Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Gejsza z Osaki – Józef Gawłowicz

Gejsza z Osaki – Józef Gawłowicz
Ilustrowała Małgorzata Wierzchoń
Wydawnictwo Hogben , 2016 , 94 stron , wydanie 3 poprawione
Literatura polska

   Otrzymałam zaproszenie!

   Na spotkanie z „wilkiem morskim” o ciekawej przeszłości i chlubnej pracy zawodowej, bo nie tylko pływał po morzach i oceanach świata, ale również był tajnym agentem paryskiej Kultury Jerzego Giedroycia, wykładowcą w szczecińskiej Akademii Morskiej, kapitanem portu w Szczecinie i Świnoujściu oraz dyrektorem szczecińskiego Urzędu Morskiego – jak przeczytałam w zaproszeniu. Ale to, co mnie zainteresowało i skłoniło do jego skorzystania, to napisane przez niego książki o tematyce marynistycznej. Ku mojemu zaskoczeniu, gość spotkania przywitał nas w sali wystawowej pałacu, należącego niegdyś do rodziny Wirtembergów.

Okazało się, że przywiózł ze sobą fragment prywatnej kolekcji.  Mnóstwo przedmiotów i obrazów z podróży po świecie. Wśród nich manuskrypt maronickiej Biblii w skórzanej oprawie napisanej w języku arabskim.

Bajeczny dzban na wino ze złoconej miedzi z emalią pamiętający chińską Dynastię Ming.

Oraz bardzo dużo obrazów, pasteli i grafik artystów z Polski, Brazylii, Urugwaju, Japonii, Chin i Afryki. Każdy ze swoją przeciekawą historią, jak choćby obraz Beduini w walce Alberta Gartmana. Mistrza odmalowywania pyłu bitewnego do tego stopnia, że panie sprzątające myliły ten artyzm z kurzem, który trzeba koniecznie wytrzeć, by obraz „przejrzał”.

Część z tych opowieści opisał i wydał w formie książek. Mnie zaciekawiła historia znajomości z gejszą. Dziewczyna była prezentem Japończyków dla autora za nie całkiem legalne przekierowanie ładunku ziarna kukurydzy do Osaki zamiast do Związku Radzieckiego. Nie przypuszczał, że ten mały sabotaż w czasach komuny stanie się początkiem niezwykłej znajomości. Ponieważ towar okazał się najwyższej klasy, to i wdzięczność Japończyków również. Podarowali mu orjanę, gejszę o wychowaniu księżniczki aż na dwie doby! Opowieść „odwijania” prezentu z opakowania autor zakończył na wspólnej kąpieli, odsyłając zainteresowanych dalszą częścią do właśnie tej książki.

   Tylko kamień nie byłby ciekawy!

   Nabyłam i przeczytałam w bardzo krótkim czasie nie tylko dlatego, że miała objętość nowelki, ale również dlatego, że okazała się ciekawszą i dużo bardziej skomplikowaną historią niż zapowiadał autor. Co ciekawe, to nie były wspomnienia, ale opowieść oparta na faktach i własnych doświadczeniach, którymi obdarzył głównego bohatera, kapitana Pawła Siwickiego. Jego zbeletryzowana, japońska love story miała wszystkie cechy miłości romantycznej, a przez to tragicznej i smutnej. Może dlatego nie opowiedział jej do końca publicznie. Nie było potrzeby rozdrapywać starych ran przed obcymi ludźmi. To wspomnienia bardzo intymne, zatopione nie tylko w kulturze i tradycji japońskiej, ale również w świecie uczuć dwojga ludzi, których dzieliło wszystko oprócz miłości. Niekończącej się szczęśliwie, ale jak mawiają marynarze – życie  każdego marynarza jest łańcuchem niedokończonych miłości. Niespełnionej (co nie znaczy, że nie skonsumowanej!), prawie nierealnej, nie mającej prawa się wydarzyć, ale o której prawdziwości świadczy osoba kapitana, jego wspomnienia i dołączone zdjęcie symbolu ich miłości – kashiry, zakuwki do rękojeści samurajskiego miecza ze złotymi, trzema żurawiami.

   Tragizm miłości ukryty w niepozornym przedmiocie.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 25 czerwca 2017
Instrukcja obsługi solniczki – Szymon Hołownia

Instrukcja obsługi solniczki: felietony z „Tygodnika Powszechnego” – Szymon Hołownia
Wydawnictwo WAM , 2017 , 159 stron
Literatura polska

Otrzymałam zaproszenie!

 Kilka dni wahałam się, czy pójść na spotkanie z człowiekiem, o którym słyszałam – pluszowy katolik, celebryta, lewak. To był również powód niesięgania po żadną z publikacji, jakie wydał. Nie wiem, dlaczego tym razem skusiłam się? Może to był impuls, może moja przekora, a może „palec boży”? Chyba to ostatnie, bo tak musiało być, że ze sceptyka, a teoretycznie według niektórych nawet z wroga, zamieniłam się w wolontariuszkę Szymona Hołowni.
Ale po kolei!
Kiedy już się zdecydowałam na to spotkanie, wpadłam w panikę, że nic nie czytałam z jego opublikowanych pozycji, a ponieważ lubię być przygotowaną do tego typu spotkań, wyprosiłam książkę (za bardzo nie musiałam!) u mojej kochanej bibliotekarki z biblioteki publicznej, bo nie była jeszcze włączona do księgozbioru. Wzięłam pierwszą, jaką wyjęła z kartonu świeżej dostawy książek. Trafił mi się najnowszy zbiór felietonów z Tygodnika Powszechnego pisanych na przełomie lat 2016-2017. Autor trochę wątpił w to „odgrzewanie kotletów”, jak ujął to w swoim fejsbukowym profilu, ale z mojej perspektywy, osoby nieczytającej tego czasopisma, to miało sens. Forma książkowa to jedyny sposób, abym mogła poznać jego poglądy.
Czy było warto?
Nawet bardzo warto! Autor przywrócił mi wiarę w istnienie wierzących katolików próbujących sklejać, a nie dzielić, łączyć, a nie odgradzać się. Byłam zaskoczona samodzielnością, niezależnością i racjonalnością myśli zawartych w tych, dla jednych felietonach, dla innych kazaniach, a dla mnie refleksjach filozoficznych głęboko sięgających do fundamentów religii katolickiej.
Autor jest wierzącym katolikiem.
Nie chcę używać określeń stopniujących, bo dla mnie to podstawowe pojęcie zawiera w sobie wszystko – albo się jest wierzącym z dobrodziejstwem „całego inwentarza”, albo jest się tylko religijnym, wyskubując z ciasta rodzynki, by żyć nie po bożemu, ale po swojemu. Według własnej religii skrojonej na własną miarę. To również pogląd autora, o którym mówił na spotkaniu. Pomijam fakt, że autor często powoływał się w swoich tekstach na Nowy Testament, że nosi przy sobie Biblię i czyta ją w każdej wolnej chwili, bo to jeszcze nie czyni człowieka wierzącym.
On robi dużo więcej!
Wciela w życie fundamentalną zasadę swojej wiary. Tę podstawową. Tę najprostszą przekazaną w ewangeliach i w dekalogu - miłość bliźniego. Teoretycznie tę zasadę ujął i podkreślił w każdym z tych felietonów, które poświęcił współczesnym problemom naszych czasów. Było więc o bezdomnych, emigrantach, roli Kościoła i jego wrogach (niekoniecznie zewnętrznych!), względności biedy, patriotyzmie, papieżu Franciszku, terroryzmie i wielu, wielu innych. Ku mojemu zaskoczeniu, pomimo różnic światopoglądowych szerokości i głębokości amerykańskich kanionów, zgadzałam się z nim.
Mało tego!
Miałam wrażenie, że mówi w moim imieniu. Bronił mnie nawet, swojego „wroga” przed chrześcijańskim „jadem” rozgłośni katolickich! To pierwsze, dobre wrażenie, chociaż nie ono było najważniejsze. A może było, bo u podstaw tych jego wniosków zawsze znajdowała się miłość do drugiego człowieka, kruchość życia i nieuchronność śmierci w każdej chwili, gotowość do dialogu i chęć wypracowania konsensusu do pokojowego współistnienia i współdziałania. Z wszystkimi! Nawet, jak powiedział na spotkaniu, z ojcem Tadeuszem Rydzykiem.
Brzmi słodko!
Może dlatego, że te prawdy stały się hasłami wytartymi przez wielu tylko je wygłaszających (dostało się tutaj i politykom, i hierarchom Kościoła katolickiego!) bez pokrycia w czynach. Autor nie tylko mówi. On je również wciela w życie. Nie bez powodu między felietonami umieścił zdjęcia z komentarzami, które nie miały nic wspólnego z treścią.

Tylko pozornie były całkowicie oderwane od nich, ale po przeczytaniu całości, która była teorią na temat znajdywania środka ciężkości w trudnym życiu i w pokręconym świecie, te zdjęcia pokazywały czyny. Jego konkretną działalność na rzecz drugiego człowieka napędzaną tylko i wyłącznie miłością płynącą z wiary. Wyraźnie mówiły – nie tylko wskazuję, ale daję przykład, jak to robić.
Na spotkanie przyjechał nie celebryta, ale człowiek proszący o wsparcie dla innych.
Chłopak, który pod marynarką miał nie koszulę, ale t-shirt z logo jednego z projektów Przybij piątkę. Osoba z ogromnym poczuciem inteligentnego humoru oraz umiejętnością przekazywania wiedzy i swojej misji?, powołania?, spalania się w imię Boga i dla niego? Właściwie większość spotkania była poświęcona działalności jego dwóm fundacjom:

 Zajrzałam na ich strony internetowe i utonęłam w afrykańskiej rzeczywistości, która jest mi bliska od kilkudziesięciu lat, na kilka godzin. O wsparcie trzeba umieć prosić, bo prośba jest towarem, który w naszym skomercjalizowanym świecie trzeba umieć sprzedać. Szymon Hołownia robi to po mistrzowsku. Świetnie zna zasady public relations, aby dotrzeć do każdego potencjalnego darczyńcy. Dać szansę każdemu na ujawnienie swojej dobrej strony, która jest w każdym, według indywidualnych możliwości poprzez projekty skrojone na miarę każdego człowieka. Spośród wielu form pomocy wybrałam coś dla siebie. Posłuchajcie!

Stąd dołączone dwa banerki w bocznej szpalcie pod hasłem Wspieram i popieram oraz taki obszerny wpis bardziej o działalności autora niż o jego książce. Siła przekazu stron fundacji kryje się również we wszechstronności ukazania działalności z każdej strony i sióstr misjonarek, i autora, ale i samych dzieci poprzez zdjęcia, relacje, filmiki, opisy codzienności, sprawozdania i całkowitą transparentność działań. Faktycznie można dać się wciągnąć w życie codzienne sierocińca Kasisi. Jednak to, co przekonało mnie najbardziej, to konsekwencja Szymona Hołowni w działaniu poprzez miłość niosącą radość podopiecznym obu fundacji. Nie epatuje biedą i chorobami, chociaż są takie, ale porywa radością i szczęściem dzieciaków. Ich śmiech i miłość, jakimi są otaczane przez siostry, energia działania, jaką wnosi autor w ich życie – mówią za wszystko i o wszystkim. Zresztą, po co pisać, skoro można zobaczyć i samemu poczuć:

Więcej argumentów nie było mi potrzeba, by wesprzeć. Zwłaszcza, że ten wulkan energii trzeba podsycać. Autor nie jest psychicznym perpetuum mobile. Wiem to, bo i o chwile zwątpienia padło pytanie z sali. Ma takie, nawet nie chwile i dni, ale całe miesiące.
Jak każdy z nas.
Żałuję, że na spotkanie spóźniłam się. Zapomniałam wziąć ze sobą biblioteczną książkę i musiałam wrócić się po nią, bo liczono na złożenie w niej autografu przez autora. Stąd uchwycenie momentu prośby o wpis dla czytelników biblioteki.

fot.TOK

 I tak stałam się wolontariuszką Szymona Hołowni (chociaż w powszechnym podziale przyjętym przez nasze społeczeństwo, powinnam być jego zajadłym wrogiem i pluć jadem), o czym autor prawdopodobnie się nie dowie, ale jak napisano w Nowym Testamencie Biblii Tysiąclecia – Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa... (Mat. 6:3).
I niech tak zostanie.

sobota, 19 listopada 2016
Nakarmić kamień – Bronka Nowicka

Nakarmić kamień – Bronka Nowicka
Wydawnictwo Biuro Literackie , 2016 , 53 strony , wydanie 2
Literatura polska

Otrzymałam zaproszenie!

 

 

Co za gość! Tegoroczna laureatka Literackiej Nagrody NIKE – Bronka Nowicka.

 

 

Byłam podekscytowana. Nie przypuszczałam, że w trakcie spotkania zamieni się ono w zachwyt osobowością, a raczej umysłem autorki. Dobrze, że wybrałam się na to spotkanie. Uzmysłowiło mi ono, jak można zarżnąć własną interpretacją wiersze. Nie!
Nie wiersze!
To nie są wiersze sensu stricto. Autorka wzbraniała się przed używaniem takiego określenia. Nawet nie etiudy, proza poetycka czy utwory. Wybrała dla nich zupełnie nieliterackie pojęcie – moduły. Jest ich 44 ręcznie wypisanych przez autorkę w Spisie rzeczy.

 

 

Dlatego nie rozmawialiśmy o tomiku wierszy, a o zbiorze modułów. Brzmi matematyczno-fizycznie. I coś w tym jest, bo oddaje styl przekazu autorki opowiadającej o swojej działalności artystycznej, jak i samych modułów. Te ostatnie to tylko literacka cząstka jej twórczego dorobku. Autorka jest reżyserką tworzącą między innymi, i tu pojawiają się dwa jej neologizmy, tomografiki i tomovidea. Medium do ich tworzenia uczyniła tomograf komputerowy. I już wykorzystanie takiego medycznego narzędzia do pracy, intryguje. Powstają z tego obrazy i wystawy, które można obejrzeć w galerii dołączonej do artykułu o niesamowicie przewrotnym, wieloznacznym i sugestywnym tytule Rzeczy istoty. Powstają z tych obrazów również obrazy ruchome – filmy. Prezentacja, którą pokazała na spotkaniu wzmogła mój apetyt na więcej, a który zaspokoiłam w Internecie. Przy tym używała bardzo nasyconego treścią języka – logicznego, skondensowanego, nabrzmiałego emocjami, a przy tym precyzyjnego i klarowanego w przekazie.
To było preludium do modułów.
Ciekawe, odkrywcze, ale i niezbędne uzupełnienie, komentarz i jednocześnie pomoc, by zrozumieć syntezę podejścia do tematyki modułów. By nie zarżnąć ich nadinterpretacją.
Do istoty rzeczy i jednocześnie rzeczy istoty.
Nie człowiek, nawet nie piękno rzeczy martwych, ale brzydkie, stare, powszechne lub zniszczone przedmioty tak, jak lalka na okładce książki. Ale to ona wbrew martwocie, żyje. Tętni emocjami, kłębi się wspomnieniami, boli pamięcią pozostawionymi w niej przez małą dziewczynkę tulącą się do niej w cmentarnym grobowcu w czasie wojny. Stąd tytułowy kamień i dziewczynka (niemalże główna bohaterka, jeśli mogę taką wskazać), która, wkładając go do buzi, próbuje go ożywić, nasączyć, napoić, nakarmić wrażeniami ludzkimi. Jest w tych modułach gęsto od rzeczy i duszno od emocji.
Boleśnie.
Okładkowa lalka to dla mnie nie zniszczona zabawka, ale obraz-wspomnienie w niej przechowywane. Lalka-strach. Każdy moduł to właśnie takie doświadczenie lub historia pełna i skończona, jednak w konfiguracji z pozostałymi tworzą kolejną całość. Nową jakość. Niemalże opowieść o rodzinie – matce, ojcu, prababci, dziewczynce i kamieniu z wątkami, które niczym nić fastrygują ze sobą moduły. Chociaż może powinnam użyć chemicznego określenia – wiązania.
To był dla mnie fascynujący nowym spojrzeniem świat.
Intrygujący też fascynacją autorki, którą potrafiła emocjonalnie i rozumowo podzielić się, przekazać. A nie jest mi łatwo polubić rzeczy, do których się nie przywiązuję, od których stronię, których nie gromadzę, na rzecz ciekawszych dla mnie ludzi. Moimi rzeczami-kamieniami są wpisy, które muszę co jakiś czas wypluć z umysłu, wystukać na klawiaturze, by zrobić miejsce następnym wytrącającym się chemicznie z moich myśli. Totalnie odmienne światy, mój i autorki, i może dlatego mistrzostwo pokazania swojego przez autorkę tak mnie poruszyło. Jego kreatywność i poetyckość. Zwłaszcza zbiór torebek herbacianych po wcześniej wypijanej herbacie z autorką, a potem gromadzonych ze zdjęciami osób ją pijących. O czym więcej w wywiadzie z autorką Chciałabym, żeby żywi ludzie byli mniej martwi.
Ale uwaga!
Można utopić się w bezmiarze tych rzeczy. Chroni nas przed tym nasza skóra. I dobrze! Nie do końca chciałam w nie wsiąkać. Bolała mnie „studia”, zawstydzała „szafa”, kaleczyło „mydło”, przerażały „nożyczki”, by wytchnienie znaleźć pod „stołem” dającym poczucie bezpieczeństwa.
Dobrze, że mam skórę.
Tylko, jakiej grubości trzeba ją mieć, by samemu nie zamienić się w kamień?

 

 

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

 

Nakarmić kamień [Bronka Nowicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Nie udało mi się uchwycić obrazu jakościowo, ale najważniejszy jest głos autorki, która czytała nam swoje moduły.

sobota, 30 lipca 2016
Polska według Czejarka – Roman Czejarek

Polska według Czejarka: przewodnik po miejscach niezwykłych – Roman Czejarek
Księży Młyn Dom Wydawniczy , 2009 , 144 strony
Literatura polska

Otrzymałam zaproszenie!

 

 

Na spotkanie z radiowcem, dziennikarzem, pisarzem, fotografem, podróżnikiem, kolekcjonerem i konferansjerem, jak przeczytałam w środku. Z głosem najbardziej znanym jednak z Radiowej Jedynki i prowadzonych w niej programów.
Zupełnie nie znałam ani głosu, ani człowieka, bo nie słucham radia.
Na skorzystanie z zaproszenia skusiło mnie ostatnie zdanie umieszczonej w nim informacji – „Autor wielu książek poświęconych dawnemu Szczecinowi”. Podczas gdy moja koleżanka rozpływała się w przyjemności słuchania dobrze znanego jej głosu na żywo z wizją jego właściciela gratis, ja odkrywałam, z coraz większym zaskoczeniem, ale i zadowoleniem, że uczestniczę w jednym z najciekawszych spotkań, jakie dotychczas zorganizowała moja biblioteka publiczna.
Randka w ciemno zakończyła się bezgranicznym zachwytem przeciekawą osobowością gościa.
Pomijam przyjemnie brzmiący głos, który słuchacze Radiowej Jedynki dobrze znają, ale ten dar opowieści! Pochłaniający uwagę, sięgający do emocji, z bogatym słownictwem w pięknej polszczyźnie, budujący napięcie i ciekawość – co dalej? W chwilach odzyskiwania poczucia teraźniejszości sprawdzałam, czy nie mam otwartej buzi, jak u zasłuchanego dziecka. Spotkania, które zazwyczaj kończą się po półtorej godzinie, w tym przypadku trwało około trzech! Wyniosłam z niego mnóstwo nieprawdopodobnych, a jednak rzeczywistych opowieści o życiu i świecie oraz ten przewodnik po miejscach niezwykłych, jak brzmi podtytuł. Miałam solidne podstawy przypuszczać, że to, czego doświadczyłam z autorem, odnajdę w książce.
Nie myliłam się!
Jego główną treść stanowią reportaże, kiedyś publikowane w Super Expressie, zawierające niesamowite, tajemnicze, zaskakujące, dziwne lub niewyjaśnione do dzisiaj historie odwiedzanego miejsca. Ich wykaz z podaną stroną ujęto w spisie treści, ale również w formie graficznej umieszczonej na wewnętrznych stronach okładek.

 

 

Umożliwia to szybkie i wybiórcze korzystanie z przewodnika. Wypatrzyłam w nim sześć miejsc, w których byłam – Malbork z krzyżackim zamkiem, Karpacz z kościołem Wang, Trzęsacz z ruinami kościoła, Antonin z drewnianym pałacem i Sobieszów z zamkiem Chojnik zbudowanym na szczycie wysokiej i stromej skały, na który wspinałam się w pocie czoła. Dlatego mogę poprzeć autora i potwierdzić niezwyczajność tych miejsc, ilustrowanych licznymi zdjęciami z przeszłości i współczesnymi.

 

 

Każde miejsce, dla orientacji geograficznej, uwidocznione jest na miniaturowej mapce Polski, tuż pod tytułem reportażu.

 

 

A zaraz pod nią widnieją krótkie, podstawowe informacje encyklopedyczne wyróżnione żółtym tłem, przybliżające tło historyczne obiektu lub miejsca.

 

 

Dla chcących zobaczyć więcej, przy okazji pobytu w danej okolicy, pod każdym tekstem umieszczono na niebieskim tle wykaz miejsc również wartych zobaczenia.

 

 

W efekcie przewodnik w przejrzysty, czytelny, łatwy do skorzystania i w przeciekawy sposób polecił mi 52 miejsca wartych odwiedzin. Gdybym miała stworzyć osobisty ranking, to na pierwszym miejscu znalazłyby się Bolestraszyce z najbardziej niesamowitą i dramatyczną historią (prawdziwą!), jaką słyszałam, a która mogłaby stać się podstawą scenariusza do makabrycznego horroru. Więcej nie zdradzę, ale cytowane zdanie autora ilustruje jego metodę zarzucania haczyków na moją uwagę. Po tak sformułowanym zdaniu, nie mogłam nie skończyć rozdziału, a w konsekwencji oderwać się od przewodnika. I jeśli uważałam, że znam niektóre z opisywanych miejsc tak, jak malborski zamek, to początek opowieści – Z pewnością była to jedna z największych kradzieży w Europie. – rozwiewał tę pewność. Drugim miejscem w moim rankingu byłoby Fojutowo z „wodnym skrzyżowaniem”, na którym mijają się żaglówki i kajaki, nurty rzek nie mieszają się, a lustra wody dzieli od siebie w pionie 11 m! Brzmi nieźle! Ciekawe jak wygląda?! Na trzecim miejscu znalazłby się Węgrów z przeklętym zwierciadłem. Kusi, ale nie wiem, czy odważyłabym się w nie spojrzeć po sporej dawce strasznych historii z nim związanych. A jeszcze miasto, którego nie było, największy wychodek świata, zamek z czubkiem, most z tajemnicą, dwa duchy, krzyże pokutne, zamurowana żywcem i wiele, wiele innych, równie tajemniczo brzmiących historii ze wszystkich zakątków Polski. Każdy znajdzie w nim coś dla siebie i dla bliskich, bo można zwiedzać te miejsca również rodzinnie. Dla szukających inspiracji podróżniczych podsuwam podobne tytuły – Święte świętsze najświętsze Grzegorza Polaka i Polska: daj się zaskoczyć: trasy magiczne Ewy Ziętarskiej.
Ja chcę zobaczyć wszystko!

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Fragment książki

 

 

Próbka stylu opowieści autora.

sobota, 21 maja 2016
Jesteś moim snem – Celina Skiba

Jesteś moim snem – Celina Skiba
Wydawnictwo Biblioteka Telgte , 2016 , 164 stron
Literatura polska

 

Otrzymałam zaproszenie na spotkanie z bardzo płodną poetką.

 

 

Ponad 2.200 wierszy! Tyle autorka ich napisała przez całe swoje życie, a przelewała swoje myśli na papier odkąd pamięta.

 

 

Ten tomik poezji mieści w sobie znikomą ich część. Wszystkie łączy tematyka.
Miłość!
Monotematyczność nie czyni lektury monotonną. Wręcz przeciwnie. Ukazana w niej miłość ma różne oblicza, różne stany rozwoju i etapy zaistnienia.
Jest stan oczekiwania. Wielkiej tęsknoty podszytej smutkiem podmiotu lirycznego - kobiety. Marzenia o jej nadejściu i snów o niej. Stąd tytuł zbiorku. Również zazdrości, że przychodzi do innych, a ją omija, zapomina, odkłada. Ale i nadziei, że warto czekać na szczęście spełnienia i radość z chwili nadejścia.
Jest stan zaistnienia. Wielkiej radości z jej pojawienia się. Jedynej, wiecznej, niezniszczalnej, prawdziwej, nieprzemijającej i wyśnionej. Euforii wyrażonej apoteozą w dwóch wierszach – Miłość jest wieczna i Miłość zwycięża wszystko, przypominających w swojej konstrukcji biblijną Pieśń nad Pieśniami. Uskrzydlającej, której to cechę autorka ujęła metaforycznie w wierszu Wchodzę na wieżę.

 

Wchodzę na wieżę, bardzo wysoko,
Ma kilkaset krętych schodów,
Jest mi bardzo ciężko iść,
Lecz się nie poddam i zwyciężę,
Specjalnie wybrałam tę drogę,
Przynajmniej będę wiedzieć,
Co znaczy pokonywać przeszkody,
Nie żałuję, cieszę się,
Gdy stanę na jej szczycie,
Rzucę się w dół na skrzydłach Miłości,
Którą mnie obdarzyłeś, Przyjacielu,
Ona będzie mnie unosić nad ziemią.
Wchodzę na wieżę, bardzo wysoko,
Stamtąd pofrunę prosto do Ciebie,
Jesteś moim celem w życiu,
Bez ciebie moje życie było bardzo smutne.
Skoczę, by wszyscy widzieli,
Że można latać na skrzydłach Miłości,
Rzucę się w dół, bo chcę poczuć wolność,
Cała przestrzeń będzie moja.
Pofrunę po Ciebie, porwę Cię ze sobą,
Będziemy szybować jak ptaki,
Kocham Cię, Przyjacielu,
Już nic i nikt tego nie zmieni.

 

Czas szczęścia budowania wspólnego sacrum dostępnego tylko zakochanym. Dosłownie, w domu, przed kominkiem i w przenośni, w przestrzeni mentalnej, do której wstęp ma tylko wyśniony partner. Mężczyzna, którego nie nazywa - wybrankiem, miłym, ukochanym, ale Przyjacielem, który obdarza kobietę nie tylko miłością, ale również drugą, najważniejszą po niej wartością – przyjaźnią. To jedyna osoba, która łącząc w sobie te dwie wartości, staje się dla niej drogowskazem, wskazówką, ostoją, azylem, gwarantem bezpieczeństwa i światłem rozpraszającym mrok. Tylko we dwoje, w łączącej ich miłości i przyjaźni, życie nabiera sensu i otrzymuje cel, gwarantując przetrwanie. Nie są w tych uczuciach egoistyczni. Deklarują w wierszu Nastrój miłości:

 

...Nastrój miłości panuje wokół nas,
Chcemy się dzielić nim z tymi,
Którzy nie wiedzą, co to miłość...

 

Zakochanie daje im energię do dzielenia się emocjami ze wszystkimi wokół. Stąd jedyny wiersz skierowany do przyjaciół List do Przyjaciół i jedyny wiersz obdarzający miłością tym razem nie Przyjaciela, a dziecko w Oczach dziecka.
Jest też stan rozpadu. Wielkiego rozstania, bólu odejścia, rozczarowania zawodem i wzajemnym niezrozumieniem. Życia w osobnych światach, ale i prośby kobiety o danie sobie szansy na pracowitą odbudowę sprofanowanego sacrum dwojga, na nadzieję na wspólną przyszłość, ujętą w wierszu Przybądź mi z pomocą:

 

...Trzymaj mnie mocno za rękę,
Przejdź ze mną te trudne chwile,
Obiecuję, odwdzięczę Ci się,
Tylko wyciągnij mnie spod kosy.

 

Te skrajne stany emocjonalne osobno zawarte w wierszach, ale naprzemiennie umieszczane w tomiku, prowadziły mnie od jednej krawędzi do drugiej, od bólu poprzez tęsknotę do euforii. Prosty język przekazu ze skromnym zasobem środków stylistycznych pozwolił na ukazanie siły języka emocji. To on, uniwersalny, rozumiany przez każdego odbiorcę (bo któż nie kochał!?) przemawiał do mnie najmocniej.
Co ciekawe!
Autorka twierdziła, że nie pisała tych wierszy pod wpływem emocji. Wszystkie, oprócz dwóch, stworzyła, dopisując treść do wymyślonego tytułu. Empatia gromadząca uczucia w pamięci i zdolność ich przywoływania w chwili pisania to tajemnica warsztatu literackiego poetki.

 

 

Ten zbiorek jest nie tylko brzemienny miłością, to również symbol miłości najbliższych do autorki,którzy sprawili jej prezent, finansując jego wydanie. I bardzo dobrze się stało! Czasami potrzeba takich spotkań przypominających w biegu życia, że miłość wprawdzie odchodzi, ale i przychodzi, że jest, że na pewno istnieje.
I potrzeba takich poetów, którzy pamiętają o tym za nas.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
niedziela, 08 maja 2016
Stojąc pod tęczą – Dorota Schrammek

Stojąc pod tęczą – Dorota Schrammek
Wydawnictwo Świat Książki , 2015 , 200 stron
Seria Leniwa Niedziela
Literatura polska

Otrzymałam zaproszenie!

 

 

Tym razem na spotkanie z autorką książek dla kobiet czyli literatury kobiecej.

 

 

Tak myślałam przed spotkaniem. W jego trakcie zapytałam autorkę o trafność tego określenia – czy jest adekwatne do jej opowieści? Nie zgodziła się z nim. Woli używać określenia - literatura obyczajowa. Dla mnie to zbyt obszerne pojęcie, ale przynajmniej rozwiązała mój odwieczny problem segregacji literatury na męską i kobiecą. Broniłam się przed tym seksizmem i starałam się nie używać tego podziału. I chociażby dla takich drobiazgów, ale istotnych, warto chodzić na spotkania autorskie. Nawet jeśli nie jest się sympatykiem tego rodzaju literatury.
Bo ja nią nie jestem.
Po literaturę, w której współczesne kobiety i ich światy przeniesione są na karty książek, sięgam rzadko. Ostatnio dwa lata temu, kiedy przeżyłam przygodę z powieściami Katarzyny Michalak – Bezdomna , Ogród Kamili, Zacisze Gosi i Przystań Julii. Może dlatego, że takich kobiet mam mnóstwo wokół siebie i czytam je jak książki. Dlatego znana pisarka trzech powieści i czwartej w drodze, uznane za najlepsze w rankingach portali Granice i Książka zamiast kwiatka, była mi zupełnie nieznana. Mimo że mieszka w Pobierowie, niedaleko mojego miasta. Wypożyczyłam więc w mojej bibliotece jej debiut, bo lubię być przygotowana na autorskie spotkania i rozmowy.
Chcąc nie chcąc poznałam losy czterech kobiet pracujących w szczecińskiej agencji nieruchomości. Przyjaciółek tworzących czworokąt wzajemnego wsparcia w życiu, które je nie rozpieszczało.
Magdę, długowłosą blondynkę o urodzie modelki. Księżniczkę czekającą na swojego księcia. Patrycję, rudowłosą singielkę surowo wychowywaną przez ojca, który powtarzał jej, że księżniczką nigdy nie będzie i za mąż za prawdziwego mężczyznę nie wyjdzie. Miała za to psa. Jagodę, która od zawsze żyła w świecie fantazji. Mężatkę romansującą z Francuzem, niespełnioną w żadnym związku. I Anetę, matkę trójki dzieci i żonę niedocenianą przez egoistycznego męża.
Każda na swój sposób wartościowa, interesująca i osiągająca w życiu to, o czym inne kobiety mogą pomarzyć, a mimo to samotne wśród bliskich, z poczuciem niespełnienia i braku najważniejszego – miłości. To jej szukały albo w dzieciństwie, albo w życiu dorosłym. Z różnym skutkiem. Najczęściej rozczarowującym. Nie wiedziały, a może nie miały świadomości, że trzeba sobie na nią ciężko zapracować albo po prostu ją zauważyć, albo stracić, by docenić. Były w tych poszukiwaniach i chwile radosne, ale i smutne. A nawet tragiczne.
Samo życie!
I to dosłownie, ponieważ pierwowzory bohaterek istnieją naprawdę. Autorka podpatrywała swoje przyszłe bohaterki w firmie swojego męża. Cała opowieść to efekt uważnej, empatycznej obserwacji z odrobiną fantazji. To, co mnie wydawało się nierealnością, było jak najbardziej rzeczywiste. Chociażby tak rzadko spotykane imiona jak Jeremi i Dorian. A autorka pożyczyła je od osób, które poznała w swoim otoczeniu. To czerpanie opisów z realiów wymagało od autorki odwagi, ponieważ mieszkańcy Pobierowa również czytają jej książki i pilnie porównują, odnajdując siebie lub znajomych na kartach książek. Nie zawsze zadowoleni z efektu. I to jest ten minus pisania realistycznego. Ale i czytelnicy spoza miejsca zamieszkania potrafią wprawić autorkę w stan konsternacji. Dokładnie to ją spotkało po telefonie, w którym rozmówca, nawiązując do tytułowej tęczy, sprawdzał orientację seksualną autorki. Z takimi to ciekawymi anegdotami, historiami okołoksiążkowymi i zaskakującymi inspiracjami, autorka dzieliła się z nami, czytelnikami. Posiada dar pięknego wypowiadania się, dlatego z przyjemnością słuchałam o początkach przygody ze słowem, o odwadze zaistnienia, o drogach do spełniania marzeń, zamierzeń i planów, o dawaniu sobie szansy, by zacząć się spełniać i realizować cele. By ostatecznie móc spotkać się z innymi ludźmi, podpisywać im swoje książki, które są tylko pretekstem do rozmów o wszystkim.

 

 

Bo i nasze rozmowy zeszły na tak dalekie tory, jak lokalny patriotyzm i duma z pochodzenia z tak maleńkiej miejscowości, jak Pobierowo.
Zarówno powieść, jak i spotkanie, mogę podsumować bardzo pozytywną myślą, którą słusznie umieszczono na tylnej okładce książki.

 

 

Może dlatego, tak wiele kobiet sięga po tego typu gorzko-słodkie, ale optymistyczne opowieści, by uwierzyć w siebie i w dobry los.
Czasami książka okazuje się do tego celu najlepszym przyjacielem.

 

Stojąc pod tęczą [Dorota Schrammek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 16 kwietnia 2016
Witkacowskie muzy – Dominika Spietelun

Witkacowskie muzy: kobiety w egzystencji i dziele artysty – Dominika Spietelun
Wydawnictwo Universitas , 2013 , 246 stron
Literatura polska

Otrzymałam zaproszenie!

 

 

Na spotkanie autorskie z Dominiką Spietelun.

 

 

Doktorem nauk humanistycznych, badaczką związków zachodzących pomiędzy literaturą a innymi dziedzinami sztuki, autorką tej publikacji, będącej pokłosiem doktoratu – jak przeczytałam wewnątrz zaproszenia. Moją uwagę zwróciło to ostatnie wyrażenie – „pokłosie doktoratu”. Mając rozbieżne doświadczenia z tego typu publikacjami, od udanych, jak Biały z zazdrości Omara Sangarego, po mniej udane, jak Ich Miasto Anis D. Pordes, z ostrożnością, ale i z zaciekawieniem wypożyczyłam tę pozycję. Lubię być przygotowana do tego typu spotkań.
Już podtytuł trochę mnie zaniepokoił – kobiety w egzystencji i dziele artysty. Nie można było prościej? – pomyślałam. Skoro praca opuściła środowisko akademickie i trafiła do szerszego grona odbiorców, to nie przystępniej byłoby – kobiety w życiu i twórczości artysty?
Otóż nie!
Egalitaryzm w literaturze też ma swoje granice. Zrozumiałam to po przeczytaniu wstępu i pierwszego rozdziału poświęconemu Witkacemu, w których autorka zdecydowanie i wyraźnie podkreśliła znaczenie, zakres i pojemność pojęcia „egzystencja”, która w kontekście Witkacego nijak ma się do pojęcia „życie”. Słuszność moich spostrzeżeń potwierdziła sama autorka w rozmowie po oficjalnym spotkaniu, a co ujęła w tym zdaniu – Jest to świadomy, chociaż z pozoru anachroniczny może zamysł, aby badać biografię artysty, rozpoznaną nie w perspektywie sumy faktów zewnętrznych, lecz jako celowo kształtowaną przez niego autokreację, będącą spełnieniem własnego zamysłu twórczej egzystencji, i badać – mówiąc językiem Marii Janion – nie biografię, a egzystencję. To seria tomów Transgresje Marii Janion była inspiracją dla właśnie takiej postawy metodologicznej w tej pracy badawczej.
I w tym też zamyśle kryje się innowacyjność tej pracy doktorskiej.
Autorka wyszła z założenia, że należy pokazać, że jeszcze nie wszystko powiedziano, że to, co już powstało, należy do przeszłości, a trwające dziś domaga się nowego, innego, świeżego spojrzenia, czytania, uaktualnienia treści znanych, zinterpretowania adekwatnego do teraźniejszości. I ta świeżość oraz inność kryje się we wnikliwym spojrzeniu w istotę postaci jego twórczości, ponieważ w dotychczasowych opracowaniach nie są analizowane psychologicznie, jako bogate wewnętrznie osobowości. Nie było jednak ambicją autorki analizowanie wszystkich bohaterów, ale ich ścisłą i starannie wybraną grupę – kobiety.
Dlaczego?
Na to pytanie odpowiem cytatem – Spójrzmy na dzieła Witkiewicza. Ile tam kobiet... Karty powieści, dramatów, obrazy, pastele, rysunki, fotografie, a na nich roje kobiet, ich ciał wijących się, ich twarzy wykrzywionych jakby grymasem metafizycznym, ich pełnych ust i wielkich skośnych oczu. To portrety kobiece, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, portrety, które nie powstałyby, gdyby pierwowzory nie zainspirowały artysty, gdyby nie jego muzy. Rzeczywiste kobiety, które pojawiły się w egzystencji Witkacego, były tak stymulujące, że przeszły z realnego świata w świat sztuki, który zdominowały, nadając mu swoisty charakter.
Stąd podział pracy na pięć części.
Pierwsza zawierała informacje o Witkacym jako kreatorze własnej egzystencji. Autorka nie bała się w niej ukazać własnego obrazu Witkacego, starając się obalić jego legendę. Unikała Witkacego narkomana i „wariata z Krupówek”. Przeciwstawiała się odważnie wnioskom znanych i uznanych biografów i badaczy twórczości artysty, stawiając własne tezy i udowadniając je argumentami. Przy okazji dowiedziałam się, że jeden z rozdziałów pracy został pominięty w tej publikacji, jako nie do przejścia dla przeciętnego odbiorcy, bo poświęcony światopoglądowi artysty o dużej dozie filozofii. I to było jedyne ustępstwo autorki, i dokładnie w takiej formie, na rzecz egalitaryzmu w literaturze. Pozostałe cztery części poświęciła najbardziej znaczącym kobietom – Irenie Solskiej, Jadwidze Janczewskiej, Jadwidze Witkiewiczowej i Czesławie Oknińskiej- Korzeniowskiej. A ponieważ, jak wcześniej wspomniałam, autorka jest badaczką kontekstów interdyscyplinarnych, zajęła się nie tylko literaturą, ale i malarstwem, rysunkiem oraz, bardzo niedocenianą w twórczości Witkacego, fotografią. Wybór bliższej analizy tychże dziedzin sztuki zależał od obrazu kobiety, który malowała słowami. To rzadkość w pracy doktorskiej. O ile wstęp i pierwszy rozdział był bardzo „naukowy”, o tyle pozostałe rozdziały poświęcone jego czterem muzom miały charakter dynamicznej, pełnej skrajnych emocji opowieści o nieprzeciętnych ludziach, silnych osobowościach uwikłanych w związki i zależności, które miały ogromny i determinujący wpływ na Witkacego, włącznie z przenoszeniem tychże realiów do sztuki.
Każdy rozdział niósł ze sobą inną, odmienną od wcześniejszego, atmosferę, chociaż wszystkie składały się na jeden spektakl dramatyczny w teatrze życia.

 

 

Irena Solska - fatalna i demoniczna kochanka odzwierciedlona w dramatach.

 

 

Jadwiga Janczewska - narzeczona uwieczniona w fotografiach. Niewinna, krucha, młodziutka, która, popełniając samobójstwo, przyczyniła się do kryzysu światopoglądowego i egzystencjalnego Witkacego. Nikt nie przypuszczał, że to właśnie ona ukaże artyście tragizm bytu, absurdalność rzeczywistości, pustkę i nicość.

 

 

Jadwiga Witkiewiczowa - żona-przyjaciel, której obraz autorka oddała najwszechstronniej, bo i materiałów źródłowych zachowało się najwięcej – obrazy, literatura, fotografia, ale przede wszystkim listy do niej liczone w tysiącach. Przyjemność oglądania (są ozdobione odręcznymi rysunkami), czytania i dotykania miałam dawno temu, kiedy dział rękopisów w Książnicy Pomorskiej im. S. Staszica w Szczecinie, która jest w ich posiadaniu, był bardziej przystępny dla czytelników. W obecnej chwili można liczyć na ewentualne wystawy, które biblioteka organizuje. Ostatnią, poświęconą Witkacemu i udostępniającą między innymi treść listów, zwiedzałam w grudniu 2015 roku.

 

 

I ostatnia muza Witkacego - Czesława Oknińska-Korzeniowska. Destrukcyjna kochanka i współuczestniczka a zarazem świadek (uratowany!) samobójczej śmierci artysty.

 

 

Każda z tych kobiet funkcjonująca w życiu Witkacego w roli męża, przyjaciela oraz kochanka została ukazana w tych kontekstach we wspomnieniach osób ją znających ze świata artystycznego, spośród przyjaciół lub rodziny, jak i w twórczości artysty jako pokłosie jego przeżyć, emocji i treści życia w postaci wybranych dramatów, listów, obrazów i fotografii.
Dwa ostatnie w osobistej interpretacji autorki.
Tego dowiedziałam się w rozmowie, kiedy wspomniałam, że w tej pracy jest ona sama. A dokładniej jej pasja i wysoki poziom empatii w zdaniach, które niosły mnie, oddając tragizm sytuacji i dramat bohaterów opracowania oraz wachlarz targających nimi emocji od miłości po depresję. Wtedy też autorka opowiedziała mi o stosowanym sposobie interpretacji dzieła – wpatrywanie się w obraz lub fotografię, analizowanie szczegółów, „wczucie się” w przekaz, by ubrać doznania w słowa. Dlatego te fragmenty rozdziałów były krótkie, ale głęboko wchodzące w intymność postaci, a przez to bardzo treściwe.
Po co to wszystko?
Aby pokazać, że Witkacy nie tworzył według schematu. Dzięki spojrzeniu, które opisała autorka, można dostrzec lub otrzymać możliwość ujrzenia złożoności wykreowanej postaci, zewnętrzną i wewnętrzną atrakcyjność, inteligencję, talent, wrażliwość, delikatność, siłę, zatem to, co najważniejsze – wewnętrzne bogactwo osobowości. To zaś doprowadza nas do sedna, do poznania całości dzieła Witkacego.
I coś w tym jest!
Będąc w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie na przedstawieniu Szewców w bardzo uwspółcześnionej wersji, odbierałam przede wszystkim jego ponadczasowy, wręcz profetyczny przekaz na temat społeczeństwa i jego kondycji. Dzięki tej pozycji mogę dopełnić go treścią skupioną na bohaterach, których głębi psychologicznej (o korzeniach powstania nie wspominając) nie dostrzegałam, bo nie znałam. Ta pozycja to brakujący element we współczesnych opracowaniach oraz interpretacjach twórczości i biografii artysty, spajający i ukazujący je panoramicznie.
Czy obalający legendę tak, jak chciała autorka?
Może tę powierzchowną, powszechnie znaną, ale dla mnie, trwającą nadal, chociaż już w zupełnie innym kontekście – legendy nie tylko artysty, ale przede wszystkim nieprzeciętnego człowieka.
Autorka postarała się nie tylko o rzetelną treść opracowania zilustrowaną interpretowanymi obrazami i fotografiami,

 

 

o bogaty wybór źródeł dokumentalnych, ale i o piękno języka narracji. Dawno nie czytałam tak dopracowanego stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie tekstu. Czułam, że kryje się za tym nie tylko dokładność, dbałość o szczegóły i rzetelność, ale i czas powstawania pracy. Nie myliłam się. Na pytanie o to nurtujące mnie zagadnienie odpowiedziała – 6 lat!
Sześć lat przelewania fascynacji Witkacym, które zaczęło się dawno temu od tego albumu z jego obrazami.

 

 

Fascynacji, której efekt pierwotnie nie miał ukazać się szerszemu odbiorcy, bo nie taka myśl autorce towarzyszyła podczas pisania. Namówił ją do tego jeden z jej promotorów. I chwała mu za to! Nigdy nie wiadomo, kto, kiedy i dzięki czemu lub komu stanie się fanem Witkacego. A jest ich sporo, sądząc po ilości osób przybyłych na spotkanie. Zwłaszcza że Witkacy jest wielkim nieobecnym w programach nauczania szkoły ponadgimnazjalnej.
Ja się pytam decydentów – dlaczego?

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
niedziela, 24 stycznia 2016
Tajemnica urwisów z Parkowej – Agnieszka Galewska

Tajemnica urwisów z Parkowej – Agnieszka Galewska
Warszawska Firma Wydawnicza , 2011 , 98 stron
Literatura polska

Tę książeczkę będę darzyła ogromnym sentymentem!
Jest niewielka, bo liczy sobie zaledwie 98 stron, ale dla mnie to wielka bohaterka spotkania z pisarką, które zorganizowałam dla mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. To nieważne, że jej fabuła mogła być dla niej zbyt infantylna. Moi nastolatkowie mają od 16 do 19 lat, a bohater powieści to zaledwie dziewięcioletni Romek Dzięcioł. Chłopiec, który, po przeprowadzce z centrum miasteczka na jego obrzeża, zamieszkuje przy ulicy Parkowej. Poznaje rówieśników z nowej okolicy i zakłada tajne stowarzyszenie tylko dla chłopców, którego nazwa mówi wszystko – Tajemnica urwisów z Parkowej. Jej członkowie składają taką przysięgę:

 

 

Już sama treść sugeruje przygodowo-humorystyczny charakter fabuły. I dokładnie taki on jest. Chłopcy broją, przeżywają, wymyślają i organizują szalone zabawy, złośliwe psikusy, trochę niebezpieczne wybryki i odważne pomysły, których ofiarą padają głównie dziewczyny. Największy wróg chłopców w tym wieku, który potrafi tylko trajkotać, piszczeć i bawić się lalkami. Wojna chłopięco-dziewczęca to główny wątek opowiadanych przygód z lat 80. ubiegłego wieku. Słowa: Pewex, mały Fiat, Polonez, milicjant oraz rzadko występujące współcześnie imiona dzieci, utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Autorka, mimo że książkę wydała współcześnie, chciała przypomnieć sobie swoje dzieciństwo, pokazać je swoim dzieciom oraz dzieciom, które uczy, ponieważ jest polonistką w szkole podstawowej. Również wszystkim innym małym czytelnikom, ciekawym dzieciństwa rówieśników sprzed kilku dekad. Jak bardzo dziewczynki i chłopcy byli kreatywni, pomysłowi i jak często wspólnie spędzali czas poza domem. Przy okazji ukazała silne więzi rodzinne i bliskie relacje z dziadkami i rodzicami, których często prosili o pomoc w organizacji zabaw lub pomagali im w pracach domowych. Nie odczułam braku telefonów, komputerów i Internetu. Tę sferę w zupełności wypełniały wydarzenia, które były skutkiem zwariowanych pomysłów i których konsekwencje mali bohaterowie musieli ponosić. Czułam atmosferę tamtych lat, w których przygoda czaiła się za rogiem domu, na łące, w parku czy nad rzeką. Nie bez znaczenia było również miejsce akcji – ulice i podwórka naszego miasteczka.
Ale nie tylko z tych powodów wybrałam tę książkę na bohaterkę spotkania.
Dla mnie równie ważna, jeśli nie najważniejsza, była autorka, która nie tylko wymyśliła urwisa Romka Dzięcioła, nie tylko przelała jego przygody na papier, ale jeszcze wydała je w postaci książki. Była dla mnie przykładem osoby odważnie stawiającej sobie cele i konsekwentnie, skutecznie je realizującej. Dla młodzieży z małego miasteczka taki przykład kreatywnej i przedsiębiorczej osoby to idealna motywacja do działania i żywy przykład spełniania marzeń. Mieli okazję realnie poznać osobę, która jest ich sąsiadką, pracującą, posiadającą rodzinę, a jednocześnie odważnie realizującą pomysły, które, w ich mniemaniu, są możliwe do spełniania tylko przez wybranych. Kompleks prowincji dotyka przynajmniej połowy zamieszkującej ją młodzieży. Wiem z doświadczenia, ile energii trzeba jej przekazać i ile konkretnych przykładów pokazać, by uwierzyła w swoją wartość i własne możliwości. Stąd pytań do autorki było dużo – a jak, a dlaczego, a skąd, a w jaki sposób i co czuje się, gdy zdobywa się ten życiowy Mount Everest? Otrzymali dużo pozytywnych, motywujących odpowiedzi oraz jedną radę – koniecznie marzyć i te marzenia powolutku spełniać. Da się! A ona jest tego najlepszym przykładem, który nie spoczywa na laurach! Ma w planach kolejną, już zaczętą powieść. Tym razem dla dorosłych, ponieważ jej bohaterką uczyniła kobietę. Tyle zdradziła nam autorka.

 

 

Po reakcji młodzieży wiedziałam, że przynajmniej trochę skruszyłam ten mur niepewności, ukazując im kryjące się za nim możliwości podbijania świata. I nie mam tutaj na myśli tylko spektakularnych planów, jak napisanie książki czy wybranie się w podróż dookoła świata. Wystarczy, jeśli na początku odważy się na pierwszy krok - zabrać publicznie głos na spotkaniu. Dla osoby nieśmiałej to jest jej Mount Everest. Jestem z nich taka dumna, kiedy widzę, jak zdobywają te pagórki, wzgórki, górki, a potem wysokie góry świata. Taka niewielka książeczka, a jakie cuda potrafi zdziałać!
Najprzyjemniejsze w tym wszystkim jest to, że jestem świadkiem tych cudów.

czwartek, 19 sierpnia 2010
Czy ten rudy kot to pies? – Olga Rudnicka

Czy ten rudy kot to pies? – Olga Rudnicka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2009 , 232 strony
Literatura polska


Wszystko w tej kontynuacji Martwego Jeziora (no może usunęłabym te wodne cienie w tle) jest lepsze: okładka, przewrotny tytuł i sama fabuła. Ta ostatnia dzięki ogromnej dawce humoru wniesionej przez nową, główną bohaterkę Ulkę, do tej pory schowanej w cieniu swojej przyjaciółki Beaty. Polubiłam w tej dziewczynie wszystko to, co składało się na jej ogromne poczucie humoru i niebywały talent do wywoływania apokaliptycznego zamieszania wokół siebie: roztrzepanie, cywilną odwagę, łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi, miłość do zwierząt, serce na dłoni, wrażliwość na czyjąkolwiek krzywdę, talent do wplątywania się w kryzysowe sytuacje, kreatywność, pozytywne szaleństwo w oczach, nieszkodliwą naiwność, łatwowierność w kontaktach damsko-męskich, pomysłowość na granicy szaleństwa, wyobraźnię. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Po prostu idealna i oddana przyjaciółka, która w przedziwnych (ale nie dla niej samej) okolicznościach wyjaśnia tajemnicę rodową Beaty, a przy okazji, oczywiście przez zupełny przypadek, pozwala usidlić swoje serce mrukliwemu (przynajmniej na początku znajomości) przystojniakowi po przejściach.
Humor słowny i sytuacyjny, lekki i niewymuszony z wątkiem kryminalnym w powieściach pisarki, stał się powodem podejrzenia o inspiracje powieściami Joanny Chmielewskiej. Wykorzystałam spotkanie autorskie , aby ten mit potwierdzić lub obalić. I tak jak przypuszczałam, zarzuty okazały się bezpodstawne. Olga Rudnicka przyznała się do „przestępstwa” przeczytania 1 (słownie: jednej) powieści Joanny Chmielewskiej i to tuż przed ukazaniem się jej debiutanckiej powieści. Ale, jak czytam w wywiadzie autorskim, zdążyła już te luki czytelnicze uzupełnić. Poza tym przyglądając się tej rozgestykulowanej, uśmiechniętej, rozemocjonowanej dziewczynie i przysłuchując się jej wypowiedziom i opowieściom z ogromnym przymrużeniem oka, widziałam Ulkę. Aż tyle w niej było z bohaterki, a może odwrotnie? Nigdy nie pomyślałabym, żeby mając taką osobowość i własne źródło radości życia móc chcieć czerpać od innych. To się po prostu ma i potrafi lub nie. Olga Rudnicka z pewnością do takich szczęśliwców należy.

 

 

 

Pani Olga Rudnicka przyznała się, że pozowanie do zdjęć bardzo ją onieśmiela.

 

 

 

Autorka prowadzi własny blog, którego wpisy poprawiają humor.

 

Czy ten rudy kot to pies? [Olga Rudnicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 17 sierpnia 2010
Martwe Jezioro - Olga Rudnicka

Martwe Jezioro - Olga Rudnicka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2008 , 240 stron
Literatura polska


Mam wyjątkowe szczęście do wysłuchiwania historii pisanych przez los. Opowiadanych mi przez przypadkowych ludzi. Osób poznawanych i znanych tylko na czas ich trwania. Zarówno tych smutnych, przepełnionych bólem i żalem, jak i tych z radośniejszej strony życia.
Tym razem nie było przypadku. Otrzymałam oficjalne zaproszenie na spotkanie z osobą, która takie zawiłe koleje ludzkich dziejów tworzy i utrwala w słowie drukowanym.

 

 

A w nim taką informację o gościu wieczoru literackiego:

 

 

Po której przeczytaniu zwątpiłam, czy tak młoda dziewczyna potrafi stworzyć równie prawdopodobne i ciekawe historie jak te opowiadane przez przypadkowych ludzi z bagażem doświadczeń? Tego mogłam się tylko dowiedzieć sięgając po jej powieść i muszę przyznać, że „Martwe Jezioro” to udany debiut wpisujący się w literaturę popularną. Zresztą autorka ma tego świadomość, często używając na spotkaniu określenia wobec swoich powieści – moje czytadła.
Historię głównej bohaterki Beaty, od zawsze traktowanej w rodzinie jak obcą, uwikłaną w tajemnicę jej zjawienia się wśród Rostowskich, przeczytałam w jeden wieczór. Współczesna wersja Kopciuszka , ale jak się okazało po rozwikłaniu zagadki, wokół której osnuta jest fabuła, dużo tragiczniejsza niż w bajce. Myślę, że gdyby nie spotkanie autorskie, do którego zawsze czuję się zobowiązana przygotować czytelniczo, nie sięgnęłabym po nią z własnej woli, ponieważ tekst widniejący na okładce zapowiadał kryminał, a te czytam rzadko. Zapytałam wiec autorkę o tę mylącą informację. Okazało się, że nie miała na to wpływu. A efekt jest taki, że miłośnicy kryminałów mogą czuć się zawiedzeni (drugoplanowa postać detektywa i wypadek samochodowy nie czyni jeszcze z powieści kryminału), a docelowy odbiorca (nieprzepadający za tego typu książkami) może ją odrzucić w wyborze lektury. I to jest dobry przykład, jak można bardziej zaszkodzić debiutującemu pisarzowi niż mu pomóc.

 

 

A sama Pani Olga Rudnicka okazała się być komunikatywną, bezpośrednią,rozgadaną,roześmiana,niezwykle żywiołową osobą, zdystansowaną do siebie i swojej twórczości i posiadającą to co cenię u pisarzy w bezpośrednim kontakcie najbardziej - szacunek dla czytelnika.

 

 

Przede mną kontynuacja tej opowieści „Czy ten rudy kot to pies?”, leżącej w stosiku książek podpisywanych przez autorkę.

 

Martwe jezioro [Olga Rudnicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w sierpniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 958 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi