Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
środa, 22 lutego 2017
Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi – Gill Hasson



Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi – Gill Hasson
Przełożyła Małgorzata Guzowska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 175 stron
Literatura angielska


Książka ta może ci pomóc w radzeniu sobie z wszelkimi typami ludzi we wszelakich możliwych sytuacjach – a dzięki temu uczynić twoje życie mniej stresującym i o wiele łatwiejszym.
Tak obiecywała we wstępie autorka, która jest nauczycielką akademicką, trenerką i ekspertką z dwudziestoletnim doświadczeniem w zakresie rozwoju osobistego. Dałam się jej namówić, bo chciałam ułatwić sobie kontakty z innymi ludźmi. Zwłaszcza z tymi pokręconymi i pokrzywdzonymi przez życie czyli trudnymi w kontaktach.
Okazało się, że nie będzie łatwo!
Wbrew pozorom to bardzo trudna pozycja. Nie w sposobie przekazu, bo jest jasny, napisany zrozumiałym językiem, konkretny i merytoryczny, ale w przyswojeniu samej treści. Skala trudności zależy od osobowości czytającego. Im bardziej odbiorca jest zamknięty na zmiany, które ta pozycja proponuje i im bardziej przekonany, że to inni dookoła powinni się zmienić, a nie on, tym trudniej. Okazuje się, że podstawą radzenia sobie z zachowaniami ludzkimi (nie ludźmi!), to przede wszystkim rozpoczęcie zmian od siebie.
To jest najtrudniejsze!
Na tym etapie wiele osób może zrezygnować z dalszego czytania. Niewiele osób lubi zmiany we własnej osobowości. Jeśli jednak da się szansę autorce i wczyta się w jej argumentację zawartą w rozdziale rozpoczynającym publikację, to automatycznie podaruje się szansę sobie samemu, poznając odpowiedzi na kluczowe pytania – dlaczego nasze kontakty z innymi zależą od nas samych? Dlaczego to my mamy zmienić punkt patrzenia, a nie inni? Dlaczego nie jesteśmy w stanie zapanować nad innymi osobami, ale powinniśmy potrafić zapanować nad własnymi emocjami, reakcjami i zachowaniami? I najważniejsze – czy w ogóle chcemy reagować?
Bo możemy trudnych ludzi omijać szerokim łukiem!
Tak jest najłatwiej. Można wyjść ze sklepu, jeśli zirytowała nas ekspedientka lub inny klient. Można odłożyć słuchawkę, słysząc w telefonie akwizytora. Ale, jak zauważa autorka, sprawa nie jest już taka łatwa, gdy chodzi o odcięcie się od rodzica, rodzeństwa, partnera, współpracownika czy znajomego.
Bardzo słuszna uwaga!
Mnie interesowali współpracownicy. Lubię ludzi z ich wadami i zaletami. Mam w sobie wiele tolerancji na inność, którą wręcz uwielbiam i w tym zakresie nie mam problemów. Gorzej, kiedy prywatnie taki do rany przyłóż człowiek, okazuje się być współpracownikiem, którego inność zaczyna przeszkadzać albo wręcz uniemożliwiać osiągnięcie wyznaczonego przez przełożonego celu. Autorka najpierw szczegółowo omówiła rodzaje takich trudnych zachowań. Opisując zachowania od agresywnych (bezpośrednia wrogość), poprzez najpowszechniejsze bierno-agresywne (pośrednia wrogość), do biernych, ilustrowała je konkretnymi przypadkami sytuacyjnymi lub scenkami dialogowymi, po to, bym mogła dopasować sobie osoby do klasyfikacji, zrozumieć przyczyny ich zachowań, a potem wybrać własne reakcje zbudowane na bazie konkretnych technik. Przed tym jednak zaproponowała trzy testy diagnozujące moje nastawienie do innych ludzi, mój system wartości oraz moje oczekiwania wobec innych. Dopiero tak przygotowana mogłam przejść do drugiego rozdziału.
Do części pod bardzo obiecującym tytułem – Przełóżmy to na praktykę.
To tutaj poznałam ramy pożądanego zachowania rozpisane na konkretne kroki postępowania z trudnym zachowaniem, ale i radzenia sobie z własnymi emocjami i zarządzania nimi. To trudne, bo nieosiągalne tylko poprzez samo czytanie. Potrzebny jest trening z realnymi osobami. Autorka uspokoiła mnie, pisząc – Niemało masz zatem do opanowania. Ale nie musisz nauczyć się wszystkiego w jednej chwili. Nie musisz także od razu wszystkiego przekładać na praktykę w spotkaniu z trudną osobą. Na początku tego procesu samorozwoju wystarczy skupić się na jednej lub dwóch technikach. Dla kogoś, kto w ten zakres wiedzy zagłębia po raz pierwszy, może okazać się trudne, dlatego warto byłoby jednak wziąć udział w warsztatach z komunikacji interpersonalnej. Dla osób po szkoleniach w tym zakresie, przełożenie teorii będzie dużo prostsze.
Jednak najciekawszy jest ostatni rozdział!
Tłumaczy, a co przyjęłam z ulgą, że nie musimy dogadywać się z każdą trudną osobą. Wyjątkiem są ludzie „niemożliwi” – krytyczni, uporczywie negatywni, królowie patosu, skoncentrowani na sobie, moberzy i okrutnicy czyli jednym słowem – toksyczni. Dla mnie ludzie, którzy mają ewidentnie problemy z sobą. Często wymagający pomocy psychologa. Między innymi z tego powodu autorka tak bardzo podkreślała zasadę, że to nie my mamy zmieniać innych, ale zacząć zmianę od siebie. Najzwyczajniej w świecie nie mamy do tego kwalifikacji i możemy skrzywdzić i siebie, i rozmówcę. Ale możemy w takich niemożliwych zachowaniach innych chronić siebie przed tą krzywdą, stosując techniki i metody zaproponowane przez autorkę.
Najważniejszą radę wyniosłam z wniosków podsumowujących publikację.
Autorka skierowała moją uwagę na ludzi pozytywnych wokół mnie, których niezwykle ważnej roli nie dostrzegałam, jako coś oczywistego. A to właśnie oni są przeciwwagą, antidotum i motywacją dla każdego. To mogą być przyjaciele, ale również uśmiech pani w okienku biletowym. Każde pozytywne zachowanie werbalne i niewerbalne od każdego napotkanego człowieka. Autorka stawia tylko jeden warunek – jeśli chcesz mieć wokół siebie więcej pozytywnych ludzi, zacznij od tego, że sam staniesz się bardziej pozytywnym człowiekiem.
Wiem , wiem – trudne!
Ale w ten sposób autorka wróciła do punktu wyjścia swojego wykładu, w międzyczasie pokazując, jak to zrobić. Jeśli czytelnik to zrozumie (a nie jest to łatwe!), to uczyni pierwszy, ale najważniejszy, krok do świadomego i niezależnego zarządzania własnymi emocjami i zachowaniami. To jest najważniejsza rola tej pozycji. W praktyce wystarczy zacząć ćwiczyć od uśmiechu na „dzień dobry” w każdym kontakcie z inną osobą.
A potem wszystko zależy od desperacji czytelnika.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi [Gill  Hasson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Prezent dla zdesperowanych!

Wydawnictwo Naukowe PWN ufundowało prezent dla czytelników w postaci powyższej publikacji. Książkę otrzyma pierwsza osoba, która pozostawi w komentarzu wyraz chęci otrzymania jej.
niedziela, 05 czerwca 2016
Hirameki – Peng , Hu



Hirameki: olśnienie – Peng , Hu
Przełożyła Małgorzata Mirońska
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 188 stron
Literatura niemiecka


Znasz hirameki!
Spójrz na ten widok,

i przypomnij sobie chwile, kiedy, leżąc na wznak, wpatrywałeś się w sufit albo w niebo, doznając olśnienia, gdy dostrzegałeś wśród przepływających obłoków wolno wyłaniający się statek pod pełnymi żaglami, który powooooli zamieniał się w pełznącego węża z rozwartą paszczą. To olśnienie, to właśnie hirameki. Ja takie hirameki przeżywam codziennie, kiedy otwieram rano oczy i widzę przez okno tę ścianę zieleni.

Moje hirameki wprawdzie nie zmienia się płynnie jak chmury, ale za to jest dynamiczne. Postacie i stwory ruszają się pod wpływem wiatru. Najfajniejsze jest to, że hirameki można tworzyć w każdej chwili, w każdym miejscu i ze wszystkiego – światłocienia, górskich pejzaży, plam i nierówności na suficie czy falujących łanów zbóż i traw.
Mają one jedną wadę – są nietrwałe, a tym samym odbierają szansę na stworzenie dzieła sztuki.

Dwaj artyści – Peng i Hu - doznali takiego olśnienia, patrząc na plamy na kartkach papieru do wycierania pędzli, na parkiecie swojego atelier, na ścianach i koszulach. Z tych olśnień i potrzeby szukania sensu w bezsensie, chaosie i nieładzie, powstała nowa forma sztuki – hirameki.
Jej zaletą jest trwałość.
Wystarczy wziąć pierwszy z brzegu kleks, długopis lub pisak w kolorze najlepiej czarnym lub niebieskim i utrwalać skojarzenia dowolnie lub według siedmiu kroków:

Każdy krok to mnóstwo kolorowych plamek do uzupełnienia, dorysowania, wyłonienia z niebytu z dyskretnymi podpowiedziami i komentarzami autorów:

Każdy, kolejny krok to również wyzwanie, bo w miarę przekładania kartek podnosi się poziom stopnia trudności od form prostych, wymagających kilku kresek do wolnego stylu budującego całe obrazy, w których kleksy wchodzą ze sobą w interakcje.

Jedynym ograniczeniem twórczego aktu jest wyobraźnia.
To książka, która może stać się intymną księgą olśnień, do której nikt nie będzie miał prawa wglądu. Posiada nie tylko właściwości terapeutyczne (wycisza, pomaga skupić uwagę, przekierowuje i uspokaja galop myśli, odpręża, angażuje umysł), ale i rozwojowe. To ostatnie ma ogromnie pożyteczne znaczenie szczególnie we wspieraniu psychofizycznego rozwoju dziecka, ponieważ inspiruje, uczy kreatywności i przełamywania schematów, precyzji manualnej, dostarczając mnóstwo radości, ale przede wszystkim uczy i pomaga:

Posiada też moc odkrywania siebie i swojej podświadomości, z której zasobów sami możemy sobie nie zdawać sprawy. Proces skojarzeń, wykorzystywany w psychologii w metodzie projekcji w teście plam atramentowych zwanej również testem Rorschacha od nazwiska jego twórcy (kontrowersyjną dla wielu psychologów), stosuje się w diagnozie klinicznej do określania cech osobowości i zaburzeń psychicznych badanego. Stąd moja sugestia o zastanowieniu się nad zakresem intymności tego zbiorku i dostępu do niego innych osób.
Tomik plam zaproponowany przez autorów można również wykorzystać do wspólnych zabaw rodzinnych. Jest w niej rozdział z identycznymi kleksami, które każdy z uczestników może zinterpretować niezależnie od innych, bo dwanaście takich samych widoków gór..., a ... w każdym mieszka inny stwór!

To propozycja wycieczki w świat wyobraźni dla osób unieruchomionych fizycznie. To także inspirująca pozycja na warsztaty z książką dla bibliotekarzy, wychowawców i opiekunów dzieci – w domu, w szkole, na koloniach i wycieczkach.
Ja już mam pomysł na wykorzystanie jej z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą. Połączę go z konkursem na najbardziej odlotowe hirameki, w którym nagrodami będzie ta książka, torba z hirameki i naklejki.

Będzie szał!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

A tak o książce mówi, bardzo ciekawie uzupełniając plamki, prof. Jerzy Vetulani.

sobota, 07 maja 2016
Jak wydobyć się z depresji? – Sue Atkinson



Jak wydobyć się z depresji? – Sue Atkinson
Przełożył Józef Radzicki
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 265 stron , wydanie 6
Literatura angielska


Należę do grupy ostatniej.
Wokół mnie funkcjonuje wiele osób z depresją. Jedni z niej wychodzą, inni się w niej pogrążają, jeszcze inni zmagają się z nią w formie przewlekłej, a wielu już nie ma. Wybrali śmierć. To choroba cicha, niestety, nadal wstydliwa. Sięgnęłam po tę książkę dla moich dwóch, chorujących od dawna koleżanek, które sobie bardzo cenię. Chciałam je zrozumieć. Poznać ich postrzeganie rzeczywistości, ich wrażliwość. „Zobaczyć” przez co przechodzą, gdy wycofują się z życia do swoich „jaskiń” na kilka dni, tygodni, a nawet miesięcy, kiedy urywa mi się na ten czas kontaktu z nimi i tak bardzo mi ich brakuje. I najważniejsze! Znaleźć odpowiedź na pytanie – co robić, by nie należeć do znienawidzonej i destrukcyjnej Brygady Weź-się-w-Garść?
Już pierwsze zdanie, próbujące zdefiniować, opisać i porównać depresję, uzmysłowiło mi, jak mało o niej wiem, pomimo przeczytanej do tej pory sporej ilości literatury. Zostało ono podane w formie cytatu. Zresztą autorka przytacza ich bardzo dużo, licznie ilustrując treść.

Nie ma to, jak zrywanie co dzień paznokci. – żartuje autorka w odpowiedzi. A tak na serio dodaje – chętnie zamienilibyśmy naszą depresję na każdy inny rodzaj męczarni. Nic dziwnego, że śmierć wydaje się dla cierpiących wybawieniem.
Ale nie jedyną drogą wyjścia z depresji!
Nie bez powodu tytuł tej książki podano w formie pytania. Sugeruje on wielość odpowiedzi i różnorodność dróg wychodzenia z choroby, a jedną z nich jest treść tego poradnika. Jego wyjątkowość tkwi w osobie autorki. Jak przyznała sama, napisała go jako osoba cierpiąca, nie jako wyszkolony profesjonalista, chociaż prowadzi warsztaty dla osób chorych, ich opiekunów i doradców.

To dlatego pisała ją powoli, przez dwa lata, zmagając się z głęboką depresją i mając świadomość, że będzie czuła się w pewnej mierze odsłonięta, narażona na zranienia. To dlatego też wiele w niej cierpienia, bólu, zmagań, intymnych i trudnych doświadczeń porównywanych do piekła. Ale to właśnie ta osobista warstwa nadaje poradnikowi wiarygodności, wzbudzając zaufanie.
Jest przy tym pokorna.
Nie uzurpuje sobie prawa do jedynej prawdy, do nieomylnych wyborów, niepodważalnych decyzji i działań. Lojalnie uprzedza – Nie zawiera ona recepty na cudowną kurację, natychmiastowe ozdrowienie czy zdrowie, bogactwo i szczęście. Ona sama książek o krzykliwych tytułach – Dziesięć łatwych kroków pozwalających wyjść z depresji – nie cierpi i przed nimi ostrzega, bo wychodzenie z depresji jest podobne do wspinaczki górskiej. A ponieważ sama ją uprawia, stąd pomysł, aby wychodzenie z depresji porównać do charakteru tego sportu – mozolnego wspinania się i spadania, ze zrywami i chwilami przestoju, mobilizacji i zwątpienia, wysiłku i odpoczynku.
Całość walki z depresją podzieliła na rozdziały odpowiadające etapom wspinaczki, nadając im metaforyczne tytuły. Każdy został poprzedzony tematycznym rysunkiem, którego bohaterem uczyniła leminga.

Zwierzątko, które w Polsce nabrało ostatnio pejoratywnego znaczenia na arenie politycznej. Autorka swoimi uzasadnieniami, dlaczego akurat leming, zawstydziłaby skalą ignorancji wiedzy nazywających i podniosłaby na duchu nazywanych. Wbrew pozorom ten zwierzęcy symbol samobójców, to mit, który skutecznie obala, nadając mu nowe, pozytywne znaczenie w walce o zdrowie i życie.
Nie narzuca przy tym czytelnikowi sposobu przyswajania treści.
Pozostawia mu dowolny wybór kolejności czytania rozdziałów lub fragmentów tekstu, pozwalając na nieuporządkowane czytanie, podyktowane i uzależnione od samopoczucia oraz stanu psychicznego w danej chwili. Zachęca wręcz do poszukiwania własnych odpowiedzi, indywidualnego tempa i selektywnego czerpania przydatnej wiedzy, a odrzucania nieprzydatnej. Do powrotów do pominiętych akapitów w innym, bardziej sprzyjającym momencie. Jest przy tym delikatna, pełna zrozumienia i empatii, ale jednocześnie zdecydowanie i konsekwentnie mobilizująca do działania, do walki, do wspinania się małymi, drobnymi kroczkami. Kiedy trzeba, nie boi się użyć ostrej rady podobnej do tej – Jeśli terapeuta jest najwyraźniej niewrażliwym idiotą, to szybko zrezygnuj.
Czy jest w tym skuteczna?
Nie jestem w stanie tego ocenić. Na to pytanie może odpowiedzieć tylko osoba, której poradnik pomógł. Ale jest jeden wskaźnik, który poszlakowo wskazuje na to – ilość wydań. Obecne jest szóstym na polskim rynku. Duży popyt na niego jest wystarczającym i wiarygodnym wskaźnikiem jego przydatności i sporym osiągnięciem wydawniczym, biorąc pod uwagę zalew innych tytułów o podobnej tematyce. Mogę go za to ocenić ten poradnik jako człowiek zdrowy, który, jak każdy, ma gorsze i lepsze dni w życiu. Według autorki, od tych kłopotów i smutków, które od czasu do czasu dokuczają wszystkim, dzieli nas cienka linia, za którą jest depresja. Wystarczy grypa, zaburzony chemizm organizmu czy zespół napięcia przedmiesiączkowego, by poczuć zaledwie jej przedsmak.
I w tym sensie poradnik może pomóc każdemu.
Jego uniwersalność odnalazłam przede wszystkim w rozdziale Trzymaj się mocno, analizującym stres, lęki, emocje i samoocenę, po którym łatwiej przyjąć dewizę autorki – Życie jest trudne! Ale nie po to, by się załamać, ale po to, żeby nie udawać, że życie jest jest wolne od problemów, lecz żeby znaleźć metodę twórczego ich rozwiązywania. Autorka te sprawdzone, wypraktykowane przez siebie osobiście, metody podsuwa. Już samo wzięcie tej książki do rąk jest, w przypadku osoby chorej na depresję, krokiem milowym ku wyjściu z niej. Natomiast wzięcie do rąk i przeczytanie jej przeze mnie, osobę zdrową, ogromną pomocą choremu w zrobieniu tego kroku. Na dwa sposoby – wejście w rolę liny asekuracyjnej dla osoby chorej lub podsunięcie jej tej książki.
Wybrałam ten drugi sposób pomocy.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

niedziela, 10 kwietnia 2016
Ryby wybrane



Ryby wybrane: książka kucharska – fotografie Krzysztof Kozanowski , Karolina Rutkowska ; przepisy Grzegorz Łapanowicz ; ilustrował Michał Kleczkowski
Wydawca Fundacja WWF Polska , Fundacja Szkoła na Widelcu , [2015] , 64 strony
Literatura polska


Na tę książkę należy sobie zasłużyć!
Nie można jej kupić. Można ją dostać. Ale żeby stać się jej właścicielem, trzeba sobie na nią solidnie zapracować. Przynajmniej tak było w moim przypadku. A zaczęło się od dziewczyny z „Błękitnego Patrolu” WWF. Nastolatki, której pasją jest działalność na rzecz ochrony Bałtyku. Treścią wielu naszych rozmów były opowieści o jej ciekawej pracy - patrolach na plaży, zjazdach członków organizacji, wyjazdach do nadmorskich placówek i systematycznej nauce o środowisku i jego ochronie. Wśród tej różnorodnej działalności wymieniła również sprzątanie plaży, do którego mnie zaprosiła. Nie mogłam odmówić z wielu powodów. Najważniejszymi była moja wewnętrzna, bardzo silna chęć wspierania młodych ludzi w ich pasjach oraz zrobienie konkretnej, pożytecznej rzeczy dla nadmorskiego środowiska, w którym żyję na co dzień. Dobrze, że nie wiedziałam, ile kilometrów mnie czekało, bo nie wiem, czy nie stchórzyłabym, wątpiąc we własne możliwości. A jednak przeszłam około 15 kilometrów po piachu, taszcząc coraz cięższy worek od Mrzeżyna przez Rogowo do Dźwirzyna na spotkanie z grupą idącą z Kołobrzegu. Zbieraliśmy wszystko to, co zostawili po sobie plażowicze po sezonie letnim. Najwięcej zebraliśmy papierosów, plastikowych worków, kubków i nakrętek, sznurków po balonach, butelek i papieru. Z okazów nietypowych – martwą, dziką gęś i kawałek sieci rybackiej. To wszystko trzeba było spisać do raportu z akcji. Efekt zbiórki widać po prawej stronie zdjęcia finałowego. Dodać muszę, że plaże są sprzątane przez firmy, a mimo to wiatr odsłania spod piachu jeszcze tyle śmieci.

Pogoda nam dopisała. Pomimo września, dzień był jak z sierpnia. Jestem w środku, trzymając literę „B” i tworząc żywy napis CZYSTA PLAŻA BŁĘKITNY PATROL WWF, który nam trochę krzywo wyszedł, ale zmęczeni byliśmy tym zmęczeniem radosnym, przyjemnym, spełnionym, niepozwalającym nam ustać w miejscu. Ja nie byłam zmęczona. Ja byłam piekielnie zmordowana, bo na zbiórkę dotarłam ostatnia, ale równie dumna z siebie, że dałam radę i że coś dobrego zrobiłam dla świata. No i ta bezcenna radość na twarzy mojej nastolatki, że w ogóle byłam i dotarłam.
Na tym nie koniec!
To był dopiero pierwszy etap w mojej morskiej edukacji ekologicznej. Drugi nastąpił kilka tygodni później, kiedy dziewczyna z „Błękitnego Patrolu” WWF przyniosła mi tę książkę kucharską, jak brzmi jej podtytuł. Trochę mnie zaskoczyła, bo wiedziała, że nie lubię gotować, a kuchnia nie jest moim ulubionym miejscem. Dopiero po przejrzeniu jej zrozumiałam, że nie tylko o gotowanie w niej chodzi. To przede wszystkim pozycja, która uświadamia, że pozornie błaha decyzja o tym, co dziś zjesz na obiad, może zmienić świat. Brzmi górnolotnie, ale tylko pozornie. Ten poradnik podpowiada, w jaki sposób można tego dokonać - świadomie wybierać ryby i owoce morza niezagrożone wymarciem, a których unikać ze względu na nadmierne połowy. Przypomina, że wybory konsumenckie stymulują podaż. Uczy wybierać mądrze, z poszanowaniem dla środowiska.
Mówi – jedz ryby, bo są bardzo zdrowe, ale rób to świadomie, by morza, oceany i rzeki były ich zawsze pełne.
W ten sposób jej wydawca, Fundacja WWF Polska, między innymi staje w obronie mórz i oceanów oraz zamieszkujących je organizmów, prowadząc Kampanię na rzecz ochrony różnorodności biologicznej mórz i oceanów, a ta publikacja jest jej efektem.
To poradnik kulinarny, który uczy podstaw świadomego odżywiania się rybami i owocami morza. Odpowiada na elementarne pytania – dlaczego warto jeść ryby, gdzie i jakie ryby kupować, jak rozpoznać świeżą rybę, jak ją przechowywać i oprawiać z ilustrującymi te czynności fotografiami,

z czym łączyć smakowo (można nawet z grzybami!) i jakim technikom kulinarnym można je poddawać. Zapoznaje z logami polskiego i międzynarodowego certyfikatu, w które ryby są zaopatrzone, gwarantującymi dobry wybór.

Krótko opisuje najczęściej występujące gatunki ryb i owoców morza.

Dopiero po takiej dawce wiedzy pojawia się rozdział z przepisami kulinarnymi. Ich autorem jest Grzegorz Łapanowicz, którego ludziom kuchni nie muszę przedstawiać.

Przepisów jest 18. Autor zadbał o ich różnorodność składnikową, techniki kulinarnej i form podania. Są zupy,

sałatki,

spaghetti,

a nawet fishburger dla dzieci i osób nielubiących ryby pod inną postacią.

Każdy przepis jest dobrze opisany, a jego efekt zilustrowany pięknymi zdjęciami.
Wydawca namawia, aby poradnik zabierać ze sobą wszędzie tam, gdzie dokonuje się wyborów żywieniowych, ponieważ na końcu książki umieścił pomagającą w tym „ściągę”. Trochę to kłopotliwe i raczej gotowa byłabym nauczyć się jej treści na pamięć, ale na szczęście otrzymałam również jej identyczną wersję w formie magnesu na lodówkę. Trzymam ją na drzwiach lodówki ku pamięci.

Trzeci etap to ten wpis.
Chciałabym, aby turyści przyjeżdżający do nas w lecie, nad nasze czyste morze z pięknymi, szerokimi plażami, nie tylko dbali o ich czystość, ale też świadomie wybierali ryby, których w sezonie jest mnóstwo pod każdą postacią. Dlatego, pisząc o tej książce, w tym miejscu, pomagam na swój sposób Fundacji WWF Polska.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książka do pobrania w wielu formatach
poniedziałek, 28 marca 2016
Kolorowe bransoletki z muliny



Kolorowe bransoletki z muliny
Wydawca Wizjoner , 24 strony
Literatura polska


Otrzymałam wyjątkowy prezent!
Tę oto bransoletkę.

Niepozorny kawałek dwukolorowej plecionki z muliny, a jednocześnie bezinteresowny i bezokazyjny wyraz sympatii nieśmiałej nastolatki. Maturzystki, dlatego obiecałam sobie, że zdejmę ją dopiero po maturze. Mam nadzieję, że zdanej! Mogłam odwdzięczyć się i odwzajemnić sympatię tylko w jeden sposób – zainteresować się pasją dziewczyny.
Wypożyczyłam sobie ten kolorowy przewodnik, by przynajmniej zorientować się, jak takie cudeńka powstają. Po przejrzeniu, nabrałam ochoty na samodzielne stworzenie własnej bransoletki. Miało być prosto i łatwo. Przewodnik zapewniał mnie, że znajdę w nim instrukcje wykonania osiemnastu wspaniałych bransoletek, od najprostszych plecionek, a kończąc na zachwycających opaskach o niepowtarzalnym splocie. Jako nowicjuszka szukałam tych najnajprostszych, a najlepiej początku początków. Chciałam poznać podstawowe węzły i supełki. I takie znalazłam w pierwszym rozdziale.
A potem było już tylko pod górkę!
Wprawdzie opis wykonania każdego rodzaju bransoletki poprzedzono informacją o ilości, długości nitek i potrzebnych kolorach, by przejść do etapów wykonywania plecionki,

to szybko okazało się, że brakuje mi podstawowej wiedzy, którą powinien zawierać wstęp. Przewodnik zachęcił mnie do stosowania oprócz muliny również sznurka, skórzanych pasków czy nawet włóczki, ale zapomniał wspomnieć o sposobach umocowania robótki, zapobiegających jej przesuwaniu się podczas pracy. Ograniczył się tylko do umieszczenia zdjęcia z potrzebnymi przyborami.

Przeznaczenia muliny i nożyczek domyśliłam się, ale agrafek, taśmy czy spinaczy już nie.
Poddałam się!
Z samodzielnego korzystania z książki, ale nie z drążenia tematu. Uznałam, że przydałby mi się instruktor. Zaproponowałam mojej nastolatce poprowadzenie warsztatów z rolą instruktorki z wykorzystaniem tej publikacji.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę!
To, czego nie ujął przewodnik, szczegółowo i powoli dopowiadała i wyjaśniała instruktorka. Pokazała niezbędną pętelkę jako początek robótki, dużo bardziej praktyczny niż węzełek proponowany w książce. Pokazała sposoby mocowania plecionki, opisując zalety i wady każdego z nich i przeznaczenie przyborów ze zdjęcia w książce. Zdecydowaliśmy się (byli również chłopcy!) na najbardziej praktyczny, ten z agrafkami. Z takim podwójnym wsparciem odważyłam się wybrać z przewodnika wzór bransoletki pasiastej. Nie ja jedna. Miała więcej zwolenników, bo była najprostsza do zrobienia, nie wliczając splotu warkoczowego.

A mimo to, nie było łatwo!
Bardzo myliłam kolejność nitek. Zdarzało się, że rozplątywałam plecionkę, by zacząć od nowa. Nie skupiałam się na niej, często przerywając pracę i gubiąc wątek. Plecenie, przynajmniej na początku, wymaga koncentracji i cierpliwości, by śledzić kolejność ruchów. Podzielność uwagi osiągają mistrzowie w tej dziedzinie. Dlatego moje dzieło nie wyszło równe i estetyczne, ale, jak na pierwszy raz, jestem bardzo zadowolona.

Doszłam do wniosku, że dla początkującej osoby o miernych zdolnościach plastycznych i manualnych najlepszy jest tandem – przewodnik plus instruktor. W tym układzie książka była bardzo pomocna i inspirująca. Szkoda tylko, że jest również klasycznym przykładem niechlujstwa wydawniczego. Nie posiada absolutnie żadnego aparatu informacyjnego oprócz nazwy wydawcy-widma.
Nie lubię anonimowości w publikacjach książkowych.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Można posłużyć się również filmikami. Spośród wielu, wybrałam najbardziej przejrzysty.
piątek, 25 marca 2016
Pisanki wielkanocne – Beata i Jan Twardowscy



Pisanki wielkanocne: dla dorosłych i dla dzieci (z malowankami) – Beata i Jan Twardowscy
Wydawca Agencja Edytor , 1992 , 80 stron
Literatura polska


Pisanki, kraszanki, jaja malowane!
To ich czas. I czas rodzinnych spotkań przy stole, by samodzielnie je stworzyć. To nie takie proste i szybkie, jeśli chce się to zrobić tradycyjną metodą malowania woskiem pszczelim. A zamarzyła mi się właśnie ta! Trochę za namową koleżanki, która stosowała ją w domu rodzinnym, oferując siebie w roli instruktorki. Ja miałam zorganizować całą resztę czyli warsztaty. Musiałam więc solidnie przygotować się do spotkania. Przynajmniej teoretycznie. W Internecie zarzucona zostałam bajecznie kolorowymi publikacjami. Bez możliwości sprawdzenia dokładnie ich zawartości, obawiałam się, że nie spełnią moich oczekiwań. Potrzebowałam publikacji prostej w przekazie i przejrzystej w rysunkach, ponieważ na warsztaty miały przyjść również dzieci.
I dostałam taki!
Stał sobie mój wymarzony przewodnik na półce w dziale dziecięcym biblioteki publicznej. Stareńki, bo ćwierćwieczny, ale zawierający wszystko, o czym myślałam. Krótki rys historyczny zawierający kilka uwag o tradycji malowania jaj, o obyczaju święcenia pokarmów czyli święconce, znaczeniu pojęć – „pisanka” i „kraszanka” oraz symbolice barw i ornamentów je zdobiących w zależności od regionu Polski, a które mogłam sobie obejrzeć na dołączonych ilustracjach.

Dla mnie zbyt skomplikowanych, jak na osobę debiutującą w tej metodzie, a cóż dopiero dla dzieci. Na szczęście autorzy zapełnili sporo stron również rysunkami dużo bardziej prostymi, ale z typowymi, polskimi motywami stosowanymi w zdobieniu jaj.

W osobnym rozdziale poświęconym ich barwieniu, dowiedziałam się, jaki kolor mogę uzyskać sposobem naturalnym. To pracochłonna czynność, bo wymagająca przygotowania kilku wywarów w zależności od zaplanowanej liczby barwników. Ich składniki na wiosnę są trudne do zdobycia, jeśli nie pomyślało się o nich dużo wcześniej, jak na przykład malwa czy młode żyto. A już całkowitą tajemnicą dla mnie było drzewo kampeszowe dające kolor niebieski. Poszłam na skróty i przygotowałam kolorowe kąpiele z gotowych barwników proszkowych z dodatkiem octu.

Ważne było, aby każdy słoik miał swoją łyżkę do zanurzania i wyjmowania jaj. Chroniło to przed wymieszaniem się pigmentów. Do nanoszenia wosku przewodnik zalecał kilka narzędzi – stalówkę, szpilkę lub pióro. My używaliśmy zapałek. Zalecany zwykły wosk lub stearynę zamieniłam na wosk pszczeli, bo takiego używano w domu mojej koleżanki-instruktorki. Roztopiony w kominku zapachowym pięknie, bo miodowo łączył się z aromatem przyniesionych ciast.

Jaja do malowania takim woskiem muszą być ciepłe, więc najlepiej ugotować je tuż przed malowaniem. Wosk pszczeli bardzo szybko tężeje, więc ruchy nanoszenia muszą być bardzo szybkie i precyzyjne, a ciepło jaja przedłuża jego ciągliwość. Jak widać poniżej, wbrew moim początkowym obawom, nie roztapia się na jaju. Jest lepki jak miód.

Ta lepkość jest irytująca przy jego zeskrobywaniu. Może dlatego dla dzieci to była najmniej atrakcyjna czynność i przypadła ona w udziale bardziej cierpliwym dorosłym.

Dla ułatwienia pracy i zainspirowania wyobraźni uczestników warsztatów przygotowałam odbitki kserograficzne z przewodnika i rozrzuciłam na stole.

Wbrew pozorom nie było łatwo stworzyć idealną pisankę. Dla wszystkich uczestników, oprócz instruktorki, to było pierwsze doświadczenie z metodą woskowania i jak na pierwszy raz wszyscy byli dumni z efektów swojej pracy. Zwłaszcza dzieci!

Na wyższy stopień zdobienia jaj metodą batikową nikt nie zdecydował się, mimo że przewodnik etap po etapie opisywał tworzenie pisanek z rysunkiem wielokolorowym. Myślę, że lepiej solidniej opanować podstawy, zanim zacznie się tworzyć bardziej skomplikowane malunki na jajach. Dzieci mogą szybko zniechęcić się, bo na efekty pracy trzeba dłużej poczekać.
Chociaż – do odważnych świat należy!
I dla takich właśnie osób autorzy przygotowali rozdział opisujący inne formy plastyczne zdobienia jaj – wycinanki czy tworzenie figurek z wydmuszek.

Nie zapomnieli również o najmłodszych, dołączając kolorowanki do samodzielnego malowania lub rysowania.

Przewodnik, jak głosi podtytuł, w pełni spełnia wymagania zarówno wobec czytelnika dorosłego jak i dzieci. Mogę śmiało go nazwać rodzinnym. Dostosowuje również stopień trudności do umiejętności plastycznych, stopniując go od najbardziej prostych do bardziej skomplikowanych. Ale najważniejszą zaletą tej pozycji jest przekazywanie polskiego obyczaju malowania jaj wykorzystującego tradycyjne techniki, naturalne barwniki i regionalne, polskie wzory i ornamenty.
sobota, 19 marca 2016
Jak zapomnieć eksa – Rebecca Beltrán , Adrià Fruitós



Jak zapomnieć eksa: zeszyt ćwiczeń naprawdę skutecznych ćwiczeń – Rebecca Beltrán , ilustracje Adrià Fruitós
Przełożyła Maria Borzobohata-Sawicka
Wydawnictwo Między Słowami , 2016 , 144 strony
Literatura hiszpańska


Najlepsze na odkochanie się jest czytanie książek!
To nie mój wniosek. Takiej rady udzielił nieszczęśliwie zakochanemu czytelnikowi Janusz Leon Wiśniewski w jednym z wywiadów udzielonych po spektakularnym sukcesie swojej powieści o miłości S@motność w sieci. Podkreślam – czytanie. Autorka tej książki, a właściwie zeszytu, jak ujmuje to podtytuł, podsuwa inną radę – zdiagnozuj, co tobie dolega, zobacz to w innym świetle i zapomnij. Nie czytaj, a działaj! Forma książki w postaci zeszytu ćwiczeń ma tobie w tym pomóc.
I podsuwa mnóstwo zadań praktycznych.
Jedne mają pokazać cierpiącą kobietę na miłość do eksa w jej kontekście. Mają temu służyć testy określające na przykład typ byłej czy ustalanie punktu na rollercoasterze odzwierciedlającego obecne położenie lub stan psychiczny zakochanej.

Inne mają zdeprecjonować eksa – obrzydzić, zohydzić, zbrutalizować, wyśmiać, umniejszyć jego zalety i zasługi, wyrzucić z serca i umysłu, a nawet „zabić”!

Tych ćwiczeń jest najwięcej. Można podczas ich wykonywania ciąć, naklejać, bazgrać, pisać i wydzierać kartki. Tak, jak się chce, lubi i bez jakichkolwiek ograniczeń. Papier cierpliwy jest. Bardziej niż przyjaciółka. Nie znudzi mu się, nie oceni, nie puści w eter (chyba, że ktoś znajdzie zeszyt!), wszystko przyjmie i wytrzyma. Można do tego poprawiania sobie nastroju zaprosić przyjaciół, by wypełnili strony swoimi radami.

W procesie zapominania pomóc mają również ćwiczenia wyszukujące i wskazujące pozytywne strony rozpadu związku i pozostania singielką wolną od niepożądanej miłości. Bilanse, zestawienia, plusy i zalety trzeba znaleźć samej często na drodze zabawy, na przykład wyszukiwania różnic.

A kiedy z eksa pozostanie kropka na horyzoncie umysłu, należy ją przesłonić własnymi marzeniami i planami,

często przy tym relaksując się.

Czas procesu zapominania o eksie jest bardzo indywidualny, ale z jedną, wspólną zasadą – nie wolno śpieszyć się. Testem na skuteczność terapii jest poczucie humoru i częstotliwość uśmiechu na twarzy podczas wykonywania ćwiczeń. W nagrodę można otrzymać Dyplom wyższej szkoły cynizmu imienia połatanych serc.

Autorka postarała się pomóc zakochanym kobietom, wykorzystując formułę Zniszcz ten dziennik (i jej podobnych), która na rynku wydawniczym robiła ogromną furorę wśród nastolatków. To do nich były skierowane pierwsze tego typu publikacje, mające na celu pobudzić kreatywność. Ta publikacja skierowana jest do kobiet zakochanych w byłych partnerach, która wykorzystuje znane zasady i formy pracy w psychoterapii – deprecjacja, identyfikacja, racjonalizacja, przeniesienie, wizualizacja czy werbalizacja emocji i myśli. Ta ostatnia tutaj w formie tekstu lub rysunku.
Czy skuteczne?
Autorka zapewnia, że tak. Ja, przyznaję, że nie wiem, poza jednym – na pewno nie zaszkodzą. Już samo wykonywanie ćwiczeń pozwala na odwrócenie uwagi od zafiksowania na punkcie eksa. Przy okazji wyzwalają kreatywność. Najcenniejsze w nich jest jednak to, że pomagają zakochanej w samodzielnym dochodzeniu do niepopularnych, ale koniecznych wniosków i faktów odzierających rzeczywistość z fałszywych wyobrażeń i życzeniowego nastawienia.
Smutna wiadomość jest taka, że jeśli ten poradnik i przewodnik w jednym nie pomoże, to autorzy zalecają cofnięcie się do pierwszej strony i powtórzenie ćwiczeń od nowa. Ja zalecałabym raczej poszukanie pomocy u psychoterapeuty, a zeszytu ćwiczeń potraktowanie jako czynnika wspomagającego terapię.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

poniedziałek, 26 października 2015
Warkocze – Laura Kristine Arnesen , Marie Moesgaard Wivel



Warkocze: przewodnik krok po kroku – Laura Kristine Arnesen , Marie Moesgaard Wivel
Przełożyła Aleksandra Kamińska
Wydawnictwo Między Słowami , 2015 , 108 stron
Duńska


Tylko dzieci głupie się nudzą!
Taki motywator stosowała moja znajoma w wychowaniu swoich dzieci. Muszę dodać, że skutecznie, chociaż dla mnie brzmiał trochę kontrowersyjnie. Po lekturze tego przewodnika skłonna jestem przyznać jej rację. Okazuje się, że nuda wcale nie jest zła, tylko dzieci są może nie głupie, ale zbyt leniwe. Na szczęście nie wszystkie. Kiedy w duńskich szkołach ogłoszono strajk generalny, dwie nastolatki, Laura i Marie, strasznie się nudziły i zamiast "zawracać gitarę" dorosłym mantrą – nudzi mi się - i żądać od nich roli clowna zabawiającego widownię, zaczęły działać.

Miały pasję – plecenie warkoczy. Każdą wolną chwilę poświęcały na wymyślanie nowych splotów z włosów. Brak zajęć w szkole wykorzystały na poszukiwanie inspiracji w Internecie, które skończyło się zainstalowaniem profilu na Instagramie, gdzie pokazały swoje warkoczowe fryzury. Pojawiły się fanki. Potem były filmiki instruktażowe na YouTube. Fanek przybyło jeszcze więcej. I wreszcie ukazała się ta książka. Postanowiłam ją nie tylko przeczytać i dokładnie przyjrzeć się licznym zdjęciom.
Postanowiłam ją... przetestować!
Zebrałam grupę dziewczyn, które chciały tego samo, co ja, ale również mieć uczesanie na czasie (warkocze ostatnio robią furorę!) lub po prostu nauczyć się pleść włosy. Gościem specjalnym i fachową pomocą dla amatorek była adeptka fryzjerstwa. Ciekawiło mnie, jak poradzą sobie z przewodnikiem amatorki, a jak profesjonalistka. Wcześniej przygotowałyśmy akcesoria wyszczególnione i pokazane w rozdziale wstępnym:

Uzbrojone w gumki, wsuwki i grzebienie zabrałyśmy się do wyboru warkocza, wertując pierwszy rozdział. Było w nim aż, a może tylko, pięć podstawowych splotów warkoczowych jako baza do dalszych uczesań. I tutaj napotkałyśmy pierwszy, ale i jedyny problem. Zdjęcia instruktażowe do każdego rodzaju warkocza umieszczono na jednej stronie.

Ucierpiała na tym ich czytelność odwzorowywania krok po kroku kolejnych chwytów pasm włosów. Na szczęście tę niedogodność świetnie rozwiązywał kod QR umieszczony pod opisową instrukcją wykonania:

Ściągnięcie aplikacji na telefon i skorzystanie z usługi zajęło nam kilkanaście sekund i już miałyśmy filmik instruktażowy w telefonie.

Po opanowaniu podstaw, co było łatwe, mogłyśmy porwać się na drugi stopień trudności czyli następny rozdział z fryzurami plecionymi. Teoretycznie brzmiało groźnie, ale w praktyce oznaczało bazowanie na wcześniej poznanych rodzajach warkoczy i budowaniu z nich bardziej skomplikowanych kompozycji. Nie było to trudne. Oryginalny wodospad z włosów w książce wyglądał tak:

A nasz tak:

W przewodniku znajdywałyśmy również mnóstwo podpowiedzi fryzur na imprezy i uroczystości.

Niektóre, wprawdzie już bez instrukcji, ale nie były nam nawet potrzebne do ich wykonania. Właściwie po trzech godzinach ćwiczeń (tak dobrze nam się plotło!) autorki spełniły swoją rolę osób zachęcających i inspirujących, a nas zaczęła ograniczać już tylko wyobraźnia. Efektem było to zupełnie nowe uczesanie:

Zgodnie stwierdziłyśmy, że przewodnik napisany jest zrozumiale, z przejrzystą grafiką, dając amatorkom szansę nauczenia się plecenia warkoczowych fryzur, a profesjonalistkom możliwość inspiracji do pomysłów na nowe fryzury. Ze spotkania wyszłyśmy z cudami-wiankami u każdej na głowie, nowymi umiejętnościami i kolejką do pożyczenia przewodnika.
Byłyśmy bardzo zadowolone!

Fragment książki
wtorek, 14 lipca 2015
Świat na żółto - Albert Espinoza



Świat na żółto: 23 małe odkrycia , które uratowały mi życie – Albert Espinoza
Przełożyła Hanna de Broekere
Wydawnictwo Znak Literanova , 2015 , 239 stron
Literatura hiszpańska


Żółte w tytule, żółta okładka i żółty świat w środku!
Dlaczego żółty? Nie tak szybko! Autor też nie od razu wytłumaczył mi, czym jest żółte i kim są żółci ludzie. Zanim to zrobił pod koniec tego energetycznego przewodnika opisującego 23 wskazówki ułatwiające życie, najpierw opowiedział mi o ich genezie i inspiracji prowadzącej do żółtej teorii. A zaczął od bardzo szokującego wyznania – Urodził mnie rak.(...) Muszę jednak powiedzieć, że cieszyłem się, że mam raka. Wspominam ten okres jako jeden z najlepszych w swoim życiu.
I o tych narodzinach, o dziesięcioletnim dorastaniu z nim od czternastego do dwudziestego czwartego roku życia, w którym wprawdzie stracił nogę, jedno płuco i część wątroby, ale także lęk przed śmiercią, zyskując przy tym radość życia, z perspektywy trzydziestoczteroletniego już mężczyzny, jest ta książka. Ale nie jest to linearna, chronologicznie poukładana opowieść od zachorowania do wyzdrowienia, mimo że autor nazywa ją autobiografią. To cztery rozdziały, których podział i ich charakter zainspirował wiersz Gabriela Celaya Autobiografia. To jego zwrotki są mottem do każdej z czterech części. Spośród nich najobszerniejszą jest część druga. Składa się z 23 wskazówek, które w podtytule noszą nazwę małych odkryć, które uratowały życie autorowi. To dzięki nim pokonał chorobę nowotworową i dzięki nim funkcjonuje w życiu po raku. Nie wymyślił ich sam. Nieświadomie podsuwali mu je otaczający go ludzie – Jajogłowi, jak nazywał swoich współtowarzyszy w chorobie, pielęgniarki, salowe, lekarze, odwiedzający, diagnostycy. Czasami to było długie lub krótsze zdanie zawierające określoną myśl,

a czasami krótki dźwięk nabierający znaczenia w zestawie z kontekstem:

Każde z nich stało się zasadą i wskazówką jednocześnie, którą autor zapamiętał, rozwinął, przyswoił i zastosował w swoim życiu. Nie pozostawił jednak tej myśli tylko w świecie teorii. Za każdym razem wypunktowywał jej praktyczną stronę. Krok po kroku według sporządzanej listy, której formy przekazu był ogromnym zwolennikiem, jeśli nie powiedzieć – wielbicielem, pokazywał, jak ćwiczyć zasadę i jak ją stosować w konkretnej, trudnej sytuacji. Niekoniecznie tylko w chorobie. Odżegnuje się przy tym od nazywania tych list wskazówek radami, podkreślając, że proste rady nie istnieją. Istnieją listy wskazówek, listy ewentualnych kroków, które można wykonać. Każdy rozdział zawiera taką przynajmniej jedną:

Ich charakter staje się momentami bardzo osobisty, a nawet intymny, nie tylko dlatego, że dotyczyły sfery emocjonalnej, ale i seksualnej. Muszę przyznać, że w osłupienie wprawiło mnie odkrycie 15:

Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Edukacja seksualna nastolatka w szpitalu również miała swoje miejsce!
Dopiero po tych obszernie omówionych doświadczeniach autor opowiedział mi o żółtych i ich świecie. Jak sam zastrzegł, to nie jest żadna religia, ani wyznanie czy sekta (sam jest agnostykiem), ale pozytywne nastawienie do życia z osobiście wypracowanymi zasadami postępowania, zachowania, nastawienia i myślenia. Dla mnie był to sposób na życie lub filozofia życia. Jeśli jednak ktoś na podstawie powyższego zdania wysunął wniosek, że wie o co chodzi, to muszę go zmartwić. Teorii żółtego nie sposób zawrzeć w jednym zdaniu. Trzeba najpierw przeczytać 23 odkrycia, by potem zrozumieć żółtych. Nie bez powodu autor mówi o tym dopiero na końcu książki. To dopiero w tym miejscu mogłam zrozumieć ostatni wers, w ostatniej zwrotce wiersza Gabriela Celaya – I odpręż się: umrzyj. Jest w niej dużo umierania, ale więcej życia i pozytywnego, pełnego optymizmu, nastawienia do niego. Ta książka kipi radością życia, a jej żółty kolor, kojarzący mi się ze słońcem, ciepłem i przyjemnością, jest niemalże jego emanacją. Aż dziwne, że ta cudowna, praktyczna i rzadko spotykana tasiemkowa drobnostka, w jaką wyposażył książkę wydawca, również nie była żółta.

Ten zbiór pozytywnych myśli nie mógł nie przejść niezauważonym. Pełno ich w graficznej oprawie w Internecie, a Steven Spielberg wykupił prawa do jej ekranizacji. Na jej podstawie powstał serial Bractwo czerwonej opaski.
Książkę stawiam na półce z napisem – „Śmierć uczy życia” obok Schodów do nieba i Bez strachu.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Serial w Polsce można już oglądać od maja na kanale Canal+ Family.
sobota, 21 lutego 2015
Twój umysł na detoksie – Rafael Santandreu



Twój umysł na detoksie: czyli jak nie zatruwać sobie życia – Rafael Santandreu
Przełożyła Joanna Kuhn
Wydawnictwo Muza , 2015 , 303 strony
Literatura hiszpańska


Do poradników psychologicznych podchodzę sceptycznie.
O ile ich rola w uświadamianiu istnienia samego problemu jest duża, o tyle z zastosowaniem zawartej w nim teorii już gorzej. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy trafiłam na warsztaty z aktywacji metod wychowawczych. Pod kierunkiem psychologa i pedagoga wprowadzaliśmy w czyn całą teorię podaną w znanej pozycji amerykańskich ekspertek w dziedzinie komunikacji między rodzicami/nauczycielami a dziećmi – Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły. To bardzo pozytywne doświadczenie ugruntowało we mnie przekonanie, że przeczytać poradnik psychologiczny lub pedagogiczny to za mało. Trzeba jeszcze popracować nad realizacją jego treści poprzez konkretne ćwiczenia sytuacyjne pod kierunkiem profesjonalistów. I tak zapewne bym myślała do końca świata, a nawet dłużej, gdyby w moje ręce nie trafiła, przez zupełny przypadek (a może tak miało być?), właśnie ta pozycja.
Poradnik, który zmodyfikował mój dotychczasowy, kategoryczny pogląd.
Pokazał mi znaczącą różnicę między psychologią behawioralną, na której zasadach bazowały wspomniane przeze mnie wcześniej warsztaty a psychologią poznawczą. I w tej różnicy leży przysłowiowy pies pogrzebany. Bo o ile ta pierwsza wymaga, nazwijmy to, ćwiczeń zewnętrznych czyli sytuacyjnych, o tyle ta druga wyłącznie ćwiczeń wewnętrznych czyli umysłowych polegających na odkrywaniu myśli, schematów myślowych i przekonań irracjonalnych, które nagromadziliśmy podczas życia, a które stanowią przyczynę bólu i frustracji i mogą prowadzić do cierpienia emocjonalnego, a ostatecznie nawet do zaburzeń, takich jak lęk czy depresja. A takie podejście pozwala na pracę samodzielną właśnie z poradnikiem, który dostarcza wiedzę, metody i konkretne ćwiczenia. I tu znacząca uwaga, o której również wspomina autor a zarazem psycholog poznawczy, a raczej podaje jako warunki przystąpienia do odtruwania umysłu – aby osiągnąć zamierzony efekt, potrzebna jest codzienna, systematyczna, długotrwała praca nad sobą (od 6 miesięcy do roku) oraz otwarty umysł i wytrwałość. Z nich, dwa ostatnie warunki są najważniejsze. Od siebie dodam jeszcze – przygotowanie na lekki szok, na takie „rewelacje”:

Po takim dictum, mniej zaawansowani czyli najbardziej „zatruci” mogą odrzucić poradnik już na początku. W czasach narzuconej młodości i pozornej nieśmiertelności nakaz myślenia o śmierci i jej nieuchronności może bardzo zaboleć. I tutaj dochodzę do jeszcze jednego czynnika mającego wpływ na powodzenie pracy z poradnikiem – odbiorcy i jego stopnia „zatrucia” umysłu przez „toksyny” z zewnątrz. Ujmując rzecz prościej, im mamy w głowie większe piekło stworzone przez własne myśli, podsycane przez schematy i algorytmy myślowe, tym trudniejsza będzie praca z poradnikiem. Powiem więcej – może zdarzyć się tak, że w skrajnych przypadkach, zostanie odrzucony ze złością. Całkowicie zanegowany.
A warto spróbować, bo działa!
Spotkanie z psychologiem-przewodnikiem rozpoczyna się od podania minimum niezbędnej teorii, tłumaczącego założenia psychologii poznawczej, wyjaśniającego metody, jakimi się posługuje w pracy z pacjentami i, najważniejsze, podsuwa rozwiązanie problemów, by w pełni korzystać z radości życia.
Proponuje gotową i sprawdzoną na to receptę!
A podobno nie ma takiej, a tu voilà, jest! Brzmi trochę, jak herezja, ale to prawda, poparta przykładami znanych ludzi, którzy ją stosowali, a metody psychologi poznawczej mieli opanowane do perfekcji. Mówi wprost – I to właśnie jest jeden z moich celów: powiedzieć czytelnikowi, że może się zmienić, może stać się osobą zdrową na poziome emocjonalnym. Pokazuje, jak żyć z „neurozami” innych, nie zarażając się nimi. Jak w neurotycznym świecie Zachodu, kultu nieśmiertelności i „choroby wymaganiowej” ochronić swój umysł, równowagę emocjonalną, budując mur dystansu wobec neuroz i neurotyków. Pod tym ostatnim pojęciem mam na myśli nie tylko ludzi, ale i media z przekazem myślowym. Piosenki i literatura też mogą być toksyczne, z których najbardziej szkodliwe są, nomen omen, poradniki psychologiczne, ale oparte na irracjonalizmie. Przy okazji ich krytyki, autor obala lansowane przez nie mity czyniące więcej szkody niż pożytku, jeśli nie w ogóle katastrofę, w świadomości odbiorcy. Między innymi popularne przekonanie – Jeśli czegoś bardzo pragnę, osiągnę to. Według autora - nieprawdziwe i szkodliwe. A ja od siebie dodam – bardzo!
Nie zabrakło oczywiście ćwiczeń w tej pozycji.
Są one przedstawiane i omawiane w rozdziałach opisujących konkretny problem – strach przed samotnością i ośmieszeniem, nieprawidłowe relacje z innymi ludźmi, wybuchy gniewu, niepożądany wpływ otoczenia, stres w pracy, frustracja i wiele, wiele innych, bardzo powszechnych, niepozwalających na cieszenie się życiem. Dla mnie największą trudność sprawiają ćwiczenia dotyczące opanowania stresu w pracy. Trudno jest mi zastosować metody psychologi poznawczej, kiedy mam do wykonania zadanie. Zwłaszcza zespołowe. Świętego potrzeba, aby udawać Buddę, gdy wszystko dookoła się sypie. Trudno pozbyć się natłoku negatywnych myśli, kiedy złe emocje kipią.
Ale, ale! Autor nie obiecywał mi, że będzie łatwo!
Wręcz przeciwnie! Stawiał warunki i uprzedzał, że praca nad schematami myślowymi to ciężka praca w terapii zachowań. Po prostu orka na ugorze! A im bardziej zarośnięty ugór czyli zatruty i uzależniony umysł, tym trudniej. I tutaj autor podawał metafory, opowieści zaczerpnięte z buddyzmu i chrześcijaństwa, historie konkretnych ludzi lub swoich pacjentów, by zilustrować swój przekaz, podając na koniec każdego rozdziału podsumowujące go, najważniejsze wnioski:

Detoks boli.
Jak każde uzależnienie i z tym już się pogodziłam, cierpliwie zastępując irracjonalizm - racjonalizmem, potrzeby – pragnieniami, dramatyzm – realizmem, wymagania – preferencjami, bo, jak powiedział Epiktet: Nie to nas dotyka, co nam się zdarza, ale to, co mówimy sobie o tym, co się nam zdarza. To ja jestem reżyserem swojego umysłu.
I ostatnia konkluzja.
Mam wrażenie, że przeczytałam naukowe opracowanie filozofii życia wielu religii, udowadniające, że praktyka wiary w codziennym życiu jest możliwa, a nauka tylko wyposaża człowieka w odpowiednie do tego narzędzia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

To szczęśliwy głucho-niewidomy Francisco Feria, którego autor przedstawia, jako dobry przykład w metodzie odniesienia do wzorców pozytywnych.
 
1 , 2
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A w marcu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 903 tytuły
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi