Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...
niedziela, 15 października 2017
Ojciec: opowiadania - Michał Cichy i 8 innych

Ojciec: opowiadania - Michał Cichy , Jacek Dukaj , Wojciech Engelking , Jakub Małecki, Andrzej Muszyński , Łukasz Orbitowski , Ziemowit Szczerek , Wit Szostak , Michał Witkowski
Wydawca Ringier Axel Springer , 2017 , 294 strony

Literatura polska

   Ojcowie kochają!

   To pewne! Tylko troszkę inaczej niż matki, a przez to trudniej. Ich miłość jest warunkowa. Kochają interesownie i za coś. Mówiąc krótko – na miłość ojca trzeba sobie zasłużyć. Tak mówi psychologia. Jeśli na to nałożyć jeszcze cechy psychiki męskiej – otrzymujemy obraz ojcostwa skomplikowanego. Nie podejrzewam, że autorzy najpierw otworzyli podręcznik do psychologii, by tę wiedzę przyswoić, a potem napisać opowiadanie. A mimo to, tę skalę skomplikowania podręcznikowo ukazali w krótkich (no, może poza Jackiem Dukajem), dziewięciu odsłonach.

Łączy je, jak sugeruje tytuł, temat ojcostwa i wysoki, bardzo równy poziom warsztatu literackiego. Różni wszystko pozostałe tak, jak różnią się stylem przekazu, do którego zdążyli już przyzwyczaić swoich czytelników. Ja znałam twórczość trzech z nich.

   Łukasza Orbitowskiego (Inna dusza), który z lubością uwikłał syna w potęgę natury nie do przezwyciężenia, obiecującego sobie nie naśladować ojca-cudzołożnika i jak mu nic z tych postanowień nie wyszło. A raczej wyszedł z niego nie kto inny, a własny ojciec w opowiadaniu Tygrys.

   Mojego ulubionego za kontrowersyjność, ubarwiającą, ale i łamiącą schematy i uprzedzenia, Michała Witkowskiego, który mnie trochę rozczarował brakiem odwagi w przekroczeniu granicy tabu, ale o tym później, a który w Domku okazał się jak zwykle bardzo współczesny i wyłuskujący z rzeczywistości tematy niewygodne. Tutaj współczesnego syna marnotrawnego, który w poszukiwaniu siebie, swojej drogi i miejsca, w wieku czterdziestu jeden lat nadal siedzi u ojca w kieszeni, bo jest jedynym stałym, pewnym punktem w życiu nieodnajdującego się w rzeczywistości XXI wieku dziecka. To opowiadanie, w którym wspierająca rola ojca dla współczesnych synów staje  się rolą permanentną, a przez to nadużytą.

   Znałam również twórczość Jacka Dukaja, którego styl odnalazłam w jak dobrze znanej mi konwencji fantastycznej, ale wyrosłej z faktów historycznych w opowiadaniu Vtrko. Zaskoczył mnie odejściem od powszechnie pojmowanej więzi ojciec-syn, przypisując ją ojcowi narodu i jego obywatelom. To była najtrudniejsza do przyswojenia treść opowiadająca o potrzebie posiadania tożsamości narodowej, w której było mało psychologi, za to dużo polityki i odniesień historycznych. I licząca najwięcej stron! Ale nie dziwię się. Autorowi  tysiącstronicowego Lodu ma prawo być za ciasno w krótkiej formie. Może stąd duża gęstość treści przypadająca na literę w zdaniu. To też jedyny autor, który „przyznał się” do nieojcostwa w biogramie umieszczonym wśród innych na okładkowym skrzydełku.

   Większość opowiadań, budując historię ojcostwa ukazuje je z perspektywy synów. Tak jest we wspomnianych już TygrysieDomku. Ale i w Żaglowcach i samolotach, w których miłości nie ubiera się w słowa, ale okazuje się poprzez czyn.  W Maczużniku opowiadającym o ojcu nieobecnym,  zafiksowanym na powinności troszczenia się o materialny byt rodziny i gubiącym inne wartości. W Mieście mojego ojca, w którym syn próbuje połączyć dwie różne krainy odmiennych pokoleń oraz przeszłość z teraźniejszością. W Miejscu przy kuchence mierzącej się z odchodzeniem i śmiercią ojca. Na tle tych głosów wyróżnia się List z  narracją ojcowską. Stoi w opozycji do wcześniejszych perspektyw, tłumacząc , dlaczego tak trudno kochać ojców, tak trudno zrozumieć ich zachowania, postawy i wybory. W tym znaczeniu pęknie dopełniają się i dlatego to opowiadanie przeniosłabym z początku zbiorku na koniec, umieszczając je w roli swoistego podsumowania lub prologu przed Vtrko.

   Jednak moje serce czytelnicze skradło jedno opowiadanie – Pat.

   Nie tylko ze względu na rzadko poruszany temat – odrzucenie ojcostwa. Wprawdzie przyznanie się do niechęci bycia ojcem nie spotyka się w społeczeństwie z takim ostracyzmem, jak w przypadku niechęci kobiety do bycia matką, o czym czytałam w publikacji Żałując macierzyństwa Orny Donath, ale poruszenie tego zagadnienia to uchylenie furtki na drogę ukazującą obraz ojcostwa odstającego od tego powszechnie pojmowanego, poprawnego i akceptowalnego. Szkoda, że nikt nie odważył się jej otworzyć na oścież, ukazując ojcostwo destrukcyjne, dewiacyjne, zdeformowane. Nie ukrywam, że liczyłam na Michała Witkowskiego.  To właśnie w tym sensie mnie zawiódł, o czym wspomniałam wcześniej. Pat wzbudził również mój zachwyt koronkową, misterną konstrukcją fabuły, w której niechciane ojcostwo zostało porównane do sytuacji patowej w szachach. W tak krótkiej formie Wojciech Engelking zmieścił opowiadanie w opowiadaniu. Zdołał pokazać przeszłość przenikającą przez teraźniejszość i rozegrać logistycznie wątki niczym ruchy figur na polu szachowym, które przykuwały uwagę detalami gry. Tytuł, treść, bohaterowie, puenta, zwarta konstrukcja, rygor akcji i wzbudzane emocje bardziej wskazują na stworzenie szlachetniejszego gatunku niż tylko opowiadanie – nowelę.

   Dla mnie perełka w tym diademie!

sobota, 14 października 2017
Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński

Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński
Wydawnictwo Czarne , 2016 , 208 stron

Seria Menażeria
Literatura polska

   Bardzo przewrotny, ale adekwatny tytuł!

   Bo cóż ja w tej opowieści nie miałam! Różnorodność ogromną! Od malarstwa, literatury, filmu, muzyki poprzez wątki polityczne na ekologii skończywszy! Spojrzenie szerokie, które ogarniałam niczym sowa, skoro już jesteśmy w ptasim świecie, wykręcając umysł i wyobraźnię dookoła tej przebogatej panoramy. Właściwie nie powinnam się temu dziwić, skoro autorem jest kulturoznawca ogarnięty ptasią pasją, a już z pewnością dotknięty syndromem Birding Compulsive Disorder w pozytywnym jego znaczeniu. Jednostki chorobowej wymyślonej z przymrożeniem oka przez językoznawcę Petera Cashwella, odpowiadającej za skupianie całej uwagi na ptakach w codziennym życiu „chorego”. To on odpowiada za gwałtowne hamowanie bez oglądania się w lusterku na ruchliwej drodze, kiedy na poboczu mignie coś ciekawego. To on sprawia, ze ptasiarz w środku dyskusji ucisza wszystkich syknięciem i unosi palec w kierunku, z którego dobiega interesujący dźwięk. To on zmusza do wielogodzinnego czuwania nawet w zimny, mroźny lub deszczowy dzień albo noc, by zobaczyć na przykład rzadką już kraskę. To on dawał siłę, by przetrwać i przeżyć koszmar obozu koncentracyjnego,bo i nawet takich wątków w niej nie zabrakło.

   Taki jest właśnie autor i jego opowieści!

   A może reportaże, które przybierały momentami formę dziennika z obserwacji albo esejów? W pierwszym zderzeniu ze słowem sprawiały wrażenie chaotycznych. Poszatkowanych nawet wewnątrz dwunastu rozdziałów. Sięgających do różnych źródeł  nauki i czerpiących z własnego doświadczenia. Ale to pozory wynikające z rozległej wiedzy autora, z którą dzielił się, przepuszczając ją przez fokus uwagi skupionej na jednym temacie – ptaków. A zaczął od swoistego listu polecającego, w którym powołał się na przyczynę swojej „choroby” rozwijającej się powoli od dzieciństwa. Nie boję się jej nazwać wprost – miłością do ptaków, chociaż autor w żadnym miejscu do tego się nie przyznał i nie nazwał. Nie musiał. Ja ją widziałam, słyszałam i czułam w każdym zdaniu. Tę miłość najpierw pozwolił mi usłyszeć poprzez dźwięki, które w moim życiu słyszę wyraźnie tylko, gdy jestem w lesie lub jakaś wrona niespodzianie zakracze nade mną, idącą chodnikiem, w miejskim zgiełku. A to przecież trele, świergot, ćwierkanie czyli śpiew, tak trudny do przełożenia na ludzką mowę i jeszcze trudniejszy do zapisania. By potem ukazać ich ptasich autorów w opisach, które mnie urzekły. Nie tylko własnym postrzeganiem, ale również interpretacją obrazów Józefa Chełmońskiego. Autor zachwycał się jego widzeniem ptasiego świata, a ja zachwycałam się jego zachwytem. Jego podążaniem śladami artysty, by skonfrontować obraz z rzeczywistością.

   Ale i bez tego typu wycieczek dużo podróżował.

   Zaglądał do obozu naukowców obrączkujących ptaki (podobnego do tego, jak  Akcja Carpatica), by im nie tylko pomagać, ale by przede wszystkim być bliżej ptaków, bo – jak sam napisał – Nigdzie nie będę bliżej ptaków. Nigdzie nie będzie miał takiej możliwości, by przekonać się, czy sosnówka rzeczywiście pachnie żywicą. Prezentował klasyfikację ludzi zajmujących się ptakami, podkreślając jej ogromne zróżnicowanie, gdzie obok naukowców ornitologów funkcjonują ptasiarze, obserwatorzy ptaków on-line i mniej szlachetni tłiterzy. Osobny rozdział poświęcił ptasim fotografom, których „bezkrwawe łowy” w dzisiejszych czasach nie są już takie bezkrwawe, bo z konsekwencjami zdziczałych obyczajów „polujących”. Na tle urokliwego życia ptaków na wsi, w lasach i bezludnych krainach i w ludnym mieście, w których ptaki przystosowały się do życia w nim, można uwierzyć, że ptasia rzeczywistość to sielanka. Z czasem jednak zrozumiałam, że tak pięknie rozpoczęta romantycznymi pejzażami malarskimi i nie mniej romantycznymi opisami natury widzianymi oczami autora, idylla, gdzie skowronek uderza skrzydłami płytko, praktycznie stoi w powietrzu i wyśpiewuje w wieczornej ciszy swoją przyśpieszającą melodię, była po to, by tu i ówdzie wrzucić zakłócające ją zdanie  – Kładę się na krótko skoszonej, śmierdzącej chemikaliami trawie.

   I tyle zostaje z opisu – smutek.

   Uczucie, które im bliżej ku końcowi, tym częściej się pojawiało. Jego silny akord szczególnie odczułam w rozdziale o bocianach. Wymieranie populacji mojego ulubionego ptaka, według autora, powodują środki owadobójcze, monokultury, melioracja i zalesianie nieużytków. Jeszcze trochę, a już nie zrobię zdjęcia takiego, jak to z ostatniej wiosny.

Pozostanie mi mój bociek w bibliotece

i wspomnienia z dzieciństwa, w których klekot budził mnie rano w babcinym gospodarstwie pałuckiej wsi, gdzie spędzałam w czasie wakacji najszczęśliwsze, beztroskie lata.

   Dwa ostatnie rozdziały to już bicie na alarm.

   Brutalnie ściągające mnie z podniebnych lotów migracyjnych tak pięknie pokazanych w filmie Makrokosmos, do którego obejrzenia zachęcił mnie autor, a który w zachwycie przeżywałam dwa razy i mam ochotę jeszcze raz. Na twardy grunt realiów, w których bezmyślność ludzi (na przykład strzelanie do ptaków jako sport, by pokazać siebie i swoje „trofea” na portalach społecznościowych) i brak ujednoliceń lub uregulowań prawnych na całym świecie, prowadzą do wymierania ptasich gatunków.

   Czułam się jak balonik, z którego powoli uchodziło powietrze...

   To jedna z tych pozycji, którą stawiam obok Sekretnego życia drzew i Duchowego życia zwierząt Petera Wohllebena. Książek, które wzbudzają zachwyt nad światem przyrody, by czynić wrażliwym na nią i uczyć, że przyroda jest wszędzie i potrzebuje naszej opieki.

   Książka była nominowana do Literackiej Nagrody Nike. Została finalistką i wybraną przez czytelników, ale nie przez kapitułę nagrody Nike. Ta tytuł laureata przyznała reportażowi Żeby nie było śladów Cezarego Łazarewicza. Według mnie obie zasługują na to miano. Trudność wyboru między nimi polega na ich diametralnym zróżnicowaniu tematyki, przy jednakowej jej ważności. Pierwsza mówi o przyszłości ludzkości poprzez pryzmat dramatu ptaków, a druga o przeszłości ludzkości poprzez pryzmat tragedii jednostki. Pierwsza odwołuje się przede wszystkim do emocji czytelnika, a druga do faktów pojmowanych rozumowo. Obie świetnie napisane, stylem narracji adekwatnym  do treści i do celu przekazu.

   Jak wybrać?

   Na szczęście uczyniła to za mnie kapituła nagrody, chociaż dla mnie każdy dokonany przez nią wybór byłby dobry.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2017 roku.

Dwanaście srok za ogon [Stanisław Łubieński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zachęcam do obejrzenia Le peuple migrateur, który w Polsce znany jest jako Makrokosmos. Przepiękny i wzruszający!

poniedziałek, 09 października 2017
Żeby nie było śladów – Cezary Łazarewicz

Żeby nie było śladów: sprawa Grzegorza Przemyka – Cezary Łazarewicz
Wydawnictwo Czarne , 2016 , 320 strony

Seria Reportaż
Literatura polska

   Zaczęło się od listu.

   Autor znalazł go po dwudziestu dziewięciu latach w aktach sprawy śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka. Trzyzdaniowy list od Barbary Sadowskiej, matki zamordowanego dziewiętnastolatka. Autor potraktował go bardzo osobiście, pisząc – Poczułem, że te trzy zdania skierowane są do mnie. Chociaż zastanawiał się, dlaczego nikt przed nim nie odpowiedział na niego? Nie podjął tematu, a może wyzwania? Może czekał właśnie na tego, konkretnego dziennikarza? Może dokładnie tak miało być? Chyba to jemu musiał się przydarzyć, skoro ten reportaż historyczno-śledczy otrzymał Literacką Nagrodę „Nike” w 2017 roku.

   Czy słusznie?

   Czytałam kilka przeciekawych, dobrze napisanych książek w 2016 roku, które nie doczekały się nawet nominacji. Obserwuję też, że babranie się w komunistycznej przeszłości generalnie obchodzi tylko pokolenia jeszcze pamiętające tamte czasy. Najmłodszym nie sprawia to „frajdy”. Zwłaszcza, gdy dotyczy to mało znaczących epizodów. Bo kim właściwie był Grzegorz Przemyk? Tylko maturzystą w trakcie egzaminów. Niezależnie myślącym, niepokornym młodym człowiekiem. Licealistą piszącym wiersze. Chłopcem z gitarą marzącym o studiach. Synem opozycyjnej działaczki i poetki.

I wreszcie zdanie najważniejsze w jego życiorysie – śmiertelnie pobitą ofiarą przez Milicję Obywatelską 12 maja 1983 roku. Wydawałoby się, że to pozornie prosta sprawa karna do zamknięcia w drodze normalnego postępowania po odpowiednim ukaraniu, dobrze znanych i widzianych przez świadków, winnych śmierci.

   A jednak nie!

   Został uruchomiony mechanizm tuszowania i mataczenia sprawy, do którego zaangażowano prokuratorów, esbeków, milicjantów i najwyższych rangą urzędników państwowych, z ministrami i gen. Czesławem Kiszczakiem na czele. Ochroną morderców zajęły się sztaby kryzysowe i grupy terenowe inwigilujące, straszące, szantażujące, śledzące i zakładające podsłuchy. 23 grudnia 1983 roku, po siedmiu miesiącach od morderstwa, w dniu skierowania oskarżenia do sądu, akta sprawy liczyły sobie już osiem tomów protokołów przesłuchania  stu osiemdziesięciu dwóch świadków, opinie jedenastu biegłych (z zakresu chirurgii, medycyny sądowej i biomechaniki), dziewięć ekspertyz (medycznych i kryminalistycznych), sprawozdania z czterech eksperymentów procesowych i trzech wizji lokalnych. Po trzydziestu latach akta śledztwa w tej sprawie prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej liczył już 83 tomy i 16 275 kartek zawierających protokoły przesłuchań świadków, analizy, filmy, zdjęcia, które ilustrowały reportaż,

tajne dokumenty z lat osiemdziesiątych, notatki gen. Cz. Kiszczaka i teksty Jerzego Urbana ówczesnego rzecznika rządu gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

   Można pomyśleć – to jakiś absurd!

   Wytaczanie armaty przeciwko wróblowi, jeśli mogę użyć tego popularnego, metaforycznego porównania. Ale, tak! Z takich przerażających absurdów zbudowana była rzeczywistość w ustroju socjalistycznym. Można się z nich śmiać, oglądając filmy Stanisława Barei i można nad nimi zagryzać zęby z bezsilnej wściekłości tak, jak ja. Można też płakać tak, jak Piotr Bratkowski, którego wypowiedź przeczytałam na odwrocie książki:

Sprawa Grzegorza Przemyka jest klasycznym przykładem, jak ówczesna machina państwa mieliła jednostki dla własnych celów. Co ówcześni ludzie władzy mogli zrobić z każdym Polakiem. Padła w tej pozycji dosyć odważna teza, że bezkarność sprawców była przyzwoleniem dla morderców Jerzego Popiełuszki, który kilka miesięcy później podzielił los Grzegorza. Najlepiej proces miażdżenia i unicestwiania ludzi ujęła matka chłopca we wspomnianym już wcześniej liście – Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości.

   Dokładnie taki książkowy przykład stworzył autor!

   Przekopał kilometry dokumentów. Prześledził wszystkie wspomniane wcześniej akta. Przesiedział wiele godzin w czytelniach, by określić ich lekturę jako polityczno-kryminalny thriller, by potem, udanie odtworzyć go dzień po dniu, od daty pobicia do zakończenia śledztwa w 1984 roku, nadając mu formę bezosobowego dziennika pisanego w czasie teraźniejszym o charakterze sprawozdawczo-opisowym. Między datowanymi wpisami, ujętymi w miesiące-rozdziały, umieścił efekt swoich poszukiwań personalnych – charakterystyki najważniejszych osób związanych ze sprawą Grzegorza: matki zamordowanego, jego kolegów będących świadkami pobicia, sanitariuszy oskarżonych o pobicie, adwokata obrońcy ofiary i ojca chłopaka. Całość uzupełnił częścią drugą, pełniącą rolę dopowiadającego epilogu po latach, w którym próbował przyjrzeć się manipulatorom i sprawcom morderstwa oraz odpowiedzieć na pytanie – kto zabił?

   Dzięki takiej niezaangażowanej, bezosobowej narracji mogłam samodzielnie, bez sugestii odautorskich odtworzyć sobie sekwencje zdarzeń oraz udział i rolę zaangażowanych i wmanipulowanych w nie osób, a także przeanalizować mechanizm miażdżenia ludzi przez ówczesny system.

   Czy tylko ówczesny?

   Raczej każdy system. Nawet ten obowiązujący w demokracji. To tym wymiarem reportaż nie tylko „śmieszy” czarnym humorem, porusza i wzrusza, ale również przeraża. Pomimo upływu lat jego książkowy przykład niesprawiedliwości nadal funkcjonuje. W tym sensie to bardzo aktualna i ponadczasowa pozycja. To głównie ta cecha przekonała mnie do słuszności wyboru tego tytułu przez kapitułę nagrody Nike. Nietrudno będzie mi zapamiętać datę śmierci Grzegorza. Zmarł 14 maja, dwa dni po pobiciu, po którym nie miało być śladów.

   W dniu moich urodzin.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka [Cezary Łazarewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Krótka, ale ważna historia Grzegorza Przemyka.

niedziela, 08 października 2017
Dzieci alkohol narkotyki – Ruth Maxwell

Dzieci alkohol narkotyki – Ruth Maxwell
Przełożyła Jadwiga Węgrodzka
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne , 2003 , 208 stron , wydanie 2
Literatura amerykańska

   To nie tylko przewodnik dla rodziców!

   Chociaż dokładnie to sugeruje informacja umieszczona u dołu okładki tytułowej oraz sama autorka pisząca we wstępie – Zajmując się problemem picia przez dziecko alkoholu lub używania narkotyków, odkryjesz, że wiedza naprawdę daje siłę. Celem tej książki jest dostarczenie takiej wiedzy rodzicom dzieci poniżej dwudziestego piątego roku życia. Daje nadzieję zdesperowanym, przerażonym i zagubionym rodzicom, twierdząc, że zapobieganie, rozpoznawanie, interwencja, leczenie i wyzdrowienie jest możliwe.

   Deklaracja na wyrost?

   Nie. Autorka z góry zastrzega, że nie jest dobrą wróżką. Za to jest pielęgniarką o specjalności psychologicznej i doradcą do spraw uzależnień od środków odurzających prowadzącą prywatną praktykę, mającą za sobą lata pracy z emocjonalnie niezrównoważoną młodzieżą w szpitalu psychiatrycznym i z uzależnionymi w ośrodkach pomocy. Dysponuje więc wiedzą zarówno teoretyczną jaki i doświadczeniem zawodowym, z którymi dzieli się również w dwóch innych publikacjach. Jest również kobietą, która w młodości miała problem narkotykowy i matką trojga dorosłych już dzieci, z których żadne nie miało i nie ma problemu z uzależnieniem. To właśnie z takiego osobistego i zawodowego doświadczenia wie, że jeśli stosuje się odpowiednią terapię, wyjście z uzależnienia jest możliwe. To czyni ją odważną w dawaniu nadziei poszukującym pomocy rodzicom, ale w zamian żąda trzech rzeczy – odwagi w podejmowaniu bardzo trudnych decyzji (niełatwo wyrzucić dziecko z domu!), pracy nad sobą (zwłaszcza z emocjami) i konsekwencji w egzekwowaniu postanowień. Dokładnie tego, z czym rodzice mają najwięcej problemów. Ale i z tymi wymogami pomaga krok po kroku sobie radzić.

   Wiedzę grupuje w rozdziałach odpowiadających etapom procesu rozwiązywania problemu uzależnienia. Rozpoczyna od przybliżenia okresu dojrzewania, wpływie grupy rówieśniczej oraz wyborów, które stawia przed dziećmi i młodzieżą współczesny świat, by można było odróżnić to, co normalne dla tego okresu, od tego, co powinno wzbudzić niepokój. Pomaga zrozumieć, dlaczego nastolatkowie sięgają po alkohol i narkotyki, burząc mit dominującej częstotliwości zażywania narkotyków nad alkoholem i powodów uzależnień. Jest przy tym brutalnie szczera, podkreślając, że u większości uzależnionych jedynym powodem była po prostu... przyjemność!.  Uzyskana szybko, natychmiast i tanio. Powszechnie uważa się, że konkretne problemy w domu lub w szkole. Druzgocząco dodając, że tej przyjemności nic nie jest w stanie przebić i zrekompensować albo chociaż dorównać. Dlatego nie wystarczy nauczyć dziecko mówić asertywnie „nie”, musimy p o m ó c mu mówić „nie” alkoholowi i wszystkim innym narkotykom. Dzieci powiedzą „nie”, jeśli im pomożemy”.

   To jest główny cel w walce z uzależnieniami.

   Dopiero z tą wiedzą przechodzi do etapu rozpoznawania problemu uzależnienia, podsuwając konkretne narzędzia – charakterystykę środków odurzających oraz testy. Proste w zastosowaniu pozwalają określić zmiany zachowań lub osobowości związane z uzależnieniem oraz oznaki pozwalające podejrzewać używanie alkoholu i narkotyków. Proponuje również dwa warianty interweniowania w każdym stadium uzależnienia w zależności od chęci lub niechęci nastolatka do współpracy. Przy okazji obala kolejny mit mówiący, że nie można pomóc uzależnionemu, który nie chce pomocy. Twierdzi  wręcz coś przeciwnego - można pomóc, nawet jeśli nie chcą pomocy. Podpowiada, jak wspierać dziecko w okresie zdrowienia, jak i gdzie uzyskać pomoc instytucji do tego powołanych, umieszczając ich wykaz na końcu książki i, co bardzo ważne, jak zająć się również sobą, jako rodzicem współuzależnionym. Każdy etap ilustruje historią nastolatków, którzy byli pacjentami autorki o różnych stopniach uzależnienia. Pokazuje, jak przebiegała u nich diagnoza, wybór leczenia, rozmowy prowadzone z nimi i ich rodzinami oraz efekty.

   Nie zawsze skuteczne!

   Nie boi się do tego przyznać, pisząc, że uzależnienie od środków odurzających jest poważną chorobą. Nie wszyscy z niej wychodzą. Nie ma stuprocentowo sprawdzalnej reguły jej leczenia. Zaraz jednak dodaje – Leczenie nie jest gwarancją wyzdrowienia, ale jedyną drogą nadziei.

   JEDYNĄ!

   Bez wykorzystania jej, zabiera się dziecku jedyną szansę na wyzdrowienie.

   To jeden z lepszych poradników dla rodziców, jaki czytałam. Jasny, przejrzysty, wspierający (jeśli nie optymistyczny!), logicznie napisany, z konkretnymi narzędziami do wykorzystania, napisany zrozumiałym językiem, z przykładami wziętymi z życia, z przekazem prewencyjnym dla rodziców, którzy nie tylko mają problem, ale również dla tych, którzy go nie mają, ale chcą być czujni. Chcą nauczyć się obserwować dziecko zanim sięgnie po alkohol lub narkotyki albo właśnie po raz pierwszy to zrobiło. Chcą dostrzegać zachowania dające powody do niepokoju, a nawet wymykające się wszelkiej kontroli. W mojej szkole korzystają z niego również nauczyciele, a zwłaszcza wychowawcy klas oraz pedagog szkolny. O jego ogromnej przydatności świadczy nie tylko fakt, że moja pozycja jest drugim z kolei wydaniem, ale również to, co zobaczyłam w środku.

W pierwszym momencie przeraziłam się jako bibliotekarz, bo tak jest prawie na każdej stronie, ale zaraz potem odezwał się we mnie praktyk cieszący się, że książka żyje, służy, cieszy się „wzięciem”, jest przydatna, wykorzystywana, intensywnie pomaga, jak widać, nie tylko rodzicom.

   A przecież o to chodzi w poradnikach.

   Mam tylko jedną uwagę techniczną. To kolejna pozycja, w której tłumaczka myli pojęcia nastolatkinastolatkowie.  Bardzo irytujące, zwłaszcza, że wydawnictwo jest wyspecjalizowane w tego typu publikacjach, a ta pozycja ma nawet redaktora naukowego.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

sobota, 07 października 2017
Papusza – Angelika Kuźniak

Papusza – Angelika Kuźniak
Wydawnictwo Czarne , 2013 , 200 strony

Seria Reportaż
Literatura polska

   Smutna i nostalgiczna wypowiedź...

   Nie mogę napisać biografia lub opowieść o Papuszy. Cygańskiej poetce wyrzuconej poza nawias społeczności cygańskiej za zdradę gadziom ich zasad życia, słownika i wyrazów cygańskich publikowanych w jej tomikach lub opracowaniach o jej twórczości. Za złamanie zasad mageripen, niepisanego prawa obowiązującego wszystkich Cyganów, które wdychają z powietrzem od dziecka. Wrażliwej, skromnej artystce, która o sobie mówiła – Są poety, są wiersze śliczne, baśnie zachwycające, ale ja niczym nie jestem. Nauki żadnej nie posiadam, żadnej szkoły. Co może powiedzieć stara Cyganka podobna do prawdziwka zapomnianego w jesiennym lesie? Ja jestem dziewczyna biedna, spod krzaku. Nerwowa, duszę mam malutką. Jestem zwyczajny człowiek, może gorszy od wszystkich.

   To takiej osobowości oddała głos autorka.

   Miała trudne zadanie, bo Bronisława Wajs (tak nazywała się formalnie) już nie żyła. W dniu jej śmierci autorka miała dopiero trzynaście lat. Dotarła jednak do dokumentów, które pozostawiła po sobie i jej wierszy. Przesłuchała kilkanaście godzin nagrań filmowych i radiowych z różnych lat. Przeczytała wspomnienia notowane przez Papuszę w pamiętniku.

Listy pisane do odkrywcy jej talentu Jerzego Ficowskiego i wspierającego ją Juliana Tuwima. Przejrzała dokumentację medyczną i odszukała ludzi, którzy poetkę znali i pamiętali. To z tych skrawków utrwalonej przeszłości, okruchów historii losu, przebłysków myśli i pamięci wydobyła głos Papuszy. Oddając jej przewodnią rolę narratora, stworzyła opowieść o niezwykłej kobiecie o ponadprzeciętnej empatii, dobroci i wrażliwości na otaczający ją świat. Na ludzi i przyrodę, która dominuje w jej poezji. O „poetce przeklętej” potrafiącej przełożyć emocje na słowa i przelać je na papier, stawiając litery, które nauczyła się pisać i czytać sama. O Cygance, która miała dwa marzenia. Jedno prozaiczne – być szczęśliwą. Spokojnie żyć w świecie, pracować sobie, uczciwie. I jeszcze wolność mieć. Nie być zależne od jakichś wielkich zakrętasów. Tak jak kiedyś. Gdzie chciał, to pojechał, gdzie chciał, konika popasł. To było szczęście. A drugie niezwyczajne – pozostawić po sobie coś trwałego i pięknego. Oba pragnienia nie do pogodzenia. Nie do jednoczesnego, wspólnego zrealizowania. Spełniło się to drugie – pozostawiła po sobie wiersze.

   Zapłaciła za to ogromną cenę.

   Była nieszczęśliwa, napiętnowana i wykluczona przez Cyganów, żyła w ubóstwie i rozchorowała się psychicznie. Opowiadała jednak o swoim życiu bez nienawiści, obwiniania kogokolwiek (może tylko siebie za nauczenie się pisania liter), z wielką wyrozumiałością i nadzieją, że kiedyś na świecie zrozómieją że ja nic złego nie zrobiłam i nikomu nie zrobiłam żadnej krzywdy i nie staram się o to. Mówiła niezwyczajnie po polsku piękną, śpiewną prozą poetycką, silnie zmetaforyzowaną. (...) Jej mowa przypominała jakąś melorecytację pełną poetyckich przenośni związanych na ogół z przyrodą. Gdyby  w tym momencie przy niej ktoś był i mowę jej zapisywał, bez trudu, mógłby zrobić z tego wiersze. – pisał o niej dziennikarz Zbigniew Morawski. A ona sama o swoim talencie – Nocą przychodzą do mnie gila, piosenki – mówi. Z lasu przychodzą. Zlatują się wesołe jak stado wróbli. Dręczą, dzwonią, wołają. Raz śpią ze mną, a raz spać nie dają. Między jedną a drugą słyszę cygańską muzykę, skrzypki, arfy, gitary, kastalety. I ja wtedy tańczę. Tańczy Cyganka jak liść na wietrze, jak dym z ogniska, jak słońca promyk wesoły, gorący. To cała ona i cały jej świat.

   To też brutalna historia Cyganów w Polsce.

   Na tle jej losu rozgrywał się dramat narodu mordowanego i zsyłanego do obozów koncentracyjnych z nie mniejszą zajadłością i nienawiścią niż Żydów. A potem tragedia skutków akcji „osiedlającej i produktywizującej  ludność cygańską” w PRL, której konsekwencje dla psychicznej kondycji Cyganów tak dobrze opisał Martin Šmaus  w powieści Dziewczynko, roznieć ogieniek. Przymusowych meldunkach, obowiązku szkolnego dzieci, zakazu wędrowania i przymusowej pracy.

O początku agonii wędrujących taborów zawartych w proroczych słowach Papuszy – Ja myślę, że za jakie trzy lata jak Pan Bóg da spokój, to wszystkie cygańskie tajemnice będą na wykładach. I będą Cyganie żyć jak uczciwi ludzie, choć przykro trochę z tym się pogodzić, bo człowiek się zżył i wyrósł wśród tego dziwnego życia [...]. Ale pomalutku to wszystko zaginie, jedna tylko mowa zostanie i to gdzie nigdzie.

   I stało się.

   Pozostał tylko język, pieśni i nostalgia za dawnymi czasami. Żal za wolnością i podążaniem z taborem za głosem serca, o której pisał Jacek Milewski w Dym się rozwiewa. Tę tęsknotę za przeminiętym światem potęgowały piękne w swej prostocie zdjęcia Papuszy i Cyganów z lat 20. aż do lat 70. ubiegłego wieku ilustrujące tekst.

   Jednego Papusza nie przewidziała, że część jej narodu będzie w przyszłości żyć na wysypiskach śmieci, o czym czytałam w reportażach Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem Rolfa Bauerdicka.

   Może i dobrze, że los przynajmniej tych widoków jej oszczędził.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Papusza [Angelika Kuźniak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

O Papuszy powstał film (polecam!), który został bardzo skrytykowany przez Cyganów, o czym przeczytałam w wywiadzie Don Vasyl: Jesteśmy zbulwersowani filmem Papusza.

poniedziałek, 02 października 2017
Lekturnik – Grzegorz Janusz , Ernesto Gonzales

Lekturnik – scenariusz Grzegorz Janusz , ilustrował Ernesto Gonzales
Wydawca Narodowe Centrum Kultury , 2016 , 40 stron
Literatura polska

   Uwielbiam literackie zagadki!

   A takie były w tym komiksie. Chciałam się sprawdzić ze znajomości twórczości Henryka Sienkiewicza. Jego tytuł nie był przypadkowy. To metafora nawiązująca do Latarnika, którego główny bohater przysypia podczas pracy nad książką. W konsekwencji nie zapala latarni i powoduje katastrofę morską. Głównym bohaterem komiksu jest lekturnik, który w bibliotece pełnej książek ma czytać utwory Henryka Sienkiewicza ku pokrzepieniu serc ludzi pływających na morzu życia i niczym latarnia rozświetlać mocą słowa mrok duszy. Musi czytać bez przerwy, by nie zgasł rozgrzewający płomień literatury.

   Niestety, lekturnik zasypia.

   We śnie pojawiają się bohaterowie sienkiewiczowskich powieści i nowel, którzy wspólnymi siłami i mocą swoich przygód próbują odeprzeć atak drzemoty.

Wspólnie znajdują sposób, by czytać we śnie, przenosząc się z książki do książki w sam środek najciekawszych momentów opowieści.

Ostatecznie udaje im się ponownie rozniecić światło płynące z czytania.

   To opowieść szkatułkowa zatopiona w onirycznym świecie.

   Jedna historia otwierała drzwi do następnej, nadając fabule dynamikę i nieprzewidywalny kierunek rozwoju akcji. Bawiła lapsusami, żartami słownymi i sytuacyjnymi, nakłaniając do odgadywania tytułów powieści i nowel, do których nawiązywała. Zadanie ułatwiali pojawiający się bohaterowie. Autorzy wyłuskali z sienkiewiczowskiej twórczości to, co najbardziej charakterystyczne i zapamiętane przez czytelników.

Jowialnego Zagłobę

czy Ligię i Nerona nie sposób pomylić. Ukazani humorystycznie, sprawiali, że świetnie się bawiłam. Zwłaszcza, gdy napotykałam takie pytania:

   Najważniejszym jednak dla mnie pytaniem było, ile tytułów zdołam odnaleźć? Naliczyłam 8, ale nie jestem pewna, czy jakiegoś nie przeoczyłam.

   Komiks inspiruje do wykorzystania go w pracy z młodzieżą. Ma w sobie wszystko to, co lubią - trochę zabawy, trochę humoru, rywalizacji w formie konkursu i duuuuuużo obrazków. Nie żartuję. Dla nielubiących czytać to ogromny atut. A przy okazji, po cichutku, takimi metodami, może uda mi się zainteresować kogoś konkretnym tytułem, bo na to liczę najbardziej.

   Muszę nad tym pomyśleć!



niedziela, 01 października 2017
Opowieść Podręcznej – Margaret Atwood

Opowieść Podręcznej – Margaret Atwood
Przełożyła Zofia Uhrynowska-Hanasz
Wydawnictwo Wielka Litera , 2017 , 368 stron
Literatura kanadyjska

   „...dzisiaj zaczęłam i jestem w połowie Opowieści podręcznej, bardzo smutna i niestety aktualna powieść :(”

   To tej treści SMS, który otrzymałam, sprawił, że natychmiast wyjęłam ten tytuł z długiej kolejki oczekujących książek do przeczytania. Tak się szczęśliwie złożyło, że niedawno kupiłam ją pod wpływem reklam towarzyszących nie tyle samej książce, ile jej ekranizacji. W 2017 roku Bruce Miller wyreżyserował bardzo dobry serial pod tym samym tytułem (polecam!), którego siedem odcinków obejrzałam w jedno sobotnie popołudnie i wieczór. Nie mogłam się od niego oderwać.

   Z powieścią było podobnie.

   Narrację prowadziła kobieta o imieniu Freda nadanym od imienia jej właściciela. Komendanta, w domu którego pełniła rolę Podręcznej. Jej prawdziwego imienia nie poznałam. Było zakazane tak, jak wiele innych rzeczy. Właściwie wszystko to, co należało do starego świata. I tak miało być. Miałam odebrać główną bohaterkę, jako jedną z wielu jej podobnych. Jako tę, którą może być każda. Jako głos indywidualny,  a jednocześnie reprezentujący ogół kobiet żyjących w reżimie narzuconym przez ideologię jego twórców, budujących nowe państwo na terenie byłych Stanów Zjednoczonych. Republika Gilead, bo tak się nazywało, rządziła się prawami religijnymi zawartymi w Biblii, ale interpretowanymi przez elitę rządzących. Ich wykładnia zależała od celu, jaki chciała osiągnąć. Miała świadomość, że ”lepiej” nigdy nie znaczy lepiej dla wszystkich, bo zawsze dla niektórych jest gorzej. Problem w tym, że ci „niektórzy” stanowili większość społeczeństwa. Najważniejszym w niej celem, bezwzględnie obowiązującym wszystkich, była prokreacja, która osiągała bardzo niskie statystyki urodzeń z powodu zanieczyszczenia środowiska. Stworzenie kobietom  warunków do spełnienia swojego naturalnego powołania, jakim było rodzenie dzieci, tak naprawdę stworzyło im piekło na ziemi, w którym miłość była anomalią. Zabierając wolność czegoś, rządzący dali wolność od czegoś. A tak naprawdę, pokrętnie przedstawiana myśl o wolności podczas szkoleń indoktrynacyjnych oznaczała jedno – niewolę.

   Freda dokładnie opowiedziała o tej niewoli i procesie zniewolenia.

   O systemie represji i opresji, oprowadzając mnie po okupowanym mieście, robiąc zakupy na kartki z obrazkami zastępujące pismo (obowiązuje zakaz pisania i czytania), uczestnicząc w absurdalnych obrzędach, brutalnych zwyczajach i okrutnych rytuałach, które dla mnie były obrzydliwe i chore, ale dla ich uczestników – normą. Miałam dokładnie to zobaczyć. Proces „normalnienia” nienormalnego, które w czasach przed Gileadą było dziwne, nieakceptowalne i nie do przyjęcia. Miałam przekonać się, jak drobnymi, nieznacznymi, prawie niezauważalnymi posunięciami i decyzjami wprowadza się reguły, które powoli przestają szokować i dziwić, stając się akceptowanymi normami w myśl zasady, że człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. Wędrówkę po Gileadzie Freda przerywała snem lub drzemką. To był jej czas, kiedy mogła wracać myślami do przeszłości, w której miała rodzinę – męża i córkę. To czas kontrastowych zestawień, które podkreślały groteskę, absurdy i wynaturzenia totalitarnego systemu. To też czas, w którym przypominała sobie, jak doszło do tego, że znalazła się w domu bezdzietnej pary, Komendanta i jego żony, jako niewolnica, „macica”, żywy inkubator, surogatka, by urodzić im dziecko, spełniając comiesięczny rytuał ceremonii, który dla mnie był po prostu gwałtem usankcjonowanym prawnie. A kiedy poznałam już nowy świat Fredy, w którym zabrano jej wszystko oprócz wewnętrznej wolności i wspomnień, doszłam do jednego wniosku – nic się nie zmieniło oprócz okoliczności. Jeśli dobrze się rozejrzę, to ta precyzyjnie przedstawiona antyutopia wydarzyła się już w historii powszechnej i wydarza w świecie współczesnym. Moje spostrzeżenie potwierdziło jedno zdanie – ...w Gileadzie niewiele było rzeczy oryginalnych czy miejscowych – jego geniusz polegał na syntezie. Tego, co już było. Co już się wydarzyło.

   Aktualność tej powieści totalnie mnie zaskoczyła!

   A książka nie jest „świeżynką” literacką i wydawniczą. Autorka opublikowała ją w 1985 roku. Według niektórych ówczesnych krytyków w odpowiedzi na próbę ograniczenia procesów emancypacyjnych przez rząd Ronalda Reagana.

W Polsce ukazała się po raz pierwszy w 1992 roku nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w serii Klub Interesującej Książki. W 1998 roku wznowiło ją Wydawnictwo  Zysk i S-ka w serii Salamandra, a potem Wydawnictwo Znak w 2006 roku. Jeśli niczego nie przeoczyłam w tym śledztwie, to mój egzemplarz jest jej czwartą odsłoną. Od ukazania się oryginału upłynęło 32 lata, a jej przesłanie jest nadal obowiązujące! Paląco aktualne dla Polski!

   Źródłem tego fenomenu jest jej ponadczasowość.

   Jej przesłanie można rozpatrywać aż w siedmiu płaszczyznach (a może i nawet więcej!) – feministycznej, emancypacyjnej, biblijnej, politycznej, filozoficznej, psychologicznej i literackiej. W każdej z nich można doszukać się bieżącego problemu, z którym boryka się świat i zamieszkujące go narody. A może powinnam napisać – funkcjonujące w nim reżimy? Autorka, by uwiarygodnić przesłanie powieści, zastosowała znany trik, nadający jej charakter paradokumentu. Powstała na bazie odnalezionych 30 taśm magnetofonowych, nagranych przez Fredę post factum (historia kończy się, pozostając otwartą dla dalszych losów Fredy) czyni opowieść refleksyjną, zdystansowaną i bardzo prawdopodobną. A nawet realną. Proroctwem, jak może być, jeśli ludzie nie obudzą się z letargu i bierności wobec tego, co dzieje się wokół, uznając w zadufaniu, że ich to nie dotyczy. Nie czując podgrzewanej powoli wody, w której są zanurzeni, nawet nie zauważą momentu ugotowania się w niej. Ten wątek idealnie pasuje do obecnej sytuacji w Polsce. Zaczęło się od manipulacji przy Konstytucji RP.

   Panie i Panowie - proces gotowania rozpoczął się!

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2017 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Opowieść Podręcznej [Margaret Atwood, Zofia Uhrynowska-Hanasz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



Dla niezdecydowanych - zwiastun serialu.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w październiku w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 976 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi