierci ukochanego. Talent pisarza, jego zdolność przelewania myśli i uczuć na papier, erudycja, oczytanie i wreszcie mądrość życiowa człowieka u schyłku życia, przepojone wyjątkowo dojrzałą miłością do Jerzego, uczyniły z listów nie tylko zbiór epistolograficzny, a właśnie opowieść o narodzinach wyjątkowego uczucia i jego rozwoju od zauroczenia i pożądania do wymiaru duchowego, w którym erotyzm pod koniec znajomości liczył się najmniej, a o którym nadawca napisał – Nie jest to ani miłość, ani przyjaźń, a tym bardziej nie perwersja, jest to największe osiągnięcie, na jakie się może zdobyć ludzka natura. Dla uproszczenia tego, co piszę, będę to nazywał „miłością”. Taką miłość chciałem Ci dać, taką miłość chciałem Ci pokazać, w takie przestrzenie chciałem Cię porwać. Wyznania szczere do bólu, obnażające człowieczeństwo w ikonie ówczesnych lat, a i teraz, współcześnie, stojącą w panteonie uznanych pisarzy, nie poniżyły go w moich oczach. Patrzę na okładkowe zdjęcie pisarza z ogromnym, nie wiem, czy nie głębszym niż wcześniej, szacunkiem. Tak szalonej miłości, ale i bardzo dojrzałej w tym „upupieniu”, jak zwykł mawiać pisarz, życzyłabym każdemu. Miłości, która nie miała prawa zaistnieć, bo dzieliło ich wszystko – wiek (czterdzieści lat różnicy!), podejście do życia, priorytety, pozycja społeczna, status majątkowy, rozwój intelektualny, charakter, pochodzenie i cele w życiu.
A jednak wydarzyła się!
Trwała do końca dwudziestosiedmioletniego życia Jerzego, który zmarł w dawnym szpitalu gruźliczym w Turczynku, a którego współczesne zdjęcia otwierały kolejne rozdziały książki.

 

 

To tutaj, w drewnianej, nieistniejącej już kostnicy pożegnał miłość swojego życia. To właśnie tą sceną, przejmującą intymnością i nieodwracalnością, autorka opracowania rozpoczęła moje wprowadzenie w emocjonalny świat obu mężczyzn, którego tajemnicę próbowałam odkryć. A i tak pozostała dla mnie nieodgadnioną, bez możliwości zdefiniowania jej i ujęcia jej istoty w paru zdaniach. Nadal tkwi we mnie poczucie jej skrytości, nieokreśloności i nieuchwytności. Może dlatego, że obserwowałam ją subiektywnie i jednostronnie umysłem i emocjami Jarosława Iwaszkiewicza? Mimo że listy były do Jerzego, o Jerzym i całe nim przepełnione, nie ja jedna tak ją postrzegałam. Dla pisarza też stanowiła zagadkę, tak samo, jak sam Jerzy. Próbował wszystko wyjaśnić i dopowiedzieć w listach pośmiertnych, kontynuując nie tylko rozmowę z ukochanym, ale i „śledztwo” wyjaśniające wszystko to, co mu się przydarzyło. Ostatecznie poddał się.
Dla mnie też taką pozostała.
Nadal niezrozumiała, mimo że obnażona, przeanalizowana, poniżana i poniżająca, wyzwalająca cały wachlarz skrajnych emocji od złości do uwielbienia, od rozpaczy do wybaczenia, zmuszająca do żebrania o chociaż jeden wyraz w liście, o jedno słowo przez telefon, jedno spojrzenie podczas spotkania, łyk powietrza niesionego widokiem twarzy i stale błagalna w tonie – Zmiłuj się, zatelefonuj jutro. To wszystko minie, zbyt szybko minie, ale na razie ja nie mogę oddychać bez Twojego głosu. Potrzebny mi jest jak powietrze. Błagam Cię o jedno słowo – więcej nic. Przynosząca tyleż szczęścia, co i bólu. Tego ostatniego chyba nawet więcej.
Błogosławiona i przeklęta!
A mimo tego koszmaru, w którym tkwił, nie żałował jej zaistnienia. Jej przydarzenia się właśnie jemu, starzejącemu się mężczyźnie. Bez niej twórczość pisarza byłaby mocno okrojona i uboższa. Miał tego świadomość, pisząc – Jesteś mi wszystkim: kochankiem i bratem, śmiercią, życiem, istnieniem, słabością i siłą... a przede wszystkim siłą, czymś, co podtrzymuje we mnie resztki życia i daje złudzenie młodości, co mi pomaga patrzeć na liście, tęczę, kwiaty i piękne kobiety – co tworzy zasadniczą plecionkę mojego życia, a na czym dopiero wyrosła moja twórczość, cały mój byt. Jednak dla mnie nie to było najistotniejsze w tych listach. Wyniosłam z nich dla siebie coś dużo cenniejszego – lekcję mądrego kochania. Siły rozumu ujarzmiającego głupie i kapryśne emocje. Miłości altruistycznej, bezinteresownej biorącej górę nad tą egoistyczną. Ale też i rozpaczliwej, bolesnej, rozdzierającej, raniącej walki o dokładnie taki jej wymiar.
Najcenniejsze było to, że każdy czytelnik może wynieść z tych listów coś innego.
Wszystko zależy od tego, czego będzie w nich szukał. Ja szukałam człowieczeństwa ponad podziałami i znalazłam je. Iwaszkiewicz – bohater tej książki – nie staje się po zakończonej lekturze gorszą wersją Iwaszkiewicza wielkiego pisarza. Staje się natomiast jego wersją prawdziwą – człowiekiem tak słabym i tak silnym jednocześnie, że nie można przestać go podziwiać. Zwłaszcza w kontekście rzeszy ludzi popadającej w depresję lub odbierającej sobie życie z miłości niespełnionej lub nieakceptowanej społecznie. W tym również osób homoseksualnych.
Mam jednak żal do autorki opracowania, że tak szybko poddała się w swoim dochodzeniu do osób jeszcze żyjących, będących świadkami znajomości bohaterów listów. Ostatecznie uznała ten rozdział za zakończony i zamknięty. To sygnał dla badaczy twórczości pisarza, że wiele wątków w tym temacie jest jeszcze do odnalezienia, odkrycia i wyjaśnienia.
Na koniec uwaga techniczna.
Spodobał mi się pomysł wyróżnienia aparatu informacyjnego kolorem pomarańczowym. Niestety, wieczorową porą, przy sztucznym oświetleniu, okazał się zabójczy dla oczu.

 

 

Wielką ulgą dla czytelnika byłby jego jaśniejszy, bardziej pastelowy odcień.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
niedziela, 16 kwietnia 2017
Irena Tuwim: nie umarłam z miłości – Anna Augustyniak

Irena Tuwim: nie umarłam z miłości: biografia – Anna Augustyniak
Wydawnictwo Trzecia Strona , 2017 , 272 strony
Literatura polska

W jakiejż innej odsłonie ujrzałam tutaj Juliana Tuwima!
No i proszę! Zrobiłam to, co wielu przede mną – skupiłam się na bracie Ireny Tuwim, spychając siostrę w jego cień. A przecież to ona była bohaterką tej opowieści. Dlatego cicho sza! Ani słowa więcej o bracie! Będzie o Irenie. Nie chcę użyć pojęcia biografia, chociaż taką niezaprzeczalnie była również i taki też podtytuł wyraźnie widnieje na tytułowej okładce książki. Mój opór przed określaniem tego opracowania biografią, wynika z wrażenia niestosowności nadania mu jakiegoś encyklopedyczno-naukowego sztychu. Nie zaprzeczam, że i taki był, bo być musiał, ale nie górował i nie dominował nad całością.
Dla mnie to przede wszystkim przepiękna opowieść.
Autorka wykorzystując ogrom zgromadzonej wiedzy i poznanych faktów z życia rodziny Tuwimów, których źródła można zweryfikować w dołączonej do książki obszernej bibliografii, stworzyła emocjonalną historię losów kobiety jaśniejącej własnym, twórczym blaskiem, ale w cieniu brata. Niezorientowanym, mogłoby się wydawać, że blaskiem odbitym od Juliana Tuwima. Równolegle ukazała dzieje rodziny intelektualistów obciążonych żydostwem. Pomimo asymilacji i zmiany nazwiska z Towim na Tuwim, szkalowano ich. Zwłaszcza Juliana, jako osobę publiczną i znaną. O skali nienawiści i antysemityzmu świadczą przytoczone przez autorkę cytaty – Tuwimer Żyd” to „talent przetwórczy”, który „nie pisze po polsku, a tylko w języku polskim”, to „Jojne Tuwim z Gęsiej ulicy”, co „cuchnie cebulą”, a sławę „wyszachrował po gudłajsku” i wiersze jego „paczą psychikę polską”. Dzisiaj wiersze uwielbiane przez dzieci, a nawet dorosłych, wtedy niechętnie widziane w polskich domach i szkołach, domagano się, aby z elementarza wycofać utwory Tuwima, bo Żyd nie będzie uczył polskich dzieci! Trzeba spalić jego książki i powiesić go. Żądamy dla Tuwima szubienicy.
Zamarłam!
Dzisiaj, ciężko było mi przebrnąć przez tę falę słownej, publicznej agresji, a cóż dopiero jego matce. To stąd brała się praprzyczyna jej obsesji stymulowanej przez czarne znamię na policzku syna, która doprowadziła ją do obłędu. Autorka to psychiczne obciążenie rodziny potrafiła oddać na każdej stronie opowieści, ukazując jej destrukcyjny wpływ na psychikę matki (choroba psychiczna), brata (stany depresyjne) i samej Ireny. Dla mnie to również kolejny element smutnego, bo antysemickiego oblicza Polski przedwojennej i losów jej ofiar. Wsłuchiwałam się w te dzieje Polski, Ireny i jej rodziny, zupełnie nie odczuwając podziału na rozdziały porządkujące treść. Traktowałam je raczej jako wymuszone (nie lubiłam, gdy ktoś mi przerywał spotkania z autorką i jej bohaterką) antrakty w długiej, bolesnej, przejmującej opowieści na złapanie oddechu, zrobienie sobie herbaty i przemyślenie tego, co właśnie przeczytałam, poznałam, dowiedziałam się i odczułam. Błądziłam razem z autorką po epoce międzywojnia i czasach odradzającej się po wojnie Polski, po rodzinnych ścieżkach bliskich Ireny Tuwim i jej znajomych ze środowiska artystycznego, uzupełniając wiedzę o tamtych czasach oraz ludziach je tworzących intelektualnie, obyczajowo i artystycznie. Zaglądałam również do życia i mieszkań ludzi zwykłych, wśród których dorastała, obserwując z nią innych mieszkańców wspólnego podwórka: stolarza Lauke godzinami piłującego drzewo, kaszlącego przy tym suchotniczo, aż huczało jak w studni; wyschniętego na wiór pijaka-epileptyka Petzolda, wracającego co dzień po fajrancie w granatowej bluzie roboczej przepasanej rzemieniem, z kijem do podpierania się w ręku, przez co wyglądał jak upiór Solskiego” i jeszcze „Kowalskich wylewających pomyje do rynsztoka, ich córkę Bronkę, i starą Cymerową i wielu, wielu innych. Wszystkich odnajdywałam w jej wierszach, prozie i listach, których fragmenty cytowane przez autorkę niczym kolejne wypowiedzi, uzupełnienia, mimowolne wtrącenia tworzyły przepiękną, wielogłosową aranżację znajdywanego materiału w źródłach dokumentalnych. Całości dopełniały liczne zdjęcia umieszczone nawet na wyklejce książki.

 

 

Delikatna, wrażliwa kobieta otrzymała dzięki temu subtelną, empatyczną oprawę, w której ujrzałam niezwykle silną, wbrew pozorom, osobę. Stojącą wyprostowaną wśród wielu pogiętych i potrzaskanych psychicznie osobowości, która pozwoliła sobie na słabość dopiero po śmierci ostatniej z nich. Jednostkowy, wyjątkowy los z pokolenia wojny, który oszczędził jej Holokaustu, bo zdążyła wyemigrować z Polski. Jednak pomimo tego, nie uznałam jej za osobę szczęśliwą. Takie nie określają siebie epitetem życiowego bankruta.
Takie nie chcą u schyłku swego życia popełnić samobójstwa.
Pochylam się nad jej sugestywnym, emocjonalnym, wszechstronnym portretem i zastanawiam się – dlaczego chciała odebrać sobie życie? Miała wszystko i osiągnęła to, o czym marzy wielu. Do dzisiaj jest cytowana słowami z Kubusia Puchatka, którego była tłumaczką. To dzięki Irenie Tuwim mamy „to, co tygrysy lubią najbardziej”, „małe co nieco”, „wszystkich krewnych i znajomych królika”. A mimo to – Zawsze o sobie myślała negatywnie. Żydowska dziewczynka z niezbyt zamożnej rodziny, siostra kogoś wyszydzanego z powodu znamienia na policzku, córka matki chorej psychicznie, żona homoseksualisty, bezdzietna kobieta, rozwódka, która znów nie jest szczęśliwa i ponownie żona alkoholika z neurozą. Czuła się niespełnioną.
Dlaczego?
Odpowiedź tkwi w podtytule – nie umarłam z miłości. Jej brak miał moc unicestwiania wszystkich pozytywnych wydarzeń, radości i osiągnięć, na które ciężko pracowała przez całe życie. Szukała jej w swojej twórczości i w swoim życiu. I nigdzie, i nigdy nie zajadzie tyle, ile potrzebuje. Nawet w niezwykle silnej więzi i miłości do brata.

 

 

Była nietuzinkową postacią w świecie literackim, nieprzeciętną kobietą, a jednocześnie tak zwykłą w swoich pragnieniach, potrzebach i oczekiwaniach. Autorka zaangażowanym stylem przekazu nie tylko zapoznała mnie z zapomnianą współcześnie sylwetką poetki, pisarki i tłumaczki, ale przede wszystkim uczyniła mi ją bardzo bliską. Dobrze znaną osobę, która choć nie umarła z miłości, umarła ze strachu, z poczucia zagrożenia. Opuszczona, wzgardzona, słaba i chora, rozbiła się jak „szklanka co spadła na kamienną podłogę”. Pozostałam z poczuciem pustki po osobie, której nie zdążyłam podziękować za to, że była. Wiem, że to absurdalne, ale dokładnie takie uczucia pozostawiła we mnie ta historia, po której miałam nieodpartą potrzebę przytulenia jej bohaterki.
Tak emocjonalnie odebrałam tę opowieść.

 

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 01 kwietnia 2017
Wszystko z miłości – Megan Gressor , Kerry Cook

Wszystko z miłości: 38 romansów wszech czasów – Megan Gressor , Kerry Cook
Przełożył Tomasz Bieroń
Wydawnictwo Poradnia K , 2017 , 328 stron
Literatura australijska

Miłość niejedno ma... cierpienie!
Z jednej strony uskrzydla, ale z drugiej te skrzydła podcina. O tych twardych realiach jej wzniosłego przeżywania jest ta książka. Zwłaszcza gdy przydarzy się osobom znanym, nietuzinkowym, do miłości nieodpowiednim, czyniąc z niej mezalians. Wtedy najbardziej zainteresowani przeżywają huragan, tornado i piekło emocji, nierzadko prowadzących do śmierci, a reszta świata śledzi ich romans, jak romantyczną powieść lub film.
A ona nie ma z nimi nic wspólnego!
Wystarczy przyjrzeć się 38 romansom znanych par zebranych w tej publikacji.

 

 

Podzielonych na sześć rozdziałów otwieranych portretem wybranych kochanków i pogrupowanych według profesji lub dziedziny ich działalności, daje przegląd historii najsłynniejszych związków począwszy od biblijnych i królewskich, poprzez ludzi pióra i sztuki, na polityce i zauroczeniach hollywoodzkich skończywszy.
Każda z nich inna!
Wyjątkowa, nietuzinkowa i niepowtarzalna tak, jak osoby ją przeżywające. Podobna i zbieżna w jednym – w poświęceniu, by ją móc przeżywać zgodnie z sercem lub rozumem. Cokolwiek bohaterowie nie wybierali, koszt zawsze był ten sam – ogrom cierpienia. To on wywoływał burze miłosne, które stawały się dla mnie opowieściami kryminalnymi, jak u gangsterskiej pary Bonnie i Clyde’a. Skandalami towarzyskimi, jak u pary homoseksualnej Oskara Wilde’a i Alfreda Douglasa, których uczucie, ujmując eufemistycznie, nie śmie wymówić swojego imienia. Wydarzeniami politycznymi, jak u Aung San Suu Kyi i Michaela Arisa. Motywacjami zabójczymi jak u pary samobójców Księcia Rudolfa i Marii Vetsery. Historiami sensacyjnymi, jak u Romana Polańskiego i Sharon Tate. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, uzupełniając listę bohaterów również o biografie w niej nieujęte.
Wszystkie przeciekawe!
Uzupełniające znane mi losy z przekazów historycznych i współczesnych mediów o nieznany dotąd punkt spojrzenia tak, jak historia trójkąta księżnej Diany, księcia Karola i Camilli Parker Bowles. Jednak dla mnie główną bohaterką tych emocjonujących i emocjonalnych opowieści była... miłość. Jej szerokie spektrum odcieni i barw nasyconych szaleństwem i zdrowym rozsądkiem. Popychająca do działania i powstrzymująca od niego. Podtrzymująca przy życiu i nakazująca go sobie odebrać. Bogaty materiał dobrze ilustrujący rozważania o naturze miłości niejednoznacznej, niejednorodnej i nieuchwytnej. A co najważniejsze – niezależnej od woli człowieka. Pojawia się, czy tego chcemy, czy nie. W tej pozycji skutecznie zabijającej wyobrażenie romantyczne wykreowane w literaturze oraz filmie i sprowadzającej na twardy grunt realiów.
Historie zawarte w niej, pomimo swojej różnorodności, nie wyczerpują (wbrew tytułowi) tematu. Ośmielam się twierdzić, że żadna z nich nie sięgnęła dna cierpienia, nawet jeśli kończyła się samobójstwem. Jest taki rodzaj miłości, która nie ma „kibiców”. Ukryta w sercu tak głęboko, że nawet osoba nią obdarzona o tym nie wie i dowiedzieć się nie może. Żyć z takim brzemieniem tajemnicy, bez nadziei na jej spełnienie się i nie popełnić samobójstwa w jej omotaniu, usidleniu i otumanieniu, to sytuacja, w której wrogiem staje się... sama miłość. By przeżyć, trzeba ją zabić. Każdy, kto jej doświadczył wychodzi z tej potyczki wzmocniony, ale i kaleki. Jednak, jak mówi poeta Alfred Tennyson – Lepiej kochać i miłość utracić, niż nie zaznać jej nigdy.
Ale to temat na zupełnie inną książkę!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 18 lutego 2017
Upór i przekora – Rachel Swaby

Upór i przekora: 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat – Rachel Swaby
Przełożył Krzysztof Kurek
Wydawnictwo Agora , 2017 , 311 stron
Literatura amerykańska

52 kobiety, które odmieniły naukę i świat.
Taki podtytuł widnieje na okładce książki, po przeczytaniu którego od razu pomyślałam o Marii Skłodowskiej-Curie. Uznanej za życia dwukrotnej noblistce. Szybko przejrzałam spis treści podzielony na 7 rozdziałów odpowiadającym różnym dziedzinom nauki. Ku mojemu zaskoczeniu, nie znalazłam jej w nim.
Zrozumiałam, że nie o takich kobietach będzie tutaj mowa.
Autorka miała zupełnie inną koncepcję tej książki. Założyła, że jej głównym celem będzie oddanie tą publikacją sprawiedliwości dotychczas ignorowanej części historii świata, którą współtworzyły również kobiety, a o których historia głucho milczy. Nawet obecnie, w XXI wieku. Nie tylko milczy, ale nadal dyskryminuje. Rolą tej "wojującej” pozycji miało być nie tyle nawet przypomnienie czy wydobycie z mroku konkretnych kobiet, ile stałe przypominanie o nich z myślą o współczesnych naukowczyniach poszukujących wzorców postępowania w swojej dziedzinie. Dlatego głównym kryterium doboru kobiecych postaci były znaczące osiągnięcia naukowe, które miały decydujący lub rewolucyjny wpływ na rozwój nauki, ich nowatorskie idee, przełomowe odkrycia oraz punkty widzenia doprowadziły do wstrząsających – również w sejsmologicznym znaczeniu – zmian naszego postrzegania świata oraz to, że są zupełnie zapomniane. Chociaż do dzisiaj korzystamy z ich wynalazków, odkryć i teorii. Nierzadko ratujących życie milionom tak, jak osiągnięcia biochemiczki, noblistki w dziedzinie fizjologii lub medycyny, Gertrudy Belle Elion, o której jej przełożony powiedział – za pięćdziesiąt lat okaże się, że Trudy Elion uczyniła w sumie więcej dla polepszenia ludzkiej kondycji niż Matka Teresa. Tacy przełożeni niestety byli wyjątkami. W nauce trwała ostra rywalizacja, rzadziej współpraca, między naukowcami. Pisał o tym Bronisław Malinowski w swoich listach zebranych w Historii pewnego małżeństwa i widziałam wyraźnie ten problem w powieści biograficznej o twórcy teorii ewolucji - Opowieść o Darwinie. Kto przejmowałby się w tej walce kobietami!? Zwłaszcza w czasach, kiedy nie miały nawet prawa wyborczego i obowiązywał je zakaz studiowania lub pracowania na uczelniach wyższych, a o ewentualnych ich osiągnięciach opinię publiczną jeszcze w 1964 roku informowano na łamach czasopism w ten sposób – Nagroda Nobla dla brytyjskiej żony. Co autorka nie bez irytacji skomentowała – zupełnie jakby Crowfoot Hodgkin odkryła złożone struktury substancji biochemicznych przypadkiem podczas cerowania skarpet męża. Może dlatego grafika okładkowa tej książki przekornie „wyhaftowana” jest nitką.

 

 

Włącznie z odtworzeniem lewej strony „tkaniny” pełnej supełków , wystających nitek i z igłą wbitą w robótkę.

 

 

Właściwie, po przeczytaniu tych 52 krótkich, nierzadko tragicznych, biografii naukowych Brytyjek, Amerykanek, Francuzek, Niemek, Włoszek, Austriaczek, Dunki, Kanadyjki, Rosjanki, Czeszki i Chinki, to cud, że w ogóle otrzymywały nagrody za życia, a Nagrodę Nobla w szczególności. Fakt, że czasami na to uznanie musiały długo czekać. Genetyczka Barbara McClintock Nagrodę Nobla otrzymała trzydzieści dwa lata po wielkim odkryciu, acz początkowo powszechnie ignorowanym. Patrząc na przeszkody, jakie stwarzało im życie w społeczeństwach patriarchalnych, silnie zdominowanych przez mężczyzn, trzeba było być kobietą z niezwykłym samozaparciem, uporem, przekorą (jak w tytule), konsekwencją i poświęcającą się całkowicie nauce. Często kładącą życie osobiste i rodzinne, a nawet własne, na szali nauki. By być spełnioną. By pod koniec życia powiedzieć tak, jak wspomniana już Barbara McClintock – Miałam pasjonujące i ogromnie satysfakcjonujące życie.
Chciałam zrozumieć je.
Chciałam dowiedzieć się, dlaczego te kobiety, które niedojadały i nierzadko głodowały, ciężko pracowały w laboratoriach nawet w ostatnim stadium wyniszczającej je choroby, mieszkały w skrajnych warunkach, pomijano w nagrodach uznaniowych i awansach, okradano z dorobku naukowego, wykluczano z grona naukowców, bez pensji, godziły się na to wszystko? Odpowiedzi dostarczyła mi fizyczka Maria Goeppert – Jeśli naprawdę kocha się naukę – wyznała – to pragnie się jedynie kontynuować pracę oraz neurobiolożka Rita Levi-Montalcini – Moment, w którym przestajesz pracować – stwierdziła pewnego razu – to moment, w którym umierasz. Mocne słowa!
W tym tkwiła tajemnica ich tytanicznej siły.
To ona spychała na dalszy plan potrzebę uznania, dyskryminację, poniżenie, wykluczanie i warunki pracy. Liczyła się tylko nauka i możliwość jej uprawiania. Jeśli takiej nie miały – godziły się na uwłaczające warunki albo tworzyły laboratorium we własnej sypialni. Autorka, by uniknąć wrażenia encyklopedyczności w biografiach, wyposażyła je w elementy z życia osobistego i nieformalnego wychodzące poza ramy naukowe. Często cytowała wypowiedzi naukowczyń lub ludzi nauki o nich. Nadała w ten sposób szkicom naukowym charakteru miniopowieści o osobowościach niezłomnych, które momentami nabierały cech dramatu lub sensacji.
Dla mnie na pewno odkrywczymi.
Poszerzającymi nie tylko wiedzę (znałam tylko trzy osoby), nadającą konkretnym osiągnięciom twarz i nazwisko (których świadomie nie wymieniam, by pozostawić smak odkrywania i zadziwień innym czytelnikom), ale przede wszystkim optymizm i wiarę, że każdy może osiągnąć w życiu swój cel, który sobie postawił. Wystarczy do tego już połowa determinacji bohaterek tej publikacji, by udało spełnić się. Mamy przecież dużo łatwiej niż nasze poprzedniczki. A co najważniejsze – nie potrzeba do tego wyjątkowych uzdolnień. Według Annie Jupm Cannon, wybitnej uczonej w dziedzinie astronomii – To żaden geniusz ani nic podobnego, to jedynie cierpliwość.
Cierpliwość i praca.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 10 grudnia 2016
Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat – Maria i Przemysław Pilichowie

Wielcy polscy podróżnicy, którzy odkrywali świat – Maria i Przemysław Pilichowie
Wydawnictwo Muza Sport i Turystyka , 2016 , 447 stron
Literatura polska

Mieliśmy wielu wielkich podróżników!
To dziedzina trochę pomijana (jeśli nie zupełnie!) w rankingach najbardziej zasłużonych Polaków, w których na pierwsze miejsce wysuwają się literatura, nauka, muzyka czy nawet sport. Taka refleksja nasunęła mi się po lekturze tego opracowania i po skojarzeniu faktu, że o polskich podróżnikach, i o ich ogromnych dokonaniach dla nauki, zdarzało mi się dowiadywać ze wspomnień współczesnych globtroterów opisujących polskie ślady w odwiedzanych krajach. Takim totalnym zaskoczeniem była dla mnie postać Ignacego Domeyki przywołana przez Jarosława Fischbacha w O jeden ląd za daleko, który był i nadal jest bohaterem narodowym Chile, traktowanym do dzisiaj przez jego obywateli niemalże tak, jak osobę świętą.
Nie jest on wyjątkiem.
Wystarczy zajrzeć do słownika biograficznego polskich podróżników. Zrobili to autorzy tego opracowania i napotkali problem, który można ująć w retorycznym pytaniu – jak spośród ponad 600 nazwisk wybrać tylko kilkadziesiąt? Jakimi kryteriami przy tym się kierować? Autorzy po długich i trudnych naradach wybrali 33 podróżników zarówno bardzo znanych, jak i zupełnie zapomnianych, sugerując się ich zasługami dla poznania świata i rozwoju światowej nauki. Byłam bardzo ciekawa efektu tej trudnej selekcji. Kto zasłużył sobie na upamiętnienie w ich publikacji?
Szybko przejrzałam spis treści!
Spośród wymienionych nieobce mi było 12 nazwisk. Ale jakież to było moje ich znanie! Wiele z nich kojarzyłam tylko z nazwami geograficznymi wysp, mórz czy szczytów, jak Paweł Strzelecki, Krzysztof Arciszewski czy Aleksander Czekanowski. Inne znałam z zupełnie odmiennych dokonań – literackich (Czesław Centkiewicz, Wacław Korabiewicz) i historycznych (Mikołaj Radziwiłł, Jan Potocki), a Maurycego Beniowskiego przypominał mi jedynie poemat Juliusza Słowackiego Beniowski, nie wiedząc (o zgrozo!), że to nie jest osoba fikcyjna! Część zapamiętałam z opisów współczesnych podróżników, jak wspomniany wcześniej Ignacy Domeyko. Bardzo dobrze znałam jedynie Bronisława Malinowskiego i Bronisława Grąbczewskiego. Nadrabiając brak wiedzy w tej dziedzinie, zdążyłam sięgnąć po listy tego pierwszego ujęte w opracowaniu Historia pewnego małżeństwa i wspomnienia tego drugiego zawarte w Podróżach po Azji Środkowej. W swoich poszukiwaniach mogłam więc korzystać albo z encyklopedii, albo z opracowań biograficznych lub autobiografii.
To opracowanie jest formą pośrednią między informacją encyklopedyczną a rozbudowaną monografią.
Z tej pierwszej zachowało biogram przedstawiający podróżnika, jego pochodzenie i wykształcenie, trasę i kierunki wypraw, dokonania naukowe lub odkrywcze. Z tej drugiej zachowało temat nadrzędny, wątki osobiste, rodzinne oraz nawiązania współczesne upamiętniające ich osobę. To z tych ostatnich dowiadywałam się, gdzie nadano imię wybranego podróżnika miejscom lub instytucjom, jakie filmy i publikacje na ich temat powstały, jakie imprezy kulturalne lub sportowe ich imienia organizowano, a nawet, w jaką grę planszową można dzięki ich podróżom zagrać. Autorom udało się tę rozproszoną wiedzę zebrać przy każdym nazwisku, bogato ilustrując tekst fotografiami oraz zdjęciami map, rękopisów, a nawet rysunków samych podróżników.

 

 

Każdy rozdział rozpoczynali krótkim wstępem ogólnie zapoznającym z jego bohaterem, mottem (nierzadko jego autorstwa) oraz portretem.

 

 

Całość ułożyli chronologicznie, zaczynając od wieku XIII, na współczesności kończąc.
To była bardzo dobra decyzja.
Układ alfabetyczny nie oddałby obrazu ukazującego bardzo ważne aspekty ujęte w tle opowieści o podróżniku, a widoczne dopiero po przeczytaniu całości. Dzięki linearności w czasie mogłam śledzić zmienność kierunków podróży i ich przyczyny (zesłania Polaków na Syberię lub wybory indywidualne), powodów wypraw (polityczne, naukowe, osobiste), wyborów postaw wobec własnej tożsamości pod zaborami i w czasie rządów komunistycznych, rozwoju techniki i technologii mających wpływ na sposób i czas podróży, wiedzy - kto i gdzie był pierwszy, ponoszonych konsekwencji zdrowotnych (zarówno fizycznych jak i psychicznych), by dojść do jednego wniosku – jak wiele jest jeszcze do odkrycia, mimo że tak wiele już odkryto. W dużej mierze dzięki Polakom.
Zawirował mi ten świat!
Autorom udało się przekazać nie tylko ogrom wiedzy na temat dziedzictwa i spuścizny naukowo-badawczej Polaków, ale również ich pasję podróżowania, ekscytację nauką, ducha wypraw, niezłomności pioniera, by poznać nieznane i nazwać nienazwane. W każdym rozdziale czekała na mnie inna przygoda, kierunek podróży, trasa wyprawy, różnorodność osiągnięć i tajemnica odkrywania niezwykłego człowieka, z których największą był i nadal jest (ale w innym już znaczeniu) Jan z Kolna z XV wieku. Co ciekawe, nadal pozostający nie do końca poznanym, mimo że namalował go Jan Matejko, pisał o nim Stefan Żeromski, powstał dramat, książka dla dzieci, została nawet skomponowana opera Jan z Kolna. Interesowali się nim uczeni nie tylko polscy, ale też duńscy, francuscy, a nawet peruwiańscy. Te wszystkie opisy, wizerunki, teorie to jednak tylko fantazja.
To kolejny atut tego opracowania!
Autorzy starali się zamieszczać tylko rzetelną wiedzę, obalając mity, narosłe legendy czy dopowiadając niedomówienia. Docierali do wielu źródeł (nierzadko sprzecznych w podawanych faktach), by zbudować jednoznaczną prawdę. Jeśli nie byli jej pewni lub jej w ogóle nie zdobyli – pisali o tym wprost. Tym samym sugerowali kierunki własnych poszukiwań nie tylko czytelnikom, ale i pasjonatom podróży planującym wyprawy śladami pionierów – Polaków podróżników, odkrywców i badaczy.
A jest z czego wybierać!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Wielcy polscy podróżnicy, krórzy odkrywali świat [Maria Pilich, Przemysław Pilich]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 01 sierpnia 2016
Okrążyć słońce – Paula McLain

Okrążyć słońce – Paula McLain
Przełożyła Anna Rojkowska
Wydawnictwo Między Słowami , 2016 , 397 stron
Literatura amerykańska

Wikimedia

 

Beryl Markham - nieprzeciętnie odważna kobieta!
Szukałam w jej opowieści biograficznej źródeł tej nieprzeciętności i odwagi pójścia pod prąd budujących jej indywidualizm i niezłomną osobowość w dążeniu do obranego celu, w realizacji podejmowanych przedsięwzięć, w życiu według własnego planu i zasad, w wyborach moralnych bez konieczności słuchania kogoś, kto mówi ci, co możesz, a czego nie możesz, w ignorowaniu konwenansów i łamaniu norm społecznych, by zostać pierwszą na świecie trenerką koni w wieku osiemnastu lat, pierwszą na świecie licencjonowaną pilotką z rekordowym przelotem nad Atlantykiem i by zabić nienarodzone dziecko.
Była wolna!
Ale za tę wolność, za te własne ścieżki życia w ukochanej Afryce lat 20. XX wieku, słono płaciła. Każdy sukces okupiła cierpieniem. Każdy wybór przynosił straszne konsekwencje ekonomiczne lub psychiczne. Każda decyzja wiązała się z ogromnym ryzykiem porażki i stratą. Jej życie było pasmem naprzemiennych upadków i powstań, któremu zawsze towarzyszyła maksyma – Nowe jest dobre, choć może sprawiać ból.
Nigdy się nie poddawała!
Miała naturę wolnego człowieka ukształtowaną przez nietypowe dzieciństwo – bez matki, z samotnym ojcem, afrykańskim hodowcą koni, który wychował ją na kobietę silną oraz samowystarczalną i wśród dzieci afrykańskiego plemienia, w którym nauczyła się rozkwitać, gdy spotykała się z niewiarą innych.
Chciała i była panią swego losu!
Ze wszystkiego, co otrzymała w smutnym okresie dorastania, ale na swój sposób szczęśliwym, na afrykańskiej farmie ojca, z determinacją korzystała w życiu dorosłym, które w jej przypadku zaczęło się zamążpójściem z rozsądku w wieku 16 lat. Uważała, że kłopoty i niedostatek miłości czyni z nas człowieka, a nie niszczy. Najciekawsze jednak w tej historii jest to, że o tej niezwykłej kobiecie nie ma najmniejszej wzmianki w powieści Pożegnanie z Afryką Karen Blixen. A przecież była jej przyjaciółką i kochanką jej partnera Denysa Fincha Hattona. Zawiłe życie, uwikłane w intymne relacje trójki u stóp słynnych gór Ngong, opowiadane przez Beryl nabrało innego wymiaru i ukazywało duńską pisarkę z zupełnie innej perspektywy i strony. Na pewno dopełniało całości słynnej powieści.
Trochę zazdrościłam Beryl.
Nie tyle tej wywalczonej wolności, ile siły, by znosić tego konsekwencje, by za każdym razem być sfinksem powstającym z ruin kolejnego etapu życia. Może dlatego w żadnym miejscu opowieści nie oceniałam jej, a tym bardziej nie potępiałam. Nawet wtedy, gdy jej decyzje i wybory budziły we mnie sprzeciw.
To zasługa autorki powieści.
Oddała głos Beryl, która w szczery i emocjonalny sposób poprowadziła opowieść, bym mogła nie tylko poznać źródła kształtowania się osobowości, ale przede wszystkim ją zrozumieć. Jej niemożność wpasowania się w angielskie sfery afrykańskiej kolonii, jej niekonwencjonalne postępowanie, umiłowanie wolności i przede wszystkim bezgraniczną miłość do Afryki, poza którą nie wyobrażała sobie życia. Wypełniając bohaterkę i jej losy emocjami, chciała, abym i ja poczuła to samo.
I czułam!
I widziałam piękno Afryki jej oczami. Chociaż nie do końca dałam się temu urokowi zwieść. Z własnych doświadczeń podróżniczych wiem, ile kryło się za malowniczo opisanymi pejzażami trudu, lęku, determinacji, niepewności, a czasami i niebezpieczeństwa. Może dlatego miała we mnie wiernego kibica przy każdym szalonym pomyśle, przy każdym niepowodzeniu i kolejnej klęsce.
I uczyłam się!
Bo to jest bardzo wzmacniająca, budująca i inspirująca opowieść. Dodająca sił w ciężkich chwilach i otuchy w sytuacji bez wyjścia. Ale przede wszystkim ostrzegająca – możesz osiągnąć wszystko, ale licz się z tego konsekwencjami.
Coś za coś! – mówi autorka poprzez biografię kobiety, która nie bała się płacić za wolność.

 

Okrążyć słońce [Paula McLain]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
środa, 27 lipca 2016
Paryska żona – Paula McLain

Paryska żona – Paula McLain
Przełożyła Anna Rojkowska
Wydawnictwo Między Słowami , 2016 , 397 stron
Literatura amerykańska

Wolałbym umrzeć niż zakochać się w kimś innym niż Hadley.
Te słowa wypowiedział Ernest Hemingway pod koniec życia o swojej pierwszej żonie, Hadley Richardson. Z żaru miłości, jaki tkwił w tym stwierdzeniu, pozostała tylko pewność jej istnienia. Związek przetrwał zaledwie kilka lat. Pojawiły się następne kobiety, kolejne żony i nowe kochanki, a mimo to Ernest Hemingway nie odnalazł szczęścia, kończąc je samobójstwem. Historię swojego paryskiego małżeństwa, którego czas trwania w większości spędzili w Paryżu, opisał w Ruchomym święcie. Autorka postanowiła sięgnąć głębiej, do emocji bohaterów i dać nowe spojrzenie na wydarzenia historyczne, pozostając jednocześnie wierna faktom, a głos narratora oddać tym razem Hadley.
Powstała pięknie opowiedziana monografia ich małżeństwa.
Historia związku od momentu poznania się, w którym oboje wierzyli, że różnica wieku nie jest przeszkodą (on miał 21 lat, a ona 29), a małżeństwo, wbrew powszechnemu braku wiary w jego sens po traumie I wojny światowej, daje jednak wiarę w przyszłość i w przeszłość – że historia, tradycja i nadzieja mogą trwać zespolone i pomóc w życiu. Byli parą wyróżniającą się na tle paryskiej bohemy, żyjącej w ułudzie stałości związków, wśród licznych zdrad i trójkątów o różnej orientacji seksualnej, tkwiącej w teraźniejszości, by nie myśleć o tym, co jutro, a co dopiero o tym, co „na zawsze”.
Ernest i Hadley postawili na małżeństwo.
I o rozpadzie tego związku, na tle obyczajów w sferach, gdzie artysta rozpustnik to był niemal banał, ale nikogo to nie bulwersowało. Jak długo robił dobre, ciekawe albo sensacyjne rzeczy, mógł mieć setkę kochanek i do woli rujnować im życie. Nie do przyjęcia były tylko wartości mieszczańskie, małe, zwyczajne, jak prawdziwa miłość czy dziecko, opowiada Hadley. O trwaniu przy boku męża-pisarza, próbując pogodzić wszystkie priorytety i wartości obojga. Jego oczekiwania i jej potrzeby. O powoli umierających marzeniach i nadziejach. O odkrywaniu błędu rozumowania w utożsamianiu miłości z jednością ciał i dusz. O niedotrzymywaniu obietnic, których nie należało wypowiadać głośno. Ale też historia o trudnych początkach stawania się znanym pisarzem. O krętej i kapryśnej drodze do sławy i uznania. O synu uciekającym od rodziny, a zwłaszcza apodyktycznej matki. O mężu próbującym pogodzić swoją naturę wolnego i niezależnego artysty ze zobowiązaniami małżeńskimi zabijającymi żar uczucia. O mężczyźnie niepotrafiącym kochać tylko jednej kobiety, bo lubił wszystkie, a Paryż był pełen pociągających kobiet ze świeżymi twarzami i pięknymi nogami. I wreszcie o dumnym, porywczym człowieku, dręczonym przez koszmary wojny, której był uczestnikiem. Autorka taktownie oddała mu głos w kilku miejscach poprzez narratora zewnętrznego, uzupełniając opowieść Hadley. O tych wszystkich składowych, budujących ostateczny portret trudnego, dramatycznego i burzliwego związku, z góry determinujących jego nieuchronny koniec.
Na swój sposób jednak szczęśliwy.
Wpisany w klimat Paryża lat 20. XX wieku i na tle przemian ekonomicznych, obyczajowych, kulturowych oraz wydarzeń politycznych. Jednak dla mnie najciekawszą stroną ukazania paryskiego świata artystów nie był sam styl życia, ale kontakty Hemingwayów z ówcześnie mniej lub bardziej popularnymi postaciami. Obecnie znanymi i uznanymi. Wspomnę tylko o takich sławach, jak James Joyce, Ezra Pound, Gertruda Stein, Mike Strater, Edward O’Brien czy Scott Fitzgerald. Widziani oczami Hadley byli tylko ludźmi ze swoimi wadami, zaletami, sukcesami, marzeniami, problemami czy porażkami. Hadley, jak uważna obserwatorka, kreśliła skomplikowany system powiązań zależności, sympatii i niechęci, a nawet wrogości między członkami towarzystwa. Przytaczała opisy zdarzeń i wydarzeń z ich życia, których nie znajdę w publikacjach biograficznych. Powieść mogła sobie pozwolić na ten nietaktowny ekshibicjonizm tajemnic i sekretów. Wypełnić ludzi znanych z kart historii literatury emocjami, wydobywając z cienia Ernesta Hemingwaya przede wszystkim najważniejszą kobietę jego życia, która dla ludzi badających jego biografię i twórczość była tylko jedną z żon i wielu kobiet.
Paryską żoną.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Paryska żona [Paula McLain]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Przede mną kolejna powieść biograficzna tej samej autorki, która tym razem przeniesie mnie do Afryki.

sobota, 11 czerwca 2016
Spowiedź Hitlera – Christopher Macht

Spowiedź Hitlera: szczera rozmowa z Żydem – opracował i do wydania przygotował Christopher Macht
Wydawnictwo Bellona , 2016 , 287 stron
Literatura polska

 

Taką sensacyjną informację przeczytałam na tylnej okładce książki. Ten wywiad został rzekomo (dlaczego rzekomo? - wyjaśnię później) odnaleziony i opracowany przez autora tej publikacji, Niemca z polskimi korzeniami, który jako historyk zainteresował się pożółkłymi kartkami wręczonymi mu w tajemnicy przez babcię. Były to notatki doktora Eduarda Blocha, osobistego lekarza Adolfa Hitlera i jego rodziny, który opiekował się jego umierającą na raka matką.

 

 

W nagrodę za te zasługi Führer nazwał go szlachetnym Żydem i obdarzył zaufaniem, pozwalając mu na przedśmiertny wywiad z prawem do publikacji po jego śmierci. Miała to być (dosyć swoista!) spłata długu wdzięczności. Doktor zgodził się na tę propozycję, komentując absurdalność sytuacji w ten sposób - doszło do historycznego paradoksu, w którym największy na świecie pogromca mojego narodu postanowił zaufać wrogowi, przedstawicielowi niższej rasy.
Wywiad trwał z przerwami kilka dni.
Doktor przyjeżdżał do siedziby sztabu Adolfa Hitlera w berlińskim bunkrze, by móc zadać pytania, na które rozmówca obiecał szczerze odpowiadać. Spotkań odbyło się jedenaście. Każde poświęcone innemu tematowi – dzieciństwu i dorastaniu, trudnym latom w Wiedniu i w więzieniu, udziałowi w I wojnie światowej, źródłom światopoglądu prowadzącego na szczyt władzy, dziełu życia Mein Kampf, II wojnie światowej, eksterminacji ludzkości, kobietom i seksie, zamachom, a nawet okultyzmowi. Zawierały wiele wątków mało znanych lub nieznanych, wręcz sensacyjnych, zwłaszcza tych dotyczących osobistej, a nawet intymnej sfery życia przywódcy III Rzeszy.
Pochłonął mnie ten wywiad!
Jednak przez cały czas prowadzonego dialogu niepokoiła mnie jedna myśl, która od początku zasiała we mnie zwątpienie w autentyczność spotkań. Pojawiła się już w pierwszym rozdziale, w którym doktor Eduard Bloch wyjaśnia okoliczności jego uwięzienia na pięć lat w berlińskim hotelu Adlon w 1940 roku, którego nie mógł opuszczać pod groźbą kary wysłania do obozu koncentracyjnego, aż do wywiadu w ostatnich dniach przed kapitulacją w kwietniu 1945 roku. I te jego podejrzane dojazdy z hotelu do bunkra Führera, kiedy wokół toczyły się walki, a Rosjanie byli już w Berlinie – były dla mnie bardzo wątpliwe. Zwłaszcza że niedawno czytałam Pięć dni które wstrząsnęły światem Nicholasa Besta ukazujące dokładnie, dzień po dniu, ostatnie chwile z życia Adolfa Hitlera aż do popełnienia przez niego samobójstwa.
Zaczęłam szukać w książce wyjaśnień.
Nie znalazłam ich we wstępie ani w epilogu, który utwierdzał mnie, że sięgając po tę książkę, należy pamiętać, że jest to literatura faktu, która zawsze sprawia kłopot. Wszystkie badane przeze mnie ślady sprawiały wrażenie lub utwierdzały mnie, że mam do czynienia z autentycznym dokumentem. Dopiero wypatrzona informacja umieszczona drobnym drukiem na odwrocie strony tytułowej rozwiała moje wątpliwości i podejrzenia:

 

 

I wszystko jasne!
Może i fikcja, ale ograniczona do formy przekazu - wywiadu i obudowy-opowieści jego odnalezienia. Treść to fakty. Autor poświęcił na ich zgromadzenie kilka lat, pisząc – Nim napisałem pierwsze zdanie, wchłonąłem kilkadziesiąt książek i obejrzałem drugie tyle filmów. (...) Poznawałem swego bohatera z każdej strony. Czytałem wszystko na jego temat – również opinie bardzo kontrowersyjnych historyków. Kreśląc każde ze zdań, zadawałem sobie pytanie: Czy on naprawdę powiedział te słowa? Jeśli pojawiały się w mojej głowie wątpliwości, w postaci nawet małego ziarenka, rezygnowałem. Chcąc wejść w psychikę Hitlera, poznawałem jego styl wysławiania się, korzystałem z pomocy psychologów, czytałem archiwalne opinie jego lekarzy. Ponadto wszystkie ujęte fakty i wypowiedzi mają swoje źródła w opracowaniach historycznych, które potwierdza dołączona do książki obszerna bibliografia, a w której wypatrzyłam czytane przeze mnie Dziennik sprzeciwu Friedricha Kellnera i Seks w III Rzeszy Anny Marii Sigmund.

 

 

Dodatkowo treść ilustrują oryginalne fotografie Adolfa Hitlera, jego współpracowników i najbliższych,

 

 

dane statystyczne,

 

 

oraz cytaty umieszczane na szarym tle dotyczące Adolfa Hitlera, zjawisk społecznych czy konkretnych wydarzeń historycznych, wypowiadane przez niego samego lub najbliższe i dalsze mu osoby, a zaczerpnięte z odezw, książki Mein Kampf lub innych publikacji.
Dzięki tej bezpośredniej formie przekazu i tym uwiarygodniającym go zabiegom, autor stworzył żywą osobę opowiadającą swoje życie. Ożywił kontrowersyjną postać historyczną, nadając mu charakterystyczny styl wypowiadania się i rozmowy z inną osobą, sposób traktowania ludzi z otoczenia, włącznie z opisem jego nawyków i przyzwyczajeń. Mężczyzny o silnym przekonaniu o własnej wyjątkowości i byciu wybranym przez Boga, by nieść światu światłość i doprowadzić do tego, by naród niemiecki stał się rasą panów. Ale czy człowieka? Bo mam silne wrażenie, że właśnie o to autorowi między innymi chodziło. Jestem w tej ocenie ostrożna, bo przeciwna humanizowaniu tyranów, morderców i dyktatorów.
Czy jest sens tworzyć takie paradokumentalne opowieści?
Sam autor, obawiając się potraktowania tej książki jako lektury propagującej nazizm, już na początku publikacji umieścił ostrzeżenie z taką treścią - Przed lekturą dalszych stron chciałbym wyraźnie oznajmić, że moim celem nie jest rozpowszechnianie i propagowanie nienawiści, a niniejszy utwór powinien być więc traktowany jedynie jako publikacja udostępniająca wiedzę wydobytą z sensacyjnych zapisków doktora Blocha czyli ze źródeł podanych w bibliografii. Dlatego na moje pytanie odpowiada pośrednio, umieszczając ten cytat:

 

 

Traktuję tę pozycję jako historyczną ciekawostkę literacką.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
wtorek, 22 grudnia 2015
Selfish – Kim Kardiashian West

Selfish – Kim Kardiashian West
Wydawnictwo Rizzoli International Publications , 2015 , 446 stron
Literatura amerykańska

Celebrytoza ogarnęła również kulturę.
Taką opinię przeczytałam w wywiadzie z Pawłem Goźlińskim Nie jesteśmy czytelniczym wygwizdowem. Ale marudzić musimy na temat książek wydawanych przez celebrytów. Zdanie wyjęte z kontekstu może nabrać wydźwięku negatywnego. Jednak w kontekście dalszej wypowiedzi bohater wywiadu daje takim publikacjom szansę, twierdząc – Jeśli jest to książka celebrytów, to już trudno, zawsze jest to punkt wyjścia do dalszych przygód czytelniczych.
I w tym momencie całkowicie zgadzam się z rozmówcą.
Nie od razu czyta się książki z górnej półki, a nawet w ogóle nie czyta się od razu dużo i wszystko. Od czegoś trzeba zacząć. Niech to będą komiksy, niech to będą „harlekiny” czy inne romanse i niech to będą „produkty książkopodobne”, bo tak nazywa rozmówca książki podobne do tej pozycji wydanej przez znaną celebrytkę amerykańską. Spojrzałam na tę publikację właśnie z punktu widzenia Pawła Goźlińskiego, który kontynuuje myśl – żeby te książki były po ludzku napisane, żeby do czegoś wartościowego zachęcały.
Poszperałam więc w tej pozycji w poszukiwaniu jakichkolwiek wartości.
Właściwie albumu fotograficznego wydanego w formie książki, która na pewno niesie ze sobą wartości estetyczne. Jest na co popatrzeć i doznać przyjemności czerpanej z ludzkiej urody. Pięknie wydanej, w twardej oprawie, z kredowanym papierem porządnie zszytym w trzonie, by mogła służyć oglądaniu przez lata. Pod seksowną obwolutą kryje się ascetycznie biała okładka.

 

 

A na niej tylko imię autorki i sugestywny tytuł, określający osoby samolubne, egocentryczne, skupione na sobie, ale jednocześnie przez świadome jego użycie, podkreślający dystans do samej siebie. I chociażby za to już ją polubiłam. Zdjęcia w albumie posegregowała chronologicznie, zaczynając od pierwszego w życiu selfie w 1984 roku.

 

 

To jedyne zdjęcie z dzieciństwa, bo lata następne 2006-2014 to już czas młodej kobiety. Na początku jeszcze panny kuszącej wdziękami wszystkich, potem narzeczonej inspirującej swojego chłopaka, a potem męża takimi odważnymi zdjęciami,

 

 

by zakończyć oglądanie albumu zdjęciem ślubnym już jako pani West.

 

 

W zdecydowanej większości selfie są bardzo dobrej jakości. Wykonywane w różnych miejscach i sytuacjach – podczas sesji fotograficznej, nakładania profesjonalnego makijażu, na siłowni, w podróży, z psem i kotkiem, w ubraniu i w bikini, które są jej ulubionymi ujęciami, ze znajomymi, przyjaciółmi i rodziną, a także w łazience. To ostatnie należy do ukochanych miejsc do robienia selfie. Najlepiej w bikini albo bez. Te roznegliżowane, znajdują się w osobnej części, która w trzonie książki odznacza się szarym paskiem.

 

 

Publikowane na czarnym tle nadają im atmosferę intymności, a według autorki – tajemniczości. Półmrok je okalający to idealne warunki do oglądania urody jej ciała w śmiałych odsłonach w skąpym bikini, bieliźnie, w mokrym podkoszulku i topless. Bardzo erotyczne, jeśli weźmie się pod uwagę sugestywny układ dłoni lub pozę ciała. Publikuję tylko jedno ze względu na cenzurę stosowaną przez Fotobucket, w którym przechowuję swoje zdjęcia, a który już raz skasował zdjęcia ilustrujące mój tekst na temat książki Historia nagości. Pokażę więc najbardziej niewinne, bo jest szansa, że go portal nie usunie.

 

 

Oglądając selfie, dowiedziałam się również dokąd Kim jeździ na zakupy i na wakacje, na czym polega jej praca, z kim się spotyka, jaką ma rodzinę, jak wygląda rano po przebudzeniu

 

 

i jak bez makijażu, gdy ulegnie poparzeniu słonecznemu:

 

 

A przede wszystkim, jak dba o siebie i nie zmienia się mimo upływu lat i po urodzeniu dziecka. Dziewczyna z 2006 roku niczym nie różni się od kobiety z 2014. Większość zdjęć krótko opisała drobnym, czytelnym pismem. Teksty dłuższe, podobne do tego komentarza poniżej, to rzadkość.

 

 

Co zatem wartościowego znalazłam w tym albumie?
Przede wszystkim kobietę bez kompleksów, szczęśliwą, pewną swej urody, która potrafi to wykorzystać w show-biznesie i, jak wyjaśniła mi moja córka – „zdjęcia są odważne, ale uświadom sobie, że nie ma tam pornografii albo przemocy, są tylko zdjęcia kobiety pewnie czującej się w swoim ciele”. Zatem osobę spełnioną jako kobieta, matka i żona.
Czy nie o to chodzi kobietom na całym świecie?
Oczywiście to pytanie retoryczne. Pozostaje nadal otwarte pytanie, czy należy to osiągać taką drogą, jaką obrała Kim? Ekshibicjonizmu, pornografii (to, co dla jednego nią nie jest, dla drugiego już jest) i w jakimś sensie prostytucji – wszak sprzedaje swoje ciało. Wprawdzie wirtualnie, bo nakręciła również śmiały film, ale jednak. A z drugiej strony – jest podwójnym produktem społeczeństwa, na który istnieje popyt – na nią, jako celebrytkę i na jej produkty. W tym przypadku na album z jej selfie. Ponoć bestseller za granicą, jak poinformowała mnie moja zaprzyjaźniona młodzież, a który trafił do mnie pośrednią drogą z mediolańskiej, firmowej księgarni wydawnictwa Rizzoli.
Autorka daje to, czego ludzie się od niej domagają.
I jakoś mnie to nie cieszy. Raczej przeraża mnie społeczeństwo kupujące takie „produkty”. Dramat? Paweł Goźliński przewrotnie zauważa – To w ogóle nie jest kwestia dramatu - przecież nie wymrzemy jako naród, jeśli nie będziemy czytać. Owszem, będziemy głupsi, będziemy mniej samodzielni w myśleniu, będziemy mniej konkurencyjni, będziemy mieli gorsze życie seksualne, gorsze życie rodzinne - ale to nie problem, prawda?
Nie problem?

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z wywiadu Nie jesteśmy czytelniczym wygwizdowem. Ale marudzić musimy.
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A we wrześniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 967 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi