Czytam i opisuję, co dusza dyktuje...

Wpisy z tagiem: Seria Literatura Faktu PWN

poniedziałek, 01 maja 2017
Randka z wrogiem – Ludwika Zachariasiewicz

Randka z wrogiem – Ludwika Zachariasiewicz
Wydawca Ośrodek Karta , Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 133 strony
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura polska

Randka z wrogiem nie ma w sobie nic z romantyzmu!
Ku mojemu przerażeniu, próbują wmówić go współczesnym kobietom powieści obyczajowe z wojną w tle. Chociażby takie, jak Dziewczyna komendanta, która bardzo zirytowała mnie fałszowaniem rzeczywistości w okupowanej Polsce. Do tego stopnia, że mentalnie wyrzuciłam ją do kosza. Proszę sobie wyobrazić – ja, książkę do kosza!
Jak było naprawdę z tymi randkującymi dziewczynami?
Do niedawna, do pojawienia się tych wspomnień, można było się tylko domyślać i snuć nierzeczywiste, ale poczytne powieści na ten temat. Dzięki serii Karty Historii odkrywającej nietypowe i powikłane losy ludzkie w wojennej zawierusze, nareszcie możemy poznać konkretne fakty. Nie w celu rozliczeniowym, ale w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie – jak było naprawdę? Daleką od obrazu pokolenia okupacyjnej młodzieży utrwalonego w pomnikowy sposób w pamięci zbiorowej – jak zauważył autor posłowia, dr hab. Janusz Marszalec. To temat omijany w opracowaniach historycznych. Raz – z braku źródeł. Dwa – z delikatności i wrażliwości zagadnienia. Raczej nie publikowano informacji o wykorzystywaniu wdzięków kobiecych do wydobywania informacji od wroga i o polecaniu przez dowódców AK młodziutkim dziewczynom, by pełniły dwuznaczne role przy wrogu w sytuacjach, w których to poradzić sobie mogły tylko dzięki sprytowi i kokieterii.

 Młodziutka i śliczna Ludwika Zachariasiewicz nadawała się do tej roli idealnie.
Na polecenie przełożonych z AK, udając towarzyską dziewczynę, bywalczynię kasyna, prowadziła działalność wywiadowczą wśród Niemców, potem jako ”patriotka”, która uważa za swój obowiązek współpracę z wojskiem sojuszniczym, z NKWD, by w czasach PRL-u wniknąć w struktury UB jako pracownica Milicji Obywatelskiej.

 Można zakrzyknąć tak, jak nagłówki gazet z 1946 roku – Nowoczesny „Wallenrod” w spódnicy!
Przebywała przecież w jaskini agresorów. Była bezbronną i nieświadomą powagi sytuacji nastolatką, kiedy zaczęła podziemną działalność, a potem bardzo młodą kobietą bez merytorycznego przygotowania konspiracyjnego. Często zdana tylko na siebie, odcięta od współtowarzyszy i pozostawiana bez kontaktu z przełożonymi. Bolesne skutki prowadzonego przez nią stylu życia w ciągłym stresie, niepewności, narażeniu na gwałt, śmierć i zdekonspirowanie oraz jego trybowi poddającemu ją stałemu ostracyzmowi społecznemu (przez nieświadomych niczego Polaków, członków AK i własną rodzinę była uważana za zdrajczynię, kolaborantkę i „dziwkę enkawudowską”), musiały nadejść.
I nadeszły!
Więzienie, w osławionym bydgoskim Fordonie, zweryfikowało jej człowieczeństwo. Depresja i myśli samobójcze - jej granice odporności psychicznej. Podwójne życie agentki - jej poczucie patriotyzmu. Osamotnienie - jej pogląd na sens swojej działalności.
Dokładnie takie były koszty tego „romantyzmu” randki z wrogiem.
Jest w jej losach wiele typowego dla pokolenia wojennego, ale również wiele nowego i wyjątkowego. Na tę unikatowość szczególną uwagę zwrócił wspomniany wcześniej autor posłowia. To dobrze, że Wydawcy nie pozostawili wspomnień bohaterki bez komentarza historyka. Dzięki temu otrzymałam dodatkowe informacje weryfikujące słowa Ludwiki. Wydawcy wzięli pod uwagę obecny wiek autorki wspomnień (95 lat!) i upływ czasu od opisywanych wydarzeń – 70 lat. Historyk przyłożył jej wspomnienia do matrycy historii, wiele wyjaśniając z pogmatwanych losów widzianych wąsko i emocjonalnie przez jej bohaterkę. Maleńkiego trybiku, często nieświadomego szerszego kontekstu, w wielkiej machinie podziemia AK. Takich chłopców i dziewcząt było więcej, ale niewielu opowiedziało publicznie, jak naprawdę było. Niewielu też badaczy zwraca uwagę tak, jak autor posłowia, na instrumentalne traktowanie konspiracyjnej młodzieży przez ich dowódców.
Ludwika jest tego przykładem.
Dlatego autor swoje posłowie kończy zdaniami pełnymi goryczy – Ludwika Zachariasiewicz była jedną z wielu tysięcy zawiedzionych. Ma to odzwierciedlenie w słowach bohaterki wspomnień podsumowującej swoje życie – Nie chciałam stanąć twarzą w twarz z ludźmi, którzy widzieli, co robiłam. Starałam się to wszystko zapomnieć, wyprzeć z pamięci. Czuję się winna i wiem, że nigdy się z tego do końca nie rozliczę. Pod koniec nie było we mnie poczucia patriotyzmu, nie miałam jakiś wzniosłych celów... I najsmutniejsze – Wiem jedno – swojego chłopca wychowam najlepiej jak potrafię, żeby był uczciwy, wrażliwy na ludzi, czuły i dobry. Ale nie będę mu opowiadać o patriotyzmie, jak mnie moja babcia.
Przykro mi to słyszeć – głosu przekonanego o zmarnowanym życiu kobiety, dzięki której, i jej podobnym, mogę pisać tutaj po polsku, czytając polskie książki i świętować kolejny raz Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej oraz Święto Narodowe Trzeciego Maja w niepodległej Polsce.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Randka z wrogiem [Ludwika Zachariasiewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 05 grudnia 2015
Uciekinier – Józef Makowski

Uciekinier – Józef Makowski
Wydawca Ośrodek Karta , Wydawnictwo PWN , 2015 , 320 stron
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura polska

Bardzo nietypowa opowieść!
Chociaż, jeśli dobrze zastanowić się, to każda opowieść o próbie przetrwania piekła II wojny światowej jest nietypowa. Tak inna, jak różne są losy ludzi w zawierusze wojennej. Historia autora niniejszych wspomnień jest o tyle ciekawa, że, czytając ją, miałam wrażenie awanturniczej przygody, w której wojna i Holocaust to tylko tło do opisywanych wydarzeń mających wiele wspólnego z wielokrotnymi cudami i powieścią science fiction. Brawurowych działań często na pograniczu odwagi i szaleństwa sąsiadujących z głupotą, które cudem nie prowadziły do grobu. Zachowań i decyzji, w których było więcej szczęścia niż rozumu i logiki.
Bo co można sobie pomyśleć o Żydzie, który przetrwał wojnę w Wehrmachtgefolge czyli cywilnych oddziałach pomocniczych Wehrmachtu, przyjaźnił się z Niemcami, powierzył swoją tajemnicę prawdziwej tożsamości Niemcowi, żył na ich koszt, wśród wrogów znajdywał przyjaciół, a wśród rodaków wrogów, na urlopy jeździł do okupowanej Warszawy, spał w niemieckich hotelach, podróżował po Europie pociągiem w przedziałach Nur für Deutsche od Mińska po Paryż przez Kraków, Zakopane i Wiedeń, zwiedzając Luwr dostępny tylko dla okupanta, jak turysta, bo wszędzie był brany za Niemca? Sam tego nie rozumiał, pisząc – Powodzi nam się bezczelnie dobrze, podróżujemy bezpłatnie, za hotele także nie płacimy i nawet prowiant na drogę otrzymujemy darmo. Nic więc dziwnego, że Tadek, jego towarzysz przetrwania, absurdalność położenia i sytuacji często w zadziwieniu podsumowywał stwierdzeniem – Nic z tego nie rozumiem.
Niesamowita i udana historia człowieczej mimikry!
Ale pod tą na pozór brawurową przygodą, której autor świadomie nadał takie cechy poprzez humorystyczne i komiczne przedstawianie faktów, dystansowanie się od bohaterstwa, operowanie absurdem zdarzeń, żywymi dialogami pełnymi gwary i zwrotów obcojęzycznych, błyskotliwą ocenę sytuacji, wnikliwy opis uważnego obserwatora, zdawkowe potraktowanie dramatycznego czasu spędzonego w getcie płońskim , a potem w obozie w Treblince, z których kolejno uciekał, kryła się tragedia zaszczutego człowieka, który nie chciał umierać. Chciał przeraźliwie żyć. Grozę tego pragnienia, które było motorem jego zachowania, ujrzałam dopiero po przeczytaniu całości, kiedy opadła kurtyna humoru i sensacji, ukazując bezmiar cierpienia i trudu jednego człowieka, próbującego sprostać szaleństwu wokół, chroniąc w ciągłej ucieczce swoje migotliwe, delikatne światełko życia. Cały czas towarzyszyła mu świadomość, że Żyd to – J U D E, wyjęty spod prawa, gnany i szczuty. Łatwa zwierzyna łowna, która bez strzału wpada w ręce i rzyga pieniędzmi i złotem na jedno krótkie, nawet szeptem wywołane hasło: „Żydek” i podaje mnóstwo przykładów, których był świadkiem. Niemiłych, przykrych i wstydliwych dla Polaków.
To była wyczerpująca amplituda emocji!
Ciągłej samokontroli i napiętej uwagi komu, co i jak mówić. Precyzji balansu na stale kołyszącej się linii losu rozciągniętej nad przepaścią Europy ogarniętej szaleństwem powszechnej i powszedniej śmierci. Metod i technik przetrwania stosowanych nie tylko wobec Niemców, ale i Polaków w Wehrmachtgefolge, o których pisał – Środowisko, w którym tkwię, ton nadają męty wielkomiejskie, szumowiny, może niezbyt liczebne, ale chciwe, drapieżne, pozbawione hamulców moralnych, prężne i groźne. I tylko od czasu do czasu dramat sytuacji skrajności przeżyć autor ubierał w jedno lub dwa zdania – lęk jak czad przenika niedostrzeżony i wolno wsącza się w krew, karząc uciekać, uciekać... znów uciekać. Czepiać się życia, trzymać się go kurczowo, za cenę nieustępującego niepokoju, który napływając chwilami potężną falą przetwarza się w paniczne uczucie – strach potworny, upokarzający, kojony dotykiem małego blaszanego pudełeczka z ampułką cyjankali, ukrytego w pasku od spodni.
Jedynej polisy na szybką śmierć w sytuacji bez wyjścia.
Te wspomnienia spisane tuż po wojnie mogą współczesnych odbiorców razić brakiem poprawności politycznej i brutalną szczerością w przedstawianiu faktów. Wydane po raz trzeci, ponad pięćdziesiąt lat po wydaniu pierwszym w 1961 i drugim w 1962 roku, zachowały swą pierwotną, oryginalną treść bez zasadniczych zmian. Nie dokonano żadnych skrótów, uwspółcześniono jedynie ortografię i interpunkcję, dodano nieliczne przypisy kontekstowe – jak zaznaczyła Aleksandra Janiszewska, autorka wstępu poprzedzającego wspomnienia. A dzięki fotografii obwoluty wydania poprzedniego w formie dokumentu tożsamości, umieszczonej wewnątrz książki, mogłam zobaczyć twarz autora wspomnień.

 

 

Potrzeba nam takich wznowień, które po wojnie nie raziły swoimi opisami zachowań ludzkich w realiach wojennych, w których chęć przeżycia kosztem cudzym była ważniejsza i częstsza niż nakazy moralne. Niż postawa bohaterska tak wylansowana w latach późniejszych. Wtedy wszyscy jeszcze pamiętali , jak wyglądały realia wojny, dzisiaj trudno nam czytać, nie tylko o powszechnej nagonce na Żydów, denuncjacjach i szantażach dla pieniędzy, pladze szmalcownictwa szalejącej tylko w Warszawie, oficjalnych, antysemickich opiniach drukowanych przez Narodowe Siły Zbrojne, wykonywanych wyrokach na Żydach, ale i inaczej wyglądającym „bohaterstwie” Polaków.
Połknęłam bardzo gorzką pigułkę, ale konieczną, by zacząć widzieć przeszłość mojego narodu realnie, a nie życzeniowo.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Uciekinier [Józef Makowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 28 maja 2014
Osadnicy – Agnieszka Knyt

Osadnicy – wybór i opracowanie Agnieszka Knyt
Wydawca Ośrodek Karta , Wydawnictwo PWN , 2014 , 158 stron
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura polska


Osadnicy, uchodźcy, przesiedleńcy i najbardziej nieadekwatne dla Kresowian – repatrianci. To najczęściej używane określenia ludności, która opuszczała od 1943 roku wschodnie tereny należące przed II wojną światową do Polski, udając się na tereny zachodnie przyłączone do niej po wojnie. Na tak zwane Ziemie Odzyskane, jak określała je nowa władza komunistyczna. Świadomie nie użyłam określenia „musiała”, ponieważ obok zdecydowanej większości zmuszonej wyjechać, istnieli i tacy, którzy znaleźli się na Zachodzie powodowani ciekawością czy chęcią łatwego zysku, jak pisze Agnieszka Knyt – autorka wstępu Od Karty. Nie zmienia to jednak faktu, że migracja ludności cywilnej była efektem zmian politycznych przesuwających granice naszego kraju.
Skutki ustaleń i decyzji podjętych przez Wielką Trójkę w Teheranie , Jałcie i Poczdamie odczuwam do dzisiaj również ja.
Jestem trzecim pokoleniem Kresowian i mogłabym dopisać w imieniu moich dziadków kolejny rozdział do tej antologii wspomnień spisanych przez uczestników przesiedleń lub ich bliskich. Siedem relacji nieróżniących się przebiegiem wysiedlenia - przyczyną wyjazdu, samą podróżą w towarowych wagonach i ogromnym ładunkiem emocji człowieka skrzywdzonego materialnie, poniżonego moralnie i nierzadko oszukanego w rekompensacie utraconego majątku, ale przede wszystkim ogarniętego lękiem przed nieznanym. Różniących się natomiast celem podróży (każdy z bohaterów przyjechał do innej miejscowości – między innymi Szczecinka, Legnicy, Wrocławia, Strzelc), miejsca zamieszkania (dom na wsi, willa lub mieszkanie w mieście), stanu i zasobności zastanego majątku, postawą wobec mienia poniemieckiego i samych Niemców oraz podjętą pracą w nowym miejscu zamieszkania. Każde z tych wspomnień akcentowało jeden z wymienionych elementów, dając mi różnorodny i jednocześnie pełny obraz jednego zjawiska oraz skrajności ludzkich zachowań. Uważnie wsłuchiwałam się w relacje świadków nie tylko z powodu ciekawości ówczesnych formalnych procedur i nieformalnej strony ich przebiegu, ale i interesującego etapu funkcjonowania państwa tuż po zakończeniu wojny, kiedy na ziemiach zachodnich panował chaos informacyjny. Byłam nie tyle zaskoczona, co przerażona totalnym bezprawiem, w którym niedostatek jedzenia kompensowała nieograniczona wolność. Nie było żadnej władzy. Nie obowiązywało żadne prawo poza moralnym. Nie było własności prywatnej zatruwającej stosunki między ludźmi. Wszystko należało do wszystkich i do nikogo. Można było brać w posiadanie, nie odbierając innemu. Można było niszczyć, nie niszcząc cudzego. Włącznie z życiem. Również brakiem organizacji, sprzecznością polskich i sowieckich interesów, polityką silniejszego uzbrojonego w broń, grabieżą i wywozem wszystkiego, co wartościowe, do ZSRR, masowym szabrownictwem przez ludność cywilną ogarniętą „germanożerstwem” i „gorączką złota”. To bogactwo, którego można było brać ile się chciało, ale które miało wartość przysłowiowych diamentów na pustyni, wielu ludziom odbierało rozum. (...) Nawet ja, choć z doktorskiej rodziny, traciłem chwilami zdrowy rozsądek na widok tych nagromadzonych przez wieki dóbr... – wspominał Jan, opisując zasiedlanie Legnicy. Może dlatego niektórzy z opowiadających odważyli się mówić publicznie o tamtych czasach po bardzo wielu latach. Mój dziadek nie mówił o tym do śmierci. Babcia, w rzadkich chwilach słabości i przytłaczającej ją tęsknocie, wspominała jedynie z nostalgią pozostawiony orzechowy sad, którego nie mogła odżałować. Historię rodziny poznałam z relacji mamy, ale bardzo okrojoną i widzianą oczami malutkiej dziewczynki, pamiętającej przede wszystkim powszechny głód. Pamiętam emocje, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam rodzinne strony mojej mamy na zdjęciach zrobionych przez wujka, który pojechał na Kresy.
Wykorzenienie – tak ujęłabym to, co poczułam.
Poza emocjami, ta antologia dostarczyła mi również informacji na temat wzorcowego wykorzystania człowieka, pełnego energii i wiary w odbudowę kraju, do własnych interesów ludzi władzy i partii. Przewrotność systemu socjalistycznego, który pozwalał najpierw zrobić obywatelowi najtrudniejsze, by potem uczynić go wrogiem ludu działającym na szkodę państwa. Prześledziłam dwa mechanizmy niszczenia człowieka i specyfiki działania układów partyjnych, za którymi stała żądza władzy i zysku. Jeden ze wspominających odbudowywał szkołę, a drugi młyn. Za sukcesy, praktycyzm i logiczne myślenie można było ostatecznie trafić do więzienia. Nic dziwnego, że dopiero teraz jeden z nich mógł jawnie podsumować tamte lata pracy dla ludowego państwa – straciłem wszystko, co miałem – na wschodzie i na zachodzie – i jeszcze mam dług na 22,5 kwintala żyta. Oto dorobek mojego życia. Rozgoryczanie Kresowian nie dotyczyło tylko wysiedlenia. Ono tam się dopiero zaczynało, budując poczucie żalu, który czuli do śmierci.
I w jakimś wymiarze trwa on do dzisiaj, dziedziczony z pokolenia na pokolenie.
Jestem tego przykładem. Warto czytać takie pozycje, by zrozumieć geografię podziałów politycznych na mapie Polski najbardziej uwidaczniających się podczas wyborów. By pojąć moje i mnie podobnym poczucie życia na cudzym, które czułam od zawsze. Budowano we mnie tożsamość ucząc ogólnej historii Polski, bo ta regionalna jakoś tak zawsze, prędzej czy później, kończyła się na Niemcach. W szkole uczyłam się tańców narodowych od oberka na krakowiaku i kujawiaku skończywszy, bo jakiż to taniec regionalny był kultywowany na Pomorzu Zachodnim? Wielkie banery, które jeszcze w latach 80. widziałam w Szczecinie, zapewniające o polskości ziem trąciły fałszem, kiedy spod tynków domów w moim mieście do dzisiaj wyłażą niemieckie napisy,

 

 

a na które, jako dzieci, natykaliśmy się stale. A piękny park, do którego chodzą właściciele z psami na „poranną i wieczorną toaletę”,

 

 

to niemiecki cmentarz, którego części grobów jeszcze tu i ówdzie wystają spod ziemi,

 

 

a których elementy zostały rozniesione po okolicy do różnych celów. Jeden z nich służy jako stoper przed wjazdem między garaże:

 

 

Na szczęście polityka „germanożerności” już minęła. Jest dużo lepiej. O niemieckiej przeszłości mojego miasta mówi się wprost, a nawet pielęgnuje. Nawiązujemy przyjaźnie między miastami. Ale najciekawsze w tym wszystkim jest to, że dorastałam z Ukraińcami z akcji „Wisła”, będącymi w podobnej sytuacji, jak moja rodzina. Trochę groteskowej – my z Kresów uciekający przed Ukraińcami, Ukraińcy przesiedleni na siłę tak, jak my i oba narody na poniemieckich ziemiach. Nikt tak naprawdę u siebie. Takiego u siebie, z taką pewnością swojego z dziada pradziada, jak na przykład Podhalanie. I mimo, że jest już tyle lat po wojnie, moje odczucia nie różnią się od tych odczuwanych tuż po niej przez jednego ze wspominających na temat przesiedlanych Niemców – Świadom byłem, że w jakimś stopniu łączy nas wspólny nieszczęśliwy los. Nas, zmuszonych przez banderowców do ucieczki z rodzinnych stron, i ich, którzy ponoszą teraz konsekwencje rozpętania wojny przez jednego diabła. Może dlatego tak bardzo utożsamiam się ze słowami jednej z relacjonujących kobiet – Wędrówka, te wszystkie zabiegi, żeby urządzić się na Ziemiach Zachodnich, zasiedlając cudze kąty, jest bezsensowna, niesprawiedliwa. Sprawiedliwe jest powrócić do rodzinnego domu.
Tylko, gdzie jest ten mój rodzinny dom Wyszyńskich?

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Osadnicy [Agnieszka Knyt]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 25 lutego 2014
Ochotnik – Stanisław Bohdanowicz

Ochotnik – Stanisław Bohdanowicz
Wydawca Ośrodek Karta , Dom Wydawniczy PWN , 2014 , 352 strony
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura polska


Z każdą kolejną pozycją podserii Karty Historii w serii Literatura Faktu PWN , coraz bardziej utwierdzam się w jej wyjątkowości. Poszerza nie tylko wiedzę historyczną, ukazując ją oczami świadków danych czasów, ale odkrywa fakty mi zupełnie nieznane.
I dokładnie taka jest ta kolejna publikacja, z naciskiem na to ostatnie.
Nie posiadałam żadnej wiedzy na temat V Dywizji Strzelców Polskich, zwaną V Dywizją Syberyjską, formowanej w latach 1918-1920. Skupiającą Polaków z całej Rosji. Kryminalistów, zesłańców, jeńców, chłopów i ochotników chcących walczyć, lub będąc z różnych powodów do tego skłonionych, z bolszewikami, a tym samym o wolną Polskę. Losy tej formacji wojskowej z punktu widzenia historii zostały mi przybliżone przez Jana Wiśniewskiego w krótkim rozdziale umieszczonym na końcu książki. Dzięki temu mogłam wspomnienia autora osadzić w konkretnej, obiektywnej sytuacji geograficznej, politycznej i militarnej. Przyznam, że w dwóch ostatnich przypadkach bardzo skomplikowanych. Lata 1918-1920 na terenie wschodniej Rosji i Syberii były areną dynamicznych i nieprzewidywalnych zmian sił politycznych i układów wojskowych. Wspomniana wcześniej dywizja istniała około dwóch lat, a dalsze losy jej żołnierzy po demobilizacji były bardzo różne. Część nie pogodziła się z kapitulacją i przebiła się na wschód, by ostatecznie po wielu miesiącach dotrzeć do Polski i, jako Brygada Syberyjska, wziąć udział w bitwie warszawskiej w sierpniu 1920 roku. Część dostała się do niewoli. Większość przeszła gehennę bolszewickich więzień i obozów.
Wśród tych ostatnich znalazł się autor tych wspomnień.

 

 

Jak sam przyznał w posłowiu – Pisałem swe wspomnienia, nie zamierzając ich kiedykolwiek oddawać do druku. Pisałem przede wszystkim dla siebie... i z myślą o oddaniu tego surowego materiały jakiejś bibliotece, historykowi lub literatowi do wykorzystania. Ale trochę też z powodu niewiedzy współczesnych mu Polaków, których wiedza na temat dywizji była żadna albo błędnie uznawali ją za wojsko rosyjskie. A trochę też ze względu na przekłamania w ukazujących się i tak w skąpych ilościach materiałach, w których nie zawsze charakterystyki ludzi i oświetlenie ich czynów były zgodne z prawdą. Ostatecznie publikację przyśpieszył wybuch II wojny światowej.
Z taką wiedzą poznaną od końca (posłowie i nota historyczna znajdowały się na końcu książki), a dla mnie od początku, przeniosłam się do roku 1918, kiedy osiemnastoletni Stanisław postanowił porzucić gimnazjum i wstąpić do polskiego wojska jako ochotnik. Od tego momentu byłam świadkiem zderzenia się świata młodego człowieka przepełnionego ideałami ze skrajnie brutalną rzeczywistością ówczesnych czasów. Koniecznie muszę dodać – rosyjskiego czasu porewolucyjnych przemian politycznych. Gehennę jego losu od bycia żołnierzem, a potem więźniem obozu i przymusowym robotnikiem, aż do drogi przez mękę do Polski, którą po kolei punktowały nazwy rozdziałów na mapie geograficznej Rosji.

 

 

Byłam świadkiem procedur formowania się oddziałów polskich (dalekich od poprawnych), skrajnych warunków życia szeregowego żołnierza i ich przełożonych, stosunków w nim panujących pełnych korupcji i poplecznictwa, degradacji wartości moralnych czy różnych nastrojów politycznych. Ideały autora już na początku zostały skutecznie rozwiane przez to, co widział, ale i przez to, co mówili mu koledzy – Widzisz, bracie, wszystko, co w cywilu uważa się za złe, to w wojsku na odwrót. Gdy ktoś w cywilu hula, pije, łajdaczy się z prostytutkami, w karty gra, to się z tym ukrywa, a w wojsku chwali się, bo kto tego nie robi, uważany bywa za ofermę i dziada. Jego wyrzuty sumienia uciszali groźbą – Jak my kradniemy to i ty z tego korzystasz. Nie jesteś żadnym hrabią, żebyśmy kradli i karmili ciebie; jeśli chcesz z nami dobrze żyć, to nam pomagaj. I „pomagał”.
A miało być jeszcze gorzej.
W obozie, którego agitatorzy bolszewiccy zakazali nazywać niewolą tylko gościną u rosyjskiego proletariatu, a potem w okresie pracy przymusowej, jako robotnik najmowany przez chłopów i nauczyciel analfabetów, przeszedł skrajny egzamin z życia i przeżycia. Ale to, co mnie zastanowiło, to brak we mnie emocji przy opisach pełnych cierpienia, bólu psychicznego i fizycznego, głodu, brudu, chorób, śmierci, trupów, prostytucji, gwałtów, rabunków i zezwierzęcenia ludzi. Nie czułam nic podczas oglądania takich, bądź co bądź, drastycznych scen – Nikt nie zadawał sobie trudu wynoszenia trupów dalej, wyrzucano zmarłych w śnieg między tory i tu wśród nieczystości wylewanych z wagonów i ludzkich odchodów zastygali w najrozmaitszych pozach. Nieraz ze śniegu wystawały jakieś nogi lub głowa. Stały, niezmienny, a przez to spowszedniały, krajobraz wzdłuż torów podczas powrotu do domu i dla autora, i dla mnie.
Przyjmowałam je na chłodno. Niczego nie oceniałam i niczemu się nie dziwiłam.
Zastanowiła mnie ta nietypowa reakcja. Pytałam samą siebie – czy aż tak się już znieczuliłam licznymi opowieściami o piekle tamtych czasów, czy może autor miał taki styl przekazu? Doszłam do wniosku, że to drugie. Ten świat widziany oczami nastolatka z cudowną cechą przystosowywania się do każdych warunków, pokazywał mi człowiek już dorosły, okaleczony emocjonalnie, który mówił o sobie – zanadto byłem wykolejony. Nie miał w sobie emocji, a te które były, potrafił ukryć, nie obciążając mnie nimi. W tym świecie nie było miejsca na uczucia wyższe, a tym samym warunków, by je w sobie kształtować i rozwijać. Co wcale nie oznaczało, że nie było ich w ogóle. One były, w formie szczątkowej i głęboko ukryte, bardzo rzadko okazywane, o czym przekonałam się nieraz podczas opowieści, napotykając na takie wtrącenia – Brzydziłem się sam siebie, nie chciałem wierzyć, że byłbym do czegoś takiego zdolny. – lub – Wszystko to szalenie mi zbrzydło, czułem się jak wśród zwierząt, nie ludzi. Ale ujawnienie swoich słabości oznaczało śmierć. Albo kradło się, jadło psie mięso, rabowało, albo umierało z głodu, zamarzało, było ofiarą, popełniało samobójstwo. Nie było innego wyboru.
To była codzienna walka o życie.
Ta relacja z czasów przemian widziana oczami zwykłego żołnierza jest również swoistym rachunkiem wprowadzania bolszewizmu w Rosji. Przerażającą skalą poniesionych kosztów liczonych w ofiarach ludzkich.
Ale jest jeszcze coś, poza wiedzą historyczną, co z przyjemnością wynoszę z tego typu lektur. Coś na co czekam za każdym razem, gdy biorę do ręki wspomnienia ludzi z Syberii. To zachwycające mnie opisy przyrody, tajgi, stepów. Tutaj autor też mnie nie zawiódł. Pooddychałam sobie pełną piersią i w lesie, gdzie modrzewie rosły niczym sekwoje, i nad rzeką Maną, tak przezroczystą, że widać było dno. Czasami przyrodę trzeba ujrzeć w drastycznym kontekście, by w pełni docenić jej niezwykłe piękno. Za każdym razem, po takich wspomnieniach, mam wrażenie, że Syberia to kraina miodem i mlekiem płynąca.
Pytanie tylko, ile z jej urody i bogactw przetrwało do dziś?

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Ochotnik [Stanisław Bohdanowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 02 listopada 2013
Obserwator – ks. Józef Mroczkowski

Obserwator – ks. Józef Mroczkowski
Wydawca Ośrodek Karta , Dom Wydawniczy PWN , 2013 , 152 strony
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura polska


Uwielbiam dzienniki!
Zwłaszcza z lat okupacji. Najlepiej osób nieznanych, cichych bohaterów dnia codziennego, ale jednocześnie reprezentatywnych dla określonej grupy społecznej. Dostarczają mi nie tyle wiedzy o tamtych czasach i ludziach próbujących je przeżyć, bo taką mogę zdobyć z książek historycznych, ile intensywnych emocji przekazywanych na bieżąco, na żywo. Niezmąconych upływem czasu i niezatartych słabością pamięci tak, jak w przypadku spisywanych wspomnień po latach. Takie pośrednie uczestnictwo w tam i wtedy nabiera dla mnie bardzo realnego wymiaru na płaszczyźnie emocjonalnej. Niemalże fizycznego dotyku ówczesnych realiów. Takie „żywe” lektury uczą mnie pokory i oduczają ocen postaw i zachowań ludzi zmagających się z wojenną rzeczywistością. Poznałam ją już oczami dziecka, czytając Pamiętnik Dawida Rubinowicza czy Pamiętnik i inne pisma z getta - lekarza, pedagoga i Żyda uwięzionego w getcie, Janusza Korczaka. Tym razem miałam przed sobą okupację widzianą oczami katolickiego księdza. Wikariusza w oleszyckim kościele:

 

 

W niewielkiej miejscowości niedaleko Lubaczowa, której położenie geograficzne odnalazłam na dołączonej mapce (bardzo pomocnej w wędrówce po okolicznych wsiach i miastach), zaznaczając ją poniżej czerwonym krzyżykiem:

 

 

Już sama historia drogi publikacji dziennika była bardzo ciekawa.
Być może nie dane byłoby mi go poznać, gdyby nie konkurs ogłoszony przez Ośrodek Karta skierowany do uczniów szkół średnich. A ponieważ od połowy lat 90. zapiski księdza zaczęły krążyć w formie kserokopii w Oleszycach i okolicy, uczennice lubaczowskiego liceum wraz z opiekunem odczytali kronikę z rękopisu i posłali końcowy fragment na konkurs. Obecna publikacja po raz pierwszy zawiera całościowo tekst kroniki oleszyckiej.
Tyle dowiedziałam się z pierwszego rozdziału Od Karty.
O samym księdzu i miejscowości dopiero w Posłowiu. Niewielkim miasteczku położonym w newralgicznym punkcie blisko ukraińskiej granicy (dziś w województwie podkarpackim, a w okresie międzywojennym we lwowskim),

 

 

a przez to będącej polem walki, dosłownie i w przenośni, dla ścierających się wówczas politycznych interesów Niemiec i ZSRR. Przygranicznej miejscowości zróżnicowanej pod względem narodowościowym, religijnym i ekonomicznym, której mieszkańcy przeżyli okupację najpierw sowiecką, potem niemiecką, a na koniec socjalistyczne umacnianie się władzy ludowej. Czas wzajemnych mordów, walki zbrojnej i ideologicznej o umysły lub dusze, grabieży, pacyfikacji, wysiedleń w okresie okupacji, ale i czasu niespokojnego, równie niebezpiecznego i niepewnego, na długo po zakończeniu II wojny światowej. Tym samym jest dokumentem i rzadkim świadectwem zachodzących przemian na wschodnich terenach przygranicznych widzianych od strony ich zwykłych mieszkańców.
Pojęcia „dziennik” użyłam świadomie, mimo że tak naprawdę była to kronika parafialna. Jednak nie miała ona nic ze swoich założeń, bo autor, świadomy wyjątkowości czasów, w których przyszło mu żyć, tak uzasadnił to odstępstwo od formy – Kronika powinna notować tylko zwięzłe, suche fakty zaszłe w danej miejscowości – ta księga ma raczej charakter pamiętnikarski, podaje nawet szczegóły wydarzeń, wnika w idee, przyczyny i wyciąga często wnioski. Dzieje się tak dlatego, że są to czasy i wydarzenia wyjątkowe, pomysły i wielce bezprzykładne, nieraz trudne do uwierzenia, i nieprawdopodobne. Szkoda by więc było, aby one przepaść miały w niepamięć potomnych, skoro istnieją chęci po temu, aby je utrwalić na piśmie. Czynię więc zadość mej powinności plotkarskiej snując [...] baśń wydarzeń lokalnych, skrojonych może banalnie, lecz mieszczących w sobie fakty na miarę historyczną.
I to wszystko było w tej kronice, a dla mnie dzienniku spisywanym na bieżąco. Czasami dzień po dniu, czasami z kilkudniowymi lub dłuższymi przerwami, w postaci obszernej notatki lub lakonicznego, krótkiego zdania, obejmując lata od września 1939 do sierpnia 1947 roku.
Było w nim samo życie.
Samych duchownych (autora, proboszcza i ich przełożonych), wiernych Kościoła katolickiego, ale i Żydów, Ukraińców i pozostałych Polaków innych religii. Opisy zmian w ich postawach i przekonaniach ideologicznych zachodzących i zmieniających się w zależności od rozwoju sytuacji politycznej i aktualnego okupanta; sytuacji demograficznej od, jak sam ujął to filozoficznie autor posługując się łaciną, exodus judeorum do exodus ukrainorum; postawy moralnej odnotowując – Gruchnęła wieść, że w Oleszycach jest już jedenaście dziwek zarażonych wenerycznie. ; psychicznej kondycji ludności pisząc – Nad narodem zapanował niepodzielnie strach. Jest to tak silne uczucie, że niektórym odejmuje władzę woli i zdrowej decyzji., a także swojej prosząc Boga o jedno: aby mi odebrał wrażliwość i czucie ludzkie, aby mnie uczynił kamieniem nieczułym na te potworne zdarzenia, na które patrzeć muszę.
Ten ostatni aspekt odczułam najbardziej.
Wiele w dzienniku, pomimo narracji zewnętrznej przechodzącej w pierwszoosobową, gdy do głosu dochodziły emocje i osobiste poglądy - opinii, krytyki, ocen, podsumowań moralnych z przytaczanymi nazwiskami konkretnych osób i niejednokrotnie podbudowanych niechęcią, jeśli nie nienawiścią rasową, którą odczytywałam w takich sformułowaniach - bezczelne plugawe Żydy lub narodowościową – tym mętom na imię Ukraińcy.
Dzisiaj bulwersującymi i bardzo niepoprawnymi politycznie.
Ale mimo tego nastawienia miłosierdzie brało górę, każąc pochować zamordowaną przez swoich Ukrainkę czy żołnierza na polecenie „rusko-polskiego” dowództwa. Jednak to, co wyłaniało się najwyraźniej i najsilniej z tego dziennika to chaos, niepewność, zagrożenie, strach, lęk i śmierć. Ta ostatnia wszechobecna. Jej powszechność i powszedniość przytłaczały mnie. A mimo to, ksiądz już w czasie powojennego „pokoju” napisał – 0becnie w Oleszycach jest tak ciężko i denerwująco, że cała sześcioletnia okupacja wrogów wypada łaskawiej. Do takiego wniosku skłoniły go wciąż świeże objawy wojennego zbrutalizowania, zdziczenia i gwałtu oraz obrzydliwe metody umacniania się władzy ludowej – używając ówczesnej nomenklatury propagandy socjalistycznej. Nie wiem, co było gorsze dla księdza i współczesnych mu ludzi – wojna czy czasy „pokoju”, zwłaszcza, że autor działał w strukturach AK i był systematycznie inwigilowany oraz nękany przez SB. Nic dziwnego, że zmarł nagle. Nie wytrzymało serce. Zabił go lęk, chociaż mało o nim pisał. Najczęściej w odniesieniu do innych i bardzo ogólnie – Takiego lęku nie znają czasy pokoju!
Pozostało po nim cenne świadectwo świadka skrajnie trudnych, ekstremalnych czasów, a dla mnie jedna myśl wyniesiona z tej pożogi zła – znaczenie poczucia bezpieczeństwa, o którego nieocenionej wartości tak łatwo zapominam w moich czasach pokoju.
Od 1989 roku już bez dwuznaczności cudzysłowu.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Obserwator [ks. Józef Mroczkowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 29 września 2013
Rosja w łagrze – Iwan Sołoniewicz

Rosja w łagrze – Iwan Sołoniewicz
Przełożył Stanisław Dębicki , weryfikacja i uzupełnienie Agnieszka Knyt
Wydawca Ośrodek Karta , Dom Wydawniczy PWN , 2013 , 584 strony
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura rosyjska


To nie jest nowa publikacja wspomnień kolejnego więźnia sowieckiego łagru, która nareszcie doczekała się wydania tak, jak dziennik Iwana Czistiakowa czy relacja Jefrosinii Kiersnowskiej. To pozycja nietypowa, bo kasandryczna i w tym proroctwie, gdzieś po drodze zagubiona w swoim ogromnym znaczeniu. Bo przecież nikt nie lubi złych wieści. Burzenia świata pięknego i bezpiecznego. Zwłaszcza, gdy dotyczy to nowej idei bolszewizmu nawołującej do światowej rewolucji w imię sprawiedliwości społecznej, w którą wpatrzone były elity krajów europejskich, a sam ZSRR uosabiał raj (efekt propagandy), ściągający do siebie zafascynowanych nim sympatyków takich, jak Icek Erlichson i wielu jemu podobnych.
Z wpływowych ludzi, jedynie Hitler dał wiarę tym wspomnieniom, nakazując czytanie wspomnień Iwana Sołoniewicza każdemu obywatelowi niemieckiemu. Ale on miał w tym interes polityczny.
Zwykłemu, przeciętnemu człowiekowi trudno było uwierzyć w to, co opisał autor na 35 lat przed Aleksandrem Sołżenicynem. Sam autor usprawiedliwiał taką postawę pisząc - istnieją rzeczy, w które sama istota człowieczeństwa nie chce wierzyć. Bo gdy uwierzy – jakoś niewesoło zaczyna wyglądać boży świat, w którym takie rzeczy są możliwe. A świat w latach 1935-36, w których ukazała się w Europie ta złowieszcza książka drukowana na łamach czasopisma w odcinkach, potem w 1937 roku w całości, a w Polsce w 1938, był piękny. Nikt nie przypuszczał i nie dopuszczał myśli, że niedługo rzeczywistość łagrowa i lagrowa ogarnie również Europę. A przecież autor przestrzegał przed nią, widząc w bolszewizmie wypaczoną ideę państwa, w którym rządzi zupełnie obca siła, zmuszająca przemocą do służenia zupełnie obcej nam sprawie.

 

 

Był o tym przekonany na długo przed trafieniem do łagru wraz z synem Jurą (na powyższym zdjęciu) i bratem Borysem za próbę ucieczki z totalitarnego państwa, dlatego to nie przeżycia obozowe skłoniły go do tego kroku, ale życie na „wolności”. Jak wspomina, łagier nie interesował go, jako miejsce, gdzie cierpią i giną miliony, a też nie jako tło jego osobistych przeżyć. Wykorzystał doświadczenia obozowe, by ukazać łagier, jako kwintesencję tego, co działo się na „wolności” i który niczym się od niej nie różnił. Był dla niego miejscem, w którym wszystko, co działo się w łagrze, działo się również na wolności i odwrotnie. Rzeczywistością, w której wszystko było jedynie bardziej uchwytne, prostsze, bardziej wyraziste. Potraktował władzę sowiecką jak równanie algebraiczne, rozkładając ją na czynniki pierwsze. Podstawiając w nim, w miejsce abstrakcyjnych wartości algebraicznych, żywych, konkretnych przedstawicieli władzy sowieckiej oraz konkretne stosunki między władzą a społeczeństwem... – jak napisał w pierwszym rozdziale. To dzięki tej przenikliwości i dostrzeżeniu logiki w otaczającym go absurdzie pozornego chaosu, nie tylko ujrzał kuriozalną rzeczywistość, w jakiej znalazła się Rosja i jej naród, ale przede wszystkim zrozumiał jej mechanizmy funkcjonowania, które umiejętnie wykorzystane pozwoliły osiągnąć autorowi upragniony cel – skuteczną ucieczkę.
A potem na prawdziwej wolności to wszystko opisał, używając ironii, czarnego humoru i porównań ukazujących irracjonalność i schematyczność zasad rządzącymi i manipulującymi zachowaniami i postawami ludzi od zwykłego chłopa na Stalinie skończywszy. To dzięki temu zabiegowi przekaz skupił moją uwagę nie na cierpieniu opowiadającego, ale na systemie władzy sprawowanej nad ludźmi, na normach jej funkcjonowania i podrzędnej, niewolniczej w nim roli człowieka. Przeżycia bohatera i jego współwięźniów były przerażającymi, bo przerażającymi, ale tylko ilustracjami do zrozumienia istoty bolszewizmu, karmiącego się krwią własnego narodu. Dosłownie i w przenośni. Ale zanim dane było mi to zrozumieć, zostałam wtajemniczona w podstawowe pojęcia, ich znaczenie i konteksty – stara gwardia, czekista, bolszewik, entuzjazm, rewolucja światowa i najpowszechniej występujące – aktywista. Najbardziej niebezpieczny typ człowieka o mózgu barana, szczękach wilka, a wyczuciu moralnym protoplazmy. Typ człowieka, który jako szesnasty z kolei uczestniczy w zbiorowym gwałcie. Nic dodać, nic ująć i wszystko jasne. Tak obrazowo i dosadnie tłumaczył mi wszystko autor i wyposażał w swoisty język przekazu, bym mogła swobodnie odczytywać podteksty ironii o socjalistycznym ustroju będącym absolutyzmem pretendującym do oświecenia i ustroju gospodarczym o charakterze pańszczyźnianym , który usiłuje być kulturalny, przesiąkniętych wszechobecną głupotą uzbrojoną od stóp do głów w karabiny maszynowe GPU - wcześniejsze CzeKa, a późniejsze NKWD. W takich okolicznościach można uwierzyć w genialność matołów i humanitaryzm katów.
Można uwierzyć we wszystko.
I współcześni mu obywatele ZSRR wierzyli. Autor często przytaczał całe fragmenty zapamiętanych rozmów indywidualnych i zbiorowych dyskusji z przedstawicielami wszystkich warstw społecznych o różnych światopoglądach, pochodzeniu i postawach. Od wysoko postawionych czekistów i oddanych sprawie komunistów po zwykłego chłopa ukraińskiego, któremu w łagrze było lepiej niż na wolności. Stąd wymowność przesłania tytułu książki. Ukazał w ten sposób szeroki przekrój nastrojów w społeczeństwie od wierzących ślepo w światową rewolucję po ateistów, którzy w łagrze uwierzyli w diabła, zwierzając się autorowi – Nie byłem człowiekiem religijnym, jak prawie cała inteligencja rosyjska. Czyż mogłem wierzyć w istnienie diabła? Teraz wierzę. Wierzę, ponieważ widziałem go, ponieważ go widzę. Widzę go w każdym punkcie łagrowym. On istnieje, Iwanie Łukjanowiczu, istnieje. To nie jest wymysł popów. To jest fakt dający się stwierdzić naukowo.
A kiedy zrozumiałam istotę rzeczy, ogarnęłam rozumem całe to upiorne monstrum, autor od czasu do czasu uchylał zasłonę kabaretu, która tak łagodziła tę jego obrzydliwość, ukazując mi obrazy bez ironii. To, co zobaczyłam było tak przerażające tu i teraz i jednocześnie głębokie w metafizycznym znaczeniu, że nie chciałam więcej takich niespodziewanych odsłon. Zwłaszcza, gdy obrazy ukazywały dzieci. I te spoza drutów łagru i te bezprizorne wewnątrz niego (po raz pierwszy zostałam zabrana do łagru dla dzieci). Wtedy zrozumiałam, dlaczego autor uczynił ironię narzędziem wykładni tematu. Przyznał wprost, pisząc – Wydawało mi się, że pewna przesada, zaciemnianie barw – są naturalnym wynikiem trudnych przeżyć. A mnie, czytelniczkę, chroniły przed zbędnym sentymentalizmem, bo nie takie były założenia autora, który już w pierwszym rozdziale uprzedził mnie lojalnie – Nie piszę sentymentalnej powieści i nie mam zamiaru wywołać uczucia sympatii czy współczucia. Chodzi o zrozumienie. I mimo tego były to jednak chwile, po których musiałam na jakiś czas odłożyć książkę, by odzyskać równowagę emocjonalną. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, mam je przed oczami wyobraźni, zastygając nad klawiaturą...
Ale to nie tylko demaskatorska analiza aparatu władzy sowieckiej i jej upiornych skutkach działania, ale również fascynująca opowieść piekielnie inteligentnego człowieka o jej przechytrzeniu. Autor zarówno na „wolności”, jak i w łagrze potrafił „urządzić się” i żyć na poziomie sytego człowieka, któremu właściwie niczego nie brakowało.
Dlaczego więc uciekł?
Właśnie ta książka jest odpowiedzią na to pytanie. Jak sam napisał – Nie przeżycia łagrowe bowiem, lecz przeżycia ogólnorosyjskie pchnęły mnie za granicę. – obrazując to zdanie po swojemu – Jeżeli grożąc rewolwerem żądają od was oddania spodni – można to jeszcze wytrzymać, lecz gdy grożąc tym rewolwerem żądają od was oprócz spodni okazywania entuzjazmu – życie staje się niemożliwe, a obrzydzenie dławi. I właśnie to obrzydzenie popchnęło nas ku granicy Finlandii.
A ja widzę w tej metaforycznej scenie dużo więcej. Autor dobrze nauczył mnie odczytywać swój przekaz. Bo jeśli to zdanie potraktować jak równanie algebraiczne i pod czynnik „spodnie” wstawić matkę, męża, siostrę, syna to obrzydzenie ma zupełnie inny wymiar i wielkość.
Wtedy ono nie tylko dławi, ale może udławić.
To dlatego dzisiejsza Rosja jest dla mnie może już nie jednym, wielkim łagrem, ale jednym, wielkim cmentarzem. I nie ma w tym przesady.
Książka na emigracji nie została przyjęta tak, jakby autor sobie życzył. Jak napisał Zbigniew Gluza w rozdziale od współwydawcy Ośrodek KartaNie udało mu się wtedy skutecznie ostrzec Zachodu... Czasami tak bywa, gdy rzeczywistość przerasta wyobraźnię. Dla mnie, człowieka patrzącego z perspektywy czasu, w którym wiem, że przepowiednie autora spełniły się co do litery tej publikacji, to precyzyjna, wnikliwa i trafna analiza bolszewizmu jeszcze przed czystką Wielkiego Terroru.

 

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2013 roku.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Rosja w łagrze [Iwan Sołoniewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

A przede mną kolejna pozycja z serii Literatura Faktu PWN.

środa, 29 maja 2013
To nie jest zawód dla cyników – Ryszard Kapuściński

To nie jest zawód dla cyników – Ryszard Kapuściński
Przełożyli Andrzej Flisek i Magdalena Szymków
Wydawca Agora , Wydawnictwo Dom Wydawniczy PWN , 2013 , 236 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej , Literatura Faktu PWN
Literatura polska


Moje pierwsze, literackie spotkanie z tym autorem było zupełnie przypadkowe, wynikające z potrzeby chwili i, niestety, niezbyt udane. Wybierałam się na afrykański kontynent i poszukiwałam poświęconych jemu publikacji. Nie tylko przewodników, ale i literatury podróżniczej w dowolnej formie, a ponieważ akurat na rynku wydawniczym pojawił się Heban tegoż autora – wypożyczyłam. Przy okazji również jego Cesarza, bo akurat był dostępny na bibliotecznej półce. Jak się później dowiedziałam z obecnie wydanej pozycji, trafiłam na pierwszy rodzaj książki (ale dziewiątą książkę z kolei) w dorobku autora (mowa o Cesarzu) pomyślany od początku do końca jako całość, charakteryzujący się oryginalną koncepcją, strukturą i konstrukcją oraz ostatnią (mam na myśli Heban), najnowszą publikację w tamtych latach. Utwory więc już dojrzałe, napisane przez reportażystę już rozpoznawalnego, uznanego i z dużym dorobkiem publicystycznym. A mimo tego, po przeczytaniu obu, poczułam lekkie rozczarowanie.
Teraz wiem dlaczego.
Po pierwsze moje potrzeby były bardziej konkretne niż oferowane w Cesarzu przesłanie ponadczasowe, a po drugie rzuciłam się na głębokie wody najważniejszej warstwy filozoficznej i społecznej, a tymczasem bardziej interesowało mnie, jak przeżyć w upale i nie dać się malarii. Popełniłam błąd zaczynając przygodę z twórczością autora od książek, a nie od reportaży. Efekt był taki, że od tamtego czasu nie sięgnęłam już po żadną jego pozycję, przyglądając się z boku szumowi medialnemu wokół jego pisarstwa i postaci.
Aż do teraz.
Zadecydował o tym charakter najnowszej publikacji. Nie reporterski, nie opowieściowy, a warsztatowy, w którym, jako czytelniczka pisząca o swojej pasji książkowej, mogłabym znaleźć coś dla siebie, czegoś nauczyć się, dowiedzieć lub poznać coś z zakresu tajemnicy dobrego przekazu. Taką niezapomnianą i udaną przygodę przeżyłam już z mistrzem pióra, noblistą Mariem Vargasem Llosą, więc dlaczego nie z naszym polskim mistrzem, uważanym przez wielu dziennikarzy (jeśli nie przez ich większość) za guru w tej dziedzinie?
To, co mnie zaskoczyło w tych wykładach wygłoszonych podczas warsztatów w Bueinos Aires w 2002 roku i w rozmowach z włoskimi dziennikarzami Marią Nadotti w 1994 i 1999 roku oraz Andreą Semplicim w 1999 roku, które odpowiednio składały się na część, roboczo nazwaną: hiszpańską – Pięć zmysłów dziennikarza i włoską, której podtytuł stał się tytułem głównym publikacji, to człowieczeństwo. Myśl, która niezmiennie towarzyszyła mi podczas czytania wykładów, wyzierała z każdego zdania, sprowadzała poruszane problemy społeczno-polityczne do wspólnego mianownika to – dziennikarz jest najpierw człowiekiem z pasją, a dopiero potem reporterem. Szczególnie było to uwidocznione w części hiszpańskiej, w której dzielił się ze studentami, adeptami sztuki dziennikarstwa, swoimi doświadczeniami i wynikającymi z nich przemyśleniami na temat kierunków rozwoju mediów, ich wpływu na dziennikarstwo współczesne, niebezpieczeństwach z tego płynące dla zawodu dziennikarza i starej szkoły relacjonowania wydarzeń, cały czas apelując o konieczność obecności niezbędnych cech w zawodzie takich, jak: altruizm, pokora, szacunek dla rozmówcy, empatia, wrażliwość i ciągły głód wszechstronnej wiedzy owocujący stałym dokształcaniem się z różnych dziedzin – antropologii, socjologii, nauk politycznych, psychologii, literatury i innych. Cech, które ulegają we współczesnym dziennikarstwie atrofii.
W obecnym świecie informacji, w którym królują gorące wiadomości, to bardzo ważny głos. I dobrze się stało, że ukazała się pozycja przypominająca o dawnym, dobrym, rzetelnym, ludzkim dziennikarstwie z tradycją nurtu Nowego Dziennikarstwa, które tak daleko odbiegło w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat od współczesnego w dobie globalizacji. O tym ostatnim zjawisku, mającym ogromny wpływ na jakość informacji, poświęca cały, osobny wykład.
To na pewno obowiązkowe ABC każdego początkującego dziennikarza, ale nie tylko. Wprawdzie nie jestem nim, ale przysłuchiwałam się jego refleksjom z pozycji czytelnika piszącego o swojej pasji. Książkoholika ogarniętego misją propagowania słowa pisanego. Zwłaszcza w tych momentach, gdy mówił o własnym warsztacie pracy, o szacunku wobec odbiorcy, o uniwersalizmie warstwy tekstowej, która decyduje o ponadczasowości publikacji (to dlatego jedne powieści zapamiętujemy, a inne nie), o istnieniu obowiązującej bazy czytanej poezji decydującej o pięknie języka narracji (autor zaczynał jako poeta) i o emocjach, które przelane w tekst ożywiają opowieść, niwelując sztuczność i fałsz. Nie daje przy tym ani piszącym, ani czytelnikom gotowych rozwiązań, trików czy sposobów, pisząc wprost – Nie mam gotowych recept czy ustalonych z góry technik pracy, ponieważ na polu twórczości, do którego zalicza się dziennikarstwo pisane, takie nie istnieją. Zajęcie to w swoich najbardziej ambitnych przejawach wymaga indywidualnej postawy twórczej, własnego sposobu narracji i organizacji pracy. Na tym polega bogactwo naszego zawodu: każdy musi wypracować własne sposoby znajdowania tematów i własny styl. To ten czynnik X, o którym pisał również Mario Vargas Llosa. A kiedy dwoje wielkich mówi to samo, to coś w tym musi być. Ale autor nie zostawia odbiorców zupełnie samym sobie. Daje w zamian rady-drogowskazy, w kierunku których warto i należy iść, podążając śladem zawodu w jego autorskim wydaniu. Bardzo wymagającego, wyczerpującego fizycznie i psychicznie, a przez długi czas również finansowo. Zawodu dla niewielu, ale za to dla ludzi o wyjątkowej osobowości.
Książkę zamknęłam z ogromnym uczuciem przygnębienia za utraconą epoką, w której dziennikarstwo traktowano jak szlachetne powołanie, a ludzie uprawiający ten zawód poświęcali się mu bez reszty i na całe życie, mając wrażenie, że ta konkluzja właściwie dotyczy wielu profesji. Nie tylko dziennikarstwa. A druga myśl, że to może w nas, odbiorcach nadzieja, by ono przynajmniej, gdzieś w niszy informacyjnej, jednak przetrwało, jeśli będziemy chcieli czytać długie teksty, z refleksją, z tłumaczeniem rzeczywistości przez tych, którzy ją dla nas rzetelnie, wszechstronnie zbadają i napiszą o tym z pasją. Zwłaszcza, że autor w nas, odbiorców wierzył, pisząc – Czytelnik jest osobą aktywną, ma swoje poglądy i preferencje, kupuje gazetę i poświęca czas na czytanie naszych tekstów, bo wierzy, że znajdzie tam odpowiedzi na swoje pytania. O ilu procentach naszego społeczeństwa napisał? Wystarczy przyjrzeć się najnowszym danym statystycznym dotyczącym zakresu czytelnictwa opublikowanym przez Bibliotekę Narodową. I koło się zamyka, a w jego środku jedna, kręcąca się jednostajnie myśl - jacy dziennikarze, tacy czytelnicy i jacy czytelnicy, tacy dziennikarze.
Starał się autor zmienić to zjawisko na swój sposób i możliwości. Ja również robię to na swój sposób i własne możliwości. Ale optymistyczne w tym wszystkim jest to, że mamy jeszcze dobrych, polskich i zagranicznych reportażystów i że takich, jak ja, blogerów książkowych, jest coraz więcej.
I tak, nieocenieni w tym co robicie, koledzy i koleżanki, trzymać!
Na koniec moich przemyśleń przypomniał mi się obrazek z pokładu samolotu i stąd pytanie pozakonkursowe – Czyją książkę czytali pasażerowie w czasie lotu? Podpowiem, że chciało mi się wszystkim wszem i wobec uświadamiać, że ten Richard Kapuściński na okładce (wydanie anglojęzyczne) to mój rodak.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
poniedziałek, 01 kwietnia 2013
Sołdat – Nikołaj Nikulin

Sołdat – Nikołaj Nikulin
Przełożyła Agnieszka Knyt
Wydawca Ośrodek Karta , Wydawnictwo PWN, 2013 , 320 stron
Seria Literatura Faktu PWN ; Podseria Karty Historii
Literatura rosyjska


Jest taki film Wróg u bram w reżyserii Jean-Jacquesa Annauda, o oblężeniu Stalingradu, dzięki któremu po raz pierwszy uświadomiłam sobie ludzki koszt zwycięstw Armii Czerwonej i jednocześnie tragedię jej zwykłego, frontowego, szeregowego żołnierza. Bezwzględność systemu presji i przyczynę wygranych walk w dwóch, początkowych scenach batalistycznych, których potwierdzenie ich historycznego faktu znalazłam w tej książce – z przodu ogień wroga, a jeśli dasz krok do tyłu, dostaniesz kulkę od oddziału zaporowego. Strach zmuszał żołnierzy, by pójść na śmierć.
I szli. Nie mieli wyjścia.
Śmierć była wszechobecna, czekając na końcu każdej obranej drogi. Z ręki wroga lub swoich. Śmierć w walce, śmierć kosząca z automatu wycofujące się oddziały bez rozkazu, śmierć poprzez rozstrzelanie po nieudanej bitwie, śmierć po dostaniu się do niewoli albo po powrocie z niej, śmierć w wyniku donosu i śmierć za dezercję, która nie zawsze nią była, bo mądry Gospodarz na Kremlu wszystko świetnie rozumiał, wiedział i tłumiąc wszystkich swoją żelazną wolą, rozkazywał tylko: „Atakować!” Chociaż nie. Był jeden sposób na uniknięcie walki na froncie – samostrzał. Dosyć częsty. W ręce, nogi poprzez bochenek chleba lub trupa, by nie zostawić śladu prochu, ale i on, po zdemaskowaniu, też kończył się śmiercią.
Na cud zakrawa więc zachowanie życia przez autora, który na linię frontu trafił w 1941 roku w wieku osiemnastu lat. Cztery kolejne lata tułaczki w okopach, ziemiankach, czy spania na gołej ziemi, od Leningradu do Berlina, były koszmarem, który przeżył dzięki czterokrotnie odniesionym ranom i zwykłemu szczęściu, które sprzyjało mu wyjątkowo. Zbiegom niewytłumaczalnych okoliczności, pozwalających na wymykaniu się ostateczności. To, co przeżył, czego doświadczył, nijak się ma do obrazu bohaterskiej, ładnej, wyidealizowanej wojny opisywanej przez Konstantina Simonowa czy Michaiła Szołochowa. Jak sam autor podsumował – agitka. To właśnie z niezgody na nią, na fałszowanie historii, na wysyłanie do GUŁagu tych, którzy żądali prawdy, na umieszczenie wojennych inwalidów w domach opieki społecznej o specjalnym reżimie na wyspie Waałam, by oczyścić ulice z żebrzących kalek, na weteranów-uzurpatorów, którzy wojnę spędzili na tyłach wojsk, nie oddając ani jednego strzału, na miejsca pełne sterczących, niepochowanych jeszcze kości poległych kilkadziesiąt lat po wojnie, na pomniki z nadętą frazą – Nikt nie jest zapomniany, nic nie jest zapomniane. – brzmiącą jak szyderstwo z ofiar wojny, na traktowanie żołnierzy, jak nawóz i mięso armatnie i wreszcie, na wojnę jako taką – największe draństwo, jakie kiedykolwiek wymyślił rodzaj ludzki. Wspomnienia spisane również z rozżalenia, poczucia niesprawiedliwości, a może nawet ze złości.
Ale to nie jedyny powód.
Drugim była chęć uwolnienia się od makabrycznych obrazów przeszłości, jak podkreślił w rozdziale Od Autora. Psychoterapeutyczna próba (początkowo bez planów publikacji) wyrzucenia z zakamarków pamięci (...) siedzące głęboko nikczemności i draństwa, żeby uciec od przytłaczających obrazów.
Są przytłaczające. Bardzo.
A ich siła nacisku rosła wraz z ilością gromadzących się trupów, których nie nadążano usuwać. Widziane oczami nie z generalskiej wieży, skąd widać pełen obraz, a z dołu – jak żołnierz, który czołga się na brzuchu po błocie frontowym, a czasem w to błoto pada na twarz, wysysając z niego wodę przesiąkniętą krwią, prochem, trupim jadem, mając przed oczami efekt maszynki do ludzkiego mięsa – góry trupów z różnych okresów walk, stare, zmumifikowane na mrozie i nowe, w stanie rozkładu, wdeptane w glinę okopu. Tu plecy, tam rozpłaszczona twarz, dłoń – żółte, pod kolor ziemi. Chodzimy wprost po nich. Do tego wszechobecny smród, wszy, głód, choroby, odmrożenia i strach przed donosem. Nie znalazłam w tej książce szlachetnego, dobrodusznego Miszy przy ognisku i harmoszce z pieśnią na ustach i duszą rosyjską na ramieniu. Znalazłam zastraszonego, wiecznie pijanego Iwana, którego uwaga krążyła wokół trzech tematów – wojny, jedzenia i seksu, pod dowództwem świadomie wysyłających go na pewną śmierć, w bałaganie, złym planowaniu, słabym rozpoznaniu, braku współdziałania między oddziałami i różnymi rodzajami wojsk, (...) wśród idiotyzmu, tępoty, braku odpowiedzialności dowódców.
Obraz porażającej podłości ustroju bolszewickiego zamieniająca żołnierzy w biernych i uległych na froncie, a poza nim historię przemiany o tym, jak dobrzy, spokojni mężczyźni rosyjscy stali się potworami. Byli straszni w pojedynkę, a w masie zachowywali się tak, że nie da się opisać. Opisała to anonimowa autorka w swoich wspomnieniach pod tytułem Kobieta w Berlinie.
I w tej warstwie wspomnień można wpaść w pułapkę usprawiedliwiania zwierzęcego zachowania się żołnierzy, bo Rokossowski działał według najświetniejszych tradycji Suworowskich: Chłopaki, oto twierdza! Tam są baby i wino! Zdobędziecie – zabawa przez trzy dni! A odpowiadać będą Turcy! Zdobywali więc miasta, grabili mienie i gwałcili kobiety niemalże w ciągłym, pijackim widzie przy aprobacie samego Stalina. Wprawdzie potem próbowano to ukrócić, ale, jak podsumował autor, za późno: dżin wyskoczył z butelki. Na tym tle wyjście z życiem autora wspomnień z tej apokalipsy upodlenia, nie było jedynym cudem. Drugim był cud wyniesienia nie tyle nienaruszonego systemu wartości moralnych wpojonego mu przez rodziców, ludzi wykształconych, co umocnienie się ich, paradoksalnie, dzięki właśnie tym wojennym przeżyciom. To dlatego rozumiem przyczyny i mechanizmy zachowania się żołnierzy, ale ich nie usprawiedliwiam, bo niezłomna postawa autora przy twardych zasadach humanizmu, na to mi nie pozwoliła. Takich jak on było niewielu, bo takich, jako niewygodnych, aresztowano i rozstrzeliwano. Ale jeśli byli, to robili, co mogli uczynić w ograniczonym zakresie tak, jak autor, który w ostateczności zadaje bardzo mądre pytanie – Kto zwyciężył Niemców? Stalin i jego partia? Czy Djakonow i jemu podobni? Djakonow pokroju autora – dodam.
I tutaj muszę przytoczyć pierwsze zdania tłumaczki, poprzedzające tekst wspomnień – W książkach o wojnie zazwyczaj wiele jest statystyk, bohaterskich czynów, zwycięskich bitew i wielkich porażek, a mało prawdy o człowieku. Ta książka jest inna.
To prawda. Jest inna.
Bezkompromisowa i dlatego okrutna w swojej prawdzie, chociaż i tak, jeśli wierzyć w zapewnienie autora, napisana powściągliwie. Wspomnienia pisane w 1975 roku, a czytane ponownie po wielu latach, wydały mu się wygładzone, najpotworniejsze epizody nienazwane. Wiele spraw przedstawiłem o wiele łagodniej. Jeśli ta wersja miała być „łagodna”, to mnie ona w zupełności wystarczy, by zrozumieć upodlenie człowieka, nie przekraczając krytycznego momentu, za którym jest już tylko znieczulenie od nadmiaru negatywnych bodźców.
To jedna z tych pozycji, która historię II wojny światowej pisze na nowo. To takie pozycje jak ta, czy Strażnik GUŁagu Iwana Czistiakowa, udowadniają, że temat wojny, wbrew pozorom, nie został wyczerpany. A jak sam autor stwierdził, w rzeczywistości nawet nie zaczęto pisać jej prawdziwej historii.
Zaczął ją autor i jemu podobni, którzy już nadeszli i na pewno nadal będą nadchodzić.
Będę wsłuchiwała się w ich wersje z ogromną uwagą, bo, jak zauważa autor, przez wieki ludzkość siedziała na beczce z prochem, a teraz przesiadła się na bombę atomową.
Na jednej takiej siedzi w Korei Północnej Kim Dzong Un. 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Sołdat [Nikołaj Nikulin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał tego filmu - polecam, z naciskiem na koniecznie.

poniedziałek, 29 listopada 2010
I była dzielnica żydowska w Warszawie - Władysław Bartoszewski , Marek Edelman

I była dzielnica żydowska w Warszawie: wybór tekstów - Władysław Bartoszewski , Marek Edelman
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2010 , 372 strony
Seria Literatura Faktu PWN
Literatura polska


Czytając zbeletryzowane powieści, których akcja toczy się w warszawskim getcie takie, jak Żydówka Noemi Jerzego Stegnera, zawsze zastanawiałam się ile w nich prawdy? Jak odróżnić fikcję literacką od faktów, na których opierają się pisarze wykorzystujący tło wojenne do snutej fabuły? Brakowało mi całościowego, obiektywnego obrazu historii getta żydowskiego w Warszawie w szerszym kontekście, postaw Polaków czy ówczesnej polityki innych państw. Obraz ten dodatkowo zamazywał żal i pretensje zarówno Żydów do Polaków o brak poparcia, pomocy, kolaborację na ich szkodę, Żydów do świata o milczenie w obliczu zagłady narodu żydowskiego i wreszcie Żydów do samych Żydów o bierność, brak oporu, o uległość wobec Niemców. Trochę się w tym gubiłam, by po lekturze tej książki zrozumieć dlaczego. Czytane przeze mnie dotychczas pozycje prezentowały jeden pogląd, jedną rację, czasami forsowaną przez autora jako jedynie słuszną, jedną postawę wobec sytuacji getta warszawskiego i jej mieszkańców, uniemożliwiając mi wypracowanie jednoznacznego, w miarę obiektywnego poglądu popartego bezspornymi faktami.
I oto nareszcie otrzymałam książkę zawierającą wspomnienia wraz z ilustrującymi te słowa przedrukami dokumentów historycznych w postaci obwieszczeń, raportów, odezw, meldunków, przemówień, deklaracji, oświadczeń, sprawozdań polskich, niemieckich i żydowskich, świadków tamtych wydarzeń: zakładania, funkcjonowania i likwidowania getta warszawskiego w latach 1940-43. Wspomnienia dwóch mężczyzn, przedstawicieli dwóch narodów:

 

 

Żyda, socjalisty, członka Bundu, mieszkańca getta, uczestnika akcji zbrojnej ŻOB w getcie warszawskim i Polaka, członka Rady Pomocy Żydom, mieszkańca strony aryjskiej skonfrontowanych w jednej publikacji, ale w tamtych czasach stojących po różnych stronach muru getta i mających inny ogląd (co nie znaczy różny) na tę samą sprawę. Ta wspólna wymiana wspomnień, myśli, ocen dała mi gwarancję obiektywizmu, ugruntowania faktów w szerokim kontekście historyczno-politycznym, a przede wszystkim wypracowania własnego poglądu na ten trudny i bolesny dla obu stron temat.
I tak jak zawiła jest historia, w której nic nie jest tylko czarne lub tylko białe, tak i w tym przypadku prawda leży pośrodku. Wielka, milcząca, wstydliwa, rozciągająca się od skrajnych postaw Polaków-kolaborantów denuncjujących Żydów do Polaków-altruistów oddających życie za pomoc Żydom, indywidualną lub zorganizowaną poprzez ogniwa Rady Pomocy Żydom, poprzez pomoc zbrojną AK czy akty prawne potępiające donosy i wykonujące wyroki śmierci na kolaborantach. Ale te postawy stanowiły niewielki statystyczny ułamek ówczesnego społeczeństwa polskiego. Pomiędzy tymi dwiema moralnymi skrajnościami rozciągała się ogromna przestrzeń nijakości. Milcząca obojętność zarówno Żydów, którzy nie byli w stanie uwierzyć w hitlerowską politykę eksterminacyjną ich narodu, że można ludzi mordować za to, że mają taki, a nie inny kolor włosów czy oczu, za to, że są innego pochodzenia, odrzucający ludobójczą prawdę, poddający się ufnie polityce niemieckiej. Polaków sterroryzowanych przez niemieckiego okupanta karą śmierci za udzielanie jakiejkolwiek pomocy Żydom i ograniczonymi możliwościami pomocy zbrojnej bojownikom ŻOB po wyniszczających walkach wrześniowych z niemieckim najeźdźcą, ale przede wszystkim inercją świata. Ówczesnych państw koalicyjnych odrzucających doniesienia i raporty dostarczane przez polskich i żydowskich agentów z okupowanej Polski początkowo jako trudne do uwierzenia, by potem problem zbywać obietnicą kary po zakończeniu działań wojennych.
Nie ma jednego winnego. Są nimi wszyscy ci, którzy byli obojętni na ówczesne zło. Dwadzieścia lat po wojnie tę moją konkluzję ubiera w dosadniejsze słowa ówczesny sekretarz Światowego Komitetu Koordynacyjnego Bundu w Nowym Jorku: Tym samym świat nieżydowski ponosi współodpowiedzialność za los sześciu milionów Żydów.
Ta książka to też swoiste przesłanie obu autorów poprzez słowa Marka Edelmana cytowane przez Władysława Bartoszewskiego: Jeśli się przyglądasz złu i odwracasz głowę, albo nie pomagasz, kiedy możesz pomóc, to stajesz się współodpowiedzialny. Bo twoje odwrócenie głowy pomaga tym, którzy dopuszczają się zła. Którzy w imię obrony cywilizacji, chrześcijaństwa i walki z bolszewizmem, jak argumentowali Niemcy swoje zbrodnicze działania, przy wymownej bierności przyglądającemu się światu, meldowali jednocześnie przełożonym: „Es gibt keine judisches Wohnbezirk in Warschau mehr!”(Nie ma już dzielnicy żydowskiej w Warszawie), pozostawiając za sobą pustynię gruzów i ponad 56 tysięcy zgładzonych istnień ludzkich:

 

 

Ale dzielnica żydowska istnieje nadal w przestrzeni historycznej, w świadomości moralnej jak wyrzut sumienia, w sercu każdego nieobojętnego człowieka, czy chociażby na takich mapach jak tej umieszczonej na wyklejce książki:

 

 

W środku której, znajduje się Muzeum Więzienia Pawiak, miejsce kaźni zarówno Żydów jak i Polaków. Zbezczeszczenie stojącego tam drzewa-pomnika odebrałam jak cios w serce. Nie chcę być obojętna tak, jak ten, który to uczynił, bo zdolność do przeciwstawiania się złu nie wynika z wiedzy o istnieniu zła, ale z kondycji moralnej każdego z nas, jak pisze Władysław Bartoszewski.
Mam nadzieję, że kradzież napisu znad oświęcimskiej bramy obozowej i zniszczenie pomnika przy Muzeum Więzienia Pawiak to incydenty, że kondycja moralna moich rodaków pozwala na ocenę skutków takich czynów, na reakcję. Staram się nie być gapiem i najlepiej jak potrafię rozmawiam, uczulam, wyjaśniam, polecam między innymi takie książki i piszę o tym również tutaj.
Obojętność zabija.

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
A autorką blogu jest Maria Akida
A czytam teraz
A planuję przeczytać
A polecam i patronuję...
A rekomenduję własną publikację
A w grudniu w księgarni
Adres e-mail i moje logo
Czytam czasopisma o książkach
Czytam e-book
Czytelnicze akcje i konkursy
Czytelnicze wyzwania
Geografia literatury przeczytanej
Katalog autorów i 996 tytułów
Mój top czytanych w 2016
Nagrody literackie
Piszących podczytuję
Przeglądam blogi zaczytanych
Przeglądam portale książkowe
Przeglądam prasę
Słucham, jeśli nie czytam
Szablon stworzyła
Tutaj jestem
Wspieram i popieram
Wydawnictwa i księgarnie
Życie pozaksiążkowe
Tagi
Blogi